Nagroda Rektora – instrukcja obsługi - Puls UM

pulsum.pl

Nagroda Rektora – instrukcja obsługi - Puls UM

cover


cover


WSTĘPNIAK

Drodzy Czytelnicy!

Miło mi przekazać do

Waszych rąk ostatni w tym

roku numer „Pulsu”. Długo

zastanawialiśmy się, co będzie

tematem numeru, bo

chcieliśmy, aby był podsumowaniem

tego roku akademickiego.

A cóż lepiej opisuje

minione miesiące niż

próby pokonania ulicznych

korków, roboty drogowe i podróż autobusami,

które codziennie mają inny rozkład jazdy? Nawet

jeśli wydaje się Wam, że ten temat został

wyczerpany i nic więcej dodać nie można, przeczytajcie,

co przygotowały autorki tekstu – być

może znajdziecie tam rady, które pomogą przetrwać

ostatnie tygodnie w mieście.

Mam również nadzieję, że spodoba się Wam

nasz nowy dział, tworzony we współpracy z lektorami

Studium Języków Obcych, dzięki któremu

języki obce staną się trochę mniej obce.

Oprócz tego, znajdziecie w numerze również

sporą dawkę rozrywki: teksty o muzyce

czy filmie. Potraktujcie to jako miły przerywnik

w zakuwaniu do egzaminów.

Na koniec życzę Wam udanych wakacji i do

zobaczenia w przyszłym roku akademickim :)

Katarzyna Paczkowska

Spis treści

Mikroskop....................................................................4

MOSTUM...............................................................6

Wariograf – Andrzej Mackiewicz.................................7

Temat Numeru – Człowieku, nie irytuj się!.................8

Nagroda Rektora- instrukcja obsługi.........................11

Jak poznać samego siebie...........................................13

Z dwojga złego...........................................................14

Imprezożercy.................................................16

Ona & On...................................................................18

Ostatnie słowo............................................................20

Z kociołka młodych zielarek....................................21

Pod lupą- kardiochirurgia..........................................23

Dawna opowieść........................................................26

Pamiętnik lekarza stażysty..........................................28

Co łączy Clinta Eastwooda i twórcę potęgi FBI?.............29

Słuchawki, czyli stetoskop.........................................31

Wywiad- Czas zmian..................................................32

English twist...............................................................33

PZWL................................................................35

Myslovitz..................................................................36

Pogotowie muzyczne.................................................37

Kino Muza.................................................................38

Kącik Filmowy..........................................................39

Jolka..........................................................................40

Nagrodzeni............................................................41

Humor.......................................................................42

Redaktor Naczelna: Katarzyna Paczkowska (k.paczkowska@pulsum.pl)

Z-ca Redaktor Naczelnej: Anna Zajączkowska (a.zajaczkowska@pulsum.pl)

Sekretarz: Anna Płóciennik (a.plociennik@pulsum.pl)

Redaktor Techniczny: Łukasz Stępniak (l.stepniak@pulsum.pl)

Skarbnik: Anika Mielewczyk (a.mielewczyk@pulsum.pl)

Grafik: Agnieszka Brychcy (a.brychcy@pulsum.pl)

Fotograf: Joanna Pluto-Prondzinska

Kolegium Redakcyjne: Łukasz Brzyski, Katarzyna Kordiuk, Justyna

Koszarska, Justyna Kwitowska, Martyna Musik, Paulina Patalas,

Magdalena Pawlaczyk, Anita Pogorzelska, Marta Ptaszyk, Grzegorz

Sławiński, Barbara Średzińska, Jolanta Wlizło, Marta Zawacka

Współpracownicy: Piotr Czarnota, Weronika Genderka, Marta Kamińska,

Michał Klimont, Mikołaj Sinica, Marcin Sokołowski, Maciej Tomczak,

Anna Zacharzewska

Adres redakcji: ul. Przybyszewskiego 39, DS „Eskulap”,

60-356 Poznań, tel./faks (61) 658-44-35,

Druk: Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Medycznego

w Poznaniu, 60-812 Poznań, ul. Bukowska 70.

Ark. druk. 3,0. Papier offset,

kl. III 80 g/m2, 70 x 100.

Format B5. Zam. nr 35/2012.

Druk ukończono w kwietniu 2012 r.

Nakład: 4000 egz.

Okładka: Agnieszka Brychcy

Skład: Łukasz Stępniak, Magdalena Pawlaczyk, Barbara

Średzińska, Weronika Genderka, Marta Zawacka

Numer zamknięto: 22.06.2012

Prosimy o przesyłanie tekstów na adres

teksty@pulsum.pl.

Nadesłanych tekstów nie zwracamy. Redakcja zastrzega

sobie prawo do skracania i adiustacji tekstów oraz zmiany ich

tytułów.

www.pulsum.pl

pulsum@ump.edu.pl

3


MIKROSKOP

MIKROSKOP

Pojedyncza tranzycja wpływa na inteligencję!

Trzy lata temu narodził się Projekt ENIGMA (Enhancing

Neuro Imaging Genetics through Meta-Analysis),

w który zaangażowane zostały laboratoria z całego świata,

zajmujące się obrazowaniem mózgu. „Indywidualne centra

badań nie są w stanie uzyskiwać tak dobrych osiągnięć

w tych badaniach, jak w przypadku wymiany informacji

w ramach Projektu ENIGMA”, mówi Thompson – profesor

psychiatrii z Semel Institute for Neuroscience and

Human Behavior w UCLA oraz jeden z inicjatorów przedsięwzięcia.

„Dzięki dostępowi do tak dużej ilości danych

[21151 zdrowych ludzi przebadanych przy pomocy MRI

oraz symultanicznie pod kątem zmian w DNA] jesteśmy

w stanie prześledzić wzory genetycznych wariacji oraz ich

wpływ na mózg” dodaje.

W badaniach przeprowadzanych w ramach ENIGMA

przez zespół ponad dwustu naukowców z całego świata,

szukano dwóch rzeczy. Mianowicie: genów zwiększających

ryzyko chorób dziedzicznych oraz tych powodujących

redukcję rozmiarów mózgu, gdyż jest to biologiczny

marker dla takich schorzeń jak schizofrenia, zaburzenia

afektywne dwubiegunowe, depresja, choroba Alzheimera

czy demencja. Znaleziono między innymi gen HMGA2,

który zdaje się mieć wpływ na rozmiar mózgu oraz na IQ.

Okazuje się, że ludzie, u których w obrębie HMGA2 występuje

cytozyna zamiast tyminy, mają większe mózgowie

i lepsze osiągnięcia na testach mierzących inteligencję.

Thompson: „Po raz pierwszy znaleziono ewidentny dowód

na to, jak geny wpływają na inteligencję. To ekscytujące

ile może zmienić jedna, subtelna zmiana w DNA!”.

Nature Geneticis, 15.04.2012

Genetyczna predyspozycja wpływa na nasilenie uderzeń gorąca

u palących kobiet w okresie menopauzalnym.

Wcześniejsze badania pokazały, że palenie papierosów

jest związane z wcześniejszym wystąpieniem menopauzy,

zwiększonym ryzykiem osteoporozy pomenopauzalnej

i nasileniem objawów wypadowych – m.in. uderzeń gorąca.

Okazuje się, że te ostatnie związane są nie tylko z ilością

wypalanych papierosów, ale również z predyspozycją

genetyczną – polimorfizmem genów zaangażowanych

w metabolizm hormonów płciowych, odpowiedzialnych

jednocześnie za aktywację toksyn, które znajdują się

w dymie tytoniowym.

Powyższe wnioski wyciągnięto na podstawie badania

przeprowadzonego z udziałem 296 kobiet w okresie menopauzalnym.

Analiza odpowiednich genów wykazała

związek pomiędzy nasileniem uderzeń gorąca a występowaniem

polimorfizmu pojedynczego nukleotydu (Single

Nucleotide Polymorphism).

Praktyczne wnioski dotyczą grupy kobiet z SNP, które

mogłyby odnieść szczególne korzyści w przypadku rezygnacji

z palenia papierosów.

Journal of Clinical Endocrinology

& Metabolism, 3.05.2012

4

Gazeta Studentów


MIKROSKOP

Aspiryna czy warfaryna? – wpływ na rokowanie u pacjentów

z niewydolnością serca i rytmem zatokowym.

Wyniki badania WARCEF (Warfarin and Aspirin for

Reduced Cardiac Ejection Fraction), w którym wzięło

udział 2305 pacjentów z 11 państw, nie wykazały istotnej

statystycznie przewagi stosowania żadnego z ww. leków

na łączne ryzyko udaru niedokrwiennego, krwotoku mózgowego

i śmierci u pacjentów z niewydolnością serca

i rytmem zatokowym. Badano wpływ aspiryny w dawce

325 mg/d i warfaryny w dawkach utrzymujących INR

w przedziale 2-3,5 – łączne, roczne ryzyko 7,93% vs.

7.47% (nieistotne statystycznie) . Jeśli wziąć pod uwagę

izolowane ryzyko wystąpienia udaru niedokrwiennego

– znacznie skuteczniejsza jest warfaryna (roczne ryzyko

0,72% vs. 1,36), ale też ponad dwukrotnie bardziej zwiększa

ryzyko poważnych krwawień (roczne ryzyko 1,80% vs

0,87%). Wybór leku powinien więc uwzględniać indywidualne,

dodatkowe czynniki ryzyka.

New England Journal of Medicine, 3.05.2012

Napoje energetyzujące mogą nieodwracalnie uszkadzać szkliwo.

Dotyczy to zarówno popularnych „energy-drink’ów”

jak i napojów izotonicznych, szczególnie tych o wysokim

stopniu kwasowości. Naukowcy, którzy badali wpływ ww.

na stan zdrowia zębów wzięli pod lupę w sumie 22 dostępnych

na rynku napojów. W badaniach wykorzystali próbki

ludzkiego szkliwa, które były poddawane ich działaniu

przez 15 min, 4 razy dziennie przez 5 dni. Okazało się,

że już tak krótkotrwała ekspozycja ujawniła uszkodzenie

szkliwa, przy czym było ono bardziej zaznaczone w przypadku

napojów energetyzujących.

Fakt ten jest istotny, ponieważ stają się one coraz bardziej

popularne, a konsumpcja jest szczególnie wysoka

w grupie nastolatków (w Stanach Zjednoczonych średnio

co drugi spożywa napój tego typu każdego dnia!).

Uszkodzeniu szkliwa możemy na szczęście w pewnym

stopniu zapobiegać – przykładowo przez płukanie

jamy ustnej czy żucie gum bez cukru.

Academy of General Dentistry , 1.05.2012

Jak zainwestować we własne kości?

Osteoporoza dotyka ponad 200 milionów ludzi na całym

świecie. Nazywana bywa cichą epidemią, ponieważ

stopniowe porowacenie kości nie daje spektakularnych

objawów, a sama choroba najczęściej bywa diagnozowana

po złamaniach, zwykle po 65. roku życia. Mimo

iż dotyka przede wszystkim kobiet, nie oszczędza płci

brzydkiej. Jednakże młodzi mężczyźni, grający w siatkówkę

i koszykówkę lub uprawiający inne sporty, przeciwdziałające

sile grawitacji przez 4 godziny tygodniowo

lub więcej, zwiększają w ten sposób własną masę

kostną, co może w przyszłości ochronić ich przed rozwinięciem

osteoporozy. “Im więcej się ruszasz tym więcej

masy kostnej powstaje w twoim organizmie’ – dr Mattias

Lorentzon z Uniwersytetu w Gothenburgu (Szwecja).

W największych badaniach tego typu wykazano,

że sporty uwzględniające skakanie, dynamiczne starty

i zatrzymywania się, w tym również tenis ziemny czy

piłka nożna, w porównaniu do jazdy na rowerze czy pływania,

dodatnio wpływają na gęstość kości, którą można

zwiększać do około 25 roku życia. Pięcioletnie badania

przeprowadzono na 833 mężczyznach w wieku 18-20 lat

w momencie rozpoczęcia eksperymentu. Uczestnikom

mierzono jakość i ilość masy kostnej oraz zbierano informacje

nt. ich aktywności fizycznej. Różnica w gęstości

kośćca między mężczyznami uprawiającymi wcześniej

wspomniane sporty, a prowadzącymi siedzący tryb życia

po pięciu latach wynosiła 3,4%.

Journal of Bone and Mineral Research,

4.05.2012

Opracowały: Martyna Musik i Anna Płóciennik

Puls UM

5


Z ŻYCIA UCZELNI

Studiosus viator, czyli o Programie MOSTUM

Z Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych:

„(...) uprzejmie informuję, że w dniu 21.02.2011 r. zawarte zostało Porozumienie pomiędzy Uczelniami Medycznymi

dot. Programu Mobilności Studentów Uczelni Medycznych (MOSTUM).

(…) Z poważaniem,

Przewodnicząca KRAUM

prof. dr hab. Ewa Małecka-Tendera”

Co w życiu przeciętnego studenta zmienia właściwie to porozumienie między Rektorami?

Czym jest MOSTUM i do kogo jest kierowany? Jak się ubiegać o uczestnictwo w tym Programie?

Czy w ogóle warto brać w tym udział? Na te i inne pytania szukajcie odpowiedzi

w poniższym artykule, bo przecież – kto czyta, ten znajdzie.

Cóż to takiego?

Prorektor-elekt ds studenckich Edmund Grześkowiak:

“Skrót jest wiadomy, a historycznie pomysł wywodzi się

z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu i z Gdańskiego

Uniwersytetu Medycznego. Już kilka lat temu popierałem

dążenia pani Magdy Cerbin, aby wdrożyć program w życie.

Uważam, że to bardzo korzystna dla Uczelni, jak i oczywiście

dla studentów, forma współpracy. Na przykład UM

w Łodzi prowadzi zajęcia z farmacji przemysłowej, której

u nas na UMP nie ma, a która to dałaby studentom farmacji

na rynku pracy więcej alternatyw do zatrudnienia w aptece.

Może w przyszłości uda się zacieśnić współpracę między

uczelniami medycznymi w kraju do tego stopnia, by stwarzać

dogodne warunku dla interuczelnianych paneli naukowych

czy pisania prac magisterskich. Wszystko jest na razie

w formie planów, ale będziemy się o tego typu współpracę

starać”. Czyli, jeżeli jesteście zainteresowani studiowaniem

w innym mieście lub choćby po prostu ciekawi, jak to jest

Gdzieś Tam, MOSTUM otwiera przed Wami możliwości

zaspokajania tej ciekawości, a jak wiadomo, ciekawość to

pierwszy stopień do poznania i wymiany doświadczeń.

Jak ubiegać się o wyjazd?

Biuletyn informacyjny, ofertę innych uczelni, formularz

aplikacyjny – do wszystkiego można dotrzeć przez stronę

główną Uczelni, pod hasłem “MOSTUM” (zakamuflowany

link znajdziemy po lewej stronie, pod odnośnikiem do

skrzynki rektorskiej). Prorektor ds Studenckich: “Póki co

wszystko jest w formie papierowej, ale czynimy starania,

by wdrożyć rozwiązania elektroniczne i oszczędzić zarówno

studentom, jak i pracownikom administracji czasu i wysiłku.”.

Rekrutacja już trwa! O wymianę można ubiegać się

od 1. maja do 1. czerwca 2012 r. W pierwszej kolejności

student powinien się zgłosić do koordynatora wydziałowego

Programu; są to: dla WLI – dr hab. Jerzy Wójtowicz,

dla WLII – dr hab. Agata Czajka-Jakubowska, WF – dr

hab. Beata Stanisz, WNoZ – dr hab. Adam Czabański. Po

przejściu rekrutacji i zakwalifikowaniu się na MOSTUM

– co nie powinno być trudnym zadaniem ze względu na

praktycznie zerowe dotychczas zainteresowanie wymianą

– student, podobnie jak w przypadku wymiany Erasmusa,

układa w konsultacji z Koordynatorem własny plan zajęć,

który będzie realizował na uczelni przyjmującej. Jednak tu

analogie się kończą, ponieważ w ramach MOSTUM nie ma

6

możliwości, by względnie dowolnie wybierać przedmioty

z przestrzeni kilku lat. Mimo międzyuczelnianych różnic

programowych student będzie miał okazję realizować na

obczyźnie analogiczny semestr (lub cały rok) do tego, na

jakim byłby na uczelni macierzystej.

Zasady studiowania

Uczestnik programu może studiować na wybranej

uczelni 1 lub 2 semestry z zastrzeżeniem, iż w przypadku

kierunku lekarskiego oraz lekarsko-dentystycznego możliwe

jest studiowanie tylko i wyłącznie przez 2 semestry.

W programie może wziąć udział student, który ukończy

2 semestr na studiach jednolitych magisterskich, studiach

I stopnia lub 1 semestr na studiach II stopnia. Warunkiem

zaliczenia jest uzyskanie 30 punktów ECTS na semestr.

Istnieje możliwość realizacji wyłącznie jednego kursu na

uczelni przyjmującej, pod warunkiem uzyskania pozostałej

liczby punktów ECTS na uczelni macierzystej. Ważną

informacją jest, iż student nie przenosi się do innej uczelni,

odbywa tak tylko część studiów, stąd też zachowuje wszelkie

prawa i obowiązki w swojej Alma Mater, jak np. prawo

do pomocy materialnej. W przypadku studiów niestacjonarnych

student uiszcza opłatę za studia w uczelni realnie

kształcącej – w tym przypadku będzie to uczelnia przyjmująca.

Co z kosztami życia?

Przeprowadzając się do innego miasta na pół roku lub

cały rok akademicki warto wziąć pod uwagę przyziemne

kwestie materialne. Na szczęście regulamin MOSTUM

uwzględnia ubieganie się wędrującego studenta o akademik

uczelni przyjmującej: ”Uniwersytety przyjmujące w miarę

możliwości zapewniają miejsca w domach studenckich”,

czytamy. To “w miarę możliwości” brzmi podejrzanie, ale

jak mówi Prorektor Grześkowiak: “Rektorzy podpisujący

umowę kierowali się zasadą 1:1, czyli w przybliżeniu student

przybywający zajmuje miejsce w domu studenckim,

ale też jednocześnie “zwalnia” je w swoim rodzinnym mieście”.

Co jeszcze powinno ucieszyć Czytelnika to fakt, że

Koordynator Programu wspomina o bardzo konkretnym

wsparciu materialnym dla mostumowicza na wyrównanie

kosztów utrzymania, które to potrafią być większe choćby

w stolicy czy Krakowie. Stawek jeszcze nie znamy, ale sama

ich świadomość powinna przemówić do naszej rodzimej lub

nabytej poznańskiej mentalności.

Anna Płóciennik

Gazeta Studentów


Andrzej Mackiewicz

Stopień naukowy, stanowisko, miejsce pracy:

Prof. dr hab. n. med., profesor zwyczajny, Kierownik

Katedry Biotechnologii Medycznej i Zakładu

Immunologii Nowotworów Uniwersytetu Medycznego

w Poznaniu. Kierownik Zakładu Diagnostyki

i Immunologii Nowotworów Wielkopolskiego Centrum

Onkologii, Prezes BioContrct Sp. z o.o. Prezes

AGI Biopharmaceuticals Poland Sp z o.o. itd. itd…

Staż na uczelni: 34 lata w tym 4 lata Studiów Doktoranckich

1. Trzy słowa, które najtrafniej mnie opisują:

konsekwentny, w chwilach desperacji ekstremalnie

uparty, w zasadzie zbyt liberalny

2. Jestem mistrzem w: ban-booko (tzn., osobiście

uważam, że we wszystkim; inni mają inne zdanie)

3. Mam słabość do: pięknych i mądrych kobiet

4. Nie potrafię: prowadzić helikoptera, podobno to

niełatwe, ale nie próbowałem

5. Zawsze chciałam się nauczyć: słuchać innych

6. Chciałabym jeszcze: zobaczyć kilka naszych

produktów medycznych na rynku, na przykład leczniczą

szczepionkę na czerniaka

7. Autorytetem jest dla mnie: oczywiście Pan Rektor

wraz z Rodziną

8. Kiedy kłamię: trudno odróżnić

prawdę od kłamstwa,

nie ma prawdy obiektywniej

9. Słowa, których nadużywam:

k…a

10. Irytuje mnie: gdy ktoś

raptem jednego dnia „nabywa

mądrości wszelakich”

i wie wszystko najlepiej,

a jak już zostanie ministrem,

marszałkiem itp. to zapomnij

(nie jest to wypowiedź polityczna).

11. Kim lub czym chciałabym

być, gdybym nie była

tym, kim jestem? Miałem

być architektem tak jak ojciec

czy stryj. Byłem już na

kursach przygotowawczych na politechnice. Jednak

3 miesiące przed egzaminem na medycynę,

koledzy rzekli „postudiujmy sobie medycynę” i tak

się stało.

12. Studentom zazdroszczę: wieku (oczywiście

Wam, a nie studentom XXX wieku)

13. Kiedy stoję w korku: najczęściej załatwiam

zaległe sprawy przez telefon

14. Zawsze mam przy sobie: pieniądze, (prawdziwy

mężczyzna podobno scyzoryk)

15. Niezwykła umiejętność, którą posiadam:

adaptacja do miejsca, otoczenia czy sytuacji

16. Moje ulubione miejsce na Ziemi: Poznań,

Dębki, Londyn (ale wszędzie do czasu)

17. Muzyka, przy której się bawię: każda, a zależy

to od towarzystwa

18. Muzyka, przy której odpoczywam: są takie

melodie młodości związane ze wspomnieniami,

które każdy z nas ma

19. Energii dodają mi: przeciwności losu

20. Moja dobra rada dla studentów: „Take it

easy”

Puls UM

7


TEMAT NUMERU:

Człowieku, nie irytuj się! …

czyli o przetrwaniu w zatłoczonej

miejskiej dżungli.

O tym, że stolica Pyrlandii ostatnimi czasy (hm, właściwie od roku) w szwach pęka

i o słuszny gniew nas przyprawia, wie każdy, kto próbuje nie spóźnić się, pędząc z zajęć na

zajęcia przez zakorkowane arterie naszego pięknego miasta. Niby wiemy, że Euro, że słuszne

inwestycje, że udogodnienia na przyszłość… Ale chwała temu, kto ani razu nie bluzgnął, stojąc

w korku, którego końca nie widać. Początkowo czytany przez Was artykuł miał być, na

typowo polską modłę, zbiorem utyskiwań na temat nieszczęść poszkodowanego uczestnika

ruchu miejskiego, którym nierzadko bywa student. Po pierwsze jednak, narzekanie nieczęsto

przynosi pozytywne rezultaty, po drugie – dlaczegóż by zamiast tego nie wypracować,

na zasadzie brainstormingu, paru zasad, które pomogą nam w zażegnaniu komunikacyjnej

niedoli? Czynimy to poniżej.

Dwie oczywiste, ale definitywnie kluczowe zasady survivalu

miejskiego brzmią: „unikaj centrum w godzinach

szczytu” i „jeżeli już musisz pchać się do centrum, to na

litość Boską, nie samochodem!”. O ile ta druga większości

studentów, z wiadomych przyczyn, problemów nie nastręcza,

o tyle z pierwszą często bywamy na bakier. W końcu

nikt nie układa planów zajęć uwzględniających, powiedzmy,

dojazd nocą. Ale i na tym polu można sobie poradzić,

pamiętając o podstawowych prawach: fizyki i Murphy’ego.

Otóż powszechnie znaną zasadą jest ta, która głosi, iż

autobus zawsze spóźnia się/nie przyjeżdża (niepotrzebne

skreślić) dokładnie wtedy, kiedy najbardziej nam się spieszy.

Z tego też powodu należy zawsze mieć ze sobą naładowany

telefon wyposażony w świeżutki upgrade Gingera.

Dla niewtajemniczonych – udostępniany na stronie

8

ginger.pasjagsm.pl, darmowy rozkład jazdy autobusów

i tramwajów w Poznaniu i okolicach. Bez obaw, działa na

każdej komórce wyprodukowanej w ciągu ostatnich ośmiu

lat, a na iPhone’a też możecie go ściągnąć jako darmową

aplikację. W krytycznych momentach po prostu znajdujecie

inne połączenie do wybranego miejsca, i voila! Program

pomaga też zorientować się w zmianach trasy linii

tramwajowych i autobusowych, których ostatnio bez liku.

Skoro już o tramwajach mowa – warto się z nimi zaprzyjaźnić,

przede wszystkim na trasach, których nie mają

możliwości zablokować samochody (antyprzykładem

niech będzie tutaj 2-ka, 17-ka i 18-ka na odcinku ulicy

Dąbrowskiego). W starciu z bimbą autobus nie ma szans

pod względem prędkości przejazdu. Zwróćcie też uwagę

na przebieg trasy: im jest ona krótsza, tym większa szansa,

że na miejsce dotrzecie szybciej na piechotę – regułę tę

można spokojnie stosować zwłaszcza na Starym Mieście

(gdzie z powodu jednokierunkowych ulic częste są niepotrzebne

objazdy).

Nie da się jednak ukryć, że pojazdy komunikacji miejskiej

bywają zawodne (eufemizm). Nawet nie myślcie, że

auto coś tu da; ale jeżeli już się na nie zdecydujecie, postarajcie

się z góry zaplanować, gdzie zaparkujecie (preferowany

wybór mniej uczęszczanej strefy parkingowej) oraz

zabrać pasażerów – o tyle mniejszy będzie korek. Niestety,

tu moje pomysły się kończą; samochód po prostu przegrywa

na polu wskaźnika cena-szybkość przejazdu.

Alternatywą o wiele korzystniejszą może okazać się

skuter lub motocykl (odsyłam do lutowego „Z dwojga złego…”).

Fakt, nie utkniemy w korkach, o parking troszczyć

Gazeta Studentów


TEMAT NUMERU

się nie musimy – ale nie dość, że większość z nas mimo

wszystko ani wielokonnego jednośladu, ani prawa jazdy

kategorii A nie posiada, to jeszcze może ów środek transportu

okazać się wyjątkowo niebezpiecznym dla zdrowia

kierującego, zwłaszcza po czołowym zderzeniu z TIR-em.

Dlatego też nie jest to rozwiązanie dla każdego.

Największą więc nadzieją na wybawienie od korków,

pozostaje coraz modniejsza ostatnio aktywność fizyczna,

w kilku alternatywnych formach. Kto z Was, szczęśliwców,

mieszka w sercu miasta, niech bez wahania postawi na

siłę motoryczną własnych kończyn dolnych. Zapewniam,

że chodzenie, a raczej maszerowanie (to brzmi dumnie),

pochłania znacznie mniej czasu, niż byście się spodziewali

– ot, chociażby z Rynku Jeżyckiego na Plac Wolności

dziarski spacer zajmuje jakieś dwadzieścia minut.

Dalej – sportowi zapaleńcy mogą spróbować swych sił

w nieco bardziej wyszukanych metodach przemieszczania

się po mieście, jakimi są jazda na rolkach czy longboardzie.

Owszem, wymaga to pewnych przygotowań i kilku

godzin ćwiczeń, ale nie dość, że sposób to całkiem skuteczny,

to jeszcze jakiej frajdy dostarcza. Pamiętajcie tylko

o zabraniu plecaka z ewentualnym obuwiem na zmianę

i butelką wody – podczas „ulicznego surfingu” można się

solidnie odwodnić. Niemniej próbowałam i polecam!

Na koniec pozostał bicykl – środek transportu tyleż

sprawny, co modny. Zdawałoby się – oklepany temat,

każdy z nas słyszał już zachęty do jazdy rowerem. Jednak

– jazda jeździe nierówna; oto, co zrobić należy, aby pedałując

maksymalnie skrócić czas podróży.

Primo – rower przegrywa z pojazdem mechanicznym

tylko wtedy, gdy ten ostatni pędzi prostą, długą i niezatłoczona

jezdnią. Jeśli więc dojeżdżacie z obrzeży, a nawet

z poza Poznania, rozważcie pokonywanie początkowego

etapu drogi autobusem, a następnie przesiadkę na przypięty

w dogodnym miejscu rower. Zapewniam, że nie będziecie

pierwszymi, którzy się na taką opcję zdecydują.

Secundo – poświęćcie kilka minut na przestudiowanie

mapy tras rowerowych Poznania (do pobrania z zdm.

poznan.pl/rowerem-przez-poznan.php). Tak będzie bezpieczniej

i dla Was, bo nie będziecie musieli przepychać

się jezdnią pomiędzy samochodami, co zresztą do największych

przyjemności nie należy, i dla pieszych, którzy

lubią „wskakiwać pod koła”. Przede wszystkim jednak,

dzięki sensownemu zaplanowaniu trasy dotrzecie do celu

najszybciej. I tutaj ostrzeżenie – niektóre drogi rowerowe

Poznania zdają się być zaprojektowane przez pozbawionych

wyobraźni architektów. Przykładem (do omijania

szerokim łukiem) niech będzie trasa rowerowa wzdłuż

ulicy Przybyszewskiego. Nie dość, że trudno zorientować

się, jakim właściwie torem jazdy podążać, to jeszcze co

i rusz napotykamy na skrzyżowania, w dodatku z sygnalizacją

świetlną. Gdybyśmy chcieli zgodnie z przepisami

przejechać odcinek przy skrzyżowaniu z ulicą Bukowską,

musielibyśmy czekać aż na trzech przejściach!

Na szczęście jednak większość dróg rowerowych pełni

swoją rolę całkiem nieźle, co w połączeniu z rozplanowaniem

przejazdu (polecam nawet wykorzystanie w tym

celu GPS-u) pozwala zyskać na czasie. Warto przy tym

pamiętać o unikaniu przejść podziemnych (Kaponiera!).

A co, jeśli jesteśmy już w centrum, a akurat przydałby się

bicykl? Idealnie – od kilku tygodni rozwiązanie stanowi

system Poznań Rower Miejski.

Cóż to takiego? System wypożyczania rowerów,

z którego może skorzystać każdy po rejestracji w systemie

nextbike.pl. W Poznaniu, w okolicach ścisłego centrum,

rozmieszczono siedem punktów, z których po uprzedniej

wpłacie na konto systemu kilku złotych i wprowadzeniu

kodu pin na miejscu możemy sami odpiąć rower ze stojaka

i wykorzystać go – czy to do zwykłej przejażdżki, czy to

do szybkiego przemieszczenia się z miejsca na miejsce.

Wypożyczony jednoślad możemy oddać w każdej z siedmiu

stacji. Co więcej – za przejazd krótszy niż dwadzieścia

minut nie zapłacimy ani grosza! Powyżej tego czasu,

do godziny włącznie, za jazdę zapłacimy dwa złote, a za

każdą kolejną godzinę – cztery. Brzmi obiecująco? Polecam

zacząć od stacji na Półwiejskiej, tuż przy wejściu do

Starego Browaru.

Niezależnie od tego, jaką metodę ucieczki przed korkami

wybierzecie, podstawy są takie same – unikanie

skrzyżowań i torowisk. Czekając na niektórych przejściach

możemy stracić aż pięć minut, co daje do myślenia.

Inną fundamentalną zasadą jest sensowne zaplanowanie

dnia – jeśli macie dwu-trzygodzinną przerwę w zajęciach,

wracanie do domu i ponowne z niego wychodzenie

może okazać się grą niewartą świeczki, jeśli tracicie ponad

godzinę na przemieszczenie się. Na takie okazje polecam

zabranie ze sobą ciekawej książki (a w mniej różowych

okolicznościach, skryptu) i wykorzystanie czasu na lektu-

Puls UM

9


TEMAT NUMERU

rę, albo zapełnienie luki pójściem na kawę czy obiad. Mądre

zarządzanie czasem może w ciągu tygodnia przełożyć

się na ładnych parę „zaoszczędzonych” godzin.

No i przede wszystkim – jeśli już utknęliście w korku,

spróbujcie się nie irytować (tak, wiem, to syzyfowa

praca). W końcu wszyscy pod tym względem jedziemy na

jednym wózku.

Remonty? Polecam.

Dzień dobry, ja przyszłam podzielić się swoimi wrażeniami

na temat mojej, niemal codziennej, podróży na

zajęcia naszej, coraz to piękniejszej, Uczelni w ramach

tematu miesiąca „Pulsu”. Lecz hmm… Widzę, że autobus

został opisany, rower, samochód także… A cóż to takiego

ten longboard!? O tramwaju już nie wspomnę, nie widziałam

takowego od niepamiętnych czasów, gdyż mam

kontakt najwyżej z ulicą Grunwaldzką. Jakkolwiek by nie

było, co więcej dodać? Mam nadzieję, że znajdzie się choć

skromne miejsce na chwilkę refleksji. Mam nadzieję, że to

przetrwacie! W ogóle nie rozumiem całego szumu i złorzeczeń

pod adresem remontów. By rzec prawdę, bardzo

mile będzie się mi kojarzył okres czasu przed Euro! Od

ponad miesiąca moje życie nabrało odprężającego rytmu.

Wstaję rano, bez pośpiechu. Po wyszykowaniu się,

wychodzę i otwieram drzwi mojego garażu. Stoi tam:

przeważnie zabłocony, z tylnym światłem przyklejonym

niebieską taśmą izolacyjną do ramy, piękny ROWER.

Sprawdzam powietrze w oponach, ustawienie siodełka…

Pozostaje jeszcze kilka przysiadów rozgrzewki i w drogę!

Gdy wyjeżdżam na Bukowską, zawsze przyglądam się

otaczającej mnie scenerii. Przede mną rozciąga się czarna

jak smoła, asfaltowa ścieżka rowerowa, ciągnąca się aż do

Szylinga.

Ogarnia mnie lekka nostalgia, gdyż pamiętam czasy,

gdy, pragnąc oszczędzić swoje życie, korzystałam ( wstyd

się przyznać) z chodników. Wystarczyło rozpędzić się do

prędkości naddźwiękowej i wyminąć jakiegoś biednego

przechodnia o zaledwie kilka centymetrów, przysparzając

go o mały atak serca. Następnie czekało się na złorzeczenia,

krzyki, przerażenia albo informacja o istnieniu

„cholernej ulicy”. Teraz to wszystko bezpowrotnie minęło.

Na szczęście zdarza się człowiek, który nie wie, cóż to za

wymysł ta ścieżka rowerowa, używając więc jej jako swój

alternatywny deptak, dostarczając mi nadal frajdy przyspieszania

ludziom akcji serca. Przyznać muszę, że dzięki

ścieżkom oszczędzam aż 10 minut na dojazd do centrum,

więc różnica jest całkiem znacząca!

Kolejna rzecz: autobusy. Każdy, kto mieszka w pobliżu

Bukowskiej i chce się z niej wyrwać, powiedzmy,

dojeżdżając na zajęcia, ma do dyspozycji wyłącznie ów

środek transportu miejskiego.

Raz: lato rozpoczęło się pełną para, a komfort jazdy

autobusem wykładniczo maleje.

Dwa: Bukowska (ostatnio zwłaszcza) jest miejscem

niezwykłym. Jadąc trasą, powiedzmy 77, mam okazję

zwiedzić całkiem przyzwoity kawał miasta, jako że zamykane

są ustawicznie to nowe odcinki ulicy, a objazdy są

imponująco wymyślne. Dodajcie do tego poranne korki,

a otrzymacie grozę w najczystszej postaci. Weekendy nie

są tu wyjątkiem… Wtedy to dopiero cuda się dzieją!

Mijając więc autobus stojący w korku za King Crossem,

nachodzi mnie ochota pomachać w geście łączenia

się w żalu i niedoli z pasażerami zielono-żółtego pojazdu,

jednocześnie rozkoszując się chłodnym wiaterkiem,

owiewającym mi przyjemnie twarz. Docieram na zajęcia

już w pysznym humorze i nic nie może tego zmienić. Nie

przeszkadzają mi nawet narzekania znajomych z grupy na

makabryczny dojazd czy ogólne poddenerwowanie związane

z obawą przed spóźnieniem się na zajęcia kliniczne.

Będzie tak jednak do czasu, dopóki mój rower nie zostanie

barbarzyńsko skradziony sprzed budynku naszej Uczelni.

Wtedy pozostanie mi dołączyć do narzekającej armii niezadowolonych

i sfrustrowanych mieszkańców Poznania.

Nie dajcie się więc! Jak powiedziała wyżej Magda,

najważniejsze to zachować zimną krew.

Szanujcie swoje nerwy, koleżanki i koledzy!

MP & Maga

DYŻURY DORADCY ZAWODOWEGO

Zapraszamy studentów na spotkania z doradcą

zawodowym w ramach działalności uczelnianego Biura

Karier. W każdą środę, począwszy od 18 kwietnia w godz.

od 16.00-17.00 w pok. 017 przy ul. Fredry 10, doradca

zawodowy mgr Magdalena Rolska pełnić będzie dyżury

konsultacyjno-szkoleniowe. Zapisy przyjmowane są pod

adresem e-mail: mrolska@ump.edu.pl

Jednocześnie serdecznie zapraszamy do korzystania

z nowej witryny Biura Karier, która dostępna jest

w zakładce ABSOLWENCI.

10

Gazeta Studentów


Z ŻYCIA UCZELNI

Nagroda Rektorainstrukcja obsługi

W okresie wytężonej pracy umysłowej oraz niekończącej się nauki do egzaminów najtrudniej

o motywację. I choć ta może być najróżniejsza, trudno nie zgodzić się, że gdy nasze

nadludzkie wysiłki przynoszą owoce w postaci stypendium naukowego, to morale znacząco

rosną. Dlatego poniżej zamieszczamy opracowaną we współpracy z Radą Uczelnianą Samorządu

Studenckiego instrukcję, jak ubiegać się o owe stypendium, od roku ubiegłego

przemianowane na Nagrodę Rektora dla najlepszych studentów.

Za co przyznawane są punkty?

Przede wszystkim za osiągnięcia Z ROKU AKA-

DEMICKIEGO POPRZEDZAJĄCEGO rok, w którym

składa się wniosek. Podania będą przyjmowane do 15.

października w roku akademickim 2012/2013, czyli brane

są pod uwagę osiągnięcia tylko z poprzedniego roku

akademickiego (tj. 2011/2012). Szczegółowe zasady

zamieszczone są w Regulaminie przyznawania Nagrody

Rektora, do zapoznania z którym gorąco zachęcam,

jednak dla osób nie będących fanami regulaminów –

streszczenie.

Pod uwagę brana jest:

a) średnia ocen (pomnożona x10);

b) działalność naukowa rozumiana jako:

– koła naukowe (członkostwo – maks. 2 koła, przewodniczenie

– maks. 1 koło)

– publikacje w czasopismach polskich, zagranicznych

i z IF – w zależności od typu czasopisma i kolejności autorów

studenckich;

– prezentowanie prac na konferencjach/zjazdach z zastrzeżeniem,

że tylko osoba prezentująca otrzymuje punkty;

ich ilość zależy od rangi wydarzenia naukowego;

– nagrodzona praca na konferencjach/zjazdach (punkty

otrzymują wszyscy autorzy pracy) – ich ilość w zależności

od rangi wydarzenia naukowego oraz miejsca na

podium;

– każda publikacja/praca jest liczona JEDEN raz, tzn.

że, jeśli praca była prezentowana na kilku konferencjach/

publikacja była wydana w kilku czasopismach, tylko raz

otrzymuje się za nią punkty;

c) działalność sportowa – punktowane są miejsca na

podium w zależności od rangi mistrzostw (nie są przyznawane

punkty za UDZIAŁ oraz w ogóle za mistrzostwa

wojewódzkie);

d) działalność społeczna – opisana dokładnie w Regulaminie;

e) działalność artystyczna – punkty wg uznania Rektora;

Co zrobić, aby otrzymać Nagrodę Rektora?

a) uzyskać średnią ocen z egzaminów równą lub

większą 4,00; wnioski, w których średnia jest poniżej

4,00 będą rozpatrywane negatywnie;

b) wypełnić prawidłowo wniosek (czytelnie!), zebrać

potrzebne załączniki i złożyć wszystko w terminie (do

15 października 2012r.) w Dziale Spraw Studenckich;

c) stypendium otrzymują (zgodnie z Ustawą Prawo

o Szkolnictwie Wyższym) studenci w liczbie nie większej

niż 10% z liczby studentów danego kierunku studiów

na dzień 1 października danego roku akademickiego

(czyli rok składania podań - 2012/2013); np. kierunek

farmacja – suma studentów wynosi 842, 10% = 84 osoby.

Dlatego też próg punktów nie jest "sztywny", co roku na

każdym kierunku będzie się zmieniać, a wszystko zależy

od aktywności studentów danego kierunku w danym

Rok akademicki 2011/2012 – progi punktowe

dla Stypendium Rektora dla najlepszych

studentów:

Kierunki:

Lekarski 46,40

Lekarsko-dentystyczny 45,50

Biotechnologia 46,00

Dietetyka 45,70

Higiena dentystyczna 48,80

Techniki dentystyczne 51,00

Farmacja 45,50

Analityka medyczna 42,50

Kosmetologia 44,50

Położnictwo 45,80

Pielęgniarstwo 49,20

Zdrowie publiczne 43,90

Fizjoterapia 42,50

Ratownictwo medyczne 44,20

Elektroradiologia 46,40

Puls UM

11


Z ŻYCIA UCZELNI

roku.

d) nie być na urlopie dziekańskim – po upływie urlopu

można starać się o stypendium na podstawie średniej

i osiągnięć z roku poprzedzającego urlop;

e) w przypadku studentów studiujących na kilku

kierunkach – stypendium (tak samo jak socjalne i każde

inne) można pobierać tylko na jednym wybranym przez

siebie kierunku;

Gdzie uzyskać potrzebne zaświadczenia:

– średnia ocen – wpis NA WNIOSKU z pieczątką

i podpisem pracownika dziekanatu;

– koła naukowe – wpis NA WNIOSKU z nazwą koła,

pieczątką i podpisem opiekuna koła;

– publikacje w czasopismach polskich, zagranicznych

i z Impact Factor'em – ksero pierwszej strony publikacji

zawierające tytuł pracy, nazwisko autora (z zaznaczeniem

kolejności wśród autorów studenckich) oraz

podaniem tytułu czasopisma;

– prezentowanie prac na konferencjach/zjazdach

(tylko osoba prezentująca otrzymuje punkty); zaświadczenie/certyfikat

wydany przez organizatorów;

– nagrodzona praca na konferencjach/zjazdach

(punkty otrzymują wszyscy autorzy pracy); zaświadczenie/certyfikat

wydany przez organizatorów;

– działalność sportowa – wpis NA WNIOSKU z potwierdzeniem

podpisem i pieczątką Kierownika SWFiS

z rangą wydarzenia, nazwą dyscypliny i zajętym miejscem

na podium;

– działalność społeczna – starości grup, lat, ekonomiczni,

członkowie RW/Senatu z potwierdzeniem

na WNIOSKU, organizacje studenckie lub związane

z UMP – osobne zaświadczenie od zarządu organizacji;

– działalność artystyczna – zaświadczenie organizatorów/ksero

dyplomu przeglądów/konkursów artystycznych;

Wszystko koniecznie z datą, ponieważ uwzględniane

są tylko osiągnięcia za rok wstecz, co powtarzane jest

w tej instrukcji aż do znudzenia, ale jest to jednocześnie

najczęściej ignorowany przez studentów wymóg.

Najczęstsze błędy

I tu caała lista warta jednak przytoczenia dla potomności,

albo chociaż dla ubiegających się w zbliżającym

się roku akademickim:

* nieczytelne dane osobowe – sugerowany zapis

drukowanymi literami;

* brak nr albumu – dla przypomnienia: to to samo,

co nr indeksu;

* brak nr konta – gołębiem pocztowym pieniądze

nie są wysyłane :)

* wnioski z za niską średnią – niezależnie od innych

osiągnięć student, który nie uzyskał średniej minimum

4,0 jest od razu dyskwalifikowany i jedynie przysparza

dodatkowej, niepotrzebnej pracy DSS;

* średnia ocen niepotwierdzona przez nikogo – konieczna

jest pieczątka i podpis pracownika dziekanatu;

* dodatkowe zaświadczenia członkostwa w STN

lub przewodniczenia w kole naukowym – na wszystko

jest miejsce NA WNIOSKU, czyli na: nazwę koła, pieczątkę

i podpis opiekuna; to samo dotyczy osiągnięć

sportowych. Ograniczajmy papierologię!

* mało dokładne informacje nt. publikacji prac

w czasopismach naukowych – należy zaznaczyć rangę

czasopisma (krajowe, zagraniczne lub z IF) oraz

(bardzo ważne!), którym jest się autorem studenckim

w danym artykule, ponieważ kolejność wpływa na ilość

punktów; wystarczy ksero pierwszej strony z datą; nie

są uzwględniane też prace niewydrukowane;

* nie wpisujemy biernego uczestnictwa w konferencjach

ani pomocy w ich organizacji;

* załączniki – na wniosku koniecznie trzeba zaznaczyć

w odpowiednim polu: "w załączniku",aby uniknąć

zagubienia załączników “w akcji”;

* samowolka w przyznawaniu sobie punktów – to

zadanie tylko i wyłącznie dla Komisji;

* przekraczanie terminów nieprzekraczalnych –

wnioski składane po terminie bez względu na chwytające

za serce wyjaśnienia, są rozpatrywane negatywnie.

Co się zmieniło?

Najważniejsze zmiany w porównaniu z rokiem poprzednim

to:

– obniżenie progu wymaganej średniej uprawniającej

do ubiegania się o stypendium z 4,20 na 4,00;

– uszczegółowienie punktów za pracę społeczną;

– nowy wzór wniosku;

Jak poprawnie uzupełnić wniosek

Zapraszamy na stronę RUSS (www.samorzad.ump.

edu.pl) – znajduje się tam przykładowy (obszerny) wniosek,

który mamy nadzieję rozwieje wątpliwości. Jeśli jakieś

jeszcze pozostaną – zachęcamy do zadawania pytań

Anna Płóciennik dzięki pomocy

Weroniki Pelczar i Michała Płachty

12

Gazeta Studentów


PSYCHOLOGICZNIE

Jak poznać samego siebie?

Jednego dnia jesteś pełen sił i gotowości do pracy. Energia Cię rozpiera. Natomiast kolejnego

dostajesz wiadomość, która teoretycznie nie ma żadnego wpływu na Twoje życie,

jednak zaburza Twoją wewnętrzną równowagę na dobry tydzień i powoduje swego rodzaju

wykolejenie z torów egzystencji. Po pewnym czasie powracasz do siebie. Czy jednak takiej

sytuacji mogłeś się spodziewać? Czy można być ze sobą aż tak przerażająco szczerym, że

jesteśmy w stanie przewidzieć, jak niektóre sytuacje wpłyną na nasze postrzeganie świata,

a tym samym być zawsze gotowym pomóc samemu sobie? Ważne jest poznanie samego siebie,

swoich reakcji oraz podjęcie kroków potrzebnych w ewentualnej samopomocy.

Jaki jestem?

Na początek warto określić pewne cechy własnej

osobowości. Temu służą różnorodne testy psychologiczne,

dostępne zarówno w Internecie, jak i niektórych

czasopismach. Nasza osobowość ukształtowana została

przez geny, przeżycia, dzieciństwo, skłonności, wpojone

wartości, charakter i zdolności. Już w starożytności powstały

podwaliny procesu poznania własnego ja. Podział

osobowości według Hipokratesa opierał się na dominacji

jednej z czterech cieczy. I tak choleryk (chole – żółć) to

typ porywczy, energiczny, człowiek czynu, przejawiający

skłonności do agresji i niezadowolenia. Flegmatyk

(phlegma – śluz) przejawia raczej pogodne,

cierpliwe i spokojne usposobienie.

Jest zrównoważony emocjonalnie,

obiektywny, cechuje się wysokim

poziomem samokontroli. Sangwinik

(sanguis – krew) to optymista, osoba

otwarta, radosna, towarzyska i beztroska.

Natomiast melancholik (melas

chole – czarna żółć, prawdopodobnie

chodziło o krew żylną wypływającą

ze śledziony, zawierającą produkty

rozpadu krwinek czerwonych) to osoba

wrażliwa na krytykę, niestabilna

emocjonalnie, obraźliwa, nerwowa,

wycofana i cicha. Jak dziś wiadomo,

określenie temperamentu według Hipokratesa

nie jest proste, ponieważ

każdy z nas łączy po części cechy

wszystkich typów w różnych proporcjach. Dlatego po

takim wstępnym określeniu, polecam wykonanie testu

pięciu filarów osobowości.

Test bada pięć podstawowych cech: odpowiedzialność,

otwartość, ekstrawersję, neurotyczność i pojednawczość.

Każdy z nas wykształca je w różnym stopniu.

Udowodniono, że osoby, które osiągają najwyższe wyniki

w badaniu są najbardziej zdeterminowane i „narażone”

na osiągnięcie życiowego sukcesu. Oczywiście test

ten, jak każdy inny, tylko z grubsza pozwala na uporządkowanie

kilku miliardów charakterów chodzących po

ziemi. Jednakże taki sposób umożliwia, przynajmniej

w niewielkim stopniu, zbliżyć się do własnego ja. To pomaga

zarówno w samokontroli, wyborze odpowiedniego

stylu życia, jak i określeniu profilu przyszłej pracy.

Jak widzą mnie inni?

Czy jestem postrzegany jako pewny siebie, czy zarozumiały?

Czy moje dowcipy są faktycznie śmieszne,

czy żenujące? Czy jestem optymistą, czy po prostu naiwny?

Takie pytania dręczą niejednego z nas. Nigdy nie

będziemy niestety w stanie wejść w skórę któregokolwiek

ze znajomych i spojrzeć na siebie całkowicie

obiektywnie. Pozostają więc

metody pośrednie.

Dzisiaj życie w zgodzie z własnym

ja jest szczególnie trudne. Im

bardziej Twoja maska jest odległa od

rzeczywistych cech, tym większa różnica

pomiędzy tym, jaki rzeczywiście

jesteś, a tym, jak postrzegają Cię

inni. Co gorsza, taka maska powstaje

zazwyczaj całkowicie nieświadomie

i z czasem może zdominować nasze

funkcjonowanie.

Wykonane badania nie zaskakują.

Podobno im wyższe stanowisko zajmujemy

na drabinie społecznej, tym

pozytywniej i bardziej bezkrytycznie

postrzegamy sami siebie. Natomiast

nowe środowisko sprawia, że tym chętniej pozujemy na

kogoś, kim nie jesteśmy. Nikt z nas nie jest jednak urodzonym

aktorem, więc prędzej czy później rzeczywista

natura przebija się na powierzchnię. Z czego wynika ta

niepewność? Odpowiedź jest prosta: nie znamy dobrze

samych siebie (patrz wyżej). W takich przypadkach

do głosu dochodzi samooszukiwanie, które może być

procesem zarówno pozytywnym, jak i destruktywnym.

W ujęciu pozytywnym pozwala na pokonanie słabszych

cech charakteru poprzez „wmówienie sobie”, że to po-

Puls UM

13


Z DWOJGA ZŁEGO

trafimy. Natomiast destruktywnie działa w momencie,

kiedy podjęte wyzwania wymagają od nas więcej,

niż nawet uruchomienie nieświadomych zdolności.

Potrzebna jest więc samokrytyka oraz obiektywne,

w pewnym stopniu, spojrzenie na samego siebie. Jak

tego dokonać? Może pomóc wykonanie tego samego testu,

dotyczącego cech naszej osobowości, przez samego

siebie i, dla przykładu, najbliższego przyjaciela (przyjaciel

ocenia Ciebie, nie siebie!). W czasie wykonywania

testu powinniśmy być szczerzy i nie komunikować

się ze sobą. Im większa różnica w odpowiedziach, tym

grubszą maskę wytwarzamy na co dzień. Jeśli odpowiedzi

w obu testach niemal się pokrywają – należymy

do niewielkiej grupki szczęśliwców, którzy postrzegani

są w rzeczywistości tak, jak myślą. Natomiast jeżeli

różnica jest duża, a więcej pozytywów jest w naszym

Wolę eco, bo lubię świat

Brzmi zapewne pompatycznie, ale pozwólcie, że rozwinę.

Tak się (szczęśliwie?) składa, że przyszło nam mieszkać

na trzeciej planecie w Układzie Słonecznym i w okresie mierzonym

w wiekach ta kwestia z pewnością nie ulegnie zmianie.

Śmiem więc twierdzić, że chociażby z egoistycznych

pobudek winniśmy naszej staruszce Ziemi nieco szacunku.

Do, ut des. Minimum wysiłku włożonego w zmianę naszego,

ośmielę się to powiedzieć, pasożytniczego trybu życia może

w znaczący sposób poprawić jakość naszej egzystencji. Przykłady?

Niechże sypnę kilkoma.

Najchętniej krytykowany „wymysł” ekologów – globalne

ocieplenie – daje do myślenia. Nawet jeżeli uważacie

spoty WWF-u – z na próżno poszukującym kry małym niedźwiedziem

polarnym za demagogię i populizm – nie powinniście

z góry odmawiać idei ograniczenia emisji gazów cieplarnianych

racji bytu. Po pierwsze, ponieważ nie tylko badania

„pro-eco” są lobbowane – wielkie koncerny, a nawet państwa

mają gigantyczny interes w tym, byśmy możliwie jak najbardziej

bagatelizowali choćby hipotetyczną możliwość, że

produkując na wielką skalę CO2 i tym podobne, zagrażamy

nie tylko różnym gatunkom zwierząt, ale i mieszkańcom krajów

(często niewielkich wysp na Pacyfiku, ale też większym)

leżących tuż powyżej poziomu morza. Prawo politycznej

dżungli jest nieubłagane – to wielcy gracze dyktują zasady

i nie poświęcają nawet ułamka swoich finansów na coś,

Z dwojga złego...

teście – ujawniają się skłonności do przeceniania. Jeżeli

natomiast w naszym teście dominują odpowiedzi

negatywne (w przeciwieństwie do testu partnera), światło

dzienne ujrzała właśnie nasza zaniżona samoocena.

Może warto to zmienić, dla własnej wygody?

Powyższy artykuł nie jest oczywiście cudownym

środkiem na poznanie własnego ja. Podobnie, jak przerzucenie

kilku tomów książek o podobnej tematyce, czy

też kilka wizyt u specjalisty. Poznanie samego siebie

jest procesem zajmującym całe nasze życie, a powyższa

lektura może być pierwszym krokiem do przekonania

nas samych, że jesteśmy osobą, na której warto

się skupić – przecież od nas samych zależy nasze życie.

Dbajmy o nasze wnętrze tak samo, jak dbamy o nasze

zdrowie!

j.w.

Przyroda budzi się do życia, ptaszki ćwierkają, rośliny wypuszczają nieśmiało

pączki… i tak dalej. Ciekawe, czy długo jeszcze? Takie w każdym razie

przyszło mi do głowy pytanie przy okazji kontemplowania cudów Matki Natury.

W związku z czym – rozważania na temat recyclingu, oszczędzania energii i innych nowomodnych

wynalazków.

z czego nie mają zysków. Po drugie, ponieważ istnieje całkiem

spora szansa na to, że wzrost stężenia dwutlenku węgla

w atmosferze jednoznacznie przyczynia się do wzrostu temperatury.

Wydaje mi się jednak, że w kwestii tak delikatnej,

jak możliwość, że przyczyniamy się do wzrostu poziomu

wód w oceanach i topnienia lodowców, nie warto podejmować

ryzyka – naprawdę chcecie przeprowadzać tak niepewny

eksperyment na żywej tkance Ziemi? Jeśli okaże się, że ekolodzy

mieli rację, odwrotu nie będzie. Wolę więc dmuchać

na zimne i stymulować w miarę możliwości działania ograniczające

emisję gazów cieplarnianych – naprawdę, utrata

pieniędzy jest znacznie mniejszym kosztem utraconym.

Dalej – recycling. Chyba najmniej kontrowersyjny,

lecz nadal niedoceniony sposób na odciążenie zarówno przemysłu,

jak i zasobów Ziemi. Choćby odrobina zaoszczędzonej

w ten sposób energii jest obecnie cenna – nawet miłośnik

Land Rovera zgodzi się ze mną, że lepiej zużyć ropę w inny

sposób, niż produkując w nadmiarze plastikowe butelki czy

folie. A i budżet domowy odczuje to, że po odsortowaniu papieru,

aluminium etc. zyskamy darmowe miejsce w koszach

na śmieci.

Nota bene, kolejny powód by wybierać produkty przyjazne

środowisku, nie wspominając o fair-trade – zwykle są

one pozbawione bezsensownego nadmiaru opakowań i folii,

co nawet, gdyby nie było szkodliwe dla środowiska, nadal pozostawałoby

absurdalnie irytujące. A tak przy okazji, chwała

Bogu za eco-żywność; nawet jej wygórowane ceny nie są

14

Gazeta Studentów


Z DWOJGA ZŁEGO

w stanie przesłonić mi jej głównej zalety – świadomości,

że jem coś, co ma w składzie dokładnie to, czego oczekuję

przy zakupie. Na przykład mięso, a nie szynkę z 50% zawartością

wody, albo jaja od kur, które w swoim życiu doświadczyły

czegoś więcej, niż wnętrza klaustrofobicznie małej klatki

i brutalnego traktowania. Z resztą każdy z nas wie, że pomidory

„z własnego ogródka” smakują najlepiej; produkty przyjazne

środowisku to właśnie odpowiednik takiej domowej

uprawy, tyle że na większą skalę i dostępnej dla każdego.

Na koniec mój konik – oszczędzanie energii na miarę

możliwości współczesnego gospodarstwa domowego. Sceptykom

niech wystarczy fakt, że ich portfele pozostaną nieco

grubsze, gdy wymienią żarówki na energooszczędne, zakręcą

wodę bez potrzeby płynącą z kranu i zaczną szanować gaz

oraz benzynę. Entuzjaści zaś do tych walorów mogą dorzucić

spokojne sumienie i poczucie, że chociaż w ograniczony sposób,

to jednak robią coś dobrego dla swojej niszy ekologicznej,

a tym samym – dla samych siebie. Egoizm nigdy jeszcze

nie był tak altruistyczny.

Lubienie lubieniem, ale wszystko z umiarem

Naprawdę nie mam nic przeciwko zachowaniom proeco,

ale mierzi mnie postawa „eco-freak” w podobnym stopniu,

co niezłomność świadków Jehowy czy telemarketing.

Człowiek jako pasożyt... Na zajęciach słyszałam jeszcze

lepsze porównanie, które przytoczę nie zwracając uwagi,

że to nie moja strona barykady w tym felietonie. Mianowicie

– człowiek jako nowotwór: mnoży się to w sposób wręcz

nieograniczony, przekształca środowisko i ostatecznie może

doprowadzić do unicestwienia żywiciela (Ziemi) i siebie samego.

Ale, ale...

Poza niewiarygodnymi zdolnościami (bo z chęciami

to różnie bywa) do prokreacji, nasz gatunek charakteryzuje

jeszcze megalomania objawiająca się przekonaniem o własnym

przeogromnym wpływie na wszystko. Stąd też tak łatwo

podchwytywane są teorie w stylu globalnego ocieplenia

spowodowanego ludzką działalnością. Nie mówię, że teorie

te są fałszywe, ale zawsze, gdy o nich słyszę, zapala mi się

w głowie czerwona lampka sceptycyzmu – w końcu, gdyby

to było takie oczywiste i ewidentne zjawisko nie budziłoby

tylu kontrowersji. Choć zgodzę się, że ekologiczny zakład

Pascala – o chuchaniu na zimne mowa – jest racjonalnym

rozwiązaniem, byle z odpowiednią dozą rozsądku.

Recykling kontrowersyjny nie jest, za to bywa po prostu

bezcelowy, bo polskie realia nie sprzyjają. Człowiek się

stara, traci energię, męczy rodzinę i przyjaciół namawiając

lub szantażując ich, by segregowali śmieci (oparte na faktach:

na pierwszym roku obrywało mi się za KAŻDĄ plastikową

nakrętkę wyrzuconą razem z kartonikiem do worka

przeznaczonego na papier, uroki mieszkania z eco-freakiem),

po czym przyjeżdżają panowie zajmujący się chwalebnym

oczyszczaniem miasta i uwalnianiem jego mieszkańców

od zawartości ichnich śmietników... I wszystko ląduje w tym

samym miejscu. Syzyf może się schować.

Argument ekonomiczny do mnie przemawia, jak zawsze

zresztą. Oszczędzanie wszystkiego – tradycja wyniesiona

z prawdziwego wielkopolskiego domostwa i trochę

zaniedbana w związku z życiem w akademiku, gdzie nikt

nie zwraca uwagi na zużycie choćby wody, bo licznikami nie

straszą. Tylko bądźmy konsekwentni: kupowanie eco-żywności

nijak nie wpisuje mi się w model oszczędnego życia.

Gotowanie sobie samemu czy chociażby zasianie/zasadzenie

warzywek na parapecie jest uniwersalnym i dużo tańszym

rozwiązaniem. Poza tym założę się, że każdy ma choć jedną

babcię mieszkającą na wsi, która może być rodzinnym dostawcą

najnaturalniejszych jaj pod słońcem. Jeszcze z innej

strony – kilka lat temu w czasopiśmie popularnonaukowym

znalazłam artykuł, którego autor udowadniał, że tzw. hodowla

ekologiczna w ostatecznym rozrachunku wymaga zużycia

większej ilości zasobów, przede wszystkim wody, niż ta produkcja

potępniana przez obrońców zwierząt, i że właściwie

nazywanie jej „ekologiczną” jest głównie chwytem marketingowym,

bo wszystko, co ma „eko” w nazwie, można drożej

sprzedać. Szczerze mówiąc, mnie widok uciemiężonych

kur nie wzrusza. No, ni hu hu. Jestem szowinistką gatunkową

i dopóki na świecie nie zwyciężymy głodu, chorób i ubóstwa

wśród ludzi, nie będę wydawać dużych pieniędzy na walkę

o prawa zwierząt.

Jeszcze jedna kwestia, którą podniosę, by trochę usprawiedliwić

osoby z „zaściankowym” podejściem do ochrony

przyrody, czy – bardziej poprawnie politycznie – z małą

świadomością ekologiczną. Problemy prywatne i lokalne nad

globalnymi. Wiadomym jest, że ktoś, kto ma problem z wiązaniem

końca z końcem, nie będzie zawracać sobie głowy

efektem cieplarnianym, to nawet z piramidy Maslova wynika.

Za to jest typ osób, który bardzo cenię, mianowicie są

to aktywiści lokalni – ci, którym chce się walczyć o czyste

chodniki, place zabaw dla dzieci, ścieżkę zdrowia itp. Mam

wrażenie, że takie osoby przede wszystkim stąpają mocno

po ziemi i mierzą siły na zamiary. Myślę też, że taka troska

(literalnie) o własne podwórko jest dużo sensowniejsza niż

wielkie słowa o ratowaniu Ziemi, a gdyby zyskała na popularności

miałaby dużo większą skuteczność niż globalne

akcje, które dotyczą wszystkich i nikogo zarazem. Podzielę

się jeszcze jedną krzywdzącą innych opinią: od kiedy przyjechałam

do Poznania na studia stwierdziłam, że to głównie

ludzie z dużych miast prezentują postawę „eco-freak” – może

w związku z wielkomiejską anonimowością i potrzebą przynależności

lub posiadania większego wpływu na otoczenie?

Nie wiem, to tylko luźna interpretacja ludzkich zachowań.

Magda Pawlaczyk i Ania Płóciennik

Puls UM

15


IMPREZOŻERCY

Pijalnia Wódki i Piwa

IMPREZOŻERCY

czyli całkowicie subiektywny przewodnik

po poznańskich miejscówkach

Wszelkie meteorologiczno-zdroworozsądkowe przesłanki sugerują, iż w najbliższych tygodniach

warto unikać zamkniętych pomieszczeń i tłocznych klubów. Takoż uczyńmy. Tym

razem Imprezożercy wyłamują się z utartych przez poprzednie edycje schematów (a jakże,

w końcu to już nasza dziesiąta odsłona!) i zamiast zachęcać do clubbingu pełną gębą, sugerują

raczej leniwe turlanie się po Starym Mieście i okolicach koryta Warty. Kosztujcie

słońca. Co się zaś tyczy omawianych miejscówek – będą tyleż kuszące, co pozbawione

wielkomiejskich aspiracji i splendoru. Ba, jedna z nich nie ma nic wspólnego z imprezami!

Niemniej, przyjemnego testowania.

Wchodzę. Zza lady

niezachęcająco łypie

na mnie… nie da się

tego inaczej określić,

babsko. Ktoś kobietę

przed chwilą zirytował,

czy po prostu ma

z natury swojej taki

wyraz twarzy? Lokal

ciasny, przaśnie urządzony,

w tle zdecydowanie

przeterminowana

muzyka. Chciałoby

się wziąć nogi za pas?

Ale chwila, chwila…

przecież to Pijalnia!

Wielce prawdopodobnie,

tak jak autorka

tego tekstu, nie

macie prawa pamiętać

surowego, ponurego

klimatu PRL-u. W najlepszym razie przeczytaliście na ten

temat kilka książek, ewentualnie wypytaliście dziadków.

Ale nigdy nie mieliście okazji doświadczyć na własnej

skórze uroków (?) minionej epoki. Cóż, właśnie nadarzyła

się okazja. A przynajmniej taki był zamysł właścicieli Pijalni

Wódki i Piwa, franszyzy, która swe podwoje otwarła

niedawno w Pyrlandii.

Już nazwa knajpy dziwi – ostatecznie, któż w równie

bezpośredni sposób określa target swojego lokalu? Istotnie,

wszystkie elementy Pijalni – od wystroju począwszy,

na szkoleniu obsługi skończywszy – współtworzą spójną

wizję przeciętnej miejscówki z lat, powiedzmy, siedemdziesiątych.

Obklejone gazetami ściany, ubiór barmanki

(wraz z nieodłącznym grymasem), meble,

ciasnota, muzyka; wszystko to pełni

rolę wehikułu czasu dla starszych,

a swoistego muzeum dla młodszych bywalców.

Co ciekawe, taka formuła wydaje się sprawdzać.

Do Pijalni w weekendy po dwudziestej

pierwszej nieomal nie sposób się dostać. Ciekawe,

ile w tym zasługi specyficznego klimatu, a ile nad

wyraz przystępnych cen w bardzo autentycznie

skomponowanym menu. Nie spodziewajcie się

mnogości wyboru – musi Wam wystarczyć kilka

sztandarowych trunków z tamtych lat w eskorcie

równie ograniczonego w wyborze, ale jakże ciekawego,

zestawu potraw.

Mnie taka forma „oswajania PRL-u” zdecydowanie

urzekła. A może po prostu mam fatalny

gust. Niewątpliwie jednak degustacyjna wizyta

w rzeczonym przybytku to obowiązek, obywatele

i obywatelki!

Pijalnia Wódki i Piwa

(facebook.com/pages/Pijalnia-Wódki-i-Piwa)

ul. Wrocławska 8

czynna: codziennie, 24h (sic!)

shot wódki: 4zł; „świeżutki tatar”: 8zł

Manekin

Lubię przestrzegać wyznaczonych przez siebie zasad.

Jak Imprezożercy, to Imprezożercy. Wszyscy jednak

(zwłaszcza studenci) wiemy, że niektóre zasady są po to,

by je łamać. Otóż właśnie to poczynię – Manekin nie jest

bowiem przybytkiem imprezowej rozpusty, a naleśnikarnią.

Nie odrzucajcie jednak Pulsu pochopnie; już śpieszę

tłumaczyć, co skłoniło mnie do takiej ekstrawagancji.

16

Gazeta Studentów


IMPREZOŻERCY

Wytłumaczenie może wydawać się trywialne – ta,

spektakularnych zresztą rozmiarów, restauracjo-kawiarnia

absolutnie oczarowała mnie wystrojem. Już lokalizacja

Manekina (nota bene, jest to sieć restauracji mająca swe

korzenie w Toruniu) jest obiecująca: róg ulicy Kwiatowej

i Rybaki, czyli w jednej z kamienic o rzut kamieniem od

deptaku. Po wejściu do środka jest już tylko lepiej.

Wnętrze jest naprawdę przestronne – trzy kondygnacje,

bardzo długie sale, a wszystko urządzone na modłę

industrialno-urokliwą. Połączenie loftu, z jego kutymi

w metalu barierkami, pomalowanymi na biało instalacjami

gazowymi i ceglanymi ścianami oraz nieco baśniowych

dekoracji, na czele z grafikami przywodzącymi na myśl

Wenecję i manekinami w skali jeden do jeden to moim

zdaniem strzał w dziesiątkę. Co więcej, mimo spójnego

stylu każde pomieszczenie zaskakuje innymi akcentami,

czy jest to podłoga wykafelkowana „szachownicą”, czy

stylizowany na zabytkowy, drewniany zegar. Szczerze

mówiąc, nawet nieudolność kucharzy nie byłaby w stanie

przyćmić uroku lokalu. Na szczęście jednak jakość potraw

idzie w parze z wrażeniami estetycznymi.

Skoro już do menu dotarliśmy – jest ono w miażdżącej

części dedykowane miłośnikom naleśników na wiele sposobów.

Szczególnie godne polecenia są „wykwintne”, jednak

każdy łasuch też będzie kontent. Kończąc rozprawy

na temat jadła dodam tylko, że współczynnik cena-jakośćuprzejma

obsługa jest naprawdę wyśrubowany – solidny

obiad zjecie już za dychę. Dodając łyżkę dziegciu do gara

miodu – uprzedzam, że w porze obiadowej możecie nie

załapać się na wolne miejsce, tak zapchana potrafi być naleśnikarnia.

Cóż, nie ma rzeczy idealnych.

Jeśli o mnie chodzi, jestem całkowicie stronnicza –

mogłabym w Manekinie zamieszkać. To chyba wystarczająca

rekomendacja. Opornych zaś (lub nieznoszących

naleśników) wyjątkowo nie zachęcę do wizyty – o tyleż

więcej stolików dla innych.

Manekin (manekin.pl/poznan.html)

ul. Kwiatowa 3

czynny: nd-czw: 10-22.00; pt-sob: 10-23.00

naleśnik z serem feta & szpinakiem: 11,5zł; cafe latte: 6zł

MP

W tym numerze przygotowaliśmy dla Was 7 podwójnych

zaproszeń do kina „Muza” na dowolnie wybrany

seans.

Bilety można wykorzystać do 15 lipca 2012 roku. Aby

otrzymać wejściówki, należy poprawnie rozwiązać poniższą

krzyżówkę i przesłać rozwiązanie na adres mailowy:

zawacka@pulsum.pl do 15 czerwca 2012 roku w tytule

maila wpisując „KONKURS FILMOWY”.

Pionowo:

1. „ ... Luizy” z Marcinem Dorocińskim

2. dramat z Robertem Więckiewiczem z 2011 r.

3. nagrodzona Oscarem krótkometrazowa animacja reż.

Zbigniewa Rybczyńskiego

4

6 1

2 5 3

Poziomo:

1. Witold ... - scenarzysta serialu „Ekstradycja”

2. ... Wilhelmi - grał Nikodema Dyzmę

3. „ ... Judym” w reż. Włodzimierza Haupe (1975 r.)

1 2 3 4 5 6

Puls UM

17


ONA & ON

On: To już jest koniec...

Ona: … nie ma już nic...

On: … jesteśmy wolni...

Ona: … możemy iść.

On: Ale taki całkowity koniec?

Ona: A ile byś chciał to pisać? Skończyłeś studia, to

kończy się nasza przygoda z „Pulsem UM”.

On: Ale mi z Tobą jest tak dobrze!

Ona: Ustaliliśmy, że razem będziemy nadal. Korespondencyjnie

wprawdzie...

On: Znowu zaczynasz.

Damy radę!

Ona: Pewnie, pewnie...

On: Wiesz, trochę będę tęsknił.

W końcu nasz związek

powstał w tej gazecie.

Trudno się tak całkowicie

odciąć.

Ona: Przecież wspomnienia

pozostają.

On: Och, tak. Nadal pamiętam

smak Twojej sałatki.

Ona: Co jeszcze pamiętasz?

On: Pamiętam, że warto dawać

Wam kwiaty. Że lubicie

chodzić z nimi po mieście

i że nie przeszkadza

Wam, że musicie trzymać

je w trzeciej ręce.

Ona: Tak, pamiętam, tak

dokładnie wtedy powiedziałeś.

On: Lubicie mieć przyjaciół

i przyjaciółki. Zresztą

my też.

Ona: My bardziej wierzymy

w przyjaźń damskomęską.

On: My też, ale jakby znamy

ograniczenia takiego

rozwiązania.

Ona: Wy jesteście prości, a my skomplikowane.

On: No, już tak tego nie spłaszczaj.

Ona: Sam tak powiedziałeś! Poczekaj... „Puls UM”,

numer 131, luty 2011, strona 19, kolumna prawa, wersy

14-15.

On: Zupełnie jak w Piśmie Świętym.

Ona: Co?

On: No nic, takie oznaczenia. Myślisz, że wydadzą nas

kiedyś w formie książki?

Ona: Pewnie, że nie. Jesteśmy dobrzy, ale bez przesady.

On: Czego jeszcze się nauczyłaś?

Ona: Że wino rozplątuje języki.

On: Tej, nie możemy propagować alkoholizmu!

Ona: 1 butelka – też mi alkoholizm.

On: A poza rozluźniającym działaniem etanolu coś jeszcze

zapamiętałaś?

&

Ona: Tak. Datę 10 marca – Dzień Mężczyzny.

On: No! Szacunek!

Ona: Tyle o nas. Sądzisz, że komuś coś te nasze rozmowy

dały?

On: Po listach słabo to widać, ale wiem, że ludzie nas

czytają. Czasem wypytuję o to znajomych.

Ona: I co mówią?

On: No, że fajnie. Tak bez entuzjazmu to mówią, ale jednak

mówią.

18

Gazeta Studentów


ONA & ON

Ona: Może nie chcą sprawiać Ci przykrości.

On: Oj, no przecież nie wiedzą, kto to pisze! A wiesz,

usłyszałem parę miesięcy temu, że niby od nowego roku

akademickiego pisze to ktoś inny, że styl się zmienił.

Ona: Na lepsze czy na gorsze?

On: Nie dopytałem... Ale przecież to nadal my.

Ona: Może jak ładnie poprosimy, to napiszą nam na

zakończenie, czy coś z tego wynieśli? Albo chociaż pośmiali

się?

On: No właśnie, czekamy na odzew. Za każdy list dostaniecie...

Ona: … nie rozpędzaj się, jesteśmy biednymi studentami.

On: Oni też...

Ona: A tak ogólnie, pomijając konkrety – skorzystałeś?

On: Powinnaś siebie zapytać – czy uważasz mnie za bardziej

cudownego niż na początku?

Ona: Na pewno Twoje ego poszło mocno w górę i zaraz

zaczniesz uderzać nim o futryny drzwi!

On: Już nie przesadzaj, nie jest tak źle!

Ona: Trudno mi oceniać Ciebie, a na pewno trudno

mi oddzielić, co jest zasługą wspólnego pisania.

On: Na pewno wiem, że warto rozmawiać. I mówić sobie

pewne rzeczy wprost.

Ona: Tak, na pewno. Ale też nie wszystko. Może czasami

fajnie zostawić trochę tajemniczości.

On: A czy sądzisz, że powinniśmy się przyznać, kim naprawdę

jesteśmy?

Ona: No nie wiem... Kogoś to interesuje?

On: Pewnie nie, ale pod tekstami wypada się podpisać,

prawda?

Ona: No dobrze. To kto pierwszy?

Ania: No, to się wydało.

Maciej: Jak już się ujawniliśmy, to jesteśmy winni

naszym czytelnikom pewne wyjaśnienie.

Ania: Jakie?

Maciej: To, że nasi bohaterowie są całkowicie fikcyjni,

a ich poglądy nie są naszymi poglądami.

Ania: Czy całkowicie? Ja tam bym nie odważyła

się napisać, że „wszelka zbieżność jest jedynie

przypadkowa”.

Maciej: Bardzo trudno pisać taką historię i tworzyć

ją całkowicie de novo.

Ania: Dlatego w tym miejscu bardzo przepraszamy

naszych znajomych i przyjaciół, którymi

inspirowaliśmy się pisząc „nasze” rozmowy.

Maciej: Wszystko jednak ma swój koniec, więc...

Ania: … chcielibyśmy Wam życzyć wielu owocnych

rozmów...

Maciej: … ze swoimi cukiereczkami, gruszeczkami

i nie tylko.

Ania: A do pisania Pamiętnika Lekarza Stażysty

też już się przyznasz?

Maciej: Ciiiszej, to miał być smakowity kąsek na

październik!

Maciej Tomczak

Anna Zajączkowska

ona@pulsum.pl

on@pulsum.pl

4

2 9 5

5 7 1 6

1 9 3 5

8 2 9 7

9 2 6 1

7 2 5 3

3 9 2

4

SU

DO

KU

Puls UM

19


OPOWIADANIE

– Żyjesz?! – zdawał się krzyczeć głos dobiegający ze

słuchawki.

– Tak…zdaje mi się, że tak… która jest godzina? – zapytał

zachrypniętym głosem Robert.

– Ósma, a ciebie nie ma w pracy! Nie zamierzam znowu

kryć cię przed szefem, masz być tu za pół godziny, czekam!

– Postaram się – słowa zaległy w ciszy rozłączonego

połączenia.

Po krótkiej szarpaninie z kołdrą Robert wyrwał się

z łóżka, po czym opadł bezwładnie na podłodze, odnajdując

ukojenie, dla nad wyraz ciężkiej, głowy na miękkim

dywanie. Spożyty poprzedniej nocy alkohol nadal krążył

w jego żyłach. Ten stan najwidoczniej nie służył jego koncentracji,

utrudniając wykonanie jakiejkolwiek złożonej

czynności. Po chwili podniósł się ociężale z wełnianego

posłania i ruszył w kierunku kuchni. Doskonale wiedział,

czym skończy się kolejny opuszczony dzień w pracy. Przemył

twarz pod strumieniem lodowatej wody kuchennego

kranu, po czym zmusił się do wypicia gorzkiej kawy. Zastrzyk

kofeiny zadziałał jak należy – po kwadransie Robert

był już w połowie drogi do pracy. Na miejscu jego zapał

i mobilizacja zetknęły się z chłodnym wzrokiem przełożonego.

– Za pięć minut widzę ciebie w moim biurze.

– Szykuje się małe piekiełko… – zakpił Robert pod

nosem.

Ku jego zdziwieniu nie poczuł lęku. Jego umysł nie

przejawiał żadnych myśli zdradzających strach. Obojętność

nakazała mu wzruszyć ramionami i wolnym krokiem

wyruszyć w stronę sąsiedniego biura. Nie upłynęło pół

godziny, nim nastąpił koniec burzliwej rozmowy na temat

ich dalszej współpracy. Z wymalowaną na twarzy satysfakcją,

Robert podziękował i wyszedł z budynku. Zajrzał

do kieszeni płaszcza w poszukiwaniu paczki papierosów,

po czym rzucił ni to do jej zawartości, ni to do siebie: „Papieros

się przyda”. Odpalił ostatniego LM-a i z triumfalnie

podniesioną głową zaciągnął się głęboko. Obserwując

chmurę wypuszczanego dymu śmiał się gorzko, nie zważając

na przerażone spojrzenia mijających go przechodniów.

***

– Czterdzieści sześć pięćdziesiąt. – rzuciła młoda

dziewczyna zza lady.

Robert położył pięćdziesięciozłotowy banknot i kiwając

głową z uśmiechem odparł:

– Małżeństwo to prawdziwa skarbonka bez dna.

Jego nastrój powrócił, stał się bardziej pogodny

i w myślach planował kolację, którą zrobi żonie po powrocie

do domu. Kiedy przekroczył próg mieszkania zawołał

radośnie:

– Skarbie! Mam nadzieję, że zgłodniałaś!

Ostatnie słowo

część 2, ostatnia.

Nie usłyszał odpowiedzi, której i tak się nie spodziewał.

Wynalazek wodoodpornych słuchawek, do których

jego żona tak bardzo się przyzwyczaiła, momentami stawał

się uciążliwy. Jednak teraz zupełnie mu ten fakt nie

przeszkadzał. Włączył płytę, którą dostał od Gosi jeszcze

za czasów narzeczeństwa i w podskokach skocznej muzyki

wykonywał polecenia narzucone w książce kucharskiej. Po

dłuższej chwili zrezygnował z podejmowania kolejnych

prób zrobienia sosu o odpowiedniej gęstości i postanowił

wykorzystać zdolności kulinarne żony. W tym celu udał

się do znajdującej się na końcu korytarza łazienki. Zapukał

raz, za chwilę kolejny. Ciszę uznał za zaproszenie, pociągnął

za klamkę i wszedł do środka. Wanna wypełniona po

brzegi pianą nie skryła nagiego ciała żony, które unosiło się

na powierzchni wody.

***

– Gosia, Gosia! Spójrz na mnie, otwórz oczy! No

spójrz! – wspomnienie jego własnych słów wypalało bolesne

piętno w jego sercu.

Postawił kołnierz płaszcza i owinął go szczelnie szalikiem.

Jesień zdawała się trwać wiecznie, a rzęsisty deszcz

nie miał litości dla wszystkich nieszczęśników pozbawionych

parasola. Robert uparcie mijał kolejne uliczki ściskając

w dłoni bukiet ulubionych słoneczników Gosi. Minął

bramę cmentarza i skierował się w drugą alejkę po prawej

stronie. Mijał kolejne pomniki, po czym dotarł na grób

małżonki. Położył kwiaty na brzegu marmurowego nagrobka

i przyklęknął, by zmówić modlitwę. Po raz kolejny

dzisiejszego dnia czuł się jakby postradał zmysły. Śmiał się

jak szaleniec, nie dowierzając temu, co stało się zaledwie

tydzień temu. Przypomniał sobie moment, gdy w tamtym

czasie niósł taki sam bukiet, tej samej kobiecie. Wydarzenia

minionego tygodnia zdawały się tak odległe, a zarazem

paliły jego serce żywym ogniem żalu i nienawiści do całego

świata i samego siebie.

– Wiesz, kochana… Ten kretyn mnie zwolnił, wyobrażasz

sobie? Raptem dwa nadprogramowe dni opuszczone

w pracy. Ten facet ma serce z kamienia. – Robert podniósł

się i nie przerywając swojego monologu podszedł do wygrawerowanego

w marmurze imienia żony. – Nie lubiłem

tej pracy, więc może lepiej, że tak się stało. Nieistotne.

Wszystko nieistotne.

Przetarł delikatnie dłonią złote litery, układające się

w słowo „Gosia” i zaśmiał się w duchu na wspomnienie

tego, jak bardzo nie lubiła imienia „Małgorzata”.

Jego wzrok utkwił w napisanym poniżej: „Weź na drogę

dobrych chwil, kto wie co tam w niebie dadzą ci (…)

Próg, przekroczyć nieba próg, byś mógł, pukaj aż uchylą

wrót.”

B.

20

Gazeta Studentów


Apteczka z natury

Z KOCIOŁKA MŁODYCH ZIELAREK

Wakacje to ciężka próba dla naszej warstwy ochronnej, czyli skóry. Spalamy ją słońcem,

drapiemy o korzenie, tłuczemy o twarde elementy krajobrazu (kamienie, tak dla przykładu)…

Jeśli jednak na łonie natury robimy jej krzywdę, dlaczego nie przynieść jej ulgi także

w sposób naturalny? Szczególnie, że inne sposoby w głuchej dziczy mogą nie być tak łatwo

dostępne. Zajrzyjcie z nami do naturalnej apteczki!

Słońce, słońce, słońce, ach to ty!

Ach, słońce… Z nim w czasie lata jest zawsze najwięcej

problemów, bo albo opalać nie chce, albo próbujemy

się przed nim chronić, albo już

nas dotkliwie poparzyło i skóra

schodzi z nas jak z cebulki.

Na każdy z tych problemów

mogą pomóc zioła, jednak często

właśnie połączenie słońce

+ zioła powinno zapalić nam

w głowie czerwoną lampkę.

Wiele roślin zawiera związki

fotouczulające (najczęściej naftodiantrony),

przez co stosowanie

ich w jakiejkolwiek postaci

może doprowadzić do poparzeń

słonecznych lub powstania

brzydkich, brązowych, niedających

się w żaden sposób usunąć

plam. A tego oczywiście nie

chcemy. Dlatego nie należy stosować

przede wszystkim dziurawca,

bergamotki, arcydzięgla

i nagietka! Nawet jeśli są składnikami

gotowych preparatów.

Nie powinno się również stosować

dziurawca, aby przyspieszyć

opalanie, ponieważ jest to

po prostu niebezpieczne i może

dać bardzo nieestetyczne efekty.

Z drugiej strony istnieją rośliny,

które mogą ochronić nas

przed szkodliwym działaniem

promieniowania UV. Ich działanie

nie jest jednak na tyle silne,

by w pełni zabezpieczyć nas

przed słońcem, dlatego nie możemy nimi zastąpić kremów

z filtrem. Warto jednak wspomnieć, że olej z awokado,

wyciąg z rumianku, aloesu i orzecha włoskiego to najstarsze

naturalne filtry chroniące przed promieniowaniem UV.

Jeśli mamy ochotę, możemy stosować je jako dodatkową

warstwę chroniącą przed słońcem.

Puls UM

Dochodzimy wreszcie do ostatniego problemu związanego

ze słońcem, w którym rośliny mogą wykazać się

najbardziej, czyli oparzeń słonecznych.

W poniższych przepisach

króluje lawenda, aloes,

orzech włoski i rumianek. Zapewniamy,

że są godną alternatywą

dla maślanki ;)

Aloes

Duży liść aloesu pokrój,

dokładnie rozgnieć widelcem

na miazgę i papką okładaj poparzone

miejsca. Kurację powtarzaj

dwa razy dziennie.

Zawarte w aloesie enzymy pomagają

w szybszym usuwaniu

martwych komórek naskórka

i przyspieszają jego regenerację.

Olejek lawendowy

Kilka kropel olejku roztrzep

w odrobinie wody (może

być mineralna niegazowana),

a następnie smaruj obolałą i zaczerwienioną

skórę. Lawenda

doskonale odkaża i działa bakteriobójczo.

Lawendowa oliwka do ciała

2 łyżki olejku lawendowego

wymieszaj z 1/2 szklanki oleju

z migdałów (kupisz go w aptece).

Gotową miksturę najlepiej

wcierać w jeszcze wilgotną

skórę.

Orzeźwiający napar na twarz

2 saszetki z kwiatem rumianku zalej szklanką wrzącej

wody. Odstaw na mniej więcej 3 godziny, aby dobrze

naciągnął. Potem przelej do czystej butelki ze spryskiwaczem

i zraszaj twarz, gdy tylko przyjdzie ci ochota. Nie

wyrzucaj saszetek – można z nich zrobić okłady na oczy

lub przecierać podrażnioną słońcem skórę.

21


Z KOCIOŁKA MŁODYCH ZIELAREK

Kąpiel w naparze z orzecha włoskiego

4–5 saszetek z kwiatem orzecha włoskiego zalej litrem

wrzątku i odstaw na 3 godziny do naciągnięcia.

Gotowy napar wlej do wanny wypełnionej wodą. Taka

kąpiel ma działanie oczyszczające, delikatnie zabarwia

skórę na ciemniejszy kolor, a także pozostawia na niej

filtr chroniący przed promieniowaniem UV.

Powyższe przepisy podpatrzono na http://www.kochamwies.pl/eko/uroda/13329-ziola-kontra-slonce

.

Skaleczenia, obrzęki i siniaki – oznaki

prawdziwego trapera.

Nawet prawdziwy traper powinien wiedzieć, jak

można zaradzić na tego typu niedogodności. Jeśli nawet

sam posiada zbyt wysoko usytuowaną dumę, żeby pozbawiać

się tych zewnętrznych oznak, może kiedyś będzie

mógł w ten sposób bohatersko pomóc komuś innemu.

Dlatego warto zapamiętać kilka prostych metod, z wykorzystaniem

roślin, które zawsze latem znajdziemy gdzieś

w pobliżu.

Liść babki lancetowatej – jako surowiec śluzowy jest

pospolicie stosowany w stanach zapalnych gardła i jamy

ustnej, jednak możemy wykorzystać również inne jego

właściwości. Liść babki zawiera glikozydy irydoidowe,

głównie aukubinę i katalpol, które wykazują działanie

przeciwzapalne i przeciwbakteryjne. Możemy sięgnąć

po babkę lancetowatą w przypadku zranień, oparzeń czy

owrzodzeń, ponieważ przyspiesza ona gojenie ran i regenerację

naskórka.

Sposób przygotowania: Stosujemy sok ze świeżych

liści, który działa bakteriobójczo dzięki zawartości

aukibigeniny powstającej z aukubiny pod wpływem

β-glukozydazy. Nanosimy go na zranione miejsca. Możemy

przygotować również odwar z suszonych liści babki i

stosować do okładów i przemywań.

Ziele krwawnika pospolitego pomoże nam przy

skaleczeniach i krwawieniach. Jego cenne właściwości

znane są od wieków. W średniowieczu wykorzystywano

jego właściwości przeciwkrwotoczne, robiono też okłady

z krwawnika na stany zapalne i ropnie. Stosowano przy

wewnętrznych przekrwieniach, biegunkach i bólach jelit.

Sposób przygotowania: Dziś także możemy wykorzystać

krwawnik w przypadku zranienia.

Należy przygotować mocny napar z ziela i przemywać

nim ranę lub nasączyć gazę, którą następnie przyłożyć

na skaleczenie.

Kwiatostany stokrotki pospolitej możemy przyłożyć

na stłuczenia, obrzęki czy siniaki. Właśnie ta jedna z

najczęściej spotykanych na co dzień roślin może okazać

się pomocna przy tego typu problemach. Ta niepozorna

roślinka kryje w sobie wiele związków czynnych z różnych

grup chemicznych.

Sposób przygotowania: Stokrotka znajduje zastosowanie

miedzy innymi w postaci zewnętrznych odwarów

z kwiatostanów przykładanych w formie okładów na

obrzęki, siniaki, otarcia naskórka. Garść kwiatostanów

stokrotki zalać wodą, gotować pod przykryciem kilka

minut, przecedzić i przykładać na obolałe miejsca.

Zmora wieczornego grilla –

czyli owady w akcji.

Nie można zaprzeczyć, że jednym z bardziej uciążliwych

aspektów wakacji są wszędobylskie owady. Jeśli

jednak nie uda nam się zapobiec spotkaniu pierwszego

stopnia z ich żądłami i różnego typu aparatami gębowymi,

nie wszystko jest jeszcze stracone. Na ratunek mogą

przyjść rośliny.

Ziele macierzanki piaskowej ze względu na swoje

właściwości przeciwświądowe i dezynfekujące przyniesie

nam ulgę po użądleniu przez pszczołę lub po spotkaniu

z chmarą komarów.

Sposób przygotowania: Możemy przykładać bezpośrednio

świeże części rośliny na ukąszenia lub stosować

w postaci okładów z naparu.

Dolegliwości związane z ukąszeniami owadów złagodzą

także świeże kwiaty rumianku, ziele babki lancetowatej

czy po prostu cebula, przykładana w plasterkach

na obrzęk

Ziele świetlika na podrażnione oczy.

Pyłki roślin, kurz odludnych terenów, bakterie tu i

ówdzie… i podrażnienie oczu murowane. Nie ma więc na

co czekać, tylko poszukać ziela świetlika (wbrew nazwie

nie świeci, więc radzimy raczej szukać go w aptece – też

odczuwamy w tym miejscu zawód). Świetlik łąkowy,

choć wygląda całkiem niepozornie, działa przeciwzapalnie,

przeciwbakteryjnie i przeciwalergicznie. Uszczelnia

ściany naczyń i hamuje uwalnianie histaminy. Pradawne

przekazy mówią, że zastosowany w postaci odwaru łagodzi

bakteryjne i alergiczne zapalenie spojówek.

Sposób przygotowania: Z łyżki ziela (lub saszetki,

jeśli poszliście za naszą radą) sporządzić odwar, przecedzić,

nasączyć nim kompresy i przykładać do oczu. Nie

pić ;) Żołądek i oko są jednak dość daleko.

W ten sposób wyposażyłyśmy was w naturalną apteczkę,

której nie trzeba nosić w plecaku. Mamy jednocześnie

nadzieję, że nie będziecie zmuszeni zbyt często

korzystać z jej dobrodziejstw i po wakacjach będziecie

wszyscy rumiani, gładko opaleni i z nieprzerwaną ciągłością

warstwy ochronnej.

Anita Pogorzelska

Marta Ptaszyk

22

Gazeta Studentów


POD LUPĄ

Kardiochirurgia

Specjalista kardiochirurg –

Dr n. med. Marcin Misterski

Dlaczego zainteresował się Pan tą dziedziną nauki?

Kiedy stwierdził Pan Doktor, że to jest właśnie to, co

chce w życiu robić?

Od zawsze chciałem być chirurgiem. Kardiochirurgia

wyszła trochę przypadkowo, a zainteresowałem się nią

na zajęciach na czwartym roku studiów. Nie spodziewałem

się, że zostanę kardiochirurgiem, szczerze mówiąc

nie myślałem, że dam radę.

Ile trwa specjalizacja z kardiochirurgii i jak przebiega

proces kształcenia?

Obecnie specjalizacja ta trwa 6 lat i jest specjalizacją

podstawową. Warunkiem przystąpienia do egzaminu

końcowego jest przeprowadzenie 150 operacji kardiochirurgicznych

w roli pierwszego operatora i 500 operacji

w ramach asysty. Prócz tego należy wspomnieć

o kursach, szkoleniach, konferencjach. Należy odbyć

staże kierunkowe z chirurgii ogólnej, dziecięcej, torakochirurgii,

kardiologii i kardiologii interwencyjnej. Mile

widziane jest również członkostwo w towarzystwach

naukowych oraz szeroko rozumiana działalność naukowa.

Jak wygląda egzamin końcowy/specjalizacyjny?

Egzamin końcowy składa się z kilku części. Pierwsza

polega na przeprowadzeniu zabiegu w roli pierwszego

operatora, a po jej zaliczeniu następuje część teoretyczna,

na którą składa się egzamin pisemny i ustny.

Co jest najtrudniejsze dla przyszłego kardiochirurga

w procesie jego specjalizacji?

Według mnie najtrudniejszą umiejętnością w chirurgii

jest obiektywna ocena samego siebie i własnych możliwości

(aby nie porywać się na rzeczy, które się widziało

w internecie), a także umiejętność radzenia sobie w trudnych,

nietypowych sytuacjach, nierzadko bez pomocy

bardziej doświadczonych kolegów.

Jaka jest liczba specjalistów kardiochirurgii w Polsce?

Czy Pana zdaniem odpowiada w pełni zapotrzebowaniu?

Jest około 150 kardiochirurgów w naszym kraju i około

100 osób w trakcie specjalizacji, kształcących się w około

25 ośrodkach. W związku z tym, że nadal mamy tzw. listę

oczekujących na operację kardiochirurgiczną, wydaje się,

że mogłoby być nas jeszcze więcej. Pacjent teoretycznie

czeka w kolejce na operację, którą wypadałoby przeprowadzić

szybciej. Czyli nie jest to sytuacja komfortowa,

kiedy diagnozujemy chorobę, a pacjenta operujemy za 2-3

miesiące. Także wzrost liczby specjalistów i ośrodków

umożliwiłby przeprowadzenie większej ilości procedur,

nie dotyczy to tylko kardiochirurgii, ale również innych

specjalności lekarskich. Jednak problem jest bardziej złożony,

gdyż często liczba procedur wykonywanych jest

ograniczana limitem zakontraktowanym z NFZ.

Jakimi jednostkami chorobowymi zajmują się kardiochirurdzy

?

Najczęściej zajmują się leczeniem konsekwencji choroby

niedokrwiennej za pomocą by-passów tzn. pomostowania

aortalno-wieńcowego, korygują nabyte wady serca

– najczęściej wady zastawkowe. Poza tym zajmują się

leczeniem chirurgicznym tętniaków, rozwarstwień aorty,

usuwaniem skrzeplin, ciał obcych oraz guzów serca.

Wreszcie wykonują oni transplantacje narządów klatki

piersiowej.

Czy kardiochirurdzy operują także na ostro? Czy są

to głównie zabiegi planowe?

Tak, jednak w większości są to operacje planowe. Poza

tym jesteśmy pod stałym dyżurem w tzw. gotowości (każdy

z nas 2 tygodnie w miesiącu, 24h/dobę). Polega to

na tym, że w razie konieczności przeprowadzenia pilnej

operacji jesteśmy w pełni dyspozycyjni.

Czy kardiochirurdzy pracują również w poradniach?

Tak, jest poradnia przyszpitalna chirurgii serca. Niemniej

jednak jest to mniejszy odsetek naszego czasu pracy,

głównie spędzamy go na sali operacyjnej.

Czy kardiochirurdzy zajmują się także przypadkami

pediatrycznymi?

Owszem, jest to jednak domena kardiochirurgii dziecięcej.

Nie istnieje co prawda odrębna specjalizacja – wszyscy

jesteśmy kardiochirurgami – ale tak naprawdę zajmują

się oni zupełnie inną medycyną i trzeba otwarcie

powiedzieć, że nie potrafilibyśmy wykonać większości

tamtych zabiegów i vice versa.

Puls UM

23


POD LUPĄ

Z jakimi specjalistami przede wszystkim współpracują

kardiochirurdzy?

Najczęściej z kardiologami, którzy diagnozują pacjentów,

ustalają wskazania do operacji. Oprócz tego pracujemy

również z torakochirurgami – nierzadko przeprowadzamy

operacje łączone, przykładowo jeśli trzeba

wykonać rewaskularyzacje i usunąć płat płuca. Ponadto

z chirurgami naczyniowymi, gdyż miażdżyca jest procesem

uogólnionym, mogącym zająć każde naczynie

i z radiologami podczas procedur implantacji stentgraftów

aorty piersiowej. Poza tym nie moglibyśmy się

obejść bez pomocy anestezjologów, którzy przygotowują

pacjenta do operacji, czuwają nad jej przebiegiem

i opiekują się nim na oddziale pooperacyjnym. Dobra

współpraca chirurga, anestezjologa i kardiologa, podczas

której należy popierać swoje argumenty wiedzą,

ale też słuchać argumentów innych, to klucz do sukcesu,

którym jest zdrowy pacjent.

Czym różni się obszar zainteresowania

kardiochirurgii i kardiologii

inwazyjnej?

Interesuje nas często ta sama grupa

pacjentów. Jednak kardiolodzy inwazyjni

mają konkurencyjną metodę

leczenia choroby wieńcowej

– angioplastykę wieńcową połączoną

z wszczepianiem stentów.

I tutaj trzeba powiedzieć jasno, że

wyniki terapii rewaskularyzacji

bezpośredniej mięśnia sercowego,

czyli tzw. by-passów, są wynikami

lepszymi. Co prawda nasza działalność wiąże się

z większym urazem, ze względu na to, że kardiochirurdzy

"otwierają" klatkę piersiową a kardiolodzy wykorzystują

dostęp przeznaczyniowy, natomiast wg mnie po

latach ważniejsze dla pacjenta od rozmiaru blizny jest

życie i brak dolegliwości. Często też jest tak, że operujemy

pacjentów, których zdyskwalifikowali kardiolodzy

ze względu na złożoność zmian naczyniowych.

Na jakim poziomie funkcjonuje kardiochirurgia Polsce?

W mojej ocenie na całkiem niezłym, ale mamy jeszcze

dużo do zrobienia i możemy się jeszcze wiele nauczyć.

Duże znaczenie ma w tym przypadku dostępność usług

i ilość wykonywanych procedur w przeliczeniu na tysiąc

mieszkańców, która jest znacznie wyższa w krajach Europy

Zachodniej i Stanach Zjednoczonych niż w Polsce.

Ponadto społeczeństwa te charakteryzują się większym

odsetkiem ludzi starszych, a ograniczenia wiekowe dyskwalifikujące

do zabiegu są bardziej liberalne niż w naszym

kraju. Także polska kardiochirurgia jest bardzo

dynamicznie rozwijającą się dziedziną i w wielu przypadkach

poziom wykonywanych operacji nie odstępuje

od poziomu zachodnioeuropejskiego, jednak są wyjątki

– zwłaszcza jeśli chodzi o ilość przeprowadzanych transplantacji

narządów klatki piersiowej oraz zastosowanie

systemów mechanicznego wspomagania krążenia. Te

ostatnie są w stanie czasowo zastąpić pracę serca i stanowią

niejaki pomost w oczekiwaniu na transplantację.

Jeśli chodzi o tę metodę – my dopiero raczkujemy, natomiast

są kraje, gdzie stanowi ona dobrze udokumentowane

działanie terapeutyczne.

Jakie są Pana zdaniem największe zalety tej specjalizacji?

Zalet jest tyle samo co wad. Jednakże niewątpliwą zaletą

kardiochirurgii jest możliwość uczestniczenia w bardzo

ciekawej działce medycyny. Choć jest ona wymagająca,

daje bardzo dobre wyniki. Większość

naszych pacjentów po przeprowadzonych

operacjach żyje i czuje się

lepiej. Kardiochirurgia jest chirurgią

radosną, po wielu latach możemy

spotkać się z pacjentami, którzy byli

przez nas operowani.

Czy jest Pan Doktor w stanie wskazać

jakieś wady?

Ktoś kiedyś powiedział, że życie rozpoczyna

się po wyjściu z pracy. Życie

kardiochirurga często w tym momencie

się kończy. Jest niewielu lekarzy w Poznaniu, którzy

pracują tak długo jak my. Jako wadę można wskazać

również fakt, że dość późno stajemy się samodzielni.

Jest to specjalizacja, która wyczerpuje fizycznie i psychicznie.

Operacje są długie, a przez cały czas jesteśmy

narażeni na stres. Jeśli każdego dnia będziemy uczestniczyć

w 2 zabiegach trwających średnio ok. 3,5 godziny,

daje nam to 7 h wysiłku fizycznego. Z tego powodu nie

polecałbym tej specjalizacji kobietom. Kardiochirurgia

wiąże też lekarza ze Szpitalem, nie da się jej uprawiać

ambulatoryjnie. Ogólnie jest to jednak dobra specjalizacja,

daje wiele radości z pomagania pacjentom.

To miało być nasze kolejne pytanie... Czy kobieta

może zostać kardiochirurgiem?

Oczywiście – jeśli się uprze, jest zdolna i zdeterminowana

to poleci w Kosmos, a nie tylko zostanie chirurgiem.

Natomiast pytanie brzmi “czy warto”? Czy warto

poświęcić wszystko, żeby zostać kardiochirurgiem?

24

Gazeta Studentów


POD LUPĄ

Kobieta w tej roli wydaje się być mało “kompetycyjna”

w stosunku do mężczyzny, musi być więc dużo, dużo

lepsza, by zyskać podobne uznanie w społeczeństwie,

bo taki jest stereotyp. Poza tym kobieta zazwyczaj zakłada

rodzinę, chce mieć dzieci. Każda ciąża eliminuje

kobietę na około 1,5 roku z możliwości wykonywania

procedur, a koledzy mężczyźni idą do przodu.

Czy Kardiochirurg powinien mieć wśród znajomych

dobrego prawnika? Wydaje się, że skoro są to operacje

tak trudne, ryzyko wystąpienia powikłań, a co

za tym idzie procesów sądowych, jest szczególnie

wysokie?

Jak każdy lekarz, powinien mieć wielu dobrych kolegów

– to ważne żeby

wiedzieć, iż czasami

potrzebna jest pomoc

z innej dziedziny życia,

na której się mniej

znamy niż na medycynie.

Warto jednak pamiętać,

iż każdy nasz

potencjalny pacjent jest

osobą chorą, stąd wielu

ma świadomość tego,

że wynik pooperacyjny

nie zawsze będzie

optymalny. Nie obcujemy,

jak przykładowo

ginekolodzy, z populacją

ludzi zdrowych,

gdzie w przypadku

wystąpienia komplikacji/powikłań

prawdopodobieństwo

procesu

sądowego jest większe. Myślę, że w naszej klinice

mamy bardzo mały odsetek niezadowolonych pacjentów.

Niezwykle istotne są relacje z pacjentami, a przede

wszystkim uczciwa rozmowa co do prognozowanego

wyniku operacji. Pacjent, idąc na operację, musi znać

płynące z niej korzyści, ale także potencjalne ryzyko

powikłań i śmiertelności. Dotyczy to również rodziny,

którą należy informować "po amerykańsku", tj. z brutalną

szczerością, tego wymaga nasza etyka lekarska.

Ciężko choremu pacjentowi warto jednak pozostawić

odrobinę nadziei, która – jak kiedyś usłyszałem – jest

jak chwast: “zawsze trochę odrasta, nigdy nie umiera”

i ta nadzieja dodaje mu siły.

Czy są jakieś cechy, które powinien prezentować

kandydat zainteresowany specjalizowaniem się w tej

dziedzinie ?

Kandydat powinien być pracowity, odporny psychicznie,

dosyć zawzięty i nieustępliwy. Powinien być inteligentny.

Poza tym należy wyróżniać się wolą walki i nigdy

się nie poddawać. Mam wrażenie, że wielu lekarzy

zbyt wcześnie się poddaje, mówiąc, że nic nie da się

zrobić. Powinien być też optymistą.

Czy chciałby Pan Doktor podzielić się jeszcze czymś

z naszymi czytelnikami?

Ogólnie uważam, że lekarz to jest bardzo dobry zawód,

nikogo nie chciałbym zniechęcać, a wielu zachęcić, aby

ten zawód wykonywali

z pasją i uśmiechem.

Jeśli ktoś chce zostać

kardiochirurgiem, musi

się tej pracy poświęcić,

jednak na pewno będzie

miał z tego wiele

satysfakcji. Cieszę

się, że mogę pracować

w Klinice Kardiochirurgii

Uniwersytetu

Medycznego, gdyż

panuje tu bardzo dobra

atmosfera, można

liczyć na wsparcie

kolegów. Ważne jest

również, jak młodego

człowieka będzie

postrzegał szef, czy

da mu szansę rozwoju?

Młody potencjalny

chirurg na początku swojej drogi nie potrafi manualnie

nic, ma wiele lęku i dlatego dobry Mistrz, który "poprowadzi

mu rękę" i doda spokoju w chwilach ciężkich,

jest wielkim skarbem. Osobiście wiele zawdzięczam

tym, którzy byli ze mną podczas wykonywania moich

pierwszych operacji, zawsze będę to pamiętał. Ja uważam,

że to w młodych ludzi powinno się inwestować, by

jak najszybciej stawali się samodzielni i odpowiedzialni

za pacjenta. Na koniec chciałbym życzyć wszystkim

potencjalnym kardiochirurgom dużo szczęścia i wytrwałości.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali : Martyna Musik

Grzegorz Sławiński

Puls UM

25


OPOWIADANIE

Dawna opowieść część 4. i ostatnia

Trochę czasu już minęło. Zygmunt, leżąc na wilgotnej

ściółce leśnej, w cieniu brzóz, chwycił się za brzuch, by

stłumić dobywające się z niego przeraźliwe burczenie. Na

niebie już pojawił się róż zachodu słońca, a dziewczyny

jak nie było, tak nie ma.

- Cóż, trzeba się ruszyć! - Podniósł się na sprężystych

nogach i zaczął czyścić ubranie od liści i gleby. – Cezar,

przestań szczekać na te głupie wiewiórki! – Wierny psi

kompan jak szalony biegał dookoła drzewa, szczekając

namiętnie w stronę jego korony. Psi zew natury jest jednak

silniejszy niż nakazy Pana.

Nagle dało się usłyszeć szelest, szybkie kroki i w następnej

chwili dziewczyna stała przed młodym podróżnikiem,

uśmiechnięta, z przerzuconym na plecy temblakiem.

- Maryjo przenajświętsza! Nie strasz ludzi w ten sposób,

mogłaś zginąć! – Zygmunt zdążył wyrwać się z półsennego

zamroczenia i wyciągnąć miecz, lecz kolana drżały

mu niczym galareta.

Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.

- Skąd wiesz, jak mam na imię? – Lecz machnęła

szybko ręką. - No już daj spokój, patrz! - Zrzuciła balast

z pleców na ziemię, ukazując bogactwo chleba, słoików

z miodem, odrobiny śmietany i kiełbas wołowych. - Mam

też wodę - na ramieniu targała 3 skórzane bukłaki.

Młody chłopak popatrzył na całe to dobrodziejstwo

i próbując nadal powstrzymać burczenie w brzuchu, zaczął

szukać monet w plecaku.

- Dzielimy się wydatkami po połowie?

- Daj spokój. Potraktuj to jako podziękowanie za uratowanie

życia - uśmiechnęła się promiennie, ukazując perłowo-białe

zęby. - Jeżeli to dla ciebie nadal ujma, mogę

cię nająć jako mego osobistego ochroniarza – mrugnęła

jednym okiem porozumiewawczo, kucnęła i zaczęła kroić

pajdy chleba. - Daruję tobie nawet wypadek z mlekiem,

chodź bardzo niechętnie…

Usiedli na starych pniach i zjedli, nie spiesząc się. Cezar

nadal szczekał jak opętany.

- Plan podróży nie jest idealny. Już robi się ciemno,

a przecież w lesie nie będziemy spać. Powinniśmy wyruszyć

czym prędzej, dojść do jakiejś polany czy pola i tam

odpocząć. Zaoleinuję tylko miecz i idziemy – strzepnął

okruchy chleba z ubrania, podszedł do swojego plecaka

i wyjął potrzebny mu zestaw. Usiadł spowrotem na pieniek

i zaczął oliwić swój miecz. Przedtem zdążyło obmyć go

tylko wodą, a nie mógł dopuścić, by zardzewiał!

- Jaki piękny herb! - Dziewczyna wskazała herb na

rękojeści. Przedstawiał dwa walczące orły nad wieńcem

z liści laurowych. - Trofeum po walce, czy jesteś szlachcicem?

- Szlachcicem? - Zygmunt zaśmiał się szczerze. - Można

by tak powiedzieć. Pochodzę ze zubożałej szlachty, pozostaliśmy

wyłącznie ja z moją kochaną matką, która teraz

pewnie namiętnie suszy czarcie ziele. A tym oto mieczem

jesteśmy bogatsi od zwykłego chłopa na roli – uniósł broń

i sprawdził, czy olej równo pokrywa cała jego powierzchnię.

- Nie ma więc nawet o czym mówić.

- Rozumiem - dziewczyna zarzuciła swoje długie blond

włosy na plecy i wyciągnęła rękę.- Na imię mi Maria.

- Zygmunt - odwzajemnił uścisk. - A ty kim jesteś?

- Córką mleczarza - odpowiedziała, po raz kolejny

prezentując promienny uśmiech.

Znudzony pies w końcu zaprzestał szaleńczego polowania

na drobną zwierzynę leśną i pocieszony został całą

kiełbasą wołową oraz kawałkiem chleba.

Zdążyło już całkiem ściemnieć, kiedy nasi podróżnicy

postanowili ruszyć w drogę. Obładowani prowiantem

i bukłakami z wodą, przedzierali się przez las, który, na

szczęście, nie był aż tak gęsty.

Nie rozmawiali ze sobą za dużo. Maria, idąc z tyłu,

twardo patrzyła pod nogi, pochłonięta własnymi myślami

i trzymając się za serce. Pewnie nadal jest w szoku.

Dzięki Bogu! Tak jest o wiele lepiej – pomyślał chłopak

– przynajmniej mogą się skupić i uważać na zwierzęta

czyhające w ciemności. Nie miał też potrzeby zadawania

pytań, jak i odpowiadania na jakiekolwiek dalsze.

Minęły może 2 godziny, kiedy w końcu udało im się

wyjść z lasu. Ich oczom, przyzwyczajonym do ciemności,

ukazały się ogromne tereny pokryte szachownicą pól

i sadów. Dziewczyna przystanęła, zastanowiła się chwilkę,

sprawdziła kierunek wiatru zerwaną kępką trawy.

– Droga powinna być za tamtym wzgórzem – wskazała

kierunek – Prowadzi bezpośrednio do miasta. Dobrze,

że jest noc, nikt nie będzie tędy jechał. Myślę, że nawet

bez sensu jest zatrzymywać się na spanie.

– Zgoda.

Ruszyli we wskazanym kierunki, przedzierając się

przez sady wiśniowe, które akurat obrodziły we wspaniałe,

rubinowe owoce, duże, słodkie i błyszczące. Napchali

sobie nimi szczodrze kieszenie i usta. Maria zerwała kilka

polnych kwiatów, uplotła wianek i założyła na głowę.

Dziwny to zwyczaj – pomyślał chłopak.

Na całe szczęście o tej porze roku noce są całkiem

ciepłe. Kiedy zaczęło świtać, widzieli już Grzesin przed

sobą. Było to typowe, średniej wielkości miasto przy dużej

drodze, dobrze rozbudowane, z budynkami z cegły i ulicami

w kocie łby. Minęli tablicę z napisem „Grzesin wita

swoich i podróżnych” i przekroczyli główną bramę.

– Nareszcie! Dotarliśmy cali i bezpieczni. Opatrzność

boska jednak czuwa nad nami! – Dziewczyna uśmiechnęła

się mimo zmęczenia, rozciągnęła mięśnie na nogach

i zwróciła się do Zygmunta – Gospoda znajduje się tą ulicą

po lewej, na pewno trafisz. Ja muszę się zająć swoimi

sprawami jak najszybciej. Dziękuję bardzo za podróż –

ucałowała go delikatnie w policzek – Cieszę się, że obyło

się bez niebezpieczeństw! – Miała całą brodę ubrudzoną

sokiem z wiśni.

– Przyjemność po mojej stronie - powiedział dumnie,

26

Gazeta Studentów


OPOWIADANIE

prostując szlachetne plecy.

– To do zobaczenia.

– Do zobaczenia!

Każde poszło w swoją stronę. Cezar zaczął cicho

skomleć za dziewczyną.

– Ha, ktoś ma tutaj miękkie serce, czyż nie? Psie?

Ulice były prawie puste. Piekarze otwierali swoje

sklepiki, niektórzy prowadzili konie na wypas. Gospoda

okazała się wielkim budynkiem, chyba jako jedyny zbudowany

z drewna, pokryty jasną strzechą. Przed wejściem

stał najprawdopodobniej gospodarz, wyrzucając resztki

z wczorajszej uczty kurom.

– Dzień dobry, czy gospoda otwarta?

– A jakże! Zapraszamy Wać Pana do środka! Właśnie

rozpalamy kuchnie! – Rosły mężczyzna z czerwonym

nosem lecz sympatyczną twarzą, zapraszającym gestem,

wskazał drzwi.

W środku, o dziwo, okazało

się, że Zygmunt nie jest pierwszym

klientem. Przy stoliku w rogu Sali,

siedziało dwóch mężczyzn. Jeden

wysoki i chudy, drugi również wysoki,

lecz bardziej krępy, z twarzą

naznaczoną licznymi bliznami. Rozmawiali

o czymś półgłosem, przybierając

poważne wyrazy twarzy.

– Coś podać, chłopcze?

– Poproszę herbaty i miskę

owsianki.

– Już się robi!

Zygmunt usiadł na środku Sali.

Cezar mógł wejść do środka, lecz

został przywiązany w sieni. Na dnie

plecaka znajdowała się sakiewka

z paroma sztukami złota, ostatnie oszczędności. Trzeba

będzie znaleźć jakąś pracę. Spyta się o to gospodarza, jak

przyniesie mu śniadanie. W międzyczasie można oprzeć

nogi o stół i odprężyć się na chwilę. Wpierw zrobi rozeznanie

w terenie i poszuka pracodawcy, potem spokojnie

będzie mógł wynająć pokój.

Dwójka gości rozmawiała z przejęciem i powagą.

Mimo ściszonych głosów, można było podsłuchać rozmowę.

– Są straty, ale nie dostali się do najważniejszych rzeczy…

– Skąd ta wiadomość?

– Udało im się uciec, poza tym jednemu z nich udało

się zostać do końca, bez demaskacji. Nie wiadomo, co dalej

zrobił, ale jest nadal szansa.

– Tak.. ale zawsze szkoda kościoła…

Zygmunt nie miał już żadnych wątpliwości, o czym

była mowa. Wyjął z plecaka starą książkę, jedyną, jaka

posiadał i udawał, że czyta.

– Więc czekamy… Szkoda, plan był idealny.

– Jak widać, niemalże idealny... Trzeba się zbierać,

szef ma dla nas robotę. Kończ jeść i w drogę.

– Mam nadzieję, że ma lepszy humor, ostatnio chciał

zasztyletować mnie na śmierć!

– Proszę bardzo, śniadanko dla Pana! – Przed Zygmuntem

postawiono pękatą miseczkę, po brzegi wypełnioną

owsianką z mlekiem i masłem oraz kubek herbaty.

Zygmunt zapłacił za jedzenie, spytał się o koszt noclegu

i nie spuszczając wzroku z dwójki pod ścianą, pożarł

w mgnieniu oka zawartość miski, parząc sobie potwornie

podniebienie i usta. Chudy z dwójki w końcu skończył

jeść kiełbasę. Dźwignęli się obaj z krzeseł, krzyknęli gospodarzowi

„do widzenia” i wyszli.

Chłopak błyskawicznie skoczył do okna by zobaczyć,

w którą stronę się udają. W sieni odwiązał psa i zaczął podążać

za podejrzanymi.

Odnalazł ich tuż za rogiem kolejnej przecznicy. Szli

wolno, równo, bez pośpiechu, z nudów ciągnąc mieczami

po kocich łbach. Zygmunt trzymał Cezara na smyczy,

w obawie, że zobaczy znów coś ekscytującego i zniszczy

jego położnie, zwracając na siebie

uwagę.

Nic się jednak takiego nie stało.

Bez żadnych problemów śledził ich

aż do małego domku z ogródkiem.

– Z której strony zajść…– zastanawiał

się. Na szczęście nadal nie

było dużego ruchu na ulicy. Przywiązał

psa do pala przy studni i już

miał udać się w kierunku chatki, gdy

w towarzystwie krzyków i złorzeczeń,

dwójka mężczyzn w pośpiechu

zdążyła już wyjść, mrucząc z niezadowoleniem

pod nosami.

Zygmunt zaczął się zastanawiać,

po co w ogóle nastawia karku, lecz

doszedł do wniosku, że i tak nie ma

nic lepszego do roboty. Druga sprawa to fakt, iż naprawdę

był ciekawy, o co w tym wszystkim chodzi.

Powoli, ostrożnie, zakradł się od strony ogródka do

domku. Musiało to być tylne wyjście, bo w progu stała

para zabłoconych butów, kilka konewek i puste bańki po

mleku. Wszedł do środka i znalazł się w malutkim pomieszczeniu

gospodarczym z wielką, dębową szafą. W sąsiednim

pokoju dało się słyszeć rozmowę. Nikt nie krzyczał

ani nie bluzgał. Chłopak oparł się o ścianę, by stanąć

jak najbliżej, lecz nie wystawić się na widok. Głosy były

bardzo stłumione, jakby zza parawanu… Jednak można

było usłyszeć fragmenty rozmowy.

– … a oni poszli do tyłu. Nic nie można było zrobić.

– Ale posłuchali mnie?

– Tak, było tam…. Zapakowali resztę… potem trzeba

było wrócić, ale czekało nietknięte. Mam to tutaj… Ledwo

można było ujść z życiem…

– Piękny naszyjnik. Największy szafir… rzadki…

Moje kochane dziecko…

Nagle Zygmunt poczuł coś mokrego na dłoni. To Cezar

szturchnął go nosem! Jakiemuś miejscowemu przeszkadzał

przy studni, niech to szlag! W tym momencie

dało się słyszeć szelest w sąsiednim pokoju. Zaczęło się

Puls UM

27


PAMIĘTNIK LEKARZA STAŻYSTY

robić niebezpiecznie! Nie myśląc wiele, zaciągnął psa do

szafy i sam się również w niej schował. W razie czego

może zawsze udawać zmęczonego podróżnika półidiotę,

który szuka miejsca do spania. Trochę się poślini, ubrudzi

twarz glebą z butów, o tak…

Nic już nie było słychać. Ciężar z serca! Można się już

uspokoić! Teraz tylko praca dorywcza i w drogę!

Tak rozmyślając, zauważył, że bez powodu Cezar zaczął

machać ogonem, po czym zerwał się raptownie i zaczął

szczekać. Kolejne wydarzenia nastąpiły szybko po

sobie. Drzwi od szafy otworzyły się na oścież, wpuszczając

oślepiające światło poranka. Następnie ostry ból, rozchodzący

się gwałtownie po całej głowie, rażące światło,

blednące stopniowo. Dalej ciemność…

Żadnych dźwięków, żadnych głosów. Może jedynie

lekkie dźwięczenie w uszach. Powoli otworzył oczy. Z jękiem

podniósł głowę, rozejrzał się dookoła, gdzie jest i co

się dzieje. Słońce leniwie świeciło tuż przy ziemi, szykując

się do zachodu. Wilgotna gleba wychłodziła ciało chłopaka.

Ubranie miał zamoknięte. Leżał na ziemi, przy polu,

nieopodal miasta. Cezar, uradowany przebudzeniem Pana,

lizał radośnie jego twarz. Plecak, bukłak z wodą, miecz,

wszystko to leżało obok niego. Głowa go bolała, jakby

ktoś ją łamał imadłem.

Chwiejnie zmienił pozycję na siedzącą. Nie wiedział

nawet, gdzie się znajduje. Chwycił za bukłak, napił się

wody, sięgnął po plecak, resztka pieniędzy nie została

skradziona. Dezorientacja była nieznośna. Jedynym

o czym marzył w tej chwili, było położenie się do ciepłego

łóżka z kubkiem gorącej herbaty w ręce.

Po kilku chwilach nabrał sił wystarczających, by

wstać.

Podniósł swój skromny dobytek. Nagle, po dźwignięciu

na plecy, z plecaka wypadł wianek. Zygmunt przyglądał

się mu z ciekawością i wziął go do ręki, powąchał.

Piękne polne kwiaty. Bardzo zwiędnięte, szkoda! -

Pomyślał i po odzyskaniu orientacji w terenie, udał się

w stronę gospody.

Maga

Pamiętnik lekarza stażysty cz. 8

4.04.2012

Czasem mam wrażenie, że powinniśmy pracować

w nausznikach przeciwhałasowych. W każdym razie jesteśmy

najgłośniejszą ekipą operacyjną w tym szpitalu.

10.04.2012

Nie ma to jak dzień po świętach wziąć do rąk piłę tarczową

i stracić 2 palce. Niestety, nie było czego przyszywać,

za to mogłem pomóc w amputacji tego, co zostało,

a nie nadawało się już do użytku.

16.04.2012

Pierwszy dzień w Poradni Lekarza Rodzinnego. Dominują

pacjenci w starszym i średnim wieku, ale ci młodzi

również się pojawiają. Każdy jest mniej lub bardziej chory,

a przynajmniej tak uważa.

19.04.2012

U lekarza rodzinnego spotkacie problemy, o których

na studiach nie słyszano: „dzisiaj rano spuchła mi ręka”,

„wczoraj wyszła mi tu taka gula”, „jakoś tak źle się czuję”.

O ile jesteśmy przemaglowani z leczenia białaczek

czy choroby Leśniowskiego-Crohna, tak w przypadku

prostych, ludzkich problemów medycyna wydaje się

bezsilna. Dla mnie to ogromne wyzwanie poradzić sobie

z takimi problemami. Lekarze rodzinni potrafią.

28

25.04.2012

Pracując na jakimkolwiek oddziale spotykamy się

z przefiltrowaną grupą pacjentów, z pewnym ograniczonym

zakresem schorzeń i zazwyczaj nie musimy się znać

na niczym innym. Nawet na tak szerokiej internie omija

nas trzy czwarte medycyny – okulistyka, laryngologia czy

dermatologia. Do lekarza rodzinnego trafiają natomiast

wszystkie możliwe schorzenia i o każdym trzeba przynajmniej

coś wiedzieć. Dlatego uważam, że praca takiego

lekarza jest wybitnie trudna.

30.04.2012

Czasem, czytając skierowania pacjentów, można odnieść

wrażenie, że lekarze rodzinni stawiają rozpoznania

bez wykonania jakichkolwiek badań. Okazuje się jednak,

że są to pojedyncze przypadki. Tymczasem większość,

a przynajmniej ci, u których ja odbywam staż, sypią badaniami

jak z rękawa i starają się zrobić możliwie dużo już

w gabinecie, a do szpitala kierują w ostateczności.

4.05.2012

Staż z medycyny rodzinnej jest bardzo ważny nie tylko

dlatego, że obejmuje wszystkie możliwe choroby ze

wszystkich dziedzin medycyny. Jest istotny z punktu widzenia

młodego lekarza, ponieważ jest to jedno z dwóch

miejsc, gdzie możemy samodzielnie przyjmować pacjentów

zaraz po stażu. Drugim jest nocna i świąteczna ambulatoryjna

opieka lekarska, zwana „wieczorynką”, czyli

lekarz rodzinny po godzinach, przyjmujący stany nagłe,

ale nie będące zagrożeniem życia: infekcje, bóle brzucha,

bóle głowy. Za pół roku pewnie będę w takim miejscu pracował

i chciałbym wiedzieć, jak się zachować.

Lekarz stażysta

Gazeta Studentów


Co łączy Clinta Eastwooda

i twórcę potęgi FBI?

Kilka rzeczy z pewnością. Biorąc z brzegu: film J.

Edgar (2011) – jeden go wyreżyserował, drugi był tytułowym

bohaterem granym przez wzniosłego i nazbyt nadymającego

się Leonardo Di Caprio (to wcale nie musi

być zarzut, wręcz przeciwnie, może to świadczyć o rzetelnym

odwzorowaniu postaci). Eastwood tym obrazem

wziął na pulpit kawał nowożytnej historii USA.

Co jeszcze? Długowieczność i sukces zawodowy?

Co prawda ciężko dojść teraz do takich wniosków na

podstawie wizualnej oceny. Kowboj służb specjalnych

John Edgar Hoover aktualnie w najlepszym wypadku

przypomina padlinę, gdyż zdarzyło mu się zejść z naszego

ziemskiego grajdołka w 1972, Eastwood natomiast

nadal z powodzeniem straszy dzieci swoją podstarzałą

japą filmowego wyjadacza.

Obaj totalnie zaskarbili płaszczyzny swojej zawodowej

działalności, odnieśli bezapelacyjny sukces w swoich

dziedzinach. Hoover przeżył 8 prezydentów USA, stał

FELIETON

na czele wydziału śledczego przez pół wieku, na emeryturę

odesłała go majestatyczna Pani Śmierć, Eastwooda,

który od 1955 przesiąka oparami magicznego Hollywood

odesłać póki co jeszcze nikt nie zdołał, ale zapewne

uczynić może to tylko i wyłącznie kostucha.

„Pan Odkurzacz” to postać co najmniej dwuznaczna,

wykorzystując władzę i struktury biura zasysał

haki na wszystko i wszystkich – przeciwników, szefów,

osoby publiczne. Nikt nie wiedział, co Hoover ma tak

naprawdę w swoich archiwach, ufał nielicznym m. in.

długoletniej sekretarce Helen Gandy (to ona po śmierci

szefa zniszczyła większość tajnych dokumentów) i Clydeowi

Tolsonowi – potencjalnemu kochankowi. Z racji

tego nikt też nie podjął się próby jego odwołania, choć

wielu życzyło mu śmierci. On zaś nic sobie z tego nie

robił, zgrabnie wykorzystując aparat śledczy lawirował

pomiędzy możnymi USA, poszukując jeszcze większej

sławy i wpływów. Szukał zgodności sądów z prawami

swojego umysłu, prześladował dysydentów politycznych

i aktywistów, m.in. Martina Luthera Kinga.

W latach trzydziestych XX wieku miał

zwyczaj reklamować pracę biura, osobiście

biorąc udział w spektakularnych akcjach zatrzymywania

znanych gangsterów. Ponoć

puszczał farbę, barwnie opowiadając wydawcom

o swojej pracy. Efektem tego była seria

komiksów inspirowana opowiadaniami szefa

FBI, jak również głośny film „G-Men” – wypuszczony

ku chwale agencji i jego kierownictwa.

Mimo potrzeby poklasku, Hoover nie był

zbytnio rozrywkowy, nie został utracjuszem

nawet na 0,25 etatu, kobiety go onieśmielały,

od alkoholu stronił, gdyż najważniejsza była

trzeźwość umysłu i poświęcenie wywiadowczej

pracy.

Rzekomo dążył do prawdy, która jak wiemy,

nie zawsze jest jedna i często się ją zamula.

Ciężko być kryształową i nieskazitelną postacią,

stojąc jednocześnie na czele służby specjalnej

i dzierżąc lejce władzy… Praktycznie

rzecz ujmując, jest to niemożliwe, nie jest to

bynajmniej poletko dla grzecznych chłopców.

Moralnie był świnką. Może nie warto nią być

(odwołując się do wartości moralnych oczywi-

Puls UM

29


FELIETON

ście), jednak owe nią bycie czasem się opłaca, świnka

rozwinęła skrzydła na innej płaszczyźnie, ba nauczyła

się nawet latać. Zbudował perfekcyjnie funkcjonującą

maszynę do łapania przestępców, skutecznie działającą

agencję do walki z przestępczością kryminalną, tworząc

scentralizowaną bazę odcisków palców, laboratoria kryminalistyczne

i szkoły policyjne. Masą krytyczną, która

umocniła pozycję i zakres kompetencji FBI, była sprawa

porwania dziecka sławnego lotnika Lindbergha (odbył

on pierwszy samotny przelot między lądem Ameryki

Północnej a Europą bez międzylądowań w 1927). Zniknięcie

dziecka stało się sensacją narodową: doniosły

o nim wszystkie gazety i programy radiowe. Po włączeniu

biura Edgara Hoovera do poszukiwań, sprawą zajmowało

się 100 000 agentów w mundurze i w cywilu.

Eastwood również nie ma opinii ministranckiego

świętoszka. I bynajmniej nie chodzi tu o fakt, iż doczekał

się siedmiorga dzieci z pięcioma różnymi kobietami,

lecz o jego wizerunek sceniczny. Karierę filmową zrobił

w oparciu o wizerunek niepokornego kowboja w dolarowej

trylogii spaghetti westernów Sergio Leone Za

KONKURS

garść dolarów (1964), Za kilka dolarów więcej (1965)

oraz Dobry, zły i brzydki (1966), gdzie stworzył niepowtarzalny

styl małomównego twardziela o pochmurnej

twarzy, którą z rzadka rozjaśnia figlarny uśmiech;

strażnika sprawiedliwości ryzykującego życiem, gotowego

na każde bezprawie w imię zwalczania zła. W podobnej,

lecz bardziej współczesnej konwencji przebiega

akcja kolejnego doniosłego filmu Brudny Harry (1971)

w którym to jako inspektor policji zamierza naprawiać

niedoskonałości tego świata, krzepko dzierżąc rewolwer

Magnum kaliber 44. Detektyw tropi postać Skorpiona,

zdeterminowanego, psychopatycznego mordercy, która

to została oparta na prawdziwym seryjnym zabójcy

o pseudonimie Zodiak (ang. Zodiac killer), grasującym

w San Francisco i jego okolicach w późnych latach 60.

XX wieku. Harry zazwyczaj działa w pojedynkę, ma

tylko jednego oddanego przyjaciela, z którym to rozumie

się bez słów, zawsze wiernego i gotowego do poświęceń

– Jacka Danielsa.

Później Clint z sukcesami parał się robotą reżysera.

Robi to zresztą do tej pory, buduje solidne amerykańskie

kino, lecz w jego pracy nie sposób dostrzec tego

niepowtarzalnego błysku, jakim można było dostać po

oczach, oglądając filmowy majstersztyk Bez Przebaczenia

(1982). Do tej pory zagrał główne role w 46 filmach

(pojawił się w 57), wyreżyserował 25, wyprodukował

20.

Natomiast Eastwood prywatnie jest nieco inny niż

stereotypowy twardziel, którego znamy z wielkiego

ekranu… Hmm… Projektuje stroje do golfa, którego

namiętnie uprawia, a także prowadzi własną restaurację.

Na początku swojej kariery nagrał kilka piosenek

country, od dzieciństwa uwielbia jazz, swego czasu gościł

papieża podczas jego pielgrzymki po USA, uwielbia

jogging (zwykle przebiega dziennie 10 mil) i zdrowo się

odżywia, co jak twierdzi, pomaga mu utrzymać formę.

Oj tak… Stary Clint mógłby dać kilka rad początkującym

rzemieślnikom sztuki filmowej na temat tego, jak

to nie dać się zdominować wizerunkowi scenicznemu

w życiu.

Komu przypisuje się wynalezienie stetoskopu?

Rozwiązania można przysyłać do końca czerwca na adres: pulsum@pulsum.pl (w tytule wpiszcie Puls).

Nagrodą są bony o wartości 20 zł do wykorzystania w www.sklepdlalekarza.pl

Piotr Czarnota

30

Gazeta Studentów


Słuchawki, czyli stetoskop

Powstanie stetoskopu datuje się na początek XIX wieku.

Stetoskop, jako narzędzie akustycznie wzmacniające

dźwięki, pochodzące głównie z klatki piersiowej i jamy

brzusznej, zawdzięczamy chyba największemu klinicyście

wszech czasów, francuskiemu lekarzowi René Théophile

Hyacinthe Laennec. Pierwszym stetoskopem była lejkowata

rurka, płasko zakończona po stronie badającego.

W latach 60-tych XX wieku stetoskop został zmodernizowany,

by przyjąć obecną formę. Ojcem współczesnego

stetoskopu określa się amerykańskiego lekarza Davida

Littmanna. Stetoskop membranowy staje się standardem

w postępowaniu diagnostycznym, leczniczym.

Po prostu Littmann, a potem długo-długo nic, “próżnia”...

Tak rzeczywiście było.

Jakość stetoskopów marki Littmann była początkowo

nie do zdetronizowania. Rewelacyjna membrana, miękkie

i samouszczelniające oliwki, miękki

i elastyczny dren… Wszystko razem nie

do pobicia. Na ten moment można śmiało

przyjąć, iż jakość osłuchu wyznaczona

przez stetopskopy Littmann’a, została

dogoniona (jak nie przegoniona) przez

kilka innych, mniej znanych marek.

“Rynek nie lubi próżni”– ta podstawowa

zasada ekonomiczna po wielu latach

znalazła odzwierciedlenie również

u producentów sprzętu medycznego.

Specjalistom od marketingu firm

produkujących stetoskopy należałoby postawić pytanie

“dlaczego nie promujecie swoich stetoskopów?”. Ale to

nie miejsce ani nie czas, by je zadać.

STETOSKOPY

Marki stetoskopów

Nie wszystkie firmy produkujące stetoskopy ślepo naśladują

rozwiązania znane z produktów marki Littmann.

Przed szereg wychodzi firma Spirit Medical (w USA

produkty znane są pod marką ADC), z trzema niespotykanymi

nigdzie indziej rozwiązaniami: stetoskop kardiologiczny

z odkręcaną, mniejszą głowicą, którą bez trudu

możemy zamienić na lejek; stetoskop kardiologiczny stricte

pediatryczny; niesamowicie lekki stetoskop kardiologiczny.

Nie będzie przesadą, iż producenta stetoskopów

określonych mianem linii Insignia – polską firmę Kamed

– przedstawię jako jedną z przodujących. Są to stetoskopy,

które jako jedyne na świecie mogą być sterylizowane

w autoklawie. Przepiękne narzędzia diagnostyczne o dużo

większej głowicy i twardszym materiale drenu wobec standardu

Littmanna – rozwiązania te stanowią pomysł na bardziej

głośny, wyrazisty osłuch i długowieczność narzędzia.

Przykładów takich można przytaczać wiele…

Na co zwrócić uwagę przy zakupie stetoskopu:

1. Budowa.

2. Rodzaj wg specjalności – internistyczne, pediatryczne,

anestezjologiczne i kardiologiczne, szukając stetoskopu

warto wypróbować różne rodzaje narzędzia.

3. Dostępność części zamiennych. Należy zapytać sprzedawcę

lub poszukać w internecie, czy stetoskop na jaki się

decydujemy, ma wsparcie części zamiennych. Membrana,

obwódki membrany i oliwki to części, które z czasem będzie

trzeba wymienić.

4. Wartość dodana – np. dostępna gama kolorystyczna,

bakteriostatycze oliwki – świetna sprawa, kiedy więcej niż

jedna osoba używa narzędzia.

Ważna jest też instrukcja obsługi, warunki

gwarancji, dostępne akcesoria, jak

np. etui na stetoskop, identyfikator, usługa

grawerowania, czy coś jeszcze jest dodatkowo

w zestawie.

Do stetoskopu czasami dokładane są

niektóre akcesoria, najczęściej zapasowe

miękkie oliwki oraz membrana czy

identyfikator – te części zapasowe gwarantują

bardziej komfortowe użytkowanie

i znacznie wydłużą życie Twojego

stetoskopu.

5. Po kilku latach pracy słuchawki się zużyją. Kupienie

nowych nie powinno wiązać się z ponowną nauką osłuchiwania.

By mieć pewność, że tak nie będzie, należy wybrać

stetoskop marki, która ma właściwą sieć sprzedaży. Taką,

która raczej nie wycofa się z rynku.

A co najważniejsze – to nie słuchawki są ozdobą doktora,

a umiejętność ich najlepszego wykorzystania, więc warto

wybierać stetoskop, którym naprawdę dobrze słyszymy.

Stetoskop elektroniczny – towar ekskluzywny!

Na rynku pojawiły się pod koniec lat 90-tych. Traktowane

pierwotnie jako „gadżet”. Z roku na rok znajdują sobie coraz

większe grono zwolenników. Osoby niezorientowane

w temacie uważają to rozwiązanie przydatne jedynie dla

słabosłyszących. To, co czyni je naprawdę przydatnym,

to możliwość filtrowania dźwięku w obrębie częstotliwości

wysokich, średnich i niskich. Ponadto po zapisaniu na

komputerze, osłuch można odtworzyć w czasie późniejszym,

podczas kolejnej wizyty daje też możliwość konsultacji

bez obecności pacjenta – naprawdę świetna sprawa!

Piotr Wojciechowski

Puls UM

31


Z ŻYCIA UCZELNI

Czas zmian,

czyli rozmowa z niedawno wybranym kierownikiem

Studium Języków Obcych, panem Tadeuszem Jurkiem.

Dlaczego zdecydował się Pan objąć stanowisko kierownika?

Była to decyzja chwili. Poprzednia pani kierownik,

pani Elżbieta Gąsiorowska-Czarnecka, poinformowała

nas w grudniu, że odchodzi na emeryturę i w jednym

momencie zdecydowałem, że będę kandydował. Przez

pewien czas pracowałem jako kierownik sekcji języka

polskiego i uznałem, że mam dość interesujące pomysły,

żeby Studium mogło się rozwijać. Sądzę również, że mam

dobry kontakt z moimi współpracownikami – lektorami –

i uznałem, że warto to wykorzystać. Stąd wypłynęła moja

decyzja.

Czy mógłby Pan przedstawić Czytelnikom pomysły,

z którymi startował Pan do konkursu?

Przede wszystkim chciałbym zaznaczyć, że moje

pomysły nałożyły się z pomysłami moich kolegów i koleżanek

ze Studium – tak naprawdę bez tej współpracy

nie zrobiłbym tego, co już się udało. Po pierwsze, od następnego

roku akademickiego, egzaminy testowe, które na

początku studiów dzielą studentów na grupy, będą się odbywały

w Centrum Egzaminacyjnym w systemie OLAT.

Co więcej, zależało mi na wznowieniu współpracy z Uniwersytetem

w Bath w Wielkiej Brytanii, który przeprowadza

testy UBELT. Ułatwiają one lekarzom podjęcie pracy

w tym kraju – myślę, że rozmowy zakończą się sukcesem.

W moich planach jest również wprowadzenie większej

ilości zajęć fakultatywnych – celowo są to fakultety, czyli

zajęcia dla osób, którym zależy na tym, aby kontynuować

naukę języka obcego.

Mógłby Pan przybliżyć Czytelnikom na czym będzie

polegało rozwijanie bazy fakultetów: będzie to

zwiększenie liczby godzin, czy też większy wybór języków

obcych?

I to, i to. W przyszłym roku akademickim na pewno

będą prowadzone fakultety dla studentów III i IV roku

kierunku lekarskiego z języka angielskiego, niemieckiego,

francuskiego i rosyjskiego. Rozmawiałem także z Działem

Współpracy Międzynarodowej w kwestii wprowadzenia

fakultetów z języka hiszpańskiego, portugalskiego i włoskiego

– dedykowanych dla osób, które myślą o wyjeździe

do tych krajów w ramach programu Erasmus, ale nie tylko.

Być może uda nam się również wprowadzić bardziej

intensywne kursy – np. dwie godziny w tygodniu. Będą

też fakultety przygotowujące do egzaminów IELTS.

Czy szykują się zmiany w zajęciach? Będzie wprowadzonych

więcej konwersacji?

Cieszę się, że pojawiają się z Państwa strony sugestie

odnośnie zajęć – będę rozmawiał z lektorami o tej kwestii,

bo tak naprawdę celem zajęć jest, abyście Państwo uczyli

się mówić, by w przyszłości móc porozumieć się z pacjentem

– zagranicą lub gdy w Państwa gabinecie pojawi się

obcokrajowiec – i profesjonalnie mu pomóc. Odnośnie tej

współpracy, odbyłem już spotkanie ze Starostami wszystkich

kierunków młodszych roczników, którzy zgłosili

pewne problemy: jak na przykład zbyt liczne grupy, co

utrudnia efektywne prowadzenie zajęć. Będę rozmawiał

zarówno z Rektorem, jak i z Dziekanami, by w miarę możliwości

zmniejszyć ilość osób w grupach.

Jakieś jeszcze plany, które mógłby Pan zdradzić

naszym Czytelnikom?

Po objęciu przeze mnie stanowiska pojawił się pomysł

współpracy z British Counsil, organizującą kursy i egzaminy

IELTS. Zostanie podpisana umowa o współpracy

pomiędzy Uniwersytetem Medycznym a British Counsil.

Warto zaznaczyć, że w marcu odwiedziły nas panie z tej

instytucji; pokazaliśmy im nasze Studium i wyraziły one

swoje zdziwienie, stwierdzając, że pierwszy raz widzą tak

nowoczesne studium języków obcych. Poza tym, obejmując

to stanowisko, chciałem, aby Studium było otwarte

na zewnątrz – udało się to między innymi przez podjęcie

współpracy z Wielkopolską Izbą Lekarską. Jestem już po

spotkaniu z prezesem Izby i ze wstępnych ustaleń wynika,

że nacisk kładziony będzie na UBELT. W naszym Studium

będą prowadzone kursy przygotowawcze dla lekarzy i lekarzy

dentystów.

Warto również wspomnieć o stronie internetowej –

która do tej pory nie była „za piękna” – do września ma

być już gotowa nowa. Będą na niej zawarte między innymi

plany zajęć czy materiały dydaktyczne, jak również informacje

dla lektorów, a także aktualności, między innymi

informacje o terminach egzaminów. Warunki nauczania

w Studium w ostatnich latach zmieniły się diametralnie

i cały czas dążymy do tego, by ulegały one ulepszeniu.

Życzę udanej realizacji planów.

Dziękuję. Dziękuję także za współpracę – od tego

numeru w „Pulsie” pojawią się strony opracowane przez

lektorów: krzyżówki, zagadki czy ciekawe informacje językowe,

niekoniecznie medyczne, ale właśnie w językach,

których uczymy; zapraszam do ich lektury.

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiała:

Katarzyna Paczkowska

32

Gazeta Studentów


GLOSSARY

Grave danger – poważne niebezpieczeństwo

To readmit a patient – przyjąć pacjenta ponownie

Lesions open up – zmiany skórne pojawiają się

On-duty doctor – dyżurujący lekarz

Articulate - elokwentny

To fall foul of – paść ofiarą

Burgeoning problem – rosnący problem

Overseas doctors – zagraniczni lekarze

Language confusion – niepewność językowa

Notorious – niesławny

To administer (a dose of a drug) – podać (dawkę leku)

Inquest – dochodzenie

To prosecute – wnosić oskarżenie

Suspended jail sentence – kara więzienia w zawieszeniu

To tackle the problem – stawiać czoła problemowi

To register – uzyskać prawo do wykonywania zawodu

A grasp of English – znajomość angielskiego

Be up to the job – spełniać wymagania pracy

Patient handover – omówienie i przekazanie pacjenta

Shift – zmiana

Burden – odpowiedzialność

To struggle to make sense – usiłować zrozumieć

To brief on – podsumowywać

Flummoxed – zakłopotany, zmieszany

Quaint phrases – staroświeckie wyrażenia

ENGLISH TWIST

The doctor and nurses

putting lives at risk

because they can't speak English

When Jan Middleton woke in her hospital bed at 2am,

she feared immediately that her life was in grave danger.

She had already undergone an operation to remove a brain

tumour but had been readmitted after developing a serious

post-surgical infection. So when she woke in the middle of

the night to discover the infection had spread, causing new

lesions to open up on her face, Ms Middleton, 54, realised

she needed help quickly.

‘It was terrifying, and

made worse by the fact

that I had been told the

brain infection put me at

a high risk of meningitis

and stroke,’ she says.

‘I told the nurse, an

Asian lady, that she needed

to call the on-duty

doctor straight away.

‘But her English was

extremely poor. She kept

repeating, “What you saying

to me? I don’tunderstand.

Your English not

good.” ’

After trying for half

an hour to get through to

the nurse, Ms Middleton

was exhausted — and very

scared.

In desperation, she

pulled out her mobile phone

to dial 999 for help.

‘I was on the tenth

floor of the hospital. I couldn’t

get down to A&E

on the ground floor on my

own,’ she explained. ‘But

I couldn’t wait until the

morning. When I started to

tell the nurse that I was calling

999, she seemed finally to understand and bleeped for

a doctor. But it had taken a 30 minutes.’

Ms Middleton, an articulate and resourceful former

lawyer, eventually received the emergency attention she

wanted. But she had fallen foul of a burgeoning problem

in Britain’s hospitals — one which many other patients are

not nearly so well equipped to handle.

Growing numbers of the NHS’s medical and nursing

staff come from overseas, and their English is so poor they

cannot communicate effectively with patients.

Ms Middleton’s story adds to a growing list of incidents

involving language

confusion among doctors

and nurses whose English

is poor.

Most notorious of all

is the case of 70-year-old

David Gray, who died in

Cambridgeshire in 2008.

He was killed by Daniel

Ubani, a German doctor of

Nigerian origin, who administered

ten times the normal

dose of diamorphine.

Dr Ubani said he was

confused about the difference

between drugs used

here and in Germany.

A British inquest ruled

Mr Gray’s death was manslaughter,

but the doctor

was prosecuted in Germany

where he was fined and

given a suspended jail sentence.

The General Medical

Council and the Nursing

and Midwifery Council —

along with royal colleges

representing doctors, surgeons

and nurses — all argue

that failing to test foreign

medics’ English exposes

patients to serious risks.

The organisations have

united to call for urgent action to tackle the problem, and

for the EU proposals to be changed. The General Medical

Council (GMC) has written to Brussels pointing out that

it has already had to strike off one EU surgeon who — to

Puls UM

33


ENGLISH TWIST

the horror of the doctors and nurses assisting him during

a high- risk operation — would only speak in a foreign language.

And the GMC adds that it has been forced by EU regulations

to register doctors from Europe whose grasp of

English was so poor they had to use interpreters to apply

for their permits to work here.

‘This is a serious cause of concern to us,’ says the

GMC, adding that the employment of doctors whose English

simply wasn’t up to the job had led to several disciplinary

cases.

Indeed, in the case of Dr

Ubani, his poor English meant

he was refused work by the

NHS in one part of the country

— but was later accepted for

work in Cornwall. This then

enabled him to work in Cambridgeshire.

According to evidence

given in the House of Lords

this year, more than 88,000

foreign-trained doctors are

registered to work in Britain,

including 22,758 from Europe.

They account for almost a third

of the total.

All non-EU doctors and nurses coming to work from

abroad have to undergo rigorous English exams.

The current situation is a deeply confusing mess for

NHS employers — because no one seems really to know

where they stand.

Ms Torgler, who moved to Bristol eight years ago,

knows how difficult it can be for nurses from abroad to

understand the specialised type of English that is regularly

used in the NHS.

Despite having previously lived in Australia, she found

it took her more than six months to adapt to the terminology

employed on Bristol’s hospital wards.

‘I had a good basic understanding of English when

I came to work in Britain, but the sort of English that enables

you to work safely in a hospital is just not as simple as

ordering a cup of coffee in a restaurant,’ she explains.

‘Early on, I was working in a head-injury unit when

an elderly lady told me she wanted to “spend a penny”.

I thought that she wanted to go down to the kiosk to buy

a snack.

‘One of my German colleagues told me that she spent

her first days on an NHS ward not knowing what a “handover”

was. This is where nurses discuss patients’ cases as

they change shifts. It is absolutely vital to safe health care.

‘If you don’t know such things, you are a burden to

your English colleagues. But nevertheless, you can come

to Britain from the EU, get registered with the NMC and

find a job when you only understand 70 per cent of what

your new colleagues are saying. ‘The 30 per cent that you

don’t understand is very probably the most important bit.’

Around the country, some NHS trusts have taken initiatives

to help foreign staff understand local idioms.

Doncaster Primary Care Trust has produced a Yorkshire-English

dictionary to help foreign doctors working in

the area translate their patients’

What foreign doctors learn

medical conditions.

Dr Lis Rodgers, the Doncaster

GP who compiled it,

said that many overseas doctors

have perfect English, yet

still struggle to make sense of

the region’s slang.

The dictionary will help

them grasp that ‘bins’ means

glasses, ‘bits’ means genitals,

and that a patient ‘popping

their clogs’ is not taking part in

a local dance tradition. Many

have no idea that ‘dudders’

means shivers and ‘dwainy’ means

sickly in the local dialect.

In Norfolk, the Queen Elizabeth Hospital has set up

classes to help foreign nurses learn local colloquialisms,

such as ‘blar’ (cry) and ‘hull up’ (vomit).

After a series of misunderstandings, bosses at Queen

Elizabeth Hospital in King’s Lynn are sending staff who

speak English as a second language on training sessions to

explain local slang and phrases.

During the two-hour sessions, titled Adapting to Life

in Norfolk, foreign workers are briefed on Norfolk colloquialisms

such as ‘mob’, meaning scold or nag, and ‘tizzick’,

meaning cough, as well as general English phrases

including ‘spick and span’, ‘higgledy-piggledy’, ‘lah-didah’

and ‘tickled pink’.

A hospital spokesman said foreign staff were often

flummoxed by local phrases. ‘They all speak exceptional

English but that doesn’t necessarily cover the type of English

spoken in Norfolk,’ he said.

‘We have many different phrases and sayings in this

part of the world. A lot of patients are elderly and use what

can only be described as quaint phrases and descriptions,

especially for body parts and common illnesses.’

Blar: Cry

Cooshies: Sweets

Cuppa: Cup of tea

Higgledy-piggledy: Mixed up

Jim jams: Pyjamas

Lug ache: Ear ache

Out of sorts: Feeling unwell

Pop one’s clogs: Die

Spend a penny: Use the bathroom

Spick-and-span: Spotless, like new

Tickled pink: Ecstatic

SJO: AL, ZSz, SWL

34

Gazeta Studentów


PZWL

Test your english

How well do you understand what your patients are saying? Do the test and find out.

What does the patient mean when they say the word or phrases in bold?

1. ‘I’ve been having problems with my ticker so I had to change my lifestyle.’

A. brain B. stomach C. heart D. liver

2. ‘I keep getting cold tootsies.’

A. toes B. hands C. fingers D. ears

3. ‘I have an itchy rash on my front bottom.’

A. groins B. female genitals C. feet D. male genitals

4. ‘His wife has a bun in the oven.’

A. she’s overweight B. she’s baking something C. she’s pregnant D. has stomach ache

5. ‘Nothing’s worse than a snotty sniffer. I’m going to do some extra snuggling, try to kick this cold.’

A. blocked nose B. hemorrhoids C. sore throat D. inflamed urethra

6. ‘And then this gas or whatever it was got into my peepers.’

A. hands B. ears C. skin pores D. eyes

7. ‘I was in a bit of a fight, got kicked and now my goolies seem to be sort of swollen and sore.’

A. teeth B. internal organs C. testicles D. buttocks

Key: 1. C 2. A 3. B (neutral for vagina) 4. C (colloquial usage) 5. A (snotty means wet and dirty with mucus) 6. D 7. C (neutral)

Recenzje PZWL

„Fizjoterapia w pediatrii”

red. nauk. Włodzisław Kuliński, Krzysztof Zeman

Dzieci nie są łatwymi pacjentami – jest to oczywiste

dla każdego, kto kiedykolwiek z nimi pracował. Jak przekonać

małego pacjenta, żeby wziął lek albo wytłumaczyć

mu, dlaczego to badanie jest ważne? Jeszcze trudniejsze

jest jednak przekonanie małego pacjenta do fizjoterapii,

a bez współpracy, tak naprawdę nie ma ona większego

sensu.

Opisywana książka we wstępie przedstawia informacje

na temat prawidłowego rozwoju dzieci, a także zagrożeń,

jakie mogę się pojawić w różnych etapach okresu

noworodkowego i niemowlęcego. Dalsza część omawia

różne patologie, w których jedną z form leczenia jest prowadzenie

fizjoterapii.

Książka jest ciekawa i porusza wiele istotnych zagadnień,

jednak moim zdaniem, wiele z nich przedstawionych

jest zbyt ogólnikowo. Przede wszystkim omówione są

zagadnienia związane z początkowym okresem rozwoju

i, przynajmniej w mojej opinii, brakuje szerszego opisu

fizjoterapii stosowanej w dalszych etapach życia.

Natomiast plusem jest szeroka tematyka – omówione

zostały rodzaje terapii stosowane w terapii schorzeń z różnych

dziedzin, a także zostało podanych wiele metod wykorzystywanych

w leczeniu jednej jednostki chorobowej.

Pozycja jest kolejną z serii przeznaczonej zarówno dla

studentów, jak i pracujących już fizjoterapeutów. Zachęcam

do zapoznania się z nią, zwłaszcza osoby, które pracują

lub mają w planach pracę z dziećmi.

Puls UM

35


MUZYKA

MYSLOVITZ

Z jakimi polskimi zespołami/artystami kojarzą Wam się lata 90? ONA, Edyta Bartosiewicz,

Republika, a może Varius Manx? Ile z nich wciąż gra? Ile osiąga sukcesy, wydaje

świetne płyty? Odpowiedź chyba znacie.

Zapewne, czytając ten mały wstęp, zastanawiacie się

do czego zmierzam. 20 kwietnia 2012 roku Internet obiegło

oświadczenie zespołu

Myslovitz, w którym

mowa o tym, że Artur Rojek,

wieloletni wokalista

grupy, kończy z nią współpracę.

Hey z Kasią Nosowską,

Kult z Kazikiem, Myslovitz

z Rojkiem – te trzy

zespoły oraz trzy wielkie

postacie od lat tworzyły

i tworzą podstawę polskiej

sceny muzycznej. Każdy

z ich albumów, czy solowy,

czy nagrany z zespołem, zdobywał uznanie krytyki (Kasia

Nosowska ma już łącznie 21 Fryderyków!) oraz ogromną

popularność. Kiedy któryś z członków opuszczał zespół,

wzbudzało to równie wielkie zainteresowanie. Tak było

przy odejściu z Kultu Krzysztofa "Banana" Banasika, tak

jest teraz – gdy Artur Rojek opuścił Myslovitz.

Tak naprawdę nie wiadomo

dlaczego, z jakiego

powodu. Może to było

tzw. zmęczenie materiału,

a może jakiś większy konflikt?

Wiedzą o tym tylko

zainteresowani. I chyba to

nawet lepiej, bo po co prać

brudy zespołu w jakimś

szmatławcu? Po co obrzucać

się oskarżeniami?

Historia ostatecznego (jak

na razie?) rozpadu zespołu

Oasis pokazuje, że tego

typu rozwiązanie nie jest

najlepszym. Myslovitz to

przecież świetna muzyczna marka, nigdy nie splamiona

jakimś potężnym skandalem, a niemal zawsze doceniania

i znana chyba każdemu w tym kraju. Dobrze, że nikt nie

chce tego obrazu zniszczyć.

A co będzie robił Artur Rojek? W oświadczeniu brzmi

to tak: „[…]będzie kontynuował działalność indywidualnie

z innymi muzykami”.

Jednak od razu trzeba dodać,

że poza Myslovitz

nagrywał i występował

niegdyś z (nieistniejącym

już) zespołem Lenny Valentino

czy też nagrywał

solowo pojedyncze utwory

(np. „Mój tata, generał”

do filmu „Generał Nil”).

Poza tym jest dyrektorem

artystycznym jednego

z najlepszych polskich festiwali

– katowickiego Off

Festivalu (polecam!) . W każdym razie – będzie miał co

robić i jeszcze nie raz o nim usłyszymy.

Usłyszymy też zapewne o Myslovitz! Dla wiel innych

formacji odejście wokalisty oznaczałoby po prostu

koniec – bo zespół rockowy bez wokalisty, to brak zespołu.

Jednak nie w tym przypadku. Tego samego dnia (czyli 20.

kwietnia) ogłoszono nowego

wokalistę – Michała Kowalonka

z grup Snowman.

Poza tym na ich stronie już

jest lista kilku dat koncertów

w nowym składzie, co

bardzo dobrze wróży ich

przyszłości.

Jedno jest pewne: Kowalonka

czeka bardzo ciężkie,

być może w niektórych

aspektach niewykonalne,

zadanie zastąpienia do 20.

kwietnia kogoś niezastąpionego,

jednoznacznie kojarzonego

z grupą Myslovitz.

To w dużej mierze od niego zależy, jak naprawdę będzie

wyglądał ten nowy rozdział w historii. Mi pozostaje tylko

trzymać kciuki i życzyć im powodzenia!

Łukasz Brzyski

36

Gazeta Studentów


POGOTOWIE MUZYCZNE

POGOTOWIE MUZYCZNE

Przed wakacjami polski akcent. Aga Zaryan – wokalistka jazzowa tzw. „młodego pokolenia”.

Autorka pięciu albumów – dwa z nich okryły się platyną, dwa złotem, a piąty jako

najświeższy (2011) zyskuje coraz większe uznanie wśród słuchaczy.

Barwa głosu Agi wyróżnia się na tle innych wokalistek

swoją lekkością, dźwięki łatwo wpadają w ucho,

a co najważniejsze potrafią doskonale wpływać na poprawę

nastroju, odprężają i uspokajają. Sama artystka

mówi o sobie: „Od kiedy tylko zaczęłam śpiewać, a na

początku były to standardy jazzowe, miałam poczucie,

że robię muzykę do pewnego stopnia uniwersalną,

przełamującą bariery kulturowe i granice. Miałam świadomość,

że jeśli uda mi się odnieść sukces tutaj, to nic

nie stoi na przeszkodzie, żeby wyjść z tym i spróbować

dalej, poza granicami kraju.” Przez wiele lat Zaryan pracowała

na swój ogólnoświatowy sukces. Twierdzi, że

w karierze jazzowej ogromne znaczenie ma wytrwałość

i konsekwentna praca, a samo posiadanie talentu nie jest

w stanie zapewnić rozwoju artystycznego.

zaprezentowała razem z zespołem całą płytę – wydarzenie

cieszyło się ogromnym zainteresowaniem, poczynając

od uczestników walki, a na ich dzieciach i wnukach

skończywszy.

W 2011 roku Aga stworzyła „A Book of Luminous

Things”, która to zawiera anglojęzyczne aranżacje utworów

napisanych przez Czesława Miłosza, Annę Świrszczyńską,

Jane Hirshfield i Denise Levertov. Wydana

została także wersja w języku polskim. Kompozycja

zaprasza każdego do podróży przez specyficzny świat,

tworzony przez Miłosza i bliskich jemu autorów. Inspiracja

czerpana z poezji pozwaliła artystce na zbudowanie

wielopoziomowego dzieła sztuki, które to jest w stanie

zaspokoić najbardziej wymagające gusta muzyczne.

Krążkiem, który ma bardzo silne wybrzmienie, jest

„Umiera piękno” (2007) – ukazał się z okazji obchodów

63. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Rok

później uhonorowany został Fryderykiem w kategorii

„najlepszy album poetycki roku”. Zawiera dziewięć

utworów, których teksty są autorstwa m.in. ks. Jana

Twardowskiego, Krystyny Krahelskiej czy Miry Grelichowskiej.

Cała płyta miała na celu ukazanie emocji

ludzi, którzy żyli w czasach Powstania. W 2007 roku

Aga zagrała koncert w Parku Wolności, podczas którego

Na dobrą sprawę polski jazz jest mało znany, a w tym

konkretnym przypadku zaczyna się powolna rewolucja.

Popularność, którą zdobywa Aga Zaryan i podobni jej

twórcy w wielu kręgach, świadczy o wysokim poziomie

nowej fali muzyki jazzowej. Wokalistka i jej utwory doskonale

bronią się same, więc nie pozostaje mi nic innego,

jak tylko polecić zapoznanie się z jej twórczością

i mieć nadzieję, że będzie towarzyszyła wielu osobom

podczas nadchodzących wakacji.

JK

Puls UM

37


KINO MUZA

38

Gazeta Studentów


Na rozwidleniu dwóch dróg, niezależnie od tego, jak

ważne jest, by którąś z nich wybrać, znajduje się zawsze pobocze.

Wąski przytułek namysłu, w obrębie którego łatwiej

nieraz o inspiracje. Inny punkt widzenia lub boczna perspektywa

dla spraw, z którymi przychodzi

nam się mierzyć. Dla mnie tym

poboczem jest często kino. Zwłaszcza

w tym najbardziej offowym wydaniu,

pozwala łatwo dowieść, że silnie

wstrząsające historie zdarzają się niezależnie

od dokonywanych wyborów

i bez nadmiernych efektów specjalnych.

Stąd też, w ostatnim mojego

autorstwa kąciku filmowym, inspirowana

repertuarem poznańskiego kina

Rialto, recenzja polskiej produkcji

o niezwykle skąpym entourage’u. By

przekonać nieprzekonanych, że nasza

rodzima kinematografia ma nam całkiem

sporo do zaoferowania i wcale

nie trzeba mieć po niej kaca.

„Lęk wysokości” w reżyserii

Bartoszka Konopki

to bez wątpienia najbardziej kusząca produkcja minionego

miesiąca. Film, o którym głośno w kontekście fascynujących

wcieleń aktorskich Krzysztofa Stoińskiego i Marcina

Dorocińskiego. Ich udział w tym projekcie dowodzi tezie,

że wartość aktora w Polsce definiuje możliwość wyboru

odpowiedniego dla siebie repertuaru. A, że mało komu

dane jest wybierać, większość prawdziwie scenicznych

talentów stępia swój warsztat o projekcje, będące istnym

pogorzeliskiem ambicji i dobrego smaku. Z tego też względu

dotychczasowy dorobek artystyczny Dorocińskiego

wydaje się być nad wyraz udany. Role w filmach takich

jak: „Ogród Luizy”, „Boisko bezdomnych”, „Rewers” czy

„Róża” odnotowują go w czołówce najlepiej obsadzanych

polskich aktorów i to z imponującym rezultatem. W posępności

jego spojrzenia, szorstkim obyciu i pozornej posturze

twardziela, kryje się potencjał zdolny kreować głęboko

złożone postaci. Tak jak i w filmie Konopki, gdzie wciela

się on w rolę telewizyjnego spikera – Tomka. Nękany

wątpliwościami bohater, mimo dobrze zapowiadającej się

kariery, podejmuje trud opieki nad ojcem, od lat cierpiącym

na schizofrenię. Ta próba pomocy, zamkniętemu w sobie

człowiekowi, ma jakby podwójne dno. Z jednej strony jest

aktem ogromnej lojalności, z drugie zaś staraniem Tomka

o namiastkę wspomnień, niemających nigdy nawet szansy

powstać. I co ciekawe, film ten ukazuje, że nie jest on

w tym wysiłku tak do końca osamotniony. Choć stan ojca

Trudność wyboru

KĄCIK FILMOWY

jest naprawdę poważny, znajduje on sposób by skomunikować

się ze światem. Po przymusowych pobytach na

oddziale psychiatrycznym, zamknięty zwykle w swoim

mieszkaniu Wojciech, nie przyjmuje leków, nęka co rusz

sąsiadów i ślęcząc mozolnie przed telewizorem,

otacza się przeróżnymi

rzeczami. Nie są one całkiem przypadkowe.

W kątach zatęchłych z zaniedbania

pokoi, leżą sterty rozrzuconych

książek, kompozycje zawieszonych na

sznurkach pilotów i telewizor, będący

rodzajem mistycznej, łączącej ojca

z synem, więzi. Jakby część sprawnej

wciąż świadomości przypominała

w ten sposób o swoim dawnym istnieniu.

Tak wygląda świat, do którego podejmuje

się wkroczyć Tomek. Czy uda

mu się, w zniewolonym chorobą człowieku,

dostrzec własnego ojca? Czy

przełamie barierę milczenia i przetrwa

nieuniknione? Film wcale o tym nie

rozstrzyga, choć jego zakończenia tak

łatwo jest się domyślić.

Historia „Lęku wysokości” to historia walki o ojcowską

miłość. Sedno rodzicielskich uczuć, które kształtuje

osobowość, byśmy sami mogli nauczyć się kochać. Film,

który tak ciężko jest opowiedzieć, bo pogrywa głównie

z emocjami. Przekonuje brakiem retuszu i skąpym w słowach

montażem. Do tego stopnia, iż nawet długo po premierze

prześladuje mnie jego dosłowność i wzrusza, jak

cudnie ukazane są w nim Tatry. Po raz kolejny okazuje się

bowiem, że najbardziej wiarygodny jest przekaz prostych

słów, a scenografii jak i artystów jest u nas w kraju pod dostatkiem.

Myślę tu przede wszystkim o Krzysztofie Stroińskim,

którego kunszt aktorski w „Lęku wysokości” mógł

zostać wreszcie szerzej zauważony. Genialnie zapadająca

w pamięć rola, której nie można zignorować. Gorąco polecam,

wszystkim spragnionym prawdy, która w tym filmie

szeroko otwiera oczy.

Moja ocena filmu 8/10.

Marta Zawacka

Tytuł: Lęk wysokości

Gatunek: dramat, psychologiczny

Premiera: 20 kwietnia 2012 (Polska), 6 czerwca

2011 (świat)

Reżyseria: Bartosz Konopka

Obsada: Marcin Dorociński, Krzysztof Stroiński,

Magdalena Popławska

Puls UM

39


JOLKA

Jolka

Odgadnięte hasła należy wpisać w odpowiednie miejsce w diagramie – jak je znaleźć? Myślę, że każdy musi wypracować

sobie własną taktykę. Litery z pól ponumerowanych od 1 do 25 utworzą rozwiązanie – łacińską sentencję.

Do wygrania atrakcyjne nagrody. Miłej zabawy i powodzenia!

14

7

3 25

16

22

21 10 20

13

2

24

19 11

12

9

1

4 5 6

15

18

8

17 23

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14

W tym miesiącu możecie wybierać spośród następujących nagród:

„Diagnozy i interwencje pielęgniarskie” - M. Kózka, L. Płaszewska-Żywko

„Intensywna terapia i wybrane zagadnienia medycyny ratunkowej” - W. Gaszyński

„Kompendium farmakologii” - W. Janiec

„Stomatologia wieku rozwojowego” - M. Szpringer-Nodzak, M. Wochna-Sobańska

Prawidłowe odpowiedzi, podpisane imieniem i nazwiskiem, wraz z tytułem wybranej nagrody możecie przesłać na

adres: pulsum@wp.pl – od teraz nazwiska zwycięzców znajdziecie też na naszej nowej stronie: www.pulsum.pl

Czekamy do 30.09.2012!

15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25

Uwaga! Większa ilość prawidłowych rozwiązań dostarczona przez jedną osobę nie zwiększa jej szansy na wygraną!

40

Gazeta Studentów


NAGRODZENI

Pionowo:

-czterocyfrowy kod karty do bankomatu

-Cejrowski idzie tak przez świat

-spód naczynia

-Karol … - autor „Olivera Twista”

-symbol sodu

-krzyżówkowa papuga

-nie czarni

-zespół bluesowy; „Wehikuł czasu”

-obuwie baletnicy

-juwenalia UMP

-przyrząd do oglądania preparatów

-… ławka dla niegrzecznego ucznia

-symbol złota

-„… umarłych poetów”

-jednosylabowy odgłos bociani

-komenda dla psa

-nie w duecie

-wlewać paliwo znaczy …

-symbol gęstości

-towarzyszy pani

-np. kluczy, włosów

-niemieckie „dobrze”

-powieść Doroty Terakowskiej i trzecia osoba

l. poj.

-opieka

-wyraz dźwiękonaśladowczy

-mitologiczny król Troi

-zwierzęta, które głosu nie mają

-szukana w stogu siana

-usunięcie pęcherzyka żółciowego

-np. VHS

-podstawowa jednostka strukturalna tkanki

kostnej

-aromatyczna przyprawa, pasuje do pomidorów

-Ignacy … - prezydent RP w latach 1926-1939

-wynalazca dynamitu

-symbol miedzi

-syna Dedala, który marzył o lataniu

-kwitną w maju

-przyrząd do badania oczu

-pierwiastek występujący w przewadze w po-

-zostały rzucone

wietrzu

-dobrze mieć go w rękawie

-kwas deoksyrybonukleinowy

-„Kapitan …” nie miał jednej ręki

-miasteczko z bazyliką, w woj. Dolnośląskim -jego odczyn to w skrócie OB.

-dziewczynka z afrykańskiego buszu -rozgałęziony element neuronu

-prowizoryczny budynek

-Platforma Obywatelska

-H2O

-… śniady – ssak z rodziny krętorogich

-owad w żółto-czarne paski

-choroba przyzębia

-np. podstawowa lub gimnazjalna

-… chromosomowa przyczyną mutacji

-uroczystość po pogrzebie

-model Fiata i gra karciana

-grupa ssaczków z jednej ciąży

-odtwarzacz

-wyścigowy lub pod szynami pociągu -ustrój bez władzy

-Ordo Praedicatorum w skrócie

-osoba pobierająca należności od płatników

-neuryt

-wieś w woj. Śląskim

-pierwiastek o symbolu Sn

-wietrzna to zakaźna choroba wirusowa

-owoc na nalewki

-tak jak

-Międzynarodowy Układ Jednostek Miar -… tarczycy występuje przy niedoborze jej

-roślina na olej

hormonów

-małe działo

-powód postępowania

-Q

-… Chytrusek

-skrót od Krakowska Akademia

-archaiczna nazwa tarczy

-może być izotoniczny lub izometryczny -New … - miasto w USA

-Wielki … Chiński

-metoda badania krtani

-przepłukiwanie jam ciała

-choroba dziedziczna, której objawem jest

-skrót od Administracja Oświaty

ochronoza, ciemniejący mocz

-wrzucasz na niego, gdy już się nie stresujesz -stolica Szwecji

Poziomo:

-krąży po niej Ziemia i inne planety

-ulega wpływowi pola magnetycznego -otrzymasz ją, gdy wygrasz

-stymulant

-na pustyni, lub spokoju

-część nogi pod kolanem

-ślad po wodzie na ścianie

-jeden z 12 towarzyszy Jezusa

-zewnętrzna powierzchnia ściany budynku

-gdy wsadzisz w nie kij wywołasz zamieszanie -jezuitów lub karmelitów

-rodzinna opowieść

-inaczej skrzeplina

-letni i zimowy w czasie roku szkolnego -zespół uzależnienia od alkoholu

-umrzeć to odejść na jego łono

-owad, który swe ofiary zjada żywcem

-najsłynniejszy w Poznaniu to Marciński -powszechny ssak leśny

-winny , jabłkowy lub spirytusowy

-np. operowa

-krasnoludek

-mit z y w środku

NAGRODZENI!

Za prawidłowe rozwiązanie krzyżówki z numeru 142 „Pulsu UM” nagrody otrzymują:

1.„Ostre zatrucia. Praktyka lekarza rodzinnego” - Weronika Pelczar

2.”Endodoncja klinicza” – Michał Sotkiewicz

3.„Cukrzyca. Praktyka lekarza rodzinnego” - Maksym Orzeszko-Ostrejko

4.„Fizjoterapia w onkologii” - Honorata Gubańska

Rozwiązanie to: „OMNIS ARS NATURAE IMITATIO EST”

Zwycięzcami krzyżówki „Konkurs Filmowy” zostali:

Urszula Szuleta, Mateusz Piętowski, Dorota Wagner,

Arkadiusz Szubert, Aneta Maciosek, Kamila Malinowska, Weronika Pelczar

Rozwiązanie to: „ALE KINO”

Po odbiór nagród zapraszamy na dyżury redakcji w każdy poniedziałek od 18:30 do 19:30.

Puls UM

41


HUMOR

Młoda rodzina z 5 letnim synem ogląda kupione

mieszkanie. Dziecko patrzy na pustą ścianę i mówi:

– A tu półkę je**iemy.

Ojciec trzepnął go mocno w kark i pyta:

– Pojąłeś?

– Pojąłem.

– Co pojąłeś?

– Że tu półka ni c**ja nie pasuje.

***

Mąż z żoną śpią głębokim snem. Nagle dzwonek do

drzwi. Żona zrywa się i woła:

– O rany, mąż wraca!

W tym momencie zbudzony mąż wskakuje pod łóżko. Po

chwili otrzeźwiał i mówi do żony:

– Oj, oboje mamy nadszarpnięte nerwy.

***

Wśród pacjentów zapanowała „moda” na bycie liśćmi –

wisieli pod sufitem i nie chcieli zejść.

Lekarz myślał, jak ich przekonać do zejścia na ziemię

i wpadł na pewien pomysł. Wchodził

do każdego pokoju i mówił „przyszła jesień.” Każdy

pacjent zaczął opadać na ziemię. Lekarz

ucieszony przeszedł po całym oddziale, ale w ostatnim

pokoju jeden pacjent dalej wisi.

Zdziwiony, że jego pomysł nie zdał egzaminu, zapytał:

– Dlaczego nie opadłeś na ziemię jak inne liście, przecież

już późna jesień!

Na to pacjent odpowiedział z politowaniem:

– Nie widzi doktor, że jestem iglakiem?

***

– Zrywam z Tobą. Mam dość tego, że mi stale dogryzasz

z powodu wagi.

– Stój! Nie rób tego! Pomyśl o naszym dziecku!

– Jakim dziecku?!

– To Ty nie jesteś w ciąży?

***

Lekcja poglądowa w szkole podstawowej. Pani nauczycielka

pyta dzieci jakie znają nowości farmaceutyczne

ostatnich miesięcy. Oczywiście Jasio jako pierwszy

podnosi rączkę i krzyczy:

– Ja, ja.

Pani pyta:

– Jasiu powiedz nam jakie znasz najnowsze lekarstwa.

–Viagra, proszę pani.

Zaskoczona pani, nie wiedząc co powiedzieć, upewnia

się, czy aby dobrze usłyszała. Jaś potwierdza. Pani pyta

dalej:

– A na co Jasiu Twoim zdaniem ta Viagra jest?

– Na sr***kę proszę Pani – odpowiada Jaś.

HUMOR

– Jak to Jasiu na sr***kę. Jesteś pewien? – pyta zaskoczona

pani.

– Tak proszę Pani. Co wieczór moja mama mówi do taty:

„Zażyj Viagrę, może ci to gówno stwardnieje.”

***

– Panie doktorze, cierpię na reumatyzm!

– Od małego?

– Nie, od kolan.

***

Pewien facet jest z wizytą w zakładzie psychiatrycznym.

Po obchodzie pyta się dyrektora:

– Jak rozpoznajecie chorobę u kogoś, kto z pozoru nie

wygląda na chorego?

– Prowadzimy go do pomieszczenia z wanną napełnioną

wodą, dajemy do ręki wiadro i łyżeczkę i każemy opróżnić

wannę z wody.

– Rozumiem. Ktoś normalny użyje wiadra?

– Nie. Ktoś normalny wyciągnie korek. Pokój z widokiem

czy bez?

***

Pracownik często spóźniał się do pracy, bo zasypiał.

Kierownik zagroził chłopu zwolnieniem i biedak kupił

sobie kilka budzików. Któregoś dnia budzi się rano 8:15

(do pracy na 8). Budziki nawet nie gdaknęły. Przerażony

leci do sąsiada dentysty i mówi:

– Rwij pan 4 zęby z przodu i pomaż pan mi twarz krwią,

powiem, że miałem wypadek.

Po zabiegu, pyta dentysty, ile się należy. Ten mówi

„400zł”. Gość zdziwiony mówi, że normalnie jest 40zł od

sztuki. Dentysta na to:

– Tak, ale dzisiaj jest niedziela...

***

Kolega opowiada koledze:

– Byłem w aptece i poprosiłem o syrop od kaszlu, a aptekarz

dał mi, nie wiem czemu, środek na rozwolnienie.

– Zażyłeś ten środek?

– Zażyłem.

– I co, kaszlesz?

– Nie mam odwagi...

***

Ordynator przed wyjściem do domu zagląda do pokoju

asystentów i widzi, że wszyscy piją koniak.

– Co to panowie, alkohol w pracy?

– Panie ordynatorze, właśnie dowiedzieliśmy się, że

siostra Mariola nie jest w ciąży.

– Nalejcie i mnie.

Anika Mielewczyk

42

Gazeta Studentów


Juwenalia 2012!

cover

Autorzy zdjęć: Joanna Pluto-Prondzinska

Katarzyna Paczkowska

More magazines by this user
Similar magazines