Podróże małe i duże. - Puls UM

pulsum.pl

Podróże małe i duże. - Puls UM

OPOWIADANIE

Podróże małe i duże.

Odczuwam niepokój w pokoju. Wstaję więc i idę do

kuchni, zaraz pod okno korytarza i wracam do kilku metrów

kwadratowych na krzyż, a raczej na prostokąt. Tutaj dyskomfort.

Męczy mnie ta wędrówka z cieniem nudnego dnia na

ścianach. Zmęczenie osiąga pozycję horyzontalną. Poduszka

bezlitośnie odbija piętno szarego popołudnia na bogu ducha

winnym policzku. Swędzi. Drapie. Uwiera. Głowa narzeka,

że za ciepło, za miękko, za wygodnie. Tęskni do kolan, dworcowych

przeciągów... i już zawieramy porozumienie! Wiem

dlaczego jestem obrażona na rzeczywistość, która teraz zdaje

się być wyjątkowo szara w swojej monotonności. Poczucie

nicnierobienia zamienia jesienną egzystencję w bezruch.

Uwiera mnie poranek w ciepełku, droga na wykład. I buty

zdają się betonu unikać, a wszędzie

tylko ten beton i niepoważni ludzie

stąpający po liniach. Ja też niby tak sobie

stąpam, chociaż głowa cztery metry

od chodnika i setki kilometrów od

tego pozbawionego charakteru miasta.

Jakieś mentalne zatwardzenie. Jest na

to rada – błonnik, czyli coś kreatywnego,

jakieś szarpnięcie, gwizdek, świat

mieszczący się w jednym przedziale.

Serce bije w rytm muzyki i już rwie się

do kolejowego tańca. Arytmia. Rytm

przerywa ciche „plum” dobiegające

z laptopa:

– Powłóczyłbym się...

Bez wahania wybieram numer. Po

chwili oczekiwania na połączenie słyszę:

– Sopot?

– Odpada, dawaj coś z listy.

– Toruń.

– Świetnie, o której pociąg?

...

Standardowo 21:37 na Dworcu Głównym. Na dobry początek,

w ramach pakietu standardów spóźniam się jakieś 20

minut. Hala dworca. Znajomy włóczykij, leżący pod ścianą

opustoszałego już budynku, wita nas w swoich skromnych,

bo państwowych progach: „znowu Gdziekolwiek?”

– Tym razem Toruń – odpowiadamy dwugłosem.

Po krótkiej wymianie zdań orientujemy się, że późna

pora wygnała wszystkich pracowników zza okienek. Szklana

pułapka chciałoby się rzec. Pracownik kolei odsyła nas do

„kasy na dole”. Kolejka jest krótka, ale mam czas, żeby zauważyć

kratę zawieszoną pod sufitem. Zastanawiam się nad

Witamy w podróży

jej rolą tutaj. Wzruszam ramionami, przytykam nos do szklanej

bariery i proszę o „studencki do Torunia przez Inowrocław”.

Mój towarzysz jak zwykle wchodzi w dialog z panią

po drugiej stronie. Przesuwając palcem po kamiennym blacie

podsuwam mu grosik i szeptem mówię: „miła jest, daj”. Grosik

ląduje przed podstarzałą brunetką:

– Kazała dać, to daję.

Biznes życia – w zamian dostaliśmy szczery uśmiech.

Tanioszka. Uśmiech za grosz. Takie zakupy tylko z nami.

Dopóki portfele nie świecą pustkami, w przeciwieństwie do

żołądków, kierujemy się do restauracji szybkiej obsługi. Po

cichu licytujemy, ile hamburgerów możemy teraz w siebie

wciągnąć i po chwili pani przyjmująca zamówienie słyszy

męski głos:

– Trzy.

Zanoszę się śmiechem, kwiczę

i z trudem łapię oddech. Kiedy już jestem

w stanie wypowiedzieć cokolwiek

poza „ha ha ha”, rozwijam zamówienie

wypowiedziane w postaci silnie skompresowanej

do: „Hamburgery w sensie.

Trzy, ale to już pani wie”. Wracamy

przez wejście od Dworca Zachodniego.

Nie pocałowaliśmy klamki tylko

dlatego, że kraty ich nie mają. Dom bez

klamek, istne szaleństwo. Przynajmniej

już wiem do czego miały służyć wspomniane

wcześniej kraty. Więzienie okazuje

się nieszczelne – wieje od tej hali

halny jakiś. Chowamy się w ciasnej poczekalni,

plotkujemy z panią bogatszą

o grosik, przy herbatce. Robi się ciepło,

sennie, przyjemnie, bo twardo. Podłoga

twarda w sensie. Do pociągu jeszcze

dwie godziny. Czytam bajkę o trzech

zajączkach, którą On zawsze ma przy sobie (chyba na wypadek

mojej ewentualnej bezsenności), by po chwili odpłynąć

w błogi, podróżniczy sen. Budzi mnie delikatne szarpnięcie

za ramię:

– Zbieraj się, idziemy.

W uścisku snu pośpiesznie wyjmuję kartkę i zapisuję:

„Na jeszcze większe szczęście, bo... czasy są ciężkie dla

marzycieli”. Zapisek szybkim ruchem ręki kładę na ladzie,

a na niej kolejny grosik. Bez słowa opuszczamy poczekalnię,

obdarowani kolejnym uśmiechem sympatycznej pani.

Trzeźwieję w momencie wyjścia na wietrzny peron. Uśmiecham

się, bo czwarty – mój ulubiony. Zajmujemy miejsca

18

Gazeta Studentów

More magazines by this user
Similar magazines