Cały numer 17 w jednym pliku PDF - Pro Libris - Wojewódzka i ...

prolibris.wimbp.zgora.pl
  • No tags were found...

Cały numer 17 w jednym pliku PDF - Pro Libris - Wojewódzka i ...

Joanna Kowalczyk, Katedra Sztuki i Kultury Plastycznej, Wydzia³ Artystyczny UZ.I miejsce w konkursie na plakat z okazji IV Dni Niemieckich 2006.Wydano z finansowym wsparciem Fundacji Wspó³pracy Polsko-NiemieckiejHerausgegeben mit finanzieller Unterstützung der Stiftung für deutsch-polnische Zusammenarbeit


Lubuskie Pismo Literacko-Kulturalne


Lubuskie Pismo Literacko-KulturalnePro Librisnr 4(17) - 2006Prace plastyczne wykorzystane w numerzeHelena KardaszCopyright byWojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. C. Norwida, Zielona Góra 2006Redaktor naczelny:S³awomir KufelRedaktor naukowyAnna SzóstakRedaktor graficznyMagdalena GryskaSekretarz redakcjiEwa MielczarekKorektaGrzegorz GorzechowskiCz³onkowie redakcji:Grzegorz Gorzechowski, Leszek Kania, Czes³aw Sobkowiak, Maria WasikStali wspó³pracownicy:Krystyna Kamiñska, Ireneusz K. Szmidt, Andrzej K. Waœkiewicz, Jacek Weso³owskiFotografie:Zdzis³aw Haczek, Helena Kardasz, Dawid Kotlarek, £ukasz Miko³ajczuk, zbiory prywatneWydawcaPro Libris - Wydawnictwo Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Cypriana Norwida,al. Wojska Polskiego 9, 65-077 Zielona GóraSk³ad komputerowyAgencja Reklamowa „GRAF MEDIA”, tel. 068 451 72 78Druk i oprawaIMAR-DRUK, ul. Wiejska 4, 65-763 Zielona GóraNak³ad - 400 egz.ISSN 1642-5995Nr indeksu 370754Adres Redakcji:WiMBP im. Cypriana Norwida w Zielonej Górzeal. Wojska Polskiego 9, 65-077 Zielona Góra (z dopiskiem Pro Libris), tel. 068 453 26 19e-mail: Wydawnictwo.Prolibris@wimbp.zgora.pl http://www.wimbp.zgora.pl


Ewa Jêdrzejowska, Pomiêdzy bia³ym a zielonym.Non_ens.net Heleny Kardasz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 87Nadie¿da Myszlennik, Wiersze [***Œnieg anemiczny, *** Szkoda] . . . . . . . . . . . str. 89W³adys³aw £azuka, Oczekiwanie, Kleñ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 90Rainer Vangermain, Wiersze [Mach´s doch (Zrób to),Stand by, Yogi (B¹dŸ czujny Yogi)] . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 92Adam Bagiñski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .str. 94Leszek Kania, Jubileusz malarza . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 94Izabela Taraszczuk, Szukaj¹c siebie. Malarstwo Adama Bagiñskiego . . . . . . . . . str. 96OBRAZY PROWINCJI SZLACHECKIEJ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 97Jaros³aw Kuczer, „Kapita³ cywilizacyjny” szlacheckoœci na Œl¹sku . . . . . . . . . . . str. 97(Des Adelsstandes „Kulturkapital” in Schlesien - Zusammenfassung) . . . . . . . . . . str. 104PRZYPOMNIENIA LITERACKIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 106Czes³aw Markiewicz, Czytanie Ÿróde³ VI. Fenomen zapomnieniaalbo sennik pamiêci Wojciecha Czerniawskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 106VARIA BIBLIOTECZNE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 110Maria Radziszewska, Stylowy œwiat Antoniego Uniechowskiego . . . . . . . . . . . . str. 110Maria Wasik, Archiwum Jana Korczaka w S³ubicach . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 117KRAJOBRAZY LUBUSKIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 119Dawid Kotlarek, Trzebiechów. Œladami historii i przyrody. (Der Geschichteund Naturlandschaft der Ortschaft Trzebiechów/Trebschen) . . . . . . . . . . . . . . . . str. 119FORUM DYSKUSYJNE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 130Zenon £ukaszewicz, Drzazgi w mózgu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 130RECENZJE I OMÓWIENIA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 133Urszula Kozio³, Supliki (Anna Szóstak) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 133Franciszek Madera, Podole – moja mi³oœæ; Teresa Dzedzej, Muzyka kryszta³ów,Bronis³awa Raszkiewicz, Œwiat³o s³owa, Iwona Jankowska:Dmuchawce na bia³ej kartce (Czes³aw Sobkowiak) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 136Romuald Szura, Zielony zapach lasu (Zenon £ukaszewicz) . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 138Maria Mi³ek. W czas marny potrzebni poeci (Czes³aw Markiewicz) . . . . . . . . . . str. 139KRONIKA LUBUSKA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 140KSI¥¯KI NADES£ANE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 144AUTORZY NUMERU . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . str. 145Spis treœci5


to ju¿ nadzwyczajny cymes, drogo bo drogo,ale bez trudu mo¿na by³o nabyæ. Znaczekgdzieœ le¿y w którejœ szufladzie biurka, parêrazy próbowa³em go odnaleŸæ, ale nie starczy³omi wytrwa³oœci, tyle tam szparga³ów.(I, przypomnia³em sobie, ¿e co prawda nieprawdziwe jeansy, ale krótkie spodenki z tejs³ynnej tkaniny mia³em znacznie wczeœniej,jeszcze w Lubsku. Chyba by³y niebieskie, aleg³owy za to nie dam. Nadzwyczaj mocne,mog³em w nich zje¿d¿aæ po ceglanejbalustradzie przed wejœciem do szko³y i siê niedar³y. Tylko upraæ je by³o trudno. Sztywnia³yw wodzie na deskê, mówi³a mi mama. By³yz paczek, unrowskich, jak uœwiadomi³emsobie póŸniej. Z tych paczek pamiêtam jeszczesolone fistaszki w puszkach i ¿ó³ty, o smakuprawdziwych owoców, kwasek cytrynowyw torebkach z grubego sreberka. Czy owomaltinate¿ w nich by³a, czy j¹ póŸniej jad³emkupowan¹ w aptece, ju¿ sobie nie przypomnê.Bo o spodenkach te¿ d³ugo nie pamiêta³em,powróci³y, gdy pra³em pierwsze prawdziwejeansy.)6 VII, 1 VIII 2006i z tym samym znaczkiem siedzia³em przystole prasowym w wielkiej konferencyjnej saliWRN. W³aœnie zmienia³a siê rz¹dz¹ca ekipai o decyzjach nale¿a³o poinformowaæ spo³eczeñstwo.Co prawda ci, co chcieli mogli obejrzeæwspania³y spektakl telewizyjny, towszak¿e co w centrali siê zdarzy³o w terenpowinno byæ przeniesione.Siedzia³em i notowa³em. Taki zawód. Czycoœ z tej konferencji napisa³em, nie pamiêtam.Pewnie nie, bo od komentarzy politycznychw piœmie byli inni.Ten epizod przypomnia³em sobiew Basrze, póŸn¹ jesieni¹ 1997 roku. Mo¿edlatego, ¿e spektakl, który tam siê odbywa³ by³miniatur¹ tego, który ogl¹da³em w telewizjiw r. 1972, a mo¿e dlatego te¿, ¿e mia³em nasobie mundur, nie d¿insowy wprawdzie,b³êkitny, ale zielony polowy mundur armiiirackiej. Ten, który tu opisujê dawno ju¿ siêzniszczy³, wiêc go wyrzuci³em; wtedy nie by³Stoj¹c, patrz¹c– Babcia ju¿ wtedy by³a gruba – opowiadami mama – porusza³a siê z trudem, wiêcchodzi³a o lasce. Sz³a do ogrodu, najpierwprzechadza³a siê po œcie¿kach a potem przystawa³a,opiera³a siê na lasce i patrzy³a, jakogrodnicy pracuj¹. Oni pielili grz¹dki, zbieraliowoce albo warzywa, a ona sta³a i patrzy³a.D³ugo, mówi mama, potrafi³a tak staæ i godzinê.Sta³a i patrzy³a, a oni pracowali. Poczu³am,mówi mama, ¿e coœ jest nie tak.Jej wtedy, a móg³ to byæ pocz¹tek lat trzydziestych,wyda³o siê to niesprawiedliwe. Gdymi to opowiada³a, pewnie w póŸnych latachpiêædziesi¹tych, nie mia³em w¹tpliwoœci, ¿etak w³aœnie by³o. I oboje zastanawialiœmy siêco myœleli ci, na których pracê babcia patrzy³a,sama stoj¹c bezczynnie.Teraz, po z gór¹ pó³wieczu wiem, ¿e to corobi³a nazywa siê nadzorem w³aœcicielskimi raczej zastanawiam siê sk¹d osiemdziesi¹t latAndrzej K. Waœkiewicz7


wczeœniej takie dziwne myœli przychodzi³y dog³owy panience z dobrego domu.(Nie, mama nie by³a ani naiwna aniczu³ostkowa. Wiedzia³a, ¿e z posiadaniawynikaj¹ nie same tylko przyjemnoœci, alei twarde obowi¹zki. Dziadek, opowiada³a,wstawa³ rano, ledwie tylko zaczê³y siê pracepolowe, konno albo dokartem obje¿d¿a³ pola.By³ wprawdzie karbowy, Kremky siê nazywa³,z wêgierskiej rodziny, ale przecie¿ i jego trzebaby³o pilnowaæ. Zwyczajnoœæ, ale w tejzwyczajnoœci coœ jej zgrzyta³o.)6 VII 2006Dwie fotki (poniek¹d historyczne)Ojciec by³ zapalonym motocyklist¹, rajdowcemszosowym. Nawet to, ¿e imieninyobchodzê w listopadzie st¹d siê wziê³o. ¯emia³em byæ Andrzejem by³o ustalone (mamiebardzo podoba³o siê zdrobnienie: Jêdrek), alegdy na chrzcie (chyba u œw. Jana) ksi¹dz zapyta³o patrona, ojciec powiedzia³, ¿e Bobolaw ¿adnym wypadku. Bo z powodu jakichœuroczystoœci z nim zwi¹zanych odwo³ano rajd,wiêc ojciec mia³ do niego osobist¹ urazê.Wœród tych albumów, które siê zachowa³yw zgruzowanym domu w Warszawie (o nichosobno) jest jeden prawie w ca³oœci wype³nionyzdjêciami z rajdu 1938 r. Jest te¿ zdjêciez obrad warszawskiego PZMot, i zdjêciewychodz¹cych z jakiegoœ gmachu, mo¿ew³aœnie z owego PZMot, ojciec jest w wysokichsztylpach, skórzanej kurtce, czapcepilotce.Na tym wszak¿e, o którym chcê powiedzieæjest w ciemnym garniturze, pod krawatem,starannie uczesany. Przemawia na trybunie,za nim wisi wielki sztandar z hakenkrojcem.Wygl¹da powa¿nie i dostojnie.Gdy by³em ma³y nijak nie potrafi³emzrozumieæ sk¹d oni razem – ojciec i hakenkrojc.Mama t³umaczy³a mi, ¿e by³ rajdi Niemcy wygrali, wiêc ich sztandar zawis³obok trybuny, a ci, co organizowali rajd gratulowalizwyciêzcom. Wiêc wiedzia³em, alenijak nie mog³em siê pogodziæ, ¿e tak w³aœnieby³o - zwyczajnie i po prostu.(Potem, po latach, gdy ju¿ pracowa³emw „Gazecie Ch³opskiej” i pojecha³em doW³odzimierza Korsaka, by zrobiæ z nimwywiad ogl¹da³em ca³e pliki zdjêæ. Tak¿e tez polowañ w Puszczy Bia³owieskiej - Goering,obok pan W³odzimierz. Ju¿ nie pamiêtamw bryczce czy w saniach. Czy to nie by³aczêœæ tego, o czym z tak¹ pasj¹ pisa³ Tuwimw Kwiatach polskich?)W tym albumie moich zdjêæ nie ma, s¹w innych. Du¿o zdjêæ, móg³bym powiedzieæ,¿e jako dzieciê nieletnie bywa³em czêstym,choæ nieœwiadomym, modelem. Potem, powojnie, ju¿ o wiele rzadziej. Nie bywa³ookazji, a i pieniêdzy tak¿e. Najwczeœniejszejest z £odzi, z 1946 roku. Stojê na œrodkuulicy, w paletku z koca, ju¿ trochê przyma³ym,w pilotce z dzianiny, na nogach mam wysokiekalosze. Gdy czyta³em potem ksi¹¿kio Puchatku wyda³o mi siê, ¿e podobne mia³Krzyœ, gdy szed³ przez Stumilowy Las, krótkopo tym, gdy przesz³a wielka ulewa. Ale nazdjêciu nie ma wielkiego lasy, s¹ s³upy latarniulicznych, w dali jakieœ, raczej niewysokiebudynki i dwa rachityczne drzewka.8


Gdyby nie ten p³aszczyk z kraciastegokoca i gdybym nie wiedzia³, ¿e to ja jestem(datê na odwrocie wpisa³a ciocia Jula, st¹dwiem dok³adnie kiedy by³o zrobione) by³obyponadczasowe. Równie dobrze z lat trzydziestych,czterdziestych albo i piêædziesi¹tych...Ale to, które zrobi³ mi stryj Antoniw 1948 roku w Lubsku, mog³o byæ tylko z latczterdziestych. Stojê, opieraj¹c siê o potê¿nymotor, w harcerskiej czapce rogatywce (chybanie mojej, musia³em j¹ po¿yczyæ od jakiegoœkolegi; ale nie wykluczam, ¿e mia³em tylkozapomnia³em o tym), mam na sobie krótkiespodenki i bluzê-kanadyjkê z wyk³adanymko³nierzem od koszuli, uczesany te¿ jestemtypowo – z grzywk¹. Ale najwa¿niejszy jestnapis na murze, du¿y, bia³¹ farb¹ – „3 razytak”.Stojê pod tym napisem. Raczej powa¿nyni¿ uœmiechniêty, jakbym zdawa³ sobie sprawêz powagi has³a.Gdy na prze³omie 1987 i 1988 rokupisa³em ostatni z Aneksów do poematuMirbad,7 zatytu³owany to jest... przypomnia³emsobie to zdjêcie. Nie wtedy, gdy by³orobione, nie wiedzia³em co znaczy has³o, podktórym sta³em. Wydawa³o mi siê pewnierównie naturalne jak napisy „min niet”.Ale w³aœnie by³o referendum w sprawieprzemian gospodarczych, by³em, wspar³em,choæ przecie¿, gdy siê potem zastanowi³emi pytania, na które odpowiada³em usi³owa³emprze³o¿yæ na konkrety, nijak mi siê nieudawa³o. I tak mi siê to z³o¿y³o. Ów ch³opiecstoj¹cy pod has³em i ten du¿o starszymê¿czyzna bior¹cy udzia³ w referendumi odpowiadaj¹cy „na dwa niejasne pytania”, naktóre – ju¿ wtedy – chyba nie by³oodpowiedzi. Mg³a i ruiny.(Ale czemu w tym wierszu napisa³em, ¿estojê w „za du¿ym mundurku harcerskim”,miast – jak wy¿ej opisa³em? Coœ mi siê skontaminowa³o.By³o tak, jak byæ powinno, nietak jak by³o rzeczywiœcie. I nie podejmujê siêrozstrzygaæ, która prawda jest bardziejprawdziwa.)6 VII 2006ZawódChyba rozmawia³em o tym z mam¹ ale, jakto dziecko, zadawalaj¹c siê prostym i zrozumia³ymwyjaœnieniem, nie dopytuj¹c siêo szczegó³y. Zreszt¹ nie jestem pewien, czymama potrafi³aby mi wyjaœniæ. Pewnie samanie zna³a detali. I, mniemam, nieszczególnie j¹to interesowa³o. Tak sobie myœlê, ¿e bardzod³ugo pozostawa³a poza œwiadomoœci¹ sferytego, co nazywa siê zasadami wymianytowarowo-pieniê¿nej. To znaczy kupowa³arzeczy, chyba nawet sporo, ale s³abo zdawa³asobie sprawê, ¿e mo¿na postêpowaæ odwrotnie,¿e w tych rzeczach jest ukryta wartoœæ, ¿eda siê je wymieniæ na gotówkê albo innerzeczy. Kiedyœ spyta³em siê sk¹d na ramionachi przedramionach ma bia³e okr¹g³e plamy.To od wrzodów g³odowych, odpowiedzia³a,jak siê cz³owiek s³abo od¿ywia, albo d³ugo nieje, to robi¹ siê wrzody, a jak ju¿ siê od¿ywii wyzdrowieje zostaj¹ takie w³aœnie blizny.Gdzie siê ukrywa³a po reformie rolnej zanimwyjecha³a do £odzi, nie wiem, sk¹d g³ód a¿taki – te¿ nie wiem. Ale w tym wszystkimnajwa¿niejsze jest to, ¿e gdy skoñczy³a opowiadaæspojrza³a na obr¹czkê i powiedzia³a:Przez ca³y czas nie pamiêta³am, ¿e j¹ mami nie pomyœla³am, ¿e mogê j¹ przecie¿sprzedaæ. Do rzeczy nieszczególnie by³a przywi¹zana,wiêc myœlê, ¿e po prostu do g³owyjej nie przysz³o, ¿e ten kawa³ek z³ota da siêzamieniæ na po¿ywienie. Nie by o tymzupe³nie nie wiedzia³a, ale wiedzia³a, ¿e takpowiem – abstrakcyjnie.I pewnie tak by³o z zajêciami ojca.Chyba siê o nie pyta³em. I pewnie miopowiada³a, tyle ¿e zapamiêta³em fragmenty.To wiêc, ¿e pozna³a go, gdy wraz z siostr¹prowadzi³ warsztat elektrotechniczny. Tak tonazywam, ale mówi³a mi tylko, ¿e wymienia³a(albo mo¿e tylko ³adowa³a) radiowe akumulatory(w Trzylatkowie nie by³o pr¹du). Co robi³potem nie wiem, przypuszczam, ¿e korzystniezainwestowa³ pieni¹dze z posagu. Jakie firmywtedy uruchomi³ te¿ nie wiem. Wszystkozreszt¹ straci³ w 1939 r. Na krótko przedwybuchem wojny, gdy prowadzi³ salon motocyklowy,zawar³ du¿¹ umowê z Policj¹Andrzej K. Waœkiewicz9


Pañstwow¹ na rataln¹ sprzeda¿ wiêkszej iloœcimotocykli junak. A potem pañstwo przesta³oistnieæ i jego zobowi¹zania tak¿e, policja by³aju¿ inna... Wszystko przepad³o.Z okupacyjnych zajêæ znam tylko jedno,doœæ proste. Bra³ mianowicie od firm niemieckich,albo mo¿e tylko pod niemieckimzarz¹dem, zlecenia na zakup zbo¿a (albomo¿e m¹ki) w podwarszawskich wsiach.Gdy na rogatkach kontrola rejestrowa³a przywóz,odwozi³ je do firmy, jeœli da³o siêza³atwiæ upowa¿nienie by³o wci¹¿ wa¿ne,a towar mo¿na by³o opyliæ po innych ju¿cenach.Wczesne dzieciñstwo mia³em wiêc raczejdostatnie.A wiedza o ojcowych zatrudnieniach nieszczególniemi by³a potrzebna. W ankietachspokojnie wpisywa³em – pochodzenie spo³eczne:inteligencja pracuj¹ca. Bo, skoro zgin¹³ takwczeœnie, liczy³o siê zatrudnienie matki. Gdyjednak weryfikowa³em has³o do Wspó³czesnychpolskich pisarzy i badaczy literatury po nazwiskuojca miast zawodu by³ rz¹d kropek, a obokproœba o uzupe³nienie danych. Wpisa³emwiêc: przedsiêbiorca. Chyba zgodnie z duchemczasów, w których ta publikacja siê ukaza³a.1 VIII 2006Andrzej K. Waœkiewiczobchodzi³ 30 listopada 2006 roku 65. rocznicêurodzin oraz jubileusz 45-lecia pracytwórczej. W imieniu Redakcji i naszychCzytelników sk³adamy najlepsze ¿yczeniaautorowi, dobrego zdrowia, pomyœlnoœci,sukcesów zawodowych i satysfakcji osobistych.Drogi Jubilacie, mamy nadziejê, ¿e Twojawspó³praca z Pismem „Pro Libris” bêdzieuk³adaæ siê równie owocnie jak dot¹d!10


Carmen WinterCarmen WinterKrähennestGniazdo wronOft steht der Umzugswagen vor einer derTüren. Die Fenster bleiben dunkel - nach undnach. Noch drei, noch zwei, noch eines. AlleLichter aus.Es kommen Männern in Arbeitsanzügen.Es ist wichtig, das Männer diese Arbeitmachen.Das Gelände wird umzäunt. DieVersorgungsleitungen gekappt.Alle Türen und Fenster werden herausgerissen,nachdem alle Badewannen,Waschbecken, Toiletten, Duschen, Küchenherdeund Einbauschränke ausgebaut wurden.Es ist gerade kein Bagger frei in derFirma. Der Block muß warten.Eine Krähe fliegt quer durch das Haus.Die Gehwege und Zufahrtsstraßen werdenmit Erde bedeckt. Eine Planierraupe verrichtetdiese Arbeit. Jetzt hängen die Männer Deckenüber die Zäune. Die Planierraupe wird aufeinen Tieflader gefahren und abtransportiert.Der Bagger kommt.Zuerst schlägt er die Balkone ab. DieFensteröffnungen scheinen noch größer zuwerden, sich aufzuweiten, als wollten sieetwas gebären. Aber was? Die Krähe trugkein Samenkorn im Schnabel.Was die Mieter hinterließen, liegt inblauen Plastiksäcken vor den Türhöhlungen.Ausgeschieden.Auf der anderen Straßenseite haben sichMütter mit ihren kleinen Jungen versammelt.Sie sitzen in der Sonne und sehen dem Baggerzu. Sie sehen den Regenbogen, der sich imWasserstrahl des Feuerwehrschlauches bildet.Das Wasser wird verhindern, daß das Bild imStaub verblaßt. Der Schlauch spritzt dasPrzed jedn¹ z bram czêsto stoi samochóddo przeprowadzek. Okna gasn¹ na dobre –jedno po drugim. Jeszcze trzy, dwa, jeszczejedno. Ostatnie œwiat³o zgas³o.Pojawiaj¹ siê mê¿czyŸni w roboczychubraniach. To robota dla mê¿czyzn.Buduj¹ ogrodzenie. Od³¹czaj¹ przewodyi rury.Wyrywaj¹ wszystkie drzwi i okna, potemwanny, umywalki, toalety, prysznice, kuchenkii komandory.W firmie nie ma wolnej koparki. Blokmusi zaczekaæ.Przelatuje przez niego wrona.Œcie¿ki i drogi dojazdowe pokrywaziemia. Spychacz zacz¹³ pracê. Mê¿czyŸniprzykrywaj¹ p³ot. Spychacz ³aduj¹ naciê¿arówkê, ciê¿arówka odje¿d¿a.Pojawia siê koparka.Najpierw wyrywa balkony. Otwory okiennewydaj¹ siê jeszcze wiêksze, otwieraj¹ siê,jakby chcia³y coœ urodziæ. Ale co? Wrona nienios³a w dziobie ziarna.W niebieskich plastikowych workachprzed pustk¹ po drzwiach le¿y to wszystko,czego mieszkañcy nie zabrali. Wydalone.Po drugiej stronie ulicy zebra³y siê matkiz ma³ymi dzieæmi. Siedz¹ w s³oñcu i przygl¹daj¹siê koparce. Widz¹ têczê, któratworzy siê w strumieniu wody z przeciwpo¿arowegowê¿a. Dziêki wodzie kurz niezgasi tego widoku. Woda z wê¿a dosiêga najdalszegonaro¿nika bloku. W niego wbija siêkoparka, chwyta mocno i wyrywa pierwszepole tej szachownicy.Zaczyna padaæ. W¹¿ ju¿ siê nie przyda.Matki zabieraj¹ dzieci do suchych mieszkañ.Carmen Winter11


Wasser auf die entfernteste Ecke des Blocks.Dorthin greift der Bagger, hakt sich fest undreißt die erste Platte aus dem Schachbrettmuster.Es beginnt zu regnen. Der Schlauch hatausgedient. Die Mütter bringen ihre Kinder introckene Wohnungen.Der Bagger schält die Außenwand ab.Sichtbar werden die Durchbrüche zu denKüchen, die Fototapete vom Inselparadies,die Holzpaneele.Noch ehe die Krähe sich überlegen kann,auf der Palme ein Nest zu bauen, ist die schonversunken im Betonberg.Das Erdgeschoß bedeckt sich mit rechtwinkligenTeilen eines Riesenpuzzles.Der Baggerfahrer schraubt und klopft ander Schaufel seines Rückbaubaggers. Er hatein Daumenkino in der Hosentasche. Bedienter es mit dem rechten Daumen, wächst einNeubaublock in die Höhe.20 Jahre später macht der linke Daumen,daß das Arbeiterwohnsilo wieder verschwindet.Die Baggerschaufel wird ausgewechselt.Erfolglos. Ein Lastwagen bringt eine werksneueglänzende Schaufel.Inmitten grüner Sträucher und Wiesenliegt ein grauer Berg. Langgestreckt wie dreiNeubaublocks mit je vier Aufgängen.Langgestreckt wie ein müder Arbeiter amAbend oder wie ein gestrandeter Fisch, orientierungslos.Der Bagger sammelt die nassen staubigenLappen vom Zaun in einen Container. Fülltihn wie die Mütter im Supermarkt ihreEinkaufswagen. Zwei Jungen schleichen sichum die Ecke des Bauzaunes. Sie haben etwasentdeckt. Ein paar gelbe Tennisbälle. Hinterlassenschafteines Mieters. Sie lassen sie dieStraße hinab rollen und laufen ihnen nach.Die Planierraupe ist zurück. Sie fährt vorsichtigauf den Schuttberg. Unter ihr gebendie Betonteile nach.Niemand scheint so recht zu wissen, wasmit dieser grauen, bröseligen Masse anzufangenwäre. Hinstreuen auf die aufgeweichtenPfade könnte man sie. In Fundamente eingießenkönnte man sie. Sie würde dann wis-Koparka obiera blok z zewnêtrznychœcian. Pojawiaj¹ siê przejœcia do kuchni, fototapetaz karaibskim rajem, drewniane panele.Jeszcze nim wronie wpadnie myœl, by zbudowaægniazdo na palmie, ta zapada siêw górze z betonu.Parter pokrywa siê kwadratowymi czêœciamiolbrzymich puzzli.Kierowca koparki krêci i stuka przy ³y¿ceswej maszyny. W kieszeni spodni ma sterownik.Gdy go uruchomi praw¹ rêk¹, to w górêwzbija siê nowy blok.20 lat póŸniej lewa d³oñ powoduje, ¿erobotnicza wielka p³yta znika.Wymieniaj¹ ³y¿kê koparki. Bez skutku.Ciê¿arówka przywozi nowiuœk¹, b³yszcz¹c¹³y¿kê.Poœród zielonych krzewów i ³¹k le¿y szaragóra. Wyci¹gniêta jak trzy nowe blokiz czterema klatkami schodowymi ka¿dy.Wyci¹gniêta jak zmêczony robotnik wieczoremalbo jak zagubiona, wyci¹gniêta na pla¿êryba.Koparka zbiera z ogrodzenia wilgotne,zakurzone œcierki i wk³ada je do kontenera.Zape³nia go jak matka wózek w supermarkecie.Dwaj ch³opcy skradaj¹ siê za róg ogrodzenia.Coœ odkryli. Kilka ¿ó³tych pi³eczektenisowych. Pozosta³oœæ po jednym z mieszkañców.Tocz¹ je w dó³ ulicy i biegn¹ za nimi.Wraca spychacz. Ostro¿nie wje¿d¿a narumowisko. Beton ugina siê pod nim.Nikt chyba nie wie, co pocz¹æ z t¹ szar¹,kruch¹ mas¹. Mo¿e by tak posypaæ ni¹ nieutwardzonedrogi. Mo¿e by tak wlaæ j¹ dofundamentów. Opowiada³aby ciche historieo dawnych mieszkañcach wielkiej p³yty.Historie o zapoconych koszulach i wychudzonychdzieciach, i o bia³ym pudlu spodpi¹tki. Czy za tymi œcianami, które uwa¿nies³ucha³y, zdarzy³o siê komuœ umrzeæ?Pada deszcz.Pada tak uparcie, ¿e na krzewach niezbiera siê szary betonowy kurz. Forsycje.Kwit³y na ¿ó³to przed czarnymi dziuramiokien. Matki zerwa³y kilka ga³¹zek. Ale ichsynowie nie zwa¿ali na kwieciste gwiazdy.Betonowa bestia maleje. Gruz, zapakowanydo kontenerów, wyje¿d¿a z miasta12


pern von den einstigen Bewohnern der Platte.Geschichten würde sie erzählen vonschweißigen Hemden und viel zu dünnenKindern und vom weißen Pudel aus Nummer5. War eigentlich schon jemand gestorben hinterdiesen hellhörigen Wänden?Es regnet.Es regnet so ausdauernd, daß kein grauerBetonstaub sich ansammeln kann auf denBüschen. Forsythien. Gelb blühten sie vor denschwarzen Fensterhöhlen. Die Mütter brachenein paar Zweige ab. Aber die Söhne hattenkeinen Blick für die gelben Blütensterne.Das Betontier wird kleiner. Bruchstücke,in Container verpackt, werden aus der Stadthinausgefahren - abgekippt. Eine Maschinefrißt die Brocken vorn in sich hinein, zermalmtsie und speit sie als graue Krümelwieder aus. Zwei Pyramiden werden ausdiesen grauen Krümeln aufgehäuft.Das Erdgeschoß wird wieder sichtbar.Noch immer nagt der Bagger an der Platte,legt die Teile flach auf die Erde. In den Pausenraucht der Baggerfahrer und trinkt vielApfelsaft aus einem Tetrapack von Aldi.Tagelang scheint ein großes Tier auf derStelle zu hüpfen und das Fundament zuzertreten. Das muß zerhämmert und aus derErde gezerrt werden, muß auch durch dieMaschine, die den Beton zermahlt.Eine graue Ebene liegt da, wo 20 Jahrelang die Neubaublöcke standen. Fast alleMaschinen sind verschwunden, es könntesein, daß Ruhe einkehrt.Jetzt werden die Wege und Straßen wiederfreigelegt. Ein Mann fegt geduldig mit einemStraßenbesen, der immer wieder vom Stielfällt.Die Fläche wird glatt gewalzt. Lastkraftwagenbringen Mutterboden. Es reichtnicht für das ganze Areal.Ein nobles Auto steht am Straßenrand.Jemand geht über die Ebene. Er trägt einenAnzug und versucht, die Schuhe sauber zuhalten. Einen Arbeiter weist er in die nächstenAufgaben ein. Eine grüne Wiese soll wachsen.Fünf Tauben und die Krähe fressen sich satt.Dann kommen die Hundebesitzer.August 2005- na wysypisko. Jakieœ urz¹dzenie po¿era je,mieli i wydala jako szare okruchy. Z tychokruchów powstaj¹ dwie piramidy.Znów widaæ parter.Koparka ponownie wbija siê w p³yty,rozrzuca je p³asko po ziemi. W przerwachkierowca pali i pije du¿o soku jab³kowegoz kartonu od Aldiego.Wydaje siê, jakby wielkie zwierzê skaka³otu ca³ymi dniami próbuj¹c rozdeptaæ fundamenty.Trzeba je rozr¹baæ, wyrwaæ ziemi,nakarmiæ nimi maszynê, która mieli beton.P³aska szaroœæ le¿y tam, gdzie przezdwadzieœcia lat sta³y nowoczesne bloki.Zniknê³y prawie wszystkie maszyny, mo¿ewróci spokój.Ods³aniaj¹ siê znowu drogi i ulice. Jakiœmê¿czyzna cierpliwie porusza uliczn¹ szczotk¹,która wci¹¿ spada mu z rêkojeœci.Wyg³adzaj¹ plac. Ciê¿arówka przywoziglebê. Nie wystarcza na ca³y area³.Na skraju drogi stoi luksusowy samochód.Ktoœ przechodzi przez plac. Ma na sobie garnituri stara siê nie pobrudziæ butów. Wydajepolecenia jakiemuœ robotnikowi. Ma tuwyrosn¹æ zielona ³¹ka.Piêæ go³êbi i wrona najadaj¹ siê do syta.Potem przychodz¹ w³aœciciele psów.sierpieñ 2005T³umaczenie Grzegorz Kowalski13


Czes³aw SobkowiakMapaWiele drobiazgówJak na jedno ¿ycieSmaków liczb widokówPo raz setny i tysiêcznyUk³ada siê taka drogaDo innej niepodobnaA i ona sama za zas³on¹ jakbyI nie wiesz którêdy i jakKreski kropki i ich aura szczegó³owoNanoszona na wielk¹ mapêJej krainami przemykaj¹ ludzie i ty samJeden jedyny raz bezpowrotnie¯e zaznacza siê taki œladBardzo dziwnyBo ca³y w znaku zapytaniaNad kartk¹Próbujê wst¹piæ choæby na sekundêTam gdzie kamienieCa³kiem senneDoœwiadczaj¹ przemianyI ca³a reszta wraz z nimiLiœcie krople rosy na trawieNiæ paj¹ka w leœnej ciszyBior¹ udzia³ najpewniejszy z pewnychW snuciu opowieœciO której wiadomo tylko¯e nie wyœni³a siê filozofom14


Czes³aw SobkowiakKrzewPatrzê na roz³o¿ysty krzew porzeczkiWydaje siê ¿e bezczynnieBo trwam niemal nieruchomoI jakbym zarazem chcia³ siê ukryæJak¹ tu zgubê usi³ujê znaleŸæW jego ga³¹zkach miêkkich popl¹tanychOto jest pytanie seledynem zapisaneW mojej samotnej linijceRowerzysta jad¹cy ulic¹W³aœnie popatrzy³ w moj¹ stronêJakby jego sprawa by³a wa¿niejszaMocnego uchwytu i potu na czole pe³naNi¿ moja nie daj¹ca siê wyt³umaczyæMomentPoza czerwonymi punkcikamiNabrzmia³ych p¹ków jab³oniKtóre siebie odgaduj¹ w wiosennej porzeWiedzieæ i widzieæNiczego innego nie chcêW tym momencieBo có¿ wiêcej mo¿na zobaczyæ i doznaæChoæby siê wzmog³aWielka burza szaleñstwSpryciarz ¿adenSekretu nie wykradnieKa¿demu po³o¿¹ na oczy ziemiêTak po prostu i bez ceregieliJestem jak w d³ugiejUci¹¿liwej podró¿yWidzia³em têczê i têczy upadekCó¿ jeszcze mo¿e spotkaæZmêczonego wêdrowcaKtóry wie ile trzeba odwagi¯eby niczego nie przekreœliæW zwyczajnych p¹kach jab³oni15


Zofia Frydel-KoœmiderI tak sobie patrzê...Patrzê sobie z góry na moj¹ doczesn¹pow³okê i œmiaæ mi siê chce, chocia¿ pozycja,w której le¿ê, nie jest za wygodna. Ciemno,ciasno, twardo, nieprzytulnie. I tak sobiepatrzê ju¿ od ponad tygodnia...Tego dnia, jak zwykle, zerwa³em siê nadŸwiêk budzika i niemal biegiem ruszy³em do³azienki. Tyle tylko, ¿e nie dotar³em. Coœ mniezak³u³o w piersiach, przed oczami zrobi³o siêciemno i nagle ujrza³em sam siebie le¿¹cegona œrodku korytarza. By³o to o tyle dziwne, ¿ewydawa³o siê, jakbym spogl¹da³ na w³asn¹postaæ gdzieœ spod sufitu. Jakbym siedzia³sobie na naszej stylizowanej lampie, a jednoczeœniele¿a³ na pod³odze. Mówiê wam,szalenie dziwne uczucie! Ogl¹da³em z zainteresowaniemto, co dzia³o siê pode mn¹, jakbympatrzy³ na film sensacyjny. Moja wrednama³¿onka najpierw szarpa³a moje cia³o i coœwykrzykiwa³a. Potem z³apa³a telefon i gdzieœdzwoni³a. Zdziwi³o mnie, ¿e zaczê³a p³akaæ.Jacyœ tacy ubrani na zielono zaczêli mnieszarpaæ, popod³¹czali ró¿ne rurki i wê¿yki,i biegiem ponieœli po schodach do erki. Tylkopo co? Nagle przesta³em widzieæ, poczu³emstraszliwy ból i us³ysza³em wycie karetki.Czu³em, ¿e gdzieœ jadê, ¿e coœ ze mn¹ robi¹...Uchyli³em z trudem powieki i w tym momenciesamochód zatrzyma³ siê, zieloni ponieœlimnie wprost w szeroko otwarte drzwi. Szpital?Przecie¿ ja jestem zdrowy, co siê dzieje, czegoode mnie chc¹??? A tak mi by³o dobrze nanaszym wyr¹banym ¿yrandolu w korytarzu!Po³o¿yli mnie w jakiejœ jasnej sali, zaczêli coœtam znów pod³¹czaæ. Mo¿e i by³oby nieŸle, aleten ból rozsadzaj¹cy klatkê piersiow¹! Mia³emochotê krzykn¹æ, ¿eby dali mi spokój, alez moich ust wydoby³ siê tylko dziwny jêk. Niewiem, ile czasu to trwa³o, straci³em ca³kowicierachubê. Mo¿e przysn¹³em?Przebudzenie by³o cudowne! Patrzy³amsobie z góry na moje cia³o spowite w barwnesploty przewodów. Kilka osób nerwowokrêci³o siê wokó³ mnie, szumia³a aparatura.Wiedzia³em, ¿e mnie wo³aj¹ tam, na dó³, alenie mia³em najmniejszej ochoty wracaæ.Wirowa³em sobie spokojnie w górze, nic mnienie bola³o, nie mia³em ¿adnych problemów.Po co wiêc próbowali mnie wo³aæ? Ca³azabawa trwa³a chyba ze dwie godziny. Z ca³ejsi³y trzyma³em siê mojej górnej pozycji i niepozwoli³em œci¹gn¹æ na dó³. W koñcu chybazrozumieli, ¿e nic z tego i dali mi spokój.Potê¿na kobieta zaczê³a od³¹czaæ od mojegocia³a te kolorowe wê¿yki, pozostali umyli rêcei poszli sobie. Z ciekawoœci¹ obserwowa³em,co bêdzie dalej. Film siê krêci³...Zosta³em na jakiœ czas sam. Potem przyszlitacy dwaj z sinymi nosami, z³apali za nogii g³owê i przerzucili do metalowego koryta nakó³kach. Pojechaliœmy korytarzem, wind¹,korytarzem. Pomieszczenie by³o ponure, ca³aœciana wygl¹da³a jak ogromna szafa z niezliczon¹iloœci¹ szuflad. Na œrodku sta³ wielkistó³, na którym wyl¹dowa³em z impetem. Moiopiekunowie wyci¹gnêli z jakiegoœ zakamarkabutelczynê, poci¹gnêli z niej zdrowo i schowalina miejsce. Potem zajêli siê mn¹. Umyli,ogolili, zaczêli ubieraæ. O rany, na³o¿yli namnie koszulê, której nigdy nie lubi³em i dla-16


torem. Nikt z rodziny nie ma mo¿liwoœciprowadzenia jej dalej, nikt siê na tym nie zna.Mój zastêpca przygotowywa³ dokumenty dowyrejestrowania! A niszczy³ to, co by³o ju¿zbyteczne. Poczu³em siê jakoœ dziwnie patrz¹cjak unicestwiany jest dorobek mojego ca³ego¿ycia. Niby taka jest kolej rzeczy, niemyœla³em jednak, ¿e to tak zaboli. I znów nicz moich przemyœleñ, niestety. Zdenerwowa³emsiê zaistnia³¹ sytuacj¹ i zacz¹³em zastanawiaæ,co mam dalej zrobiæ z tak dziwnie rozpoczêtym¿yciem pozagrobowym. Barek by³ szerokootwarty, widaæ ktoœ korzysta³ z jegozawartoœci. Na stoliku sta³o kilka brudnychkieliszków. Ju¿ sobie urz¹dzili stypê? Szybcys¹. Resztki kawy w fili¿ance. Ale¿ to mojawczorajsza. I nikt nie posprz¹ta³! Bêdê musia³porozmawiaæ z pani¹ Cesi¹, tak nie mo¿na!O rany, zapomnia³em, ¿e nie mogê porozmawiaæz nikim... No tak, ale ledwo zgin¹³emz oczu ju¿ zacz¹³ siê w firmie ba³agan. Nawetsprz¹taczka nie wype³ni³a swoich obowi¹zków.Zajrza³em do jej kantorka. Siedzia³a nakrzeœle i p³aka³a. Tylko dlaczego? Chyba niepo mnie? A, faktycznie, przez moje odejœciez ziemskiego pado³u sta³a siê bezrobotna. Mapowód po p³aczu. A w pierwszej chwilipomyœla³em, ¿e mo¿e mnie lubi³a i dlategop³acze. Ale ze mnie naiwniak. Nie, tu nie by³omiejsca do spokojnego przemyœlenia sytuacji.A mo¿e by tak na dzia³ce? Dzia³kê mamdaleko za miastem, rzadko wprawdzie na niejbywam i to przewa¿nie w wiêkszym towarzystwie,ale teraz tam na pewno nikogo nie ma.Ale mo¿e najpierw zajrzê do kostnicy, czy niktnie krzywdzi mojego kochanego cia³a? Jakpomyœla³em, tak i zrobi³em.Nie minê³a chwila, jak zacz¹³em patrzeæspod mizernej ¿arówki na znane mi pomieszczenie.Na obskurnym stole le¿a³a starakobiecina, jakaœ taka drobniutka i pokurczona,a panowie zamaszyœcie obmywali j¹ zimn¹wod¹. Chyba znów korzystali ze swoich kropelekuaktywniaj¹cych, bo ledwo trzymali siêna nogach. W tym momencie zorientowa³emsiê, ¿e mój film jest niemy. Widzia³emporuszaj¹ce siê usta, ale nic nie s³ysza³em.Chcia³em dotkn¹æ uszu i... No tak, zapomnia³em,¿e moje rêce, uszy i inne narz¹dyspoczywaj¹ w szufladzie. Dziwna sprawa.I nagle jednak coœ us³ysza³em, ale by³ to takicichy szmer, a nie normalny g³os. Okaza³o siê,¿e obok mnie kr¹¿y sobie le¿¹ca na stolekobiecina i przygl¹da swojej czêœci filmu.Szybko wymieniliœmy pogl¹dy na tematpanów, którzy zapewne pracowali w tej instytucjina sta³e i zamilkliœmy. Ka¿de z nasmyœla³o o swoich sprawach, o tym, czegow ¿yciu dokona³o, a czego nie uda³o siê zrealizowaæ.Mimo ¿e szuflady by³y szczelniezamkniête, widzia³em siebie le¿¹cego zez³o¿onymi d³oñmi na twardym dnie szuflady.Jeszcze dwie s¹siednie pó³ki by³y zajête. Najednej spa³a snem wiecznym potê¿nie zbudowanakobieta, na drugiej maleñkie dziecko.Pozosta³e miejsca by³y wolne, czeka³y nanowych lokatorów. W tym czasie kobiecinazosta³a ubrana i wpakowana do kolejnej szuflady.Nic tu nie mia³em do roboty, trzeba by³oznaleŸæ sobie inne miejsce. Tu mi siêwydawa³o co najmniej nieciekawie. Nigdy nielubi³em alkoholików, a ci tutaj znów zaczêlisiê raczyæ jak¹œ pod³¹ namiastk¹ wódki.WyraŸnie mi siê to nie podoba³o. Gdzie by tusiê udaæ? Tak naprawdê to nie bardzo chcia³omi siê nawiedzaæ dzia³kê, có¿ tam mog³o byæciekawego? Zaczê³o mnie to wszystko trochênudziæ. Czy tak mia³a wygl¹daæ ca³a wiecznoœæ?Nie by³oby to zbyt zabawne...Zacz¹³em siê zastanawiaæ, co dalej.Okaza³o siê to trudniejsze ni¿ do tej porys¹dzi³em. Odkry³em doœæ szybko, ¿e w moimstanie nie mo¿na spaæ, nie mo¿na z nikimz ¿yj¹cych porozmawiaæ, tak naprawdê niemo¿na nic. Sam ju¿ nie wiedzia³em, czyjestem zadowolony, ¿e umar³em czy te¿ nie.W koñcu podj¹³em heroiczn¹ decyzjê i przenios³emsiê na dzia³kê. W naszym letnim domkupanowa³ niesamowity ba³agan. Wygl¹da³o nato, ¿e w zimie ktoœ siê w³ama³ i wszystkoprzeszuka³. Po pod³odze saloniku przewraca³ysiê pot³uczone naczynia, wymiête ubrania,jakieœ papiery. W k¹cie na stercie brudnej poœcieliodkry³em smacznie œpi¹cego, brudnegojak nieszczêœcie, mê¿czyznê. Zapewne bezdomnyznalaz³ sobie sypialniê... Có¿, odjesieni nikt nie zagl¹da³ na dzia³kê i taki efekt.A tyle razy prosi³em! Ale kto mnie s³ucha?18


Wszystkim w domu siê wydaje, ¿e s¹ m¹drzejsiode mnie. Ja nie mia³em kiedy pojechaæ, aleinni? I tak nic nie robi¹. Trzeba chyba zg³osiæna policjê, niech pojad¹ i aresztuj¹ tego wstrêtnegobrudasa. Przecie¿ zniszczy mi ca³ydomek. W tym momencie dotar³o do mnie, ¿eto ju¿ nieistotne. I ¿e to nie ja bêdê za³atwia³sprawê z bezdomnym. I ¿e to nie mój domek.Nic ju¿ nie nale¿a³o do mnie. I po co ja tako wszystko zabiega³em? Ale¿ by³em g³upi!Zostawi³em im wszystko, nic siê widocznienie da wzi¹æ na tê stronê. A moi znajomi nadalsiê tam mêcz¹ i garn¹ wszystko do siebie. Czynie da³oby siê ich jakoœ zawiadomiæ, ¿e to niema sensu? Po co tak siê mêczyæ, rezygnowaæze wszystkiego, skoro i tak trzeba ca³ydorobek materialny zostawiæ innym?Na kr¹¿eniu miêdzy mieszkaniem, dzia³k¹i kostnic¹ minê³a mi ca³a noc. Niczegow sumie nie wymyœli³em. Ranek powita³ mniew okolicach aba¿uru w mojej sypialni. Mojama³¿onka wsta³a bardzo wczeœnie, co nale-¿a³oby zaliczyæ do niespotykanych wydarzeñ.Jakoœ tak doœæ szybko przyszed³ do niej mójnajserdeczniejszy przyjaciel. Kiedy popatrzy³emna nich, zrozumia³em, ¿e ich kontaktynie od dziœ by³y du¿o bli¿sze ni¿ siê mo¿naby³o spodziewaæ. Moja ¿ona i mój przyjaciel...To by³o jak cios poni¿ej pasa. No nie, nie pasa,bo przecie¿ mój pas i ca³a reszta by³a nieobecne.A by³em tak pewien, ¿e nie mam rogów.Pewnie wszyscy wokó³ wiedzieli o sytuacji,tylko nie ja. Sprawdzi³o siê znane powiedzenie,¿e najbardziej zainteresowany dowiadujesiê najpóŸniej. No tak, teraz mieli wymarzon¹wolnoœæ. A ja naiwnie wierzy³em, ze mojapo³owica jest zmêczona ca³ym dniem dreptaniawokó³ spraw domowych i dlatego wieczoremtak szybko zasypia i nie ma ochoty nama³¿eñskie powinnoœci. O œwiêta naiwnoœci!Czegó¿ to ja siê jeszcze teraz dowiem?Rozmawiali o czymœ, ale niestety niczego nies³ysza³em. Przegl¹dali papiery. Zajrza³em imprzez ramiê. A, tak, patrzyli ile to dostan¹z ubezpieczenia, jak siê wzbogac¹ na mojejœmierci. Coraz dok³adniej rozumia³em, ¿eby³em po prostu g³upi i utrzymywa³em nietylko w³asn¹ rodzinê, ale i osoby postronne.Ale ju¿ nic nie mog³em zrobiæ, ju¿ nienale¿a³em do tego œwiata. A do tamtego?Chyba jeszcze nie... Ciekawe, kiedy to nast¹pi.Mo¿e po pogrzebie? A mo¿e tak, jakpowiadali starzy ludzie, miesi¹c po œmierci?W³aœciwie ta wiedza do niczego nie by³a mipotrzebna. Ot, tak jakoœ mi siê tylkopomyœla³o. Kr¹¿y³em sobie powolutku,spogl¹da³em na sielankow¹ atmosferê dowczoraj mojej sypialni i zastanawia³em siê, codalej z tak piêknie rozpoczêtym dniem. Niemia³em tak naprawdê ¿adnego pomys³u...Nagle zwróci³ moj¹ uwagê jakiœ nerwowyruch. Kochankowie zaczêli siê jakoœ dziwniezachowywaæ, wygl¹da³o to, jakby siêpok³ócili. Faktycznie, chyba zasz³o jakieœnieporozumienie, bo mój przyjaciel w poœpiechuopuœci³ pokój, a potem mieszkanie.W kilka minut póŸniej pojawi³y siê mojecóreczki. Najm³odsza strasznie blada przy tymczarnym sweterku. Ale starsze niczego sobie.Nawet im do twarzy w czerni - skonstatowa³emi uœmiechn¹³em siê pod nosem. No tak,pod jakim nosem? Na dole odbywa³a siê jakaœdyskusja, szkoda tylko, ¿e nie mia³em pojêcia,o czym rodzina rozmawia. To by³o denerwuj¹ce!Chyba najgorsze ze wszystkiego,czego doœwiadcza³em. Niby by³em wœródnich, ale oni mnie nie widzieli, ja ich nies³ysza³em... Poczu³em siê okropnie. Postanowi³empo raz kolejny zmieniæ miejsce pobytu.Wróci³em do kostnicy, ¿eby jeszcze razprzyjrzeæ siê temu, co jeszcze tak niedawnoby³o mn¹. Le¿a³a sobie ta moja cielesnapow³oka w swojej szufladzie i czeka³a chybana lepsze czasy. Wygl¹da³em tak samo, jakwczeœniej, wcale siê nie zmienia³em.A mówili, ¿e po œmierci cz³owiek m³odnieje.Guzik prawda, widzia³em wszystkie zmarszczkina mojej twarzy, dodatkowy podbródekz trudem mieœci³ siê w ko³nierzyku koszuli,a z³o¿one na piersiach rêce by³y pomarszczonei jakieœ takie nieciekawe. Przez czas mojejnieobecnoœci nic nie przyby³o i nic nie uby³o.Jeszcze raz przenikn¹³em wzrokiem szufladyi stwierdzi³em, ¿e jednak coœ siê zmieni³o. Nieby³o dziecka. Pewno zosta³o dowiezione nacmentarz. Swoj¹ drog¹ ciekawe, jak bêdziewygl¹da³ mój pogrzeb - pomyœla³em leniwie.Bo tak naprawdê to nie by³em a¿ tak mocnoZofia Frydel-Koœmider19


zainteresowany ca³¹ t¹ uroczystoœci¹. Có¿mnie ona mog³a teraz obchodziæ?Nadszed³ nareszcie ten dzieñ. Ju¿ od ranaw moim domu gromadzili siê bli¿si i dalsikrewni. Wszyscy odpowiednio powa¿ni. Notak, mieli mnie przecie¿ pochowaæ. Jakoœ dziwniemi siê zrobi³o, niby ju¿ od kilku dni nie¿y³em, ale co innego le¿eæ w szufladziew pobliskim szpitalu, a co innego w grobie,choæby najpiêkniejszym. Kr¹¿y³em sobiemiêdzy domem i kostnic¹. Patrzy³em,uœmiecha³em pod nosem, och, przepraszam,jakoœ tak mi siê powiedzia³o. Nie mog³em podnosem, bo nos sobie spokojnie le¿a³ w szufladzie...No, po prostu siê uœmiecha³em i ju¿!Moi znajomi alkoholicy wyci¹gnêli mniez szuflady, upchnêli w sosnowe pude³ko,wyrównali fa³dki i zakrêcili œruby. Pojechaliœmyna cmentarz. By³o ca³kiem sympatycznie,s³oneczko œwieci³o, ptaszki œpiewa³y.Niektórzy wyci¹gali chusteczki, przyk³adalido suchych oczu. Znam to, znam, sam takkiedyœ robi³em. Ksi¹dz coœ mówi³, pokropi³trumnê wod¹, posypa³ ziemi¹. Czterej roœlich³opcy na trzy-cztery zsunêli trumnêw wykopany otwór. Potem moja ma³¿onkaudawa³a, ¿e chce siê rzuciæ za mn¹ do ziemi,ale nigdy nie by³a dobr¹ aktorka, wiêc zagra³akiepsko. £opaty miga³y w rêkach grabarzyi w szybkim tempie nad moj¹ trumn¹ powsta³wcale zgrabny pagórek. Zaraz wszyscy siêrzucili do uk³adania wieñców i wi¹zanekartystycznie prostuj¹c szarfy, by ka¿dywidzia³, kto to mnie po¿egna³. Ale zabawniewygl¹dali! Podchodzili sztywno do moichnajbli¿szych i podawali d³onie w udawanym¿alu. Doskonale wiedzia³em, ¿e moja œmieræich zupe³nie nie obesz³a. Ale wypada³o siêpokazaæ ¿ywym... Nie wiem, ile to trwa³o, alena szczêœcie ludzie zaczêli siê rozchodziæ.Pozostali w koñcu ci, którzy mnie ponoækochali. Nie patrzyli jednak w zadumie nagrób, jakby siê mo¿na by³o spodziewaæ, tylkowyraŸnie siê o coœ k³ócili. Nareszcie i oniposzli. A ja zosta³em nad swym w³asnymgrobem i mimo chêci nie by³em w staniewynieœæ siê stamt¹d. Straci³em zdolnoœæprzenoszenia siê, gdzie tylko mia³em ochotê.Doszed³em do wniosku, ¿e teraz to ju¿ napewno pójdê do tego innego œwiata.Mijaj¹ kolejne dni, ju¿ ponad tydzieñ odpogrzebu, a ja ci¹gle tkwiê nad grobem.Szkoda, ¿e nikt mnie nie odwiedza, by³obyweselej. Zacz¹³em odró¿niaæ dŸwiêki, powróci³ami zdolnoœæ s³yszenia. S³yszê ptaszki,czasem dolatuj¹ strzêpy rozmów ludziodwiedzaj¹cych groby. A mnie nikt nieodwiedza. Patrzê sobie na tê moj¹ doczesn¹pow³okê i sam nie wiem, co dalej. Czy mam tutkwiæ a¿ do koñca œwiata, do S¹duOstatecznego?(I nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Literackimim. Eugeniusza Paukszty pt. „Ma³e ojczyzny”, Kargowa2006)20


Zenon Musia³owskiNiemen czyta NorwidaUkszta³towa³a nas kultura europejska,to dziêki niej potrafimy kochaæ wiersze,wracaæ do nich, rozmawiaæ z nimi.Dla wielu poezja wci¹¿ stanowi Ÿród³oinspiracji, energii, a nawet ¿yciowejfilozofii.Czes³aw NiemenWiersze Norwida towarzyszy³y Niemenowiniemal przez ca³¹ drogê artystyczn¹, by³ydla niego nieskoñczenie bogat¹ inspiracj¹.Pocz¹wszy od pierwszej publicznej prezentacji„Bema pamiêci ¿a³obnego rapsodu”w 1968 r., poprzez p³ytê „Idee Fixe” (1978),a na albumie „Spodchmurykapelusza” z 2001koñcz¹c, widaæ wielki wp³yw poety nie tylkoZenon Musia³owski21


na dobór repertuaru, ale i na styl pisarskiNiemena. Dlaczego? Niech odpowiedziudzieli sam artysta:Norwid to jest w³aœciwie Ÿród³o. Źród³oi pocz¹tek moich powa¿niejszych prób poetyckich.Choæ, (…) nie obra¿ê siê jak ktoœ mnienazwie grafomanem. Od dzieciñstwa fascynowa³emsiê poezj¹. A Norwid nauczy³ mnierozró¿niania formy i syntetycznego rozumowaniaw budowaniu treœci. Norwid napisa³wprawdzie du¿o rozbudowanych poematów, jajednak zawsze siêga³em do tych strof, któreby³y krótkie i zwiêz³e. To one, z uwagi na formêi treœæ nadawa³y siê najbardziej do œpiewania.Tu znalaz³em m¹droœæ i naukê bez koñczeniafilologii. Dalej studiujê tê poezjê. Norwid jestpoet¹ zajmuj¹cym w moim ¿yciu miejsceszczególne. (…) Mam satysfakcjê, ¿e uda³o misiê w jakimœ sensie zaszczepiæ zainteresowaniet¹ poezj¹ jeszcze w czasach g³êbokiego PRL-u.(…) kiedyœ sam poeta w swojej twórczoœcipodnosi³ temat, ¿e póŸny wnuk odczyta jegopismo. Wspó³czeœni Norwidowi byli przyzwyczajenido poezji romantycznej, a on ju¿ by³postromantyczny. Jednak norwidowska publicystykai moralizatorstwo by³y niemi³e jegopokoleniu. I dalej nie s¹ mi³e dla ludzi, którzyz moralnoœci¹ s¹ na bakier. Tak to wygl¹da.Powiedzia³em wiêc, ¿e czujê siê tym póŸnymwnukiem, który odczyta³ pismo. Zarzucali miwówczas ró¿ne rzeczy, ¿e szargam poezjê,¿e w ogóle nie rozumiem, co œpiewam. To jestbardzo krzywdz¹ce i niesprawiedliwe, poniewa¿¿adnego wiersza nie wybra³em przypadkowo(…).Dlatego Norwid, poniewa¿ jego poezjasta³a siê ponadczasowa. Ona jest aktualnaw³aœciwie do dziœ, bo porusza wiele aspektówdotycz¹cych cz³owieczeñstwa, postêpowania i,wreszcie, spraw mentalnych... A przecie¿poeta tworzy³ w XIX wieku (…) Bardzo mizale¿y na tym, by czytano go w Polsce, bopomaga zrozumieæ i to, co siê u nas dzieje[wspó³czeœnie].”A wszystko zaczê³o siê bardzo prozaicznie...Pewnego dnia Wojciech M³ynarski podsun¹³Niemenowi tomik mówi¹c: gdybyœ takskrobn¹³ muzykê do wiersza Norwida „Bemapamiêci ¿a³obny rapsod”, to by³oby dopierocoœ! Ta rozmowa mia³a miejsce w ramachwspólnego wyjazdu na trasê programu„Zgaduj-Zgadula”. Niemen d³ugo rozwa¿a³ten projekt, zastanawia³ siê czy „wielka” poezjanadaje siê do estradowej prezentacji.Konsultowa³ siê m.in. z Ew¹ Demarczyk nimostatecznie podj¹³ siê tego zadania. No i zacz¹³próbowaæ. Najpierw - by wprowadziæ w³aœciwynastrój - zaaran¿owa³ motyw na organach,który powsta³ na trasie koncertowej, podczasprób, prawdopodobnie w Kielcach, a potemju¿ ci¹g dalszy nast¹pi³ naturaln¹ kolej¹rzeczy. Koncertowa premiera „Rapsodu”odby³a siê 20 grudnia 1968 r. w warszawskiejSali Kongresowej. To by³a sensacja! Idolrzeszy m³odzie¿y sprawi³, ¿e tomiki wierszyNorwida masowo wykupowano z ksiêgarñ.Pó³tora roku póŸniej w wielu szko³ach na lekcjachpolskiego uczono siê wiersza Norwidaz odtwarzanych p³yt. Niemen wprowadzi³modê na Norwida...P³yta z 1968 r. „Niemen Enigmatic” by³apierwsz¹, w której Niemen zawar³ wierszpoety. Na nastêpnych p³ytach równie¿ znajdowa³ysiê wiersze jego poetyckiego guru,jednak najbardziej Norwidowsk¹ p³yt¹Niemena by³a nagrana w 1978 r „Idee Fixe”.Tak¿e ostatni album „Spodchmurykapelusza”z 2001 roku wskazuje przemo¿ny wp³ywNorwida na artystêZ kolei na p³ycie „Aerolit” znalaz³y siêdwa wiersze Norwida: Pielgrzym i Daj miwst¹¿kê b³êkitn¹. Jesieni¹ 1974 r., po kilkudniach prób, kr¹¿ek by³ gotowy. Album ten,dzisiaj wysoko ceniony przez kolekcjonerów,wtedy z trudem przebija³ siê przez tendencyjniezatkane uszy recenzentów. Pochlebn¹recenzjê otrzyma³ dopiero w 2002 r., kiedy toNiemenowskie moogowanie w Pielgrzymiezafascynowa³o dwóch m³odych Anglików(The Chemical Brothers – „Come with us”).Sam Niemen pisze o tym wydarzeniuw ksi¹¿eczce do³¹czonej do boxu NIEMENOD POCZ¥TKU II :... uœmia³em siê po otrzymaniu listu adresowanegodo mnie i Cypriana Norwida, zanim22


nie uzmys³owi³em sobie, ¿e ja wiem o poetachangielskich niewiele wiêcej i czy ci najwiêksijeszcze s¹ wœród ¿ywych... Tak, czy owak faktbez precedensu. Chemical Brothers umieœci³,tak zwany loop mojej moogowej frazy, na swojejp³ycie.W koñcowych s³owach opracowania napisa³:Muszê powiedzieæ, ¿e mam jeszcze sporowierszy Norwida do zaœpiewania, któreczekaj¹ na swoj¹ kolej. Myœlê, ¿e jestemjeszcze winien poecie p³ytê pod tytu³em „Pieœñod ziemi naszej” - bardzo aktualn¹, jak siê dziœokazuje.Niestety œmieræ artysty nie pozwoli³a muzrealizowaæ tych planów i wspomniana p³ytanie ukaza³a siê, podobnie jak wiele innych,których materia³ muzyczny i tekstowy ju¿przygotowa³.Poni¿ej sporz¹dzony zosta³ alfabetycznyspis utworów Norwida, które Niemen wykorzystywa³w swojej dzia³alnoœci artystycznej.Ich ostateczny kszta³t móg³ byæ zwi¹zanyz konkretnymi wydawnictwami tekstówNorwida, z których korzysta³ kompozytor.Mimo wszystko, nierzadko poddawa³ orygina³yró¿nego rodzaju modyfikacjom. Czêstymzabiegiem by³a zamiana przyimków, powtórzenia,skróty i zmiany deklinacyjne. RzadziejNiemen stosowa³ przestawienia szykuwyrazów lub sformu³owañ (np. Zapytaj),a nawet ca³ych zwrotek (np. Pieœñ od ZiemiNaszej).Dlatego za³o¿eniem moim by³o aby wierszeprzedstawiæ w kszta³cie zbli¿onym doprezentowanego przez kompozytora, jedyniez pominiêciem wielokrotnych powtórzeñ.AERUMNARUM PLENUSBEMA PAMIÊCI ¯A£OBNY – RAPSODCIEMNOŒÆCZY TEN PTAK KALA GNIAZDO, COJE KALADAJ MI WST¥¯KÊ B£ÊKITN¥DO NAJŒWIÊTSZEJ MARII PANNY.LITANIAID¥CEJ KUPIÆ TALERZ PANI MITALIAM! ITALIAMJESIEÑKLEOPATRA I CEZARLARWALAUR DOJRZA£YMARIONETKIMARMUR – BIA£YMI£OŒCI! W TOBIE JEDNEJ ODPO-CZNIENIEMI£OŒÆMOJA OJCZYZNAMOJA PIOSNKA [II]MÓJ PSALMPIELGRZYMPIEŒÑ OD ZIEMI NASZEJPOSIEDZENIEPROMETHIDIONRZECZ O WLONOŒCI S£OWASARIUSZSIEROCTWOSI£A ICHVANITASWIELKOŒÆZA P£OTEMZAPYTAJZacznijmy od pocz¹tku, czyli od „Bemapamiêci ¿a³obny-rapsod”.Zenon Musia³owski23


Cyprian Kamil NorwidBEMA PAMIÊCI ¯A£OBNY-RAPSOD...Iusiurandum patri datumusque ad hanc-diem ita servavi...AnnibalICzemu, Cieniu, odje¿d¿asz, rêce z³amawszy na pancerz,Przy pochodniach, co skrami graj¹ oko³o twych kolan? -Miecz wawrzynem zielony i gromnic p³akaniem dziœ polan;Rwie siê sokó³ i koñ twój podrywa stopê jak tancerz.- Wiej¹, wiej¹ proporce i zawiewaj¹ na siebie,Jak namioty ruchome wojsk koczuj¹cych po niebie.Tr¹by d³ugie we ³kaniu a¿ siê zanosz¹ i znakiPok³aniaj¹ siê z góry opuszczonymi skrzyd³amiJak w³óczniami przebite smoki, jaszczury i ptaki...Jako wiele pomys³ów, któreœ doœciga³ w³óczniami...IIId¹ panny ¿a³obne: jedne, podnosz¹c ramionaZe snopami wonnymi, które wiatr w górze rozrywa,Drugie, w konchy zbieraj¹c ³zê, co siê z twarzy odrywa,Inne, drogi szukaj¹c, choæ przed wiekami zrobiona...Inne, t³uk¹c o ziemiê wielkie gliniane naczynia,Czego klekot w pêkaniu jeszcze smêtnoœci przyczynia.IIICh³opcy bij¹ w topory pob³êkitnia³e od nieba,W tarcze rude od œwiate³ bij¹ pacho³ki s³u¿ebne;Przeogromna chor¹giew, co siê wœród dymów koleba,W³óczni ostrzem o ³uki, rzek³byœ, oparta pod-niebne...IVWchodz¹ w w¹wóz i ton¹... wychodz¹ w œwiat³o ksiê¿ycaI czerniej¹ na niebie, a blask ich zimny omusn¹³,I po ostrzach, jak gwiazda spaœæ nie mog¹ca, przeœwieca,Chora³ ucich³ by³ nagle i znów jak fala wyplusn¹³...VDalej - dalej - a¿ kiedyœ stoczyæ siê przyjdzie do grobuI czeluœcie zobaczym czarne, co czyha za drog¹,Które aby przesadziæ, Ludzkoœæ nie znajdzie sposobu,W³óczni¹ twego rumaka zeprzem jak star¹ ostrog¹...VII powleczem korowód, smêc¹c ujête snem grody,W bramy bij¹c urnami, gwizdaj¹c w szczerby toporów,A¿ siê mury Jerycha porozwalaj¹ jak k³ody,Serca zmdla³e ocuc¹ - pleœñ z oczu zgarn¹ narody.... . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .Dalej - dalej - -24


Xenia Cosmann-DoerXenia Cosmann-DoerMathilde möchteetwas schenken, eineAdventsgeschichteHistoria adwentowa,czyli prezentod MatyldyDer Schnee war naß. Mathilde legte den Kopfin den Nacken um ihn besser zu spüren und zusehen. Große, weiche Flocken segelten langsamvor dem Nachmittagsgrau fast senkrecht, in immergeringer werdenden Abständen herab. Auf denWegen, auf den Beeten, auf den Bäumen undZäunen lagen dicke, weiße Buckeldecken. Und dieBuckel wuchsen noch. Eine Blätterfaust vollSchnee fiel mit Blatt und Stiel vom Kastanienbaumauf Mathildes Kopf, den Zopf und in den offenenKragen. Aus weißem Gezweig spottete heiser einRabenvogel, schwarz und nass…Weiß und leise war der Garten, auch von derStraße her war nichts zu hören.Mathilde ging langsam zur Treppe. In ihrenkalten Händen trug sie eine zerbrechliche Last, dasHerz aus Glas. Der Vogel flog mit schweren,schwarzen Schwingen vom Ast zum First.Pechvogel, Pechvogel!Als Mathilde klirrend fiel, war nicht der Vogelschuld. Unter dem Schnee war Eis von gestern.Und das dünn geblasene Glas zerbrach im Karton:Scherben bringen Glück!Aber zuerst brachten sie Tranen.„Scherben bringen Glück!” sagte auch dieMutter. Sie knetete den Teig für die Pfefferkuchen.Mathilde bestreute die Kuchenbleche mit Mehl.„Was schenke ich nun dem Vater zuWeihnachten?” Das war Mathildes Sorge. DasHerz aus Glas war zerbrochen und der Vogel hattegespottet. Es war eine Saatkrähe, hatte die Muttererklärt.Eben pickte die Krähe mit ihrem großen grauenSchnabel an die gefrorenen Fensterscheiben. AberEisblumen kann auch kein Rabenvogel pflücken.Das Herz aus Glas hatte Mathilde selbstgemacht. Vor dem großen, heißen Ofen in derŒnieg by³ mokry. Matylda odchyli³a g³owêdo ty³u, aby móc go lepiej widzieæ i czuæ.Du¿e miêkkie p³atki ¿eglowa³y powoli, prawiepoziomo przed nadci¹gaj¹cym zmierzchem,odleg³oœci miedzy nimi stawa³y siêcoraz mniejsze. Na drogach, grzêdach,drzewach i p³otach le¿a³y grube bia³e pierzynki.I wci¹¿ ros³y. Nagle z kasztanowca spad³awraz z liœciem garœæ œniegu na g³owêMatyldy, na jej warkocz i za odchylonyko³nierz. Siedz¹cy na ga³¹zce zachrypniêtygawron zaskrzecza³.Ogród by³ cichy i bia³y, nie dochodzi³y tu¿adne odg³osy z ulicy.Matylda wesz³a poma³u na schody.W zmarzniêtych rêkach nios³a kruchy ciê¿ar,serduszko ze szk³a. Ptak przeskakiwa³ ciê¿koz ga³êzi na ga³¹Ÿ - Masz pecha, masz pecha!Matylda upad³a, rozleg³ siê brzêk. Nie by³a towina ptaka, pod œniegiem le¿a³ wczorajszylód. To cienkie, dmuchane szkie³ko w kartoniepot³uk³o siê - pot³uczone szk³o przynosiszczêœcie!Ale najpierw przysz³y ³zy. Pot³uczoneszk³o przynosi szczêœcie - powiedzia³a mama,zagniataj¹c ciasto na pierniki. Matylda posypa³ablachê m¹k¹. Co dam teraz Tacie podchoinkê? – myœla³a. No tak, co teraz.Serduszko rozbi³o siê i na dodatek ten ptak siêz niej naigrywa³. W³aœnie zastuka³ du¿ym,szarym, dziobem w zamarzniête kwiaty naszybie. Ale tych kwiatów nawet ptak niepotrafi³ zerwaæ.Xenia Cosmann-Doer25


Glasbläserwerkstatt hatte sie in die gläserne Flötegeblasen. Am Ende, in der Form, hatte die Flötegolden geglüht. Und mit ein bißchen Hilfe vomMeister war aus dem heißen Gold kühles, weißesGlas geworden, ein Herz. Mathilde hatte es mitSternen bestückt, mit einer Schleife geschmücktund mit Seidenpapier umhüllt in den Kartongesteckt. Zersplittert war es doch!Ein zweites Mal würde sie nicht in derGlasbläserwerkstatt in eine Flöte blasen dürfen.„Bitte doch noch einmal darum!” schlug dieMutter vor. „Nein!” Mathilde schüttelte den Kopf,daß alle Locken flogen. Sie hatte Angst vor demSpott der Meisterin. Die hatte so harte, schwarzeAugen und so harte Worte.„Weihnachtszirkus!” hatte sie gesagt undMathilde aus der Werkstatt scheuchen wollen. DerMeister hatte ihr die große Schürze umgebundenund seine Frau hinaus gewinkt. Er hatte Mathildedie Arbeit mit wenigen Worten und klaren Gestengezeigt. Dann hatte er gebrummt: „Nun du, ichhab’ zu tun !” Aber geholfen hatte er ihr doch...Vor dem Fenster fiel immer noch Schnee, feinerjetzt und schneller.Die Dunkelheit nahm zu und nur der Lichtstreifaus dem schmalen Küchenfenster erhellte denGarten. „Schade, daß Schnee schmilzt,” dachteMathilde.Ein Weihnachtsgeschenk aus Schnee, duftigund glitzernd, das wäre schön. Bewegen sollte essich auch und klingen, wie eine Spieluhr.Die Mutter lächelte zu Mathildes Gedanken:„Ein Geschenk wie einglitzerndes Tanzlied ohne Worte wäre das.Schenk’ deinem Vater doch ein Lied!”„Aber Mutti, ich kann doch keine Liedermachen!” empörte sich Mathilde über so vielUnverstand.„Aber eines aussuchen aus demWeihnachtsliederbuch und es auf einer ganzkleinen Flöte spielen, das könntest du”, erklärte dieMutter.„Ist das ein Geschenk?” und „Was ist überhauptein Geschenk?”fragte Mathilde.Lange dachten die Mutter und Mathilde überdiese Frage nach.:Doch, langsam, langsam begann Mathilde zubegreifen, daß Musik ein Geschenk sein konnte.Die Mutter fing an zu singen, erst dieWeihnachtslieder, die Mathilde kannte, die siemitsingen konnte, dann Lieder in einer fremdenSprache, deren Weisen auf halben Silben in derHöhe tanzten, wie der Schnee vor dem Fenster. AnSerduszko ze szk³a zrobi³a Matyldaw³asnorêcznie. W warsztacie hutniczym,stoj¹c przed gor¹cym piecem, dmuchaj¹cw szklan¹ fajkê. Na koñcu w formie szk³o¿arzy³o siê z³oto. I z… odrobin¹ pomocymajstra z gor¹cego z³ota wysz³o ch³odne,bia³e szk³o w formie serca. Matylda przyozdobi³aje gwiazdkami i kokard¹, zawinê³aw bibu³kê i w³o¿y³a do pude³eczka. Ale siêrozbi³o. Drugi raz w warsztacie na to samo ju¿jej nie pozwol¹.Poproœ ich jeszcze raz - poradzi³a mama.Nie - Matylda potrz¹snê³a g³ow¹, a jej loczkirozsypa³y siê. Ba³a siê naraziæ na drwiny ¿onymajstra, mia³a takie zimne spojrzenie.Istny cyrk z tym Bo¿ym Narodzeniem! -powiedzia³a do Matyldy i ju¿ wtedy chcia³aprzepêdziæ j¹ z warsztatu. Majster zawi¹za³jej du¿y fartuch i wyprosi³ ¿onê z warsztatu.Potem burkn¹³ pod nosem - Mam du¿o roboty.Ale pomóg³ Matyldzie, to jasne…Za oknem pada³ œnieg, bardzo delikatniei szybko. By³o coraz ciemniej, i tylko ma³ypromieñ œwiat³a z kuchni oœwietla³ ogród.Szkoda, ¿e œnieg siê topi - pomyœla³a Matylda.Prezent bo¿onarodzeniowy ze œniegu,wspania³y i b³yszcz¹cy, to by³oby coœ.Musia³by siê poruszaæ i dzwoniæ jak graj¹cyzegar.Mama uœmiechnê³a siê jakby wiedzia³ao czym myœli Matylda - Prezent jak po³yskuj¹capiosenka do tañca, bez s³ów, to by³byprezent dla twojego taty, sprezentuj mupiosenkê!Ale¿ mamusiu, ja nie umiem uk³adaæpiosenek - oburzy³a siê Matylda.Ale, mog³abyœ wyszukaæ jak¹œ kolêdêi zagraæ j¹ na ma³ym flecie. To potrafisz -wyjaœni³a mama.Czy to jest prezent?A tak naprawdê co tojest prezent? - zapyta³a Matylda. Myœla³y nadtym, rozmawia³y na przemian cicho i g³oœno.Po jakimœ czasie Matylda dosz³a do wniosku,¿e i muzyka mo¿e byæ prezentem. Mamazaczê³a œpiewaæ, najpierw kolêdy, któreMatylda zna³a i które mog³y œpiewaæ razem,potem piosenki w jakimœ obcym jêzyku,którego melodie tañczy³y na po³ówkachg³osek i wznosi³y siê w górê jak œnieg za26


diesem Abend fiel es Mathilde besonders schwer,ins Bett zu gehen und zu schlafen.Hoch lag der Schnee vor dem Haus. Ganz zarthellte der Himmel auf, ein türkisblaues Band überdem Wald. Eine Gasse hatte der Vater schon zumGehen geschaufelt. In der Schule war erst rechtkeine Zeit für Weihnachtsgedanken.Auf dem Heimweg, als das Licht schon wiederabnahm, wartete Mathilde auf die Schneeflocken,und sang für sich im Schlendern leiseWeihnachtslieder. Der Rabenvogel hatte sich verzogen,alle Vögel hatten sich verborgen, keinerflog. Zwischen schmalen Wolkenfetzen kamen ausblauem Himmel herab die ersten Flöckchen.„Huh!” fauchte der Wind um die Domvogtei.Mathilde lief zum Seitenschiff, die Pforte warschwer zu öffnen.An der Orgel saß der junge Pastor. Nach kurzemGruß ließ er die Orgel jubilieren, laut und hoch. Esklang wie Schwalbengezwitscher zwischen dentiefen Atemzügen der komplizierten Melodie.Sie wartete die musikalische Paus ab. Es warganz einfach zu bitten, vielleicht jedoch nicht ganzeinfach zu machen, denn der Pastor krauste auchdie Stirn. Mathilde wollte die Melodie mit demSchwalbengezwitscher für ihre kleine Flöte haben.Der Pastor begleitete Mathilde nach Hause.Unterwegs erzählte Mathilde, was sie über einGeschenk dachte: „Es muß selbst gemacht sein,weißt du. Man muß sich sehr viel Mühe geben.Und einfach soll es auch nicht sein und nicht soschnell, husch, husch...”Ein Windstoß nahm ihr den Atem. Der Pastorwickelte seinen Schal um Mund und Nase, alsokonnte er nicht antworten. Mathilde hätte gerngefragt, wo der Wind herkommt. Das ging nicht.Sie mußte tief den Kopf beugen und sich gegen denSchneesturm stemmen. Dabei fiel ihr die brausendeOrgel ein, volltönend wie der Sturmwind.Mutti war aber froh, daß ihre Mathilde heilnach Hause kam! Sie redete schnell und aufgeregt,ließ keinen zu Wort kommen. Heißer Tee beruhigteund wärmte.Leise wie ein Kätzchen schlich Mathilde ausder warmen Küche in Vaters Arbeitszimmer undmauste sich einen Bogen Notenpapier. Aus ihrerFedertasche kramte sie einen Bleistift und einenSpitzer.„Bitte”, sagte Mathilde und schob neben dieKeksbüchse das linierte Papier, „bitte schreibe mirden Jubel mit dem Zwitscherchen auf! Noten lesenkann ich schon. Bitte!”Die Mutter war ein bißchen verlegen, daßMathilde so vertraulich tat.oknem. Tego wieczoru ciê¿ko by³o Matyldzieiœæ spaæ…Nazajutrz by³o du¿o œniegu. Tata oczyœci³ganek ze œniegu. Matylda pobieg³a do szko³y.W szkole nie mia³a czasu, aby myœleæ o Bo-¿ym Narodzeniu.W drodze do domu, gdy ju¿ siê zmierzcha-³o Matylda goni³a p³atki œniegu i œpiewa³a pocichu kolêdy. Gawron gdzieœ siê wyprowadzi³,wszystkie ptaki pochowa³y siê, ¿adennie fruwa³. Niebo pociemnia³o, przyby³ochmur i zacz¹³ padaæ œnieg.Hu, hu - zaœwista³ wiatr przy katedrze.Matylda podbieg³a do bocznej nawy koœcio³a,drzwi odmyka³y siê ciê¿ko. Przy organachsiedzia³ m³ody pastor. Po ma³ym wstêpiezagra³ g³oœno i uroczyœcie. To brzmia³o jakœwiergot jaskó³ek miedzy g³êbokimi tonamiskomplikowanej melodii.Matylda podesz³a ca³kiem blisko.Poczeka³a do przerwy. Nie by³o ³atwo zapytaæ.Pastor zmarszczy³ czo³o, to nie by³o takieproste. Matylda poprosi³a o melodiê ze œwiergotemjaskó³ek na swój flet. Pastorodprowadzi³ Matyldê do domu. Po drodzemówi³a o tym, co myœli o prezentach - Prezentmusi byæ zrobiony samodzielnie, trzeba siêbardzo staraæ. To nie mo¿e byæ byle co, takieszast, prast.Podmuch wiatru zapar³ jej dech. Pastormia³ twarz zas³oniêt¹ szalem. Matylda chcia³azapytaæ sk¹d ten wiatr. Nie da³o siê. Musia³amocno pochyliæ g³owê, aby broniæ siê przedœnie¿yc¹. Na myœl przysz³y jej piszcza³kiorganowe, brzmi¹ce tak jak ta œnie¿yca.Mama by³a szczêœliwa, ¿e wróci³a ca³a dodomu! Matylda nie da³a nikomu dojœæ dos³owa, mówi³a prêdko i z przejêciem.Uspokoi³a j¹ dopiero ciep³a herbata.Po cichu, jak ma³y kotek, wysz³a z ciep³ejkuchni do pokoju taty i wziê³a stamt¹d papiernutowy. Ze swojego piórnika wydoby³ao³ówek i temperówkê. Proszê - powiedzia³ai podsuwaj¹c obok puszki z ciastkami papierw liniê - Napisz mi proszê te jaskó³cze œpiewy!Ja ju¿ umiem czytaæ nuty, proszê!Mama by³a trochê zbita z tropu, ¿e Matyldatak siê spoufala. Pastor zapyta³ o fortepiani zabra³ siê do pracy. Szuka³ dŸwiêków naXenia Cosmann-Doer27


Der Pastor bat nur darum, das Klavier benutzenzu dürfen, dann machte er sich schon an die Arbeit.Er suchte sich auf dem Klavier die Töne zusammen.Ganz einfach war das nicht, die Töne so einfachwie möglich zu setzen für eine kleine Flöte,für einen kleinen Jubel. Aus den Zwitscherchenwurden Triller für die Flöte. „Kannst Du das schonMathilde?” „Ja, ich glaub’ ganz gut!”Als die Noten ordentlich auf dem Papierstanden, spielte sie der Pastor vom Blatt ab, mitbeiden Händen spielte er. Mathilde war etwas verwirrt.Das klang zwar schöner als vorher, aber eswar so viel mehr als eine einfache Melodie.Vorsichtig nahm der Pastor die kleine Flöte ausMathildes verkrampften Fingern. Er spielte einmalund noch einmal mit allen Trillern dieJubelmelodie auf Mathildes Flöte. Dann übteMathilde die erste Zeile, die hatte noch keinenTriller. „Ja, das kann ich lesen, das kann ich zusammenkriegen!”strahlte sie. Die Mutter linste vorsichtigauf das Papier. Sie glaubte es auch.Mathilde bedankte sich ausführlich. DasArbeitszimmer war kühl. Das Klavier bekam eineDecke auf die Tasten, und der Pastor bekam nocheine Tasse Tee. Als er wieder im Sturm verschwundenwar, wollte Mathilde gleich auf derFlöte üben. Aber da gab es noch Hausaufgaben.„Hilfst du mir, Mutti, wenn ich nicht weiter kann?”fragte Mathilde etwas ungenau.Aber ja, die Mutter half beim Schreiben, beimRechnen, beim Lesen, half bis der Schulranzenendlich zugesperrt worden war.Das Notenpapier lag auf dem Küchentisch.Mathilde schob den Adventskranz näher zumFenster. Sie wollte Kerzenschimmer undSchneewirbel in den Fensterscheiben sehen unddann ganz flott spielen. Es war gar nicht soschwierig, wie sie gedacht hatte. Und plötzlich:„Oh, Mutti, du klingst ja noch viel schöner, als dieFlöte!Noch mal Mutti, noch mal zusammen!”„Stimmet voll Jauchzen und Fröhlichkeit an...”sang die Mutter, und Mathildes Flöte jubilierte.klawiaturze. To nie by³o proste przenieœæmelodiê na ma³y flet. Ze œwiergotu wysz³y trele.Wiesz ju¿ o co chodzi, Matyldo? – zapyta³.Myœlê, ¿e tak! – odrzek³a.Kiedy wszystkie nuty znalaz³y siê napapierze, pastor odegra³ je obiema rêkoma.Matylda by³a trochê zdziwiona. Brzmia³o topiêknie, ale to by³o coœ wiêcej ni¿ tylkozwyk³a melodia. Pastor ostro¿nie wyj¹³ fletz zaciœniêtych palców Matyldy. Zagra³melodiê na flecie raz i drugi, ze wszystkimitrelami. Potem Matylda przeæwiczy³a pierwsz¹linijkê, nie by³o tam jeszcze ¿adnychtreli. O tak, potrafiê wszystko zagraæ! -promienia³a Matylda. Mama ukradkiem spojrza³ana papier i te¿ tak myœla³a. Matyldapodziêkowa³a pastorowi. W pracowni by³och³odno. Klawisze fortepianu przykrytosuknem, a pastor da³ siê namówiæ na jeszczejedn¹ fili¿ankê herbaty. Gdy wyszed³ i znikn¹³w œnie¿ycy Matylda chcia³a natychmiastæwiczyæ. No, ale do odrobienia by³y jeszczezadania domowe. Pomo¿esz mi mamusiu jaknie dam sobie rady? - zapyta³a trochêniepewnie Matylda.Ale¿ tak, mama pomog³a przy pisaniu,rachunkach, czytaniu a¿ wreszcie mo¿na by³ospakowaæ tornister. Nuty le¿a³y na stolew kuchni. Matylda przesunê³a wieniecadwentowy bli¿ej okna. Chcia³a widzieæ naszybie odbicie œwiec na tle tañcz¹cychp³atków œniegu za oknem. Zaczê³a graæ. Nieby³o to wcale takie trudne, jak jej siê toprzedtem wydawa³o. I nagle - Och, mamusiuty œpiewasz o wiele piêkniej ni¿ ja gram!Jeszcze raz , razem!Mama œpiewa³a kolêdê, Matylda akompaniowa³ajej na flecie.t³umaczenieBarbara Krzeszewska-Zmyœlony28


Mateusz MarczewskiDrabina dwóch Jakubów(fragment opowiadania)Moja babka zwykle dawa³a sobie radê sama i nawet kiedy w ogrodzie grusza zaczê³a chyliæ siêze staroœci i tym samym zagra¿aæ tak samo starej i chyl¹cej siê altanie, oznajmi³a, ¿e ju¿ jestwszystko za³atwione i pan Piekarski - rencista, za dwadzieœcia z³otych zetnie drzewo w któreœwolne popo³udnie. Antoni Piekarski jednak, jad¹c rowerem na grób ¿ony przewróci³ siê przypodje¿d¿aniu na krawê¿nik i upadaj¹c z³ama³ rêkê. Ludzie pomogli mu wstaæ, po dwudziestu minutachpodjecha³o pogotowie, wziêli go na nosze, jakaœ ¿yczliwa d³oñ w³o¿y³a do ambulansusiatkê ze zbitym zniczem i tym co zosta³o z nie otwartej jeszcze æwiartki wódki: kawa³kami szk³atrzymaj¹cymi siê kurczowo etykiety. Posz³o potem po Wschowie, co potwierdzili ci, którzy nacmentarzu przyuwa¿yli Piekarskiego, ¿e popija i to zdrowo na tym cmentarzu. Popija i pali znicze.Poprosi³a wiêc mnie babka telefonicznie, ¿ebym œci¹³ gruszê w jej ogrodzie, bo Piekarski przynajmniejprzez dwa miesi¹ce, o ile jeszcze kiedykolwiek, siekiery w rêce nie bêdzie móg³ trzymaæa zima tu¿ tu¿. I ja to œciêcie gruszy od razu odebra³em jako coœ wiêcej ni¿ tylko œciêcie gruszy.Bo babka rzadko prosi³a o pomoc. Prawie nigdy. Na przyk³ad po pogrzebie swojego mê¿aa mojego dziadka w roku 1989 - cz³owieka niezwykle spokojnego, bêd¹cego zawsze trochê nauboczu, zaprosi³a ludzi na stypê, posadzi³a przy stole a sama posz³a do kuchni. I tam jak zwykleszybka, przygotowywa³a poczêstunek i tylko co pewien czas z³amana szlochem przystawa³a tr¹czaczerwienione oczy i p³aka³a. I p³acz¹c miesza³a w garnkach czarn¹ warz¹chwi¹ pociemnia³¹ odwieloletniego u¿ycia.W pi¹tek skoñczy³em wiêc pracê wczeœniej i pojecha³em do Wschowy, ale drzwi mieszkaniababki zasta³em zamkniête. W drzwiach, w szparze na listy, przez któr¹ mo¿na by³o wrzuciæ napod³ogê mieszkania nawet œredniej wielkoœci ksi¹¿kê, wsuniêta by³a zrolowana kartka papieru.Babka w ostatniej chwili zdecydowa³a siê jechaæ do mojej ciotki do G³ogowa i wróciæ w sobotniepopo³udnie. Klucz od mieszkania by³ w skrytce „tam gdzie zawsze” jak pisa³a i zszed³em dopiwnicy, bo skrytk¹ by³a ruchoma ceg³a tu¿ ko³o drzwi do naszej czêœci.W mieszkaniu na stole kuchennym, na plastikowej serwecie w kratkê, jak w jakiejœ harcerskiejgrze w podchody, znalaz³em kolejn¹ kartkê. Tutaj babka zdradza³a szczegó³y planowanej akcji.Siekiera wisi przy wêglu w piwnicy, pi³a stoi oparta o œcianê, a klucz od dzia³ki ma nadal Piekarski,bo od czasu wypadku babka nie zd¹¿y³a go od niego odebraæ. Napisa³a tylko, ¿e „Piekarski mieszkana WoŸniczej w drugiej kamienicy od Leszczyñskiej, nie wiem który numer, ale zapytajs¹siadów bo wszyscy go tam znaj¹”.Z góry ju¿ by³o ustalone, ¿e œci¹æ gruszê pomo¿e mi Anek.Brat mojego ojca, na którego mówiliœmy Anek, kiedyœ grywa³ w kosza i kocha³y siê w nimwszystkie dziewczyny. Z jedn¹ z nich siê o¿eni³ i przeniós³ na Wybrze¿e, do Tczewa. Pracowa³w stoczni. Nigdy siê nie dowiedzia³em co dok³adnie robi, ale z jego opowieœci rysowa³ mi siêobraz jakiegoœ nadludzkiego wysi³ku. Jestem niemal pewien, ¿e ka¿dego dnia œwitem przebiera³siê w zak³adowej szatni i chowa³ w metalowej szafce swoj¹ raportówkê ze œniadaniem zawiniê-Mateusz Marczewski29


30tym w pergamin. Potem wchodzi³ z automatem do nitowania miêdzy ¿ebra statku, wpe³za³w jakieœ ciemne i p³askie powierzchnie pachn¹ce smarem, czo³ga³ siê na najni¿sze pok³ady - tam,gdzie w przysz³oœci bêdzie p³ywa³ szlam gêsty od smarów i brudu sp³ywaj¹cych z ca³ego okrêtu.I tam rozdziela³ g³uchymi strza³ami komuniê wiecznego zwi¹zania. Czasem jednak pojawia³ siêna zewn¹trz, wychodzi³ na œwiat³o dzienne jak Jonasz wyrzygany z brzucha wieloryba i stawa³przed nami z torb¹ na ramieniu i w czapce leninówce. I kiedy ze szklistymi oczyma ca³owa³ babkêw oba policzki, ona g³aska³a go po powiêkszaj¹cej siê ka¿dego roku ³ysinie i widzieliœmy, ¿e tendoskona³y gracz w kosza, namiêtny podrywacz o plecach i ramionach obroœniêtych tak gêstymii lœni¹co czarnymi w³osami, ¿e mog³yby nale¿eæ do ma³py, z roku na rok starzeje siê corazbardziej. Ale œmiaæ siê wci¹¿ potrafi³. Ilekroæ na Wszystkich Œwiêtych szliœmy ca³¹ rodzin¹ nagrób dziadka, zamieraliœmy w oczekiwaniu na wejœcie Maryny - faceta, który przychodzi³ nas¹siedni grób. W zasadzie nic w nim nie by³o szczególnego. Mo¿e mia³ jedynie doœæ mocnowyprofilowane czo³o, pod którym osadzone by³y, pod okapem brwi, poczciwie patrz¹ce oczy.Kiedyœ Anek powiedzia³ jednak, ¿e la³ Marynê w dzieciñstwie i od tego czasu kiedy, tylko tenpojawia³ siê na koñcu cmentarnej œcie¿ki w towarzystwie ¿ony, trzêœliœmy siê ze œmiechu,a najbardziej z nas œmia³ siê Anek. Staraliœmy siê uspokoiæ, ws³uchaæ w chrobot g³oœnikówwisz¹cych na drzewach, z których wydobywa³ siê niezrozumia³y g³os ksiêdza, ale kiedy tylkonasze spojrzenia siê krzy¿owa³y, przychodzi³ kolejny histeryczny napad. A babka nieœwiadomatego co siê dzieje za jej plecami albo zupe³nie tym nie zainteresowana z przechylon¹ g³ow¹patrzy³a w ziemiê s³uchaj¹c mszy.Anek przyjechaæ mia³ tym o szesnastej piêæ. Poszed³em wiêc na dworzec kolejowyi przyszed³em o dwadzieœcia minut za szybko. Oprócz mnie przed budynkiem stacji by³ jedynietaksówkarz. Z g³ow¹ zwrócon¹ ku s³oñcu, z zamkniêtymi oczyma pali³ papierosa. Chodzi³em pobrukowanym placu, z jednego koñca na drugi i przypomina³em sobie te wszystkie przyjazdyi odjazdy z tych przyd³ugawych jak na tak¹ mieœcinê peronów. Nas³uchiwa³em komunikatów zawiadowcystacji, w koñcu usiad³em na ³awce i zacz¹³em z nudów przygl¹daæ siê czubkomstrzelistych topól, które ros³y wzd³u¿ torów. Potem obserwowa³em minutow¹ wskazówkê zegaraumieszczonego na szczycie budynku. Im d³u¿ej na ni¹ patrzy³em, tym bardziej wydawa³o mi siê,¿e ta wskazówka zwalnia i im bardziej czeka³em a¿ dotrze do szesnastej piêæ, tym bardziej by³empewien ¿e wskazówka zwalnia, jakby jej intencj¹ by³o tu¿ przed przyjazdem poci¹gu zatrzymaæsiê, zamrzeæ i uwiêziæ mnie na tym brukowanym placu z sennym taksówkarzem, uwiêziæ w tychokolicznoœciach pozornie przypadkowych, bo nie by³y one wcale dla mnie takie przypadkowe,jeœli miejsce to, plac przed dworcem, by³o miejscem spotkania z tym z czego siê wywodzi³em.Przyje¿d¿a³em przecie¿ setki razy do babki i w³aœnie tutaj siê spotykaliœmy. Nigdy we Wschowienie mieszka³em, bardziej tu bywa³em, bardziej zag³êbia³em siê w niej czasami ani¿eli ¿y³em,a ka¿de takie zag³êbienie, ka¿dy pobyt tutaj, by³ wizyt¹ w czasach, które by³y o wiele dalejodsuniête w przesz³oœæ ani¿eli nawet moje narodziny. Jakbym siêga³ za siebie, jakbym spêtany by³jakimœ zabobonem i przes¹dem z czasami, w których mojego ojca i matkê k¹pano w metalowychmiskach stoj¹cych na sto³ach a potem owijano ich kilkumiesiêczne cia³a kawa³kami bia³ychpieluszek. Albo i nawet z wczeœniejszymi wydarzeniami coœ mnie wi¹za³o, z³¹czony jakimœporozumieniem by³em bowiem nawet z faktem, ¿e na Wschowê mówi³o siê kiedyœ, kiedy by³amiastem nale¿¹cym do Niemiec, Fraustad. A mo¿e mia³o w³aœnie tak siê staæ, ¿e tak w³aœniezwi¹zany z przesz³oœci¹ jak pies ze smycz¹ pozostanê tutaj, na dworcu kolejowym we Wschowie,w ciszy i ciep³ym s³oñcu paŸdziernikowym uwiêziony gdzieœ pomiêdzy szesnast¹ cztery a szesnast¹piêæ na zawsze? Jakby ju¿ nic wiêcej nie mia³o siê wydarzyæ, jakby miasto czuj¹c, ¿e tojedna z ostatnich wizyt moich tutaj, bo przyje¿d¿a³em coraz rzadziej do babki, chcia³o mniezamkn¹æ w sobie. Zamkn¹æ, bym dalej ju¿ nie powo³ywa³ do ¿ycia nowych zdarzeñ, nie wytwarza³zbêdnej przysz³oœci bo i po co, jeœli wszystko, co wydarzy³o siê cennego w moim ¿yciuwydarzy³o siê paradoksalnie przed moim narodzeniem i we wczesnych latach mojego dzieciñstwa,w³aœnie w tym mieœcie.Nagle jednak wszystko o¿y³o. Na placu pojawi³o siê kilku pospiesznych podró¿nych, którzynadeszli od strony miasta i zaraz znikli za ciê¿kimi drzwiami z napisem „Kasy biletowe”.


Taksówkarz zdepta³ niedopa³ek i zacz¹³ spacerowaæ wolnym krokiem wzd³u¿ budynku stacji,a zza drzwi z napisem „Zawiadowca. Wstêp wzbroniony” wysz³a leniwie dró¿niczka wyrwanaz letargu, który trwa³ od odjazdu poprzedniego poci¹gu i trzymaj¹c w d³oni zielony kolejowy lizakposz³a w stronê peronu. Poci¹g nadjecha³ i Anek znów troszkê starszy pojawi³ siê nagle w swojejleninówce z oczyma œmiej¹cymi siê, jakby powtarza³ w g³owie pytanie „a Marynê pamiêtasz?”- Milimetr! – mówi³ tak zawsze do mnie z racji mojego wzrostu - Milimetr, ale ty jesteœ wysoki,kurka ch³opie ty w kosza powinieneœ graæ.- E, gra³em kiedyœ, teraz jakoœ czasu nie mam- ja mu odpowiadam bo jakoœ za bieganiem posali gimnastycznej nie przepadam a poza tym Anek tak zawsze ze mn¹ zaczyna³ spotkanie: odMilimetra i kosza.- Milimetr! – on mi na to tym swoim g³osem g³êbokim i ciemnym jak w³osy na plecach - sporttrzeba uprawiaæ, ¿eby zdrowie by³o – i wali mnie w ramiê piêœci¹ po przyjacielsku, jakby chcia³pokazaæ, ¿e w¹tpliwej figury jestem i œmieje siê, a ja przez kurtkê czujê jak w moje ramiê wbijasiê nit za nitem. A takie te jego rêce silne, ¿e tylko uœmiecham siê i nic nie mówiê.- To przynajmniej dla sportu drzewko zetniemy, co?- No zetniemy... – mówiê i nie dodajê wujku, bo sami jesteœmy we Wschowie, nawet babki niema i razem drzewo bêdziemy ci¹æ, to co mu bêdê mówi³.- A kiedy wypijemy? Przed czy po robocie? - on pyta jakby czuj¹c, ¿e porzuci³em jakoœ i dlaniego na szczêœcie wujka i bratanka i œmieje siê g³oœno i znów wali mnie w ramiê, a ja nie mogêsiê cofn¹æ i coraz bardziej mi siê to podoba, ¿e on mnie jak kumpla traktuje choæ starszy odmojego ojca jest. I obaj œmiejemy siê bo ju¿ lody pop³ynê³y i zawi¹za³a siê sztama, a ja czujê jaknad Wschow¹ wyrastaj¹ ¿elazne ¿urawie stoczniowe t³uste od smarów i powoli poruszaj¹ swoimiciê¿kimi kad³ubami z jêkiem, który przejmuje a¿ do koœci. A w szatni, której jeszcze przedchwilk¹ nie by³o, stoj¹ nasze szafki - Anka i moja. I te szafki weso³o poklapuj¹ metalowymidrzwiami i w ka¿dej szafce go³a baba na drzwiach jest przyklejona i mocne piwka stoj¹ przykryterobotniczymi rzeczami. A ponad miastem, ponad dachami z brunatnej niemieckiej dachówki,ponad topolami wysokimi jak, przysiêgam, pionowe elementy konstrukcji noœnej statku, niesie siêg³êboki i spokojny bas okrêtowej syreny.I uœmiechaj¹c siê czekamy ramiê w ramiê a¿ poci¹g odjedzie i bêdziemy mogli przejœæ przeztory. Uœmiechamy siê obaj bo i on s³ysza³ tê syrenê, ale dla niego brzmia³a ona po prostu jakuderzenie dzwonu z farnej wie¿y na kwadrans po czwartej i on w tym dzwonie us³ysza³ o wielewiêcej ni¿ móg³ powiedzieæ ten dzwon mi, bo ja ten dzwon s³ysza³em wiele razy w ¿yciu, ale ons³ysza³ go kiedyœ ka¿dego dnia i dlatego siê uœmiecha³, bo tylko tyle móg³ zrobiæ stoj¹c twarz¹w twarz ze swoj¹ m³odoœci¹.Poci¹g ruszy³ i ludzie w oknach patrzyli jak siê oddalamy. My staliœmy twarz¹ w twarz z ulicami,które i dla niego i dla mnie zwyk³ymi ulicami nie by³y, a dla nich te ulice, te domy, ta stacjanawet, by³y jak¹œ kolejn¹ mieœcin¹ pomiêdzy Lesznem a G³ogowem, która wyrwa³a ichz drzemki w dzwonie kurtki wisz¹cej na wieszaku. By³y jak¹œ mieœcin¹, która podró¿nymwydawa³a siê jedynie farn¹ wie¿¹ widoczn¹ z daleka, wystaj¹c¹ ponad polami Wielkopolskii równie wysokim kominem wschowskiej cukrowni. I nie by³o dla nich nic wiêcej poza ten komini farn¹ wie¿ê i dlatego patrzyli na nas w takim milczeniu i niezainteresowaniu. Bo nic do tegomiasta nie czuli, kiedy my w przeciwieñstwie do nich obaj czuliœmy wiele. A kiedy poci¹g oddali³siê na bezpieczn¹ odleg³oœæ, przezorny zawiadowca podniós³ ramiê szlabanu i nasze kroki zadudni³yna czarnych od przeje¿d¿aj¹cych poci¹gów deskach.Szliœmy Dworcow¹ pomiêdzy szpalerem kasztanów. Taksówkarz, który sta³ na placu dzisiajnie mia³ szczêœcia. Dogoni³ wiêc nas i nie wysiadaj¹c z samochodu zapyta³ czy podwieŸæ.Podziêkowaliœmy, a on od razu przyspieszy³ i popêdzi³ w kierunku centrum miasta z szaleñczymturkotem kó³ na kocich ³bach.- G³adysz. Chyba Janek. Tak. Janek G³adysz. Chodzi³em z jego bratem do ogólniakapowiedzia³ Anek i dalej ju¿ szliœmy i nic nie mówiliœmy.(cd. nast¹pi)Mateusz Marczewski31


Michael Andreas PetersTraumgesichteZur Nacht hat mich ein Nix begehrt,er nahte sich mit Prangen.Sein Schimmel strahlte mondbewehrtim Troß und Feen sangenEin Hahn voraus, ganz ungeniert.Gefolge trat zur Seite.Die Lippen waren unrasiert.Gewand enthüllt durch Weite.Er naht auf Schwestern, unbehaartihr Haupt mit Rosenwangen,ein Zwilling, siamesenart,des’ schmale Hüften schwangen.Grün-silber-blauer Schuppen decktden Arm und Rippenbogen.Vom Nabel Echslein aufgeschreckt,hat sich zurückgezogen.Von Haupt bis Fuß, in weitem Schwallergiest des Haares Seide,Kaskaden, Strudel überall,entbehrt jeglich’ Geschmeide.Im Mondschein schwach aufWolkenschaummanch’ Welle uns gestreichelt.Wie Rittersporn, nur weiß im Traum,hat Tau uns kühl umschmeicheltAugust 1999Twarze snuNoc¹ wodnik mnie po¿¹da³,zbli¿y³ siê z pomp¹.Jego siwosz jaœnia³ ksiê¿ycemw uprzê¿y a wró¿ki œpiewa³y.Kogut na czele, bez krzty ¿enady.Œwita odst¹pi³a na stronê.Usta by³y nieogolone.Szata szeroko odkryta.Zbli¿a siê na siostrach, bezw³oseich g³owy, policzki ró¿owe,bliŸniê, niby syjamskie,którego w¹skie biodra siê ko³ysa³y.Zielono-srebrno-niebieski cieñ pokrywaramiê i ³uk ¿ebrowy.Jaszczurka pêpkiem przestraszona,zniknê³a w ukryciu.Od stóp do g³ów szerokim potokiemwytryska jedwab w³osów,kaskady, wiry wszêdzie,zbytkiem wszelki klejnot.W ksiê¿yca s³abym przez chmur pianêblaskuczasem musnê³a nas fala.Niczym ostró¿ka, choæ bia³a we œnie,otuli³a nas ch³odem rosa.sierpieñ 1999Przek³ad Krzysztof Olszanowski32


Michael Andreas PetersGebet in WaffenEin Freund hat mir den Krieg erklärt,sein Instrument die Trommel,die Glocke war altarbewehrt,Musik erscholl, nicht Rommel.Die Rede war in manchem Reim,voll Rassein, Donner, Schlagen.Lügt Friede mir? Sie kehrn nicht heim!Macht Herz und Atem jagen.Wie Flammen rot erstrahlt ihr Kleid,las Worte mancher Zunge,mal sanft, mal laut, gebeugt wie Leid,erstirbt nach herem Schwunge.Schriest Frieden, Zeit flog weit, ich fror,geschärft warn die Granaten,Ein Milchtopf aus Kartuschenrohr,nährt Kindheit wie Penaten.Bitt’ Frieden! Du, mit Paukenschlag,lausch’ wach dem falschen Sänger,Sie reiten noch so manchen Tag,durch vieler Herren Länder.Wenn Feind und Götter aufgehängt,ist Frieden sehr verletzlich.Drum singt und tanzt, vergeßt nicht, denkt!Kein Leben ist unendlich!Modlitwa w orê¿uPrzyjaciel wydeklarowa³ mi wojnê,jego instrumentem bêben,dzwon uœwiêcony byt o³tarzem,rozbrzmia³a muzyka - nie Rommel.Mowa mia³a niekiedy rym,pe³na grzechotu, grzmotu, walenia.Wk³amuje mi pokój? Nie powracaj¹ do domu!Przez co serce me i oddech goni¹.Niczym p³omienie czerwono jaœnieje jej suknia,czyta³a s³owa niektórych jêzyków,to miêkko, to g³oœno, to niczym skulonew bólu,a¿ zamar³a w wielkim geœcie.Krzycza³aœ o pokój, czas siê rozpoœciera³,marzn¹³em,odbezpieczone by³y granaty,kanka z ³uski,¿ywi dzieciñstwo niczym penaten.O pokój proœ! ty - uderzeniem w kocio³,przys³uchuj siê czujnie fa³szywemuœpiewakowi,nie jeden dzieñ jeszcze przecwa³uj¹,przez wiele krajów.Gdy wrogowie i bogowie powieszeni,pokój jest bardzo kruchy.Tañczcie i œpiewajcie wiêc, nie zapomnijcie,myœlcie!Nie ma ¿ycia w nieskoñczonoœæ!Przek³ad Krzysztof Olszanowski33


Czes³aw SobkowiakGdy odlatuj¹ jaskó³kiCzytelnik z Zag³êbia RuryOto dowiadujê siê rzeczy niebywa³ej, panHenryk, czyli tytu³owy Czytelnik, po dramatycznymwyemigrowaniu przed laty z Polski,osiad³y w wymienionej wy¿ej czêœci Niemiec,a dok³adnie w Gelsenkirchen, regularnie czyta„Pro Libris”. Jednak jest ktoœ taki. I tu muszêskrupulatnie dodaæ, bo czemu mia³bym ukrywaæswoj¹ szczególn¹ satysfakcjê, ¿e lekturêzaczyna (jak zapewnia) od tych w³aœnie fragmentów,moich prozatorskich poczynañ. Takw³aœnie wygl¹da obieranie cebuli. Od s³owado s³owa, warstwa po warstwie i dowiadujeszsiê czegoœ nowego, co w ludziach drzemiei nie pozwala tylko piæ piwa, zajadaæ siêkie³baskami, nieustannie pucowaæ kafelków w³azience ku og³upiaj¹cemu samozadowoleniu.MariaIle to ju¿ lat, ci¹gle m³odych lat, kiedyoko³o po³udnia zadzwoni³a Maria. Dobrze pamiêtamjej nieco podekscytowany g³os, sukienkaseledynowa, powiewna, poezja we w³osachJakieœ zaproszenie, jakieœ obietnice. Czu³em,¿e to coœ wa¿nego. Ogl¹dam siê wstecz. Có¿,wszystko, co siê zdarzy³o, zdarzy³o siê w przesz³oœci.By³ to jeden z tych wa¿nych i dobrychdla mnie telefonów w ¿yciu. Co potrafi³em, todozna³em. Teraz zapisujê to na plus.Podró¿ do JaromierzaJesiennego dnia, w poniedzia³ek, s³oñceœwieci³o, tak jak œwieci w spokojn¹, uciszon¹,woln¹ od wszelkich gwa³townoœci porê roku,w której niewys³owiona cisza i jej mgliste,snuj¹ce siê przy ziemi pasma, zawieraj¹w sobie wszystkie nostalgiczne treœci istnienia.Z Pary¿a przyjecha³ Kazik. Pe³en twórczychpomys³ów i spojrzeñ na œwiat. Wymieniliœmyzdania o tym, co w³aœnie dzieje siê na tymnaszym œwiecie, w Polsce, we Francji,u niego, u mnie w domu, w Zawadzie, gdzieœdalej i dalej. Wieczorem wypiliœmy butelkêwina, gadaj¹c o kobietach. O jednej kobiecie,dwóch, trzech, wielu kobietach, byleby nieby³y wariatkami. Pojechaliœmy póŸniej, czylinastêpnego dnia, do Jaromierza, ma³ej wioskimiêdzy – tak to ujmê – Kargow¹ a Wolsztynem.Do mojej Itaki. Jad¹c szos¹ podró¿nywidzi najpierw po prawej stronie szerokie ³¹kiz kilkoma pas¹cymi siê krowami i ma wra-¿enie, ¿e te krowy s¹ w tych samych miejscachjak by³y przed wieloma, wieloma laty, kiedyst¹d wyje¿d¿a³ na sta³e. Ten podró¿ny to oczywiœcieja. Dalej, prawie na horyzoncie, topole,szumne topole, te¿ te same, które podros³ysporo a jakby nie zmieni³y siê nic a nic, szeleszcz¹ich liœcie tkliwie nad moj¹ domow¹rzeczk¹, w której w dzieciñstwie k¹pa³em siêi udawa³o mi siê z³owiæ kilka ryb. Z radoœci¹jeszcze trzepocz¹ce ogonkami nios³em dodomu i ³¹czy³a siê z tym jedyna w swoimrodzaju moja duma. I oto widaæ zarysy dwóch,trzech gospodarskich zabudowañ, dachów,a ca³a reszta skryta za drzewami. Jakaœsmu¿ka dymu z komina przyci¹ga moje spojrzenie.Skrêciliœmy w akacjow¹ alejê, przejechaliœmytory kolejowe, którymi ju¿ niejeŸdzi ¿aden poci¹g. Aleja taka piêkna,34


wysokie drzewa. Zobacz, jaka wspania³a,ga³êzie tworz¹ baldachim nad g³owami, popatrz,ile tu wonnego kwiecia musi byæ wiosn¹.A jaki raj dla pszczó³ czerpi¹cych miody.Obok wysokie, iglaste drzewa sosnowegolasu, który z ma³ego zagajnika, pe³negomaœlaków, cudownie smacznych maœlakówi lisich nor, nie do poznania wyrós³. Têdy i t¹szos¹ codziennie chodzi³em do szko³yw Kopanicy, do koœcio³a w niedzielê i na lekcjereligii, które po swojemu wyk³ada³ namksi¹dz Micha³ £abiak. Ten sam, który przyje¿d¿a³do mojego ojca z³o¿onego ciê¿k¹chorob¹ z ostatnim namaszczeniem. Pamiêtamjak dostojnie chodzi³, a raczej kroczy³ po salcekatechetycznej, mieszcz¹cej siê w pobli¿ucmentarza i wzbudza³ swoj¹ postaci¹ respekt,gdy¿ w razie potrzeby naucza³ tak¿e swoimnarzêdziem dydaktycznym, czyli g³adkim,wystruganym starannie patykiem, czasamiœwiszcz¹c nim w powietrzu, daj¹c solidneciêgi niepos³usznym ch³opakom w rêkê. Nibybardzo surowy, a zarazem czêstowa³ nascukierkami. Po lekcjach zagl¹daliœmy nawiejski cmentarz, gdzie do dzisiaj ci¹glejeszcze trwa dzieciêcy grobek mojego braciszkaHenryka, pochowanego przesz³o ju¿ pó³wieku temu, o dziwo trwa, bo nikt mimoup³ywu lat nie powa¿y³ siê go zniszczyæ.Zapêdzaliœmy siê te¿ na s¹siaduj¹cy obokcmentarz protestancki, osamotniony, ju¿zupe³nie zaroœniêty drzewami i krzewamiwszelkiego rodzaju. Ciekawi³y nas grobowce,w których ciemnoœæ. Le¿¹c w trawie przysamej ziemi, wpatrywaliœmy siê przez ma³eotwory przy pomocy latarek. Wydawa³o siêwtedy, ¿e coœ tam w g³êbi widaæ, widzimy, coœtam jest, jakieœ zarysy, tajemnice, jakieœludzkie szcz¹tki drzemi¹ pod wiekami trumien.Po plecach przelatywa³o coœ w rodzajumrowienia i dreszczu, czyli mimowolny strachprzed tym wszystkim, co w tej ciemnoœcimo¿e byæ. A teraz jasnoœæ dnia, ³agodna jasnoœæ,wysiedliœmy z auta, stoimy na piaszczystejdrodze, spokój, cisza, zobacz, w tymdomu z czerwonej ceg³y urodzi³em siê.Modli³em siê, jad³em kaszê, kartofle, przykleja³emjêzyk do zamarzniêtej szyby, ba³em siêmilicjantów robi¹cych w naszym domud³ugotrwa³¹ rewizjê. Jad³em owoce rosn¹cejpod oknem wiœni. Têdy bieg³em do ogrodu.Spotka³em je¿a. Na tej ³¹ce kroczy³ bocian. Tumój pies umiera³. I ja umiera³em. Jeszczeprzed domem to samo drzewo lipy, podktórym w wózku spa³em, wyobraŸ sobie,dok³adnie pamiêtam, jak wychyla³em siêz dzieciêcego wózka, chyba wypad³em. Tasama pompa, schody ju¿ podniszczone, tesame, a zw³aszcza klamka u drzwi z g³ow¹lwa. Jestem poruszony, robimy zdjêcia.Dotykam rêk¹ tej w³aœnie klamki i tych drzwiod lat nie malowanych, z ³uszcz¹c¹ siêbr¹zow¹ emali¹. Rozmawiamy z nowymimieszkañcami tego domu o tym, co by³o. Jakim idzie w gospodarstwie. Czy ci¹gle zimowymiwieczorami chodzi siê na darcie pierza.I opowiada po pó³nocy frapuj¹ce historie.Jedno okno, drugie okno. Kiedyœ tu by³ mur,raczej murek. Wdrapywa³em siê na niegoi mog³em wiele wiêcej ogarniaæ swoimi oczami.Widzia³em Tereskê wychodz¹c¹ z s¹siedniejfurtki, wo³a³em do niej, by przybieg³abawiæ siê ze mn¹, co chêtnie czyni³a.Mimowolnie patrzê w tê sam¹ co wtedystronê, ale z furtki nie wychodzi Tereska aniktokolwiek inny. By³a te¿ piêkna, wielka,ogromna drewniana stodo³a o glinianychœcianach, kryta s³om¹. Moje królestwo, gdziespêdza³em godziny beztroskiego buszowaniawœród stert siana i s³omy, ale stodo³y te¿ niema. Znik³a, mo¿e dok¹dœ odlecia³a na swoichpotê¿nych wrótniach. Ach, co ja mówiê, oczywiœcie¿e musia³a odlecieæ tam, gdzie i jakiedyœ odlecê. Wiêc idŸmy dalej. Ci¹gniemnie jednak na ³¹ki, na te magiczne ³¹ki, sielskie,na których kiedyœ tyle patrzenia i myœlenia.Moich modlitw i œpiewania. Zapachusiana, potu ludzi pracuj¹cych przysianokosach, skubi¹cych trawê koni. Poznajête ³¹ki i nie poznajê, jakbym pierwszy raz,znowu pierwszy raz, widzia³ szerok¹przestrzeñ, a w dali drogê z mkn¹cymi samochodami,tyle tylko, ¿e teraz pêdz¹ niemaljeden za drugim i s¹ zupe³nie inne. Stoj¹ napastwisku krowy, ca³a ich gromada,wspania³e, zakolczykowane krowy, zauwa¿aj¹nas natychmiast, my stoimy, patrzymy na nie,wielkie, z pêkatymi brzuchami i wymionami.Czes³aw Sobkowiak35


Pilnuje ich elektryczny pastuch. Kazik robikilka zdjêæ, do których te czarno – bia³e krowyzdaj¹ siê jakby pozowaæ, fotografuje te¿ mniena ich tle. Wyci¹gam rêkê, a one wolno podchodz¹w nasz¹ stronê. Przywitaæ siê.Niesamowite jest poznawanie tej zielonejkrainy. Spad³o kilka kropel drobnego deszczyku.Powia³ wietrzyk. Wygl¹dnê³o zzaob³oku s³oñce. Dolecia³ ptasi œwiergot. Niecojakby samotny. Czujê siê dumny, ¿e mojekorzenie tutaj w³aœnie. ¯e coœ ze mn¹naprawdê jest. ¯e mogê wreszcie to uroczyskokomuœ pokazaæ, tê moj¹ wewnêtrzn¹nadzwyczajnoœæ. W tym b³otnistym rowku,wiosn¹ nape³nianym wod¹ z topniej¹cegoœniegu lub niekiedy wylewaj¹cej na ³¹ki rzeczki,wybucha³y z³ociste kaczeñce. Lubi³em pokolana brn¹æ w b³ocie. Ubrudziæ siê, ile siêtylko da. Wbiegaæ w rozlewiska i ka³u¿e. Tule¿a³, pokazujê to miejsce Kazikowi, kolczastydrut, który przebi³ mi stopê, a tam, popatrz,stoi jak sta³ sad Masznerów, ten sam sad,z licznymi owocowymi drzewami, ró¿nymigatunkami jab³ek i œliw, do którego jesieni¹zapuszczaliœmy siê z pastwisk po z³ote renety.Chowaliœmy je w stogu siana i piekliœmyw ognisku, i z wielkim apetytem jedliœmy.Przeszliœmy zielony mostek, mosteczek narowku, czysta woda pod nami, stanêliœmy naskraju ³¹ki, mojej ³¹ki, tu olchy, stawy, a na ichbrzegach krzewy z czarnymi jagodami,których lepiej nie jeœæ, jak pamiêtam nigdy nienale¿a³o ich jeœæ, wiêc i teraz nie nale¿y, szkoda,¿e nie ma ju¿ tamtych dr¹gów oddzielaj¹cychpastwiska, chêtnie bym na nichznowu usiad³. Idziemy na wskroœ ³¹ki, buty s¹mokre. Wpadamy w zaczepione miêdzyga³¹zkami sieci pajêczyn, które przylepiaj¹ siêdo kurtek. Wrona poderwa³a siê do lotu.Naprawdê tu pisa³em swoje pierwsze wiersze.Moje oczy zaprzyjaŸnia³y siê z jaskó³kami, copotrafi³y mkn¹æ tu¿ przy samej ziemi. Toznów lataæ bardzo wysoko. Tu muszê siêzatrzymaæ. Chcê jeszcze patrzeæ i s³uchaæ.I patrzeæ. Czuæ siebie, bicie swojego serca,obejmowaæ ca³¹ dookoln¹ przestrzeñ.Popatrzeæ na to miejsce. Stojê, nas³uchujêpoezji i niepoezji. Unosi³em siê, niesamowicieunosi³em siê, nie wiem, kto objawia³ mi wtedyca³e œwiat³o œwiata. Ktoœ jednak objawia³. Niemog³o byæ inaczej, bo inaczej nigdy nie bywa.Uwierz, ze wszystkiego, co by³o wokó³,ob³oki, konie, drzewa, wiatr, koniczyna,zachody s³oñca, najbardziej pragn¹³em poezji.Wydawa³o mi siê, ¿e jej dotykam, jestemblisko i tylko ona jaœnia³a ponad wszystko,i tak j¹ od tamtego czasu czujê i widzê. Nic nieminê³o. Obrazy takie ¿ywe. Kowal pracuj¹cyw kuŸni ci¹gle ¿ywy, jego m³ot o kowad³ouderza, choæ ju¿ przecie¿ umar³. Dymz ogniska snuje siê nadal. Nadal dŸwiêcz¹ przysaniach dzwonki. Czy ¿ywe mo¿e byæ to, coodesz³o. Zamyœli³em siê na kilka sekund.W zau³ku, na skarpie, kiedyœ, wiêc wtedy,czyli bardzo dawno, znalaz³em pisklê, myœlêteraz o tym bezbronnym ptaku, któremuchcia³em pomóc, a zostawi³em je w koñcu,dr¿¹ce w trawie i nie wiem jaki by³ potem jegolos. Teraz po dziesi¹tkach lat przypomnia³emsobie o tamtym zdarzeniu. Minêliœmy d¹b,przez brzozowy lasek wydostaliœmy z ³¹ki napiaszczyst¹ drogê. Ku mojemu zdziwieniu napolu, na którym jak pamiêtam z dzieciñstwazawsze siano ¿yto, teraz równie¿ wyziera³yz ziemi tkliwie zieloniutkie ŸdŸb³a tego zbo¿a,z którego chleb nasz powszedni. Poszliœmynieco dalej i nasze oczy rozradowa³y siêwidokiem sporej wielkoœci poletka zape³nionegonieprawdopodobnie dorodnymi owocamidyñ. ¯ó³te, pomarañczowe, czerwone, zielone,bia³awe, szare. Ach warto, naprawdê wartotaki obrazek zobaczyæ na w³asne oczy. Dynie.Ju¿ wiem, z dyniami potrafiê kojarzyæ pe³nioœæowocowania. Mo¿e powinienem tym dyniompoœwiêciæ wiersz. Zwyczajnym, a przecie¿ nietakim znowu zwyczajnym dyniom. I znowuw ruch poszed³ aparat cyfrowy, który to niepowtarzalneich piêkno utrwali³ i z pewnoœci¹zawiezie je w paryskie Kazika strony. Poczu-³em, ¿e dobrze mi robi doznawanie takiejw³aœnie konkretnoœci istnienia. Tu¿ obok jestœwiat, który k³amie, zachowuje siê zdradliwie,kurewsko, ca³y, prawie ca³y, w szaleñczymnat³oku i ataku zagarnia wszystkie sfery ¿ycia,wype³nia je medialn¹ u³ud¹. Chce obracaæ siêbezkarnie, mówiæ wiêcej i wiêcej, bo nikt ju¿nie zdo³a dojœæ, czy to jeszcze prawdziwemówienie. Tu zaœ, gdzie kwaœno pachnie przy-36


gotowywana dla zwierz¹t kiszonka, gdziemiêkko butwiej¹ liœcie, wiem, co jest co. Niktniczego nie udaje. Nikt nie nak³ada maski.Mo¿e wiêc i mniej siê b³¹dzi. Bóg bowiembli¿ej, nie wymyœlony Bóg, który gospodarstwadogl¹da i sprawdza ka¿d¹ rzecz z osobna. Obowi¹zkowoposzed³em zobaczyæ jak w rzeczcep³ynie woda, p³ynê³a nieco mêtna, ale niemia³em ochoty staæ na jej brzegu, bo có¿mog³em jej powiedzieæ, czego ona sama bynie wiedzia³a. Poczu³em jak¹œ jej obojêtnoœæ.Wyszepta³em jedno, dwa s³owa na po¿egnanie.Nieco dalej czeka³ na nas staw, któremute¿ zrobiliœmy zdjêcia. Ten staw bywa³ i bywapokrywany zieloniutk¹ rzês¹. Ma siê wra¿enie,subtelnoœci, miêkkoœci, której nie nale¿ynaruszaæ. Zdarzy³o siê tu, przed jego lustrem,coœ niespodziewanego. Twarz Kazika zmieni³asiê, coœ siê w niej wyg³adzi³o, wypogodnia³o.Zauwa¿a³em jak spadaj¹ jedna po drugiejuwieraj¹ce go od wewn¹trz skorupki, skorupy,wiêzy i obci¹¿enia. I staje siê zdolnym do lotuptakiem. Przy tym niepozornym, a jednakurokliwym, stawku, na otaczaj¹cej go ³¹czceurz¹dzano wiejskie zabawy. Do tych zabaw naplatformie traktorowej przyczepy, na któr¹wdrapywa³a siê dzieciarnia, przygrywa³awiejska orkiestra. Akordeon, tr¹bka i bêben.Najpierw ktoœ ideologicznie przemówi³,a potem wyzwolony lud ochoczo tañczy³.W bufecie by³a oran¿ada, wino, bu³ki i kie³basa.Papierosy. Z tamtych ludowych zabawnie zosta³o ju¿ nic, prócz wspomnienia, i próczblasku wody, w której teraz czyste odbiciejesiennego nieba uzyskiwa³o niepospolit¹moc. Tak, s³owu nale¿a³oby przydaæ choæbyodrobinê tej mocy ¿ycia i rzeczywistoœci.Nale¿a³oby. Tylko sk¹d ma ona dzisiaj siêbraæ. Wracamy niespiesznie do auta, znowujesteœmy przed moim dawnym domem z czerwonejceg³y, gdzie przy naftowej lampiesylabizowa³em elementarz. Wiemy wiêcej ni¿dwie godziny wczeœniej, tylko nie wiemy, taknaprawdê, co z t¹ wiedz¹ teraz zrobiæ.NocCoraz zimniej i zimniej. Coraz wiêcej nocy.Na niebie, w ciszy, przesuwa siê œwiate³ko wysokolec¹cego samolotu. Zima na wyci¹gniêcierêki. Na niebie pe³no ostro, niewybaczalnie,œwiec¹cych gwiazd. Tych, co to podpowiada³yEmanuelowi Kantowi w Królewcu tajemnicêmêstwa tkwi¹cego w imperatywie moralnym.Czasami œwiadomoœæ dotknie lêk. W³aœnie terazwiem, co oznacza ten dotyk. Ból, lêk. Mam ju¿wiedzê, ¿e skoñczy³y siê ¿arty. Œmieræ po to jest,by otwiera³y siê uszy i oczy i aby nie udawaæ,w jakikolwiek sposób niczego sobie ani nikomunie wmawiaæ. I o nic ju¿ nie zabiegaæ.PowoliPowoli, szczegó³owo, wysypuje siê zawartoœæteczek ludzi, którzy dawnemu systemowisprzedali swoj¹ duszê, a potem z zapa³emsprzedawali kogo siê tylko da, nawet w³asnerodziny i przyjació³. Gdy czytam, z jak¹ gorliwoœci¹robili to jednak ludzie b¹dŸ co b¹dŸœwiatli, to siê jednak dziwiê. Mechanizmchyba jest, by³, ten sam zawsze, od ma³ychpod³oœci do du¿ych, w których ju¿ traci siêrozeznanie, co jest dopuszczalne, przyzwoite.I wtedy, im wiêcej, perfidniej, tym lepiejspe³niane zadanie. Czytam dzie³ko pt. „Kolacjaz konfidentem” i tak sobie myœlê, choæ tyledziejowej sprawiedliwoœci.Jeszcze ranoJeszcze jest rano. Oddycham. Wsta³em.Umy³em siê. Wyci¹gn¹³em siê z samego siebie.Dzisiaj o dziwo czujê siê nawet nie najgorzeji móg³bym obyæ siê bez lekarstwa. Tak szerokooddycham. Jak dobrze, kiedy nic nie boli,nie ci¹¿y, i jest lekko. Mogê sobie tylko wyobraziæjak to wtedy mi³o mog¹ p³yn¹ægodziny, kiedy dzieñ po dniu nic nie dolega,po prostu lekko. I ³atwiej sobie uzmys³awiaæwszelk¹ mo¿liw¹ cudownoœæ. I ³atwiej siedzieænad kartk¹. Wychodzê po kilka drew doszopy, ¿eby napaliæ w piecu. Chce siê ¿yæ,mimo ¿e wokó³ roœliny prawie wszystkie ju¿pogas³y i ani œladu po kwiecistej ich œwietnoœci.Ale teraz na ga³¹zkach mo¿na obserwowaæka¿dy listeczek z osobna, ka¿dy, bo niewieleju¿ ich zosta³o. I na dodatek przeœwietlaj¹ jes³oneczne promienie.Czes³aw Sobkowiak37


Œwiat³oPromienie s³oneczne pozdrawiaj¹ nas.Albo ktoœ promieniami nas pozdrawia.ZnakRzadko siê zdarza, by mo¿na by³ozobaczyæ têczê z samego rana. Wyjrza³emprzez okno, chmury porozrywane, ogromneob³oki pêdz¹, a miêdzy nimi niebieœciutkieobszary nieba. Zawieszona w powietrzu,delikatnie œwieci przejrzystymi barwamitêcza. Teraz w listopadzie. Widzê j¹ i rozumiem,¿e taka powinna byæ poezja. Kluczptaków pod¹¿a na zimowisko.AA wiêc wybieram rzeczy jasne. Jasnoœæjasnoœci nierówna. Nie s¹ z³udzeniem. Tylkoczymœ wiêcej ni¿ powalaj¹ca ciemnoœæ.Bezw³ad i ciê¿koœæ. Œwiat³em ciemnoœæzwyciê¿aj. Parafrazujê s³ynne zdanie. Czasamiwypada odœwie¿yæ sens tego, co siê ju¿ zanadtoz powodu czêstotliwoœci u¿ywaniaos³ucha³o, zu¿y³o, straci³o wyrazistoœæ, blask,zamuli³o, wyda³o siê nazbyt powszednie.BohaterJakby nie patrzeæ nie minê³y czasy ludziodwa¿nych. To, co obecnie robi mimo skaliprzeszkód, i w przesz³oœci zadawanych przez„nieznanych sprawców” cierpieñ, pozwala mio ksiêdzu Tadeuszu Zaleskim-Isakowiczumyœleæ i patrzeæ na jego poczynania w kategoriachwysokich, heroicznych. Oto dowód,¿e wytrwa³oœæ, w³asne zdanie, dochowywaniewiernoœci wartoœciom moralnym, któreprzek³adaj¹ siê na dobre, wspó³czesne rozumieniepatriotyzmu (niestety za wszelk¹cenê niektórzy nihiliœci próbuj¹ wykpiæte wartoœci, rzekomo ju¿ zbêdne Polakomw budowaniu ojczystej szczêœliwoœci), ¿e takapostawa mo¿e byæ znakiem rozpoznawczym,mo¿e dawaæ otuchê do wyboru w³aœciwejdrogi. Warunkowaæ smak ¿ycia. I od razuprzyszed³ mi na myœl inny ksi¹dz, na szczêœcieju¿ by³y ksi¹dz, o którym szkoda nawet siêrozpisywaæ.TakNic nie minê³o z tego wszystkiego, coprzez tysi¹clecia wymyœli³ cz³owiek, co tysi¹crazy, sto tysiêcy razy sprawdza³o siê w ¿yciui tylko g³upiec próbuje wmówiæ komu tylkosiê da, ¿e przywi¹zanie do norm, to nielicuj¹ce z nowoczesnym patrzeniem na œwiattrzymanie siê schematów. Od takich mêdrkówtrzymaæ siê jak najdalej.Poezja w ubikacjiKsi¹¿ki w ró¿nych miejscach s¹ sprzedawane.Ale w ubikacji?! To mo¿e zdumiewaæ.Jak ka¿de dno. To mo¿e mieæ miejsce zapewnetylko w „powiatowej” (wedle terminologiipewnego radiowca) Zielonej Górze. Bo wpaœæna pomys³ wy³o¿enia do sprzeda¿y ksi¹¿ekpoetyckich obok papieru toaletowego i talerzyka,na który „babci klozetowej” k³adzie siêop³atê za pisuar i muszlê, to ju¿ stanowczo zadu¿o. Potrafi coœ takiego zrobiæ tylko ktoœ, ktomyœli o spieniê¿aniu za wszelk¹ cenê nawetpoezji. Ktoœ z³oœliwie móg³by rzec, jaka poezjatakie jej miejsce. Tak nie wolno jednak nawetmyœleæ o poezji. A có¿ dopiero tak poni¿aæczyj¹œ, jaka by nie by³a, wra¿liwoœæ, czu³oœæ,zamyœlenie, czyjeœ ods³oniêcie w³asnej intymnoœci.Pikanterii dodaje fakt, ¿e w ubikacjimarketu „Piotr i Pawe³” odwiedzaj¹cym tomiejsce „za potrzeb¹” polecane s¹ ksi¹¿kicz³onków stowarzyszenia „Jeszcze ¯ywiPoeci”, miêdzy innymi Jolanty Pytel „Wejœæ wniebo”. Niestety widzia³em. Profanacja.W kuchniWróci³em na chwilê do kuchni. Bo w kuchnipiec rozgrzany, woda w garnku gor¹ca,dobry piec, prawdziwy ogieñ i ciep³o prawdziwe,zziêb³e plecy mi rozgrzeje. Kot po³o¿y³ siêna krzeœle. Stojê tak, ¿arówki nie palê, bolubiê tê swojsk¹ ciemnoœæ, która zmêczoneoczy leczy, dobra ciemnoœæ. W szczelinachp³yty widaæ p³omienie.38


G³os W³adkaZnam jego g³os. Gdybym go us³ysza³w œrodku nocy, nagle obudzony, nie mia³bym¿adnego problemu z rozpoznaniem, do kogonale¿y. Zd¹¿y³em siê ju¿ ws³uchaæ w jegocharakterystyczn¹ szorstkoœæ, przydan¹ mudozê mêskiej chrapliwoœci. W³adek jest poet¹z prawdziwego zdarzenia, z wra¿liwoœci¹,której nie nauczy³ siê poprzez przyjêcie pozy,na³o¿enie maski lub manierycznego nastawienia.Nic z tych rzeczy. W³adek jest autentycznympoet¹, który zna i ca³ym sob¹ czujeswój nieco wyosobniony, a przecie¿ zarazemg³êboko w nim tkwi¹cy œwiat. Czuje swojeChoszczno, otaczaj¹c¹ przyrodê, tê zza okna,znad jeziora, które ma tak blisko swego domui tê najbardziej okaza³¹ „Parku Drawieñskiego”.Piêkno, zakorzenienie w naturze, a przecie¿i przywi¹zanie do prawdy wartoœciduchowych, moralnych, których nie wolnolicytowaæ ani relatywizowaæ, w jego wierszachma dobre mieszkanie. To wszystkow jego osobowoœci tworzy harmonijn¹ ca³oœæ.Odzywa siê te¿, a w kim siê nie odzywa,melancholijna nuta. Bo ¿ycie mija, zdrowiemija, obrazy, wspomnienia daj¹ o sobie znaæ.Jego usposobienie nazwa³bym refleksyjnym,ale kiedy raz po raz, w ró¿nych porach dnia domnie dzwoni, to w tonie jego g³osu i w ogólesposobie mówienia, s³yszê zdolnoœæ do fascynowaniasiê tym, co zdo³a³ gdzieœ zobaczyæ,przeczytaæ, przemyœleæ. Rzetelnie wed³ugcz³owieczej miary oceniæ. I to we W³adkubardzo lubiê, ceniê, bo nie jest mi obce, comówi, jakaœ niæ rozumienia miêdzy nami siêzawi¹zuje. Tacy ludzie jak W³adek wybieraj¹najczêœciej ciszê, unikaj¹ pretensjonalnejkrzykliwoœci, nie maj¹ pró¿nych ambicji pchaniasiê z w³asn¹ osob¹ i dokonaniami, gdzietylko siê da, by ktoœ przyczepi³ im np. krzy¿zas³ugi lub medal, robi¹ swoje, pielêgnuj¹œwiat osobistych prze¿yæ, ambicje karieryjakby s¹ poza nimi. Ale poezja nie jest pozanimi, poza nim szczególnie. O niej nie da siêprzecie¿ zapomnieæ. Mo¿e nawet œni siê czasamilub œni siê na jawie, kiedy bezsennoœæ niepozwala zmru¿yæ oczu. Gdyby jej nie by³o,gdyby zosta³a zdeptana, to nie by³obyw znacznym stopniu cz³owieka. Tego, któryjeszcze chce wierzyæ w sprawy podstawowe.Dla niego wa¿ne jak powietrze, woda, œpiewptaków, dotykanie horyzontu przez s³oñce.Dla W³adka bêd¹ce Ÿród³em bólu i radoœci.Tworz¹ w nim krajobraz czu³y na wszystkiedrgnienia. I pod postaci¹ drzew, deszczu,œcie¿ki wiod¹cej przez pola, zmursza³ej³aweczki pod jab³onk¹, przemawiaj¹ w jegoimieniu. I tym dobitniej, kiedy dostêpuj¹sekretu prostoty wypowiedzi. W³adek objawiaw nich w³aœnie samego siebie.Przy herbacie i piwiew „Palomie”Gadaliœmy sobie jak zwykle, ¿e ¿yciepêdzi. Ju¿ czterdzieœci lat pêk³o jak razemdebiutowaliœmy wierszykami w „Nadodrzu”.Mo¿e mamy szansê na skromny choæbyjubileusz? A byliœmy z Mieciem uczniakami,którzy ma³o co wyró¿niæ siê potrafili uzyskiwanymiocenami np. z matematyki. Wie o tymdobrze pani Achramiej i profesor Arczyñski.Sz³o jak sz³o. Poza nami drukowa³ wtedy te¿swój debiutancki tekœcik Marek Kukanow, aleon gdzieœ póŸniej siê zawieruszy³, jakbyzupe³nie nie obchodzi³o go dalsze pisanie.A by³o to jednak wydarzenie, ten pierwszykrok, który warto pamiêtaæ, nie to co nast¹pi³opóŸniej, czyli kolejne druki w prasie i wydawanetomiki lub nagrody. Ale tamto podniesienieg³owy, tamta rewelacja w szkoleprzy Chopina, wywieszenie przez BolkaJurkiewicza w gazetce szkolnej naszychdruków. Kto chcia³ to je czyta³ i czasamidzieli³ siê uwagami. Do „Makusynów” nienale¿eliœmy. Byliœmy z boku, co mo¿e i nadobre nam wysz³o. W koñcu doje¿d¿aliœmy doszko³y z podzielonogórskich wiosek. Bo choæponoæ mia³o w „Makusynach” miejsce jakieœnietuzinkowe za spraw¹ druha Czarnuchakszta³towanie osobowoœci, to nam, poetom,taka kolektywizacja wra¿liwoœci i wyobraŸninie wiem, czy by na dobre wysz³a. Zawsze tolepiej myœleæ po swojemu, a nie pod komendê.Mo¿e i dlatego profesor Czarnuch nie zwróci³specjalnie na nas uwagi. Utkwi³o mi, ¿e historiistara³ siê uczyæ niestereotypowo, a wiêcCzes³aw Sobkowiak39


nie tak ¿eby siê mo¿na by³o na lekcji nudziæ.Zawsze mówi³ ¿ywo, dobitnie. Lubi³ dygresje.Pozwala³ na swobodne wypowiedzi i niebanalnepytania. Ale jednak nie stroni³ od indoktrynacji.I wiem, ¿e w tym celu te¿ gromadzi³na Kazimierza Wielkiego, u siebie, m³odzie¿na œwiatopogl¹dowe dyskusje. Niestety.Kiedyœ na lekcji tak zapêdzi³ siê, ¿e otopowszechnie straszono w czasie wojny, jaka tostraszna ta Armia Czerwona, co to bêdzie,kiedy przyjd¹ itd. I przyszli – powiada –widzia³em takich zwyk³ych, m³odych¿o³nierzy, jeszcze prawie ch³opców, którzyuœmiechali siê. I nie by³o w nich nicstrasznego ani groŸnego. Tak myœlê dzisiaj,czy aby nie nadgorliwie wtedy próbowa³w nas, ma³o co zorientowanych w sytuacji,wzbudziæ poczucie normalnoœci, ¿e oto Sowieciweszli po prostu i s¹ sobie jakby nigdy nic i powsze czasy tak ma byæ. Jakbyœmy nie mieli siênad tym nawet zastanawiaæ, ale akceptowaæten sympatyczny, zastany stan rzeczy. PóŸniejprzysz³y lata nie³atwe dla Zbigniewa Czarnucha,równie¿ w ¿yciu osobistym. Ale to nietemat ju¿ dla mnie. Mo¿e temat dla niegosamego na ksi¹¿kê autobiograficzn¹. Mit jegoosoby urós³ do pokaŸnych rozmiarów i chybatrwa nadal. Kiedy jednak teraz czytam jegoteksty, w których nie omieszkuje pokpiwaæz wartoœci religijnych, przytaczaj¹c rzekomoautorstwa o. Oszajcy ¿art, pokpiwaæ z polskiegopatriotyzmu, i to w kontekœcie bezprecedensowegoartyku³u w niemieckim „Die Tageszeitung”(wiedzieli co robi¹), w gruncie rzeczyartyku³u zjadliwego o Polsce (niedawno zaœ„Die Welt” pokaza³ jak bardzo Polskê kocha),kiedy jeszcze wspiera siê, a jest to ju¿ niesmaczne,aluzj¹ do swojej mamy, ucz¹cej gow dzieciñstwie szlachetnego w wymowiewierszyka, no i te inklinacje, tyle ¿e obecnieproniemieckie (có¿ potrafi¹ bezceremonialniekpiæ „z Matki Boskiej, Jezusa, Trójcy Œwiêtej”ku zadowoleniu publiki), to chce mi siê…(darujê sobie u¿ycie adekwatnego s³owa) natak¹ niezale¿noœæ duchow¹ i œwiat³oœæ, czypostêpowoœæ.WróblePatrzê jak skacz¹ wœród nagich ga³¹zekjaœminu drobne, szare ptaszki. Bardzo ruchliwe,ca³a ich gromada. Nie uzmys³awiam sobieprzez d³u¿szy czas, co to za jedne, dopiero pochwili, ¿e to przecie¿ wróble, ach, widzieæ jetrzepocz¹ce w gor¹cym piasku albo w ka³u¿y,to dopiero frajda. Jaki wigor w nie wstêpuje.To s¹ w³aœnie wróble, które nale¿¹ do mojegoœwiata. Niech bêd¹ wróble, trzepoty, wielkieich k³ótnie, skakanie po ga³¹zkach, to okno,ten jaœminowy krzew, nieco dalej dach, któryjest naprawiany, abym ja wróblom, a one mnienie zabrak³y. Moje wiersze te¿ s¹ jak tewróble, kartki zapisane, które trzymamw garœci. Oby chocia¿ tyle.40


Henryk SzylkinJesieñPokry³ fiolet wrzosy przy szpilkach sosnowych.Z gêstej mg³y nadwodnej jod³a pierœ wynurza.Stercz¹ martwe trawy. Przy brzegu ka³u¿ywyjrza³ z mchu bia³ego borowik br¹zowy.Nad nim chmury ci¹gn¹ przez ojcowskie pola.Puste gniazdo pliszki upad³o spod dachu,majówki i chabry nie nêc¹ zapachem,ostatni snop zbo¿a le¿y ju¿ w stodole.Smutek gniecie serce. Wczoraj ogród w krasie –dzisiaj le¿¹ w b³ocie, a wicher okrutnyrwie rozwarte szpilki z domowego lasui choæ w barwach tonie – to ka¿dy dzieñ smutniej.Jesieni santocka deszczem przesi¹kniêtatak¹ by³aœ kiedyœ i tak¹ pamiêtam.ZimaCiê¿kie, œnie¿ne chmury co kr¹¿¹ nad g³ow¹z bezlitosnym wichrem pó³noc nam przynios³a.Pobielaj¹c pola, oszraniaj¹c sosnyutworzy³a nagle krajobrazy nowe.Znik³a dawna radoœæ a pó³senne s³oñceprzymru¿y³o oko wyd³u¿aj¹c cieniejakby siê wstydzi³o swojego istnieniaw te dnie coraz krótsze, a noce bez koñca.Ch³ód ostry naciera. Ju¿ pisze rachunekpust¹ œcie¿k¹ w sadzie, nud¹ co z³em wieje.O czym dzisiaj pomarzyæ. Zgas³ promyk ratunku.Zasypa³a zima ostatnie nadzieje.I tak pêdz¹c w mrozie wichry oszala³ezbyt wiele ma œmierci, a ¿ycia za ma³o.41


NA GRANICYJacek Weso³owskiNa Granicy (6)Pieskie historie (z Dzien-Nika): Porno, Polizeialbo Apokryf z pieskiem, Sprawnik ze Strapczyn¹;S³owo – obraz, nauka – sztuka. Praca z tekstem;Granica – Zwi¹zkiPieskie historiePornoWczoraj w nocy natykam siê na takikawa³ek, jakby porno. Zdziwiony trochê,bo program I czy II to by³ pañstwowejtelewizji niemieckiej. Pokazani przeciêtnimieszczanie w mieszkaniu. Ona ubranastoi, w zwanej ma³ej czarnej bardzo minimalneji na wysokich obcasach. Bat trzymaw rêku, przy bli¿szym poznaniu siêokaza³o, ¿e smycz. On przed ni¹ naczworakach w samych k¹pielówkach.Psi¹ obro¿ê ma na szyi! Jêzor wywalony,dyszy jak pies, z do³u filuje na pani¹. „Fifiraus!” – mówi ona ostro. Facet na czworakachwycwa³owa³ za drzwi. To onawo³a „Fifi, komm zu Frauchen!” Facetprzycwa³owa³. Guter Hund, ja – chwaliFrauchen. Facet dyszy, filuje, poszczekujez cicha. Podniecony. Nagle hop! Naskoczy³jej na nogê, ruchy frykcyjne markuje!„Fifi pfuj!” – na to facetka, „Pfuj, Fifi!”i zamierza siê smycz¹. Facet odskoczy³,p³aszczy siê na pod³odze, skomli, prze-42


praszaj¹co filuje z do³u na pani¹. W tymmomencie kamera schodzi z obiektu,wielce ju¿ obiecuj¹cego dla telewidza,i przenosi siê w inny plan mieszkania:kanapa, poduszki. Na kanapie le¿y pies,podniós³ ³eb i z umiarkowanym zainteresowaniemprzygl¹da siê scenie. „Fifi,komm du jetzt, komm sofort!”Scena okaza³a siê, ¿e pañcia z pañciemucz¹ Fifi, jak ma i jak nie ma siêzachowywaæ.Berlin, 18 sierpnia 2005Polizeialbo Apokryf z pieskiem(Opowiadanie pana Bronka)Znasz pan ten dom dziwny naAlbertinen ulicy, po prawo? Mur wysoki,cisza zawsze by³a, ¿ywego ducha niewidaæ, w wieczór ciemnica. Raz mniezaciekawi³o, patrzê co to jest, a tam ma³ataka tabliczka na zielono i pisze POLIZEI.Myœlê sobie, jakieœ labolatorium maj¹ czycoœ. Znajomy mi mówi, Klausik, co panznasz, ¿e za enerdowa tam sztazi byli,a za Hitlera te¿ jakieœ mundurowi krêcilisiê i w czarnych skórach. I patrz pan,ostatnio co tam przechodzê, du¿y ruch siêzrobi³. Na mur k³êby drutu kolczastegoponarzucali czegoœ, brama roztworzona,co zawsze zaparta by³a. Na podwórkupe³no blachy stoi, busy, pikapy, normalnetaksy z zielonym lampasem. Policjanci siêkrêc¹, œmiej¹ siê, rozmawiaj¹.Idê dzisiaj z pieskiem, patrzê, kawa³chodnika jakimiœ takimi betonami zastawili.¯e wózkiem nie przejedzie czy co? Aledo obiektu raz i wraz wje¿d¿aj¹, wyje¿-d¿aj¹. Przesz³em ko³o bramy, widzê nakoñcu posesji stoi grupa. Jeden gruby, jedenzielony i dwie baby w czarnych mundurach.Minê³em. Tak jakby coœ mieli do mnie,g³osy zawiesili, ale nic. Wchodzê do parku,puszczam pieska. A tu od ty³u s³yszê:„Hallo, nemen zi den hund an di lajne.”Baba mnie od ty³u podchodzi, w okularach,w czarnym mundurze czy granatowym.Wziê³em psa na smycz bezmarnego s³owa, odchodzê. Ale s³yszê g³osinny:„Halt, proszê siê zatrzymaæ!”A to druga przysz³a w odsiecz. Czarniawa,pewna swego, pani w³adza.Krewka. £adne oczy. Czarne. I do mnie:„Proszê nie odchodziæ, kiedy kole¿ankaz panem rozmawia.”Stojê, s³ucham. Obie wy¿ej 40 (lat, niekilo, hahaha) mo¿e, chyba. Grube, nabite,a mo¿e to przez lumpy. Mo¿e kamizelkikuloodporne maj¹, myœlê, z biustonoszami,hahaha.„Pan na naszych oczach spuœci³ psazaraz przy wejœciu. Psy siê w parku prowadzina smyczy. Proszê sobie przeczytaæ,o tam, regulamin.” Ja nic nie mówiêna razie, myœlê. Zagram g³upa, j¹ka³ê,penera, myœlê. Gapiê siê. Ona na to:„¯eby pan siê na drugi raz stosowa³,p³aci pan mandat 20 euro.” Ja siê gapiê,niby ¿e nie rozumiê, ale mówiê:„To pse.. psami na park te¿ na sznur?”„No zw³aszcza w parku! Pan nie czytaregulaminu! Trzeba czytaæ, jak napisane!”„Nie moge... nie umie. A 20 euro nimam...” Gapiê siê. Ona na to:„¯e nie umie i nie ma, to widzê...” Odgóry do do³u obrzuci³a mnie. By³emw kapturku, bo czapki nie wziê³em,p³aszcz na bluzê kapturow¹ wrzuci³em,w laczkach na nogach, bo awaryjniez pieskiem wysz³em. Nieogolony.„Udzielamy panu ferwarnung, a nadrugi raz zap³aci pan mandat. Proszê iœæ.”Wróci³y siê na ulicê do tego grubegoz zielonym, ja dalej kawa³ek za drzewaposz³em, pieska spuœci³em.Co oni, cholera ich wie. Na terrorystówcoœ szykuj¹, albo na tych ze wschodu,co im siê teraz wlewaj¹ przez granicê EUna Odrze. Coœ szykuj¹. Daj im Bo¿e, niechsiê broni¹ przed jebniêtym machmudztwemi przed bidnym cygañstwem. Aleczego do ludzi siê czepiaj¹? ¯eby siêwprawiaæ no chyba. Ju¿ ja z niminauczy³em siê rozmawiaæ. No nie?Berlin, 14 stycznia 2005NA GRANICY43


Sprawnik ze Strapczyn¹Pogryz³o mnie w Bia³owicach. By³otak: Jadê sobie na rowerku, Casperek-piestruchta grzecznie przy kole. Jesteœmy nawysokoœci zagrody rolniczej niejakiegoDürr-Durskiego, który naprzeciwko dawnegolandsgutu, niedawnego pegeeruzamieszkuje. Nagle wylecieli na nasSprawnik ze Strapczyn¹!!! Ze szko³ywiemy, kto zapomnia³ przypomnê,w filmie Wajdy nie ma (nie myliæ z Kusym-Soko³em),¿e miana takie nosz¹ dwaostre psy myœliwskie z Pana Tadeusza. Oneto (miana) wywodz¹ siê od aparatczykóws¹downictwa carskiej Rosji; sprawniki strapczy nazywali siê urzêdnicy odœci¹gania podatków, sekwestrów, op³at narzecz pañstwa. W dzia³aniu swym bylioni (urzêdnicy ci) bezlitoœnie sprawni.U Suchowo-Kobylina coœ tam chyba otym jest. Takie w³aœnie dwie sprawnei wprawne w swej robocie bestiewyskoczy³y nagle z zagrody Dürrai dawaj Caspra k¹saæ, gryŸæ i szarpaæ!Piesek zaraz pad³ na ziemiê w przera¿eniu-oszo³omieniubezbronnym, a tedawaj go sprawiaæ i oprawiaæ! Jakieœtakie wiêksze teriery, muskularne, bia³oczarno-br¹zowe³aciate, potem siê okaza³oby³o, ¿e psy na dziki szkolone.Rzuci³em rower i Casperka na rêce! Aleon przera¿ony, wyrywa siê mi, te zaœbestie skacz¹ do niego jak na sprê¿ynach.Co i raz psina znów na ziemi i znowu podzêbami. W pewnym momencie unios³emofiarê do góry wraz z uczepion¹ do jegoboku besti¹! Razem ze czterdzieœci kilo!W tej kot³owaninie co i raz któryœ przejedziemi zêbami po rêkach, a i w pewnymmomencie sam Casperek, miotaj¹cbez³adnie paszczêk¹, ugryz³ mnie w przegubprawej d³oni. Widzê, ju¿ krwi¹sp³ywam, wiêc ryczê: Kurwa, ludzie, coto jest, na mi³oœæ Boga, czyje s¹ tebestie?!!! Ze trzy minuty trwa³o ju¿ tozajœcie, na podwórku Durskiego sta³y trzyosoby: Durska (sk¹din¹d niez³a laska ko³oczterdziestki, ale w typie wsiowym), jakiœstarszy cz³owiek – ojciec czy teœæ– i m³ody ch³opak, który wreszcie te psyodwo³a³ i zamkn¹³ za siatk¹-druciatk¹.Pytam siê, co jest, do jasnej cholery,dlaczego bestii na ³añcuchach nie trzymaj¹,czy w klatce, dlaczego namordnikównie maj¹?! Na to Dürrowa, ¿e to niejej psy, i ¿e w³aœciciel zaraz wyjdzie.Wychodzi facet, stropiony i gapi¹ siêwszyscy na mnie na wspó³kê jak zamarli.Ja na to, ¿e chyba od „przepraszam”zacz¹æ trzeba ----- (tu przerwê, ¿eby zanotowaæg³upaw¹ rozmowê w radio natemat wczorajszych demonstracji dwóchod³amów postsolidarnoœciowców wzajemprzeciw sobie, co akurat w tle mi leci;wstyd, wstyd, wstyd, naród g³upków,pieniaczy, nieudaczników; naród emocjonalistów;emocjonaliœci nadaj¹ siê domuzyki, do religii – nie ma w Polscereligii, jest obyczaj chodzenia do koœcio³a,klepie siê pacierze, nauk Chrystusapowa¿nie nie bierze sie wcale; – te ludziedo rachunków, do organizacji, do ekonomiinie nadaj¹ siê; chyba ¿e dorachunków w³asnych prywatowych; ¿ebywykarauliæ; i czy nie z tego wynik³y zaboryw XVIII wieku?) Wiêc od „przepraszam”zacz¹æ trzeba – mówiê. Na topani Dürr-Durska mówi „przepraszam”,a pan od bestii wynosi z domu butlêwody utlenionej i leje mi na zakrwawionerêce. Zaraz on pana do lekarza zawiezie –mówi pani. Ogl¹dn¹³em pobie¿nie Casperka,pewien by³em, ¿e krwawa szmata,tymczasem krwi nie widzê wcale, piesekmerda ogonkiem (cockerowsk¹ resztk¹,co ma), w oczy mi³oœnie mi zagl¹daj¹c.Facet odbestyjny podjecha³ jak¹œ landar¹(okaza³a siê dwudziestoletni¹ jett¹)i popêdziliœmy do Nowogrodu do lekarza.Po drodze wyg³asza³em kazanie, sensogólny taki, ¿e da³eœ cz³owieku dowódnajwy¿szej lekkomyœlnoœci, dopuszczaj¹cdo powy¿szego, przecie to jakby trzymaæodbezpieczony karabin maszynowyw cha³upie, skrzynkê granatów przypiecu. Sprawca s³ucha³ potulnie, na pytaniaodpowiada³ wstrzemiêŸliwie, zw³a-44


szcza jak rykn¹³em: Policjê na pana,kurwa, wzywaæ?! mówi spokojnie: To ju¿pan zdecyduje. Nie prosi, nic – podoba³omi siê. No dobrze. Ale ja w pewnymmomencie patrzê (siedzia³em z psem natylnym siedzeniu), a to jest Dürr-Durski.Znam goœcia z widzenia przecie¿, to jestm¹¿ tej apetycznej Dürrowej. Tylko jakona mówi, ¿e nie jej te bestie s¹ i ¿ew³aœciciel zaraz wyjdzie, to pomyœlalem,¿e to znajomek jakiœ z psami w odwiedzinydo tych Durskich przyjecha³i nie uwa¿a³ na nie. Dojechaliœmy do doktora.Wylaz³ mamlok stary, farbowanyi pyta siê mnie, a pan sk¹d? W ogólnoœciz Berlina, a w szczególnoœci terminowoz Bia³owic – odpowiadam. A ja pana nieznam. Weso³owski, panie doktorze, i te¿doktor, ale niemedyczny – bardzo mimi³o, rêki podaæ nie mogê, bo widzi pan.A co siê sta³o? – on siê pyta. Psy mojepana pogryz³y – mówi Dürr. A to trzebado pogotowia do Zielonej Góry – ten doktorna to. Ran nie uzna³ obejrzeæ, polaz³do domu swego, betonowego z ogródkiem.A niechby mu Sprawnik ze Strapczyn¹odgryŸli skalp, takiemu Hipokratesowi– pomyœla³em i do jetty. Tojedziemy do Lubska – mówi Dürr-Durski– tam te¿ jest pogotowie. W pogotowiulubskim atmosfera jak za komuny, apatycznapielêgniarka pobra³a ode mnie dane,dowiedzia³em siê przy okazji, ¿e mojaniemiecka karta Barmerowskiej kasychorych jest w Polsce honorowana (alenie wszêdzie, o czym wspomnê). Wesz³odwóch ros³ych facetów w œrednim wiekuw pomarañczowych spodniach i kurtkachjak w Feuerwehrze czy innych s³u¿bachpogotowia medycznego za Odr¹. Jedenzuchowato, tak lekko zaczepnie pyta siêmnie, co siê sta³o. Fraza typu dowcip, ¿ekto tak pana piêknie or¿n¹³, czy coœw tym duchu. Stawi³em dumnego czo³ai stanowczo pytam, kto tu jest lekarzem,z kim mo¿na powa¿nie rozmawiaæw powa¿nej sprawie, dla mnie powa¿nej.Na to zuchowaty, trochê wytr¹cony: Ja, jatu jestem lekarzem, na przyk³ad. Niezwa¿aj¹c na zbêdniki-ozdobniki w zachowaniujego i tytu³uj¹c go „panem doktorem”,zda³em sprawê. Na m¹ mowê onspowa¿nia³ i wzi¹³ siê do roboty. G³êbszerany spiêli mi amerykañskimi plasterkami(zamiast szycia, kiedyœ szyli), ca³oœæopatrzono. Przeciw tê¿cowi mam szczepienie,ale doktor da³ receptê na antybiotyki,kaza³ kupiæ œrodki opatrunkowei codziennie do lekarza do Nowogroduna kontrolê jeŸdziæ. Oczywista zaraz doweterynarza, zbadaæ psa kaza³ i obowi¹zkowyjest meldunek o pogryzieniu zewzglêdu na wœciekliznê. (S³ucham ca³yczas radia i myœlê, jakby tym ciulomPi³sudski kota popêdzi³ – ci¹gle to samo:ma³ostkowoœæ, partyjniactwo, osobistaurazowoœæ i nade wszystko nieudolnoœæ,kiepska wydolnoœæ, wszystko siê roztapiaw bez³adnej gadaninie; ta dziennikarkatym politykom ci¹gle te¿ przerywa,popisuj¹c siê przed radios³uchaczami;wszystko to razem jest „¿enada”, jakmawia³ przyjaciel mój by³y Jacek Tworekprzed laty z w³aœciw¹ mu celnoœci¹;gdzie¿eœ to Jacku teraz i w czym?). Dobiliœmydo weterynarza. Weterynarz bardzoprzyjemny, ludzki cz³owiek, doktorOjboli. U Casperka stwierdzi³ dwa urazy(ja potem jeszcze odkry³em dalsze drobniejsze):g³êbokie nagryzienie k³em nasadyprzedniej ³apki (piesek trochê kula³,ale koœæ nienaruszona) oraz zarysowanazêbiskami skóra na j¹drach: j¹dra na raziespuch³y. Czyli prawie nic. Czyli ¿e bestiepotraktowa³y psa jako przyrz¹d treningowy:nie sz³o o to, by zabiæ, tylko ¿ebystarmosiæ, skot³owaæ, zdeptaæ. Jakbychcia³y zagryŸæ, ju¿ by nie ¿y³. Gorzej byby³o pewnie, gdyby ucieka³. Przy okazjimnie siê dosta³o – i znacznie bardziej ni¿pieskowi. Sprawnik ze Strapczyn¹ niemaj¹ niestety aktualnego zaœwiadczeniao szczepieniu przeciw wœciekliŸnie, Durskitermin przespa³. Casperek szczepieniema. Bestie id¹ pod obserwacjê, Dürr majeŸdziæ co 5 dni do kontroli (w Niemczechto by psy posz³y w odosobnienie na dwatygodnie i w³aœciciela obci¹¿ono byNA GRANICY45


op³at¹ s³on¹ za pobyt pacjentów w lecznicy,w Polsce jeszcze takich mecyi nie ma).Nieszczêœcie ma³o prawdopodobne,wœcieklizna od paru dziesi¹tków ju¿ latw Mitteleuropie nieaktywna. Pogryzienieby³o w czwartek. W pi¹tek znowu Dürr-Durski powióz³ mnie do lekarza w Nowogrodzie,ale innego, który bardzo siêserdecznie przypadkiem-wypadkiemzaj¹³. Opatrzy³a mnie nader mi³a i z ca³¹solidnoœci¹ pielêgniarka (jaki szef, takii personel). Doktorek da³ recepty nadodatkowe leki, zleci³ mi samoopatrywanieran dwa razy dziennie, po tygodniupowinienem siê pokazaæ chirurgowiw Berlinie. Karty Barmerowskiej nieuzna³, tylko portfel Dürr-Durskiego.Powiedzia³, ¿e w pogotowiu, w szpitalusiê honoruje, a w prywatnej praktyce nie.Ponownie byliœmy u weterynarza,w sobotê. Stwierdzi³ u Casperka zupe³nezdrowie (piesek przesta³ kuleæ ju¿w pi¹tek), zdziwi³ siê, ¿e piesek sobie jajecnie liza³, a mia³ spryskane opatrunkiemelastycznym. Poinformowa³ o wynikachpierwszego badania Sprawnika ze Strapczyn¹,¿e nic nie stwierdzi³ podejrzanego.Policji powiadamiania poniecha³emwobec przyzwoitego zachowania siêwinowajcy: obwióz³ mnie gdzie trzeba,rachunki u lekarzy i w aptece pozap³aca³.Robi wra¿enie cz³owieka uczciwego,z faktów zasz³ych wnioski wyci¹gaæumiej¹cego, to po co mu robiæ sprawêkarn¹ z policj¹? Gdyby wszak¿e coœwykryto u bestii i mam przed sob¹przykre leczenie (bolesne zastrzykiw dupê, o ile nie za póŸno), to s¹ wynikiobdukcji w pogotowiu i notatka weterynarza.Dürr-Durski mnie dziesiêæ razyprzeprasza³ i na koniec pyta: Jak ja panumogê wynagrodziæ tê przykroœæ, ten ból?Pytam siê, co proponuje. On na to, ¿e maspychokoparkê, mo¿e mi teren przed plebani¹moj¹ wyrównaæ. Ja po namyœlemówiê: wie pan, trafi³ w dziesi¹tkê.Niech¿e mi pan tê kupê szlaki spod domuprzerzuci tam na skraj pola, w trzy kupyko³o drogi. Nie musi byæ dziœ-jutro, aletak do wiosny by by³o zrobione. Sprawadla pana honorowa, OK? Da siê zrobiæ,zrobiê na pewno – on na to. I tak siêzakoñczy³a sprawa ze Sprawnikiemi Strapczyn¹ we wsi Bia³owice podNowogrodem Bobrzañskim, których orygina³yspod Nowogródka Mickiewiczowskiegoby³y. Co ucierpia³em, to by³o,zyska³em natomiast ¿yczliwego cz³owiekaw mojej wsi. Niema³a rzecz i cieszy.Bia³owice – 7 paŸdziernika,Berlin – 14 listopada 2006S³owo – obraz, nauka – sztuka.Praca z tekstemMotto:?wejœæœjyw?1. Literatura wizualna – wizualnoœæliteratury„Literatur¹ wizualn¹” nazywam teutwory literackie, które s¹ w ca³oœci lubw detalach specjalnie „wizualnie aktywne”;widzieæ je, a s³yszeæ to nie to samo.Lecz przecie¿ ca³a literatura jest w zasadniczymrozumieniu wizualna. Powstajebowiem w „ciele wzrokowym”, w literachi napisach: w rêkopisie, w maszynopisie,czy – ostatnio – w druku komputerowym,pod palcami pisarza czy poety – i z druku,z pisma, z „cia³ wzrokowego” jestodbierana, odczytywana – przez czytelnika.Lecz czytelnik nie czyta tego, conapisa³ do niego poeta – czyta to, co daj¹mu do czytania poœrednicy: edytor i t³umacz.Ustêp powy¿szy stanowi³ pocz¹tekreferatu, który wyg³osi³em by³em w 2002roku na konferencji naukowej UniwersytetuZielonogórskiego pt. S³owo doogl¹dania. Napis i zapis w utworze artystycznym;zosta³ on opublikowany nastêpniew ksi¹¿ce pod tym¿e tytu³em, wœródinnych referatów rzeczonej konferencji(Oficyna Wydawnicza UZ, 2004). Referat,pt. S³owo wobec obrazu. Od problemów„literatury wizualnej” do zagadek „nowej46


sztuki”, wypreparowa³em z ostatniegorozdzia³u spoczywaj¹cej od 1978 w redakcjiwydawnictw Instytutu BadañLiterackich PAN w Warszawie mojejksi¹¿ki pod roboczym tytu³em Elementysfery graficznej tekstu poetyckiego; by³a tomoja rozprawa doktorska, obroniona1977; zarchiwizowana jest w BiblioteceUniwersytetu £ódzkiego. Z³o¿ona dodruku praca mia³a byæ przeze mnie przeredagowanazgodnie z propozycjamiautora recenzji wydawniczej (EdwardBalcerzan). Zgadza³ siê z nimi redaktornaczelny serii (Micha³ G³owiñski), przymierza³emsiê propozycjom zadoœæuczyniæ.Jakoœ widocznie bez przekonania,bo rzecz przeci¹gnê³a siê do 1981 roku,kiedy to w mojej biografii, umieszczonejwœród wypadków bie¿¹cej historii, wrazze zmian¹ kraju oraz ustroju, w których¿y³em, na kraj i ustrój inny, nast¹pi³a te¿wa¿na dla mnie wymiana form obecnoœciw kulturze – rzec mo¿na „od rozprawydo wystawy”. Od s³owa do obrazu.Dalsze wypadki historyczne sprawi³y, ¿ezadomowiwszy siê na dobre w drugimkraju i w strefie mowy obrazu, mogê polatach swobodnie przekraczaæ w têi wewtê granice: dwóch krajów i dwóchform wypowiedzi: ponadjêzykowej obrazoweji jêzykowej – w moim ojczystymjêzyku polskim.Kolejne wystawy mojej sztuki wypreparowuj¹siê jedna z drugiej. Metody teju¿ywam w niniejszym tekœcie, co mi siêtu teraz pisze. W sposób w³aœciwytworzywu: jêzykowemu. Tak jak referat„wynikn¹³” z rozprawy, tak teraz z referatu„wyprowadzony” zostaje esej.Wszystkie trzy s¹ tekstami naukowymi.W eseju zlikwidowa³em lub wintegrowa-³em w tekst liczne w referacie przypisy,które w rozprawie, ma siê rozumieæ, s¹jeszcze liczniejsze. A zatem do dzie³a.2. PoœrednicyPrzyjrzyjmy siê, co daj¹ czytelnikowido czytania edytorzy i t³umacze w zakresieliteratury specjalnie „wizualnie aktywnej”.Najsampierw trzeba stwierdziæ (lub conajmniej podejrzewaæ), ¿e czynniki graficzneafoniczne mog¹ wystêpowaæw tekstach mimo œwiadomoœci edytora,a nawet t³umacza, niejako automatyczniealbo te¿ w warunkach pomieszania konwencji.Np. zapewne w wielu wypadkachedytor nie stara siê okreœliæ funkcjiekspresywnej czy semantycznej organizacjilinii napisowych w wierszu wolnym,które ustawione mog¹ byæ w ró¿nejodleg³oœci poziomej od brzegu stronyi wzajem od siebie – jednak poszanowaniedla uk³adu graficznego wiersza jestkonwencj¹ ukszta³towan¹ powoli i z bardzostarej tradycji, trzeba zatem zachowaæów uk³ad, choæby by³ ca³kiem nieistotny(jak siê zdaje) funkcjonalnie. Konwencjata stwarza mo¿liwoœæ „przemycania siê„form pikturalnych. Przyk³adem mog¹ tubyæ wiersze angielskiego poety metafizycznegoXVII w., George Herberta. WeŸmyutwór Easter Wings, który nie daje siê³atwo zepsuæ nieuwa¿nemu edytorowi –a nawet nieœwiadomemu t³umaczowi.W przedruku i w przek³adzie wystarczyobok odleg³oœci wiersza od lewegobrzegu siatki tekstowej przestrzegaæ organizacjirytmicznej, której funkcjê stanowid³ugoœæ linii napisowych i podzia³graficzny jako skutek rozbicia na dwiestrofy, aby tekst zachowa³ nadan¹ przezpoetê dystynkcjê magiczno-mistyczn¹:kszta³t ewokuj¹cy obraz dwóch parskrzyde³ anielskich. Kszta³t ten mo¿naw pe³ni dostrzec, gdy odwróci siê o 180stopni kartê ksi¹¿ki. Orygina³ angielskii polski przek³ad Skrzyd³a w czaszmartwychwstania w wielu wydaniachutworów George Herberta w pe³nizgadzaj¹ siê jako obraz. Porównywa³emutwór w ró¿nych edycjach: The Temple,London 1906, The Poems of George Herbert,London – New York – Toronto 1933; polskiprzek³ad (J. Sito) w: Poeci jêzyka angielskiego,t. I, Warszawa 1969. W wydaniulondyñskim z 1861 r. (The Works of GeorgeHerbert) wiersz Easter Wings wydrukowanyjest pionowo (od do³u do góry,NA GRANICY47


a nie normalnie poziomo od lewej doprawej) i obwiedziony lini¹, tak ¿e obrazskrzyde³ ³atwo rzuca siê w oczy. Czy ow¹liniê wzi¹³ edytor z Herbertowskiegorêkopisu, czy te¿ jest ona zewnêtrznym –„rysunkowym”, drukarskim dodatkiemdo tekstu poety, uwyraŸniaj¹cym wszak-¿e jego zamys³ – nie uda³o mi siêstwierdziæ.Wyrazistym przyk³adem pomieszaniakonwecji – literatury i sztuk plastycznychczy techniki drukarskiej – jest przek³adpolski kaligramu Apollinaire´a La mandolinel´oeillet et la bambou, Mandolina,goŸdzik i bambus (w tomie wydawnictwaOssolineum, seria „Biblioteka Narodowa”,1975: Guillaume Apollinaire, Wybórpoezji, w opracowaniu J. Kwiatkowskiego).Apollinaire´owskie calligrammes, stanowi¹swoiste nawi¹zanie do bardzostarej formy poetyckiej: wiersza obrazkowego,znanego ju¿ w staro¿ytnoœci– w Grecji jako technopaegnion, w Rzymiejako carmen figuratum. Poeta takn a p i s a ³ wiersz, ¿e jego siatka graficzna,uk³ad liter, tworz¹ obrazki: mandoliny,goŸdzika, bambusa – nie inaczej.Polski edytor Apollinaire´owskiego tomupoezji, w którym znajduje siê tak¿ewybór calligrammes, publikuje obokprzek³adu (M. ¯urowskiego) podobiznêautografu. W wydaniu ksi¹¿kowym tekstten znajduje siê na numerowanej stronie– potraktowano go zatem jako tekst, natomiastw czasopiœmie literackim („Przegl¹dHumanistyczny”, 6/1968) gdziewczeœniej ukaza³ siê przek³ad z podobizn¹autografu orygina³u, zamieszczonoten ostatni na stronie nienumerowanejjako wk³adkê ilustracyjn¹ z reprodukcj¹ –czego? Dzie³a plastycznego Apollinaire´aczy rêkopisu utworu literackiegoApollinaire´a? Jeœli to twór sztuk plastycznych,to czemu siê go przek³ada? Jeœlito tekst literatury, to dlaczego zmienia siêsiatkê graficzn¹ tego ciekawego okazuvers libre w przek³adzie? Wobec bambusat³umacz zastosowa³ pewien zabiegœwiadomy: dziêki zmniejszeniu czcionkii trzem powiêkszonym literom „O”, tworz¹cymwizualny obraz „kolanek” bambusa,utwór zachowa³ siê w przek³adziejako piktura. Czego innego dokonanoz innymi obrazami: mandolina zosta³arozcz³onkowana na linie napisowe; tomaj¹ byæ wersy? – w oryginale trudnomowiæ o wersach, bo niemo¿liwe jestrozebranie tej piktury na sekwencje,tworz¹ce jakiœ linearny porz¹dek mowny,foniczny – zaœ goŸdzik napisany jestw przek³adzie jak proza, przy czym uk³adgraficzny stara siê jakby (ale niekonsekwentnie)o zachowanie wizualnej organizacjiorygina³u. Zatem bambus i by³y (bojako piktura unicestwiony) goŸdzik zachowuj¹swoje pozycje w siatce tekstu, ale zato mandolina (jeszcze dosadniej pikturalnieunicestwiona ni¿ goŸdzik) roœci sobiepretensje do pierwszeñstwa w teraz linearnymtworze jêzykowym (jak gdyby, bonie ca³kiem), jakkolwiek orygina³ nierozstrzyga o kolejnoœci poszczególnychtrzech grup napisowo-rysunkowychw utworze literackim – w tekœcie jêzykowym.Powy¿szy przyk³ad postêpowaniaedytorsko-translatorskiego jaskrawo uwidaczniatrudnoœci w praktycznym stosowaniukonwencji przekazu literackiegow tym i podobnych przypadkach utworówwizualnie aktywnych. Immanentnawarstwa jêzykowo-brzmieniowa tekstustawia opór wydzielaniu jej z bytu pisemnego.Na ogó³ jednak w praktyce wydawniczeji przek³adowej utwór wizualnieaktywny pozwala siê zgwa³ciæ bezprzeszkód i w ten sposób zostaj¹ naruszonejego poprawnoœæ tekstologicznaoraz wola autorska, tj. integralnoœæ konstrukcjitekstowej, krótko mówi¹c: zostajenaruszone integrum rerum, strukturadzie³a.Tak te¿ jest, gdy w wydaniuamerykañskim poezji Majakowskiegot³umacz likwiduje s³ynne „schodki”,niszcz¹c wa¿ny czynnik ekspresywnyutworu; nie wiem, czy sprawê ratuje faktumieszczenia na s¹siedniej stronie ksi¹¿ki48


orygina³u rosyjskiego (zob. O. Carlisle,Poets on Street Corners. Portraits of FifteenRussian Poets, New York 1970). Tak jest,gdy w polskiej edycji „Biblioteki Narodowej”kaligram Apollinaire´a Il pleutzostaje pozbawiony swojej funkcji wizualnej.Siatka graficzna orygina³utworzy obraz stru¿ek deszczu, padaj¹cegoz ukosa. „Wersy” z³o¿one s¹ z litereknapisanych jedna pod drug¹; szeœæ linijektekstu, pisanego od góry do do³u, przedstawiasob¹ szeœæ stru¿ek wody, literki tokropelki. Polski przek³ad:PADA DESZCZPada deszcz g³osów kobiecychjakby umar³y one nawetwe wspomnieniuWy te¿ padacie cudowne spotkaniamojego ¿yciao kropeleczkiI chmury staj¹ dêba i r¿¹niby wszechœwiat miastdos³yszalnychS³uchaj jak pada deszcz gdy ¿ali wzgarda wyp³akuj¹dawn¹ sw¹ muzykêS³uchaj jak opadaj¹ wiêzyprzytrzymuj¹ce ciê od góryi od do³uZamiana „stru¿ek deszczu” orygina³uw zwyk³e linie napisowe w przek³adzie(rozbite do tego w druku zgodnie z konwencj¹przenoszenia „zbyt d³ugich” wersówdo nastêpnej linii) jest szczególniedotkliwa dla tego utworu. Kasacja pikturyjest te¿ bowiem likwidacj¹ jej szczególnejfunkcji, wynikaj¹cej z dyspozycjistatycznej tekstu pisanego czy drukowanego.£atwo zauwa¿yæ, ¿e wiersz ten dajesiê czytaæ od ka¿dego, dowolnego wersui w dowolnym porz¹dku linearnym – takijest zamys³ autora. Utwór Apollinaire´aPada deszcz jest szczególnie piêkn¹, poetyck¹manifestacj¹ j e d n o œ c igraficzno-brzmieniowej, wizualno-fonicznejtekstu literatury. Jest pokazemmo¿liwoœci tkwi¹cych w p i s e m n e jkondycji jêzyka sztuki literackiej. Widzimystru¿ki deszczu, s³yszymy stru¿kig³osów kobiecych. Kapi¹ i szemrz¹ smaganewiatrem. Obraz deszczu jest zarazemaudialny i wizualny, „deszcz” Apollinaire´arównoczeœnie widaæ i s³ychaæ.Tak d³ugo, jak d³ugo chcemy patrzeæ nakartê ksi¹¿ki i – tak d³ugo, jak d³ugo chcemypowtarzaæ wersy utworu w dowolnej,decydowanej przez nas kolejnoœci. Przek³adnie tylko likwiduje pikturê – likwidujete¿ formalnie potencjê symultaneiczn¹utworu, wyznaczaj¹c porz¹dek odczytu.T³umacz przywraca zrywane przez poetê„wiêzy przytrzymuj¹ce ciê od góry i oddo³u” – determinacjê procesywnej naturyliterackiego tworzywa. Aby uspokoiæbardziej wnikliwego czytelnika, wydawcatomu przek³adów pisze ogólnie o kaligramach:„W znacznej czêœci tych utworówtekst legitymuje siê samoistn¹ wartoœci¹literack¹, spotêgowan¹, ale bynajmniejnie ufundowan¹ na pomys³ach graficznych.Znamiennym przyk³adem jest tuPada deszcz: utwór ten mo¿na - jak tozreszt¹ uczyni³ jeden z t³umaczy, JerzyLisowski – wydrukowaæ po prostu jakozwyk³y wiersz. Znosi on z ³atwoœci¹ tê»próbê druku«”.Otó¿ – jest ca³kiem na odwrót: napomyœle graficznym ufundowana jesti z pomys³u graficznego wynika wartoœæartystyczna tego utworu literackiego, jegowalor emocjonalny i szczególna ekspresja.Oczywiœcie porównywa³em Apollinaire’owskiIl Pleut w rozmaitych wydaniach:francuskich i polskich, tak¿e innojêzycznych.Do rêkopisu nie dotar³em(znane mi s¹ inne kaligramy w rêkopisach,dysponujê wiernym typograficznierêkopisom wydaniem Calligrammes Gallimarda,Paris 1948 (osobny tom dzie³wszystkich Apollinaire´a w 12 tomach),inny wariant graficzny Il Pleut (fotokopiêNA GRANICY49


strony wydanej w Londynie ksi¹¿kiS. Themersona – autora m.in. s³ynnejprzedwojennej ksi¹¿eczki Pan Tom budujedom oraz napisanej na emigracji, dziœzapomnianej powieœci Kardyna³ Pölätüo,pisarza i logika duchowo pokrewnegoLewisowi Carollowi) podaje P. Rypsonw swojej ksi¹¿ce Obraz s³owa. Historiapoezji wizualnej, Warszawa 1989, jeszczeinny wariant graficzny znajdzie czytelnikw maszynopisie mojej pracy doktorskiej.Tu wa¿na uwaga: Rypson (jego ksi¹¿kanapisana jest z pozycji historyka sztuki)daje faksymil (drukowanego) utworuApollinaire (za Themersonem), ja natomiast,stoj¹c na gruncie teorii literatury,c y t u j ê po prostu Il pleut z wydaniaGallimarda, pisz¹c go (lub jak kto woli„rysuj¹c”) na maszynie – w tekœcie mojejrozprawy doktorskiej. We wszystkichwymienionych wariantach graficznych„rysunek” jest nieco inny: linie napisowe(strugi deszczu) biegn¹ trochê inaczej,„kropeleczki” ka¿dorazowo ró¿ni¹ siê odsiebie o tyle, o ile ró¿ny jest krój czcionekw ró¿nych drukach i w moim maszynopisie(i – domyœlamy siê – w rêkopisiepoety). Mimo graficznych ró¿nic pikturapozostaje jednak¿e w wymienionychprzeze mnie upostaciowaniach tekstuto¿sama f u n k c j o n a l n i e wobecca³oœci utworu. Maj¹c to na uwadze,mo¿na napisaæ Pada deszcz (wy¿ej cytowanypolski przek³ad) na komputerze,na maszynie lub rêcznie – przywracaj¹cpikturê. Proszê bardzo, dla demonstracjimogê to uczyniæ z jedn¹ linijk¹ –„stru¿k¹” deszczu, z jej pocz¹tkiem,ca³oœæ niech sobie „dorysuje” (dopisze)czytelnik (odwo³ujê siê do jegowyobraŸni, gdyby w druku, jak w moim„rysunku” komputerowym, „stru¿ka”zosta³a roz³amana na dwie strony).PADA DESZCZPadadeszczg³osówkobiecychZobaczymy (ja i czytelnik) jak to„wyjdzie” w Prolibrisowym druku.Okaleczenie utworu przez przek³admo¿e byæ mniej rzucaj¹ce siê w oczy ni¿w przypadku form pikturalnych. Otow wierszu Apollinaire´a Lundi rueChristine wystêpuj¹ liczby zapisane cyframi„300 francs”, „20. h. 27” – i s³owami„six glaces”. W przek³adzie M. ¯urowskiegoPoniedzia³ek ulica Krystyny czytamy:Jestem winien blisko trzysta frankówmojej gospodyni(...)Wyje¿d¿am dwudziesta dwadzieœciasiedemSzeœæ luster wci¹¿ siê w siebie wpatrujeWszystkie liczby napisano s³owami.Ktoœ powie, ¿e to rzecz drobna. Nie marzeczy drobnych w sztuce – ¿e coœ mo¿ebyæ tak albo inaczej. W przek³adzie nietylko ¿e likwiduje siê œrodki istotne dlapoetyki autora wiersza, ale i charak-50


terystyczne dla pewnego szerszego krêguzjawisk w poezji XX w. („uzwyklenie”jêzyka poezji: cyfry, skróty, wyra¿eniapotoczne); po prostu t³umacz „przekrêca”tekst bez ¿adnego powodu. „Szeœæ luster”– dobrze. Bo nie „6 zwierciade³”. Aledlaczego nie „300 franków” i nie „wyje¿d¿amgodz. 20.27”? T³umacz najwidoczniejuwa¿a, ¿e „tak siê poecienapisa³o”. Tymczasem mo¿e chodzi o to,aby wywo³aæ wyobra¿enie wzrokoweprzedmiotów kultury codziennoœci: banknotu,informacji w kolejowym rozk³adziejazdy – liczby podaje siê tam w cyfrach,nie w s³owach.Podam teraz kilka przyk³adów pozytywnych.W latach 70. (zesz³ego wieku) czytelnicydoczekali siê nareszcie przek³adówszeregu Apollinaire´owskich kaligramówpo polsku, w pe³ni uwzglêdniaj¹cych ichaspekt wizualny, miêdzy innymi takskomplikowanych graficznie tekstów jakLettre-ocean (List oceaniczny), Du cottondans les oreilles (Z wat¹ w uszach), La petiteauto (Ma³e auto) (zob. pierwszy z wymienionychw tomie „Ossolineum” z 1975,pozosta³e w albumowej ksi¹¿ce GuillaumeApollinaire, Nowe przek³ady, WydawnictwoLiterackie, Kraków 1973,t³umaczyli J. Hartwig i A. Miêdzyrzecki),które przez dziesiêciolecia odstrasza³yt³umaczy. Po 78 latach od ukazania siês³ynnego poematu Stephana Mallarme´goUn coup de dés jamais n´abolira l´hasard(1885) mogliœmy wreszcie przeczytaæ popolsku Rzut koœci nigdy nie zniweczy przypadku,przek³ad w pe³ni uwzglêdniaj¹cyfunkcje strukturalne zarówno kompozycjigraficznej jak i zró¿nicowañ typów pismaw wizualnej siatce tego niezwyklewa¿nego dla rozwoju poezji nowoczesnejutworu. (Un coup prze³o¿y³ M. ¯urowskidla miesiêcznika „Poezja”, druk w nr7/8/1975. Obok pomieszczono komentarzt³umacza o jego pracy: tekst zosta³w przek³adzie roz³amany na dwie strony– inaczej ni¿ w autentyku, lecz jego wizualnaorganizacja pozosta³a nienaruszonaw sensie funkcjonalnym.) Filologiczneopracowanie wyboru poezji Apollinaire´aw serii „Biblioteka Narodowa” (1975)w wielu miejscach omawia i wyjaœniawizualne funkcje ró¿nych, nie tylkopochodz¹cych z tomu Calligrammes,utworów. W Liœcie oceanicznym œwiadomiekszta³towane s¹ znaki „wieloporz¹dkowe”(realizacje postulatu symultaneizmu),t³umaczone jest znaczenienieprzek³adalnych skrótowców, objaœniasiê funkcje znaków matematycznych („+”to nie jest bynajmniej to samo co literowonapisane „plus”!), wyjaœniane s¹ekspresywne funkcje liczb pisanych jakocyfry, wyt³umaczono, dlaczego nie uda³osiê w przek³adzie zachowaæ akrostychu:pionowo zapisanego imienia „Lou”(kochanki poety).Wobec druków oryginalnych przyk³ademwyj¹tkowej wnikliwoœci i odpowiedzialnoœciedytora by³o wydanie tomuBrunona Jasieñskiego Utwory poetyckie,manifesty i szkice ze wstêpem E. Balcerzana(„Biblioteka Narodowa”, Ossolineum1972). Oto okaz (proszê redaktora„Pro Libris” o wzmo¿on¹ uwagê):„Gdy w pierwodruku Pieœni o g³odzieczytamy:na ulice t³umy jasnych rozeœmianychludziwyrzyga³y na s³oñce obdrapane domypanny . s³u¿¹ce . prostytutkito nie wolno nam zniszczyæ œwiat³amiêdzy kropkami i s³owami w zapisieostatniego wersu.„Znormalizowany” zapis:panny. s³u¿¹ce. prostytutkimomentalnie zak³amuje intencje autorai niweczy ca³a urodê poetyck¹ tekstu.Abowiem i owe „kropki” nie s¹ tu tylkoi wy³¹cznie „kropkami”. S¹ one elementemgrafiki tekstu, znakami szyfru,prób¹ naœladowania w y g l ¹ d u(podkreœlenie moje, J.W.) taœmy wysu-NA GRANICY51


waj¹cej siê z aparatu Morse´a. Czytajmybowiem dalej; oto zakoñczenie cytowanejstrofy:na wszystkich piêtrach stukaj¹ceaparatywyrzucaj¹ pod³u¿ne papierowe œwistki:wieœæ na cztery koñce œwiatawszystkim . wszystkim . wszystkimParalela jest wyraŸna. Panny, s³u¿¹ce,prostytutki s¹ „znakami” komunikatuMiasta, które „wyrzyga³o na s³oñceobdrapane domy”, podobnie jak znakamina „papierowych œwistkach” s przedzielonekropkami s³owa „wszystkim .wszystkim . wszystkim”. Uchwycenietego paralelizmu jest mo¿liwe przy zachowaniuchwytu typograficznego z pierwodruku.Dalej w moim wspomnianym napocz¹tku referacie („wywiedzionym”z rozprawy) robiê analizê innej kropki,nie tak dawno przeze mnie odkrytejw poemacie Edwarda Stachury Kropkanad ypsylonem (E. Stachura, Poezjai proza, t I; warto przy tym przeczytaænotê redakcyjn¹ Z. Fedeckiego). Z rozprawywyjmujê parê przekonywuj¹cychprzyk³adów specjalnej aktywnoœci wizualnej– u tak znanych autorów jak LouisAragon, Julian Tuwim, James Joyce. Ró¿-nie postêpuj¹ z nimi edytorzy i t³umacze.3. Pytania ontologiczneSytuacja „wizualiów w edytorstwiei sztuce przek³adu jest funkcj¹ sytuacjiw ontologii dzie³a literackiego. „Wizualnoœæliteratury” jest zjawiskiem nielegalnymczy pó³legalnym, bowiem s³owo,tekst – pisany czy wypowiadany – jestzasadniczo czym innym ni¿ ikon czy innyjakiœ znak – czy choæby indeks (w znaczeniusemiotycznym) – wizualny. Edytori t³umacz maj¹ problem nastêpuj¹cy:Po pierwsze: Czy dany integralnyfunkcjonalnie twór graficzny (pisemny)jest u t w o r e m l i t e r a t u r y– w odró¿nieniu od tworu sztuki plastycznejczy techniki graficznej? oraz – podrugie: W jakim to zakresie dany twórgraficzny jako niew¹tpliwy tekst literatury„jako ca³oœæ” jest i n t e g r a l n y? –w odró¿nieniu od czynników graficznychnale¿¹cych nie do tego to tekstu literatury,lecz do danego obiektu pisarskiego,drukarskiego, w którym jest upostaciowany:do rêkopisu, maszynopisu, drukuoffsetowego lub siatki graficznej komputeraw postaci wydruku lub dyskietki.Oczywiœcie edytor i t³umacz maj¹ tenproblem tylko wtedy, gdy go widz¹.OdpowiedŸ na pierwsze pytanie mo¿ebyæ nastêpuj¹ca: Dany integralny twórgraficzny jest utworem literackim, jeœlisytuuje siê w t r a d y c j i s z t u k il i t e r a c k i e j, a nie innej: sztukplastycznych czy „technik graficznych”– w takim sensie, jeœli jest to przedmiotpowsta³y na gruncie literatury w jej historycznymrozwoju, a nie na innym gruncie.I tak np. niew¹tpliwie literackimi,a nie plastycznymi przedsiêwziêciamis¹ zarówno kaligramy Apollinaire´a jaki „s³owa na wolnoœci” Tomasso FilippoMarinettiego. Eksperymenty te podjêli ichautorzy na pozycjach i w intencjachuprawiania sztuki literackiej a nie czegoinnego, i choæ zapewne obaj inspirowalisiê wspó³czesn¹ im sztuk¹ plastyczn¹, s¹one w pe³ni uargumentowane jako skrajnezjawiska tej skali, której drugi biegunrozpoznajemy w jêzyku – pisanym:w „ekstrawagancjach” ortograficznych (np.Redliñski pisze konsekwentnie i celowo„dópa” zamiast „dupa” w Konopielce),w zró¿nicowaniach pisanego s³owaw funkcji semantycznej i ekspresywnej(Norwid z jego „akcentami graficznymi”:spacjami, kursywami, du¿ymi a ma³ymiliterami), wreszcie w siatce graficznej verslibre. Natomiast twory formalnie podobnedo pikturalnych czy pozapikturalnycheksperymentów Apollinaire´a, Marinettiegoczy futurystów polskich (Jasieñski,Czy¿ewski, M³odo¿eniec, Stern, Wat),takie mianowicie jak kompozycje typograficzneTheo van Doesburga, tableau-52


poemes Pieta Mondriana i MichelaSeuphora do literatury nie nale¿¹. S¹ toalbo czyste fenomeny plastyki wykorzystuj¹ceznaczeniowe projekcje litery, albo –jak zw³aszcza prace Seuphora – tworygraniczne („hybrydy”), wynik³e z zamiaruintegracji dwóch rodzajów sztuk.OdpowiedŸ na drugie pytanie:Na drodze porównañ ró¿nych upostaciowañtekstu miêdzy sob¹, a zw³aszczaprzez odwo³anie siê do autografów,mo¿na ustaliæ, co jest tekstem literatury,a co jego opracowaniem graficznymw druku; jest to metoda, któr¹ mo¿nanazwaæ f o r m a l n ¹. Natomiast metodaf u n k c j o n a l n a polega na okreœleniufunkcji strukturalnej danego czynnikagraficznego w tekœcie – wszystko jedno,czy jest to odstêpstwo od obowi¹zuj¹cejortografii (s³ynny Nu¿ w b¿uhu), czy wintegrowany„rysunek” (np. ikonicznekwiatki w wierszu Mechaniczny ogródTytusa Czy¿ewskiego, ró¿ne „r¹czki”,„strza³ki” i inne piktogramy), czy jest touk³ad graficzny siatki tekstu ekspresywny(„schodki” Majakowskiego, rozmaitenieskonwencjonalizowane „grafizmy”nowoczesnego wiersza wolnego) czysemantyczny (wiersz-obrazek, kaligram).Na takiej podstawie w pewnych konkretnychprzedmiotach graficznych, drukarskichodró¿niæ mo¿na by by³o np. siatkêgraficzn¹ tekstu Dlja go³osa Majakowskiegood jej interpretacji dokonanej przezEl Lissitzkiego lub grafikê tekstów z tomuZ ponad Juliana Przybosia od na³o¿onej nani¹ interpretacji typograficznej W³adys³awaStrzemiñskiego w pierwodruku.Trzeba próbowaæ oddzieliæ tekst od jegoopracowania graficznego jako dzia³aniaw innych konwencjach ni¿ jêzykowei literackie. Daje siê to zrobiæ w przypadkuksi¹¿ki Dlja go³osa W³adimira Majakowskiegow typografii El Lissitzkiego(Berlin 1923, por. reprodukcje barwnew: J. Tschichold, Die neue Typographie,Berlin 1928, te¿ fotokopiê w: Isskustwoknigi, Moskwa 1970). Inaczej z tomikiemZ ponad (Cieszyn 1930). Sygnowany jestnastêpuj¹co: „Napisa³ Julian Przyboœ.U³o¿y³ graficznie W³adys³aw Strzemiñski”.Poniewa¿ tekst poetycki Przybosianie zachowa³ siê w rêkopisie, rozdzieleniejego grafii jêzykowej od typografiiw druku jest niemo¿liwe. Z ponad jestdziœ spójnym dzie³em poetycko-graficznymdwóch autorów i tylko tak mo¿na têksi¹¿eczkê wznawiaæ.4. Sztuka nowaProblem s³owa wobec obrazu – dlaliteraturoznawcy, teoretyka czy filozofasztuki komplikuje siê wobec zjawiskw nowej sztuce, w „nowej” czy „drugiej,trzeciej itd.” „awangardzie”. Z tegomianowicie wzglêdu, ¿e artyœci pr¹dówi tendencji, które wesz³y na arenê sztukiod po³owy lat 60. XX wieku, otwarcieneguj¹ podzia³ na rodzaje sztuk, niemówi¹c ju¿ o tym, ¿e neguj¹ status sztukiw ogóle – dla tego obszaru dzia³añ StefanMorawski proponowa³ okreœlenie „posztuka”(Na zakrêcie: od sztuki do po-sztuki,Kraków 1985).Na gruncie literatury pojawi³o siêw po³owie ubieg³ego wieku zjawiskopoezji konkretnej, które w postaci „poezjiwizualnej” prêdko wci¹gnê³o w swoj¹orbitê artystów sfery sztuk plastycznych.„Wiersze konkretne” zaczêli równie¿pisaæ filozofowie, lingwiœci i literaturoznawcy(w Stanach Zjednoczonych np.prof. Mary Ellen Solt, w Niemczech MaxBense, w Polsce Leszek Szaruga), nastêpnieludzie innych zawodów; w Polscew latach 70. i 80. przesz³ego wieku wystawytej sfery twórczoœci urz¹dzano w bibliotekachpublicznych i domach kultury. Powyczerpaniu siê poezji konkretnej jakoruchu jej doœwiadczenia z jednej stronywzbogaci³y repertuar „normalnej” literatury,z drugiej – ujawni³y siê w ró¿nychsferach komunikacji wizualnej, w sztucei poza sztuk¹, np. w reklamie.Tu dodam, jako dobrze zorientowanyw temacie (w druku w wydawnictwieUniversitas w Warszawie jest S³ownikrodzajów i gatunków literackich, zbioroweNA GRANICY53


dzie³o naukowe, w którym znajduje siêopracowane przez mnie – w 1974 r. –has³o „konkretna poezja”) dodam, ¿eworkshop poezji konkretnej mieœci³w sobie bardzo ró¿ne rzeczy; na grunciepolskim pokazuje to antologia pt. Poezjakonkretna. Wybór tekstów polskich orazdokumentacja z lat 1967-1977 (Wroc³aw1977), opracowana przez Stanis³awaDró¿d¿a, g³ównego twórcê i animatoraruchu w Polsce. Œwiadomie u¿ywamwobec polskiej poezji konkretnej (i œwiatowejtak¿e) s³owa „ruch”, bo to by³ ruch.Bra³em w nim udzia³ jako referent nasesjach teoretycznych, organizowanychprzez Dró¿d¿a od koñca lat 70. do 1981roku. W 2003 roku „wiersz konkretny”Dró¿d¿a Alea iacta est, opracowany przezspecjalistów-designerów od wystaw plastycznychjako monumentalna instalacja(interaktywna), reprezentowa³ Polskê naBiennale w Wenecji. (O Dró¿d¿u jakopoecie, a nie „plastyku” zob. mój esejw „Odrze”, 3/2005).W niezwyk³ym nasileniu tekst jêzykowyzosta³ antycypowany na grunciesztuk plastycznych w konceptualizmie.Najbardziej znanymi przyk³adami tegozjawiska s¹ prace Josepha Kossutha: planszaz powiêkszonym has³em s³ownikajêzyka angielskiego meaning czy zestawienietrzech krzese³: s³ownikowej definicjikrzes³a, fotografii krzes³a i krzes³a realnego(Three Chairs). Nowoczesna wersjaœredniowiecznego sporu o uniwersalia?W sztuce dzisiejszej literê, napis i tekstspotkaæ mo¿na wszêdzie: w sali wystawowej,w ksi¹¿ce, gdzie nie zawszewiadomo, czy dany fenomen sztukireprezentuje poezjê czy malarstwo, teatrczy film. W sali wystawowej s³owowychyla siê do nas nie tylko z p³aszczyznyakrylowego czy olejnego obrazu,z planszy graficznej czy fotograficznej, alete¿ z ekranu telewizora, z projekcji œciennejwideo, z ekranu komputera, i nietylko jako napis czy tekst jêzykowy, lecznade wszystko jako „myœlenie jêzykowe”– wyra¿one w obrazie.5. Uwagi wyjœciowe (wejœciowe)(...) „myœlenie jêzykowe” – wyra¿onew obrazie. Tak siê koñczy³ mój referatzielonogórski S³owo wobec obrazu,z którego wzi¹³em do mego eseju obszernefragmenty. Ostatnie zdanie opatrzoneby³o nastêpuj¹cym przypisem: Zob. pojêcie„tekstu wizualnego” w znaczeniusemiotycznym, obejmuj¹cym wszelkiekomunikaty (przekazy) strukturowanei odbierane wzrokowo, wystêpuj¹ce nagruncie ró¿nych rodzajów sztuk: plastycznych,literatury, teatru, filmu, a nawetmuzyki (tzw. muzyka graficzna) w:J. Weso³owski, Wizualnoœæ tekstua tekst wizualny, w: Pogranicza i korespondencjesztuk (wybrane referaty konferencjiInstytutu Badañ Literackich PAN1978, pod red. T Cieœlikowskiej i J. S³awiñskiego),Ossolineum 1980. Jako eksplikacjêskomplikowanych stosunkówmiêdzy s³owem a obrazem oraz miêdzy„myœleniem jêzykowym” a „myœleniemobrazowym” w dzisiejszej sztuce por.J. Weso³owski, Grenze/Granica (katalogwystawy) Rostock – Lübeck – Szczecin2002, zob. równie¿ reprodukcjê mojejinstalacji Bez tytu³u. Dwa przedmiotyznalezione w: B. Chrz¹stowska, E. Wiegandtowa,S. Wys³ouch, Literaturawspó³czesna. Podrêcznik dla maturzystów,Poznañ 1997; obszerna analiza tej pracy,autorstwa B. Chrz¹stowskiej (z uwzglêdnieniemproblematyki relacji „s³owo –obraz”) znajduje siê w suplemencie dopodrêcznika autorek, W klasie maturalnej.Ksi¹¿ka nauczyciela-polonisty, 1999.Wyst¹pienie teoretyka na sesji zielonogórskiejpo³¹czy³em z prezentacj¹ w³asnejsztuki – w sali konferencyjnej, za aprobat¹organizatorów konferencji: Dzien – Nik.Okazy. (Podobnie uczyni³em na konferencjiCz³owiek i rzecz. Problemy reifikacjiw filozofii, literaturze i sztuce, Uniwersytetim. Adama Mickiewicza, 1999; tu bezuzgodnienia z organizatorami, wobecczego uniwersytecki woŸny parê razywynosi³ z sali mój eksponat, który „niepasowa³”, trzeba by³o rzecz wyjaœniaæ.)54


O mojej sztuce (koncept Dzien-Nik)naj³atwiej chyba dostêpne czytelnikowipublikacje w: „Format. Pismo Artystyczne”,30 (1999) i „Exit. Nowa Sztuka wPolsce”, 4/2002 i 2/2006. Najpe³niejszaegzegeza: Tomasz Zalejski-Smoleñ, DoGranicy. O Dzien-Niku Jacka Weso³owskiego,„Pro Libris”, 3/2006 oraz ten sam m³odybadacz: Dzien-Nik Jacka Weso³owskiego.Historia, poetyka, etyka, „Quart. KwartalnikInstytutu Historii Sztuki UniwersytetuWroc³awskiego”, 2/2006.„Utwór konkretny” ?wejœæœjyw?, któregou¿y³em jako motta tego oto eseju– wywiedzionego z referatu (wywiedzionegoz rozprawy), napisa³em (sobie)w 1980 roku, we wrzeœniu, gdy wróci³emz wakacji na Zachodzie i zaraz zanurzy-³em siê w „Solidarnoœæ” na Uniwersytecie£ódzkim. Upubliczni³em ten utworek poraz pierwszy na wystawie Granica –Zwi¹zki w £odzi w 2006 roku – ³¹cz¹c gow koncepcie Zwi¹zki z „wierszem konkretnym”Stanis³awa Dró¿d¿a Czasoprzestrzeniez osobist¹ dedykacj¹ autora.£ódŸ 1976, Zielona Góra 2002, Berlin 2006Granica – Zwi¹zkiBerlin, 5.3.06Pan Dyrektor Ryszard CzubaczyñskiMuzeum Historii Miasta £odzi,Pa³ac PoznañskichSzanowny Panie Dyrektorzei Drogi Ryœku,wdziêczny za konkretny ju¿ terminkolejnej mojej wystawy w Muzeum przyOgrodowej, chcia³bym krótko powiadomiæo stanie obecnym konceptu. A zatemtytu³ Granica – Zwi¹zki oznacza wintegrowanietego pierwotnego pomys³u,z którym wyst¹pi³em do Ciebie w 2003roku, owych Z-wi¹zków, w Granicê.Pocz¹tkowo chcia³em, aby wystawaw £odzi odby³a siê w kooperacjiz Berlinem i raz jeszcze dziêkujê Ci zapoparcie dla tych moich starañ wobecdyrekcji Stiftung Stadtmuseum Berlin –niestety zbyt wiele trudnoœci by³o dopokonania, zbyt d³ugo by czekaæ na terminw domu wystawowym równorzêdnym³ódzkiemu Muzeum tu w Berlinie.A zatem Granica – Zwi¹zki bêdziew £odzi i dla £odzi. W Grenze/Granicy,projekcie dla Lubeki – Rostoku – Szczecina(2001-2002) m.in. chcia³em „przekroczyægranicê” miêdzy autorem, a widzem.By³ ten koncept zaproszeniem widza do„bycia artyst¹” – w obcowaniu z wytworamimojej sztuki. W Granicy-Zwi¹zkachw³¹czam w ten zamiar innych artystów.Trzy œciany galerii zajm¹ moje pracew podziale na Rzeczy, Stosunki, Zjawiska– jak w trzech miastach dawnej Hanzy.Podzia³ dobry jak ka¿dy inny – to w³aœniejest idea mojej Granicy: Granice miêdzytym a tamtym i czym innym jeszcze wyznaczamymy, ludzie, za pomoc¹ nazw: tojest „A”, a to jest „B”. Œcianê czwart¹, centraln¹,chcê zaj¹æ pracami innych artystów.To jest nowy element. Prace innychzestawiam tu z moimi (Zwi¹zki); na tympomyœle opiera³a siê wystawa zeSchwichtenbergiem w Muzeum w 1997,pokazywana potem w Niemczech. Tyle ¿eon by³ ten Jeden. W Zwi¹zkach widzia³bymok. 20 nazwisk bliskich mi ludzi –w³aœnie jako ludzi, niekoniecznie jakoartystów; na wystawie w £odzi mogêpokazaæ najwy¿ej 8–10 znajomychi przyjació³ – bo bym „rozsadzi³ granice”w³asnego konceptu. Projekt Granica– Zwi¹zki robiê specjalnie dla £odzi. Tujest w³aœciwe dla mnie miejsce do refleksjinad istot¹ „granic”. I nad istotnoœci¹„zwi¹zków”. Zwi¹zków z miejscamii z ludŸmi mojej biografii. Czy, jako jednegoz jej œwiadków (ile czasu siê znamy?prawie pó³ wieku), mogê liczyæ na parês³ów przyjaznego komentarza na otwarciuGranicy – Zwi¹zków w Twoim,Naszym Muzeum Historii Miasta £odzi?No, ja myœlê.Pozdrawiam Ciê –Jacek Weso³owskiNA GRANICY55


56Nota:Wystawa mia³a miejsce w Muzeum Historii Miasta £odzi od 18 maja do 2 lipca2006 r. Muzeum wyda³o dwujêzyczn¹ (pol.-niem.) publikacjê: Jacek Weso³owski,Granica – Zwi¹zki, £ódŸ 2006 – zeszyt uzupe³niaj¹cy do ksi¹¿ki-albumu: JacekWeso³owski, Grenze/Granica, Rostock – Lübeck – Szczecin 2002.W moim koncepcie Zwi¹zki, wintegrowanym w projekt Grenze/Granica uczestniczyliartyœci: Jan Berdyszak (Poznañ), Leif Draeby (Silkeborg), Stanis³aw Dró¿d¿(Wroc³aw), Wolfgang Friedrich (Rostock), Ryszard Hunger (£ódŸ), Klaas Krüger(Berlin/Hamburg), Ellen Lehmann (Berlin), Bernhard Schwichtenberg (Kiel),D¹brówka Sobocka (Berlin/Kraków), Klaus Staeck (Heidelberg/Köln/Berlin), JerzyTreliñski (£ódŸ).


Kazimierz FurmanChcia³em napisaæ bardzo krótki wierszO mi³oœciA mo¿e o BoguAle nie ma takich wierszy o BoguNawet tenKtóry zamyka siê w czterech wersachJest za d³ugiFaktMogê go skróciæ do bez tytu³uAle nawet czysta kartkaRozrasta siêPoza granice wszechœwiataI myœliOd samego pocz¹tkuDo bez koñcaWtedy znudzony szukam puentyW d³oniach którymi ogrzewam pacierzBóg zlata57


Kazimierz Furman***Ostatniej modlitwy nie pamiêtamChyba ¿e by³a podobna do kobietyA nie zapominam cia³aJest jak amen na ustachOstatniej kobiety te¿ nie pamiêtamChyba ¿e by³a Tajemnic¹Bo nie zapominam BogaNa plecach mi wyrós³ jak GarbOstatniej chwili te¿ nie pamiêtamRozskrzydlony anio³ puka do drzwi domuW którym prócz bruduZaduchuI gnojuWielka gromnica odmierza³a czas58


Kazimierz FurmanBez – nadziejaBezKrzew kwitn¹cy majowoWoni siê majemZa PrzybosiemSkowronekLot podnosi do niebaWpada w szyby brzêkNadziejaImiê kobietyRó¿aImiê wyjête z Ró¿ewiczaNie spotka³em takiejW ¿adnej galeriiW ¿adnym muzeumNie odnalaz³em na ¿adnym œmietnikuPiersiamiKarmi naszePodgl¹damTe dwaMleczne ksiê¿yce w pe³niNoc prawie betlejemskaNiewini¹tek rzeŸBezKrzak gorej¹cyNadziejaKo³ysanie do snu59


Kazimierz Furman***Mia³o byæ tak piêknieMo¿e nie bêdzie smutno rozstaæ siêZ t¹ mydlan¹ oper¹Za 3 grosze- co mi tam brecht –Z cieniamiKtóre nawiedzaj¹ mnie-nas w pe³ni s³oñcaW pe³ni miesi¹caWe œnieJestem-jesteœmy jak lunatycyB³¹dz¹cy po nocyKo³yskami rynienBy spaæBy nie spaœæJak zjawyWœród wybuchów wiosennychKalinSpadaj¹cychNa nasze g³owyJedynie domyœlaliœmy siê¯e ¿ycie mog³oby byæ sob¹¯e ¿ycie mog³oby byæMia³o byæ piêknieLinie papilarne ociekaj¹ krwi¹Cz³owiek jest ju¿ bez to¿samoœciNiktW archiwach powybijane zêbyPo³amane nogiGwoŸdzie spod paznokciNieprzespane snyNiedoœnione noceMia³o byæ piêkniejJeszcze tylko kilka chwilDo œmierciStadion w ekstazieBieg tych kikucich sprinterówPodnieca wyobraŸniêPowinien milczeæOwacjeDzieje siê to terazA jakbyœmy b³¹dzili po katakumbachTo ani forsaAni dramatJest smutnoA mia³o byæ piêknieTo mo¿e nie bêdzie a¿ tak ŸleRozstaæ siêW porê20.05.200560


Kazimierz FurmanMroki œredniowieczaBo¿ePanienko PrzenajœwiêtszaW imiê Ojca i SynaCi ludzie chyba nie maj¹ sumieniaTo bestiePrzyszli wczoraj kilka minut po pi¹tejNajpierw zadali kilka rutynowych pytañJak d³ugo stojê na tej wystawieIle razy zmieni³em ubranieJak czêsto by³em doprowadzany do porz¹dkuPytali o przyjació³ i znajomychA ja o Ewie nicMog³aby nie prze¿yæ tych torturPóŸniej zaczêli wykrêcaæ mi rêce£amali palce£okcieRzucili je w k¹tJakby nie by³y to rêceA kawa³ki drewna na rozpa³kêKiedy wyrywali nogiMyœla³em ¿e nie wytrzymam¯e serce rozpêknie siê na kawa³kiOdchodz¹cMówili ¿e jeszcze wróc¹I œmiali siêŒmiali siê serdecznie61


Kazimierz Furman***£askiœ pe³na po drugi brzeg nocyPrzez twoje w³osy chmuryPrzez palce moje wiatr przep³ywaGdy idziemy mostem z wyci¹gniêtych ramion£askiœ pe³na po kielich œwituPrzez twoje cia³o falaPrzez moje ba³wan siê przelewaGdy zbli¿amy siê nad nagoœci skrajUnosz¹c w pustych jeszcze rêkachS³oñce jutraI gwiazdêPod któr¹ nasz dach62


Kazimierz FurmanErotyk 2Twoje cia³oSyberiaNa bia³ym przeœcieradle zimaTwoje cia³oOcean niespokojnyNa bia³ym przeœcieradle faleTwoje cia³oAfrykaB³¹dzê po saharzeI budzi siê suka w tobieWe mnie jakiœ kundel63


Przemys³aw KarwowskiNieznane zwi¹zki Goethegoze Œl¹skiem i Ziemi¹ Lubusk¹Moje zainteresowanie ¿yciem i dzia³alnoœci¹Johanna Wolfganga Goethegosiêga roku 1973, kiedy to w pierwszymzielonogórskim antykwariacie, w niemaldwusetn¹ rocznicê wydania, kupi³em„Cierpienia m³odego Wertera” w przek³adzieLeopolda Staffa. By³em wówczasw podobnym stanie ducha jak tytu³owybohater, czyta³em zatem listy nieszczêœliwegoWertera pe³en emocji. Na zawszezapamiêta³em czterowiersz z ksiêgi pierwszejbêd¹cego wed³ug mnie mottem¿ycia poety, który potrzebowa³ stanuzakochania, fascynacji i cierpienia, ¿ebytworzyæ:Takiej mi³oœci ka¿dy m³odzian czeka,tak byæ kochana chce ka¿da dziewczyna;czemu¿ w najœwiêtszym z popêdówcz³owiekatkwi tak straszliwego cierpienia przyczyna?Po latach zrozumia³em, ¿e nie by³ toprzypadek. Wertuj¹c „Rozmowy z Goethem”Johanna Petera Eckermanna w zapiskachz 2 stycznia 1824 roku, znalaz³emtaki fragment wypowiedzi poety: ...i by³obyŸle, gdyby ka¿dy z nas choæ raz w swoim¿yciu nie prze¿y³ takiego okresu, w którym bymu siê wydawa³o, ¿e Werter jest w³aœnie dlaniego napisany. W³aœnie ta uniwersalnoœæ,ponadczasowoœæ jego twórczoœci to dlamnie przejaw geniuszu. Frapuj¹ca jesttak¿e wszechstronnoœæ zainteresowañGoethego - od rysunku, poezji, teatru,poprzez znajomoœæ takich dziedzin naukijak geologia, botanika a¿ po anatomiêw³¹cznie. Wszystko to wzbudza podziwi uznanie.Pobyt we Frankfurcie nad Menemi zwiedzenie domu rodzinnego pisarzaprzypomnia³o mi m³odzieñcz¹ fascynacjê.Ponownie siêgn¹³em do lektur oraz dobogatego Ÿród³a informacji, jakim jestInternet. W trakcie tych poszukiwañnatrafi³em na zwi¹zki Goethego z moj¹ma³¹ ojczyzn¹. Okaza³o siê, ¿e poetapodró¿owa³ wzd³u¿ Odry, na Œl¹sk i doMa³opolski, a tak¿e pozna³ ludzi wywodz¹cychsiê z okolic Zielonej Góry, którezaznaczy³y swój œlad w ¿yciu genialnegoartysty. Goethe mia³ zwyczaj pisania dziennikówi prowadzenia bogatej korespondencji,co okaza³o siê bardzo cenne dlajego biografów. Dziêki temu ze spor¹dok³adnoœci¹ zosta³ opisany niemalka¿dy dzieñ jego ¿ycia; nad czym pracowa³,w jakim by³ nastroju i staniezdrowia. Prawdziwym kompendiumwiedzy o „œl¹skiej” podró¿y poety w 1790roku jest praca Juliana Maliszewskiegozatytu³owana „J. W. Goethe na Œl¹sku”,wydana w 1993 roku przez Instytut Œl¹skiw Opolu.Z tego opracowania zaczerpn¹³emwiêkszoœæ danych o Annie Luizie Karschi Coronie Schröter. Ponadto, o innych64


„nadodrzañskich” przyjaŸniach Goethegodowiedzia³em siê z publikacji JerzegoPiotra Majchrzaka „Na peryferiach historii”i „Suibusium felix...: epizody z 700lat dziejów Œwiebodzina i okolic.” Ale jakdot¹d nikt nie podj¹³ próby policzenia, iletych osób tak naprawdê by³o.Anna Luiza KarschAnna Luiza Karsch (Karschin) odnotowanazosta³a przez Maliszewskiegojako ta, która: obudzi³a w nim [Goethem,przyp. P. Karwowski] pierwsze zainteresowanietym, co mo¿na by³o nazwaæ œl¹skie.Karsch prowadzi³a korespondencjêz Goethem, dedykowa³a mu wiersz „Schöngutten Morgen Herr Doktor Göth”.Rozbawiony s³owami Karsch Goethe,bêd¹c w Berlinie w maju 1778 roku,znalaz³ czas na spotkanie z t¹, wówczaspopularn¹ na dworze, poetk¹. Jak piszeJ. Maliszewski: w osobie Anny Luizy Karschpozna³ Goethe nie tylko osobowoœciowe cechyŒl¹zaków, lecz po raz pierwszy zetkn¹³ siêz tym co póŸniej nazwa³ die Betulichkeit”(¿yczliwoœæ, us³u¿noœæ, sympatycznoœæ), cozawsze kojarzy³ ze s³owem œl¹ski. Jej osobowoœæ,otwartoœæ i serdecznoœæ zrobi³yna poecie niebagatelne wra¿enie. Wspomnienieo Annie Luizie zawar³ w jednymz aforyzmów: Wahrheitsliebe zeigt sichdarin, daß man überall das Gute zu findenund zu schätzen weiß. (Mi³oœæ do prawdyukazuje siê w tym, i¿ wie siê, jak odnaleŸædobro i jak je ceniæ).Anna Luiza Karsch pochodzi³a z nizinspo³ecznych. By³a przyk³adem awansuzdobytego talentem, ale te¿ ciê¿k¹ prac¹i wytrwa³oœci¹. Poetka, zbieraczka pieœniludowych, zwana marchijsk¹ lub niemieck¹Safon¹, urodzi³a siê w 1722 rokuw bli¿ej nieokreœlonym maj¹tku Hammermiêdzy Sulechowem a Krosnem Odrzañskim,lub w pobli¿u Œwiebodzina, jaktwierdz¹ inni. By³a córk¹ ubogiegopiwowara Christiana Dürbacha mieszkaj¹cegow Œwidnicy ko³o Zielonej Góry.Matka pochodzi³a z podsulechowskiegoMozowa. Anna Luiza w wieku szesnastulat wysz³a za m¹¿ za sukiennika Hirsekornai zamieszka³a w Œwiebodzinie.Dziesiêæ lat póŸniej rozwiod³a siê (prawdopodobnieby³ to pierwszy rozwódw protestanckich Prusach) i wysz³a ponownieza m¹¿ za krawca Karscha zeWschowy. Ju¿ wczeœniej, pisz¹c rymowanemowy pogrzebowe, objawi³a talentpoetycki. Gdy po odejœciu od drugiegomê¿a zamieszka³a w G³ogowie, na jejtwórczoœæ zwróci³ uwagê hrabia Rudolfvon Kottwitz, ówczesny w³aœciciel Bojade³.Hrabia zawióz³ j¹ w 1761 roku doBerlina i przedstawi³ na dworze. Karschinsta³a siê osob¹ s³awn¹ i podziwian¹,przyjmowana by³a na berliñskich salonach.£askawy by³ dla niej zarównoFryderyk Wielki, jak i jego nastêpcaFryderyk Wilhelm II, który podarowa³ jejdom. Poetka zmar³a w Berlinie w 1791roku. Jej spuœcizn¹ zajê³a siê córka,Karolina Luiza von Klencke, publikuj¹cwiersze. Do obecnych czasów zachowa³aNA GRANICY65


siê tablica pami¹tkowa, umieszczona napó³nocnej œcianie berliñskiego Sophienkirche.Jak podaje Jerzy P. Majchrzakw „Suibusium felix....”: dziœ Karschin jestju¿ tylko pojêciem historycznym. Reprintpierwszego wydania jej wierszy ukaza³ siêw roku 1966 jako wydanie bibliofilskie,w ograniczonym nak³adzie. Nie ma polskiegoprzek³adu jej twórczoœci.Corona SchröterUrodzi³a siê 14 stycznia 1751 rokuw Gubinie. Jej ojciec s³u¿y³ w orkiestrzewojskowej; by³ trêbaczem-waltornist¹.W 1754 r. rodzina Schröterów przenios³asiê z pu³kiem do Warszawy (tu Coronanauczy³a siê jêzyka polskiego), a po kilkulatach do Lipska. Od wczesnych latCorona wykazywa³a uzdolnienia muzyczne.Naukê œpiewu i gry na instrumentachklawiszowych rozpoczê³aw Warszawie. W Lipsku zadebiutowa³ajako sopranistka i wtedy po raz pierwszyujrza³ j¹ na scenie student Goethe. Ju¿wtedy zaw³adnê³a jego sercem. OsobiœcieGoethe pozna³ j¹ dopiero w Weimarze,gdy wiosn¹ 1776 roku zosta³a gwiazd¹tamtejszego teatru. Nie tylko œpiewaczk¹,ale i znakomit¹ aktork¹ dramatyczn¹. Nieby³ jedynym adoratorem Corony. O jejwzglêdy zabiega³ tak¿e ksi¹¿ê KarolAugust. Do pewnego czasu spotykali siêca³¹ trójk¹, ale wkrótce dosz³o do niesnasek.Jak wynika z jedynego zachowanegolistu, Corona czyni³a wyrzutyGoethemu za niezrêcznoœæ sytuacji. Poetaprosi³ o wybaczenie, proponowa³: powinniœmy¿yæ w przyjaŸni... nie mo¿emy odwróciæprzesz³oœci, ale zostaniemy panamiprzysz³oœci, jeœli tylko bêdziemy m¹drzyi dobrzy. Ho³d przyjació³ce z³o¿y³ Goethew wierszu „Auf Miedings Tod”, najd³u¿-szym z tamtych lat, co prawda poœwiêconymnadwornemu stolarzowi i autorowidekoracji teatralnych, ale bêd¹cym doskona³¹okazj¹ do wplecenia wersów dotycz¹cychaktorskiego œwiatka:Ihr Freunde, Platz! Weicht einen kleinenSchritt!Seht, wer da kommt und festlich nähertritt!Sie ist es selbst - die Gute fehlt uns nie -Wir sind erhört, die Musen senden sie.Ihr kennt sie wohl! sie ist’s, die stetsgefällt:Als eine Blume zeigt sie sich der Welt;Zum Muster wuchs das schöne Bildempor,Vollendet nun, sie ist’s und stellt es vor.Es gönnten ihr die Musen jede Gunst,Und die Natur erschuf in ihr die Kunst.So häuft sie willig jeden Reiz auf sich,Und selbst dein Name ziert, Corona, dich.Sie tritt herbei. Seht sie gefällig stehn!Nur absichtslos, doch wie mit Absichtschön.Und hocherstaunt seht ihr in ihr vereintEin Ideal, das Künstlern nur erscheint.Najbardziej znan¹ kreacj¹ Schröter,uwiecznion¹ obrazem Georga MelchioraKrausa, by³a tytu³owa rola w prapremierze„Ifigenii w Taurydzie” zagrana66


6 kwietnia 1779 roku. Coronie w roliOrestesa towarzyszy³ sam Goethe, wykazuj¹cniema³y talent aktorski. CoronaSchröter uprawia³a te¿ malarstwo, pisa³awiersze, deklamowa³a. Skomponowa³akilka zbiorów pieœni, miêdzy innymimelodiê do „Godnoœci niewiast” Schillera.K³opoty z g³osem zmusi³y artystkêdo zakoñczenia kariery sceniczneji poœwiêcenia siê pracy pedagogicznej. Zewzglêdów zdrowotnych w 1801 rokuopuœci³a Weimar i zamieszka³a w leœnejmiejscowoœci Ilmenau. Rok póŸniejzmar³a. Do ostatnich chwil ¿yciatowarzyszy³a jej wierna przyjació³kaWilhelmina Probst.Wilhelmina HerzliebWilhelmina Herzlieb, zdrobnialezwana Minn¹ lub Minchen, zaliczana jestdo grona muz J. W. Goethego. Stosunekpoety do piêknych i m³odych, takich jakMinna, kobiet charakteryzuje RichardFriedenthal w s³ynnym dziele „Goethe:jego ¿ycie i czasy”: To, ¿e Goethego tak czêstocoœ poci¹ga³o do owych zagadkowychi w³aœciwie „nietykalnych” istot, jest rzecz¹zrozumia³¹. Chroni¹ go one przed zbytg³êbok¹ namiêtnoœci¹ i s¹ na tyle urzekaj¹ce,¿e mog¹ wcieliæ siê w kszta³t literackiw formie bardziej wznios³ej i zmienionej.Goethemu zawsze by³ potrzebny impuls osobistegoprze¿ycia, okazja do pisania wierszyokolicznoœciowych; jeœli wiêc chce razwypróbowaæ rêkê w klasycznej formie sonetowej,której zazwyczaj nie stosuje, toMinchen jest po¿¹dan¹ ku temu okazj¹.Wilhelmina urodzi³a siê 22 maja 1789roku w Sulechowie w rodzinie drukarzapracuj¹cego w oficynie wydawniczejrodu Frommannów. Osierocon¹ w dzieciñstwieMinn¹ zaopiekowa³ siê pracodawcazmar³ego drukarza, Karl Frommann.W 1798 r. wydawca przeniós³ siêz rodzin¹ do Jeny, gdzie zyska³ wysokieuznanie, a w jego goœcinnym domu odbywa³ysiê spotkania z literatami i artystami.W listopadzie i grudniu 1807 r. rodzinêFrommannów odwiedza³ 58-letniwówczas poeta i jednoczeœnie ksi¹¿êcyminister kultury, opiekun uniwersytetuw Jenie, J.W. Goethe. Minna, czarnookapiêknoœæ, wywar³a na nim ogromnewra¿enie. Na prze³omie lat 1807/1808niew¹tpliwie pod jej wp³ywem, a tak¿ezachêcony sonetami Zachariasza Wernerapisze w³asne, nazwane od miejsca powstania,jenajskimi. Tak je okreœla AnnaMilska w zbiorze „J. W. Goethe - Listymi³osne”: pod rêk¹ wytrawnego artystysonety sta³y siê prawdziwymi klejnotamipoezji mi³osnej. Winniœmy wiêc wdziêcznoœæMinnie Herzlieb, ¿e sta³a siê ich natchnieniem.Jednym z najbardziej znanych jestsonet „Szarada”, oparty na grze s³ównazwiska Herz-serce i Liebe-mi³oœæ:Zwei Worte sinds, kurz und bequemzu sagen,Die wir so oft mit holder Freude nennen,Doch keineswegs die Dinge deutlichkennen,Wovon sie eigentlich den Stempel tragen.NA GRANICY67


Es tut gar wohl in jung und altenTagen, Eins an dem andern kecklich zuverbrennen;Und kann man sie vereint zusammennennen,So drückt man aus ein seligesBehagen.Nun aber such ich ihnen zugefallenUnd bitte, mit sich selbst mich zubeglücken;Ich hoffe still, doch hoff ichs zu erlangen.Als Namen der Geliebten sie zu lallen,In Einem Bild sie beide zu erblicken,InEinem Wesen beide zu umfangen.Dwa s³owa s¹, misterne jest ichpowi¹zanie,Wybieramy je chêtnie z innych s³ówgêstwiny,Lecz nie mo¿emy dociec prawdziwejprzyczyny,Która im sens nadaje i przelotnetrwanie.W 1808 r. Goethe rozpocz¹³ pisaniepowieœci „Powinowactwa z wyboru”,a postaæ Minnie by³a pierwowzoremOtylii, jednej z najpiêkniejszych i najtragiczniejszychpostaci literackich, jakiewysz³y spod pióra Goethego. W tymsamym roku Wilhelmina powróci³a doSulechowa, a w 1810 roku wziê³a œlubz profesorem gimnazjalnym KarolemWilhelmem Walchem. Ma³¿eñstwo by³onieudane. Zwi¹zek z niekochanym cz³owiekiemdoprowadzi³ j¹ do wyczerpanianerwowego i w efekcie do choroby umys³owej.Przez 14 lat mieszka³a u brataGottfrieda, pastora ewangelickiej gminy,na plebanii w Przytoku. Po jego awansiena superintendenta do Zielonej Góry,w 1832 roku wróci³a do Sulechowa. Zmar³aw wieku 76 lat i - jak podaj¹ Ÿród³a niemieckie- zosta³a pochowana w Görlitz.Christiane Becker-NeumannChristiane Becker-Neumann, naszanajmniej popularyzowana krajanka,W m³odym i starym wieku mi³onies³ychanieObydwa sprzêgn¹æ z sob¹ zuchwalejak rymy;Jeœli w imieniu jedno z drugimpo³¹czymy,To wyrazimy przez to lube po¿¹danie.Pragnê teraz byæ u nich w mi³osnejestymie,By zespolone w jedno mnie uszczêœliwi³y;Mam nadziejê, ¿e los mi nagrodêwyp³aci:¯e bêdê je smakowa³ jak wybrankiimiê,¯e oba w jeden obraz po³¹cz¹ siêmi³y,¯e bêd¹ ¿y³y w jednej uroczej postaci.przek³ad - Leopold Lewin68


urodzi³a siê w 1778 roku w rodzinieaktorskiej Johanna Christiana i JohannyElisabeth Neumann, w Kroœnie Odrzañskim.W 1784 roku wraz z rodzin¹przeprowadzi³a siê do Weimaru, gdzietrzy lata póŸniej zadebiutowa³a na scenie.Kszta³cona przez aktorkê Coronê Schröteri samego Goethego osi¹gnê³a wkrótcedu¿e sukcesy. Do jej najœwietniejszych,tytu³owych ról nale¿a³y „Emilia Gallotti”i „Minna von Barnhelm” w tragediachGotholda Ephraima Lessinga, postaciAmalii w „Zbójcach” i Luizy w „Intrydzei mi³oœci” Fryderyka Schillera, Klaryw „Egmoncie” Goethego, czy Ofeliiw „Hamlecie” Szekspira. Goethe w swoichdziennikach nazywa³ j¹ „najmilszym,naturalnym talentem”. W 1793 rokuwysz³a za m¹¿ za aktora Heinricha vonBlumanthal-Becker. Po urodzeniu drugiegodziecka zaczê³a powa¿nie chorowaæ.Zmar³a na gruŸlicê 22 wrzeœnia 1797roku, w wieku 19 lat. Poeta, wstrz¹œniêtyœmierci¹ ulubionej aktorki upamiêtni³Christiane w piêknej elegii „Euphrosyne”,któr¹ Schiller umieœci³ w „AlmanachuMuz na rok 1799”. Jak pisz¹ NorbertOellers i Robert Steegers w „Spotkajmysiê w Weimarze”: w elegii tej znaleŸæ mo¿napiêkne strofy, które dla Schillera sta³y siênajprawdopodobniej inspiracj¹ do napisania„Nenii”:¯egnaj! Ju¿ muszê st¹d znikn¹æ i we mglesiê rozwiaæ ulotnej,Jedn¹-li proœbê mam, na przyjaŸñ nasz¹siê klnê:O, nie pozwól mi zst¹piæ w krainê cienibez s³awy,Tylko muzy to moc ¿yciem obdarzyæœmieræ.Tam, w Persefony królestwie, bezkszta³tneunosz¹ siê cienie,Gromady cieni, md³y rój tych bezimiennychdusz;Lecz gdy s³awny poeta któr¹œ opisze wswej pieœni,Wtedy j¹ przyjmie rad wielkich herojówchór”Przek³ad – Wanda MarkowskaKarl Joseph RaabeKarl Joseph Raabe zetkn¹³ siê z Goethemwe Wroc³awiu. Wywodzi³ siêz Otynia, gdzie urodzi³ siê w 1780 roku.Lebe wohl schon zieht mich’s dahin inschwankendem Eilen.Einen Wunsch nur vernimm, freundlichgewähre mir ihn:Laß nicht ungerühmt mich zu denSchatten hinabgehn!Nur die Muse gewährt einiges Leben demTod.Denn gestaltlos schweben umher inPersephoneiasReiche, massenweis, Schatten, vomNamen getrennt;Wen der Dichter aber gerühmt, der wandelt,gestaltet,Einzeln, gesellet dem Chor aller Heroensich zu.NA GRANICY69


W wieku 10 lat wraz z rodzin¹ wyjecha³do Wroc³awia. Jego ojciec otrzyma³niewielk¹ posadê w radzie miejskiej. KarlJoseph uczy³ siê malarstwa. Zwi¹za³ siêz kultur¹ œl¹sk¹, by³ ilustratorem wroc³awskichwydañ Goethego i zarazemmi³oœnikiem jego twórczoœci. Poeta zaprzyjaŸni³siê z m³odym artyst¹, a w 1811roku zaprosi³ go do Weimaru, gdziewspólnie spêdzali wiele czasu. K. J. Raabewielokrotnie malowa³ mistrza (jeden z portretóww tekœcie powy¿ej), portretowa³te¿ jego ¿onê Christianê Vulpius, synaAugusta oraz kilku przyjació³ poety,miêdzy innymi Fryderyka Riemera, czyaktora Aleksandra Wolffa. W „Dziennikach”Goethego Raabe nazywany by³:der so geschickte als geffallige... talentreichverstanding und... wacker (ten tyle¿ zdolnyco uprzejmy... utalentowany, rozs¹dnyi... zacny). Dziêki poecie Raabe otrzyma³stypendium we W³oszech, a póŸniej obj¹³katedrê rysunku na uniwersyteciew Bonn. Po latach Raabe powróci³ doWroc³awia i wyk³ada³ w szkole sztukpiêknych.Intensywny tryb ¿ycia, mnogoœæ posiadanychtalentów i zainteresowañ,³atwoœæ nawi¹zywania kontaktów, pe³nienieeksponowanych funkcji pañstwowychoraz czêste podró¿e powodowa³y, ¿eGoethe by³ powszechnie znany i wci¹¿poznawa³ nowych ludzi. Œwiadcz¹ o tymchoæby obszerne skorowidze nazwiskw biografiach, czy publikacjach poœwiêconychpoecie. Na ich tle skromnieprezentuje siê iloœæ zaprezentowanychpowy¿ej postaci, ale jak¿e cenn¹ kartê historiiŒrodkowego Nadodrza tworz¹.Pamiêæ o nich jest nasz¹ powinnoœci¹,mamy tym samym wk³ad w europejskiedziedzictwo kulturowe.Bibliografia:1. Czarnuch Zbigniew, Arsena³ Gorzowski,Anna Luiza Karschin, Gorzów 1998.2. Friedenthal Richard, Goethe – Jego ¿yciei czasy, Warszawa 1971.3. Majchrzak Jerzy Piotr, Na peryferiachhistorii, ¯agañ 2005.4. Majchrzak Jerzy Piotr, Suibusium felix...: epizody z 700 lat dziejów Œwiebodzinai okolic, Œwiebodzin 2001.5. Maliszewski Julian, J. W. Goethe naŒl¹sku, Opole 1993.6. Milska Anna, J. W. Goethe – Listymi³osne, Warszawa 1971.7. Oellers Norbert i Steegers Robert,Spotkajmy siê w Weimarze, Poznañ 2004.Internet: Bibliotheca Augustana, MDR.de,Wikipedia.70


Konrad Krakowiak* * *nie mogê zapomnieæ jej twarzype³na zachwytu¿yciapasjiodwagiz g³ow¹ uniesion¹pewna kroku i spokojnamija³a ratuszby³ czwartekpodobno we wtorekmia³a próbê samobójcz¹nie znam jej imienia* * *kimkolwiek jesteœobserwuj nasgdy przemijanie ponad nasze si³ya starania niedoceniane przez ¿ywychobserwuj nastylko daj czasem znak¿e patrzyszpomó¿ wstaæ gdy upadamyzagadko tysiêcy teologówPro Libris71


Konrad Krakowiak* * *æma baletnicatrzepoce kruchymi skrzyd³amizadziera nosakrzyczyg³oœniej i g³oœniejprzesta³aciekawoœæ owadanabi³a j¹ na jêzyki œwiecjeszcze wzdrygaostatni¹ nut¹ ¿yciaw gor¹cych ³zach œwiecyz rozpaczy czy z uciechysanda³moja stopa do po³owy opalonaczêœæ stopy sanda³ chowajak z prawd¹ bywazawsze do po³owyza sanda³em ludzkiej g³upoty72


Zdzis³aw HaczekPiêæ dni w Cottbus,czyli Europa wzd³u¿ cienkiej, niebieskiej liniiCienka, niebieska linia ma kszta³t perforowanejtaœmy filmowej. Wystarczydreptaæ wzd³u¿ niej chociebuskim deptakiem,ulicami, przez torowiska...i zawsze siê trafi do któregoœ z czterechkin Festiwalu Kina Wschodnioeuropejskiego.Ostatnia 16. edycja chociebuskiejimprezy (14-19 listopada) by³a szczególna.Wype³niona sala Teatru Miejskiegopos³usznie powtarza³a za prowadz¹cymuroczystoœæ otwarcia: - Chosieciebusz...Choszebusz, Chocze... W kuluarach goœciez zagranicy pytali: - O co chodziz tymi Serbo³u¿yczanami? Z tym napisem„Radnice” obok „Rathaus”? A dyrektoruj¹cyfestiwalowi od 10 lat RolandRust tylko siê uœmiecha³. Uda³o mu siêcelnie wpisaæ swoj¹ imprezê w obchody850-lecia Chociebu¿a i podbiæ zainteresowaniekorzeniami tej czêœci Niemiec.A przecie¿ R. Rust ju¿ kilka lat temumocno zaakcentowa³ serbo³u¿yckiepochodzenie Cottbus. Wszak festiwalowanagroda - szklana statuetka - nosiserbo³u¿yckie imiê Lubina.Cottbus spotykaj¹ siê producenci, dystrybutorzy,szefowie kinematografiikilkunastu krajów Europy Œrodkoweji Wschodniej, by dogadywaæ sprawymiêdzynarodowych koprodukcji. Tuprzedstawiciele 17 festiwali w Moskwie,Warszawie, Kijowie, Belgradzie, Sofii,Tallinie, Zagrzebiu czy w Trieœcie„sprzedaj¹” sobie nawzajem najnowsze,najciekawsze tytu³y.Ale jest jeszcze piramida. Ta na plakacieznów nawi¹zuje do historii Cottbus.Wszak dwie piramidy - na wodzie i naziemi - kaza³ usypaæ w swoim s³ynnym,piêknym parku Hermann Fuerst vonPueckler-Muskau. A dzia³o siê to napocz¹tku drugiej po³owy XIX wieku.Piramida jest tu symbolem fascynacjikultur¹ Egiptu. Trochê to kosmopolityczne?Wydumane?Nie w Cottbus, gdzie na ulicznychtabliczkach pod s³owem „Strasse” stois³owiañska „Droga”.Nie w Chociebu¿u, gdzie na ulicyci¹gle mijasz ludzi trzech ras.Piramida szczêœciaPlakat festiwalu: na czerwonej piramidzielitery „Chosebuz”, u³o¿one niczyms³ynny „Hollywood” w Los Angeles.Tylko przewrotny ¿art autora? Aluzja doamerykañskiej Fabryki Snów? Mo¿e,trochê... W koñcu w Cottbus filmów siênie krêci, ale te¿ nie tylko je pokazuje. Totu od lat pod szyldem ConnectingNA GRANICY73


Nie w Cottbus, gdzie na studenckiejdyskotece s³yszysz jak m³odzi Ukraiñcykln¹... po polsku, bo... „A jak ma byæinaczej, skoro dwa lata mieszkamyw pokoju z Polakiem?”.Taki bliski obcyKino (mniej komercyjna odnoga tejMuzy) zwyk³o siê kojarzyæ z awangard¹.£amaniem regu³, ruszaniem tabu... Dlapisz¹cego te s³owa Europa zaczê³a jednoczyæsiê w Cottbus ju¿ 16 lat temu.A jeszcze wczeœniej, bo w 1989 r. w £agowie- na Lubuskim Lecie Filmowym,które wtedy zapragnê³o byæ „oknem” nakinematografie s¹siadów.Dziœ, kiedy goœcie chociebuskiejimprezy spiesz¹ na fina³ow¹ galê w HaliMiejskiej po czerwonym dywanie, witanifleszami przez fotoreporterów, kiedy podwejœcie zaje¿d¿aj¹ limuzyny - festiwalpachnie Cannes czy Berlinem. Ale totylko zwodniczy blask celebry potrzebnejmecenasom i sponsorom (impreza kosztujesporo, skoro tylko pula nagródwynosi³a w tym roku 56,5 tys. euro!).Festiwal nie zatraci³ swej istoty: pomagazbli¿yæ siê do obcego, do s¹siada na wyci¹gniêcierêki (czasem „uzbrojonej” w kufelpiwa). I po „obcym” ju¿ nie ma ani œladu.Z czego œmiej¹ siê RumuniiId¹c wzd³u¿ namalowanej miêdzynajwa¿niejszymi punktami festiwalu,niebieskiej linii trafiasz przed wielkiekran w Hali Miejskiej. Po pó³toragodzinnymseansie spadasz ze œmiechu z fotela(wraz z reszt¹ miêdzynarodowej publicznoœci),bo Rumuni w filmie „12:08 Bukareszt- by³ pan tam czy nie by³?” pokazuj¹,¿e obalanie dyktatora Ceausescu16 lat temu to temat na pyszn¹ satyrêo rodakach. O cudzie (czasem alkoholowej)niepamiêci, fa³szywej martyrologii.Za chwilê na tym samym ekranieodkrywasz - pokazywany pod szyldem„Narodowe hity” - „Bumer 2”, czyli, ¿eRosjanie te¿ maj¹ swojego Pasikowskiego,który obsadza w swoich sensacyjnych filmachodpowiednika Bogus³awa Lindy:porachunki mafii, tajnych s³u¿b, poœcigiterenowymi limuzynami...A przed 22.00 gonisz po niebieskiejlinii do Weltspiegel. To stare kino uruchamiasiê tu ju¿ tylko na czas festiwalu.I to dla tego budynku prawdziwa fiesta!Kolejka do kasy wygasa wraz z kartk¹ zaszyb¹: „Bilety wyprzedane!”. Co przyci¹gnê³otu tych 400 szczêœliwców (ci, cosiê dostali)? Tzw. „D³uga noc krótkiegofilmu”, czyli etiudy studentów przeró¿nychszkó³ filmowych. Ich nazwiskanic wam nie powiedz¹. Na razie.Ale to tu Bartosz Paduch - studentwydzia³u radia i telewizji w Katowicach -pokazuje swój 9-minutowy „x 2”: rzeczo skinie i punku, którzy nagle dowiaduj¹siê, ¿e nie bez powodu nosz¹ to samonazwisko, choæ przecie¿ znaj¹ siê tylkoz barykad nienawiœci i uprzedzeñ.Powrót do korzeniTak, re¿yserzy z Czech, Rosji, Wêgier,Niemiec, Polski, Bu³garii czy Rumunii,których filmy pokazuje siê w Cottbusgrzebi¹ nam w genealogicznych trzewiach.Mieszaj¹ w korzeniach?! Ale¿ sk¹d.Tam ju¿ dawno namieszali nasi przodkowie.Jeœli ju¿, to filmowcy mieszaj¹nam w g³owach. I potem trochê boli.Najlepsza tabletka na taki „ból g³owy”?Bilet na kolejny festiwal w Chociebu¿u!74


SYLWETKIAnna SzóstakAnna SzóstakTrauma istnienia.O poezji Jolanty PytelEin Trauma der Existenz.Zur Poesievon Jolanta PytelJu¿ od pierwszego, debiutanckiego tomuOpowieœæ o Gabrielu z roku 1972 poezjêJolanty Pytel przenika jakiœ rodzaj wewnêtrznegoniepokoju, wynikaj¹cego z przeczuwanychi intuicyjnie odbieranych paroksyzmówbólu istnienia - cudzego i w³asnego, uwiêzionegow biologicznych granicach cia³a i zaklêtymkrêgu wszystkich jego spazmów, kaprysówi instynktów.Odnajdujemy w tych wierszach coœz mrocznej i zmys³owej atmosfery poezji Rafa³aWojaczka, kontestuj¹cej same rudymenty bytui skazuj¹cej jej podmiot na funkcjonowaniew malignie ponurych wizji potêguj¹cychobcoœæ wobec œwiata realnego i nadwra¿liweVom Erstlingswerk der Dichterin Jolanta Pytel,dem Band Opowieœæ o Gabrielu [Erzählung überGabriel] aus dem Jahre 1972 an durchdringt ihreDichtung eine Art der inneren Unruhe, die ausvorhersehbaren und intuitiv empfundenen Ausbrücheneines existenziellen Schmerzes, sowohl dereigenen wie auch der fremden Existenz, der in denbiologischen Grenzen des Körpers und im verwunschenenKreis all seiner Krämpfe, Launen undInstinkte gefangen gehalten wird, herrührt.In ihren Gedichten ist stets etwas von der dunklenund sinnlichen Atmosphäre der Poesie einesRafa³ Wojaczek spürbar, die lediglich die Überrestedes Seins hinterfragt und das Subjekt zumFunktionieren im Fieber düsterer Visionen verurteilt,das wiederum die Entfremdung gegenüber derrealen Welt und ein hohes Maß an Überempfind-SYLWETKI75


wyczulenie na drwi¹c¹ z nakazów œwiadomoœcioporn¹ materiê cia³a. Pragnienie wolnoœci politycznejartyku³owane przez pokolenie NowejFali, do którego zaliczymy i Rafa³a Wojaczka,i Joannê Pytel, nak³ada siê czy raczej sublimujew pragnienie wolnoœci egzystencjalnej,wyra¿aj¹ce siê w obsesyjnej chêci wyjœcia pozaobrêb w³asnego - nêkanego przez obsesje i lêki,rozdwojonego na wnêtrze i zewnêtrze - „ja”.Intymnoœæ poetyckiego prze¿ywania i doznawaniaswego jestestwa przeplata siê tu,w sposób charakterystyczny dla œwiatopogl¹dunowofalowego, z poczuciem odpowiedzialnoœciza drugiego, za wspólnotê ludzk¹, do którejsiê nale¿y. Ta podwójnoœæ zarówno w sferzeepistemologii i postrzegania œwiata, jak i w porz¹dkuj¹cejrzeczywistoœæ aksjologii od samegopocz¹tku ujawnia siê w poezji Joanny Pytel,staj¹c siê nie tylko poszukiwaniem w³asnegopoetyckiego wyrazu, ale tak¿e prób¹ odnalezieniakonsensusu dla sztucznoœci czy umownoœciformy i autentycznoœci prze¿ywania, pozorówi prawdy istnienia, d¹¿enia do odkrycia tego,co obiektywne, i subiektywizmu autokreacji:moja kobietanajwyraŸniej stylizowanaopuszczona przeztwarzsta³a w przeci¹gu dwóch chwilby³am po tejipo drugiejstroniewidzê - moja kobieta nie mog³a istnieækiedy wróci³a do swojej twarzy(Widzenia, Opowieœæ o Gabrielu, s. 6)W nieco mêtnym i chaotycznym, rw¹cymsiê sk³adniowo, pospiesznym zapisie usi³ujepoetka oddaæ gwa³townoœæ uczuæ i namiêtnoœcirozpiêtych pomiêdzy subteln¹ delikatnoœci¹mi³osnych uniesieñ ducha a bluŸnierczo-erotyczno-mistycznym¿arem pragnieñ, mi³oœcii ¿¹dzy, których obiektem jest mê¿czyzna idealnyukryty pod postaci¹ archanio³a Gabriela:Gabrielem zwany w ga³¹zce wiœnirozpoznanylichkeit gegenüber der den Geboten desBewusstseins spottenden, starren Materie desKörpers stärkt. Das von der Generation der sog.Neuen Welle, der auch Rafa³ Wojaczek und JolantaPytel angehören, geäußerte Verlangen nach politischerFreiheit, überlagert oder sublimiert eher in einVerlangen nach existenzieller Freiheit, das sich imobsessiven Willen das eigene, von Obsessionen undÄngsten geplagte, in ein Inneres und ein Äußeresgeteilte „Ich” zu verlassen, ausdrückt.Die Intimität des dichterischen Erlebens undErfahrens des eigenen Seins wechselt in einer fürdie Weltanschauung der Anhänger der Neuen Wellecharakteristischen Art und Weise mit dem Gefühlder Verantwortung gegenüber dem Anderen und derGemeinschaft der Menschen. Diese sowohl in derSphäre der Epistemologie und der Weltsicht, wieauch in der die Realität ordnenden Axiologie existenteDopplung kommt von Beginn an in derDichtung von Jolanta Pytel zum Vorschein und wirdnicht nur zur Suche nach dem eigenen dichterischenAusdruck, sondern gleichsam zum Versuch, eineÜbereinkunft zur Künstlichkeit oder zur Konventionder Form und der Authentizität des Erlebens, desScheins und der Wahrheit des Seins zu treffen undzum Versuch, einen Konsens im Drängen nach derEntdeckung dessen, was objektiv ist, wie auch mitBlick auf die Subjektivität der Selbsterschaffung zuerreichen:meine Frauaugenscheinlichst stilisiertverlassen von demGesichtstand im Zug zweier Augenblickeich war auf dieserundauf der anderenSeiteich sehe – meine Frau konnte nicht existierenals sie zu ihrem Gesicht zurückkehrte(Widzenia [Gesichte], Opowieœæ o Gabrielu, S. 6)In einer etwas verschwommenen und chaotischen,syntaktisch reißenden und fieberhaftenNiederschrift versucht die Dichterin die Heftigkeitder Gefühle und Leidenschaften wiederzugeben, diezwischen der subtilen Einfühlsamkeit derEntrückung des Geistes und der blasphemisch-erotisch-mystischenGlut der Wünsche, Liebe undBegehrung, deren Objekt sich in der in der Figur desErzengels Gabriel verborgen liegende, ideale Mannoffenbart, gespannt sind:Gabriel genannt im Kirschzweigerkannt76


gdzieœ wymarzony w którymœ zau³kusercanie czytaj moich r¹kzjawi siê wiœni p¹knie czytaj moich r¹kalbo czytajzjawi siê wiœni p¹kale witaj(Piosenka do Gabriela, Opowieœæ o Gabrielu, s. 10)Gabriel - wcielone uosobienie potêgimi³osnego spe³nienia, figura nadziei i obietnicyszczêœcia w innym czasie i innej przestrzeni,ginie w zderzeniu z okrucieñstwem i bezmyœlnoœci¹œwiata, by odrodziæ siê w marzeniui wyobraŸni jako znak zwyciêstwa poezji nadproz¹ ¿ycia, wyznanie wiary w moc s³owaocalaj¹cego od nicoœci i cierpienia:Gabriel obudzi³ mnienasze rozplecione rêce stworzy³y ogieñi szliœmy razemw malinowym œnie(***, Opowieœæ o Gabrielu, s. 15)Choæ daleko wczesnym wierszom JolantyPytel do kunsztownych strof Wojaczka, ³ademkonstrukcji rygoryzuj¹cego nieprzewidywalnoœæi szaleñstwo egzystencji, to jednak s¹ onetak¿e wyrazem antynomii i przeciwieñstwdefiniuj¹cych istnienie, podobnie jak zbli¿eniesiê do pe³ni jestestwa u obojga poetówmo¿liwe jest jedynie poprzez ból. Tymcz³owieczym bólem przepe³niona jest ca³arzeczywistoœæ otaczaj¹ca, której nie dane jestistnieæ niezale¿nie, gdy¿ nawet s³oñce rodzi siêw mêce, wstaj¹c - mroŸnego jak pustkaw sercu - zimowego ranka (zob. wierszW naszych oczach, Tyle œwiat³a wokó³ ).Przestrzeñ psychiki i przestrzeñ rzeczywistoœcinak³adaj¹ siê wzajemnie na siebie tworz¹cpalimpsest, gdzie pod powierzchni¹ rzeczyi zjawisk ukrywaj¹ siê byty potencjalne, domyœlnei do-myœlane - jak w wierszu, któremubez w¹tpienia patronuje (ale niestety bez finezjii wirtuozerii noblistki) Wis³awa Szymborska -„s³owa na czas nie wymówione”, „fotografiemê¿czyzn których nie by³o”:erträumt irgendwo in einem Winkeldes Herzenslese nicht meine Händeeine Kirschknospe erscheintlese nicht meine Händeoder leseeine Kirschknospe erscheintsei aber gegrüßt(Piosenka do Gabriela [Ein Lied an Gabriel],Opowieœæ o Gabrielu, S. 10)Gabriel, die fleisch gewordene Verkörperung derKraft der Liebeserfüllung, eine Figur der Hoffnungund des Versprechens der Glückserfüllung an einemanderen Ort und in einer anderen Dimension, stirbtbei dem Zusammenprall mit der Grausamkeit undGedankenlosigkeit der Welt, um dann im Traum undin der Phantasie als ein Zeichen des Sieges derPoesie über die Alltäglichkeit des Lebens und als einGlaubensbekenntnis zur Macht des Wortes, das vondem Nichts und den Leiden erlöst, aufzuerstehen:Gabriel weckte michunsere auseinandergeflochtenen Händeerschufen das Feuerund wir gingen zusammenim himbeerfarbenen Traum(***, Opowieœæ o Gabrielu, S. 15)Obwohl die frühen Gedichte von Jolanta Pytelsich nicht mit den kunstvollen Strophen Wojaczeks,in denen die Konstruktionsordnung die Unvorhersehbarkeitund den Wahnsinn des Seins erzwingt,messen können, sind sie dennoch ein Ausdruck derdie Existenz definierenden Antinomien und Antagonismen,ähnlich wie die Annäherung an die Fülledes Seins bei beiden Dichtern einzig und allein nurdurch ein Leiden möglich wird. Dieser menschlicheSchmerz durchdringt die gesamte uns umgebendeWirklichkeit, der es nicht gegeben ist, unabhängigvon ihr zu existieren, da sogar die Sonne bei ihremAufgang an einem – eisigen wie die Leere des Herzens– Wintermorgen in Qualen geboren wird (vgl.die Gedichte: W naszych oczach [In unseren Augen],Tyle œwiat³a wokó³ [So viel Licht ringsherum]).Der Raum der Psyche und der Raum derRealität überlagern sich gegenseitig und erschaffenein Palimpsest, in dem unter der Oberfläche derDinge und Phänomene potentielle, mutmaßlichewie erdachte, Existenzen verborgen bleiben, wie imGedicht, dem zweifelsohne Wis³awa SzymborskaPate stand (leider aber ohne die Finesse undVirtuosität der Nobelpreisträgerin) – „s³owa na czasnie wymówione” [zur rechten Zeit nicht ausgesprocheneWorte] und „fotografie mê¿czyzn którychSYLWETKI77


w pokoju by³a i nie-by³a dziewczynajest i nie-jest kobietaalepomiêdzy byciem jej a nie-byciemzaistnieje kiedyœ mo¿e coœwiêc nie wchodŸcie do tego pokoju(Ten pokój, Tyle œwiat³a wokó³, s. 6)Racj¹ istnienia jest w tej poezji mi³oœæw najró¿niejszych jej przejawach, wyra¿anawci¹¿ powracaj¹c¹ symbolik¹ d³oni rozpaczliwietêskni¹cych za dotykiem, szukaj¹cychporozumienia i wzajemnoœci, których brakmo¿e byæ wyra¿ony jedynie przez przywo³anieobrazu œmierci w kamiennym pejza¿uog³uch³ych i œlepych „skamienia³ych ulic”,bêd¹cym w równym stopniu charakterystyk¹realiów tamtego czasu, co wyobra¿eniem krajobrazuduszy.Ratunkiem przed ciemnoœci¹ i rozpacz¹,œwiat³em przewodnim pozwalaj¹cym odnaleŸædrogê okazuje siê cud macierzyñstwa.Najpiêkniejsze i najbardziej szczere wierszeJolanty Pytel zwi¹zane s¹ z mi³oœci¹ docóreczki - wszechogarniaj¹c¹, wyj¹tkow¹,jedyn¹ i bezwarunkow¹, uciszaj¹c¹ wszystkielêki i niepokoje, epifani¹ szczêœcia i jasnoœci:a kiedy przyjdziewezmê twoj¹ d³oñkê kruch¹i pójdziemy opowiadaæ wierszekwiatom ptakomi dzieciom(Do córeczki, Tyle œwiat³a wokó³, s. 25)Poetyckie „ja” Jolanty Pytel to jednakprzede wszystkim „ja” udrêczone, bezradnewobec pewnoœci nieuniknionego, nieodpornena ból wspó³odczuwany z ca³ym œmiertelnymziemskim stworzeniem - umieraj¹cym ptakiem,padaj¹cym drzewem i œciêtym kwiatem, cz³owiekiemwreszcie, na którego wci¹¿ spogl¹danieub³agane „oko œmierci”. Mo¿e w³aœniez tego powodu tak silnie odczuwana jest w tejpoezji potrzeba zakorzenienia, odnalezieniaw³asnego miejsca, domu mieszcz¹cego siêw ca³oœci w archetypicznym polu semantycznymbezpieczeñstwa, rodziny, przyjaznychuczuæ i bliskich ludzi, o¿ywiaj¹cych i obdanieby³o” [Photographien von Männern, die es nichtgab]:im Raum war und war-nicht ein Mädchenist und ist-nicht eine Frauaberzwischen ihrem Sein und Nicht-Seinentsteht vielleicht irgendwann einmal etwasbetritt also nicht diesen Raum(Ten pokój [Dieser Raum], Tyle œwiat³a wokó³, S. 6 )Die Existenzberechtigung als solche bildet indieser Dichtung die Liebe in ihren vielfältigenErscheinungsformen, die sich in der stetigwiederkehrenden Symbolik der Hände ausdrückt,die sich verzweifelt nach Berührung sehnen undnach Einigung und Gegenseitigkeit suchen, derenFehlen wiederum das Bild eines Todes inmitten einersteinerner Landschaft der taub und blind gewordenen„versteinerten Straßen” – eine Charakteristik,die im gleichen Maße auf die Wirklichkeit jener Zeit,wie auf die Vorstellung von einer Seelenlandschaftzutrifft –symbolisiert.Als Rettung vor der Dunkelheit und derVerzweiflung und als ein leitendes Licht, das denWeg zu finden erlaubt, erscheint der Dichterin dasWunder der Mutterschaft. Die schönsten undehrlichsten Gedichte von Jolanta Pytel sind imZusammenhang mit ihrer Liebe zu ihremTöchterchen entstanden. Es ist eine allumfassende,einzigartige und bedingungslose Epiphanie desGlücks und der Helligkeit, die alle Ängste undUnruhen beiseitelegt:und wenn sie kommtnimm ich dein zerbrechliches Händchenund wir gehen Gedichte erzählenBlumen Vögelnund Kindern(Do córeczki [An das Töchterchen],Tyle œwiat³a wokó³, S. 25)Das poetische „Ich” von Jolanta Pytel ist jedochein gequältes „Ich”, hilflos angesichts der Sicherheitdes Unvermeidbaren, nicht gefeit gegenüber demgemeinsam mit der gesamten irdischen Schöpfung– dem sterbenden Vogel, dem fallenden Baum, dergeschnittenen Blume und schließlich mit demMenschen, auf den unaufhörlich „das Auge desTodes” blickt – empfundenen Schmerz. Vielleichtaus diesem Grund ist in dieser Dichtung so starkdas Bedürfnis der Verwurzelung spürbar wie auchdas Bedürfnis nach einem eigenen Platz, einemHeim, das ganz in dem archetypischen semantischenFeld der Sicherheit, der Familie, freundschaftlicherGefühle und naher Menschen aufgeht,78


zaj¹cych sensem przedmioty i œciany.Kobiecoœæ poetki to forma wci¹¿ wymagaj¹cadope³nienia, w drugim cz³owieku jedynie odnajduj¹caremedium na grozê losu i metafizyczn¹gwarancjê bytu przekraczaj¹cego granicematerii i czasu, jaki mierzy siê nieobecnoœci¹tych, których kochaliœmy i którzy odeszlibezpowrotnie:do okien zapomniane puka imiêrozchodz¹ siê krzy¿ewe wszystkie strony œwiatai znowu o jednego umar³egostarsza jestem(***, 40 i cztery, s. 8)To, co najwa¿niejsze, jest w poezji JolantyPytel niewyra¿alne, ukryte w milczeniu miêdzys³owami, których - czasem zamierzonai celowa, a najczêœciej wzruszaj¹co nieœwiadoma- nieporadnoœæ stara siê wyraziæ napiêciena styku odczuwanego i doœwiadczanego,metafizyki i codziennoœci, niepos³usznego cia³azamykaj¹cego œwiadomoœæ w klatce bólui tajemnicy niepochwytnej jak odbicie w lustrzekryj¹ce ontologiczn¹ zagadkê istnienia:i która ja prawdziwamiêdzy sob¹ i sob¹.(Codzienne, 40 i cztery, s. 36)Sposób obrazowania oraz zespó³ motywówi metafor nie jest u Jolanty Pytel aniwyszukany, ani zaskakuj¹cy œwie¿oœci¹ skojarzeñ:lustro, drzewo, zegar, wêdrówka...Ka¿dy symbol z osobna, utrwalony i skodyfikowanyw tradycji literackiej, odsy³a doznanego na pamiêæ zasobu sensów i znaczeñ.Wszystkie razem jednak, rozpatrywaneca³oœciowo, sk³adaj¹ siê na konwencjonaln¹wprawdzie, ale mimo wszystko konsekwentn¹symbolikê ¿ycia jako ruchu w czasie. Ten czaspodmiot liryczny wierszy Jolanty Pytel pragniezapisaæ w³asnym pismem, tworz¹c poemat,w którym trudne w³asne indywidualne istnieniet³umaczy siê poprzez krzepi¹c¹ ³¹cznoœæz wynosz¹c¹ ponad przemijanie i nicestwieniewspólnot¹ bytu w nie koñcz¹cym siê szeregupokoleñ:die die Gegenstände und Wände zum Leben erweckenund sie mit einem, dem Sinn erfüllen. DieWeiblichkeit der Dichterin erscheint als eine Form,die einer steten Erfüllung erfordert, die einzig undallein im anderen Menschen ein Remedium gegendas Grauen des Schicksals und gegen die metaphysischeGarantie des die Grenzen der Materie undZeit, die nach der Abwesenheit derjenigen gemessenwird, die wir einst liebten und die für immer gegangensind, sprengenden Seins, findet:an die Fenster klopft ein vergessener NameKreuze zersprengenin alle Himmelsrichtungenund wieder um einen Gestorbenenbin ich älter(***, 40 i cztery [40 und vier], S. 8)Das Wichtigste ist in der Dichtung von JolantaPytel unaussprechbar, verborgen im Schweigenzwischen den Worten, deren – zuweilen bewussteund beabsichtigte, zumeist jedoch unbewusste –Unbeholfenheit die Spannung am Berührungspunktdes Fühlbaren mit dem Erfahrbaren, der Metaphysikmit der Alltäglichkeit, des ungehorsamen Körpers,der das Bewusstsein im Käfig des Schmerzenseinsperrt mit dem Geheimnis, das dem Spiegelbildgleich unfassbar bleibt und das ontologische Rätseldes Seins beinhaltet, zu erfassen versucht:und ich, die ich wahr binzwischen mir und mir.(Codzienne [Alltäglich], 40 i cztery, S. 36)Die bildliche Darstellung sowie die Motiv- undMetaphernreihe sind bei Jolanta Pytel weder ausgelesennoch durch die Frische der Assoziationenüberraschend: Spiegel, Baum, Uhr, Wanderung...Eine jede stellt ein Symbol für sich dar, verfestigtund in der literarischen Tradition kodifiziert, undknüpft an einen wohlbekannten Vorrat an Sinn undBedeutung. Alle zusammen jedoch, in ihrerGesamtheit analysiert, setzen sich auf eine zwarkonventionelle, dennoch aber konsequenteSymbolik des Lebens als einer Bewegung in der Zeitfort. Diese Zeit möchte das lyrische Subjekt vonJolanta Pytel mit einer eigenen Handschrift versehen,und dadurch gleichsam ein Poem erschaffen, indem die eigene, schwierige und individuelle Existenzsich in der aufbauenden Verbindung mit der sie überdie Vergänglichkeit und Vernichtung hinaustragendenGemeinschaft des Seins in einer unendlichenReihe der Generationen erklärt wird:Hier mühe ich mich über einen Stein ab,um in ihm den Schatten meines Lebens zu grabenSYLWETKI79


Oto siê trudzê nad kamieniem,aby w nim wyryæ cieñ w³asnego ¿ycia- czytamy w wierszu Kamieñ (W³ócznias³oñca). A to otwieraj¹cy ów tekst fragment zestarobabiloñskiego eposu o Gilgameszu:„Kiedy w drogê dalek¹ wyruszy³, zmêczy³ siêogromnie, przyszed³ z powrotem. Na kamieniuwyry³ powieœæ o trudach”.Istnienie ma u Jolanty Pytel przede wszystkimziemsk¹ postaæ, zaœwiat siê tu nie pojawia,jest za to nieœmia³a wiara, ¿e „ponad ludzkimbólem / Jasnoœæ” (Jesienne po¿egnanie,W³ócznia s³oñca), ¿e dobro i piêkno wci¹¿jeszcze - na przekór wszystkiemu - istniej¹, boci¹gle zdolni jesteœmy do wspó³czuciai wzruszenia, choæ nigdy nie nauczymy siêlekcji ¿ycia wystarczaj¹co dobrze, by zdaæ j¹celuj¹co.„Naprawdê nie wiem, po której stronieumieœci³ mnie los” - pisze w poetyckiej autobiografiizamieszczonej w nagrodzonymLubuskim Wawrzynem Literackim w 2003 rokutomiku zatytu³owanym W³ócznia s³oñcaJolanta Pytel, rocznik 1952, urodzona „w kraju,gdzie Wysokie i Niskie / miesza siê ze sob¹tworz¹c krajobraz / Zniewolonych i Wolnych”,gdzie „Szpalty gazet pêcznia³y od niewypowiedzianychs³ów”, gdzie wreszcie - poza histori¹i polityk¹ - toczy³o siê normalne ¿ycie,w którym zmieœci³o siê wszystko: mi³oœæi œmieræ, nadzieja i rozpacz, bunt i rezygnacja:Nie ma ju¿ pytañ...Wiersze nie przypominaj¹ kolorowej pi³ki,choæ gra w dwa ognie wci¹¿ siê toczy.Naprawdê nie wiem po której stronieumieœci³ mnie los.(Nie wiem po której stronie, W³ócznia s³oñca, s. 36)Hierarchia wartoœci jest tu jednak wyraŸniezorientowana - strona, któr¹ poetka wybiera,wskazuje na dom, rodzinê, przyjació³, bo tylkotak mo¿na „wejœæ w niebo”, odnajduj¹c to¿samoœæw pieczo³owicie odtworzonej genealogiirodu, pieczêtowanej pamiêci¹ i wspomnieniem.Kilka w wiêkszoœci bardzo szczup³ych objêtoœciowozbiorków poetyckich Jolanty Pytel(Opowieœæ o Gabrielu 1976, Tyle œwiat³a wokó³- ist im Gedicht Kamieñ [Stein] W³ócznia s³oñca[Lanze der Sonne] zu lesen. Und dies ein den Texteröffnendes Fragment aus dem altbabilonischenGilgamesch-Epos: „Als er zu der weiten Reise aufbrach,wurde er sehr erschöpft, kehrte zurück. Aufeinem Stein grub er die Erzählung über die Mühen”.Die Existenz besitzt bei Jolanta Pytel vor allemeine irdische Gestalt, das Jenseits erscheint hiernicht, dafür gibt es einen schüchternen Glaubendaran, dass „ponad ludzkim bólem / Jasnoœæ” [überdem menschlichen Schmerz / die Helligkeit](Jesienne po¿egnanie [Herbstlicher Abschied],W³ócznia s³oñca) thront, dass Güte und Schönheitnoch immer – allem zu Trotz – existieren, obwohlwir niemals die Lektion des Lebens so gut erlernenwerden, um sie ausgezeichnet zu bestehen.„Naprawdê nie wiem, po której stronie umieœci³mnie los” [Ich weiß wirklich nicht, auf welcher Seitemich das Schicksal wähnt] – schreibt in ihrer poetischenAutobiographie Jolanta Pytel in dem 2003mit dem Lebuser Literatur-Lorbeerkranz ausgezeichnetenGedichtband W³ócznia s³oñca. JolantaPytel, Jahrgang 1952, geboren „w kraju, gdzieWysokie i Niskie / miesza siê ze sob¹ tworz¹c krajobraz/ Zniewolonych i Wolnych” [in einem Land, indem das Erhabene und das Niedrige / sich miteinandervermischen und eine Landschaft erschaffen / derVersklavten und der Freien], in dem „Szpalty gazetpêcznia³y od niewypowiedzianych s³ów” [dieZeitungsspalten von unausgesprochenen Wortenquollen], in dem schließlich – außer der Geschichteund Politik – ein normales Leben vor sich ging, indem alles seinen Platz hatte: Liebe und Tod,Hoffnung und Verzweiflung, Auflehnung undResignation:Schon keine Fragen mehrGedichte erinnern nicht an einen bunten BallObgleich das Spiel in den beiden Feuern nochimmer andauertWeiß ich wirklich nicht, auf welcher Seite michdas Schicksal wähnt(Nie wiem po której stronie [Ich weiß nichtauf welcher Seite], W³ócznia s³oñca, S. 36 )Die Wertehierarchie ist hier jedoch eindeutigbestimmt – die Seite, die die Dichterin wählt, deutetauf Haus, Familie und Freunde, da nur indem mandie Identität in der sorgfältig rekonstruiertenGenealogie des Geschlechtes, die durch Gedächtnisund Erinnerung besiegelt wird, wiederfindet, kannman „in den Himmel eingehen”.Einige der meist nicht besonders umfangreichenGedichtbände von Jolanta Pytel (Opowieœæo Gabrielu 1976, Tyle œwiat³a wokó³ 1978, Destiny1994, Oko œmierci [Auge des Todes] 1994,80


1978, Destiny 1994, Oko œmierci 1994,Przebudzenie 1995, 40 i cztery 1996, Czarnyaptekarz 1999, Requiem dla Helenki 1999,W³ócznia s³oñca 2003, Wejœæ w niebo 2006) tozapis nie tylko drogi twórczej, ale przedewszystkim - ¿yciowej, znaczonej doœwiadczeniami- jak to w ¿yciu bywa - czêœciej trudnymini¿ radosnymi, to œwiadectwo egzystencjirozpisanej na wiele ról przynale¿nych dodomeny kobiecoœci. Nie s³u¿y tej poezji erudycyjnypopis i skonwencjonalizowana retoryka,razi stylizacyjna mitologiczno-eklektycznamaniera, bo na pewno nie jest to poezja wymiaruuniwersalnego filozoficznego uogólnienia,a ufamy jej tylko wtedy, gdy wychodzi pozaogran¹ symbolikê, gdy mówi wprosto przestrzeni pojedynczego istnienia. Jej si³¹jest bowiem dramat najprawdziwszych, bokrwi¹ serdeczn¹ poœwiadczanych, uczuæi prze¿yæ, których - jak ogrom boleœci po straciecórki - nie oddadz¹s³owa chropowates³owa nieprzystaj¹ces³owa œmieszne i nieludzkiewiêc - wyznaje poetka -w g¹szczu s³ów uwiêzionamilczêmilczenie siê toczypoprzez stó³ i krzes³oi samotne œcianya dzwony dudni¹ g³uchow obola³ej g³owieco ja tu robiê poœród œcianopartych o sztukê(Jeszcze ¿ywym poetom, Requiem dla Helenki, s. 35)Pomimo wszystkich swoich niedoskona³oœcii niedostatków jest poezja Jolanty Pytel- w najlepszym tego s³owa znaczeniu (uchowajBo¿e przed feminizmem!) - kobieca: emanujewra¿liwoœci¹, ciep³em, wspó³czuciem i zrozumieniemdla ludzkiej doli, pozostaj¹c wiernawartoœciom uznawanym dziœ za anachronicznei niemodne, za którymi pewnie w³aœnie dlategotak bardzo têsknimy.Przebudzenie [Die Erwachung] 1995, 40 i cztery1996, Czarny aptekarz [Der schwarze Apotheker]1999, Requiem dla Helenki [Requiem fürHelenchen] 1999, W³ócznia s³oñca 2003, Wejœæw niebo [In den Himmel eingehen] 2006) stellennicht nur die Beschreibung des dichterischen Wegesdar, sondern vor allem des Lebensweges, der, wiedas so ist im Leben, häufiger von schwierigen alsvon fröhlichen Erfahrungen gezeichnet ist. Es istdies ein Zeugnis einer Existenz, die in viele Rollenzerfällt, die gemeinhin der Domäne der Weiblichkeitzugeschriebenen werden. Die zur Schau Stellungder Gelehrsamkeit sowie die konventionalisierteRhetorik erweisen der Poesie keinen guten Dienst,es stört die stilisierte mythologisch-eklektischeManier, da dies sicherlich keine Poesie der universell-philosophischenVerallgemeinerung ist, undglaubhaft nur dann erscheint, wenn sie die abgedroscheneSymbolik verlässt und geradeaus überden Raum der einzelnen Existenz spricht. Ihre Kraftliegt im Drama der wahrhaftigsten, da mit demHerzensblut bezeugten Gefühle und Erlebnisse, die,wie den gewaltigen Schmerz nach dem Verlust derTochter, Wörter nicht im Stande sind wiedergebenzu können:schroffe Wortenicht angepasste Wortelächerliche und unmenschliche Wortealso – so gibt die Dichterin zu –im Dickicht der Worte gefangenschweige ichdas Schweigen halltüber den Tisch und Stuhlund die einsamen Wändeund die Glocken tönen dumpfim schmerzenden Kopfwas mache ich hier zwischen den Wändenan die Kunst angelehnt(Jeszcze ¿ywym poetom [Den noch lebendigenDichtern], Requiem dla Helenki, S. 35)Trotz ihrer erheblichen Unzulänglichkeiten undeinem gewissen Maß an Unvollkommenheit ist dieDichtung Jolanta Pytels – im besten Sinne desWortes (Gott bewahre vor Feminismus!) – eineweibliche: sie strahlt Empfindsamkeit, Wärme,Mitgefühl und ein Verständnis gegenüber dem menschlichenSchicksals aus, wobei sie den heute füranachronistisch und unmodern gehaltenen Werten,nach denen wir uns alle sicherlich gerade deswegenso sehnen, treu bleibt.aus dem Polnischen übertragenvon Grzegorz Za³ogaSYLWETKI81


Jolanta PytelErotyk dla mê¿aMoje czterdzieœci latkocha ciebie mi³oœci¹p³on¹cych na stosie czarownicMoje czterdzieœci latnie przeprasza nie liczy godzinspadaj¹cych jak dojrza³y owocMoje czterdzieœci latprzykucnê³o pod zgarbionym drzewemi jab³ko na pó³ dzieli(Wejœæ w niebo)Erotikon für meinen GattenMeine vierzig Jahrelieben dich mit der Liebebrennender Hexen auf dem ScheiterhaufenMeine vierzig Jahreentschuldigen nicht zählen keine Stundenwelche wie ein reifes Obst fallenMeine vierzig Jahrehockten unterm krummen Baumund den Apfel halbieren(In den Himmel kommen)Übertragen von Ernest Dyczek82


Jolanta PytelMa³e miasteczkaMa³e miasteczkasennie przytulone do dróg,jeszcze pacierz odmawiaj¹ pospiesznie,kwiaty sadz¹ w ogródkachi zak³adaj¹ œwi¹teczne ubrania,które œciskaj¹ im gard³aale ju¿ za chwilê smok zajrzy im w oczyi dziurê wypali na przestrza³.Rozsypi¹ siê pacierze po drogachjak ³zyi nie bêdzie komu ich zbieraæ06.06.2002(Ma³e miasteczka)Kleine StädtchenKleine Städtchenschläfrig an die Wege gedrückt,noch sprechen sie schnell ein Gebet,pflanzen Blumen in Gärtenund ihre Festkleider anziehen,die ihnen die Gurgel drückenaber gleich der Drache blickt in ihre Augenund brennt ein Loch durchGebete verstreut auf den Wegenwie Tränenund niemand wird sie pflücken06.06.2002(Kleine Städtchen)Übertragen von Ernest Dyczek83


Jolanta PytelCudTo siê naprawdê zdarzy³o:P³ot siê zap³oci³Drzewo zadrzewi³oKwiat siê zakwieci³Dom zadomowi³Cz³owiek ucz³owieczy³To siê naprawdê zdarzy³o:Choæ trwa³o mgnienie tylkoPrzez chwilê szczêœcie ¿y³oNie mów wiêc ¿e to ma³o(Requiem dla Helenki)Das WunderEs ist wirklich geschehen:Der Zaun ist verzauntDer Baum ist verbaumtDie Blume ist verblumtDas Haus ist verhaustDer Mensch ist vermenschlichtEs ist wirklich geschehen:Wenn nur eine Weile dauerteIm Moment lebte das GlückSag doch nicht es sei zu wenig(Requiem für Helenka)Übertragen von Marek Feliks Nowak84


Jolanta PytelDworzec ¿yciaProf. Lechowi Ludorowskiemuna dworcu ¿ycia porozwieszanoskrzynki s³ówwrzucamy do nich i strach naszi litoœæ i mi³oœæurojeni listonosze pisz¹ o³ówkiem:- zwrot. adresat nieznanyodje¿d¿aj¹ bezludne poci¹gia na skrzynkach pojawia siê napis:- nieczynne(Przebudzenie)Bahnhof des LebensProfessor Lech Ludorowski gewidmetim Bahnhof des Lebens befestigte manWortkastenwir werfen drin und unsere Angstund Mitleid und Liebeimaginäre Briefträger schreiben mit demBleistift:– Retour. Empfänger unbekanntmenschenleere Züge fahren abund auf den Kasten erscheint Aufschrift:– geschlossen(Erwachen)Übertragen von Marek Feliks Nowak85


PREZENTACJEHelena KardaszWystawa Heleny Kardasz non_ens.netodby³a siê w Galerii Nowy Wiek,Muzeum Ziemi Lubuskiej. Czas trwaniaprojektu: paŸdziernik-grudzieñ 2006 r.Studia w Instytucie Sztuki i Kultury Plastycznej WSP w Zielonej Górze w latach 1992 - 1996Dyplom w Pracowni Fotografii prof. Piotra Wo³yñskiego. Od 1996 roku pracuje w InstytucieSztuki i Kultury Plastycznej Uniwersytetu Zielonogórskiego - obecnie Katedra SiKP. W 2002uzyska³a I stopieñ kwalifikacji artystycznej w dyscyplinie Fotografia na Wydziale KomunikacjiMultimedialnej Akademii Sztuk Piêknych w Poznaniu. Stypendium twórcze Urzêdu Miejskiegow Zielonej Górze w latach 1996 i 2000. Nagroda J. M. Rektora UniwersytetuZielonogórskiego w 2002 r. Udzia³ w Miêdzynarodowym Sympozjum Fotografii Profilew latach 1996 - 2004. Wspó³organizator dzia³alnoœci Galerii PWW w Zielonej Górzew latach 2000 - 2003. Od 2003 opiekun Ko³a Naukowego PWW - dzia³alnoœæ wystawienniczaGalerii PWW przy Wroc³awskiej 7 w Zielonej Górze. Zajmuje siê g³ównie instalacj¹,obiektem i fotografi¹. Wystawy indywidualne i udzia³ w prezentacjach zbiorowych w Polscei za granic¹.86


Helena Kardasz, nonsenspeel, Galeria Nowy Wiek, Muzeum Ziemi Lubuskiej, Zielona Góra 2006


Helena Kardasz, projekt non_ens.net, Galeria Nowy Wiek, Muzeum Ziemi Lubuskiej, Zielona Góra 2006Helena Kardasz, olanfree (detal), Galeria Nowy Wiek, Muzeum Ziemi Lubuskiej, Zielona Góra 2006


Helena Kardasz, projekt non_ens.net, Galeria Nowy Wiek, Muzeum Ziemi Lubuskiej, Zielona Góra 2006Helena Kardasz, olanfree (detal), Galeria Nowy Wiek, Muzeum Ziemi Lubuskiej, Zielona Góra 2006


Helena Kardasz, olanafree, Galeria Nowy Wiek, Muzeum Ziemi Lubuskiej, Zielona Góra 2006


Ewa JêdrzejowskaPomiêdzy bia³ym a zielonym.Non_ens.net Heleny KardaszNa prezentowany w Galerii Nowy Wiekzielonogórskiego Muzeum nowy projektHeleny Kardasz sk³adaj¹ siê dwa pomieszczenia.Odmiennie zaaran¿owane, prezentuj¹specyficzny dualizm ludzkiego œwiata –intymn¹, senn¹ przestrzeñ nocn¹ i namacaln¹,uwik³an¹ w innych przestrzeñ dnia.Tyle ¿e do tego, doœæ konwencjonalnegopodzia³u dochodzi jeszcze nie-przestrzeñ –jak pisze sama Kardasz – brak bytu b¹dŸ dziuraw rzeczywistoœci – cyberprzestrzeñ.Dziura, która jednak bynajmniej nie oznaczanie-bycia.Nie po raz pierwszy artystka porusza problemukazania czasu, przestrzeni i œwiat³aujmowanych z perspektywy filozoficznejraczej, ni¿ fizycznej. Zarówno w jednej z najwczeœniejszychinstalacji, Ikononoemacie, jaki w póŸniejszej Ziarnistoœci czy Innych Czasach,Kardasz porusza siê po cienkiej liniidziel¹cej rzeczywistoœæ od metarzeczywistoœci.Realizuje swoj¹ fascynacjê napiêciemjakie rodzi siê pomiêdzy potocznym odbioremœwiata rozbitego na zdarzenia a trwaniempojmowanym jako ca³oœæ. W swojej ostatniejpracy prezentowanej, artystka poszerzaspektrum poprzednio stawianych problemówo wirtualny wymiar egzystencji cz³owieka –coraz bardziej obecn¹ w naszym ¿yciuprzestrzeñ symulowan¹.Sam tytu³ wystawy - non_ens.net –sugeruje z jednej strony rodzaj zabawy, grys³ownej, beztroskiego sam na sam z komputerem,z drugiej przez inkorporacjê s³owanonsens wskazuje byæ mo¿e na niepotrzebn¹infantylizacjê, jakiej podczas takiego sam nasam ulegamy, na lekkoœæ wirtualnego bytu,pozbawionego konkretu dziennych wyborów.Sala bia³a, pierwsza dla ogl¹daj¹cego,sugeruje czas nocny przez projektowane naœcianê zdjêcie ³ó¿ka z równo u³o¿onymidwiema poduszkami. Panuje tu pó³mrok, rozjaœnianybiel¹ rzutowanej poœcieli orazmaleñkimi lampkami zwieszaj¹cymi siê z sufitu.Te ostatnie, zamkniête w metalowychtulejach, oœwietlaj¹ punktowo umocowanena przeci¹gniêtych od sufitu do pod³ogi metalowychlinkach, bia³e poduszki. W centrumka¿dej takiej puchowej podk³adki spoczywadyskretna bia³a plakietka z niemal niewidocznymnapisem. Lampki pog³êbiaj¹ jeszczewra¿enie intymnoœci sypialni, przestrzeniœwieckiej sakralnoœci œwiata prywatnego.Napisy na plakietkach, przypominaj¹ce wizytówkina drzwiach, sugeruj¹ przynale¿noœæmiejsca, przypisania go do kogoœ ale i jednoczesnybrak obecnoœci podmiotu.P³aszczyzna rzutowanego obrazu s³u¿yjednoczeœnie jako t³o-ekran dla tocz¹cej siêbezg³oœnie czatowej konwersacji, luŸnej i niezobowi¹zuj¹cejdo niczego. Ow¹ beztrosk¹niedba³oœæ zak³óca wyraŸny rysunek pionowychkresek sugeruj¹cy jak¹œ przymusowoœæsytuacji, zamkniêcie. Obraz rzutowanyjest bowiem poprzez rytm napiêtychstalowych linek, których cienie rozcinaj¹ goniczym kraty. Sytuacjê pewnego przymususugeruje równie¿ nazwa tej czêœci ekspozycji,dyskretnie umieszczona na przypiêtej linkamido œciany kolejnej poduszce, gdzie na kawa³kubia³ej, grawerowanej p³ytki mo¿emyprzeczytaæ nonsenspeel. Pojawia siê tu coœPREZENTACJE87


z bezradnoœci cz³owieka wobec naskórkowoœciœwiata. Przestrzeñ nocna, bêd¹ca dlaKardasz przestrzeni¹ wirtualn¹ sugerujezawieszenie jakiejkolwiek taktylnoœci nie tylkoprzedmiotów ale i dzia³añ, które tu doniczego nie prowadz¹, zawieszenie podwójne– poprzez œwiat wirtualny oraz œwiatoniryczny, w³aœciwy sypialni. Na rzutowanymna œcianê ³ó¿ku, przekreœlonym zarównoprzez pionow¹ kratê cieni linek jak i poziomelinie p³yn¹cego komputerowego tekstu, le¿¹dwie poduszki. Ale nic poza tym nie sugerujezak³ócenia samotnoœci sytuacji. Zarównoœnienie jak i udzia³ w wirtualnym œwieciewy³¹cza jednostkê z rzeczywistoœci materii,przenosz¹c j¹ w now¹ przestrzeñ. Miejsceju¿ nie objawienia tego œwiata a dowolnej ichkonfiguracji.W biel pierwszego pomieszczenia subtelnieprzenika zielone œwiat³o s¹siaduj¹cejz nim przestrzeni dziennej, nazwanej olanafree.Kardasz bawi siê s³owami sugeruj¹cprzedimkiem a jak¹œ, jedn¹ z wielu, wolnoœæ,byæ mo¿e jedynie wolnoœæ dopasowania siê.Zniewolenie poprzez schematy sugerujerównie¿ zwieszaj¹ce siê z sufitu krzes³o.Nieruchome, poniewa¿ przymocowuj¹ go dopod³o¿a napiête, stalowe linki. Wra¿enieskrêpowania pog³êbia film wyœwietlany z rzutnikana przeciwleg³¹ œcianê: rytmiczny ruchbujania siê, ukazany poprzez obraz umykaj¹cejto w przód to w ty³ trawy. Pocz¹tkowoprzypomina widok zapamiêtany z huœtaniasiê na huœtawce – obraz dzieciêcej beztroski.Jednak jednostajna powtarzalnoœæ obrazuju¿ po chwili burzy wra¿enie beztroski, byw wiêkszym jeszcze stopniu ni¿ unieruchomionekrzes³o, unaoczniæ ogl¹daj¹cemumonotoniê dziennej przestrzeni. W takimkontekœcie poprzednia sala jawiæ siê mo¿ejako pigu³ka w sensie leku, ofiarowuj¹ca uwolnienieod powtarzalnoœci istnienia w stadzie.Kardasz ³agodzi wymowê monotonnejcodziennoœci przez umieszczony na œrodkupod³ogi zielonego pokoju kwadrat trawy.¯ywo, w ka¿dym znaczeniu tego s³owa,uobecnia on rzeczywistoœæ dotykaln¹, bêd¹cjednoczeœnie transfiguracj¹ twardegost¹pania po ziemi. Ale obecnoœæ trawy symbolizujerównie¿ naturê w jej najbardziejniewinnym aspekcie. Instalacja Kardaszuœwiadamia nam wieczn¹ têsknotê za wolnoœci¹,piêkno mitu powrotu do natury,któremu chcielibyœmy ulec. Ukazuje równie¿bogactwo dotykalnej rzeczywistoœci, wci¹¿dostêpne pomimo naszego uwik³ania, zarównow schematy dnia powszedniego jak i z³udn¹wolnoœæ oferowan¹ przez irrealn¹ przestrzeñbia³ego pokoju.Przestrzeñ dzienna ofiarowuje jeszczecoœ istotnego - daje nam stado, w ca³ej jegonamacalnoœci. Przymus pojawiania siêw œwiecie wspólnym wi¹¿e siê z potrzeb¹konstytuowania œwiata zewnêtrznego, którejto konstytucji dokonaæ mo¿emy w³aœniepoprzez potwierdzenie w innych. HannahArendt w swojej Kondycji ludzkiej, zwracauwagê, ¿e jedynie transfiguracja jednostkowegotak aby pojawiæ siê mog³o w sferzepublicznej, upewnia nas o realnoœci œwiatai nas samych. 1 W zabiegu ukonstytuowaniasiebie poprzez pojawienie siê w œwiecieprzekazujemy swoj¹ intymnoœæ. Ona wracado nas odbita od oczu innych ludzi, w którychprzegl¹damy siê jak w lustrach.Ca³a sytuacja prezentowana w GaleriiNowy Wiek ma w sobie wielokrotnie eksplorowanyprzez Kardasz w¹tek sztucznoœcii naturalnoœci, ró¿nych rodzajów przestrzenii jej postrzegania. Byæ mo¿e najbardziej oczywistymi jednoczeœnie najtrudniejszym do odnalezieniaprzekazem artystki jest w wypadkunon_ens.net przestrzeñ tworz¹ca siêpomiêdzy dwoma pokojami – homeostatycznai dwubarwna, dzienno-nocna przestrzeñharmonijnego dopasowania i próbuj¹ca godziæoba œwiaty. W wyró¿nionym przez Eliadegopodziale doœwiadczenia przestrzeni na zwyk³¹i uœwiêcon¹ 2 by³yby to drzwi – obraz otwarcia– próg wskazuj¹cy na przerwanie przestrzenioczywistej dla jakiegokolwiek, czy to intymnegoczy wspólnotowego porz¹dku.Helena Kardasz „Non_ens.net”, Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze - Galeria Nowy Wiek, X-XII 2006.1 Hannah Arendt, Kondycja ludzka, przeł. Anna Łagodzka, wyd. Alatheia, Warszawa 2000, s. 56.2 Miracea Eliade, Sacrum, mit, historia, przeł. A. Tatarkiewicz, PIW, Warszawa 1974, s. 49-82.88


Nadie¿da Myszlennik* * *Œnieg anemiczny, patrz¹c na licznePlace, ulice, twarze i czyny,Traci³ powoli przytomnoœæ i, zimny,Cicho przechodniom pada³ pod nogi.O œwicie jego dusza reinkarnowa³aW wodzie strumieni i popêdzi³a,Pe³na przeczucia rych³ego spotkaniaZ niebem i têcz¹, wiatrem, ptakami,Œmiechem, wierszami, ³zami i ¿yciem…Ludzie zostali ci sami.24.03.2006* * *Szkoda ¿e ten cz³owieknigdy nikogo nie kocha³,nie wie o istnieniu duszy,nie wierzy w Bogai ci¹gle narzeka.Szkoda, ¿e nie mo¿nauszczêœliwiæ kogoœ,kto tak bardzochce byæ nieszczêœliwym.15.04.200689


W³adys³aw £azukaOczekiwanieŒnieg topnia³. Kapa³o z dachów. Na ga³êziach drzew zwisa³y srebrzyste krople wody.Ujada³y psy. S³oñce k³ad³o siê nad wierzcho³kami sosen. Miki, zabawny foksterier przygl¹da³siê staremu, przeczuwaj¹c w³óczêgê po lesie. Stary jednak poszed³ sam. Min¹³ ostatnie zabudowania,roz³o¿ysty klon, który latem daje du¿o cienia. Po obu stronach piaszczystej drogi,jesieni¹ pe³nej g³êbokich kolein i odleg³ego œwiat³a (gdy zachodzi s³oñce zabieraj¹c ze sob¹coœ, czego on nie u mia³ nazwaæ), rozci¹ga³y siê pola obsiane ozimin¹. Patrzy³ na tê ziemiêludzkich marzeñ, radoœci i smutków, zlan¹ potem, zacinan¹ batem – pod wiatr, pod dymz papierosa. Przywyk³ do niej jak wszyscy ludzie we wsi i nijak by mu by³o bez niej.Szed³. Droga opada³a w w¹wóz, gdzie w deszczach wiosennych i w s³ocie jesieni przezcienk¹ warstwê ¿wiru przebiega³a t³usta glina. Ciê¿ko by³o j¹ dŸwigaæ razem z butami. Naglezdziwiony... Przystan¹³. Przed nim w szczerym polu czernia³o cielsko dzika. Pojedynczaknajspokojniej w œwiecie ry³ kartoflisko, wygrzebuj¹c zmarzniête ziemniaki. Stary mia³ go z wiatrem.Pochylony zbli¿a³ siê do niego. Odyniec zwietrzy³ jednak zapach, podniós³ ³eb, fukn¹³i ruszy³ przez dolinê, przygarbiony z nastroszon¹ szczecin¹ na karczysku. Tam, gdzie drogasprzê¿a siê z lasem, obejrza³ siê i przesadzi³ zwa³y œniegu. Znikn¹³ w labiryncie drzew.Stary min¹³ dolinê. Przez dobr¹ godzinê kluczy³ w gêstwinie drzew, odchodz¹cych p³askimwzgórzem na wschód do wysokich traw sosnowego boru. Œnieg skrzypia³ pod butami, lœni³,razi³ go swoj¹ biel¹, g³êbok¹ i odleg³¹.Przystan¹³ ¿eby odsapn¹æ. Zapali³ papierosa. Oczyma znalaz³ dolinê torfowisk, skut¹ terazlodem i dostêpn¹. Latem o rosie kosi³ na jej krañcach trawê, suszy³ j¹ i uk³ada³ w kopki. Kiedyœby³o tam jezioro pe³ne ryb, poroœniête przy brzegach trzcin¹. Teraz wszystko zaros³o,wysch³o. W³asnym oczom jednak nie wierzy³, tkwi³ przy swoim wspomnieniu, nie uznawa³faktu, ¿e pozostaje w tyle za pêdz¹cym czasem. Zebra³ siê w sobie, tak jak wtedy, w tenwrzeœniowy poranek, gdy wœród po¿ó³k³ych traw i trzcin, powleczonych mg³¹, ujrza³ rannegobyka, który przechytrzy³ myœliwych. Uciek³ z kot³a i sapa³ ciê¿ko, ukrywaj¹c siê miêdzy œwierkami.Ruszy³ dalej. Te drzewa ze œniegiem na wierzcho³kach by³y mu bliskie, choæ tajemnicze.Zna³ do g³êbi ten las, wszystkie œcie¿ki, wnêtrza zaczarowane.Przyjad¹, napali w piecu, znowu bêd¹ razem. Czeka³ d³ugo na tê chwilê. Znajdzie drzewkowysmuk³e, zielone. Przygl¹da³ siê œwierkom zaklêtym w baœniowe kszta³ty nad strumieniem,sosnom wysokim, objêtym kêpami œwierkowego podszycia. Przeci¹³ trop sznuruj¹cego lisa,widoczny wyraŸnie na œnie¿nym puchu. Dalej, gdzie strumieñ odbiega pod urwiste brzegi,ujrza³ szlak wyznaczony przez watahê dzików. Przesz³y têdy minionej nocy do m³odniaków i pól.W g³êbokim parowie znalaz³ drzewko œwierkowe. Otrz¹sn¹³ je ze œniegu. Wyprostowa³ysiê symetrycznie u³o¿one ga³¹zki. Uci¹³ je nisko u pnia. Po³o¿y³ na œniegu. Oplót³ rzemieniem.Jak w ka¿dy zimowy dzieñ mrok gêstnia³ niedostrzegalnie i szybko, a w nim le¿a³ czarn¹ plam¹las. Przyspieszy³ kroku. Strumieñ szumia³, gawêdzi³ w kaskadach. Wysoko w czystym,mroŸnym powietrzu zapali³y siê gwiazdy. Coraz wiêcej ich przybywa³o. Z zachodu wlok³a siêmg³a wró¿¹c mroŸn¹ noc.Tak chcia³ byæ z nimi, w domu, razem. Rozpierzchli siê po œwiecie. Pobêd¹ chocia¿ kilkadni.Wyszed³ na pola.90


Wielka sowa zapad³a w kêpie drzew. Wieœ rozb³yskiwa³a œwiat³ami okien. Poszczekiwa³ypsy, a on, stary, niesie drzewko. £adna bêdzie choinka pachn¹ca borem. Widzia³ na jej szczyciepe³gaj¹ce œwiate³ka. Uzmys³owi³ sobie, ¿e to gwiazdy tak œwiec¹. Jutro znów wzejdzies³oñce, za lasem wciœniêtym w zakole rzeki. Ale najwa¿niejsze, ¿e oni tu do domu przyjad¹,i znowu bêd¹ razem, jak kiedyœ.KleñSiedzê wtopiony w zieleñ, ró¿ne jej odcienie. Wœród traw, krzewów, olch i buków. Buczynatu wiekowa. Wspina siê po stoku, tam gdzie jest leœna szkó³ka, a za ni¹ bór mieszany i kêpajode³. W dziupli nieopodal zamieszka³ rój pszczó³. Pracuj¹. Rzeka tu wlewa siê przewê¿eniempo kamienisto-¿wirowatym dnie. Pod drugim brzegiem rwie g³êbszym nurtem, a tu, gdziejestem, tworzy siê mini zatoczka z pr¹dem wstecznym. Podsypa³em kostek z gotowanychw mundurkach ziemniaków. Zarzuci³em wêdkê. Czekam. Ani mru mru. Kozio³ek ocieraporo¿e o m³ody podrost buka. Zakamuflowa³em siê tak, ¿e nawet mnie nie wyczu³. Traczenurogêsi prowadz¹ swoje m³ode w górê rzeki. Zaczajony jestem jak Indianin. G³êboczek, topó³tora metra czystej jak kryszta³ wody. Siedzê jak mysz pod miot³¹, bo inaczej wszystko bezsensu. S³oneczny blask wlewa siê przez korony drzew i widaæ ca³oœæ jak na d³oni. Rybywp³ywaj¹ do zatoczki z nurtu, gdzie czuj¹ siê bezpieczniej. Zauwa¿am parê klonków, takich podwadzieœcia piêæ centymetrów d³ugoœci. Przemierzaj¹ zatoczkê wolniutko jakby patrolowa³yteren. Znikaj¹. Pojawiaj¹ siê znowu. Odp³ywaj¹. Wiem, ¿e muszê tak trwaæ. Bo ka¿dy nieopatrznyruch, cieñ rzucony na wodê, to przegrana. Wtedy nadp³yn¹³ ten wiêkszy. Sam.Majestatycznie. K³adzie siê na boku. Czujnie podpatruje. P³ochliwy. Znika w rw¹cym nurcie.Muszê siedzieæ murem. I wreszcie jest. Dwukilogramowy. Z koñca zatoczki. Schodzi w dó³,gdzie na haczyku kostka ziemniaka. Porusza wargami, smakuje, po³yka i rusza w nurt.Zacinam. Kot³owanina w bryzgach wody. Mam go, wyrzucam na brzeg. Piêknie wybarwiony.P³etwy. Kto ³owi³ te ryby, ten wie. W tym kleniu wszystkie odcienie lata, kiedy niosê go œcie¿k¹przez las. W ³uskach srebro rzeki przeb³yskuj¹cej przez listowie. W dolinie.91


Rainer VangermainMach´s dochImmer zieht´s mich zu denDreckjobs hin:Ins Nasse, ins Kalte, ins Dunkle.Dort treff ich dann die Dreckskerle,Wir sind treffliche Brüder.Im Dunklen fühlen wir die Schwärze.Im Kalten kommt uns der Schmerz.Im Nassen gleiten wir weg,Bis nach Bombay, wo wirDie Tanker zerlegen,Mit bloßen Händen.(Du kommunistischer Knochen)An Stricken den SchweißbrennerIn der Schrottmühle für die alteUnd neue Welt.Ein bißchen sozial-smoothSagt der DrummerUnd tracktiert die Becken,Der Trommelschule, in derWir wieder das Hopsen lernenVon dem weißen NegerMit dem Mangel an Pigment.Habe mich entkernt !Langsam sage ich mir nochDer Job:Immer ziehts mich zu demJob,Zu den Brüdern,Zu den Jobbrüdern.Halte den Engel im Würgegriff,Mir zu gestatten,Eine irdische Existenz.Vorstrafen?Vorstrafen keine!Zrób toWci¹¿ ci¹gnie mnie doBrudnej robotyW wilgoæ, ch³ód, ciemnoœæSpotykam tam gnojkówZ którymi jestem za pan brat.W ciemnoœci ogarnia nas czerñ.W ch³odzie dopada ból.W wilgoci œlizgamy siê w dal.A¿ do Bombaju, gdzieDemontujemy tankowiecGo³ymi rêkoma(Ty komunistyczny szkielecie)Palnikami bawimy siê w dzierganieW m³ynie pe³nym z³omu staregoI nowego œwiata.Potañczmy troszkêMówi perkusistaI uderza w talerz,Szko³y bêbniarzy, gdzieBia³y murzynKtóremu zabrak³o pigmentuZnów uczy nas podskakiwaæ.W œrodku jestem pusty!Powoli mówiê sobie jeszczerobota:Wci¹¿ ci¹gnie mnie doTej roboty,Do tych, z którymi za pan brat,Do tych, z którymi tam za pan brat.Trzymam anio³a w œmiertelnym uœcisku,Pozwalam sobie,Taki doczesny byt.Karany?Nie, nie karany!92


Rainer VangermainStand by, YogiKommt die Liebe den Berg herunterSitz ich am FußeUnd warte auf sie.Steige nicht hinaufIn die dünne Luft der HöheSie zu erobern.Ein Talgestürzter ist geheiltVon der Sucht nach schwindelnder HöheRäusche kommen als Lawine ins Tal.Bewege dich nichtWas du brauchstKommt vorbei.Stand by, YogiB¹dŸ czujny YogiStacza siê z góry mi³oœæJa siedzê u stópCzekamNie wspinam siêW rzadkie powietrze na wysokoœciachBy j¹ zdobyæJeden podszyty zwierzem uleczonyZ chorobliwych sk³onnoœci do wysokichz³udzeñUpojenia schodz¹ w dó³ jak lawiny.Nie ruszaj siêTo czego szukaszZdarza siê tu¿ obokB¹dŸ czujny, YogiPrzek³ad Grzegorz Gorzechowski93


Adam Wojciech BagiñskiUrodzi³ siê w 1940 roku w Toruniu. W latach 1961-66 studiowa³ na Wydziale Sztuk PiêknychUniwersytetu Miko³aja Kopernika w Toruniu, uzyskuj¹c dyplom w pracowni prof. Stanis³awaBorysowskiego. W 1967 r. zwi¹za³ siê z Zielon¹ Gór¹, gdzie mieszka do dziœ. W twórczoœci artystydominuje malarstwo olejne i akwarele. Tworzy tak¿e obiekty i instalacje.Wystawy indywidualneSwe prace eksponowa³ na 32 wystawach indywidualnych w galeriach, muzeach, salach wystawowychw kraju i za granic¹, m.in. Zielona Góra (1969, 1978, 1981, 1984, 1987, 1989, 1993, 1997, 1999,2000); Niemcy – Achim (1991); Kraków 1992; Niemcy – Verden (Rathaus) 1992, 1995; Niemcy –Ulcen (Heimatmuseum) 1993; I³awa 1994; Niemcy - Zeven (Galerie im Ratskeller) 1995; Niemcy –Bremen (Janusz Korczak Haus) 1995; Niemcy Cottbus (Wendischer Museum) 1996 (wystawa podczasTargów „Kraje i regiony œwiata”); Pary¿ 1996; Austria- Ried in Inkreis 1996; Sulechów – Galeria 241997; Gubin – Galeria Ratusz 2000; Sulêcin 2001; Gorzów 2002, Ko¿uchów (Galeria Zamkowa) 2005Zrealizowane obiekty i instalacje1991 – instalacja plastyczna w otwartej przestrzeni z okazji Dni Zielonej Góry; 1992 – realizacja obiektówi dzia³ania plastyczne do spektaklu pt. „Cieñ” (sala Arlekin – WiMBP Zielona Góra); 1995 - realizacjapt. „Zmiennoœæ” III Europa Biennale Niederlausitz (Pritzen, Niemcy); udzia³ w wystawach zbiorowychw kraju i za granic¹Uczestniczy³ w ok. 80 wystawach, m.in.:Zielona Góra BWA Salony Jesienne (1971-1983, 2003-2005); Warszawa „Zachêta – OgólnopolskaWystawa Marynistyczna „Barwy Morza” (1981); Zielona Góra „Z³ote Grono” 1981; Heidelberg 1983;Elbl¹g Galeria L 1985, 1988; Poznañ – INTERART 1986, 1987; Lublin – Triennale Akwareli 1990,1993, 1996; Matera (W³ochy) Miêdzynarodowy Konkurs Malarstwa 1990-1991; Lipsk 1994, ZevenGalerie im Ratskeller 1996, Bydgoszcz BWA „Aqua Fonts Vitae” 1999, Bruksela – siedziba UE 2000;wystawy poplenerowe: Rzeszów BWA, Lwów Muzeum, £añcut 2005Leszek KaniaJubileusz malarzaPrzyjaciele i mi³oœnicy twórczoœci AdamaBagiñskiego t³umnie przybyli na paŸdziernikowywernisa¿ artysty zorganizowanyw salonie wystawowym zielonogórskiej biblioteki.To z pewnoœci¹ miara popularnoœcimalarza, obchodz¹cego w tym roku okr¹g³¹rocznicê 40-lecia pracy twórczej. Spodziewanosiê zatem dostojnej, retrospektywnejekspozycji w muzealnym stylu. Tymczasemjubilat zaskoczy³ wszystkich, rezygnuj¹c programowoz odkurzania wspomnieñ, na rzeczprezentacji dzie³ powsta³ych w ostatnichlatach. W sumie naliczy³em oko³o szeœædziesiêciuprac. Wyj¹tek stanowi³ jedynie wizerunekma³¿onki autora, namalowany bodaj¿ew 1986 roku, antycypuj¹cy w znacznymstopniu jej obecny wygl¹d, co potwierdzi³owielu wernisa¿owych goœci. Trzeba przyznaæ,94


Akwarele, 2002-2006


Bez tytu³u, 80x100, olej, p³ótno, 2005Bez tytu³u, 50x70, olej, p³ótno, 2004


Bez tytu³u, 81x72, olej, p³ótno, 2005Bez tytu³u, 60x81, olej, p³ótno, 2001


Adam Bagiñski, salon wystawowy WiMBP, Zielona Góra 2006


¿e wystawa sprawia³a wra¿enie bardzospójnej w odniesieniu do tematu i ogólnejatmosfery poszczególnych przedstawieñ.Oprócz kilku portretów, w zdecydowanejwiêkszoœci by³y to pejza¿e, stanowi¹ce odpocz¹tku g³ówny przedmiot jego malarskichzainteresowañ. Bagiñski z determinacj¹i godnym podziwu uporem wielokrotniepowraca do tego motywu, analizuj¹c krajobrazna rozmaite sposoby. G³ównie za pomoc¹farb olejnych i akwareli, którymi pos³ugujesiê nadzwyczaj biegle, osi¹gaj¹c w³asny,³atwo rozpoznawalny „charakter pisma”.Najnowsze obrazy wydaj¹ siê na pierwszyrzut oka „³adne” i „estetyczne” w potocznymi pozytywnym znaczeniu tych s³ów. Nie jest tojednak¿e estetyka w rozumieniu galanteriimalarskiej, kojarzonej z typowymi „landszaftami”zalegaj¹cymi galerie.Adam Bagiñski w swoich poszukiwaniachi sposobie pracy przypomina mi dalekowschodnichmistrzów pêdzla, dla którychmalowanie obrazów nie by³o wy³¹czniesposobem komunikacji, ale przede wszystkimrodzajem automedytacji maj¹cej na celuuzewnêtrznienie artystycznej duszy. Senstworzenia oddaj¹ dobitnie s³owa samegomalarza, zapisuj¹cego od pewnego czasuw³asne myœli : „Malarstwo jest dla mnie form¹rozmowy z samym sob¹, wyrazem kondycjipsychicznej, prób¹ przekazu ró¿nychstanów emocjonalnych wyra¿onych w formiei kolorze. To forma poznawania siebie i œwiata,która daje mi mo¿liwoœæ dzielenia siêswoimi prze¿yciami z odbiorc¹”. Twórczoœæta wynika niew¹tpliwie z fascynacji natur¹,stanowi¹c syntetyczn¹ rejestracjê zauwa¿onychzjawisk. Nie polega na dos³ownym powtarzaniu,kopiowaniu lub odtwarzaniu obserwowanejrzeczywistoœci. Nie jest te¿ do koñcaabstrakcj¹. To raczej poetycka relacja,impresja. Twórczy dialog z natur¹, któraw swojej istocie jest dynamiczna i zmienna.Przyjêta przez malarza koncepcja ma swoj¹genealogiê w sztuce wielkich pejza¿ystów,przede wszystkim Williama Turnera i Claude´aMoneta, którzy jako pierwsi potrafili zanotowaæna p³ótnie efemeryczne i ulotnezjawiska atmosferyczne. Wp³ywy te s¹ czytelne,lecz nie wynikaj¹ z chêci naœladownictwa.Dominuj¹ca jest tu bowiem szczeroœæi autentycznoœæ wypowiedzi, poparta indywidualn¹,wypracowan¹ przez lata form¹.Najistotniejsz¹ funkcjê w tym malarstwiepe³ni kolor. On buduje przestrzeñ, okreœlaspecyficzn¹ aurê oraz temperaturê emocjonaln¹poszczególnych kompozycji. Artystamaluje przewa¿nie z pamiêci, w zaciszu pracowni,korzystaj¹c z akwarelowych szkicówwykonywanych bezpoœrednio w plenerze.Przedstawia zapamiêtane widoki lub fragmentykrajobrazu w postaci barwnych smugi plam. Stosuje ró¿ne tonacje kolorystyczne,zarówno „ciep³e” jak i „zimne”, w zale¿noœciod przedstawianego motywu. Stara siê utrzymywaæobraz w ograniczonej gamie barwnej,która narzuca atmosferê i nie zak³óca rysunkuformy. Poprzez odpowiednie zestawieniai grê kontrastów sugeruje okreœlone kszta³typodpatrzone w przyrodzie. Kolejne warstwylaserunków i przemalowañ uk³adaj¹ siê w pulsuj¹cep³aszczyzny kolorów przywo³uj¹ce skojarzeniaz niebem, ziemi¹ czy roœlinnoœci¹.Materialnoœæ u¿ytej farby z widocznymi œladamipêdzla tworzy ekspresyjny ¿ywio³ pe³enpowietrza i œwiat³a. W rozedrganej, wibruj¹cejmaterii tych obrazów widz bez trudumo¿e doszukaæ siê pierzastych chmur,refleksów s³oñca na wodzie czy rozleg³ychobszarów ³¹k i lasów. Odnajdzie te¿ licznepanoramy Zielonej Góry, uchwycone w ró¿-nych porach roku. Jest to oczywiœcieprzetworzona, w³asna wizja œwiata. Na tylejednak sugestywna i przekonywuj¹ca, ¿eprowokuje odbiorcê do g³êbszych refleksjizwi¹zanych z postrzeganiem i odczuwaniemnatury.Bagiñski w motywach pejza¿owych odnajdujepierwiastki metafizyczne. W zwyczajnychwydawa³oby siê elementach krajobrazuwidzi harmoniê i porz¹dek kosmiczny.Dostrzega w nich fundamentalne prawdyzwi¹zane z sensem istnienia – tajemnicê¿ycia, jego przemijanie i ponowne odradzanie.Nale¿y wiêc zauwa¿yæ, ¿e ów transcendentnyaspekt poszukiwañ malarza przek³adasiê na swoist¹ energetycznoœæ realizowanychprzez niego prac. Nie¿yj¹ca ju¿znakomita wroc³awska poetka, MariannaBocian, pisz¹c kiedyœ o jego obrazach trafniezauwa¿y³a, i¿ ods³ania on i wizualizuje„duchow¹ istotê Jestestwa cz³owieka, któranie zosta³a zabita w naszej teraŸniejszoœci”.Niewielu wspó³czesnych artystów posiadaten rodzaj wra¿liwoœci. Dlatego te¿ postawazielonogórskiego malarza cierpliwie i konsekwentniepod¹¿aj¹cego wytyczon¹ przed latytwórcz¹ drog¹ musi budziæ uznanie.PREZENTACJE95


Izabela TaraszczukSzukaj¹c siebie.Malarstwo Adama W. BagiñskiegoMalarstwo pejza¿owe liczy sobie wiêcejni¿ kilka stuleci. W wiekach œrednich i epoceRenesansu pozostawa³o t³em dla postaciœwiêtych lub mo¿now³adców. By³o zaledwiet³em, chocia¿ dziœ trudno sobie wyobraziæMona Lisê lub Dürera zamkniêtych w czterechœcianach. Niderlandzcy mistrzowiepêdzla uczynili zeñ równorzêdnego bohaterap³ócien. Ogl¹daj¹c dzie³a Ruysdaela trudnopomniejszyæ rolê krajobrazów w przepysznejszacie ka¿dej z pór roku. Romantycy posunêlisiê o krok dalej i przyznali pierwszeñstwopejza¿om. I tak Caspar David Friedrich nanowo przypomnia³ o przemijaniu, maluj¹cma³e postaci, zwrócone – nie buñczuczniebynajmniej – do widza plecami.XX wiek ukry³ pejza¿ poprzez geometryzacjê,rozsypa³ na cz¹stki, irytuj¹c czasem konserwatywnychmi³oœników sztuki. Co wiêcej,nada³ tak awangardowym wczeœniej impresjonistommiano klasyków.Co widzi cz³owiek wspó³czesny, przystaj¹cydziœ przed obrazami Adama W. Bagiñskiego?Barwy, które frapuj¹. Barwy, które uk³adaj¹siê w pejza¿. Lub pejza¿ przechodz¹cy w barwy.Miêkkie kontrasty, pasa¿e odcieni, b³êkity,ró¿e, ciep³e br¹zy i energetyczn¹ zieleñ.Czasem pojawi siê smutek czerni, echozbiorowych tragedii. Akwarele i oleje te(niepo)koj¹. Zaledwie kilkanaœcie p³ócienartysta opatrzy³ tytu³ami. Niektóre podpowiadaj¹okolice malowniczej Ziemi Lubuskiej.Domy, ratuszowe wie¿e, sylwetki œwi¹tyñkróluj¹ cichutko, pozwalaj¹c krajobrazowejprzestrzeni graæ pierwsze skrzypce. Pejza¿ewyczekuj¹ pytañ. Credo Adam W. Bagiñskizawar³ w uchwyceniu fragmentu I zmiennoœci.Ona bowiem jest... sta³a. Tutaj prowokuje dynamicznoœci¹,wabi kolorystyk¹. Czekoladowybr¹z przeistacza siê w wydmê lub staje siêsitowiem. Barwna mozaika jest tym czytelniejsza,im bardziej siê od niej oddalamy. I ¿artujeponownie, gdy z bliska szukamy szczegó³ów.Jak „Postaæ” z bzowego autoportretu.Jaki jest pejza¿ zielonogórzanina z Torunia?Poetycki, czarowny, szepcze sobie panteistycznie.Nieuchwytny. To portret Stwórcyukrytego w przyrodzie. Mistrz nie udzielaszybkich odpowiedzi. Mo¿e znajdziemy jew nas samych?96


OBRAZY PROWINCJI SZLACHECKIEJJaros³aw Kuczer„Kapita³ cywilizacyjny”szlacheckoœci na Œl¹sku 1Tworz¹c obraz szlachty ka¿dego z europejskichregionów nale¿y zdawaæ sobie sprawêz – w pewnym stopniu – uniwersalnegofunkcjonowania tego stanu w odniesieniu doca³ej Europy. Uniwersalizm ten by³ naturalniesilny zarówno w odniesieniu do spo³eczeñstwanobiles zamieszkuj¹cego okreœlone prowincje,tzw. „czêœci ustrojowe” 2 , pañstwa, a nawetca³e kontynenty. Wyrazem potencja³u kulturowegoszlachty by³y z pewnoœci¹ stworzoneprzez ni¹ formy „kapita³u cywilizacyjnego”takie jak hierarchia stanowa powsta³a w oparciuo wzorce czeskie oraz silne przekonanieo w³aœciwym sobie pochodzeniu, prawo dolegitymowania siê przypisanym do nazwiskaherbem, czy tradycja polityczna posiadaj¹caoparcie w obyczaju ¿ycia publicznego.Szczególnie istotnymi wyró¿nikami pozostawa³yformowanie i trwa³oœæ kompleksówmaj¹tków ziemskich, struktura i wp³yw na stosunkireligijne w regionie a nawet tak charakterystyczne,omawiane czêœciowo na ³amachkwartalnika „Pro Libris” zjawisko, jak tradycjeosiad³ego trybu ¿ycia 3 . W efekcie wszystkieone wp³ynê³y na wytworzenie siê trudno dziœuchwytnej, acz indywidualnej mentalnoœci1 Artykuł oparty został o wyniki badań prowadzonych nad problemem szlachty śląskiej w okresie nowożytnym XV-XIX w.na Uniwersytecie Zielonogórskim pod kierunkiem prof. Wojciecha Strzyżewskiego.2 K. Orzechowski, Historia ustroju Śląska 1202-1740, Wrocław 2005, s. 11-12.3 J. Kuczer, Szlachta w życiu społeczno-gospodarczym księstwa głogowskiego w epoce habsburskiej (1526-1740),[w druku]; Idem, Siedziby szlacheckie księstwa głogowskiego w okresie 1526-1741, „Pro Libris”, 15: 2006, nr 2, s. 97-104.OBRAZY PROWINCJI SZLACHECKIEJ97


szlachty tak dolnoœl¹skiej, brandenburskiej,wielkopolskiej, jak i ³u¿yckiej, która z uwagina silne kontakty rodzinne w regionie pozostawa³aprawdopodobnie w du¿ej mierzewspólna.W zamyœle redakcji przedstawiony artyku³otwiera seriê tematyczn¹ poœwiêcon¹ dziejomposzczególnych rodzin szlacheckich ziemi,która w literaturze historycznej okreœlana jestmianem Œrodkowego Nadodrza, czy pograniczaœl¹sko-wielkopolsko-bradenburskiego.Pojêcie to odnosi siê przede wszystkim do krajówKorony Czeskiej, monarchii habsburskiej,Marchii Brandenburskiej, Królestwa Pruskiegoi wreszcie po 1569 r. RzeczypospolitejObojga Narodów. Punkt ciê¿koœci rozwa¿añokreœlaæ bêdzie przede wszystkim coraz czêœciejpodnoszony problem dziejów rodzinszlacheckich, do 1945 r. zamieszkuj¹cychobszar i tworz¹cych strukturê kulturow¹ prowincjipó³nocnoœl¹skiej.„Wytworne” pochodzenieW rodzinie szlacheckiej pogl¹d na pochodzeniei wyobra¿enia o przesz³oœci familiarnejczerpano czêsto z konstrukcji mitycznych,które mia³y uprawomocniæ rodowód. Takpowsta³y liczne, mityczne legendy herbowe,pocz¹tki rodów upatruj¹ce w okresie staro¿ytnym.By³a to zreszt¹ kontynuacja œwiadomejkoncepcji dziejów XVI- i XVII-wiecznegokronikarstwa. Tendencja ta przekszta³ci³a siênastêpnie w starania o uzupe³nienie wywodówgenealogicznych 4 . Przyk³adowo Bergowieposzukiwali swych korzeni w Tyrolu, kronikarzSchönaichów, Peter Fietz, powo³anyw 1600 r. do prac nad uœwietnieniem pamiêcirodu ”odnalaz³” pocz¹tek rodu w bitwiepomiêdzy Cheruskami a legionami rzymskimiw Teutoñskim lesie. Kottwitzowie z koleipochodziæ mieli od austriackiego domuksi¹¿êcego (Fürstenhause) 5 . Powstawa³y wiêcnie tylko podania, czy legendy, ale aktualnei czytywane, pieczo³owicie przechowywanew prywatnych archiwach, swego rodzaju kroniki6 .W rzeczywistoœci osadnictwo rycerstwaw prowincji by³o procesem ci¹g³ym, którynasila³ siê w okreœlonych okolicznoœciach,których odtworzenie nastrêcza wiele trudnoœci.Pierwszym takim momentem by³ trwaj¹cynieco ponad sto lat okres wojen, toczonych odpo³owy XIII w., przez piastowskich ksi¹¿¹tŒl¹ska, których dwory przyci¹ga³y du¿¹ liczbêrycerstwa 7 . Nastêpnie krótki i niestabilnyokres wzrostu wp³ywów polskich na prze-³omie XV i XVI w., który wysuniêty musi byæw znacznej mierze jako postulat badawczyi jego nazwanie zwi¹zane jest raczej z obserwacjami,ni¿ modelowym przygotowaniemtematu. Umown¹ cezur¹ trzeciego okresu, takw historiografii polskiej, czeskiej jak i niemieckiejokaza³a siê wojna trzydziestoletnia,a œciœlej data bitwy na Bia³ej Górze w 1620 r.Po st³umieniu powstania czeskiego cesarzFerdynand II (1619-16137) przyj¹³ bowiempodstawowe priorytety polityki wewnêtrznejpañstwa, opartej na tworzeniu stronnictwaurzêdniczej szlachty katolickiej 8 .W pierwszym i drugim okresie migracjerozpoczyna³y siê z w³adztw terytorialnychMiœni, Turyngii, Górnych i Dolnych £u¿yc,czy Pleißenlandu. W dalszej kolejnoœci przybywanoz Anhaltu, Starej Marchii, ale równie¿Brunszwiku, Westfalii, Hesji, wschodniejFrankonii, Bawarii, Szwabii, Badenii,Wirtenbergi, a tak¿e z okolic dolnego Renu,Czech i Moraw 9 . Pojawili siê wówczas Schenckendorfowie,Haugwitzowie, Sommerfeldowie,4 M. Tobiasz, Szlachta i możnowładztwo w dawnej Polsce, Kraków 1945, s. 7-12.5 A. Förster, Geschichtliches von den Dörfern des Grünberger Kreises. Aus den besten vorhandenen Quellen und eigenerBeobachtung und Erfahrung zusammengestellte Erinnerungsbilder, Grünberg 1905, s. 219.6 J. Schickfuss, New vermehrte Schlesische Chronika und Landesbeschreibung bis 1619, Jena-Breslau 1625, ks. 2, s. 102.7 T. Jurek, Księstwo głogowskie pod rządami synów Konrada I (1273-1290), „Sobótka”, 42: 1987, s. 395-410; Idem, Obcerycerstwo na Śląsku do połowy XIV w., Poznań 1998, Katalogi rodzin, 191-313.8 J. Kuczer Hrabiowie von Dünnewald jako właściciele majątku Zabór (1669-1718). Przykład osadnictwa szlachty tytularnejw księstwie głogowskim po wojnie trzydziestoletniej [w:] Szlachta na Śląsku. Władza, kultura, wizerunek własny, red.J. Harasimowicz [w druku].9 M. Gumowski, Rycerstwo śląskie w dobie piastowskiej, Katowice 1937, s. 36.98


Dohnowie, Rechenbergowie, Zedlitzowie,Rothenburgowie, Grünbergowie, Gersdorfowie,Kittlitzowie, Kreckwitzowie, Landeskronowie,Niebelschützowie, Nostitzowie, Prittwitzowie,Köckeritzowie, Seidlitzowie, Glaubitzowie,Benowie 10 .Na omawiany przez nas obszar w okresieXIII i XIV w. przyby³ specyficzny konglomerat,sk³adaj¹cy siê z przedstawicieli starychrodzin rycerskich oraz – jak obliczy³ T. Jurek– ministeria³ów. W odniesieniu do Œl¹ska stosunekten przedstawia³ siê ok. 15% dla pierwszejgrupy i a¿ 80% dla drugiej 11 . Ministeria³owiebyli ludnoœci¹ obarczon¹ niewol¹osobist¹ wobec panów, w ramach spo³ecznoœcirycerskiej zajmuj¹c najni¿sze, s³u¿ebnemiejsce. Jeœli wœród rycerstwa wy¿szegospotkaæ mo¿na szlachtê dynastyczn¹, to ministeria³owiebyli ludnoœci¹ ubog¹, szukaj¹c¹na terenach objêtych migracj¹ Ÿróde³ utrzymania12 . Odsetek mieszczan podaj¹cych siê zarycerzy wynosi³ od 2 do 3%. Mo¿liwe, ¿e w tejgrupie pojawiali siê i ch³opi, którzy podobniejak mieszczanie nieprawnie podszywali siêpod rycerstwo. Odsetek zaœ zamo¿nychmigrantów siêga³ zaledwie 30%.W okresie trzecim, w wieku XVII na Œl¹skprzybywa³a wsparta materialnie szlachta tytularna.Zas³u¿eni w wojnach cesarstwa genera³owie,wówczas ju¿ baronowie i hrabiowie,otrzymywali najwiêksze maj¹tki ziemskieoraz mianowanie na urzêdy œl¹skie. Z najdalszychstron Europy przybyli Dünnewaldowie,posiadaj¹cy swe pierwotne dobra w Luksemburgu,Fernemontowie, którzy zjawili siê naŒl¹sku via Niderlandy, francuscy d’Hautoisle Bronne czy Leschcoraultowie.NazwiskoO zamkniêciu formy nazwiskowej mo¿namówiæ dopiero od XVII w. 13 Nazwiska szlachtyniemieckiej by³y nazwiskami odmiejscowymimaj¹cymi na celu okreœlenie przynale¿noœcioœrodka, z której wywodzi³a siê dana osoba.St¹d predykat „von”, czy rzadziej „de”poprzedzaj¹ce nazwê miejscowoœci, z którejwywodzi³ siê ród. W przypadku posiadanianowej siedziby rodowej na Œl¹sku dopuszczalnyby³ te¿ zwrot „von… und zu…”, czasemstruktura ta rozbudowywana by³a w miarêuzyskiwanych tytu³ów i mog³a brzmieæ jakw przypadku Dünnewaldów: Graffen vonDünnewald, Freiherren auf Nybelhorst undStengelohn, Herren zu Sabor (hrabiowie vonDünnewald, baronowie na Nybelhorsti Stengelohn, panowie na Zaborze) 14 .Podobnie jak w przypadku dowodów nastaro¿ytnoœæ rodziny, atrakcyjnym podkreœleniemodrêbnoœci stanowej i elementembudowania systemu wartoœci szlacheckichsta³a siê id¹ca z nimi w parze konceptualizacjaformy nazwiskowej. I tak na przyk³adRechenbergowie otrzymaæ mieli nazwisko ods³ów wypowiedzianych przez Henrykag³ogowskiego wycofuj¹cego siê z nieokreœlonegowzgórza w czasie bitwy pod Legnic¹(1241): „rache den Berg” 15 . Protoplast¹ Schönaichówsta³ siê jeden z wojów bior¹cychudzia³ w bitwie po stronie króla MarkomanówMarbota, który pad³ ranny – co by³oszczególne dla proweniencji nazwiska – „poddêbami”. Wed³ug wspomnianego kronikarzaP. Fietza, król pasowa³ œmia³ka na rycerza i da³mu nazwisko Schönaich, co znaczy³o w³aœnie10 H. Knothe, Geschichte des Oberlausitzer Adels und seiner Güter vom XIII. bis gegen Ende des XVI. Jahrhunderts, Leipzig1879, s. 313; T. Jurek, op. cit., s. 245; J. Sinapius, Schlesische Curiositäten erste Vorstellung…, t. 1, Leipzig 1720, s. 27;Codex Diplomaticus Silesiae (dalej: CDS), t. 28, s. 56 i 76, t. 31, s. 19; Lehns- und Besitzurkunden Schlesiens und seinereinzelnen Fürstenthümer im Mittelalter, wyd. C. Grünhagen, H. Markgraf, t. 1, Leipzig 1881, s. 201.11 T. Jurek, op. cit., s. 35-40.12 Meyers Konversations-Lexikon. Ein Nachschlagwerk des allgemeinen Wissens, t. 1, Leipzig-Wien 1895, s. 118; M.Cetwiński, Rycerstwo śląskie do końca XIII w., t. 1, Wrocław 1980, s. 25-26; idem, Pochodzenie i więzi krwi rycerstwaśląskiego, [w:] Społeczeństwo Polski średniowiecznej, t. 1, Warszawa 1981, s. 50-51; R. Barber, Rycerze i rycerskość,Warszawa 2000, s. 31-32 i 52.13 J. Matuszewski, Polskie nazwisko szlacheckie, Łódź 1975, s. 13, 25, 28, 46-47.14 Por.: Archiwum Państwowe w Zielonej Górze, Majątek Zabór, sygn. 57-66.15 K. Gustav, H. Berner, Schlesische Landsleute. Ein Gedenkbuch hervorragender, in Schlesien geborener Männer undFrauen aus der Zeit von 1180 bis zur Gegenwart, Leipzig 1901, s. 42.OBRAZY PROWINCJI SZLACHECKIEJ99


„piekny d¹b”, a w herbie wieniec dêbowyz czterema czerwonymi wstêgami. Co ciekawena terenie Rzeczypospolitej rodzina przyjê³anazwisko Krasnodêbskich 16 .„Domy” i „linie”genealogiczneNa Œl¹sku wyró¿niamy domy rodzin,których drzewo genealogiczne rozchodzi³o siêna poszczególne linie. Ich liczba by³auzale¿niona od biologicznej si³y rodziny,a czasem od podzia³ów maj¹tkowych w jej³onie. Dominowa³y rodziny, których rdzeñopiera³ siê na jednym domu, choæ by³y i legitymuj¹cesiê dwoma, trzema, a nawet czterema,piêcioma i szeœcioma domami nie tylkowystêpuj¹cymi w ksiêstwie, ale i bior¹cymiw nim swój pocz¹tek. Choæ dane domy i linieskupia³y w zasadzie jedn¹ rodzinê, to charakterystycznymelementem odró¿niaj¹cym je odsiebie by³ czasem fakt dalszego pokrewieñstwaoraz poczucia odrêbnoœci terytorialno-maj¹tkowej.Ich nazwy bra³y zwyczajowopocz¹tek od nazw posiadanych maj¹tkówi miejscowoœci stanowi¹cych centra ¿ycia takrodzinnego jak i gospodarczego dóbr. Czasemte¿ stosowano nazwê opisow¹, tzn. w nazwiedanego domu pojawia³y siê nazwy kilkuwiosek posiadanych przez rodzinê. Ewidentnietak okreœlano poszczególne domy rodzinPusch, Sack oraz Troschke. U³atwia³o toznacznie przyporz¹dkowanie danej rodziny doszlachty ksiêstwa i eliminacjê szlachty z ni¹nie zwi¹zanej, b¹dŸ pozostaj¹cej w przelotnychjedynie kontaktach na jego terenie 17 .Znamienny by³ fakt podkreœlania swoichwywodów genealogicznych w linii prostej odposzczególnych protoplastów linii œl¹skich,choæ w istocie korzenie te siêga³y przecie¿dalej œredniowiecznych Niemiec. Za protoplastêdanego rodu, rodziny, czy nawet domuheraldycznego uznawano bowiem pierwszegopoœwiadczonego-osiad³ego przedstawicielarodziny na danym terenie.NobilitacjaPocz¹tkowo szlachta i inni „osiadli naziemi” (Landsassen) stawali siê lennikamiz faktu wykonywania pos³ug o charakterzemilitarnym (Roßdienst). Od XIV w. jednakpojawi³ siê obowi¹zek naniesienia lennika doksiêgi lennej (Lehnsbuch). Takie zasadyobowi¹zywa³y równie¿ szlacheckich agnatówrodzin œl¹skich. Równoczeœnie szlachta stara³asiê ograniczyæ mo¿liwoœci mieszczañstwazwi¹zane z przekraczaniem granic stanowychi w 1650 r. cesarz postanowi³ i¿ jedyniedyplom szlachecki (Adelsdiplom) uprawniaæmia³ do dysponowania prawami stanudrugiego oraz wpisem do metryki ziemskiej.Droga do stanu szlacheckiego prowadzi³aprzez nobilitacjê, indygenat i inkolat. Nobilitacjakrólewska bowiem musia³a uzyskaæoficjalne potwierdzenie zgromadzenia stanówposzczególnych ksiêstw œl¹skich – sejmikówziemkich 18 . Awans spo³eczny by³ tu jednak³atwiejszy ni¿ w Polsce. Nobilitacjê mo¿naby³o otrzymaæ za zas³ugi zawodowe, naukowe,za d³ugoletni¹ pracê w administracjipañstwowej, czy miejskiej itp. Mog³a byædziedziczna lub nadawana ad personam (bezprawa dzedziczenia). Owo rozwi¹zanie wynika³oz próby ograniczenia dostêpnoœci, niesprawdzi³o siê jednak, gdy¿ po œmierci nobilitowanegojego dzieciom wystawiano z regu³ydokument potwierdzaj¹cy szlachectwo. XViXVI-wieczne nobilitacje œl¹skie sprowokowa³ypowstanie podzia³u na tzw. star¹ Uradel16 APW, Stowarzyszenie Szlachty Niemieckiej (dalej: SSN), sygn. 529, Kurze Geschichte Unseres Hauses, s. 112-138; C.F.Michaelis, Rechtliche und Historische Entwicklung der Verhältnisse der Lehn- und Fidei-Commis-Herrschaften Amtitz undMöllendorf und Rechte des jedesmaligen regierenden Fürsten zu Carolath-Beuthen auf dieselben, Glogau 1832, s. 4; L.Maenner, Prinz Heinrich zu Schoenaich-Carolath ein parlamentarisches Leben der wilhelminischen Zeit (1852-1920),Stuttgart-Berlin 1931, s. 13.17 Za J. Sinapiusem przyjęto termin „dom”, od niem. „Haus” oraz „linia” – „Linie”, hierarchicznie niższą w stosunku do„domu”: J. Sinapius, op. cit, t. 1-2.18 W Rzeczypospolitej do stanu szlacheckiego można się było przedostać jeszcze przez tzw. adopcję, por.: A. Wyczański,Szlachta polska w XVI w., Warszawa 2001, s. 25.100


i now¹ Briefadel 19 . Charakterystyczna dla zamykaniasiê stanu szlacheckiego by³a pewnaopiesza³oœæ kulturowa spowodowana si³¹i dynamik¹ dzia³añ mieszczañskich. Podstawow¹zasad¹ dotycz¹c¹ szlachty œl¹skiej by³oporzucenie zajêæ niegodnych temu stanowi.Nobilitowany mieszczanin oficjalnie nie móg³figurowaæ miêdzy szlacht¹, dopóki nie porzuci³miejskich zajêæ oraz nie wszed³ w posiadaniedóbr rycerskich (1714) 20 .Kolejnym etapem integracji w ramachstanu by³y starania o indygenat ksiêstwa, czylipotwierdzenie szlachectwa w odniesieniu dokonkretnego terytorium. Trzeci próg, czyliuzyskanie inkolatu, zwi¹zany by³ ze staraniamio osiedlenie siê i prawem nabycia maj¹tkugruntowego. Zarówno indygenat, jak i inkolatwydawane by³y przez gremia sejmikówziemskich ksiêstw. W tym celu nale¿a³o wystaraæsiê o wpis do metryki ziemskiej,stanowi¹cej spis posesjonatów ksiêstwa z zaznaczeniemposiadanego maj¹tku. Procederów pozostawa³ doœæ skomplikowany w przypadkuszlachty obcej, choæ prosty w stosunkudo szlachty miejscowej. Na omawianym terenieindygenat by³ jakby wyra¿eniem swoistejakceptacji i rozpoznaniem nobilitacji królewskiej21 .Indygenat polski wystawiany szlachcieobcej w Wielkopolsce stanowi³ natomiasto potwierdzeniu szlachectwa na zasadzieodnowienia posiadanego ju¿ tytu³u. By³o tozwi¹zane m.in. z wykszta³ceniem siê po obustronach granicy podstawowych ró¿nicinstytucjonalnych. W Rzeczypospolitej od1669 r. obowi¹zywaæ mia³ ponadto tzw.Skartabellat, czyli tzw. „œwie¿o uzyskaneszlachectwo, uprawniaj¹ce do korzystaniatylko z czêœci przywilejów szlacheckich,np. bez prawa piastowania urzêdów do trzeciegopokolenia” – czyli preciso scartabelatus.Na uwagê zas³uguje polska praktykatzw. delacji i pojawienie siê postaci delatora– oskar¿yciela w sprawach o naganêszlachectwa 22 .HerbWyznacznikiem przynale¿noœci do szlachtyw okresie nowo¿ytnym prócz pochodzenia odpotomków rycerskich sta³ siê herb. Wyrazherb by³ pokrewny terminom arbi, arf, erwe,erbe, herbe, które wywodzi³y siê od pojêæw³asnoœciowych zwi¹zanych z terminologi¹dotycz¹c¹ spadków gruntowych. God³o herbowewystêpowa³o pocz¹tkowo wprost w polupieczêci, w drugiej po³owie XIII w. otrzyma³otarczê, a w XIV w. he³m, labry i klejnot. Ichrozpowszechnieniu s³u¿y³o przejmowanie herbówprzez wasali i szeregowe rycerstwo orazfakt, i¿ prawa herbowe – do XV w. w EuropieZachodniej – nie pozostawa³y definiowalneprzez struktury spo³eczne, lecz prawo do niegoposiada³ zarówno stan rycerski, mieszczañskii miasta, a nawet ch³opi (XIII w.), a daleji kobiety. Efektem podobnych procesówindywidualizacji i ewolucji herbu, by³o wykszta³ceniedwóch rodzajów gode³ herbowych,tzw. figur herbowych i mobiliów,które to formy rozwiniêcia estetycznegodoczeka³y siê dopiero w epoce Renesansu.Wyraz temu dali tacy twórcy jak Dürer,Cranach, czy Holbein m³odszy.Herby œl¹skie nie posiada³y swoich nazw,lecz zwi¹zane by³y z nazwiskami, a podobieñstwoherbów kilku rodów œwiadczy³oo ich wspólnym pochodzeniu. Ich god³a,barwy i klejnot mog³y ulec zmianie przy19 R. Sękowski, Herbarz szlachty śląskiej. Informator genealogiczno-heraldyczny, t. 1, Katowice 2002, s. 30 i 36.20 Österreichisches Staatsarchiv (dalej ÖS), Allgemeines Verwaltungsarchiv (dalej: AVA), Adelsakten, Standeserhebungenund Gnadenakte für das Deutsche Reich und die österreichischen Erblande bis 1806 sowie kaiserlich-österreichischenbis 1823 mit einem Nachträgen zum „Alt-Österreichischen Adels-Lexicon“ 1823-1918, t. 1, s. 31.21 Statuten und Willküren der Ritterschaft des Fürstenthum Glogau wegen des Lehnanfals, No. 6. a, 1513, [w:] F. Minsberg,op. cit., t. 2, s. 167; W. Konopczyński, Dzieje Polski nowożytnej, Warszawa 1996, s. 345.22 W. Dworzaczek, Schlichtingowie w Polsce. Szkic genealogiczno-historyczny, Warszawa 1938, s. 12-13; Słownik wyrazówobcych, opr. B Pakosz [i.in.], Warszawa 1993, s. 784; O. Balzer, Skartabelat – o ustroju szlachectwa polskiego, Kraków1911, s. 40-42; J. Tazbir, Kultura szlachecka w Polsce, Poznań 2002, s. 29; Herbarz polski Kaspra Niesieckiego, wyd. J.N.Bobrowicz, t. 1, Lipsk 1839-1846, s. 440-441; S. Mieroszowski, Kilka słów o heraldyce polskiej, Kraków 1887, s. 12-13.OBRAZY PROWINCJI SZLACHECKIEJ101


okazji przechodzenia szlachcica do szlachtytytularnej, potwierdzenia szlachectwa, czywystawienia innego dokumentu zwi¹zanegoze szlachetwem. Niekiedy dodawano dow³asnego herbu elementy nale¿¹ce do herbuspokrewnionego, czy wymar³ego innegorodu. Na Œl¹sku, jak i w ca³ym cesarstwie,w ten sposób wykszta³ci³o siê pojêciepierwotnego herbu rodowego (Stammwappen).Przy okazji noblitacji otrzymywanoWappenbrief, wydawany na koszt zainteresowanego.Zawiera³ on rysunek herbu i jegodok³adny opis. Staranie siê o „udostojnienieherbu”, czy po prostu jego wystawieniewynika³o z potrzeby upamiêtnienia swej obecnoœci,czy te¿ aspiracji politycznych, którepowinny byæ poparte wiedz¹ o w³asnejprzesz³oœci 23 .W Niemczech istnia³y nawet urzêdy, maj¹ceroztaczaæ ochronê prawn¹ nad herbami 24 .Odmiennie ni¿ to mia³o miejsce w Rzeczypospolitej,na Œl¹sku panowa³y zachodnioeuropejskiezasady heraldyczne stanowi¹ceo podporz¹dkowaniu danej rodziny jednemuznakowi herbowemu, a polski obyczaj heraldyczny,wed³ug którego szlachta tworzy³a tzw.rody herbowe, by³ niezrozumia³y. W formieherbu mia³y prawo pojawiaæ siê elementynowe zwi¹zane z przejœciem do szlachtytytularnej, b¹dŸ wynikaj¹ce z powtórnegoprzejmowania znaku od strony polskiej. Przyk³ademmo¿e byæ herb Ossorya, którympos³ugiwa³a siê rodzina von Stentsch z domuzarówno szczanieckiego, jak i Przytockiego 25 .Znaki herbowe œl¹skie zapo¿ycza³a zreszt¹i szlachta polska. Takich Wappen-Vetter na terenachwschodnich posiadali choæby g³ogowscyNostitze 26 .Hierarchia stanowaSzlachta œl¹ska nale¿a³a do szlachty czeskiej,która w XVII w. przyjê³a narzucone przezcesarza wzory niemieckie. D³ugo jeszczetytu³owa³a siê wiêc „rycerstwem” (Ritterschaft,milites), co wynika³o po czêœci z tradycjistanowych i przywo³ywania rycerskiegorodowodu jej cz³onków, jak równie¿ z faktuna³o¿onego na ni¹ obowi¹zku s³u¿by wojskowejoraz panuj¹cego w jej szeregach kultumilitarnego. Choæ kult ten z biegiem XVI w.w rzeczywistoœci zanika³, to widoczna by³ajego manifestacja przez elementy zewnêtrznedotycz¹ce ¿ycia kulturowego. Wyró¿niamycztery warstwy wykszta³conego stanuszlacheckiego. Najni¿sz¹ by³ zwyk³y stanszlachecki – nobiles, Adelschaft, czy zwyk³eAdel. Wy¿szym w stosunku do niego pozostawa³stan rycerski – Ritterschaft, w króregosk³ad wchodzi³y g³ównie rodziny o rodowodzieœredniowiecznym (Uradel). Obie grupywybiórczo zwane by³y manami (Mannen,Mannschaft).W XVI i XVII w. wykszta³ci³ siê podzia³na szlachtê ni¿sz¹ oraz wy¿sz¹. W sk³ad pierwszejwesz³a szlachta „zwyk³a” i rycerstwo 27 .Do warstwy wy¿szej, tzw. warstwy panów(Herrenstand), czyli szlachty tytularnej wyró¿niænale¿y zarówno wolnych panów, czylibaronów (Freiherren, Baron), jak i hrabiów(Grafen). Pewne egzemplum stanowili Schönaichowie,którzy w epoce fryderycjañskiej(1741) uzyskali najni¿szy – obok Herzogai Prinza – tytu³ ksi¹¿êcy: Fürst. Tytu³y przyznawanoosobom wybitnym, które odda³yznaczne us³ugi w s³u¿bie cesarskiej, dyplomatom,wysokim urzêdnikom dworu cesar-23 M. Bogucka, Dzieje kultury polskiej do 1918 roku, Wrocław 1987, s. 137.24 A. Kulikowski, Heraldyka szlachecka, Warszawa 1990, s. 16-19; J.S. Beckenstein, Kurze Einleitung zur Wappenkunst undzur Art des Blasonirens, St. Petersburg 1731, s. 4; J. Szymański, Herbarz średniowieczny rycerstwa polskiego, Warszawa1993, s. 7-12.25 W. Strzyżewski, Związki heraldyczne szlachty polskiej i niemieckiej na przykładzie wybranych rodów (XV-XVIIIw.),„Rocznik Lubuski”, 28: 1993, s. 85-86; Z. Leszczyc, Herby szlachty polskiej, Wrocław 1995, s. 250.26 F. Piekosiński, Heraldyka polska wieków średnich, Kraków 1899, s. 25-26 i 139-140; M. Gumowski, Pieczęcie ślaskie dokońca XIV w. – pieczęcie rycerstwa śląskiego, [w:] Historia Śląska od najdawniejszych czasów do roku 1400, t. 3, Kraków1936, s. 351.27 R. Sękowski, op. cit., t. 1, s. 29; Archiwum Państwowe we Wrocławiu (dalej: APW), Personalia, nobilitacje, inkolaty, tabelelenników, Rep. 47, sygn. 7a, s. 1; M. Sczaniecki, Powszechna historia państwa i prawa, Warszawa 1995, s. 256; M. Ptak,Zgromadzenia i urzędy księstwa głogowkiego od początku XIV w. do 1740 r., Wrocław 1991, s. 31-33; H. Aubin,Geschichte Schlesiens, t. 1, Breslau 1938, s. 286.102


skiego, dowódcom armii cesarskiej 28 . Liczbaszlachty tytularnej sukcesywnie ros³a. G³ównymirodzinami posiadaj¹cymi prawo dotytu³u na Dolnym Œl¹sku by³y rodzinySchaffgotsch, Rechenberg, Berge, Knobelsdorff,Gersdorf, Glaubitz, Schönaich,Dünnewald, Redern, Knigge, Braun,Promnitz, Nostitz, Dohn, Kittlitz, Kottwitz,Stosch, Zedlitz, Dyhern, Proßkau czySchweidnitz, Keßlitzów, Schlichting, Schönborn,Schwainitz, Silber, Stosch, Zedlitz,Proßkau, Blumenthal, Churschwandt, Kanitz,Herberstein, Brayda, Maltzan, Müllenau,Montani, d’Hautois le Bronne, Globen,Leschcorault, Hohenhaus, Canon, Sintzendorff,Trachowie, Pachta, Cosel. By³a to nowaszlachta „z przywileju” (Briefadel). Szlachtatytularna mia³a prawo do tytu³u i ulepszonegoherbu oraz przys³ugiwa³a im odnoœna rangaw spo³eczeñstwie, wi¹¿¹ca siê z adekwatnymikorzyœciami natury majatkowo-w³asnoœciowejw³¹cznie, pozbawieni byli natomiast odrêbnychpraw politycznych. Ich pojawienie siêzwi¹zane by³o z faktyczn¹ ju¿ wewnêtrzn¹hierarchizacj¹ stanu szlacheckiego wzorowan¹na stosunkach panuj¹cych w Rzeszy Niemieckiej.Rozwój ten zosta³ zahamowanyw sposób samoistny i tutejsza szlachta tytularnanie doczeka³a siê uhonorowania jej – jak tomia³o miejsce w Czechach, czy na GórnymŒl¹sku – oddzieln¹ kuri¹ w sejmie ksiêstwa 29 .Uwagi koñcoweWykszta³cenie stanu szlacheckiego zwi¹zaneby³o z zast¹pieniem zajêæ rycerskichprzez osiad³y, gospodarski tryb ¿ycia. Formu³aetosu rycerskiego pozosta³a jedynie elementemszcz¹tkowym wyra¿anym przez ceremonia³ho³du lennego okazywanego w³adcy, czytworzonego wizerunku: postaci nagrobne,wyobra¿enia poœmiertne, treœci stylizowanychinskrypcji nagrobnych, malowid³a z przedstawieniemnestorów rodu. Zamkniêcie stanuszlacheckiego w Europie Zachodniej nast¹pi³owraz z prze³omem XV i XVI w. Powsta³awówczas œwiadomoœæ rodowo-stanowa wytworzy³anastêpnie specyficzne poczucie przynale¿noœcirodowej i stanowej 30 . Rodziny zamieszkuj¹ceDolny Œl¹sk pozostawa³y w du¿ejmierze elementem nap³ywowym, który pojawi³siê tutaj na prze³omie XIII-XIV w. i czêœciowow XVII-XVIII w. Na grunt œl¹ski przetransponowanezosta³y tym samym zachodnioeuropejskiestosunki lenne. Jeœli na prze³omie XVi XVI w. nie brak rycerstwa legitymuj¹cegosiê polskim pochodzeniem (Szyd³owieccy,Karnkowscy, Sczanieccy), to okres póŸniejszy,uwarunkowany w³adaniem habsburskim i pruskim,by³y ju¿ okresami dominacji potomkówrycerstwa niemieckiego. Nap³yw rycerstwaniemieckiego siêgn¹³ nawet Wielkopolski,choæ nosi³ charakter asymilacyjny. Kontaktyrodzinne szlachty polskiej i niemieckiej sta³ysiê wówczas niemal tradycj¹, istniej¹c¹ bezwzglêdu na politykê dynastii panuj¹cych i aktualnyuk³ad polityczny 31 . Za systemem strukturi hierarchii stanowych sta³ bowiem istniej¹cyju¿ system wartoœci etycznych, do którego dodaænale¿a³o tradycje militarne, sposób ¿ycia,spêdzania wolnego czasu, rozumienia sprawpublicznych z perspektywy w³aœciwej dla elitspo³ecznych strzeg¹cych zarazem w³asnychprzywilejów i odrêbnoœci kulturowych.28 W. Barth, Hans Carl Fürst Carolath-Beuthen, Reichsgraf von Schönaich etc. Ein Beitrag zur Geschichte des fürstenhausesCarolath auf Grund der fürstlich Carolather Archivacten, Beuthen 1883; Idem, Die Familie von Schönaich und dieReformation, Beuthen [b.r.w.], s. 8. Ibidem, t. 8, s. 705; Der Große Brockhaus, Handbuch des Wissens in Zwanzig Bänden,t. 2, Leipzig 1931, s. 325, t. 6, s. 576, t. 8, s. 430; Der Große Herder Nachschlagwerk für Wissen und Leben, t. 5,Freiburg im Breisbau 1933, s. 1539; Brockhaus Enzyklopädie..., t. 5, s. 743, t. 9, s. 42, t. 10, s. 5.29 Dokładny wykaz szlachty tytularnej księstwa głogowskiego: J. Kuczer, Kryteria definiujące elitę szlachecką księstwa głogowskiegopo wojnie trzydziestoletniej (1648-1741), „Śląski Kwartalnik Historyczny Sobótka“, 61: 2006, cz. 2, s. 275-289;APW, Księstwo głogowskie, Rep. 24, sygn. 513, Rubrika 1 i 2, s. 3-22, oraz sygn. 527; APW, SSN, sygn. 127, 441; L.Zedlitz-Neukirch, Neues preussisches Adels-Lexicon…, t. 3, Leipzig 1836-1839, s. 125-129; C. Blazek, Der abgestorbeneAdel der Preussischen Provinz Schlesien, t. 4, Nürnberg 1885-1887, s. 33; A. Krane, Wappen- und Handbuch des in Schlesien(anschliesslich der Oberlausitz) landgesessenen Adels, Görlitz 1901-1904, s. 58-59; ÖS, AVA, Adelsakten,Standeserhebungen und Gnadenakte für das Deutsche Reich und die österreichischen Erblande bis 1806 sowie kaiserlich-österreichischenbis 1823 mit einem Nachträgen zum „Alt-Österreichischen Adels-Lexicon“ 1823-1918, t. 1, s. 56, 89,t. 4, s. 114, 264; M. Ptak, op. cit., s. 38; A. Bogucki, Polskie nazwy rycerstwa w średniowieczu. Przyczynki do historii ustrojuspołecznego, Włocławek 2001, s. 53.30 A. Bach, Geschichte der deutschen Sprache, Leipzig 1943, s. 119-120.31 J. Kuczer, Podstawy kształtowania kontaktów szlachty krośnieńskiej i głogowskiej z prowincją wielkopolską w okresiewczesnonowożytnym (1526-1741) [w:] Polacy-Niemcy-Pogranicze, red. G. Wyder, T. Nodzyński, s. 95-111.103


ZusammenfassungDes Adelsstandes „Kulturkapital” in SchlesienIn der Absicht der Redaktion soll der vorliegendeArtikel eine thematische Reihe eröffnen,gewidmet der Geschichte von einzelnenAdelsfamilien des Landes, das in derGeschichtsschreibung als das „mittlereOderland“ oder das „schlesisch-großpolnischbrandenburgischeGrenzgebiet“ bezeichnetwird. Der Schwerpunkt soll bei der immeröfter aufgegriffenen Problematik derGeschichte von Adelsfamilien liegen, diediese nordschlesische Provinz bis 1945bewohnten und deren kulturelle Struktur mitgestalteten.Die geplanten Artikel werden sich auf dieErgebnisse der Forschungen zum schlesischenAdelsstand in der Neuzeit stützen, d.h. im 15.-19. Jh., die an der Grünberger Universitätunter der Leitung von Prof. WojciechStrzy¿ewski geführt werden.Will man das Bild des Adelsstandes einerbeliebigen europäischen Region darstellen,muss man sich dessen bewusst sein, dass er -in einem bestimmten Sinne - in ganz Europaauf die selbe Art und Weise funktionierte.Dieser Universalismus galt natürlich sowohlin Bezug auf die noblen Gesellschaften voneinzelnen Provinzen, von „verwaltungspolitischenStrukturteilen“, Staaten oder gar ganzenKontinenten. Das kulturelle Potential desAdels fand in einem von ihnen geschaffenen„Kulturkapital“ seinen Niederschlag, demPhänomen der Adelskultur, die ihn vonanderen Ständen oder gesellschaftlichenGruppen unterschied:Abstammung. In der Adelsfamilie wurdendie Ansichten zur Abstammung und zurVergangenheit des Geschlechts oft aus Mythengeschöpft, die den Stammbaum begründensollten. So entstanden zahlreiche Wappenlegenden,die auf die Anfänge der Familien imAltertum hinwiesen. Damit wurde übrigensein bewusstes Konzept der Geschichtsschreibungdes 16. und 17. Jahrhunderts fortgesetzt.Diese Tendenz erweiterte sich mit derZeit zu Bemühungen, die Stammbäume zuergänzen. In Wirklichkeit war die Ansiedlungder Ritterschaft in der Provinz ein anhaltenderProzess und die einzelnen Familien stammtenvon Reichsministerialen (80 %), verarmterRitterschaft, die in einem direkten Lehnverhältniszum Kaiser stand.Das Wappen. Die grundlegendenSymbole der Adelskultur waren der Name unddas Wappen, deren Form, auf Grund desKulturtransfers, sich auf tschechische unddeutsche Muster stützte. Neben der Abstammungvon ritterlichen Ahnen zeugte dasWappen in der Neuzeit von der Zugehörigkeitzum Adelsstand. Das polnische Wort für„Wappen“ – „herb“ ist mit den Begriffen arbi,arf, erwe, erbe, herbe verwandt, Begriffen, dieim Zusammenhang mit dem Eigentums- undGrunderberecht stehen. Das Wappenwahrzeichenbefand sich ursprünglich direkt imSiegelfeld, im 13. Jahrhundert erhielten eseinen Schild, und im 14. Jh. – den Helm, dieDecke und den Ziemer.„Häuser” und „Linien”. In der Mentalitätdes Adelsstandes war es tief verwurzelt, dieFamilien, ja gar ganze Geschlechter gemäß derStruktur der einzelnen „Häuser“ und denenuntergeordneten „genealogischen Linien“ zubetrachten.Die Nobilitation. Die Adeligen und andere„Landsassen” wurden zuerst zu Lehnsleuten inGegenzug für ihre Militärdienste (Rossdienst).Seit dem 14. Jahrhundert kam allerdings diePflicht auf, den Lehnsmann ins Lehnsbucheinzutragen. Dies war auch bei Agnaten derAdeligen in Schlesien der Fall. Gleichzeitigversuchte der Adel, die Möglichkeiten derÜberquerung von Standesgrenzen durch das104


Bürgertum einzudämmen, und so entschied derKaiser 1650, dass nur ein Adelsdiplom überRechte des zweiten Standes und Eintragungenins Grundbuch verfügen ließ. Der Weg zumAdelsstand führte über die Adelung, dasIndigenat (Aufnahme eines fremden Adeligenin den einheimischen Adel) oder das Inkolat(das Recht auf Grundbesitz in einem Land).Die Standeshierarchie. Im entwickeltenAdelsstand sind vier Schichten aufzuzählen.Die niedrigste war die Adelschaft – nobilesoder einfach der Adel. Darüber stand die Ritterschaft,gebildet vor allem aus Adeligen mitmittelalterlicher Abstammung (Uradel). Die beidenGruppen wurden manchmal als Mannenoder Mannschaften bezeichnet. Im 16. und 17.Jahrhundert entwickelte sich die Aufteilung inden niedrigeren und höheren Adel. Der erstebestand aus dem „einfachen“ Adel und derRitterschaft. Die höhere Schicht, der sog.Herrenstand oder Titeladel, bildeten vor allemsog. Freiherren oder Barone, sowie Grafen.Als ein besonderes Beispiel kann die FamilieSchönaich angeführt werden, die in der friedrichschenEpoche (1741) den Titel „Fürst“erhielt, den niedrigsten von den drei höchstenTiteln, zu denen auch „Herzog“ und „Prinz“gehören.aus dem Polnischenübertragen von Grzegorz KowalskiOBRAZY PROWINCJI SZLACHECKIEJ105


PRZYPOMNIENIA LITERACKIECzytanie Ÿróde³ VIFenomen zapomnienia albo sennikpamiêci Wojciecha CzerniawskiegoCzes³aw Markiewicz„Czasem, gdy idê drog¹ przez wieœ, widzê ludzi z odleg³ych epok. B³ony jakieœ pradawne maj¹ nag³owach, na ramionach. Ktoœ pyta, w której stronie jest Troja. Ktoœ pyta, czy pamiêtam ch³ód jego czó³ka”.To, jedno z ostatnich zdañ „Dziennika z zapomnienia” Wojciecha Czerniawskiego,jakoœ zbyt doskonale archetypicznie okreœla stan œwiadomoœci cz³owieka „podwójnierepatriowanego”. Oto narrator, i jak siê dowiadujemy z notki biograficznej sam autoropowieœci (Wojciech Czerniawski urodzi³ siê 28 paŸdziernika 1945 r. w Go³êbiewku,woj. gdañskie. Dzieciñstwo spêdzi³ w nadmorskiej wsi Grzybowo pod Ko³obrzegiem.Mieszka w Szprotawie), najpierw, jako dziecko nasi¹ka atmosfer¹ têsknoty swoichdziadków i rodziców za jak¹œ cudownie mglist¹ kresowoœci¹ jeszcze niezbytzadawnionej Rzeczpospolitej, póŸniej na chwilê konfrontuje to z w³asnymi„wykopaliskami” gdzieœ na pó³nocy nowej Itaki, by zaraz przenieœæ siê bardziej napo³udnie nadodrzañskie. W literackim skrócie, w „Dzienniku z zapomnienia” wygl¹dato tak: „– Prawdziwa wieœ z minionych wieków fascynuje mnie. (...) Ginie wieœ drewniana, s³om¹ kryta,z kapliczk¹ przy starej gruszy przy drodze. (...) Tylko mchy na s³omianym dachu siê rozros³y. Obracaj¹ siêpiaszczyste ko³a wzgórz. Nad równin¹ ramiona tych, co kochali... – Ale to by³o tam, na wschodzie –106


westchnê³a matka. – Tu, na zachodzie, domy s¹ murowane...”; „To byli Niemcy, po których przejêliœmygospodarstwo. Stary Niemiec oprowadza³ ojca po polach. Palili ojca tytoñ, gdy ojciec wraca³ z koniemz pola. Córka tych Niemców, Hilda, bawi³a mnie, p³aka³a, gdy odje¿d¿ali. I my ci¹gle gdzieœodje¿d¿aliœmy”; „Weszliœmy do mojego rodzinnego domu, do pokoju, w którym kiedyœ mia³em dwanaœcielat. (...) I tylko jedno mnie zawsze podtrzymywa³o na duchu. Oczy pewnej dziewczynki, któr¹ zna³emw dzieciñstwie. (...) Gdzie ja w³aœciwie jecha³em. Czy na pewno do tamtej wsi. (...) To niemo¿liwe, ¿ebymto by³ ja. Ten m³ody mê¿czyzna o martwej twarzy”.Zostawmy na chwilê to zawahanie Czerniawskiego dotycz¹ce to¿samoœci bohatera,niech wystarczy to, ¿e autor pozostawia woln¹, uniwersaln¹ przestrzeñ do wype³nienia.Byæ mo¿e w³aœnie ta pozornie otwarta przestrzeñ spowodowa³a, ¿e to nie „Dziennikz zapomnienia” sta³ siê kultow¹ ksi¹¿k¹, któr¹ z podobnych powodów sta³ siê „Sennikwspó³czesny” Tadeusza Konwickiego. Byæ mo¿e ró¿na recepcja obu powieœciwyp³ynê³a z odmiennego potraktowania archetypów.Tak jak w „Dzienniku z zapomnienia” „Z wa³u wygrzebywano koœci, szcz¹tki mundurów,orze³ki”, tak w „Senniku wspó³czesnym” ktoœ spostrzega miêdzy wodorostami So³y„krzy¿, trochê ruski w kszta³cie, z okr¹g³¹ rozet¹ przy spojeniu ramion, a w niej (...) zarys odciœniêtej g³owyChrystusa o bizantyjskich oczach”. Tak u Konwickiego pojawia siê archetyp, bo mowao medaliku powstañczym z 1863 roku. I to musi wystarczyæ. I to wystarczy³o, ¿eby„Sennik” Konwickiego sta³ siê w powszechnej œwiadomoœci czytelniczej wystarczaj¹cowspó³czesnym, nie tylko w tytule bardzo wa¿nej powieœci polskiej. Konfrontacja„orze³ka” wygrzebanego z Wa³u Pomorskiego z powstañczym medalikiem, z góryskazuje na pora¿kê pierwsze ze skonfrontowanych wykopalisk. Na pora¿kê historiozoficzn¹,ale czy na pora¿kê literack¹?Zostawmy na inn¹ chwilê subiektywnoœæ tego rozstrzygniêcia. Przypomnijmy tylko,¿e Czerniawski, urodzony w 1945 roku, w chwili ukazania siê „Dziennika z zapomnienia”(1980) mia³ za sob¹ doœwiadczenia na przyk³ad 1968 roku, bardziej tego majowegoz Pary¿a, ni¿ marcowego z Warszawy. To, bardzo wa¿ne doœwiadczenie, ró¿ni¹ceCzerniawskiego od starszego i „nêkanego” zupe³nie innymi, „bizantyjskimi” obsesjamiKonwickiego, wp³ynê³o pierwszorzêdnie na moj¹ bezkrytyczn¹ fascynacjê „Dziennikiemz zapomnienia”. Zatrzymajmy siê jeszcze przy podobieñstwach obu powieœci.Czerniawski i Konwicki, razem, na przemian i równolegle z zasady ogrywaj¹ resentymentywszelkiego autoramentu. O „wschodnim wzdychaniu” matki narratora„Dziennika” ju¿ przeczytaliœmy. Czas na bohaterów „Sennika”: „- Ach, u nas, (...) nawschodzie, to ludzie byli nerwowi. (...) Pamiêtam, jeden taki urzêdnik pañstwowy na Œnipiszkach (...)bardzo delikatne mia³ usposobienie. Rozgniewa³ siê raz, (...) doœæ ¿e napi³ siê denaturatu czystego, a potem(...) jeszcze w ³eb sobie strzeli³ (...). Taki by³ zdenerwowany, ¿e polecia³ na stacjê (...) i rzuci³ siê podpoci¹g. W tamtych czasach (...) u nas na wschodzie ludzie spokojnie ¿yli i poci¹g jecha³ mo¿e dwa albotrzy razy na dzieñ, trzeba by³o jeszcze szczêœcia, ¿eby tak trafiæ”.Repatrianckie resentymenty znajdziemy jednak na chybi³ trafi³, gdzie popadnie, nieszukaj¹c dalej ni¿ miêdzy lubuskimi op³otkami u Trziszki, Olczaka, Paukszty itp.Czerniawskiego wyró¿nia metafora, poetycki trop przygotowuj¹cy jakiœ szerszy horyzont,zza którego ju¿ za chwilê wychynie s³oñce, to samo albo takie samo, jakie widzico dzieñ o œwicie Eskimos, Indianin, czy znudzony stabilizacj¹ industrialn¹Amerykanin. Konwickiego wyró¿nia anegdota, pojedynczy akapit przeciêty kontrapunktem,zawi¹zany najcelniejsz¹ z celnych point.PRZYPOMNIENIA LITERACKIE107


108W opisach, bêd¹cych u Konwickiego tylko zwolnieniem dialogu, chwil¹ wytchnieniapo wyczerpuj¹cym gadaniu, Czerniawski upatruje swoj¹ wielk¹ szansê. Szansêpoety, który nie tylko wie, ale przede wszystkim przeczuwa, jak¹ si³ê maj¹ napiêciamiêdzy poszczególnymi s³owami. Powiedzmy tak: Konwicki jest „opisowo statyczny”;Czerniawski jest „dynamiczny postrzegawczo”. „Sennik” mo¿e obejœæ siê bez opisów.Wykreœlenie opisów z „Dziennika” pozbawi³oby opowieœci, paradoksalnie, tempa.Tempa lirycznego, które byæ mo¿e powszedniego czytelnika mniej intryguje, ni¿beletrystyczna akcja, mimo statycznoœci opisów. Porównajmy na dowód, bez pauzy,dwa fragmenty; pierwszy z „Sennika wspó³czesnego”, drugi z „Dziennika z zapomnienia”:„Dom nasz sta³ na ledwo widocznym pagórku, na ob³ej skarpie czy raczej na prastarym brzegurzeki, która kiedyœ by³a potê¿na, wy¿³obi³a obszern¹ dolinê, zanim natura uczyni³a j¹ skromn¹ rzeczu³k¹oznaczan¹ nie na ka¿dej mapie. Le¿¹c w pochy³ym ogrodzie, widzia³em pola biegn¹ce stromo ku górze, kus³oñcu, co toczy³o siê nisko nad czarnymi œwierkami. Œród tych pól le¿a³, przylegaj¹c ciasno do zbocza,stary klasztor okolony z³otymi klonami”. „Idê. W t³umie. W œrodku dnia. W niejasny sposób przywi¹zanydo nocy. Smutek motyli. £¹ka rozmywana przez delikatne naloty fal morza, studni, ka³u¿, wody podeszczu, na wieœ. Opl¹tane przez nie trawy. Wiatr, który tamowa³ mi oddech. Bliskoœæ lata. Mielizna moja,po której bieg³em przedziwnie lekko wzd³u¿ wa³u, za którym szumia³o morze. Sosny obraca³y siê, malinyby³y zawsze skierowane w moj¹ stronê, a przecie¿ odlatywa³y w³aœnie, ch³ód pla¿y pozostawiaj¹c gdzieœz boku”. Bez wzglêdu na ró¿nice, mam satysfakcjonuj¹ce przekonanie, ¿e Czerniawskimusia³ czytaæ przed napisaniem „Dziennika” „Sennik” - wyczuwam w tym swoimprzeczuciu nieujawnione antenacje.I dopiero w tym momencie, wczytany w „Dziennik z zapomnienia” z podwojon¹w czasie egzaltacj¹, mogê spe³niæ odk³adane ju¿ dwukrotnie: po pierwsze „to¿samoœciowezawahanie Wojciecha Czerniawskiego”, i po drugie „subiektywnoœæ rozstrzygniêciapora¿ki historiozoficznej na rzecz spe³nienia literackiego”. Swoj¹ wêdrówkê„zapomnienia” bohater-narrator-autor „Dziennika” koñczy tam, gdzie j¹ zacz¹³:w dzieciñstwie. Ale bogatszy o archetypy wygrzebane nie tylko z nadmorskiego wa³ugdzieœ pod Ko³obrzegiem, bo tak¿e o te posk³adane z kulturowych skorup znad ca³egorozlewiska Morza Œródziemnego. I tak spe³nia siê sen o Itace: to¿samoœæ „tu i teraz”.„I oto pewnego dnia widzisz, ¿e wróci³eœ. Ziemia znowu pachnie. Zwierzêta poznaj¹ ciê. Nawet ten stary,œlepy ju¿ chyba pies. Drgn¹³ jakby. Ta piêkna kara klacz. Krowa. (...) Odyseusz gromadzi Trojê. Ju¿ malœni¹cy miecz skiby, konia, Circe, Penelopê, szcz¹tki naczyñ, zatopione okrêty. (...) Kiedyœ, gdy by³o mibardzo zimno, us³ysza³em szept, spojrza³em w stronê, sk¹d dochodzi³. A to moja matka w swoich straszliwiepowykrzywianych przez reumatyzm, trzês¹cych siê rêkach, trzyma³a s³oñce. Galaktyki przesuwa³y siêz chrzêstem podobnym do chrzêstu nadmorskiego piasku pod stopami”. To ostatnie, najwa¿niejszes³owa „Dziennika z zapomnienia”.Jest jeszcze ta nieszczêsna historiozofia. Nie ma w „Dzienniku z zapomnienia”nawet aluzji publicystycznych, którym ulegali wszyscy autorzy si³uj¹cy siê z powojennymprzesiedleniem, dotycz¹cych „racji stanu”. Czerniawski literacko pokona³wszelkie tego typu zagro¿enia. Otwieraj¹c przestrzeñ zbudowan¹ z doœwiadczeñ choæbybarwnej koñcówki lat szeœædziesi¹tych, nada³ swojej „repatriacji”, tej mentalnej i tejrzeczywistej, wymiar uniwersalny. W dodatku uzupe³ni³ tym to¿samoœæ swojego narratora.Z poetyck¹ swobod¹ porusza siê miêdzy „poniemieckimi” przedmiotami, a rekwizytamiz „muzeum wyobraŸni” - w takim rozumieniu, jak chcia³ Andrè Malraux.Zreszt¹ pos³uchajmy: „To w³aœnie tutaj, zawieszony na pêpowinach piêknych kobiet wisia³ Memling,


spada³ Ikar, jeden tylko Borges zachowa³ spokój. Kobiety bieg³y. Mê¿czyŸni biegli. Mówili coœ o ró¿nychrzeczach potrzebnych do ¿ycia. (...) A wiêc zauwa¿ono mnie. Ale na szczêœcie dopiero zauwa¿ono. (...) Otopiêkne Heleny uciekaj¹ce z piek³a. Oto wêdrówka poœród skromnych przedmiotów zgromadzonychw maleñkim pokoiku. (...) Dante ¿ywi³ siê w barze mlecznym. Trzês¹cy siê staruszek w trampkach, z plastikow¹torb¹ damsk¹ na zakupy. (...) Tylko on ocala³ , to gdzieœ tutaj spotka³em Lira, kiedyœ by³ w³adc¹,królem, teraz jest starym cz³owiekiem, idzie, trzês¹c siê, ulic¹, lecimy nad œwiatem, mijamy bia³¹ œcianêDover, w dole Nowy Jork, jaka delikatna, jak gdyby wysmuk³a jest korona powietrza, jak gdybym podnosi³siê z dna, lecimy, jaki œwiat jest piêkny, przelatujemy nad Itak¹, ludzie pchaj¹ ty³ki do samochodów, d³awi¹siê szynk¹, le¿¹ na kanapach, czasem gdzieœ w t³umie spotykam Beatrycze, jest to chwila tylko, u³ameksekundy, czy chwila mo¿e zadecydowaæ o czyimœ ¿yciu”.S¹ jeszcze przynajmniej dwa zachwycaj¹ce powody, ¿eby mówiæ, mówiæ, bez koñcamówiæ o „Dzienniku”. Pierwszy, krótko sformu³owany, to technika narracyjnaCzerniawskiego. Ca³a opowieœæ, wszak skonstruowana jak quasi wiersz, jest rasowoci¹gn¹c¹ siê opowieœci¹. Czasami nawet pojedyncze zdania, wplecione w opis, dialog,akcjê, maj¹ smak eseju. Spl¹tanie form, sugeruj¹ce jakieœ enigmatyczne zlepianie sensów,pora¿a jednoczeœnie jednorodnoœci¹ narracji. Wszystko do siebie pasuje, jak skorupyrozbitej przed wiekami, wygrzebanej z ziemi amfory z Lesbos.No i wreszcie postaæ ojca. To w ogóle osobna figura literacka. Ale chyba nie tylko.Emocje wt³oczone w o¿ywienie tego bohatera ujawniaj¹ g³êbsze, ni¿ fikcyjne, zwi¹zkiautora z postaci¹. Ojciec z „Dziennika”, choæ inn¹ kresk¹ namaszczony, jako ¿ywykojarzy siê z innym ojcem, „autorem” s³ynnych „Traktatów o manekinach” ze „Sklepówcynamonowych” Brunona Schulza. „Mój ojciec robi³ bañki na mleko, które moja matkasprzedawa³a na targu. (...) Zawsze wydawa³o mi siê, ¿e ojciec buduje samolot, którym pewnego dnia odleciz tego ponurego miasteczka. Siedzia³ na skrzyneczce po amunicji w swoim pokoiku, pe³nym tajemniczychoparów, dymów, precyzyjnych ruchów lutownicy, wpatrywania siê w ¿ar ¿elaznego piecyka.Siwow³osy cz³owieczek zgarbiony nad bañk¹, z drucianymi okularami bez jednego szk³a na nosie, poœródbuteleczek z kwasem solnym, do którego by³ wrzucony kawa³ek cynkowej blachy, z lutownic¹ wœródk³êbów dymu tart¹ poœpiesznie o deseczkê z salmiakiem i wœród rozedrganych kropelek cyny w swoimstraszliwie zagraconym pokoiku bêd¹cym w swej istocie pracowni¹ œredniowiecznego alchemika,usi³uj¹cego wynaleŸæ ¿ycie”. Tyle Czerniawski, a Schulz zdaje siê dodawaæ: „Wówczas bywa³o,¿e zbiega³ po cichu z ³ó¿ka w k¹t pokoju, pod œcianê, na której wisia³ zaufany instrument. By³ to rodzajklepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej, podzielonej na uncje i nape³nionej ciemnym fluidem. Mójojciec ³¹czy³ siê z tym instrumentem d³ug¹ kiszk¹ gumow¹, jakby krêt¹, bolesn¹ pêpowin¹, i tak po³¹czonyz ¿a³osnym przyrz¹dem - nieruchomia³ w skupieniu, a oczy jego ciemnia³y, zaœ na twarz przyblak³¹ wystêpowa³wyraz cierpienia czy jakiejœ wystêpnej rozkoszy”.„Dziennik z zapomnienia” ukaza³ siê w 1980 roku - by³a to nagroda w konkursie„Iskier” na debiut 1979. Trzy lata wczeœniej, w 1976 roku, pierwszy tom poezjiWojciecha Czerniawskiego „Jest ju¿ chyba kobiet¹” (nie licz¹c arkusza poetyckiego„Za las”, który ukaza³ siê nak³adem LTK w 1965 roku) uznany zosta³ za najlepszydebiut poetycki roku. „Dziennik z zapomnienia” adaptowa³ na scenê w „StarejProchowni” w Warszawie Wojciech Siemion. Koniec lat siedemdziesi¹tych objawi³w literaturze polskiej wielki talent. O Wojciechu Czerniawskim mówiono i pisano tylkodobrze, tylko z entuzjazmem. Potem by³o tylko jeszcze lepiej. Pojawi³y siê: „Puszkinw Pary¿u” i „Katedra w Kolonii”. Z wielk¹ oskom¹ czekam na coœ jeszcze lepszego,bez wzglêdu na to gdzie teraz „wêdruje” Wojciech Czerniawski.PRZYPOMNIENIA LITERACKIE109


VARIA BIBLIOTECZNEStylowy œwiat Antoniego UniechowskiegoMaria RadziszewskaZdjêcie. Tonio czyli Antoni Uniechowskiz rodzicami. Rok 1911, Meran.Antoni siedzi na murku, mama stoiz ty³u, ojciec z drugiej strony. Ch³opiecma na g³owie kaszkiet, podci¹gniêt¹ nogêtrzyma rêkami i œmia³o patrzy w obiektywaparatu fotograficznego. Ojciec - eleganckipan w kapeluszu, z sumiastymw¹sem. Inne zdjêcie. W¹s ten sam ale pan,który go nosi to Antoni Uniechowskiu schy³ku ¿ycia. PokaŸna muszka i lekkiletni kapelusz dope³niaj¹ wizerunku.Fotografie te dzieli sporo ponad pó³wieku, a panowie zdaj¹ siê byæ jakbyz jednej epoki. Patrz¹c na nie budzi siêciekawoœæ, i cz³owieka, i artysty. Tenznany rysownik i ilustrator, tak popularnyzw³aszcza w latach powojennych,a teraz nieco zapomniany zmar³ 30 lattemu. Przypominaj¹ go rysunki prezentowanew Galerii Ilustracji Ksi¹¿kowejWiMBP w Zielonej Górze.Jest rzadkim zjawiskiem, ¿eby ¿ycietwórcy tak wspó³gra³o z jego twórczoœci¹,stanowi³o harmonijn¹ ca³oœæ, jak mia³o tomiejsce w przypadku tego artysty.Czasem siê mówi: trzeba oddzieliæ ¿ycietwórcy od jego dzie³a, gdy ¿ycie jest kontrowersyjne,odbiega sw¹ brzydot¹ odpiêknej, czêsto wybitnej twórczoœci.Z Uniechowskim jest inaczej. Stylowy - tos³owo bardzo pasuje do Antoniego Unie-110


chowskiego. Stylowy pan, stylowe rysunki,stylowe ¿ycie. By³ stylowy w ka¿dymcalu, jako artysta i jako cz³owiek.Źród³a inspiracjiRysunek, ta poœrednia droga w dochodzeniuartysty do pe³ni warsztatu, sta³ siêdla Uniechowskiego podstawow¹ form¹twórczoœci. Jej pocz¹tków nale¿y szukaæwe wczesnym dzieciñstwie Antoniego.Zawyrokowano wtedy, ¿e jest dzieckiemcherlawym i chorowitym „zw³aszcza, ¿eniektóre choroby o niezwykle atrakcyjnychnazwach jak wiele najrozmaitszychinfluenzyj czy s³ynna »colitis«,zrodzone by³y nie tyle przez bakterie, coprzez imaginacjê wiêkszych i mniejszychs³aw medycznych” 1 . Tak wiêc AntoniUniechowski chorowa³ „powolutku, niegroŸnie,ale chronicznie” 2 . I rysowa³, boto prócz czytania by³a jego jedyna rozrywka- wprost mania, zw³aszcza, ¿e „natemat cichutko rysuj¹cych dzieci niewypowiedzia³ siê negatywnie ¿aden doktor,a ostatecznie Tonio choruj¹c i le¿¹cw ³ó¿ku, musia³ coœ robiæ...” 3 .Czyta³ i rysowa³, rysowa³ i czyta³. Zewzglêdu na ostr¹ cenzurê matki, lekturyTonia nie by³y przypadkowe, ale te¿ niekonieczniew³aœciwie dobrane do wiekuksi¹¿ki. Wyrugowano z jego œwiatabeletrystykê, bajki, ksi¹¿ki awanturnicze,które rozbudzaj¹ w dzieciach „niezdrow¹wyobraŸniê i nerwowoœæ”. By³y za todzie³a historyczne, wrêcz naukowe. Lekturywyci¹gane z biblioteki ojca poch³ania³bez wyboru i przeszkód. „Chaoswiadomoœci, powsta³ych w miarê czytaniadzie³ specjalistycznych, w koñcuu³o¿y³ mi siê w bardzo precyzyjny obrazdziejów ludzkoœci i sta³ siê moj¹ukochan¹ bajk¹. Zachwycony bogactwemminionych zdarzeñ wyobra¿a³em je sobiezawsze plastycznie. W ca³ej obfitoœciszczegó³ów, zwi¹zanych ze stylem ¿yciaka¿dej epoki” 4 - wspomina³. Przeczytan¹historiê przenosi³ na papier, z tymbogactwem szczegó³ów, bo szczegó³stawa³ siê w jego rysunku bardzo wa¿ny.Antoni Uniechowski uwa¿a³, ¿e œwiatjego dzieciñstwa przypad³ tylko pozorniena wiek XX, u którego progu siê urodzi³.I wojna œwiatowa przesunê³a go w œwiatfin de siecle’u i wieku XIX, w œwiatszlachty kresowej, który przepad³ wrazz wybuchem rewolucji w Rosji, œwiatrodzinnych peregrynacji po Europie, odKresów poprzez Warszawê, Kraków,Wiedeñ, Szwajcariê lub Wenecjê a¿ poLazurowe Wybrze¿e. Obserwowa³ i umia³patrzeæ, umiejêtnoœæ patrzenia uwa¿a³póŸniej za talent, rodzaj sztuki: „Z ciekawoœci¹ogl¹da³em z okien poci¹gów,hoteli, na dworcach i ulicach ten œwiat,którego nieodwracalnego koñca nieprzewidywa³ wówczas nikt nawet bardzodoros³y” 5 . Najwiêksze wra¿enie z tychpodró¿y wywar³ na Antonim Wiedeñ.Pozosta³a z tego fascynacja secesj¹.Wychowany by³ w kulcie urodystarych przedmiotów, bowiem jego ojciecby³ namiêtnym kolekcjonerem antykówi dzie³ sztuki. „Mroczne pokoje naszegodomu pe³ne by³y starych portretów, ksi¹goprawionych w z³ocone skóry i pergaminy,szcz¹tków zbroi staropolskich, cennychmebli” 6 - zapamiêta. Andrzej Ryszkiewiczw poœmiertnym wspomnieniuo Antonim Uniechowskim napisze: „uformowa³siê wœród ludzi, którzy dodawnych przedmiotów mieli stosunekserdeczny i specjalny: widzieli w nich¿ywe przekazy dawnej i œwietnej polskiej1 K. Uniechowska, Antoni Uniechowski o sobie i innych, Warszawa 1961, s. 7.2 Tamże, s. 103 Tamże, s. 114 Tamże, s. 515 Tamże, s. 516 Tamże, s. 14VARIA BIBLIOTECZNE111


tradycji. Otaczali siê nimi, kochali jei rozumieli. A dla Tonia stawa³y siê oneponadto jakby medium, przenosz¹cym gow minione czasy zaludnione wymar³ymigatunkami ludzkimi - sejmikuj¹cychpieniaczy, opojów i zabijaków, dworskichuk³adnych dostojników, oficjalistów, wynios³ychkarmazynów o senatorskimgeœcie, podgolonych szlachetków uwieszonychu pañskich klamek, piêknienosz¹cych siê rycerzy, cudzoziemskichfircyków, lub pozytywistycznych mieszczani wreszcie bywalców »kafeszantanów«,z³otej m³odzie¿y prze³omu XIXi naszego wieku. To by³ œwiat, któryAntoni Uniechowski zna³ najlepiej i który,jak nikt inny, lekk¹ rêk¹ powo³ywa³do ¿ycia w swych niezliczonych rysunkach”7 .Zainteresowanie starymi, piêknymiprzedmiotami sprawi³o, ¿e ulubion¹czynnoœci¹ artysty od lat szkolnych, by³ozwiedzanie antykwariatów, zw³aszczapodczas wagarów, a niejedno spostrze-¿enie znalaz³o zapewne miejsce na jegorysunkach. To podczas takiego „wagarowego”zwiedzania zachwyci³ siê taliamikart do gry i tarota, które póŸniej sambêdzie projektowa³.Pod okiem fachowcówAntoniego-rysownika odkryli gimnazjalnikoledzy „zarzucaj¹c go obstalunkami”.Najczêœciej by³y to wizerunkiidealnych narzeczonych i kobiet podejrzanegoautoramentu. Szko³a im.Stanis³awa Kostki opisana tak genialniew „Ferdydurke” przez kolegê szkolnegoWitolda Gombrowicza odegra³a rolêw ¿yciu Antoniego o tyle, ¿e: „Jak zadawnych lat spêdza³em czas w szkoleg³ównie na rysowaniu” 8 .Talentem ucznia zainteresowali siêtak¿e profesorowie szko³y: nauczycielrysunków prof. Mieszkowski i wychowawcaprof. Ciepliñski. Ten pierwszywprowadzi³ Uniechowskiego do KlubuArtystycznego, gdzie móg³ rysowaæz natury tzw. „¿ywy model”, drugi - entuzjastanowoczesnej sztuki uzmys³owi³mu, ¿e wieczne treœci mog¹ byæ komponowanew najnowoczeœniejszych formach.Dojrzewa³ w Antonim zamiar wst¹pieniado Akademii Sztuk Piêknychw Warszawie. Doradzono mu zdawanieegzaminu do pracowni profesora KarolaTichego. Jak nie jeden raz w ¿yciu przyda³asiê mu wiedza zdobyta podczas latchorowania. Znajomoœæ archeologii, któr¹wykaza³ siê w rozmowie z profesorempomog³a bardziej ni¿ teczka z pracamii zapewni³a mo¿liwoœæ zdawania egzaminuwstêpnego. Zda³, wybitnym studentemjednak nie by³. Na drugim rokustudiów o swojej pracy-feretronie na zaliczeniez kompozycji us³ysza³ od profesora:„kompozycja zmiêta i bez syntezy”.Nie mog³o byæ inaczej, skoro jego dbanieo szczegó³ „zaludni³o t³o mnóstwembudyneczków, pojazdów, roœlin. ByliKajfasz i Annasz, œwiêta Weronikaw czerwonej tunice, Cyrenejczyk nios¹cykrzy¿, kap³ani, ¿o³nierze, p³acz¹ceniewiasty. Biegli ch³opaczkowie z narzê-7 A. Ryszkiewicz, Tonio – wspomnienie o Antonim Uniechowskim, Literatura 1976, nr 30 s. 148 K. Uniechowska, Antoni Uniechowski o sobie i innych, Warszawa 1961, s. 102112


dziami tortur, prowadzono ³otrów. Dachydomków mia³y zaznaczone nawet konturydachówek” 9 .Dla odmiany siêgn¹³ wiêc do formczysto abstrakcyjnych, ale i tu recenzjaTichego nie by³a zachwycaj¹ca: „Drogipanie, w Suzie znaleziono granitowecylindry dwumetrowej wysokoœci, ale tonie s¹ tylko granitowe cylindry, lecz wizerunkikrólów elamickich... A tu u pana:to s¹ tylko kolorowe trójk¹ty” 10 .Tak wiêc zarzuci³ Antoni Uniechowskiformy abstrakcyjne, a wyniesione zestudiów nauki podsumowa³ stwierdzaj¹c,¿e najwiêcej skorzysta³ wysiaduj¹cw sto³ówce z kolegami d³ugie godziny,popijaj¹c lurowat¹ herbatê. Zdarza³y siêi dobre opinie jak ta profesora Jastrzêbowskiegoo zaprojektowanej talii kart,lecz i tu „nastêpne zadania wypada³ygorzej, bo jak zawsze by³em na bakierz syntez¹ i przy ka¿dym zadaniu poch³ania³ymnie detale” 11 . Antoni Uniechowskidocenia³ uczelnie artystyczne, ale uwa¿a³,¿e jeœli chce siê w ¿yciu artystycznym coœosi¹gn¹æ, trzeba oderwaæ siê od szkolnychmetod, nawet zapomnieæ je i tylkotym, którzy to zrobili, uda³a siê prawdziwiewielka sztuka.Sposób patrzenia na œwiat, uczenie siêby³y u Uniechowskiego doœæ niespotykane:„Treœæ czasu, epoki, wydarzeñ by³adla mnie zawsze zapisana w zewnêtrznoœci,najwiêksze zainteresowanie budzi³awizualna strona ¿ycia. Wiedzê o tym, comnie otacza³o, odczytywa³em, choæ brzmito paradoksalnie z kszta³tu, wygl¹dui barwy rzeczy. Tych, co bra³y bezpoœredniudzia³ w ¿yciu moich wspó³czesnych,i tych co przetrwa³y, asystowa³y innymludziom i innym wydarzeniom, na któreczas nawarstwi³ historiê. Wiedza wynikaj¹caz konfrontowania materialnych dokumentówprzesz³oœci z teraŸniejszoœci¹,wydawa³a mi siê zawsze najbardziejgodn¹ zaufania. Od najm³odszych latpatrz¹c i porównuj¹c próbowa³em wyci¹gaæwnioski” 12 . Pozosta³ wiêc Antoni przyswoim plastycznym widzeniu œwiata.Œwiat Antoniego Uniechowskiegoby³ stylowyI ten prywatny i zawodowy, warsztatowy.Wygl¹d kolejnych mieszkañ, wygl¹dartysty, klimat jego prac, ¿ycie jakiewiód³. Wszystko to stanowi³o jednoœæspójn¹ i klarown¹. „Wysoki, szczup³y,w czarnym »edenie« albo nawet w meloniku,bo taka by³a moda. Albo ju¿ nieby³o to modne tylko staroœwieckie i przezto jeszcze modniejsze. Z laseczk¹, latemw niebieskawych marynareczkach, zim¹w tzw. berberysie - czyli p³aszczu buerbuerry”13 - to portret Antoniego Uniechowskiego.W swoich dojrza³ych latachuzupe³niony o sumiasty w¹s, identycznyjaki nosi³ jego ojciec, w myœl przedwojennejzasady, ¿e prawdziwy mê¿czyznanosi w¹sy. Ci w¹saci mê¿czyŸni bêd¹ siê9 K. Uniechowska, Antoni Uniechowski, czyli magiczne widzenie świata, Warszawa 1993, s. 14110 Tamże, s. 14211 K. Uniechowska, Antoni Uniechowski o sobie i innych, Warszawa 1961, s. 14212 Tamże, s. 4913 Tamże, s. 229VARIA BIBLIOTECZNE113


przewijaæ z upodobaniem tak¿e w jegotwórczoœci, ilustruj¹cej czasy kontuszowe,b¹dŸ miêdzywojenne.Dom Antoniego Uniechowskiegozawsze by³ przyjazny goœciom „pokojepe³ne piêknych starych przedmiotówi gospodarz, który jakby zawsze mia³wolny czas, serdecznoœæ dla goœci, wewnêtrznyspokój i pogodê. U Uniechowskichczas zatrzyma³ siê - gdzieœ oko³o1900 roku” 14 .By³ to dom, w którym rozmowytoczy³y siê: „Jeœli o polityce, to o polityceStanis³awa Augusta, jeœli o architekturze,to nie o koszmarze mrówkowców, lecznp. o rzymskich akweduktach. Jeœli o dramatachwojny, to o straszliwym Corteziei jego siepaczach”. 15 W swoich pracachpodobnie jak w rozmowach pomija³ tematokropnoœci wojen XX wieku. Zw³aszczatemat II wojny œwiatowej by³ zakazany.Córka wspomina³a: „Ile¿ to razy rysowa³bitwy z wszystkich innych stuleci, rycerzy,ciurów, wodzów, bohaterów legendarnychi historycznych. Ile¿ formacjiwojskowych, rodzajów broni i rekwizytówdawnych wojen. Ale tê nasz¹ostatni¹ wojnê pomin¹³ milczeniem” 16 .Dramat tamtych wojen dawno znikn¹³w pomroce dziejów, ta natomiast zbyt¿ywo i boleœnie tkwi³a w artyœcie.Kocha³ za to rysowaæ wiek XVIII. Ulubion¹ksi¹¿k¹ by³ „Rêkopis znalezionyw Saragossie” Jana Potockiego, a jednaz jej postaci, hrabia Saint-Germain sta³asiê wdziêcznym tematem do rysowaniai gawêd. Te zamierzch³e historycznie tematyliterackie jak choæby „Preliminariaperegrynacji do Ziemi Œwiêtej j.o. Radziwi³³aSierotki” Juliusza S³owackiego pozwala³ywykorzystaæ Uniechowskiemu ca³¹bogat¹ wiedzê historyczn¹, tak¿e o rzeczach.Ale nie chodzi³o mu o przekazaniefaktów historycznych, a o uchwyceniestylu: „te dwie pochodne historii - styl,jego kaprysy i zmiennoœæ, oraz modê,która, jak pisa³ Cocteau, jest wzruszaj¹ca,bo umiera m³odo, Antoni Uniechowskiprzez parê dziesi¹tków lat stara³ siêprzedstawiæ w swoich rysunkach” 17 .¯ycie z Uniechowskim nie nale¿a³o do³atwych. Wiedzia³y o tym jego dwie ¿ony.Nie bardzo odnajdywa³ siê w rutynie dniacodziennego. Wspomina³: „Domy maj¹ têcechê, ¿e wszyscy w nich ustawicznie coœrobi¹. ¯ycie w domu trwa i posuwa siênaprzód na zasadzie drobnych poczynañka¿dego mieszkañca. Nastêpuj¹ jakieœwielkie prania, porz¹dki, proszone wizyty.Nigdy nie czu³em potrzeby aktywnegoudzia³u w tych wszystkich sprawach” 18 .Nie umia³ planowaæ, ¿yæ z myœl¹ o dniujutrzejszym. Dla niego liczy³a siê teraŸniejszoœæ,dzieñ dzisiejszy. Ulubion¹ modlitwê„Ojcze Nasz” przywo³ywa³ jako uzasadnienieswojej filozofii ¿yciowej. „Chlebanaszego powszedniego, daj namdzisiaj” - podkreœla³ to dzisiaj, nie jutro.Umia³ siê cieszyæ ka¿dym dniem. Nieznosi³ tzw. rozmów o ¿yciu, a tak jak niecierpia³ rozmów o ¿yciu, tak kocha³pogawêdki. By³ œwietnym gawêdziarzem.Jego ¿ywio³em by³ natomiast œwiatwarszawskich i krakowskich kawiarñ.Kolejne mody na kolejne kawiarnie,„Ziemiañska”, kawiarnia zwana SIM,„Noworolski”. Dni mija³y artyœcie nadzieleniu czasu miêdzy intensywnymprzesiadywaniem w kawiarniach, nocnymrysowaniem i pomieszkiwaniemw domu, które tak córka podsumowa³a:„...istnienie ojca w naszym domu by³oograniczone do jego wychodzenia namiasto” 19 .14 A. Ryszkiewicz, Tonio – wspomnienie o Antonim Uniechowskim, Literatura 1976, nr 30 s. 1415 K. Uniechowska, Antoni Uniechowski, czyli magiczne widzenie świata, Warszawa 1993, s. 9016 Tamże, s. 20717 Tamże, s. 7518 K. Uniechowska, Antoni Uniechowski o sobie i innych, Warszawa 1961, s. 21719 Tamże, s. 229114


Antoni Uniechowski, artysta pracuj¹cyna zlecenie, nie uznawa³ w swoichrysunkach tzw. sztuki dla sztuki, dwuznacznoœci.Tu ka¿dy ogl¹daj¹cy mia³widzieæ, co autor mia³ na myœli. AntoniUniechowski rysuj¹cy do szufladyzape³nia³ papier rysunkami magicznymi,niesamowitymi stworami, jednoro¿cami,gryfami, sk¹d wyziera³a zaduma nadtajemnic¹ istnienia, jego ró¿norodnoœci¹i dziwnoœci¹.Umiejêtnoœæ patrzenia, któr¹ uwa¿a³za szczególny dar i któr¹ przenosi³ napapier pozostawi³a niezapomniane widokiprzedwojennej Warszawy, tak rozczulaj¹cew czasie, gdy miasto le¿a³ow gruzach. Lata wspó³pracy z „Przekrojem”i niepowtarzalnoœæ jego stylu sprawia³a,¿e niektórzy kupowali pismo w³aœnieze wzglêdu na niego. Uniechowskizilustrowa³ 178 ksi¹¿ek 20 , w wiêkszoœcidzie³ klasyki polskiej i obcej, daj¹cychpole do popisu dla jego wyobraŸni. Patrz¹cna rysunki Antoniego Uniechowskiego,budzi siê uczucie zazdroœci, ¿e ci co nanich s¹, ¿yli jakby w lepszym, ³adniejszym,stylowym œwiecie i sami byli³adniejsi. Bowiem artysta rysuj¹c zastanawia³siê nie tylko nad tym, jak mogliwygl¹daæ ci, których rysowa³, lecz tak¿ejakimi chcieli siebie widzieæ, za kogouchodziæ. Mo¿e to sprawia, ¿e ten œwiatwydaje siê ³adniejszy. ¯e chcia³oby siêznaleŸæ tam choæ na chwilê, rozejrzeæ pok¹tach, które ju¿ nie zmieœci³y siê narysunku. Bo wyobraŸnia artysty udzielasiê ogl¹daj¹cemu.W przedmowie do „Preliminariówperegrynacji do Ziemi Œwiêtej j.o.Radziwi³³a Sierotki” J. S³owackiego AdamMauersberger stwierdza, ¿e „celemdzia³ania artysty jest poetyka styluka¿dego czasu, ówczesny idea³ piêkna,idea³ ¿ycia” 21 . Uda³o siê to z nawi¹zk¹Uniechowskiemu osi¹gn¹æ, tak w ilustracjiksi¹¿kowej, jak i projektach scenografiiteatralnej i telewizyjnej, których by³ autorem.Swoje rysunki podpisywa³ charakterystycznymi lakonicznym AU i podobnoby³y to nieliczne litery jakie w swoim¿yciu zanotowa³.U schy³ku ¿ycia Antoni Uniechowskimówi³ do córki: „Zawsze przyjemnie jest¿yæ”. Mo¿na tak powiedzieæ zarównoo jego ¿yciu, ¿e prze¿y³ je do koñcaz wielk¹ przyjemnoœci¹ jak i o bohaterachjego rysunków, ¿e ¿yj¹ na nich z pasj¹.W posiadaniu Wojewódzkiej i MiejskiejBibliotece Publicznej w ZielonejGórze znajduj¹ siê rysunki do nastêpuj¹cychksi¹¿ek:Dywan warszawski z dawnych kronikw¹tku przez Antoniego Uniechowskiegoutkany, Warszawa 1969 [2 prace]Stoberski Z., Bitwa na Kosowym Polu,Warszawa 1962 [1 praca]Trease G., Z Garibaldim na Sycylii,Warszawa 1967 [1 praca]Rostocki A., Soko³owski T., Œwiat starychsamochodów, Warszawa 1972 [1 praca]20 Galeria Antoniego Uniechowskiego, dostępny: http://www.sponsoring.pl/uniechowski/ [5.09.2006]21 J. Słowacki, Preliminaria peregrynacji do Ziemi Świętej j.o. księcia Radziwiłła Sierotki, Warszawa 1959, k. [3]VARIA BIBLIOTECZNE115


Prevost A. F., Historia Manon Lescauti kawalera des Grieux, Warszawa 1948[1 praca]Rzewuski H., Pami¹tki Soplicy, Warszawa1961 [1 praca]Rojek T., Historia i historyjki, Warszawa1970 [1 praca]Potocki J., Rêkopis znaleziony w Saragossie,Warszawa 1950 [1 praca]£oziñski W., Opowiadania imæ PanaWita Narwoja rotmistrza Konnej GwardiiKoronnej a. d. 1760-1767, Warszawa 1952[1 praca]116


Archiwum Jana Korczaka w S³ubicachMaria WasikBiblioteka Collegium Polonicum wzbogaci³asiê o kolejne archiwum literackie.Do wczeœniej przekazanych – KarlaDedeciusa i Henryka Bereski, dosz³oarchiwum Janusza Korczaka. Podarowa³aje Bibliotece rodzina profesora ErichaDauzenrotha. Wydarzeniu temu towarzyszy³akonferencja i otwarcie wystawy,a bohaterami ca³oœci byli wielcy nie¿yj¹cy– Doktor z Krochmalnej i Profesorz Gießen.Sala Collegium Polonicum zgromadzi³aludzi nauki z ca³ej Europy, którymbliskie pozostaj¹ idee wychowawczeJanusz Korczaka. Spotkanie, dofinansowanez Fundacji Wspó³pracy Polsko-Niemieckiej, prowadzi³ dr KrzysztofWojciechowski. Obok referatów by³ywspomnienia tych, którzy zetkn¹wszy siêz profesorem z Niemiec „zarazili” siê odniego „tropieniem œladów” Korczaka.Zebrani wys³uchali trzech referatów:- Janusz Korczak w dokumentach znajduj¹cychsiê w ¯ydowskim Instytucie Historycznym- Jan Jagielski (¯ydowski InstytutHistoryczny w Warszawie),- Erich Dauzenroth jako cz³owiek i niestrudzonyorêdownik pojednania - KonradWeiß (publicysta),- Janusz Korczak jako „pons inter nationes”.Droga do wzajemnego zrozumienia i pojednania- dr Michael Kirchner (NiemieckieStowarzyszenie im. J. Korczaka).Referaty przeplatane by³y recytacjamitekstów obydwu bohaterów spotkaniaoraz autorów pisz¹cych o nich.Na spotkaniu obecne by³y dzieci oraz¿ona profesora Douzenrotha, gospodyni,jak podkreœlali zabieraj¹cy g³os, bardzogoœcinnego domu. Jej ciep³e i serdecznewyst¹pienie zakoñczy³o to wyj¹tkowespotkanie ludzi mówi¹cych w ró¿nychjêzykach, a bliskich sobie ideami –J. Korczaka i E. Dauzenrotha.Nazwisko Janusza Korczaka znane jestPolakom od wczesnego dzieciñstwa,g³ównie za spraw¹ jego m¹drej ksi¹¿ki„Król Maciuœ I” i jeszcze kilkunastu innych.Wielu osobom znana jest te¿ jego dzia³alnoœæpedagogiczna i reformatorskiepublikacje, ³¹cz¹ce „arystokratyczne teoriez demokratyczn¹ praktyk¹ wychowawcz¹”,opisane m.in. w ksi¹¿kach „Jakkochaæ dziecko”, „Prawo dziecka do szacunku”.Pamiêta siê te¿ o bohaterskiejœmierci Starego Doktora ze swoimi podopiecznymiw komorach gazowych Treblinki.Dzia³alnoœci¹ J. Korczaka zafascynowa³siê prof. E. Daunzenroth obejrzawszyw 1957 r. sztukê Erwina Sylvanusa„Korczak i jego dzieci”. By³ ju¿ wówczasautorem licznych prac z dziedziny pedagogiki.PóŸniej sta³ siê wspó³wydawc¹w jêzyku niemieckim wa¿niejszychksi¹¿ek Korczaka, czego ukoronowaniemw efekcie jest edycja 15-tomowych dzie³zebranych pt. „Janusz Korczak SämtlicheWerke” w wydawnictwie GütersloherVerlagshaus 1996-2006.Profesor szukaj¹c œladów Korczakaodby³ ponad 100 podró¿y do Polski,VARIA BIBLIOTECZNE117


inicjowa³ niestrudzenie zainteresowaniejego teoriami pedagogicznymi, przyczyni³siê do powstania MiêdzynarodowegoStowarzyszenia im. JanuszaKorczaka. Przez wiele lat pe³ni³ funkcjeprezesa tego Stowarzyszenia w Niemczech.Tak pisa³ o Korczaku: za ¿yciatroszkê uznania, nieco zachwytu, du¿o krêceniag³ow¹, zero wdziêcznoœci, ¿adnej s³awy.Nie by³ królem w koronie z ber³em, by³królem o smutnych oczach i z chlebemw rêku, nie by³ regentem, ale pierwszyms³u¿¹cym.Na konferencji pad³o te¿ wiele mi³ych,pe³nych szacunku s³ów o prof. Dauzenrothe(zm. 2004 r.). Nazwany zosta³„dobrym cz³owiekiem z Gießen”. Podkreœlonojego niestrudzon¹ pracê na rzeczporozumienia i pojednania. W szkicubiograficznym przygotowanym przezMichaela Kirchnera, przytoczono wypowiedŸAlice Dereere z Belgii:By³ cz³owiekiem z bogatym duchemi intelektem, ekspertem humanistycznegoi pedagogicznego dorobku Korczaka, czaruj¹cymmówc¹ i wiernym przyjacielem pe³nymhumoru. Skromnoœæ i prostota, uczciwoœæi towarzyskoœæ le¿a³y w jego naturze.By w pe³ni przybli¿yæ te dwie postacieprzytoczê tekst, który w imieniu nieobecnejprofesor Jadwigi Biñczyckiej odczyta³adr Ma³gorzata Kmita:Kiedy Dauzenroth pisze o Korczakuwydobywa takie treœci i wartoœci, z którymisiê identyfikuje, które s¹ mu bliskie, którerównie¿ jego charakteryzuj¹. Lubi te¿ siêgaæpo œwiadectwo poezji. Podoba³o siê Dauzenrothowito, ¿e Korczak odcina³ siê od pedagogów„oficerów sztabowych”, którzy pisz¹autoryzowane ksi¹¿ki „wszystkie pe³nepustych fraz i ob³udy”. Podoba³o siê Dauzenrothowito, ¿e Korczak nie da³ siê zamkn¹æw klatce oficjalnych pojêæ, utartych schematówmyœlowych, formu³ek ideologicznych.– Dla podkreœlenia swoich upodobañ i wyborówsiêga³ Erich do jêzyka poezji. Lubi³cytowaæ wiersz poetki Marii Bronikowskiej,która tak siê zwraca³a do Korczaka:O TobieWymyœlili Ci filozofiêAntyczn¹, sokratejsk¹ -Platoñsk¹ - stoick¹Szukali systemu -Przesiewali przez sitaMyœli Twoje i czynyChcieli Ciê wyt³oczyæ -Wyt³umaczyæ - nazwaæ -Przydzieliæ do „partii” -Kierunku, orientacji -Wykorzystaæ nie tylko ¿ycieAle œmieræ Twoj¹Stworzyli mit wielkiLegendê aureum -Psalm -Ale umkn¹³eœ im -Bo by³eœ nie prostyA zwyczajnyLudzki i cz³owieczySkromny i wa¿nyBy³eœ osob¹Czy nie jest to te¿ konterfekt naszegoPrzyjaciela Ericha Dauzenrotha, który by³„ludzki i cz³owieczy, skromny i wa¿ny”,który by³ i pozostanie dla nas wa¿n¹ i niezapomnian¹sob¹?Prof E. Dauzenroth za swoj¹ dzia-³alnoœæ zosta³ uhonorowany wielomaodznaczeniami polskimi i niemieckimi.Zachêcam do obejrzenia wystawyw Bibliotece Collegium Polonicum zatytu³owanej„Janusz Korczak w zbiorachprof. Ericha Dauzenrotha”.Wystawa czynna bêdzie jeszczew 2007 roku.118


KRAJOBRAZY LUBUSKIEDawid KotlarekDawid KotlarekTrzebiechów.Œladami historii i przyrodyDer Geschichte undNaturlandschaftder OrtschaftTrzebiechów/Trebschen)Trzebiechów, powiat sulechowski, 13sierpnia 1934 r. Wielce szanowny PanieHess![...] je¿eli Führer poczuje siê zmêczonyciê¿arem i brzemieniem pañstwa, jeœli z brakuczasu nie zechce siê zbyt oddalaæ od Berlinacelem gruntownego wyspania siê iodpoczynku, by³bym szczególnie rad, gdybymój pa³ac w Trzebiechowie traktowa³ jakoprzybytek odpoczynku dla siebie i swoichpanów, i by go uzna³ za ca³kowicie swój.Jesteœmy po³o¿eni w zagubionym k¹cieMarchii Brandenburskiej, tu¿ przy œl¹skiejgranicy, która przechodzi za wsi¹. Jest tucicho, ale rzecz najwa¿niejsza – œpi siê tuwspaniale [...] Najwiêkszy spokój i cisza... aleTrebschen, Kreis Züllichau, 13. August1934. Sehr geehrter Herr Hess! […] so sichder Führer einmal ermüdet fühlt von der Lastund Bürde des Staates, wenn er sich ausZeitmangel jedoch nicht allzu weit von Berlinentfernen möchte, um sich gründlich auszuschlafenund zu erholen, würde es michbesonders erfreuen, wenn er mein Schloss inTrebschen als Stätte der Erholung für sich undseine Herren auserkoren würde und ganz undgar als das seinige betrachten. Wir sind ineinem verlorenen Winkel der Mark Brandenburg,nahe der Grenze zu Schlesien gelegen,die gleich hinter dem Dorf verläuft. Hierist es ruhig, aber das Wichtigste – es schläftKRAJOBRAZY LUBUSKIE119


przede wszystkim mieszka siê tu w ca³kowiciezapomnianym k¹cie, mo¿na siê tu ³atwoca³kiem ukryæ, z dala od siebie trzymaæniepo¿¹danych ludzi i ciekawskich 1 .Takimi oto s³owy Henryk XXXIII vonReuss zachêca³ do odwiedzin w swojej trzebiechowskiejposiad³oœci Adolfa Hitlera, tenjednak nigdy nie skorzysta³ z zaproszenia.O tym, ¿e móg³ ¿a³owaæ przekonaæ siê mog¹odwiedzaj¹cy tê miejscowoœæ tak¿e dziœ.O Trzebiechowie sta³o siê niedawno g³oœno.Podczas remontowej zawieruchy w miejscowymDomu Pomocy Spo³ecznej (dawnymsanatorium przeciwgruŸliczym wzniesionymw latach 1903-1905) odkryto prace mistrzasecesji Henry’ego van de Velde, który jak siêokaza³o zaprojektowa³ wystrój wnêtrz budynku.Oczy znawców sztuki i historii zwróci³ysiê w kierunku ma³ej miejscowoœci, po³o¿onejblisko 40 km na wschód od Zielonej Góry.Podró¿ œladami przesz³oœciPodró¿ po Trzebiechowie i okolicachmo¿na rozpocz¹æ od Radowic. W roku 2000powo³ano rezerwat przyrodniczy „Radowice”.Na powierzchni ponad 55 ha rosn¹wielowiekowe lasy bukowe, które zamieszkujeró¿norodna i ciekawa zwierzyna (mucho-³ówka, puszczyk, dziêcio³ zielony, ¿urawie,a nawet ¿ó³w b³otny) 2 . St¹d warto nad³o¿yæ1 R. Kincel, Kłamca donosiciel i lizus: z kroniki rodu Reussów(5), Poglądy 1980, nr 10, s.15.2 Zob. M. Maćkowiak, Szlakiem pomników przyrody, BiuletynInformacyjny Miasta i Gminy Sulechów 2006, nr 43, s. 8.sich hier herrlich […] Die größte Ruhe undStille… vor allem aber wohnt man hier ineinem ganz vergessenen Winkel, kann sichleicht verbergen und unerwünschte wieneugierige Leute weit von sich fern halten. 1Mit diesen Worten ermutigte einstHeinrich XXXIII. von Reuß den Führer AdolfHitler, auf dass er ihn auf seinem Landsitz inTrebschen besuchen möge. Der Einladungfolgte er jedoch nicht. Dass er dies aber durchaushätte bereuen mögen, davon könnensich die heutigen Besucher dieser Ortschaftüberzeugen. Trzebiechów ist letzter Zeit insRampenlicht gerückt. Im Chaos, das dieumfangreichen Renovierungsarbeiten amGebäude der Sozialhilfestelle (d.h. dem ehemaligen,in den Jahren zwischen 1903 und1905 errichtete Sanatorium für an TuberkuloseErkrankte) mit sich brachte, wurden dieArbeiten des Jugendstilmeisters Henry van deVelde, der – wie sich herausstellte – dieInneneinrichtung des Hauses entworfen hatte,freigelegt. Die Augen der Kunst- undGeschichtswissenschaftler wandten sich nunmehrder kleinen Ortschaft, etwa 40 kmöstlich von Zielona Góra gelegen, zu.Eine Reise auf den Spurender VergangenheitEine Wanderung durch Trzebiechów undseiner Umgebung mag in Radowice seinenAusgangspunkt nehmen. Im Jahre 2000wurde hier das Naturschutzgebiet „Radowice”errichtet. Auf einer Gesamtfläche vonüber 55 ha erstrecken sich Jahrhunderte alteBuchenhaine, die ein einzigartiges Rückzugsgebietfür vielfältige, interessante Tier- undVogelarten bilden (unter ihnen befinden sichu.a. der Trauerschnepper, der Waldkauz, derGrünspecht, Kraniche und sogar die EuropäischeSumpfschildkröte). 2 Von hier auslohnt es sich, einen kleinen Umweg in1 R. Kincel, Kłamca donosiciel i lizus: z kroniki rodu Reussów(5) [Lügner, Denunziant und Schleimer: aus derChronik des Geschlechtes derer von Reuss], Poglądy[Ansichten] 1980, Nr. 10, S. 15.2 Siehe M. Maćkowiak, Szlakiem pomników przyrody [Aufdem Pfad der Naturdenkmäler], Biuletyn InformacyjnyMiasta i Gminy Sulechów [Informationsbulletin der Stadtund Gemeinde Sulechów] 2006, Nr. 43, S. 8.120


trochê drogi i skierowaæ siê w kierunku malowniczopo³o¿onego na wzniesieniu Podlegórza.Baczyæ nale¿y przy okazji na okrutnegorozbójnika, który jak g³osi legenda buszowa³w pobliskich lasach i sia³ postrach tak¿ewœród mieszkañców Podlegórza. Sta³ tuniegdyœ budynek, w którym mieszka³ pewienrycerz ze swoimi córkami. By³y one bardzobogobojne i czêsto udawa³y siê z pielgrzymk¹do Sulechowa, zabieraj¹c ze sob¹ podarunki.Tak by³o i tym razem. Na drodze rós³ gêstylas, w którym mieszka³ rabuœ. Zabi³ szlachcianki,zakopa³ przy drodze, która prowadzi³ado G³uchowa, a wszystko to dla klejnotów,które pad³y jego ³upem. M³ode kobiety przedœmierci¹ rzuci³y na swojego kata kl¹twê.Podobno do tej pory nocami ujawnia siê jakojeŸdziec bez g³owy, szar¿uj¹c na swymrumaku ko³o grobu ofiar, przestrzegaj¹c przechodniówprzed nadmiern¹ chciwoœci¹.Jeœli jednak rozbójnik nie pojawi siê i udanam siê ca³o dotrzeæ na miejsce z pewnoœci¹dostrze¿emy kamienno-ceglan¹ œwi¹tyniê,wzniesion¹ w 1876 r. W Podlegórzu ju¿ odXVII w. na stanowisko pastora powo³ywanoduchownych pos³uguj¹cych siê polsk¹ mow¹.Przy koœciele znajduje siê ma³y cmentarz,gdzie w rodzinnym grobowcu spoczywaj¹prochy von Reussów: Henryka VII i MariiAlexandriny, niegdysiejszych w³aœcicieliTrzebiechowa. Z cmentarza rozpoœciera siêpiêkny widok na malownicz¹ dolinê obrzañsk¹.Ruszamy dalej.Kolejnym punktem na mapie naszejpodró¿y s¹ Ostrzyce, wioska jakich wiele, naRichtung der malerisch auf einem Hügel gelegenenOrtschaft Podlegórze zu nehmen.Dabei sollte man sich aber vor demgrausamen Räuber hüten, der, wie dieLegende erzählt, in den umliegenden Wäldernsein Unwesen trieb (und wohl noch treibt) undauch die Einwohner von Podlegórze in Angstund Schrecken versetzte. Wie berichtet wird,stand hier einst ein Gebäude, in dem ein Rittermit seinen Töchtern wohnte. Sie waren sehrgottesfürchtige Leute, unternahmen häufigPilgerreisen nach Sulechów und führten dabeiGaben mit sich. So verhielt es sich auch diesesMal. Entlang ihres Weges erstreckte sich eindichter Wald, in dem der Räuber hauste. Erbrachte die edlen Jungfrauen um ihr Lebenund begrub sie an der Straße, die nach G³uchówführte. All dies der Juwelen wegen, dieer auf diesem Raubzug erbeutet hatte. Vor demTod belegten die jungen Frauen ihren Mörderjedoch mit einem Fluch. Er soll bis heute alsein kopfloser Reiter nachts um die Gräberseiner Opfer reiten und die Vorbeiziehendenvor übermäßiger Habgier warnen.Sollte dem Wanderer der Räuber jedochnicht erscheinen und es ihm gelingen, heil undgesund sein Zwischenziel zu erreichen, sowird er dort mit Sicherheit eine Kirchevorfinden, die hier 1876 aus Feld- undBacksteinen errichtet wurde. In Podlegórzewurden schon seit dem 17. JahrhundertGeistliche eingesetzt, die der polnischenSprache mächtig waren. Neben der Kirche istein kleiner Friedhof gelegen, auf dem in einerFamiliengruft die Überreste derer von Reuß,Heinrich VII. und Maria Alexandrine, die einstigenHerren von Trebschen, ihre letzteRuhestätte gefunden haben. Vom Friedhof auserstreckt sich eine herrliche Aussicht auf dasmalerische Tal der Ober. Es geht weiter.* * *Eine weitere Station auf der Reise führtnach Ostrzyce, einem Dorf, das sich auf denersten Blick nicht von vielen anderen unterscheidenmag. Die Ortschaft befand sichzunächst in den Händen der Familie vonTroschke, ging dann in die derer vonDiebitsch, und schließlich in den Besitz dererKRAJOBRAZY LUBUSKIE121


pozór niewyró¿niaj¹ca siê. Nale¿a³a ona pocz¹tkowodo Troschków, nastêpnie Diebitchówi Reussów. Zachowa³y siê jeszczebudynki dawnej poniemieckiej szko³y i domunauczycielskiego. Latem 1924 r. ods³oniêto tupomnik ofiar I wojny œwiatowej 3 . Powsta³dziêki staraniom gminy przy wspó³udzialestowarzyszenia kombatantów wojennych(Kriegerverein) i wsparciu ksiêcia HenrykaReussa. Na dzieñ ods³oniêcia pomnika wieœprzyozdobiono girlandami i innymi dekoracjami.Na uroczystoœæ zaproszono przedstawicielis¹siednich wsi, którzy byli witanimuzyk¹ ju¿ na granicach miejscowoœci.Kombatanci wczeœniej przeæwiczyli musztrêi na czas ceremonii zaprezentowali siê z broni¹,w mundurach polowych i stalowych he³mach.Odœpiewano pieœni patriotyczne i wyg³oszonowiele przemówieñ. Zabra³ g³os tak¿e samksi¹¿ê. Zemsta, zemsta i jeszcze raz zemsta 4 -wypowiedziane s³owa dobitnie odzwierciedla³ynastroje panuj¹ce w ówczesnych Niemczech.Po 1945 r. pomnik na d³ugie lata znikn¹³,a w jego miejscu pozosta³o tylko kilkakamieni. Do niedawna. Dziœ znów mo¿nazobaczyæ p³yty upamiêtniaj¹ce niemieckieofiary tamtej okrutnej wojny, która przecie¿poch³onê³a tysi¹ce ludzkich istnieñ po wszystkichstronach konfliktu.Z Ostrzyc do Trzebiechowa ju¿ tylko „rzutberetem”.Rodzina von Troschke,czyli historii troszkê3 Für jeden Gefallenen wurde ein Bäumchen gepflanzt,Heimatgeschichtliche Blätter für den Kreis Züllichau-Schwiebus1994, nr 27, s. 3.4 Książę miał wypowiedzieć te słowa mając na myśli Francuzów,którzy w 1923 zajęli Zagłębie Ruhry.Kiedy powsta³ Trzebiechów, tego nikt niejest w stanie ustaliæ. Najstarsza wzmiankaw zachowanych archiwaliach dotycz¹ca miejscowoœcisiêga roku 1308. Wiadomym faktemjest, i¿ od roku 1442, dobrem zarz¹dza³a rodzinavon Troschke, która w powiecie sulechowskimposiad³oœci mia³a sporo. Wywodzi³asiê ona z Pomorza. Ju¿ w 1311 r. w dokumentachfiguruje imiê Johanna Droske. PiervonReuß über. Erhalten geblieben sind nochdie Gebäude der alten deutschen Schule unddes Lehrerhauses. Im Sommer 1924 wurdehier auf Bemühen der Gemeinde sowie unterder Mitwirkung des Kriegsvereines und derUnterstützung seitens des Fürsten Heinrichvon Reuß ein Denkmal zu Ehren der imErsten Weltkrieg Gefallenen errichtet. Für denTag der feierlichen Einweihung des Ehrendenkmalswurde das Dorf mit Girlanden undanderen dekorativen Elementen geschmückt.Zum Festakt lud man Vertreter der anliegendenDörfer ein. Sie wurden bereits am Eingangzum Dorf mit Musik empfangen. Die Kriegsveteranenexerzierten und präsentierten sichden Gästen mit Waffen, in Kriegsuniformenund Stahlhelmen. Es wurden patriotischeLieder gesungen und zahlreiche Reden gehalten.Selbst der Fürst ergriff das Wort. Rache, Racheund nochmals Rache 3 – diese Worte gebenausdrücklich die im damaligen Deutschlandvorherrschende Stimmung wieder. Nach 1945verschwand das Denkmal für lange Jahre, undan seiner Stelle blieben nur einige Steinezurück. Bis eben vor kurzem. Heute sind diePlatten zu Ehren der in diesem grausamenKrieg, der Tausende menschlicher Existenzenaller Konfliktparteien ausgelöscht hatte,gefallenen Deutschen wieder an ihrem Ort.Von Ostrzyce nach Trzebiechów ist nurnoch ein „Katzensprung”.Die Familie von Troschke,also noch ein klein wenigGeschichte…Wann Trebschen gegründet worden war,das kann heute keiner mehr sagen. Die ältestein Archiven erhaltene schriftliche Erwähnungstammt aus dem Jahre 1308. Bekannt ist, dassseit dem Jahre 1442 das Gut der Familie vonTroschke gehörte, die im Landkreis Sulechówweitere zahlreiche Besitztümer besaß. DieFamilie stammte ursprünglich aus Pommern.Bereits im Jahre 1311 wird in Urkunden derName Heinrich Troschke überliefert. Unterden bekannteren Vertretern des Geschlechtes3 Der Fürst soll diese Worte in Richtung der Franzosen ausgesprochenhaben, die 1923 das Ruhrgebiet besetzten.122


wszym w³aœcicielem Trzebiechowa by³Henryk Troschke. Ze znanych przedstawicielirodu Ÿród³a wymieniaj¹ niejakiego Asmusavon Troschke, dobrego gospodarza i strzelcao znakomitych umiejêtnoœciach, który rzekomoprzestrzeli³ kulê szpicy koœcio³a w Sulechowie.Sulechowskiej gildii strzeleckiej mia³nadaæ pierwszy statut. Kolejnym reprezentantemby³ Sebastian von Troschke. Studiowa³w Lipsku, zmar³ w 1688 r. w Podlegórzu.Z roku 1693 pochodzi informacja o dwóchprzedstawicielach rodziny, którzy mieli swójudzia³ przy budowie Koœcio³a w Okuninieko³o Sulechowa. Źród³a zawieraj¹ zapiskitak¿e o Wolfgangu von Troschke „Panu natrzech wsiach”. To w³aœnie za przyzwoleniemTroschków w Trzebiechowie osiedlali siêœl¹scy protestanci, po wojnie 30-letniejszukaj¹cy schronienia przed represjami, którena nich spad³y. Duchowni opuszczali swojeparafie i oddawali siê w opiekê przygranicznymw³aœcicielom ziemskim Brandenburgiiczy £u¿yc, a ci zezwalali im na swobodnepraktyki religijne. Duszpasterze protestanccyczêsto odprawiali swoje nabo¿eñstwa w lasach,gromadz¹c wiernych na œwie¿ym powietrzu.Z czasem zezwalano im na wznoszeniew³asnych œwi¹tyñ, które ze wzglêdu na swojeprzygraniczne po³o¿enie, zwano koœcio³amigranicznymi 5 . W roku 1674 tego typu koœció³powsta³ tak¿e w Trzebiechowie. By³a todrewniana, szkieletowa konstrukcja na planiekrzy¿a, zwana „bo¿¹ chatk¹”, która ju¿ w roku1679 grozi³a zawaleniem. Przeprowadzonazbiórka pieniêdzy w sulechowskim i okolicznychkoœcio³ach pozwoli³a wybudowaæ nowy,który móg³ pomieœciæ siedmiuset wiernych 6 .W 1682 r. zameldowa³ siê tu proboszczJohann Georg Martini wraz z synem i póŸniejszymnastêpc¹ Samuelem Gottlobem.Niew¹tpliwie najwiêksze zas³ugi dlaTrzebiechowa mia³ Konrad von Troschke,który w 1707 r. z królewskiego przyzwoleniapodniós³ ówczesny Trebschen do rangi miasta.nennen die Quellen einen gewissen Asmusvon Troschke, der ein guter und wirtschaftlicherHerr und ausgezeichneter Schützegewesen sein sollte und angeblich auch dieKugel auf der Kirchturmspitze in Sulechówdurchschossen haben. Ihm verdankt dieSulechower Schützengilde ihr erstes Statut.Ein anderer urkundlich verbürgter Vertreterdieser Familie war Sebastian von Troschke.Er studierte in Leipzig und starb im Jahre1688 in Podlegórze. Aus dem Jahre 1693stammt eine Information über zwei weitereAngehörige derer von Troschke, diewiederum einen Beitrag zur Errichtung derKirche in Okunin bei Sulechów geleistet hatten.Aus den Quellen ist daneben ebenso eingewisser Wolfgang von Troschke, sog. „Herrüber drei Flecken”, bekannt. Dank der Familievon Troschke siedelten sich in Trebschenschlesische Protestanten an, die nach demDreißigjährigen Krieg Zuflucht vor derreligiösen Verfolgung suchten. DieGeistlichen verließen ihre Pfarrgemeindenund begaben sich in die Obhut der Landherrenin der grenznahen Mark Brandenburg sowiein der Lausitz. Diese gestatteten undgarantierten ihnen die freie Ausübung ihrerreligiösen Praktiken. Die protestantischenSeelsorger hielten ihre Andachten häufig imWald ab, wo sich die Gläubigen an derfrischen Luft versammelten. Mit der Zeitdurften sie auch eigene Gotteshäuser errichten,die auf Grund der grenznahen Lage auchGrenzkirchen genannt wurden. 4 Im Jahre1674 ist eine solche Kirche auch in Trebschenerbaut worden. Es war eine hölzerneSkelettkonstruktion auf dem Grundriss einesKreuzes, „Gottes Häuschen” genannt, diejedoch bereits im Jahre 1679 einzustürzendrohte. Eine daraufhin in der Kirche inSulechów wie auch in den benachbartenPfarrgemeinden erfolgte Geldsammlungerlaubte es, eine neue Kirche zu errichten, dienun in ihrem Inneren 700 Gläubiger fassen5 M. Konopnicka-Szatarska, Kontrreformacja w księstwiegłogowskim (XVI-XVIII w.), Zielona Góra 2002, s. 54-55.6 A. Foerster, Geschichtliches von den Dörfern des GrünbergerKreises, Grünberg 1905, s. 207.4 M. Konopnicka-Szatarska, Kontrreformacja w księstwiegłogowskim (XVI-XVIII w.) [Die Gegenreformation imFürstentum Glogau (16.-18. Jh.)], Zielona Góra 2002, S.54-55.KRAJOBRAZY LUBUSKIE123


Ze Œl¹ska w tym okresie przybywali turzemieœlnicy wszelakich profesji: garncarze,krawcy, szewcy (z w³asnym cechem) oraz kowalei cieœle. Na czeœæ króla miejscowoœæprzemianowano na Friedrichschuld (Fryderykowa³aska). Nazwa ta jednak nie przyjê³a siêna sta³e. Jeszcze w XIX w. w korespondencjistosowano wymiennie Friedrichschuld i Trebschen.Ostatecznie Trzebiechów straci³ prawamiejskie w drugiej po³. XIX w.W roku 1765 koñcz¹ siê rz¹dy Troschkówna trzebiechowskiej posiad³oœci. Na krótkodobro wesz³o w posiadanie Otto von Diebitscha,ówczesnego pana na Podlegórzu orazpani von Schmettow, a nastêpnie w³asnoœæprzejê³a rodzina von Reuss.Trzebiechówpod rz¹dami ReussówPierwszym w³aœcicelem z Reussów by³Henryk IX. Ju¿ w 1780 r. posiad³oœæ orazpatronat nad koœcio³ami w Podlegórzu orazgranicznym przeja³ jego syn ksi¹¿ê HenrykXLIV. 29 stycznia 1790 r. z³o¿y³ on wnioseko oddzielenie Trzebiechowa od gminy koœcielnejw Podlegórzu, dok¹d dotychczasmieszkañcy musieli udawaæ siê na msze (koœció³graniczny s³u¿y³ przybyszom ze Œl¹skai pracownikom pana). Odt¹d wierni moglizapomnieæ o trudach podró¿y. Drogi by³yw fatalnym stanie, dodatkowo podtapianew okresach wysokiego stanu Obrzycy. Ju¿w roku kolejnym przyby³ do Trzebiechowaproboszcz Pöler. Musia³o min¹æ jednak ponad30 lat nim dotychczasowy drewniany koœció³zamieniono na œwi¹tyniê z prawdziwegozdarzenia. W roku 1823 wzniesiono nowyobiekt wed³ug projektu architekta Schinkela ijego uczniów 7 , a ca³oœæ sfinansowa³ patronHenryk XLIV. Fundator zmar³ w roku 1852.7 Niemieccy badacze podają rok 1823 jako datę budowykościoła (C. Schelenz, Aus der Geschichte des DorfesTrebschen, Heimatgeschichtliche Blätter für den KreisZüllichau-Schwiebus 1969, nr 2, s. 4 ; Abriss zurHeimatkunde des Kreises Zullichau, Schwiebus 1925, s.48). S. Kowalski datuje wzniesienie świątyni w roku 1840(zob. S. Kowalski, Miasta Środkowego Nadodrza dawniej,Zielona Góra 1994, s. 171).konnte. 5 Im Jahre 1682 übernahm PastorJohann Georg Martini die Pfarrgemeinde, derhier mit seinem Sohn und späterem NachfolgerSamuel Gottlob angereist war.Die zweifelsohne größten Dienste erwiesTrebschen Konrad von Troschke, indem er imJahre 1707 mit der königlichen Einwilligungdem damaligen Trebschen die Stadtrechteverlieh. Aus Schlesien wanderten in diesemZeitraum Handwerker aller Zünfte ein:Töpfer, Schneider, Schuhmacher (sogar miteiner eigener Zunft) sowie Schmiede undZimmerer. Zu Ehren des Königs wurde dieOrtschaft in Friedrichshuld umbenannt. Nochim 19. Jahrhundert waren im Briefverkehr diebeiden Ortsnamen Friedrichshuld und Trebschenabwechselnd im Umlauf. Schließlichjedoch verlor Trebschen in der zweiten Hälftedes 19. Jahrhunderts seine Stadtrechte.Im Jahre 1765 geht die Herrschaft derervon Troschke in Trebschen zu Ende. Füreinen kurzen Zeitraum ging das Gut in denBesitztum Otto von Diebitsch, des damaligenHerren in Podlegórze sowie der Frau vonSchmettow über, um dann von der Familievon Reuß übernommen zu werden.Trebschen unterder Herrschaft derer von ReußDer erste Eigentümer der Güter aus demGeschlecht von Reuß war Heinrich IX.Bereits im Jahre 1780 übernahm sein SohnFürst Heinrich XLIV. die Besitzungen sowiedie Schirmherrschaft über die Grenzkircheund die Kirche in Podlegórze. Am 29. Januar1790 reichte er einen Antrag auf dieAbsonderung der Ortschaft Trebschen von derPfarrgemeinde in Podlegórze ein, wohin sichdie Einwohner bislang zur Messe begebenmussten (die Grenzkirche diente den schlesischenEinwanderern und den Arbeitern desGutsherrn). Ab diesem Zeitpunkt konnten dieGläubigen die Mühen des beschwerlichenWeges vergessen. Die Straßen befanden sichzur damaligen Zeit in einem sehr schlechtenZustand, zusätzlich wurden sie bei hohem5 A. Foerster, Geschichtliches von den Dörfern des GrünbergerKreises, Grünberg 1905, S. 207.124


Po jego œmierci kilkakrotnie maj¹tek zmienia³swoich w³aœcicieli. W 1861 r. do pa³acuwprowadzi³ siê ksi¹¿ê Henryk VII wrazz ma³¿onk¹ ksiê¿n¹ Mari¹ Alexandrin¹ vonSachsen-Weimar.Trzebiechów rozwija³ siê pod ich rz¹dami.W latach 80-tych XIX w. zosta³ przebudowanypa³ac. Ju¿ rodzina Troschówwznios³a w Trzebiechowie pierwsz¹ rezydencjêszlacheck¹, a jej mury zachowa³y siêw centralnej czêœci rozbudowanego przezHenryka VII pa³acu. W roku 1903 z inicjatywyMarii Alexandriny rozpoczêto budowêsanatorium przeciwgruŸliczego, wed³ug projektuarchitekta Maxa Schöndlera. Wnêtrzazaaran¿owa³ Henry van de Velde. Placówkanie dzia³a³a zbyt d³ugo, gdy¿ du¿e kosztyutrzymania wymusi³y jej zamkniêcie 8 . Doponownego otwarcia lecznicy dosz³o w 1920 r.Do Trzebiechowa przyby³ w tym czasiedr Curt Schelenz. Urodzi³ siê 17.11.1884 r.,jako syn w³aœciciela apteki i historyka farmacjiHermanna Schelenza. Studiowa³ medy-8 B. Bielinis-Kopeć, Sanatorium w Trzebiechowie –przeszłość i teraźniejszość : odkrycie nieznanego dziełaHenrego van de Velde w: Lubuskie Materiały Konserwatorskie,t. 1, Zielona Góra 2003, s. 138.Wasserstand der Ober überflutet. Bereits imdarauffolgenden Jahr kam der Pfarrer Pölernach Trebschen. Es mussten jedoch weiteredreißig Jahre vergehen, bis an der Stelle derdamaligen Holzkirche ein richtiges Gotteshausaus Stein entstehen konnte. Im Jahre1823 ist nach den Plänen des ArchitektenSchinkel und seiner Schüler eine neue Kircheerbaut worden. Das gesamte Bauvorhabenfinanzierte der Schirmherr, Heinrich XLIV. 6Der Stifter verstarb im Jahre 1852. Nach seinemTode wechselten die Gutsbesitzer mehrmals.Im Jahre 1861 zog Fürst Heinrich VII. mitseiner Frau, der Fürstin Maria-Alexandrinavon Sachsen-Weimar, in das Schloss ein.* * *Trebschen entwickelte sich unter ihrerHerrschaft prächtig weiter. In den 80gerJahren des 19. Jahrhunderts wurde dasSchloss umgebaut. Bereits die Familie vonTroschke errichtete hier einen erstenAdelssitz, dessen Mauern im zentralen Teildes vom Heinrich VII. ausgebauten Schlosseserhalten geblieben sind. Auf Bemühen vonMaria-Alexandrina hin begann man im Jahre1903 das Tuberkulose-Sanatorium nach denPlänen des Architekten Max Schöndler zuerrichten. Die Innenausstattung stammte vonHenry van de Velde. Die Einrichtung warjedoch nicht lange im Betrieb, da die laufendenKosten einfach zu hoch waren und balddarauf zu ihrer Schließung führten. 7 Wiedereröffnet wurde die Heilanstalt aber dann imJahre 1920. In dieser Zeit ließ sich in6 Deutsche Forscher geben 1823 als das Jahr der Errichtungder Kirche an (C. Schelenz, Aus der Geschichte desDorfes Trebschen, Heimatgeschichtliche Blätter für denKreis Züllichau-Schwiebus 1969, Nr. 2, S. 4; Abriss zurHeimatkunde des Kreises Zullichau, Schwiebus 1925, S.48). S. Kowalski dagegen datiert die Errichtung desGotteshauses auf das Jahr 1840 (siehe S. Kowalski,Miasta Środkowego Nadodrza dawniej [Städte an der Mitteloderim geschichtlichen Abriss], Zielona Góra 1994,S. 171).7 B. Bielinis-Kopeć, Sanatorium w Trzebiechowie –przeszłość i teraźniejszość : odkrycie nieznanego dziełaHenrego van de Velde [Das Sanatorium in Trebschen –Vergangenheit und Gegenwart: die Entdeckung desunbekannten Werkes von Henry van de Velde] In:Lubuskie Materiały Konserwatorskie, Bd. 1, Zielona Góra2003, S. 138.KRAJOBRAZY LUBUSKIE125


cynê w Getyndze i Monachium, uczelniêopuszczaj¹c z tytu³em doktora, by³ lekarzempok³adowym morskiej linii Hamburg-Amerika i lekarzem pomocniczym w Berlinieby latem 1920 r. obj¹æ stanowisko szefa sanatoriumw Trzebiechowie.Curt Schelenz radzi³ sobie na nowymstanowisku znakomicie, praca by³a jego pasj¹i powo³aniem, mo¿na u¿yæ stwierdzenia, ¿e¿y³ dla sanatorium. Doktor ponadto du¿o publikowa³,g³ównie na temat swojej ma³ejojczyzny: redagowa³ i wydawa³ tzw. kalendarzojczyŸniany (Heimatkalender des KreisesZüllichau-Schwiebus) ukazuj¹cy siê w latach1926-1941, sta³ na czele kilku regionalnychstowarzyszeñ i organizacji. Trzebiechówopuœci³ na pocz¹tku 1945 r. Zmar³ 23 grudnia1974 w wieku 90 lat.6 maja 1922 r. zmar³a w TrzebiechowieMaria Alexandrina, w³asnoœæ przesz³a na jejsyna Henryka XXXII (1878-1935) i nastêpniena wspominanego ju¿ we wstêpie HenrykaXXXIII (1879-1942). Trudnoœci gospodarczemiêdzywojnia wymusi³y sprzeda¿ maj¹tku.Ostatecznie w roku 1943 Trzebiechów przestajebyæ w³asnoœci¹ Reussów. Henryk XXXIV(1887-1956), zamieszka³ w pa³acu w Staniszowieko³o Jeleniej Góry, a maj¹tek odkupi³ksi¹¿ê Adolf zu Bentheim-Tecklenburg 9 .Nabyt¹ w³asnoœci¹ nie cieszy³ siê za d³ugo.Trebschen der Arzt Curt Schelenz nieder,Sohn des Apothekeninhabers und PharmaziehistorikersHermann Schelenz. Der am17.11.1884 geborene Curt Schelenz studierteMedizin in Göttingen und München underwarb dort den Doktortitel. Danach arbeiteteer als Schiffsarzt auf dem LinienschiffHamburg-Amerika sowie als Assistenzarzt inBerlin, um dann schließlich im Sommer 1920als Chefarzt das Sanatorium in Trebschen zuübernehmen.* * *Curt Schelenz kam mit seinen neuenAufgaben ausgezeichnet zurecht. Die Arbeitstellte sich als seine Leidenschaft undeigentliche Berufung dar, man kann sogarsagen, dass er für sein Sanatorium lebte.Neben seiner Arzttätigkeit veröffentlichte erviele Texte, deren Thema hauptsächlich seineneue Heimat bildete. Er war als Redakteurund Herausgeber des Heimatkalenders desKreises Züllichau-Schwiebus tätig, der in denJahren zwischen 1926 und 1941 erschien,daneben führte gleichzeitig den Vorstandeiniger regionaler Vereine und Organisationen.Trebschen verlies er zu Beginn desJahres 1945. Am 23. Dezember 1974 verstarber im Alter von 90 Jahren.Am 6. Mai 1922 verstarb Maria-Alexandrina in Trebschen. Ihr Besitz gingzunächst auf ihren Sohn, Heinrich XXXII.(1878-1935), und dann auf den bereits eingangserwähnten Heinrich XXXIII. (1879-1942) über. Die wirtschaftlichen Schwierigkeitender Zwischenkriegszeit führten zumVerkauf der Besitzungen. Im Jahre 1943erlosch das Eigentumsrecht der Familie vonReuß auf Trebschen entgültig. HeinrichXXXIV. (1887-1956) zog in das Schloss inStaniszów bei Jelenia Góra (Hirschberg) um.Das gesamte Landgut kaufte Fürst Adolf zuBentheim-Tecklenburg 8 , der sich an seinemneuen Besitz jedoch nicht allzu lange erfreuenkonnte.9 Szerzej zob. Archiwum Państwowe w Zielonej Górze, SądObwodowy w Sulechowie 1879-1945 (inna nazwazespołu Amtsgericht Züllichau), Grundakten TrebschenStadt, sygn. 3193.8 Siehe auch: Landesarchiv in Zielona Góra, Amtsgericht inSulechów 1879-1945 (Amtsgericht Züllichau), GrundaktenTrebschen Stadt, Sign. 3193.126


Trebschenstaje siê TrzebiechowemTrzebiechów zosta³ zdobyty przez 44.Brygadê Pancern¹ pod dowództwem JózefaGusakowskiego 31 stycznia 1945 r 10 . Ju¿wiosn¹ przybyli tu pionierzy: 3 rodziny z Poznañskiego,a wkrótce za nimi przesiedleñcyzza Buga (80 rodzin), lecz tylko czêœæ z nichpostanowi³a zostaæ w Trzebiechowie. Choæpocz¹tki by³y trudne mieszkañcy przyst¹pilido odbudowy ¿ycia spo³ecznego, gospodarczegoi kulturalnego. Trzbiechów sta³ siêsiedzib¹ gminy, dzia³alnoœæ rozpoczê³y pierwszeorganizacje polityczne (np. StronnictwoLudowe), spó³dzielnie (Rolnicza Spó³dzielniaProdukcyjna „Postêp”, Gminna Spó³dzielnia„Samopomoc”). Reaktywowano równie¿ sanatoriumprzeciwgruŸlicze, które funkcjonowa³odo roku 1965, kiedy to w jego miejsceutworzono oddzia³ dla nerwowo chorychszpitala zielonogórskiego, a od 1974 w obiekciezlokalizowano Dom Pomocy Spo³ecznej.Odradza³o siê stopniowo ¿ycie kulturalne.W relacji Ryszarda Janiaka w Nadodrzuz 1960 r. czytamy: Niewiele jest tu rozrywek.Dwa razy w tygodniu miejscowe kino wyœwietlafilm, czasami w niedzielê jest dodatkowyseans dla dzieci. Trzebiechowianie ciesz¹siê swym kinem, gdy¿ wiedz¹, ¿e nie ka¿dawieœ je posiada. Chcieliby tylko, aby kronikifilmowe, które trafiaj¹ tu z kilkumiesiêcznymopóŸnieniem, by³y zmieniane dwa razy natydzieñ tak jak filmy i ¿eby sala by³a niecoogrzewana” 11 . W tym czasie we wsi by³o ju¿czterech w³aœcicieli odbiorników telewizyjnych,a wiêkszoœæ posiada³a w³asne radioodbiorniki.W budynku gdzie mieœci³o siê kinoswoje zbiory udostêpnia³a gromadzka biblioteka,która trzyma³a równie¿ pieczê nad kilkomapunktami bibliotecznymi w gminie.Niemniej dla wiêkszoœci spêdzenie d³ugichjesienno-zimowych wieczorów jest nie³atwymproblemem i gdy zapada zmrok, po pogr¹¿o-10 E. Hładkiewicz, Ludowcy z Trzebiechowa, ZielonySztandar (Wyd. G) 1983, nr 11, s. 9.11 R. Janiak, W Trzebiechowie kiełkuje... : list ze wsi, Nadodrze1960, nr 12, s. 14.Trebschen wird zu TrzebiechówAm 31. Januar 1945 wurde Trebschen vonder 44. Artilleriebrigade unter dem Kommandovon Józef Gusakowski befreit. 9 Bereitsim Frühling strömten die ersten Umsiedlerein: zu den Pionieren gehörten 3 Familien ausdem Gebiet um Posen und bald darauf kamen80 Familien, die aus den Ostgebieten Polensstammten, aber nur ein Teil von ihnen wolltein Trzebiechów bleiben. Obwohl sich dieAnfänge als schwierig erwiesen, begannen dieneuen Einwohner bald damit, das gesellschaftliche,wirtschaftliche und kulturelleLeben wiederaufzubauen. Trzebiechówwurde zum Sitz des Gemeindeamtes und dieersten politischen Organisationen (z. B. dieVolkspartei) und Genossenschaften (LandwirtschaftlicheProduktionsgenossenschaft„Postêp” [Fortschritt], Gemeindegenossenschaft„Samopomoc” [Selbsthilfe]) nahmenihre Arbeit auf. Auch das Tuberkulosesanatoriumwurde reaktiviert und blieb bis in dasJahr 1965 hinein bestehen. Dann wurde anseiner Stelle eine Abteilung für Nervenkrankedes Krankenhauses in Zielona Góra eingerichtet.Seit 1974 dient das Objekt alsSozialhilfeeinrichtung. Langsam kehrte auchdas kulturelle Leben in den Ort zurück. Ineinem Bericht von Ryszard Janiak inNadodrze aus dem Jahre 1960 ist zu lesen: Esgibt hier nicht viele Freizeitangebote. ZweiMal wöchentlich gibt es im hiesigen Kino eineFilmvorführung und manchmal sonntagsnoch eine zusätzliche Vorführung für dieKinder. Die Trzebiechower sind mit ihremKino zufrieden, da sie wissen, dass nicht alleDörfer eines besitzen. Sie würden sich nurwünschen, dass die Filmchroniken, die hiermit einer mehrmonatigen Verspätung eintreffen,zwei Mal wöchentlich, so wie die Filme,gewechselt werden und das der Zuschauerraumein wenig beheizt werden würde. 10 Zu9 E. Hładkiewicz, Ludowcy z Trzebiechowa [DieVolksgenossen aus Trzebiechów], Zielony Sztandar(Wyd. G) 1983, Nr. 11, S. 9.10 R. Janiak, W Trzebiechowie kiełkuje... : list ze wsi [InTrzebiechów keimt es...: ein Brief vom Lande], Nadodrze1960, Nr. 12, S. 14.KRAJOBRAZY LUBUSKIE127


nych w egipskich ciemnoœciach ulicachTrzebiechowa snuje siê zabójcza nuda,rozpraszana tu i ówdzie “wod¹ ognist¹” - tylerelacja z roku 1960.W Trzebiechowie uruchomiono równie¿szko³ê - w roku 1982 przeniesiono j¹ w muryzabytkowego pa³acu, który stopniowo popada³w ruinê. Dziêki spo³ecznikowskim inicjatywommiejscowego nauczyciela Stanis³awaSobkowicza uda³o siê powstrzymaædewastacjê obiektu i doprowadziæ go do stanuu¿ywalnoœci. Dzia³alnoœæ swoj¹ zainicjowalihercerze. Druhna Maria Burda zebra³a pierwszychchêtnych 12 . Przy harcówce zlokalizowanejw Gminnym Oœrodku Kultury w po-³owie lat 80-tych dzia³a³o ju¿ 14 dru¿ynzuchowych, 13 harcerskich i 2 starszoharcerskie,które tworzy³y Hufiec Trzebiechów,w szkole natomiast dzia³a³y dwie grupy:„Leœni” i „Ornitolodzy”. Od 1987 r. nanajwy¿szej kondygnacji trzebiechowskiegopa³acu umiejscowiona zosta³a „Chor¹gwianaSzko³a Ma³ej Kadry”.Od 1990 r. Trzebiechowskim OœrodkiemKultury kieruje Tadeusz Wojter, animator wieluprzedsiêwziêæ kulturalnych i spo³ecznych.TOK stara siê po¿ytecznie wype³niæ wolnyczas m³odych mieszkañców gminy. W placówceod lat dzia³a kilka zespo³ów muzycznychi tanecznych, np.: „Leœne aparatki”,„Wiolinki”, „Akcent”. Dyrektor oœrodka –dieser Zeit gab es im Dorf bereits vierBesitzer von Fernsehempfängern. Die meistenEinwohner besaßen indes eigene Radioempfänger.In dem Gebäude, in dem das Kinoeingerichtet wurde, befand sich auch der Sitzder öffentlichen Gemeindebibliothek, dieebenso an einigen anderen Ausleihstellen inder Gemeinde ihre Sammelbestände zur Verfügungstellte. Nichts desto trotz ist das Verbringenlanger Herbst- und Winterabende kein leichtesProblem. Wenn die Dämmerung einbricht,geht über die in ägyptische Finsternis eingehülltenStraßen von Trzebiechów eine tödlicheLangeweile um, die man hier und da mit Hilfedes „Feuerwassers” zu zerstreuen sucht –soweit der Bericht aus dem Jahre 1960.* * *In Trzebiechów wurde auch eine Schuleerrichtet, die im Jahre 1982 in das Gebäudedes lange Zeit verfallenden, historischenSchlosses verlegt wurde. Dank der gemeinnützigenInitiativen des hiesigen Lehrers,Stanis³aw Sobkowicz, ist es gelungen, denfortschreitenden Verfall des Objektesaufzuhalten und es der Nutzung frei zu geben.Bald darauf nahmen auch die polnischenPfadfinder ihre Aktivitäten auf. Die GruppenleiterinMaria Burda versammelte die erstenBereitwilligen um sich. 11 Am Stammsitz derhiesigen Pfadfinder im Gemeindekulturhauswaren bereits zur Mitte der 80ger Jahre 14Wölflingsgruppen [so nannte man die jüngstender späteren Pfadfinder], 13 Pfadfinderund2 Bünde der älteren Pfadfinder organisiert,die den Stamm in Trzebiechów bildeten.In der Schule wiederum wirkten zweiandere Gruppen: die Waldmenschen „Leœni”und die Ornithologen „Ornitolodzy”. Seit1987 wurde in der höchsten Etage desTrzebiechower Schlosses die Pfadfinderschule„Chor¹gwiana Szko³a Ma³ej Kadry”eingerichtet.Seit 1990 wird das TrzebiechowerKulturhaus von Tadeusz Wojter geleitet, Betreuerzahlreicher kultureller und gesell-12 G. Wilczyńska, Zabawa czy sposób na życie, ChłopskaDroga 1985, nr 12, s. 11.11 G. Wilczyńska, Zabawa czy sposób na życie [Ein Spieloder eine Lebensart], Chłopska Droga 1985, Nr 12, S. 11.128


mi³oœnik archeologii zachêca równie¿ swoichpodopiecznych do poszukiwañ i studiowaniadziejów swojej ma³ej ojczyzny.Przyroda i ekologiaTrzebiechów stawia na ekologiê. Niew¹tpliwymatutem jest po³o¿enie gminy w strefieochronnej ujêcia wody dla Zielonej Góry.Tereny te stanowi¹ nie lada gratkê dlami³oœników przyrody i wêdrówek leœnych. Naobszarze gminy roœnie du¿a liczba wielowiekowychdêbów, m.in. najwiêkszy na terenieprzypa³acowego parku (mierzy w obwodzie6 m i ma ponad 300 lat), oraz wieleinnych odmian wspania³ego drzewostanu.Turyœci maj¹ okazjê szczegó³owo zapoznaæsiê z przyrod¹ dziêki œcie¿ce dydaktycznejprzebiegaj¹cej przez trzebiechowski park. Napó³noc od Podlegórza rozci¹ga siê wspomnianyju¿ rezerwat przyrody „Radowice”,schaftlicher Initiativen. Das Kulturhausbemüht sich um einen sinnvollen Zeitvertreibfür die jungen und jüngsten Einwohner derGemeinde. Seit vielen Jahren üben zahlreicheMusik- und Tanzensembles wie z. B.: „Leœneaparatki”, „Wiolinki”, „Akcent”in der Einrichtung.Der Leiter der Einrichtung, der sichselbst leidenschaftlich der Archäologie widmet,ermutigt auch seine Schützlinge, die Geschichteihrer Heimat gründlich zu erforschen.Natur und ÖkologieTrzebiechów setzt auf Ökologie. Eingroßer Vorteil der Gemeinde besteht nun einmalin ihrer Lage inmitten eines Schutzgürtelsum das Einzugsgebiet der Wasserentnahmefür die Stadt Zielona Góra herum. DiesesGebiet ist für alle Naturliebhaber und Freundevon Waldwanderungen ein wahrer Glücksfall.Auf dem Gebiet der Gemeinde stehen zahlreichebetagte Eichen (unter denen die größte,die im Umfang 6 m misst und bereits über 300Jahre zählt, im Schlosspark zu bewundern ist)sowie viele andere herrlicher Baumarten. DieGäste können die hiesige Natur auf einemLehrpfad, der durch den Trzebiechower Parkverläuft, eingehender kennen lernen. Nördlichvon Podlegórze erstreckt sich das bereitserwähnte Naturschutzgebiet „Radowice” undin den umliegenden Wäldern sind viele selteneTierarten wie Elche oder Dammwildanzutreffen, an und in der Obrzyca sindwiederum Bieber und Otter beheimatet. 12* * *a w okolicznych lasach spotkaæ mo¿na rzadkiezwierzêta: ³osie, daniele, a w Obrzycybobry i wydry 13 .Na chêtnych goœci czeka w stolicy gminykilkadziesi¹t miejsc noclegowych. Ci, którzytu zawitaj¹ z pewnoœci¹ nie po¿a³uj¹, a w ichpamiêci na d³ugo pozostanie ten najwiêkszyspokój i cisza.Den Besuchern stehen vor Ort einigeDutzend Übernachtungsmöglichkeiten zurVerfügung. Diejenigen, die diesen Ausflugwagen, werden es auf keinen Fall bereuen unddiese größte Ruhe und Stille für eine langeZeit in ihrer Erinnerung behalten können.aus dem Polnischenübertragen von Grzegorz Za³oga13 Szerzej zob. T. Wojter, Charakterystyka ekologicznagminy [on-line] [dostęp 15 listopada 2006], dostępne wWord Wide Web: http://www.trzebiechow.gminarp.pl12 Mehr Informationen siehe: T. Wojter, Charakterystykaekologiczna gminy [on-line] [Eine ökologische Charakteristikder Gemeinde], World Wide Web:http://www.trzebiechow.gminarp.plKRAJOBRAZY LUBUSKIE129


FORUM DYSKUSYJNEDrzazgi w mózguZenon £ukaszewiczZadziwiająca, chociaż zrozumiałai symptomatyczna jest ta wymiana poglądówdwóch zielonogórskich autoróww ciekawie pomyślanym „Forum dyskusyjnym”.Oto bowiem przeciętny poetai niezły regionalista Eugeniusz Kurzawa„łka nad rozlanym mlekiem”, broniąc heroicznie„Własności czasu przeszłego”a jego adwersarz, poeta, prozaik, krytykliteracki i dziennikarz w jednej osobieCzesław Markiewicz z temperamentempolemicznym „nokautuje” Kurzawę, mającniestety więcej słuszności aniżeliatakowany. Chociaż obaj są jakby z siebieniezadowoleni, bo „uczelnię skończyłemraczej taką sobie, przyznaję” – to Kurzawao zielonogórskiej WSP, a Czesław Markiewicz:„urodziłem się i zostałemw Zielonej Górze, co było i jest dla mniebardziej klęską, niż awansem”. Czyżbyautorowi chodziło o to, że na jejpiaszczystej glebie nie znalazł żadnegoWaśkiewicza? Niemniej, zły to ptak, którywłasne gniazdo kala...A tak na marginesie: kto panów nakłaniałdo pozostania w Zielonej Górze?Nawet Kurzawa, po wędrówkach wschodnimirubieżami kraju, powrócił do miastaswojej młodości. A stąd już niedaleko dobliskiego mu Zbąszynia. Uznają zatem, żejest w Zielonej Górze klimat mocnomieszany – odpychający i przyciągający.Myślę oczywiście o klimacie kulturowym,artystycznym. Aczkolwiek przypadki An-130


drzeja Waśkiewicza czy Zygmunta Trziszki,którzy wyjechali stąd na stałe, mogąprzeczyć tej tezie. Andrzej jednak usadowiłsię mocno na Wybrzeżu, a nieżyjącyjuż Trziszka nigdzie nie mógł znaleźćsobie miejsca, choć patronował mu HenrykBereza, oczywiście w sferze eksperymentówjęzykowych. Kto wie jednak, jakpotoczyłyby się ich dalsze losy, gdybypoza monopolistycznym Lubuskim TowarzystwemKultury działały wówczasinne stowarzyszenia i oficyny wydawnicze?Chociaż obaj autorzy starają się wyraźnieoddzielić porządek polityczny,społeczny i kulturowy od własnych biografii,to jednak jest to niemożliwe. Każdyma prawo do suwerennych decyzji, ale„wolność jest to uświadomienie konieczności”,tedy nie można pozbyć się kontekstówspołeczno-biograficznych. I uwarunkowańi ograniczeń. Zapamiętane gorzkiedoświadczenia tkwią w nas jak drzazgiw mózgu.We wczesnych latach pięćdziesiątychubiegłego wieku, gdy witali się ze światemobaj polemiści, nie wiedząc, iż jest toświat spętany stalinizmem, ja byłem napoznańskiej polonistyce. Pamiętam: na seminariumpolskiej literatury współczesnejbyła omawiana twórczość Broniewskiego.Referentem był jeden z twardogłowychmarksistów, ja przygotowałem koreferat.On mówił wyłącznie o rewolucyjnychwymowach wierszy poety, ja przygotowałemtekst o bardzo osobistej liryceBroniewskiego. Ledwo zacząłem go wygłaszać,prowadząca seminarium dr Pańczykównaprzerwała mi i kazała opuścić salę.Nie, żeby ten mój głos zabrzmiał fałszywie,ale dlatego, iż rzekomo chciałempomniejszyć rolę poety-rewolucjonisty,zwłaszcza ze strony tych, którym zależałona stypendium.A potem była moja debiutancka recenzjaz powieści „Jan bez ziemi” Jackiewicza,opublikowana w jezuickim „PrzeglądziePowszechnym”. I znów zostałem „czarnąowcą”.A potem była przyjaźń z KazimierzemKummerem, autorem wydanej pośmiertniepowieści „Klatka” o krwawej niedzielibydgoskiej, człowiekiem o własnej wrażliwościartystycznej i społecznej, któryośmielił się rzucić publicznie legitymacjęZMP na jakimś zebraniu, towarzyszenieKisielowi na zjeździe polonistów. Itd., itp.Była to duszna indoktrynacja w toksycznymklimacie środowiskowego ostracyzmu.Czy dzisiaj tamten czas nie jawi się jakkoszmarny sen? Dla mnie. A dla generacjiKurzawy i Markiewicza jest wprostniezrozumiały. To nie jest ich świat.Później ziścił się sen o wolności. Aleprzecież nie do końca pełnej, nie do końcazachwycającej. Po latach zamieszkałemw Zielonej Górze. To była jeszcze PRL,ale już w złagodzonej formie. Zaczęło sięorganizować tzw. środowisko literackie,wpierw jako sekcja literacka przy LTK,potem jako klub literacki. Ale przecieżambicje kilku piszących były dalekowyższe. To nic, że dorobek literacki mielinieznaczny, o bardzo słabiutkim poziomieartystycznym. Przecież chodziło o prestiżi wzniosłe miano literata. Rozpoczętostarania o utworzenie samodzielnego oddziałuZwiązku Literatów Polskich w ZielonejGórze. Inicjatywę tę podchwyciławładza centralna, bo przecież należałopokazać ziomkostwom niemieckim, żeZiemia Lubuska jest piękna, gospodarnai kulturalna. Zostały złamane wymogistatutowe ZLP ponieważ tylko 2 osoby z 6członków-założycieli były autorami dwóchksiążek literackich. I tak oto w 1961 rokudokonała się w Zielonej Górze wielkamistyfikacja. Członkami ZLP zostali publicyści,bajkopisarze i zasłużeni działaczepartyjno-społeczni. Kilka osób rozdawałosobie wzajemnie stypendia, organizowałospotkania literackie i obsadzało różneetaty w różnych organizacjach społecznych.Dopiero w latach następnych doJanusza Koniusza dołączyli ZbigniewRyndak, Irena Dowgielewicz czy AndrzejWaśkiewicz i Zygmunt Trziszka. Nie dbamFORUM DYSKUSYJNE131


tutaj o pedanterię chronologiczną, wskazujęna pewne zjawisko z pogranicza politykii sztuki.Jeśli ktoś mniema, że rozreklamowaniczłonkowie ZLP zyskali sobie czytelników,jest w błędzie. Stwarzano jednak zręczniepozory społecznie użytecznej działalności.Na seminarium polonistycznym w dawnejWSP o dorobku literackim tzw. miejscowychpisarzy nikt nie słyszał, bibliotekaw Gubinie na moją prośbę sporządziławykaz rocznych wypożyczeń książeklubuskich pisarzy – wyszło zero. A dowiejskich klubów na spotkanie z pisarzamiprzychodzili ludzie, zwabieni afiszami, żeprzybędzie agronom lub zootechnik. Tozapewne pamięta Andrzej Waśkiewicz,który przeżył taką przygodę.Takie były „wesołe” czasy, gdy fryzowanorzeczywistość, upiększano ją w stylutrawy przed zakładami pracy na przyjazdGierka. Czy więc można się dziwić, że coambitniejsi autorzy wyjeżdżali z naszegomiasta do innych większych ośrodków,gdzie można było w towarzystwie pisarzyz renomą podyskutować o literaturze,a nie tylko o tym, gdzie jest intratna fuchai ile na niej można zarobić. To przecieżtutaj kwitło „piękne” cwaniactwo, a za pieniądzeLTK można było wydać np. weWrocławiu nie tylko debiutancki tomikwierszy, ale zafundować sobie opublikowanieinnych książek np. w WydawnictwiePoznańskim. Wspomina o tym mimochodemAndrzej Waśkiewicz w jak dotądjedynie solidnie opracowanym informatorze„Lubuskie Środowisko Literackie”(LTK 1970 r.). Nie muszę dodawać, żerównież w Zielonej Górze nie osiadł żadenwybitny twórca.Autorzy tych polityczno-literackichpotyczek skupili swoją uwagę na latachpóźniejszych. Przyznam, że mało mnieobchodzą spory wokół Nowej Prywatnościczy Nowej Fali i tutaj zgadzam sięz Markiewiczem, który konstatuje: „Oceniającte twórczości w ogóle mnie nieobchodzi cała hucpa rozrachunkowa”.Podobnie jak on kiepski wiersz odkładamna półkę. Dzisiaj, po doświadczeniach lat50. i późniejszych, nie dziwię się też, żeKurzawa jest dziś prezesem oddziału ZLP,a jeszcze tak niedawno gościł w rezydencjiUrbana, opisując to w gazetowejrelacji. Tak, jak nie dziwi mnie i to, żenazwisko Waśkiewicza figuruje w stopceAneksu – dodatku do lewicowej „Trybuny”.Aby jednak nie być posądzonymo ponuractwo obrachunkowe z minionymilatami dodam, że przeczytałem w moimdługim życiu wiele interesujących powieścii zbiorów opowiadań polskich pisarzyz lat powojennych, a wśród nich piękneteksty Ireny Dowgielewicz i dziś niesłuszniezapomnianego Wojciecha Czerniawskiegoze Szprotawy. To przecieżautorzy z Ziemi Lubuskiej.Ma rację Czesław Markiewicz, żenależy się otrząsnąć z nadmiernejopiekuńczości państwa nad twórcami, bodziś nie te czasy i nie te zapotrzebowania.Ale ma przecież rację także Kurzawa, żekażdy monopol idei i ideologii przynosikulturze więcej strat niż pożytku. Każdytotalitaryzm jest groźny, bez względu jakąma barwę.Ps. Tytuł tego tekstu jest lekkimsparafrazowaniem Kisiela „Gwoździew mózgu”. Choć sens jest chyba podobny?132


RECENZJE I OMÓWIENIAUrszula Kozio³, Supliki, WL, Kraków 2005, 72 s.Jak zawsze do tej pory, tak¿e i w najnowszym zbiorze, najwa¿niejsze u Urszuli Kozio³ jest s³owo:intryguj¹co brzmi¹ce, wieloznaczne, ujawniaj¹ce w niespotykanym s¹siedztwie ca³e pok³ady ukrytychznaczeñ i niespodziewanych sensów. Problemem zaœ, który tym razem zdominowa³ tematykêwierszy wroc³awskiej poetki, jest przemijanie i œmieræ. Ich tonacja bynajmniej jednak nie jest funebralna,¿a³obna. Zadziorny charakter ( „nie jestem dobrze u³o¿ona / nie chcê byæ dobrze u³o¿ona /starczy, ¿e dobrze u³o¿ona / zd¹¿ê byæ w trumnie”, Zamiast wiersza II ) i przekora ci¹gle pe³nejwigoru starszej pani nie pozwoli³y jej ani na zbytnie roztkliwianie siê nad sob¹, ani na œmiertelnie(we wszystkich - ³¹cznie z dos³ownym - znaczeniach tego s³owa ) powa¿ne dywagacje o nieweso³ymw istocie fakcie ¿egnania siê z ¿yciem i zmagania z coraz bardziej niepos³usznym cia³em- w ¿artobliwej zadumie poetyckiej prozy Traktaciku o mi³oœci bliŸniego nastêpuj¹co opisywanymw kontekœcie - nabieraj¹cego z up³ywem czasu zaskakuj¹co nowych znaczeñ - chrzeœcijañskiegoprzykazania mi³oœci:„Czy na myœl, ¿e masz kochaæ bliŸniego swego jak siebie samego nie wpadasz w panikê? Boczy ty samego siebie kochasz? I czy twój organizm tê mi³oœæ aby na pewno odp³aca, czy tylko p³acipiêknym za nadobne?Ilekroæ spojrzysz w lustro i porównasz dzisiejsze odbicie z dawnym, albo jeœli obejrzysz obrazb¹dŸ wykres w³asnych organów wydobyty na jaw przeœwietleniem czy przy³apany elektronicznymimpulsem na bezrytmie, bezw³adzie i odkszta³ceniach, czy nie nabierasz podejrzeñ, ¿e oto rozmijaszsiê z samym sob¹, ¿e siê z siebie wyobcowujesz, ¿e samemu sobie stajesz okoniem i ¿e w najtajniejszejg³êbi coœ tam przeciw tobie spiskuje, coœ siê tam ciebie zapiera i usi³uje dzia³aæ ci naprzekór?”S¹ jednak i oczywiste plusy wieku podesz³ego, jak mo¿noœæ spojrzenia na wiele sprawz zupe³nie nowej perspektywy. Urszula Kozio³ odwa¿nie staje do ostatniej rozgrywki, nazywaj¹crzeczy po imieniu i bez eufemistycznej pruderii mówi¹c o tym, co bolesne i trudne, choæ te¿ niestroni¹c od lingwistycznych zagadek, których rozwi¹zanie pozwala odkryæ drugie, metafizycznoeschatologicznedno jej poetyckich suplik. W³aœnie suplik, a nie suplikacji, bo subtelna semantycznaró¿nica dziel¹ca oba okreœlenia jest tu bardzo istotna. Nie s¹ te wiersze bowiem kornym g³osemstrwo¿onej duszy, która oddaje siê pod ³askaw¹ opiekê Pana, jak w koœcielnych pieœniach b³agalnych,czyli suplikacjach w rodzaju Œwiêty Bo¿e, ale maj¹ czêsto charakter suplik, które sk³ada suplikant,a wiêc ten, co suplikê wnosi, jak dawny ch³op do pana pisemn¹ proœbê czy skargê.RECENZJE I OMÓWIENIA133


Wycieczka zatem w odleg³e stulecia, w otwieraj¹cym tom wierszu W barwach amaro, z przypomnieniemnazwisk poetów i królów, nie jest przypadkowa. To z jednej strony pretekst do gorzkiejnieco zadumy nad œcie¿kami przeznaczeñ, którym na imiê Historia, skazuj¹cych poczciwego królaStasia na poœmiertn¹ poniewierkê jego doczesnych szcz¹tków, z drugiej - okazja do westchnienianad przewrotnoœci¹ pamiêci i kaprysami poetyckiej s³awy, bo któ¿ z m³odych zna dziœ utworyTrembeckiego czy Niemcewicza, którzy przed laty, tak jak do dzisiaj ka¿dy poetanadal zapisuj¹ ³askawe okruchyz ³askawego sto³u³askawym wróblomszarobure piórka ulotnenad szarym blokiemzwiduj¹ im siêjak ulotny taniec Kossowskiejptasi œwir wystukuje jak zawszew klawiatury ich parapetówulotny wersetco ledwo wpadnie jednym uchemdo starczej g³owyto zaraz drugim uchem wylatuje.(W barwach amaro)Przemijanie u Urszuli Kozio³ nie stroi siê te¿ w szaty a¿ nadto symbolicznej cmentarnej czerni -poetka wola³aby, by by³ to kolor amaro, poetycka wersja amarantu, lecz - uwaga!- bez w¹tpienianie tylko o czerwieñ tu chodzi jako kontrapunkt serdecznej krwi ¿ycia wobec martwoty i bezbarwnoœciœmierci, ale o coœ wiêcej - bo a¿ o nieœmiertelnoœæ: od greckiego amarantos - nieœmiertelny;nie wiêdn¹cy.Wracaj¹c zaœ do suplik Urszuli Kozio³, nasuwa siê pytanie, do jakiej instancji s¹ kierowane, skoro„Bóg - jeœli jest - doprawdy nie zna umiaru w zadawaniu nam bólu” - pisze w Ma³ym traktacieo bo¿ych niesprawiedliwoœciach, który koñczy krótkim „Nie wierzê”. Nie szczêdzi poetka sobiei nam, czytelnikom, drwi¹cego memento znaczonego opisami powolnej i nieuniknionej degradacjibiologicznego jestestwa - jakby na potwierdzenie nieczu³oœci owej si³y wy¿szej: losu, ananke, Boga(wci¹¿ jeszcze pisanego wielk¹ liter¹), w której przychyln¹ ingerencjê tak bardzo chcielibyœmywierzyæ:„Nie doœæ wiêc, ¿e stary cz³owiek szpetnieje, kurczy siê, marszczy i przecieka jak dziurawygarnek, nie doœæ, ¿e traci zêby i w³osy, musi nadto jeszcze traciæ pamiêæ i rozum? Zdolnoœæstanowienia o sobie? Ba, zdolnoœæ utrzymania siê na nogach, dŸwigniêcia siê na zwyk³y stopieñ, bonawet g³upie schody uzurpuj¹ sobie teraz prawo rz¹dzenia jego krokami?Nie, nie, doprawdy, Bóg - jeœli jest - nie zna umiaru w zadawaniu nam cierpieñ i upokorzeñ”.Co wiêc jest ostatecznym udzia³em ludzkiego bytu-ku-œmierci ? Czy po niej przynajmniej czekanas rekompensata?Rozwa¿ania o tym, co po drugiej stronie, jeœli jej istnienie przyjmie siê jako pewn¹ alternatywn¹mo¿liwoœæ - zwykle towarzysz¹ refleksji eschatologicznej, wydaje siê jednak, ¿e za aforystyczn¹wirtuozeri¹ poetyckiego s³owa czai siê w tym przypadku trzeŸwa racjonalistka, która nie ma ju¿ zbytwielu z³udzeñ co do natury nieuchronnego i jego praw, jakim podlegaj¹ wszyscy i wszystko:co wielkie i co ma³edynda na uwiêzitego samego nic.(*** stara rzeka nie ma si³y...)134


Tym prawom podlega nawet mi³oœæ:bo ju¿ miêdzy tob¹ a mn¹zarysowuje siê galopuj¹ca pustkazdyszany biegpowrót do niebytuprosto w czeluœæ bez dnai bez echa(***dajesz mi ró¿ê...)Urszula Kozio³ nie odrzuca jednak¿e chyba ¿adnej z eschatologicznych hipotez czy koncepcjiœwiata pozagrobowego - od hinduistycznej sugestii odpoczynku ducha w b³ogos³awieñstwienirwany pocz¹wszy, skoñczywszy zaœ na powrocie do prabytu poprzez rozproszenie siê czyrozp³yniêcie we wszechœwiecie jako cz¹stka jego egzystencji w materii rzeczy i s³owa, byreinkarnowaæ w innej formie istnienia i powróciæ pod zupe³nie nowym mianem:Na po¿arcie bia³ym ska³omrzuæcie moje koœci bia³eniech swym prochem, swoim mia³emw ¿ebro muszli wniknê ca³aprzyjmê nowe imiêFissurellaDiodoraNerita PelorontaPyramidellaaminNim odpomn¹ mnie anieliz³o¿ê biel sw¹ w muszli bieliniech¿e skrzyde³ mi udzieliPholadidae cyrtopleuraPanopea glycymeriszrzeknê swego siê imieniadost¹piê przeistoczeniaamin amin amin(Supliki)Egzotyka piêknie brzmi¹cych ³aciñskich nazw tropikalnych muszli staje siê kusz¹cym mira¿emodrodzenia w amonicie poetyckiego Logos obiecuj¹cego wieczne trwanie, które pieczêtuje mistycznetrzykrotne „amin”. Nawi¹zanie do „amen” wieñcz¹cego modlitwê nie podlega dyskusji, alepoetka nie by³aby sob¹ pozbawiaj¹c czytelnika intelektualnej gimnastyki, bowiem „amin” niew¹tpliwieintryguje. Mnie poetycka szarada sk³oni³a do poszukiwañ encyklopedycznego Ÿród³os³owuwyrazu, którego wyjaœnienie najbli¿sze jest niezbyt romantycznej, ale za to znakomicie puentuj¹cejwiersz definicji chemicznego procesu „wprowadzania grup aminowych do zwi¹zków organicznych”- czym¿e bowiem innym (oprócz duszy, naturalnie) jesteœmy, jeœli nie nietrwa³¹ mieszanin¹ pierwiastkówchemicznych, z których zbudowany jest nasz ziemski œwiat i do którego w tej w³aœniepostaci po œmierci powracamy do ¿ycia.Definiowanie œmierci niespodziewanie prowadzi wiêc do definicji ¿ycia, które okazuje siê byænie igraszk¹ bli¿ej nie znanych ¿ywio³ów, ale aktem niez³omnej woli, „mo¿eniem”- „imperatywembytu”: „Zatem b¹dŸ, mó¿! - apeluje poetka, maj¹c pe³n¹ œwiadomoœæ, ¿e akt ów jest aktembohaterstwa „w dobie roz³amu dwu czy nawet trzech epok”, kiedy trudno nie zw¹tpiæw cz³owieczeñstwo, w bycie zwyciê¿aj¹ce posiadanie, skoro przesta³y w nie wierzyæ nawet bez-RECENZJE I OMÓWIENIA135


pañskie psy, o których pozornie beznamiêtnie, a w istocie niezwykle przejmuj¹co i poruszaj¹copisze w Traktacie o niczyich psach.Czytaj¹c nowe wiersze Urszuli Kozio³ opublikowane w tomiku Supliki po dziesiêcioletniej przerwie,smakowaæ mo¿emy styl ich autorki jak stare dobre wino, które z up³ywem czasu nie straci³onic ze swego bukietu i w którym odnajdziemy jego najbardziej charakterystyczne nuty: inteligentn¹drwinê, ironiczny dystans, konceptualn¹ grê ze s³owem, g³êbiê filozoficznych rozwa¿añ o sprawachostatecznych podan¹ lekko i z finezj¹ w b³yskotliwych zderzeniach i metamorfozach s³ów.Skala mo¿liwoœci warsztatowych Urszuli Kozio³ jest niezwykle szeroka - od rozbudowanychtraktacików - opowieœci poetyck¹ proz¹, po, zas³uguj¹ce ju¿ chyba na odrêbn¹ przegródkêgatunkow¹, sentencjonalne i maksymalnie skondensowane leksykalnie i znaczeniowo wyrywki - suigeneris fragmenty, które staj¹ siê autonomicznymi i osobnymi ca³ostkami w rodzaju:wchodz¹crozwidniasz mnie*do znalezienia nicdo stracenia wszystkoot, ca³e ¿ycie*¿urawieznów dopasowuj¹ klucz do nieba*rzeczy cichcem buduj¹ swój mitgdy tylko spuœcisz je z oczu*zaniemówienieoniemienieomamienie blaskiem tego œwiataKorzystaj¹c z doœwiadczeñ poezji lingwistycznej (zw³aszcza Tymoteusza Karpowicza i MironaBia³oszewskiego) i ws³uchuj¹c siê uwa¿nie w melodykê twórczoœci poetyckiej Wis³awySzymborskiej i Stanis³awa Grochowiaka, wypracowa³a Urszula Kozio³ w³asny, indywidualny jêzykpoetycki, ³¹cz¹cy, co jest w poezji polskiej przymiotem rzadkim (a którym wczeœniej cechowa³a siêw takim stopniu chyba tylko twórczoœæ Mistrza Ildefonsa), liryzm i humor, wzloty wyobraŸni i bystr¹obserwacjê œwiata otaczaj¹cego, przejrzystoœæ i wyrafinowanie.Anna SzóstakFranciszek Madera, Podole – moja mi³oœæ, 28 s.; Teresa Dzedzej, Muzyka kryszta³ów,32 s.; Bronis³awa Raszkiewicz, Œwiat³o s³owa, 32 s.; Iwona Jankowska, Dmuchawcena bia³ej kartce, 32 s. – Organon, Zielona Góra 2005.Prawie wszyscy pisz¹ poezje. Prawie wszyscy bez specjalnych trudnoœci wydaj¹ swoje „dzie³a”.Coraz czêœciej bywa tak, ¿e ktoœ w wieku emerytalnym przypomina sobie o dawnej zarzuconej136


z zawodowych lub ¿yciowych powodów pasji artystycznej. I z zapa³em próbuje j¹ wznowiæ, gdyczasu wolnego ju¿ sporo. Nie lekcewa¿ê jakiegokolwiek pisania poezji. Bo jeœli taka forma spêdzaniaczasu coœ wa¿nego oznacza, to zawsze jest to lepsze, mimo ¿e niekoniecznie artystycznieznacz¹ce, ni¿ innego rodzaju wegetacyjne zajêcie. Nigdy nie wiemy, czym i kiedy zaowocuje tegotypu ziarenko. Tak te¿ patrzê na kolejne cztery zbiorki, które pod auspicjami Stowarzyszenia Jeszcze¯ywych Poetów wydali autorzy w³aœnie ju¿ nie m³odzi. Metrykalnie bowiem osi¹gnêli ¿yciow¹dojrza³oœæ i utrzymuj¹ siê z emerytur. Przynale¿eniu do Stowarzyszenia zawdziêczaj¹ dwie rzeczy:po pierwsze publikacjê, a po drugie, zapoznanie siê ze wspó³czesnym sposobem pisania. Jak¹œliterack¹, gdy idzie o styl, og³adê. Lektura tych tomików upewni³a mnie, ¿e w ka¿dym przypadkumotorem pisania jest wspomnienie. Pamiêæ dzieciñstwa, m³odoœci, œwiadomoœæ up³ywu czasu.Choæ oczywiœcie nie tylko te kwestie, bo i doraŸne prze¿ycia dochodz¹ do g³osu. Po latach,szczególnie panie, odkrywaj¹ ponownie swoj¹ wra¿liwoœæ i bywaj¹ sk³onne otoczyæ ka¿d¹ rzeczi zdarzenie liryczn¹ czu³oœci¹. W gronie ostatnio wydanych zbiorków jest tylko jeden autor -Franciszek Madera, dla którego („Podole – moja mi³oœæ”) znaczenie ma wyœpiewanie uroku jegokresowych stron na Podolu, rodzinnego progu: „Który w moich wspomnieniach ¿yje, / I widzê goczêsto we œnie.” Autor przy pomocy czterowersowych zwrotek, najczêœciej rymowanych parzyœcie– trzeba przyznaæ – gorliwie, bez wdawania siê w nadmierne poetyzowanie, doœæ konkretnie,ale i stereotypowo, stara siê atuty tamtych stron przedstawiæ. Nie unika wysoce patetycznychdywagacji patriotycznych ani myœli historycznych. Tylko „Rodzinny dom” brzmi najbardziejprzekonywaj¹co, bo poeta opisuje: „Ten dom lepiank¹ by³ zwany, / S³om¹ i glin¹ lepione mia³œciany”. Natomiast tomiki: Teresy Dzedzej („Muzyka kryszta³ów”), Bronis³awy Raszkiewicz („Œwiat³os³owa”) czy Iwony Jankowskiej („Dmuchawce na bia³ej kartce”) cechuje ju¿ ambicja pos³ugiwania siênieco nowoczeœniejsz¹ retoryk¹. To widaæ po lekturze któregokolwiek z tekstów. I przyznam, ¿e tewiersze czyta mi siê lepiej, gdy¿ wolne s¹ od staroœwieckich wzorów. Wyraziœciej widoczne bywaja liryczne, osoba, gdy¿ nie tylko o wspomnienie chodzi, ale tak¿e o wyra¿anie podmiotowoœci.Mimo, ¿e wytrawny czytelnik poezji, dostrze¿e ró¿nego typu s³aboœci, to jakby nie patrzeæ jawi¹ siête wiersze jako czasami przekonywuj¹ce œwiadectwa osobistych doœwiadczeñ. Bo te¿ najczêœciejbywaj¹ czymœ w rodzaju zapisku lub notatki, prób¹ zatrzymania nastroju, klimatu chwili, opowieœci¹biograficzn¹. W ten sposób sporo dowiadujemy siê o skali wra¿liwoœci i odczuwaniu egzystencji.Jak ona w ka¿dym z prezentowanych ujêæ wygl¹da. Wewnêtrzny dramat cechuje osobowoœæ TeresyDzedzej, która ma sk³onnoœæ do ostrego, bez z³udzeñ, czêsto smutnego, detalicznego widzeniaswojej i otaczaj¹cej egzystencji: „Czasami po kolcach idê”. Na swój sposób zbli¿a siê do w³asnejprawdy o tym jak chropawe i okrutne bywa ¿ycie i bezradny w nim mo¿e byæ cz³owiek. Potrafi byæszczera, ale i powœci¹gliwa w prezentowaniu osobistych obsesji. Tym zjednuje odpowiedni¹ dozêszacunku. Natomiast Bronis³awa Raszkiewicz, emerytowana nauczycielka, w swoich wierszachw sposób bardzo osobisty, chc¹c wywo³aæ ciep³y, nastrojowy klimat, w lirycznym w tonie eksploatujewspomnienia, czasami bardzo ³adnie, przywo³uje dzieciñstwo: „Dotykaj¹ mnie ciep³e d³onie /Rodziców”, wraca do tego co podstawowe, np. „Bochen chleba w d³oni”, „k³os wype³nionyziarnem”, „pobielona wapnem chata”. Wszystkie obrazy odnosz¹ siê do czasu minionego,prze¿ywanego na Kresach. Autorka stwierdza wprost: „Przez moje ¿y³y p³ynie / ¯ejmiana”. Pozatym s¹ tu te¿ wiersze pisane jako dedykacje, okolicznoœciowe, adresowane do okreœlonej osoby lubosób. Potrafi Raszkiewicz napisaæ o górskiej wodzie w strumieniu: „Rozlane na kamieniach / Szk³o”.A wiêc jakoœ wnikliwie, gdzie indziej wspiera siê zmys³em obserwacyjnym, np. „O œwicie”. To s¹oczywiœcie dotkniêcia tematów, spraw, ale jeszcze nie wejœcie w g³¹b. Przy wszystkich podobieñstwachtematycznych, ucieczkach w retrospekcjê, dzieciñstwo, ods³anianiu w³asnych prze¿yæ, trochêjednak inne s¹ utwory Iwony Jankowskiej. Ze wzglêdu na zdolnoœæ mówienia jakby ca³kowiciez pozycji w³asnego wnêtrza i w³asnej egzystencji. Pozwala to odbieraæ te wiersze nie jedynie tematycznie,ale jako dalece liryczne objêcia tyle¿ zdarzeñ, co ich odczuæ, pisze: „Niepowrotem jesteœ/ Ja twoj¹ niepamiêci¹”. Mimo wyczuwalnych napiêæ mamy do czynienia z dba³oœci¹ o spojrzeniedelikatne, ³agodne, takie które jednak zasadniczo niczego nie zburzy, bowiem jest nadzieja, cyt.:„Mo¿e tym gestem uleczysz / Wszystkie rany”. Z tego te¿ powodu mi³oœæ (mi³oœæ ma³¿eñska) jestokreœlana jako prozaicznie „starannie odmierzane krople”. Czasem coœ j¹ uwiera, odczuwa jakiœniedostatek. Nie s¹ w stanie jej sensu zniweczyæ „zdeptane kapcie”, oznacza to, ¿e ma tu miejscerozumienie logiki ¿ycia, wytrwa³oœæ, a to te¿ siê liczy. Nie twierdzê, ¿e omówionym zbiorkomRECENZJE I OMÓWIENIA137


mo¿na przypisaæ wysok¹ kwalifikacjê literack¹. Nie da siê ukryæ, ¿e wszystkie nosz¹ znamiona pierwszegokroku, na dodatek póŸnego. By³oby jednak niesprawiedliwoœci¹ nie dostrzec jakichkolwiekpozytywów, co gdyby mia³o udan¹ kontynuacjê, mog³oby zadowoliæ bardziej wymagaj¹ce oczekiwania.W³aœnie ca³a rzecz w spe³nieniu lub niespe³nieniu tych oczekiwañ.Czes³aw SobkowiakRomuald Szura, Zielony zapach lasu, Pro Libris, Zielona Góra 2004, 90 s.Szczup³y objêtoœciowo debiutancki tomik prozy Romualda Szury, nie wiem dlaczego przemilczanyprzez rodzimych Zoilów, wyrasta bez w¹tpienia z jego poetyckich doœwiadczeñ. Dotyczy toprzede wszystkim lirycznego obrazowania, jak i sensualnego opisu dookolnego œwiata. Warto przypomnieæ,¿e Szura jest przecie¿ autorem takich zbiorków wierszy jak „Ko³ysanie czasu”,„Popo³udnie” i „Sosnowe klawisze”, a tak¿e licznych s³uchowisk radiowych o wyraŸnych proweniencjachpoetyckich. Natomiast wczeœniejsze próby prozatorskie publikowa³ w wielu antologiachi almanachach opowiadañ lubuskich pisarzy, a w jego dorobku znajduj¹ siê równie¿ przek³adyutworów poetyckich twórców naszych niemieckich s¹siadów.W 11 opowiadaniach, pomieszczonych w tym tomiku, których akcja rozgrywa siê w lubuskimregionie, obfitym w lasy i jeziora, o czym œwiadcz¹ nie tylko topografia i nazwy Oœna, Wymiarekczy miasta z Winobraniem, ale wiele te¿ znaków szczególnych, spotykamy ludzi zwyk³ych, obarczonychprze¿yciami i wspomnieniami, nie raz siêgaj¹cymi daleko wstecz, a¿ do lat powojennych.Natomiast las stanowi dla nich owo magiczne miejsce wypoczynku i dojmuj¹cej radoœci zachwytunad piêknem natury, ale równie¿ przecie¿ jest Ÿród³em utrzymania, zarobkowania jako drwale czyrobotnicy tartaczni. Lub tak¿e zbieracze runa leœnego. Ale nie to jest w tej prozie najwa¿niejsze.Podczas licznych podró¿y i spotkañ, czasami przypadkowych, wêdrówek i wypoczynków nad jeziorami,jesteœmy uczestnikami interesuj¹cych rozmów, ¿yciowych konstatacji oraz konfrontowaniatego co dziœ, z tym co dawno temu. Stwarza to okazjê do intymnych wyznañ, ¿alu a nawet nostalgiiza utraconym czasem. I tak zdarzenia pospolite i zwyk³e mieszaj¹ siê ze wznios³ymi, a relacjeinterpersonalne obywaj¹ siê na poziomie delikatnie zarysowanych sytuacji, zbli¿eñ, kontaktówi wspomnieñ.Bohaterowie Szury prze¿ywaj¹ tedy ma³e ludzkie dramaty i dotkliwe napiêcia, zawiedzione,b¹dŸ nagle urwane nadzieje, utratê zaufania do ludzi kiedyœ im bliskich. Autor sprawnie pos³ugujesiê jêzykiem literackim, ale gdy trzeba siêga po dialogi gwarowe lub mowê kolokwialn¹. Wartow tym miejscu zwróciæ uwagê na potocznoœæ i funkcjonalnoœæ wielu dialogów oraz piêkne sceny,ods³aniaj¹ce ów magiczny las. Te obrazy poetyckie s¹ sugestywne, a spl¹tane z ludzkimbytowaniem nabieraj¹ szczególnego znaczenia. Zwykle jednak dominuj¹ nad ca³¹ narracj¹,przyt³aczaj¹c opisywane problemy obyczajowe. Jeœli jednak zewnêtrzna charakterystyka postaci jestdoœæ wyrazista, to zabrak³o im pog³êbienia psychologicznego – staj¹ siê jednowymiarowi, p³ascy.W opowiadaniu „Przyjaciel Maksym”, ods³aniaj¹cym po reportersku dzia³ania miasteczkowejkliki, na zakoñczenie autor konkluduje: „Mo¿e nareszcie pêknie tama milczenia, a blady strach padniena tych z kliki. Mo¿e wreszcie zmieni siê coœ w tym zamkniêtym œwiatku. Mo¿e upadek Barañcapoci¹gnie za sob¹ upadek skarla³ych bonzów? Kto odgadnie, co mo¿e siê zdarzyæ w mieœcie takma³ym, ¿e wszystkie jego sprawy móg³by zmieœciæ w jednym dniu mego ¿ycia. Jednego tylkoby³em pewien. Nie zmieni siê zapach ¿ywicy, trochê octowy, trochê cierpki, zapach lasu, który musistale umieraæ, by mogli ¿yæ ludzie.” Niestety, tego typu zbanalizowanych konstalacji jest w tejprozie wiêcej. Nie miejsce tu na przytaczanie przyk³adów. To one w³aœnie rozbijaj¹ lirycznoœæ tej wzamierzeniu autora prozy, maj¹cej umo¿liwiaæ nam podziwianie œwiata. Tak nie jest. Bohaterowie iich prze¿ycia szybko umykaj¹ naszej pamiêci. Nawet s³uszna refleksja „Dlaczego cz³owiek uciekaprzed cz³owiekiem? A mo¿e przed samym sob¹, gdy czyjœ wytrych brutalnie otwiera pamiêæ” jestdla nas obojêtna, bo zanadto oczywista. No, i wreszcie uwaga koñcowa, dotycz¹ca „Wesela nadrzek¹” – opowiadania zamykaj¹cego tomik. W intencji autora mia³a byæ to próba opisania stosunkówpolsko-niemieckich, zakoñczonych w tekœcie wzajemn¹ koegzystencj¹, a nawet tworze-138


niem wspólnych rodzin, jak np. w Gubinie. Niestety, zakoñczenie zbyt mocno pobrzmiewa publicystyk¹,i to nawet gazetow¹.Wielokrotnie doœwiadczenia dziennikarskie Szury po³o¿y³y siê cieniem nad t¹ proz¹, któramog³a byæ czysta i zachwycaj¹ca sw¹ urod¹. Jak las, który jest rzeczywistym bohaterem tej ksi¹¿ki...Zenon £ukaszewiczMaria Mi³ek, W czas marny potrzebni poeci, Organon, Zielona Góra 2006, 198 s.Jak zwykle propozycja wydawnicza „Stowarzyszenia Jeszcze ¯ywych Poetów” nosi znamionahybrydy. „W czas marny potrzebni poeci” to zbiór szkiców, recenzji, miejscami prób esejów MariiMi³ek o twórczoœci autorów skupionych wokó³ SJ¯P. A ¿e takie skupiska twórcze charakteryzuj¹ siêdoœæ swobodn¹ hierarchi¹ wartoœci przy rekrutacji cz³onków, to i poziom ich twórczoœci jest adekwatnieró¿ny. Ale czy w zwi¹zku z tym poziom pracy Marii Mi³ek musi te kryteria albo ich brakwch³aniaæ na zasadzie mimikry krytycznej? Otó¿ nie. Jeœli mówimy o hybrydzie, czyli nieokreœlonymgatunkowo tworze, to tylko w kontekœcie bardzo spolaryzowanej jakoœci poezji, któr¹ wziê³a nawarsztat eseistka (zreszt¹ sama te¿ poetka, i co gorsze... zaprzyjaŸniona ze wzmiankowanymStowarzyszeniem). O... przyjacio³ach nie mówi siê Ÿle. W... przyjaŸni obowi¹zuje lojalnoœæ. Samaautorka chyba ma tego œwiadomoœæ. Swoje szkice krytyczne nazywa „impresjami”. Ponadto dodaje:„Chcia³am opowiedzieæ nie tylko o poetach, ale tak¿e o czytaniu poezji”. To bardzo chytry kwantyfikator.Mo¿na w tym wyczuæ próbê krygowania siê, t³umaczenia siê z jakiejœ specjalnej taryfy krytycznej.Oczywiœcie jeœli rzecz ca³¹ traktujemy powa¿nie. Przyjmijmy takie za³o¿enie jako tezê.W takim ujêciu nie da siê udowodniæ niczego. Przynajmniej w sytuacji poruszania siê w obszarze...literatury, ze wszystkimi jej przypad³oœciami jakoœciowymi. Subiektywizm, na który powo³uje siêautorka, nie ma tu nic do rzeczy. Sama przecie¿ potyka siê o takie pojêcia, jak „poetyka stosowana”,„pomiarowa aparatura”; powo³uje siê na konstatacje autorytetów (M. Go³aszewskiej, ŒwiêtegoAugustyna, Hezjoda itp.); by wreszcie, ju¿ nie we wstêpie, ale na d³ugim dystansie ca³ej... rozprawyroz³o¿onej na poszczególne nazwiska „operowanych” poetów, wytoczyæ orê¿ krytyczny najwiêkszegokalibru, z koronkowo wydziergan¹ logistyk¹ krytyczn¹. No i efekt bywa czasami zgo³akarykaturalny. Oto poetycki dystych (nazwiska autorki z litoœci nie wymieniê):Zagryzê s³owa jak wargi do krwi/ Wytrysn¹ czerwon¹ plam¹ na kartce papieru, obtacza, jakpanierka krytyczny s³owotok, tycz¹cy godnie, nie przymierzaj¹c jakiejœ Poœwiatowskiej albo innejSzymborskiej: „Powiedzia³abym nawet, ¿e œwiat w tej niezwykle osobistej liryce jest nie tylko „zawieszonyna drzewie”, lecz tak¿e pêkniêty. Coœ siê ma wydarzyæ, ale – nie staje siê. Coœ prawie jest– ale ledwie zamigocze, ju¿ mija. Owa dychotomia oddaje rodzaj zawieszenia miêdzy nadziej¹a rozczarowaniem. Jest to zreszt¹ cech¹ znamienn¹ tej poezji: balansowanie na granicy miêdzy cisz¹i krzykiem, burzliw¹ emocj¹ i zagryzieniem warg. St¹d czêstym chwytem stylistycznym jest pos³ugiwaniesiê rodzajem puenty. Wiersz toczy siê niejako w górê, wznosi siê, jest oczekiwaniem, alew ostatnim momencie opada i koñczy siê niespe³nieniem”. No có¿, ten przyd³ugi cytat jest tylkonikczemnym wyimkiem z imponuj¹cych „mo¿liwoœci krytycznych” autorki „marnego czasu”i „potrzebnych poetów”. A przecie¿ ten nieszczêœliwy dystych, dwuwiersz, zaledwie dwie linijki i takwystarcz¹ ¿eby obiektywnie potwierdziæ pretensjonalnoœæ, banalnoœæ „gryzienia warg” i „tryskania”krwi¹ po papierze. Zreszt¹ autotematycznoœæ poezji czeladniczej jest pierwszym ze schodów donik¹d. A ca³y, nie da siê ukryæ fachowy, wywód krytyczki jest do tej poetyckiej, ciê¿kostrawnejpotrawy tako¿ jeszcze ciê¿ej strawn¹ przystawk¹. To tak jakby golonkê polaæ zasma¿k¹ i popiæ towszystko bulionem.I tak jest przynajmniej w po³owie „Czasu marnego”. Owszem, Maria Mi³ek czasami przemycajakieœ po³ajanki, ale te s¹ o dziwo jakby ju¿ wyp³ukane z warsztatowej precyzyjnoœci. Co i tak nieprzewartoœciowuje pozytywnie mieszanych ocen ca³ej ksi¹¿ki.RECENZJE I OMÓWIENIA139


A szkoda. Bo wartoœciowe, wnosz¹ce nowe elementy do dyskusji o literaturze w ogóle, s¹szkice o poezji autorów w miarê obiektywnie ju¿ obecnych w ¿yciu literackim, tym, ju¿ bezdodatkowych epitetów, sankcjonuj¹cych zwyk³e u³omnoœci artystyczne. Mowa o „impresjach”o twórczoœci Ma³gorzaty Stachowiak, W³adys³awa Klêpki, Agnieszki Leœniewskiej, Marzeny Wiêceki Jolanty Pytel. Gdyby Maria Mi³ek tylko tych poetów „namaœci³a” swoim niew¹tpliwym talentemrecenzenckim, powsta³aby interesuj¹ca, domkniêta aksjologicznie ksi¹¿ka krytyczna. Tymczasemmamy do czynienia z kolejn¹ ju¿ inicjatyw¹ SJ¯P, któr¹ trzeba od³o¿yæ z nieutulonymi mieszanymiuczuciami.Czes³aw MarkiewiczKRONIKA LUBUSKAwrzesieñ - listopad 2006• Tegoroczne Winobranie w Zielonej Górze (2-10wrzeœnia) przebiega³o pod znakiem kulturyi rozrywki. Wystêpowa³y zespo³y muzycznei wokaliœci, teatry uliczne; zorganizowano festyny,Jarmark staroci, Nocny Bieg Bachusa, i.in.Z imprez nawi¹zuj¹cych do tradycji winiarskichodbywa³y siê: pokazy t³oczenia winogron, wystawai kiermasz zwi¹zany z winiarstwem i upraw¹winoroœli. Winobraniu towarzyszy³ XXII MiêdzynarodowyFestiwal Folkloru.• W salonie wystawowym Biblioteki Norwida4 wrzeœnia otwarto wystawê „Tajemniczewnêtrza organów koœcielnych ze zbiorówWojciecha Jachimowicza”. Po wernisa¿u autorkolekcji opowiada³ o historii organów.Ekspozycja by³a czynna do koñca wrzeœnia.• 7 wrzeœnia, w galerii BWA w Zielonej Górzewyst¹pi³ Ryuzo Fukuhara, japoñski tancerz butohoraz amerykañscy muzycy George Cremaschi(kontrabas, elektronika) i Liz Allbee (tr¹bka,elektronika).• Trzydniowe œwiêto ksi¹¿ki zorganizowa³azielonogórska WiMBP. Od 7 do 9 wrzeœniatrwa³a akcja „Z ksi¹¿k¹ na walizkach”. Na terenieZielonej Góry i okolic odby³o siê 31. spotkañautorskich z m³odymi czytelnikami. W imprezieuczestniczyli znani literaci: Beata Ostrowicka,Arkadiusz Niemirski, Izabella Klebañska,Kazimierz Szymeczko, Wojciech Karwackii Zbigniew Koz³owski.• Muzyka Bacha, Haendla i Mozarta uœwietni³afina³owy koncert 11. Festiwalu Muzyki Organoweji Kameralnej w Drezdenku (8 wrzeœnia).• W ¯arach od 8 do 9 wrzeœnia trwa³ II FestiwalKronopol z udzia³em lokalnych solistów i zespo-³ów. Wyst¹pili tak¿e znani wykonawcy: G. Turnau,A. M.Jopek, D. Miœkiewicz, Z. Wodecki.• W gorzowskiej Galerii Nowych Mediów 8 wrzeœniaotwarto wystawê „Miêdzynarodowa nocdziecka”. Pokazano malarstwo, filmy, obiektyi instalacje artystów z Poznania i Zielonej Góry.Oprawê muzyczn¹ wernisa¿u tworzy³a formacjaKOT.• Koncertem kompozytorów XX w. (Górecki, Kilar,Orff) Filharmonia Zielonogórska zainaugurowa³a8 wrzeœnia 51. sezon artystyczny.• Lubuskie Dni Kultury Alternatywnej w Gubinieprzebiega³y od 8 do 10 wrzeœnia. Zaprezentowanomuzykê folkow¹, death metal, rodzinnemuzykowanie.140


• Koncert galowy XXII MiêdzynarodowegoFestiwalu Folkloru uœwietni³ wystêp zespo³uŒl¹sk (9 wrzeœnia).• Wystawê fotografii Janiny Trojan w gorzowskiejGalerii Towarzystwa Fotograficznego otwarto9 wrzeœnia.• Skansen w Ochli goœci³ uczestników jubileuszu60-lecia Polskiego Zwi¹zku £owieckiegoOkrêgu Zielonogórskiego. Imprezê rekreacyjnokulturaln¹zorganizowano 10 wrzeœnia.• Tomik poetycki „Tchnienie” Wojciecha Œmigielskiegopromowany by³ 14 wrzeœnia w salonikuliterackim ksi¹¿nicy zielonogórskiej. Spotkanieprowadzone przez Ma³gorzatê Miko³ajczakzorganizowano w ramach „Czwartku Lubuskiego”.• 14 wrzeœnia Teatr Kreatury z Gorzowa œwiêtowa³15 rocznicê istnienia dwoma spektaklami („Ma³eProzy” wg Mro¿ka i „Sceny z niewinnoœciz nieœwiadomoœci” Gombrowicza).• W gorzowskim Spichlerzu w ramach „CzwartkówNaukowych” Janusz Michalski przedstawi³wyk³ad o malowid³ach œciennych TheodoraNüttgensa w koœciele Podwy¿szenia Krzy¿a Œw.(14 wrzeœnia).• 14 wrzeœnia w zielonogórskim Salonie Artystycznym„Stañczyk” zorganizowano spotkaniez re¿yserem Markiem Rêbaczem.• Ko¿uchowski Oœrodek Kultury „Zamek” goœci³wystawê Miros³awa Stêpnia „Anatomia zapachu”.Wernisa¿ odby³ siê 15 wrzeœnia.• VIII Lubuskie Œwiêto Plonów zorganizowanow tym roku w Witnicy, 16-17 wrzeœnia. Grupyœpiewacze i zespo³y artystyczne zainscenizowa³yobrzêd „W s³onecznym krêgu”.• W Starej Plebanii w Bia³owicach 17 wrzeœniamia³o miejsce coroczne (od 2000 r.) polskoniemieckiespotkanie kulturalne pn. „Rzeczyponiemieckie. Zdarzenie artystyczno-literackohistoryczne”.Jego organizatorem by³o stowarzyszeniekulturalne KunstGrenzen e.V. Berlinz pomoc¹ czynników lokalnych.• 21 wrzeœnia odby³ siê koncert pn. „Nowosolskascena dobrej muzyki” promuj¹cy Now¹ Sól. Doudzia³u w imprezie zaproszono GrzegorzaSkawiñskiego i grup¹ Kombi.• Oratorium Piotra Rubika i Zbigniewa Ksi¹¿kazaprezentowano w gorzowskim amfiteatrze22 wrzeœnia. Koncert pt. „Psa³terz wrzeœniowy”zamyka cykl poœwiêcony pamiêci Jana Paw³a II.W koncercie wzi¹³ udzia³ Janusz Radek i Przemys³awBranny.• W Jazz Clubie Pod Filarami 22 wrzeœnia wyst¹pi³otrio RGG.• 24 wrzeœnia w Muzeum Etnograficznym w Ochlizorganizowana zosta³a impreza plenerowa pn.„PaŸdzierze, czyli... jak to ze lnem by³o”.• Krzeszyce goœci³y 24 wrzeœnia uczestnikówimprezy do¿ynkowej. Zorganizowano festynrodzinny, konkursy, kiermasze, koncerty.• Miecz Szczeœniak promowa³ swój najnowszyalbum „Zwyk³y cud” w Filharmonii Zielonogórskiej27 wrzeœnia.• Lubuski Teatr zaprezentowa³ 27 wrzeœnia spektaklmuzyczny „Kolczyk w sercu” oparty na muzyceM. Kowalika i K. Kiljañskiego.• W Bibliotece Norwida w Zielonej Górze uroczyœciezainaugurowano rok kulturalno–oœwiatowy(28 wrzeœnia).• Od 28 do 29 wrzeœnia w zielonogórskiej WiMBPprzebiega³a konferencja pn. „Czytelnik niepe³nosprawnyw bibliotece”.• Pianista Jerzy Stryjniak by³ gwiazd¹ koncertuw Filharmonii Zielonogórskiej. W repertuarzeprzewa¿a³a muzyka Ravela, Liszta, Czajkowskiego(29 wrzeœnia).• Gorzowska WiMBP zorganizowa³a spotkaniez pisark¹ Barbar¹ Kosmowsk¹ i poet¹ JózefemBaranem. Literaci byli goœæmi trwaj¹cego dwadni fina³u XIII Ogólnopolskiego KonkursuLiterackiego im. Z. Morawskiego (29-30 wrzeœnia).• 30 wrzeœnia w gorzowskiej galerii Azyl-Art.otwarto wystawê ikon autorstwa Iwony Walasz Sosnowca.• W ramach Miêdzynarodowego Dnia Muzyki1 paŸdziernika wyst¹pi³ Lipski Chór Synagogalny.Koncert odby³ siê w koœciele pw. NajœwiêtszegoZbawiciela w Zielonej Górze.• 1 paŸdziernika zielonogórski klub 4 Ró¿e dlaLucienne goœci³ Macieja Maleñczuka.• Premiera „Strumienia”, autorskiego spektakluLeszka M¹dzika, twórcy Sceny Plastycznej KULodby³a siê 1 paŸdziernika. Spektakl zrealizowanoz zespo³em Teatru Lubuskiego.• WiMBP im. Norwida zorganizowa³a wystawêmalarstwa Adama Bagiñskiego. Wernisa¿ odby³siê 4 paŸdziernika.• 5 paŸdziernika w Spichlerzu odby³o siê spotkaniepoœwiêcone Waldemarowi Kuæce, popularnemufotografowi gorzowskiemu. O artyœcie opowiada³aEwa Ku³akowska.• Grupa „Akurat” koncertowa³a w Piwnicy Kawonw Zielonej Górze 5 paŸdziernika.• „Zrób karierê w bibliotece!”. Pod takim has³emprzebiega³o I Forum M³odych Bibliotekarzy.Organizatorem konferencji by³a zielonogórskaksi¹¿nica (5-6 paŸdziernika).KRONIKA LUBUSKA141


• 6 paŸdziernika w gorzowskiej Galerii GTFzaprezentowano wystawê fotografii dzieciêcej.Ekspozycja by³a pok³osiem V Przegl¹duFotografii Dzieci i M³odzie¿y.• W Miejskim Centrum Kultury w Gorzowie6 paŸdziernika odby³ siê koncert grupy „Vespa”.Dzieñ póŸniej w MCK z recitalem wyst¹pi³ gorzowskibas-barytona Armand Perykietko.• W cyklu „W sztuce marzenia staj¹ siê rzeczywistoœci¹”w zielonogórskim BWA, 6 paŸdziernikaodby³ siê pokaz „Opowieœci zimowej” KatarzynyKozyry.• 6 paŸdziernika w Galerii w Starej Fabryce MariiIdzikowskiej zorganizowany zosta³ wernisa¿malarstwa Moniki £ukomskiej pt. „Anatomia¿ycia”. Po wernisa¿u odby³ siê pokaz pracydyplomowej Agnieszki Spiegelhalter pn. „Æmy”.• Bluesowe jam session z udzia³em W. Bagiñskiego,M. £azarkiewicza, A. Goliw¹sa i I. £ojkozorganizowano w klubie 4 Ró¿e dla Lucienne6 paŸdziernika.• W Jazz Clubie Pod Filarami zagrali 7 paŸdziernikasaksofonista Marek Kazana i pianistka LenaLudoff.• 7 paŸdziernika w Teatrze Osterwy w Gorzowieodby³a siê premiera s³owackiego re¿ysera PeteraKoèana pt. „Trzy siostry. Dwie ksi¹¿ki. Mi³oœæjedyna” wg A. Czechowa i P. Coelho.• W dniach 9-14 paŸdziernika Centrum Kulturyi Jêzyka Niemieckiego Uniwersytetu Zielonogórskiegozorganizowa³o w Zielonej GórzeIV Dni Niemieckie. Celem przedsiêwziêcia by³oprzybli¿enie niemieckiej kultury, muzyki i sztuki.W og³oszonym konkursie na plakat pierwszemiejsce uzyska³ projekt Joanny Kowalczyk(patrz II strona ok³adki).• W ramach Dni Niemieckich 11 paŸdziernika,w Bibliotece Norwida, otwarta zosta³a wystawaPrzemys³awa Karwowskiego pn. „Nieznanezwi¹zki J.W. Goethego ze Œl¹skiem i Ziemi¹Lubusk¹”.• 16. numer Lubuskiego Pisma Literacko-Kulturalnego „Pro Libris” promowany by³12 paŸdziernika na „Czwartku Lubuskim”w Norwidzie.• Gorzowskie Dni Muzyki ph. „Jazz” zainaugurowanokoncertem zespo³u Up to Datew Teatrze Osterwy 12 paŸdziernika.• 13 paŸdziernika w Jazz Clubie Pod Filaramirozpoczêto cykl „Klasyka w klubie”. Wyst¹piliabsolwenci poznañskiej Akademii Muzycznej.• W dniach 3-15 paŸdziernika odbywa³a siê 32.edycja Biesiady KoŸlarskiej w Zb¹szyniu.Zorganizowano m.in. koŸlarskie i dudziarskiewarsztaty muzyczne dla m³odzie¿y, wystawêrêkodzie³a, jam session na koz³ach i dudach.• Gorzowska galeria BWA 14 paŸdziernika zorganizowa³a„Przegl¹d plastyki lubuskiej”.• Trio Adama Pieroñczyka wyst¹pi³o z koncertemw Jazz Clubie Pod Filarami (14 paŸdziernika).• Gwiazda rosyjskiej piosenki poetyckiej ¯annaBiczewska wyst¹pi³a z koncertem w TeatrzeLubuskim 18 paŸdziernika, a dzieñ póŸniejw gorzowskim Teatrze im. Osterwy.• W Galerii Nowych Mediów 19 paŸdziernikazaprezentowano wystawê prac gorzowiankiMoniki Szalczyñskiej .• 20 paŸdziernika odby³ siê w Zielonej Górze koncertw ramach XVI Festiwalu Smyczkowego„Mistrzowie polskiej wiolinistyki” im. TadeuszaWroñskiego.• W Galerii Nowy Wiek Muzeum Ziemi Lubuskiej20 paŸdziernika otwarto wystawê Heleny Kardasz„non_ens.net”.• 21 paŸdziernika w salonie PGNiG zorganizowanowernisa¿ fotogramów „Odzyskana kobiecoœæ”.Imprezê zorganizowa³o ZielonogórskieStowarzyszenie Amazonek.• Piknik historyczny w Pniewie odby³ siê 21 paŸdziernika.• 21 paŸdziernika w Teatrze Lubuskim zainaugurowano13. Powinobraniowe Spotkania Teatralnepn. „Niemcy-Austria-Czechy”.• Do 22 paŸdziernika Muzeum Ziemi Lubuskiejgoœci³o wystawê pt. „Œl¹sk - kraina krainamuzeów” przygotowana przez Muzeum Œl¹skiew Görlitz prezentuj¹c¹ eksponaty wybrane zezbiorów 30 placówek muzealnych z Polski,Czech i Niemiec.• 26 paŸdziernika w Grodzkim Domu Kultury zorganizowano21. ods³onê Turnieju JednegoWiersza pt. „Jesienny urok nostalgii”.• Od 26 do27 paŸdziernika w Teatrze Lubuskimodbywa³y siê wieczory kabaretowe. Wyst¹pilim.in. M. Opania, W. Zborowski, A. Strzelecki,J. Pietrzak.• „Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach” koncertowa³27 paŸdziernika w Miejskim CentrumKultury w Gorzowie.• Wystawê Joanny Ratajczak-Kurowickiej „Œwiat³oformyi poezja” otwarto 27 paŸdziernikaw Muzeum Ziemi Lubuskiej.• 27 paŸdziernika Galeria BWA zorganizowa³afinisa¿ „Last minute”. Swoj¹ wystawê zamknê³aKatarzyna Podgórska-Glonti.• Pianista Karol Radziwonowicz wyst¹pi³ z koncertem27 paŸdziernika w Filharmonii Zielonogórskiej.142


• 29 paŸdziernika zielonogórski klub Kawon goœci³zespó³ „Œwietliki”.• W Galerii BWA zorganizowano wernisa¿ malarstwaS³awomira Czajkowskiego. Ekspozycjêpt. „Gil Scott said it” otwarto 2 listopada.• Scena plastyczna Leszka M¹dzika wyst¹pi³a5 listopada w Teatrze Lubuskim ze spektaklem„Strumieñ”.• Na wernisa¿ gobelinów i rzeŸb z tkaninyAleksandry Zuby-Benn zaprosi³a Galerii Azyl-Art. 4 listopada.• 4 listopada w Jazz Clubie Pod Filarami wyst¹piligorzowscy muzycy, m.in. pianista Dawid Troczewski.Koncert zatytu³owano „Solo, duo, trio”.• Koncert z okazji jubileuszu 15-lecia istnieniazespo³u „Supreme Lord” zorganizowano 5 listopadaw klubie 4 Ró¿e dla Lucienne.• 7 listopada w zielonogórskiej galerii BWA zainaugurowanoprzegl¹d prac z kolekcji LubuskiejZachêty Sztuki Wspó³czesnej.• Od 9 do 12 listopada trwa³ Festiwal TransVocale,3. edycja Europejskiego Festiwalu PiosenkiAutorskiej S³ubice-Frankfurt. Koncerty odbywa³ysiê w Collegium Polonicum, a organizatoramiby³y S³ubicki Miejski Oœrodek Kulturyi Forum Kleista we Frankfurcie nad Odr¹.• Kino Newa we wspó³pracy z Klubem KulturyFilmowej, Wytwórni¹ DEFA i Filmem Polskimzorganizowa³o przegl¹d filmów pt. „Wspó³czesneKino Polskie i Niemieckie” (19-29 listopada)• 10 listopada w gorzowskim MCK wyst¹pi³Polski Teatr Tañca ze spektaklami „Barocco”i „Wo-man w pomidorach”.• Z okazji Œwiêta Niepodleg³oœci Teatr im. Osterwyzorganizowa³ koncert „Storyboard” (jazz, muzykaludowa polska i armeñska, przeboje klasyki).• Oratorium „Œwiêtokrzyska Golgota” Piotra Rubikazaprezentowano 11 listopada w koœcielepw. Œw. Ducha w Zielonej Górze.• Gorzowskie Spotkania Teatralne z udzia³em s³awaktorskich (m.in. B. Wrzesiñska, A. Barciœ,T. Huk, K. Figura, M. Komorowska, M. ¯ebrowski)zorganizowano w dniach 12-19 listopada• „Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach” da³koncert w 4 Ró¿ach dla Lucienne 15 listopada.• Przedstawiciele Polski, Czech i Niemiec wziêliudzia³ w Europejskim Festiwalu Tañca. Pokazyodbywa³y siê 16 listopada w hali UniwersytetuZielonogórskiego.• Jazz Club Pod Filarami 16 listopada goœci³pianistê Dawida Troczewskiego z triem, dzieñpóŸniej skrzypka Adama Ba³dycha z grup¹ Up toDate, a 18 listopada Katarzynê Malinowsk¹w recitalu chopinowskim.• Na „Czwartku Lubuskim” 16 listopada Norwidgoœci³ reprezentantów Pisma spo³eczno-kulturalnego„Trakt” i Nadwarciañskiego KwartalnikaHistoryczno-Archiwalnego. Spotkanie prowadzi³Zbigniew Czarnuch.• W Grodzkim Domu Kultury 17 listopada TeatrKreatury wyst¹pi³ ze spektaklem „Miejski kraul”.• 18 listopada w gorzowskim MCK wyst¹pi³az koncertem grupa „Komety”.• W ramach jesiennych Spotkañ KulturalnychM³odzie¿y Szkó³ Œrednich Autunalia zaprezentowano21 listopada w Filharmonii Zielonogórskiejspektakl muzyczny „Tunel”.• Na „Czwartku Lubuskim” 23 listopada promowanyby³ najnowszy tomik poetycki HenrykaSzylkina pt. „¯ejmiana”. Wiersze z tomiku recytowa³aMa³gorzata Wower.• Tegoroczna edycja Wojewódzkiego Przegl¹duTeatrów Amatorskich przebiega³a w terminie24-26 listopada. W przegl¹dzie wyst¹pi³o15 zespo³ów, a jego organizatorami by³oRegionalne Centrum Animacji Kultury i TeatrLubuski.• 24 listopada w Filharmonii Zielonogórskiejwyst¹pi³a z koncertem Beata Biliñska, laureatkapresti¿owych konkursów pianistycznych.• W Teatrze im. Osterwy 25 listopada odby³a siêJesieñ Jazzowa pn. „Gorzów Jazz Celebrations”.Zaprezentowano jazz, rock, pop, free i in.Imprezê zakoñczy³o jam sesssion.• Gorzowska artystka Anna Szymanek zorganizowa³a25 listopada wystawê poplenerow¹w Galerii BWA Miejskiego Oœrodka Sztuki.• 26 listopada, w ramach Spotkañ z Kultur¹£emkowsk¹, wyst¹pi³y 4 kapele ludowez Ukrainy i z Polski. Spotkania odby³y siêw gorzowskim Teatrze im. Osterwy.• W cykl akustycznych koncertów „To w³aœniemuzyka” wpisa³ siê Muniek Staszczyk i zespó³T.Love koncertem w Filharmonii Zilonogórskiej(27 listopada).• Zespó³ VooVoo z Wojciechem Waglewskimwyst¹pi³ 29 listopada w zielonogórskiej PiwnicyKawon.• Lech Majewski, re¿yser, pisarz, malarz, scenarzysta,zaprezentowa³ w Galerii NowychMediów wideoinstalacje pt. DiVinities. Wystawêmo¿na ogl¹daæ do koñca roku.KRONIKA LUBUSKA143


KSI¥¯KI NADES£ANEBibliografia Zielonogórskiego Winiarstwa, Archiwum Pañstwowe w Zielonej Górze,Zielona Góra 2006, s. 506.Beata Frydryczak, Helena Kardasz, Park Miu¿akowski. Przestrzeñ pamiêci i pojednania. Muskauer Park.Erinnerungs- und Versöhnungsraum, Oficyna Wydawnicza Uniwersytetu Zielonogórskiego,Zielona Góra 2006, 116 s.Jan Gross, W kilku wersach o nonsensach, Miniatura, Kraków 2005, 63 s.Alicja Lewicka, Lampka nocna. Prace, Katedra Sztuki i Kultury Plastycznej. Uniwersytet Zielonogórski,Zielona Góra 2006, 24 s.Mariusz Niemycki, Tañcz¹cy z babokiem, Wydawnictwo Skrzat, Kraków 2006, 54 s.Mariusz Niemycki, Cz³apoklapek, Wydawnictwo Skrzat, Kraków 2006, 54 s.Mariusz Niemycki, Wiadro na urodziny, Wydawnictwo Skrzat, Kraków 2006, 48 s.Krzysztof Raniowski, Rady ziemi wolsztyñsko-babimojskiej, Biblioteka Publiczna Miastai Gminy Wolsztyn, Wolsztyn 2005, 400 s.Robert Rubacha, Oczy, Ko¿uchowski Oœrodek Kultury i Sportu „Zamek”, Ko¿uchów 2006, 38 s.Spotkania z Nieoczekiwanym. Almanach grupy literackiej OKSYMORON, red. Barbara Konarskai Joanna Szczepaniak, Zielonogórski Uniwersytet Trzeciego Wieku, Zielona Góra, 2006, 248 s.Krzysztof Swereda, G³os milczenia, Ko¿uchowski Oœrodek Kultury i Sportu „Zamek”,Ko¿uchów 2006, 46 s.Anna Maria Szewczuk, Kwiaty mi³oœci, Wydawnictwo „Anna”, Zielona Góra 2006, 39 s.Wiek Wierzbaka. G³osy poezji i prozy, red. Marian Grzeœczak, Media Rodzina,Poznañ 2006, 182 s.Rainer Wochele, Desperat, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Oddzia³ w Poznaniu,Poznañ 2006, 207 s.144


AUTORZY NUMERUXenia Cosmann-DoerPoetka, autorka opowiadañ, z wykszta³cenia bibliotekarz. Mieszka w Berlinie.Zofia Frydel-KoœmiderUr. w 1953 r.; absolwentka UAM w Poznaniu; nauczycielka, autorka wierszy i krótkich formprozatorskich. Publikuje w prasie i almanachach pokonkursowych; liczne nagrody i wyró¿nieniaw konkursach literackich. Mieszka w Bielsku-Bia³ej.Kazimierz FurmanUr. w 1949 r. Poeta, prozaik, felietonista, laureat nagród literackich (m.in. Lubuski Wawrzyn Literacki1999).Zdzis³aw HaczekDziennikarz „Gazety Lubuskiej”.Ewa JêdrzejowskaDoktorantka w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Zielonogórskiego.Leszek KaniaKurator wystaw, krytyk sztuki, zastêpca dyrektora Muzeum Ziemi Lubuskiej.Przemys³aw KarwowskiUr. w1954 r. In¿ynier, przedsiêbiorca, regionalista, winiarz, mi³oœnik twórczoœci Goethego.Sta³y wspó³pracownik redakcji „Œwiat Radio”, „Œwiat Win” i „Winiarz Zielonogórski”.Mieszka i pracuje w Zielonej Górze.Konrad KrakowiakUr. w 1979, student filozofii Uniwersytetu Zielonogórskiego, poeta, redaktor Telewizji PrzewodowejZielona Góra, copywriter, organizator dzia³añ kulturalnych, lektor radiowy i telewizyjny.Dawid KotlarekBibliotekarz, historyk, absolwent Uniwersytetu Zielonogórskiego; pracownik Dzia³u InformacjiBibliograficznej i Regionalnej WiMBP w Zielonej Górze.Jaros³aw KuczerHistoryk, pracownik Instytutu Historii UZ, regionalista.W³adys³aw £azukaUr. w 1946 r. poeta, prozaik, laureat nagród i wyró¿nieñ literackich. Czêsto publikuje w prasie,a tak¿e wystêpuje na antenie PR i TVP. Autor zbiorów wierszy. Mieszka w Choszcznie.Zenon £ukaszewiczUr. w 1934 r. na WileñszczyŸnie; krytyk literacki, emerytowany dziennikarz i by³y zastêpca redaktoranaczelnego dwutygodnika spo³eczno-kulturalnego „Nadodrze”.Mateusz MarczewskiUr. w 1976 r., dziennikarz, reporta¿ysta. Publikowa³ m.in. w „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym”,„Znaku” i „Przegl¹dzie Powszechnym”. Autor tomu poetyckiego i libretta do p³yt. Mieszka w Poznaniu.Czes³aw MarkiewiczUr. w 1954 r. w Zielonej Górze; poeta, prozaik, krytyk literacki, eseista, dziennikarz „Radia Zachód”w Zielonej Górze.AUTORZY NUMERU145


Zenon Musia³owskiUrodzony w 1952 r. w Kroœnie Odrz.; meloman, kolekcjoner p³yt; dzia³acz Polskiego StowarzyszeniaDiabetyków. Mieszka w Zielonej Górze.Nadie¿da MyszlennikPoetka rosyjska zamieszka³a w ¯aganiu.Cyprian Norwid(1821-1883) poeta i plastyk; od 1842 za granic¹; przedstawiciel nowatorskiej, zintelektualizowanejliryki, autor poematów, utworów dramatycznych, nowel, filozoficznych esejów wspomnieniowych.Michael Andreas PetersPoeta, cz³onek Polsko-Niemieckiego Biura Literackiego, uczestnik X Nocy Poezji we Frankfurcienad Odr¹.Jolanta PytelUr. w 1952 r. Poetka, prezes Stowarzyszenia Jeszcze ¯ywych Poetów. Publikowa³a w licznychalmanachach, w prasie lokalnej i ogólnopolskiej. Jej utwory t³umaczono na jêzyk angielski i niemiecki.Mieszka w Zielonej Górze.Maria RadziszewskaBibliotekoznawca, historyk, starszy kustosz w Dziale Zbiorów Specjalnych WiMBP w Zielonej Górze.Czes³aw SobkowiakUr. w 1950 r., poeta, krytyk literacki, wspó³pracownik regionalnych i ogólnopolskich pism literackich.Anna SzóstakUr. w 1965 r., mieszka i pracuje w Zielonej Górze. Historyk literatury polskiej, adiunkt UniwersytetuZielonogórskiego.Henryk SzylkinUr. w 1928 r. na WileñszczyŸnie, poeta, prozaik, wieloletni prezes Towarzystwa Mi³oœników Wilnai Ziemi Wileñskiej, wspó³autor kilkudziesiêciu antologii poezji i prozy wydanych w kraju i za granic¹.Utwory H. Szylkina t³umaczono na jêzyki: litewski, rosyjski, bia³oruski, niemiecki, ukraiñski.Izabela TaraszczukAsystent w Instytucie Filologii Germañskiej Uniwersytetu Zielonogórskiego.Rainer VangermainUr. w 1952 r., poeta, prozaik. Mieszka w Berlinie. Prezes Polsko-Niemieckiego Biura Literackiegowe Frankfurcie nad Odr¹.Maria WasikDyrektor WiMBP im. C. Norwida w Zielonej Górze, bibliotekarz dyplomowany, autorka szeregupublikacji z dziedziny bibliotekarstwa.Andrzej K. WaœkiewiczUr. w 1941 r. w Warszawie. Poeta, krytyk, historyk literatury, edytor. Mieszka i pracuje w Gdañsku.Jacek Weso³owskiArtysta i teoretyk nowej sztuki, literaturoznawca, doktor nauk humanistycznych. Mieszka w Berliniei Bia³owicach w Lubuskiem.Carmen WinterPublicystka i poetka. Prowadzi agencjê Publicystyki i Public Relation. Mieszka i pracujewe Frankfurcie nad Odr¹.146


Beata Frydryczak, Helena Kardasz - Park Mu¿akowski. Przestrzeñ pamiêci i pojednania / Muskauer Park.Erinnerungs- und Versöhnungsraum.

More magazines by this user
Similar magazines