B.Antonowicz: ,,Trzy dzwony dla kościoła w Dolinie
B.Antonowicz: ,,Trzy dzwony dla kościoła w Dolinie
B.Antonowicz: ,,Trzy dzwony dla kościoła w Dolinie
- No tags were found...
Transform your PDFs into Flipbooks and boost your revenue!
Leverage SEO-optimized Flipbooks, powerful backlinks, and multimedia content to professionally showcase your products and significantly increase your reach.
Benedykt <strong>Antonowicz</strong>TRZY DZWONYDLA KOŚCIOŁAW DOLINIEdawne woj. StanisławówNakładem AutoraGliwice 20051
Opracowanie zawiera- w treści 33 kopie listów i dokumentów i 2 fotografie,- na kartach dodatkowych 67 fotografii.Wszystkie zdjęcia są własnością autora, za wyjątkiem 3 zdjęćprzedstawiających:- kapliczkę św. Jana, dzwonnicę przy kościele w <strong>Dolinie</strong>, cerkiewśw. Mikołaja na Husakowie,których odbitki otrzymałem od znajomych.Informacje dotyczące czci wizerunku M.B. przez lud kresowyzaczerpnięto z ksiąŜki „Kresy” - Jacka Kolbuszewskiego.Skład komputerowy,opracowanie edytorsko-graficzneArkadiusz <strong>Antonowicz</strong>Wydrukowano ze środków własnych autora w 2007 r.2
Wszystkim, którzy mi zaufali i przyczynilisię do wykonania dzwonów oraz udzieleniapomocy dolińskiemu kościołowi w dowódwdzięczności wspomnienia te poświęcam.Jednak szczególnie dziękuję PaństwuBogusi i Zbyszkowi Felczyńskim, swojejmałŜonce Zuzannie oraz synowi Arkadiuszowi.Autor3
„ Jedna juŜ tylko kraina taka,w której jest trochę szczęścia <strong>dla</strong>Polaka, kraj lat dziecinnych ”Adam MickiewiczPan Tadeusz - EpilogKtóŜ nie tęskni do miejsca swoich narodzin, krainy latdziecinnego rozwoju i miejsca wspólnych zabaw. Przytoczonyfragment Pana Tadeusza znajduje potwierdzenie szczególnieu Kresowian, którzy po opuszczeniu swoich rodzinnych stronbyli skazani na marzenia narastające w miarę przybywanialat.Do takich osób ja równieŜ naleŜę.Wspomnienia pojawiają się w wyobraŜeniach obrazów nie tylkorzeczywistych, ale i podświadomych. Zamknięta droga doodwiedzenia krainy swojego dzieciństwa przez około 30 lat wyobraŜeniate jeszcze potęguje. Przed oczami przesuwają się obrazypięknego kremowego domu, duŜego ogrodu z wielkimidrzewami czereśni, na które moŜna było wejść aby się najeśćsmacznych soczystych owoców i dębowy pachnący grzybamilas. Przypomina się jazda na koniu w porze letniej i jazda nanartach w przewaŜnie długotrwałych okresach zimowych.OŜywa w pamięci droga do szkoły, zabawy nad Turzanką,w której bez problemów widać było raki i pstrągi oraz duŜymost nad torami kolejowymi; a takŜe groźne szerszenie, które9
lubiły zakładać gniazda w duŜym dębie rosnącymw rogu ogrodu przy drodze na Wysoką Górę.Nadchodzi wreszcie pora, na którą wielu czekało dziesiątkilat. Nastają lata siedemdziesiąte. Otrzymuję upragniony„wyzew”. Na pierwszej stronie wyzewu figuruje duŜa pieczątkaw j. rosyjskim „własnym samochodem wjazd na teren Stanisławowskiejobłasti zakazany”. To jednak nie najwaŜniejsze,najwaŜniejsze jest to, Ŝe figuruje na nim cała moja rodzina, codo tej pory było niemoŜliwe. Dotychczas mogła jechać tylkojedna osoba najbliŜej spokrewniona.Moje rodzinne miasto, do którego tak tęsknię, moja Dolina leŜyna terenie tej właśnie „obłasti”, do której wjazd własnym samochodem„zaprieszczen”.Jedziemy samochodem z myślą pozostawienia go we Lwowie.Nasi uczynni WOP-iści doradzają samochód pozostawićw Przemyślu na strzeŜonym parkingu. Tak czynimy. Wsiadamydo pociągu Przemyśl – Lwów, okna z prawej stronywszystkich wagonów zamknięte na stałe, z lewej moŜna otworzyć,po tej stronie pociągu, w okolicach Mościsk, zgromadzonospore ilości wojskowego sprzętu obserwacyjnego, naprowadzonego,przez radzieckich Ŝołnierzy, na okna wagonów (jako byłyartylerzysta rozpoznałem co to za sprzęt). ZbliŜa się kontrola(kontrola polska trwała krótko przed wejściem do pociągu) pogranicznikówradzieckich, Ŝołnierze mówią w j. rosyjskim, aledoskonale znają równieŜ j. polski. KaŜdy podróŜny po oddaniuswoich dokumentów Ŝołnierzowi, przechodził do następnegoprzedziału, opróŜniony przedział był dokładnie sprawdzany,zaglądano do róŜnych zakamarków i wnęk, a nas pytano czynie wieziemy jakichś rzeczy zabronionych., po tym powracaliśmydo swojego przedziału, bagaŜy naszych nie sprawdzano,trzeba było tylko wskazać, która torba do kogo naleŜy. Inaczejpotraktowano jadącego w naszym przedziale podróŜnego zNiemiec Zachodnich, był on dokładnie na naszych oczachsprawdzany, łącznie z koniecznością pokazania kaŜdej kanapki.Kontrola trwała długo. Po ponownym zajęciu swoich miejscw przedziale kaŜdemu oddawano dokumenty. Mimo wszystkoprzewaŜała radość i wzruszenie z moŜliwości zobaczenia10
i przypomnienia sobie drogi, którą wiele lat temu jechaliśmybydlęcymi, a częściowo i węglowymi wagonami na Zachód.W godzinach popołudniowych pociąg wjeŜdŜa na lwowską stację,do mojej Doliny zajeŜdŜamy po północy, miasto nieoświetlone,naokoło ciemno, nawet księŜyc nie świeci, Ŝadnego światław oknach. My mamy jednak od Lwowa opiekunów, to MieczysławK. i Igor F., którzy po nas przyjechali (powiadomienitelegraficznie) dwoma samochodami z wielkim bukietem kwiatówna powitanie.Moja małŜonka tych emocji nie przeŜywa, bo nie pochodziz Kresów.Oprowadzam więc swoją małŜonkę Zuzannę, syna Arkadiuszai córkę Gabrysię po znanych mi z dzieciństwa miejscach.Idziemy przez Zagórze, figury i przydroŜne krzyŜe stoją jakkiedyś, nie zniszczone, przy nich bukiety kwiatów, rozpoznajęposzczególne zabudowania, nie wszystko jednak jestem wstanieokreślić co do kogo naleŜało. Droga z szerokim trawiastympoboczem teraz węŜsza, bo w trakcie kolektywizacji ci którzymieli zabudowania w pobliŜu, kaŜdy „coś skubnął” <strong>dla</strong> powiększeniaswojego przydomowego ogrodu „tak na dziko”. Julek Sz.nawet pobudował się wprost na szerokim poboczu.Serce bije coraz mocniej, gdy rozpoznaję dom Kurtaszów, Maruniaków,gdy przechodzimy przez most kolejowy, a dalej obokdomu Pawłowiczów, Macewiczów i coraz bardziej zbliŜamy siędo miejsca moich narodzin pod Wysoką Górę. Wzruszenie zapierami oddech, gdy znaleźliśmy się przy naszym pięknymogrodzie i dobrze utrzymanym domu i sadzie. Pozostałych zabudowańnie ma, zostały rozebrane, a w „naszym” ogrodzie pobudowanokilka domów mieszkalnych – to wynik upaństwowieniai parcelacji. Nie ma teŜ dorodnych grabów, którymi obsadzonybył ogród od strony ulic. Wycięto teŜ wspaniały dąb, wktórym gnieździły się szerszenie – postrach dzieci. Poznajędawnych sąsiadów, panią Stasiewicz z córką Jarosławą, ap. Józefa Majewska – Polka, gdy nas zobaczyła powiedziała doswojej córki Wandy „to chyba ktoś z Polski”. Najbardziej jednakwzruszające spotkanie było z p. Józefą Macewicz – bardzoporządna i Ŝyczliwa Ukrainka.11
To jej w październiku 1945 r., z moją siostrą Kornelią, oddaliśmyklucze od naszego domu i z płaczem Ŝegnaliśmy się udającsię na dworzec do transportu jadącego na Zachód do Polski(rodzice juŜ tam byli i ładowali dobytek do wagonów).Wszyscy witają nas bardzo serdecznie, ze łzami w oczach, tymbardziej, Ŝe kaŜdy zapamiętał mnie jako chłopaka, a miałprzed sobą nieznajomego w średnim wieku osobnika. Było teŜtak, Ŝe napotkani ludzie pytali „ a wy czyj syn”.Dzięki gościnności gospodarza Mieczysława K. odwiedzamyStryj, Bolechów, Kałusz, Wygodę, uroki przyrody w Bubniszczu.Z daleka (bo tam nie wolno) patrzymy na grecko-katolickąJasną Górę, szczyt w Hoszowie, z bardzo zniszczoną cerkwiąi zwisający na jednej z „bań” utrącony krzyŜ. Na pozostałychkopułach krzyŜy nie ma, zostały zestrzelone. Przed wojną byłoto miejsce licznych dalekich pielgrzymek ludu ruskiego. Kościółw <strong>Dolinie</strong> jako budynek utrzymany dość dobrze, bo znajdujesię w nim hala sportowa, jest opalany, na zewnątrz wyglądadość dobrze chociaŜ dach wymaga remontu. KrzyŜ z wie-Ŝy strącony, brakuje teŜ dzwonnicy i sygnaturki (wieŜa małanad ołtarzem). Rynek zamieniony na cmentarz tych, którzyzginęli w czasie walk o wyzwolenie Doliny i powiatu dolińskiegospod hitlerowskiej okupacji. Dwie zabytkowe cerkwie drewnianerozebrane, na miejscu tej w Husakowie postawiono dommieszkalny. Po Zagórskiej cerkwi pozostał pusty plac. To tuw pobliŜu urodził się Jan Lubaczewski (Lubacziwśkyj), Kardynał,głowa <strong>kościoła</strong> grecko-katolickiego, wg informacji mojejmamy pochodzenia polskiego. Trzecia cerkiew murowana (budowęrozpoczęto pod koniec XIX w.) znajduje się w rękachprawosławnych, których kiedyś w <strong>Dolinie</strong> nie było. Cerkiewutrzymana, usunięto tylko konfesjonały. Synagoga zamienionana hurtownię towarów importowanych (kawa itp.).Pokazałem teŜ rodzinie kanał pod torami kolejowymi niedalekobudki rogatkowej i drogi prowadzącej od Wysokiej Góry naNowiczkę. W kanale tym siedzieliśmy z innymi sąsiadamiw czasie cięŜkich walk, gdy Dolina kilka razy przechodziłaz rąk do rąk. Po małym deszczu płynie tam wartki potok,przekonała się teŜ rodzina, bo na szczęście spadł deszcz.12
Do Stanisławowa jedziemy z Igorem F., bo wg gospodarzy onzna to miasto i najlepiej wszędzie oprowadzi. Do Lwowa jedziemyautobusem zamówionym specjalnie przez MieczysławaK. Z Doliny wyruszamy raniutko w piątkę (poza kierowcą) –jako przewodnik jedzie z nami synowa Igora, bo to ona najlepiejzna to miasto. NiezaleŜnie od tych krajoznawczych wycieczek,jesteśmy zapraszani w gości do domów, wszędzie staranosię nas serdecznie przyjąć i ugościć. Wszędzie teŜ była własnatuszonka i alkohol, od którego bardzo trudno było się wybronić.Przyjmowano nas w domach rodzin polskich jak i ukraińskich.Nie starczało dnia, a my z małą córką. Rozmowy wszystkiei wszędzie sprowadzały się do Ŝycia miejscowych po 45 r.Szczególnie do ograniczenia Ŝycia religijnego, braku cerkwii <strong>kościoła</strong> katolickiego oraz przymusu korzystania z usług wyłącznieksięŜy prawosławnych, bo innych nie ma. Gorycz tąprzeŜywały szczególnie osoby starsze, wychowane po katolicku.MłodzieŜ takich rozterek juŜ nie miała, chociaŜ wychowaniereligijne w domu nie zanikało. Opowiadała nam pewna panipo wyŜszych studiach, Ŝe jeśli ktoś chce się pomodlići wziąć udział we mszy św. to jedzie do Stryja, bo tam się nie13
znają, nie przypilnuje nikogo nauczyciel, a najwaŜniejsze, Ŝeistnieje tam jeszcze kościół rzymsko-katolicki (liczono się, ŜemoŜe być kiedyś zamknięty). Innym tematem poruszanymprzez miejscowych były ograniczenia własnościowe, wielkościogródków i upaństwowienie ziemi. ChociaŜ u niektórych osóbwyczuwało się pewną powściągliwość i obawy w szerokim rozwijaniutematu. Najwięcej miała do powiedzenia p. Józefa M.,szczególnie na temat ucisku religijnego i zachowania się banderowców,co do których miała dość dobre rozeznanie. To onabyła głównym organizatorem nocnych mszy świętych w swoimdomu, odprawianych przez podziemnego księdza greckokatolickiegoz zakonu Bazylianów, wyświęconego jeszcze przedwojną w Polsce. opowiadała p. Józefa jak to po wyjeździe naszychksięŜy do Polski na Zachód, zaczęli uczęszczać na nabo-Ŝeństwa do cerkwi grecko-katolickiej. Proboszczem tam był ks.Michał Czarniega (Mychajło Czarneha), pozostałych w <strong>Dolinie</strong>Polaków przyjmował bardzo serdecznie. Kiedy zaczęła się zaciskaćpętla wokół tego obrządku, nauczał ten ksiądz, aby pamiętalido jakiego wyznania naleŜą i lepiej się modlić w domuniŜ chodzić do prawosławnych – mówił. Pouczał co i jak mająrobić po katolicku bez księdza, a kiedy będą mogli pojechać doStryja to wówczas odnowią złoŜone ślubowania czy postanowieniaoraz uzyskają błogosławieństwo księdza w imieniu PanaBoga.Podobną pracę przygotowującą wiernych jak mają postępowaćna wypadek zamknięcia katolicyzmu, prowadzili Bazylianiez Hoszowa, którzy liczyli się z tym, Ŝe zostaną wypędzeniz klasztoru i miejsca kultu cudami słynącego obrazu Matki Boskiej.Istotnie Bazylianie zostali wypędzeni z Jasnej Góryw Hoszowie, a doliński proboszcz M. Czarniega wywieziony naSybir, cerkiew oddano w ręce prawosławnych.Od tego czasu do istniejącego i otwartego <strong>kościoła</strong> rzymskokatolickiegow Stryju jeździli nie tylko Polacy, ale i Ukraińcy,i nie tylko z Doliny, ale innych dalszych miejscowości. Szczególniew okresie BoŜego Narodzenia i świąt Wielkanocnych.Opowiadania p. Józefy świadczyły, Ŝe istotnie ma ona kontaktz kimś dobrze obeznanym w ukrytej działalności religijnej,14
a tym kimś był tajemniczy bazylianin, którego imienia nawetnie wspominała.Z naszych odwiedzin u innych ludzi, którzy często prosili abyśmyprzenocowali, była niezadowolona pani Stefa K., ŜonaMieczysława – uczestnika II-giej Wojny Światowej, szczycącegosię udziałem w zdobyciu Berlina – inwalidy wojennego. Onazawsze czekała z posiłkiem.Kilkunastodniowy pobyt w <strong>Dolinie</strong> upłynął niespostrzeŜenieszybko, pełni wraŜeń i przeŜytych wzruszeń wracaliśmy doPolski, jak się później okazało nie był to jedyny raz.Innym razem jadę do mojej krainy dzieciństwa z mojącórką Gabrysią, dorosłą juŜ studentką U. Śl. w Katowicach.Jedziemy do śukotyna k/Kołomyi na zaproszenie Swiety. Swietato koleŜanka córki w wyniku korespondencyjnych kontaktów,Swieta mieszka u teściów – ukraińska rodzina przyjmujei ugaszcza równieŜ bardzo serdecznie i ta gościnność wyraŜasię na kaŜdym kroku. Teść Swiety, Iwan, frontowiec, ma inneproblemy z wiarą. Jego cerkiew w pobliŜu domu oddana prawosławnymi on tam, po powrocie z wojny, zaczął chodzić. ChociaŜbył greko-katolikiem, teraz cerkiew grecko-katolicka odrodziłasię, ale ta jego jest dalej w rękach prawosławnych, a taodrodzona jest daleko, aŜ w Kołomyi. Więc pytał: „skaŜit paneszczo ja teper na starist maju robyty”. W ciągu tygodnia mieliśmymoŜliwość bezpośrednio poznać Ŝycie niegdysiejszych kołchoźników,którzy mimo iŜ byli Ukraińcami, nie najlepiej wypowiadalisię o czasach okupacji niemieckiej oraz poczynańswoich rodaków z band U.P.A. oraz rozterki osobiste, które zobrazowałteść Swiety. Piękne okolice regionu związanegoz huculszczyzną poznawaliśmy niesamowicie przepełnionymitrzęsącymi autobusami. Jest juŜ okres, w którym zobaczyliśmyw śródmieściu Kołomyi zburzony pomnik wodza rewolucji W.Lenina, a z pozostawionych elementów wyraźnie widać, Ŝe byłon zbudowany z granitowych nagrobków cmentarza Ŝydowskiego.Nie ma teŜ juŜ Stanisławowa, jest natomiast Iwano-Frankiwsk. To następny cel naszej podróŜy. Po zwiedzeniu15
stolicy województwa wsiadamy do pociągu relacji Stanisławów– Stryj. Przez okna oglądamy piękne zielone krajobrazy i górzystetereny, wysiadamy w <strong>Dolinie</strong> i tu zatrzymujemy się nakilka dni. Gabrysia ma zaproszenie na zabawę, ale odmawia,jest bardziej zainteresowana odwiedzeniem zapraszającychnas ludzi, a to przewaŜnie odbywa się nocą, bo w dzień długopracują, a my mamy wolne w zwiedzaniu okolicy. Wchodzimyna teren <strong>kościoła</strong>, obecnie opuszczonego, bo jest juŜ nowa salagimnastyczna, kościół zamknięty, ktoś informuje mnie gdzieklucz mogę dostać, jednak nie jestem tym, jako obcy, zainteresowany.Odwiedzamy teŜ Hoszów – Jasną Górę, nie z daleka,ale wchodzimy na szczyt, spotykamy tam brata Jozafata (imięzakonne), który powrócił z Syberii, otwiera cerkiew, wewnątrzbardzo zniszczona, szczególnie poniszczone (odkute) pięknemalowidła na ścianach. Jak się później okazało cerkiew w Hoszowiebyła wewnątrz bardziej zniszczona niŜ kościół w <strong>Dolinie</strong>(w <strong>Dolinie</strong> zachowały się dość dobrze wizerunki namalowanena ścianach). Brat Jozafat, gdy zobaczył, Ŝe do skarbonkiwrzuciliśmy kilka dolarów, natychmiast zawołał jakiegoś księdza,który nam dziękował bardzo po ukraińsku, a sam wręczyłnam pamiątkowe medaliki z wizerunkiem świętego.Jadąc z Gliwic z córką zabraliśmy ze sobą kilka ksiąŜeczek,sporą ilość róŜańców, modlitewników i obrazków, bo w czasiepoprzedniego pobytu mówiono nam, Ŝe nie ma tam takich rzeczy.Przedmiotów tych, jak się okazało było za mało, szczególnie, gdy pokazaliśmy to księŜom grecko-katolickim w Kołomyii <strong>Dolinie</strong>. We wszystkich miejscowościach, które odwiedziliśmy,zauwaŜa się odnowę przede wszystkim przez wyjściez podziemia cerkwi grecko-katolickiej. Ujawniają się takŜeksięŜa i ci wykształceni w podziemiu, jak i ci pojedynczy, którzyprzeŜyli te cięŜkie czasy unikając wywózek, a którzy bylijeszcze wyświęceni przed II wojną w Polsce.Wszędzie widać jak te „rewolucyjne masy ludowe, pragnące socjalizmu,elektryfikacji i władzy radzieckiej” nie wyrzekły się,mimo prześladowań osobistych i <strong>kościoła</strong>, a przetrwaływ wierze ojców. Zachowały swoje uczucia religijne i tradycjeludowej poboŜności. Widzimy cerkwie pełne gorąco modlących16
się ludzi, jak i liczne dziękczynne procesje pod ustawiane krzy-Ŝe na usypywanych kopcach (mohyłach). Wypada jednakwspomnieć, Ŝe w latach 80-tych zburzono i zniszczono wieleprzydroŜnych krzyŜy i kapliczek, które przetrwały burze wojennei długie lata powojenne, a które widziałem osobiście podczaspobytu naszego w latach 70-tych. Działo się to na poleceniemiejscowych kacyków, którzy nakazali w całym województwieusunąć kapliczki i figury. Nie wszystkie jednak zostałyzniszczone. W Kołomyjskim, miejscowa ludność duŜą ilość kapliczekprzeniosła na cmentarz. Została teŜ na swoim miejscuXIX w. figura na Zagórzu w <strong>Dolinie</strong>, dzięki „babom”, które zebrałysię gromadnie i po prostu nie pozwoliły zburzyć, stoi onado dzisiaj. W <strong>Dolinie</strong> Rada Miejska na nadzwyczajnym posiedzeniuzaŜądała zburzenia pomnika „przyjaźni”, postawionegona miejscu zabytkowej kaplicy św. Jana i odbudowy właśnietej wyburzonej kiedyś kaplicy: świadczy o tym pkt. 9 i 10 tejuchwały.Do odbudowania kaplicy św. Jana nie doszło, postawiono natomiastkaplicę upamiętniającą powstanie wolnej Ukrainy. Namsze grecko-katolickie w <strong>Dolinie</strong> zaczęli przychodzić znowuPolacy, juŜ nie jeŜdŜą do Stryja, mówi mi, w czasie długiejrozmowy ksiądz – zakonnik O. Roman, pracujący teraz w do-17
lińskiej cerkwi. Miałem szczęście poznać tego wspaniałegoczłowieka i księdza z zakonu Bazylianów, dzięki tym ksiąŜeczkom,róŜańcom i obrazkom, które mieliśmy, a jemu o tym doniesiono,więc zaprosił mnie z córką do siebie do mieszkaniaw Połuwankach. Rozmawialiśmy bardzo długo. O. Romanprzedstawił mi szczegółowo swój bogaty Ŝyciorys, począwszy odswoich święceń przed wojną w Polsce, w Sanoku, pracowałw woj. Tarnopolskim. Po likwidacji cerkwi grecko-katolickiejw 1946 r. trafił na człowieka z NKWD o dobrym sercu, dziękiktóremu, mimo odmowy podpisania prawosławia uniknął wywózkina Sybir, a stał się robotnikiem gospodarczym jednegoz lwowskich szpitali, by następnie trafić do Doliny. Tu podjąłpracę w „Naftozawodzie”, tu zamieszkał u Polki p. Józefy PodWysoką Górą. To u niej w domu przewaŜnie po północy wewszystkie większe uroczystości ( B. Narodzenie, Wielkanocitp.) odprawiane były katolickie naboŜeństwa. Zawiadomieniempewnych ludzi o mającej odbyć się mszy św. zajmowałasię p. Józefa i jej córka Wanda. Ani razu nie zdarzyło się, abymsza została przez kogoś zakłócona. W trakcie rozmowyz księdzem Romanem przypomniałem sobie, Ŝe o tych zdarzeniachopowiadała mi wiele lat temu osobiście p. Józefa. Podkreślałao szczęściu jakie im się przydarzyło, Ŝe w „Naftozawodzie”pracuje prawdziwy ksiądz „ruski”, bardzo odwaŜny. Pokazywała,gdzie był budowany ołtarz oraz mówiła o duŜej ilościchętnych do udziału we mszy św. bez względu na obrządek, alenie uznających prawosławia. W domu wszyscy się nie mieścili,stali przed domem i nie bali się głośno modlić. Wyrazem polskościbyło przede wszystkim zachowanie tradycji świątecznych.Ksiądz Roman opowiadał teŜ o tarapatach i trudnościachjakie napotykał, po ujawnieniu się, w zabiegach o odebraniecerkwi prawosławnym, którzy stanowili małą gromadkę,a cerkiew nigdy do nich nie naleŜała. Po odebraniu cerkiewprzez całą dobę była pilnowana jeszcze w czasie naszego pobytu.Z wielką radością przyjął od nas kilka róŜańców, ksiąŜeczeki sporą ilość obrazków, które przywieźliśmy ze sobą. Jak mówiłjest brak wszystkiego, dopiero zaczynają od nowa. Trwającakilka godzin moja rozmowa z o. Romanem prowadzona byławyłącznie w języku polskim. W końcu zeszliśmy na temat18
opuszczonego dolińskiego <strong>kościoła</strong> (została wybudowana nowahala sportowa). Ksiądz zapewnia, Ŝe wstawi się za Polakamiu władz, jeśli tylko podejmą starania o odzyskanie <strong>kościoła</strong>.Tutejsi Polacy zawsze byli bardzo przychylni cerkwi greckokatolickiej,nawet gdy ona jeszcze działała nie jawnie – podkreślaksiądz na zakończenie naszej rozmowy. śegnamy sięserdecznie i późną nocą wracamy do miejsca naszego pobytu,do gościnnej Stefy i Mieczysława na Zagórzu. Jesteśmy z córkązaproszeni w gościnę do niektórych domów jednak tym razemnie wszędzie rozmowa toczy się tak spokojnie jak kiedyś, dajesię sporadycznie odczuć skrajnie nacjonalistyczne nastawieniedo Polaków u niektórych rozmówców. Jeden z rozmówców nawetw ostrym tonie zwrócił mi uwagę <strong>dla</strong>czego mówię Stanisławów,a nie Iwano Frankiwsk. Odpowiedziałem mu, Ŝe dokumentymoich rodziców mają pieczątki na których figurujewoj. Stanisławów, a nie jakaś inna nazwa miejscowości. ByćmoŜe kiedyś Iwan Franko przyjeŜdŜał do Stanisławowa nadziewuchy, ale to nie powód abym ja w potocznej rozmowie fałszowałhistorię z jakiego województwa pochodzę. Pan ten I.F.wówczas uspokoił się, a na drugi dzień przyszedł i przeprosiłza niestosowne zachowanie. Działo się to wszystkow miesiącu wrześniu 1990 r. Dolina pięknie wyglądała, szliśmydo p. Wandy, córki p. Józefy, która juŜ w tym czasie nieŜyła, wśród lila i pomarańczowych ziemowitów kwitnących nazielonych poboczach drogi i w ogrodach. Z p. Wnadą, a potemi z p. Franią rozmawialiśmy wstępnie co będzie z opuszczonymkościołem?Na przełomie roku 1990/91 napisałem do niektórychosób listy, a przede wszystkim do p. Wandy, aby przestali siębać i zaczęli starania o odzyskanie budynku świątyni, Ŝe napewno wg moich informacji, nie mogą być pociągnięci do Ŝadnejodpowiedzialności. Jak mi potem opowiadano Polacy obawialisię reakcji niektórych miejscowych osób. Jednak widoczniewola odzyskania świątyni była większa i efektem tego jestdo mnie list pisany przez inną Polkę p. Emilię L.Oto fragment tego listu:19
Natomiast z listu od p. Franciszki dowiaduję się, Ŝe PrzewodniczącymKościelnego Komitetu w <strong>Dolinie</strong> został wybranyEdward Komornicki, a jego prawą ręką została p. Irena Leśkiewicz,Kierownik Urzędu Stanu Cywilnego w <strong>Dolinie</strong>. Obydwojeniestety nawet przywitać nie potrafili po polsku.Moja odpowiedzią i radą na listy otrzymane z Doliny, szczególniena list z września 1991 r., była informacja, Ŝe z chwiląodzyskania <strong>kościoła</strong> najlepiej sprawą zainteresować rodakówdolińskich skupionych na Dolnym Śląsku w rejonie Oławyi Niemodlina, nie wymieniłem Nowej Soli – KoŜuchowa, czyStrzelec Krajeńskich, ze względu na odległość i mniejsze skupienieDolinian.Trzeba podkreślić, być moŜe nieskromnie, Ŝe list p. Wandy jestpierwszym udokumentowanym i potwierdzonym kontaktemz Polakami w <strong>Dolinie</strong>. Wszystko co było w późniejszym terminie,takŜe w Oławie, było następstwem tych skromnych moichpoczynań.20
W styczniu 1992 r. otrzymuję informację, Ŝe 28 grudnia 1991 r.odbyło się poświęcenie <strong>kościoła</strong> przez J.E. ks. bpa Trofimiaka,a miejscowy autor notki mylnie przekazuje, Ŝe biskup ma siedzibęw Czerniowcach, Specjalnie ten kazus przytaczam, byprzekazać jaka w tym czasie była wiedza dot. <strong>kościoła</strong> rzymsko-katolickiego.21
Informują mnie, Ŝe do Doliny dojeŜdŜa ze Stanisławowa ks.Halimurka, a takŜe o tym, Ŝe do Wrocławia pojechał p. Kosteckioraz o przyjeździe ks. St. Draguły z Wrocławia do Dolinyz darami.22
W lutym 92 r. ponownie otrzymuję korespondencję, w którejopisano wraŜenia z uroczystości, które odbyły się wcześniej.23
Napisał takŜe p. Komarnicki, który krótko komentuje pobytks. Draguły oraz informuje, Ŝe juŜ zakupili 500 m² blachyocynkowanej.Ten nawał informacji oraz apeli zainicjował moje wystąpieniedo J.E. ks. bpa Ordynariusza w Opolu, a następnie do J.E. ks.bpa R. Karpińskiego, który z ramienia Komisji EpiskopatuPolski koordynował całą organizacją pomocy <strong>dla</strong> <strong>kościoła</strong> naWschodzie.24
W tym mniej więcej czasie otrzymałem informację od kuzynaJurka Reicherta z Oławy, Ŝe na Trzech Króli odbyło się zebraniebyłych mieszkańców Doliny obecnie zamieszkałych w zasadziew rejonie Oławy, Niemodlina i Wrocławia, na którympostanowiono powołać Klub Przyjaciół Doliny, z zamiarem niesieniapomocy przy odnowie <strong>kościoła</strong>. Powiadomił mnie takŜe,Ŝe zebranie następne odbędzie się w miesiącu kwietniu 92 r.Wraz z małŜonką Zuzanną przyłączyliśmy się do tych spraw,co potwierdza poniŜsza odbitka pisma (podziękowanie), a takŜenasz wyjazd do Doliny w dniach 11 – 16. 09. 92 r. na odpustMatki BoŜej Siewnej.WraŜenia z pielgrzymki, które opisałem zamieściła Oławskaprasa, szpalty z artykułem przesłała mi miła pani Marysiaz Niwnika, która nam szefowała z ramienia komitetu pomocyparafianom na Ukrainie, w naszej podróŜy. W czasie koncelebrowanejmszy św. przekazałem swój pierwszy skromny dar,małe kropidło, bo przewidziałem, Ŝe księŜa nie będą mieli czym„pokropić” zebranych w kościele.26
Przed uroczystością zwróciła się ( w j. ukraińskim) do mniep. I. Leśkiewicz, abym poprosił naszych księŜy, by wyszliprzywitać procesję grecko-katolicką przy schodzeniu z drogi dobramy terenu kościelnego. Poszedłem do zakrystii, gdzie zapoznałemsię z ks. Krzysztofem, ks. Halimurką i jeszcze jednym,którego nazwiska nie pamiętam. Zaapelowałem o to, o co prosiłamnie zdenerwowana p. Irena. Gdy procesja zbliŜała sięz pięknym śpiewem „Choczemo Boha” do bram <strong>kościoła</strong>, wyszlinasi księŜa w strojach liturgicznych na przywitanie grekokatolików.My natomiast, szczególnie przybyli z Polski, wyszliśmyz kwiatami. Widok wspaniały, a wzruszenie przeogromne.Tu teŜ poznaliśmy się z ks. dziekanem grecko-katolickim BazylimKiernickim (Wasyl Kiernyckyj). Jakie były powody zwróceniasię do mnie p. Ireny nie wyjaśniłem i nie wiem do dziś.Kilka dni po powrocie, 17września 1992 r. napisałem do ks.Krzysztofa list, w którym m.in. donosiłem: „Przeprowadziłemw <strong>Dolinie</strong> rozmowę z kapłanami grecko-katolickimi, dziekanemB. Kiernickim i o. R. Prociwem w sprawie pomocy finansowej<strong>dla</strong> odbudowy naszego <strong>kościoła</strong>. Ustosunkowali się bardzopozytywnie. Ustaliliśmy z o. Romanem, Ŝe najlepiej, abyksiądz proboszcz zebrał ofiary osobiście w czasie SłuŜbyBoŜej ...”. Dalej informuję, Ŝe o. Roman rozmawia bardzo dobrzepo polsku. Odpowiedź od ks. Krzysztofa otrzymałem27.10.1992 r. List jest bardzo obszerny, informujący o planachi zamiarach oraz stwierdzenie „po głębszym przemyśleniu doszedłemdo wniosku, znając juŜ trochę pewne tzw. układy tutajpanujące, Ŝe nie warto przeprowadzać zbiórki pienięŜnej wcerkwi”.Uczestniczyliśmy z małŜonką we wszystkich następnych zebraniach,w Oławie jednak miałem uwagi do sposobu udzielanejpomocy. UwaŜałem, i dziś jestem przekonany, Ŝe to nie nasząrolą było ustalać jak amatorsko ma być wykonana jakaśniezbędna rzecz do wyposaŜenia <strong>kościoła</strong>. O tym powinien decydowaćksiądz proboszcz. Nie moŜna udzielać pomocy na zasadziemyśmy to zrobili czy zakupili i dajemy, a ty się ciesz.Mówiłem o tym p. Jakubowi L. jednak bez skutku. Wystąpieniemoje na zebraniu zostało przyjęte nie powaŜnie. UwaŜałem,Ŝe nasze dary powinny być wspaniałe, wykonane profe-27
sjonalnie przez fachowców najwyŜszej klasy. Byłem teŜ przeciwnyzakupowi nagrań dzwonów (kurantów), zamiastdźwięcznych dzwonów odlewanych. Gdy otrzymałem komunikatklubu z dnia 15.10.92 r., w którym pod pkt. 5 wyszczególniasię wydatek za nagrania dzwonów „aparatura dzwon”stwierdziłem, Ŝe dalej razem nam nie po drodze i postanowiłemdziałać we własnym zakresie (zawiezione nagrania dzwonówdo Doliny nigdy nie były uŜywane).Niestety w Gliwicach nie ma skupienia ludzi z Doliny, moŜnaich było kiedyś policzyć tu na palcach, a przecieŜ dolinianie teŜsię starzeją i umierają, ale wiedziałem, Ŝe w Polsce mam rodzinęi znajomych.MałŜonka moja Zuzanna miała te same uwagi co i ja, odnośniesposobu udzielania pomocy, ale mówiła mi „ty nie szalej, skądweźmiesz tyle pieniędzy na to wszystko?”. Potem pomagała ilemogła i w zasadzie cel osiągnęliśmy.Udzielaniem pomocy zainteresowałem przede wszystkim swojąrodzinę mieszkającą w Polsce z pytaniem, czy nie bylibyśmywstanie zebrać dość powaŜnej kwoty na o<strong>dla</strong>nie dzwonu. Kilogramodlewu kosztował około 10 USD, (takie teŜ potwierdzenieco do ceny otrzymałem na piśmie w ludwisarni w Przemyślu).Byłem przekonany, Ŝe moje odstąpienie od dalszych wpłat nalistę w Oławie oraz podjęcie samodzielnych działań spowodujepewne niezadowolenie w Klubie, wiedziałem jednak, Ŝe będąone wzbogaceniem jakościowym udzielanej pomocy <strong>dla</strong> <strong>kościoła</strong>w <strong>Dolinie</strong>. Podejmując tę trochę ryzykowną decyzję (boprzecieŜ mogło się nie udać), miałem na względzie fakt, Ŝe remont<strong>kościoła</strong> będzie postępował własnym trybem i wcześniejczy później zastanie zakończony. Natomiast niektóre elementywyposaŜenia, bardzo drogie, mogą być wyłącznie dostarczonei to nawet z wyprzedzeniem, dzięki dobrej woli oraz zapałowidarczyńców.Do takich elementów naleŜą przede wszystkim <strong>dzwony</strong>, organyczy droga krzyŜowa. Są to przedmioty na które duŜa społecznośćparafialna składa się, pod kierunkiem proboszcza, przezwiele lat. Zamiary takie są w zasadzie nieosiągalnew małych parafiach.28
Przedmioty te jednak powinny być powierzone do wykonaniafachowcom w swojej specjalności, najlepiej metodą tradycyjną,moŜe nawet rzemieślniczą, gdyŜ tylko wówczas są najtrwalszei jakościowo odpowiednie.Wiadomo mi było, Ŝe istniały tu fabryki odlewające <strong>dzwony</strong>,jednak pogłos tych dzwonów był o wiele gorszy niŜ tych wyrabianychtradycyjnie w ludwisarni jaka istnieje w powiecie gliwickim,sięgająca swoimi korzeniami Kałusza, z mistrzamizawodu Felczyńskimi.śaden proboszcz nie zamawiał dzwonów w państwowej odlewni,tylko tutaj.Kilka powodów znalazłem, aby głównym celem moim stało sięprzekazanie w darze dzwonów <strong>dla</strong> <strong>kościoła</strong> w <strong>Dolinie</strong>:- jest to tu duŜy wysiłek finansowy, niemoŜliwy do zrealizowaniaprzez tamtejszą ubogą gromadę skupioną wokół <strong>kościoła</strong>,- w trakcie pierwszej rozmowy z ks. Krzysztofem, w czasie uroczystościodpustowych w <strong>Dolinie</strong> 11 września 1992 r., doszliśmydo wniosku, Ŝe o dzwonach moŜna marzyć ze względu nakoszt, chociaŜ byłyby potrzebne w ilości jak kiedyś (a kiedyś nadzwonnicy wisiały trzy i sygnaturka w wieŜyczce nad ołtarzem),- moim osobistym pragnieniem było poczynić starania o tendar ze względu na pamięć o moich rodzicach i tych wszystkich,którzy przeŜyli piekło „przechodzenia” Zagórza dolińskiegoz rąk do rąk w czasie zawieruchy wojennej w lipcu 1944 r.,a później rozmawiali z siostrą mojego ojca Bigosową, Ŝe będzietrzeba coś zrobić i podziękować Bogu za przetrwanie. W 1945r. wszyscy w zasadzie wyjechali na Zachód do Polski i tu odeszlido wieczności nie spełniając swoich marzeń,- <strong>dzwony</strong> to nie tylko tradycja, ale waŜny zewnętrzny symbolwiary i <strong>kościoła</strong>; jednych wzywają na modlitwę, drugim przypominają,Ŝe jest Bóg i Ŝe wiara Ŝyje, a jeszcze innych donośnymgłosem Ŝegnają w drodze na wieczny spoczynek.Mój apel do dalekich i bliskich został przyjęty, od nikogo nieotrzymałem negatywnej odpowiedzi.Na liście ofiarodawców znalazły się osoby z rodziny <strong>Antonowicz</strong>ówi Neuburgerów, a więc rodów z których się wywodzą moi29
odzice, chociaŜ nazwiska są róŜne ze względu na róŜne koligacjerodzinne. Znaleźli się teŜ przychylni ofiarodawcy, moi znajomii przyjaciele.Największą kwotę na dzwon złoŜyła ze swoimi dziećmi- Benedykta Bigos (ze Starego Kurowa) – synowa mojej cioci.Dalej idą kolejno:- Władysława i Janek Kriegel (Toszek)- Zuzanna i Benedykt <strong>Antonowicz</strong> (Gliwice)- Helena Neuburger-Gromadka (Zabrze)- Eugenia Neuburger (Zabrze)- Gabriela <strong>Antonowicz</strong>-Pracht z męŜem Haraldem (Gliwice)- Arkadiusz <strong>Antonowicz</strong> (Gliwice)- Helena Jakubowska (Stare Kurowo)- GraŜyna Ryszkowska (Gliwice)- Aniela Ozgowicz (Gliwice)- Filomena Neuburger (Chrzanów)- Joanna Słodkowska-Kriegel (Piotrówka)- Aleksandra Kriegel (Piotrówka)- Hanna i Krzysztof Rupniewski (Zabrze)- Józef Kriegel (Stare Kurowo)- Maria Grabowiecka-Rechlecka (Malczyce)- Halina Szychlińska (Gliwice)Na oddzielne podkreślenie jednak zasługują moja serdecznaprzyjaciółka p. Izabela Pawłowicz-Dacko ze swoim męŜem Kazikiemz Opola oraz p. Anna i Zbigniew Jurewicz z Gliwic.W późniejszym terminie, gdy czyniłem przygotowania do zakupukolejnych świeczników, ofiary pienięŜne złoŜyli p. MariaKurtasz (Przecza), Halina Garbacik (Gliwice), Józef Kozielec(Gliwice).Do zakupu tych świeczników przyczyniły się niektóre osoby,wymienione wyŜej, które poraz drugi złoŜyły ofiarę, ale i tumuszę wyszczególnić p. I. i K. Dacko z Opola i Jurewiczówz Gliwic.Wśród ofiarodawców na świeczniki znalazło się takŜe PrzedsiębiorstwoWielobranŜowe TRANSREM z Gliwic oraz KatolickieTowarzystwo Wychowawcze reprezentowane przezp. Wandę Kolasa, no i rodzina <strong>Antonowicz</strong>ów z Gliwic.30
Swoją pomoc <strong>dla</strong> <strong>kościoła</strong> w <strong>Dolinie</strong> nie chciałem ograniczyć dodzwonu czy świeczników, pragnąłem dostarczyć coś <strong>dla</strong> tamtejszejgromady, co pomogłoby tam pracującemu księdzuw rozwijaniu Ŝycia duchowego i polskiego języka. Starałem sięteŜ o te rzeczy, których tam nie było lub o które zwracał się domnie ksiądz Krzysztof. Wymienię tu pilnie potrzebną, aktualnieobowiązującą „Agendę” – to taki podręcznik <strong>dla</strong> kapłana cojakiś czas zmieniany.Jak się okazało dość droga i trudno osiągalna – zakupiłemprzy pomocy znajomego księdza profesora z Nysy, czy nawettaką drobną rzecz jak większe kropidło, a takŜe wino mszalne.Jak wspomniałem poprzednio, istnieje tu w pow. gliwickim,w Taciszowie ludwisarnia prowadzona przez wnuka Felczyńskichz Kałusza. Pan Zbigniew Felczyński zgodził się wykonaćdzwon z dość dobrym upustem, właśnie ze względu na miejsceprzeznaczenia dzwonu, bo Kałusz naleŜał przed wojną do dolińskiegodekanatu, a poza tym wiedział o źródle moich finansówna ten cel, a więc p. Zbigniew ze swoją małŜonką, któraprojektowała wzory zdobnicze na dzwon, mają takŜe swójudział w tej fundacji.Ustaliliśmy takŜe treść napisów oraz imię. Pan Zbigniew proponowałmi, abym nadał imię „Św. Benedykt” – to patron Europymówił. Byłem juŜ po róŜnego rodzaju „naradach”, więc niewypada, aby juŜ na pierwszym dzwonie znalazło się moje imię,co ludzie powiedzą – odparłem, jak się po wielu latach okazałonie myliłem się.Ustaliłem w końcu, Ŝe dzwon ma mieć imię „Maryja” – kto tojest kaŜdy wie „Matka, która wszystko rozumie”, a kult tejMatki na Kresach był bardzo wielki o czym jeszcze dalej. Prosiłemp. Felczyńskiego, aby ustalona obecnie cena nie uległazmianie przy odbiorze z powodu inflacji. Pan wie – powiedziałemi widzi, Ŝe nie jestem ks. proboszczem i nie miałbym moŜliwościzwrócić się do kogoś o dalsze datki. Stąd pojechaliśmyz małŜonką do innego warsztatu rozeznać o moŜliwości wykonaniadźwigni na linkę do rozruszania dzwonu, bo ludwisarniawydaje dzwon na rozruch elektryczny. Tak się po tym teŜ stało.31
Pod koniec 1994 roku dzwon Maryja był gotowy, waga odlewu110 kg (bez osprzętu i serca) – znalazł się w mieszkaniu syna.Nie sposób tu pominąć wydarzenia z dnia 17. lipca 1994 r.W tę lipcową niedzielę w <strong>Dolinie</strong> odbyła się uroczystość udzieleniasakramentu bierzmowania, której przewodniczył J.E. ks.bp. M. Trofimiak. W trakcie mszy św. został teŜ poświęconydzwon Krzysztof. Jest to dzwon mniejszy, waŜy 90 kg i jego tonacjanie mogła być zsynchronizowana z zamówionym juŜprzeze mnie dzwonem o wadze 110 kg. Odwołanie zamówienialub zmiana wielkości dzwonu były w zasadzie niemoŜliwe, bopociągnęłoby to bardzo wysokie koszty.Mimo wszystko zawsze istnieje teŜ niebezpieczeństwo niemoŜliwościdostrojenia dzwonów ze sobą do pracy w zespole muzycznejharmonii, gdyŜ jak wiadomo produkowane były przezróŜnych wykonawców.Wiadomo mi było tylko, Ŝe „Krzysztof” został ufundowanyprzez ks. Gwoździa z Lubaczowa.Nie wdawałem się w dociekanie kto jest wykonawcą, uznałembowiem, Ŝe „Krzysztof” jako najmniejszy, moŜe spełniać rolęsygnaturki, która tu kiedyś była (jeśli się nie mylę ufundowanaprzez J. Stemlera).Wraz z odebraniem dzwonu „Maryja” rozpoczęliśmy przygotowaniado jego przetransportowania do <strong>kościoła</strong> w <strong>Dolinie</strong>.Nasze kontakty z ks. Krzysztofem, w tym czasie, były dość ścisłejeśli nie osobiste, to telefoniczne, przewaŜnie w „nocnych”rozmowach. Zawsze w jakichś waŜnych sprawach, które nale-Ŝało omówić. Wiele spraw szczególnie w latach 1993-98 omówiliśmyi załatwili tu w Gliwicach lub rejonie, wspólnie. Dośćliczne wizyty ks. Krzysztofa u nas w domu w Gliwicach umoŜliwiłyodwiedzanie niektórych proboszczów gliwickich kościołów,bo juŜ w marcu 1993 r. zostaliśmy przyjęci przez J.E. ks.bpa pomocniczego G. Kusza.Tu ks. Krzysztof otrzymał wiele ksiąŜek, takŜe niezbędnychw posłudze kapłańskiej. Wtedy takŜe odwiedziliśmy proboszczaGarnizonu gliwickiego ks. ppłka J. Wnuka.W czerwcu (12.06.94 r.) przyjął nas proboszcz mojej parafiip.w. M.B. Częstochowskiej w Gliwicach ks. G. Zug.32
W styczniu 1995 r. zostaliśmy uhonorowani przyjęciem przezOrdynariusza J.E. ks. bpa Jana Wieczorka, który w długiejrozmowie z ks. Krzysztofem wypytywał o szczegóły działalności<strong>kościoła</strong>, warunkach i trudnościach tam na Kresach, a nazakończenie wskazując na mnie powiedział: ma ksiądz tutajdobrego orędownika, jak sprawdziliśmy w gliwickich, zabrskichi bytomskich parafiach to najwięcej tu ludzi ze Stryja,Stanisławowa i Lwowa, a dolinian trudno się doszukać.W marcu 95 r. odwiedzamy dziekana, dekanatu płd.-zach.w Gliwicach, duszpasterza odpowiedzialnego za wsparcie misjikatolickich. Nie odmówił on takiej pomocy i ks. Krzysztofowi,wręczając mu tajemniczo dość „grubą” białą kopertę. Nawiązanazostaje nić znajomości Towarzystwem Miłośników Lwowaw Bytomiu, nawet kiedyś zawoŜę ks. Krzysztofa od nas nanocleg do p. Skalskich, bo pani Skalska jest przewodniczącąT.M.L. i teŜ organizuje pomoc <strong>dla</strong> Kresów i Doliny: Pan SkalskiteŜ zajmuje się sprawami naszych rodaków.Te nasze spotkania, których nie sposób wszystkich zapamiętać,a przytaczam te odnotowane w papierkach znajdującychsię w teczce dotyczącej Doliny, dały o sobie znać w późniejszymczasie. Ktoś moŜe zapytać „po co on to wszystko opisuje”? A noopisuję to nie, aby się pochwalić, ale aby czytający ten opis lepiejpoznał, Ŝe moje samodzielne działania były o wiele trudniejszei wymagały równieŜ kosztów administracyjnych (listy,telegramy, przejazdy), niŜ zwołanie zebrania w ustalonymterminie, na których ludzie się złoŜą nawet drobniejszymikwotami, ale które pokryją te wszystkie wydatki, a reszta zostanieprzeznaczona na pomoc. W moim przypadku te wszystkiekoszty pokrywaliśmy z moją małŜonką, o czym wie nie tylkoks. Krzysztof, z własnej kieszeni, chociaŜ taki był, mojejmałŜonki i mój, wybór i do nikogo nie mamy pretensji. Pozatym jest niezbędna informacja <strong>dla</strong> czytelnika, Ŝe te wizyty –„podchody” otwierały nam potem furtkę <strong>dla</strong> działań na rzeczKatolików na Kresach. JuŜ w 1993 r. za zgodą śp. ppłkaJ. Wnuka (zmarł bardzo młodo), pod kościołem Garnizonowymśw. Barbary, po kaŜdej mszy była przeprowadzana zbiórkapienięŜna. Na protokóle widnieją podpisy dolinian Jana Kriegla(Toszek), Mieczysława Gromadki (Zabrze), Benedykta An-33
tonowicza (Gliwice), w liczeniu drobniaków pomagali syn Arkadiusz,zięć Harald Pracht i P. Henio – kościelny.Półtora roku później w tym samym kościele za zgodą innegoproboszcza ks. kpt. Wiesława Korpety, została przeprowadzonaponowna zbiórka na rzecz rzym.-katolickiego <strong>kościoła</strong>w <strong>Dolinie</strong>. Trzeba podkreślić, Ŝe parafia wojskowa w Gliwicachnie ma zbytnio duŜo wiernych, jednak zebrane pieniądzew powaŜny sposób wzbogaciły nasze (małŜonki i moje) moŜliwościfinansowe w zakupie potrzebnych <strong>dla</strong> <strong>kościoła</strong> przedmiotów.Dzięki temu nasze przygotowania nie ograniczały się dozałatwienia formalności związanych z transportem dzwonuMaryja, ale w porozumieniu z księdzem Krzysztofem mogliśmyzakupić i inne dary. Dzwon „Maryja” stał wiele miesięcy u sy-34
na w mieszkaniu, więc chodziłem tam ciągle oglądać go „czystoi” i ciągle dźwięczały mi w uszach słowa ks. bpa Trofimiaka,w czasie uroczystości bierzmowania, Ŝe na pewno znajdzie sięsponsor, który jeszcze zafunduje następne <strong>dzwony</strong> (17.07.94).Ile razy byłem u syna, zawsze o tym myślałem i w końcu zrodziłasię we mnie myśl, a następnie i chęć podjęcia trudu starańo następny, większy, który synchronizowałby z Maryją,a taki musi waŜyć dwa razy więcej, czyli 220 kg samego odlewu(bez osprzętu).Jedziemy z małŜonką do Taciszowa do ludwisarni, zastanawiamysię nad moim marzeniem, na które nie posiadam anigrosza, jednak po rozmowie jestem zorientowany o przewidywanejcenie, okazuje się, Ŝe tych groszy trzeba bardzo duŜo.Mimo to ustalamy, Ŝe „marzenie” moje musi istotnie waŜyć220 kg.W ten sposób sam zmusiłem się do starań o środki na mój następnydzwon. Zaczynam nachodzić tych, którzy mogą mi cośpomóc, jak się okazało nie bez rezultatu. Jeszcze wcześniejw miesiącu maju ks. Krzysztof zostaje zaproszony przez „mojego”proboszcza ks. G. Zuga na niedzielę 21. maja 1995 r., do<strong>kościoła</strong> M.B.Częstochowskiej na Trynku w Gliwicach, gdziena wszystkich mszach (od świtu do wieczora, nawet nie spałjak zawsze u nas, ale na plebanii, aby nie spóźnił na pierwsząwczesno-ranną mszę), głosił kazania, w zamian za całą tacęz kaŜdej mszy. Dodatkowo na osobisty apel ludzie przynieśliwiele pięknych strojów do I komunii <strong>dla</strong> dziewcząt, a takŜepluszowe zabawki.śegnaliśmy ks. Krzysztofa po godzinie 22 00 i mimo wieloletniejjuŜ znajomości, tak uradowanego jak w tym dniu, jeszcze niewidzieliśmy. Ja miałem tylko zmartwienie, aby nie zginęłacięŜka torba z pieniędzmi, a ks. Krzysztof przyjął moje zmartwieniez lekkim humorem.35
Powiedział mi potem mój proboszcz – musiał być zadowolony,bo widział, ile tego wsypywał z koszyka do torby. Tacy nie liczyliśmyjednak, aby nasz gość z Doliny nie czuł się skrępowany,a nasza parafia jest duŜa i o gościu była uprzedzona.W czasie pobytu ks. Krzysztofa w Gliwicach ustalamy wstępnietermin naszego przyjazdu do Doliny z dzwonem – chcemybyć na odpuście i co mamy jeszcze ze sobą wziąć, naturalniew ramach naszych moŜliwości i zapewnienia transportu.W lecie tego roku otrzymuję list od ks. Draguły z Wrocławiaz dnia 22.08.1995 r., którego fragment przytaczam:„Panie Benedykcie!Czy nie lepiej byłoby, gdyby dzwon i większe przedmioty, jakświeczniki przewieźć autobusem (moŜna by go wnieść z tyłu autobusui przykryć ciuchami). Bo takie rzeczy powinny przejśćprzez Urząd Celny, który wydaje zezwolenie na wywóz. Mógłbyto zabrać autobus, który pojedzie do Otyni – przez Dolinę i Bolechów.Jeśli tak – to proszę je przywieźć do Niwnika, gdzie juŜ od niedzielibędę na stałe” – (oryginał listu w moim posiadaniu B.A.).37
Po przeczytaniu tego listu niestety nie zauwaŜyłem Ŝadnej dobrejrady, poza chyba jeszcze dodatkową troską, kiedyi gdzie mój dzwon znajdzie miejsce. Jednym słowem udzieliłemodpowiedzi ks. Stanisławowi, Ŝe <strong>dla</strong> mnie formalności w UrzędzieCelnym ani u konserwatora zabytków nie straszne. WaŜniejsze<strong>dla</strong> nas były zakupy, bo pragnę podkreślić, Ŝe wszystkieprzedmioty, które dostarczyliśmy i dostarczamy, zawsze byłynowe, (nawet nie odnawiane), kupowane w sklepach, a sześćświeczników odlewanych zamówiłem za pośrednictwem hurtowniśw. Jacka, u wykonawcy w Katowicach, odnosi się to teŜdo kompletu szat liturgicznych, począwszy od alby po ornat,pasek, korporał, puryfikaterz, ręczniki itd. oraz dodatkowo4 stuły. Mamy teŜ sporo odzieŜy uŜywanej, co mamy przywieźćomówiliśmy z księdzem.Problemem staje się drugi środek transportu, w naszej Samarze,chociaŜ to mocny i pakowny samochód, z dzwonem i takąilością bagaŜu nie zmieścimy się.Zjawia się znajoma p. Barbara, której tak przypadkowo opowiadamo swoich kłopotach i <strong>dla</strong> Ŝartów powiedziałem: przydałbysię ktoś jak p. Barbara z porządnym samochodem i tochwyciło.Pani Basia – inŜ. architekt, konserwator zabytków, dwójkędzieci zostawia męŜowi Piotrkowi i decyduje się na wyjazdz nami, bo zobaczy Kresy i w takim przypadku trzeba pomóc –mówi. Pokryje tez koszty paliwa swojego samochodu.Załatwiamy wymagane zezwolenie konserwatora zabytków naprzewóz obrazu św. Rodziny, musimy z nim jechać do Katowic.Mamy szczęście z dzwonem, bo gdyby dokumenty wystawioneprzez p. Felczyńskiego nie przyjął U. Celny, trzeba by jechaćdo Katowic równieŜ z dzwonem.W trakcie pierwszego pobytu w Urzędzie Celnym, po długichwyjaśnieniach o co mi chodzi, bo jeszcze z takim czymś nikt „unas nie był”, zostaliśmy (ja i małŜonka) poproszeni do Naczelnika,który mnie zapytał „ a kogo pan reprezentuje”. OdpowiedziałempowaŜnie „swoją małŜonkę i siebie, małŜonka tu stoi”– to rozładowało powagę.39
Po przedstawieniu kolejny raz swojego problemu, zostaliśmypoinformowani ci i jak, ile trzeba opłacić itd. oraz do kogo trzebasię zgłosić przed samym odjazdem. Początek sprawie dałzłoŜony przeze mnie wniosek. W dniu 8. września 1995 r. poprosiliśmysąsiadów o pomoc w wyniesieniu dzwonu do samochodu.Po złoŜeniu siedzeń dzwon zmieścił się bez większychproblemów. Samochód prowadził mój syn Arkadiusz, jako pasaŜerobok jedzie jego mama, moja Zuzanna.Drugim samochodem kieruje p. Barbara, obok ja jako pasaŜer,będzie jechała z przodu jako pilot, bo dzwon jednak w całościma swoją wagę i w razie „dziury” w jezdni, mimo umocowaniapasami, moŜe przesunąć się do przodu. Bezpieczeństwo musibyć zachowane.Ustalamy teŜ prędkość w miastach i na trasie (zawsze duŜomniejszą niŜ dopuszczalna).Jeden i drugi samochód załadowany po brzegi.Wieczorem jedziemy do gliwickiego Oddziału Urzędu Celnego,wszystkie dokumenty mam skompletowane, brakuje tylko zezwoleniana przejazd przez granicę.Po dość wnikliwej kontroli szczególnie dokumentów i stwierdzeniuniemoŜliwości załoŜenia plomb, otrzymujemy zezwolenie,by późnym wieczorem wyruszyć w drogę. Około godz. 2 00po północy jesteśmy w rejonie Jarosławia, tu postanawiamyzatrzymać się na krótki odpoczynek. Przed wyruszeniemw dalszą drogę tak bezwiednie obchodzimy samochody, czywszystko w porządku. My z p. Basią juŜ jesteśmy gotowi do ruszenia,ale podchodzi do nas syn i mówi, Ŝe w jednym przednimkole uszło powietrze, idę sprawdzić, istotnie dalej tak niemoŜna jechać. Co teraz robić, na kole zapasowym stoi cięŜkidzwon. Nie ma mowy abyśmy zdołali sami podnieść dzwon iwyjąć z wnęki koło zapasowe, droga i parking puste, poza naminikogo nie ma, jest noc. Na szczęście nie daleko od naszego postojuznajduje się stacja paliw. Idę tam moŜe coś wskóram, Ŝebytylko było tam więcej ludzi. ZbliŜam się pieszo, obecni tamludzie patrzą na mnie jak na jakiś upiór, pytają co ja tu robię?Tłumaczę, Ŝe jestem z przydroŜnego parkingu z prośbą o pomocw podniesieniu dzwonu, „jakiego dzwonu, co pan śpiący” –mówi jeden z nich. Po wyjaśnieniu co wieziemy i gdzie jedzie-57
my trzech panów idzie ze mną, narzekając, Ŝe tak daleko zatrzymaliśmy,ale idą. Mamy wreszcie koło zapasowe, ale zabiegtrzeba było powtórzyć jeszcze raz, aby włoŜyć do wnękizdjęte zepsute koło, z którego wyjęliśmy duŜego gwoździa. Panowiejednak uprzedzeniu, poproszeni ponownie udzielają nampomocy, Ŝycząc szczęśliwej dalszej drogi, bez koła zapasowego.W pobliŜu nie ma Ŝadnego wulkanizatora, a poza tym chcemydo świtu zdąŜyć na granicę w Hrebennym, a przedtem trzebajeszcze napełnić zbiorniki paliwem i w tym celu musimy jechaćaŜ do Tomaszowa Lubelskiego, bo to najbliŜej od granicy.PrzejeŜdŜamy przez rodzinną miejscowość ks. Krzysztofa, alejest noc. ZajeŜdŜamy na przejście graniczne. Nasze samochodysą oznaczone nalepkami.Nalepki umieszczone w prawych dolnych rogach przednichszyb, są koloru czerwonego, na nich sylwetka <strong>kościoła</strong> i napis:„Pomoc <strong>dla</strong> parafialnego <strong>kościoła</strong> rzymsko - katolickiegopod wezwaniem Najświętszej Marii Pannyw <strong>Dolinie</strong> na Ukrainie”Nalepki stanowią pewne zainteresowanie tak straŜnikówi celników polskich i ukraińskich.Trzeba jednak przyznać, Ŝe Ukraińcy trzymali nas krócej niŜnasi, Polscy celnicy, zaŜądali kilka dodatkowych odbitek posiadanychdokumentów, które trzeba było wykonać w znajdującymsię pobliŜu punkcie usług ksero za dość wysoką opłatą.Po obu stronach byliśmy puszczani poza kolejnością.Wczesnym rankiem przekraczamy granicę i mijamy Rawę Ruską,następnie podziwiamy zabytkowe wieŜe śółkwi. TuŜ przedopuszczeniem rogatek miasta p. Basia widocznie znuŜona powolnąjazdą w roli pilota gubi samochód z dzwonem, przekraczającdopuszczalną prędkość, za chwilę widzi przed sobą milicyjnąpałkę „HAI”. Mandat po moich prośbach, płacimy w złotówkachw kwocie niŜszej niŜ Ŝyczył sobie jeden z milicjantów.Jedziemy dalej przez Lwów, Mikołajów, Stryj i w godzinachprzedpołudniowych zjawiamy się przed kościołem w <strong>Dolinie</strong>,gdzie nas oczekiwał ks. proboszcz Krzysztof i kilka osób.Ksiądz Krzysztof przyjął nas bardzo serdecznie i z radością,podkreślając, iŜ czeka na nas bo w przyszłym tygodniu, z naszymudziałem, chce rozpocząć budowę domu katechetycznego58
z moŜliwością zakwaterowania młodzieŜy szczególnie w okresieletnim.Rozładunku dzwonu dokonali sprowadzeni przez księdza panowie,mój syn i ksiądz osobiście, potem zostaliśmy ugoszczeniobiadem.Przekazujemy księdzu odzieŜ uŜywaną. Nie jesteśmy nawetbardzo zmęczeni długą podróŜą. Udajemy się znaleźć miejscena nocleg, będziemy spali u mojej kuzynki Janki, p. Barbarama zapewniony nocleg na plebanii.W godzinach popołudniowych idziemy dokładniej oglądnąć kościół,który młodzieŜ pod nadzorem ks. Krzysztofa stroi na jutrzejszyodpust. Pani Barbara z racji swojego zawodu interesujesię zabytkowymi freskami, duŜo fotografuje i głośno wypowiadaswoje opinie na temat wystroju <strong>kościoła</strong> i jego wyposaŜenia,zwróciła uwagę takŜe na Drogę KrzyŜową.Najpierw mówiła do nas, a potem zwróciła się wprost do księdzaKrzysztofa: „ta droga krzyŜowa jest wykonana bardzo nieartystycznie,bez zachowania nawet odpowiednich proporcji,równieŜ nieodpowiednio oprawiona, po prostu nie pasuje do tegozabytkowego <strong>kościoła</strong>” – powiedziała, porównując jednąz postaci z tymi z filmów <strong>dla</strong> dzieci, co spowodowało wybuchśmiechu słuchających. Ks. Krzysztof objaśnił, Ŝe została onanamalowana przez kogoś w Oławie, tam teŜ wykonano ramyi tu dostarczono, więc co miałem zrobić, tym bardziej, Ŝe nicinnego lepszego nie było, moŜe kiedyś, gdy będą środki zostaniewymieniona – powiedział.Wówczas to pierwszy raz przypomniałem sobie moje uzasadnioneobawy, Ŝe nie wszystko zostanie wykonane fachowo i jaknaleŜy.Nie uchodzą naszej uwadze równieŜ zbyt wysoko zawieszonegrzejniki centralnego ogrzewania, wykonanego w czasie remontu,chyba gdy jeszcze była podwyŜszona podłoga z desekw czasie istnienia tam sali gimnastycznej (obecnie ich nie ma –grzejniki te zostały zlikwidowane).Nastaje dzień 10 września 1995 r. – niedziela, rano idziemy naSłuŜbę BoŜą do cerkwi, bardzo zainteresowana tym p. Basia –jeszcze nigdy nie była w cerkwi grecko-katolickiej, zachwycasię pięknym śpiewem. Następnie udajemy się na mszę odpu-59
stową do <strong>kościoła</strong>. W kościele przygotowano <strong>dla</strong> nas zarezerwowanemiejsca. Na honorowych miejscach przed ołtarzem napodwyŜszeniu ustawiono dzwon „Maryja”, obraz św. Rodziny,6 świeczników odlewanych, dzwonki, komplet szat liturgicznychłącznie z ornatem, nawet pasek i humerał jest – podkreślaks. Krzysztof, oraz puryfikaterz, palla (pokrywa na kielich)i korporał, oddzielnie cztery stuły, sporą ilość ksiąŜek np. 40szt pt. Elementarz Rodziny Katolickiej, a nawet Elementarz doI klasy (najwaŜniejsza z nich to Agenda) i obrazkiM.B.Kochawińskiej. Po wyjściu do mszy św. ks. Krzysztof witanas bardzo miło, radośnie i uśmiechnięty. Wskazuje na ustawionedary i wykorzystane juŜ do mszy świece i 6 świeczników.W kościele daje się wyczuć atmosferę wzruszenia. Na lektoróww czasie mszy św. zostają wyznaczeni p. Barbara i syn naszArkadiusz. Jeszcze w sobotę dowiedziałem się, Ŝe w czasiemszy mam zabrać głos.Podchodzę do ambony bardzo wzruszony. Zaczynam od zwróceniauwagi, Ŝe wiem o dostarczeniu tu nagrań dzwonówz Oławy, które nie są wykorzystane, o zawieszonym juŜ nawieŜy „Krzysztofie” i przechodzę do opisania źródła inicjatywyufundowania dzwonu, podkreślam, Ŝe spełnia się przepowiedniabpa M. Trofimiaka, który rok temu w czasie bierzmowaniazapowiedział iŜ być moŜe znajdzie się jakiś sponsor nowegodzwonu.Dalej przypominam nasz wyjazd w 1945 r, i tych, którzy juŜodeszli do wieczności na Zachodzie, w Polsce, o pomocy w tymmojej małŜonki i syna Arkadiusza. Końcowy fragment mówięw języku ukraińskim do obecnych tu Ukraińców, by zakończyćswoje wystąpienie słowami:„ U Karpatach dzwoniat <strong>dzwony</strong>szczo wełykie usim nam swiatoDzwoniat dzowny u Dołynibo rymo-katołyćkyj kostełmojemo wŜe nyni”Moje wystąpienie wywołało wiele łez w oczach zebranych,w tym i mojej małŜonki i p. Basi.60
Dzień 10 września 1995 roku był <strong>dla</strong> mnie szczególny, to dzieńmoich urodzin – kończyłem 64 lata, w październiku przypadała50 rocznica naszego wyjazdu z Doliny, no i 35 lat naszegoślubu z Zuzią. Był to w zasadzie najwaŜniejszy prezent urodzinowyw moim Ŝyciu. Następne dni poświęcamy na zwiedzanieokolic, tych bliskich i dalekich, o których się mówiło „Tu krajcały jednym łanem, Płynie mlekiem, płynie miodem” (W. Pol).Szczególnie korzystała z tej okazji p. Barbara. Odwiedzamy teŜznajomych i kuzynów. MąŜ Oli (p. Ola, Ukrainka pracującaw kościele) wskazał moŜliwość naprawy zepsutego koła „w naszymzawodzie”, na „bezkamernych” (bezdętkowych) u nas sięznają. Naprawili tak, Ŝe z bezkamernego stało się „kamerne”tylko tej kamery (dętki) nie moŜna tam było kupić, więc jechaliśmybez sprawnego zapasu równieŜ w drogę powrotną.Chyba 12 września (wtorek) jest uroczystość rozpoczęcia budowydomu katechetycznego. Rozpoczyna ksiądz intonując„Pod Twą obronę”, jest nas mało, ale śpiewamy donośnie, widaćto po zainteresowaniu się tym co się dzieje milicjantówi pracowników banku, którzy wyszli zobaczyć.Cegłę kolejno kładzie ksiądz, rodzina <strong>Antonowicz</strong>ów, p. Barbara,Ola i jeszcze któraś z pań.W czwartek 14 września, pełni wraŜeń i zadowolenia, wracamy,wstępujemy do <strong>kościoła</strong> w Stryju, następnie zwiedzamyLwów i do granicy. W Hrebennym dość duŜa kolejka, jednaknie <strong>dla</strong> nas, myśmy byli z darami, mamy potwierdzenie i towystarcza, aby długo nie czekać. Przydarzyła nam się innaprzygoda. Mianowicie ukraińscy pogranicznicy przy wjeŜdŜaniuna granicę wręczają kupon z jakąś cyfrą, myśmy mieli cyfrę„4”, nie wnikając co ona oznacza pojechaliśmy dalej do kontrolicelnej. W samochodzie było nas troje, syn – kierowca, Ŝonai ja (syn nie umie po ukraińsku, więc za kaŜdym razem jabyłem proszony do wyjścia z samochodu i odpowiadania na pytania,poza tym dokumenty dotyczące darów były na mnie).Przy opuszczaniu granicy ukraińskiej, otrzymany wcześniejkupon trzeba teraz oddać pogranicznikowi. Po wymianie zdańz kierowcą poproszono mnie, abym wysiadł i stanął z lewejstrony samochodu przy kierowcy. Pogranicznik mówi do mnie„de czetwertyj”, ja do niego „jakyj czetwertyj”, on „tut pysze62
czotyry, a was je troje, musyty zichaty na bik”. Okazało się, Ŝeten wpuszczający nas nie patrzył ile osób, ale samochód jestduŜy i kaŜdy jest pełny – więc 4. Ja mając swoje dokumentyodmówiłem wyjazdu z kolejki i zaŜądałem oficera. Oficer powysłuchaniu mnie z uwagami, Ŝe my stoimy między Ukraińcami,którzy chyba widzieli, Ŝe z naszego samochodu nikt niewysiadł, kazał poprawić kupon i pojechaliśmy na naszą stronę,gdzie równieŜ staliśmy stosunkowo krótko. Pani Barbara wracałajuŜ sama, lubi jechać w tempie.Po powrocie do Gliwic nie ustaję w popularyzacji potrzeb <strong>kościoła</strong>dolińskiego. W m-cu listopadzie 95 r. w kościele p.w.PodwyŜszenia KrzyŜa u o. Redemptorystów, jest wyświetlanyfilm o naszym kościele i Ŝyciu katolików w dawnym woj. stanisławowskim,komentarz prowadzę osobiście, aparaturę obsługujesyn Arkadiusz.W tym teŜ roku zostaje przeprowadzona zbiórka na moje „marzenie”– drugi dzwon mojego starania, w <strong>kościoła</strong>ch św. Annyw Zabrzu, św. ap. Piotra i Pawła w Gliwicach, p.w. Chrystusa63
Króla w Gliwicach, św. Andrzeja w Zabrzu i oo. Franciszkanóww Bytomiu. Przez pewien okres sprawą zajmuje się osobiścieJ.E. ks. bp. Jan Wieczorek – Ordynariusz naszej diecezji, potemjestem w kontakcie z kanclerzem ks. B. Kojem.Pieniądze zebrane nie wystarczą na wykonanie dzwonu, postanawiamywpłacić je na terminowe wysokie oprocentowaniew bankach.Pod koniec stycznia 96 r. gości u nas ks. Krzysztof, jedziemysamochodem do Woli-Czeczot, gdyŜ uzyskałem informację, Ŝejest tam barak murowany zamieniony na kościół zastępczyz pełnym wyposaŜeniem. Przyjmuje nas miejscowy proboszczumoŜliwiając nam oglądnięcie wszystkiego dokładnie, są ładneławki, konfesjonały, ambona itd. Jednak warunkiem otrzymaniatego wyposaŜenia jest zabranie wszystkich materiałów budowlanychpochodzących z rozbiórki murowanego <strong>kościoła</strong> zastępczego,a więc sporo cegły i drewna. Ks. Krzysztof dochodzido wniosku, Ŝe nie ma sensu transportować cegły i drewna natak duŜą odległość, nawet jeśli transport byłby nieodpłatny,więc rezygnuje z tej moŜliwości doposaŜenia dolińskiego <strong>kościoła</strong>.64
Pomoc <strong>dla</strong> Doliny przybiera równieŜ inne kształty. Oto w niedalekimod Gliwic Bytomiu istnieje pręŜnie działające TowarzystwoMiłośników Lwowa, które ochoczo przyjmuje pieczęnad przyjazdem na kolonie w okolice Tarnowskich Gór ponad22 dzieci z Doliny, zapewniając pełne wyŜywienie i zakwaterowaniena jeden pełny turnus obozu harcerskiego. W turnusiebierze udział wychowawczyni i ks. Krzysztof. Dzieci cieszą sięz kaŜdych wielokrotnych naszych odwiedzin. Jesteśmy z mał-Ŝonką na spotkaniu poŜegnalnym, dzieci są bardzo zadowolonez pobytu w Polsce. Dziękują przedstawicielom T.M.L., a przedewszystkim p. Kiełbusiewiczowi. Wykonałem wiele zdjęć, którenastępnie przekazałem ks. Krzysztofowi na pamiątkę.Dwie dziewczynki kuzynki Wandy, Marianna i Lida miałymoŜliwość zobaczenia Gliwic i okolicznych miast, gdyŜ 26 lipca1996 r. zabrałem je na całodniową wycieczkę samochodową.65
Kolonia miała bowiem miejsce w miesiącu lipcu 1996 r. w Kokotku,to jedna z piękniejszych okolic naszego rejonu. Największąatrakcją <strong>dla</strong> dzieci z Doliny było spanie w namiotachi nocna warta. Dzieci wyjechały obładowane wiktuałami i innymipodarunkami.We wrześniu 96 r. ponownie wybieramy się do Doliny, z namijedzie redemptorysta o. ks. Jan. Jak zawsze nie jedziemyz pustymi rękami, wieziemy wino mszalne, kilkanaście ręcznikóworaz pewną kwotę pienięŜną.Ksiądz Redemptorysta głosi piękne kazania i spełnia inne posługikapłańskie w czasie dolińskiego odpustu, a takŜe w Bolechowiei Kałuszu. Przekazał takŜe skromną pomoc finansową.Po przyjeździe na plebanię nie zastaliśmy na miejscu ks.Krzysztofa, załatwiał jakąś pilną sprawę. Po chwili zjawił sięniespodziewanie ks. proboszcz grecko-katolicki mit. BazyliKiernicki oświadczając, Ŝe w najbliŜszą niedzielę w cerkwi będzieOrdynariusz Stanisławowski (Iwano Frankiwśki) ks. bp.prof. Supron Mudryj. Powiedział, ks. Krzysztof jest zaproszony,a ja przyszedłem zaprosić was. Po jakimś czasie powróciłzadowolony ks. Krzysztof mówiąc, Ŝe będzie komu głosić kazania.Przez kilka dni ks. Jan miał moŜliwość podziwiać piękneokolice dolińskiej ziemi. Był bardzo zmęczony podejściem nagórę w Hoszowie, ale potem bardzo zadowolony, bo tam wyszedłprzywitać polskiego księdza przełoŜony klasztoru ihumenIwan. Obaj imiennicy, mimo, iŜ nie rozumieją się, nawiązująserdeczną rozmowę przy pomocy mojego tłumaczenia.Ihumen oprowadza nas po zakamarkach klasztoru, a do najwaŜniejszegozaliczył klasztorną kapliczkę z obliczem M. Boskiej.W kaplicy półmrok, moŜna zbliŜyć się do obrazu, ale tylkona kolanach, „bo tut nichto ne chodyt”. Dowiadujemy siętakŜe, Ŝe jeszcze nie odnaleziono oryginalnego, cudami słynącego,obrazu, a takŜe, Ŝe w <strong>Dolinie</strong> rozwija się bardzo owocnai przyjazna współpraca proboszczów obu obrządków.W niedzielę po uroczystościach w kościele, udaliśmy się docerkwi, gdzie dobiegała końca uroczystość pod przewodnictwemks. bpa Ordynariusza grecko-katolickiego. Później zostaliśmyprzyjęci przez Jego Ekscelencję na krótką rozmowę,66
po czym ks. Krzysztof i ks. Jan udali się na obiad z biskupem,a my z synem pojechaliśmy na plebanię kościelną.W trakcie obecności naszej ks. Krzysztof wskazuje na uszkodzonetabernakulum, z którego odpadły ozdobne listwyi uszkodzony zamek nie dał się otworzyć, wobec czego przezpewien okres czasu nie była udzielana komunia, aŜ tabernakulumzostało otwarte na siłę. W czasie naszej obecności tabernakulumbyło otwarte.Po powrocie do Gliwic miałem do wypełnienia waŜne zadanie,mianowicie ponaglić Jakuba Leśkiewicza o spowodowanie naprawytabernakulum. Uczyniłem to w pierwszej kolejności (jeślisię nie mylę tabernakulum zostało przywiezione do Oławy,do wykonawcy, w celu naprawy, przez p. B. Bielawskiego).Następnie przygotowałem, według uzgodnienia z ks. Krzysztofem,wystąpienie o pomoc finansową do Wspólnoty Polskiej wWarszawie. List adresowany do prof. Stelmachowskiego rozpocząłemod moich dolińskich korzeni, o moich spostrzeŜeniach,które wyniosłem w czasie mojego pobytu w rodzinnym mieściei trudnościach jakie napotyka pracujący tam ksiądz proboszczKrzysztof Panasowiec. Przytoczyłem odmowę Fundacji OchronyZabytków, by następnie przejść do gorącej prośby mojejosobistej i w imieniu ks. proboszcza z Doliny o pomoc finansową.Podałem teŜ numer telefonu i adres księdza w <strong>Dolinie</strong> orazdo Jego rodziców w BełŜcu.Pismo – list wysłałem poleconym 2 października 1996 r.Widocznie moje uzasadnienie było przekonujące, bo mimo zbli-Ŝającego się końca roku, któregoś październikowego dnia odezwałsię telefon w mieszkaniu księdza w <strong>Dolinie</strong>, zapraszającydo przybycia do Warszawy w sprawie o której pisał p. <strong>Antonowicz</strong>z Gliwic. Przyjazd ks. Krzysztofa do Warszawy zaowocowałprzekazaniem powaŜnej pomocy finansowej na rzecz dolińskiejparafii. O tak pozytywnym rezultacie mojego wystąpieniapoinformował mnie ks. Krzysztof listownie.67
6 października 1996 r. w Oławie odbywa się kolejne zebranieklubu. Jedziemy, aby poinformować bezpośrednio co działo sięw minionym okresie i co dalej, taka znajomość wzajemnychdziałań jest przecieŜ bardzo poŜądana i korzystna. Po złoŜeniusprawozdania przez przedstawiciela Klubu, przed dyskusjąpoprosiłem o głos, aby przedstawić i swoje działania orazo przekazaniu mi przez jednego z księŜy Drogi KrzyŜowej wykonanejsposobem wypalanym w drewnie, którą posiadałemjuŜ u siebie w mieszkaniu. Swoje wystąpienie kończyłem informacjąo pobycie dzieci na obozie, nie wytrzymał tego p. JakubL., podniesionym głosem wołając „ to co, centrum pomocy<strong>dla</strong> Doliny przenosi się do Gliwic, my powinniśmy coś o tymwiedzieć”. Odpowiedziałem polemicznie: „ wy robicie wspólnieco uwaŜacie, a ja robię sam w porozumieniu z księdzem i niemoja wina, Ŝe nie wpadliście, aby dzieci zaprosić, czy napisaćdo Warszawy, nie waŜne, kto, co i jak robi, waŜne, Ŝe w jakiśsposób pomagamy naszym rodakom w <strong>Dolinie</strong>, o tym co robięto wam przekazuję”. Na to odezwał się ktoś z sali, iŜ istotnienajwaŜniejsza jest pomoc i wszyscy powinniśmy być zadowoleni,a nie tworzyć niepotrzebnie jakichś nieporozumień. W tensposób incydent został zaŜegnany, przynajmniej pozornie, bodalej złośliwości takich drobnych nie brakowało, ale o tymjeszcze wspomnę. Po zebraniu podeszła do mnie jedna z pań ipowiedziała mi: panie <strong>Antonowicz</strong>, my bardzo pana chwalimyza to co pan robi, proszę się tym nie przejmować – to zazdrość.Istotnie się tym nie przejąłem i 24 listopada 1996 r. u mnie wdomu przekazuję ks. Wojciechowi Dworakowi, z parafii p.w.św. Michała Archanioła we Lwowie, 14 stacji Drogi KrzyŜowej.Droga KrzyŜowa przekazana mi przez znajomego księdza, wykonanana płycie drewnianej sposobem wypalanym.Drogę oglądał równieŜ ks. Krzysztof. Doszliśmy do wniosku, Ŝejej mały format nie pasuje do <strong>kościoła</strong> np. w Bolechowie, doktórego był juŜ plan zakupu nowej, do Kałusza natomiast teŜnie pasowała, gdyŜ w kościele zastępczym były odpowiednieobrazki. Nawiązałem więc kontakt z katedrą we Lwowie.69
Nadchodzi kolejny rok mojego zaangaŜowania na rzecz Doliny.12 stycznia 1997 r. w Niemodlinie rozmawiamy z ks. Krzysztofemprzede wszystkim o pomocy, którą otrzymał z Warszawyi spisaniu tam nawet umowy o dalszej pomocy. Ksiądz wspominateŜ, Ŝe w głównym ołtarzu dolińskiego <strong>kościoła</strong> moŜna byumieścić nawet specjalnie namalowany obraz NarodzeniaN.M.P.. Wiadomo, Ŝe ten obraz M.B. wywieziony kiedyś z Dolinyi obecnie umieszczony w kościele w Świętej Katarzyniepod Wrocławiem, nie wróci i nie ma nawet o co zabiegać, więcpowinien być nowy, najlepiej namalowany oryginał farbą olejną,a nie kopia.W efekcie rozmowy z ks. Krzysztofem, nawiązałem kontakttelefoniczny z p. RóŜą Król, pracownicą Ośrodka d/s PolskiegoDziedzictwa Kulturowego Poza Granicami Kraju w Warszawie.Pani ta juŜ obeznana z kursem sprawy, bardzo przychylnieustosunkowana i zainteresowana w udzieleniu pomocy <strong>dla</strong>kościołów w <strong>Dolinie</strong>, Bolechowie i Kałuszu. W rozmowie doszliśmydo wniosku, Ŝe <strong>dla</strong> szczegółowego ustalenia co musimyzłoŜyć, aby dalsza pomoc była moŜliwa, zjawi się u nichw Warszawie mój syn Arkadiusz. Uznałem , Ŝe nasze pokryciekosztu przejazdu jest mniej istotne niŜ to co dzięki temu wyjazdowimoŜe skorzystać ksiądz proboszcz w <strong>Dolinie</strong>. Rozmowęz p. Król przeprowadziłem 11 lutego 1997 r.Muszę wspomnieć, Ŝe jeszcze wcześniej, bo juŜ 24 stycznia 97r. wysłałem list do prof. Stelmachowskiego, niejako uprzedzającponowienie mojej prośby telefonicznie. Wysłałem teŜ zdjęciapopękanego <strong>kościoła</strong> w Bolechowie, z Doliny takich zdjęćnie ma, bo nie był tak zniszczony.Wyjazd syna do Warszawy był na tyle owocny, bo bezpośredniowytłumaczono nam co i jak naleŜy wykonać i napisać, aby pomocfinansowa <strong>dla</strong> kaŜdego z 3-ch kościołów była na pewnozrealizowana.Całą informację uzyskaną w Warszawie przekazałem ks.Krzysztofowi w długotrwającej rozmowie telefonicznej. Jak siępóźniej dowiedział mój syn w czasie okolicznościowego pobytuu p. Król w Warszawie, niezbędne materiały zostały dostarczonez duŜym opóźnieniem, wobec czego nie mogły byćuwzględnione w planach Wspólnoty. Napisałem o tym71
wzmiankę w liście z dnia 30 lipca 1997 r. do ks. Krzysztofa, naktóry nie otrzymałem Ŝadnej odpowiedzi, ani listownej ani telefonicznej,wobec czego przestałem się sprawą interesować.Co nie oznacza, Ŝe kontakt ks. Krzysztofa ze Wspólnotą Polskązostał zerwany. O zachowaniu jakichś więzów świadczy zaproszeniedzieci na kolonię i przyjazd przedstawicieli Senatu doDoliny.Na podkreślenie zasługuje fakt, Ŝe informacja o pobycie dziecidolińskich niedaleko Gliwic i Bytomia tak mobilizująco wpłynęłana moich przyjaciół z Niemodlina i Oławy, Ŝe podjęto staraniao pomoc finansową z Warszawy i inne środki i o organizatorakolonii, którym został tamtejszy Caritas.Począwszy od czerwca 1997 r. przyjeŜdŜają więc dzieci z Dolinyna kolonie do Głuchołaz – Jarmołtówka. Bywa teŜ, jak w 2003r., Ŝe jedna grupa przebywała w Kokotku, juŜ bez mojegoudziału, ale zaproszona teŜ przez T.M.L. w Bytomiu, a innagrupa w innym terminie przebywała w rejonie Jarmołtówka.Z mojej korespondencji z ks. Krzysztofem wynika, Ŝe rozpoczęliśmyjuŜ rozeznanie odnośnie zakupienia Drogi KrzyŜowej do<strong>kościoła</strong> w Bolechowie. Po moim pobycie u wykonawcy i prośbieo moŜliwe obniŜenie ceny, gdyŜ parafie na Kresach są bardzobiedne, powiadomiłem księdza Krzysztofa, ze zamówieniemusi złoŜyć osobiście ze względu na dobór kolorów oraz, Ŝetrzeba wpłacić pewną kwotę zaliczki. Jednak ks. Krzysztofmiał juŜ inny problem do wcześniejszej realizacji, mianowiciepowrócił problem obrazu do ołtarza w <strong>Dolinie</strong>. Ksiądz ma panią,która jest w stanie namalować, ale brak jest wzoru. Prosiabym postarał jakieś zdjęcia lub obrazek (najlepiej kilka). Zaczynamposzukiwania kościołów p.w. Narodzenia N.M.P.,znalazło się kilka takich, w tym równieŜ w Gliwicach, jednaknigdzie nie ma takiego obrazu. Proboszcza gliwickiego <strong>kościoła</strong>zaskoczyłem bardzo pytaniem, gdzie wisi obraz NarodzeniaN.M.P.Dopiero od księdza prof. Krzysztofa Stanieckiego – mojegoserdecznego przyjaciela (niestety zmarł nagle w pełni sił), dowiedziałemsię, Ŝe taki obraz znajduje się we Wrocławiu,w małej miejscowości Narol k/ BełŜca, na Górze św. Anny i ołtarzuWita Stwosza. W marcu 1998 r. jedziemy na Górę św.72
Anny, rozmawiamy z Gwardianiniem, widać duŜą niechęć dowyraŜenia zgody na wykonanie zdjęcia tego obrazu namalowanegona sklepieniu bazyliki. Po dłuŜszej rozmowie i prośbieustalamy przybliŜony termin na miesiąc maj. Jedziemy ponownie10 maja, nie ma tym razem problemu z uzyskaniemzgody na wykonanie fotografii, jednak nie jesteśmy wpuszczenina chór, bo jest prowadzony remont organów. Trzeba sobie poradzićz posadzki – gorsza widoczność.Teraz kolej na Wrocław. Tu są dwa obrazy narodzenia, obydwaznajdują się w katedrze cerkwi prawosławnej. Ustalamy, Ŝenikogo o nic nie pytamy, my z małŜonką oglądamy cerkiew,a w tym czasie syn wykona zdjęcia. Źle trafiliśmy, bo w tymdniu uroczystości mszalnej przewodniczył biskup, więc będzietrwać bardzo długo. Po ustaleniu z wiernymi przybliŜony czaszakończenia, wyruszamy w kierunku Rynku. Musimy jednakpilnować, aby cerkwi nie zamknięto, ul. Św. Mikołaja, bo przyniej znajduje się cerkiew, leŜy niedaleko od Rynku.Wchodzimy do cerkwi, przy bocznym ołtarzu ksiądz odprawianaboŜeństwo za zmarłych – panachidę, wokół ołtarza grupkaludzi, na środku cerkwi zjawia się inny ksiądz, a syn z aparatemfotograficznym przed jednym z obrazów, podchodzę do tegoksiędza i mówię, Ŝe chcemy tylko zrobić zdjęcia, ksiądz niewyraŜa sprzeciwu, przytakuje kiwaniem głowy. Po chwili jednakten ksiądz spełniający posługę przy ołtarzu, podniesionymgłosem woła do syna: przerwać fotografowanie, będziecie robićodbitki i na tym zarabiać, bez Ŝadnej opłaty. Włączyłem się i jado sprawy mówiąc, ze to syn i <strong>dla</strong>czego potrzebujemy zdjęciatego obrazu i jeszcze tego drugiego. Powołałem się na zezwolenieinnego księdza, ale usłyszałem: tu ja jestem proboszczemi mnie trzeba pytać. Zjawił się i ten ksiądz, potwierdził co mówięi po wymianie jeszcze kilku słów złagodniał ksiądz proboszcz,pozwalając wykonać zdjęcie drugiego obrazu z uwagąnie zniszczcie czegoś. W sumie mamy 3 zdjęcia i 3-4 odbitkikolorowego xero z obrazków i ksiąŜek w tym jedna odbitkaz obrazka pochodzącego z Rzymu, wypoŜyczona mi przez ks.prof. K. Stanieckiego. Te wszystkie odbitki i zdjęcia w sumie 6lub 7 szt. otrzymał ks. Krzysztof. Miał szczęście spotkać naswojej drodze malarkę, która w inteligentny i sprytny sposób73
potrafiła z 6 obrazków stworzyć jedno artystycznie, oryginalnedzieło, które poświęcone, przez długie lata będzie przyciągałoprzed swe oblicze wiernych i być moŜe stanie się łaskami słynącymobrazem.Miałem moŜliwość rozmawiania z tą panią osobiście (niestetyzapomniałem imienia i nazwiska), mieszka w Kałuszu, opowiadałaszczegółowo o swoich rozmowach i dyskusjach z księdzemjak obraz ma być skomponowany. Trzeba z uznaniempodkreślić, Ŝe jest to bardzo udany oryginał, upiększający tęzabytkową świątynię. Dla niewtajemniczonych podaję, Ŝe sylwetkianiołków pochodzą z Góry św. Anny, a sylwetka s. Joachimaz Wrocławia. Po zobaczeniu w <strong>Dolinie</strong> namalowanegoobrazu powiedziałem ks. Krzysztofowi, po co było tyle zachodui jeŜdŜenia skoro jest nowy obraz i nie wiadomo, który jestnajlepszym odzwierciedleniem prawdy? Księdzu pozostało tylkosię uśmiechnąć. Jest to jednak bardzo piękny obraz.Ponownie wraca sprawa drogi krzyŜowej do Bolechowa.Na początku 2000 r. <strong>dla</strong> przypomnienia sprawy udałem siędo Zakładu Sztuki Sakralnej do Piekar Śląskich (za Bytomiem),gdzie uprzedziłem o planowanym złoŜeniu zamówieniana Kresy, głównie dotyczyło to obniŜenia ceny.Porozumieliśmy się ponownie telefonicznie i w połowie styczniaksiądz w mojej obecności złoŜył zamówienie na wspaniałądrogę krzyŜową do <strong>kościoła</strong> w Bolechowie. Problem powstałprzy doborze odcieni kolorów, w końcu ustaliliśmy, Ŝe po powrociedo Bolechowa zostanie to ustalone na podstawie tabelikolorów. Po jakimś czasie otrzymałem telefon z Doliny, którynumer wzoru farby ma być zastosowany. Przekazałem to wytwórnifigur i w ten sposób przed Wielkanocą 2000 r. do Bolechowapojechała piękna Droga KrzyŜowa. Pomyślałem sobie,ma Bolechów jak naleŜy drogę krzyŜową, moŜe droŜszą, alepieniądze zostały wydane właściwie. Moja Dolina ma to co mai teŜ nie tanie.74
Dzwon Maryja stoi w kościele i oczekuje na poświęcenie, bykiedyś, gdy przyjdzie pora, znalazł się na dzwonnicy. Na początkumaja 2000 r. dowiaduję się (w trakcie rozmowy telefonicznej)od ks. Krzysztofa, Ŝe w br. pod koniec sierpnia przyjedzieArcybiskup, obowiązkowo trzeba tutaj być, ale będziejeszcze dodatkowe zawiadomienie. Przyjadą teŜ z Niemodlina.Czekamy dość długo, w końcu syn jedzie na zagraniczne wczasy,my z małŜonką zostajemy w domu, bo nie wypada, abyw razie nadesłania zawiadomienia przebywaliśmy poza domem.JuŜ jest po 20 sierpnia, a wiadomości nie ma. 24 sierpnia(czwartek) rozmawiamy o tym z Zuzią i tak intuicyjnie telefonujędo Zbigniewa Jagielnickiego, pytam czy coś wie, a ciebieksiądz nie powiadomił, uroczystość jest 27 sierpnia w niedzielę– odpowiada.Zastanawiamy się co dalej, w końcu postanawiamy, nie mamyzaproszenia, jednak jedziemy, przecieŜ dzwon jest fundacjąnaszą. Nie ma duŜo czasu, dobrze, ze zatelefonowałem ranoo godz. 9 00 , jest moŜliwość dokonać jakichś zakupów. O godz.1 30 , 25 sierpnia 2000 r. wyruszamy w drogę. Około godz. 10 00opuszczamy przejście graniczne po naszej polskiej kontroli, odgodz. 9 00 czekaliśmy na sprawdzenie czy samochód rzeczywiściejest moją własnością (mówiąc prosto czy nie został skradziony)– bo jest nowy, takiego sprawdzenia wymagał jeszczeinny samochód – pana który docelowo jechał do Lwowa. Odstawiononas na bok i kilka razy przepraszano, „bo jeszcze niema odpowiedzi”. W końcu pan ten juŜ pojechał, a moją własnośćpotwierdzano ponad godzinę. Kilka minut po godz. 10 00nadeszła pozytywna odpowiedź i wydano nam dokumenty. Jawówczas zwróciłem się do WOP-istów, to jak takie dziadostwo,które było za nami przepuściliście i ja teraz znowu będę stałw kolejce za nimi, mimo, iŜ w zasadzie nie mam nic do kontroli.Kontrola po stronie ukraińskiej trwała podobnie jak naszajedną godz. i 10 minut (tzn. tyle staliśmy w kolejce, bo samakontrola trwała kilka minut). Ostatecznie granicę opuściliśmyokoło godz. 11 20 .Po dodatkowym postoju i wypoczynku w okolicach Szegini,około godz. 15 30 znaleźliśmy się w <strong>Dolinie</strong>. Na przywitanie ks.76
Krzysztofa zapytałem <strong>dla</strong>czego nie otrzymaliśmy jakiegoś zaproszeniaczy zawiadomienia, nie wiemy czy nie znaleźliśmysię tu niepotrzebni. Nic podobnego, dobrze, Ŝe przyjechaliścieprzecieŜ będzie święcony pański dzwon. Prosiłem Jagielnickie-77
go, aby państwa powiadomił – usłyszałem odpowiedź. Nie pytałemjuŜ o nic nikogo.W następnym dniu w trakcie poświęcenia dzwonu, wedługustaleń Arcybiskupa, stałem przy „Maryi” jako ojciec chrzestny,bo na Kresach tę uroczystość często nazywano chrztemdzwonów. Jak pisze ks. dr Zygmunt Bielawski, autor podręcznikaszkolnego pt. „Droga do nieba” wydanego we Lwowie1937 r. „Obrzędy przy poświęceniu dzwonów, zbliŜone bardzodo obrzędów przy chrzcie św. zowią się pospolicie chrztemdzwonów”. Stanąłem obok dzwonu trzymając w rękach PismoŚwięte wydane z okazji jubileuszu Kościoła. Pięknie oprawiona,zawierająca 300 zdjęć kolorowych, dotyczących zdarzeń biblijnych,ksiąŜka z naszą rodzinną dedykacją. Do wykorzystanianawet w czasie mszy. U stóp natomiast stoją dwie ozdobnierzeźbione kryształowe ampułki na kryształowej tacy, którepragnę przekazać uroczyście księdzu proboszczowi. Inne daryjak wino mszalne, zwykłe ampułki (szkło) i świece przekazałembezpośrednio księdzu jeszcze w sobotę.Nie spodziewałem się jednak tego co za chwilę się zdarzyło,mianowicie w czasie poświęcenia podszedł do mnie jeszcze nieoficjalnieogłoszony kardynał, ks. Arcybiskup Marian Jaworski,wymieniając ze mną kilka słów, ja natomiast miałemmoŜliwość przekazania wymienionych darów, a Eminencjiszepnąć do ucha, Ŝe będzie teŜ następny dzwon. Byłem jedynąosobą z Polski, do której podszedł kardynał podkreślając tymsamym znaczenie przekazanego daru, a mnie i mojej małŜonce,która w tym czasie musiała spełniać rolę operatora filmowego,uczynił wielki zaszczyt i honor, ten honor i zaszczyt naleŜy sięwszystkim ofiarodawcom „Maryi”. Wypada jeszcze wspomnieć,Ŝe pierwotnie zakładano iŜ w czasie uroczystości mam osobiściezabrać głos, powiadomił mnie ks. proboszcz, jeszcze w sobotę,abym przygotował wystąpienie nie przekraczające 5 minut.Po przyjeździe Arcybiskupa powiadomił mnie ks. Krzysztof,Ŝe nie będę nic mówił, natomiast będę czytał jako lektor,byłem tym przestraszony, bo nawet nie wiedziałem , któryfragment, po prostu byłem nie przygotowany, a tu zaczyna sięjuŜ msza. Po chwili przyszedł do mnie jeden z księŜy, dał mi comam czytać, stanął koło mnie podpowiadając „niech pan się78
uspokoi, panu to wyjdzie”, powiedział mi teŜ, Ŝe kiwnie kiedymam podejść do ambony. No i wyszło. Po mszy św. udaliśmysię na obiad, w czasie której poŜartowaliśmy sobie trochęi wspomnęliśmy o sprawnym przebiegu uroczystości, po czympoŜegnaliśmy się bardzo serdecznie, gdyŜ jak oświadczył Arcybiskupnie najlepiej się czuł.W czasie obiadu ks. proboszczowi cerkwi, mitratowi B. Kiernickiemuprzekazałem z naszą rodzinną dedykacją ilustrowanąbiblię młodzieŜową w j. ukraińskim, takŜe jubileuszową. Powyjeździe Arcybiskupa powiadomiłem zebranych na plebanii,Ŝe za kilkanaście dni, z mojej inicjatywy do Gliwic przyjeŜdŜadziecięcy chór z dolińskiej cerkwi pod kierownictwem ks. mitratai proboszcza B. Kiernickiego i kierowniczki zespołup. BoŜeny. Umówiliśmy się teŜ z o. mitratem na spotkaniew domu p. Marysi z Zagórza, u której nocowaliśmy w czasienaszego pobytu w <strong>Dolinie</strong>. Spotkanie odbyło się w poniedziałek28 sierpnia w godz. popołudniowych po powrocie o. mitrata odOrdynariusza ze Stanisławowa, gdzie uzyskał teŜ zgodę naswój wyjazd do Gliwic. Ustalone spotkanie w godzinach południowychz ks. Krzysztofem nie doszło do skutku. Na umówionyczas nie zastaliśmy go na miejscu.Dnia 29 sierpnia o godz. 7 15 wyruszyliśmy w drogę powrotną.Wyjaśnienia wymaga jeszcze okoliczność sprowadzeniachóru cerkiewnego.OtóŜ w Gliwicach w ramach róŜnego rodzaju imprez kulturalnychsprowadzane są róŜnego rodzaju zespoły zagranicznez Czech, Niemiec, Słowacji i Ukrainy. Przypadkowo małŜonkamoja Zuzanna, załatwiając jakąś słuŜbowo sprawę, zaprowadziłamnie do pewnego pana nadzorującego kulturę, oświatęi szkolnictwo, z którym tak sobie zeszliśmy na ten temat, tak<strong>dla</strong> Ŝartów powiedziałem to moŜe by tak zaprosić małychUkraińców z mojego miasta, a skąd? zapytał, no z mojej Doliny– odpowiedziałem. To dobrze, moi rodzice teŜ ze Stanisławowskiego.Ja pana skieruję do kogoś, kto się tym zajmuje, panbędzie tylko pośredniczył – powiedział. Tym kimś, jak się okazało,był równieŜ nasz znajomy p, Kazimierz – dyrektor PlacówekOświatowych w Gliwicach. Pan ten przyjął na siebie obowiązekzapewnienia noclegów i wyŜywienia. Wystawił teŜ79
imienne zaproszenie <strong>dla</strong> 16 osób na okres od 8 do 12 września2000 r. Imienny wykaz otrzymałem wcześniej listownie od paniBoŜeny, nauczycielki szkoły muzycznej w <strong>Dolinie</strong> i kierownikaChóru w cerkwi. Młodzi Ukraińcy pod opieką swojegoproboszcza ks. mitrata Bazylego Kiernickiego i kierowniczkichóru p. BoŜeny, w ciągu pięciu dni zwiedzili palmiarnię, muzeum,radiostację i inne zabytki Gliwic. Odbyli przejaŜdŜkęśladem Orlich Gniazd (Ogrodzieniec, Zloty Potok, Olsztyn)zwiedzili zabytkową kopalnię w Tarnowskich Górach oraz byliw stadninie koni w Zbrosławicach.Swoim pięknym śpiewem pieśni naboŜnych i świeckich w językachukraińskim i polskim zachwycili obecnych gości w czasiespotkania z v-ce Prezydentem Gliwic p. Andrzejem Pańczyszynemi przedstawicielem gliwickiej kurii.Pięknym śpiewem młodych chórzystów zostali ujęci braciszkowieklasztoru jasnogórskiego, którzy po pierwotnym wysłuchaniu,umoŜliwili dzieciakom występ przed cudownym obrazemCzarnej Madonny. Po zakończeniu śpiewu zerwały sięgromkie oklaski od zgromadzonych tam pielgrzymów z krajui za granicy. Wracali z Częstochowy dumni z siebie dzieci, alei p. BoŜena i o. Bazyli. W ostatnim dniu swojego pobytu w Gliwicachmłodzi śpiewacy z opiekunami byli goszczeni w KuriiDiecezjalnej, tu zostali przyjęci i obdarowani upominkamiprzez Ordynariusza J.E. ks. bpa Jana Wieczorka oraz J.E. ks.bpa pom. Gerarda Kusza. Goście odwzajemnili pięknie rzeźbionym,na motywach bojkowskich, krzyŜem. Dali teŜ jak zawszepiękny koncert.Pan Kazimierz zadbał, aby na drogę gości zaopatrzyć nie tylkow suchy prowiant, ale takŜe w czekoladę, słodycze itp. w ilościach,które umoŜliwiały przyniesienie czegoś przez kaŜdedziecko do domu. Mówiły mi o tym, gdy spotkaliśmy się znowuw <strong>Dolinie</strong>. Nasze spotkania z księdzem i z p. BoŜeną są zawszebardzo serdeczne, a chórzyści kończą śpiewem „Mnohaja Lita”.Kolejny nasz wyjazd do Doliny to rezultat zaproszenia, któreprzekazała nam p. BoŜena w 2001 r.. Tym razem jedziemyz wnuczką Honoratą, jedzie z nami takŜe nasz syn Arkadiusz.80
Jesteśmy bardzo serdecznie goszczeni przez dom państwa zapraszających,przez prawie dwa tygodnie. Do <strong>kościoła</strong> przywieźliśmyw darze jak zawsze wino mszalne, szklane ampułki(bo się tłuką), świece oraz dwa nowe, z blachy mosięŜnejświeczniki (średniej wysokości). To wszystko przekaŜemy namszy w niedzielę. W sobotę jest telefon w domu, gdzie nasgoszczą, z pytaniem czy mamy zamiar być na mszy w cerkwii na którą godzinę. Po „naradzie” potwierdzamy, ale musimyna czas być tez w kościele. W niedzielę jak zapowiadaliśmyidziemy na młodzieŜową SłuŜbę BoŜą na godz. 9 00 .81
Rozpoczyna się msza św. celebrowana przez o. mitrata – proboszcza.Po otwarciu złotych wrót ksiądz wychodzi na zewnątrzogłaszając, Ŝe w cerkwi mamy gości z Polski, z Gliwic,rodzinę <strong>Antonowicz</strong>ów z synem i wnuczką, mnie i małŜonkęwymienia po imieniu.Przed zakończeniem mszy ksiądz ponownie wychodzi przed„wrota”, oświetlony zostaje dodatkowo do samej góry ikonostas,ksiądz zwraca się ponownie do nas, my trochę zagubieni,wychodzimy z ławki. Rozlega się „Mnohaja lita”, jesteśmy otoczeniludźmi, ja z wraŜenia nie widzę, Ŝe do mnie podeszłagrupka dzieci z pięknym bukietem kwiatów, Ŝona zwraca miuwagę, jedna z dziewczynek składa bardzo serdeczne Ŝyczeniazdrowia i długich lat Ŝycia <strong>dla</strong> mnie i moich najbliŜszych.Ucałowałem wszystkie dzieci z delegacji, po czym ksiądz wziąłmnie za rękę prowadząc do podwyŜszenia przed ikonostas powiedział,a „teper szczoś nam skaŜe pan <strong>Antonowicz</strong>”. I takmusiałem zaimprowizować, trochę kaleczyłem, a trochę nadrabiałemrękami i trzymanym bukietem, ale jako absolutnienie przygotowana, mowa wypadła nie najgorzej – to widać nafilmie, który pokazuję czasami znajomym.Potem ponownie śpiewano „Mnohaja lita”, a mająca trwać 1godzinę msza przedłuŜyła się około 10 minut, w tym czasiedrugi ksiądz czekał juŜ do wyjścia na następną.Jedziemy teraz na mszę do <strong>kościoła</strong>, przekazujemy nasze dary,ustawiając je przed ołtarzem. Ksiądz Krzysztof ogląda wszystkoi natychmiast ustawia na ołtarzu świeczniki i świece, dwieinne świece zapala obok krzyŜa na stole. W trakcie oglądaniaprzywiezionych rzeczy powiedziałem księdzu, Ŝe przy następnymnaszym pobycie będą jeszcze dwa świeczniki o takim wzorze,ale trochę niŜsze. Będą pasowały – to bardzo dobrze, odpowiedziałksiądz.Rozpoczynając mszę ksiądz jak zawsze przywitał nas publicznieoznajmiając: „rodzina <strong>Antonowicz</strong>ów zwykle robi nam niespodzianki,tym razem niespodzianką są dwa świeczniki, którebardzo pasują do ołtarza, przywieźli nam teŜ swoją wnuczkęHonoratkę”.83
Otrzymany w cerkwi, piękny bukiet kwiatów, złoŜyłem nabocznym ołtarzu w kościele.Przez nikogo nie krępowani, moŜe tylko oczekiwaniem Mamyp. BoŜeny z przygotowanym posiłkiem, dalsze dni poświęcamyna bliŜsze i dalsze wypady po rodzinnej ziemi. Jesteśmy własnymsamochodem, dobrej jakości paliwo zapewnia namksiądz Bazyli, do którego kaŜdorazowo telefonowała p BoŜenai potem wspólnie jechaliśmy na stację benzynową. Zwiedziliśmyzatem wiele miejscowości i miejsc kresowych, które jak narazie dość dobrze pamięta jeszcze dzisiaj, obecnie dwunastoletniaHonoratka.Z naszej przyczyny dom p. BoŜeny gości u siebie księdza proboszczagrecko-katolickiego, a innym razem proboszcza rzymsko-katolickiego.Przepraszam gospodynie za dokuczanie i pracę,bo trzeba kaŜdorazowo szykować jakieś przyjęcie, sprzątanieitp. Jednak widać przychylność i gościnność na kaŜdymkroku. Poznajemy teŜ teściową p. BoŜeny. Starsza pani, całeŜycie spędziła w Hoszowie, bo tam są korzenie jej i męŜa, któryjuŜ zmarł, wraca myślami do czasów wojny, opowiadając jakągehennę przeŜywali tam wszyscy z rąk swoich banderowców,bo tamtejsza ludność to byli Rusini, jak się wtedy mówiło naUkraińców. Potwierdza ta pani to, co kaŜdy, kto przeŜył tenokres, zapamiętał, a o czym nie wie młode pokolenie, obecnietam Ŝyjące.Szczególnie jednak zajmujemy się zwiedzaniem miejsc najbliŜszychmojemu sercu mieszczących się na Zagórzu i pod WysokąGórą. Pewnego dnia idziemy od stawu, po drodze staram sięrozpoznać niektóre domy. Tu chyba mieszkała ciocia HanusiaBigos, przed domem widzę kobietę, pytam czy ona wie czyj tobył dom. „Wny wyichały do Polszczy, ja zabuła jakie ich pryzwiszcza,ałe kołyś ja znała. Ja zaczynam opowiadać, Ŝe tamw kuchni obok pieca kuchennego jest klapa przez którą sięwchodzi do piwnicy, a byli gospodarze nazywali się Bigos.A zwidky wy wsio tak znajete” – pyta mnie kobieta. Odpowiadam,Ŝe to moja ciocia, potem mieszkała w Starym Kurowie.gdzie obydwoje z męŜem juŜ zmarli.Po lewej stronie, pokazuję Ŝonie, w którymś z tych domów wychowywałsię Janko Standio, Władzio Bigos to był jego wujek.84
Odszukuję domu Ihnatów, idziemy w górę i dochodzimy doskrzyŜowania z figurą przy której teraz jest budowana nowagrecko-katolicka kaplica.Udaje nam się sfilmować zabawę wnuczki Honoratki w „naszymogrodzie” z kozami.Mieszkająca w „naszym” domu przynosi nam piękne duŜe jabłuszka,mówiąc „pane berit to waszych rodicziw” – czym bardzomnie wzruszyła. Syn zainteresowany gdzie w rogu ogrodurósł duŜy dąb, który był siedzibą szerszeni, więc idziemy w tymkierunku bo chcę jak mi się wydaje najdokładniej pokazać tomiejsce, za nami idą Ŝona z wnuczką i ku naszemu zdziwieniuw naszą stronę leci duŜy złocisty szerszeń, wywołując wśródnas popłoch. Wiem o tym, Ŝe szerszenie doskonale widzą i pozbliŜeniu się kogoś mogą zaatakować, więc zaprzestaliśmy dalszejlokalizacji nieistniejącego dębu i czym prędzej oddaliliśmysię od tego miejsca.Innym razem wybieramy się na wycieczkę samochodem napołudnie w stronę Wygody, gdzie juŜ bezpośrednio znajduje sięi moŜna podziwiać fragment Wschodnich Karpat z przełęcząw Wyszkowie. Jest to stary piękny gościniec, który na przełęczywyszkowskiej osiąga ponad 950 m n.p.m. Jechałem tymgościńcem którejś zimy koniem z saniami w czasie okupacjiniemieckiej z pewną dziewczyną i jej mamą o jakiegoś ludowegolekarza (znachora) w okolicach Ludwikówki (Leopoldsdorf).Pamiętam wyjechaliśmy do świtu, a wróciliśmy po północy następnegodnia. Byliśmy wielokrotnie kontrolowani przez patroleniemieckie. Byłem gwarantem, ze koń wróci, bo dzieckukonia Niemcy nie zabiorą, szczególnie jak dziecko umie płakaći prosić. Więc ta wycieczka po tylu latach samochodem była <strong>dla</strong>mnie podróŜą sentymentalną, a muszę przyznać, Ŝe tym razemza Wygodą teŜ byliśmy kontrolowani, przez patrol ukraiński zpsem, róŜnica polegała tylko na tym, Ŝe odbyła się tylko jedenraz, poza tym kontrolujący zwracali się do nas w języku rosyjskim.W pewnej chwili doszedł do samochodu jakiś starszy jegomośći podniesionym głosem do Ŝołnierzy krzyknął po ukraińsku:„chłopcy, a co wy nie umiecie mówić w swoim języku,aby mi to było ostatni raz” – chłopcy nic się nie odzywali. I tojest zasadnicza róŜnica, kilkadziesiąt lat temu starszy pan nie85
yłby taki odwaŜny, a Ŝołnierze tak spokojni, chociaŜ teŜ niemówili po ukraińsku ani po polsku.Jadąc przez Wygodę nie moŜna nie zauwaŜyć parowej lokomotywyleśnej (wąskotorówka) z tendrą, ustawionej jako atrakcjaturystyczna. Miała kłopoty z opuszczeniem tej atrakcji naszawnuczka, która na jakiś czas powierzyła sobie rolę maszynistyi mimo próśb nie chciała opuścić „stanowiska pracy”. Zatrzymaliśmysię nad brzegami rzeki Mizunki i Świcy, stwierdzamybardzo czystą, przeźroczystą wodę, mimo pragnienia nie zobaczyliśmyw tym miejscy ani pstrągów ani raków.W Kałuszu kościół wypełniony rusztowaniami, tynki wewnątrzodkute całkowicie, trwa wielki remont, w czasie władzy radzieckiejbył podzielony na dwie części w poziomie przez copowstał parter i I piętro. Oddany na cerkiew nie został doprowadzonydo pierwotnego stanu świątyni (zlikwidowano tylkostropy wewnętrzne), w której przed wojną znajdował się kościółrzymsko-katolicki. Tego dzieła podjął się ksiądz KrzysztofPanasowiec, proboszcz dolińskiej parafii. NaboŜeństwa jakzawsze odbywają się w kościele pomocniczym, w baraku, kiedyśdzielonym po połowie z ukraińską prokuraturą.Bierzemy udział w wieczornej mszy, czytania i śpiew spełnia8 letnia dziewczynka piękną polszczyzną, to rezultat i efektypracy księdza i pani która prowadzi szkółkę języka polskiego.W czasie oglądania wnętrza <strong>kościoła</strong> wśród rusztowań przychodzido nas ksiądz, starszy wiekiem, przedstawiamy się,mówi Styczeń jestem, tak jak początek roku, łatwe do zapamiętania.Dalej pyta skąd wy jesteście, bo znam was z opowiadaniaksiędza proboszcza, ale wiem tylko, Ŝe z Polski. No skądmy jesteśmy, to Ŝadna tajemnica – z Gliwic. O w Gliwicach toja mam bardzo dobrze znajomego proboszcza ks. Dylusa, z <strong>kościoła</strong>Chrystusa Króla – odpowiadam o tak.W końcu okazuje się, Ŝe ksiądz zna połowę gliwickich księŜy,którzy kończyli studia w Nysie, bo teŜ sam jest absolwentemtamtejszego wyŜszego seminarium. Dalej juŜ rozmawialiśmyjak starzy znajomi. Gdy po jakiś czasie doszedł do nas ks.Krzysztof, zapytał się skąd wy się znacie? A to była nasza tajemnica.86
100
101
102
W Hoszowie, syn z wnuczka, idą na szczyt, my z małŜonkąwjeŜdŜamy samochodem, bo na szczyt prowadzi juŜ piękna,kręta i dość stroma droga asfaltowa. Tu po raz pierwszy naszawnuczka po wejściu na szczyt wita nas słowami „dobryj deń”.Zastajemy tu dwie autokarowe pielgrzymki z tarnopolskiejobłasti. Otwieramy drzwi, ze świątyni dochodzi do nas przepięknyliturgiczny śpiew odprawianego <strong>dla</strong> pielgrzymów naboŜeństwa.Widać takŜe wielkie zmiany i w świątyni. Pięknefreski i cały wystrój bardzo ze sobą zharmonizowane. Bardzooryginalnie wykonana została ambona – na wzór łodzi Piotrowej.Jest na prawdę co podziwiać.Na zewnątrz obok klasztoru duŜa Ŝółto-zielona tablica informacyjnapt. „Program powrotu Ikony Matki BoŜej ze Lwowana Jasną Górę w Hoszowie” (tłumaczenie moje). Powrót ma sięodbyć w dniach od 30. września do 14 października 2001 r. poprzezwieś Derewacz, potem Mikołajów, śydaczów, Halicz,Iwano-Frankiwśk (Stanisławów), Kałusz, Dolinę – skąd 14.10.- o godz. 7 00 wyjście do Hoszowa i o godz. 10 30 spotkanie z ikonąM.B. na Jasnej Górze po 50 latach Jej nieobecności. MamymoŜliwość rozmawiać teŜ z przełoŜonym klasztoru, który mówi,Ŝe postanowił teŜ zbudować wspaniałą Drogę KrzyŜową, boo nas mówił Jan Paweł II – podkreśla.Nie został odnaleziony oryginalny, cudami słynący obraz MatkiBoŜej, a jaki będzie tu sprowadzony to zobaczymy, jak kiedyśtu ponownie będzie. „Bo Mater BoŜa je odna” – mówiprzełoŜony klasztoru, nawet jak będzie to obraz z Polski. Botrzeba podkreślić, Ŝe niezmiernie charakterystycznym zjawiskiem<strong>dla</strong> kresowych stron była siła kultu maryjnego, podtrzymywanegoszczególnie przez cerkiew unicką, cerkiew prawosławnąi kościół rzymskokatolicki.Kresowa religijność szczególne odzwierciedlenie miała w czci,jaką były otaczane na Kresach cudowne i łaskami słynące obrazyMatki Boskiej. Jako przykład moŜe posłuŜyć słynna ŁawraPoczajowska, połoŜona około 30 km na południowy wschódod Krzemieńca. Dla prawosławia Poczajów stał się tym, czym<strong>dla</strong> katolików Częstochowa. Jednak w 1713 r. cerkiew ta przeszław ręce unickich (grecko-katolickich) bazylianów, a na jejdawnym miejscu Mikołaj Potocki postawił nową. Obraz koro-103
nowany był przez papieŜa Klemensa XIV w 1773 r. W czasiepowstania listopadowego poczajowscy bazylianie udzielilischronienia i pomocy generałowi Dwernickiemu, za co zostaliwygnani z klasztoru, a nad cerkwią i obrazem ponownie przejęlipieczę mnisi prawosławni. Bez względu jednak na to czykatolicy, czy prawosławni mieli go w swych rękach, lud nietylko miejscowy powszechnie modlił się do poczojowskiej MatkiBoŜej.Podobnie było z cudownym obrazem Matki Boskiej w Kochawinie,dokąd ciągnęły liczne procesje ludu obrządku łacińskiego,grecko-katolickiego i ormiańskiego. Obraz ten wywiezionypotajemnie z Kochawiny, przy pomocy niemieckiego kapelanawojskowego, 25. maja 1944 r. dotarł do Starej Wsi koło Brzozowa.Następnie po renowacji został umieszczony w głównymołtarzu kaplicy Tow. Jezusowego w Krakowie.21. marca 1974 r. cudami słynący obraz został oddany w ręceksięŜy Jezuitów w Gliwicach, gdzie po 20 latach 26. sierpnia1994 r. ks. biskup Jan Wieczorek – Ordynariusz gliwicki, wydałdekret o erygacji parafii Matki Boskiej Kochawińskiej naosiedlu Kopernika w Gliwicach. W ten sposób Maryja zawędrowałaze swoimi dziećmi do miejsca od którego właściwierozpoczęła się druga wojna światowa. Świadkiem jest masztgliwickiej radiostacji.To z tej radiostacji ostatniego dnia sierpnia 1939 r. nadanosfabrykowaną po polsku odezwę, która dała powód najazdu naPolskę. Wypada takŜe wspomnieć jeszcze o słynącym cudamiobrazie Natki Boskiej z Łyśca koło Stanisławowa, obrządkuormiańskiego, przywiezionego w 1945 r. do <strong>kościoła</strong> św. Trójcyw Gliwicach.Został koronowany 3. września 1989 r. z licznym udziałem dostojnikówkościelnych wszystkich obrządków, w tym równieŜgości zagranicznych, a takŜe wielkiej rzeszy wiernych.Doliński obraz Matki Boskiej, będący kopią obrazu częstochowskiego,nie ma tak pięknej historii, jak inne, przywiezionyw 1945 r. do podwrocławskiej miejscowości Święta Katarzyna,stanowi jednak kontakt duchowy z miejscem naszego pochodzenia.104
Pewnego dnia znajdujemy się na Nowiczce, rozmawiamyz Wójtem, którym jest siostrzeniec p. Wandy, Genio Krasiwski.Jego mama, lekarka, podobnie jak ojciec, nauczyciel, zmarlibardzo młodo. Wychowaniem sieroty zajęła się jego ciociaWanda. Zdolny chłopak skończył dwa fakultety, ale powróciłdo Doliny by z kolei zapewnić opiekę, częściowo unieruchomionejpo Heine Medinie, cioci Wandzie, teraz pełni to stanowiskoi szykuje się do ponownych wyborów.Nie wiem czy mnie ponownie wybiorą, ale najwaŜniejsze, Ŝewczoraj zostałem dziadkiem – mówi uśmiechnięty.Jak zwykle odwiedzamy cmentarze, ten stary przy kościele,gdzie juŜ nie jestem w stanie odszukać grobów rodziny, tylkoorientacyjnie, a takŜe ten nowszy na Husakowie pod SoroczyńskąGórą, tu spoczywa dziadek Jan Neuburger, grób moŜnaodnaleźć bo jest jeszcze murowany krzyŜ, obok dziadka spoczywajego córka, a moja ciocia Teresa, zapalamy znicze trochęporządkujemy zaniedbany grób i udajemy się na nie dalekopołoŜony na Horiszu cmentarz śydowski (okopiska, jak sięmówiło). Opowiadam rodzinie jak tu Niemcy strzelali śydów,pokazuję doły, które się po latach potworzyły, gdzie były zbiorowemogiły, zwracamy teŜ uwagę na pasące się na cmentarzukozy – co nie zbyt dobrze świadczy o kulturze ludzi tu mieszkających.Być moŜe naszą rozmowę usłyszeli mieszkańcy domostw znajdującychsię po drugiej stronie drogi, bo w pewnej chwili wyszłado nas jakaś kobieta i dość energicznie powiedziała: przyjeŜdŜacietu oglądać cmentarze, a wy co Polacy zrobiliściez naszymi cmentarzami i cerkwiami tam koło Sanoka. Zapytałemją czy te kozy to jej, a ja tu nie przyjechałem omawiaćhistorycznych zaszłości tylko zobaczyć swoje rodzinne strony.Poza tym powiedziałem aby zapytała tych co byli w cerkwi jakbyłem serdecznie tam witany.Opowiadałem o tym zajściu ks. mitr. Bazylemu, moŜe to ktośbył kto do cerkwi nie chodzi i jest jej nie przychylny, ja postaramsię dojść kto to był. Więcej do sprawy nie wracaliśmy.W Bolechowie w kościele bardzo ładnie prezentuje się zakupionaw Piekarach Śląskich Droga KrzyŜowa.105
Po dwutygodniowym pobycie pełni wraŜeń, zadowoleni,a szczególnie mała Honoratka – chciałaby tu mieszkać, opuszczamygościnny dom p. BoŜeny 21. września 2001 r.Wyruszamy drogą na Broczków, dalej przez Hoszów, Bolechów,Stryj w kierunku Lwowa, do którego docieramy okołogodz. 10. Zatrzymujemy się na płatnym parkingu przy al.T. Szewczenki.Stąd wyruszamy na pieszą wycieczkę po mieście.Odwiedzamy po kolei kościół Bernardynów, Dominikanów, zatrzymujemysię na chwilę przy pomniku Fedorowa – pierwszegoruskiego drukarza. Jesteśmy przy Ratuszu, po drodze spotykamypiękną podobiznę Szewczenki ułoŜoną z sadzonek kolorowychkwiatów, pomnik A. Mickiewicza, wokół którego odbywasię bieg masowy studentów z okazji powstania wolnejUkrainy. Pod samym pomnikiem jakiś grajek wycina lwowskieznane melodie na dwóch instrumentach, na kornecie trzymanymw prawej ręce, natomiast lewą ręką zagrywał na basachakordeonu klawiszowego.W katedrze łacińskiej, jesteśmy tu wiele razy, chcemy pokazaćjak najwięcej wnuczce, rozmawiamy z obecnymi rodakami. PotemCmentarz Orląt i w końcu do grecko-kat. katedry św. Jura.Chcemy wejść do krypty, idę zapytać w zakrystii, jest tamkilka osób, zwracam się w języku polskim, jeden z księŜy bezŜadnych uwag idzie ze mną, zdejmuje z poręczy schodów prowadzącychdo krypty gruby sznur, zamykający wejściei wspólnie schodzimy do krypty. Zezwala nam na filmowanie.W krypcie trzy sarkofagi z brązowego marmuru, czwartyw rogu na lewo od wejścia. Przy nas ksiądz, ja podejmuję siętłumaczyć wnuczce, która juŜ wie co znaczy cerkiew, która teŜpodlega papieŜowi, chociaŜ tam księŜa chodzą inaczej ubrani iinaczej śpiewają (nawet czasami ładniej niŜ u nas – mówiwnuczka), to wszystko juŜ wie z Doliny, bo rozmawiała teŜz księdzem Bazylim. Krótko wyjaśniam, a raczej przypominamkto to biskup, tłumaczę o kardynale itd. Wreszcie wymieniamnazwiska arcb. A. Szeptycki, kard. J. Ślipyj i zatrzymujemysię. Tu jest teŜ kardynał Jan Lubaczewski, on urodził się w<strong>Dolinie</strong>, mieszkał niedaleko Gaju, ten o którym w <strong>Dolinie</strong> mówili,Ŝe po jego śmierci znaleźli w starych dokumentach, Ŝe106
wywodzi się z polskiej rodziny, ale ten Szeptycki to teŜ jestwnukiem polskiego pisarza Aleksandra Fredry. Honoratka doskonalezapamiętała co mówili w <strong>Dolinie</strong>, bo w końcu odezwałasię: to ten kuzyn mojego pradziadka <strong>Antonowicz</strong>a, pokazującnagrobek Lubaczewskiego.Zrobiliśmy w tym dniu wiele kilometrów po Lwowie, bo nieopisuję tu spaceru pod teatrem, pomnikiem Szewszenki i odwiedzinw duŜych sklepach, a wszystko to wytrzymała nasza8-letnia wnuczka, którą w zasadzie wszystko interesowało.Wytrzymała to tempo, podobnie jak i w Bubniszczu na skałach.W późnych godzinach popołudniowych wracamy do samochodui jedziemy w stronę granicy. Tym razem obecność Honoratkiratuje nas od długiego stania w kolejce, bo dziecko nie moŜetak długo czekać.Jak zawsze po powrocie do domu spełniam jakąś prośbę ks.Krzysztofa. Tym razem 24 września 2001 r, w godzinach wieczornychzatelefonowałem do Zbigniewa Jagielnickiego o przyspieszeniedostawy materiału i ludzi do wykonania posadzki,a zbliŜała się zima.W czasie pobytu w <strong>Dolinie</strong> wspominał mi ksiądz, Ŝe ten dzwon„Krzysztof”, mimo, iŜ wisi na wieŜy jest słabo słyszalny. Mówilio tym teŜ niektórzy mieszkańcy Zagórza, lecz nie powtarzałemza względów zrozumiałych. Tym razem, gdy usłyszałem to odsamego księdza nie oponowałem, jedynie podkreślałem, Ŝechyba sprawa zostanie rozwiązana jak będzie uruchomionydzwon „Maryja”. Nie wspominałem specjalnie o następnymmoim dzwonie, chociaŜ ks. Krzysztof wiedział, Ŝe mam jakieśplany. Innym Ŝyczeniem, które wymienił to dzwonki na wejścieprzy drzwiach z zakrystii. Wobec moich ograniczonych moŜliwościfinansowych, w danej chwili nie do zrealizowania. Głównymproblemem <strong>dla</strong> mnie staje się realizacja zamiaru dostarczenianastępnego dzwonu. Od czasu przeprowadzenia zbiórkiw niektórych <strong>kościoła</strong>ch gliwickiej diecezji, o czym była juŜmowa, minęło kilka lat, wpłacone pieniądze na terminowe lokaty,wobec dość wysokiego oprocentowania, uległy prawie podwojeniu.107
108
Porozumiewam się z p. Z. Felczyńskim (ludwisarzem), okazujesię, Ŝe wystarczy tych pieniędzy, które posiadam.W tym stanie rzeczy 27 marca 2002 r. złoŜyłem zlecenie nawykonanie następnego dzwonu o wadze 220 kg odlewu. Po zasięgnięciuwielu porad, w tym szczególnie osób bliskich,a takŜe znajomych w tym i p. Felczyńskiego oraz po osobistymzastanowieniu, postanowiłem, Ŝe dzwon ten otrzyma imię „Benedykt”.Wewnętrzny opór nadania mojego imienia przełamałemprzypomnieniem sobie informacji, Ŝe kiedy w 1926 r. staraniemJózefa Stemlera została o<strong>dla</strong>na sygnaturka (tzw.dzwon młodzieŜy), otrzymała równieŜ imię inicjatora przedsięwzięcia– „Józef”. Dlaczego zatem miałoby być to <strong>dla</strong> mniekrępujące?Zostaję zaskoczony pewnym nocnym telefonem ks. Krzysztofaz Doliny, który prosi, abym postarał się wraz z dzwonemprzywieźć mszalne gongi (do uderzania w czasie przeistoczenia).Okazało się, Ŝe gongi takie, bardzo dźwięczne, są odlewanew istniejącej od jakiegoś czasu ludwisarni w Gliwicach, jednakcena teŜ bardzo wysoka – kilka tysięcy złotych.Wówczas zacząłem poszukiwania w sklepach św. Jacka. Uzyskałeminformację od p. Kędzierskiego z Opola, gdzie teŜ ostateczniedokonałem zakupu dwóch róŜnej wielkości gongów,o róŜnej tonacji, wprawdzie mniej dźwięcznych, ale dostępnychze względu na cenę. Potem zakup został pokryty przez proboszcza<strong>kościoła</strong> katedralnego p.w. św. ap. Piotra i Pawław Gliwicach, ks. prałata K. Kołodzieja. Obecnie jeden gongznajduje się w <strong>Dolinie</strong>, a drugi w Bolechowie.Według uzgodnienia dzwon ma być wykonany na początkumiesiąca września 2002 r. (wykonanie trwa kilka miesięcy).Jednak jego wielkość przekracza gabaryty bagaŜnika samochoduosobowego. Rozpoczynam poszukiwania przewoźnika,ostatecznie po wielu kontaktach z róŜnymi osobami, decydujęsię na dość drogi wynajem furgonu z Caritasu, który otrzymałemdzięki wsparciu proboszcza <strong>kościoła</strong> katedralnego i mojegoproboszcza M.B. Częstochowskiej.109
Innym przewoźnikom nie pasował termin, natomiast usługaCaritasu nie była zgodna z działalnością statutową, ale poprzekazaniu z góry ustalonej kwoty, samochód otrzymałem.Dnia 5.09.2002 r. pojechaliśmy do Taciszowa, do ludwisarni poodbiór dzwonu, za który zapłaciłem juŜ kilka dni wcześniej.Dzwon imieniem św. Benedykt ma piękny kolorowy wizerunekswojego imiennika, a takŜe uchwyt z dźwignią do załoŜenialinki.Przed odbiorem dzwonu i po ostatecznym ustaleniu co do środkatransportu załatwiłem wszelkie formalności w UrzędzieCelnym, w którym byłem zobowiązany przedstawić fakturę,świadectwo pochodzenia dzwonu, oświadczenie o przekazaniuw darze dzwonu, no i pisma z Kurii, od proboszcza i nr rejestracyjnysamochodu. Całą dokumentację potrzebną na granicy,wymaganą przez Polaków i Ukraińców z udziałem AgencjiCelnej potwierdził Urząd Celny w Gliwicach. DokonaliśmytakŜe zakupu przedmiotów, które chcieliśmy przekazać w darzedo <strong>kościoła</strong>.Zaprosiłem do wyjazdu z nami, bardzo przychylnego Kościołowiw <strong>Dolinie</strong>, proboszcza Katedry p.w. św. ap. Piotra i Pawław Gliwicach, ks. prałata Konrada Kołodzieja.5 września o godz. 23 30 trzema samochodami wyruszyliśmyw drogę. O godz. 11 30 naszego czasu, następnego dnia, byliśmyw <strong>Dolinie</strong>. Proboszcz dolińskiej parafii zorganizował rozładunekdzwonu, a potem siedliśmy razem na krzesłach „w kole”i omawialiśmy szczegóły daru, a przede wszystkim wizerunekśw. Benedykta, który bardzo zainteresował ks. Krzysztofa.Dzwon ustawiono pod ścianą z przodu <strong>kościoła</strong>. W <strong>Dolinie</strong> zastaliśmykilka osób katowickiego oddziału Civitas Chrystiana,które przybyły na uroczystości odpustowe. Odpust w tym rokupokrywał się z najbliŜszą niedzielą, 8 września. My z przybyłymz nami księdzem, wolny czas poświęcaliśmy na zwiedzaniebliŜszych i dalszych okolic oraz znajomych i kuzynów. Odwiedzaniemludzi był bardzo zainteresowany obecny z namiksiądz, bo jak mówi odwiedzanie ludzi to zawsze nowe doświadczenie.Natomiast delegacja Civitas Chrystiana trzymałasię księdza Krzysztofa łącznie z wypadami do lasu w niedzielępo popołudniu, po obiedzie. Delegacja ta dostarczyła księdzu110
wydrukowane obrazki przedstawiające wizerunek pięknegoobrazu z głównego ołtarza w <strong>Dolinie</strong>.111
W niedzielę 8 września udajemy się z księdzem prałatem namszę do cerkwi gr.-kat., rozpoczyna się ona jak zawsze o godz.9 00 i jak zawsze jesteśmy zauwaŜeni przez księdza od ołtarzai serdecznie publicznie witani. W szczególny sposób był witanyksiądz prałat, który był mocno zaskoczony takim obrotemsprawy. Po dłuŜszej rozmowie przed ołtarzem, a potem i przedcerkwią, po SłuŜbie BoŜej, pospieszyliśmy na uroczystość kościelną.Tu ksiądz prałat otrzymał natychmiast zatrudnieniew konfesjonale, a potem w czasie mszy do wygłoszenia pięknejhomilii.W czasie mszy zostały przekazane przywiezione przez nas dary,co zostało ogłoszone w czasie składania ofiary, do którychnaleŜało wino mszalne, grube świece, ampułki, dwa świeczniki,wymienione juŜ dwa gongi i jak dodał ksiądz coś jeszcze cojest tajemnicą. W czasie tej mszy odpustowej ksiądz udzieliłtakŜe sakramentu chrztu nowemu dolinianinowi, przez comsza została dość mocno wydłuŜona.Po mszy odbyła się procesja i po powrocie do <strong>kościoła</strong> ks.Krzysztof poprosił mnie o zabranie głosu o zdradzenie „tej tajemnicy”,którą przywiozłem. Zabrałem głos przekazując w tensposób oficjalnie dzwon Benedykt w posiadanie dolińskich parafian.Uzasadniłem powód nadania tego imienia, nie <strong>dla</strong>tego,aby upamiętnić swoje, jest to margines sprawy.Głównym powodem to idea „ora et labora” oraz załoŜenie Benedyktynów:nie bądź smutny, bądź optymistą, a poza tym i togłówny powód, Ŝe nie dawno PapieŜ obwołał św. „Benedykta”patronem Europy.Kończę swoje wystąpienie Ŝyczeniami ks. proboszczowi i wiernym,aby jak najszybciej usłyszeli głos nowych dzwonów nadcałą okolicą.Po zakończeniu mojego przemówienia wybuchły gromkie i długotrwająceoklaski.Niestety duŜo osób juŜ z procesji odeszło do domu, nie wchodzącponownie do <strong>kościoła</strong>.Nie przypuszczałem wówczas, Ŝe nie jest to moje ostatnie wystąpieniew tej sprawie w dolińskim kościele.112
113
Nocleg wszyscy mieliśmy zapewniony u księdza, równieŜ samochodyosobowe zostały przed plebanią, bo p. Ola zapewniała,Ŝeby się nic nie martwić, bo jak powiedziała „pane Antonowyczja wsio czuju, ja ne spju twerdo, nic ne bijte sia”. Niestety,którejś nocy nad ranem mimo zamkniętej bramy zostaliśmyokradzieni, ksiądz prałat stracił kurtkę, a my wszystko co byłow bagaŜnikach i samochodach.Ja te hałasy słyszałem, ale zbyt mocno zawierzyłem zapewnieniomOli. Myślałem, Ŝe to robotnicy tak wcześnie przyszli i cośrobią.Furgon Caritas powrócił do Gliwic natychmiast po obiedziei krótkim wypoczynku kierowcy, w dniu naszego przyjazdu.Grupa z Katowic wyjechała do Polski w poniedziałek rano. Mywracaliśmy dzień później pocieszani przez p. BoŜenę, któraprzyszła nas poŜegnać ze swoją mamą.Nie mieliśmy Ŝadnych problemów przy przekraczaniu granicy,nie ponosiliśmy na granicy Ŝadnych opłat za przewóz dzwonui innych przedmiotów.W styczniu 2003 r. jest spotkanie opłatkowe w Niemodlinie, naktórym po złoŜeniu informacji co tamtejsi działacze zdołaliuczynić oraz o organizacji kolonii <strong>dla</strong> dolińskich dzieci, i jakiekwoty na ten cel otrzymują w formie róŜnych dotacji, i ja poinformowałem,Ŝe dostarczyłem juŜ drugi dzwon „Benedykt”i inne przedmioty. Wówczas Zbigniew J. wobec całej sali zauwaŜył:jeśli ten „Benedykt”, to następny moŜe być „Zuzanna”,natomiast Janko S. po chwili dodał” „Benek się chwali”. Odpowiedziąmoją była uwaga, Ŝe tak jak Wy mówicie co zrobiliście,tak samo i ja mam prawo.Nie był to koniec uwag, bo juŜ11 maja 2003 r. na kilkuosobowym spotkaniu w Niemodliniepokazałem otrzymane od Kardynała M. Jaworskiego podziękowanieza dwa <strong>dzwony</strong>, Janko S. podkreślił, Ŝe za te pieniądze,które tu w Niemodlinie wyłoŜyli na kolonie teŜ zrobiliby<strong>dzwony</strong>, zaprzestał, gdy przypomniałem, Ŝe pieniądze na kolonieotrzymują z Warszawy i tu na miejscu, a nie ze zbiórek naspotkaniach, co potwierdził rzetelnie Zbyszek J. Inny pan, któregonawet nie znam, ale zapamiętałem jego pięknie uczesanąbrodę, zwrócił się „niech pan powie, po co pan to wszystko robi,114
my szerzymy polskość, bo dzieci przywozimy tu na obozy i kolonie”.Przypomniałem biedakowi, Ŝe myśl przywoŜenia dziecizrodziła się w Bytomiu i w Gliwicach, a dopiero potem skorzystanoz tego doświadczenia w Niemodlinie, czemu nie mógł zaprzeczyćobecny wśród nas Jakub L., a Zbyszek potwierdził.115
Na tym w końcu polemika rozpoczęta przez Janka zakończyłasię, ZauwaŜyłem tu jakąś myśl współzawodnictwa.Latem 2003 r. wstępujemy z małŜonką, po drodze do Św. Katarzynypod Wrocławiem i ze zdziwieniem stwierdzamy, Ŝew tej małej miejscowości pobudowano dzwonnicę z zawieszonymiczterema dzwonami. W okresie powojennym dzwonówtam nie było, były nagrania (kuranty) – podobne jak zakupionodo Doliny, na szczęście nigdy nie uŜywane. Byliśmy tu wielerazy. Pomyślałem wtedy, głośno wobec Ŝony, „do naszej Doliny,ładnego miasteczka, zakupiono kuranty i wnosi się do nas jakieśuwagi, Ŝe dostarczamy drogie <strong>dzwony</strong> i to za nasze pieniądze,to jednak chyba zazdrość (jak powiedziała ta paniw Niemodlinie) – moŜe nawet za samą myśl”. Te <strong>dzwony</strong> w Św.Katarzynie zafundowali sobie sami parafianie.ZauwaŜamy takŜe odnowiony doliński obraz, wynikiem czegoM. Boska ma zmienione rysy (nie jest to juŜ nasz obraz). Długosię zastanawiałem czy przytaczać te zdarzenia, doszedłem downiosku, Ŝe tak, prawdę trzeba przytoczyć nawet tą nie przyjemną,jaka okoliczność, która towarzyszyła w trakcie moichstarań o wielki dar <strong>dla</strong> <strong>kościoła</strong> w naszej <strong>Dolinie</strong>.W tej atmosferze w mojej głowie zrodziła się myśl zafundowaniatrzeciego największego dzwonu.Przeprowadzam rozmowę i ustalamy wstępną cenę z ludwisarzemp. Z. Felczyńskim. Pozostaje kwestia zdobycia środkówpienięŜnych. Ci wszyscy, którzy przyczynili się do ufundowaniapierwszego dzwonu w większości nie Ŝyją, pozostało niewielu. Wysyłam listy do kilku osób, powołując się na pamięćich rodziców, którzy urodzili się w <strong>Dolinie</strong>, innych odwiedzamyosobiście (ja z małŜonką) w kilku innych miejscowościach.Niestety nie otrzymałem Ŝadnej odpowiedzi na wysłane listy,a spośród osób, które odwiedziliśmy ktoś odpowiedział, Ŝe dołoŜysię do tego daru, ale nie wie ile, ktoś inny podkreślił, Ŝe daale bardzo skromną kwotę, a jeszcze inna pani zapewniła, Ŝeda odpowiedź telefonicznie i do dziś nie zatelefonowała.Inna z odwiedzonych osób poradziła mi, abym załoŜył kontoi rozesłał odpowiednie listy. Były teŜ stwierdzenia „ ja terazmam swój kościół tutaj”.116
Jednym słowem doszedłem do przekonania, Ŝe w ten sposóbśrodków na wykonanie 350 kg dzwonu nie uzyskam.W miesiącu sierpniu 2004 r. jedziemy do Doliny z wnuczkamiHonoratką i Anią na kilkanaście dni. Honoratka jedzie juŜdrugi raz, pamięta dość dobrze, którędy trzeba iść do domudziadka pod Wysoką Górą itd.Przebywamy u miłej pani BoŜeny, u tej samej u której byliśmykilka lat temu. Mamy sporo czasu na zwiedzanie, nie skrępowaniŜadnymi ramami jakichkolwiek uroczystości. PoznaliśmyteŜ męŜa p. BoŜeny, Włodzimierza, bardzo miłego lekarza.Z wnuczkami wybrał się na grzyby. Spotkaliśmy się na przyjęciuu p. BoŜeny z wikarym grec.-kat. cerkwi Tarasem, którydowiedziawszy się, Ŝe będziemy jeszcze we wrześniu zapraszałna odpust w cerkwi (mnie i małŜonkę), odpust przypadał chyba21 września. We wrześniu jedziemy z synem Arkadiuszem,z darem małej sygnaturki, ufundowanej przez greko-katolikówz Zagórza, do wybudowanej tam nowej kapliczki św. Andrzejaobok starej figury na rozdroŜu do Porosznienki, stawu i Ogrodów.Sygnaturkę wykonała ta sama ludwisarnia, za moim pośrednictwem,p. Z. Felczyńskiego z Taciszowa. Okazało się, Ŝe zapraszającyna odpust do cerkwi ks. Taras, wyjechał na wycieczkęz chórem, pozostawiając swego proboszcza samegoi bez chóru dziecięcego. Proboszcz Bazyli był bardzo rozgoryczony.Nocleg mieliśmy zapewniony w kościelnej plebani, a do<strong>kościoła</strong> jak zawsze przywieźliśmy wino mszalne, świece naolej, knoty do świec itp., w zasadzie według uzgodnienia z ks.Krzysztofem.W bezpośredniej rozmowie z księdzem proboszczem nieśmiałozwróciłem uwagę, Ŝe na wykonanie trzeciego dzwonu jest małanadzieja z powodu braku chętnych, jednak z wykonaniemdzwonnicy nie ma się co spieszyć, bo a nuŜ uda się.Ja głównie jak kaŜdym razem interesuję się Ŝyciem tamtejszejspołeczności w całej parafii. Ogólnie trzeba stwierdzić, Ŝeośrodkiem polskości tutaj jest kościół rzym.-kat., to tu dzieciuczą się języka polskiego.Kościół w Bolechowie jest wewnątrz wykończony, jest tam jakkiedyś urządzona Kaplica M.B. Kochawińskiej.117
W <strong>Dolinie</strong> natomiast Dom Oazowy (jak niektórzy określajądom rekolekcyjny), pod który przed kilku laty kładliśmypierwsze cegły, obecnie tętni Ŝyciem, szczególnie w okresiewakacyjnym, kiedy zjeŜdŜa się młodzieŜ z całej diecezji. Dotychczasowaplebania jest w trakcie dalszej przebudowy i remontu.W kościele pięknie prezentuje się w ołtarzu głównym obrazNarodzenia NMP (ołtarz był poświecony w dniu poświęceniadzwonu Maryja). Przy wewnętrznych drzwiach wejścia do <strong>kościoła</strong>niestety są widoczne pęknięcia płytek nowoułoŜonej posadzki,chyba z powodu niezbyt fachowo wykonanego podłoŜa.Poprzednio posadzka była ułoŜona z dość duŜych płytek z piaskowca,zachowanych jeszcze z czasów przedwojennych.Na tych płytkach była ułoŜona podłoga z desek, podniesionychkilka centymetrów wyŜej na legarkach i w ten sposób kościółprzystosowano na salę gimnastyczną. Nie jest zatem ścisłe toco pisze Jan Wajman w swoich wspomnieniach :Urodzeni naDolińskiej Ziemi” t. II s. 52, Ŝe „zerwano granitową posadzkę”,bo nigdy takiej tam nie było.Jest jeszcze duŜo pracy nawet wokół <strong>kościoła</strong>.Z rozmowy z księdzem wnioskuję, Ŝe zapał i nadzieja na realizacjęzamiarów, które sobie postanowił nie maleją. Wielkie zaangaŜowanieks. Krzysztofa i nawet osobisty udział wspólnejpracy z robotnikami od chwili przybycia do Doliny i teraz sąwidoczne.Widać takŜe zmiany Ŝycia duchowego rzymsko - katolickiejgromady, chociaŜ nie mnie to oceniać.W Kałuszu zastajemy fachowców wykonujących piękne ornamentyczęści ołtarza głównego. Powiózł nas takŜe ks. Krzysztofzobaczyć ciekawsze stare budowle Kałusza.Na uwagę zasługuje jeszcze fakt, Ŝe moja dwukrotna podróŜnastąpiła po wielkich ulewach, które spowodowały wylewyrzek. Droga pomiędzy Hoszowem a KniaŜołuką była rozmytai w pewnym miejscu dotychczasowa jezdnia była nie do przebycia,po jej obu stronach usypano Ŝwirowe objazdy, coś w rodzajuronda bez skrzyŜowania, w środku umieszczono duŜeostrzegawcze Ŝerdzie. Wykonana nie tak dawno ładna asfalto-118
wa droga na Jasną Górę w Hoszowie popękała, powstały wielkiedziury i trudno przejechać, pogorszył się teŜ stan drógw <strong>Dolinie</strong> nie tylko z powodu ulewy, ale takŜe ze względu nabrak remontów i to od wielu lat.Jak juŜ przytoczyłem poprzednio, nadzieja na uzyskanie takpowaŜnej sumy na wykonanie trzeciego dzwonu w zasadziezmalała do zera. W tym stanie rzeczy wspólnie z Zuzią postanowiliśmyzlecić wykonanie dzwonu we własnym zakresie.119
Wprawdzie emerytury mam nie wysokie, ale jakoś sobie poradzimy,tym bardziej, Ŝe czynimy to wspólnie z córką Gabrysią,jej męŜem Haraldem i synem Arkadiuszem, a następnie do tegonielicznego grona dołączył swoja ofiarnością syn mojej siostrySp. Jadwigi, Waldemar Kryszczyński, jego ojciec (mąŜ siostry)Sp. Stanisław pracował w <strong>Dolinie</strong> na Salinie.Mimo wszystko, wobec wzrostu cen na wyroby ludwisarskie,zebrana kwota okazała się niewystarczająca. Zwróciłem się<strong>dla</strong>tego z prośbą o dołoŜenie swojej cegiełki do wspomnianegojuŜ ks. prałata Konrada Kołodzieja, proboszcza gliwickiej katedryp.w. św. ap. Piotra i Pawła.Wypada tu dodać, jak dowiedziałem się w ludwisarni, któraistnieje od niedawna w Gliwicach przy ul. Jana Śliwki, Ŝe cenana <strong>dzwony</strong> bardzo wzrosła z powodu wprowadzenia euro, orazpodniesienia na te wyroby podatku VAT do 22% - w efekcie kgspiŜowego odlewu wynosi 53 zł.Jednak my zamawiamy nasz dzwon jak dotychczas w Taciszowieu p. Zbigniewa Felczyńskiego, który doskonale zna naszeograniczone moŜliwości.Zamówienie zostało przyjęte 31. maja 2005 r., ustalamy takŜez p. Felczyńskim, według naszych moŜliwości, ostateczną cenę.Podaję ustalone przez nas imię „św. Jan Chrzciciel”, na cześćmojego ojca Jana <strong>Antonowicz</strong>a, który przed wyjazdem 60 lattemu z Doliny marzył zbudować jakąś kapliczkę lub w innysposób podziękować Bogu za przetrwanie całej rodziny długichlat piekła wojennego i na cześć naszego biskupa Jana, gliwickiegoordynariusza.Dzwon „św. Jan Chrzciciel” powinien być wykonany w miesiącuwrześniu 2005 r. W związku z tym rozpocząłem staraniao środek transportu i juŜ nawiązałem kontakt z Urzędem Celnym.21 lipca 2005 r. w godzinach późnowieczornych rozmawialiśmytelefonicznie z dolińskim proboszczem ks. Krzysztofem.120
121
Jak wyczułem z rozmowy, ksiądz dowiedziawszy się, Ŝe tendzwon jednak będzie, był bardzo z takiego obrotu sprawy zadowolony,podkreślając, Ŝe rozpocznie przygotowania do budowyporządnej i ładnej dzwonnicy.W Urzędzie Celnym za sprawą p. kierowniczki zmiany jestembardzo przychylnie załatwiany. Wszystkie dokumenty otrzymujemybez konieczności przyjeŜdŜania do kontroli. RównieŜprzedłoŜone świadectwo pochodzenia dzwonu zastępuje dokumentkonserwatora zabytków. Posiadanie tych dokumentówbardzo ułatwia odprawę celną i ogranicza czas postoju na granicy.Tym razem za samochód nie muszę płacić, bo transportu dokonujemój kuzyn Wojciech Lubczyński. W mikrobusie jest tyleluzu, Ŝe jest równieŜ miejsce <strong>dla</strong> nas.Jedzie z nami teŜ brat Wojciecha, ks. kanonik Józef – proboszczjednej z parafii diecezji wrocławskiej. Obaj jadą zobaczyć,gdzie wychowała się ich babcia, siostra mojego dziadka.Po odebraniu dzwonu i załatwieniu wszelkich formalnościw Urzędzie Celnym, w nocy 22 września wyruszamy w drogę.W <strong>Dolinie</strong> zjawiamy się 23 września 2005 r. w godzinachprzedpołudniowych. Tu w kościele zastajemy przywieziony wsierpniu br., przez byłych dolinian z Niemodlina, obraz MatkiBoskiej. Malowidło ma być kopią obrazu z ołtarza w <strong>Dolinie</strong>,przywiezionego w 1945 r. do podwrocławskiej miejscowościŚwięta Katarzyna przez księdza Garbicza – dolińskiego proboszcza.Posiadaniem tej kopii obrazu nie jest zachwycony ks. proboszczKrzysztof, gdyŜ sam wizerunek odbiega od oryginału,a wielkość obrazu nie pozwala wykorzystać go zgodnie z zamiaramiks. Krzysztofa.Szkoda, Ŝe przyjaciele z Niemodlina nie uznali, Ŝe najlepszerozwiązanie to przekazanie funduszy i nadzoru, a takŜe i znalezieniewykonawcy ks. proboszczowi Krzysztofowi z Doliny.To przecieŜ ks. Krzysztof jest tam gospodarzem.Odnowiony obraz M.B., znajdujący się w ołtarzu w Św. Katarzynie,ani rysami twarzy, ani kolorystyką nie przypomina te-122
az tego naszego, dolińskiego oryginału. A to jego kopia zostałaprzywieziona do Doliny.123
Kolejny raz odwiedzam stare i znane mi miejsca.Trzeba jednak stwierdzić, Ŝe „stara” Dolina jest bardzo zaniedbana,budynki zniszczone, a drogi i chodniki jeszcze bardziej.W tym roku dało się zauwaŜyć, Ŝe wieczorem ulice zostałyoświetlone, bo poprzednio panowały ciemności i wpadało sięz dziury do dziury. Ogrodzenie wykonane 2 lata temu wokółkirkutu, dość mocne z kątownika, zostało w niektórych miejscachprzecięte (wyłamane), aby moŜna tam puścić kozyi kaczki. Na cmentarzu (obok <strong>kościoła</strong>), krowy i kozy pasą sięmiędzy grobowcami i grobami.Bracia Lubczyńscy pragnęli poznać rodzinne miasteczko swojejbabci z Neuburgerów, która poślubiła Lubczyńskiego z Drohobycza.Przemierzamy pieszo całe Zagórze, aby dojść Pod WysokąGórę, stąd do Gaju, dalej na stary cmentarz (obok <strong>kościoła</strong>)i dalej na cmentarz pod Soroczyńską Górą, gdzie spoczywaJan Neuburger, brat babci Lubczyńskiej. Po drodze mijamysynagogę (dziś dom modlitwy metodystów). Zatrzymujemysię przy pomniku, w miejscu gdzie byli rozstrzeliwani śydzi,którzy ratowali się ucieczką przed tragicznymi przeŜyciamizwiązanymi z likwidacją dolińskiego getta pod koniecsierpnia 1942 r., a następnie wyłapywani przez Niemców. Polowaniana Ŝydowskich uciekinierów były organizowane jeszczeprzez wiele tygodni po tym tragicznym dniu, byli oni rozstrzeliwaniprzewaŜnie na tym miejscu pod „bóŜnicą”. Jakopowiadał Stanisław Kryszczyński (pracownik Saliny), którywidział taki przypadek, najpierw strzelano w nogi, a po jakimśczasie strzelano aby zabić.NieduŜy pomnik stoi pomiędzy bóŜnicą a boiskiem sportowymnad niewielkim strumykiem. Wojtek nawet poszedł zobaczyćboisko na którym odbywał się jakiś mecz. Potem poszliśmy zobaczyćcmentarz (kirkut), dokąd śydzi byli grupami doprowadzaniz dolińkiego Rynku i tutaj rozstrzeliwani, do uprzedniowykopanych dołów, po których do dnia dzisiejszego jest widocznychkilka rozległych zagłębień. Po drodze starałem siępokazać chociaŜ w przybliŜeniu niektóre domy i do kogo nale-Ŝały. W ten sposób ks. Józef i jego brat Wojciech poznali miej-124
sca na których rodzili się i mieszkali ich dalsi kuzyni, z którymipoznali się na Ziemiach Odzyskanych.W sobotę w godzinach wieczornych gościliśmy u Państwa Bo-Ŝeny i Włodzimierza, którzy jak zawsze przyjęli nas bardzoserdecznie. Pani BoŜena zaprosiła nas na następny dzień naSłuŜbę BoŜą do cerkwi grecko-katolickiej, posłuchać występuchóru dziecięcego, który tam prowadzi. Niestety nie byliśmy,bo wymęczeni marszem wstaliśmy trochę później. Tym bardziej,Ŝe dodatkowo zwiedziliśmy Bubniszcze i Bolechów.W niedzielę 25 września 2005 r., jak juŜ wspomniałem, wstaliśmytrochę później i pojechaliśmy do Kałusza, gdzie ks.Krzysztof zakończył odprawianie mszy. Zwiedziliśmy częściowoKałusz, a takŜe remontowany kościół, do którego ktośz byłych parafian dostarczył teŜ amatorsko namalowany obraz,nie nadający się do umieszczenia w ołtarzu głównym.Po komentarzach na temat tego dolińskiego i kałuskiego obrazui ofiarności niektórych osób, aby coś mojego „było” bezwzględu na jakość, pojechaliśmy do Doliny. Tu wstąpiliśmy docerkwi, a następnie pojechaliśmy do <strong>kościoła</strong>. W czasie mszyśw. bardzo piękną homilię wygłosił ks. Józef, a na zakończenieksiądz Krzysztof w bardzo serdecznych słowach podziękowałmnie i mojej rodzinie za ofiarowanie trzeciego największegodzwonu i organizację transportu. Podkreślił takŜe, Ŝe terazzajmie się budową dzwonnicy, zapewniając, Ŝe zostanie onapoświęcona w 2007 r.W czasie obiadu przed naszym odjazdem z Doliny, ks. Krzysztofzwrócił się do mnie, abym w miarę moŜliwości zapewniłwystęp chóru kościelnego z Kałusza oraz głoszenia kazańw gliwickich <strong>kościoła</strong>ch w zamian za zbiórkę pienięŜną pomszach świętych. Zapewniłem, Ŝe będę rozmawiał z niektórymiproboszczami w Gliwicach.Po posiłku i złoŜeniu ofiary na mszę świętą za moich rodziców,którą ks. Krzysztof ma odprawić w miesiącu październiku,udaliśmy się w drogę powrotną do Polski.125
126
Zatrzymaliśmy się na dwie godziny w równie pięknym Drohobyczu,zwiedzając miasto i jego okolice, skąd wywodzi się ródLubczyńskich. Spieszyliśmy się bo ks. Józef czuł się w obowiązkunastępnego dnia odbyć z uczniami lekcje religii, a jegobrat Wojciech spieszył do stada koni, które hoduje w ZąbkowicachŚląskich.Tak więc z dumą i honorem mogę popatrzeć kaŜdemu w oczyi powiedzieć swojego dzieła dopełniłem do końca. Dalszy problempozostawiam księdzu proboszczowi. Spokojnie mogę pomyśleć,księŜe Krzysztofie „Twoja głowa w tym”, aby te <strong>dzwony</strong>jak najszybciej odezwały się z dzwonnicy. Mam nadzieję, Ŝedoczekamy z małŜonką tej uroczystej chwili i zostaniemy zaproszenina ich poświęcenie i jako pierwsi w nie uderzymy.Zatem idąc za tokiem słów pisarza: „Przeto nie pytaj komu bijedzwon – bije on tobie”, będę mógł dodać ... bije on nam wszystkim,aby nas witać, abyśmy pamiętali i aby nas poŜegnać.Bije kaŜdy z osobna:- wesoło Maryja- powaŜnie św. Benedykt- dostojnie św. Jan.Zagrają teŜ melodyjnie wszystkie razem wspólnie z św.Krzysztofem, bijąc pokłony dobremu Bogu, głosząc Jegochwałę i wypraszając potrzebne łaski.Rozmawialiśmy kiedyś z ks. Krzysztofem odnośnie zaplanowaniaw przyszłości zazielenienia placu wokół <strong>kościoła</strong>. Planmiałby wykonać syn Arkadiusz, obeznany z tym tematem.Jednak sprawa nie dojrzała chyba jeszcze, ze względu moŜe nainne pilniejsze prace, bo ksiądz o tym nie wspomina.Dostarczona opinia rzeczoznawcza dotycząca utrzymaniai doprowadzenia do porządku zieleńca przed plebanią, nie zostaławykorzystana, a Ŝywopłot aktualnie w zasadzie nie istnieje.127
128
Z a k o ń c z e n i eZiemia Dolińska wraz ze swoim „królewskim wolnym miastemDolina” naleŜała do woj. stanisławowskiego, podobnie jak leŜącyna północny zachód Stryj.Dolina słynęła w Polsce z bardzo dobrej soli, był rozwiniętyprzemysł drzewny (duŜa ilość tartaków), znajdowały się tugarbarnie, olejarnie i tkalnie. Postępował takŜe rozwój przemysłunaftowego, a okoliczne miejscowości jak Wygoda i inneprzyjmowały gości na „wewczasy”. Powiat doliński według danychzawartych w ksiąŜce J. Kostowieckiej „Z przeszłości Doliny”,pod względem wielkości zajmował pierwsze miejsce w Galicji– 2517,6 km 2 . Według spisu powszechnego z 1931 r. posiadał118963 mieszkańców. Istniało 41 parafii grecko-katolickichi 5 parafii rzymskokatolickich. Do dekanatu dolińskiego nale-Ŝały parafie Kałusza i Rohatyna.Miasto liczy około 30 tyś mieszkańców. Po wojnie zostało wybudowanenowe centrum Doliny na Obliskach.Kościół, do którego pojechały mojej fundacji trzy <strong>dzwony</strong>, murowany,budowano w latach 1835 – 1836. W 1938 r, był konsekrowany.Wielokrotnie remontowany, jak pisze Kostowiecka„3 lata po wybudowaniu <strong>kościoła</strong> runęło murowane sklepieniei zastąpiono takowe drewnianym. W 1886 r. zdjęto z wieŜy kościelne<strong>dzwony</strong>, bo mury popękały i umieszczono je w osobnejdzwonnicy”.Dla ścisłości kronikarskiej wspomnę, Ŝe któregoś razu weszliśmyna wieŜę razem z synem Arkadiuszem (nie bez trudności),widoczne są tam ślady po wiszących dzwonach, a takŜe oglądaliśmyzawieszony dzwon Krzysztof. Zastanawialiśmy się czyten dzwon mimo swego nie duŜego cięŜaru nie będzie powodowałjednak swoimi drganiami zagroŜenia <strong>dla</strong> wieŜy, bo czasrobi swoje.Na przełomie XIX i XX w. w związku z trwającym remontem,na kościół została wypoŜyczona grec.-kat. cerkiew św. Mikołajana Husakowie (tą informację posiadam od swoich rodziców).Ostatni wielki remont przeprowadzono w latach 20 – 30 XX w.W 1945 r. kościół przestał działać w połowie sierpnia z powoduwyjazdu proboszcza ks. J. Garbicza na Zachód. Według listu129
z dnia 9.10.1947 r., który napisał ks. J. Garbicz do kurii w Lubaczowie,opuścił on Dolinę 14.08.1945 r. (Kościoły i klasztoryrzym.-kat. dawnego woj. ruskiego t. 10 str. 137 Wyd. M.C.K.Kraków 2002).Inaczej przedstawia to Stemler na str. 224 „Ludzie Doliny”,według którego ostatnie naboŜeństwo zostało odprawione15.08.1945 r.Najpierw wyjechali wikariusze, ks. H. Smoluk 7.02.1945 r. popowrocie z Sybiru, a ks. T. Sorys 15.03.1945 r.Część wywiezionych przedmiotów ks. Garbicz zatrzymał w św.Katarzynie, gdzie został administratorem i tam teŜ przebywałks. H. Smoluk. Tu teŜ został obraz z głównego ołtarza (kopiaM.B. Częstochowskiej).W dolińskim kościele urządzono magazyn zboŜowy, a potemsalę gimnastyczną, z tego względu nie został on mocno zniszczonyjak inne, w których trzymano nawozy sztuczne.Nadeszła pora i naszego wyjazdu z rodzinnego miasta. Otrzymaliśmykartę ewakuacyjną nr 876. Na transport czekaliśmyprawie dwa miesiące.Wagony mieliśmy towarowe, część wagonów była w formieotwartych skrzyń (węglarki), które męŜczyźni przykryli deskamii sianem czy słomą, część natomiast stanowiły wagonytowarowe kryte zwane towosami. Pamiętam, Ŝe w wagonachbyło w dzień bardzo ciemno, a w nocy bardzo zimno, z tego powodugdzieś w okolicach Tarnowa otrzymaliśmy od kolejarzyuŜywaną słomę co spowodowało pewne ocieplenie, niestetywraz ze słomą otrzymaliśmy sporą ilość wszy, jak mi się wydajedo dzisiaj były one bardzo duŜe i niesamowicie gryzły.Cały transport narzekał po co prosiliśmy o słomę. Odwszawienienastąpiło dopiero po przyjeździe do Gliwic.Chyba nikt w czasie transportu nie zdołał pozbyć się tych insektów.Pamiętam, Ŝe z nami jechali Jan Tomasiewicz z dziećmi: Józią,Milką, Michałem, Łacyki i Woźnice, i niestety do dzisiaj więcejnazwisk nie zapamiętałem. Po drodze mieliśmy wiele postoi.Chyba najdłuŜej staliśmy w Strzelcach Opolskich.130
ChociaŜ pamiętam Tarnów i Rzeszów. Tu z Tatem sprzedawaliśmyzłotą renetę.131
Jabłka były z naszego sadu, których sporą ilość zabraliśmyz Doliny. Nasz transport chyba 28 października 1945 r. pojechał,jak wówczas mówiono, w Sudety i zatrzymał się w rejonieNowej Soli, KoŜuchowa, Zielonej Góry.My natomiast pozostaliśmy na rampie w Strzelcach w oczekiwaniuna wagon, którym mieliśmy odjechać do Gliwic, tu oczekiwałnas St. Kriegel (dolinianin), będący w grupie organizującychadministrację polską w Gliwicach, konkretnie UbezpieczalniąSpołeczną, gdzie Ojciec miał juŜ zapewnioną pracę.Pamiętam, Ŝe na Wszystkich Świętych 1945 r. wraz z siostrąKornelią zostaliśmy zabrani, samochodem cięŜarowym bezplandeki, opatuleni jakimiś kocami do Gliwic. Rodzice wagonemtowarowym z całym dobytkiem jechali jeszcze kilka dni,gdyŜ pierwszeństwo miały transporty z Niemcami jadące nawschód, które spotykaliśmy, w naszej podróŜy w nieznane, juŜod Przemyśla. Poza tym jechały, teŜ z pierwszeństwem przejazdu,transporty wojskowe.W taki sposób wraz z przybywaniem lat wrastałem w drugieswoje miasto, do którego zawsze wracałem, tu pracowałem zawodowoi społecznie, tu awansowałem w administracji gospodarczej.Z tego względu niezmiernie sobie cenię odznakę 25-lecia Gliwic, która nadano mi uchwała Prezydium M.R.N.w Gliwicach „za szczególne zasługi <strong>dla</strong> rozwoju miasta Gliwic”,mimo, iŜ mam takŜe odznaczenia państwowe i wojewódzkie.Nie bez powodu w wyróŜnionej, w konkursie „Nasze Rodowody”,pracy napisałem: „ a ja zacząłem uczęszczać do szkoły nr 3przy ul. Hutniczej, w ten sposób jako kilkunastoletni chłopieczwiązałem się z drugim „rodzinnym” miastem do dnia dzisiejszego”.Był to rok 1975, gdy jeszcze odwiedzinach Kresów nawet niemarzyłem. Jednak Dolinę zawsze pamiętałem, moŜe podwpływem Rodziców, a potem Mamy, gdy została sama, którątak często wspominała. Zawsze pragnąłem tu pojechać.Bywaliśmy z małŜonką w róŜnych stronach Polski od Tatr poBałtyk, zwiedziliśmy wiele pięknych zakątków Europy, alezawsze najchętniej i z największym wzruszeniem powracammyślami i wspomnieniami do miejsca mego dzieciństwa, doDoliny. Cieszę się i jestem rad, gdy mogę tam pojechać, szcze-132
gólnie rad jestem gdy jadę tam z wnuczkami, które proszą, abyjeszcze nie wracać do domu. Lubię podziwiać piękne okolice,piękne lasy i przepiękne widoki, które dr Orłowicz w swoimprzewodniku po Wschodnich Karpatach opisuje jako ZiemięStanisławowską leŜącą u podnóŜa gór ze szczytami Howerlą,Pop Iwan, Paraszka ( w wyjątkowo pogodne dni widocznaz kopca Unii Lubelskiej we Lwowie), Papadia (zdobywał jąWincenty Pol przy pomocy 10 hucułów – siekierami torowalidrogę przez kosodrzewinę).Ziemia Stanisławowska z miejscowościami wypoczynkowymiw pow. nadwórniańskim: Worochta, Jaremcza, w pow. Stryjskim:Morszyn, w pow. Dolińskim: Wygoda, Mizun Małyi swoimi krajobrazami naleŜała do najpiękniejszych rezerwatówprzyrody w Europie.Jak do tej Krainy mojego dzieciństwa moŜna nie wracać?133
W zakończeniu uwaŜam takŜe za stosowne wyjaśnić okoliczności,które spowodowały wyjazd z nami do Doliny redemptorystyo. Jana Siemińskiego w 1996 r. Wspólnie odwiedziliśmybardzo wiele dolińskich rodzin tak polskich jak i ukraińskich,gdzie osobiście mógł się przekonać co ludzie myślą, mówią, jakŜyją i z jaką gościnnością nas przyjmowali bez względu na nację.Z duŜą satysfakcją wracałem ze swojego rodzinnego miastaz tym redemptorystą. Ojciec Jan wielokrotnie gościł u nas wdomu, pełnił obowiązki dekanalnego duszpasterza ludzi pracyw Gliwicach. Spotkania odbywały się w kaŜdy czwartek, miałyone charakter często bardzo polityczny. Na pewnym spotkaniuprzy omawianiu stosunków polsko-ukraińskich, usłyszałemduŜo nie prawdy. Ustosunkowując się do tego co było kłamliwe,usłyszałem od kilku osób, Ŝe to ja przeinaczam fakty.W tych okolicznościach stwierdziłem, iŜ najlepiej by było, gdybyksiądz osobiście tam był i zobaczył, mówiąc „ja księdza zapraszamze sobą, do Doliny”.Był to rok 1994. Po dwóch latach przyszedłem do o. Jana z pytaniem„czy ksiądz ma paszport, bo jedziemy z synem do Doliny”?No i ksiądz pojechał, spotkał się z biskupem ordynariuszemgr.-kat., odwiedził seminarium w Stanisławowie itd., o czymjuŜ wspominałem.Po powrocie, na kolejnym spotkaniu podkreślił, Ŝe w wypowiadaniuocen i opinii trzeba być bardzo ostroŜnym. Przy tej okazjii ja miałem moŜliwość powiedzieć niektórym kilka uwag natemat znajomości sprawy. Ojciec Jan pochodził z Mazowszai jak mówił, ze mną po raz pierwszy poznawał Kresy.• Poza pierwszym (częściowo) i drugim razem, podróŜ na Kresyodbywamy zawsze naszym samochodem, wiem, Ŝe dobrabenzyna jest na stacji paliw w Stryju przy ul. Drohobyckiej.• Od kilku dobrych lat w Medyce i Przemyślu znikły przydroŜneznaki „Na Berlin ... km” i „Do Berlina ... km”, które wywoływałyuśmiech podróŜujących samochodami.• Wielokrotne spotkania moje z proboszczem dolińskiej parafiiks. Krzysztofem Panasowcem u nas w domu w Gliwicach,w czasie naszego pobytu w <strong>Dolinie</strong> oraz na zjazdach134
135
136
137
138
dolinian w Oławie i Niemodlinie, zrodziły u mnie duŜą sympatięi szacunek do Jego osoby. Jest on w wieku naszej córkiGabrysi, po prostu polubiłem Go i z przyjemnością rozmawiam.Przypominamy sobie z małŜonką jak zastanawialiśmysię czy juŜ budzić księdza, czy moŜe niech sobie jeszczekilka minut pośpi.• Ksiądz Krzysztof, zgodnie ze swoim postanowieniem czuł sięw obowiązku kaŜdego dnia odprawić mszę św. Zdarzyło sięraz w 2000 r., Ŝe przyjechał do nas późniejszą porąi w pierwszym rzędzie prosił abyśmy pojechali do któregośz kościołów, gdzie mógłby odprawić mszę. Naradziliśmy sięz Zuzią, w którym kościele najpóźniej jest odprawiana.Udaliśmy się z księdzem do <strong>kościoła</strong> Parafii Wojskowej,gdzie za kilka minut miała się rozpocząć msza, zwracającsię do kapelana – proboszcza tej parafii. Ks. Proboszcz powysłuchaniu mojej prośby i po zapoznaniu się z ks. Krzysztofemodniósł się bardzo przychylnie pod warunkiem, Ŝeksiądz Krzysztof przedstawi aktualną legitymację kapłańską.Okazało się, Ŝe takiego poświadczenia nie ma. Wówczasks. Proboszcz oświadczył: „wobec tego ja księdza do ołtarzanie dopuszczę”. Pędziliśmy więc do następnego <strong>kościoła</strong>z tą samą prośbą. Od tego czasu Ŝartowałem, Ŝe u nasw mieszkaniu trzeba będzie zbudować mały ołtarzyk.• Starałem się w swojej pracy opisać i przedstawić wszystko toco zachowała pamięć po latach i co najbardziej utkwiłow pamięci, w sposób najbardziej obiektywny i prawdziwy.Czy udało mi się, oceni to czytelnik, szczególnie ten obeznanyz tematem.• Wszystkim, którzy urodzili się w <strong>Dolinie</strong>, którzy byli obywatelamitego miasta do 1945 r., z którym jesteśmy związanipamięcią naszego dzieciństwa, przybywa lat, nawet ci najmłodsimają ich 60 – to przecieŜ rocznica naszego wyjazdu.139
140
• Wraz z przybywaniem lat zbliŜa się starość, która w jakiśsposób ogranicza podróŜowanie, a więc pozostają wspomnieniao tym co najmilsze i co tak pięknie wyraził piewcaKresów i Podola, powstaniec listopadowy Maurycy Gosłowski:„Polska kaŜda niwa drogaPolska słońce tu i tamLecz najmilsza i szczęśliwata, co tchnienie dała nam.We łzach oko, serce w bóluwiecznie myśl zwracało tam,Gdzie rodzinne na Podoluprzyświecało słońce nam.”A Podole od Doliny nie daleko, to tam nasi rodzice i dziadkowiejeździli za Ŝywnością w czasie straszliwego głodu podczasokupacji niemieckiej.• Wielu spośród nas juŜ odeszło, dobiega teŜ kres całego pokolenia,które 60 lat temu opuszczało naszą Dolinę, moŜe więctam po drugiej stronie spotkamy się wspólnie chórem zaśpiewamysłowami z opery Verdiego: „leć duszo moja, do rodzinnychstron”.I moŜe takŜe da się słyszeć głos trzech dolińskich dzwonów...• Tam juŜ odeszli moi najbliŜsi: ojciec Jan <strong>Antonowicz</strong>10.10.1974 r. mając 79 lat, siostra Kornelia Rupniewska9.12.1980 r. w 50 roku Ŝycia, mama Antonina z Neuburgerówzmarła 12.04.1991 r. ( 92 lata) i siostra Jadwiga Kryszczyńska30.06.1993 r. (70 lat). Wszyscy spoczywają na gliwickichcmentarzach.Gliwice, wrzesień 2005 r.U z u p e ł n i e n i e .JuŜ po zakończeniu swojego dzieła, w maju 2006 r., będącw odwiedzinach u p. Kędzierskich w Opolu, otrzymałem odnich pewną kwotę pienięŜną. Kwota ta zmniejszyła częściowo141
moje wydatki na ten zboŜny cel, a w szczególności na kosztytransportu.Miało teŜ miejsce inne zdarzenie.OtóŜ w trakcie przygotowania do druku niniejszych wspomnieńdnia 8 listopada 2006 r. zadzwonił ks. Krzysztof z Dolinyz prośbą, abym zorganizował moŜliwość wystąpienia Ŝeńskiegochóru z Kałusza w okresie kolędowym. Wynikiem moichstarań chór ten wystąpił w styczniu 2007 r. w kościele p.w.M.B. Bolesnej we Wrocławiu-Strachocimiu, w kościele p.w. św.Jacka we Wrocławiu-Swojczycach. Do Gliwic chórzyści przyjechaliz diecezji wrocławskiej 13 stycznia, występując na wieczornejmszy św. W niedzielę 14 stycznia chór wystąpił na pięciumszach i dodatkowo z koncertem (w godz. 7 00 ÷ 19 00 ) w kościelep.w. św. Jacka w Gliwicach-Sośnicy. Jedna z chórzystekniestety przyjechała do Gliwic z chorymi drogami oddechowymi,zaopatrzona przez nas w leki poczuła się lepiej.Wspaniali moi znajomi proboszczowie ks. Jarosław Grabiaki ks. Adam PraŜak z Wrocławia oraz ks. Krzysztof Śmigieraz Gliwic, zapewnili chórzystkom z dalekiego Kałusza wikti dach nad głową, a takŜe umoŜliwili przeprowadzenie hojnejzbiórki pienięŜnej w kaŜdej z tych parafii. Kilkunastoosobowagrupa podróŜowała mikrobusem, który prowadził syn księdzagreckokatolickiego z Doliny - Lewickiego.Niestety ks. Krzysztof na trzech mszach św. i na koncercie niespotkał się z licznymi i hojnymi ofiarodawcami z parafiiw Gliwicach-Sośnicy, gdyŜ po godz. 10 00 wyjechał do Niemodlinai wrócił dopiero około godz. 20 30 . Późnym wieczorem tegodnia telefonicznie dziękował mi za opiekę nad chórzystkamii zorganizowanie objazdowej wycieczki po gliwickich zabytkach.Przy okazji musiał wysłuchać kilka cierpkich moich uwago zlekcewaŜeniu nie tylko naszych ustaleń, ale i wielu miejscowychgościnnych (nie pochodzących z Kresów) wiernych,którzy oczekiwali na wystąpienie księdza z Ukrainy.15 stycznia 2007 r. w godzinach rannych chór udał się w drogępowrotną do Kałusza.142