15.06.2021 Views

Strona Czynna 6/2021

You also want an ePaper? Increase the reach of your titles

YUMPU automatically turns print PDFs into web optimized ePapers that Google loves.

numer 6/2021


Redakcja:

Piotr Borkowicz,

Kamil Galus,

Iwo Sadecki,

Patrycja Sikora,

Patryk Zimny

Korekta: Ewelina Krupska, zespół redakcyjny

Oprawa graficzna: Julia Boros

Logo: Jakub Pszoniak


WSTĘP .......................................................................................................................................... 3

POEZJA ..........................................................................................................................................4

Gromadka ......................................................................................................................................... 5

Kamiński ......................................................................................................................................... 10

Kaszuba ........................................................................................................................................... 14

Konarski .......................................................................................................................................... 17

Kotłowski ........................................................................................................................................ 20

Mitek…………… ................................................................................................................................. 25

Puwalska ......................................................................................................................................... 28

Tomaszewski .................................................................................................................................. 31

Wróblewski ..................................................................................................................................... 34

PROZA ..........................................................................................................................................37

Krasny.. ........................................................................................................................................... 38

Kulpa…. ........................................................................................................................................... 43

Parkasiewicz ................................................................................................................................... 48

Poklękowski .................................................................................................................................... 56

Suszczyńska .................................................................................................................................... 60

KRYTYKA .......................................................................................................................................66

Górnicka ......................................................................................................................................... 67

Kujawa. ........................................................................................................................................... 71

Rojek... ............................................................................................................................................ 80

ROZMOWY NA STRONIE ...............................................................................................................95

Kanikuły i kociołki ........................................................................................................................... 96

Rozmowa Kamila Galusa z Patrykiem Kosendą .............................................................................. 96

STRONA WOLNA .........................................................................................................................105

Burzyński ...................................................................................................................................... 106

Czajkowski .................................................................................................................................... 108

Hołody / Sztuczne Fiołki ............................................................................................................... 115

Kodżak. ......................................................................................................................................... 124

Lazurek ......................................................................................................................................... 126

2


Rabiega ......................................................................................................................................... 132

Żmuda. .......................................................................................................................................... 135

3


Nareszcie możemy w offline. Możemy, ale nie musimy odłączać się od linii, być poza nią.

Komutowane tagi: #STACJA #SYSTEM #TEAMS #ZOOM #LIVESTREAM umożliwią

zmniejszenie kosztów ponoszonych przez a) użytkownika; b) czytelnika; c) współuczestnika.

To już koniec postu? Na początek i koniec musi być igiełka. Czy to raz, czy

dwa? Data podania szóstej dawki: CZERWIEC. Przepustowość. Wtłaczanie. Literatura.

Dawkowanie bierne może powodować działania niepożądane. Dlatego dobrze, że zdecydowałxś

się zgłosić za pośrednictwem dedykowanego numeru dostępnego na stronie.

Zeskanuj spis treści, aby otrzymać dodatkowe informacje bezpośrednio na swoje urządzenie

mobilne.

WCZYTUJ SIĘ.

Redakcja Strony Czynnej

4



Tomasz Gromadka

Animator kultury, osoba pisząca, performer, dramaturg. Publikował w „Dialogu”,

„Wakacie”, „Wizjach”. Laureat „Połowu. Poetyckie debiuty 2020”. Członek Grupy

Performatywnej Chłopaki i Stowarzyszenie Pedagogów Teatru. Współtwórca Stołu

Powszechnego w Warszawie. Prowadzi zajęcia „Pisanie co wtorek”.

6


SHITPOET

moje imię

przyjaciółko

pobielone kałem

kąty oka

- wyparcie treści seksualnej

moja forma

przyjacielska

pojemna jak pacha

na imię mi acha

twoja przyjaciółka

forma ku głębi kału

- poparcie treści podmokłej

jego treść: buntem gówna

miodek słów

babą wiersza

7


BYĆ FACETEM

a mama zastawia pułapki:

talerzyk miseczkę

podczas rozładunku warzyw

ale ty uchodzisz z domu na plac

oczywiście że popieram

płeć klasę kolor

i przekraczanie tychże

na magazynie kiść kału

niech pierdolą się inni (tylko osoby

o złym wpływie na mnie)

i świat wolny ale tak samo

dobry a przez dobry

rozumiem dla każdej

gdy fantazjuję o krzywdzeniu kobiet

lecz matka zakłada zastawki

i nie popłyniesz jakbyś

od łokcia do rzęsy

być czuciem a jeśli

narodzić na nowo to dupą

8


ZA ŻYŁ

chce dłonie mieć czyste do krwi

położna w noc masakry

od brudu odpada jej cham

cierpliwie klei go z gnojem

chce oczy mieć puste po krwi

położna w noc masakry

robotę zabrała jej krew

zasiłek położył na skroń

chce oddech mieć krótszy niż krew

położna w noc masakry

dosięga do ziemi po tlen

oddycha wybitą nocą

a noc tak pusta jak krew

oczyszcza ze śmierci chama

urodzisz się znowu ten sam

i oddasz mi moją krew

9


NIE WYUCZYŁAŚ MOICH DŁONI DOTYKANIA

dobrze znasz ten społeczny stan

żyć w wolnym kraju i nie być wolną

zanim skończy się twoje ciało

daj mi wdechu do wrzasku

dam ci litery jak korale różańca

daj mi jedno prawdziwe słowo

dam ci ostatnie słowa syna

rozmiłowanym gardłem do gardła:

ząb w ząb

kał w kał

po nowe albo od nowa

CÓRKĄ

na powierzchni zanika przeszłość

pojawia się po drugiej stronie skóry

ucisk

jak ciemny ślad oddechu

położyłem głowę na kamieniu

położyłem kamień na głowie

gdybyś dzisiaj urodziła nasze dziecko

pokocham je jak nasze

gdy dziś usunę nasze dziecko

pokochaj mnie jak nasze

nie stanie się nic gdy odpuszczę kamień

puszczam głowę

nie ma nic głębszego od spaceru

zamykasz swoje ciało na otwartej przestrzeni

teraz jestem córką

10


Łukasz Kamiński

Rocznik ‘91. Autor książki pod tytułem 1 (Nisza 2019). Publikował m.in. w „Zeszytach

Literackich”, „Czasie Literatury”, „Wizjach” i kilku antologiach. Powyższe

wiersze pochodzą z tomiku 2, który ukaże się w tym roku nakładem Niszy.

11


park wiosny ludów

gdy sienkiewicz przyjechał do kutna

odbył się bal w pałacu gierałty panowie

tańczyli z noblistą panie patrzyły

przez okna gdy przyjedzie tokarczuk

panowie będą sprzątać po paniach jak

psy zlizywać ślady ich obcasów oby

róża patrzyła na mądre i silne kobiety

hoffmanową modrzejewską deotymę

patronki pobliskich ulic oby nigdy

nie nastała dyktatura gileadzka komendant

katolik grzebiący metalem w mojej córce

barcewicza

przystaję przy latarni parkowej

mała biegnie w bok nogą odgarniam kawałek

szkła przypomina mi się fraza z fryza pisał

wiersz o tym parku na lekcjach wychodziliśmy

do ogrodu kładliśmy się na trawie rozdawał

nam tomiki mieliśmy milczeć

aż przyjdzie nam do głowy jakaś mądra

myśl naprawdę mądra milczeliśmy tygodniami

12


łódzka

lampa świecąca jak księżyc

to zapewne przez neon na takiej

lampie siedzi twardowski i gra

z szatanem w scrabble chcę spytać

małą o szkołę ale jak zwykle jest

szybsza pyta mnie o kratery czy wiem

że każdy ma imię jak jej kartki w kratkę

mówi że w tym największym (2000 km)

babcia mogłaby zrobić pomidorową i

wykarmić cały świat lecz koniecznie z kluskami

włoskimi włosy mi się jeżą gdy mówi o

kosmicznym pyle podaje procenty tego tyle

a tyle w końcu wtrącam uwagę o twardowskim

tak słyszałam siedzi na rożku księżyca i karmi

karminem rybki żadnej rewolucji

13


Dominika Kaszuba

Ur. w 1992. Poetka i inżynierka. Debiutowała zbiorem wierszy domy pasywne (nominacja

do nagrody głównej w konkursie im. Jacka Bierezina, wyróżnienie w Złotym

Środku Poezji w Kutnie i nagroda Mały Browar w Browarze za debiut). Wyróżniona

w „Pracowni po debiucie” Biura Literackiego. Wygrywała konkursy

poetyckie, publikowała w czasopismach. Kiedy nie pisze, rysuje kanały i rurki, jest

sanitariatem. Wychowuje dwoje dzieci. Mieszka w Gdyni.

14


strojenie

1.

błogosławieni ci o dobrej pojemności, którzy łatwo napełniają się

wódką i śmiechem, i są odtąd kompletni, pełni – nie brzmią

jękliwie, kiedy się ich uderzy. tyle możemy znać – częstotliwość

drgań od uderzeń.

uderzam cię, kiedy się stroję, bo jesteś czysty,

czystszego w środku nie widziałam nigdy. mówię: daj A.

uderzasz mnie, kiedy się stroisz, bo jestem czysta,

czystszej w środku nie widziałeś nigdy. mówisz: daj A.

2.

dostrajam cię, bo co jest pojedyncze, musi być błędem w systemie,

i jak starsi z mojego plemienia wycinam z języków tłuszcz i inne

wyrazy powszechnego użycia; zostaje: laktoza, performens

i orurowanie. próbuję się porozumieć, więc skąd ten smutek? jakby

w kodzie binarnym chciało się zawrzeć spację, albo pestkę,

w każdym jej stadium i studium.

15


noe

fal nie ma fal nie ma fal

Dawid Podsiadło

I

o czym jest karnawał, jeśli nie o poście? siedzimy rano w kuchni

i myjemy szklanki, to ostatnie światła na bardzo długie lata, nie wiemy

jeszcze o tym. jeszcze nie ma zimno, nie ma ciemno, jeszcze ujdzie

z nas powietrze jak z gumowych baloników. przyjdzie po nas

bóg: nosić, bóg: widzieć.

II

od jak dawna żyjemy w reklamie żarówek? wciąż jest ciemno i nie widać

puenty. jak po sznurku podajemy sobie ciepło, a nasza mowa to znaki

dymne i zasłaniane ogniska, a nasze myśli to opuszczone ambony myśliwskie.

nocą słychać miasta. szumią, choć oswajamy każdą częstotliwość. podchodzą

do gardeł. mienią się, memią i fosforyzują. nic, co zwierzęce, nie jest im obce,

następnym stadiom, przedłużeniom gatunku. jesteś cegłą czy butelką w murze?

przychodzą w snach. każą budować budować budować, chociaż fal nie ma fal nie ma fal.

16


*o gwiazdce

dwunastego dnia świąt mój luby przysłał mi:

dwanaście goździków lśniących,

jedenaście szarotek alpejskich,

dziesięć paproci orlic,

dziewięć jarząbów zwyczajnych,

osiem tojadów lisich,

siedem hektarów lasu,

sześćdziesiąt procent mięczaków słodkowodnych,

pięć tysięcy chrząszczy saproksylicznych,

czterdzieści tysięcy pingwinów magellana,

trzysta żółwi szylkretowych,

dwie małpki

i kuropatwę na gruszy.

będzie z tego węgiel.

17


Maciej Konarski

Ur. w 1983. Jest poetą, laureatem Nagrody Głównej w XXVI Ogólnopolskim Konkursie

Poetyckim im. Jacka Bierezina (2020). Publikował m.in. w „Odrze”, „Ricie

Baum”, „biBLiotece” i almanachu Połów. Poetyckie debiuty 2017 (Stronie Śląskie

2018). Mieszka we Wrocławiu.

18


bielmo

pamiętać, że przy byle okazji patrzyła na wróble

kąpiące się w kałuży. zapomnieć, że kałuża była

na plandece ciężarówki ojca. chwilę później

patrzeć na wapienne ściany. od nich syn człowieczy

mniej niźli reszta odbijał, przedzierał się ku drzwiom.

odżegnywać się od opioidów zamiast obiadu.

niezmiennie oczy. jakby wypatrywały

większych drapieżników.

widno, widniej

oko utkwione w witrynie lombardu,

białko tej ziemi, powieka nie moja. jego ojciec przełożony

przez pochwyt balustrady – to wyrażenie

sprzeciwu albo tylko wyrażenie –

byle słowo wypowiedzieć jak umowę

o oko otwarte na czas określony.

19


przestrzeń negatywna

debiutant w procederze tchu, za mało szczwany

na ten ogrom raniący, choć już nie wzbraniany.

Barańczak, Debiutant w procederze

wpuścić pod powierzchnię, w skórę właściwą,

właściwą miejscom, w których nie chce się być,

w których dano zaciek łączący punkty

od wyjścia do drzwi (dług rośnie).

mieć szum roboczogodzin, miejsce jak front

robót. czynić ziemię poddaną,

namiastkę kształtów w tym, czego brak

(walory spółki zostaną wycenione).

wciągać lub zaciągać ten ogrom powietrza,

odtąd wzbraniany jak debet. machinacje płuc

o innym miejscu, warunkach brzegowych,

w nowym kraju środka. z pogłębieniem koryta,

z pogłębieniem wdechu krtań spłaci czynsz

dialektem z osocza, z woni, z faktury.

20


Maciej Kotłowski

Ur. w 1976 r. w Gdyni. Poeta, malarz. Wydał Czytankę w serii audio-biblioteki „Blizy”

(2009) i zbiór wierszy noc kumania (2011). Autor jednego z komiksów do wierszy

zawartych w antologii Powrót Barbarzyńców i nie (2003). Publikował m.in. w

„Autografie”, „Poboczach”, „Blizie”, „Arteriach”, „Cegle” oraz w magazynach cyfrowych:

„Stronie Czynnej”, „Stonerze Polskim”. Mieszka w Wejherowie.

21


Tranzyt

Czym jest wiersz jak nie pytaniem, na które nie

potrafisz ułożyć wiersza, żeby spał spokojnie. Z czołówką na głowie,

kołdra jest jaskinią, a psie łapy pachną puszczą, a psie gdzie jest

jego miejsce, które utrzymuje w biegu. Chociaż leży zadeklarowany

na pytanie i odpowiedź. Od kiedy brak zasilania, kostka

masła wystawiona z lodówki i noc wystawiona na kostkę

masła w lodówce, tłusty papier ze słońcem i krówką na skraju puszczy.

Jełczeje zmierzch nie dbając, czym jest. Jak nie pytaniem, na które się układa

jak embrion na pędzącej w noc ciężarówce.

Przez ściemnione suburbie, wioski i miasta.

Potomek ze ścian jaskini, która jest kołdrą.

U dołu perspektywy leży spisany.

Na strony wszystkich światów, brokat i kurz roznosi się.

Wiersz zawsze przegrywa, z nim nigdy nie wygrasz.

08 09 20

22


Pytanka

Jakie latarnie dziurkują. Jakie flagi za choinką łysą kłują.

Jakie oczy zakrapia neon. Jakie krople na balustradzie narastają.

Jakie deszcze kiełkują. Jakie dresy nadziane brakiem talii.

Jakie karty wypadają kolekcjonerskie z chipsów.

Jakie figurki superbohaterów położone spać.

Jakie blisko pada cień od skroni. Jakie daleko

rozbicie dzielnicowe i jakie z bliku kapanie

w zalesiony sen. Jaki się skrada ultramarynowy kot

na grdykę, co się porusza od łyków. Jaki dym smaruje

mechanizm. Jakie domki krążą po orbicie, a razem z nimi jaki,

niewiadomo kto, na jakie się rzeczy pisze.

19 11 20

23


Psanie

Potrzebny mi pies do spania. Duży,

włochaty i kolorowy, łańcuchowy pies do spania

jak piec. Jak pies, kiedy leżę sam pod kocem,

w ciemną noc. Słucham jak pojękują inne

psy ze swoimi psami. Potrzebny mi

pies do spania. Kiedy skamlę sam ze sobą,

a mógłbym wtulony w uszy, wąchać lato i orzechy,

pod nocą zimną jak nie ogrzewana słońcem buda.

Skrzypię słowami, że potrzebny mi pies do spania,

jak świerszcz w budzie pomiędzy deskami. Co zatli się

cykaniem, przed tym, że zostanę

całkiem nie wystarczający do upilnowania

skradzionego na chwilę ciała. Zanim odda się

na nie pożyczanie całkiem resztka merdania.

Potrzebny mi pies do spania. Szarik, Łajka,

Burek, Zorka, Drako zanim mnie przygarną

do swojego spania.

23 11 20

24


Całun reklamowy

Baner usług pogrzebowych wypłowiał od miasta i słońca

do jasnej kości. Stał się nieczytelny numer kontaktowy i adres.

Za to z metalowych oczek rdzewieje osocze.

Odkąd zaczęło przemierzać płachtę,

mapką z krwi wyznacza namiary. Coraz trudniej trafić do obiektu usług.

Coraz mniej widoczny ale pewne, że istniał. Ze swoją ofertą

o długiej tradycji, trzymał się na czarno drukowanych liter.

Teraz go puściły, łopocze swobodnie.

20 02 21

25


Marta Mitek

Mazowszanka. Rozmaite teksty publikowała m.in. w „Dwutygodniku”, „Piśmie”, „Fabulariach”,

„Drobiazgach”, magazynie „G’RLS”, zinach „Girls to the front” i „Krzak

Papier”.

26


siatko wsparcia

czego potrzebuje sparzenie?

palców przez miąższ i skórkę:

niech ta skóra zgaśnie,

niech nie myśli, że jest gotowa

otulamy się poliestrem,

by zagrzać środek na dwieście lat.

język rozłoży się szybciej, więc

pozwól, że teraz to powiem

jesteś światełkiem

strach zbija strach, będziemy miały o czym opowiadać

na kolejnych spotkaniach. kapie. dźwięk powiadomień

kroplówka dostarcza: przejmują nas kliki

nie zapominaj, żeby świecić (ale mi się nie chce)

gdzie nie chodzić, a kiedy uśmiechać

zapisz jako

jasnowidzenie

27


licytacje

co jest w naszym interesie?

praca/przetwarzanie/nie powiem

szkolenie na to nie istnieje,

w planach poparzenie wodą

(jeśli w ogóle będzie woda)

polanie mlekiem,

wypalenie twarzy

poczuj tył głowy

wszystko, by wydobrzeć

28


Agata Puwalska

Autorka wierszy, m. in. do debiutanckiego tomu haka!, który ukazał się w Biurze

Literackim w marcu tego roku oraz do projektu pod roboczym tytułem PARANOIA

BEBOP. Publikuje. Mieszka w Węgrzcach pod Krakowem.

29


cowboy bebop i pusta ściana

musi ochronić to co nadal ma przeczekać na kacu

niewygodny moment z oczami utkwionymi w całkiem

inną stronę – nieporozumienie przechodzi w regułę

puma wciąż śledzi małpa poszła do nieba

w przeciwnym kierunku (zawsze tak źle oznaczają)

nadal nie ma ruchu i nie można mówić w żadnym

czasie przyszłym gdy na wizji pauza poza „tym”

czas nie istnieje (to wiele ułatwia)

cowboy bebop nie ma siły

żeby dobrze wykonać

zadanie umieścić działanie w utylitarnym wywołać

skutek który według innych waży który liczy się

w świecie nie tylko w umyśle który przekona cowboya

że czas jest po jego stronie wyciśnięty do granic cowboy

bebop nie może okazać słabości zresztą nie wypada

– tak go uczono – więc uciekając do przodu chce zgubić

wrażliwość chociaż nie ma siły do końca jest silny a jednak

czasem nie uchodzi nic poza obnażaniem

30


cowboy bebop prosi o wróżbę (dyskretnie)

rzadko prosi ale tym razem szczerze i bardzo

potrzebuje jakiegoś znaku by przetworzyć i przetrwać

nowe zaraz zdarzenie a cowboy bebop nie domyśla się jakie

więc potrzebuje wskazówki sugestii choćby mrugnięcia

gdy wszystko upada jeszcze zdąży postawić się

do pionu strącić z siebie plakietki odznaki medale (za dobrą

służbę i nijaki chód) przeskoczyć ograniczenia (cudze nie własne

te dawno pokonał) oczyścić z pozorów dać się porwać i

ponieść – wali zbyt mocno żeby się uchylić

31


Błażej Tomaszewski

Rocznik 1993. Pisywał tu i ówdzie. Mieszka w Poznaniu.

32


zabezpieczenia antypirackie

zgrywam krew na verbatimach

kupiłem od ruskich za kilka złotych zębów

zator w żyle zwrot towaru spod lady

ląduję w cederomie

laser lustruje dłonie

ale został zachwyt

że te stare płyty

jeszcze można

odtworzyć

ładunek

dotyk umyka w syk pustych wnęk

pręgi na ciele gęstnieją z każdą chwilą

kupuję kapsułki z kapsaicyną

kopiuję ampułki z amoniakiem

przecinam mięso halaal nożem do ryb

rozbijam głowę tłuczkiem do schabu

i wchodzę w światłowody dłoni

teraz zwolni internet

nie było

pamięć – gwarant dochodu minimalnego

explosion na sony ericssonie i crazy frog na tapecie

mieszkanie z widokiem na kanę galilejską

nie było tego czego i teraz nie ma

zostań nie idź nigdzie

33


chłód

odtwarzam i nadpisuję rysy na windows media playerze

odtwarzam głęboki błękit i już nie wiem czy to kadry płótno czy flaga

te rysy na oknie one coś znaczą

gotują się w trosce o kształt fal dźwiękowych

może to tylko efekt halo jarzeniówki w zaparowanych szkłach

zostają szczeliny

szczerzą rozstaje

gdzieś stoimy i gdzieś idziemy

waruj

albo: mój prywatny trainspotting

karmiliśmy bezpańskie jamniki i one szły potem za nami

na puste perony

kolega kiedyś kopnął jednego w pysk

pies już nigdy potem nie szczeknął

brakło kasy na heroinę

psy były za darmo

34


Grzegorz Wróblewski

Ur. w 1962 w Gdańsku, w latach 1966-1985 mieszkał w Warszawie na Dolnym Mokotowie,

od 1985 w Kopenhadze. Ostatnio wydał książki: „Cindys Vugge” (Kopenhaga,

2016), „Zero Visibility” (Los Angeles, 2017), „Hansenovic vana”

(Brno/Czechy, 2018), „Choroba Morgellonów” (2018), „Implanty” (2018), „Miejsca

styku” (2018), „Pani Sześć Gier” (2019), „Runy lunarne” (2019), „Tora! Tora! Tora!”

(2020).

35


PIJANY MĘDRZEC WSPOMINAJĄCY

STARE, DOBRE CZASY

Ludzie inteligentni nigdy się

nie nudzą.

Zawsze zasypiałem zaraz po zachodzie

słońca.

Gdzie podziali się sprzedawcy

wiklinowych koszy i lepów

na muchy?

Miałem dwa wspaniałe konie,

a potem pozostał mi kot.

Chciałem zostać

połykaczem ognia albo być siłaczem

w objazdowym cyrku.

Ale trzeba było przeżyć zięcia i dwie

nudne wojny.

Brakuje mi wiejskich głupków

w źle skrojonych garniturach.

Czy ktoś jeszcze zbiera szmaty

i puste słoiki? Wszystko to przestało

istnieć… Będę autorytetem

w zaświatach.

36


DALEKA PODRÓŻ

Gdzie się przez te lata

podziewałeś?

Czy miałeś dużo nieślubnych

dzieci?

Kto podawał ci pieczone

ptaki?

Żebym to ja wiedział…

Żebym tylko wiedział.

CZŁOWIEK, KTÓRY USYPIAŁ

Z USTAMI PEŁNYMI FIG

Czyżby nad ranem

zmuszono go

do rozwodu?

Przecież figi posiadają

olbrzymie ilości

obniżającego

ciśnienie

potasu.

37



Karolina Krasny

Urodzona w 1999 r. Studiuje architekturę i dziennikarstwo. Pisze, rysuje, bawi się

w grafikę. Ma psa Rufusa.

39


Strefy

0

Z racji uściśleń zezwolono mi podzielić świat, co by nam było jaśniej i prościej. Mam to

na piśmie i z małą pieczątką, mam to od ludzi, którym wiele w życiu wolno, od posiadaczy

żon w koczkach i jawnych wyznawców fluidu, koloru norweski malachit, nadludzi z

kawałka kauczuku.

Strefa łba

Rozkłada się koc w kratę oprószony trawą, pragnącą słońca bardziej niż dup, obcych,

płaskich, ważących po pół stulecia (każda). Dulda się Nestea i szampan bez korka, pachnący

gliną i korą ze świerka, o smaku asfaltu, metalu i deszczu. A potem wspomina się

młodość. Puszkę tuńczyka wsuniętą na moście, po której zostało im tylko ziazi, bo

wieczka z metalu, a młodzi tak szybcy. I głodni. Wracanie do klatek słonego języka, w

który się wgryźli oboma zębami, mimo, że był taki obcy, i do beknięcia z gatunku tych

sennych odrodzonego na gruncie czekania (bo nigdy nie wiesz, czy on zamknął oczy, a

tak go kochasz, że musisz je zamknąć ostatnia). Gdzieś przeczytałaś że w śnie ciężej

umrzeć. Tu się rozwleka, długie, z kropką i cofnięte, godziny, wyświetlone, Drive In Theater

ulicznych poetów stworzonych dla wyższych kolejek. Strefa łba jest najdalej, więc

pół godziny trajką a dalej już nie ma po co.

Strefa czynu

O 8:30 grasz w siatę, wybrany przed ksywą baleron i nowym bucikiem na rzepy. To, co

masz w głowie to odbicie kuli, miękkiej, wielkości globusa, nie myśląc przy tym, że trafisz

w Atlantyk; a ty tak kochasz campari na plaży i zapach skóry po dwóch dniach na

słońcu. Raz na czas dolnym, bo możesz i umiesz. Sztachasz się kurzem, poliestrem i śliną

kapiącą ze ścian soft brzoskwinia; i żujesz pas orbit, do końca, aż zacznie smakować jak

kawał opony rozpierdolonej nad Morskim Okiem, dziękując Bogu, że tu się nie kończy

(nic).

Strefa II

Gdy poprosisz noworodka

— Czy narysujesz mi strefę II?

40


to zawsze ci machnie kwadrat bez tła, najczęściej niebieski lub granat, ważne, że nigdy

nic więcej. To pół sekundy przed końcem. Widzisz kolorki wątroby, słyszysz sąsiada,

czujesz smak szkła na balkonie. Spotykasz coś z ciała na drodze donikąd i nie ma chuja,

że coś was rozdzieli; robisz zdjęcie, odbitkę w skórzanej rameczce, nieuwzględnienie w

sobotnich porządkach. To wybielanie nie znając koloru.

Jesteś ostatnim impulsem w układzie, i ktoś tam ci szepcze, że on, ten układ, to drzewo

przy wejściu do parku, przy którym tak lubisz pić colę.

Strefa I

Jest blisko na tyle, że w sumie to nie ma, coś w stylu: ty zataczasz koła, a ona jest tuż za

rogiem, coś: ja nigdy nie byłem tu pierwszy. Podobno pije się tam tylko wrzątek. Upleć

warkocz z mąki, pragnień i niewiedzy, ważne, żeby był sztywny, a z nim łeb dziewczynki

o skórze pearl – arctic.

— W czy mogę pomóc?

— Dzień dobry, ja w sprawię I strefy.

I ona ci powie, że bardzo by chciała, ale dopóki jest czas i percepcja to figa, mak i brak

wstępu.

A żeby mieć pewność zatrudniona konia, który był szklany i musiał zejść z nieba. Ma pozwolenie

wyrwać wszystkie rzęsy: wolno i jedna po drugiej.

41


Masz tylko siedem żyć

Ja, syn boga z linii pośpiesznej, bezpośredniej, daję ci moc poruszania się i przemieszczania

(ciała) z punktu A do B. Mówię do ciebie zza ściany grubości 10 w kolorze

2.1, tej między twoim kiblem a wielką wanną dla trojga, pełną piany i kuleczek masujących

obce lędźwie. Łazienka jest duża i ładna, ciała scalone i zbite, leżące, nad każdą komódką

zawisł kawał tkanki. Wolność tomku w obcym domku, wizja setki gołych pań? w

rozciągniętej skórze (na cześć ściąganych ust, pośladków i fiszbin) nie powinna cię odrzucać.

Mamy czas tiuli i jawnych sutków, wolnych sądów, soków z aronii w słoikach bez

denek. Dałabyś trzy dyszki za klopsiki plus nakrętkę? Siedzisz prosto, masz body i białe

buty, mówisz, że złamanego grosza być za nie nie dała, no i ja ci wierzę, trzeba być jebniętym,

żeby łamać grosz na pół.

Bujasz się jak miedziak w pralce, jak chory w zakładzie, jak chomik w układzie zamkniętym

(lipiec, ogród doświadczeń, to jedno mokre dziecko w wielkim kołowrotku. a za

nim pacierz i matka, na klęczkach, żeby mu się nie zachciało zeszczać się ze szczęścia, bo

więcej z nim w krzaki nie pójdzie).

Ja, syn boga z wosku i ciała, nakazuje, nie możesz pójść dalej niż koniec balkonu. Pytasz,

gdzie jest sens, wyjaśnię ci go matematycznie.

— Funkcji może być wiele (homograficzna = dwóch funkcjonariuszy). I mogą sobie dążyć

gdzie chcą, do nieskończoności, na obczyznę, do chłopca w T-shircie lascote. No i

chuj, niech sobie dążą, bo tu wchodzę ja, syn, z regułą de l'Hospitala w zębach i granicami

pod pachą. Siedzisz prosto, masz dżins i jeszcze pół piwa, i tylko patrzysz, jak wykres

leci leci leci i znika, za chmurą z mokrego już petka.

A potem znów wrzucasz chusteczkę, jak gdyby nic, do bębna, pierzesz pięć stringów w

jej szczątkach i suszysz skarpety z osocza. Ładny ten golf jest, skąd masz?, to tylko cel,

żeby święcić środki, rzucasz składając suszarkę.

W życiu średnio raz przyczynisz się do śmierci, np. spuszczając zupę, za którą jeden na

dziesięć dałby się posiekać, albo siekając jednego na dziesięć, albo rodząc typa, który

zrobi to za ciebie. Dasz mu dziubek i piwne oczy, tata trzy fałdki i ten gen mordercy,

zimną krew, może i błękitną, niezbadane są wyroki, niezbadane i dziwne.

42


Córeczko od siedmiu skurczy, pamiętaj żeby nie chodzić na boso, i o tym zamku pod szyją,

żeby był zawsze przy brodzie. Wyobraźni obcych panów nie zostawia się obierków,

im się nic nie zostawia, im się serwuje, np. pęk pępków, bioderka, albo ćwierć mięsa z

kością. Pierwszy papieros ma być tylko twój. Daję ci doniczkę żebyś miała za czym kucnąć,

ma kolor śliny i kształt twojej talii, jest duża i ciężka, gliniana, wetknąłem w nią

resztki witrażu pod którym się składa przysięgi. Na przykład te o śmierci, że nikogo już z

nas nie podzieli.

pal ile wlezie, tu rak chodzi wspak

Wspak chodzi rak, tu wlezie, tam wylezie, nic nie trwa wiecznie, niebezpiecznie, jest

wierzyć. Że krzyż się kończy tu, na piątym piętrze.

43


Patryk Kulpa

Urodził się w 1993 r. Filolog, korposzczur. Pisze opowiadania i wiersze. Publikował

w „Rzyradorze”, „Stronie Czynnej”, „Tlenie Literackim” i „Stonerze Polskim”.

44


Tatusisko

Kiedyś tak do niego powiedziałam, jak miałam nie wiem, może pięć czy tam sześć

latek. Wtedy miałam taki okres, że wszystko zdrabniałam. Było śniadanko, pićko, ubranko,

butki, była mamusia i… no właśnie. To był w ogóle taki rodzinny żart z tym zdrabnianiem,

zawsze jak były jakieś zjazdy i zloty co ciocie i babcie przez pół Polski jechały,

żebyśmy na jeden dzień usiedli przy stole i porozmawiali, a potem poobrażali na siebie

w wyniku tych rozmów na kolejny rok. No i na tych zjazdach to kazali mi mówić różne

rzeczy, tak mnie podpuszczali, bo to było takie wiesz urocze. Taka mała dziewczynka,

blondyneczka taka pyzata, słodziutka maleńka nic tylko chodzi i zdrabnia rzeczy. Wszyscy

się śmiali, wszyscy się cieszyli, a ja nie do końca rozumiałam, co się dzieje i nazywałam

to, co widziałam, co mi tam pod nos stawiali. I pokazywali tak na trawę, a ja mówiłam

trawusia, pokazywali na stół, a ja mówiłam stoliczuś, pokazali mi wujka, a ja

mówiłam wujcio. I tak jak już się mieli wszyscy rozchodzić, bo ile tak można siedzieć,

ojciec podszedł żeby mnie wziąć na ręce i wypaliłam z siebie to tatusisko.

To słowo tak zawisło na chwilę w powietrzu, jakaś ciotka się nieśmiało zaśmiała,

bo to przecież nie tak powinno brzmieć, brzmiało jakoś nie tak, źle. Wszyscy to czuli i

rozumieli, że to słowo jakoś atakowało ojca. On wtedy był jeszcze szczupłym i młodym

mężczyzną, to potem dorósł to tego tatusiska. Z biegiem lat przyszła nadwaga i stał się

ociężały, powolny, obolały. Stał się tym tatusiskiem. A to wszystko zaczęło się tego dnia

właśnie, on na początku też ze skrępowaniem się uśmiechał, ale widać było, że go to dotknęło.

Jakby obnażyło jakieś skrywane kompleksy, ukryte słabości. To tatusisko stało

się pokarmem dla wszystkich niepewności, wszystkich braków i wahań, utrat i ubytków,

słabostek i przykrości.

Wtedy jeszcze jako dziecko nie całkiem to byłam wstanie zauważyć, to jak pogrążał

się w tej spirali wmówionej sobie ułomności. Dopiero kiedy wiele lat później, kiedy

już zaczynałam chodzić własnymi ścieżkami nie zważając na zakazy rodziców słyszałem

jak pod nosem mruczał tatusisko, taaak, tatusisko ci pokaże, tatusisko, jeszcze zobaczysz

gówniaro taaa. Stał się nieznośny, kapryśny, miewał humory, z wiekiem coraz częstsze.

Odpowiadał zawsze opryskliwie i chyba to samo mówili o nim inni, poza domem i naszą

rodziną. Kiedyś spotkaliśmy na zakupach jego kolegę z pracy, ojciec się chciał przywitać

i zaczął się zbierać do tego, coś tam burczał niemrawo, podnosił rękę żeby mu zamachać,

45


ale kumpel tylko wykrzywił usta w smutnym grymasie, jakby mu szkoda było, że spotkał

to tatusisko, jakby mu to cały dzień popsuło i tylko uciekł w przeciwną stronę.

Wyobrażałam sobie jak on chodzi sam ulicą i to kogoś szturchnie niby niechcący,

to będzie komuś sapać do ucha w tramwaju, w kolejce do sklepu będzie narzekać, że tak

wolno. Dorósł do tego tatusiska, do własnej karykatury. Objęło go to słowo szponami,

zawładnęło jak jakaś choroba i dyktowało teraz wszystkie jego ruchy. Pijany krzyczał, że

nikt go nie docenia, że wszyscy go zostawili, że był taki obiecujący, a to ja jestem wszystkiemu

winna. Darł się, że chciał mnie kochać i być tatusiem ale sama go odrzuciłam, zamknęłam

dla niego tę drogę, skazałam go na te porażki, na każdą po kolei, jedną za drugą,

że przez to utknął w pracy, że przez to z matką to już nie to samo.

Może to rzeczywiście ja powołałam do życia moje tatusisko, może to ja jestem

wszystkiemu winna? Nie, tak nie można, czemu przyjmuje to wszystko na siebie? Te jego

decyzje, to jego życie, jego głupoty i potknięcia czemu biorę to na swoje barki i próbuję

usprawiedliwiać, odejmuje mu tej odpowiedzialności, a tak nie powinno być, że tylko

przez to jedno słowo, jedno głupie, dziecięce słówko wszystko na mnie. Ta-tu-si-sko.

Sylaby ciężkie jak jego kroki gdy krąży bez celu po domu, jak jego oskarżenia, którymi

mnie codziennie zadręcza.

Nie, mówię sobie, nie wpędzi mnie w córeczostwo, córuńskość, żeby być tylko

w cieniu jego własnej choroby. Nie zrobię z siebie ofiary. Dam opór tej groźbie wykluczenia,

co z każdym jego słowem po mnie sięga, jakby chciała mną zawładnąć i odciąć od

zdrowych zmysłów. Potrzebowałam usłyszeć, że nie muszę iść w jego ślady, że nie muszę

stać się taka ja on. I potrzebowałam mocno się tej myśli trzymać.

46


Zbawcy i zbawiani

Jestem uporządkowany. Biorę witaminy sprowadzane z USA, sprawdzone witaminy,

takie, które zapewniają mi funkcjonowanie organizmu na niezbędnym poziomie,

bo tego właśnie potrzebuję. Wstaję około czwartej trzydzieści, zaczynam swój dzień

wcześnie bo mierzę wysoko. Wielu ludzi sukcesu tak robi. Wiem, bo o tym czytałem.

Biegam codziennie, pięć do siedmiu kilometrów, a trening siłowy zostawiam na wieczór

– głowa mi wtedy odpoczywa. Jem śniadanie. Czas jest dla mnie ważny, więc przyjmuję

ten posiłek w płynie. To najczęściej szejk z dodatkiem płatków owsianych, serwatkowego

białka może jakieś mrożone maliny, tak dla smaku. Pracuję w firmie po dziesięć do

jedenastu godzin dziennie. Znaczy to, że jeśli przyjeżdżam do biura na siódmą rano to

wychodzę nie wcześniej niż o siedemnastej, a często i później. Sukces to praca i wytrwałość.

Zawsze jestem w białej koszuli. Zawsze widać mój zegarek. Po powrocie do domu

słucham podcastów innych ludzi sukcesu. W zeszycie zapisuje wszystko co dziś zrobiłem,

co mógłbym poprawić i co powinienem zrobić jutro. Tak, piszę odręcznie w zeszycie.

Jestem staroświecki i używam drogiego parkera, którego dostałem w prezencie. Potem

trening siłowy, czas na relaks i o dwudziestej drugiej kładę się spać. Sen jest bardzo

ważny. Dlatego nie znoszę koszmarów, wszystko, co ingeruje w mój cykl dobowy jest dla

mnie wrogiem. Sąsiedzi wiedzą, że nie toleruję hałasu.

Ale to, co wydarzyło się tamtej nocy, to nie był zwykły sen, nie wiem czy to w ogóle

był sen. To było zbyt prawdziwe. Mam ambiwalentne podejście do duchowości, mówię

o tym otwarcie. Nie jestem osobą świętobliwą, nie spędzam czasu rozmyślaniu o

jakiejś teologii czy innych listach i pismach. Jednak, gdybym całkiem ignorował tę sferę

życia byłbym głupcem, a głupcem nie jestem. Duchowość idzie równoległym torem do

mojej kariery, tak to widzę. Nie krzywdzę nikogo, żyje zgodnie ze swoim kodeksem moralnym.

Czy jestem autorytetem w dziedzinie etyki? Nie mnie to oceniać, ale nie zdziwiłbym

się gdyby ktoś, na przykład jakaś matka, stawiała mnie jako wzór dla swojego

dziecka. Jestem zadowolony z tego jak żyję.

Więc wtedy gdy obudziło mnie to światło, ten głos, który mnie wołał to wszystko

było takie jak ja. Pachniało zwycięstwem. Było doniosłe. Proste i dobre. Było mi znane,

naturalne. Bez wahania udałem się w stronę tego światła, dałem się prowadzić niebiańskiej

muzyce. Wspinałem się po świetlistych schodach, aż moim oczom ukazała się złota

brama. Przed nią stał uśmiechnięty starzec, którego od razu uznałem za mędrca, bo miał

47


długą zadbaną brodę i jakaś szatę na sobie. Mędrzec przywitał się ze mną powiedział:

„Widać twoje zasługi na ziemskim padole. Nikt nie wątpi w twoją postawę i czynny, bo

wcześnie wstajesz. Dbasz o siebie, słuchasz ludzi sukcesu, sprowadzasz witaminy zza

oceanu. To miejsce jest dla ciebie idealne. Zapraszam cię, to dla nas zaszczyt. Wpisz swoje

imię do naszej księgi, a bramy się przed tobą otworzą”. Po czym wręczył mi do ręki

pióro, parkera takiego jak mój.

Nachyliłem się nad księgą, przyłożyłem pióro do papieru, ale nie mogłem pisać.

Od czego zacząć? Imię, ale jak ono szło? W głowie miałem pustkę, zacząłem się intensywnie

pocić aż pióro zaczęło się nieprzyjemnie ślizgać w dłoni, jakby samo wyczuło, że

ten sukces ze mnie ucieka, że nie ma to dalej sensu więc lepiej spierdalać z ręki nieudacznika.

Nie może być, nie. No nie ma bata, imię, kurwa, jak to szło. Paa? Kaaa? Wuu?

Zacząłem cicho warczeć ze złości. Mędrzec patrzył na mnie z wahaniem. Pióro dalej się

rwało, złapałem je dwiema rękami i złamałem wpół. Nie będzie pizda mnie podważać,

mojego statusu tak tu przy mędrcu. Zacząłem się drzeć, no bo, kuźwa, co jest! Mędrzec

podniósł dłoń i poprosił, żebym przestał. „Dobra, już ten, opanuj się, typie. To chyba

pomyłka, chyba trafisz z powrotem, nie?”. Zanim zdążyłem zaprotestować poczułem

zimny powiew wiatru, miałem wrażenie, że zaczynam unosić się w powietrzu. Jeszcze

kątem oka widziałem jakby starzec wachlował się swoją szatą i mówił coś w stylu „ja

pierdziele, aż się spociłem, co za człowiek. Ale to się mogło źle skończyć, co nie?”. Następne,

co pamiętam to jak obudziłem się w łóżku. Była ósma zero cztery, ja cały zlany

potem. Ciągle w domu. Pierwszy raz zaspałem do firmy. Poszedłem do łazienki i spojrzałem

na siebie w lustrze. Przemyłam twarz wodą i poczułem jak mimowolnie zaczynam

krzyczeć „Piotr kurwaaaa! Piooootr!”.

Do dzisiaj gdy słyszę dzwony kościelne, jakieś religijne pieśni o stawaniu przed

czyimś obliczem mam dreszcze i pocą mi się dłonie.

48


Mateusz Parkasiewicz

Ur. w 1998 r. w Olsztynie – prozaik, publicysta. Mieszka w Krakowie.

49


Chill room (fragment powieści „Zima na stacji Wschód”)

To miała być Europa. Oczywiście, gdy myśląc nad projektem nowego akademika,

pomyślano "Europa", chodziło przede wszystkim o standardy. Takie, jakich nie powstydziliby

się studenci z Berlina, Paryża czy Madrytu. Powstało więc miejsce szyte na miarę.

Zbudowane minimalistycznie – proste kształty, meble z Ikei, białe korytarze, pancerne

drzwi.

Gruby portier imieniem Maksymilian, tuż przed wielkim otwarciem, oprowadził

wszystkich chętnych zamieszkać w tym europejskim domu. Oczywiście, jego europejskość

miała lokować się przede wszystkim w standardach, ale chodziło też o ten krzywy

uśmiech Maksymiliana, kiedy wychwalał nowoczesność obiektu, o panie sprzątaczki,

które zamiast w granatowych sukienkach w białe groszki, plotkowały na papierosie w

siwych, lnianych koszulach, a już najbardziej chodziło w tym wszystkim o zapach – po

wejściu na portiernię studentów witała woń odświeżacza. Witała ich uderzeniem w

nozdrza, mającym oznajmiać, że oto znaleźli się w innym, lepszym świecie.

Wkrótce akademik zapełnił się kolorową młodzieżą. Jeszcze niepewną, jak zdobyć

władzę nad nowo otrzymaną przestrzenią i nieświadomą możliwości, jakie w niej

drzemią, a jakie miała wyzwolić z siebie już w następnych tygodniach, siłą przeznaczenia

i natury własnej. Białe korytarze zaroiły się barwami fryzur i wypełniły rozmowami

– chłopcy i dziewczęta jeszcze niepewnie skracali dystans między sobą, jeszcze nie pierdolili

się po pokojach, jeszcze wszystko było trzymane w ryzach niewinnego początku.

*

Najdonioślej wybrzmiewał język rosyjski – jego użytkownicy, przekonani o swojej

przewadze liczebnej, pierwsi poczuli się pewnie na nowym terytorium. Ciężkie awa i

owa, tłuste jak podsmażane bliny, rozlewało się przez białe korytarze, mijało pokój gościnny

i zasiadywało na oszklonej palarni przed budynkiem. Niekiedy wtórował mu język

ukraiński, nieco bardziej żylasty, przenikający się z nim momentami niczym młodszy

brat – to milknąc ze wstydu, to przekrzykując starszego, ile sił w płucach, to znów mieszając

się z nim w jakiejś sprzeczce nad popielniczką, ustawioną na skrzywionym drucie

– jednym z niewielu reliktów starego świata. Łączyło ich jedno, wspólne, wszystkim

50


znane słowo. Da, bladź, charaszo panimajesz. Nachuj. Paszoł czy piszoł, ale zawsze ty i

zawsze nachuj. Wot i wsio.

O swoją osobną przestrzeń szczególnie dbał hiszpański. Mijając rosyjskie awa

i owa (choć właściwie należy przypuścić, że dla jego użytkowników były one po prostu

słowiańskie), cichnął jakby pogardliwie i z wyższością, po czym niknął już zupełnie, oddalając

się ku wrotom akademika. Później wzmagał się na sile tylko w godzinach wieczornych.

Wtedy to zdobywał akademikowe podziemia, by rozpłynąć się nieco w

szklankach z wódką i sokiem owocowym, zanieść się pieśnią mocnych, iberyjskich sylab

– i po krótkiej chwili znów znikał. Powracał w okolicach piątej nad ranem następnego

dnia, ku utrapieniu Maksymiliana, zasypywanego tonami maili ze skargami na hałas

podczas ciszy nocnej. Stary biedak nie znał żadnego języka, poza paroma słowami po

rosyjsku i angielsku, nie miał więc żadnej mocy ani w tym, ani w jakimkolwiek innym

starciu, jakie miało mu się jeszcze przydarzyć. Patrzył tylko na użytkowników błagalnym

wzrokiem, a usta składały mu się w jedno z niewielu angielskich słów, które zdążył poznać:

„please”. Hiszpański na chwilę milknął, wśród śniadych, błogo obojętnych twarzy,

patrzących po sobie wymownie. Po chwili znowu piszczał i ryczał z mroków podziemi,

niczym potępione dusze prześmiewców.

Język angielski był jak wynajęta służba. Zjawiał się, gdy pilnym uczniom trzeba

było przegonić z podziemi paru imprezowiczów. Lub odwrotnie – gdy horda wciętych

studentów postanawiała posłać nachuj pilnego ucznia z innej strony świata. Taki delikwent

najczęściej szedł prosto na portiernię, gdzie próbował wyłożyć swoje żale po angielsku,

jednak od zakłopotanego, przybitego życiem Maksymiliana słyszał tylko „please”.

I tak – między sacrum a profanum – trwały te podziemia. Między please, be quiet a

fuck off.

Nieraz pomiędzy szarymi poduszkami podziemnych kanap władza znajdowała

puste butelki po wódce marki Soplica. Na nic zdały się tłumaczenia Maksymiliana, jego

próby, by przebić się do studenckich łbów i uświadomić, że on za to dostaje po kieszeni,

bo jego zmiana i jego odpowiedzialność. Drapał się tylko po swojej smętnej łysinie, taszcząc

kolejne wory ze szkłem, w których butle wydzwaniały swój hymn.

Jeśli zaś miałbym mówić o sobie – choć, przyznam szczerze, niezbyt mam na to

ochotę – muszę zaznaczyć, że mówiłem po polsku. Był to wśród mieszkańców język wy-

51


mierający. Poza grupką pojedynczych Polaków, posługiwała się nim lokalna władza, co

nadawało mu, było nie było, dosyć wysoką rangę, a nam – określone przywileje. Poza

tym wszystkim drogi, a raczej wyboje, którymi potoczyło się moje życie, pozostawiły

mnie ze szczątkową znajomością języka ukraińskiego. Ruchy migracyjne zrobiły swoje i

w wieku dwudziestu jeden lat miałem za sobą związek z o dwa lata młodszą Ukrainką.

To dziwne, ośmiomiesięczne zdarzenie, pełne skrajnych i wyblakłych – w obu przypadkach

niezrozumiałych – emocji zapisały mnie w poczet prawie-dwujęzycznych. Zdarzenie

miało na imię Nastia. Pewnego wrześniowego dnia miało mi ono otworzyć portal do

całkiem nowego świata.

Idąc w stronę akademika, spostrzegłem dwóch Wschodniaków, chudych jak

szczapy. Poznałem ich po charakterystycznym "dawaj", jakie wyższy rzucił niższemu, by

go ponaglić. Biegli gdzieś przed siebie, może na wykłady, jakiś alkohol, tak chaotycznie,

jakby bardzo im na czymś zależało. Chłopcy całkowicie oślepli na to, co przed nimi. Jeden

z nich uderzył adidasem w kałużę tak, że echo tąpnięcia odbiło się od betonu akademika.

Zauważyłem ich w ostatniej chwili i ledwie udało mi się uskoczyć. Niższy zahaczył

mnie barkiem, przez co nieomal nie zleciałem ryjem na bruk. Bąknął coś w stylu

„sorry”, po czym poleciał dalej.

- Ej, kurwa! Uważaj! – krzyknąłem za nim, ale wyglądało na to, że o wiele za późno.

*

Wkraczałem w euromury nie inaczej, niż wszyscy – ostrożnie, śledząc kształty

i osobliwości nowego lądu. Maksymilian starał się mówić do mnie po angielsku, ja zaś

potakiwałem, nie chcąc wyprowadzać go z błędu. Ruszyliśmy przez wapienno-białe korytarze,

jaskrawożółte kuchnie i szare klatki schodowe. Zatrzymywaliśmy się przy tym

w szeregu miejsc – mój przewodnik ani razu nie omieszkał zapewnić mnie, jak wielkim

jestem szczęściarzem, że trafiłem na tak nowoczesny, tak europejski o b i e k t.

Na początku zeszliśmy do podziemi. Naprzeciw wielkiej, czarnej plazmy mieścił

się szereg szarych kanap i biurka, przeznaczone rzecz jasna do solidnej nauki. Na ścianie,

obok biblioteczki z niechcianą literaturą, widniało pociągnięcie morską farbą, dla przełamania

bieli ścian, co wydało mi się – nie – co b y ł o po prostu paskudne. Ogólnie rzecz

biorąc, pokój robił wrażenie źle urządzonej poczekalni do dentysty. Chill room, stęknął

portier, próbując się uśmiechnąć. Nie do końca mnie tym przekonał, bo co to za chill,

52


myślałem, gdy jedni będą próbować się uczyć, drudzy oglądać nowy serial Netflixa? Czy

istnieje taki język, w którym się dogadają? Nie wiedziałem, ale puściłem to mimo uszu.

Portier zapewne wie lepiej.

Potem pokazał mi kitchens i corridors. Kuchnie były w gruncie rzeczy zwykłym,

surowym pomieszczeniem – na podłodze błyszczały panele z kremowego drewna, zaś

konstrukcja blatów tworzyła wbijającą się w róg strzałkę, na dziobie której wyrastał

czarny, wypolerowany do połysku czajnik Amica. Przy stole stały plastikowe, żółte krzesła

ze znakiem wodnym jakiejś norweskiej projektantki, których odcień był tak jaskrawy,

że podświetlone słońcem omiatały cały pokój żółtą poświatą. Jedynym elementem,

który naprawdę przykuł moją uwagę była wysoka, czarna tablica; u jej podnóży spoczywała

paczka różnokolorowej kredy. Dwa dni nie miną, pomyślałem, zanim zaczną powstawać

tu gorszące arcydzieła. Maksymilian tymczasem rozpływał się, że meble skandynawskie,

że tu można podgrzać, tam ugotować, pokroić, przysiąść…

W końcu zatrzymaliśmy się na drugim piętrze, gdzie portierzyna wręczył mi klucze

do pokoju 315. Zauważyłem przy tym, że od swoich językowych wysiłków cały się

spocił. Gdy odpowiedziałem polskim „dziękuję”, Maksymilian podskoczył i spojrzał na

mnie zagubiony. Po krótkiej, choć wystarczająco niezręcznej chwili, by ostatecznie pojął

daremność swoich wysiłków, westchnął i pożegnał się smutno, życząc mi miłego dnia.

Zszedł po schodach w stronę portierni, drapiąc się, jak zwykle, w swoją smętną łysinę.

*

Walnąłem się na łóżko. W tej właśnie chwili narodziłem się na nowo.

Powtórne wyjście z łona odebrało mi wszelkie siły. Tym bardziej, że trwało dziewięć

godzin, a towarzyszyły mu smród, zaduch i nieuprzejmość – rzeczy dobrze znany

wszystkim użytkownikom Polskich Kolei Państwowych. Teraz, leżąc na świeżej, białej

pościeli, błogosławiłem ten cud, gapiąc się tępo w sufit, nie ściągając nawet marynarki.

Sufit, ściany – wszystko dookoła było białe, dokładnie jak na sali porodowej, z czujnikiem

dymu na wypadek, gdyby któryś z noworodków zdecydował się coś zapalić albo

53


podpalić. Mimowolnie zaciągnąłem się powietrzem – pachniało świeżym praniem i nowymi

meblami.

Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinien wyglądać pokój w akademiku:

niewiele miejsca, dwa łóżka wciśnięte w kąt, szafki i biurka z Ikei. Lampki nad łóżkiem,

lampki przy biurkach, z Ikei. Wszystko, co europejskie, jest z Ikei. Prosta, sterylna forma,

mająca sprawiać wrażenie przestrzeni. W pewnym sensie cały ten akademik był z Ikei,

to znaczy z Europy. I biało, biało jak w psychiatryku, jak w szpitalu. Jak w środku światła.

Pochłonięty myślami nie dostrzegłem, że tuż obok lampy, na drugim końcu pokoju

stoi niski, zgarbiony chłopak.

Garbulec stał i wpatrywał się we mnie ptasim wzrokiem, jakby bardzo chciał, żebym

zauważył jego milczenie. Miał sękaty nos i podłużną, szczurzą twarz, która przez

ten jego garb wyglądała jakby rysowała się na tle jego klatki piersiowej; tę z kolei niewoliła

stara, flanelowa koszula w błękitną kratę. Nie luźniej opinała się na nim jego skóra, w

którą przyroda, tuż przy nosie, wbiła parę podkrążonych oczu. Przyjrzałem się mu

uważnie, od stóp do głowy – przypominał nałogowego onanistę.

- Gwidon - zaświstał.

Zakrztusiłem się.

- Marek.

Zapytałem go jeszcze, co studiuje, choć niespecjalnie mnie to ciekawiło. Mój nowy

współlokator chyba jednak tego nie dostrzegł, bo natychmiast zaczął opowiadać świszczącym

głosem o swoich studiach. Że bioinżynieria medyczna, bo to i tamto, że pochodzi

z jakiegoś Gronkowa na Podhalu i że ogólnie rzecz biorąc, jest bezkonfliktowy. Wstaje

wcześnie i wcześnie zasypia, dlatego jakbym chciał kogoś zaprosić, to żebym mówił, on

wtedy pójdzie się uczyć do podziemi, i wszyscy będą szczęśliwi. Teoretycznie przynajmniej.

On też nie przekonał się do nazwy chill room.

- Bo ja to lubię, jak jest spokój – świszczał – A na studiach to guzik wie, prawda?

- No, raczej, prawda…

54


Nie czekając na pełną odpowiedź, wrócił do notatek. Założył białe słuchawki na czarne,

przylizane włosy. On, Gwidon – onanista z Podhala. Towarzysz mojego nowego życia.

Ze spodni wylewała mu się flanelowa koszula, a ja czułem, że o wiele więcej spotka mnie

w tym miejscu niż w murach mojej nowej uczelni. Nie byłoby mnie tam zresztą, gdyby

nie pewien głupi, choć banalnie prawdziwy przypadek, jaki postawił moje życie na głowie.

No i oczywiście, kurwa, że z niej spadłem. To jednak jest nieco inna historia, a

każda ma swój czas i miejsce – niektórych historii nie można opowiadać kiedy byle. Ona

żyje gdzie indziej, nie tutaj, nie teraz. Teraz zaczynałem na nowo, teraz słońce w zenicie

wpadało do pokoju, tuż przede mną i moim nowym początkiem, i dokładnie tyle mi wystarczyło.

To była historia, której chciałem się dać.

Spojrzałem jeszcze raz na Gwidona. „Guzik wie” – kto tak w ogóle mówi? Głównym

powodem, dla którego Podhalańczyk gościł odtąd w moich myślach, była nadzieja,

że nie będzie mnie budzić w nocy plaskaniem pod kołdrą. Nagłym ruchem wstałem, zebrałem

wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, by przed ostatnim autobusem, którym zdążałem

na wykłady, zapalić pierwszego papierosa w warunkach nowego, wspaniałego

świata, po czym opuściłem komnatę.

*

Elektroniczny wyświetlacz podpowiadał, że do mojego przystanku zostało pół

godziny. Wirtualna, niebieska kula leniwie wpadała do wypustek, oznaczających kolejne

stacje. Znów spojrzałem na światła blokowisk, myśląc, czy akademik tak samo wchodzi

w nocne życie. Czy też rozsadza swoje kwadratowe ramy, jak robiły to te jaskrawe, majaczące

w oddali światła? I w ogóle, jak przyjęłyby to owe potulne, miłujące spokój garbulce

w rodzaju Gwidona? Pierwsza noc akademików, do których powraca umęczona

brać studencka, pragnąca odreagować swoje stresy i dziwną siłę ciążenia, wynikającą z

ledwie nastu lat na karku, zazwyczaj nie bywa tą z kolędy. Oparłem głowę o szybę i jechałem

dalej. Zostało mi nie więcej niż cztery przystanki.

55


*

Od przystanku w stronę akademika ciągnęła się krótka, asfaltowa droga. Poznałem

ją już pierwszego dnia, przeskakując pomiędzy jej dziurami. Zakręcała w prawo,

ledwie oświetlona przez mdłe, pomarańczowe światło latarni, by zginąć w ciemnościach

za zakrętem. Drzwi autobusu fuknęły, dając sygnał, że oto jestem pozostawiony sam sobie.

Gdzieś w oddali, za ciemnym zakrętem, łupała już ruska popsa.

Bas uderzał, w miarę, jak zbliżałem się do celu, coraz ciężej. Gdy skręciłem w alejkę, przy

której wyrastał wielki, biało-szary akademik, okazało się, że na palarnianej ławce zasiedli

już nowoprzybyli. Chłopcy i dziewczęta odpalali fajkę od fajki, dymiąc i kiepując

wszędzie, gdzie się dało. Między nimi, na drewnianej ławce, musiał stać jakiś głośnik

JBL-a – stamtąd huczała popsa; aż za dobrze dało się ją słyszeć. Podszedłem bliżej – było

ich z pięcioro czy sześcioro, a każde miało na sobie klapki i kolorowe skarpety. Rozmawiali

między sobą po rosyjsku, debatując nad czymś teatralnie i przekrzykując muzykę.

Wysoka, mocno wymalowana laska w różowym szlafroku, próbowała namówić do czegoś

bruneta w czarnym dresie.

- Kiedy, kurwa?

- Jak to, bladź, kiedy? Już, zaraz!

- Ira, ty szo, jobnuta? Nie chcę stąd wylecieć pierwszej nocy.

- Już ty się o to, Władik, nie bój. Do mamy zadzwoń, mama ich wyjaśni.

Towarzystwo rykło śmiechem. Któryś z siedzących podgłośnił muzykę. Rozochocona

ferajna zaczęła śpiewać razem z jakimś rosyjskim popserem o tym, że dziewczyna zablokowała

go na telefonie, a on, biedaczysko, pije z rozpaczy. Ktoś inny puścił w obieg

flaszkę wódki.

- Twój akademik, twoje terytorium! – krzyknął chłopak z kąta palarni, ciągnąc z gwinta.

Przykryci kłębem dymu, kiwając się w takt muzyki, wyglądali jak nocni szamani

jakiegoś pradawnego obrzędu. Kształty kończyn, unoszące się w żywiołowych gestach,

wywoływały jakby ducha wieczoru, to wzlatując w emocjonalnej dyskusji, to opadając w

zrezygnowaniu – bo przecież w taki wesolutki, pijany wieczór nikt jeszcze nie przekonał

nikogo do niczego.

56


Aleksy Poklękowski

Urodzony 17 stycznia 1998 roku w Gdańsku. Student filologii polskiej na Uniwersytecie

Gdańskim. Publikowany w „Stronie Czynnej”. Mieszka w Pelplinie.

57


Pająki

Mamy więc idealny okrąg, zaś na samym jego środku stoi Bazylika Katedralna

– wszyscy jednak nazywamy ją Katedrą. To jej cień wytacza granice naszego miasta, niczym

ogromny zegar słoneczny, którego wskazówka przesuwa się po naszych głowach

każdego kolejnego dnia. Tam, dokąd sięgnie, tam sięga granica tarczy. Nasze miasto odlicza

nam kolejne sekundy, minuty, i godziny – z tego powodu nikt nie nosi u nas zegarków,

czy to na rękach, czy na złotych łańcuszkach. Nie potrzebujemy ich. Mamy nasz

cień. I nasze pająki.

W każdej mądrej księdze można wyczytać, że to cystersi Pelplin i Katedrę zbudowali.

Jednak zdarza się, kiedy wieczory są zimne, a zawsze u nas porywisty wiatr odcina

głosy wtajemniczonych od niechcianych postronnych, że pewne opowieści szeptem wędrują

od najstarszych do najmłodszych. Mówi się więc, że kiedy cystersi setki lat temu

przybyli na tę bagnistą ziemię, to już wtedy przywitał ich cień – Katedra już tam stała

majestatyczna, jedyny stały punkt wśród wiecznie żywych i gnijących moczarów. Czekała

na nich, na pierwszych ludzi, miała już jednak swoich mieszkańców – w jej cieniu kryły

się bowiem pająki. Cystersi byli zdziwieni, nigdy wcześniej nie widzieli takich stworzeń

– z ośmioma odnóżami, ośmioma ślepiami, o różnych kolorach i rozmiarach.

Najmniejsze przeszłyby przez ucho igielne, największe przerastały uszy ludzkie.

Pająki, z tego co udało nam się dosłyszeć i doczytać, z początku bały się tych

dziwnych, ogromnych, dwunożnych stworów, o podwójnej czy potrójnej skórze, potwornie

hałaśliwych. W końcu jednak prawdopodobnie doszło do porozumienia, bowiem

i pająki, i ludzie zostali na miejscu. Ktoś z nas wspomniał kiedyś o odnalezionym (i

podobno zaraz pospiesznie spalonym) odpisie aktu wzajemnej zgody. Inny jednak z nas

mówił coś zupełnie przeciwnego, o bitwach, walkach, podbojach. Nie wiadomo jednak,

jak to naprawdę mogło być. Mądre księgi mówią, że to cystersi Pelplin i Katedrę zbudowali,

zaś o naszych pająkach nie wspominają wcale. Pająki dają nam do zrozumienia, że

tak jest dobrze, że nie ma co zaburzać tego naturalnego porządku.

Cóż innego jednak pozostawało, poza działaniem, jakimkolwiek działaniem, kiedyśmy

zaczęli odkrywać, że poza Pelplinem w ogóle nie ma pająków? Do dziś tego nie

rozumiemy, z początku jednak nasze zaskoczenie było większe od największego nawet

pająka, nazywanego Starym Błażejem, błąkającego się zmęczonym krokiem po Parku

58


Biskupim. Pająki były dla nas naturalne jak śnieg w zimie i niebo w ogniu. Kiedy jednak

zaczęliśmy wyjeżdżać do szkół w Tczewie czy Starogardzie, i kiedy pytaliśmy o tamtejsze

pająki, to spotykaliśmy się z pustymi oczami i pustymi odpowiedziami. Obcy dziwili

się na samo słowo pająk, mielili je w ustach, po czym z niesmakiem wypluwali, jakby

próbowali cukierków anyżowych. Znali komary, osy, pszczoły, ćmy, żaby czy raki, ale na

pająki byli całkiem zamknięci.

Jeszcze inaczej było w Gdańsku, kiedy zaczęliśmy wyjeżdżać na studia. Miasto to

ma podobne drogi do naszych, które zawsze ostatecznie prowadzą na jakiś cmentarz.

Tam jednak po grobach, zamiast cmentarnych pająków, chodzą ślimaki, głównie winniczki.

Dziwiło nas to zjawisko. W Pelplinie bowiem cmentarne pająki są bardzo żywe,

kolorowe – przyjmują barwy szkła rozpalonych zniczy, biegając od jednego do drugiego,

czasami tylko zatrzymując się w pół drogi, aby odnóża z jednej strony mogły stać się

purpurowe lub zielone, z drugiej zaś czerwone lub żółte. Dopiero kiedy braknie dłoni

zapalających znicze, kiedy braknie oczu wyostrzających zacierające się w kamieniu

imiona, wtedy dopiero i cmentarne pająki zamierają. Wciąż żywe, robią się jednak szare

i nieruchome, leniwie ledwie, ledwie się ruszając. W Gdańsku zaś na grobach są winniczki,

zawsze szare i powolne, podobne do tamtejszego nieba, któremu brakuje ognia.

Część z nas sądzi, że brakuje im także naszego cienia. Nie tylko Gdańskowi, ale

i innym pomorskim miastom, miasteczkom i wsiom. Dlatego nie mają pająków, które nie

miałyby się jak chować przed słońcem. Jednak reszta z nas się z tym nie zgadza – w innych

bowiem miejscach nie ma takiego nieba, jak u nas, po cóż więc byłby im cień? Pająki

nie musiałyby się przed niczym kryć. Nigdy jednak nie doszliśmy do tego, czy to wina

cienia, nieba, czy może naszego wiatru.

Albowiem w Pelplinie zawsze wieje. Każdy wędrowiec, któremu udało się do nas

dotrzeć z jakichś dziwnych, dalekich stron, zostawiał tutaj w ofierze swój kapelusz lub

czapkę, które zazwyczaj pierwszym, czasami drugim podmuchem wiatru zmiecione

z głów lądowały na najwyższych gałęziach stojącego przy dworcu dębu. Wiatr wieje

w innych miastach, miasteczkach i wsiach, ale nie taki wiatr – nasz bowiem wędruje nie

tylko po naszej tarczy, ale też wzdłuż niej, wzdłuż granic miasta ruchem kolistym. Ciężko

to dostrzec z perspektywy człowieka czy pająka, ciężko też z lotu ptaka, ale tak jest –

wiatr współpracuje bowiem z cieniem Katedry. Tak jak nasze, i tylko nasze, ogniste niebo.

W innych miejscach niebo potrafi być szare, odstręczające, brudne. Nie posiada od-

59


powiedniego ogniska, takiego jak u nas. Nasze niebo kumuluje się bowiem w szklanym

krzyżu na Górce Papieskiej. Stamtąd zaś dopiero wystrzeliwuje nad miasto, współgra z

wędrującym cieniem, przeciwstawia mu kolory, tak aby wszystko zawsze pozostawało

w harmonii, idealne i niezmienne. Wiemy więc, że niebo zawsze nas obserwuje, że wiatr

nad nami czuwa, że cień za nami kroczy. I jest nam z tym dobrze, naprawdę dobrze.

Wciąż jednak próbujemy dociekać prawdy, na różne sposoby. Przeglądamy stare

archiwa, czytamy dawne księgi, wędrujemy z miejsca na miejsce, i w cieniu, i poza nim.

Pająki przyglądają nam się zdziwione, dając nam do zrozumienia, że ta wiedza nie jest

nam do niczego potrzebna. One już to wiedzą, my nie powinniśmy tym się kłopotać. Powinniśmy

zdać się na ich mądrość. Nie wiem, czy sam bym tego chciał, ale tak pewnie

w końcu postanowimy.

Nie zawsze wędrują z nami, nasze pająki, zawsze jednak w końcu objawiają się

nam, w obcych dla nas i dla nich miejscach, i przypominają że czas wrócić do domu.

Ze szkoły, studiów, pracy, zawsze ten sam jeden powrót. Do wietrznego wiru, do tarczy

z Katedrą pośrodku i do jej cienia, i do ognistego nieba. I do naszych pająków.

60


Natalka Suszczyńska

Autorka opowiadań. W 2019 roku w Korporacji Ha!art ukazała się jej książka Dropie.

61


Agata i zmarli (fragment)

1.

Był taki tydzień, że pół podstawówki zwariowało na punkcie nawiedzonego domu. Plotki

przeskakiwały z klasy do klasy jak wszy z dziecięcych głów. Uderzały znienacka jak

piłka podczas gry w dwa ognie. W nawiedzonym domu znajdował się trup dyndający na

szubienicy, pentagramy narysowane krwią, garnki łomotały, porcelana samoistnie roztrzaskiwała

się o ściany, ktoś widział w środku osobę, która zamiast stóp miała kopyta,

ktoś spojrzał w żółte oczy niezidentyfikowanej bestii. Wersji było wiele, większość szyta

na bieżąco z pomocą zasłyszanych strasznych historii i obejrzanych do połowy horrorów.

Na każdej przerwie pojawiały się aktualizacje dotyczące sytuacji panującej w nawiedzonym

domu. Po nudnych lekcjach było ich szczególnie dużo.

Nie było zgody co do tego, co straszy w domu. Jako że cała podstawówka była zapoznana

z podstawowymi zagrożeniami czyhającymi na ludzi w latach 90., czyli z sektami i z

AIDS, bo dużo się o tym wtedy mówiło, w roli czarnych charakterów chętnie byli obsadzani

sataniści i narkomani (z dzisiejszej perspektywy wiadomo, że sataniści, którzy tną

dzieciom twarze w kratkę lub w linie to bujda, a temat AIDS jest dużo bardziej skomplikowany,

jednak przypominam, że jedyna wiedza, jaką dysponowali wówczas ci, którzy

tak hojnie dzielili się aktualizacjami na temat nawiedzonego domu, pochodziła z podstawówki,

podwórka oraz telewizji). Sataniści i narkomani przerażali i ekscytowali

większość uczniów.

Udało się za to jednoznacznie ustalić, gdzie znajduje się nawiedzony dom. Stał w bardzo

dogodnej lokalizacji, bo przy ulicy Wróbla. A więc odpowiednio blisko, by udać się tam

po lekcjach, nawet w przypadku posiadania szczególnie przywiązanych do zegarka rodziców.

Co szybszym i co odważniejszym udawało się tam też wyskoczyć na długich

przerwach.

Dom był pusty i faktycznie prezentował się dość mrocznie: zbutwiałe deski, dziurawy

dach, wybite okna, w środku kompletna ciemność. Dzieciaki pielgrzymowały na Wróbla

62


grupami, udając przed sobą, że się nie boją, zaglądały do środka i mówiły, że faktycznie:

widzą napisy krwią na ścianach, słyszą tłuczone filiżanki i spodki, a niektórym udało się

nawet wypatrzyć tego trupa, co dynda na stryczku. Niektóre patrzyły przez palce, inne

kamieniały lub uciekały z piskiem. Chłopcy popychali dziewczynki na ogrodzenie, myśląc

pewnie, że śmiesznie by było, gdyby jakiś satanista czy narkoman capnął je za nogę i

wciągnął do środka (co oczywiście nigdy się nie zdarzyło).

Pod koniec tygodnia pojawiła się kolejna plotka: otóż znalazła się jedna odważna, która

weszła do środka domu. I to dziewczyna! Rzekomo spędziła tam z kwadrans, a kiedy

wyszła, powiedziała, że nie widziała nic specjalnego. Podobno wtedy miało miejsce

przesłuchanie przeprowadzone przez tych, którzy pod domem wystawali najczęściej.

– Nie widziałaś pentagramów i 666 na ścianach?

– Nie.

– A jakichś napisów krwią?

– Nie.

– A trupa dyndającego na szubienicy?

– Nie.

– A poltergeista?

– Co to takiego?

– Ten duch, który rzuca przedmiotami.

– A, no to też nie.

– A człowieka z kopytami?

– Nie widziałam tam żadnego człowieka.

– Nawet takiego z jaszczurzymi oczami?

– Nawet takiego z jaszczurzymi oczami.

– A narkomanów? A satanistów?

63


– Nie i nie.

A potem przyszedł weekend, a po nim poniedziałek i nawiedzony dom przestał być tematem

numer jeden, bo ktoś miał nowe adidasy, ktoś dostał PlayStation, a w ogóle to

zbliżał się czas wycieczek szkolnych i to one zaprzątały głowę uczniom podstawówki.

Skończyło się pielgrzymowanie na ulicę Wróbla.

2.

Dziewczyna, która weszła do nawiedzonego domu, nazywała się Agata. Poznałyśmy się

dwa lata później, czyli w zupełnie innej epoce, podczas obozu harcerskiego. Zakolegowałyśmy

się. Podobało mi się, że Agata do wszystkiego podchodzi poważnie, słucha prawdziwej

muzyki, ogląda „Wiadomości”, a do tego nie za bardzo przejmuje się tym, czy ktoś

ją lubi.

–Nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili – mówiła zawsze, a ja myślałam,

że sama to wymyśliła. Dopiero potem dowiedziałam się, że jednak nie.

Agata interesowała się wydarzeniami ze świata i żywo na nie reagowała. Po obozie dalej

się kolegowałyśmy, co zresztą nie było szczególnie skomplikowane, bo mieszkałyśmy

blisko siebie, nasz rozkład dnia nie obfitował w wydarzenia i dalej trwało lato. Któregoś

dnia przyszła cała we łzach:

– Marek Kotański nie żyje – tak powiedziała.

Ja oczywiście nie miałam pojęcia, kto to jest ten cały Marek Kotański i dlaczego jego

odejście tak ją zasmuciło, ale wstydziłam się zapytać. Niby byłam o rok od niej młodsza,

ale widać było, że nie przystoi tego nie wiedzieć, skoro ludzie, którzy wiedzą, reagują na

jego śmierć w taki sposób. Między jednym chlipnięciem a drugim Agata zasugerowała, że

należy jakoś upamiętnić tego wielkiego człowieka, o którym ja wciąż miałam raczej niewielkie

pojęcie. Ale i tak ochoczo przytaknęłam.

64


Agata powiedziała, że najlepszą formą upamiętnienia Marka Kotańskiego będzie mural.

Zaproponowałam jej, że można wykonać go w mojej piwnicy. I tak miałyśmy w planach

wykorzystanie resztek farby, którą znalazłyśmy na śmietniku, ożywiając trochę wnętrze

i znajdując sobie przy tym jakąś konstruktywną rozrywkę. A o to było trudno, bo choć

wiedziałyśmy na sto procent, z czego już wyrosłyśmy, to, do czego właśnie dorastamy,

nie było jeszcze jasne jak słońce.

Mural powstał tego samego dnia: uśmiechnięty Kotański, oczywiście z wąsem i z kucykiem,

ubrany w T-shirt z napisem MARKOT. Malunek może i naiwny, ale z serca.

Na Kotańskim się jednak nie skończyło. Agata domofonowała do mnie cała we łzach,

z pewną regularnością informując, że na ścianie piwnicy należy upamiętnić kolejną osobę.

– Joe Strummer nie żyje – mówiła, więc malowałyśmy Joego Strummera.

– Nie żyje Kazimierz Dejmek – no i malowałyśmy Dejmka.

– Nina Simone odeszła – ale nie ze ściany mojej piwnicy.

– Już po Katharine Hepburne – i znów chwytałyśmy za pędzle.

Trwało to kilka miesięcy, aż na ścianie pojawiła się niezła gromadka tych, którzy odeszli

między 19 sierpnia 2002 a 29 czerwca 2003 roku.

Czasem wydawało mi się, że Agata nie przeżywa tych wszystkich śmierci tak naprawdę

i z całego serca – że stanowią one raczej pretekst do wykonania muralu. Ale nieładnie

byłoby to sugerować, gdy tak chlipała i smarkała. A czasem myślałam całkiem odwrotnie:

że to ja jestem niedojrzała, bo śmierć tych wielkich ludzi nie robi na mnie dostatecznego

wrażenia.

Któregoś razu Agata powiedziała, że musi mi coś wyznać, ale żebym się z niej nie śmiała.

– Ci zmarli, kiedy ich maluję, przekazują mi różne informacje.

65


– Na przykład jakie?

– Duchowe. Dzięki nim jestem lepszą osobą.

Nie drążyłam. Pierwszy raz usłyszałam z pierwszej ręki o tak głębokim duchowym doświadczeniu

i zbiło mnie to z pantałyku.

Fragment pochodzi z nadchodzącego zina „Sny i pokemony”.

66


krytyka


Karolina Górnicka

Ur. w 1997 r. Studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Publikowana

w czasopismach „KONTENT”, „Strona Czynna”, „8. Arkusz Odry”, „bi-

BLioteka”. Interesuje się związkami literatury z ekonomią oraz kosmosem.

68


O tym, czy traumę można zeskrobać paznokciem

Niełatwo pisać o poetce, której styl, uznany przez najznamienitszych krytyków literackich,

zyskał miano klarownego dyskursu, za pomocą którego Marta Podgórnik kreuje

niemożliwe światy dostępne na wyciągnięcie ręki. Bogaty dorobek literacki autorki

sprawia, że nie sposób powstrzymać się od formułowania uniwersalnych prawd, tworzenia

porównań i zestawień, poszukiwania szerszej perspektywy. Trzeba to jednak

zrobić – wyrzec się pokusy myślenia perspektywicznego, zdjąć wzrok z horyzontu,

a zamiast tego spojrzeć w dół. Porządek horyzontalny i wertykalny walczą ze sobą

w Zawsze: „W dal, ukochany, bezbrzeżną i siną […]|W dół, ukochany, na przekór hierarchii”

wyznaje podmiotka, podkreślając wzajemne znoszenie się tych dwóch wizji poetyckich.

To nieustanne ścieranie się przyszłości z przeszłością, miłości ze śmiercią,

zysku ze stratą. Poetka rozpościera przed czytelnikiem obrazy istniejące w języku na

zasadzie symultaniczności: funkcjonują jednocześnie teraz, dawniej, niedługo. Pewne

jest tylko to, że nie są dane na zawsze. To zapis chwil, impresji, momentów, łączących się

u Podgórnik na zasadzie pozornej przypadkowości, nieprzystawalności wynikającej

z pomieszania porządków, złamania zasad – zarówno tych obowiązujących w sztuce, jak

i realnym świecie.

W tomie Marty Podgórnik tytułowe „zawsze” pojawia się tylko dwa razy, a mimo to, echa

kwantyfikatorów czasu i przestrzeni nieustannie powracają w wierszach. Począwszy od

monstrualnych rozmiarów utraty w XXL: patetycznej, sprawiającej wrażenie upozorowanej,

podmiotka konstruuje świat wypełniony śmiercią. „Mały pajączku zimy, piąstko

gradu | Łezko żalu” to litanijny początek liczenia strat, od tych najmniejszych, rozrastający

się do najboleśniejszej – straty dziecka. Dialogiczny wiersz XXS odwraca narzucony

schemat gradacyjny, niejako na przekór – sobie, światu – próbując przepracować poronienie.

Tytuł jednak nie wskazuje na mniejsze cierpienie, a raczej na niewielki rozmiar

obiektu, który je wywołuje. „Moje nienarodzone i jedyne dziecko” pozostawia w podmiotce

pustkę nieproporcjonalnie wielką, o której pisać i mówić można tylko przy użyciu

minimalnych środków wyrazu. Nieumiejętność poradzenia sobie z traumą staje się

motywem przewodnim tomu, w którym brak przestaje być jedynie pustym miejscem

w rzeczywistości; to rzeczywistość przekształca się w plamę na planie rozległej, niekończącej

się pustki. Sama Podgórnik określa Zawsze mianem „studium utraty”. Zdaje się, że

„wytracanie się” dotyczy wielu aspektów tomu – życia, miłości, spokoju, języka. Symbo-

69


lizm opisywanego przez podmiotkę braku języka to złożony konstrukt jej rzeczywistości.

Nie kończy się na niemożności wypowiedzenia traumy związanej ze śmiercią nienarodzonego

dziecka – w końcu nie istnieje dobry sposób na mówienie, pisanie o takiej

stracie – lecz dotyka również kondycji języka używanego współcześnie.

W Zawsze język nie jest wieczny, a odkształca się, zmienia. Wypełniony zapożyczeniami,

pozostaje jednak autoteliczny i autotematyczny. Tak jak bohaterka wierszy pożycza sposób

mówienia, pisania o stracie, próbując cytatów, nawiązań formalnych, odniesień, tak

język czerpie z samego siebie, by móc powiedzieć cokolwiek o swojej naturze. Poziom

„meta” jest w przypadku tego tomu niezwykle ważny, bo prowadzi do rozważań

o charakterze redundantnym: nieustannie powracają tu kwestie poszukiwania właściwego

języka, wystarczy przytoczyć choćby fragmenty Odmowy stypendialnej, [Nino, niech

będzie rota], czy Środka. „Musisz napisać kiepską książkę, dziecko”, „Pożyczasz słowa, w

których żyjesz, to co Ci pozostaje?”, „Piekłem jest piekło przekładu”. To rozważania o

charakterze metajęzykowym, sytuujące tom Zawsze na pograniczu wydarzenia wsobnego,

prywatnego z czymś niezwykle uniwersalnym, a nawet - zwyczajnym. Poszukiwanie

przez podmiotkę języka, który wypowie jej stratę to także próba znalezienia języka poetyckiego

– dlatego zbiór wierszy Podgórnik można nazwać rozbudowaną ars poeticą.

Nieprzypadkowo więc rozwiązania formalne zastosowane przez autorkę zwracają uwagę

czytelników i krytyków. Wyraźnie klasycyzująca budowa oparta na tradycji wersologicznej,

metryka, rymy, zderzają się z postmodernistycznym obrazowaniem. „Naklejkę z

butelki skrobałam jak ciążę w fontannie zgubiłam miedziany pieniążek | Poszedłeś na

wojnę to było za łatwe pierdolić fontannę przeminęło z wiatrem” to wyimek z regularnego,

rymowanego wiersza. Harmonijna forma, melodyczność czy nawet frywolność

staje w opozycji do makabrycznej treści – złamanie zasady decorum sprawia, że kolejne

wersy wiersza Pieniążek pozostawiają czytelnika bezbronnego wobec opisywanych wydarzeń.

To jeden ze sposobów mówienia o stracie, przywodzący na myśl „mówienie naokoło”

w wykonaniu Bargielskiej. Podgórnik w podobny sposób tworzy dysonans poznawczy,

zderzając ze sobą nieprzystające elementy rzeczywistości wiersza. Na ich

styku powstaje właściwy język.

Opierający się na poetyce połączeń niełączliwych zdarzeń, tom Zawsze opiewa nie tylko

stratę. Pojawiają się tu momenty szczęścia, miłości, piękna, wyłaniające się

z prymitywnych obrazów, niejednorodnych uczuć. „[…]przystawalność pojęć i kolory

70


niebieski | i czarny”, „Nie mieliśmy talii, więc karty wycinałam z kuzynem z kartoników

po lekach” to przykłady impresji, tworzących świat alternatywny dla tego wypełnionego

bólem i stratą. Strategią poetycką, o której należy wspomnieć w przypadku twórczości

Podgórnik jest więc balansowanie na granicy snu i jawy. W Zawsze najważniejsze wydarzenia

są marzeniami sennymi, momentami letargu – „Widziałam we śnie – jest brudna |

Jak krwawienie miesięczne, płyny porodowe”, „Czasem śnią mi się rzeki, […] Bulgoczące

jeziora i bezdenne studnie”, „We śnie prasuję Twoje koszule”. To właśnie sny, w których

podmiotka rozlicza się ze swoimi traumami, każą mi wierzyć, że osoby mówiące w wierszach

są tak naprawdę jedną bohaterką – dzielą ze sobą stratę, język, wspomnienia.

Zdawać by się mogło, że autorka celowo buduje iluzję wielu narracji. Jest to jeden ze

sposobów oswajania się ze stratą – podmiotka niejako nakłada kolejne „gęby”, by zobaczyć,

w której z wersji zawiera się jej całe jestestwo, która okaże się najmniej bolesna.

Okazuje się jednak, że najpełniejsza tożsamość tworzy się w wielości przeżyć: kochanki,

małej dziewczynki, niedoszłej matki, wiedźmy. I tak jak poszukiwanie własnej formy

zdaje się nigdy nie kończyć, tak próba okiełznania własnego ja to żywiołowa walka.

Przeciwstawne siły łączą się w obraz rzeczywistości wypełnionej rzeczami jednakowo

ważnymi: podmiotka w obliczu największej straty nie potrafi już oszacować, co zasługuje

na jej uwagę, a co jest przypadkowym zbiegiem okoliczności. I właśnie to przeczucie

nakazuje powstrzymać się od oceniania Zawsze w kategoriach prawdy – „język nie kwapi

się wślizgnąć do środka”.

Szeroko dyskutowane zestawienie modernizmu z postmodernizmem nadaje Zawsze

nowej jakości. Dlatego też wydanie tego tomu jest momentem przełomowym w historii

twórczości Podgórnik: to niejako przyznanie się do czerpania z wielu tradycji, korzystania

z dyskursów pochodzących od innych twórców, a jednocześnie próba znalezienia

własnego miejsca w literackim świecie. Autorka wybiera pogranicze jako swoją poetycką

przestrzeń – jest na tyle niedookreślona, że zawiera w sobie zarówno tradycje klasycystyczne

jak i „post”, a jednocześnie na tyle wąska, by zmuszać do nieustannego balansowania,

wzmożonej pracy i wysiłku. Jedno pozostaje pewne – na granicy jest miejsce

tylko dla jednej osoby. Podgórnik je zaklepała.

71


Dawid Kujawa

Doktor literaturoznawstwa, marksistowski krytyk literacki. Pracuje jako programista.

72


Żywiczność jazdy. Największy na świecie drewniany coaster Patryka Kosendy

[P]oezja zawsze bytuje w przyszłości, niechby

nawet o ćwierć stopy, o tiptopkę postawioną w

poprzek

Miłosz Biedrzycki

Gdy trzy lata temu pisałem o młodym nurcie polskiej poezji, który Robert Rybicki

nazwał Nową Fazą, wskazywałem między innymi na wyrazisty głos Patryka Kosendy,

znanego mi wówczas głównie z wieczorów otwartego mikrofonu organizowanych w

krakowskim klubie „Baza”. Wtedy już zdawałem sobie sprawę, że w najbliższej przyszłości

wiersze tego autora – jako coś niemożliwego do zignorowania – mogą poważnie rozchybotać

aktualną konfigurację poetyckiego pola, nieustannie rozkraczonego między

rozdaniem „brulionowym” czy nowojorskim, a wciąż na nowo definiowanym „zaangażowaniem

politycznym”. Ale co tam jakieś „pole”: gra toczy się o inną stawkę, bo nawet

jeśli grono odbiorców poezji jest niewielkie, to przecież pośrednio zawsze chodzi nam o

zmianę społecznego imaginarium, a czasem wręcz – jak ma to miejsce w przypadku bohatera

tego szkicu – o poszerzenie kolektywnej wyobraźni, która permanentnie tłumiona

jest w późnokapitalistycznym reżimie produkcji. Byłoby dużą przesadą, gdybym powiedział,

że w tym kontekście debiutanckie „Robodramy w zieleniakach” Kosendy mnie

rozczarowały, a jednak muszę przyznać, że nie wzbudziły we mnie tak dużego entuzjazmu,

jakiego się spodziewałem. Być może blurby Andrzeja Szpindlera i wspomnianego

już Ryby – dwóch znakomitych, paskudnie niedocenianych poetów – przesadnie zawyżyły

moje oczekiwania. W każdym razie miałem poczucie, że autor nie do końca sprostał

własnym ambicjom: jeśli zgodzimy się, że uprawianie sztuki jest próbą udomowienia

chaosu, to eksperymentalne konstrukcje architektoniczne Kosendy w „Robodramach…”

wydawały mi się jakby postawione na niestabilnym fundamencie. Naturalnie nie piszę o

tym po to, by kwestionować warsztat poety, jest wręcz odwrotnie – chcę podkreślić, że

czytając „Największy na świecie drewniany coaster” ani przez moment nie miałem podobnego

wrażenia. Druga książka zamieszkałego w Krakowie autora jest o wiele lepiej

skomponowana, wyczuwa się w niej znacznie pewniejsze gesty, ale przecież nikogo nie

obchodzą puste komplementy – już przechodzę do rzeczy.

73


***

Kosenda jasno jak nigdy dotąd daje do zrozumienia, że znacznie bardziej interesuje go

budowanie napięcia niż jego rozwiązywanie, interesuje go – jeśli mogę się tak wyrazić –

dysonansowość, która nie jest łagodzona konsonansem. Tylko rzućmy okiem na motto

otwierające książkę:

Cisza! Cisza!

DJ Hazel, Weź pigułkę

Jeśli ktokolwiek z czytających ten szkic ma problem z rozpoznaniem cytowanego tu dzieła

kultury – w co, szczerze mówiąc, nie do końca wierzę – spróbuję pomóc. „Cisza! Cisza!”

pojawia się w utworze DJ-a Hazela tuż przed najsłynniejszym beat dropem w historii

polskiej muzyki elektronicznej. Kilka sekund później słyszymy już, jak z ust Mistrza

Ceremonii pada szatańskie: „Radom, jazda!”, a tłum okrutnie porobionych entuzjastów

kultury rave miota się we frenetycznym szale, rodem z jakiegoś innego, dzikiego świata…

Przepraszam, prawdopodobnie za mocno się rozpędziłem: ciągle mówimy o miejscu,

do którego Kosenda nas nie zabiera. Autor celowo zostawia nas u jego progu. Dlaczego?

Bo, jak wspomniałem, nie interesuje go rozwiązywanie napięcia, a jego

wykładniczy wzrost, stan wzmożonej potencjalności. Wszyscy znamy to uczucie, gdy

jesteśmy przekonani, że coś – zaraz – jebnie.

***

Nie mogę zgodzić się z twierdzeniem, że styl Kosendy jest jakimś „głębokim szyfrem”,

którym autor komunikuje czytelnikowi cokolwiek na temat prekarnego życia w późnym

kapitalizmie. Z całą pewnością mógłbym jednak podpisać się pod stwierdzeniem, że życie

w późnym kapitalizmie w ściśle określonym sensie zawiera się w artystycznej eks-

74


presji tego autora. Chcę przez to powiedzieć, że materialne warunki życia poety w konieczny

sposób odciskają piętno na jego twórczości, są w niej samej jakby „zwinięte”, i to

w tym kontekście zawsze mówię o zniknięciu autora za dziełem – jednostka w dosłownym

sensie jest tworem społecznym, poza grupą nie istnieje jako jednostka. Stąd prosta

redukcja: nie zawsze musimy świecić latarką na zwykłego pośrednika między tym, co z

zasady kolektywne, a idiomatyczną ekspresją artystyczną, która pozwala wtórnie uspołecznić,

skomunizować jakieś pozorne „życie wewnętrzne”:

[…]

To ja:

mój bliźniak w śpiączce vs

mój Kevin sam w sobie vs

mój brak obecności w okopie ratuje dziewiczy szrapnel przed utratą twarzy.

[…]

(„Znośniej”)

Autora nie pomija się po to, żeby zawiesić tekst w próżni, ale by wyrwać go z prywatnej

biografii i osadzić w nagim życiu społecznym. Kiedy Kosenda nawiązuje do pulpowej

kultury lat 2000., to tak naprawdę tworzy pewien percept „pulpowej kultury lat 2000.”,

którego dwadzieścia lat temu nie znaliśmy – zapewne nawet nie mogliśmy znać – i sam

za tym perceptem znika, bo jest przekonany co do jego konstrukcyjnej stabilności:

pędzimy przez te chmury jak balerony

jak baleriny

jak gagariny

75


ich spasione ławice peszą nam przepony

śmiechy snują się jak nagie i głodne szwadrony

dementorów bo palimy piekłoskręty i nieboskłony

tamten mugol nad jeziorem puszcza ścierpłe drony

wyjmij różdżkę nie dam rady jestem nieco porobiony

pędzimy przez te chmury jak balerony

jak baleriny

jak dumbledory

(„Kanikuły i kociołki”)

Poeta żeruje na komercyjnej kulturze w sposób totalnie uroczy, nie jest zwykłym szydercą

czy ironistą – precyzyjnie wybiera komponenty produkcji kulturowych związanych

z hegemonicznym dyskursem i funkcjonalizuje je na własnych warunkach, które

okazują się absolutnie nienegocjowalne. Eksperymentuje z efektem sprzężenia zwrotnego:

skoro w społeczeństwie postfordowskim kapitał jest w stanie przechwycić najwspanialsze

osiągnięcia kultury niezależnej, to co stanie się wtedy, gdy niszowa kultura w

analogiczny sposób przejmie ekstremalnie chujowe efekty hegemonicznej ideologii? Nie

chodzi tu wcale o walkę, którą można wygrać – chodzi o samą przyjemność płynącą z

robienia rzeczy nieprzechwytywalnych, a więc z punktu widzenia głównego nurtu kultury

– bezwartościowych.

***

Zdaje się, że w kontekście inspiracji Kosendy nie wskazywano dotąd na tradycję, o którą

poeta delikatnie upomina się za sprawą swojego stylu. Nawet jeśli nie są to nawiązania

76


w pełni świadome, to doprawdy trudno byłoby zupełnie przemilczeć ten wątek – w takim

przypadku mielibyśmy bowiem jeszcze silniejszy dowód na to, jak mocno kolektywna

wyobraźnia Polaków została ukształtowana przez popularny, a przy tym estetycznie

interesujący eksperyment. Myślę tu o rozmaitych praktykach artystycznych,

których podejmowali się przed niespełna trzydziestoma laty twórcy związani z pomorską

kontrkulturą (Totart, Zlali Mi Się Do Środka), szczególnie w okresie, gdy telewizja

publiczna nadawała ich autorskie programy kulturalno-rozrywkowe (Dzyndzylyndzy,

Lalamido, Brzóska Show itd.). Podobieństwu temu szczególnie trudno zaprzeczyć, gdy

słynne haiku Dariusza Brzóskiewicza potraktujemy jako kontekst dla dystychów składających

się na utwór „Wywlekać stroniące od sutków na szynce: mowa flaków”:

1. Strzelanina w smażalni szpinaku:

Sprawca zjadł.

2. Cukrowy tatuś, tatuś stepowy:

Pozwól sieciom podpinać się do mnie, ale potem się nie dziw.

3. – Mógłby pan dać jakąś radę początkującym łowcom pępowin?

– Nie. Macie mniej obolałą lufkę?

4. Zamiast kosza na głowie czapka Milki.

Wódka ze słońcem, słońce z bruzdami.

5. To jest taki typ prerii, gdzie piernik pierdoli się z wiatrakiem.

To jest taki typ, który nosi drewno do lasu i krzyczy: smacznego!

6. Porzućcie wszelkie nadzienie i żryjcie skorupki.

Niech mowa flaków będzie: aaaaaa kurwa aaaaaa!

7. Powiedz: truchło.

77


System nie jebie nas wszystkich równo.

***

To, że Kosenda uczynił z pisania wierszy „technikę siebie” 1 , nie będzie dla nas głównym

punktem odniesienia, ale może posłużyć nam jako niezły punkt wyjścia. Nie będę zatem

pytał o to, jaka istnieje korelacja między depresją lękową a kapitalizmem, bo to, zdaje

się, wiemy już nawet za dobrze 2 . Pytał będę raczej o to, dlaczego – w tym właśnie kontekście

– poezja pozwala chwilowo uwalniać się od niektórych przykrych skutków życia

w postfordyzmie.

Zacznę od prostej przesłanki, by wnioski nie brzmiały zbyt tajemniczo. Pisanie poezji,

szczególnie takie pisanie, które w większej mierze ma być dobrą zabawą niż przekazywaniem

wartościowych moralnie treści, w pierwszej kolejności jest nie-pracą. Naturalnie

nie twierdzę, że nie wymaga ono wysiłku, albo że nie powinno się za nie oferować

wynagrodzenia – wskazuję tylko, że mamy tu do czynienia z czymś, co można jednoznacznie,

bez wahania określić jako samorealizację, jako dobrowolną i pozbawioną zewnętrznego

celu ekspresję. Podstawowa różnica między pisaniem „parnasistowskiej”

poezji a pracą najemną jest zatem taka, że w tym pierwszym przypadku wytwórca nie

jest wyalienowany w procesie produkcji. Jeśli interesuje nas autonomia sztuki, to dyskusję

bezwzględnie powinniśmy zaczynać w tym właśnie miejscu.

Specyficzny dla naszych czasów rodzaj alienacji sprawia, że obserwujemy dziś znaczny

wzrost liczby zachorowań na depresję – ale o tym miało nie być. Kosenda znajduje w

1 „Od paru lat cierpię na nawracające stany lękowe i depresję. Wydaje mi się, że powoli z tego wychodzę,

ale śmiech był i jest moją strategią eskapistyczną. Może wyciągnąłem to z Harry’ego Pottera; mówię o

kwestii bogina, o tym, że musisz te generatory lęków ośmieszyć, sprowadzić je do maksymalnego absurdu.

[…] Podobnej strategii opracowywania lęków literacko uczyłem się na prozach Etgara Kereta, dużo mi one

dały, lubię do nich wracać. Cóż, wiemy, że wiersz nie jest cudem, ale uznałem, że to za mało. Czuję, że trzeba

się usyfić, żeby coś ważnego powiedzieć”. P. Kosenda, J. Pszoniak, A. Trojanowski. „Wiersz jest brudem”.

Rozmowa z Patrykiem Kosendą, „Wizje” https://magazynwizje.pl/aktualnik/kosenda-pszoniaktrojanowski/,

23 listopada 2019 [dostęp: 29.05.2021].

2 Zob. np. M. Fisher, Być do niczego, przeł. [b.d], http://maszynowegromady.pl/fisher.html, „Maszynowe

Gromady w Zintegrowanym Globalnym Kapitalizmie” [dostęp: 29.05.2021].

78


pisaniu wierszy wytchnienie i sposób na oswajanie lęków, bo to pisanie daje mu poczucie

chwilowego odzyskania kontroli nad własnym życiem („[…] czasem chodzi o surowość

tripu. Psychodeliczną prostotę. Żywiczność jazdy”; z wiersza: „Oczy, młody”). Ujmując

rzecz innymi słowy, wiersz pozwala mu samemu zadecydować, jak dokonywać

inwestycji libidinalnych.

***

Jako że to, co powiedziano w paragrafie powyżej, można w gruncie rzeczy odnieść do

uprawianej w późnym kapitalizmie twórczości poetyckiej jako takiej, teraz wypadałoby

zastanowić się nad tym, o jakich dokładnie inwestycjach libidinalnych mówimy. Otóż

Kosendy nie interesuje „świat, jakim jest”, i dlatego nie widzi on większej potrzeby jego

krytycznego komentowania. Nawet gdy do jego psychodelicznej wyobraźni przedostają

się te elementy obiektywnej rzeczywistości, które „eskapizujący” wiersz wypiera, to

dzieje się to na warunkach suwerennie – oczywiście do jakiegoś stopnia – ustanowionych

przez poetę (zob. np. „Serce Seana Penna zdeptał Maxwell Demon III”). Pod pewnymi

względami autorowi blisko jest więc do redaktora jego pierwszego tomu, Miłosza

Biedrzyckiego, który nie tak dawno odnotował: „Kiedy dochodzi do mowy wiązanej,

mowy skrajnego rozprężenia-skupienia wszystkich zmysłów, pewne stwierdzenia preskryptywne

– jak chcielibyśmy, żeby było – nabierają waloru deskryptywnego – jak jest i

inaczej być nie może” 3 . Kosenda nie próbuje odnosić się do tego, co determinuje jego

świadomość, ale raczej celowo nadweręża swoja świadomość, by tym gestem przerwać

błędne koło świata materialnego wpływającego jednostronnie na ideologię i ideologii

odbijającej wiernie świat materialny. Tak oto poeta wychyla się w przyszłość 4 , ale wcale

nie po to, by pozować na profetę, a raczej po to, by małymi krokami budować swój dziw-

3 M. Biedrzycki, Kotek wie, że łyżwiarz odkopał SARS (Ars poetica), „Nowy Napis”, 9 września 2020 [dostęp:

29.05.2021].

4 Jako ekstremalnie „przyszłościowy” widzę też gest, jaki Kosenda wykonał wobec swoich młodszych koleżanek:

do oblurbowania tomu zaproszeni zostali najzdolniejsi młodzi poeci przed debiutem książkowym,

tj. Zuzanna Strehl i Julek Rosiński. Nie przekonuje mnie argumentacja, jakoby było to proste zagranie

„na przekór hierarchiom” – widzę w tym raczej skrajną afirmację tego, co dopiero się wydarzy.

79


ny – w sensie programowego weird – nastrój wzniosłości: chodzi oczywiście o wzniosłość

wynikającą ze spotkania z potęgą tego, co możliwe.

Tak wracamy do afektu dominującego w wierszach Kosendy, czyli do stanu wzmożonej

potencjalności („Cisza! Cisza!”), za którym kryje się jednocześnie wyczekiwanie lepszego

świata, jak i pełna gotowość na katastrofę – to z tego aglomeratu bierze się trudny do

uchwycenia, śmieszno-straszny, utopijno-dystopijny nastrój, który stał się już znakiem

rozpoznawczym autora. Być może ten właśnie afekt najskuteczniej oddaje charakter

przyszłości, jaka nas czeka – i choćby z tego powodu warto sprawdzać, jak Kosenda obracał

będzie nim w swoich kolejnych tomach, których ja już teraz wypatruję z niecierpliwością.

80


Przemysław Rojek

Urodzony w 1978 roku, nauczyciel języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym

Zakonu Pijarów, doktor literaturoznawstwa, były redaktor kilku sieciowych przestrzeni

Biura Literackiego, krytyk literacki, współpracownik fejsbukowego Laboratorium

Empatii Historycznej. Autor – między innymi – książek o Aleksandrze Wacie

i Romanie Honecie.

81


Patriotyzm fantomowy, ojczyźniane wyparte

1.

W Weselu Stanisława Wyspiańskiego – tym tak żenująco niedoczytanym manifeście brutalnego,

blasfemicznego (traktującego Polskę nie jako obiekt kultu, ale jako przekleństwo,

jako zadanie, które trzeba podjąć, by nie być przez Polskę porwanym w Totentanz

odprawiany pod melodię wygrywaną przez słomianą pałubę), nietzscheańskiego z ducha

patriotyzmu – słowo „serce” pojawia się siedemdziesiąt razy. Większość z tych użyć

jest, powiedzmy, konwencjonalna: serce to tutaj szeroka, zakorzeniona w topice ciągnącej

się od starożytności, metafora siedliska uczuć, mniej lub bardziej skomplikowanych

emocji, predyspozycji temperamentalnych.

Są też jednak miejsca w Weselu, gdzie ta serdeczna retoryka zaczyna funkcjonować jako

metonimia ojczyzny, ojczyźnianych sentymentów i powinności (chyba nie bez powodu

szczególnie często Wyspiański używa – a może nawet nadużywa – tego słowa w scenach

spotkań Dziennikarza ze Stańczykiem, Rycerza z Poetą i Gospodarza z Wernyhorą, czyli

tam, gdzie stawką jest narodowe wmożenie, patriotyczne przebudzenie, czyn przeciwstawiony

trupiej niemożności). Oczywiście, najsłynniejszym, najbardziej może bezpośrednim

takim użyciem jest pamiętna scena XVI z aktu III – ta, w której Poeta tłumaczy

Pannie Młodej, że jej biologiczne, tłukące się w piersi serce „to Polska właśnie”. Przy

czym nie sposób nie zwrócić tu (na marginesie choćby) uwagi, jak bardzo również ten (a

może właśnie zwłaszcza ten!) fragment dramatu został zawłaszczony przez odmóżdżającą,

oleodrukową dezinterpretację dokonywaną w imię turbopatriotycznej opresji... Bo

chyba nikt nie poświęca uwagi na przykład temu, że dla Panny Młodej cała ta Polska jest

jakimś cudactwem, że bronowicka chłopka zwyczajnie nie wie, gdzie Polska się znajduje

– a w związku z tym patetyczna nauka Poety jest tak naprawdę projekcją jego własnych

pragnień, projekcją cokolwiek przemocową, zamocowaną w pańsko-chłopskiej hierarchii.

82


Ale mniejsza o to – bo mnie ten fragment fascynuje jako skojarzenie pewnej abstrakcji

(ojczyzny) z tym, co biologiczne (tętniący mięsień sercowy). Poeta – jeśli nawet uzurpuje

tu sobie klasowo legitymizowaną rolę edukatora ciemnej wsiowej dziewoi – ma intuicję,

że polskości nie da się nie doświadczać: nawet wtedy, gdy jest się jej nieświadomym.

I choć może takie skojarzenie patriotycznej spekulacji i biologiczności tego, co ojczyźniane,

nie jest niczym nowym w metaforycznym uniwersum dramatów autora Akropolis,

tutaj brzmi szczególnie jakoś dobitnie. Zwłaszcza w konfrontacji w tym, co dzieje się

w Weselu tuż przed wspomnianym powyżej dialogiem Panny Młodej i Poety – w scenie II

tego samego, ostatniego aktu dramatu.

Oto kilkoro pierwszoplanowych bohaterów skupia się wokół przeraźliwie pijanego Nosa.

Ten snuje nieskładną tyradę, alkoholiczny mashup wątków znanych już z wcześniejszych

kart utworu: bełkota o dekadenckim artystostwie, o tęsknocie za utopią uzdrowienia

melancholijnej miastowej duszy przez zanurzenie jej w żywiole tego, co

chłopskie – i miesza w to wszystko właśnie serce, już to tęskniące za ideami, już do fizycznie

doskwierające. W pewnym momencie Poeta zapytuje go właśnie o tę ostatnią,

najprostszą przypadłość: „Nie żarty, choroba serca; / po cóż pijesz?”. Nos odpowiada:

„Piję, piję, bo ja muszę, / bo jak piję, to mnie kłuje; / wtedy w piersi serce czuję, / strasznie

wiele odgaduję: / tak po polsku coś miarkuję”.

Bolące serce to jedyne serce, które się czuje – i tylko wtedy można doświadczać skrytej

w sercu ojczyzny. Kiedy nie boli – nie ma serca, nie ma ojczyzny. Ojczyzna boli.

2.

Piędź, wybór wierszy Ołeksija Czupy, ukraińskiego poety pochodzącego z donieckiej Makiejewki,

przełożony przez Janusza Radwańskiego i wydany w warszawskim Convivo,

zaczyna się od wiersza L. #16 Underground art-gallery – i utwór ten wydaje się na

pierwszy rzut oka możliwym do odczytania jako ironiczne odwrócenie sensu przywołanej

tuż powyżej sceny z Wesela. Czupa, igrając z motywem katabazy, sprowadza nas na

83


jedną ze stacji kijowskiego metra, każąc postrzegać to, co nas otacza, jako „galerię sztuki

nowoczesnej”. Czemu tak? Możliwości jest kilka. Pierwsza – że stacja metra, ten wciąż

jeszcze symbol wielkomiejskości, zamieniona zostaje (w zgodzie z pewnym światowym

trendem) na snobistyczną, hipsterską przestrzeń wystawienniczą. Możliwość druga – że

Czupa portretuje Kijów czasów Euromajdanu i wykorzystuje (nie bez podszytego goryczą

dystansu) dość mocno już utrwaloną w dyskursie literatury zaangażowanej topikę

rewolucji jako siły przeistaczającej tkankę miasta w swoiste dzieło sztuki. I tak dalej.

Jakkolwiek jest – poeta wyraźnie sugeruje, że to metro jako „galeria sztuki nowoczesnej”

jest mu obce, że postrzega je jako coś wymuszonego, nieszczerego, jako osobliwą instytucję

ufundowaną na pewnej zakłamującej nadorganizacji znaczeń. Tym mocniej wybrzmiewają

słowa kończące wiersz: „Na jednym z peronów / młody chłopak / rzucił się

na oparcie ławki / i siedzi z dłonią na piersi, / jakby miał zaśpiewać / hymn państwowy

/ a naprawdę – bardzo / boli go serce.”

Nos z dramatu Wyspiańskiego wydawał się po prostu pijany i chory na jakąś sercową

chorobę – a tak naprawdę pobudzał on alkoholem swoje serce do bólu, by je czuć i by

pobudzać też w sobie ostatnie resztki tego, co polskie. Bohater wiersza Czupy na odwrót

– postrzegany jest jako ktoś przymierzający się do patriotycznej manifestacji, podczas

gdy on jest zwyczajnie, dosłownie chory. I ta różnica wydaje mi się o tyle istotna, że wyostrza

pewien sens zamknięty w pierwszym wierszu z Piędzi – sens, moim zdaniem, paradygmatycznie

organizujący znaczenia całego tomu. Bo jeśli przyjmiemy, że bolące serce

bohatera utworu L. #16 Underground art-gallery w jakikolwiek sposób wiąże się z

ojczyzną (a przecież się wiąże – choćby przez mimowiedne skojarzenia obserwatora

dramy odgrywanej na ławce stacji kijowskiego metra), to dojdziemy do wniosku, że ojczyzny

w sercu wcale nie trzeba sztucznie pobudzać, indukować; wystarczy, że serce

zaboli, a ona, ojczyzna, już się pojawi. Nos chciał poczuć ojczyznę w sercu, więc zmuszał

serce do bólu – „młody chłopak” z wiersza Czupy może by się chciał tego fizycznego bólu

pozbyć, może chciałby nie czuć ojczyzny – ale coś go ustawia w sytuacji, w której dolegliwość

serca przypomina mu (ale także – a może przede wszystkim – tym, którzy go

84


obserwują), że im bardziej chcielibyśmy uwolnić się od tego, co ojczyźniane, tym pewniej

się to o swoje prawa upomni. I zaboli.

3.

Jeśli wspomniałem uprzednio, że pierwszy wiersz z Piędzi jest paradygmatyczny dla rozumienia

całości tomu, to trzeba to chyba wreszcie powiedzieć wprost – tak, Oleksij

Czupa dał polskiemu czytelnikowi wybór poezji komponujący się w manifest obsesyjnego,

neurotycznego patriotyzmu. I jest to patriotyzm odległy od dwóch najpowszechniejszych

może korpusów znaczeń i konkretnych realizacji, w jakich dzisiaj patriotyzm się

uobecnia – od czegoś, co nazwałbym w dużym uproszczeniu patriotyzmem kultycznym

(ojczyzna jako deifikowana wartość absolutna, jako obiekt apoteozy i bezwzględnej apologii,

przynależność do ojczyzny jako wyróżnienie, powód do dumy, patriotyzm jako doświadczenie

parareligijne), jak również od tego, co postrzegałbym jako patriotyzm krytyczny

(ojczyzna jako pewna forma realnej wspólnoty – niedoskonałej, ale na tyle

istotnej, że trzeba o nią dbać poprzez diagnozowanie jej niedowładów i praktyczne pielęgnowanie

cnót nie tyle narodowych, co społecznych i obywatelskich). Ale przecież projekt

poetycki Czupy nierównie bardziej odległy jest też od przeciwstawnych patriotyzmowi

(kontynuuję swą symplifikującą, dychotomiczną zabawę w klasyfikacje)

kosmopolityzmów – tak od tego konsumerycznego (ojczyzny są przeżytkiem, bo ich

granice stanowią barierę dla radykalnie zderegulowanego przepływu kapitału, usług,

towarów i siły roboczej w wymiarze globalnym), jak i od tego rewolucyjnego (najistotniejsze

problemy świata – seksizm, homofobia, fanatyzm religijny, neofaszyzm, akumulacja

kapitału, nieuspołecznienie środków produkcji, niesprawiedliwa redystrybucja

dóbr, dewastacja środowiska naturalnego, głód i wojny – mogą być efektywnie rozwiązane

tylko przez podjęcie radykalnych działań o zakroju internacjonalistycznym).

Czym zatem jest patriotyzm zaświadczony w Piędzi, skoro nie ma on charakteru ani kultycznego,

ani krytycznego, jednocześnie nie będąc zarzuceniem patriotymu w imię już to

konsumerycznych, już to rewolucyjnych racji kosmopolitycznych?

85


By dobrze uchwycić fenomen owego patriotyzmu, trzeba zrozumieć, kim jest autor tych

wierszy – właśnie autor, nie żaden mniej lub bardziej abstrakcyjny podmiot, bo wszystkie

utwory z tej książki (niezależnie do stopnia – nader różnego – retorycznej komplikacji

każdego z nich) mają bardzo wyrazistą biograficzną kontrasygnatę.

Sięgam więc do przybliżającego postać Ołeksija Czupy posłowia tłumacza Piędzi. Przemysłowa

Makiejewka to w zasadzie część Doniecka, oddalona od jego centrum o szesnaście

kilometrów. Czyli Donbas – w świetle prawa międzynarodowego: Ukraina, podług

pretensji części rosyjskich polityków: etniczna enklawa Rosji, w rzeczywistości: teren

sporny, ogarnięty nieoficjalną, widmową (choć przecież realnie krwawą i niszczycielską)

wojną, część separatystycznej, kontrolowanej przez Rosjan Donieckiej Republiki Ludowej.

Ziemia naznaczona dwuznacznością – mieszkając tu, żyje się niby na Ukrainie, ale

też tak jakby w Rosji. Dwuznaczność ta odciska się również w języku – Ukraińcy mówią

tu po rosyjsku, Rosjanie zapewne mogą dogadać się po ukraińsku, a bywa, że obie nacje

odnajdują się we wspólnocie lokalnego narzecza, rosyjsko-ukraińskiego surżyka. Również

dla Czupy – jako dla nastolatka dopiero – język ukraiński był świadomym, zapewne

niewolnym od dramatyzmu wyborem (podobnie zresztą jak sama w ogóle decyzja o

zajmowaniu się literaturą; przez pewien czas pracował wszak Czupa w zakładach chemicznych).

Dziwna to zatem ojczyzna – niepiękna przemysłowa zona, a jednocześnie przestrzeń

kompletnie nienadająca się na obiekt pracy mitotwórczej, sentymentalnej z ducha nostalgii

(za jaką rodzimością tęsknić, gdy pochodzi się z miejsca ostentacyjnie nierodzimego,

etnicznie niedefiniowalnego, gdy się własną językowo-narodową tożsamość musiało

wybierać?). A przecież nawet takiej dalece nieoczywistej ojczyzny Ołeksij Czupa

został pozbawiony – od 2014 roku, w którym rozpoczęła się wojenna zawierucha w

Donbasie, autorowi Piędzi przyszło dzielić los z ogromną rzeszą uchodźców.

86


Z przetłumaczonego przez Janusza Radwańskiego wyboru w zasadzie nie dowiemy się,

czym była dla Czupy ojczyzna wtedy, gdy jeszcze była ona jego w najbardziej oczywistym,

berefleksyjnym znaczeniu tego słowa – wtedy, gdy nie został on jej fizycznie pozbawiony.

Bo wspólnym mianownikiem wszystkich w zasadzie wierszy z Piędzi jest to,

że wyrastają one właśnie z doświadczenia uchodźctwa, rozumianego najprościej: jako

przesunięcie rzeczywistego bycia-w-ojczyźnie w przeszłość i poza dostępną przestrzeń;

ojczyzna uchodźcy jest nade wszystko tym, co było kiedyś i tym, gdzie się być nie może.

A zatem – może (wtedy, przed wygnaniem) była, może nie; teraz jednak jest. Właśnie

dlatego – że jej nie ma. Powraca tak jakby niechciana – jak niedający się zmyć osad, jak

uporczywie tkwiąca tuż pod skórą drzazga, jak niemożliwy do wywabienia, a nie do końca

może udany tatuaż; powraca jako żal za utratą, jako niechciany ból (również ból serca),

jako irytująca nieobecność, czasem chyba nawet jako wstyd (dający się, jak sądzę,

wyinterpretować z wielu wierszy tomu), że można było ją bardziej docenić wtedy, gdy

jeszcze była. I właśnia taka jej – ojczyzny – widmowa obecność konstytuuje projekt patriotyzmu

zawarty na stronach Piędzi. Patriotyzmu nie – kultycznego, nie – krytycznego,

ale – fantomowego. Dokładnie takiego, jak ból fantomowy – psychosomatyczna reakcja

organizmu, która każe mu odczuwać odciętą kończynę, wyrwany ząb.

4.

Ojczyzna jako fantomowość – jak ząb, który boli (mimo tego – a raczej: właśnie dlatego –

że go wyrwano), jak ręka, która boli (mimo tego – a raczej: właśnie dlatego – że ją odcięto).

Idee, abstrakcje, spekulacje i rozterki patriotyzmu zamienione – nie z własnej woli;

skutkiem wojennej przemocy, politycznej opresji – na konkret bólu. Tego fizycznego –

choć inscenizowanego w psychice, będącego skutkiem specyficznego przekłamania

nerwowych danych napływających do mózgu z tego, co odebrane.

Bo przecież tak rozumiany fantomowy patriotyzm – dokładnie jak ból fantomowy – jest

nerwową dysfunkcją. I jeśli pisałem wcześniej o patriotyzmie Czupy jako o czymś neura-

87


stenicznym i obsesyjnym, to przymiotników tych starałem się używać – choć oczywiście

z koniecznym i właściwym metaforze przybliżeniem – ściśle. A z najprostszych nawet

definicji obu tych zaburzeń psychicznych dowiemy się, że neurastenii towarzyszy nadpobudliwość

nerwowa prowadząca do szybkiego wyczerpania, rozkojarzenie i dekoncentracja,

jak również niedogodności sercowe (!); obsesja to z kolei niekontrolowane

natręctwo myśli, obrazów, zachowań. I wszystko to znajdziemy w Piędzi – rozjuszony

tok wiersza z nagła zawisającego w próżni, niedopowiedzeniu, znużeniu; gwałtowne

przeskoki półotwartych obrazów poetyckich o niebywałej intensywności. Nade wszystko

zaś – uporczywe powroty tego, co ojczyźniane. Bo fantomowy patriotyzm Czupy –

patriotyzm bólu wyrastającego z poczucia niekompletności – jest o tyle bardziej okrutny,

że wydaje się wiązać z powrotem tego, co wyparte. Jak już wspominałem – nie da się z

Piędzi wywnioskować, czym była dla autora ojczyzna wtedy, gdy jeszcze nie został on jej

pozbawiony; i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie było jej wcale, a przynajmniej, że

istniała ona w formie inercyjnej, bezrefleksyjnej (tak przynajmniej owo niegdysiejsze –

sprzed momentu uchodźczego zerwania – ojczyźniane jest w Piędzi aranżowane). Być

może więc była ona w sensie (znów: w pewnym przybliżeniu) psychoanalitycznym –

wyparta. Bo traumatyczna, bo czymś edypalnym zgoła naznaczona, bo taka, o której

nadmierne myślenie wiązałoby się z koniecznością gmerania w pewnym (jakim?) tabu –

to nieważne. A może raczej na odwrót – tak bardzo ważne, że moje spekulowanie na ten

temat musiałoby się wiązać z penetrowaniem rejonów, do penetrowania których to, co

mogę przeczytać w tomie Czupy, nie daje mi legitymacji. Ale wrażenie pozostaje – że to

wyparte ojczyźniane potrzebowało zerwania w postaci utraty, potrzebowało doświadczenia

fantomowego bólu po tej części tożsamości, która obsługuje patriotyczne afekty,

by powrócić. Z siłą – jak to zwykle w takich sytuacjach bywa – dewastującą.

W czasie spotkania autorskiego zorganizowanego przez Annę Matysiak, wydawczynię

Piędzi (spotkania odbywającego się – oczywiście – w trybie online), Ołeksij Czupa mówił

między innymi o tym, że jego poezja od momentu, w którym przypadł mu w udziele los

uchodźcy, stała się lekarstwem na obłęd. Podstawowy sens tego obłędu wydaje się jasny

– to skrajnie urazowe doświadczenie wykorzenienia, mroczna istota doświadczenia

uchodźctwa (w tym sensie można by powiedzieć – choć nie wiem, czy nie z nazbyt dużą

dozą okrucieństwa – że bycie uchodźcą oznacza obłęd również w znaczeniu zdumiewa-

88


jąco bliskim źródłowej etymologicznej ścisłości; że uchodźca to ktoś, kto skazany został

na bezcelowe błądzenie). I oczywiście Czupa swoim wyznaniem dopisuje się do wielkiej

tradycji tych wygnańców, migrantów, bezpaństwowców, dla których język poezji był

placebo ojczyzny. Ale wydaje mi się też, że wiersze z Piędzi to nie tylko remedium na

obłęd; to również zapis specyficznej pracy obłędu – tego, w jaki sposób wraca ojczyźniane

wyparte; to sadomasochistyczna nieledwie kontemplacja (językowo tak czasem pozornie

oschła, choć poznaczona wyrazistymi przebiegami gwałtownych emocji) tego

fantomowego bólu po zabranym miejscu, czasie, plemieniu.

5.

Tak zatem czytałbym Piędź potraktowaną jako pewna spójna, konsekwentnie zaprojektowana

całość – jak zapis specyficznej pracy obłędu: fantomowego patriotycznego bólu,

w którym to bólu powraca ojczyźniane wyparte. Oczywiście – jest to zapis skomplikowany,

wielopoziomowy, rozgrywający się w nader szerokim spektrum rejestrów afektywnych,

od ironii i goryczy, przez rewolucyjny, agitacyjny patos, aż po nieoczekiwanie

prostą czułość (zawsze wszakoż oddanych z niebywałą językową intensywnością); gdybym

jednak miał wskazać jedną nadrzędną dynamikę owej pracy obłędu, wskazałbym

na to, w jaki sposób wszystkie te treści nieświadome (wyparte ojczyźniane) nawiedzają

świadomość; jak ze stanu amorfii przechodzą w mniej lub bardziej konkretny obraz.

Wszak dysfunkcyjność aparatu psychicznego – powiada psychologia sięgająca swymi

korzeniami rewolucji freudowskiej – zaczyna się wtedy, gdy to, co winno pozostać zamknięte

w rezerwuarze das Es, zaczyna żyć pełnią własnego, pasożytniczego życia; to, co

do tej pory było niewyrażalne, staje się słowem, wyobrażeniem, figurą. U Czupy przenikanie

to odbywa się niejako dwustopniowo. Zrazu w przestrzeni tego, co świadome (i –

tym samym – rozpoznawalne) świta intuicja istnienia pewnego nierozpoznanego podglebia.

Stopień drugi to samo ukonkretnienie – zdominowanie zapisującej tożsamości

przez uwierające, materialne fetysze utraconej ojczyzny.

6.

89


Stopień pierwszy: wkracza nierozpoznane.

Na przykład – Donbas Resistance ’14. Już sam tytuł wiersza jednoznacznie daje nam do

zrozumienia, że będziemy mieć do czynienia z opowieścią o rodzinnym Donbasie w roku

2014, czyli z samego początku batalii o ukraińską integralność terytorialną. Trzy strofy

tego utworu przynoszą trzy obrazy wojny i jej traumatyzującego oddziaływania: od inicjalnej,

ogólnej perspektywy tego, w jaki sposób miasta Donbasu przechodzą w reżim

konfliktu zbrojnego, poprzez refleksję nad wojennym spustoszeniem w umysłach najmłodszych

zwłaszcza mieszkańców rejonu, aż po wizję samego Czupy przechodzącego

zbombardowanymi ulicami Makiejewki. Jest w tym wszystkim coś z Pokolenia Baczyńskiego

– zarówno na płaszczyźnie, powiedzmy, aksjologicznej (dramatyczne pytanie

o kondycję duchową tych, którzy przeżyją wojnę), aż wręcz po specyficzne obrazowanie

brutalnie utożsamiające porządek roślinnej wegetacji z dojrzewaniem wojny („kiedy na

pograniczu zebrano niespotykane / dotąd plony śmierci, / kiedy broń palna wyrasta

spod ziemi / razem ze zbożem i polnymi kwiatami”). Najważniejszy jednak wydaje mi

się wers otwierający każdą kolejną strofę: „Wszystko jak zawsze, tylko teraz” (po którym

to „teraz” następuje synktaktycznie konsekwentne wprowadzenie wspomnianych powyżej

obrazów wojny); wers znajdujący klamrowe dopełnienie w kończącym wiersz

pytaniu „czy wszystko jest, jak było?” (na marginesie: to w ogóle cecha charakterystyczna

wierszy z Piędzi; choć czasem na pozór wydają się ostentacyjnie zanurzone w żywiole

języka pospolitego, kolokwialnego, w istocie często są one głębinowo bardzo precyzyjnie

skonstruowane, zwłaszcza na poziomie specyficznego i dostrzegalnego dopiero przy

bardzo skrupulatnej lekturze rytmu całościowych kompozycji). Zabieg taki wprowadza

nie tylko rozziew temporalny (na to, co zawsze „było” i na to, co jest „teraz”), ale też intrygującą

dychotomię poznawczą: miejsca dotychczas doskonale znane, bezrefleksyjnie

przyjmowane za pewną bytową oczywistość, teraz rysują się jako nowe, obce, jako widziane

po raz pierwszy. Tak jakby dopiero zniszczenia wojenne doprowadziły do sytuacji,

w której postrzeganie się wyostrza, a percepcja staje się aktem wyjątkowo wzmożonej

świadomości. Wspomniane powyżej, finalne pytanie, które w pełnej formie brzmi

„czy moje miasto już zbombardowali, / czy wszystko jest, jak było?”, nie bez powodu

poprzedzone zostało deklaracją wyobcowania, wykluczenia z pewnej wspólnoty do-

90


świadczania miejsca: „nijak nie mogę zrozumieć”. Oto nadszedł moment – nadszedł wraz

z wojennym nicestwieniem – w którym widzi się tak jakby po raz pierwszy, w którym na

nowo trzeba budować topograficzne defnicje.

Na przykład – L. #6 Restauracja Fata Morgana. Tym razem – Warszawa, Krakowskie

Przedmieście, wietrzny poranek. Z okna „dziwnego budynku” (do końca nie dowiemy

się, co to za „budynek” i dlaczego jest „dziwny” – aż w końcu owa dziwność zacznie nas

uwierać, jako jedyna cecha definiująca to miejsce, zaiste, jak się za moment okaże, dziwne

w sensie możliwie najgłębszym: niemożliwe, przychodzące spoza pewnego porządku

rzeczywistości) powiewają dwie flagi, ukraińska i rosyjska. I od tego mocnego, dziwnego

obrazu – niedającego się wyrugować z pola widzenia i pamiętania, koncentrującego

uwagę patrzącego niczym słynne punctum z teorii fotografii Rolanda Barthesa, zaczyna

się wypełniający niemal cały utwór opis monotonnego ruchu (ruchu odmierzanego

owym wspomnianym powyżej, głębinowym i nieoczywistym rytmem poetyckich fraz

Ołeksija Czupy) tłumu mijającego obojętnie „dziwny budynek”. Aż wreszcie dochodzi do

momentu chyba nieuchronnego – doświadczane zobojętnienie podważa pewien ontologiczny

ład: „poranny tłum omijał ten budynek. / […] Omijał go tak uparcie, że ja / zacząłem

wątpić / czy on w ogóle istnieje, / czy w ogóle istnieję ja / i inni?”. Ale przecież to nie

koniec wiersza, spuentowanego przez powrót owej dziwności, którą – na mocy tego, co

psychologia nazywa siłą dowodu społecznego – próbowało się podać w wątpliwość: „I

tylko flagi, kiedy zawiał wiatr, / zaplątały się – bezsilnie i beznadziejnie”. Utwór zatem –

w ostatecznym rozrachunku – ufundowany jest na dialektyce dwóch niemożliwości

(dziwności), niemożliwego sąsiedztwa flag dwóch skonfliktowanych państw i niemożliwości

zdefiniowania samego siebie w konfrontacji z tą niemożliwością pierwszą (niemożliwością

– co jeszcze bardziej komplikuje cały układ – niemożliwie nieobecną w percepcji

tłumów pośpiesznie przemieszczających się Krakowskim Przedmieściem). A

przecież każda z tych rzeczy jest sama w sobie czymś niespecjalnie skomplikowanym –

to jasne, że w Warszawie jest taka a nie inna ulica, to jasne, że jest to ulica tłumna i ruchliwa,

to jasne wreszcie, że istnieją Rosja i Ukraina posiadające swoje flagi narodowe.

Dopiero połączenie tych elementów – w kontekście wypartej donbaskiej wojny i

uchodźczego losu Czupy – prowadzi do manifestacji ontologicznego zwątpienia, do za-

91


kwestionowania tożsamościowego statusu tego, którego terror nierozpoznawalnego

nawiedzającego znane zmusza do nowego samookreślenia.

Na przykład – L. #47. Wiersz o próbie ponownego zakorzenienia w – kolejno – miastach,

do których trzeba się przenosić, miłosnych relacjach z kobietami, przyjaźniach z mężczyznami,

wreszcie w cmentarzach, które są tu ukazane (w zgodzie z nienową przecież

tradycją) jako figura ostatecznego zadomowienia. Ale wszystko to tchnie atmosferą nie

tylko wiodącej do nudy banalności, lecz również specyficznej nieważkości, jakby było

czymś żałośnie namiastkowym, czym zamiast czegoś innego – prawdziwszego? bardziej

własnego? Czupa mnoży następne i jeszcze następne ogniwa wyliczeń, stara się możliwie

najbardziej ukonkretnić, oswoić nowe miejsca, związki, śmierci, ale efektem jest wyłącznie

znużenie, egzystencjalna niepotrzebność, coś jakby odlegle spokrewnionego z

mdłościami dławiącymi głównego bohatera słynnej powieści Jeana Paula Sartre’a. Ci,

którzy pomagają w przeprowadzce, próbują jednocześnie zagadać bohatera wiersza

„słowami / tak banalnymi, że zaraz zwymiotujesz”; na kobiety nie da się prawdziwie

otworzyć, odwzajemnić gestów oddania; od nowopoznanych mężczyzn nauczyć się

można wyłącznie „wszystkiego najgorszego”; i nawet żywi nawiedzający cmentarze, by

porozmawiać ze swymi nieobecnymi bliskimi, „takie bzdury mówią, że aż strach oblatuje

martwych.” Skąd ten cyniczny nieledwie dystans? Odpowiedź – jedną z możliwych –

przynosić może refreniczna eksklamacja „No i masz”, otwierająca każdy kolejny znaczeniowy

segment wiersza. Zaskoczenie. Nadejście nieoczekiwanego – i niepożądanego, bo

poza tym, co teraz stanowi treść życia, jest pustka pozostała po życiu innym, życiu

prawdziwie przynależnym i do którego się przynależy prawdziwie. Życiu zabranym z

wyroku skazującego na uchodźczą obcość, na bycie w ciągle nowym, którego wcale się

nie chce, którego doświadcza się w kategoriach krzywdy.

7.

Stopień drugi: nierozpoznane staje się własne, ale nawiedzane jest przez widma i fetysze.

92


Na przykład – L. #39 Magia voodoo. Paraboliczna – a równocześnie świadomie osadzona

w estetyce hiperboli – opowieść o fetyszu ziemi. Niedola uchodźcy zapisana jest tu w

obrazie utraconego amuletu, woreczka z ziemią z miejsca pochodzenia: „Jak każdy normalny

patriota / nosiłem na szyi woreczek / ziemi z rodzinnych stron. / Każdy patriota

nosi na szyi / amulet – ziemię rodzinnego miasta.” To początek wiersza, ekspozycja tyleż

skróconej do gry symbolicznymi skojarzeniami, co (również przez tę skrótowość i symboliczną

konturowość) intensywnej akcji dramatycznej. Dramatu akt drugi – „złodziej”

kradnie amulet, czego kumulacją jest najważniejsza w tekście (i jedna z kluczowych w

całej Piędzi, jeśli potraktować ją jako wierszowany traktat o losie uchodźcy) fraza, pytanie

ze środka wiersza: „«Kim teraz jestem bez mojego woreczka? / Jakiej krainy patriotą?»

– sam siebie pytam, / bo inni boją się mnie pytać. / Nikt nie lubi dyskutować z tymi,

którzy nie mają swojej ziemi.”. I wreszcie ponury – choć świadomie i ostentacyjnie posunięty

do granic groteski – finał; „złodziej” lepi z ukradzionej ziemi figurkę człowieka i

nakłuwa ją szpilką: „Przebije na wylot dłoń – leżą w gruzach osiedla, / przedziurawi łydkę

– w powietrze wylatują mosty, / dotknie ostrym końcem szpilki brzucha – zamienia w

ruiny / dworce i lotniska.”. Tu już nie ma – jak w trzech wierszach uprzednio przywołanych

– tożsamościowej niepewności, atakującej wtedy, gdy wojna i wygnanie zmuszają

do wytyczania na nowo granic samego siebie, budowania nowej sieci relacji, przymusu

ponownego definiowania w zasadzie wszystkiego. Jest proste, na odlew rozróżnienie:

albo masz swoją ziemię (oczywiście, owo posiadanie ziemi rozgrywają tu Czupa/Radwański

we frazeologicznej dwuznaczności: mieć ziemię to albo odczuwać związek

z miejscem pochodzenia, albo – dosłownie, jak w wierszu – nosić odrobinę ziemi ze

sobą), albo jej nie masz, co przekłada się na rozbicie najbardziej fundamentalne: albo

jesteś, albo nie.

Na przykład – L. #25. Być może najbardziej wstrząsające w całym tomie opisanie

uchodźczego losu – scedowane na inwokowaną adresatkę, ubezpieczone przez odbicie w

lustrze gramatycznej drugiej osoby, ale przecież z pewnością odnoszące się też do samego

Czupy. Zapis zstępowania w ubywanie – im bardziej oddalamy się (ona – nienazwana

bohaterka wiersza – się oddala) w czasie i przestrzeni od tego, co własne, tym bardziej

definiujemy się przez to, czego nam brakuje („Rzeczy – zużyły się / gadżety – zdechły /

93


kot – umarł, / przyjaciele – przestali być przyjaciółmi, / książki – rozdane albo pogubione

/ podczas kilku przeprowadzek. / Pamięć – i ona padła”). Wreszcie – na ostatnim

stopniu owego ubywania – pozostaje tylko to, co własne w sposób tak elementarny, że

jednocześnie nieprzekraczalny, po utracie czego kończy się istnienie z wszystkimi jego

(także ojczyźnianymi) definicjami i przypisaniami. Czyli ciało – trochę przypominające

tu słynne „nagie życie” Hanny Arendt i Giorgia Agambena: czysty bios, egzystujący w

stanie radykalnej anomii, wykorzeniony ze swojego miejsca (znaczonego wszystkimi

tymi rzeczami i ludźmi, których w wierszu coraz bardziej nie ma), a jednocześnie nieprzynależny

do żadnej ze wspólnotowych struktur, w których przychodzi mu teraz żyć.

A zatem – znów coś materialnego, podobnie jak „ziemia” z wiersza poprzednio przywołanego.

I podobnie też jak tam – coś będącego obiektem swoistego kultu, nieledwie fetyszyzmu:

L. #25 kończy się ekstatyczną kontemplacją własnego ciała, na którym bolesne

kolizje jednostkowej egzystencji z historią i polityką zostawiły swoje znaki, pismo tatuaży

i blizn. Liturgia tego kultu obliczona jest na zdekodowanie owego sekretnego języka:

u podstaw celebry tkwi wiara, że gdzieś w głębi ciała kryje się jednak jakaś dusza, która

kiedyś będzie w stanie żyć na nowo.

8.

Wydawać by się mogło – w świetle tego, co napisałem powyżej – że dominującą tonacją

Piędzi – jest rozpacz. Czupa nie ma złudzeń, że ojczyzny – tymczasem przynajmniej –

nikt i nic mu nie wróci; a jeśli nawet, to wcale nie ma pewności, że tak intensywne doświadczenie

uchodźczego wykorzenienia da się zaleczyć, że będzie się można ukorzenić

we wróconej ojczyźnie na nowo. A z drugiej strony – nie można też zaleczyć fantomowego

bólu po utraconym, pozostaje autoterapia obłędu nawracających widm tego, co ojczyste.

Ale przecież są w tomie Ołeksija Czupy momenty stężonej jasności, ofensywnej nadziei.

Powracają zwłaszcza w pełnych niezwykłej siły frazach przesyconych

rewolucyjnym gniewem, w manifestach zupełnie innego patriotyzmu niż dominujący w

całości tomu, żałobny patriotyzm fantomowy – w wierszach nadających się na transparenty,

w strofach brzmiących tak, jakby były skandowane z barykady. I jeśli nawet jest to

gniew wyłącznie reparacyjny, zawisający dziś w próżni – byłoby czymś skrajnie nie-

94


etycznym tak go traktować. Jedyne, co na koniec pozostaje – to cytować Czupę, za Czupą

powtarzać: „Czterdziestoletni wystraszeni prawnicy widzą we śnie swoje matki, / które

proszą, by dokładnie im wytłumaczyć, / jak w domowych warunkach robi się koktajle

Mołotowa / i obudziwszy się ze strachu, rozumieją, / że najstraszniejsze na tym świecie

są czułe dłonie starych kobiet, / które rozrabiają benzynę z acetonem w proporcjach

pięćdziesiąt na pięćdziesiąt / w butelkach po piwie.”

95


rozmowy

na stronie


KANIKUŁY I KOCIOŁKI

Rozmowa Kamila Galusa z Patrykiem Kosendą

Cześć, Patryku! W imieniu redakcji już teraz gratuluję kolejnej publikacji, drugiej

książki pt. „Największy na świecie drewniany coaster” (przyp.red. dalej „Coaster”),

który mamy przyjemność jako Czynna objąć matronatem i przy okazji której mamy

pretekst do tego wywiadu i promocji.

Cześć! Przede wszystkim na wstępie dziękuję za zaproszenie i za to, że chce wam się ze

mną pogadać. No i dzięki za matronat nad książką.

Spoko! Zanim przejedziemy do twojego najnowszego dzieła chciałbym zacząć od

sprawy, która nie daje mi spokoju od samego początku, czyli od twojego debiutu

„Robodramy w zieleniakach”. Robert Rybicki w blurbie do Twojego debiutu wręcz

wykrzyczał, że „Robodramy…” to najweselsza książka poetycka ostatniego dziesięciolecia,

a do tego brawurowa, z czym trudno się nie zgodzić, ale czy naprawdę

najweselsza? Przygotowując się do tej rozmowy, odpaliłem sobie wywiad, którego

udzieliłeś Kubie Pszoniakowi i Olkowi Trojanowskiemu dla Wizji. Tam, z czym się

zgadzam po lekturze twojej pierwszej książki, mówisz o tym, że to raczej poezja

katastroficzna, a śmiech/humor jest eskapizmem i metodą na radzenie sobie z

lękami i depresją, więc wracając – czy blurb Ryby miał być fałszywym tropem?

Zgrywą? Ktoś kto przeczytałby twoje wiersze pobieżnie rzeczywiście mógłby zauważyć

tylko te humorystyczne zapędy. To było celowe? Jak w ogóle postrzegasz

swój debiut z perspektywy czasu? Wydaje się, że w „środowisku” został przyjęty

bardzo ciepło.

Chciałem mieć blurba od Ryby, tak samo jak od Andrzeja Szpindlera, bo bardzo lubię ich

poezję, ich działania, ich osobowości artystyczne, więc absolutnie nie ingerowałem w to,

co w tych blurbach się finalnie znalazło. To jak Ryba odczytał tę książkę było czysto jego

autorskim odczytaniem z którym nie polemizowałem, bo nie widzę sensu by z tym polemizować.

Jasne, mówiłem w różnych wywiadach, czy na spotkaniach, że „Robodramy…”

były dla mnie swojego rodzaju eskapizmem i na pewno jest w tym tomie sporo

lęków. Natomiast cały czas zależało mi żeby jednocześnie była to książka wesoła, pełna

97


wykrzywionego humoru, groteski i czegoś na styku horroru z komedią. To jest raczej

taki, kurwa, komediodramat niż czysta beka. Stwierdzenie, że kogoś moja książka rozbawiła

również sprawia mi oczywiście dużo przyjemności mimo, że nie było to moim

głównym celem… ale rozumiem taki sposób odczytywania tej książki i cieszę się z niego.

Rozumiem. Nie chcę skupiać się na „Robodramach…”, bo spotykamy się przy okazji

premiery drugiej książki, do której za chwilę przejdziemy, ale układ wierszy

zarówno w pierwszej jak i drugiej książce wydaje się kluczowy. To raczej opowieść,

a nie zbiór wierszy.

Przy „Robodramach…” bardzo pomógł mi redaktor tomu (przyp. red. Miłosz Biedrzycki).

Przy „Coasterze” wyszedłem z większą inicjatywą i poukładałem wiersze bardziej po

swojemu, ale Miłosz pomógł mi oczywiście z modyfikacją i zmianami w samych tekstach.

Mam wrażenie, że „Coaster” to „Robodramy...” tylko bardziej i gęściej. Cytując

fragment wiersza „Chary cacy” – „Krowa, która dużo ryczy, szlachetnej charki nie

posiorbie!” – boomerzy pewnie dokładnie tak do tej książki podejdą, choć mam

nadzieję, że tak nie będzie i wiesz, załapią tę zajawkę. Na ile interesuje Cię czytelność

Twojej poezji? Ta mityczna uniwersalność wiersza?

Powiem szczerze, że chciałem żeby „Coaster” nawiązywał do „Robodramów...” i sam też

był pisany z rozpędu po debiucie mimo że powoli wchodziłem już w nowe klimaty i pomysły.

W zamyśle „Coaster” miał być książką bardziej czytelną i między innymi z tego

względu zmieniła się forma. Jest więcej rymów, rytmu, jest chyba też bardziej obrazkowo,

ale z drugiej strony jest więcej konkretów, by było się czego mocniej chwycić. Jednocześnie

nie odchodzę od dziwności, wykręcenia i surrealistycznych wizji, ponieważ jest

to coś co mnie w sztuce kręci. Moim zdaniem odbiór „Robodramów…” był fajny i pojawiło

się kilka głosów oraz recenzji za które jestem wdzięczny. W przypadku drugiej książki

liczę się z tym, a trochę już siedzę w tym środowisku (przyp. red. literackim), że będą

osoby, które przeczytają z przyjemnością, bez przyjemności lub nie przeczytają wcale.

Jak wydawałem debiut, to było to wielkim wydarzeniem. Wiesz, wydać książkę. No i w

ogóle „debiucik”. A tutaj, jasne, świetna kolejna przygoda, ale bez większych oczekiwań,

bez nakręcania się jak książka zostanie odebrana. Stary, mam po prostu nadzieję, że

98


książka spodoba się osobom, których twórczość, czy to artystyczną czy krytyczną cenię.

Wiesz, druga książka, nowe wydawnictwo (przyp. red. Kontent), bo wcześniej

ha!art, 4 fanów na lubimyczytac.pl, wydaje się jakby sodówka była blisko, hehe.

Gdzie widzisz się za pięć lat? A już tak zupełnie poważnie, to zastanawia mnie, ile

miejsca w twoim życiu zajmuje samo pisanie, pomijając że zawodowo również

zajmujesz się literaturą. Po debiucie często się to zmienia.

Z debiutem jest tak, że do samego wydania myślisz: co się właściwie wydarzy? Może moje

życie się jakoś zmieni? Ale dlaczego miałoby? Skala tego „wow” jest niewyobrażalnie

mniejsza do tego co sobie człowiek roił przed wydaniem.

No tak. Okazuje się, że pojawia się kilka recenzji, są pozytywne lub negatywne albo

nie ma ich wcale. Często też po dwóch, trzech miesiącach od pojawienia się

książki nikt o tej książce nie rozmawia. W twoim przypadku było i jest odwrotnie.

O „Robodramach…” mówi się do dziś, a książka w środowisku literackim została

bardzo ciepło przyjęta. Ukuto nawet termin „kosendyzm”, który odnosi się do

używania charakterystycznych dla ciebie rekwizytów. Możesz mówić o niemałym

sukcesie.

Każdy już sam oceni, czy odbija mi sodówka, czy nie…

Z tą sodówką żartowałem!

Wiem, wiem. Spoko! Niech każdy oceni z czym to się je i po prostu mierzy zamiary i

oczekiwania na siły przerobowe naszej bańki. Pracuję w Instytucie Literatury przy promocji

poezji i wiem, że tych czytelników jest po prostu o wiele mniej niż w przypadku

prozy. Pisząc książkę poetycką biorę tych kilka recenzji z pocałowaniem ręki. Podchodzę

do tego trochę bardziej beznamiętnie, bo wiem czego mogę się spodziewać.

Trochę słychać tę beznamiętność…

99


Każdy fajny głos i zwiększona recepcja będzie mnie bardzo cieszyć, ale nie mam żadnych

wygórowanych oczekiwań. Po prostu.

Cały czas wspominam o twoim debiucie, bo odnoszę wrażenie, że trochę chciałbyś

aby „Coaster” był twoim drugim debiutem, by znowu poczuć tę podjarę. Nie bez

powodu wspomniałem o blurbach, bo okazuje się, że mimo iż sam już nie debiutujesz,

to do napisania blurbów do drugiej książki zaprosiłeś pre-debiutantów. Kiedy

dwa dni temu powiedziałeś mi, że Zuza Strehl i Julek Rosiński napiszą Ci blurby,

to mnie trochę zatkało. Świetny pomysł! Teoretycznie blurb to zachęta do

przeczytania książki podpisana przez osobę, z której gustem liczy się potencjalny

czytelnik. Znawca tematu, uznany piszący, krytyk, celebryta itd.

Przede wszystkim jestem bardzo wdzięczny Zuzie i Julkowi za podjęcie tematu. Wiesz,

stary, jak pisał wielki poeta Jacek „Wahadło” Podsiadło mówię językiem, który do młodych

przemawia, a przynajmniej Jacek i ja tak sobie, kurwa, roimy, że mówimy takim

językiem. Mieliłem sobie to zdanie i zastanawiałem się, czy faktycznie to przemówi do

młodych, a nie np. tylko do moich równolatków i osób trochę starszych. Nie wchodząc

w żadne wykluczenia językowe, jeśli ktoś ma jakieś swoje upodobania i ulubione dykcje,

to na pewno mniej chętnie zareaguje na takie stonerowe wtręty. Mimo wszystko, ze

świadomością istnienia festiwali na które w roli młodych poetów zaprasza się czterdziestolatków,

mam nadzieję, że trafię do osób młodszych ode mnie. Mam dwadzieścia

osiem lat, a bywa, że osoby świetnie piszące są ode mnie o dekadę młodsze. Jestem ciekawy,

czy moje pisanie im się spodoba. Chciałbym.

Czy nie jest tak, że najnowsza poezja wcale nie tworzy języka którym się posługuje,

ale od języka podłapuje, nadgania, często po kilku latach, to co gdzieś w tym

języku zostało już utarte? Ostatnio poezja raczej nie tworzy trendów językowych

tylko wolno adaptuje je z zewnątrz. Chociaż u ciebie jest trochę inaczej, bo widać,

że jesteś millenialsem, ale nie w znaczeniu pejoratywnym, bo dobrze to ogrywasz.

Wydaje mi się, że totalnie tak jest i może to wynikać z faktu niszowości poezji, która poprzez

małe zasięgi nie jest w stanie wytyczać ścieżek, czy kreować klisz i trendów. Z tego

względu łatwiej jest czerpać i odnosić się do zastanych nawiązań. Z drugiej strony czy-

100


telnicy poezji szukają takich rozwiązań i lubią takie pisanie. Tak jak mówił Jakub Kornhauser

na Stacji Literatura - mówimy o nowych językach i awangardach, a 95% poezji

jest pisana w bardzo podobny sposób. Na podstawie starodawnych klisz, czy wiesz, Herberta,

Szymborskiej. Ciężko wyznaczać w takim klimacie trendy. Prędzej ktoś weźmie

moje książki do ręki i powie, że to jest bełkot, jakieś młodoliterackie gówno.

Dlatego mam wrażenie, że po to zacząłeś używać rymów, często częstochowskich,

by wytrącić czytelnika z równowagi.

Tak, celowo wszedłem w te rymy i klisze. Już jakiś czas temu ludzie nazywali swoje peje

takimi kliszami jak np. „Andrzej rysuje”, czy coś w tym stylu. Swój dla beki nazwałem

„Kosenda nie rymuje”, ale przełomem była dla mnie książka Adama Leszkiewicza „Apokalipsa

psa”, której autor, w którymś z wywiadów stwierdza, że czasami użycie takiego

częstochowskiego rymu może być jakimś aktem twórczej odwagi. Prosty rym, dobrze

użyty, potrafi rozładować sytuację liryczną, choć na pewno ktoś mógłby cię posądzić o

jakąś nieumiejętność. Przy okazji (przyp.red. rymy) dodają wierszom piosenkowości. W

końcu do tego służą rymy. Nie zawsze chcesz napisać kunsztowny wiersz. Gdzieniegdzie

warto sobie popłynąć. Choćby ze względu na rytm. Uwierzyłem w przydatność rymu.

Zgadzam się, że rymy czy konkretne frazy mogą być aktem twórczej odwagi. Kilkukrotnie

robiła to również w fantastyczny sposób np. Ilona Witkowska. Ale wracając,

pierwszym wierszem komunikujesz czytelnikowi, że to już się kameruje. Od

razu rymy. Od razu bomba. Próbowałeś ten wiersz nawinąć?

Tak, stary. Jak to pisałem, to sobie nawijałem. Nagram to z Michałem Mytnikiem. Zrobimy

sobie pioseneczkę.

Czekamy. Dawaj te rymy na bicie. Jest nas w środowisku literackim niewielu, więc

nie musimy być tacy, kurwa, zawsze poważni z tą poezją. To może zagrać.

Dokładnie. Oczywiście taka natrętna praca nad tekstem też jest bardzo ważna, żeby nie

oddać do druku nieoszlifowanego materiału. To oznaka szacunku do czytelnika i siebie

jako autora. Natomiast przy drugiej książce nie było to u mnie takie obsesyjne. Dałem

101


sobie więcej luzu i tam gdzie nie było to potrzebne nie zastanawiałem się czy jedno słowo

zmieni odbiór całego wiersza, bo czasami działa to na przestrzeni tekstu, a czasami

nie. Starałem się w tym nie zapętlać. Bez przesady.

Czasami odnoszę wrażenie, że większość czytelników wnikliwie czyta tylko siebie,

a resztę całkiem pobieżnie. Nie ukrywajmy, większość czytelników poezji, to ludzie

ją po prostu piszący.

Też przewinęła mi się kiedyś taka sugestia przez głowę, bo jeżeli chodzi o wiersze z „Coastera”,

to chyba wszystkie były już publikowane w przeróżnych miejscach w sieci i nie

tylko. Ktoś mógłby powiedzieć, że w takim razie całą książkę można już przeczytać w

sieci. Już to czytałem. Bez sensu. Ale moim zdaniem to tak nie działa. Jeśli ktoś czytał

pojedynczy tekst, gdzieś tam, w jakimś magazynie, to nie zawsze jest tak, że przeczytał

go super dokładnie. Myślę, że wszystkie teksty zebrane w książkę mogą fajnie zagrać.

Mam wrażenie, że często, jako autorzy, przeceniamy wnikliwość swoich odbiorców, a

sami też nie zawsze jesteśmy pilnymi czytelnikami.

Mam nadzieję, że „Coaster” nie będzie czytany pobieżnie, a ludzie mimo przeciwności

losu, braku czasu , czy innych uwielbianych przez Jacka Dehnela wymówek

przysiądą i pozytywnie zareagują na twoją najnowszą książkę.

Nie w takich okolicznościach czytano. Już nie będę mówił jakich, ale oczywiście występuje

taki splot okoliczności, że ktoś spojrzy i odłoży, nie skupi się na tekście. Wiesz, obaj

robimy czasopisma i zamieszczamy wiele wartościowych treści. Ciężko oczekiwać od

czytelnika żeby skupił się w taki sam sposób na każdej z nich.

Odchodząc od tematu czytania pobieżnie, czy niepobieżnie. Dalej czujesz się nowofazowcem?

Termin ukuto już jakiś czas temu (przyp. red. przez Roberta Rybickiego)

i mam wrażenie, że osoby najbliżej związane z tym określeniem po prostu

przestały go używać.

Trochę ucichło, to prawda. Może dlatego, że każdy z nas poszedł w bardzo różne artystyczne

strony. Wcześniej pisaliśmy kolaba, co też jest pomysłem starym jak świat, z Fi-

102


lipem Matwiejczukiem, Przemkiem Suchaneckim, Pawłem Harlenderem i wieloma innymi

osobami, ale to była raczej grupa sytuacyjna. Parę kolegów i koleżanek. Kilkoro z

nas w jednym momencie debiutowało i chcieliśmy mocno zaznaczyć swoją obecność.

Dalej kminimy, ale na różne sposoby. Nikt raczej nie czuje potrzeby utrzymywania przy

życiu sztucznej terminologii. Traktuję to jako fajną przygodę. Może jeszcze kiedyś razem

popiszemy, ale raczej trudno budować na tym jakąś większą tożsamość. Wydaje się, że

Nową Fazą uczciliśmy powstanie Stonera i nasze debiuty.

Co myślisz o dyskusji wokół nowych języków poetyckich? Każdy ma własne zdanie

na ten temat, ale osobiście uważam tę dyskusję za nieco czczą, choć jeśli już to

najbliżej mi do głosu Dawida Kujawy.

Nie wiem, stary. W ogóle nie przekonuje mnie ten temat. Nie uważam tego za interesujące

i tak jak mówisz, to raczej czcza gadanina. Temat jest tak słabo umocowany, że można

w tej dyskusji powiedzieć właściwie wszystko. Każdy rozumie nowe języki na własny

sposób i posiada inny aparat pojęciowy. Obojętnie przechodzę obok tej dyskusji.

Nie trzeba być zbytnio spostrzegawczym by zauważyć, że popkultura jest w twoich

wierszach bardzo istotna. Ogrywasz praktycznie wszystko, od muzyki do filmu,

który to zdaje się być dla ciebie najważniejszym z mass mediów. Prowadzisz przeróżne

fanpeje jak choćby Cholibka (kiedyś mocno inspirowana HP, choć ostatnio

jakby mniej co jakoś potwierdza częściowa zmiana nazwy), czy Kino Kiszone gdzie

postujesz cytaty, polecasz, śmiejesz się, wzruszasz, kpisz i kiśniesz. Do tego jesteś

jednym z redaktorów Stonera Polskiego, któremu od samego powstania towarzyszy

atmosfera spod znaku uśmiechniętego od ucha do ucha Jamesa Franco i Setha

Rogena. Ten flirt, w zamiarze, chciałbyś przekuć w pracę przy filmie – cokolwiek

miałoby to znaczyć?

Jeśli chodzi o czerpanie z popkultury to staram się przemielić duże ilości tego co odbieram.

Dawniej moim największym hobby było oglądanie filmów, więc spełnieniem marzeń

byłaby jakaś ekranizacja, czy krótka i luźna adaptacja mojej książki. Ciężko o to w

przypadku poezji, ale w sumie dlaczego nie. Na pewno byłoby łatwiej w przypadku prozy.

Bardzo mnie kręci jak w czasopismach ktoś ilustruje moje wiersze, bo to oznacza że

103


przeczytanie mojego tekstu zainspirowało kogoś do stworzenia kolejnego dzieła.

Potrzebujesz czasami przerwy od poezji?

Tak, ostatnio zajawiłem się znowu na punkcie piłki nożnej. Bardzo dużo oglądam. Odpoczywam.

Ostatnio obejrzałem o wiele mniej filmów niż meczów piłkarskich. Kiedy pracujesz

w literaturze, piszesz na boku i działasz na styku kultury, czasami musisz dać

swojej głowie odpocząć. Także tak, piłka nożna. Szczególnie w dobrym towarzystwie. Z

tego miejsca serdecznie pozdrawiam Pietralę.

W takim razie odpocznijmy od poezji. Jeśli miałbyś wybrać kompana wyprawy –

Waldek Złotopolski czy Ron Weasley?

Byłby to Ron Weasley. Absolutnie. Nigdy nie byłem fanbojem „Złotopolskich”. Może widziałem

kilkanaście odcinków i to jako dorosły chłop. Szanuję jako dzieło i po czasie zrozumiałem

jego fenomen, ale to nie jest moja nostalgia.

Ok. Literatura czy film?

Film, ponieważ jest bardziej przyswajalny i bardziej uniwersalny niż język literatury.

Łatwiej coś obejrzeć niż przeczytać. Moglibyśmy tutaj wejść w dyskusję o możliwościach

czytelniczych i tak dalej, ale uważam film za atrakcyjniejszą formę.

„Robodramy...” czy „Coaster”?

„Coaster”, bo muszę promować książkę, lol. Mam nadzieję, że napisałem dobry tom, choć

trochę stresuję się recepcją. Napisałem ją niecały rok temu i jestem już poza tą książką.

Bardziej emocjonalnie wrócę do niej kiedy będę miał papier. Tutaj przyznam się, że miałem

też taki okres, że chłodno myślałem o swoim debiucie, ale trochę poleżały te „Robodramy”,

ostatnio do nich wróciłem i stwierdziłem, że jednak lubię tę książkę.

Pozwolę sobie wtrącić, że chłodne podejście do debiutu ma chyba każdy twórca,

a przynajmniej z perspektywy czasu.

104


Tak, choć o „Robodramach…” serio myślę już cieplej. Pewnie teraz napisałbym ją „lepiej”,

ale na przestrzeni całego życia zmieniają się upodobania np. estetyczne. W tamtym czasie

tak chciałem by ta książka wyglądała i jest to dla mnie już zamknięta kmina. Stąd

druga książka, kiedyś może trzecia. Byle nie pisać w kółko tej samej książki, byle nie pisać

w kółko tego samego gówna.

Psychodeliczna prostota czy żywiczność jazdy?

Stawiam na równi. Nawet jeśli twoja sztuka jest odjechana i na krawędzi, to nie znaczy,

że nie może być też np. kunsztowna, przemyślana, czy głęboka. Psychodeliczna prostota,

tak jak mówiłem, warto sobie czasami odpuścić by nie przekombinować i nie udziwniać

na

siłę.

Dziękuję za rozmowę. Ostatnie słowa należą do ciebie.

Pozdrawiam wszystkich czytelników Strony Czynnej! Mam nadzieję, że dobrze wam się

wiedzie, a lektura „Coastera” dostarczy sporo przyjemności, rozrywki i przemyśleń. Jak

słusznie zauważył Krzysztof Szeremeta, „Coaster” oznacza również podstawkę do piwa,

więc jeśli chcecie stawiać na tej książce browary, to absolutnie nie mam nic przeciwko

temu.

105


strona

wolna


Piotr Burzyński

Absolwent Liceum Plastycznego w Jarosławiu i Wydziału Artystycznego Uniwersytetu

Rzeszowskiego na specjalizacji grafika/linoryt. Inspiracji szuka w „Śnieniu”

Gaimana, w szerokich horyzontach J.H. Williamsa III, w kolorowych włosach Maligny,

w ścianie dźwięku Jóhannssona i w tej posępnej ciszy na księżycu LV-426.

107


108


Dawid Czajkowski

Ur. 02.02.1985 r. w Szczecinie. Projektant graficzny, plakacista. Absolwent Akademii

Sztuki w Szczecinie. Organizator artystyczny i kulturalny. Uczestniczył w ponad

70 międzynarodowych wystawach. m.in. w USA, Meksyku, Rosji, Ekwadorze oraz

Chinach. W latach 2018-2019 asystował w Pracowni Projektowania Kampani Społecznych

Akademii Sztuki w Szczecinie u dr. Adama Klasy. W twórczości kieruje się

zadawaniem pytań i dążeniem do jego źródła a nie szukaniem odpowiedzi na nie.

Posługuje się syntezą lub symbiozą, tworząc nową jakość w kontekście współistnienia

elementów formy. Od początku funkcjonowania Akademii Sztuki w Szczecinie

wspiera obszary kulturotwórcze, organizuje wydarzenia i eventy.

109


110


111


112


113


114


115


Miłosz jest piękny

Rysownik (https://www.facebook.com/miloszjestpiekny/). Mieszka w Warszawie.

Sztuczne Fiołki

Sztuczno-historyczny postmemiczny magazyn komiczno-tragiczny.

116


117


118


119


120


121


122


123


124


Nina Kodżak

Pisze poezję. Enjoy.

125


***

świstaki zawijają sreberka potem palimy korki z uśmiechu za 40 pln

buka to mój fetysz a potem jodłowanie z głodu

zimny koc

tylko monstera deliciosa słucha zapomniałem podlać

dziury w liściu nie ma mięśni

krzyż nad drzwiami nadal milczy

piję jagtini z laktatora

zmień żarówkę

wywaliło korki mleko skwaśniało

zawsze pęknie

enjoy

126


Nikodem Lazurek

Urodzony w 1999 r. Niepomielone mięso odpowiedzialne za prezentowanie kolażu

cyfrowego w internecie. Wyhodowany i osiadły w kujawsko-pomorskim. Oczekuje

poklasku i klepania po plecach. Głównie konsumuje. Publikował dziwactwa w „Stonerze

Polskim”, „Stronie Czynnej”, „Małym Formacie”, „Drobiazgach” oraz „Rzyradorze”.

127


128


129


130


131


132


Matylda Maria Rabiega

Urodzona w 2001 r. w Gdańsku. Zajmuje się fotografią, malarstwem i rysunkiem.

W 2019 r. brała udział w wystawie fotograficznej debiutantów „12x1” (Gdańsk).

W 2021 r. ukończyła Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni Orłowie, uzyskując

tytuł zawodowy plastyka fotografa.

133


134


135


Julia Żmuda

Absolwentka szczecińskiego Liceum Plastycznego, zakochana w polskiej sztuce plakatu

i ogólnoświatowej ilustracji. Lubi zmiany i różnorodność, nie lubi skrajności.

Wyznaje i wierzy w wolność słowa, więc tak długo jak nie zabiorą jej głosu, będzie

mówić. Na każdy temat. Bo dlaczego nie.

136


137


138


139


czynna.com

Hooray! Your file is uploaded and ready to be published.

Saved successfully!

Ooh no, something went wrong!