Browse publication

mbc.malopolska.pl
  • No tags were found...

Browse publication

Copyright by: Wojciech Kajtoch, Kraków 2003Fotografie na okładce: Joanna PlichtaPoeta i świat - język zdziwienia (Posłowie): Andrzej KaliszewskiRedakcja: Jacek TomiakFotografia autora: archiwum własneISBN: 83-89186-52-7Wyd. I, Format B6, nakład 300 egz.Printed in PolandWydawnictwo i DrukarniaTowarzystwa Słowaków w Polsceul. św. Filipa 7, 31-150 Krakówtel./fax: (0048 12) 634-11-27Rodzicom


\DOBA


Poranek„...z popielnika iskiereczka mruga..."Mrugała, mrugała... nie zgasła. Urodził się więcpłomyczek. Z pieca wyskoczył. Co stało się później -nie wiem. Może przykucnął w kieszeni płaszcza? Skryłsię w neseserze?W każdym razie musiałem go tu przynieść.Bo jak inaczej błąkałby się teraz po Twoich wargachi pytał, czy umiem jeszcze kochać?9


UczennicaStoiPatrząc w przestrzenie -Ze skrzydełkiem włosów nad czołem,Z osiemnastoletnim pocałunkiem na wargach,W idealnej jedności ducha i ciała.Skinie rękąi spadnie ulewa gwiazd.KomplementA w Twoich oczach wszystkie s'wiatła miasta.A w Twych źrenicach gwar balowej sali,ciepło, okrągłość - pulsujące dreszczemi brązowy ból.A w Twoich rękach, gdy wznosisz je w góręblask się ukrywa antycznej amforypełnej gron winnych,płomienistych kół...Migoczesz, znikasz... Zwinną, ostrą stopąkreślisz kabałę tajemnic podłogiEwo lub Mario (może Magdaleno?).Mój fajerwerku niespełnień.10


Przestroga tankietceZnam zwiewne i piękne kobiety. Bywają też inne -ciepłe i miękkie. Są jednak i panie o subtelnej elegancjiwozów bojowych: z dumą obnoszą wieżyczki kaemów,roztaczają uroki pancerza. Kusi interesujący mrokstrzelniczych szczelin. Jeśli spojrzeć z bliska...Ale nie śmiej podejść! - Zmieli gąsienicą.Nie uciekaj również - ryknie działem ust!ŚwiecaTo jasne, że nie jest z gliny.A jednak, budowana moimi dłońmizmienia wymiaryi kształty.Już nie przytula się do ramienia.Traci ufność i wzbiera, przepoczwarza sięw ciepłoi dobro.Powstajei (z cicha krzycząc) sieje wokoło łzami stearyny,nim się przemieniw ból,światło,słońce.I sen.12


Umarłe miłościMoje umarłe miłościmają kolor mosiądzui kolor miedzianymahoniów i brązów.Gdzie jesteśO Pierwsza, Złotowłosa.(To znaczy: miałaś być pierwsza, byłaś bodaj piąta...)Z wyroków losu i mojej głupoty - musiałaś odejść.Potem jakbyś zmarła,Bo kiedy ostatnio spotkałem Cię na ulicy,Jak róża ciastem -tak wianuszkiem dzieci i „prawdziwego życia" otoczoną,Minąłem Cię obojętnie.ITyByłaś w pewien sposób pierwsza,Mała czarnulko,Eksperymentatorko niestrudzona.Wszak dzięki tobie pobiłem jakiś rekord,Zostając, jak - licząc swe przygody - rzekłaś:„Szesnastym po sobie samym".O akuszerko sportowego ducha!Miłości swych walorów pewnej.Moje dawne miłościmają kolor mosiądzu,gamę kolorów złamanychtrumiennego portretu.Gdzie jesteśPierwsza Królowo i Galateo.Rzeźbiłem Cię tak nieumiejętnie - Frankenstein młody,Co chwila raniąc Twoje ciało.A jednak nie zabiłem ... i w końcuZostałem „uczniem czarnoksiężnika" -Stworzyłem Cię nie dla siebie.Więc także umarłem.Jeśli nie ja - to życie bez grzechu.14


PoezjaPijany żołnierz stanął w drzwiachi głośno chwalił urodę dziewczyny.A miała chmurne oczyi długie, długie nogi.Kazałem mu pisać dla niej wiersz.Wyciągnął więc ramiona do niej.Ale nie dotknął. „Popsuję wszystko..." - mruknął.Z przedziału wybiegł.MiłośćMiała być trzymaniem się za ręce,a później ciemnym, parnymszeptem -uściskiem końca.Biegnie do mnie mały,jasnowłosy chłopczyk.Siedzi mu na ramieniufiglarna małpka uśmiechu.1617


Kot i choinkaCo tak błyszczy, migoce i pyszczkiem trąciłem to w locie- To bombka, kocie...Co tak szeles'ci i wplątało się w pazurek?- Anielski włos, kotku. Nie skacz w górę.Co takie zielone, a ugryźć nie mogę?- To, Mruczku, są szpilki - liście choinkowe.Co teraz przyjemnie ogrzewa mój nosek?- Maleńka lampeczka. Odejdź stąd proszę.Odejdź, bo drzewko nie ustawione!Miauuu! Coś przygniotło mi ogonek!!Miłość IIDwa gołębie:Pierwszy nie odchodzi; drepce wokół, trąca dziobkiem.Drugi leży w kałuży krwi.1819


PołudnieKolejny dzieńOd rana krzątał się, szukał czegoś zaaferowany.Chwilami dziwił się i kiwał głową. Od czasu do czasutajemniczo postukiwał miską, wyciągał ją po datek,później znów na coś czekał...Wieczorem przyszli po czynsz. Więc dzień mnieoszukał. Po prostu opluł... Jak szympans, który w zoo -zawiódł się na widzach.21


Poeta w sklepie obuwniczymStoją czółenka, indiańskie canoew dół rzek płynące, gdzie wodospady...Czółenka chustę tkające,co rozum otula jak owoc.Także sandałki. Natury podwójnej:to - jak krok nimfy - prostej i dumnej,to jak więzienie, gdzie zza krat krzycząmałe paluszki.I półbuciki klasztorne, błyszczącealbo toporne - anarchizujące.Narodziny demokracji(fraszka)Hurkotał hebel, trzęsły się mury;Płakały, spadały pozłociste wióry,lecz rósł kształt Panny z pochodnią.I w dniu końca pracy rozległ się szczęk- w dniu Jej narodzin rozległ się wrzask...Dziecięciu z gębowej zwisały dziury:skrwawiony banknot i palców kiść -straconych przez mamki dłoń nieostrożną.marzec 199422


SalonCzesławowi Miłoszowi i Zbigniewowi Herbertowi(każdemu z innego powodu)W salonie państwa Becuskrzyły się białe sukniei ranił męskie oczy róż odsłoniętych ramion.Lekko znudzone damyi panny na wydaniusłuchały, że Lelewel buntuje głupią młodzież.W salonie państwa Becunie drżały żyrandole,dzwoneczki sań wróżyły tylko jutrzejszy kulig.Lecz przetrwał w czarnych bas'niachi trzepot rzęs zdziwionyi piorun, który sprawił, że z nocy stał się dzień.I płynie salon w tańcu,w skrzywieniu ust kobiecych.I z blasku burzy pada coraz ciemniejszy cień.7996Kolęda diabłaTam na przypiecku siedzi kot i izba wapnem pobielona,a na zegarze chłopski but, cholewa jego rozdziawiona.Po szafach skaczą srebrne pchły, choć blasku izbynie rozdzielisz,a z ciemnych strychów lezą sny. Po nocach szukaszi nie znajdziesz.Lecz skoczy z pieca stary kot, przypomni sobie czasy chore,rozdziawi gębę mocniej but, zawyje pieśni marmurowe:Że Chrystus dzisiaj nam się stał, że Panna Syna porodziła,a ty człowieku się nie bój, bo prochem jesteś jak gadzina.I choćbyś myślał sobie dziś, że w żłobie leżysz rozebrany -to pomyśl później: czy ty wiesz, że Chrystus zostałzaprzedany?Znów ruszył wąsem stary kot i mleko z wąsówna piec kapie,rozwinął skrzydła chłopski but i goni zwidy po pułapie.Zaprasza świętych chłopskich on. Pokolędują wkrótce;z nocąwejdzie do izby siwy koń, zadyszy w twarze siwą mocą...I ukołysze nas. I nic. Kiełbasa dobrze się uwędzi.A na kanapie zasiadł Duch i cichuteńko bimber pędzi.2425


Kąpiel wojskowaWieczorne picie herbatyZgodnie z porządkiem dnia, o wyznaczonej porzedo betonowej hali wbiega kompania nagusów. Każdy -z mydłem i płótnem w garści. Śpiewając, pokrzykując,opowiadając dowcipy czekają na puszczenie wody, coteż się staje.Niestety, mieszacz się zepsuł; nie na każdego spływaciepły płyn. Dysze pryszniców są puste albo nie cieknieco trzeba... i trwa walka o miejsce pod nie zepsutą rurą.Inni, pogodzeni - dygocą pod lodowatym strumieniemlub skaczą w oparach wrzątku. Zależy co im zgotowałniechlujny dziekan fakultetu wyjątków i dysharmonii.Bójki wygasają, tłum cierpliwych wzrasta.I potężnieją dwa chóry. Ci mruczą z rozkoszy, a tamcimamroczą: Dyżurny, włącz jeszcze raz... znów zacznij...zmiłuj się nad nami.Dla Justyny Dury„Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne wemnie." - rzekł Kant, a ja powtarzam, siedząc ze szklankąw ręku, na starej kosiarce. Wpół drogi między chałupąi stodołą. Patrzę w górę... Wtem stało się! Wielki Wózzłamał dyszel, Mars zbladł, Gwiazda Polarna gdzieśznikła. Więc prawo moralne drży, herbata kapie naspodnie.Mogło być jeszcze gorzej. A gdyby tam w górzezawisł czarny fartuch w grochy? Tak wisiał i czekał nabalię?2627


Stróżowie i ogrodnicyObrazek:Jasnowłosy bobas (loczki)niepewnie stąpa po kładce.W dole przepaść, nad nim świetlny płomień,wielka kokosz; akcent ataku w skrzydłach.Kiedy brat Albert podniósł z ziemi peta i zapalił,po prostu zwariował.Ten orzeł mieć musiał kompetencję smoka!Duszę z rdzy oczyszczałchyba ostrą łuską.Mój stróż-anioł, sądzę, że najczęściej bywahybrydą boksera i grajka.Wszak na osierdziu i krtani wygrywa mi tęskne melodie,ale gdy świństwo jest duże -walę się z nóg.Samotny i niepewnyMieszkaniec lotnych piaskówzna tylko widmo Stworzeniai jeśli róży dotyka,jest to róża z kamienia.Jeśli opali go czerwieńto z choinkowych ogni.Za gałąź sztucznej sośninyjedynie las sztuczny się modli.A światło co go dosięgnienie będzie oddechem słońca- strunę słonych kryształówpatyk ciszy potrąca.28


JeremiaszMotto:Przywódcy więc powiedzieli do króla:„Niech umrze ten człowiek, bo naprawdęobezwładnia on ręce żołnierzy, którzy pozostali wtym mieście, i ręce całego ludu, gdy mówi do nichpodobne słowa. Cz.łowiek ten nie szuka przecież,pomyślności dla tego ludu, lecz nieszczęścia ".Król Sedecjasz odrzekł: „ Oto jest w waszychrękach!". Nie mógł bowiem król nic uczynićprzeciwko nim. Wzięli więc Jeremiasza i wtrąciligo, spuszczając na linach, do cysterny Malkiasza,svna królewskiego, która się znajdowała nadziedzińcu wartowni. W cysternie zaśnie byłowody, lecz błoto; zanurzył się więc Jeremiasz wbłocie.(Jer 38, 4-6)W górze krążek niebaskrzący srebrem gwiazd.W dole czarna rzeka,czarna, gęsta maź.Rozmowa z dzieckiemJakże ci powiedziećmój mały kolego -ognisko nie stopioków Prometeja.Gdy spojrzą na siebie,w głębie zimnych oczu,nie będzie miał tytanrównych z sępem szans.Żelaza nie spalii pudło zapałek;ten ogień wyzwala,który pełga w nas.Ale z tym się zgodzę.Sam dobrze to wiem,że bursztyn zakwita...Z nocy wstaje dzień.W górze jasny płomień,światło, złoty pył.W dole zgniły chlupot.Wiesz już, czymżeś był.W górze tylko kryształ,słów-diamentów kurz.W dole cień rzucony,śniedź życiowych burz.30


Myśli1 RadykałKoneser także trójkątów i kółek(wszak czarna farba na białym tle!)2 Architektura ogrodowaKwiaty zamków tryskające w górę,Czarne tulipany twierdz.3 WspomnienieKtoś" walnął czasI zrobił się dołek.4 Czasem...Snują się po biocie smętne Raskolnikowy,człap, człap - gadają miękkie pantofle.5 SamotnośćZostało zwiędłe jabłko twarzyi puste oko telefonu.6 Nowy PascalO wysmakowane piękno stalowych bram!O chłodna elegancjo przestrzeni...Barska[dyptyk)1. Pejzaż nocnyWieczorem idziesz przed siebieW ciemne wąwozy ulicGrymas na klatkach schodowychGrymas w szeregach okienKtoś z tyłu się podkradaA ty jak mag pradawnyŚwiatła latarni cichychPrzeszukujesz wzrokiemZnów nagły odgłos krokówWzmaga się i zamieraBije w plecy ciemnościąStojącym dęba koniemUlice szumią trawąZwielokrotniono drzewaI okna - ptaki nocneKłapią dziobami framugSamochód też skamieniałPod zimnym cielskiem stworaJaszczury jakieś dysząGdy schylasz się do ziemiOdziany w skórę szepczesz nieznane ciImionaTy który dzisiaj jesteśTy który jesteśKtóry...


2. PowrótPod martwą godzinąPól nocy, pół śwituZawarczy brama - pies czarnyPrzy drodze.Na wysokości pierwszego piętra,Z dotknięciem zimnych palców,Zaciśniesz pięści w kieszeni.Ściana drżeć zacznie -Czy szept cichych głosów:To ty może jesteś?Tak. Ja.To dobrze.Ballada o kości ludzkiejdo nikogo nienależącejNaśladownictwoPrzypędzonych Żydów Niemcy rozstrzelali,zwalili do rowów, rowy zasypali.Na górze wyrosły wątlutkie sosenkii nie było widać ni nogi, ni ręki.Przeminęły lata. Chłopi glinę brali;las rozkopywali - kości rozrzucali.Raz przyszedł nad doły chłopiec z rodzicami.Nikt ich nie zobaczył - byli całkiem sami.Chłopiec był ciekawy: patrzył na szkieletyi uczyły go one swej prawdy, niestety.Chłopiec był odważny: a więc wziął do rękileżący pod krzakiem szczątek ludzkiej szczęki.Chłopiec w końcu dorósł. Przeszły obok zimy,babie lata ... i piękne dziewczyny.Ale kość została. Ciągle w nim tkwi - biała,nieśmiertelna, czysta. Bez drobiny ciała.34


SenŚnił mi się Wiaczesław Baszyrow,subtelny kazański poeta.Siedział w norze na Kazimierzu,klepał emigrancką biedęi nie pokazał mi dzieci.Widać, mój sen nie chciałwierzyć wies'ciom,że Sława sprzedaje komputeryi jeździ po Europie.Zresztą nie wiem,jak z nim jest.Ostatni list miałem dwa lata temu.Więc może Sława Baszyrow,subtelny kazański poetazamieszkał już tam,w krainie,gdzie nie dochodzą moje listy.Lecz nie o s'mierć tu chodzi,a o Izrael.RównowagaNiewiele wiem o s'mierci...Była tylko wstydliwie wyniesionym trupem.Albo innym trupem,który - zapomniany - rozpłynął sięze wstydu.Najwyżej - pogrzebem, na którynie mogłem pójść w dżinsach.„Kolbą?... czy wyjąć bagnet?" -spytała raz moich rąk.Ale to było na niby,a w ogóle dawnoi nieprawda.Gdy w końcu uśmiechnęła się uprzejmiej,i tak nie było jej widaćspoza białych łóżek,śmiesznych lampek,rureczek,drucików.Niewiele wiem o śmierci.Tyle, co o życiu.36


Na śmierć sąsiada, murarzaLeśmianKrzyczała w głos szafa, kiedy ją znosili.Przesuwany tapczan szamotał się gniewnie.Połamane krzesła stukały co siły,Wrzucone na pakę ciężarówki wielkiej.Wynajęci ludzie zeskrobali ściany.Strugali podłogę - przepadł nawet zapach.Uzgodniono cenę, inny się wprowadzi,Urządzi się znowu, znów zniknie po latach.A rzeczy sąsiada długo będą gniłyNa miejskim śmietnisku, aż nic nie zostanie.Jego radość, duma... wszystkie jego siłyLeżą na śmietniku. Co więc zmartwychwstanie?Pewnie teraz biega. Tam i z powrotem biega postarym, zakurzonym obłoku zirytowany drażniącympoklepywaniem słońca. Nie ma śmierci - jest starość.To piekło kochanków.Pewnie teraz płacze. Przysiadł na tysięcznym którymśpiętrze, patrzy na swe chude nogi i ciężkie bucioryChaplina. Bóg go woła - a on dojść nie może. Oto piekłokalek.Teraz pewnie zasnął. W gęstym lesie śmierci odnalazłswój barłóg, swoją miękką komysz. Czasem nerwowoodgarnia z twarzy pasemka babiego lata. Wszystkozrozumieć - piekło symbolistów.3839


Poezja II\Znałem chłopca, który napisał tylko jeden wiersz:Już nie wiem, czy jestem umarły czy żywy...." i w chwilępóźniej przemienił się w lalkę - taką zmiętą, z wykręconyminogami.Nie bądź poetą, jeśli nie umiesz tworzyć!MRUCZAK I WUJ(poemat prozą)40


MantiPodjadłszy i popiwszy wieczorem nad miarę, Wujnie mógł zasnąć, a kiedy już mu się udało - nie trwałoto długo. Punkt piąta wstał i na bosaka, szybkim krokiemudał się do łazienki. Obudzony już dawno, rześkiMruczak, leżąc na środku przedpokoju, obserwowałwujowe peregrynacje.Gdy wzmiankowanemu udało się wreszcie opuścićprzybytek - kocię miauknęło przeciągle. Mrrr, mrr -rozległo się następnie. Mruczak z wyprężonym ogonemotarł się o bose stopy Wuja i skutecznie na jedną z nichzapolował.„Ania znowu nie dała mu jeść" - pomyślał wuji powłócząc nogą, ciągnąc za sobą kota zagłębiającegomu w kostkę pazurki, zatoczył się w stronę lodówki.Nim jednak otworzył drzwiczki, Mruczak już siedziałna kuchennym blacie i - pomiaukując z cicha - popatrywałw stronę szafki z lekarstwami.„A więc o co innego chodzi" - domyślił się Wuji spytał kota: „Zabaweczkę?" - Mruczak na znak zgodypolizał go po dłoni.„Połączmy przyjemne z pożytecznym" - mruknął Wujdo siebie, pogrzebał w pudełku z lekami i wyciągnąłopakowanie pigułek manti, które - by odczuć ulgęw żołądku - należało długo i starannie ssać. Wydłubawszyspod folii lekarstwo - włożył je do ust. Tymczasem zniecierpliwionyMruczak coraz energiczniej dopominał się0 opakowanie po tabletkach - ulubioną zabawkę.„Skąd ja ci wezmę pustą folię" - zafrasował się Wuj...1 mimochodem połknął wielką, zieloną pigułę. Zakrztusił43


się, chwycił butlę wody mineralnej i gwałtownie jąopróżnił.Tak oto problem rozwiązał się sam. Mruczak miałjuż zabawkę - korek od pustej butelki.DrabinaBędąc jeszcze małą, rozpiszczaną (ale już zębiastąi pazurzatą) kulką, ujawniał Mruczak alpinistycznezamiłowania. Z tygodnia na tydzień lepiej mu szło. Wujzauważał, że wspinające mu się po spodniach kociędociera już nie do łydki, a do kolana, nie do kolana,a do pół uda, do pasa, pod pachę... I nadszedł na konieców dzień, gdy Mruczak po raz pierwszy znalazł się nawujowym ramieniu.Stało się ono - rzec można - ulubionym miejscemMruczakowego stacjonowania, zwłaszcza kiedy Wujwitał gości. Gdy otwierały się drzwi, nie wzięty na ręcekotek umykał natychmiast z mieszkania, a wzięty -wspinał się wyżej i wygodnie usadawiał. Niekiedyprzechodził później z ramienia na ramię, drapiąc Wujapo karku.Dzięki stałemu treningowi Mruczak wchodził na Wujawciąż szybciej i sprawniej, zwłaszcza gdy mógł zagłębićpazury w kamizelce. Sięgnął i wyżej, skacząc z wujowegokarku na półki lub szafę.Najbardziej upodobał sobie okap nad kuchenką.„Wiesz, on chyba traktuje mnie przedmiotowo, jakdrabinę" - rzekł Wuj do Cioci, po tym, jak Mruczak44cztery razy pod rząd wbiegł na okap po nim, myjącymnaczynia i tąż drogą zbiegł na podłogę - „Trochę mnieto martwi".„Nie drabinę a słup" - odparła Ciocia.Wujowi zrobiło się smutno, a Mruczak znów znalazłsię na okapie. Jednak tym razem ułożył się na samymbrzegu. Spojrzał na wujową łysinę, wyciągnął łapkęi przejechał po niej pazurkami.„Może jestem dla niego słupem, ale z pięć lat niktmnie nie pogłaskał" - pocieszył się Wuj.Wieczór autorski„Bo kaczory są kwaki, a koty mruczaki" - tłumaczyłWuj Mruczakowi, gdy schodzili z trzeciego piętra. To znaczy,dysząc i powłócząc przyciężkimi nogami, schodził Wuj, zaśMruczak - delikatnie acz stanowczo przytrzymywany za ogon- wiercił się na Wujowym ramieniu.Wykład genezy imienia wyraźnie nie robił wrażenia nakocie, podobnie jak przedtem liczne prośby i zaklęcia.„Kotku", „Kitku", „Kadio", „Mruczek", „Mruczuś",„Ogonkowiec", „Łapuszka" - sypały się często a głośno,gdy Wuj ścigał go po klatce schodowej. Mały uciekinier,owszem, pozwalał podejść do siebie dość blisko, ale jak tylkoWuj nachylał się nad nim - odbiegał parę schodków w górę.Teraz jednak spacyfikowany kotek z każdą chwiląprzybliżał się do drzwi mieszkania. Na całe szczęście. Bowłaśnie rozległ się szczęk bramy i głośne szczekanie. Naklatkę wbiegał rotwailer sąsiadów... - No widzisz kocie,45


że trzeba być grzecznym i nie uciekać z mieszkania?A gdyby tu rzeczywiście mieszkał pies, to co by było? -skomentował Wuj, przerwawszy na moment głośnąlekturę tekstu, gdy razem z Mruczakiem leżeli w pokojuna dywanie - Ale ty nie chcesz tego zrozumieć...Mruczak, zwinięty w kłębek przy Wujowej twarzy,lizał to łapę, to Wuja po nosie.EmpatiaRanek był paskudny. Siąpił drobny deszcz, a zasnuteniebo nie wróżyło lepszej pogody.„I jak tu dojechać do dworca?" - martwił się Wuj,już dobre trzy kwadranse czekając na przystanku, gdzieśna warszawskim przedmieściu - Pradze albo innymBródnie. Nie było wiaty ani ławki, plecak ciążył, płaszczprzeciwdeszczowy przemakał. Jedynie Mruczak siedziałspokojnie na wujowych rękach, nie przejmując się swympodróżnym ekwipunkiem - szelkami i smyczą.Nadjechał w końcu tramwaj i Wuj, wsadziwszyMruczaka na plecak, zaczął gramolić się do środka.Podciągając się na lewej ręce, z pomocą prawejpodpierając laską, pokonał stopnie i opadł na miejscedla inwalidów, którego wdzięcznie ustąpiła mu szałowablondyna. Mruczak znalazł się na kolanach i nie minęłopięć minut, a Wuj zaczął drzemać. Jedynie od czasu doczasu otwierał oczy sprawdzając, czy za zamgloną szybąnie zamajaczy sylwetka Pałacu Kultury. Mruczak spałtakże i mruczał; oczu nie otwierał.46Po jakichś czterdziestu minutach przyjechali namiejsce. Wuj wysiadł (tym razem opuszczając się naprawej ręce wymacywał stopnie laską dzierżonąw lewicy; Mruczak znów siedział na plecaku) i postawiłkotka na ziemi.- „Przejdź się trochę. Naprawdę mi ciężko" - rzekłWuj do Mruczaka, przywiązując smycz do jednegoz rzemieni, których z plecaka zwisało niezwykle dużoi zagłębili się w labirynt korytarzy pod Dworcem Centralnym.„Ależ ten kotek spokojny, nie wybiega wprzód, nieszarpie" - pomyślał zadowolony Wuj, gdy dochodzilido kas. Spojrzał za siebie - i zmartwiał. Ciągnął za sobąpustą smycz. Mruczaka nie było.Czując nagły przypływ adrenaliny, nerwowo rozglądnąłsię po sali. Przy schodach na perony mignęłomu coś szarego. „Mruczuś. Mruczek!" - zawołał i prawieże pobiegł.Mruczaka jednak przy schodach także nie było i Wujruszył na poszukiwania. Potykając się i postukując laskąszedł jak najszybciej, ciągle przywołując kota. „Mruczunia,Mruczku" krzyczał coraz ciszej i - co tu dużomówić - żałośliwiej. A dworcowe korytarze jakbywydłużały się.I coraz więcej było w nich kotów. Biegały, miauczały,lub kotłowały się w grupach, jak ptaki obsiadły gzymsyi rozciągnięte nad szynami elektryczne przewody. Wokółgromadzili się ludzie, rzucając w nie czym popadło,łapiąc, wsadzając do worków... Jakiś wąsaty brunetw jasnym garniturze długą tyczką strącał koty na ziemię.Wuj ruszył na niego z laską...4"


Obudził się drżący i bynajmniej nie było mu dośmiechu. I wtedy rozległo się znajome mruczenie,a w polu widzenia pojawił się najpierw szary łebek,a później wyprężony ogonek. To Mruczak opuścił swójkącik w nogach łóżka, gdzie zwykle spał, pobiegłzobaczyć, co się stało i wrócił, gdzie leżał. Ale znówskoczył w stronę poduszek, przypadł do wujowegoramienia, przytulił się i energicznie, długo zaczął lizaćzgięcie łokcia.„Musiałeś zapłakać przez sen i kot się zaniepokoił" -stwierdziła Ciocia, kiedy później rozpatrywali towydarzenie. Wuj miał jednak swoje wytłumaczeniei odrzekł: „Mruczak po prostu mnie zrozumiał".Ostatnie opowiadanieByło ciemno i Wuj z trudem rozpoznawał konturyotoczenia. Prawdopodobnie leżał na trawie, wilgotnejnieco. Wokół rozmazywały się wydłużone kolumnya może pnie drzew. Poruszywszy rękami Wuj stwierdziłnajpierw, że je ma, a potem - że wśród trawyponiewierają się niewielkie, gładkie, półokrągłekamienie.Nie mógł jednak ustalić, dlaczego - zamiast siedziećw pokoju za biurkiem i (przysypiając) spoglądać na ekranmonitora - leży w ciemności, trochę zdezorientowany,a jest mu słabo. Pamiętał tylko, że ból pod mostkiem,który od dobrej godziny go męczył, wybuchł naglei gwałtownie zachciało mu się pójść do ustępu.48„Dobiegłem?" - spytał się siebie i z niepokojem pomacałspodnie. Były suche.W ten sposób przekonał się również, że ma nogi i żeleży na boku. Do jego wpółprzebudzonej świadomościdotarł też fakt, że lekko boli go głowa. Pomyślał, żejeśli nie wstanie, to zacznie się migrena i postanowił siępodnieść, a raczej od razu wstał. „Śnię ?" - wybełkotałzdziwiony, po czym parę razy otworzył i zamknął oczy.Zwykle przecież czynność wstawania zajmowała mutrochę czasu. Trzeba było przewrócić się na brzuch, unieśćna rękach a następnie zmusić do pracy opornie słuchającego uda, kolana i stopy. Teraz stanął od razu! I jeszczeprzeszły mu mdłości!Z wysokości swojego metr osiemdziesiąt zauważyłwięcej szczegółów. Kolumny wokół - rzeczywiścieokazały się drzewami, rzadko rosnącymi jodłamii sosenkami. Leżące na ziemi, dość spore, półokrągłekamienie połyskiwały bielą. Korzystając z niezwyczajnejlekkości ciała przykucnął przy jednym i wziął go doręki. Spojrzał, wzdrygnął się i odrzucił to, co trzymał.Była to czaszka dziecka. Znów poczuł nagłą słabośći przysiadł na pieńku, który, tak jakoś nie wiadomo skąd,wyrósł obok niego.Potem chyba zasnął, a drzemać musiał długo, bo terazwokół szarzało, drzewa zyskały korony i było ich więcej.Obudził go szelest. Obrócił głowę i dostrzegł kota, którysiedział niedaleko, w trawie. Mruczak wpatrywał sięw niego połyskującymi oczami.- „Chodź Mrusiu do Wuja" - wyszeptał Wuj i wyciągnąłrękę.49


- „Nie, to ty chodź do mnie." - odpowiedział kot,co Wuj przyjął bez zdziwienia. - „Wiesz, czekałem naciebie; kiedy tu spałeś', zdążyłem się nawet zestarzeć".Wuj powstał. Przeszedł wolno dwa kroki i wciążwyciągając rękę ukląkł przy kocie. Mruczak potarł jąłebkiem i oparł się na niej przednimi łapkami. Następnieodbiegł, wrócił i odbiegł znowu. „Pokazujesz mi drogę"- mruknął Wuj. Wstał z klęczek i - wciąż czując lekkośćciała - ruszył za nim w stronę wstającego świtu.50Poeta i świat - język zdziwienia(Posłowie)Wydany w 1992 roku debiutancki tomik WojciechaKajtocha Rozstrzelane kukły zawiera intrygujący wstęppt. Wspomnienie o moim roku. Ten tekst wyszedł spodpióra nie „jakiegoś" krytyka (jak niniejsze posłowie spodmojego), ale został napisany przez samego „młodego"debiutanta (miał wtedy 34 lata). Ów wstęp ma więcraczej charakter autoprezentacji czy może wytłumaczenia- czemu i dlaczego piszę... Trzeba przyznać, że to ciekawypomysł autorsko-edytorski, zwłaszcza w przypadkudebiutu - tego typu tekst wymaga bowiem sporejautoświadomości, zdolności syntezy, a także pewnejodwagi, zwykle takie komentarze - wyznania pojawiająsię w książkach kolejnych czy... ostatnich.Tamten - dziś ponad dziesięcioletni - wstęp Kajtochaciekawie ukazuje jego sylwetkę twórczą poprzezsubiektywne doświadczenia młodości, kompleks pokoleniowy,swoistą nostalgię za minionym - wykorzystanymi niewykorzystanym - czasem największej fantazjii dynamiki, jakim jest młodość.Patrząc genologicznie - to gawęda. Poeta z właściwąsobie flegmą, ale i dowcipem opowiada o historii swego„roku" - studentów filologii polskiej UJ (dyplom: 1980).Kadrowo-dydaktyczne ciekawostki przeplatają sięz towarzyskimi anegdotami, np. o zasłabnięciu pewnego51


kolegi na egzaminie, o jadaniu obiadów z „prawdziwymi"literatami przez innego, czy o tajemnicach lewicowegoklubu „Kuźnica". Ale zza pierwszej, obyczajoweji anegdotycznej, warstwy gawędy przeziera inna:dramatu pokoleniowego lub - co jest s'cis'le związanez tym pierwszym - politycznego. Jako punkt zwrotnyKajtoch szeroko opisuje wydarzenia po śmierci Pyjasaoraz powstawanie niezależnych związków studenckich.Autor Doby jako początkujący poeta przeżywaw latach 1976-80 swoisty głód pokolenia, widzizbliżające się zmiany, także polityczne, nie wie, jak sięzachować. Mitem jest silne pokolenie Nowej Fali. Mającemiejsce w 1976 „wyciszenie" tej generacji zbiega sięz kolei z umocnieniem się kolejnego pokolenia - NowejPrywatności (Nowych Roczników). Kajtoch - niecomłodszy od niej, a sporo młodszy od Nowej Fali - trochęzazdrości: „nauka nie zajmowała nas bez reszty;w pewnym okresie jedną z głównych naszych namiętnościstała się poezja. Nie stworzyliśmy co prawda poetyckiejgrupy (a propos: grupa „My"' - Maciej Chrzanowski,Andrzej Drożdż, Andrzej Kaliszewski, Janusz Lenczowski,Krzysztof Lisowski - opuściła „Gołębnik" 2jużza naszej w nim bytności), niemniej pisanie wierszy stałosię prawdziwie modne. Niekwestionowanym „pierwszympośród równych" był Maciej Piotr Prus. Już w 1978wydał książkę. W przeciwieństwie do opowiadającej sięza Nową Prywatnością większości, Maciek opowiadał1Jedna z dwóch - obok gdańskiej „Wspólności' -- głównych gruppokolenia Nowej Prywatności (przyp. A.K.).- Żargonowa nazwa Instytutu Filologii Polskiej UJ, mieszczącegosię przy ulicy Gołębiej (przyp. A.K.)52się za grupą „Teraz" i Nową Falą'". Z perspektywy ponaddwudziestu lat owa „zazdrość" nieco zdumiewa, a napewno skłania do refleksji. Po pierwsze to Nowa Prywatnośćokazała się pokoleniem na swój sposób tragicznymczy przegranym. Jak napisał ostatnio StanisławBurkot: „Poezja Nowej Prywatności przyniosła znaczącew sensie artystycznym rozpoznanie niebezpieczeństwupolitycznienia poezji, ale nowe propozycje - negowaniesensu samej sztuki, ograniczenie jej możliwości dosamopoznania twórców, w zderzeniu z burzliwymiwydarzeniami traciły wszelki sens. Kruchą odrębnośćnastępców [Nowej Fali - przyp. A.K.] unicestwiływydarzenia z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych"4 . To prawda. Ale moim zdaniem słabośćpokolenia wynikała nie tylko z braku wyraźnego przeżyciapokoleniowego (a było to - w przeciwieństwie doNowej Fali - tzw. pokolenie „słabe"), ale z programu,odwołującego się do dokonań „Współczesności", a więczakładającego artystyczno-ideowy pluralizm; takiepokolenia istnieją na dłuższą metę tylko poprzeztwórczość i osobowość najwybitniejszych, przebojowychjednostek, a nie zawsze takie się pojawiają... „Współczesność"je miała...Czy „frustracja" Kajtocha bierze się stąd, iż szedłw ariergardzie Nowej Prywatności, przegrywającegowłaśnie pokolenia niewiele starszych, ale u progu lat80. już obrosłych w literackie piórka kolegów? Może.3Wojciech Kajtoch, Wspomnienie o moim roku, [w:] Rozstrzelanekukły, Kraków 1992, s. 6.4Stanisław Burkot, Literatura polska w latach 1939-1999, Warszawa2002, s. 223.53


By nawiązać do atmosfery Kajtochowych Wspomnień...wygrzebuję z pamięci pewien wieczór. Oto scena niemalsymboliczna. Pałac „Pod Baranami", sala zwana bodaj„Lustrzaną", jakiś' zorganizowany z wielką pompą konkursczy meeting poetycki. Pisarze starsi i młodsi czytająswoje wiersze. Publiczności dużo, także różnych oficjeliod kultury. My, a raczej poeci z grupy „My", stanowimyprzepisowy powiew młodości. Mamy też regulaminowewówczas długie włosy i niezbyt staranne acz wystudiowanew nonszalancji ubiory. I oto prezenter zapowiadamłodego zdolnego licealistę. Wychodzi chłopiec -o zgrozo! - w granatowym garniturze oraz białej chybakoszuli. Czyta wiersz, a my patrzymy z wyższościąstudentów - autorów wielu publikacji... Tym chłopcembył Wojciech Kajtoch...W poświęconej Nowej Prywatności książce Ósmadekada Andrzej K. Waśkiewicz tak podsumowujegenealogię pokolenia: „w drugim pięcioleciu lat siedemdziesiątychnajbardziej produktywne były roczniki1950-1955; debiutanci urodzeni w następnym pięcioleciu[...] w procesie kształtowania się programów odegralirolę drugoplanową" 5 . Kajtoch jest urodzony właśniew 1957...mowanych wydawnictw kreujących debiutantów,wymierny rynek recenzencki, księgarski i krytycznoliteracki.Także powstałe w latach 80. dwa „opozycyjne"związki pisarskie nie były już „tamtym" ZLP: nienobilitowały, niewiele mogły dać, „organizacyjnie", jaki materialnie. Zastąpił je model „społeczeństwaalternatywnego" z jednej, a „życia oficjalnego" z drugiejstrony.Lata 80. to także rzadki, ale znany w historii literaturyprzypadek renesansu z pozoru już przebrzmiałegopokolenia, w tym wypadku Nowej Fali: odradza się onanie tylko za sprawą wydarzeń politycznych i powrotujej twórców, ale entuzjazmu „epigonów" - rówieśnikówNowej Prywatności, Kajtocha i jeszcze młodszych odniego poetów. (Kazimierz Wyka w Pokoleniachliterackich nazywa takie zjawisko „entelechią" 6 .) Naszautor nie podejmuje jednakże tego wyzwania (co próbujetłumaczyć pośrednio we wspomnianym wstępie doswego debiutu). Nie pasuje mu poetyka, może i innepozaliterackie konteksty, a może na przeszkodzie stoispecyficzna konstrukcja psychiczna: czy nieprzypadkowoautentycznymi przyjaciółmi Kajtocha są znane zeskrytości i niezależności - koty?Jako krytyk zobowiązany jestem jakoś podsumowaćte generacyjne dylematy. Otóż uważam, że autorRozstrzelanych kukieł jest bliski swym rodowodemartystycznym, jak i praktyką poetycką, tyleż NowejPrywatności, co kolejnej generacji, zwanej „pokoleniemPamiętajmy wszakże, że to w tych latach, któreKajtoch przywołuje jako okres swej literackiej inicjacji,zakończyła się pewna literacka epoka, i to zakończyładla wszystkich żyjących generacji. Zaczęły odchodzićw niebyt: państwowy mecenat, urok solidnych, reno-Andrzej K. Waśkiewicz, Ósma dekada. O świadomości poetyckiej5„Nowych Roczników", Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź 1982, s. 58." Kazimierz Wyka, Pokolenia literackie, Kraków 1977. Rozdz.Problematyka pokoleń literackich.5455


60" lub „pokoleniem BruLionu". W czym nie ma zresztąwiększej sprzeczności: na rolę Nowej Prywatnościw antycypowaniu polskiego postmodernizmu zwracanojuż nieraz uwagę.Tom Rozstrzelane kukły wydany został późno (1992),zważywszy, że zawiera wiersze głównie z lat 1977-78.Tymczasem ich autor zaistniał jako krytyk, badaczliteratury, autor rozprawy o Strugackich, nauczyciel,pracownik nauki (doktorat - 1991), prasoznawca. Czywięc tomik wydał tylko w ramach porządkowaniapapierów?Rozstrzelane kukły mają owszem typowe cechy tomudebiutanckiego. Widać amorficzność stylistyczną, pewienautotematyzm. Jednak zwraca uwagę wyraźne zamiłowaniedo wiersza regularnego, sylabotonicznegoi tonicznego z jednej, zaś do form krótkich, epigramatycznychz drugiej strony. W tematyce również zauważasię dwutorowość. Pierwszy cykl (Wiersze) zawieratypową dla końca lat 70. dykcję ąuasi-politycznegoszyfru: obrazy ulicy i społecznych rytuałów, ilustracjepojęć takich jak bohater, prawda, godło. Ale z tychpseudonimizacji wyłania się ów podmiot zdezorientowany,szukający swego miejsca, tęskniący za odebranymmu patosem historii, jak i prawem do indywidualności:[...]Naprawdę nie wiem cośmyZrobiliTej wielkiej pustce wiszącej nad namiŻe pozdzierała z nas wszystkie pancerzeWyrwała tarczepo prostu zmieszała z biotemI z lwów strąceniMusimy stąpać po brudnym bajorze czasua częściejWyjąc jak psyBiegaćpo czystych korytarzach wieczności(Wywód bohaterawspółczesnego)Pozostałe cykle (Widzenia, Piosenki) zawierają tekstybardziej zagęszczone, chętnie operuje tu poeta symbolem,kulturowym mitem czy stylizacją - to te wierszenajbardziej zbliżają go do estetyki Nowej Prywatności.I oto teraz, po przeszło dziesięciu latach, otrzymujemydrugi tomik Kajtocha: Dobę. Dziwny to przypadek.Bowiem o ile Rozstrzelane kukły były poetyckimdebiutem (choć spóźnionym), próbą możliwości dopierosię otwierających, o tyle ów drugi tom przypomina swąideą zamknięcie, podsumowanie. Bo właśnie parabolążycia jest chyba tytułowa „doba". Bardzo precyzyjnieskomponowany tom otwiera wiersz Poeta i świat,w którym wskazane zostają trzy fundamenty bytu:narodziny, miłość i śmierć. Funkcją ich związkuz indywidualną egzystencją, jak i twórczością, jest językzdziwienia. To on stanowi jedyną pewną egzegezę bytu.Tego zdaje się dowodzić cały tom, skromny i mądryzarazem. Podzielony został (w części stricte poetyckiej,bo dołączona jest też proza, o czym potem) na trzy cyklesymbolizujące etapy życia: poranek, południe i noc.5657


Poranek składa się z erotyków czy raczej wierszy0 miłos'ci. Poeta wykazuje sporą pomysłowość1 wrażliwość w eksplorowaniu tegoż tematu. Miłość todomena młodości, pierwszych uniesień, dziewczęcości,ale i klęski; to też przyjaźń między panem i jego kotem;to także - traktowany zapewne jako symbol - związekpary gołębi (Miłość II). Wariantowość tematu miłosnegorealizowana jest przez zróżnicowaną formę. Mamy więcnajbardziej osobisty, ale i retoryczny liryk Umarłe miłościobok zapisu lirycznych sytuacji (Poezja), wierszysymbolicznych (Świeca), prób groteski (Przestrogatankietce) czy epigramatu (Miłość II).Część druga - Południe - to poetycka ikonawierzchołka życia, czasu największej aktywności, pracy,realizowanych lub tylko traconych nadziei. Czytając ówfragment zdajemy sobie sprawę z jego okazjonalności -są to zapewne dobrane tu istniejące już wiersze, a niejakieś komplementarne oglądy, wyczerpujące tematw sensie werystycznym czy intelektualnym. Z lekturycyklu wylania się wszakże człowiek - „mieszkanieclotnych piasków" (Samotny i niepewny) - szukający,zaskakiwany codziennością, przez którą przemawiatranscendencja. Kajtoch używa tu znów technikilirycznych sytuacji: a to podglądanie kąpiących siężołnierzy, a to metaforyka podsunięta przez obuwniczysklep, czy reminiscencje niespełnienia oparte na topiceKsięgi Jeremiasza.Czas chyli się - w wymiarze symbolicznym - kuwieczorowi. Nadchodzi „martwa godzina" - Noc - i takzatytułowany jest ostatni cykl tomu. Noc to powiewśmierci, czas podsumowań, pożegnań. Te siedem wierszyto głównie epitafia. Leśmianowi, sąsiadowi-murarzowi,anonimowemu Żydowi - ofierze holocaustu,kazańskiemu poecie Baszyrowowi; śle nasz autor bolesneprzesłanie w liryku Równowaga: „Niewiele wiemo śmierci /.../ Tyle, co o życiu".Nie da się pominąć nasuwającego się tu skojarzenia:Doba w wymiarze intertekstualnym łączy sięz Mickiewiczowskim wierszem-płaczem ***(polały sięłzy...). Kajtochowy tom przechodzi wszak od razu odPołudnia do Nocy. Czegoś tu brakuje, chyba właśniePopołudnia - owego „wieku męskiego" (u Mickiewicza- „wieku klęski"), w którym Doba jest właśnie stworzona...A może owa luka ma być najważniejszymprzesłaniem tomu?Nie wiem, jak najlepiej zreasumować moje spotkaniez tymi wierszami. Tomik ujmuje jakąś wewnętrznąszczerością, tonem ciepłej niezgody na paradoksy życia,tego życia w wymiarze ponadpolitycznym, ponadspołecznym,ponadhistorycznym, a więc w wymiarzezwykłego, wielkiego swoją małością „ja". Intrygujepodczas lektury dziwna różnorodność stylistyczna:Kajtoch ma znów słabość do klasycznej rymowanejstrofy, ale i potrafi stosować prozę poetycką, wierszpostawangardowy, aforyzm.Nie byłby ten tom tym, czym jest, gdyby niedołączona proza (poemat prozą) pt. Mruczak i Wuj -piękna opowieść o przyjaźni człowieka i zwierzęcia.Kajtoch daje się tu poznać jako subtelny znawca kocichobyczajów i psychiki, kronikarz owych relacji, którehumanizmowi nadają chyba wyższy niż ten podstawowyludzko-ludzki wymiar. Symbolicznie ukazana, acz5859


zarazem przejmująca śmierć Wuja, na którego czekau progu wieczności nie święty Piotr, ale jego wcześniejzmarły Mruczak, pokazujący drogę „w stronę wstającegoświtu" - wzrusza nas, a zarazem wskazuje na przesłaniesłynnej Leśmianowskiej Urszuli Kochanowskiej.Drugi tom poetycki Wojciecha Kajtocha jest książką,przy lekturze której nie myślimy tylko o poezji. Dotykaona naszych tajonych lęków i goryczy, przypomina0 pielęgnowanych nocą snach o szczęściu - tym małym1 tym nieosiągalnym. A temu sztuka służy przedewszystkim.Marzec 2003Andrzej KaliszewskiSPIS TREŚCIPoeta i świat 5DOBAPoranek„...z popielnika iskiereczka mruga..." 9Uczennica 1 0Komplement 1 1Przestroga tankietce 1 2Świeca 1 3Umarłe miłości 1 4Poezja 1 6Miłość 1 7Kot i choinka 1 8Miłość II 19PołudnieKolejny dzień 21Poeta w sklepie obuwniczym 22Narodziny demokracji 23Salon 24Kolęda diabła 25Kąpiel wojskowa 26Wieczorne picie herbaty 27Stróżowie i ogrodnicy 28Samotny i niepewny 29Jeremiasz 30Rozmowa z dzieckiem 3 1Myśli 326061


NocBarska 3 3Ballada o kości ludzkiej do nikogo nie należącej 35Sen 36Równowaga 37Na śmierć sąsiada, murarza 3 8Leśmian 39Poezja II 40MRUCZAK I WUJ (poemat prozą)Manti 43Drabina 44Wieczór autorski 45Empatia 46Ostatnie opowiadanie 48Andrzej Kaliszewski:Poeta i świat - język zdziwienia (Posłowie) 5 1


i IsIsHlłyJ I j jctJ =3 HI łJ'1 lisi ŁV#4VJ [=j Ł*1 hT« 1 L=l f~iH4iLI M rliW t$fc\ [HI.U 1ii]|cii|[cfv

More magazines by this user
Similar magazines