Browse publication

mbc.malopolska.pl
  • No tags were found...

Browse publication

BIBLIOTEKA NADSKAWIApod redakcją Jacka Kajtocha


Były niegdyś wędrówki o świcieNa promieniach układałam stopy0 źdźbła żytnie opierałam dłonieW wodach niebo kryło płat błękituSpięty klamrą zblakłego księżycaZatem chciałam ubrać siebie w nieboMlekiem pachną orosiałe trawy1 mrocznieją krzewy w wąskim jarzeTeraz miedza powiedzie nad stawyNieprzytomne od żab i kumkaniaSzukam kęp mchu i krwawnikaBy nie deptaćSnu barw kolorowychAle za mną podążają krowyI w ich pyskachPiękno łąki znika


Jest we mnie smutek nienarodzeniaBezsilność źródła w -piaszczystym podglebiuMilczenie larwy w kipiącej topieliLos ziarna — więźnia pustyniJest we mnie bezradność trwaniaPlemienia Ona z czasów MagellanaPustka namiotów lodowiec popiołówUmilkłe echo wyśpiewanej pieśni'Opadłe ręce Jej — ostatniej z roduW krzepiącym geście wreszcie powitaniaTylu znękanych wiekami pochoduDo miejsc rodzinnych dawno spustoszonychBiblioteka Nadskawia>SYTUACJE


Wciąż trwają we mnie tamte dniMieszają wszystkie poplątane sprawyKoszmarem męczą niewyśnione snyKosy ścinają pulsujące trawyKłonią się drzewa nad maliniakiemŁysym wyrębem pełznie żmijaSzkielet gałęzi pozbawionej koryMianuję różdżką — odkrywczynią wodyŚciągam nią burze — huczą piorunamiWidzę kulisty — pulsuje nad namiMartwiejeI dalej wrzeksiężycburza


Jeszcze w moich oczachprzemieszcza się nieboJeszcze chciwie chłonąrefleksy zieleniJeszcze łowią w szumieoddechy przestrzenii układam krucheodrobiny sercaw tabliczką dawnorozstrzaskanej prawdy


Jest we mnie spokój umieraniaChwiejność każdego następnego krokuPełnia bilansu co dnia zestawianaI wciąż od nowa wskazująca zeroPewność przegranej przy pierwszym rozdaniuI gra beznamiętnie kontynuowana


Noszą w sobie głód— posiłek wielu sytychNoszą w sobie pragnienie— napój skacowanychNoszę w sobie świat— granat ćwiczących żołnierzyZabijamco dzieńw sobienadziejąŁatwiej się wtedy umiera


Otwierasz dzieńmruczeniem ognia Ożywiasz ekran milionabyto-niebytów myślo-niemyśli tysiącawariantów wyobraźni wzloto-upadków setkąiluzjiwestchnieńpragnieńzamykaszaksamitemdzieńskóry


Zaświeciłeś słońcezgasiłeś słońceSplątałeś dłonierozplątujesz dłonieStworzyłeśi rozbiłeśświatświatGniotę bosą stopąpotłuczone szkłoOt, zdarzył mi sięspacer kosmicznyw próżnię doskonałą


Jak nauczyć się żyćBez głowy rąk i nógjak nauczyć się żyćBez oczu uszuczucia zapachu i smakujak nauczyć się żyćw domu bez ciepław nocy bez cieniaw dniu bez słońcaw studni bez wodyw piwnicy bez dnaw ptaku bez skrzydełw ciele bez krwiz duszą bez nadzieiJak nauczyć się żyćinaczej


Według mnie miłośćjest łzą sosnyzastygłą w okruch bursztynutyle w niej słońcai taki bezmiar trwaniaJak znaleźć bursztynw piasku codziennościaby go rozgrzaćciepłem naszych dłoni?


Oswajanie poduszkiprzebiega łagodnie:podnoszę, strzepuję, formuję,wygładzam,układam na niej zmięty kłębekgłowy;z oswajaniem sercajest inaczej: to onozwalnia, przyśpiesza,cwałuje, trzepocze, ustaje,nikłym drgnieniem zadaje cios.Tak. Nie zawsze prostebywa oswajanie.


Mój świat to przygarść puchuz umierającym wewnątrz ptakiemprzyćmione mgłąskośne oczy lampczłowiekmiękka gąbka w skórze szkła i wojłokukrab z pępowinąnieważkimi dłońmi szukający w próżnipowrotui strontem tkanamleczna drogai ślizgi świateł na asfalciezbierają krew z rozbitych twarzyi bełkot pijany na rogu ulicyi gilotyna na głowynomenklaturowych złodzieimój świattaki daleki w dziecinnychi taki bliskiw dotyku ich dłonioczach


cieknieziarnamifałdujeczaspiaskupustyniąfalami wodywymywa mieliznyw zapach macierzankispowija nam groby


WOJTKOWIPrzypływasz do mniei odpływaszw szklanym boksieczłonie rakietyPierwszy osiadł miękkow Oceanie Burzw drugimzamknięty smugąw krawędzi sześcianustygnący okruchw uścisku żywicysamotnie pokonujeszniewidzialnośćNie mogę przeniknąćszkła


Ten ład chaosuw kawernach GielniakaTa siła bezwolii bezsiła trwaniaTe rzędy nosówwciąż atakującychGdyby tak grzędyzasadzić nosamizamiana glebywyjdzie im na zdrowieI może zmienipołożenie niebawobec tych nosówktóre rosną w ziemi


Mójautoportret:fragment rzeźby w plenerzeni to pręt z korzeniani dwa głazy na się nasadzonemagnetofonw przechodnim pokoju(rejestruje często trzaskanie drzwiami)bławatekw zamkniętej trumnie(jeszcze po wiekach będzie bławatkowyprzezornie przypięty na orderowej poduszce)i tak po prostumilknąca frazaŻaden muzyknie potrafi jej zamknąćw siatce pięciolinii


Wybieram sposób ucieczkiw myśleniepenetrując myślą każdy okruch życianajintensywniej się umiera


Im mocniej wbijają sięw swoją prawdęw swoją prawdę wierzątym słabiej widząprawdę innychnosi się bowiem swoją prawdęjak bandaż na raniei tylko krwawiącsię od niej odrywaJaki jest zatem sensgłoszenia tolerancji?


Bezsilne myślibezradne słowarzucampiłką o murodbita piłkawraca do rąkna murzebraknawet śladu


Ziemio naftą płynącaprzetykana źrenicami stawówczerwona w rozpadlinachczarna w debrzach i stawachziemio słodka owocamigorzka smakiem jagódbukwisztucznym ogniem wirujeszw mroku mej pamięci


Poznałam trud rodzeniaból rozstaniacierń miłościdno rozpaczyI cieszę sięświtu wschodempierwszym stąpnięciemśnieżyczką w marcui sobótką w czerwcuNie zabijajciemojej radości


To mówię ja:córka, siostra, żona, matka, babkapowielona w miliardachNim powiedzieliście achwyciliście pierwszy oddechNim odróżniliście kolorpołknęliście pierwszy kęsNim poznaliście rodzinny kraj z nazwyodczuliście trud pierwszego krokudotknęliście twardości ziemiNim powiecie wpamiętajcie że na końcu jest ztak jak a na początkui o-oddech — w środkuI że bez onie ma i nie będzie alfabetu życiadla nikogo


Jestem pełna niepokojujak żywy cel kulomiotówrzucony prawem wojnyw martwe pole niczyjePośród krzyżujących się seriinajlepiejupaść plackiemalboiść prosto przed siebie


Ileż spokojuw Twym niepokojuIleż ruchuw pozornym bezruchuIleż czułościw Twojejszorstkiej twarzyJak ciepłopłonie lampaw dojrzewającymzmierzchu


MARCIEByłam małą dziewczynkąw gorzkiej wodzie brodziłam po kostkiByłam młodą dziewczynągorzka woda sięgała po pasByłam młodą kobietągorzka woda dosięgała piersiJestem młodą staruszkągorzka woda zalewa mi oczy


Stawiam Cijeszcze jeden krzyżtaki ciężki OjczekamiennyMiałeś ich 60każdy przeżyty rokto był kamienny krzyżgiął Cię ku ziemispychał w mogiłęTym ostatnimmocno wparłeś sięw nieboutrudzony oraczuziemi


Gdybyś był ziemiąchcę być twoją soląGdybyś był światłemchcą być twym odbiciemGdybyś był ogniemchcą być jego żaremGdybyś był morzemchcą być choćby kropląGdybyś był drzewemuczyń mnie korzeniemGdybyś był Bogiempamiętaj me imięGdybyś był śmierciąpójdę na skinienie


Lubię uspokojeniepo przeżyciu burzyTwoja skóra pulsuje ciepłemtchnie spokojempachnie sosną iBezpieczna czuwamw zakolu twojego ramieniawiatremPod żaglami własnych myśliodpływamy w różne światy


Sen ptakiemulatuje z powiekw mroku ośmiornicaCapricchos Goyiz wypunktowanym upioremI wszystkie oknaktórych nie otworzyszI wszystkie drzwiktórych nie zamknieszI wszystkie myśliktórych nie wypowieszI wszystkie dzieciktórych nie zrozumieszI wszyscy ludziektórych nie pokochaszI wszystkie grobyktórych nie zasypieszW szyby stukaświt


TĘSKNOTARdzawieje liśćmiVogelbeere(to taka niemieckakalina)krwawi kroplamistrącanychkoralipowleka zmierzchemczapy ogrodowych grzybówI spalaW jaskrze lampypłonie ćma


JESIEŃSzare murySzare drzewaSzare twarzeSzare oczyOłowiane liścieOłowiany wiatrSmutne ptakiSmutni ludzieSmutne lampySmutne drutyPustePustePustePustezewsządunosiDZIECIOMI klaksony i uliceCały świat bezbrzeżnie smutnydomypolaparkimostyTylko deszcz wciąż kropi z niebaTylko deszcz zalewa oczy


POZORNYPARADOKSJeśli mamy celi pochłania onnas całkowiciewtedyszkoda namkażdej chwilina życie


*Pamięci mojawierna i jedynapierwsza i ostatniamój chlebie i winiedrzewie i kamieniuświcie i zachodziepiasku i diamencieogniu i wodziepiramido i labiryncieradości i smutkudziękuję że jesteś


Zachyboczę wątłym płomykiemwśród oddechu miliona świecupadnę liścia westchnieniemna bezdroża alejkikropla wosku wydrążymały otwór w trumniespłynę ciemną smużkąw ciepło ziemiwiatry będą czesały drzewasłońce będzie pieliło chwastymoje oczy poczernią tarninękrew jesienią zaczerwieni głogikościec wzmocni pochyloną sosnęNon omnismoriarBiblioteką I^a^skąwiaSYTUACJE


ZRÓWNAĆ Z ZIEMIĄumarły twarzezorane jak ziemiaumarło niebow mego dziecka oczachumiera kwiatekten przy polnej ścieżcei ginie pszczoładźwigająca miodyzrównać z ziemiąceglanym potemspływają wieżowceasfalt posokązatyka kanałyskwerek westchnieniemprzemieszcza się w nicośćzmarły samolotosierocił przestrzeńzrównać z ziemiąiskierki myśligasną w nerwów siatcew laboratoriumkona płomykskwierczyw aptecznych słojachpełno teraz śmierci


ARABESKASiatka reflektorabezskutecznie chwyta kształtmotyla spirali kwiatu i amforynożyce nóg tną światłołodygi rąk chłoną dźwiękpijany latem chrząszczspoczywa chwilę w cieniu rampyi znów wybucha fajerwerkiemświętojańskiej nocya nazywa się to w programieprzerywnikiem tanecznym


SAMOTNOŚĆSterczysz rudą szyszkąw świerkowej gęstwiniemotyle skrzydłocierniem zranionemyślą ramieniemprzecinaszniebo bez gwiazdwiatrakazeschniętym liściemwirujesz w pustceniepotrzebnynawetsobie


DZIEŃBudzik złośliwe bydlęuruchamia taśmęta porywamoje stopy(ranił je wilgotny pył)w kołowrót kilometrówżwirem tkanychmoje ręce(drażnił je brzoskwini puch)nurza w siarczanych kałużachmoje wargitylko liczą liczą brakimoje oczytylko łakną w nienasyciewiruję wytrwalew drgawkach dniamrokiemtaśma zsuwa łachman z ołowiuw mroczność snubez snów


POWROTYSpotykamyw punkciesięprzecięciadwóch przeciwległychMamyprzepołowionetwarzeprzepołowionemyśliprzepołowioneoczysklejamy jetamtymi słowamisątamtymi dłońminietamta ciszahuczy łoskotem pociągutamten bezmiarzamyka granicamartweodpowiadająumiera miłośćna przystankuwspomnień


DOMścianami ogradzataką małą cisząnad wzburzoną ulicąsprzętów milczeniemwchłania nasze klęskizna tylko nam znanąniszczejącą twarzoknamimruga przyjaźniekiedy dźwigamykoszyk pełen dniawieczorem


POSŁOWIEWiersze ANNY KAJTOCHOWEJ przywodzą mi na myślludowe rzeźby. Są jak twarze Chrystusików Frasobliwych,z których szlachetnej prostoty, z zaklętej w drzewie żarliwości,z twórczej pasji, która wiodła dłuto lub kozik artystyjemu tylko wiadomymi ścieżkami nacięć — czyta sięprawdziwy dramatyzm myśli i uczuć.Wiersze Anny nie mają w sobie ani krzty metaforycznegogadulstwa, ani okruszynki kobiecego ekshibicjonizmu— owego często spotykanego liryzmu, który jednymniebacznym słowem przemienia strofę w ocean goryczy lubprzeciwnie: landrynkowa tych słodkości, skutecznie zamazującychrzeczywiste „ja" podmiotu.ANNA KAJTOCHOWA jest twórcą powściągliwym, opanowanym,w kreowaniu obrazu poetyckiego niemal ascetycznym.Ale za tym właśnie sposobem opisywania świataczuje się ogrom doznań i głębię przeżyć trzymaną w ryzach,by nie dopuścić do łatwego sentymentalizmu. WierszeAnny zwrócone są w głąb, ku przeżyciom, doświadczeniomi przemyśleniom poetki. „Sytuacje" to jeden nieustającymonolog odkrywający fragmenty duszy kobiety. Jej utworyukazują nie tylko barwy smutku, czasami rozpaczy, alesą przede wszystkim wyrazem kobiecej mądrości życiowej.Utwory KAJTOCHOWEJ obrazują cały tragizm istnieniarozpiętego pomiędzy bólem a rezygnacją, bezgranicznym żalema pogodzeniem się z losem, melancholiczną stagnacjąa uczestniczeniem w życiu.Jak twarze Chrystusików Frasobliwych tak i one pełnesą wewnętrznego światła, a to czyni z tekstów ANNYKAJTOCHOWEJ prawdziwą poezję.Jerzy RomanJaglarz


Spis treściSytuacjeI (Były niegdyś wędrówki o świcie) . . . . 7II (Jest we mnie smutek nienarodzenia) . . 8III (Wciąż trwają we mnie tamte dni) . . 9IV (Jeszcze w moich oczach) 10V (Jest we mnie spokój umierania) . . . . 11VI (Noszę w soboie głód) 12VII (Otwierasz dzień) 13VIII (Zaświeciłeś słońce) 14IX (Jak nauczyć się żyć) 16X (Według mnie miłość) 17XI (Oswajanie poduszki) 18XII (Mój świat to przygarść puchu) . . . 19XIII (Cieknie czas) 20XIV (Przypływasz do mnie) 21XV (Ten ład chaosu) 22XVI (Mój autoportret) 24-XVII (Wybieram sposób ucieczki) . . . . 25XVIII (Im mocniej wbijają się) 26XIX (Bezsilne myśli) 27XX (Ziemio naftą płynąca) 28XXI (Poznałam trud rodzenia) 29XXII (To mówię ja:) 30XXIII (Jestem pełna niepokoju) 31XXIV (Ileż spokoju) 32* * * (Byłam małą dziewczynką) 33Różne3 5*** (Stawiam Ci) 36* * * (Gdybyś był ziemią) 37* * * (Lubię uspokojenie) 39Noc 40Tęsknota 41Jesień 42Pozorny paradoks 43* * * (Pamięci moja) 44* * * (Zachyboczę wątłym płomykiem) . . . 45Zrównać z ziemią 46Arabeska 47Samotność 48Dzień 49Powroty 50Dom 51Posłowie5 3

More magazines by this user
Similar magazines