Lamalo 2-2019

Sadyk

Katarzyna Winiarska


andrzej

leder

P

O

D

R

Ó

Ż

Żeby podróż była podróżą, musi być podróżą w

nieznane. Mnie zdarza się to głównie wtedy, gdy

wyruszam w podróż wewnętrzną. Sądzę bowiem,

że podróż w rzeczywistym świecie zwykle jest

przesuwaniem się od znanego do znanego, z krótkimi

momentami przebywania w prawie nieznanym.

Ale też trochę znanym. Niby dopływam do nieznanego

portu, ale dźwigi jak w Gdyni.

Zilustruję to obrazem. Chodzi mi on po głowie od

czasu, kiedy umówiłem się z redaktorem, że napiszę

o podróży. Ogromne drzewo, bezlistne. Ogromne;

drzewo-świat. W jego konarach, białych, o gładkiej

korze, a może skórze, chodzi człowiek. Podobny

do małego księcia, więc raczej dziecko, raczej też

płci męskiej. Swobodnie może stąpać po gałęziach,

które tworzą jakby ścieżki, rozgałęziają się, przeplatają,

choć nigdy nie łączą. Drzewo-świat widziane

z perspektywy wędrującego jest plątaniną

białych, trochę fluoryzujących gałęzi, rozbiegających

się, coraz cieńszych i coraz liczniejszych, zatopionych

w jasnym, słonecznym świetle. On idzie

swobodnie po dość grubym konarze, może skręcić

na trochę cieńszy…

To podróż w tym, co znane.

Port lotniczy, bramki bezpieczeństwa, umiarkowanie

uprzejmy służbista objeżdża mnie piszczącym

przedmiotem, który – jak zwykle – pokazuje, że

zapomniałem wyjąć z kieszeni monetę, łańcuszek,

spinacz, coś tam jeszcze. Znane. Ma twarz różową, z

niebieskimi oczyma albo brązową, z wytatuowanymi

znakami przynależności. Ta brązowa – nieznana,

nie wiem, do czego przynależy. Ale wyraz tych

twarzy – znany. Niezadowolone raczej, że zawracanie

głowy z tymi monetami, łańcuszkami i spinaczami.

A jeden każe mi też odłożyć kartę pokładową,

choć ta nie piszczy, gdy zbliża do niej piszczący

przedmiot. A jednak pyta o nią i prosi, żeby włożyć

do koszyka. To się gdzie indziej nie zdarza. Ale zaraz

po znalezieniu monety, łańcuszka, spinacza i uznaniu

mnie za osobę bezpieczną stempluje tę kartę, a

stemplowanie jest przecież znane, znane, znane.

Wędrowiec lekko stąpa po konarach, a czasem

przeskakuje na inny. Ten krótki moment zawieszenia

w nicości jest przyjemny – można nie być – ale

po chwili znowu idzie się po białej, lekko uginającej

się pod stopami korze ku zwężającym się gałęziom,

by po chwili znowu gdzieś przeskoczyć.

Podróże wewnętrzne robią jednak coś niemożliwego.

Jakby to opowiedzieć?

Wędruje więc ten wędrowiec – niewielki i raczej nie

dorosły – a wokół siebie ma plątaninę jasnych

gałęzi, gałązek, pędów i z nagła wyłaniających się w

plątaninie grubych konarów, które wiodą donikąd.

A wszystko pokryte tą białą, ciepłą, miękką korą.

I właściwie nie ma ruchu. Gdziekolwiek pójdzie, w

którąkolwiek stronę się zwróci, jego stopy stąpać

będą po tej korze, ręce balansować w poszukiwaniu

równowagi, a głowa sterczeć i wypatrywać szlaku.

Nawet jak skoczy, to zaraz wyląduje na czymś

zupełnie podobnym do tego, od czego się odbił.

Więc zatrzymuje się. I tu zaczyna się podróż

wewnętrzna. Stoi na konarze, a wokół, gdziekolwiek

spojrzy: gałąź, pędy, plątanina… Na takim jak po

prawej już był, na tym po lewej – nieraz, w górze na

skos – też. Ale nagle, tam gdzie właściwie nie ma już

żadnego miejsca, bo wszędzie coś wyrasta; właśnie

dlatego że nie ma miejsca i być nie może, zaczyna

się tworzyć przestrzeń, prześwit, pustka. Rozszerza

się, rozpędza kaskadą, a w niej świeci słońce. To

niemożliwe, bo przecież każdy z wymiarów trójwy-


miarowej przestrzeni – północ, północ, zachód albo

zachód, zachód, południe, albo prosto nad głową i

nawet trochę w lewo – jest zarośnięty, coś tam już

jest, jakieś białe z cieniem, przemykające się i

podłużne, więc nie ma miejsca, gdzie byłoby miejsce,

ale właśnie w tym najgęstszym miejscu, przez

to właśnie, że to niemożliwe, tworzy się miejsce na

skok, a w skoku nie trzeba już mieć stóp na dole, a

głowy na górze, a dłonie mogą znaleźć się tam,

gdzie nie sięgają… Za skokiem zaś natychmiast

wyrasta pęd drzewa, pędzi, zamienia się w gałązkę…

Więc można skakać bardzo szybko, w zupełnie

nieznane, bo pędy jednak cały czas dorastają, są

cienkie, ale pokryte tą białą korą, której stopy dotykają

z taką przyjemnością. Czasem pojawi się

nawet biały liść, albo kilka. Nigdzie indziej liści nie

ma, przypominam.

„Kto chodzi na głowie, moi Państwo – kto chodzi na

głowie, ten ma pod sobą niebo jako otchłań.”

Właściwie nie wiem, czy podróże w świecie rzeczywistym

i wewnętrznym różnią się tak bardzo. Ostatecznie

zawsze jest lądowanie na białej, miękkiej

korze, która przytula podeszwy stóp. A jednak…

Siedzi się na betonowym nadbrzeżu, w jakimś południowym

miasteczku, w słońcu, upale, poniżej zaś

granatowe morze tłucze się o falochron. Ma przypłynąć

prom. Taki na trzydzieści samochodów.

Przypłynie? Nie przypłynie? Można siedzieć i

czekać. To właściwie podróż w swej esencji. Bo

prom jednak pewnie przypłynie i będziemy gdzieś

zmierzać, gdzie jeszcze nas nie było, zresztą samo

ustawianie samochodu na promie zawsze jest

podróżą w nieznane…

Ale jeszcze nie przypłynął. Siedzę na plecaku i

zaczynam wędrować do wewnątrz. Drzewo się

rozwija, konary kłębią, coraz gęściej, biała kora i

światło, inne niż ten śródziemnomorski, słoneczny

wodospad. Miększe. I wędrowiec, który nie może się

zatrzymać, skacze z gałęzi na gałąź, cały czas w

znanym, aż nagle na chwilę zamiera, a w miejscu

niemożliwym otwiera się najpierw szczelina, a

potem kaskada, ma pod sobą niebo jako otchłań. Na

chwilę.

Syrena ryczy. Podpływa prom. Trap z hukiem wali o

beton nadbrzeża. Trzeba będzie ostrożnie wjechać

na pokład.

justyna dąbrowska

REISEFIEBER

Pytasz, jak się czuję?

Ostatniego dnia przed podróżą zwykle bardzo się

denerwuję. Zdarza się, że nie mogę zasnąć. Wstaję,

zapalam światło, jeszcze raz sprawdzam, czy mam

w torbie wszystko, co będzie potrzebne. Włączam

komputer, ponownie czytam adres, przyglądam się

drodze.

Jak się przygotowuję?

Na kilka dni przed tym wszystkim dużo czytam.

Robię notatki z tych lektur, ale zapisuję tylko to, co

mnie poruszyło. Jeśli coś drgnęło, zarezonowało,

jeśli mnie wzruszyło albo wkurzyło – wyrzucam to

na papier. Mam specjalny podróżny notesik, w który

kładę pisane maczkiem zdania, słowa, hasła, znaki

zapytania.

Przygotowując się do podróży, odkładam na bok

wszystkie inne sprawy. Nie chcę się rozpraszać,

wypuszczać z siebie tego rozwibrowania, rozwrażliwienia,

rozgorączkowania.

Czy przedtem rozmawiam z ludźmi?

Nie. Nie pytam innych o ich doświadczenia, nie

plotkuję, nie sprawdzam. Nie mogę z nikim rozmawiać

o moich planach, marzeniach, oczekiwaniach.

Niech to sobie tam siedzi we mnie i czeka na to, co

się wydarzy.

Co biorę ze sobą?

Niewiele. Żeby wszystko się udało, żeby przyszło

spełnienie, musi być we mnie ciekawość. Bez tego

się nie da. To nie może być delegacja – z dietami,

zadaniami, zwrotem kosztów. Delegacje to zmarnowany

czas. Podróżuję tylko tam, dokąd mnie gna i

szukam tego, czego nie znajduję w domu, czego nie

mam w sobie, czego mi brakuje.

I co dalej?

Wstaję rano. Raz jeszcze sprawdzam, czy wszystko

jest na miejscu. Wsiadam do auta, jadę. Miejsce

docelowe to zwykle małe mieszkanie, czasem w

kamienicy, rzadziej w domku. Przytulnie, pełno

książek, płyt, kwiatów. Prawie zawsze gdzieś tyka

zegar.

Siadam przy stole. Zwykle czekają na mnie ciastka,

herbata.

Patrzę w młode, roziskrzone oczy i na ręce, które

pamiętają wojnę.

Włączam dyktafon.


alex grynberg

Byłem

ostatnio w Izraelu. Taka wycieczka należy

się podobno każdemu Żydowi z „prawa urodzenia”.

To trochę tak, jakby każdy, kto może udowodnić

polskie pochodzenie, miał możliwość darmowego

wyjazdu śladem przodków przez polską ziemię.

Warto uściślić, że w tym wypadku biurem podróży i

autorem programu wycieczki byliby politycy Prawa

i Sprawiedliwości z sekcji polityki historycznej.

Decydując się na taki wyjazd, trudno byłoby dziwić

się, że niektóre wątki z historii Polski są przez przewodnika

pomijane, a niektóre przesadnie eksponowane.

Tak było na mojej wycieczce. Wiedzieć to

jedno, a uczestniczyć, zobaczyć w praktyce i móc

podziwiać kunszt organizatorów, to zupełnie inna

rzecz.

Zaraz po maturze chciałem pojechać na taki

wyjazd, ale wtedy tata mi zabronił. Powiedział, że

sam zapłaci za bilety, żebym nie musiał słuchać tej

propagandy. I rzeczywiście

wyszło mi na

dobre, bo na taki wyjazd

można pojechać tylko

raz, a przyznam, że

pojechać na wycieczkę

szkolną w charakterze

ucznia w wieku lat

trzydziestu, to bardzo

ciekawe doświadczenie.

W mojej grupie było

pięciu Dawidów, taka to

była wycieczka. Jeden

z nich, łysy i niski, nosił

buty z czubem i szybkie

okulary. Złapaliśmy

wspólny język, mimo że

jego angielski nie był

najlepszy. Dawid miał

dar do ludzi i z każdym

umiał się dogadać. Gdy

brakowało mu słów,

posiłkował się google

translate lub językiem

migowym. Pochodził z

małego węgierskiego

miasta, gdzie cała

społeczność żydowska

to tylko kilkadziesiąt osób, głównie starych,

młodzi wyjechali. Dawid też poważnie o tym myśli,

atmosfera w jego kraju robi się mało przyjemna, a

faszyści rosną w siłę.

Na początku był podekscytowany, cieszył się, że

wreszcie przyjechał do Izraela. Dobrze się bawił i

bardzo doceniał poczucie humoru w naszej grupie.

Faktycznie żarty, które nadlatywały z prawa i lewa,

były prima sort. Dawid dzielił się z nami wszystkim.

Podczas zajęć integracyjnych, mimo że ledwo się

znaliśmy, opowiedział o rozmowie z mamą, której

wyznał, że ją kocha i że się przytulili, i że to dla

niego ważne, bo to już rok, jak mama nie pije.

Dość szybko zawiązała się wśród moich nowych

kolegów „krytyczna grupa”, która bacznie czuwała,

czy nasz przewodnik tylko nagina prawdę, czy

jednak dopuszcza się kłamstw lub ostentacyjnie

pomija kluczowe sprawy. Dawid był członkiem tej

grupy i od pierwszych dni stał się dla mnie papierkiem

lakmusowym wszelkich prób indoktrynacji,

której dopuszczał się organizator.

Kiedy nasz autobus przekroczył granicę Izraela i

terytoriów okupowanych, przewodnik powiedział

tylko, że wjechaliśmy właśnie do biblijnej krainy

Judei i Samarii. Gdyby nie pytania o to, czemu nie

przechodzą mu przez gardło terminy takie jak

Zachodni Brzeg lub Palestyna, część uczestników

mogłaby się nawet nie zorientować, że właśnie

przeskoczyliśmy nad kluczowym dla Bliskiego

Wschodu zagadnieniem.

Komentarz Dawida: Jak ktoś jest zdolny do małych

kłamstewek, to duże kłamstwa też nie stanowią

dla niego problemu.

Zamiast wpisanej do programu dyskusji o współczesnej

historii Izraela, prowadzący zmienił

formułę, podzielił nas na grupy i prosił o zaprezentowanie

wybranych zagadnień w formie, którą

nam następnie zaproponował. Mnie przypadło w

udziale tańczenie na temat traktatów pokojowych

z Jordanią.

– Nie chcą odpowiadać na nasze pytania, nie

traktują nas poważnie. Chcą tylko, żebyśmy poszli

do wojska albo robili dzieci, które pójdą do wojska

– Dawid wzruszył ramionami.

Dawid palił Davidoffy, chyba że był zdenerwowany,

to wtedy palił długie czerwone Marlboro. Im dłużej

słuchał przewodnika, tym rzadziej widziałem go z

tymi pierwszymi. I tym smutniejsze miał oczy.

Mimo że wszyscy mieszkamy w Europie, do Izraela

pojechaliśmy tak, jak się idzie obejrzeć mieszkanie,

w którym planuje się zamieszkać – taki jest

koncept tej wycieczki. Nasz przewodnik, jak zawodowy

akwizytor, zachwalał Izrael. Parę razy wymsknęło

mu się, że jeśli się zdecydujemy na aliję, to

on dostanie finansowy bonus.

Kiedy skończyliśmy oglądać Pomnik Pamięci

Dzieci – Ofiar Holokaustu, który jest ostatnim

punktem zwiedzania muzeum Yad Vashem – przewodnik

przypomniał, że gdybyśmy się zdecydowali

osiąść w Kraju, to ma od tego procent, zatem

gorąco namawia. Ten refren powracał wiele razy,

choć mam nadzieję, że prawdy w nim za grosz nie

nie ma.

Wszyscy wiedzą, że najlepszą pizzę można zjeść

we Włoszech. Gdyby się ktoś jednak zastanawiał,

gdzie podają tę najmniej smaczną, to mam mocnego

kandydata. Nasza była tak niesmaczna, że

nawet nie trzeba było jej jeść, żeby to zrozumieć.

Dostaliśmy ją przy głównym wejściu do muzeum –

Yad Vashem pizza, można by rzec. Sterta pudełek z

pizzą była tak wysoka, że przewodnikowi aż się

pod nimi uginały nogi.

– Życie po Holokauście toczy się dalej czy jedynie

głupota i brak taktu? – zagadnął smutny Dawid.

Mój dziadek zawsze powtarzał, że syjonista to taki

Żyd, który za pieniądze drugiego Żyda wysyła

trzeciego Żyda do Izraela. Przypomniałem sobie to

porzekadło, kiedy zwiedzaliśmy Centrum Innowacji

– siedzibę główną organizatora wycieczki.

Mieliśmy wysłuchać wykładu, który usystematyzuje

naszą wiedzę i jeszcze raz spróbuje nakłonić

do aliji.

– Jesteśmy Żydami,

porozmawiajmy o

pieniądzach – usłyszeliśmy

od podekscytowanej

prowadzącej,

która tłumaczyła nam

sukces izraelskich

start-upów oraz

rozkładała żydowski

geniusz na czynniki

pierwsze. Żydzi zawsze

kwestionują zastaną

rzeczywistość, cechują

się krytycznym,

nieszablonowym

myśleniem, stąd np.

dzieła Spinozy, Freuda i

Einsteina. Ale ten

geniusz ma jeszcze

jeden ważny element –

z którego wykładowczyni

zdawała się być

najbardziej dumna – to

hucpa. Każdy Izraelczyk

wie, że bez tego

ani rusz.

Takiej lub podobnej

prezentacji wysłuchało

już prawie 700 tysięcy osób, które wzięły udział w

programie od początku jego istnienia. Ile z nich

wyemigrowało? Mnie bardziej zastanawia, ile

krytycznych artykułów zostało napisanych przez

jego uczestników. Najbardziej czekam na artykuł

Dawida.

– Naprawdę rozważałem przeprowadzkę do

Izraela, ale ta wycieczka wszystko zmieniła. Teraz

poważnie myślę o Kanadzie – powiedział Dawid po

wizycie w centrali.

Kiedy poszliśmy na pożegnalny spacer, Dawid

bardzo chciał kupić marihuanę na swoje skołatane

nerwy. Ktoś mu wytłumaczył, że jest aplikacja,

która rozwiąże jego problem. Wystarczy sfotografować

banknot, wpisać adres i diler przyjeżdża z

zamówieniem.

– I to jest prawdziwy start-up! – rozpromienił się

Dawid.


monika sznajderman

Cóż, nie będę udawać – tyle lat udawałam, czas

z tym skończyć wreszcie – podróże to dla mnie

udręka. Napełniają mnie drżeniem i trwogą, powrót

do domu wydaje się niemożliwy – z całą pewnością

zgubię paszport i ten świstek, który dali na granicy i

surowo nakazali zwrócić przy wyjeździe – a jego

opuszczenie jest pozbawionym szans na łaskę

wyrokiem dożywocia.

Nie podróżuje się bowiem bezkarnie.

Dlatego postanowiłam napisać tę książkę.

Żebym nie musiała nigdzie jeździć. Żebym na pytanie,

czy pojadę na Syberię (Wyspy Kanaryjskie,

Zanzibar, Cejlon, do Maroka, Mongolii i Katowic

nawet), mogła z czystym sumieniem odpowiedzieć:

Nie, to niemożliwe, przecież piszę książkę. Żeby nie

trzeba było pakować plecaków i waliz (suwak

znowu zepsuty, plecak brudny lub komuś pożyczony)

ani kupować biletów na pociąg, samolot i prom.

Żeby nie trzeba było biegać do apteki po szczepionki

na żółtą febrę, dur brzuszny, cholerę, po antytoksyny

i anatoksyny – broń na laseczki, maczugowce

i wężowe jady – po maści na skaleczenia i na

alergię, po lekarstwa na biegunkę i zapalenie płuc,

na wszystkie tajemnicze grzyby i bakterie, które,

jak tylko postawię stopę na ich lądzie, gotowe są

wyruszyć na zwiadowczą wyprawę, a potem podbić

dziewiczy kontynent mojego ciała. Żebym nie

musiała o wszystkim pamiętać, o niczym nie zapomnieć:

dokumentach, zezwoleniach, zaświadczeniach,

pismach, stemplach, pieczęciach, pieczątkach,

ładowarkach, przejściówkach, ubezpieczeniach

wreszcie. Żebym nie musiała najpierw

nadrabiać, a potem, gdy przypadkiem jednak

wrócę, odrabiać. Żeby na biurku nie piętrzyły się

sterty korespondencji, a skrzynka pocztowa nie

pęczniała od maili niczym zalana wodą fasola.

Żebym przed każdym wyjazdem nie musiała wykonywać

wszystkich tych absolutnie koniecznych

telefonów i zamęczać bliskich radami na wypadek

wybuchu piecyka gazowego i wybuchu wojny, co

dawać do jedzenia psom (telefon do weterynarza

wisi na drzwiach lodówki), co robić, jak wysiądzie

prąd (telefon do energetyki wisi obok tego do weterynarza),

co kupić na imieniny cioci i jakie załatwić

wizy – na wszelki wypadek, on i tak prędzej czy

później nadejdzie. Żebym nie musiała spisywać

wciąż nowych testamentów, za każdym razem

żegnając się na zawsze.

Tak sobie przynajmniej myślałam, kiedy postanowiłam

napisać tę książkę.

I jeszcze że w ten sposób osiągnę spokój doskonały.

Że znieruchomieję, będę jak kamień i jak Słońce, i to

świat będzie podróżował wokół mnie, a nie ja wokół

świata. Że nie będę ścigała czasu, przeciwnie – on

będzie na mnie zawsze czekał. Spokojny jak Ocean

Spokojny, czas zawsze będzie miał dla mnie czas.

Dzięki temu nie będę się też starzeć. Podróżować to

żyć po dwakroć, jest takie powiedzenie. Dla mnie

jedyną strategią przetrwania jest pozostanie w

miejscu.

To się pewnie inaczej nazywa neuroza. Albo –

psychiatrzy lubią to pojęcie – lęk uogólniony.

Co to za lęk i co to za neuroza, co to za pewność,

skąd się ona bierze, że każdy wyjazd, choćby do

Radomia, jest tym ostatnim, w jedną tylko stronę?

Że pociąg to tak naprawdę nie jest pociąg, lecz

barka błędnego podróżnika, Kafkowskiego myśliwego

Grakchusa, dzięki „fałszywemu obrotowi

steru, chwili nieuwagi przewoźnika” skazana na

wieczną wędrówkę? Że samolot to tak naprawdę

nie jest samolot, lecz łódź Charona przewożąca

przez podniebny Styks? A w dole ciemność, ruiny i

zgliszcza, duchy i pustka, śmierć. Jerzy Jedlicki

powiedział w rozmowie z Justyną Dąbrowską tak:

„Mam szczęście, że właściwie całe życie, oprócz

trzech lat powojennych, mieszkałem w jednym

mieście. I większość moich znajomych całe życie

spędziło w Warszawie. Albo się tu, jak ja, urodzili,

albo przyszli skądś do tej Warszawy i zostali”.

Ja również myślę, że to szczęście. Dlatego postanowiłam

napisać tę książkę.

Bo chciałam pokazać miejsce, przez które przepływali

ludzie, w którym kipiała historia, a ono mimo to

trwało i trwa nadal, w swojej „miejscowości”

niezmienne. Przecinają je drogi, które pamiętają

stopy pierwszych mieszkańców, prowadzą przez

nie szlaki, które kiedyś wydeptali oni, zaś głęboko

pod ziemią, dokładnie z nią zmieszane, drzemią

drobinki białego pyłu – kilkaset lat temu szli z garnkiem

do młyna moi dawni sąsiedzi, i osypały im się z

tego garnka. Bo chciałam opisać miejsce, które

można objąć rozumem i sercem, i które sercu i

rozumowi udziela schronienia. Bo chciałam, żeby

było tak, jak w tym wierszu Matsuo Basho:

Koniec podróży -

Ciągle żyję tu - tu,

Tego jesiennego wieczora.

Bohaterem haiku Basho jest oczywiście stan

umysłu, a nie żadna geografia – świadoma jestem,

że nie o taką podróż chodzi. Nic jednak nie poradzę

na to, że w jakiś przedziwny, ale niewątpliwy

sposób moim stanem umysłu, moim kresem

podróży jest miejsce, które tu opisuję, wieś, w

której od dawna żyję – Wołowiec. Szczególnie gdy

nadchodzą jesienne wieczory.

Choć wcale tego nie rozumiem.

Dlatego musiałam napisać tę książkę. Żeby pojąć, o

co w tym wszystkim chodzi. Albo przynajmniej

spróbować.


piotr bratkowski

wszyscy mówią Lyon, Lyon, każdy się tam pcha,

bo wiadomo – Cortazar, Autostrada Słońca, a poza

tym można sobie pomyśleć, że już zaraz Barcelona,

choć to jeszcze przecież kawał drogi. A ja wam

mówię: trzymajcie się od tego Lyonu jak najdalej.

Tam w powietrzu wisi coś niebezpiecznego.

Kiedy nawiedziłem Lyon pod koniec XX wieku,

wpadłem w panikę, którą natychmiast zaraziłem

żonę i doszło do dzikiej awantury. No bo wyobraźcie

sobie: wracacie z wakacji w Katalonii, a tu nagle

wyrasta przed wami miasto z wielkimi domami,

bulwarem, jakimiś ciągnącymi się w nieskończoność

tunelami. A obok płynie sobie rzeka.

Nawet ładny widok, ale znak zdecydowanie zły:

uznałem, że pobłądziliśmy. Zwłaszcza, że

drogowskazy wskazywały drogi do Paryża, Grenoble

i może nawet do Marsylii, a my w żadnym z tych

kierunków jechać nie chcieliśmy. My do Warszawy,

przez Bolesławiec i Wieluń, ale żadnej z tych metropolii

na drogowskazach nie było. Jaki Wieluń, skoro

nawet o Miluzie nikt tu nie mówił?

Wiadomo, że wiele się można nauczyć, podróżując. A

ja miałem czterdzieści dwa lata, wracałem właśnie z

pierwszej w życiu podróży zagranicznej – od razu z

grubej rury, bo nie tylko odległy kraj, w którym

posługiwano się dziurkowanymi monetami, ale i

sześcioletni ledwie chłopiec, coś niecoś więc o

świecie się dowiedziałem. Wiedziałem już, że w

kurorcie Rosas oferują lody w dwudziestu kilku

smakach i że paella z owocami morza jest dobra. Że

starzy Niemcy jeżdżą na wakacje nie tylko z własnymi

telewizorami, ale też piekarniami i piwiarniami, a

stare Niemki uwielbiają chodzić po plaży z gołymi

cyckami. Rosjanie zaś inaczej – przychodzą na plażę

w czysto męskim gronie, w ciemnych marynarkach i

z powagą piją tam wódkę.

Dowiedziałem się też, że pod górę Montjuic da się

wejść pieszo nawet w przeszło trzydziestostopniowym

upale, ale zajmuje to kilka godzin i jest męczące.

A gdy już się wejdzie na samą górę, odkrywa się

pętlę autobusów i stację kolejki nadziemnej, które

pozwalają przebyć tę trasę w kilka minut. Oprócz

kolejki i autobusów jest tam jeszcze muzeum Miró,

mojego malarza najukochańszego, ale jego obrazy

wcale nie robią tam na mnie większego wrażenia niż

w albumach z reprodukcjami, które za ciężkie

pieniądze kupowałem w latach studenckich w

wojskowej księgarni w Warszawie.

Dowiedziałem się też paru ważnych rzeczy o podróżowaniu.

Na przykład tego, że jeśli nissan micra

o pojemności silnika 1,0 nagle zaczyna na niemieckiej

autostradzie spalać dwadzieścia litrów na sto

kilometrów, to wcale nie znaczy, że się zepsuł, tylko

że jedziesz od dłuższego czasu ponad 160, a małe

samochody tego nie lubią. Że jak jedziesz z północy

na południe Europy, to – przynajmniej w połowie

września – południe zaczyna się w okolicach

Heilbronn. Tam trzeba zamieniać kalesony, onuczki,

czy co kto tam wziął, na barwne szorty i sandały. Bo

obok są winnice i robi się ciepło. Tak w sam raz:

chyba mógłbym tam jakiś czas pomieszkać, naprawiając

błędy mych przodków. Bo wedle jednej z

teorii, to właśnie z Heilbronn przybyli na polskie

ziemie Heilpernowie, których potomkiem był mój

dziadek – też Heilpern, zanim nie przybrał nazwiska

dokładnie takiego, jakie nosi obecny marszałek

polskiego Senatu. Zaś dziadek drugi, symulując

schizofrenię paranoidalną, właśnie z położonego

nieopodal Heilbronn oflagu spierniczył – najpierw

do psychiatryka, a potem do Szwajcarii.

No, ale on przynajmniej wiedział, przed czym ucieka:

wewnątrzobozowy sąd skazał go na karę śmierci.

A ja w panice jechałem przez Lyon, nie mając pojęcia,

dokąd mnie to zaprowadzi. Bo kiedy dwa tygodnie

temu przejeżdżaliśmy przez to miasto w

odwrotnym kierunku, to go właściwie nie było.

Owszem tablica informowała, że to Lyon, ale widać

było tylko kawałek szosy i drogowskazy do Nimes i

Montpellier. Żadnych gmachów, żadnych bulwarów,

o rzece nawet nie wspominając. Wszystko zakrywała

poranna, mleczna wrześniowa mgła.

Później już nigdy nie zdarzyło mi się nie zabłądzić w

Lyonie. A błądzić to ja potrafię po taniości, nawet na

Ursynowie. Choć oczywiście wolę szampana w

Buenos Aires.


marta

eichelberger-jankowska

POCZTÓWKI

Z AMERYKI

Kocham podróżować. Któż nie lubi? Wiem, są

tacy. Ale przecież „podróże kształcą” - słyszałam to

od dziecka. No i udawałam się w wieloletnie podróże,

niejeden raz. Dlaczego? Myślę, że na pewno

chciałam się czegoś nauczyć, ale tak najbardziej, w

głębi serca, to chciałam czegoś doznać, coś przeżyć

i, co absolutnie najważniejsze, uciec i zniknąć stąd.

Nie dusić się więcej.

Lato, 2016 rok. Wyruszamy w dwuletnią podróż do

Ameryki, ja, mąż i syn. Tej owianej mitami, legendami,

oczekiwaniami, marzeniami krainy, do tego

lepszego świata, kolorowego, gdzie znajdzie się

miejsce dla każdego i gdzie każdy jest wolny. I gdzie

są Żydzi. Dużo Żydów, którzy mogą czuć się

swobodnie ze swoją żydowskością i którzy tworzą

żywą żydowską kulturę.

Piątek wieczór. Przez drzwi naszego mieszkania

słyszymy śpiewy. Przez tę maleńką szparę u spodu

drzwi wkradają się dźwięki modlitw i pieśni na

powitanie Szabatu. Lecha Dodi śpiewane do

różnych melodii m.in. Halleluja Leonarda Cohena, w

którą delikatnie i płynnie później przechodzi.

Siedzimy w salonie otuleni Szabatem. Żartujemy, że

nawet jeśli my nie możemy wybrać się na Szabat do

synagogi, to Szabat i synagoga regularnie przychodzą

do nas. Czasem otwieramy drzwi na oścież i

wychodzimy na korytarz dołączyć do modlących. Są

to studenci z mojego uniwersytetu, rabin, rebecin i

ich dzieci. Stoją rozdzieleni mechicą i modlą się do

windy, tzn. w kierunku Jerozolimy, a że winda jest

dokładnie po tej stronie, to wszyscy tworzą orszak

powitalny dla sąsiadów wracających wieczorem do

domu lub, jeszcze lepiej, wracających z pralni

usytuowanej na niższym piętrze, dźwigających

pełne czystych ubrań kosze.

Nasze ortodoksyjne sąsiadki regularnie zapraszały

nas na kolacje szabatowe, na których, jako reprezentantki

akademickiego centrum Chabadu, gościły

religijnych i niereligijnych studentów. Niejednokrotnie

siedząc przez szabatowym stole, rozmawialiśmy

z ich gośćmi o Polsce, z której my właśnie

przyjechaliśmy i z której kiedyś, jak się regularnie

okazywało, przyjechali ich dziadkowie. Nie były to

proste rozmowy. Zwykle jednak okazywały się

ważne dla obu stron.

Mieszkamy w Waszyngtonie otoczeni ikonami i

symbolami wolności i demokracji. Niedaleko od

naszego domu stoją pomniki upamiętniające ojców

założycieli i ważnych przywódców amerykańskich,

takie jak Memoriał Lincolna, Pomnik Waszyngtona

czy National Mall. Jest też pomnik Martina Luthera

Kinga. Z okna naszego mieszkania widzimy rzekę

Potomak i stan Wirginia, niegdyś niewolniczy, na jej

drugim brzegu. Dziś można zobaczyć płynące po tej

rzece ekskluzywne jachty, statki wycieczkowe, jak i

kajaki. Kiedyś uciekali nią niewolnicy. Z początku

uciekali w stronę wolnego stanu Pensylwania, a od

1862 roku, gdy Lincoln zniósł niewolnictwo w

Dystrykcie Kolumbii, ich walka o wyzwolenie

rozgrywała się właśnie na rzece Potomak. Dotarcie

na jej drugi brzeg było ogromnym zwycięstwem.

Wieczorami często zdarzało mi się bardzo uważnie

wpatrywać w tę rzekę, mierzyć jej szerokość i

zastanawiać się, czy przepłynęłabym wpław na jej

drugi brzeg. Czasem łapałam się na próbach

dostrzeżenia tych uciekinierów, jakbym mogła

zajrzeć w głąb innego czasu.

W Żydowski Nowy Rok zaczęliśmy wszystko od

nowa. Przeprowadziliśmy się na północny-zachód

Stanów Zjednoczonych, do miasta Portland w

Oregonie. Tym razem nie byłam już studentką tylko

dumną edukatorką muzealną. I tam, w trakcie pracy

nad jednym z projektów, poznałam Sarę. Dość

szybko się okazało, że mamy ze sobą wiele wspólnego,

i jak to mawiają, rozumiemy się bez słów. Obie

nie ufamy tzw. autorytetom i mamy dystans do

mainstreamowych, historycznych narracji.

Zwiedzając muzea, nie bierzemy wszystkiego za

dobrą monetę, raczej podchodzimy do wystaw ze

sporą dawką nieufności i zaczynamy od szukania

dziury w całym. Mnie nauczył tego reżim komunistyczny,

ją kolonializm. Obydwie odczuwamy

ogromną tęsknotę za straconymi światami swoich

przodków, nosimy w sobie wielki szacunek do nich i

potrzebę zrozumienia, skąd pochodzimy. Obydwie

jesteśmy mieszańcami, dziećmi białych ojców i

matek, którym ktoś kiedyś powiedział, że należą do

obcej rasy. Połączyły nas nie-nasze ideologie, takie

jak lebensraum, manifest destiny czy pojęcie

czystości rasowej; a także historie wojen, ludobójstw,

prześladowań, rezerwatów i gett. Mnie,

polską Żydówkę, i ją, członkinię plemienia Coos.

Niejeden raz, spacerując po Portland, moim ulubionym

mieście na świecie, czułam tę samą pustkę i

nieobecność co w Warszawie. Myślałam o rdzennej

ludności, plemionach takich jak Chinook i Kalapuja,

które niegdyś zamieszkiwały dolinę rzeki

Willamette, a gdzie dziś położone jest miasto. Tę

nieobecność czułam podobnie w dolinie rzeki

Umpqua, jak i w Końskich, Górze Kalwarii czy w

Szczekocinach, w których urodziła się moja

prababcia.

Przed moim powrotem do Polski siedziałyśmy z

Sarą i zastanawiałyśmy się, co z zrobić z naszymi

doświadczeniami, wiedzą i wrażliwością. Malować,

działać, edukować, pisać, a może zaszyć się w

jakiejś samotni, stworzyć permakulturową farmę,

spędzać czas na kopaniu grządek z rodziną i po

prostu być szczęśliwymi?

Najchętniej kontynuowałybyśmy wspólną pracę w

muzeum i tworzyły nowe projekty, ale nie mogłam

zostać. Niektórzy twierdzą, że prawo imigracyjne w

Stanach Zjednoczonych należy zaostrzyć. Z mojego

doświadczenia ono już jest bardzo ostre i naszej

rodzinie nie dawało szans ani na pozostanie, ani na

równe traktowanie, ani na wolność.


Poznaliśmy się, kiedy byłem jeszcze nastolatkiem.

Irena mieszkała wtedy w dużym domu przy

ulicy Fredry. Od nas szło się prosto Kościuszki,

dokładnie tak jak do Zuzi Brand i do sklepu zoologicznego

Gwarek, tylko potem trzeba było skręcić –

za skrzyżowaniem z Chrobrego, pierwsza w prawo.

Nie dłużej niż dziesięć minut wolnym krokiem. Cały

dom obrośnięty był, a może nawet nadal jest, bardzo

gęstym bluszczem, w którym mieszkało mnóstwo

wróbli. Irena od dawna już nie żyje, leży na cmentarzu

na Srebrzysku. Zabiła ją astma, a może coś

zupełnie innego, chociaż tak bardzo chciała żyć, że

przeżyła warszawskie getto, aryjską stronę, a

nawet obskurną garsonierę, którą wynajmowali

przy Grunwaldzkiej z mężem. Chociaż myła się

bardzo rzadko, bo uważała, że mycie bardzo

ludziom szkodzi. I tylko wrzącą wodą, którą przez

dziurkę w ścianie i niewielki czerwony lejek wlewała

do wanny z czajnika w kuchni.

Tego dnia, jak zwykle kiedy świeciło słońce i

nie wiało, czekała na mnie na ławce przed domem.

Razem z kurą o imieniu Helmut, która w piwnicy

składała czasem pojedyncze jajko, i z niewidomym

psem Kubą, o którym Piotrek Kulisiewicz,

warszawski cudotwórca, powiedziałby, że śmierdział

jak potępienie. Kuba był bladym kundlem,

sięgał do kolan i był dość narwany. Rzucał się przez

płot na przechodniów i jeśli tylko chciał, potrafił

wyglądać naprawdę, naprawdę groźnie. Ogon na

sztorc, uszy jak dwie czułe anteny, zmarszczone

czoło, zjeżona sierść na grzbiecie. Feler Kuby polegał

na tym, że miał dość niewieści głos i nikt, absolutnie

nikt, nie traktował go poważnie. Może dlatego,

że mieszkał z Ireną, a ona nikogo nie traktowała

poważnie. I już.

Tego słonecznego i bezwietrznego dnia

Irena zabrała mnie za dom, do garażu. Stała tam,

przysięgam, cała prasa kolorowa, jaka wychodziła

w tym kraju, i szara syrenka. Prasa dlatego, że mąż

Ireny był niesłyszący, a lubił sobie poczytać i

pooglądać. Inni panowie w jego pokoleniu kupowali

płyty gramofonowe, on – gazety i przynęty wędkarskie.

Syrenka dawniej woziła ich wszystkich nad

jezioro: Irenę, jej męża, malutką Anię i psa bernardyna.

W garażu stała na pustakach, bo nie miała już

kół, ale wiadomo było, że jeszcze kiedyś się przyda.

– Zobacz – Irena odsłoniła niebieską folię, zrzucając

z niej najpierw trochę papierów i puste plastikowe

doniczki. – Tutaj mam prawdziwą tratwę dalekomorską!

Porządną, z metalowym stelażem. Facet

mi przywiózł, bardzo okazyjnie sprzedał. W anonsach

znalazłam. Wszystko jest w porządku, tylko

ciężka, cholera, a jakoś trzeba by to zatargać na

plażę w Jelitkowie albo w Brzeźnie. Postawiłoby się

maszt, do tego przypięło namiot. Są nawet takie

specjalne sprężyny, żeby to wszystko naciągnąć.

Wszystko już wymyśliłam! Mam gumową plandekę,

potnę i przeszyje się nicią szewską, żeby nie puściło

przy sztormie, i o. Ja bym popłynęła jako kapitan. Ty

jako pomoc, majtek. Krystyna jako pasażer. I tylko

ona, bo cała reszta to by nam tylko kłopotu narobiła.

A Krystynę lubię, mimo wszystkich jej nieznośnych

zalet. Zresztą, nie ma o czym gadać, bo są tylko trzy

kapoki. I Kuba jeszcze, naturalnie. Gdyby nas zaatakowali

piraci, mielibyśmy schowany w namiocie

niewielki adapter, względnie magnetofon, i puszczalibyśmy

na głośniku szczekanie bardzo dużego,

głośnego psa. A Kubę na pokład, robiłby nam efekt

wizualny.

Irena od dawna już nie żyje. Leży na cmentarzu

na Srebrzysku. Ale czasami mi się śni i namawia,

żeby Marek Brand, ojciec Zuzi, zrobił takie

przedstawienie:

– Dwie stare baby, Dzieci Holocaustu, razem z tobą i

psem na tratwie morskiej! A na nas – piraci! No,

pomyśl tylko!

More magazines by this user
Similar magazines