Browse publication

mbc.malopolska.pl
  • No tags were found...

Browse publication

Anna KajtochowaNIB JESTEM BIEGLAW TAJEMNICACHDUCHÓWTilWYDÀWNICTWOKrakow 2000


© Copyright by Anna Kajtochowa, Kraków 2000Okładka:Jolanta JasińskaGrafika:Anna OstrowskaRedaktor:Jacek TomiakWstęp:Eryk OstrowskiRedaktor techniczny:Piotr DrapaWydawnictwo PiTISBN 83-86219-88-2


Struktura kryształu/ układam krucheodrobiny sercaic tabliczkę dawnoroztrzaskanej prawdyNie jest przypadkiem, że przywołuję tutaj dawny wiersz Anny Kajtochowej,który pochodzi z debiutanckiego zbioru Sytuacje z 1983. Można byzaryzykować twierdzenie, iż Poetka powyższymi linijkami nieświadomienakreśliła motto dla całej swojej twórczości, nie tylko poetyckiej; przecieżwydany kilkanaście lat później obszerny wybór wierszy nosi właśnie tytułTabliczka dawno roztrzaskanej prawdy. Lecz, o ile pierwszy tomik pozwalałjeszcze na zarysowanie niewyraźnej granicy pomiędzy podmiotem lirycznymutworów, a życiem samej Autorki, tak już począwszy od Krawędzi (1986)wszystkie kolejne książki tę granicę konsekwentnie zacierają, ukazując światzamknięty dla fikcji literackiej i wyobrażeń o życiu.Pogarszający się z biegiem lat stan zdrowia, ale także — i przede wszystkim— nadludzka wręcz siła woli, trwania, niezgoda na czyhającą, zdawałobysię na każdym kroku, ostateczność, przyczyniły się do nie natychmiastowej,lecz nieuniknionej, narastającej z każdą kolejną książką, zmiany światopoglądu.Ukoronowaniem tej nowej dojrzałości, nie od razu przecież postrzegalnej,bo zrozumiałej dopiero przy głębszym zanurzeniu się w tę twórczość,przeniknięciu jej i nasyceniu sienią, był wydany w 1996 refleksyjnyzbiór Cień Ozy/ysa, książka, którą Poetka najwyraźniej zaznaczyła swojątwórczą, w pełni już ukształtowaną, osobowość. To tam przeobraziła śmierćw godnego siebie przeciwnika, uczyniła z niej istotę ludzką, więc — niedoskonałą:„Bo czymżeż śmierć? — Życiem inaczej" — pisze w jednym z


wierszy - Pogodzenie się z losem? Wbrew pozorom nie, to nie tylko rodzajsamoobrony; Anna Kaitochowa zdaje sobie sprawę, jak wielkiej potęgijest jej przeciwnik. Potwierdzają to słowa zamykające tomik:Jakbym nieco zwolniładążąc do celujest już tak bliskoNiewątpliwie Cień Ozyrysa zajmuje szczególne miejsce w bogatym dorobkuAnny Kajtochowej, autorki dziesięciu zbiorów wierszy, dwóch powieści'Babcia (1982) oraz wyróżniony w 1988 roku w ogólnopolskim konkursieTamten brzeg (1993) i licznych posłowi do książek przeważnie młodych,debiutujących autorów. Spojrzenie na sprawy ostateczne przybiera tucharakter optymistyczny. Ten paradoks staje się jednak po lekturze czymśtak oczywistym jak to, ze po nocy wstaje dzień Tak przemawia przede wszystkimcykl tytułowy. Swoje wyjątkowe miejsce zawdzięcza Cień Ozyiysa takżetemu, iż dotychczas śmierć, chociaż portretowana przez Autorkę barwnie,z różnymi, nieraz jaskrawymi odcieniami, to jednak zawsze wyzwalaław Kajtochowej naturalne, ludzkie pragnienie podzielenia się cierpieniemwywołanym przez odejście innych (tomik Krzyk lelka, 1995) bądź też dogłębnąanalizą własnych z nią zmagań, jednakże bez zagłębiania siew śmiercifilozofię (Krawędź, a również oniryczna powieść Tamten brzeg).Zmieniła się nie tylko wymowa i filozofia życiowa Poetki. Wciąż zadajęsobie pytanie, ilekroć czytam kolejne, nowe wiersze: gdzie jest tamta Hankawynurzająca się z krzewów tarniny, świtem wypasająca krowy, a potem biegnącado szkoły, na lekcje, ciągle z obawą: co będzie jeżeli się spóźnię' 7(idzie podziała się ta dziewczyna, która zdeterminowana opuściła suroweśrodowisko rzucając się w sam środek życia.. Czy tak nie miało pozostać?Ale muszę odpowiadać sobie wciąż na nowo: to było dawno, tamtej dziewczynyjuż nie ma Jest ktoś inny-- - niby ten sam, ale — inny. Lepszy, doskonalszy.Wiele lat minęło od ukazania się debiutanckiej książki Poetki Babcia,więcej może się w tym czasie zdarzyło niż mogła oczekiwać I wiersze AnnyKajtochowej są dziś inne, sama forma wielokrotnie nasuwa kwestię, czy aby


na pewno — wiersze? Czy to raczej nie myśli, rozważania o tym, co jest wnas wszystkich ukryte najgłębiej?jakie one są, te nowe utwory'' — Zawsze proste, oszczędne w słowa,słowa tylko te najważniejsze Usunąć choćby jedno, a filigranowa konstrukcjazałamie się. Od lat czuje się Poetka najlepiej w epigramatach. Zawszekiedy czytam któryś z ostatnich tomików (a wraca się do nich, oj wraca!)zadziwia mnie fakt, że przecież, wszystkie te wiersze były wcześniej pisane,później zapewne poprawiane, może nawet wielokrotnie, zadziwia bo brzmiątak jednomyślnie, jak gdyby istniały od zawsze Są jakby jednym ludzkimoddechem One po prostu są i niemożliwością wydaje się proces ich powstawania.Są prawdą, czasem tą lepszą, czasem gorszą, o której nie chcemywiedzieć, ale są niepodważalne. Są samym życiem już, które także jest, niezależnieod nas.Jeżeli w debiutanckich Sytuacjach forma była klarowna i wiersze pozwalałysię jeszcze klasyfikować gdzieś pomiędzy dwudziestoleciem międzywojennym,a współczesną liryką końca lal 50., (zresztą z tego okresupochodzi wiele wierszy, gdyż Sytuacje to późny debiut), to wnikliwy badaczbędzie miai obecnie bardzo twardy orzech do zgryzienia. Każdy z późniejszychtomików broni się przed zaszufladkowaniem. To wskazuje na niezwykleistotną rzecz, jaką jest dopracowanie się własnego stylu i nieustającedążenie do doskonałości. Poetka w nią wierzy, wierzy głęboko, ale pragniepozostawać ludzka, czyli nie nieomylna, co potwierdza książka niniejsza.Zbiór składający się 7 czterech części, niezwykle obszerny, jeśli podkreślićfakt. iż zawiera wyłącznie utwory wcześniej nie publikowane, obejmująceokres kilku ostatnich lat. Lat. kiedy bardzo wiele wydarzyło się w Jej życiu.na serce gdy ustajea człowiek umierakropla milczeniaBył to czas żegnania bliskich, ale i czas, kiedy musiała mocno chwytaćżycie, „układać kruche odrobiny serca". Znów okazało się. że to jeden, zaledwiejeden oddech dzieli światy. W tym okresie bardzo zacieśniły się nasze


kontakty. Postanowiłem, na ile to jest możliwe, spróbować zrozumieć tęsiłę, ten upót i wytrwałość przy niepoddawaniu się i to za wszelką cenę,choć wiedziałem jednocześnie, iż tego nie można objąć rozumem. Co najwyżej— dojrzeć, na co znów potrzeba czasu. Owocem była nasza współpracanad niekonwencjonalną biografią poetki, Wędrówki o świcie. Opowieśćo Annie Kajtochowej. Nowe wiersze rodziły się niejako na moichoczach. Pamiętam, iż pierwsze z nich przeczytała mi Anna w lutym 1998roku. Znajdowała się wtedy w szpitalu. W sytuacji wciąż niepewnej. A wiersze?Były niczym wyrzucone z gniazda pisklęta, bezbronne, nagie. Zimne.Traktowały o śmierci, ale inaczej. Najbardziej zdumiewało, że Autorka,osoba z całych sił trzymająca się życia, zaczyna siebie postrzegać wśród tych,którzy odeszli. I nie byto w tym smutku, W najbliższych wzrastał może niepokójspowodowany niepewnością sytuacji, lecz z samej Poetki tryskała cicharadość. Mówiła, że bezpiecznie jest być wśród nich, że choć dzielą nas światy,me zagrażamy sobie nawzajem, O niektórych wierszach opowiadała mi tylko,nie będąc gotowa jeszcze do przelania pomysłów na papier A idea nowegozbioru kiełkowała, kiełkowała powoli. 1 tak dramat urastał w dzieło.Me jestem biegław tajemnicach duchemNie mogę obudzić w tobienadziei na wiecznepośród nich bytowanieKsiążka ma charakter przełomowy. Mam na myśli przede wszystkimprzełom osobisty. Oto po raz pierwszy znajdujemy Annę Kajtochową w takdoskonałej zgodzie z życiem i wszystkim, co ono ze sobą niesie. Ponieważwiem ile przeszła w ciągu ostatnich dwóch lat, wiem również, iż odpowiedźna sposób zrozumienia jej filozofii życia kryje się w skali cierpienia. To onowyznacza drogę do doskonałości, której pełnię z kolei stanowi właśnie zbiórNie jestem biegła w tajemnicach duchów.Po raz pierwszy chyba udało się Poetce stworzyć dzieło tak spójne. Mimoswej różnorodności jawi się jako monolit, którego nic skruszy czas. Dziełood początku do końca przemyślane. A pojedyncze wiersze? Są bardzo pięk-


ne, ale i — ludzkie, jak zawsze. To pozostało w Armie (Cajtochowej niezmienne.Różnica polega jedynie na tym, iż coraz częściej porusza się Poetkawśród tych, których nie rozumiemy, nie pojmujemy. Wśród tych, którzyodeszli. Poetka nam ich przybliża (w tej książce bardzo ważny cykl Pożegnania).I myślę, że warto posłuchać tego, co ma nam o nich do przekazania.Anna PCajtochowa wie, co znaczy spoglądać na świal z tamtego brzegu.Teraz jednakże zniknął strach i z wolna znika smutek. Jest zgoda na życie, awięc — spokój, refleksja.Chciałbym zwrócić jeszcze uwagę na kilka wierszy poświęconych EugeniiBasarze Lipiec, zmarłej przedwcześnie w 1998 roku. To utwory pisanejakby w tajemnicy, w tajemnicy przed życiem. Ukrywane przed nim. jakbyone, te wiersze, same wierzyły naiwną wiarą dziecka w możliwość zwycięstwanad mrokiem. Tak się nie stało i dopiero teraz Poetka ujawnia jeświatu. Bolesne, poświadczające coś bardzo trudnego do uchwycenia, coś oczym mówi nam Anna Kajtochowa w swojej książce ufając, że Jej wędrówkio świcie nie są jeszcze tak dalekie od nas, by stały się niepojęte dla wzrokui umysłu.Jeszcze dłoniemżą ciepłemJeszcze bólempoświadczasz istnienieTylko ściana milczeniasię zbliżaTylko ścianaosłania twój cieńStworzył tę książkę ból. Tak, to prawda: wiersze przeważnie wynikają zbólu. Ale ból, o którym mowa to także ból fizyczny. Cierpienie na jakiezostała skazana Autorka jest wyraźne, natychmiast wyczuwalne przy zetknięciusię z lekturą. - Ale czy wierszy? Wciąż waham się tak określić to wołanieo pomoc, te ciepłe listy kierowane do najbliższych. Listy, które wyrażajątylko pogodzenie się z rzeczywistością. Listy, w których marzenie o zazna-


niu problemów człowieka żyjącego zwykłą codziennością uświadamia, jakbardzo daleko była już od niej Autorka.Kim była - zadaję sobie to pytanie. Pytanie, na które odpowiedź musimyznaleźć sami, w tej książce. A kim jest Anna Kajtochowa dzisiaj? —Kiedyś opisując strukturę kryształu szukała źródeł olśnienia między kształtema światłem. Ta wypowiedź pochodząca z dawnego wiersza nasunęła misię podczas lektury obecnego zbioru. Tutaj chyba należy postrzegać przewodniąmyśl nowych wierszy. Pozwalają uwierzyć, że można się nie bać.Nawet bicia własnego serca. I o sercu także będzie tu mowa. My, którzyżyjemy, nic o nim nic wiemy. Ale wiedzą ci, którzy przeżyli.Etyk OstrowskiGrudzień 1999


Szelest pamięcichrzęści zanurzona w śnieguspiralą bruzdy pełznie pośród cienii zakwita purpurą zamarzniętej glinkiszczelina pamięciszpara milczeniaszczerba nienawiścibłogosławieństwo wspomnienia6 I 1998


Kropla milczeniana rany otwartekrzywdy piekąceurazy zapiekłekropla milczeniana radośćkiedy się kończyna szczęściegdy się zaczynana śpiew milknącyw melodii wieczorukropla milczeniana słowow gardle więzionegdy uśmiechw oczach zamieragest opadłej rękikropla milczeniana zachwytktóry porażana lękparaliżującyna klęski


którym nie ma końcana słabośćktórej nie rozumieszi lukę w pamięciolbrzymiejącąna plotkęwszechogarniającąi liśćkiedy sfruwaz martwiejącegodrzewakropla milczeniana serce gdy ustajea człowiek umierakropla milczenia7 / 1997


Imię Różyrozkwitłopołudniowym wiatremw Divertimento Góreckiegotej radiowej nocydla samotnychSzkoda żc tak wielepustych stów i gestówprzesłoniło melodięNie wierzą w samotnośćktóra szukanie tyle zrozumieniaco poklasku9 XII 1993


Motyw cygańskii.Puszczańska Randiobłądząca Cygankozwichnięta brzozoz twarzą zwarzonęj borówkii warkoczami dziewczynystygnącymi oczami szalonejwsłuchana w laswchłaniaj krew maliniakówwilgoć mchów i paprociNie karz żyjącychszukaj ciszy w przestrzeniotoczonej kołem2.Roztętniła się taneczna nocRozdzwoniły na niebie cekinyCzarny wiatr rozwiał gorące popiołyrozbłysło ogniem ogniskoi buchnął płomień miłosnej pieśniporwał do tańca leśne boginkii szlak szerokiW godzinę świtu tylko droga wzywarodzi poemat ognia wody dymu- snuje się cygański los


Już umilkła Randiapuszczańska CygankaJuż nie płaczą skrzypceKsiężyc srebrny w chmurzezzieleniały blaskGwiazdy sypią koralamiw orosiały las26 VII 1997


Kochajmy komaryTo dzięki nimpluskająi srebrzą się rybydobrym pokarmem wzmocnioneśpiewają ptaki wielbiąc Panatrwają gatunkibez nichna zagładę skazane- że nikle małe izłośliwe?Tylko dla dwunożnycholbrzymówTych jedynie lekkonaciąć są w stanie


Tadeuszowi GierymskiemuMiło było usłyszećże pogodnie i jakby dziewczęcopiszę o śmierciW końcu pogoda i młodośćto wcale przyjemnetowarzyszki życiaA śmierć?Niektórychi to wcale licznychnawet rozbawia


MajówkaKarnym szeregiem klepsydryw prostokącie gablotyza ochronną siatką drucianą54 62 67 82 87w błyskawicznej statystyceśrednia wieku: siedemdziesiąt i cztery miesiąceporządek nabożeństwdziewiąta, dziewiąta trzydzieści, dziesiątadziesiąta trzydzieści, jedenasta, dwunastaorganizuje zbiórkę pod kaplicąalbo (raz na miesiąc) pod domem przedpogrzebowymw tym samym czasie podjeżdżają meleksyczterej tragarze w czarno-srebrnych togachwynosząjednąwnoszą drugą trumnępotrącają rozmodlonych żałobnikówtowarzyszących pierwszejoczekujących na następną ceremonięi jeszcze dzwonwita i żegnarytmicznie przebiegaostatnia wycieczkaw głąb ziemi5 V 1992


Zamawiam w tę nocCiepło Dobrej NowinyCzarodziejską mocą wzywamgwiazdę nadzieiby osłaniała mój domdomy moich dziecii wszystkich dzieci świataprzed naporem burzyi ciosami piekłagwiazdę wiaryby dawała oparciewszystkim potrzebującymgwiazdę miłościby nigdy nie gasław sercach ludzii wszelkiego stworzeniaEch, ty stara czarownicopomieszałaś szyki dobrej wróżceInny żar ślą terazmoje gwiazdy chociaż je zaklinamw imię bóstw najpierwszych i najpotężniejszychniknie wiara blaknie nadziejaa miłość aż drży z nienawiścii wiruje świat wielką magmąw samym centrum pustki12 XII 1994


Jakże dalekoodbiega nasze mniemanieo sobieod rzeczywistościTo jakby procai karabin maszynowyJedyne podobieństwow ruchu rękiktóra chwytauruchamiai kieruje pociskdo celu8 X 1996


Podróż w tobołachNa najwyższym siedzi GriszaOparłszy dłoniena kolejowym dźwigusmętnie spoglądaw dal za oknemi dwie uśpione mołodycieJuż nie na koniucwałuje w Polskęale z tobołem na grzbiecieKurtka dżinsowa kryjedzikie sercea żyłka handlowaznaczy rytm podróżywysiłek Matuzalemai zysk niedużyKalwaria, 30 V 1992


Do dziewczynysięgającej po czarkę szampanaTy sama jesteśmusującym szampanemśmiejesz się twarząw dołeczkach i bąbelkachtańczysz — promykradości na parkieciepokonujeszopór materiibłyskiem źrenici urokiem spojrzeniazostaw szampanludziom zza mgłyi niechętnymświatu22 XI 1996


Symptomnaszych czasówWieża Babelprawie każde siowo(w tym samym języku)co innego znaczyNa postumentachpomnikówstawia siębaryłkizamiast głowy22 XI ¡996


Złączone oddechyRanek Dwa oddechyGdyby chemiaz połączonych oddechówpowstałoby H,0i rzeczywiściewspólne życiedwa —- jeden oddechrzekapo której płyną dwie łódkiniesie je wspólny nurtczęsto zderzająsię z sobąale płyną dalejnieuchronniezmierzając kuniewidocznej alena pewno istniejącejprzystaninurtemwspólnego oddechu28 Xi 1996


Na marginesiepewnego wydarzeńOsamotnieniew blichtrze i tłumiebezbronny uśmiechrozbrajanie minybez gwarancjiże się udataki los saperai cywilagdy staną wobec tłumui niezbyt składnie licządo trzech...ukłonówTen uśmiechwzruszył widzówale nie pseudoprzyjaciółskoro wystąpiliz powyższym komentarzem1 znowu prawdą zabrzmiałoprzysłowie:Broń mnie. Boże, od przyjaciółPrzed wrogami sam sięobronię10X111996


Wspomnieniowa balladaI oto nastatwigilijny świt:skrzaty w szczelinachszepczą nastroszone,sypią iskramijodłowe gałązki.ogień buzujew tajemnicy mrokui Babcia nuciadwentowe pieśni„Spuśćcie namna ziemskie niwyZbawcę z nieba obłoków"pewna spełnienia proroctwa- przecież dziś Wigilia„Chrystus się narodzicały świat oswobodzi",gruchnie w organach kolęda!- Ale teraz moje dzieciróbcie wszystko akuratniebo tak już będziekażdego dnia w rokuna wieki wieków amen -Koń dostanie obrokkrówka garść osypki.Człowiek musi pościćna szczęściena zdrowie


i oby zjadł sutowieczorową porąkiedy już na stolespocznie żur z grzybamimisa grochu pełnana białym opłatku(jeśli się przykleipewny urodzaj przed nami!)I kołki liczoneze ściśniętą krtanią... tam gdzie pies zaszczekaczeka ukochany...I gałązka wiśnibłyśnie białym kwiatemby spełniło się szczęście,zamieszkało w domu!Jeszcze zboże w snopiezaszumi kłosami,jeszcze Babciaprzy życzeniachzaleje się łzami,jeszcze koń i krowaspożyją opłateka okruchy ze stołurozsypane po kątachdla mysząt i skrzatówwszystkiego co żyjea nocą wychodzi na świat,i już dzwon kościelnyna pasterkę woła:„Powitajmy Maleńkiegoi Maryję


Matkę Jego",kolęda pomkniewe wschodzący dzień.Ktoś powie przesada!A to wspomnieniowaballada.I ja tam bytamkompot ze śliwek piłam.A co widziałam -opowiedziałam./* Xli 1996


Nad Leśmian* * *W malinowym chruśniakuumilkła muzykamaliny brocząpurpurowym światłemnad gęstwą krzewówpszczela uwerturai miód się ścielezłocistą pozłotąA oni pustospoglądają w przestrzeńpokłute ręcezwisają bezwładniewe włosy wpiętezwiędłe nenufarygubią białe płatkiwśród drżącej zieleniA onipatrzą nie widzącsłuchają nie słyszącbezbronnie młodzina wdzięk ułudynieprzygotowaniZanika słowow otwartej przestrzeni4 III 1997


Gałązka wiśnigałązka czereśnigałązka bzui całe roje pszczółi oceany zapachuPłyniemy w przestrzeńzapatrzeniPłyniemy w niebozasłuchaniPrzed namistrzępki nadzieiPrzed namiradość wiosennai tyle snówdo prześnieniai tyle radoścido przeżyciatyle tęsknotydo odkryciaTak wiele melodiiw rytmie Leśmianajeszcze w tę wiosnęjeszcze w to latojeszcze w ten jasnysłoneczny rok15 III 1997


Z zapachem sosnymiesza się kadzidłoKir spowił kaplicępełgają płomykiu stóp grobu Chrystusachmur białe kłębuszkina czystym błękiciei świeża zieleńna grządkach ogrodupomroka śmiercii błysk zmartwychwstaniaKtoś gdzieś się rodziktoś gdzieś zaraz skonaw porannej rosiezadrżała nadziejaw dzwoneczku dźwięczywieczne Alleluja29 III 1997


Poeta wobec czasumoże drżeć jak osikasrebrzyć się sosnąrosnąć wysokodębem rozłożystymi czerwienić jesieniąmocarnym bukiemAle bywa żekrzewi się kosodrzewinąi tylko pokrywaszare górskieszczytymarznące zimączy upalnym latemczyliczas poetyma zmienne koloryale korzeniami drzewawiąże teraźniejszośći przyszłośćjego koroną wieńczy czas15 IX 1997


Wolność?Najpiękniej odmalujejej urokiskazany na dożywocie.Miłość?Pomówmy o niejz zakochanymi po raz pierwszyi rozwodzącymi siępo raz trzecialbo piąty.Ale i tak niedowiesz się prawdybo inaczej kochakażdyzakochany17 IX 1997


Z pytań bez odpowiedzi..Lęk kamieniaból kamieniakrzyk kamieniaw milczącej pustceziemi i niebaMoże dlategopowstają pomnikiby mogły unieśćcierpienie bez miaryktóre tylko kamieńudźwignąć zdoła?Nocą rodzi się mglaTo oddycha ziemiaciężkim westchnieniempo przeżyciach dnia.Krople potuparują cząsteczkamii płyną falamiku cierpliwemu niebuktóre czekaz uchyloną furtką.Na nas?2 XI 1997


ZadumaSnuje się jesienniewędruje letniaku słońcuwiosnyalbo zlotulataopada płatamizimyna posiwiałe głowyZadumarachunek klęski strati XI 1997


Może jeszcze dziśujrzę ostry błyskspadającej kosyMoże jeszcze dziśpopłynę w niebootulona opończąstarej kobietyprzenikającejbez przeszkódnajgłębsze lasybezdenne morzai najrozleglejszepustynieOstry błyskprzetnie wtosłączący mniez ziemią4 XI ¡997


,, Zostanie po mnie pusty pokój "Ze Staffa„Zostanie po mniepusty pokój"i kosz szpargałówna makulaturępełen futerałrozlicznych pamiątekod okularówdo muszelek małychi aż dwu dużychz południowych plażyjeszcze koraletak rzadko noszone(aby nie pękłyna ciernistej drodze)Tyle snów barwnychtyle spopielałychpo strachach izwidach nie dopokonaniaI jeszcze pamięćw tym pustym pokojuzalegnie cichow poczerniałych kątacho tym co nigdyświatła nie ujrzało¡2 X 1997


ArielDzięki, Ojcze, żeśdał do potrzymaniadziecko Jankielowi.Postawił bańki z mlekiemna zroszonej trawie,podniósł drobinęz jasnymi włosami,pozwolił dotknąćpejsów, smagłej skóryjedwabistego chałatu.- Powiedz: Jankielu!-Jankielu! —powiedziałoi potrąciło rondoczarnego kapelusza,bo zapachniało maślanymzapachem chałki.Dzięki, Ojcze, dziśprzemierzam bruk placuze śpiewającą ścianą „Ariela"fontanną w cieniu podwórkai podziwiam smukłość sabryciekawość Dawida gwar BabilonuTen gwar który przesłaniakoszmar Dnia Sądnegoi miliony ofiar.Pamięć o nich żyć we mniebędzie aż do dnia Sądu Ostatecznego


Gdy staniemy przed Jahwe,gdy staniemy przed Bogiem,Sędzią żywych i umarłych,24 I 1998


Jak wiele w nasdziecka.Nawet gdystaruszka upadana chodnikuprzyjmujepozycję embriona.Kiedy giniemyginie w nasdziecko.Czy to okrucieństwożycia — czy możeprawidłowość śmierci?26 I ¡998


Drzewko sentymentempodlanenie tylko kwitnietakże rodzisentymentalnienawet usychaz sentymentalnymwestchnieniempo prostuz drzewkiem wszystkodzieje się sentymentalnie30 I I99S


A najciekawszajest rozmowaz własnym sercemkiedy zachłyśniętebezbronnie kołaczezdyszanym pośpiechemnie może złapać rytmui dławi je lękKiedy kwiat giniew apogeum kwitnieniaomija żalpadających płatkówi ciszyostatniego tchnieniaTylko człowiekjest w stanie pojąćulatującą myślnajsilniejszy impuls życia30 I 1998


Wpadną kroplądo oceanu gwiazdzawisnę na ledwotlejącym promykuwypunktowanym kryształemi obejmę ziemską łąkępulsującą tęcządalekiegowspomnieniawieczoremmrocznym szalemotulę ogrodyi rankiembiałą chryzantemąpowrócę na chmury30 I 1998


Jak wchłonąć czerńktóra ma tyle odcieni- fajerwerkównadchodzącej nocywybuchających gwiazdi ściele siępod niepewnymi stopamicoraz szczelniejotulając nas cieniem// VI I99H


Tyle milionówlat świetlnychminęłodla naszamkniętychw systemiesłonecznymbezpieczniekrążącychw kosmicznejskali1 naglew mgławicysamotnaplanetatańczący pyłeknieznanegoświatła1 co z nimpocznąnasze galaktykiI jak się znajdziew słonecznej pożodze?Może podążaz innego Kosmosu


i niesie dla nasnowe zwiastowanie?Może wybiegłaspośród innych światówi szuka cieniaw oceanach światła?Bądź pozdrowionamaleńka drobinoczuj się bezpiecznaw objęciach lunetywciąż czuwającejnad twymwiecznym lotemna firmamencienaszego istnienia16 VI 1998


Kiedy myślęOjczyznapachnie suszonesianoi chlebny zapachściele się u nógolcha gubiowoce w płynącejłąkami wodziea wiecznie zielonasosna sięga sufitustrojna świąteczniew staniol i różKiedy myślęOjczyznaksiężyca uśmiechasię nówi hufce rycerskiebudzą sięnagle wśród góri nie mogąpokonać snugdy ich wzywają surmytu i terazWszystko się dziejena nibyPrawdziwy jest


tylko bólpokoleńzrodzonych wśródlasów i pól22 VI1998


Rubinowi Schmerowi, krajanowi Brunona SchulzaZalśniłeś naglew mym życiugorącą purpurągwiazdy południaw jej blaskuinaczej jawi się przeszłośćMorzem Czerwonymw poświacie wolnościskamielinami pustynii piaskiem pod stopąwiecznego tułaczaRubiniez rozżarzonego południaskłaniasz nisko głowęwśród cieni północyw krąg otoczonymajakami wspomnieńNiechaj cię chroniąciemnolice sabry3 VII 1998


I jeszczejedna jesieńchłód porankamleczna mgładługie nocebardzo mało dniaBogactwo wrzosówliliowym szlakiempłynie łzaZnów cała jestemze słonej wodyi nadchodzącegoszarego dnia3 VII 1998


Płaszczka-płaczkaw czarny welur odzianazielony przestwór przecinaZla przeczucia godzinaW podświadomości sięMąkaostem zachwaszczonałąkasentymentalnaamoralnanaturalnaoralnanormalnaa nade wszystkopiekielniebanalna15 VII 199S


NiedowidzącymTo wasz światbiałych lasekgęstniejących liniijaskrawych błyskówi biegającychwesołych ognikówświat znużonych Homerówi spadających Ikarówa takżezwykłych przechodniówłaknących pracyjak chlebaświat deszczuożywiającegozeschniętą ziemięi zagubionych mrokiemokrytychświatła złaknionychludzi28 VII 1998


Wolność i miłoscOdpowiedzialna miłośćniewiele wspólnegoma z wolnością.Już starożytni mawialio słodkiej niewoli.Ale to nie znaczy,że nie można umiłować wolnościponad wszystkie inne.Co wybrać?Miłość czy wolność?Na to pytanieodpowiadają zakochani,dobrowolnie poddając dłoniew pętlę stuły.16 IX 1998


Po wysłuchaniu wiersza „Byl maj... "Jacka PodsiadłyBył maj.,.NIBY jak innyale bez bocianaz mrówką na Golgocietonął w pochodzie majówjakby zwykłychacz w każdym pokoleniuinnych,W czym ciągle taki sam?W liściu rozłożystego łopianuna takiej sameja przecież inaczejoddychającejłące}0XI 199H


Dzielę się z tobąchlebem nadzieidziewczynko z plecakiemna zgarbionych plecachzagubiona pośródświateł krakowskiego RynkuProsisz o grosikna bułkęPrzyjmij swojski chlebpod wystawą smakołykówIX I 1999


Słychać śmierćw ciszy wieczorui drzemiącym świciew pustceprzepełnionejobecnością wielulubtylko wybranychw dotyku wiatrui ledwo słyszalnymzapachuSłychać jąkróluje wiekuistą dynastiąmoja twoja śmierćnieraz pozbawiona majestatuale zwycięska w każdejbitwie22 I1998


Czym poezja?Jeśli „szept" przeczytamyw pogodny czas -przypomni, że za chwilępojawi się cień.Jeśli w chmurne popołudnie -przekona, że za chwilęzza chmury wychyniesłońce.27 I 1998


Panu Andrzejowi PiotrowskiemuW prostokącie balkonudwie smukłe białościZwrócone ku sobie główkina łodyżkach szyicudem rozkwitłe konwaliePo prostupara pocztowych gołębina jesiennym spotkaniuprzed powrotemdo ciepłego gołębnikaPrzed zapadnięciem nocyPrzed zachodem nadziei16X1998


Niespodziewany upadekZamiera barwazamiera światłozamiera ruchLeżęna kolorowymw jurcie tkanymdywaniepod jasnoświecącymżyrandolem29 X 1998


Ominęła nasgodzina milczeniaTa ostatniaprzednajdalszą podróżądo ostatecznego celuw galaktycew zasadzienie do pojęciaa jednak osiągalnegodla każdego30X 1998


Z opowieści Hanki WietrznyA gołąb Hannynie chce wrócićchoć niedomagai czeka nańciepło kartonowegopudełkachwieje się nakrawędzi żelaznegoogrodzenia balkonuale nie przekraczazakreślonej przez siebiegranicy wolnościmiędzy chłodnym metalema ciepłem pudłaNieważneże ceną tego wahaniamoże być jego życie30 X! 1998


Szczęśliwy,który może usłyszeć słowa:„w pańskich rękachmoje życie".Ale o ileż szczęśliwszy ten,który je wypowiadapełen nadziei6X11im


Mucha walczy o przetrwaniepośród dwóch szklanych tafli.Najbardziej przerażająłomot własnych skrzydeł.Na przemian wiosłujei składa je w bezruchu.A człowiek w zamkniętym układzie?Ledwie słyszy dźwiękwypowiadanych słów. Ledwie rejestrujeich bezsens.Równie beznadziejnie brzmiąw szklanej, porażającej pustce.19 I 1999


Na ulicy Floriańskiejcichnie to znowu wzmaga sięmelodia fletu od i doWieży MariackiejPodejmuje dialogz hejnałemskazana z góry na przegranąw czasie i przestrzenizapadającej nocyNierówna siła brzmienianierówna walka siłTon fletu — melodiazagubionej młodościwśród kamieniculicy Floriańskiejpod Zielonym Balonikiemmłodopolskiej bohemy19 1 1999


Życie — gwiazdka z niebatylko sięgnąć i spocznieprzy tobie gdyopadną do snu powiekiTo mamanie spełnia twojej prośbyA potemgwiazdka nikniew niepojętym wszechświecieZnajdziesz jągdy już na zawszezaśnie w twoich oczach14 III 1999


Biel postaciw cieniu krzyżarozjaśnia katedralny mrokPrzeźroczysta bielalabastrowej rzeźby królowejna sarkofaguMłodość miłościwieczność obowiązkuWybór historiiprzystanekmiędzy krzyżem a sarkofagiemŚredniowiecze i współczesnośćna odległość dłonii zmęczonego oddechu15 III 1999


W grobowcu TutenchamonaJak tu pełno i swojsko!Wszystkie twoje poleceniaspełnią służebnicy(nie ma ich więcej niżczterystu czternastu).Twoje paznokcie lśniączystym złotem(nie wyrwą ich gestapowcyjak zęby więźniom Oświęcimia).Strawę duchowązapewnią papirusy(sięgnij po ten sprzedtrzytysięcznego sto pięćdziesiątegosiódmego roku).Twoje oczy szmaragdemporażą śmiałka, gdyby odważył sięzakłócić twój wieczny spokój(zginie niecny pod wielotysięcznympyłem).O Władco świata i niebaogarnij mieszkańca ziemitwoim spokojem.Daj mu wiecznośćw królestwie Ozyrysa(jeśli jego winy nie przeważąlekkiego piórka prawdy).Oby złoty skarabeusz,skutecznie zaklął


jego serce bynie świadczyłoprzeciw zmarłemu.Jakim mnie stworzyliścietakim mnie macie0 bogowie:małego, słabego, zamkniętegow ułomnym ciele1 cierpiącej duszy.A że pragnie wieczności?To jego przywilejz racji urodzeniaw cieniu wiśni i jabłoni.Lot statków kosmicznychi rakiet nuklearnychnie potrafi muw tym przeszkodzićNa zawsze bowiem połączyłsię z piachem i ziemiąw grobowcu Tutenchamona.Marzec 1996, kwiecień 1999


Ręka Ojcatwardo uczy moresurozcina skórękantami kamieniaalbo ją rzeźwiciepłym miąższemrąbanego drzewaW zaciszu piecapodsyca ogieńkroplą olejkupachnącej świerczynyŻylasta rękawonny żywy ogieńskwierczące szczapybuzujący płomieńdotyk dzieciństwa12 V 1999


Wiatr jodłowego drzewa.Melodia gwizdanaprzez Wojtka Chowańcaz Murzasichla jakopodkład pod inwokacjęz„Pana Tadeusza"w głębokiej nocypełnej snu bez snów.To wołanie trombityz „ginącego piękna"Wzywa dwunastusprawiedliwych,których duchy już dawnokrążą wśródwysokich turnii tylko rankiemorosiałą trawąścielą się pośródżwiru zagubionejw skatach doliny.Już ich siłanie odwróci losubombardowanych miasti skazanych na zgubę ludzi.2S V 1999


Przez cały dzień,całą noc, pół dniapół nocy, godzinę,minutę, sekundę,wieczność, życie...Czy ten wymyślonyprzez człowieka czasw ogóle coś znaczy,ma jakiś sens, skoroczekanie nie zmieniaswej siły i trwanieskończenie długoprzed miłościąprzed porodemprzed zabiegiemi w zasadzienigdy się nie kończyjak deszcz jesienią,słońce latem, śnieg zimą,sen na jawiei ostatni gestzastygły w pamięci.21 VI1999


Liście szukająświatła i powietrza,- korzenieoparcia i pożywienia,- człowiekbliskościdrugiego człowiekaNiczego mu więcejdo szczęścia nie trzeba- ani do życia.Tylko tyle:bliskości czułościPo prostu — chleba.25 VI 1999


Czy to ważnekiedy i gdzieostatni razzamkniemy powieki?I taki nie.Jeśli tak, wyobraźnianajczęściej podpowiadaszpitalną scenerięstandardowego łóżkaz otoczeniemalbo tapczan w iluś tam m.A jeśli padniemy z książką w rękuw ogrodowej altanie wprost w objęciaThanatosa zatańczy nam wiatrzaszumi drzewo zapachnie laka.A jeśli będzie to na ulicy,albo w tramwaju, albo w autobusie,na scenie, przy ołtarzu, obok źródła?Jakież bogactwo wariantów,jakież zatrzęsienie możliwości!Pozwólmy zatem poszaleć wyobraźni:skróci moment oczekiwaniai jakże go wzbogaci!3 VII 1999


Pogrążona w lepkim skwarzepośród zieleni groszków, fioletu fiołkówi wszechogarniającejbieli rumianków szukamniebieskiego niebai przykrojonego na zwykłą miarępomarańczowego piekła,nieokreślonej wieczności.1 ta piosenka w tle„co ma byćto i będzietak czy owakzdarzy się"i I'll 1999


.prawo moralne we mnie "Immanuel KaniCzy czternastolatka może się na nie powołać?Według wszelkich reguł psychologiiraczej nieto przecież wiek naporu burz i niepokojów.A jeśli jest się czternastolatkąo siedemdziesięcioletniej twarzy?Tu stawiam całą linijkę znaków zapytania:9'>999999999999999979999999799999979?9'>999W każdym razie mam prawo do oglądanianieba i gwiazd w pozycji horyzontalneja także uśmiechu wszystkichżyczliwych na ziemi.4 VII 1999


Spotkanie z Ozyrysemna morzubez przylądkaDobrej Nadzieiw kręgu martwego milczeniaZmieniają się proporcjedojrzewają wymiarynieustannie trwa tylkowędrówkaw coraz ciaśniejszym przesmykumiędzy wyobraźnią a realiamimiędzy szlakiem słońcaa ciemnościąDla martwych oczunie ma zresztążadnego znaczeniaTaki płynny bowiemjest ów szlak9 VII 1999


Filozofia znaków i symbolima sens tylko dla tych,którzy ją wyznają.Inni nie potrafią znaleźćw niej pocieszenia..lasne myślenieprzebije mrok niewiedzy,ale nie gęstwę ludzkich namiętności.Tych nie rozjaśninawet błysk lasera.// VII 1999


Tylko momentale jakże brzemiennytrwa ludzka bezradnośćwobec żywiołuPodporządkowani jemustajemy się cząsteczkąsamego jądraNawet wtedynie giniemyi: VII 1999


Pragnienienieosiągalna możliwość wyboru.Czyż można mieć na nią wpływ?Przecież nie mogę fruwaćjak jaskółkaani zakwitnąć lipowym kwiatem.Nawet dla poety jest toniemożliwe.Dlatego próbyujarzmienia przyrodypozostają mrzonką.17 VII 1999


IŻycie jak klingaze szlachetnej staliNawet nienawiśćnie pokryje jej rdząprzetrwai w jakimś momenciebłyśnie zemstąNienawiść nie ima siękrzywdzonychKrzywda osłaniabezbronną nagośćpancerzem żółwiaIISkrywana nienawiść- bomba z opóźnionym zapłonempełznie lontemprzez puste dniWyznana wybucha naglei zabijaIIIŻycie znienawidzonegociemność i kamienne milczeniekanionuNad jego studzienną głębokościąa księżycem


galopuje nocąsamotny jeździeci gwiżdże wilczą melodiębeznadziei i opuszczeniadzikiego zachodugdzie bezprawieklątwa i podłośćIVTylko w bajceGłupi Jaśpokonuje słabośćzwycięża nienawiśćpodłość i złokrzywdzicieliPrawdziwa w bajcejest tylko siła trwania głupotyTo ona stanowi tarczę ochronnąw zetknięciu z tymi plagamiJeśli wypadnie mu z rąki odsłoni prawdęnawet Jaś polegnieporażony własną niemocąpośród jadów wężowiska4 VIII 1999


Czytając ., Wariatkę"Julii HartwigDlaczego o północystukasz do drzwiMałgorzato Hillar?Wiem, że wyobraźniarozsadza gładko uczesanemyśli,wyprostowana postaćukrywa szum skrzydeł,blade, niewidzące spojrzenieledwo muska dzieńpełen poziomeki zielonej poświaty.Irysy padają do stóp,szczupłe palcerozpuszczają warkocz.Okrywasz nimwszystkie wariatkiziemi.20 VIII 1999


Po nabożeństwie ekumenicznymAleś pani nietolerancyjna!Wkładasz nasze liliedo glinianego dzbanaA myśmy przecieżprzynieśli w tym celuten otokryształowy wazon!5 IX 1999


O Markowi Donajowi OSAz Klasztoru Św. KatarzynyPowroty ku tradycjiod której nigdysic. nic odeszłoBo i dokąd?Dokądkolwiek podążaszidą za tobąnajwcześniejsze lataich blaski i cieniezawsze do nich wracaszw najtrudniejszych dniachTen truizm potwierdza prawdąprzeszłość tkwiw każdym z nas8-9 IX 1999


Czy zniczto przemijanie?Chyba trwaniewśród umierającychliścii niknącej pamięci4 Xl IW


I.W tę nocspłynąłeś na ziemięchmurą meteorów„Wtem na niebiejasna łuna"śpiewamy w kolędziejakbyś każdemupragnął podarowaćcząsteczkę gwiazdyi spocząłeś cichuteńkona pachnącym sianku„w ubożuchnej szopie"1 tak oto określiłeślos człowieka — gwiazdyukrytej pośródzasuszonych ziółżywej to znowuumierającej przyrodymiędzy zimnymświatłem niebaa ciepłymoddechemwnętrza ziemi


II.Ta noc gorącaw pękających lodachchłodna w prażącejspiekotą pustyniTa nocgdy wilk otaczajagnię bezpiecznymramieniema ludzietylko niekiedywarkną na siebieto o kęsto o stołekza biesiadnym stołemzasiada wraz z namicoraz więcej cieniczterech TadeuszyWładysław Leon BogusławRyszard Konstantytrzech Jerzych dwóch JanówGabriela KazimierzMaria Emil Mariannanajstarsza Emiliai najmłodsza Gigałamią się opłatkiemi snują wspomnieniawesołe i smutnejak to przy wigiliiGdy przebrzmi kolędaznikną w świerkowej zielenipośród zziębłych ptaków


i świeżej pamięcitacy teraz jaśnii przez moment święciw gwiazdy zaklęci6 XII 1998


Słowa krążą fruwająniosą lęk przerażająpodniecają radościąnudzą usypiająSłowa jak wiatrkładą łan pokotemalbo tylko lekko kłoniąby za chwilę wyprostowaćHartują25 l'11 1999


Każda książka mówiwiasnymniepowtarzalnym głosemNiekiedy wstrząsapotężnym akordemkiedy indziejledwie słyszalnymszeptemJak nie zgubić sięw chórach bibliotekjak odczućpełnię harmoniinajczystszejdoskonalącej się wiekamiludzkiej myślii sercai uchwycić tonwłaściwy tej właśniejedynej książce- gościa naszej dłoni7 X ¡996


Pokropisz mnie chyzopem.1 kropla po kropliopada purpurapąsowej różyna biały śniegspływa poumęczonej skronikrwawym potempokropisz mnie chyzopemi nie zapachnie kwiatale szarość świtupokryje ludzki los25 Xl 1999


Tylko pięknopotrafi przyćmića nawet zaćmićwolność i niewolępodłość i pieniądzewszystkie daryi nieszczęścia ziemiSzkoda, że tak rzadkoje dostrzegamytak niewielu je widzii jeszcze mniej przyjmujeobracając w banał15 VII 1999


Znakomitym Zespołom Lekarskim i PielęgniarskimOddziałów Intensywnej Terapii¡1 Katedry Chorób WewnętrznychorazI Kliniki KardiologiiCollegium Mediami UJ


Z kim się podzielićswoim smutkiemw szarej godzinie umieraniagdy rzędy światełnad pawilonem gasnąTylko z tobąo oczach jaskrą płonącychgdy w nich majaczązbroje błądzących rycerz)Tylko z tobąktóra umiera na nibybo w prawdę śmierciuwierzyć me umieZ kim się podzielićswoim smutkiemw godzinie umieraniaTylko z tobą cieniuod którego odpadły juzwszystkie wenflony i strzykawkicieniuzłożony pośród cierni7/199H


„Siara kobieta wysiaduje"Tadeusz RóżewiczBezpieczne ciepłow łóżkowej komyszymości w pościelibezpieczeństwo śmierciostatnie trudyi malutkie troskiw szpitalnej ciszynurkuje pamięciąukłada wspomnieniajak najdroższe skarbyktóre kiedyś odkryjedzisiaj pożegnamy8 I 1998


Uszczęśliwią ThanatosaZarzucę mu ramionana szyjęI na chwilę udamże żyję2.Na korytarzu tablicaBłyskają literki wesołoNareszcie mam prawo umieraćgodnie zdrowoza pieniądzehonorowo3.Umierająwłosyna bolącej głowieWszystkie ptaki nocyzlatują na żer8 1 ¡998


SenPanu DoktorowiBogusławowi BruksowiW mglistym, styczniowymporanku0 siódmej trzydzieścijak zwyklepojawił się Pan Ordynatorw sali 324- Czy mogę zadać Panupytanie?Ozwala się jedna z pacjentek.• Proszę bardzo — odpowiedział.- Przybył Pan do naszc złotem w sercuz mglistej Brytanii?Zielone jest złoto Brytaniijak nadzieja — powiedział.Wczorajszy atak dusznościto zwyczajnośćw niedomodze płuc.Kamiennie zastygająlistki drzewa oskrzeli.Eufilina jeszczeprzywróci im życie.1 odwiedzi paniwrzosowe łąki Brytaniiw następnym liliowym śnie...22 I 1998


Dłońspoczęła na mojejby wyczuć pulsnieoczekiwanieuścisnęłam jąw dowód dziękczynieniaZadziwiony Markiz(tak nazywałam Profesora)objaśniając studentówpowiedział:- nie do wiaryjak rozregulował się organizmi podążył na spotkanienastępnego pacjentaoddziału intensywnej terapiiDziś też na mojejspoczęła drobna dłońCzyżby ze współczuciem?Nie od dziśstraszyli mnie wisielcyDopadli aż tugdzie sine paznokciei przerażenie w oczachwskazują ludziktórym kamienieją oskrzelaŻegnaj marzenieo komforcie umieraniajeszcze jednow paśmie niespełnionych22 I I99S


Każde kolejne spotkanie ze śmierciąwzmaga we mnie chęć walkiale i spokójprzecież nadchodzi czas umieraniasiedemw arytmetyce to 7jak kosa


Pani Drozdposłanka innej śmierciPani Drozd która nagleciepły tembr dojrzałego sopranuzamieniła na piskojęk marniepadającego pisklęciaPani Drozdnieoczekiwanie zwiastowanaprzez rżącą Nemezisszkoły katów z Biecza23 I 1998


W pewnej saliPan nie uwierzysz,te nogi naprawdękiedyś żwawo dreptałydzielnie maszerowałyszybko biegałyleciuteńko tańczyłydrżały z niepokojulękupodnieceniapożądaniaA teraz?To prawda:najwyraźniej stygną.24 I I99H


Miejsce żywychjest wśród żywych.A miejsce umarłych?W kosmicznej tęsknociegdzie strzygiszalejąna kometacha świt się rodziw chmarze meteorów10 I mx


Zielonym wiatremprzewiewamszpitalne korytarzepośrodku cieniawzniecam złocisty pyl/ // 1998


Ewie WencNad łóżkiem Ewycień nadzieiJeszcze nie jedno jabłkozerwiez drzewa Dobregoi Złegonie jednym piruetemporysuje parkietnie w jeden uśmiechubierze twarzTerazwita cieńjasnością oczui głęboko zamykaw sercuciepło nadziei14 III 1998


Śmierć artysty?To życie inaczejBursa PoświatowskaFaber Wojaczek Nowakjak w życiujedni głośniejdrudzy ciszejale żyją!3 VII 1998


Dziękujemy za wspólnągęstniejącą nocpełną cienii milknących gwiazdw locie zamykających oczypośród barwnej łąkiBeethovenowskiej nocyktóra śpiewaw niesłyszalne! ciszy„Witaj, ach witaj nocy"Jeszcze pora na dzieńKtóry •— odpowiedź retorycznaDziękujemy za przeżytą nocw szpitalu zielonej nadziei3 VII 1999


Ona tańczyła całą noctę pamiętną zburzeniem BastyliiPrzysiadała w kątach salz zielonych kaflifruwała po przeciwległych kątachomijała, wybierała, atakowałaprzeniosła się nad Giewontmachnęła kosą nad Władysławem Hasioremzaniosła się na dwoje najstarszychAtak odparły zjednoczone siłyfarmakologiczno-biofizyczneJeszcze razna niedługozatriumfowałaMarianna z trójkolorową kokardąVive la France!14 VII 1999


Małgosi Lepik-SuderekZapulsuwały w kątkukropeczkibiałe zielone wiśniowena świeżej piżamce1 zapachniało gaikiemgroszkowympod kasztanowąwłosów osłonąJak blisko życiaw tej szpitalnejprzystaninad jeziorem niebaw koronie kwitnących lip15 VI! 1999


Oto Baranek BożyW stukocie sprzątaniajęku złożonych niemocąchichocie zestresowanychrankiem pełnym cierpieniakrąży samotniepośród skazanycli wyrokiemchorobyw majestacie niesionyprzez swe sługi15 VII 1999


Pan Bazyli Chominstarannie wygolonypo staroświecku szarmanckiwobec swoich kobietskupioną gromadkąobsiadających go co dzieńhojny dla wnuczekłaskawy dla córekserdeczny wobec żony i sióstrzażenowany do końcanieposłuszną fizjologiąi poplątaną biologiąuważaj ąco ugrzecznionyretro-pan z zasadamiz pidżamą w kostkęi elektryczną maszynką do goleniazagłuszającą monotonnyszept monitoraOdszedł pan Bazyli o godzinie 18.50przed spodziewaną wizytązatroskanych kobietpogrążonych w serdecznym żalu18 VII 1999


Szary wróbelkuz lipy naprzeciwkozwabiony kolorem groszkuścian szpitalnej saliufnie dziobiesz twardenieprzystępne szkło okienneNie witaminę znajdzieszani zabłąkaną muszkęTutaj przemieszcza sięwiecznośćsplątanymi nićmi przewodówWieczność i tajemnica trwanianie na koralik twego ciekawskiegooczka ani złaknionego nowychsmaków dziobkaWracaj do chłodu lipyi jej życiodajnych miodóww ten pogodny poraneknad wiszącym w przestrzenikolejowym mostem18 VII 1999


Panu DoktorowiJanuszowi GródeckiemuCzłowiek potrafiprzedłużyć życie drugiemuczłowiekowi0 dziesięć, piętnaście,dwadzieścia, trzydzieści lat.Posiadł Boską moc1 zamknął jąw stymulatorze serca.Zaiste:Bóg codziennie stwarza nasna obraz i podobieństwo swoje.18 Vit 1999


Pulsująca bieżnia(nad nią rozpiętatablica zdrowego żywienia)wydłużony krokbieg i trudpot i pędnic do zatrzymanianie do pokonanianie my programujemynie my decydujemynami kieruje bieżnianas pokonujenas wyrzucapulsująca bieżnia(w próbie wysiłkowej)18 VII 1999


Za oknemptak balansujena gałązcebada silę i słabośćliściajego trwałośći znikomośćWzmaga sięi opada nadzieja19 VII 1999


TąpnięcieCiśnienie 77/33 puls 31na skroni kropli się potramiona tną czarne płatypowietrzaw lustrze mgła pokrywamajak twarzyodlot w sztolniębez dnaodpływający sufitbradykardia,..17 VIII 1999


Panu DoktorowiWiesławowi KrólikowskiemuŚcieśnił się czas:obok rocznik 1952powyżej osiemdziesięciolatkadalej dziewięćdziesięciolatkai w tym sędziwym tledwumiesięczne bliźniakiMateusz i Damianoraz parotygodniowa Jadziana szczęście nie na tej saliAle to przenikający się światpacjentów lekarzy pielęgniarzyBiała torebka z banknotamiznika znad łóżka najstarszej Bronisławy(w jej imaginacji)i dzwon Hemingwayakiedy tylko nitroznika w czeluściach żyłyJak to wszystko scalićjak pojąć klimatw którym rodzi się pogoda zdrowiai zmierzch nadzieiSłowa nie oddadzą smakuświata szklanego akwariumoddziału nowejintensywnej terapiiuniwersyteckiego szpitalana Skawińskiej30 VIII 1999


Nie było ody do elektrody?No to proszę:Codziennie pięciuśredniowiecznych rycerzy(wprost ze sztychów Diirera)w pióropuszach:czerwonym, czarnym, białym,żółtym, zielonymzajmuje obronne szańce,obejmuje całodobowe wachty.Na każdy podejrzany szmerpodnoszą alarm,wzywają posiłki!Moje dzielne,mądre elektrody.6 IX 1999


[sinieje piękno datNa przykład poniższa:1999-09-09same dziewiątki!Tylko razna tysiąc lat!mamydziewiąty dzieńdziewiątego miesiącatysiąc dziewięćsetdziewięćdziesiątegodziewiątego roku.Przecież to czystaarytmetyczna poezjapełna wiekowego uroku!1 dożyłam jej!9 IX 1999


Proszę Państwa do...Właśnie, dokąd nas zapraszająpuste łóżka szpitalne:ciebie, mnie, nas, was?Kiedyś pyszne bogatym oprzyrządowaniem,mruczące elektronowym ciepłem baterii,zaopatrzone w elektroniczne czujnikidla palców dłoni(wskazują poziom tlenu w organizmie),służące ludziom spoczywającympod bandażami parametrów, proporcji,medykamentów wśród choinkowe błyskającychświatełekteraz stoją na korytarzupokryte seledynową mgiełką...Dokąd nas zapraszająpuste, szpitalne łóżka?10 IX 1999


LekarzeRówni bogomW ich dłoniachniejedenważy się losAle gdypacjent odchodzistają siębezbronni i bezradninajzwyczajniejpo ludzku12 IX ¡999


Ludzie w czernicieniem przesłaniająsłoneczną szklaną bielszpitalnego porankaCicho dziękująza wręczane papiery(akt zgonu w odpisach)Bez słowa przyjmująostateczny werdyktLudzie w czerni15 IX ¡999


1 wrześniaI płoną popiołyjuż raz spalonei cienie gęstniejąprzy warkocie werbliSpływają zewsządrazem z raną wrześniaprzywoływaneapelem poległych1962


Na wystawie poświecone/ pamięciKrzysztofa Kamila BaczyńskiegoI niebo pełne Barbarykiedy je ujrzećw półobrociecelnym strzałemrażonego ciaławirujejasna twarzw muślinie włosówbiałym weloniew czerni dymui żegna cięlotem gwiazdynagle gasnących oczuListopad 1984


W kolejną rocznicęśmierci Tadeuszu NowakaW brzasku księżycazapach koszonej łąkiNa ostrzu kosysamotny promyk tańczyw takt ostatniej serenadyidących na śmierćRomów7 VIII 1998


Pamięci Brala ZdzisławaWzgórze milczeniaukamienowanych ustsplecionych różańcem rąki umarłej nadzieiPełgają płomyki pamięciw szumie nagich gałęziusycha szeptostatnich liściopadłych na gróbotulają Twój wieczny senmój Braciszkuz południową twarząo uśmiechniętych oczachSpij spokojnie w ziemio kamienistym podłożuskażonej uranemTwojejwybranej ziemiobiecanej30 X 1998


Pamięci Adeli Kajtochów ejSpoczęłaś w bielitak bliskie; za życiakształt kruchego cieniawśród umierającego dniai wschodzącej nocyTwój bunt doczesnyuśmierzyłwieczny spokójAdelocóro JadwigiZmarła 29 października 1997w


Nie jestem biegław tajemnicach duchówGidze1Zielonym tatarakiemokryłaś polanęwysoko wzniosłaświeżę Babiloniispojrzałaś wokółz najwyższego szczytui rzekłaś do jaszczurkipełznącej wzdłuż ścieżki„nie mogę ci zapomniećże zostałaś gadem"Moja typiękna przyjaciółkow lesie tataraku(ma zieloną skórępowleczoną jadem)martwa naturow obrazie Vermeeraścięty słonecznikuna płótnie van Goghaarcydziełonaturyna pohybel śmiercitnącej ukośnie


i ciągleod nowaTy pozostanieszw świeżym tatarakuna obrazie Mistrzai w zalążkusłowa24 VII IW8IITo Ciebieżegnam Gigow ostatniejświętejgodzinie milczeniaTwoją siłęi pięknoWiemże nigdynie przeminąDopóki życiapamięci i trwania30 X 1998


UlPięć purpurowych różkażda oznacza dziesiątkęszczęśliwych (czasem nie) lati wróży..,jak zagospodarować łóżkoi znaleźć najwygodniejsząpozycjęby bez przeszkód oglądaćróżei ich zapachem wypełnić dzień27 VII 1997IVNie jestem biegław tajemnicach duchówNie mogę obudzić w tobienadziei na wiecznepośród nich bytowaniePrzypomnę ci tylkojak śliczne sąświeżo umyte włosydłońmi naszychjeszcze zdrowych córekJak ich lśniący błyskubarwia życiechoćby trwałozaledwie kilka oddechów.J X 1998


Świat luźnych kresekpełgających cienizanikających liniiczarnych pulsującychpunktówi mrocznych plamobumierający świata jeszczepełen barwzłotego brązupod ulewą deszczuczerni asfaltupod butami oponJesienny kwiatumierający światmartwiejący wiatrHospicjum. 15 X 1998VIWitraż na niebieskoubarwia kaplicęChrystus na krzyżuszeroko rozwarł ramionaniemo zachęcaby przekroczyć prógPod palmamiosiada spokój i cisza14 XI 1998


Jak cię pożegnaćlotna błyskawicociemniejąca gwiazdoMroźnoa ściany dygoczągorączkącierpienie rozsadza murya w korytarzuczysta ciszaza oknemciepło złotej chryzantemyIlo.spu.jum, ¡1 X I99HVIIIJeszcze dłoniemżą ciepłemJeszcze bólempoświadczasz istnienieTylko ściana milczeniasię zbliżaTylko ścianaosłania twój cieńTylko ścianaodsłania Jwój sennajdłuższy sen12 XI1998


IXKończysz swój biegpośród tataraków.Już spokojna i nieruchomaspoczniesz pod kamieniemjak wszyscy, którzyosierocili szlak.Tak długo oswajałaś sięz białą towarzyszkąaż ujęłaś ją pod ramięi pokonałaśgranicę istnienia.14 Xl 199H


Pamięci Mariana BrandysaWschodzi słońce nadróżanym klombemSrebrem jaśniejąTwoje gęste włosyBłękit rozbłysnąłw wyrazistych oczachUśmiech ozdobiłpomarszczoną twarzna widok dzieckapsa wiewiórki łasicyTeraz odpocznieszbo pokonałeś ostatnieokrążenie różanego klombu(zwane „brandysem")w oborskim parkuI znalazłeś przyjaciółpośród szwoleżerów28X1 1998


Pamięci Wiesława PiotrowskiegoW narożniku podwórkapamięcią rozkwita wiśniaBielą pokrywakubty odpadówi rozświetla wspomnieniesamotnego człowieka0 gasnących oczachTo On ocaliłmaleńką pestkęprzed nicościąOkrył jąciepłem ziemi1 użyźniłwilgocią wodyOdpowiedziała wdzięcznościąi po raz pierwszy zakwitłagdy przedwcześnieżegnał światTeraz rokroczniewita wiosnęzawieją kwiatówi misterną feeriągałązek zieleniCiągle na nowo ożywiazanikającą w przeszłościpostać ogrodnikaKwiecień 1999


Wspomnienie o Zofii Nawloczance* * *Niebieski barwinekpod osłoną płotuNiebieskie oczynad dzierganym lnempszeniczna jasnośćnad zmarszczonym czołemi sen o locieku niebieskim dniomI ten dziewczęcydźwięczny glosGłos pełen ciepłai czułości ciekawyświataludziprzyjazny trawom i kwiatomDo końca mężny i pełen nadzieichoć w cieniu cierpienia zrodzonyprzecieżtak bliski ludzi24 V 1999


Małgosi Januszczak w kolejną rocznicą odejściaTo Tymaty, kruchy wróbelkusanocki przewodnikuobudziłaś miłośćktóra dotrwałado samego końcaW męskich dłoniachgdy przenosiłyniknącą w oczach postaćW wargachgdy ciepłem dotykałygłowy ledwie pokrytejpergaminem skóryW błękicie oczugdy dodawały Ci siłw mroźnym tchnieniuprzeznaczeniai sprawiły że samanapisałaś lakoniczneepitafium:Tu spoczywa Małgorzata.Żyła krótkoi szczęśliwie.29 V ¡999


Bazyiemu ChominowiZiemski kosmonautapod piramidąbłyskających żarówekodlicza czas oddechemi prosiprzykryjcie mnieciepłym kocemznowu dreszcze15 VII ¡999


Pamięci Władysława HasioraI wreszciezaśpiewa wiatrw anielskich skrzydłachi góralskaMater Dolorosadłonią przesłoniposzarzałe czołoA na halachzakwitną krokusyskalną melodiąpieśniąku czci Hasiorapiewcy kamienia i drzewa24 VII 1999


Na wiadomośćo śmierci Jerzego HarasymowiczaMiną! wędrówki czasNie ma Cię wśród nasOdszedłeś skrajem połoninyna góry wierzchołek miłejpachnący sosnąi jałowcemw każda nadchodzącą wiosnę


Bieszczadzki tryptyk pożegnalnyJerzemu HarasymowiczowiIBieszczadzki święty Onufrykrąży wśród połoninzbiera pośród dębówdojrzale borówkisiwą głowę stroi w złotawe rydzykina mchu znaczyczarcie rożna zapomniane.Na zielonej ścianierysuje paluszkitak dawno widzianeprzecież w moją pamięćna zawsze wpisaneIIZawsze wędrowałeśśladami czeremchyi rudawe prętychowałeś w kieszeniAby nie zabiłyśmigłego zającai abyś mógł chwalićjaskółek tysiąceI milknie las czarnynad pochyłą sosnąBłyśnie w niej twoje


spojrzenie przekornegdy zawitam tu wiosnąŚpij Jurku spokojniepośród twego lasuTu cię nie dosięgnąciosy Twego czasu.IIIWieją wichry nad wierzchołkamiZ koronnych boru kołpakówzwiewają srebrzysty pylNad mgłami dolinw zakola jarów i debrzopada ciało i krewPierwszego Księciaz książąt tych ziemHarasymowski sen lirycznyhaftowanyw czerwono-czarno--złote krzyżykiżałobny bieszczadzkitrenKraków. 24 VIII 1999


Najpierw kwiliłajak dziecko przezcały dzień,cala noc:wzywała pomocy,czekała na litość,błagała o miłość?A potem9 IX 1999 wyrwaławszystkie wkłucia,zerwałaopatrunki...Z trudem przywrócona życiuzrobiła to jeszcze raz:pięć dziewiątekw języku komputerowymoznacza koniec programu!Genowefa L.zmarła w nocy z 9/10 września 199910 IX 1999


Gałązkę białego bzukładę na Twej pościeliPrzyjacieluZnam Cię niewiele dmPrzybyłeśgdy moje łóżkowyjeżdżało ze skropionej krwiąsterylnej niklowo-szklanej windy(przypadkiem przecięta nitka kablaz lekiem)do której wtaczał sięTwój wózekPo powrocie z badańrozpoczął się milczący dramatkrzepliwościPod respiratoremw zielonej zawieruszekabli przewodówpośród zręcznych zabiegówsamarytańskich rąkszarzałeś i nikłeśTylko sporadyczny kapłański gesttylko nikłe zapiski na kartkachoznaczały życieOdpoczywaj teraz spokojniepod gałązką bzuKs. Janusz Dy Iowie: zmarł 10 IX 1999II IX 1999


Nie mogę zapełnićpustych lukpo tych, którzy odeszli.Pamięć ich twarzybarwy głosunie zastąpi słów,które mogliby wypowiedzieća nie znam innej możliwościwzajemnego dialogu i przekazuwartości.Niekiedy luki zapełnia muzykazwłaszcza preludia.Nimi muzycy żegnają życie,my możemy tylko słuchać.Do radiowej skrzynkiogranicza się ostatniomój słuchoświat.4X1998


Wolność czy miłość 0Na to pytanieinaczej odpowie więzieńa inaczejsterroryzowany małżonek16 IX 1997


Jeśli niczegonie oczekujeszod bliźniego -każdy okruchżyczliwościprzyjmieszz najgłębsząwdzięcznością


Najtrudniejoswoić strachCiągle unosi nade rnnąrozwarte ramiona


jeśli coś liczy sięw naszych pracachliterackichto tylko prawdaprzeżycia// XI I


Dobra minado zlej grykończy się najczęściej- grymasem


Pamięć jak wino- wietrzeje.


Dylemat po odejściuszpitalnego sąsiada:pozostają warianty dwa,Albo smucić sięalbo cieszyć,że to nie ja.18 VII 1999


Pozycja mędrca:siedzi i wzdychaZmienia mu się tylkomimika9 IX 1999


Życiegwiazdka z niebatak bardzo upragnionaa przecieżnigdy nie spoczniew twoich ramionach


Najbardziej dotkliwyz momentu na momentstaje siębrak oddechu//IX 1999


łSpis treściEryk Ostrowski: Struktura kryształu3Rozważania** ł i! w czym) ' 'Szelest pamięciKropla milczenia ' - 1(Imię Róży)Motyw cygańskiKochajmy komary*** (Milo było usłyszeć)Majówka 20ł* (Zamawiam w tę noc) 21*•** (Jakże daleko)Podró/ w tobołach 23Do dziewczyny sięgającej po czarkę szampana 24Symptom naszych czasów 25Złączone oddechy 26*** (Osamotnienie) 27Wspomnieniowa ballada 28*** (W malinowym chruśniaku i 3 '*** (Gałązka wiśni) -2*** (Z zapachem sosny) 33*** (Poeta wobec czasu)*»* (Wolność?)Z pytań bez odpowiedzi.. 36Zaduma 37**" (Może jeszcze dziś) 38*** (Zostanie po mnie) 39Ariel*** (Jak wiele w nas)*** (Drzewko sentymentem)*** (A najciekawsza)'21 5'' ^2 2j 43 54 04 2434 4


*** (Wpadnę kroplą)*** (Jak wchłonąć czerń)*** (Tyle milionów)*** (Kiedy myślę)*** (Zalśniłeś nagle)*** (1 nagle)*** (Płaszczka-płaczka)*** (To wasz świat)Wolność i miłość*** (Był maj...)*** (Dzielę się z tobą)*** (Słychać śmierć)ł t* (Czym poezja'.')*** (W prostokącie balkonu)Niespodziewany upadek*** (Ominęła nas)*** (A gołąb Hanny)*** (Szczęśliwy)*** (Mucha walczy o przetrwanie)*** (Na ulicy Floriańskiej)*** (Życie — gwiazdka z nieba)*** (Biel postaci)W grobowcu Tutenchamona*** (Ręka Ojca)*** (Wiatr jodłowego drzewa)*** (Przez cały dzień)"** (Liście szukają)*** (Czy to ważne)*** (Pogrążona w lepkim skwarze)*** (Czy czternastolatka może się na nie powołać?)*** (Spotkanie z Ozyrysem)*** (Filozofia znaków i symboli)*** (Tylko moment)*** (Pragnienie)*** (Życie jak klinga)*** (Dlaczego o północy)Po nabożeństwie ekumenicznym*** (Powroty ku tradycji)


*** (Czy znicz)*** (W tę noc)*** (Słowa krążą fruwają)**" (Każda książka mówi)*»* (1 kropla po kropli)*** (Tylko piękno)Notatnik szpitalny*** (Z kim się podzielić)*»* (Bezpieczne ciepło)*** (Uszczęśliwię: Thanatosa)SenDłoń*** (Każcie kolejne spotkanie ze śmiercią)*** (Pani Drozd)W pewnej sali*** (Miejsce żywych)*** (Zielonym wiatrem)*** (Nad łóżkiem Ewy)Śmierć artysty*** (Dziękujemy za wspólną)*** (Ona tańczyła cala noc)*** (Zapulsowaty w kątku)*** (Oto Baranek Boży)*** (Pan Bazyli Chomin)*** (Szary wróbelku)*** (Człowiek potrafi)*** (Pulsująca bieżnia)*** (Za oknem)Tąpnięcie*** (Ścieśnił się czas)*** (Nie było ody do elektrody?)*** (Istnieje piękno dat)•** (Proszę Państwa do...)Lekarze*** (Ludzie w czerni)


PożegnaniaPożegnanie1 września*** (1 niebo pełne Barbary)»** (W brzasku księżyca)*** (Wzgórze milczenia)*** (Spoczęłaś w bieli)Nie jestem biegła w tajemnicach duchów*** (Wschodzi słońce nad)*** (W narożniku podwórka)*** (Niebieski barwinek)***(ToTy)*** (Ziemski kosmonauta)*** (I wreszcie)*** (Minął wędrówki czas)Bieszczadzki tryptyk pożegnalny*** (Najpierw kwiliła)*** (Gałązkę białego bzu)*** (Nie mogę zapełnić)Zdania1 2 91 3 01 3 11 5 21 3 31 3 9, 4 , )1A 1l 4~14}1 4 4, 4 ?1 4 61 4 81 4 91 5 01 5 1

More magazines by this user
Similar magazines