Views
3 months ago

1_Patron_chorych

S. Klara Jaroszyńska FSK PATRON CHORYCH1 (Notatki z konferencji dla Chorych) Księdza Aleksandra Fedorowicza można chyba uważać za szczególnego patrona chorych. Od dzieciństwa chorował na gruźlicę, a przez ostatnich sześć lat życia na chorobę nowotworową. W całym jego życiu były ciężkie cierpienia, były okresy zagrożenia życia, częste pobyty w szpitalu, ciężkie konanie. Jednego tylko w jego życiu nie było — nie był nigdy nieszczęśliwy. W ostatnim swoim wyznaniu — pisanym już ręką, która z trudem trzymała ołówek — pisał: „Bóg jest niezmiernie dobry, że nie odebrał mi modlitwy. Często nie dbałem o Niego, ale On mi zawsze towarzyszył, oby był równie cierpliwy do końca. Na ulicy, w lesie, w polu, wśród zboża jest ze mną. Kiedy piszę to, jest ze mną. Czuję szczęście w sercu“. Tajemnicę szczęścia, które można zachować nawet w cierpieniu, usiłował przekazać najbliższym swoim przyjaciołom — Chorym. Pisał dla nich, mówił, opiekował i interesował się nimi. Zostawił artykuły, notatki, konferencje przeznaczone dla chorych. Wiele osób pamięta jego słowa, notowało je czasem. Taką jedną notatkę, zapisaną przez kogoś słuchającego jego słów, podajemy w tym brzmieniu, jak w pamięci i zapiskach tej osoby pozostała. „Mam mieć trudną naukę, mam mówić o takich rzeczach, o których mówić muszę, a właściwie nie mogę. Jakie ja mam prawo mówić choremu, cierpiącemu — jak ty masz żyć? Ta nauka będzie i dla mnie, i dla was trudna. Zastanawiam się nad tym, jak to zrobić. Człowiek przykuty do łóżka może przynieść Bogu i Kościołowi więcej korzyści niż zdrowy. Jak to życie powinno wyglądać, aby było najbliższe Boga, ideału chrześcijańskiego? Myślę tak: musicie ocenić wartość drobnych rzeczy. Wartość duchowa tego, co się robi, nie zależy od tego, co robię, tylko ile wkładam w to miłości. Bo miłość to jest jedyna wartość nieprzemijająca! Wszystkie zewnętrzne dzieła w proch się rozsypują, a miłość zostaje. Nie ma reguły dla wszystkich, bo to zależy od możliwości, od warunków, ale dla każdego ważne jest pamiętać, że zupełnie drobniutkie rzeczy, jakieś małe, dobre słowo, dowód pamięci, uśmiech — zapewniam was — że ma wartość przed Bogiem i wartość dla waszych dusz. [...] Cierpiący mimo woli jest zwrócony do siebie, skoncentrowany na sobie. Ja nie mogę iść... ja nie mogę spać... Więc wysiłek musi iść po tej linii, żeby zauważyć drugiego człowieka, żeby myśli swojej powiedzieć: I ten człowiek cierpi! [...] Może się zjawić u nas poczucie, że »jestem ciężarem«. Przykro, bo w domu jest ciężko, a ja nie mogę zarobić, muszą mnie umyć, ubrać, staję się ciężarem. Jak sobie z tym poradzić? Jak to rozwiązać? Takie błędne koło. Na ogół w każdej rodzinie ludzie się kochają. Jeżeli jest w niej człowiek cierpiący — to musi być przykro. Jestem chory — to Bóg tak chce. Na pewno nikt z was nie pomyśli, gdy zachoruje matka czy brat, że to ciężar — bo to zwyczajny, prosty obowiązek rodzinny, że jeden drugiemu pomaga. Zwyczaj na sprawa, to nie miłosierdzie. I dla twoich bliskich twoja choroba jest zwyczajną sprawą. Możesz mu pomóc — modlitwą, uśmiechem. Trzeba wyzbyć się tego kompleksu: »jestem ciężarem«. W pewnej rodzinie była młoda dziewczyna, która miała bezwład nóg przez wiele lat. Gdy umarła, widziałem, jak wielka była rozpacz rodziców. Czy była ciężarem, jeżeli tak