Wojsko i Technika Historia nr specjalny 5/2019 promo

zespolbadanianalizmilitarnych

by ZBiAM

www.zbiam.pl NUMER SPECJALNY 5/2019

Wrzesień-Październik

cena 18,99 zł (VAT 8%)

INDEX 407739

ISSN 2450-2480

Supermarine

Seafire

INDEX: 409138

ISSN: 2450-3495


INDEX: 409138

ISSN: 2450-3495

Vol. V, nr 5 (24)

Wrzesień-Październik 2019; Nr 5

www.zbiam.pl NUMER SPECJALNY 5/2019

Wrzesień-Październik

cena 18,99 zł (VAT 8%)

INDEX 407739

ISSN 2450-2480

Supermarine

Seafire

NUMER SPECJALNY 5/2019 1

Na okładce: krążownik lekki Köln.

Rys. Jarosław Wróbel

INDEX 409138

ISSN 2450-3495

Nakład: 14,5 tys. egz.

Redaktor naczelny

Jerzy Gruszczyński

jerzy.gruszczynski@zbiam.pl

Redakcja techniczna

Dorota Berdychowska

dorota.berdychowska@zbiam.pl

Korekta

Stanisław Kutnik

Współpracownicy

Władimir Bieszanow, Michał Fiszer,

Tomasz Grotnik, Andrzej Kiński,

Leszek Molendowski, Marek J. Murawski,

Tymoteusz Pawłowski, Tomasz Szlagor

Wydawca

Zespół Badań i Analiz Militarnych Sp. z o.o.

Ul. Anieli Krzywoń 2/155

01-391 Warszawa

office@zbiam.pl

Biuro

Ul. Bagatela 10/19

00-585 Warszawa

Dział reklamy i marketingu

Andrzej Ulanowski

andrzej.ulanowski@zbiam.pl

Dystrybucja i prenumerata

office@zbiam.pl

Reklamacje

office@zbiam.pl

Prenumerata

realizowana przez Ruch S.A:

Zamówienia na prenumeratę w wersji

papierowej i na e-wydania można składać

bezpośrednio na stronie

www.prenumerata.ruch.com.pl

Ewentualne pytania prosimy kierować

na adres e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

lub kontaktując się z Telefonicznym

Biurem Obsługi Klienta pod numerem:

801 800 803 lub 22 717 59 59

– czynne w godzinach 7.00–18.00.

Koszt połączenia wg taryfy operatora.

Copyright by ZBiAM 2019

All Rights Reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone

Przedruk, kopiowanie oraz powielanie na inne

rodzaje mediów bez pisemnej zgody Wydawcy

jest zabronione. Materiałów niezamówionych,

nie zwracamy. Redakcja zastrzega sobie prawo

dokonywania skrótów w tekstach, zmian tytułów

i doboru ilustracji w materiałach niezamówionych.

Opinie zawarte w artykułach są wyłącznie

opiniami sygnowanych autorów. Redakcja nie ponosi

odpowiedzialności za treść zamieszczonych

ogłoszeń i reklam. Więcej informacji znajdziesz

na naszej nowej stronie:

www.zbiam.pl

spis treści

MONOGRAFIA LOTNICZA

Tomasz Szlagor

Supermarine Seafire (1) 4

BROŃ PANCERNA

Michał Fiszer, Jerzy Gruszczyński

Brytyjskie samobieżne działa przeciwpancerne 20

MONOGRAFIA LOTNICZA

Leszek A. Wieliczko

Grumman F7F Tigercat 36

ARTYLERIA

Jędrzej Korbal

Moździerze średniego kalibru dla Wojska Polskiego (2) 48

WOJNA NA MORZU

Wojciech Holicki

Krążowniki Leipzig i Nürnberg, czyli dublet Salmona 62

MONOGRAFIA LOTNICZA

Robert Rochowicz

Samoloty myśliwsko-szturmowe Lim-6 (2) 72

BROŃ PRZECIWPANCERNA

Jarosław Jabłoński

Karabin przeciwpancerny Mk 1 Boys kal. 13,97 mm w armii japońskiej 86

WYDARZENIA

Andrzej Kiński

Poznańskie Muzeum Broni Pancernej w nowej siedzibie 96

www.facebook.com/wojskoitechnikahistoria

3


Tomasz Szlagor

Supermarine Seafire

1

Seafire był jednym z kilkunastu typów

samolotów myśliwskich użytkowanych,

z mniejszym lub większym

powodzeniem, przez FAA (Fleet Air

Arm) na pokładach lotniskowców

Royal Navy podczas drugiej wojny

światowej. Historia oceniła go nader

krytycznie. Czy zasłużenie?

Na ocenie Seafire’a niewątpliwie zaważył

fakt, że po żadnym innym myśliwcu

FAA nie spodziewano się tak wiele,

jak po samolocie, który w pierwotnej wersji

był prostą adaptacją legendarnego Spitfire’a.

Zasługi i sława tego ostatniego, zwłaszcza

po Bitwie o Anglię w 1940 r., były tak wielkie,

że Seafire wydawał się być „skazany na sukces”.

Z czasem jednak okazało się, że samolot

będący znakomitym lądowym myśliwcem

przechwytującym niezbyt nadaje się do służby

na lotniskowcach, gdyż podczas jego

projektowania zwyczajnie nie uwzględniono

specyficznych wymagań stawianych myśliwcom

pokładowym. Ale po kolei…

Wydawało się, że w konfrontacji z takim

przeciwnikiem duża prędkość maksymalna,

zwrotność czy duża prędkość wznoszenia

są zbędnym luksusem. Postawiono na samoloty

o większej długotrwałości lotu, umożliwiającej

stałe, kilkugodzinne patrole w pobliżu

okrętów. Uznano natomiast, że konieczny

jest nawigator, obciążając myśliwiec drugim

członkiem załogi (dopiero doświadczenia

Amerykanów i Japończyków w tym względzie

przekonały Brytyjczyków, że pilot myśliwca

pokładowego jest w stanie nawigować

sam). Jakby tego było mało, wdrożono jeszcze

dwie całkowicie chybione koncepcje.

Według pierwszej, której efektem był

samolot Blackburn Roc, myśliwiec w ogóle

nie potrzebował uzbrojenia strzelającego

na wprost, gdyż większe możliwości jakoby

dawała zamontowana na jego grzbiecie

wieżyczka 2 . Według drugiej koncepcji,

której efektem był samolot Blackburn

Skua, myśliwiec pokładowy mógł być

„uniwersalny”, tzn. pełnić dodatkowo, rolę

bombowca nurkującego.

Pierwszy Seafire – Mk IB (BL676) – sfotografowany w kwietniu 1942 r.

Oba te typy samolotów w roli myśliwców

okazały się zupełnie nieudane, przede

wszystkim ze względu na ich mizerne osiągi

– w przypadku Skua będące wynikiem zbyt

wielu kompromisów 3 . Admiralicja zrozumiała

to dopiero, gdy 26 września 1939 r. nad

Morzem Północnym doszło do starcia dziewięciu

Skua z lotniskowca Ark Royal z trzema

niemieckimi łodziami latającymi Dornier

Do 18. W efekcie trwających dwie godziny

potyczek brytyjscy lotnicy zdołali jedynie zestrzelić

jednego Do 18 i uszkodzić pozostałe

dwa. Kiedy zaś w następnym roku (13 czerwca

1940 r.), podczas kampanii norweskiej,

Skua wyprawiły się nad Trondheim zbombardować

pancernik Scharnhorst i tam wpadły

na myśliwce Luftwaffe, niemieccy piloci zestrzelili

osiem z nich bez strat własnych.

Interwencja Churchilla

Konieczność jak najszybszego znalezienia

następcy dla samolotów Roc i Skua sprawiła,

że na potrzeby FAA zaadaptowano,

odrzucony przez RAF, prototyp lekkiego

4

Nauka na błędach

Brytyjska marynarka wyruszyła na wojnę

z mylnym wyobrażeniem na temat użycia

swojego lotnictwa pokładowego. Lotniskowce

Royal Navy miały operować na tyle daleko

od lotnisk nieprzyjaciela, by znajdować się

poza zasięgiem większości jego samolotów.

Spodziewano się raczej, że myśliwce pokładowe

FAA będą przechwytywać łodzie latające,

ewentualnie samoloty rozpoznawcze

dalekiego zasięgu, które próbowałyby śledzić

ruchy okrętów Royal Navy 1 .


MONOGRAFIA LOTNICZA

Operacja „Torch”, listopad 1942 r. Na pierwszym planie wszystkie sześć Seafire’ów z 884. NAS na pokładzie

lotniskowca HMS Victorious. W głębi inne okręty Zespołu H: pancerniki HMS Duke of York

i HMS Nelson oraz lotniskowiec HMS Formidable.

jąc się między Tafraoui i La Senią, zostały

zaatakowane z przewagą wysokości przez

siedem D.520 z GC III/3. Jeden z Francuzów

zestrzelił S/Lt. H. Rowlanda, który zginął.

Chwilę później S/Lt C.F. Hargreaves zestrzelił

jeden z myśliwców Vichy. Pokonanym

przez niego pilotem najprawdopodobniej

był Sgt/Chef Charles Leroy.

Piloci Seafire’ów wywiązali się ze swoich

zadań TAC/R nader sumiennie. Kiedy S/Lt L.P.

Twiss zauważył, że kolumna amerykańskich

pojazdów zmierza wprost na stanowisko

działa przeciwpancernego, wylądował obok

czołgu jadącego na czele kolumny i przekazał

ostrzeżenie. Następnie na prośbę amerykańskiego

dowódcy wykonał jeszcze dwa wypady

rozpoznawcze po okolicy. Wyczerpawszy

zapas paliwa na powrót, wylądował na lotnisku

Tafraoui i przeczekał tam noc. Rano przekonał

Francuzów, by uzupełnili paliwo w jego

samolocie i wrócił na Furiousa. Inny pilot

z 801. NAS, S/Lt P.J. Hutton, pierwszego dnia

operacji musiał lądować awaryjnie z wciągniętym

podwoziem. Zabrany przez czołgistów

do Tafraoui, rankiem następnego dnia

dołączył do 31. FG – amerykańskiej grupy

myśliwskiej, która wieczorem poprzedniego

dnia przebazowała się na to lotnisko. Razem

z nią rankiem 9 listopada wykonał lot bojowy

za sterami Spitfire’a Mk VC.

Trzeciego dnia operacji (10 listopada) Furious

zgodnie z planem wziął kurs powrotny

na Gibraltar. Lotniskowce Argus, Formidable

i Victorious zostały zatrzymane dłużej, gdyż

alianci, zachęceni szybkimi postępami i niewielkim

oporem przeciwnika, postanowili

przeprowadzić dodatkowy desant w Bougie,

prawie 200 km na wschód od Algieru. Przed

południem tego dnia pełniące dyżur Seafire’y

z 884. NAS dwukrotnie przepędzały pojedyncze

Ju 88 z pobliża okrętów, ale nie mogły

ich dogonić. Junkersy wróciły po południu,

formacją liczącą 15 samolotów. Zaatakowały

Argusa i mimo interwencji Seafire’ów zdołały

trafić lotniskowiec jedną małą bombą

w krawędź pokładu startowego, następnie

umknęły, nie ponosząc strat.

Te deprymujące doświadczenia z prób

przechwytywania Ju 88 były impulsem

do przyspieszenia wymiany w Seafire’ach

12

redukując prędkość samolotu na tyle, że Hall

nie zdołał zbliżyć się do Junkersa na odległość

mniejszą niż 300 m. Z tego dystansu

wystrzelał całą amunicję do działek i 360 naboi

do karabinów maszynowych, ale zgłosił

tylko uszkodzenie.

Krótko przez zachodem słońca MacDonald-Hall

wystartował na kolejny patrol. Ponownie

napotkał pojedynczego Ju 88, który

śledził brytyjskie okręty. Mimo 10-minutowego

pościgu, nie zdołał dogonić Junkersa,

który zszedł tuż nad powierzchnię morza.

Skrzydłowy MacDonald-Halla, który pilotował

jeden z Mk IIC należących do 807. NAS,

został daleko w tyle.

Operacja „Torch” rozpoczęła się 8 listopada

1942 r. Wczesnym rankiem wszystkie

sześć Seafire’ów z 885. NAS i sześć Martletów

z Formidable wyruszyło ostrzelać lotnisko

w Maison Blanche, ale z powodu przygruntowej

mgiełki piloci nie mogli zidentyfikować

celu. Nad Mers El Kebir S/Lt A.S. Long ostrzelał

bombowiec rozpoznany przez niego jako

Martin 167 (w RAF znany jako Maryland), który

zapalił się i nisko nad ziemią znikł z widoku.

W rzeczywistości był to DB-7 (lepiej znany

jako Boston) z GB I/19, pilotowany przez Cdt

Couilleau, dowódcę 1ere Escadrille. Samolot

rozbił się; zginęła cała jego załoga.

W tym czasie Furious wysłał dziesięć

Seafire’ów z 807. NAS nad bazę lotnictwa

francuskiej marynarki w Tafraoui. Tam ich

piloci zniszczyli m.in. skład paliwa i bombowiec

LeO 451 należący do Flotille 4F. W drodze

powrotnej jeden z kluczy zaatakował lotnisko

w La Senia. Lt Alexander Fraser-Harris

(dowódca dywizjonu), trafiony ogniem przeciwlotniczym,

musiał lądować awaryjnie, ale

uniknął niewoli. W tym czasie pozostałe siedem

Seafire’ów zostało zaatakowanych przez

grupę myśliwców Dewoitine D.520. Chociaż

Brytyjczykom kończyła się amunicja, bez

trudu odparli atak. S/Lt George Baldwin przy

użyciu tylko czterech kaemów zestrzelił samolot,

którego pilotem był Sgt Albert Caussé

Lotniskowiec HMS Argus; operacja „Torch”; listopad 1942 r. W tym okresie okręt miał na pokładzie

18 samolotów myśliwskich Supermarine Seafire z 880. NAS.

z GC III/3. Chwilę później Baldwin sam został

trafiony pociskiem z działka. Zdołał jednak,

podobnie jak pozostałe osiem Seafire’ów,

wrócić na pokład lotniskowca.

Tymczasem 807. NAS wykonywał zadania

typu TAC/R (rozpoznania taktycznego)

wokół Oranu. W trakcie pierwszego z tych

wypadów cztery Seafire’y, przemieszcza-

silników Merlin 46 na 32 i wprowadzenia

do służby wersji L.IIC. Równie problematyczna

była duża wypadkowość nowych

myśliwców FAA, spowodowana zarówno ich

nieprzystosowaniem do służby pokładowej

– wąski rozstaw kół podwozia głównego, słaba

widoczność z kokpitu i ogólna „kruchość”

konstrukcji – jak i bardzo słabą widocznością

podczas pierwszego dnia operacji. W dniach

8-10 listopada przepadło aż 21 Seafire’ów

(40% użytych sił), w tym tylko trzy w wyniku

działań nieprzyjaciela.

Po zakończeniu operacji „Torch” Furious

i Formidable pozostały na Morzu Śródziemnym

(ten pierwszy do lutego 1943 r.). Rankiem

28 listopada S/Lt D. Platt z 801. NAS

i jego skrzydłowy wystartowali na przechwycenie

pojedynczego Ju 88, który zbliżył

się do okrętów. Platt dogonił go i ostrzelał,


Michał Fiszer, Jerzy Gruszczyński

20

Brytyjskie

samobieżne działa przeciwpancerne

W momencie rozpoczęcia II wojny światowej doktryna przeciwpancerna armii

brytyjskiej nie odbiegała od poglądów innych państw. Była ona dwustopniowa

– na poziomie batalionów piechoty opierała się o karabiny przeciwpancerne

typu Boys, w dywizjach piechoty zaś był dywizjon przeciwpancerny z armatami

holowanymi. Dopiero od połowy wojny systemowo przewidziano wyposażenie

w samobieżne działa przeciwpancerne dywizjonów artylerii przeciwpancernej

dywizji pancernych, a w końcu wojny – także dywizji piechoty.

Przedwojenne doktryny przeciwpancerne

w różnych armiach były do siebie

bardzo podobne. Obronę przed pojazdami

pancernymi i opancerzonymi dzielono

na pasywną i aktywną. W skład pasywnej

obrony przeciwpancernej wchodziły takie

przedsięwzięcia, jak: stawianie pól minowych,

kopanie rowów przeciwpancernych

oraz ustawianie innych przeszkód przeciwczołgowych,

wysyłanie patroli i wystawianie

czujek przed liniami obronnymi, mających

informować i ostrzegać przed nieprzyjacielskimi

czołgami. Natomiast w ramach obrony

aktywnej używano dział przeciwpancernych

i karabinów przeciwpancernych do niszczenia

atakujących czołgów przeciwnika,

stosując zwykłe pozycje przeciwpancerne

w ugrupowaniu wojsk własnych, zasadzki

ogniowe wzdłuż dróg, które mogłyby

być wykorzystane do przemarszu jednostek

zmechanizowanych przeciwnika oraz

mobilne odwody przeciwpancerne. Żadna

armia nie miała wówczas samobieżnych

dział przeciwpancernych. Owe mobilne rezerwy

były formowane z dział holowanych

o ciągu motorowym.

Obrona przeciwpancerna wymusiła też

stworzenie większej głębi obrony tak, by możliwa

penetracja nie doprowadziła do wyjścia

wrogich czołgów w przestrzeń operacyjną,

lecz by wojska pancerne (zmechanizowane)

przeciwnika zostały zatrzymane na kolejnych

liniach obrony. Dlatego jako zasadę obrony

przyjęto ugrupowanie, w którym brytyjska

brygada wystawiała dwa bataliony w pierwszej

linii obrony a trzeci w drugiej. Podobnie

było w ramach batalionów – dwie kompanie

formowały pierwszą linię obrony batalionu,

a trzecia – drugą linię.

Obrona przeciwpancerna

w Wielkiej Brytanii

Imperium Brytyjskie weszło w wojnę z jednym

typem działa przeciwpancernego – tzw.

armatą 2-funtową. Było to pierwsze działo

przeciwpancerne opracowane w Wielkiej

Brytanii, wcześniej pojawił się karabin opracowany

przez kpt. Henry C. Boysa z firmy

Royal Small Arms Factory w Enfield. Ponieważ

konstruktor zmarł wkrótce po opracowaniu

tej broni, na jego cześć broń kal. 13,97 mm

(0,55 cala) została nazwana Boys Anti-tank

Rifle. W latach 1937-1940 zbudowano w granicach

62 tys. karabinów tego typu i mimo

eksportu, udało się nasycić nią bataliony piechoty

i bataliony piechoty zmotoryzowanej

w dywizjach pancernych, a także bataliony

karabinów maszynowych w dywizjach piechoty

i dywizjach pancernych.

W batalionach karabinów maszynowych

grup wsparcia dywizji pancernych (w pierwszych

dwóch latach wojny brytyjska dywizja

pancerna składała się z dwóch brygad pancernych

i grupy wsparcia, w postaci piechoty

zmotoryzowanej i artylerii) stosowano też

karabiny Boys montowane na lekkich transporterach

gąsienicowych Bren Gun Carrier.

Był to pojazd na podwoziu znanego Universal

Carriera, w którym karabin maszynowy

Bren kal. 7,7 mm zastąpiono karabinem

przeciwpancernym Boys. W tym sensie był

to samobieżny zestaw przeciwpancerny,

ale wspominamy o tym tylko dla porządku,

chodzi bowiem nam o samobieżne

działa przeciwpancerne.


Leszek A. Wieliczko

Grumman F7F Tigercat

36

F7F Tigercat został zamówiony przez

US Navy tego samego dnia, co myśliwiec

F6F Hellcat, ale wszedł do służby

zbyt późno, aby wziąć udział w II wojnie

światowej. Największym użytkownikiem

F7F Tigercat było lotnictwo

US Marine Corps, które wykorzystało

je bojowo w wojnie koreańskiej.

Choć F7F Tigercat nie odniósł spektakularnych

sukcesów i nie był wolny

od wad, to pod względem osiągów

i uzbrojenia okazał się jednym z najlepszych

amerykańskich samolotów

myśliwskich z napędem śmigłowym.

Był pierwszym produkowanym

seryjnie dwusilnikowym myśliwcem

US Navy i pierwszym mającym

podwozie z kołem przednim.

Na początku 1948 r. do zakładów Grumman

Aircraft Engineering Corporation

w Bethpage na Long Island w stanie

Nowy Jork przyleciał samolotem F7F-4N Tigercat

znany pilot doświadczalny US Navy

Capt Frederick M. „Fred” Trapnell, aby osobiście

przetestować prototyp odrzutowego

myśliwca XF9F-2 Panther. Pilot doświadczalny

Grummana Corwin H. „Corky” Meyer

nie omieszkał pochwalić się, że w latach

1944–1945 prowadził próby w locie Tigercata.

Trapnell zmroził go wzrokiem i wyrecytował

długą listę wad tego samolotu. Po czym

dodał, że gdyby wówczas był szefem Meyera,

to by go zwolnił z pracy za przeoczenie tych

wszystkich niedociągnięć. Zbity z tropu Meyer

zapytał Trapnella, dlaczego w takim razie

lata Tigercatem. W odpowiedzi Trapnell wyliczył

równie wiele zalet F7F i podsumował:

To jest najlepszy przeklęty myśliwiec, jakim kiedykolwiek

latałem!

Geneza

Na przełomie lat 30. i 40. konstruktorzy

Grummana zaprojektowali kilka dwusilnikowych

samolotów myśliwskich zarówno

dla lotnictwa US Navy, jak i US Army Air

Corps (USAAC). Pierwszym zrealizowanym

był G-34 (Grumman Design Number 34),

skonstruowany pod kierunkiem inż. Richarda

F. „Dicka” Huttona w odpowiedzi na specyfikację

SD-112-14, wydaną przez Bureau

of Aeronautics (BuAer) US Navy 1 lutego

1938 r. Projekt wzbudził duże zainteresowanie

i 30 czerwca 1938 r. BuAer zamówiło budowę

prototypu oznaczonego jako XF5F-1.

Samolot, napędzany dwoma 9-cylindrowymi

silnikami gwiazdowymi Wright XR-1820-

40/42 Cyclone, został oblatany 1 kwietnia

1940 r. przez Brewstera A. „Buda” Gilliesa.

Planowane uzbrojenie tworzyły cztery karabiny

maszynowe, w tym dwa kal. 7,62 mm

i dwa kal. 12,7 mm.

W czerwcu 1939 r. Grumman przedłożył

Air Corps Materiel Division projekt

G-45 z dwoma 14-cylindrowymi silnikami

gwiazdowymi Pratt & Whitney R-1830 Twin

Wasp. Był on bezpośrednim rozwinięciem

wcześniejszego projektu G-41, który z kolei

powstał jako wersja rozwojowa XF5F-1.

Konstruktorzy zaproponowali również trzy

bardziej zaawansowane wersje z wielkimi,

42-cylindrowymi silnikami Wright XR-2160

Tornado i podwoziem z kołem przednim:

dwusilnikową G-45A w konwencjonalnym

układzie aerodynamicznym, dwusilnikową

G-45B z centralną gondolą kadłubową

i dwiema belkami ogonowymi oraz jednosilnikową

G-45C w takim samym układzie

jak G-45B, ale ze śmigłem pchającym. Żaden

z nich nie wzbudził wszakże zainteresowania

USAAC.

Dopiero kolejny projekt G-46, opracowany

w październiku 1939 r. w zespole inż.

Drewniana makieta XF7F-1 na lotnisku fabrycznym w Bethpage; październik 1942 r. Na tym etapie

do napędu samolotu planowano silniki Wright R-2600-14 o mocy po 1800 hp ze śmigłami Curtiss Electric.


ARTYLERIA

2

Jędrzej Korbal

48

Moździerze średniego kalibru

dla Wojska Polskiego

Chęć wzmocnienia środków walki, a szczególnie sprzętu artylerii piechoty towarzyszyła

polskim wojskowym przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego.

Pierwszym krokiem w tym kierunku było utworzenie dwudziałowych plutonów

artylerii z zadaniem wsparcie poszczególnych pułków piechoty. Kolejne działanie

miało uzupełnić lukę powstałą między skromną artylerią organiczną pułku,

a szczeblem dywizyjnym, który tylko w ograniczonym zakresie mógł udzielić

szybkiego wsparcia własnym oddziałom pierwszoliniowym. Jak się okazało wybór

i wprowadzenie na wyposażenie nowej broni w postaci moździerzy kalibru

120 mm był zadaniem znacznie trudniejszym niż się pierwotnie spodziewano.

Starachowice wchodzą do gry

Trwające od lutego do początku czerwca

1937 r. próby z parą zakupionych nad Sekwaną

120 mm moździerzy produkcji zakładów

Edgara Brandta dostarczyły polskim wojskowym

wielu cennych informacji na temat

samej broni. Cenniejsze jednak wydają się

w kontekście studiów uzyskane doświadczenia

natury taktycznej, pozwalające na dokładniejszą

ocenę metod pracy działonów średnich

moździerzy w polu. Ambitne ćwiczenia

terenowe z maja nie zakończyły się jednak

decyzją odnośnie zakupu większej partii francuskiej

broni stromotorowej. Nie dyskutowano

też szerzej kwestii licencji czy możliwości

rozpoczęcia w Polsce produkcji tak sprzętu

jak i zmodyfikowanej (tańszej) amunicji.

Opierając się na uchwale KSUS z 14 stycznia

1936 r., DepUzbr. pod koniec następnego

roku, polecił rozpoczęcie prac nad własną

wersją 120 mm moździerza piechoty.

Do pewnego stopnia było to wznowienie

nieudanych prac z początku lat 30., z tym

zastrzeżeniem, że nowy prototyp miał posiadać,

rzadką wśród moździerzy, lufę gwintowaną.

Nie do końca zrozumiała wydaje się

do dziś decyzja organów MSWojsk. nakazująca

wyposażenie krajowego moździerza

w typowo artyleryjski zamek śrubowy, a tym

samym przyjęcie za wyjściowe rozwiązanie

odtylcowego ładowania broni. Jednym

z czołowych krytyków decyzji podejmowanych

odnośnie kształtu mechanizmów podzespołów

dyskutowanego uzbrojenia decyzji

był ppłk Tadeusz Felsztyn, wcześniejszy

komendant CWArt.

Spośród budzących kontrowersje danych

charakteryzujących przyszłą konstrukcję

stromotorową wymienić należy: szybkość

początkową pocisku 160-325 m/s, maksymalną

donośność 6000 m, ciężar pocisku

17,5 kg (4,64 kg materiału wybuchowego)

oraz 15,0 kg (5,23 kg materiału wybuchowego),

kąty ostrzału: pion 45 o do 80 o , poziom 30 o

oraz ciężar na stanowisku około 700 kg.

Polski moździerz kalibru 120 mm, widok z lewej strony. W założeniu krajowa konstrukcja miała być

wolna od wad badanego wcześniej sprzętu francuskiego.


WOJNA NA MORZU

Wojciech Holicki

Uszkodzony dziób Nürnberga, jeden z rezultatów

ataku torpedowego HMS Salmon na trzy

krążowniki lekkie Kriegsmarine, do którego

doszło 13 grudnia 1939 r.

Krążowniki Leipzig i Nürnberg,

czyli dublet Salmona

62

Po trzech miesiącach działań bojowych, na początku grudnia 1939 r., U-Booty

miały już na koncie zatopienie lotniskowca Courageous, pancernika Royal Oak

i wielu statków. W porównaniu z nimi brytyjskie okręty podwodne, mające

co prawda dużo mniejsze możliwości znalezienia celów i dowódców muszących

pamiętać o ścisłym przestrzeganiu prawa międzynarodowego, wypadały blado

– jedynym posłanym przez nie na dno okrętem był patrolowiec pomocniczy.

Na najwyższych szczeblach Admiralicji mocno pożądano więc dotkliwego ciosu,

który zadałaby Niemcom któraś z jednostek Submarine Service.

Brytyjski okręt podwodny Salmon, należący

do 1. Flotylli, przerzuconej z Morza

Śródziemnego w październiku 1939 r.,

opuścił 2 grudnia Harwich, rozpoczynając

swój drugi rejs bojowy. Dwa dni potem, dotarłszy

do rejonu patrolowego na południowy

zachód od norweskiego Kristiansandu,

z nastaniem dnia zszedł pod wodę. Niewiele

się działo aż do 13:30 – wtedy to, po kolejnym

podniesieniu peryskopu, pełniący wachtę

por. Wykeham-Martin, dzięki dobrej tego

dnia widzialności, zauważył w oddali obiekt,

który uznał za U-Boota. Poleciwszy operatorowi

azdyku wytężyć słuch, szybko doczekał

się meldunku, że z tego samego namiaru dobiegają

słabe odgłosy pracy „szybkich” śrub.

Wezwany do centrali dowódca Salmona,

kpt. mar. Edward O. Bickford, rzuciwszy

okiem przez peryskop zgodził się ze swoim

zastępcą. W przerwach między komendami

alarmu bojowego, manewrowymi (rozkazał

odbić ostro w lewo i dać całą naprzód

na silnikach elektrycznych) i dla obsługi wyrzutni

torpedowych, wyjaśnił mu, że rozpoczął

atak na U-Boota idącego kursem około

350°, a więc na Atlantyk. O 13:55, po kolejnych

manewrach, Bickford miał oddalający

się cel w prawej ćwiartce dziobowej okrętu.

Odległość – jakieś 5000 m – nie zachęcała

do strzału, jednak najnowsze rozkazy Admiralicji

pozwalały oddawać do U-Bootów

nawet pełne salwy. Rozkazał więc opróżnić

wszystkie 6 wyrzutni na dziobie, wypuszczając

co 7 s torpedę Mk VIII** nastawioną

na zasięg maksymalny (6400 m), prędkość

40 w. i głębokość biegu 2,5 m. Przywarty

do okularu peryskopu widział, że nie wszystko

idzie dobrze – uciekające z rur powietrze

zaburzało wodę przed dziobem, a do chwili,

gdy utrata trymu pozbawiła go możliwości

obserwacji celu, zauważył wyskoczenie jednego

pocisku nad powierzchnię.

O 13:59 peryskop odzyskującego równowagę

Salmona wyszedł nad wodę w samą

porę, by Bickford ujrzał jak U-Boot rozpada

się na kawałki, wylatujące kilkadziesiąt

metrów w górę. Gdy jego wynurzony okręt

dotarł na miejsce, gdzie rozlewała się plama

paliwa, nie było kogo ratować – pływały

tam tylko szczątki, jedno ciało i kamizelka

ratunkowa. Bickford uznał wyławianie jej

jako dowodu zwycięstwa za zbędne, nie zamierzał

też zbyt długo pozostawać na powierzchni,

więc po przecięciu plamy rozkazał

o 14:16 zejść pod wodę.

U-Bootem, pierwszym na liście ofiar brytyjskich

okrętów podwodnych, był U-36, jednostka

typu VII A pod komendą kmdr. ppor.

Wilhelma Fröhlicha, mająca na koncie trzy

statki, zatopione notabene z pełną dbałością

o bezpieczeństwo ich załóg. Warto dodać,

że 17 września, podczas drugiego rejsu

bojowego, okręt ten zatrzymał do kontroli

duński frachtowiec N.J.Ohlsen (819 BRT) i będący

w pobliżu Seahorse, jednostka siostrzana

Salmona, wykorzystał to. Niemcy mieli

wówczas wielkie szczęście, bo jedna z trzech

wystrzelonych wówczas torped przeszła tuż

pod stępką U-Boota. Salwa Salmona, oddana

na przybliżonej pozycji 57°00’N-05°20’E,

zakończyła trzeci rejs bojowy U-36, z którym

zginęło 40 ludzi.

12 grudnia okręt Bickforda, będący w nieodległym

miejscu, napotkał o 9:30 idący

z dużą prędkością kursem 140°, pomalowany

na szaro ogromny statek pasażerski z dwoma

niskimi, szerokimi kominami. Nie było wątpliwości,

że to niemiecki Bremen (51731 BRT) 1 ,

więc – mając wyraźny rozkaz atakowania tylko

okrętów – dowódca Salmona wypatrywał


Robert Rochowicz

Samoloty myśliwsko-

-szturmowe Lim-6

2

72

Dostawy Lim-6bis do jednostek odbyły się w kilku turach. W pierwszej z Mielca

przekazano odpowiednio zmodyfikowane wyprodukowane jeszcze w 1961 r.

Lim-6 (finalnie były to 42 szt., ponieważ w 1965 r. doszedł egzemplarz

1C16-01, przemianowany na 1J16-01, a w 1969 r. również przebudowany

prototyp CM-10-30, znany jako 1J04-41), w drugiej – 70 fabrycznie nowych

płatowców od razu wykonanych według finalnej dokumentacji. Wreszcie

na końcu przeprowadzono remonty i przeróbki oryginalnych Lim-5M (49 lub

50 szt.). Niestety straty wynikające z bieżącej eksploatacji w latach 1963-65

sprawiły, że 1 stycznia 1966 r. na stanie ewidencyjnym lotnictwa polskiego

było tylko 155 samolotów oznaczanych już jednolicie jako Lim-6bis.

Prace trwają cały czas

Decyzje o przebudowie Lim-6 na Lim-6bis

i produkcji nowych maszyn nie zakończyły

procesu ostatecznej konfiguracji wyposażenia

płatowca. Bodaj najważniejszą

sprawą od początku 1963 r. było ostateczne

przebadanie i przygotowanie dokumentacji

technicznej dla dodatkowych

mostków do podwieszania uzbrojenia. Bez

nich przecież maszyny niewiele różniły się

od zwykłych samolotów myśliwskich Lim-5.

Co prawda produkcja nowych dwóch serii

Lim-6bis już w WSK Mielec ruszyła,

jednak wcześniej zdecydowano, że mostki

zostaną dodane już w jednostkach

w terminie późniejszym.

Próby z uzbrojeniem w dalszym ciągu

prowadzono na samolocie CM10-30. Na nim

też rozpoczęto 15 maja 1963 r. próby zakładowe

uzbrojenia podwieszanego. Wykonywał

je mjr pil. Ryszard Obacz, szef wydziału

pilotowania Instytutu Technicznego

Wojsk Lotniczych. Sprawdzano jednocześnie

wszystkie elementy stanowiące system

uzbrojenia samolotu Lim-6bis, a mianowicie

mostek do mocowania belek, wyrzutnię rakiet

niekierowanych Mars-2, celownik oraz

elektryczny mechanizm odpalania. Próby

wykonywano na poligonie Nadarzyce

z wykorzystaniem lotniska w Mirosławcu.

10 lipca 1963 r. testy zostały na krótko przerwane

w związku z ucieczką do Berlina Zachodniego

na samolocie TS-8 Bies majora

Obacza. Z nowym pilotem loty wznowiono

po trzech tygodniach.

W marcu 1964 r. gdy dostawy fabrycznie

nowych samolotów Lim-6bis właściwie

zostały zakończone Inspektor Lotnictwa,

którym od 1963 r. był wcześniejszy dowódca

Lotnictwa Operacyjnego gen. dyw. pil.

Jan Raczkowski nakazał przeprowadzenie

państwowych prób kontrolnych tego typu.

Wzięły w nich udział dwa płatowce 1J05-04

i CM10-30. Ponieważ oba egzemplarze

różniły się od siebie najpierw ten drugi doprowadzono

do standardu znanego z produkcji

seryjnej. Co ciekawe, w zaplanowanych

lotach osobiście brał udział m.in.

generał Raczkowski. Cały program testów

Jeden z Lim-6bis na płaszczyźnie postojowej jednego z lotnisk wojskowych.


Jarosław Jabłoński

Karabin przeciwpancerny

Mk 1 Boys kal. 13,97 mm w armii japońskiej

86

19 września 1931 roku. Stolica Mandżurii,

Mukden. Chiński garnizon

niemal bez walki opuszcza miasto

unikając konfrontacji z depczącymi

mu po piętach Japończykami z Shimamoto

Butai. Japońska kawaleria

zajmuje rynek i koszary Kuomintangu.

Piechota por. Komoto wpada do magazynów

zbrojowni. Tam konsternacja.

Marszałek Zhang Xueliang, najpotężniejszy

warlord Mandżurii, kazał

wywieźć swoim ludziom każdą sztukę

przechowywanej tam broni. Penetrujący

arsenał piechurzy z II. Batalionu

1. Samodzielnej Jednostki Garnizonowej

wracają na plac z pustymi rękami.

Czekający na nich korespondent tokijskiego

„Mainichi Shimbun” opuszcza

gotowy do ujęć aparat fotograficzny nie

kryjąc rozczarowania. Jeszcze rano był pewien,

że przed zmierzchem wyśle mocodawcom

swojego dziennika rolki filmu z uwiecznionymi

na nich chińskimi armatami i karabinami

maszynowymi. Zdjęcia wytoczonego na plac

apelowy sprzętu były by świetnym ukoronowaniem

gazetowych nagłówków głoszących

nowy tryumf cesarskiej armii. A tu bieda… Nie

ma czego fotografować!

Kimura z rezerwą lustruje „zdobycznego”

osła, którego grzbiet jakiś dowcipniś przewiązał

flagą Kuomintangu. Z rezygnacją ocenia

czy warto uwiecznić zwierzę w obiektywie ku

chwale cesarskiej armii. Żołnierze naradzają

się chwilę między sobą. Kilku z nich znika

ponownie w czeluści budynku, by wrócić

po chwili targając coś nie bez wysiłku.

A to się nada? – szczerząc w uśmiechu

zęby pokazują przedmiot przypominający

raczej armatę, niż karabin ręczny. Korespondent

Kimura ma przed oczami chiński muszkiet

z początków dynastii Qing (1644-1912)

długi na prawie trzy metry.

Kimura jest zachwycony. Każe żołnierzom

pozować z muszkietem w tle, który prezentuje

się znakomicie. Do takiej broni pasowałby

ktoś o posturze Chewbacci z „Gwiezdnych

wojen” a nie drobny, azjatycki strzelec. Ale

właśnie o taką dysproporcję chodzi fotografowi!

Zdjęcie trafia na rozkładówkę najbliższego

numeru gazety. Jej czytelnicy mogą

przeczytać, że: pozbawieni wyobraźni, głupi

Chińczycy zatrzymali karabin na wyposażeniu

swego garnizonu z zamiarem jego użycia

przeciw japońskim czołgom! Słynny chiński

karabin przeciwpancerny z Mukdenu na długo

zapada w wyobraźnię Japończyków jako

synonim bezradności wrogiej armii…

Mitsuhiko Kimura nie zbiera laurów

za zrobione zdjęcie. Ginie krótko po jego

wykonaniu przecięty serią z karabinu maszynowego.

Spust broni naciska japoński lotnik.

Być może zmylony błyskami flesza, lub chińską

flagą na grzbiecie grzecznie stojącego

osła bierze zgromadzony na placu oddział

za jednostkę Kuomintangu …

Karabiny ppanc. Boys

– ile ich Japończycy zdobyli

Półwysep Malajski. Singapur. 10 lat później.

Gdyby żył, pechowy reporter japońskiego

dziennika był by zachwycony. Jego koledzy

zdobyli nie jeden a blisko kilkaset karabinów

przeciwczołgowych dużego kalibru. Flesze

aparatów nie błyskały w ich stronę tylko dlatego,

że poza karabinami ppanc. zagarnięto

równie wielką liczbę dział i pojazdów pancernych

budzących większe emocje.

W samym tylko Singapurze kapitulujący

brytyjski garnizon przekazał oddziałom japońskim

łącznie 248 karabinów przeciwpancernych

Boys kal. 13,97 mm. W tej liczbie znalazło

się 171 egzemplarzy w pełni sprawnej

broni a 45 sztuk wymagało drobnych napraw

rusznikarskich. 20 karabinów zostało uznanych

przez Japończyków za uszkodzone,

lub zużyte z zaznaczeniem jednak, że nadają

się do dalszej eksploatacji. Jednocześnie

w ok. 20 karabinach stwierdzono brak zamków.

Ani jednej sztuki nie skreślono z ewidencji

ze względu na jej stan, za to 12 egzemplarzy

broni przekazano z miejsca

do użytku w japońskich pododdziałach.

I tu mała dygresja: nawet jeśli istotnie cesarskim

strzelcom oddano w lutym-marcu

1942 r. jedynie tuzin Boysów pochodzących

z „singapurskiej” zdobyczy, w jednostkach

mających za sobą kampanię malajską posiadano

ich chyba w tym czasie znacznie

więcej. Gdy bowiem ostatecznie podliczono

„dobra” zagarnięte w Singapurze wyszło,

że do 21 kwietnia 1942 r. japońskie jednostki

liniowe „pobrały” 10 894 szt. naboi 0,55 cala

przewidzianych dla Boysów. Tak wielki pobór

amunicji sugerowałby, że eks-brytyjskich karabinów

ppanc. „chomikowano” w cesarskich

pododdziałach znacznie więcej niż tuzin.

W przygotowanym w czerwcu 1942 r. raporcie

podsumowującym uzbrojenie zdobyte

w Singapurze autorzy dokumentu zalecali

przekazanie 228 Boysów cesarskim jednostkom


WYDARZENIA

Andrzej Kiński

Improwizowany pociąg pancerny z czasów powstania wielkopolskiego, inspirowany Pociągiem pancernym

nr 11 Poznańczyk, zestawiony z oryginalnego wagonu szturmowego Poznańczyka, parowozu TP3-36 z tendrem

z 1913 r. i dwóch 12-metrowych platform ze stanowiskami ogniowymi dział oraz karabinów maszynowych.

Poznańskie Muzeum

Broni Pancernej w nowej siedzibie

Niezbyt często w naszym kraju zdarza się

otwarcie nowej placówki muzealnej poświęconej

historii wojskowości, a w szczególności

o profilu technicznym. Takie

wydarzenie miało miejsce w Poznaniu 4

października, gdzie swą działalność w nowym

kompleksie budynków na ul. 3 Pułku

Lotniczego zainaugurowało Muzeum

Broni Pancernej Oddział Muzeum Wojska

Polskiego w Warszawie.

Bez licznej grupy osób wspierających w ostatnich

latach ideę przeniesienia unikatowej kolekcji wozów

bojowych i pojazdów wojskowych z terenu

Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych do nowej siedziby

całe przedsięwzięcie nie byłoby możliwe, a zatem grono

zaproszonych na uroczystość gości było bardzo liczne.

Zaszczycili ją m.in. sekretarz stanu w Ministerstwie

Obrony Narodowej Wojciech Skurkiewicz, sekretarz

stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Szymon

Szynkowski vel Sęk, doradca prezydenta RP Andrzeja

Dudy ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa państwa

Bogusław Winid, dowódca 12. Wielkopolskiej

Brygady Obrony Terytorialnej płk Rafał Miernik, a także

parlamentarzyści i przedstawiciele administracji wojewódzkiej,

samorządu i duchowieństwa. Nie mogło

zabraknąć także dyrekcji macierzystej dla Muzeum

Broni Pancernej placówki – Muzeum Wojska Polskiego

w Warszawie – p.o. dyrektora Pawła Żurkowskiego i zastępcy

dyrektora Witolda Głębowicza. Honory gospodarza

pełnił ppłk Tomasz Ogrodniczuk, który od 1997 r.

jest kustoszem poznańskiej kolekcji, a od kwietnia

2015 r. szefem Muzeum Broni Pancernej Oddziału Muzeum

Wojska Polskiego.

Podczas uroczystości przemówienia wygłosili m.in.:

dyrektor Żurkowski, minister Winid, który odczytał

okolicznościowy list od Prezydenta RP Andrzeja Dudy,

minister Skurkiewicz z kolei odczytał list ministra obrony

narodowej Mariusza Błaszczaka. Wszystkim zaś podziękował

ppłk Ogrodniczuk, człowiek który był twórcą

96

Jeden z najcenniejszych eksponatów Muzeum Broni Pancernej, jeden z nielicznych zachowanych na świecie

i jedyny zdolny do jazdy, egzemplarz działa samobieżnego StuG IV.

idei przeniesienia Muzeum Broni Pancernej do nowej

siedziby i dzięki któremu jego kolekcja rozrosła się

na przestrzeni ostatnich dwóch dekad z niewiele ponad

20 do ponad 60 pojazdów. Nie zabrakło także koncertu

w wykonaniu słuchaczy oraz wykładowców kursu

podoficerskiego w grupie osobowej orkiestr i zespołów

estradowych Szkoły Podoficerskiej Wojsk Lądowych

z Poznania. Po przecięciu wstęgi, błogosławieństwie

wojskowych kapelanów i salwie z zabytkowej armaty

goście uroczystości mogli po raz pierwszy zwiedzić hale

muzeum i zapoznać się z pomieszczeniami administracyjnymi

i socjalnymi oraz salą konferencyjną w wyremontowanym

budynku biurowo-wystawienniczym.

Od wtorku 8 października Muzeum Broni Pancernej jest

wreszcie dostępne dla wszystkich zwiedzających.

Ktoś może w tym momencie żachnąć się, że przecież

poznańskie Muzeum Broni Pancernej istnieje już

ponad 55 lat, zatem mówienie o zupełnie nowym

muzeum jest trochę naciągane – będę jednak upierał

się przy swoim. Rzeczywiście początków dzisiejszego

muzeum należy doszukiwać się jeszcze w pierwszej

połowie lat 60. ubiegłego wieku. Przez ponad 30 lat

była to jednak wojskowa kolekcja dydaktyczna, nie

występująca w spisie muzeów objętych nadzorem

przez ówczesne Ministerstwo Kultury i Sztuki (obecnie

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego),

o której wiedzieli jedynie nieliczni, a takich, którzy mieli

szansę go odwiedzić było jeszcze mniej. Wraz ze zmianami,

jakie nastąpiły w naszym kraju i Wojsku Polskim

na początku lat 90. dostępność kolekcji dla tzw. osób

postronnych nieco się poprawiła, ale nadal – z racji

znajdowania się na terenie wojskowym – pozostawała

ona de facto zamknięta dla obcokrajowców. I tak było

jeszcze w 2017 r., chociaż formalnie Muzeum Broni Pancernej

już istniało, będąc od kwietnia 2015 r. oddziałem

warszawskiego Muzeum Wojska Polskiego. Dopiero

jednak od października tego roku poznańską kolekcję

mogą odwiedzać wszyscy zainteresowani, a warunki

w których są przechowywane i eksponowane pojazdy

ją tworzące nie odbiegają od stworzonych w najbardziej

renomowanych placówek tego typu na świecie.

Co ważne, przydzielony muzeum teren daje możliwość

wyeksponowania kolejnych kilkudziesięciu pojazdów,

a jeśli udałoby się poszerzyć go o sąsiednią działkę,

można byłoby myśleć o budowie kolejnych pawilonów

i stworzeniu placu do pokazów sprzętu.

More magazines by this user
Similar magazines