07.01.2025 Views

POST_SCRIPTUM_4_2024_28

POST SCRIPTUM 28 – Niezależny Kwartalnik Literacko-Artystyczny tworzony przez polsko-brytyjski zespół. W tym numerze m.in.: afrykański artysta-malarz Izzeldinn Kojour, Zanussi. Przez przedmioty, Babalooka w Turcji, Natalia Ślizowska.

POST SCRIPTUM 28 – Niezależny Kwartalnik Literacko-Artystyczny tworzony przez polsko-brytyjski zespół. W tym numerze m.in.: afrykański artysta-malarz Izzeldinn Kojour, Zanussi. Przez przedmioty, Babalooka w Turcji, Natalia Ślizowska.

SHOW MORE
SHOW LESS

Transform your PDFs into Flipbooks and boost your revenue!

Leverage SEO-optimized Flipbooks, powerful backlinks, and multimedia content to professionally showcase your products and significantly increase your reach.

SCRIPTUM

P R O Z A P O E Z J A P U B L I C Y S T Y K A S Z T U K I W I Z U A L N E

ARTAKTY POST SCRIPTUM

O ROMSKIEJ TRADYCJI MUZYCZNEJ

JÓZEF MERSTEIN-JOCHYMCZYK

KOLORY I SMAKI SUDANU

IZZELDINN KOJOUR

Gość specjalny

SŁOWA W OBLICZU HISTORII

Rafał Zięba

KRZYK PORTRETU

FRANCIS BACON

ZANUSSI. PRZEZ PRZEDMIOTY

BABALOOKA W TURCJI

Monika Janowska

POST

NIEZALEŻNY KWARTALNIK

LITERACKO-ARTYSTYCZNY

4/2024 (28)

NATALIA ŚLIZOWSKA

pokazuję, czym może być moda

NA PROGU ŚMIERCI. URSZULA KOZIOŁ

Prof. Marek Bernacki

www.postscriptum.uk

www.postscriptumfundacja.com

fb: post scriptum

POST SCRIPTUM

1


WERSJA ELEKTRONICZNA DO POBRANIA ZA DARMO:

https://www.yumpu.com/user/postscriptum.mag

DRUK NA ŻYCZENIE: 24,95 zł

ZAMÓWIENIA BEZPOŚREDNIO W DRUKARNI:

https://www.wyczerpane.pl/wydawnictwo-post-scriptum,dBA-0io.html

Prawa do indywidualnych utworów pozostają przy twórcach.

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych

i zastrzega sobie prawo do redagowania tekstów.

FUNDACJA WSPIERANIA KULTURY „POST SCRIPTUM”

05-092 Łomianki

ul. STANISŁAWA STASZICA 14/5,

KRS 0000908539

NIP 1182225810,

e-mail: biuro@postscriptumfundacja.com

www.postscriptum.uk postscriptum.mag@gmail.com fb: post scriptum redakcja@postscriptum.uk

SPIS TREŚCI:

inne sztuki wizualne poezja PROZA

24 JULIUSZ WĄTROBA – opowiadanie Artysta???

41 Czas to pieniądz – felieton – Bo Jaroszek

60 Robert Knapik – recenzja książek ERICA WEINERA i WILLIAMA DAVIESA

62 PATRYCJA KUBICZ – opowiadanie Niewinność

63 Wywiad z poetą i prozaikiem RAFAŁEM ZIĘBĄ – Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz

72 Wywiad z B. GRUSZKĄ-ZYCH, G. LITYŃSKIM i K. ZANUSSIM – Andrzej Radziejewski

78 Juliusz Wątroba – recenzja książki Zanussi. Przez przedmioty

82 BABALOOKA – Monika Janowska

84 Powrót do lasu – esej Renaty Szpunar

92 PRZEZ PERYSKOP – Naturalnie o sztuczności – Juliusz Wątroba

104 WANDA DUSIA STAŃCZAK – opowiadanie Prezent

13 ANETA JASŁOWSKA – wiersz

14 TADEUSZ ZAWADOWSKI – wiersz

22 WANDA DUSIA-STAŃCZAK – wiersze

39 AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ – wiersze

44 KĄCIK SATYRYCZNY

58 JULIUSZ WĄTROBA – wiersz

71 JACEK JASZCZYK – wiersz

80 Poezja polecana – TOMASZ MIELCAREK

88 Na progu śmierci – recenzja wiersza URSZULI KOZIOŁ – prof. Marek Bernacki

96 Poezja polecana – MIROSŁAW BOCHENEK

6 Handle With Care – relacja z wystawy w Turku – Daniel Wójtowicz

26 Zodiak – wystawa malarstwa ARTURA SMOŁY

46 IZZELDINN KOJOUR – malarstwo – kolory i smaki Sudanu

98 Krzyk portretu – relacja z wystawy FRANCISA BACONA – Daniel Wójtowicz

4 Relacja z Gali „Post Scriptum”

16 Wywiad z romskim bardem JÓZEFEM MERSTEINEM-JOCHYMCZYKIEM –

Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz

29 Wywiad z projektantką mody NATALIĄ ŚLIZOWSKĄ – Katarzyna Brus-Sawczuk

102 JACEK JASZCZYK laureatem konkursu „Osobowość polonijna im. Edyty Felsztyńskiej”

ZESPÓŁ REDAKCYJNY:

Redaktor naczelna: Renata Cygan Zastępczynie redaktor naczelnej: Joanna Nordyńska i Katarzyna Brus-Sawczuk

Sekretarz redakcji: Jacek Jaszczyk

Redaktorzy: Juliusz Wątroba, Anna Maruszeczko, Izolda Kiec, Wanda Dusia Stańczak, Renata Szpunar, Robert Knapik, Agnieszka Herman,

Bo Jaroszek, Daniel Wójtowicz, Monika Janowska, Beata Anna Symołon, Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz

Gościnnie: Izabela Winiewicz-Cybulska, Jerzy Stasiewicz

Korekta: Aleksandra Krasińska, Dominika Paluch, Małgorzata Nowak i Ewa Słotwińska

2

Rysunek satyryczny: Jarosław Janowski Tłumaczenia z języka angielskiego: Renata Cygan

POST SCRIPTUM Skład, łamanie i opracowanie graficzne: Renata Cygan


Na okładce:

obraz Izeldina Kojoura

Wizjonerski kurator, historyk sztuki i dyrektor artystyczny Serpentine Galleries

w Londynie Hans Ulrich Obrist rok 2024 nazwał rokiem sztucznej inteligencji.

AI płynnie wsącza się naszą codzienność i niepostrzeżenie zajmuje coraz więcej

miejsca we współczesnej rzeczywistości. Jest także obecna w sztuce, a to spotyka

się z protestem artystów parających się sztuką tradycyjną. Wokół tego tematu narosło

dużo kontrowersji – mówi się o nieetycznych skutkach rozwoju sztucznej inteligencji, bo

maszyny bazują jednak na tym, co wyprodukował człowiek, a to już jest nadużywaniem

praw autorskich i własności intelektualnej. Poza tym sztuka to przede wszystkim emocje,

ludzka kreatywność, przeżycia i refleksje – to wszystko, czego bezduszna maszyna nigdy

nie dostąpi. Dużo by na ten temat mówić, ale jedno jest pewne – parowóz ruszył i pędzi.

I nic go nie zatrzyma. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ten kolejny etap ewolucji w branży

kreatywnej nie podąży w nieodpowiednim kierunku.

WSTĘPNIAK

Sztuka ma szokować, media społecznościowe uwielbiają sensację, więc bardzo często

artyści chwytają się kontrowersyjnych rozwiązań. Jednym z największych wydarzeń artystycznych

2024 roku była praca Maurizia Cattelana „Comedian”, czyli świeży banan przyklejony

taśmą klejącą do ściany, wystawiony na sprzedaż za 6,2 mln dolarów. Rozumiemy

ironię – to zjawisko kulturowe to prowokacja i krytyka mechanizmów rynku sztuki, ale

obnaża także smutną prawdę, że rynek sztuki to żart.

Sztuka, którą prezentujemy na łamach „Post Scriptum”, na pewno żartem nie jest. Prezentowani

w kolejnych numerach artyści – ci już uznani, z dorobkiem, bądź ci dopiero

początkujący – to utalentowani i doświadczeni twórcy, których prace skłaniają do refleksji

i wywołują emocje. W tym numerze przedstawiamy Państwu m.in: malarza z Sudanu

Izzeldinna Kojoura, którego dzieła przesycone są afrykańskimi akcentami, reżysera

Krzysztofa Zanussiego, przedstawionego oczami poetki, pisarki i dziennikarki Barbary

Gruszki-Zych, laureatkę Literackiej Nagrody „Nike” Urszulę Kozioł, a ściślej jeden z jej

wierszy, który wnikliwie zrecenzował prof. Marek Bernacki, oraz wielu innych ciekawych

artystów słowa i obrazu.

Bardzo serdecznie zapraszamy Państwa do zapoznania się z tym numerem, bo naprawdę

warto. Odwiedzajcie nas, dzielcie się swoimi opiniami, śledźcie nas w mediach społecznościowych.

To dla Was, czytelników powstaje „Post Scriptum”, dla Was zespół redakcyjny

przygotowuje każdy numer z miłością, oddaniem i radością – tym większą, że grono

miłośników naszego magazynu z numeru na numer znacząco się powiększa. To dodaje

skrzydeł i napędza do dalszego działania.

Życzymy Państwu pięknych świąt i wspaniałego nowego roku, a my zabieramy się za tworzenie

kolejnego numeru i obiecujemy, że w 2025 roku nie obniżymy lotów. [RC]

www.postscriptum.uk, fb: post scriptum, e-mail: redakcja@postscriptum.uk

Wydawca: Post Scriptum LTD, Watford, UK

NUMER KONTA: IBAN: GB82 LOYD 3096 2657 4181 60

UK: SORT CODE: 309626 ACC Number: 57418160

POST SCRIPTUM

3


ARTAKTY

POST SCRIPTUM

Więcej informacji:

Joanna Nordyńska

Biuro prasowe Plebiscytu Artysta Roku 2023

kwartalnika „Post Scriptum”

redakcja@postscriptum.uk

Zdięcia: Aleksandra Krasińska

4

POST SCRIPTUM


Redakcja Niezależnego Kwartalnika Literacko-Artystycznego

„Post Scriptum” po raz czwarty przeprowadziła wśród

czytelników plebiscyt na Artystę Roku. Kapituła plebiscytu

nominowała 20 twórców z różnych dziedzin sztuki i literatury,

którzy byli gośćmi na łamach magazynu w 2023 roku,

następnie czytelnicy wyłonili zwycięzcę. Tegoroczna edycja

ponownie wzbudziła wiele emocji i głosy na nominowanych

twórców spływały do ostatniej chwili. W wyniku plebiscytu

zaszczytny tytuł Artysty Roku 2023 przypadł tureckiej akwarelistce

Rukiye Garip. Na drugim miejscu uplasował się aktor i

reżyser Marek Probosz, a trzecie miejsce zajęła piosenkarka i

autorka tekstów Anja Orthodox.

Redakcja Niezależnego Kwartalnika Literacko-Artystycznego

„Post Scriptum” wraz z Fundacją Wspierania Kultury

„Post Scriptum” zorganizowały uroczysty wieczór podsumowujący

plebiscyt na Artystę Roku 2023 w klimatycznym

klubie Pardon, To Tu, który odwiedzany jest przez

miłośników książek, muzyki i dobrej kuchni. Po przedstawieniu

sylwetek wszystkich nominowanych artystów

i zapoznaniu się z ich twórczością w formie prezentacji

multimedialnych nastąpiło wręczenie statuetki ArtAkty Post

Scriptum oraz rozdanie dyplomów. W imieniu zwyciężczyni

tegorocznej edycji Rukiye Garip statuetkę odebrał Boran Ankarali

– siostrzeniec artystki. Jej piękne akwarele można było

podziwiać w wirtualnej galerii prac. Wieczór uświetnił występ

profesora sztuk teatralnych Stanisława Górki, który zaśpiewał

kilka utworów Georges'a Brassensa, a także wyrecytował wiersze

Agaty Tuszyńskiej, Adama Gwary, Enormiego Stationisa

i Łucji Dudzińskiej – poetów nominowanych do tytułu Artysty

Roku 2023. Wieczór zakończyły rozmowy kuluarowe przy

lampce wina.

Przypomnijmy, że w poprzednich edycjach statuetkę Artysty

Roku otrzymali:

Krzysztof Bieliński – artysta fotograf i pedagog

Piotr Kamieniarz – artysta malarz

Iza Połońska – piosenkarka i trenerka głosu

W trakcie wieczoru prowadzona była transmisja na żywo, dostępna

na fanpage’u „Post Scriptum” na Facebooku. Wszystkie

prezentacje można znaleźć na kanale YouTube:

https://www.youtube.com/@postscriptum2061

Jestem bardzo szczęśliwa, że mogę wraz z tak wspaniałym zespołem

tworzyć to pismo, i jestem dumna, że odnosi ono coraz

większe sukcesy, z roku na rok zwiększa swój zasięg i liczne grono

artystów chce się znaleźć na jego łamach — mówi Renata

Cygan, redaktorka naczelna kwartalnika.

Więcej informacji o czasopiśmie oraz fundacji na stronach internetowych:

https://postscriptum.uk

http://postscriptumfundacja.com

oraz w mediach społecznościowych:

Post Scriptum | Facebook

https://www.instagram.com/postscriptumpl/

Gala

Rukyie Garip

POST SCRIPTUM

5


ANNA REIVILÄ

D a n i e l W ó j t o w i c z

Handle with care

Otaczaj troską

Okazuje się, że nie trzeba jechać

bardzo daleko, aby dotknąć

bardzo odległej rzeczywistości.

Po drugiej stronie naszego Bałtyku,

w trzecim mieście Finlandii – Turku,

trwa wystawa lokalnego młodego

malarstwa i fotografii. Za jej symbol

obrana została praca przedstawiająca

spoczywający na morskim brzegu

wielki głaz narzutowy, opleciony

starannie powiązaną liną. W dziełach

młodej fotografki Anny Reivilä

(ur. 1988) węzły i liny oznaczają więzy

między ludźmi, a w tym wypadku

pewnie związki człowieka z Naturą.

Szybko się zatem można domyśleć,

że tytuł ekspozycji Handle with care

(Otaczaj troską) odnosi się do naszej

Ziemi, do losu ludzkości. Mocne

i ciekawe. Czego się jednak moż-

6

POST SCRIPTUM

na spodziewać po prowincjonalnym

muzeum – zastanawialiśmy się

z przyjaciółmi, planując wspólny wypad

do tego miasta. Niemniej jednak

potraktowaliśmy wizytę na tej wystawie

jako wprowadzenie w nieznany

nam fiński świat.

Z mówieniem o prowincjonalności

Finlandii nie warto było się jednak

spieszyć. Prawdą jest, że kraj ten

o powierzchni Polski zamieszkuje

społeczność nie większa niż ta z naszego

Mazowsza. Kojarzy się nam najczęściej

z lasami, jeziorami i tundrą,

czyli z dziką pustką. W rzeczywistości

jednak należy do ścisłej czołówki

naszej cywilizacji. W początkach XXI

wieku w międzynarodowych rankingach

Finlandia uznana została za

najbardziej innowacyjne państwo

świata. U podłoża tego imponującego

sukcesu legła wieloletnia koncentracja

państwa na najwyższym

poziomie edukacji. A wykształcone

i nowoczesne społeczeństwo dojrzało

do stawiania sobie poważnych pytań

i wskazywania rozwiązań wybiegających

daleko poza dzień dzisiejszy,

często nawet poza wyobraźnię.

„Jej kontakt z nowymi zjawiskami

najlepiej umożliwia sztuka” – uważa

Virpi Valtonen, teoretyczka i praktyczka

edukacji, jedna z promotorek

wystawy. „Zderzenia nauki i sztuki,

przeplatanie się ich narracji zawsze

daje początek czemuś nowemu”.

Nauka w wielu wymiarach niesie dziś

twierdzenie, na które powołują się

organizatorzy ekspozycji, że ludzkość

bez zasadniczej zmiany postawy czło-


wieka przetrwać już dalej nie zdoła.

Ze względu choćby na widmo katastrofy

klimatycznej, degradację środowiska

czy dezintegrację społeczną.

W prezentowanym na początku wystawy

asamblażu, na ciemnym tle

przerażająco smutnej ptasiej klatki,

widać jedną barwną papużkę

z czerwonym dziobkiem, smętnie,

depresyjnie zastygłą na drążku. Druga

z pary bezwładnie wisi obok, z odrętwieniem

i smutkiem zamienionym

już w śmierć. Autor pracy Juhani

Harri (1939-2002), fiński mistyk

i surrealista „nie waha się zachować

sentymentalizmu; najczęściej umiejętnie

pobudza stronę emocjonalną.

Jego interesująca ekspresja polega

na osobliwym sposobie, w jaki łączy

wpływy przeciwnych stron i różnych

sztuk” – opisuje dyrektor helsińskiego

muzeum Ateneum Soini Sinisalo.

Nie wiem, czy tytuł przywołanej tu

pracy Król i królowa odnosi się do

ludzkiej potęgi nad światem, ale niestety

tak właśnie może się kojarzyć.

Finowie są światowymi mistrzami

fotografii artystycznej. Tutaj, w Turku,

na fotografii z cyklu ”Marcello's

Theme”, autorstwa Eliny Brotherus

(ur. 1972), jednej z najwybitniejszych

współczesnych fotografek Finlandii,

kobieta w pięknej długiej letniej

sukni wkomponowana jest bajecznie

w wypełniającą cały kadr ścianę zielonego

lasu. Odcina się od niej oczywiście

swoim człowieczeństwem,

jak również odmiennym kolorytem

stroju. Ale obraz nie pozostawia wątpliwości

– ona i cała reszta ukazanej

tam natury stanowią bezsprzeczną

całość. „Mówi się, że my, Finowie,

mamy wysoce rozwinięte relacje

z naturą, jednak utrata różnorodności

biologicznej w naszym kraju wciąż

się nasila. Możliwe jest, że potrzeba

kontrolowania natury i środowiska

jest błędnie interpretowana, a działania

człowieka nie są podejmowane

z myślą o innych gatunkach i ich potrzebach”

– twierdzi Virpi Valtonen.

Jej myślenie, podobnie jak i cała wystawa

w muzeum w Turku, wywodzi

się z sedna ogarniającej naszą cywilizację

idei posthumanizmu.

JUHANI HARRI

Orientacja ta kwestionuje przekonania

o zasadniczej wyższości ludzkości

nad wszystkim w świecie i o jej

szczególnym uprzywilejowaniu. Nakłania

człowieka do odnalezienia się

jedynie jako jedno z ogniw łańcucha

Natury, równe swym znaczeniem

z innymi. Do zrozumienia, że człowiek

jest też zwierzęciem, pomimo

że większość zwierząt nie jest ludźmi.

A dalej wbicia w swoje przekonania,

że każdy ma takie samo prawo do bycia

uznanym za człowieka całkowicie

równego innym ludziom. Przez setki

lat panowania humanizmu, dzielącego

ludzi na białych i czarnych, na właścicieli

i niewolników, na bogatych

i biednych, na mężczyzn i kobiety, na

sprawnych i niesprawnych, na wierzących

i niewierzących, ta prosta reguła

była obłudnie ignorowana. Nadchodzi

czas zrównania. Zrównania

dla przetrwania. Do tego, jak wynika

z katalogowych objaśnień, sięga idea

wystawy Handle with care (Otaczaj

troską).

Angielskie słowo care zawarte w tytule

ekspozycji ma w swojej etymologii

– co podkreślają objaśnienia na

wystawie – dwa znaczenia: „opiekę”

oraz „leczenie, naprawę, ratunek”.

Są na wystawie prace, które uzmysławiają,

że na nasz ratunek czeka

Natura.

Zasmucone, choć niezwykle mądre

oczy pięknego czarnego pawiana patrzą

na nas z lękiem i resztkami złudnej

nadziei w przejmującej fotografii-

-portrecie bez tytułu autorstwa Eska

Männikkö (ur. 1959). „Jeszcze wierzę

w ciebie, człowieku, choć się ciebie

boję. Jeszcze wierzę, że nie dopuścisz

do mojej zagłady” – zdają się wyznawać.

Co gorsza z jeszcze większym przerażeniem

patrzą na nas oszalałe z bólu

i płaczu czerwone oczy doczepione

do nagiego mózgu zarżniętego barana

we wstrząsającej instalacji Horror

przed końcem życia autorstwa Isma

Kajandera (ur. 1939). „Stajemy się

ludźmi (lub nieludźmi) w relacyjnym

kontekście do innych gatunków. Te

relacje ujawniają całe spektrum naszej

radości i nieszczęść, troski i opieki,

ale także nadużycia i pozbawianie

wartości innej żywej istoty” – tłumaczy

Virpi Valtonen.

POST SCRIPTUM

7


KATI IMMONEN

Kontakt ze sztuką wiele w człowieku

zmienia – wywołuje świadome i podświadome

emocje, które skłaniają

do zadawania nowych pytań lub podejmowania

działań prowadzących

do zmian. Takie jest też znaczenie

wystawy w Turku. Musimy objąć troską,

efektywną opieką, otaczający

nas świat, bo taką mamy do spełnienia

rolę. Odpowiedzialność jest

uznawana za najważniejszy element

tożsamości człowieka. W angielskim

określeniu responsibility wyraźniej

słychać, że jest w tym postulat odpowiedzi,

reakcji na to, czym zaskakuje

nas życie.

Natura czeka na nasz ratunek

EMMA AINALA

W posthumanistycznym rozumieniu

relacji międzygatunkowych człowiek

jest bardziej opiekunem niż właścicielem

zwierzęcia. Urzeczywistnia się

to już w nadzwyczajnych relacjach

z domowymi pupilami, najczęściej

pieskami i kotkami. Stają się one naszymi

współdomownikami, czasem

nawet najważniejszymi. Pewnie do

tego sięga prezentowany na wystawie

duży obraz Essi Kuokkanen (ur. 1991)

For You I Will Give You My Everything

– przedstawiający emocje dziewczyny

i jej psów na wspólnym spacerze.

„Wszystko jest połączone, granice

między gatunkami stają się płynne

(…). Kuokkanen interesuje się fizycznością

emocji – tym, jak zdarzenia

w umyśle wywołują fizyczną reakcję

w ciele. Postacie w jej obrazach i rysunkach

są jak zbiorniki wypełnione

uczuciami, czasami rozlewające się,

sączące lub przelewające się niekontrolowanie”

– czytam w opisie pracy.

Jakość naszych relacji z innymi gatunkami

ma dla człowieczeństwa duże

znaczenie, gdyż jest elementem uczynienia

z ludzkości harmonijnej części

świata, co oznaczać może zmniejszenie

zagrożeń dla jego dalszego istnienia

i zażegnywanie wizji katastrofy

ekologicznej. Stanowi również emocjonalną

bazę do wzmacniania równości

pomiędzy samymi ludźmi. Tego

najmocniej dotyczy hasło Handle

with care (Otaczaj troską)

8

POST SCRIPTUM


ESKA MÄNNIKKÖ

ELINA MERENMIES

Jakość

naszych

relacji

z innymi

gatunkami

ma dla

człowieczeństwa

duże

znaczenie

ELINA BROTHERUS

MIIKKA VASKOLA UNTITLED

Duży, kolorowy i spokojny obraz,

zdominowany przez zieloną, trawiastą

przestrzeń ozdobioną krzewami

róż ukazuje sylwetkę starej

kobiety otulonej ramieniem młodszej

– może córki, może opiekunki.

Wspólnie wpatrują się w krainę rozpostartą

przed nimi, czuje się atmosferę

spokoju, opieki. Autorka obrazu,

Erika Adamsson (ur. 1973), wyznaje

w swoim dossier: „Interesują mnie

ulotne chwile i codzienne sytuacje,

które są nam wszystkim znane. Staram

się przekształcić moje osobiste

doświadczenie w coś, z czym inni

również mogą się utożsamić”. Tutaj

sięga do sedna wymowy tytułu wystawy

– do troski, jaką ludzie winni

są innym ludziom, w tym wypadku

POST SCRIPTUM

9


ESSI KUOKKANEN

10

ERICA ADAMSON 2010 ISMO KAJANDER 2011

POST SCRIPTUM


ROLAND PERSSON

Kontakt ze sztuką wiele w człowieku zmienia

tym starym. Okazuje się, o czym pisze

w swoim komentarzu Virpi Valtonen,

że jest to w innowacyjnym i nowoczesnym

społeczeństwie fińskim

prawdziwym problemem – zanikają

w nim międzypokoleniowe więzy.

„Rodziny wielopokoleniowe są dziś

rzadkością. Osoby starsze, które nie

są już w stanie radzić sobie same, są

kierowane do instytucji życia wspomaganego,

w których główną formą

istnienia i aktywności jest już tylko…

czekanie. Dla mnie emocjonalnym

wyrazem tego dzieła Eriki Adamsson

jest to właśnie czekanie. Oczekiwanie

na koniec” – pointuje Valtonen.

A nam pozostaje pytanie: Czy jest to

stan rzeczy właściwy społeczeństwu

fińskiemu, czy też całej naszej tak nowoczesnej

cywilizacji?

Jeżeli sztuka ma rodzić emocje

i głębsze zastanowienie, to musi

ono dotyczyć dramaturgii ludzkiego

bytu. Czy wolno pozwolić, aby prowadził

on człowieka do samotności

i bezwzględnego, pustego oczekiwania

na oczywisty wyrok losu?

Czy taka perspektywa nie pozbawia

życia motywacji i godności?

Wystawa – złożona wypowiedź

artystyczna kuratorów Seliny Kiiskinen,

Elli Liippo i Anniny Sirén

z Muzeum Sztuki w Turku – ukazuje,

że hasło Handle with care jawi

się dziś nam nie tyle w kontekście

zwykłej opieki, lecz w pełnym sensie

egzystencjalnym. Jest postulatem

obrony sensu życia, przed

którym stoi cała nasza cywilizacja.

Znamienne, że angażuje on tak mocno

artystyczny świat Finlandii. Warto

było się o tym przekonać na niezwykłej

wystawie w Turku.

Z wystawą powiązana jest publikacja

zamieszczona na stronie

internetowej muzeum, uzupełniająca

z perspektywy różnych

gatunków przesłanie wystawy

i niosąca komentarz twórczy. Z niej

pochodzą cytowane w tym tekście

wypowiedzi Virpi Valtonen, doktor

nauk, edukatorki głównie z zakresu

międzygatunkowych relacji ze światem,

o silnej orientacji posthumanistycznej.

https://turuntaidemuseo.

fi/nayttelyt/handle-with-care [DW]

DANIEL WÓJTOWICZ

11

POST SCRIPTUM


Zdjęcie: Renata Cygan

12

POST SCRIPTUM


PERŁA NA DNIE ROZPACZY

Mówili, że to koniec. Ostatnie lato w oczach.

Kroplówki w małych żyłach i łysa przestrzeń marzeń.

Choć chwila czarnej wizji uwalnia w sobie pożar,

nadzieja jednak sypia na białym prześcieradle.

I każdy kąt od bólu zatraca rację bytu.

W klepsydrze czas oddycha i nie ma lepszej trasy.

Perłowe ściany ciszy. Mamusiu, boli. Przytul.

Ktoś żar dziecięcych westchnień milczeniem słów ugasił.

Mówili, że to koniec. I koniec nastał szybko.

Na dnie bolesnej rany wyryta rozpacz jutra.

Kruszynka kołysanek. Wzniecała szepty iskrą

ostatniej doby żalu. Zamilkły z bólu usta.

Perłowa mała trumna. W niej całe życie cierpień.

Scenariusz łzą splamiony i studnia gorzkich cierni.

A potem bezsens sensu. Cierpienie. Lata nieme.

Nie zdążył czas tej perły przyszłością zazielenić.

ANETA JASŁOWSKA

BĄDŹ OBOK ZAWSZE (strofa saficka)

Czas lubi konać, pewnie ja też zniknę

wśród wodospadu niespisanych wierszy,

przyjdę jak wtedy, w sukience błękitnej

uniesień pierwszych.

Zostawię zapach konwaliowych szeptów,

nutę lawendy na skraju tęsknoty

i pióro wieczne, niesforny apetyt

na czuły dotyk.

Na białej kartce zostawię marzenia,

dorobek myśli i poezję jutra,

zanim w ramiona uchwyci mnie ziemia

wspomnień nie utrać.

Chociaż czas zwilży morzem łez powieki,

będę ostoją i cumą przy sterze,

a potem cicho mój oddech uleci

wśród niemych ścieżek.

Ułożę w szafie nasze przemyślenia,

plany, rozterki i bagaż doświadczeń,

uśmiech i smutek, i wszystko na przemian,

bądź obok zawsze.

POST SCRIPTUM

13


TADEUSZ ZAWADOWSKI

POWRÓCIŁY ŁODZIE

powróciły łodzie do portów nie odkrywszy lądów.

wszystko

zostało już nazwane. nowe ziemie postarzały. dawno

skradziono złoto mirrę i kadzidło. przyglądam się

połamanym

masztom i zmęczonym twarzom żeglarzy. ich matki

nie doczekały synów. odpłynęły na wyspy z których

nie ma

powrotu. stęsknione żony znalazły innych kochanków.

spaceruję brzegiem morza. w oddali biała mewa

rozcina niebo jak żagiel.

ZAPOMNIANY PORT

już tu nie powrócę. odpłynęły wszystkie statki

które znałem po imieniu i z którymi

łączyły mnie długie podróże. nie mam

do kogo powracać. przystań stała się

nieobecnością. to nas łączy. ja też przypominam

opustoszały port. tylko mewy i rybitwy

znajdują do niego drogę. ludzie odpłynęli statkami

których zapomniałem imienia.

14

POST SCRIPTUM


Zdjęcie: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

15


z Michałem Rapką w Dzierzgońskim Ośrodku Kultury

Józef Merstein-Jochymczyk

bard sinti jazzu w rozmowie o romskiej tradycji muzycznej i pasji tworzenia

rozmawia AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ

Postać wyjątkowa w świecie muzyki. Znany jako bard sinti jazzu, reprezentuje bogatą tradycję romskiej

muzyki przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Jego styl jest głęboko zakorzeniony w dziedzictwie

jego rodziny, a także inspirowany wielkimi nazwiskami, takimi jak Django Reinhardt i jego krewny

Schnuckenack Reinhardt – wybitny skrzypek. Muzyka Mersteina-Jochymczyka to połączenie romskich pieśni

i ballad, śpiewanych w oryginalnym języku Sinti, z jazzowymi wpływami hot swingu.

Od lat 80. XX wieku z powodzeniem koncertuje na scenie międzynarodowej, współpracuje z wieloma artystami,

bierze udział w prestiżowych festiwalach. Jego wyjątkowa twórczość, obejmująca utwory zarówno tradycyjne,

jak i autorskie, zyskała uznanie w całej Europie.

Józef Merstein-Jochymczyk – bard muzyki romskiej stylu sinti oraz manouche. Jego repertuar obejmuje

romskie pieśni i ballady charakterystyczne dla Romów niemieckich i francuskich. Artysta komponuje i pisze

teksty również w języku Sinti.

W 1983 roku nawiązał współpracę z Polską Agencją Artystyczną Pagart, co umożliwiło mu wyjazdy koncertowe

do Jugosławii, Niemiec, Włoch, Austrii, Czech i Słowacji. Brał udział w licznych festiwalach romskich

i jazzowych, w tym w prestiżowym Django Reinhardt Festival w Hildesheimie, gdzie występował z własnym

zespołem Józef Merstein Trio. W 2013 roku nagrał wspólną płytę z wybitnym słowackim skrzypkiem Jánem

Berkim Mrenicą pt. Me Givau, z którym wystąpił na Open Jazz Fest. W późniejszych latach współpracował także

z zespołem Holeviaters oraz Hanią Malaciną-Karpiel, a także z duetem Tschavolo & Kaja Vlasak – wirtuozami gitary

hot swingu. Jego muzyka była obecna na festiwalach w Niemczech, Czechach, Słowacji, a także w Polsce. Józef

Merstein występował również m.in. jako solista na festiwalu Romane Dyvesa w Gorzowie Wielkopolskim.

16

POST SCRIPTUM


Dziadkowie Józefa Mersteina – z albumu rodzinnego

Luis Merstein – Prawnuczek Józefa Mersteina

Muzyka

towarzyszy mojej rodzinie

od pokoleń

Jak to jest urodzić się w rodzinie wybitnych

muzyków?

Muzyka towarzyszy mojej rodzinie

od pokoleń. Krewni występowali na

dworach w Niemczech, Włoszech

i Szwajcarii. Dziadek, który pochodził

ze Szwajcarii, grał głównie muzykę

klasyczną, ale nie brakowało w jego

repertuarze czardaszy, które łączyły

elementy muzyki węgierskiej z romską.

Grał zatem utwory takich kompozytorów

jak Schubert czy Brahms,

ale zawsze przemycał swoje tradycyjne

melodie.

Moja rodzina była bardzo muzykalna.

Jednak sytuacja moich krewnych

podczas II wojny światowej była

trudna. Część rodziny znalazła się

w Drohobyczu, gdzie (dzięki niemieckim

dokumentom) była traktowana

jako Niemcy. Jednak w 1943 roku

wyszedł dekret Heinricha Himmlera

dotyczący czystości rasowej. Moim

krewnym groziła eksterminacja

w obozach koncentracyjnych, dlatego

natychmiast udali się do Krakowa,

gdzie uznano ich na włoską trupę

artystyczną – przybrali nazwisko

Ferrari. (uśmiech) Grali nawet dla

Hansa Franka. Warto w tym miejscu

nadmienić, że jeszcze przed wojną,

choć nie znali języka polskiego, Mersteinowie

występowali na polskich

dworach, m.in. u Potockich w Łańcucie,

co jest udokumentowane.

Po wojnie mój dziadek i kilku innych

członków rodziny postanowiło zostać

w Polsce, ale wielu krewnych

wyjechało. Moi rodzice również grali

i śpiewali; mama występowała też

w cyrku, który należał do mojego

wujka. Ci, którzy zostali, założyli zespół

muzyczny – koncertowali i nagrywali

m.in. w Radio Wrocław.

Czyli muzyka była w Pana życiu

wszechobecna i od zawsze?

Tak. U nas się grało niezależnie od

okoliczności – gdy ktoś brał ślub,

rodził się lub umierał. A jak nie było

okazji... to też się grało. (śmiech)

Jakie były Pańskie pierwsze wspomnienia

związane z grą na instrumencie?

Moja mama, pracując w cyrku, dużo

podróżowała, a tata zmarł, gdy byłem

mały. Wychowałem się przy wujku

– muzyku. To on ustawiał mi palce

na gitarze, potem kuzyni. W domu

było mnóstwo instrumentów. Z chęcią

na nich eksperymentowałem.

Kiedy byłem już nastolatkiem, próbowałem

moich sił w szkole muzycznej.

Nie chodziłem tam jednak

długo. Gdy zapisano mnie do niej,

POST SCRIPTUM

17


ja już potrafiłem grać. Profesorowie

zabierali mnie na koncerty, pojawiło

się inne granie. Na szkołę nie było już

czasu albo też rozpocząłem naukę

zbyt późno.

Czy pamięta Pan swoje pierwsze

występy publiczne? Jakie emocje

towarzyszyły Panu wtedy i jak te

doświadczenia wpłynęły na Pańską

przyszłą drogę muzyczną?

Pierwszy występ był w szkole podstawowej,

kiedy miałem osiem lat.

Przyniosłem gitarę do szkoły, a dzieciom

bardzo się spodobała moja gra.

To mnie motywowało do dalszych

występów. Pamiętam, jak przygrywaliśmy

na wieczorkach tanecznych,

a później jakoś zacząłem grać z kolegami

bluesowe przeboje takich

zespołów jak The Rolling Stones czy

The Beatles. Wśród owych kolegów

był m.in. Jurek Styczyński – gitarzysta

zespołu Dżem.

Opowiada Pan o tym tak, jakby

granie było czymś naturalnym,

a z występami przed publicznością

nie wiązała się żadna trema...

Niezupełnie tak jest. Ale rzeczywiście

chyba największą tremę miałem

w Teatrze Narodowym w Warszawie

podczas gali, na której Danucie

Szaflarskiej wręczano nagrodę Złotego

Berła za „wieloletni, najwyższej

próby kunszt aktorstwa scenicznego

i ekranowego”, przyznaną przez Fundację

Kultury Polskiej. Wieczór rozpoczynał

mój występ. Miałem, śpiewając,

przejść między publicznością

i podejść do aktorki, która uwielbiała

muzykę romską. Byłem naprawdę zestresowany,

tym bardziej że obok samej

pani Danuty w gali uczestniczyło

wielu wybitnych artystów. Świadczy

o tym choćby fakt, że garderoby

użyczył mi Janusz Gajos, częstując

mnie przy tym kieliszeczkiem żołądkowej

gorzkiej – tak na rozluźnienie.

(śmiech)

W latach 80. rozpoczął Pan współpracę

z Polską Agencją Artystyczną

Pagart. Jak to przełomowe wydarzenie

wpłynęło na Pańską karierę

muzyczną i umożliwiło wyjazdy

zagraniczne?

W 1983 roku dostaliśmy kontrakt

do Jugosławii, co otworzyło nam

drzwi do międzynarodowej kariery.

18

POST SCRIPTUM

Koncert w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku 2024

Dla nas, Romów,

muzyka to coś więcej niż dźwięki

to opowieść o naszej tożsamości

i historii

To była prawdziwa trasa koncertowa,

inspirowana muzyką bałkańską.

Grałem w różnych krajach i przez kilka

lat koncertowaliśmy nieustannie.

Współpraca z Pagartem była momentem,

który umożliwił mi występy

na europejskich scenach, m.in. we

Włoszech, w Niemczech i w Austrii.

Wspaniała przygoda i wiele niezapomnianych

wrażeń. Naprawdę trzeba

było się podobać, aby dostać angaż

międzynarodowy.

Grałem choćby w zespole Carusso

Band razem z Jerzym „Kopą” Kopińskim

– znakomitym tenorem,

który śpiewał arie operowe i operetkowe,

a także włoskie standardy.

W skład zespołu wchodzili również:

Jerzy Ozimkowski – saksofon, gitara,

śpiew; Ryszard Kramarczyk – piano

elektryczne; Krzysztof Baliś – perkusja

oraz Stanisław Dudek – organy elektryczne.

W późniejszym czasie do zespołu

dołączył Marian Kłeczek – saksofon

i instrumenty klawiszowe. Naszą

pierwszą wokalistką była Janina

Trzaska, którą później zastąpiła Maria

Kramarczyk. Był też okres, kiedy śpiewała

z nami Lili Ivanova z Bułgarii.

Zanim ochrzczono nas Carusso

Band – tak na nas mówili miejscowi

i pod tą nazwą byliśmy znani na

całym wybrzeżu adriatyckim – nazywaliśmy

się Dreams (to nasza oficjalna

nazwa, pod którą zarejestrowano

nas w Pagarcie).

Jak współpraca z artystami takimi

jak Ján Berky Mrenica czy duet

Django Always wpłynęła na Pański

rozwój artystyczny?

Ján Berky Mrenica to wybitny słowacki

skrzypek, który zasłynął jako

mistrz muzyki ludowej, zwłaszcza

romskiej i węgierskiej. Pochodził

z rodziny o bogatych tradycjach

muzycznych i stał się jednym z najbardziej

rozpoznawalnych muzyków

romskich w Europie Środkowej. Miał

ogromny wpływ na moje utwory –

z jego orkiestrą nagraliśmy płytę pt.

Me Givau, na której zaśpiewałem.

Z kolei z Django Always z Pragi, specjalizującym

się w stylu gypsy jazz

wzorowanym na twórczości Django

Reinhardta, grałem na licznych festiwalach.

To jest duet, który tworzą

Tschavolo i Kaja Vlasak – syn


Jednym z największych wyzwań na

mojej drodze muzycznej było opanowanie

nieparzystego metrum, które

najczęściej występuje w muzyce

ludowej oraz tradycyjnej z różnych

regionów świata, zwłaszcza na Bałkanach

i w Turcji. Rytmy na 7/8 czy

9/8 wymagają dużej koncentracji

i precyzji. Łatwo zgubić się w tempie,

a wtedy powrót do właściwego rytmu

może być jak błądzenie po ciemnym

lesie. Praca z Macedończykami

była szczególnie trudna, ponieważ

ich muzyka ma zupełnie inny podział

rytmiczny, co stanowiło nie lada wyzwanie.

Szczególnie dla naszych perkusistów

takie granie było czasem

naprawdę stresujące, wręcz wywołujące

traumę. (uśmiech) Natomiast

mnie, dzięki romskim korzeniom

i doświadczeniu w graniu muzyki

z „romską duszą”, przychodziło to

naturalniej.

Dobrzy muzycy potrafią jednak się

nawzajem zrozumieć i razem stworzyć

coś wyjątkowego mimo tych

różnic. Przykładem takiego wyzwania

było chociażby zagranie hymnu

Jugosławii Jugoslavija w rytmie 7/8.

Jak zmieniało się Pańskie podejście

do muzyki na przestrzeni lat?

Najważniejsza jest

silna wola

i ojciec. Tschavolo to takie „cudowne

dziecko”, wirtuoz gitary, niezwykle

uzdolniony. Na scenach występuje

od dziecka.

Były to dla mnie bardzo ważne projekty,

które rozwijały moje umiejętności

i otworzyły nowe perspektywy

muzyczne.

Muzyczne drogi doprowadziły Pana

również do góralki Anny Malaciny-

-Karpiel…

Ania Malacina-Karpiel to utalentowana

wokalistka, współzałożycielka

zespołu Holeviaters, który łączy muzykę

folkową z brzmieniem swingowych

standardów i ballad jazzowych.

Nawiązaliśmy współpracę, a ja wystąpiłem

na koncercie urodzinowym

grupy w Zakopanem w hotelu Antałówka.

Zdecydowanie jednoczy nas gypsy

jazz, a współpraca skupia się na

łączeniu tradycyjnych elementów

muzyki romskiej z nowoczesnymi

brzmieniami.

Jakie były największe wyzwania,

które napotkał Pan na swojej drodze

muzycznej?

Obecnie wykonuję utwory skomponowane

przez moich wujków: Thomasa

Triskę-Daumenickela i Schnuckenacka

Reinhardta. Ja piszę teksty

do tych utworów i koncentruję się na

promowaniu tej kultury. Polska publiczność

powoli zaczyna rozumieć tę

muzykę, ale szczególnie wzruszające

są dla mnie koncerty we Włoszech,

gdzie jej odbiór jest wyjątkowy. Tam

publiczność momentalnie utożsamiają

się z tym, co gram i o czym

śpiewam. U nas, w Polsce, muzyka

sinti jazz dopiero wchodzi na rynek.

A śpiewa Pan o…? Mam na myśli

własne teksty.

Moje teksty są mocno zakorzenione

w tradycji, opowiadają o życiu, wolności,

tęsknocie za pięknymi miejscami.

To muzyka prosta i głęboka,

odzwierciedlająca dawne, wędrowne

życie Sinti.

A jak starsze pokolenie odbiera to

„ubranie” tradycyjnych pieśni Sinti

w słowa przez Pana napisane?

Często czerpię inspirację z własnych

POST SCRIPTUM

19


Józef Merstein Trio – archiwum prywatne

doświadczeń, ale też z historii, które słyszałem od starszych.

Kiedy gram i śpiewam, czuć tę wspólną energię –

to muzyka, która łączy ludzi. Starsze pokolenie Romów

przyjmuje te pieśni tak, jakby znali je od zawsze. Opowiadam

o uczuciach, które są uniwersalne, Dla nas, Romów,

muzyka to coś więcej niż dźwięki – to opowieść o naszej

tożsamości i historii

Obecnie jest Pan uznanym bardem muzyki romskiej.

Jak patrzy Pan na swoją dotychczasową drogę muzyczną,

a także co najbardziej Pana cieszy i co planuje Pan

na przyszłość?

Cieszy mnie to, że mogę grać swoją muzykę – tę, na której

się wychowałem. W przeszłości przez 25 lat grałem

w zespole instrumentalno-wokalnym Allados wraz

z kolegami: Jerzym Tworkiem – lider, śpiew, harmonijka

ustna; Januszem „Siksą” Sikorą – perkusja; Stanisławem

Żbikiem – gitara; Zbyszkiem Bolkiem – gitara. Graliśmy

covery muzyki rozrywkowej: Leonarda Cohena, Erica

Claptona, Niebiesko-Czarnych, Czesława Niemena, Breakout

oraz kilka naszych własnych kompozycji.

A moje plany na przyszłość? Być aktywnym muzycznie,

komponować i występować. Obecnie gram z utalentowanymi

muzykami, z którymi rozwijamy nowe projekty.

20

POST SCRIPTUM

Aktualnie Centrum Kultury i Historii Romów w Oświęcimiu

wraz z Telewizją Kraków kręcą film biograficzny

o mnie. Zdjęcia zostaną zrealizowane m.in. w Gdańsku

podczas prób, a także podczas koncertu.

Uprzedził Pan moje pytanie. (uśmiech) Wkrótce przecież

zagra Pan podczas koncertu upamiętniającego 80.

rocznicę zagłady Sinti i Romów.

Tak. Koncert odbędzie się w Gdańsku w Muzeum II Wojny

Światowej. Wystąpię z towarzyszeniem Orkiestry Symfoników

Bydgoskich. Będzie także wielu innych artystów.

Wydarzenie organizowane jest przez Romskie Stowarzyszenie

Oświatowe Harangos.

Mam do tego rodzaju uroczystości bardzo osobisty stosunek,

ponieważ siostra mojej mamy wraz z czwórką dzieci

zginęła w Auschwitz.

Wiele lat temu razem z Aloszą Awdiejewem zagrałem kilka

koncertów upamiętniających poległych Romów i Sinti,

m.in. w Piwnicy pod Baranami.

Czy w Pana rodzinie kontynuowane są tradycje muzyczne?

Tak, oczywiście! Moja wnuczka Wanessa mieszka w Londynie

i z jej synkiem, a moim prawnuczkiem Luisem,


Festiwal Django Reinhardt 2023 w Hildesheim; na zadjęciu Józef Merstein wraz z Kaja & Tschavolo Vlasak z Pragi (gitary),

Carolin Pook (skrzypce), Jan Hanzl (kontrabas) – archiwum prywatne

który ma dopiero cztery lata, wspólnie gramy na gitarach

– głównie przez internet. Kiedy był u mnie latem,

widziałem w nim ten dryg – jakbym patrzył na siebie

z przeszłości. (uśmiech) Mój syn też śpiewa i gra, choć nie

zajmuje się tym zawodowo. Jest naprawdę rewelacyjny.

Katarzyna, moja córka, pięknie tańczy. A żona również

jest utalentowana. Grażynę poznałem w zespole muzycznym

Radial, w którym razem ze mną śpiewała. Miało to

miejsce na przełomie lat 1978/1979.

Czy jest coś, czego Pan żałuje, co poświęcił Pan muzyce?

Żałuję, że ten czas tak szybko uciekł. Mojego syna zobaczyłem

dopiero, gdy miał siedem miesięcy – to było

w 1986 roku, kiedy wróciłem z Jugosławii. Córka miała

wtedy pięć lat. Miesiąc spędzałem w kraju, a potem znów

wyjazd. Żona odwiedzała mnie czasem w lecie; przyjeżdżała

do Sarajewa, a potem podróżowaliśmy razem – od

Dubrownika przez Sutomore aż po włoską granicę.

Jak można się z Panem skontaktować w sprawie koncertów?

Zdecydowanie najlepiej napisać przez Messengera, ale

informacje znajdują się także na stronie Michała Rapki –

muzyka, z którym gram.

Od 2016 roku mam swój zespół – Józef Merstein Trio,

który tworzą wraz ze mną: Michał Rapka – kontrabas,

Tomasz Kobiela – gitara. Muzycy wywodzą się z krakowskiej

grupy jazzowej. Razem graliśmy na wielu festiwalach

w kraju i za granicą. Byliśmy pierwszą polską grupą, która

wystąpiła na międzynarodowym festiwalu Django Reinhardt

Festival w Hildesheimie w Niemczech. Chętnie przyjedziemy

zagrać, gdyby ktoś miał życzenie nas zaprosić.

A Pańskie życiowe motto?

Myślę, że najważniejsza jest silna wola. Trzeba ją mieć,

szczególnie w świecie show-biznesu, gdzie łatwo się pogubić.

Sława i popularność często idą w parze z różnymi

pokusami, jak używki czy inne zagrożenia. Widziałem,

jak wielu muzyków się na tym potknęło. Dla mnie silna

wola jest tym, co pozwala trzymać się swoich wartości

i dokonywać mądrych wyborów, nawet jeśli życie bywa

wymagające. Trzeba wiedzieć, kiedy zachować umiar

i gdzie postawić granicę… No, a przynajmniej próbować.

(śmiech)

Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów

muzycznych. [AKW]

AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ

POST SCRIPTUM

21


Foto: Pixabay

22

Wanda Dusia Stańczak

POST SCRIPTUM

W ZAMYŚLENIU

Z ogrzanego ciepłem

choinkowych lampek

bezpiecznego wnętrza

wypełnionego magią

uroczystej aury

wymknęła się myśl

na zachlapany

zimny świat

błądzić tak będzie

czekając naiwnie

na niedoczekanie

aż świt ją zmorzy

snem zbawiennym

budząc z zamyślenia

GWIAZDKA

Znów poczekam

na pierwszą gwiazdkę

w tę noc cudów i magii

wiem że się nie spełni

najważniejsze

ale widzę w myślach

jak wygląda mój nos

rozpłaszczony na szybie

i wtedy uśmiecham się

do wszystkich marzeń

zapakowanych odświętnie

a najbardziej do tych

nie do spełnienia

taka prywatna

Gwiazdka


TAMTEN ŚNIEG

NOCNY SEANS

Ta wyjątkowa

wigilijna noc

oświetla myśli

sypie pyłem przemijania

wsuwa cię w fotel

przypomina dawne

zdarzenia z bohaterami

którzy już nigdy

nie zagrają z tobą

w ziemskim spektaklu

oglądasz przeszłe sceny

i widzisz drzewo

z pogubionymi konarami

wiele ran niezabliźnionych

opatrujesz myślą ciepłą

z maratonu filmowego

zabiera cię świt

by znów zaprosić

za rok…

Zawirowały śnieżynki

pomarańczowo

zupełnie jak wtedy

pół wieku temu

w ciepłym sodowym

świetle latarni

za oknem salonu

ciotki Bronki

tradycja u niej przykrywała

wielki stół bielą obrusa

dla całej rodziny

rozmowy radość prezenty

a potem szesnaście

pięknie zgranych głosów

i kolędy kolędy kolędy

zasłuchana przykejałam

nos do szyby

zapatrzona w wirujące

płatki śniegu

i złoto latarni

obraz niepowtarzalny przytulał

skarby moich myśli

baśniowych z chórem w tle

z bohaterów tych nocy

zostałam tylko ja

POST SCRIPTUM

23


Artysta???

Zaczepił mnie na ulicy. Bezczelnie. Powiedział

wprost, że wpadłam mu w oko. On mi też wpadł.

Musiał zresztą wpaść każdemu, kto go tylko zobaczył,

bo wyglądał nietypowo, kolorowo, jak papuga

w stadzie wróbli. Nie miał wprawdzie wielobarwnych

piórek, ale za to nosił czerwony kapelusz, żółtą marynarkę,

niebieskie spodnie i pomarańczowe buty. Spod

kapelusza wystawał długi kucyk siwiejących włosów, wyglądający

jak pędzel dyndający z tyłu głowy! Od razy wiedziałam,

że to artysta, i to w dodatku stuknięty. Bo nikt

przy zdrowych zmysłach nie chodzi tak ubrany! Jak pajac!

– Może byś poszła ze mną na kawę? – zaczął bez zbędnych

wstępów.

– Dobrze – zgodziłam się, sama nawet nie wiem czemu.

Miał w sobie jakąś magiczną siłę, którą mnie przyciągnął

jak magnes opiłki żelaza. Poszliśmy do kawiarni. Kawa

była pyszna, a on gadatliwy jak mało kto. Nawet mnie nie

dopuścił do słowa, tylko nawijał i nawijał, a ja słuchałam

z rozdziawioną buzią, bo miał gadane! Po godzinie wiedziałam

o nim wszystko, o czym chciał, żebym wiedziała.

Jakim to jest genialnym artystą malarzem, że Van Gogh

mógłby się od niego wiele nauczyć, wtedy nie byłoby

w obrazach Holendra tyle brudów i niedoskonałości, a Fałatowi

by podpowiedział, jak malować akwarele, żeby to

nie wodne farby nim rządziły, ale żeby to on przewidywał

zachowanie się farb! Jak zdążyłam mu się wtrącić w wartki

potok słów i zapytać, jaką kończył uczelnię artystyczną,

to nie odpowiedział, tylko zaczął rzucać nazwiskami

wybitnych artystów, którzy go uczyli. A poza tym – jak

mówił, a ja zobaczę niedługo – jest genialny, w związku

z tym ma całe rzesze wrogów w środowisku artystycznym,

którzy zazdroszczą mu talentu i sukcesów komercyjnych.

W dodatku jego obrazy są w kolekcjach na całym świecie,

w całym układzie słonecznym i w całej galaktyce…

Tu przerwał, bo widział, że jednak przeholował, i zaczął

z innej beczki: gdzie to nie bywał na plenerach, oczywiście

międzynarodowych, i z kim to się nie spotykał, i jak

to się wszyscy zachwycają jego obrazami, a kto się nie

zachwyca, ten nie ma gustu, artystycznego smaku ani się

nie zna na sztuce. I tak paplał ze dwie godziny, a ja, jak zahipnotyzowana,

słuchałam jego słów o nim samym. Wi-

24

POST SCRIPTUM

dział siebie jako giganta, i to takiego formatu, że Leonardo

da Vinci wespół z Michałem Aniołem, gdyby dzisiaj

żyli, to nosiliby za nim sztalugi i myli mu w rozpuszczalniku

pędzle. Kawa się skończyła. Mój czas też. Chciałam się

pożegnać, ale zatrzymał mnie na chwilę i powiedział, że

mam tak ciekawą i inspirującą twarz, że musi namalować

mój portret! A ja, łatwowierna idiotka, jak na tę kawę,

dałam się zaprosić do jego pracowni, by mu pozować do

tego portretu, bo – jak stwierdził – przejdę do historii.

Pracownia rzeczywiście zrobiła na mnie wrażenie. Panował

tam nieopisany bałagan, choć właściwie powinnam

powiedzieć, że nieład artystyczny. Gołe manekiny,

wrzeszczące papugi w klatce, stare krzyże wiszące u sufitu,

zdezelowane instrumenty (kontrabas, skrzypce, akordeon),

reprodukcja Ostatniej wieczerzy oraz oryginały

jego obrazów.

Posadził mnie w jakimś wiekowym fotelu przykrytym

czerwonym aksamitem i zaczął malować. Na jego twarzy

widziałam to zdziwienie, to zachwyt, to natchnienie.

Wyciskał z tubek farby na paletę, po czym je mieszał

i przenosił na płótno pędzlami różnych rozmiarów.

– To najdroższe farby, najlepszych firm: Maimeri, Renesans.

Royal Talens… I pędzle też z najwyższej półki!

Z włosia borsuka! – wytłumaczył mi rzeczowo i z dumą,

widząc moje zainteresowanie tym, co wyprawia. A zachowywał

się dziwnie, jak to artysta. Raz podchodził blisko,

na odległość kilku centymetrów i gapił mi się w oczy;

innym razem odchodził pod samo okno, by z przechyloną

w prawo głową i przymrużonymi oczami mi się przyglądać.

Mruczał coś pod nosem, gadał do siebie, że światło

coś nie takie, że jestem z twarzy zmysłowa, a to ponoć

wielka zaleta i wielki walor. I tak do wieczora. Nie mogłam

już dłużej wysiedzieć prawie bez ruchu. Tym bardziej

że wymyślił, że mam się uśmiechać „ustami czerwonymi

jak róża”. Więc z tym przylepionym różanym uśmiechem

siedziałam jak idiotka, marząc o tym, by prócz tego

sztucznego wykrzywienia ust mieć także kolce od róży,

którymi bym go kłuła, by albo szybciej malował, albo dał

mi święty spokój. Jakby znał moje myśli, bo nagle rzucił

pędzle w kąt i oświadczył, że właśnie mu się wyczerpało

natchnienie i mój portret dokończymy jutro!


Zamiast darować sobie tego artystycznego megalomana,

mitomana i tumana w jednaj osobie, to przylazłam kolejnego

dnia do tej jego zafajdanej pracowni. Już czekał.

Zaparzył jakąś stęchłą kawę plujkę. Znów mnie usadził

w tym antycznym fotelu okrytym purpurą. I znów łaził

dokoła, gapił się na mnie, coś tam gryzmolił tymi borsuczymi

pędzlami różnej grubości. Klął pod nosem. Wreszcie

nie wytrzymał:

– Jesteś tak wyjątkową modelką, że nie dasz się traktować

jak zwyczajna piękna dziewczyna. Bo ty jesteś nadzwyczajna,

godna wyjątkowego portretu! – wyrzucił

z siebie, po czym dodał: – Walnijmy sobie po kielichu, to

wtedy będzie mi łatwiej się skupić nad twoją niebanalną

twarzą, a tobie przyjemniej czas upłynie w tym zabytkowym

fotelu, na którym siadali królowie! Ale ty też jesteś

prawdziwą królową! Przynajmniej dla mnie!

Zza stojących pod ścianą niedokończonych dzieł wyciągnął

flachę jakiegoś złocistego płynu. Rolę kielichów pełniły

dwie szklanki, które napełnił niemal do pełna. A ja,

idiotka, jak gdyby to była szklanka soku pomarańczowego,

wypiłam razem z nim prawie duszkiem!

– No, teraz to nam pójdzie! Na luzie! – obwieścił uroczyście,

wciskając mnie, królową, w królewski fotel.

Rzeczywiście, jeszcze bardziej się ożywił, mruczał coś pod

nosem, mieszając farby na tęczowej palecie, a mnie zaczęło

się mieszać w głowie. Choć błogi spokój mnie ogarnął,

było mi dobrze, błądziłam myślami, już nawet nie

wiem gdzie i z kim, nie zapominając wszakże o „różanym

uśmiechu”. Z kolorowych myśli wyrwał mnie jego głos:

– Widzisz jak dobrze? Od razu mi lepiej idzie! Uchwyciłem

twoje podobieństwo, ale by nie wymknęło mi się

spod pędzla, to szklanica na drugą nóżkę – zaproponował,

by procentowe siódme niebo obsypało go natchnieniem,

a mnie anielskim spokojem, niezbędnym atrybutem

modelki, którą teraz byłam już na 200 procent, dzięki

(jak mnie poinformował) 70-procentowemu trunkowi

przywiezionemu z międzynarodowego pleneru w Afryce

północno-południowej.

Już się nie musiałam starać, aby być tą w pełni profesjonalną

modelką, bo czułam, że nią po prostu jestem. Tym

bardziej że wciąż się mną zachwycał. A ja nawet nim, bo

z jednej palety zrobiły się dwie, z którymi jak na skrzydłach

wzlatywał w natchnienia, by świat oniemiał, gdy zobaczy

mój portret. On sam zobaczył we mnie nie tylko twarz,

ale i resztę. Gdy nalewał trzecią kolejkę, to stwierdził

z pełnym profesjonalizmem:

– Wiesz, dziewczyno, ty się nadajesz nie tylko na portret,

ale i na akt! Że ja tego wcześniej nie zauważyłem.

Wypiliśmy z wolna, a raczej wysączyli ósme już niebo

w płynie. Czas dla mnie przestał płynąć. Ale za to ja

pływałam. Nawet nie pamiętam, jak zrzuciłam ciuszki

i nagusieńka jak Ewa w raju położyłam się w tym fotelu.

A on mnie malował, chyba w różnych pozach, bo mnie

nieustannie poprawiał, układał, przekładał. Nie wiem,

jak długo to trwało, ale chyba długo… Nie wiem, co się ze

mną działo, ale się działo… Może to był dzień, może trzy

noce… On nic nie jadł, choć jak przez mgłę słyszałam, że

głodny i ma wilczy apetyt… A ja leżałam bez ruchu, chyba

że przychodził i mnie uruchamiał…

Powoli dochodziłam do siebie, choć zbyt daleko odeszłam…

Płomień różanego uśmiechu zgasł, a ja płonęłam

ze wstydu… Ubrałam porozrzucane dokoła moje fatałaszki…

Z bólem i z szumem w głowie podeszłam do sztalug,

na których z płótna spoglądała na mnie jakaś pokraka ani

do ludzi, ani do zwierząt niepodobna.

– To ma być to arcydzieło???!!! – krzyknęłam oburzona

i wytrącona z równowagi, choć trudność z równowagą

miałam też jeszcze przez ten wredny trunek.

– Co się denerwujesz? Miłość ważniejsza od sztuki! Bo:

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości,

nie szuka poklasku, nie unosi się pychą. A ty jesteś boginią

– wybełkotał skulony na tapczanie.

– Za to z ciebie zwyczajny ch**! – Trzasnęłam drzwiami

i wybiegłam, wtapiając się w falujący tłum, który utulił

mnie litościwie anonimową, szarą obojętnością… [JW]

JULIUSZ WĄTROBA

POST SCRIPTUM

25


Zodiak

26

POST SCRIPTUM


Mój pierwszy ZODIAK powstał blisko

cztery lata temu. Pomysł na

zamknięcie tematu odpłynął jednak

tak szybko, jak się pojawił. W 2022 roku

powrócił za sprawą zaproszenia mnie przez

Andrzeja Pągowskiego do projektu XII edycji

Kalendarza Artystycznego Gedon Richter/

Kobiece Konstelacje, w którym miałem przyjemność

wykonać dwunastą kartę Kobiety

Strzelca. Na początku tego roku postanowiliśmy

z Moniką Pietrzak / Vinci Art Gallery

w Poznaniu zamknąć temat wystawą.

Rok 2024 był dla mnie trudny. Wymusił dużą

dyscyplinę. Jestem ekstremalnie wydelikacony

(nie mylić ze słabością). Jako przeciwnik

wszelkich form wykluczania i zwolennik

wartości dodawanych wpuściłem do mojego

gwiazdozbioru trzynasty znak WĘŻOWNIKA,

na temat którego tyle się spekuluje. Takim

sposobem powstał spójny w swej różnorodności

zbiór trzynastu obrazów olejnych,

moich znaków szczególnych, krótkich historii

na temat naszej natury. Niektóre z nich

wydarzyły się naprawdę. Są na to dowody...

Nadchodzący rok wchodzi w znak WĘŻA, co

też uznałem za właściwą klamrę dla mojej

pracy. Wystawa była podsumowaniem mojej

dotychczasowej aktywności twórczej. Przede

mną są już nowe wyzwania, w których już jestem

mocno osadzony. Dedykuję ją tym, którzy

byli, są i ciągną mnie za uszy w górę.

Artur Smoła

Wystawa ZODIAK odbyła się 15 listopada – 6 grudnia

Koziorożec

Waga

Skorpion

Strzelec

Wodnik

Ryby

Baran

Byk

Bliźnięta

Rak Lew Panna

POST SCRIPTUM

27


28

POST SCRIPTUM


Natalia

ŚLIZOWSKA

POST SCRIPTUM

29


30

POST SCRIPTUM

Natalia Ślizowska – wizjonerka,

projektantka mody haute

couture, absolwentka dwóch

wyższych szkół (magistra

sztuki i absolwentka Politechniki

Łódzkiej), finalistka

programu Project Runway

w 2014 roku. Kobieta, która

nie potrafi siedzieć bezczynnie,

bo ma ręce pełne

pomysłów i szycia. Łączy

style, uwielbia kolory

i modę z przepychem. Nie

nudzi. Niezmiernie zdolna,

przekorna, młoda. Z krwi

i kości – gorzowianka.

Bohaterkę wywiadu znalazłam

w internecie. W samym

tym fakcie nie ma nic niezwykłego

– niezwykłe były

suknie. Zachwycające feerią

kolorów, stylem, przepychem,

ale również elegancją

i przemyślanie dobranymi

dodatkami. Starannie prowadzona

strona w internecie

i autentyczne media społecznościowe

są warte śledzenia.

Zachwyciłam się tą silną

drobną kobietą, która ma

pomysł na siebie, i na modę.

Inny niż klasyka i stonowane

kolory. Jej projekty łączą artyzm

z możliwościami współczesnych

tkanin. Czasem

w sposób zaskakujący.


G

Gorzów

w Nowym Jorku

rozmawia katarzyna brus-sawczuk

Natalio, zacznę od nietypowego pytania:

Za co lubisz Björk?

Pamiętam, że miałam sześć lat, a mój

starszy o siedem lat brat przyniósł mi

kasetę magnetofonową, była na niej nagrana

druga płyta Björk – Post. Znałam

tylko jedną piosenkę, w której drobna

istota o niesamowitym wyglądzie i głosie

ucieka przed niedźwiedziem. To mi

się tak podobało. Zakochałam się w tej

muzyce. Zobaczyłam, że artystka tworzy

coś zupełnie innego, wtedy może nawet

niszowego. Nieziemski głos i niesamowite

pomysły – tak odczuwałam tę muzykę.

Polubiłam ją, bo była inna, z dzikiego

miejsca, przez całe życie wierna swojej

inności. Była i jest dla mnie inspirująca.

Przekładając na świat mody – pojawił

się flow. Coś się wydarzyło…

Ja mam bardzo mało czasu, ciągle coś

robię, ale w dużej mierze kieruję się intuicją.

Czasem dzieje się coś takiego,

że musisz reagować, być spontaniczna.

Nasze Miejskie Centrum Kultury chciało

zrobić coś artystycznego, pokaz mody,

jakiego nigdy nie było, z okazji 30-lecia

ich istnienia. Chcieli pokazać moje kreacje,

ja od wielu lat marzyłam o tym,

wpadłam więc na pomysł, że jeśli zgodnie

z zamówieniem miałby to być megashow,

to dlaczego nie coś szalonego,

inspirowanego kostiumami. Pomyślałam

o Björk. Pomysł został zaakceptowany –

ja, mając wiele zawirowań w życiu, pracowałam

bardzo ciężko dwa, może trzy

miesiące, wszystko działo się na niesamowitym

przyśpieszeniu. Wymyśliłam

i zrealizowałam kolekcję. Jak na taki krótki

czas wyszło pozytywnie.

Nie bądź skromna! Ja wiem, że odbiór

tego pokazu był bardzo gorący, a publiczność

zachwycona. Ale, ale… jak to się

stało, ze Björk dowiedziała się o Tobie?

To było niesamowite również dla mnie.

Robiąc kolekcję, obserwowałam media

społecznościowe, wiedziałam oczywiście,

kim jest stylistka, która dba o wizerunek

Björk. Pewnego dnia, po tym, jak

już zrobiłam ten pokaz, wypiłam trochę

prosecco i pomyślałam sobie, że do odważnych

świat należy. Napisałam do

niej. Pokazałam jej na Instagramie, co

zrobiłam i jak to wyglądało. Nie minął tydzień,

dostałam odpowiedź, żebym na ich

służbowego maila wysłała projekty. Hm…

nie zrobiłam niestety tego do dzisiaj.

Dlaczego…?

Ja jestem szalona, ale szalenie perfekcjonistyczna.

Uznałam, że to nie mogą być

takie luźne zdjęcia, lepiej żeby wszystko

odbyło się bardzo profesjonalnie. Pomyślałam,

że powinien powstać katalog,

opracowany materiał, ale potem, jak

to zawsze u mnie, zrodziły się wątpliwości

– a może to jeszcze nie ten czas?

Może niewiele jeszcze potrafię? Może te

ubiory jednak są za słabe, żeby tak wysoko

startować? Ja oczywiście miałam

świetne zdjęcia z tego pokazu, zrobione

przez profesjonalnego fotografa i myślałam

sobie, że muszę zrobić to dopracowane

portfolio, ale „czynnik Natalii”

w mojej głowie to oddalał.

Ale kiedy to było? Zabrzmiało , jakby

minęły trzy lata…

W maju tego roku… (westchnienie)

(śmiech)

Czyli sprawa jest otwarta, może Björk

zamówi u Ciebie jakąś niesamowitą

kreację? Chciałabyś?

Oczywiście, że chciałabym. Każdy projektant

ma jakąś swoją idée fixe. Jeden

chce ubierać Madonnę, drugi Ozzy’ego

Ossbourne’a. Moim marzeniem jest

ubrać scenicznie Björk. To byłoby coś!

Jest we mnie nadal imaginacja zafascynowanej

artystką sześciolatki. Szykuję

się do tego, aby coś jej posłać. Jednak

chcę pokazać to maksymalnie profesjonalnie.

Pracuję nad tym.

Trzymam kciuki! A teraz, wróćmy do

rzeczywistości. Jak Ty zaczęłaś swoją

przygodę z modą? Absolwentka Politechniki

Łódzkiej. Jakiego wydziału?

Jestem architektem tekstyliów. Taki wydział

ukończyłam. To był bardzo techniczny

kierunek. Jednak wcześniej było

liceum plastyczne, więc wrażliwość na

piękno i sztukę w zasadzie nosiłam w sobie

od czasu wszesnonastoletniego.

Aaa… liceum plastyczne. To wszystko

wyjaśnia. Tam rodzą się talenty.

W piątej klasie, w ramach obrony pracy

dyplomowej, napisałam sztukę odegraną

przez dzieci i zaprojektowałam dla

nich ubrania na scenę. Wtedy nie miałam

pieniędzy na to, aby stroje uszyła

profesjonalna krawcowa, a ja myślałam,

że nie potrafię szyć. Maszyna do szycia

stała w tym czasie w domu, w wielu

domach tak było. Był to słynny w tamtym

czasie Łucznik. Wiedziałam, że mój

tata potrafi szyć, bo opowiadał mi, jak

w po-PRL-owskich – biednych, ale

w gruncie rzeczy barwnych czasach – szył

sobie spodnie dzwony. Pamiętam też, że

jak miałam pięć lat, moja mama z ciocią

miały w domu – to były lata 90. – malutki

zakład krawiecki. Chodziły z uszytymi

ubraniami do rozpowszechnionych

w tamtych czasach butików. Pomyślałam

sobie, że któreś z nich pokaże mi,

jak to się robi. Okazało się to tak banalnie

proste, że już drugiego dnia zakochałam

się w takim „tworzeniu” ubrań.

Przerabiałam, szyłam, a sterta rosła.

W tamtym czasie nie wiedziałam, że istnieją

kierunki studiów związane z modą.

W szkole nieśmiało wspominałam o zainteresowaniach,

ale żaden z nauczycieli

nie dał mi żadnych informacji o takich

kierunkach. W tamtym czasie postrzegano

je być może jako gorsze, nieznane,

a może po prostu mało przyszłościowe.

Nie było też internetu. Przypadkowo –

z informatora w kiosku – dowiedziałam

się, że takie kierunki można studiować

w Łodzi. Ludzie idą na malarstwo,

rzeźbę, nic tutaj dla mnie nie ma. Przy

wnikliwszym czytaniu zobaczyłam:

POST SCRIPTUM

31


Moim marzeniem jest ubrać

scenicznie Björk

projektowanie ubioru. Mogło spełnić się

moje marzenie. Jednak rodzice byli przeciwni.

Mama zawiozła mnie do szkoły

techniki dentystycznej.

Bycie technikiem dentystycznym, ceramistą,

to też dziedzina artystyczna…

trzeba mieć wyobraźnię, oprócz umiejętności

rzemieślniczych. Rozumiem

jednak, że czułaś się wtedy tak, jakby

rodzina trochę ucięła Ci skrzydła?

Ja tę szkołę ukończyłam. Zawsze staram

się kończyć, jeśli coś zaczynam. Po

pierwszym roku [szkoła jest dwuletnia

pomaturalna – przyp.red.] wiedziałam

już, że protezy i ortodontyczne aparaty

ruchome – mimo że mówisz, że zawód

technika jest artystyczny – to kompletnie

nie mój świat. Postanowiłam, że jednak

zaaplikuję na studia związane z modą.

Było to trudne, bo równocześnie studiowałam

i uczyłam się w dwóch odległych

miastach: Łodzi i Zielonej Górze. Bieda,

liczenie każdego grosza, żeby przeżyć,

32

POST SCRIPTUM

żeby po raz kolejny przemieścić się pomiędzy

miastami, tego wtedy doświadczałam.

Jednocześnie to mnie wzmacniało.

Myślałam, że muszę robić w życiu

to, co lubię, to, o czym marzę, więc że

warto zawalczyć. Wszyscy z rodziny widzieli

mnie już przy protezach, ale się

uparłam. Pewnego dnia, później, kiedy

już wiele rzeczy zmieniło się w moim życiu,

jechałam z Łodzi do Zielonej Góry

i postanowiłam, że zajrzę do mojej dawnej

szkoły. Weszłam i nie wierzyłam własnym

oczom. Na ścianie w głównej sali wisiał

mój dyplom i odręczne rysunki struktury i

anatomii zębów. Robiłam ich wtedy dużo

i przychodziło mi to z łatwością.

To są detale. Warstwy. Światło. Natura

potrafi być najlepszym artystą. Szkoła

oddała hołd twojej artystycznej duszy

i zdolnościom? Tak to odczułaś?

Byłam wzruszona, myślałam o sobie jako

o jednej z wielu absolwentek, a tu taka

niespodzianka.

Nie wiesz o tym, ale dla „Post Scriptum”

zrobiłam kiedyś wywiad z mieszkającym

w Kuala Lumpur rzeźbiarzem ceramistą,

Nasserem Shademanem, który

poza swoją niezwykle precyzyjną pracą

w ceramice na specjalne zamówienia

w strukturze koron protetycznych wykonuje

precyzyjne rzeźby pod mikroskopem.

Jego ulubieńcem jest Leonardo da

Vinci. On akurat poszedł w przeciwną

stronę. Ale to, co robi, jest sztuką.

Ciekawe. Za rysunki zębów w pracy dyplomowej

dostałam maksymalną ocenę

i wyróżnienie. Na ostateczny egzamin

jednak nie poszłam.

Ty masz lekkość ręki, Natalio. Precyzję.

Naturalność. Musiałaś zostać panią od

szlachetnego materiału. Nie od zębów.

Skąd pomysł na haute couture?

Ja żyję z użytkowych rzeczy. Polska jest

trudnym rynkiem dla dziwnych strojów.

Na co dzień prowadzę butiki z bardziej

przeciętnymi ubraniami, powiedzmy

normalnymi. Haute couture to jednak


moja pasja. Uwielbiam moment pomysłu,

powstawania kolekcji, pokazy. Studia

uświadomiły mi, że moda to nie jedynie

zwykły codzienny konfekcyjny ubiór.

Moda może być wyobraźnią i sięgać poza

codzienność. Istnieją ubiory unikatowe,

kostiumy, ubiory specjalne. Uzmysłowiłam

sobie, że to tkanina jest wszystkim.

Tkanina jest warstwowa, jest plastyczna.

Zawsze kochałam ubiór unikatowy, pojedynczy.

Może nawet spersonalizowany.

Taki ubiór może też mieć specjalny przekaz.

Może zdobić albo kaleczyć ciało,

może przełamywać konwenanse. Teraz

widzę, że zrobiłam tyle widowiskowych

kolekcji, ale przecież trzeba zarabiać pieniądze.

Twoje kolekcje zapierają dech w piersiach.

Uwielbiam je. Jednak z czegoś trzeba żyć.

To, co robisz, jest sztuką. Zgadzasz się

ze mną?

Tak… zresztą nauczono mnie tego, aby

tak postrzegać ubiór unikatowy. Przeniosłam

to do mojego Gorzowa. Jestem

tu jedyną taką osobą. Widzę, że jestem

coraz bardziej rozpoznawalna. Wróciłam

do Gorzowa po dziesięciu latach w Łodzi,

gdzie ostatecznie studiowałam na trzech

uczelniach. Tam dorabiałam w Castoramie

na nocnych zmianach, żeby przeżyć.

Dziadek wypominał zęby, bo przecież

mogłabym już być taka bogata. Tato

z kolei wspierał mnie, mówił: „Natalia

robi to, co kocha”. W Łodzi, w akademiku

miałam już mały pokój zaadoptowany na

studio, pojawiły się klientki z Warszawy,

które przyjeżdżały do mnie po sukienki.

Dostałam też stypendium rektora:

zaczęło być lepiej. Biegałam na konkursy.

Niestety mój akademik został zamknięty

i dostaliśmy nakaz opuszczenia go. To

stało się w momencie, kiedy zostałam

zakwalifikowana do Project Runaway

[amerykański reality show – przyp. red.].

Nie miałam się gdzie podziać. Co mam

zrobić z tym całym życiem? Na dodatek

mój cały dobytek ubrań nie zmieścił się

do busa, który wynajęłam. Bus zawiózł

moje rzeczy do rodzinnego miasteczka,

ja zaczęłam program – Project Runaway,

który o zgrozo, wcale mi się nie

podobał. Wróciłam do Gorzowa, bijąc

się z myślami: Co ja mam zrobić? Jestem

po studiach, trzeba pracować. Zawsze

moim marzeniem była własna marka.

Zarejestrowałam działalność. Zaniosłam

do Urzędu Miejskiego dyplomy, licząc na

jakieś dofinansowanie. Urzędniczka, patrząc

mi w oczy, zapytała: Ale co to jest,

jakieś projektowanie ubiorów? I Pani

jeszcze chce to na wiosce otwierać, pod

Gorzowem? Chciałam to zrobić w domu.

Dotacji nie chcieli jednak dać. Jedyne, co

ich zainteresowało, to moje odbyte praktyki

w krawiectwie ciężkim, męskim. To

ostatecznie był przeważający argument

w drodze starania się o dofinansowanie.

Paradoksem jest to, że nie istnieję

jako projektant. Jestem osobą tworzącą

odzież wierzchnią. Za przyznaną dotację

kupiłam maszyny do krawiectwa ciężkiego.

Chciałam jednak robić co innego,

bardziej wizjonerskiego. Wiedziałam, że

w Gorzowie nie ma żadnego salonu projektanckiego.

To również nie było łatwe.

Tłumaczyłam, że jestem artystką i potrzebuję

lokalu dla studia mody. Pokazywałam

dyplomy i wyróżnienia. W końcu

miasto zaoferowało mi lokal w tragicznym

stanie, do remontu, po starym imperium

czekoladowym Goplany. Ale jego

zaletą była lokalizacja. Samo centrum.

Tak z modą wślizgnęłam się w słodycze.

Z dużym wysiłkiem tworzyłam pracownię

z duszą. Myślałam: teraz już będzie

z górki. Nic bardziej mylnego. Klienci

otwierający drzwi pytali albo o Goplanę,

albo o to, czy to jest zakład krawiecki.

Atelier projektantki mody było dziwaczne

i trudne do zaakceptowania. Moja

rola jest trochę edukacyjna, tym, którzy

pozostali w Gorzowie (a jest ich około

stu tysięcy, bo reszta uciekła), pokazuję,

czym może być moda, zaprzyjaźniam ich

z niecodziennością, innością.

Pokazujesz im piękno. Bo nawet jeśli nie

mogą kupić, mogą popatrzeć z bliska, na

kreacje, które wyczarowujesz, nie na kolorowych

stronach magazynu „Vogue”,

tylko na żywo. Czy teraz, już po Twoich

licznych sukcesach, łatwiej robi się taką

wielką sztukę w małym Gorzowie?

Niełatwo. Myślałam, że tworząc w zachodniej

Polsce, jestem bliżej Zachodu.

Życie trochę zweryfikowało marzenia. Na

całe szczęście teraz już mam możliwości

pokazywania kolekcji dalej, poleciały

w świat. Pomagają też media społecznościowe.

W Gorzowie starałam się o dofinansowanie

z Urzędu Miasta. Niestety

nie dało się zakwalifikować dziedziny

mojej działalności. (śmiech) Pomyślałam

sobie, że w Nowym Jorku projektanci nie

mają takiego problemu. Zasugerowałam

urzędnikom, że może należałoby zaktualizować

wymienione w regulacjach

kwalifikacje do czasów bardziej współczesnych.

Na szczęście byłam absolwentką

Akademii Sztuk Pięknych (to w końcu

uczelnia wieloletnia, znana i z tradycjami),

ostatecznie moja działalność została

podpięta pod sztuki wizualne. (śmiech)

Do dzisiaj spotykam się z opiniami, że

po co to jest, przecież nikt tych ubrań

nie kupi. Ludzie nie rozumieją, że chodzi

o przekaz, a niekoniecznie o zakup.

Mogłoby się okazać, że jednak Madonna

by kupiła. Albo Björk. Albo Iris Apfel.

Czy Iris była dla Ciebie ikoną mody?

[Iris Apfel – amerykańska projektantka

wnętrz żydowskiego pochodzenia, businesswoman,

filantropka, historyczka

sztuki i fashionistka. Osoba niesamowicie

barwna, ceniąca w modzie kreatywność,

kolory i przełamywanie granic.

Fantazję i przytomność umysłu zachowała

do końca. Umarła w wieku 103 lat

w 2024 roku – przyp.red.].

Stanowczo tak. Iris to była osobność,

barwność, indywidualizm. Gdy leciałam

z kolekcją do Nowego Jorku nomen

omen, wśród dostępnych filmów był też

niesamowicie ciekawy biograficzny film

o niej. Dla niej chętnie zaprojektowałabym

kreacje. Wracając do Gorzowa.

Dopiero po dziesięciu latach działalności

zaufano mi, zaczęto zamawiać u mnie

pokazy. Wcześniej robiłam wszystko

sama, często wychodząc z modą na ulice.

Tydzień temu zostałam nagrodzona

przez prezydenta miasta ważną kulturalną

nagrodą, o którą walczy co roku

bardzo wielu artystów. Co ciekowe –

zostałam bardzo ciepło odebrana przez

publiczność.

Natalio, Ty teraz tę nagrodę musisz pokazać

światu. Byłaś niestrudzona, robiłaś

swoje, mimo zwątpień, oporu różnej

materii, zostałaś doceniona i słusznie

obdarowana. Coraz więcej ludzi poza

Polską widzi już Twoje kreacje. Zaimponował

mi ten Nowy Jork. Jak to się stało,

że Gorzów wyprawił się za ocean? Skąd

w ogóle pomysł – Maria Curie?

Był taki moment, kiedy w mediach społecznościowych

pojawiało się hasło

o cnotach niewieścich, parodiujące wymagania

względem kobiet. Obraz kobiety

siedzącej w domu i oddającej się

całemu szeregowi obowiązków, najlepiej

uległej i bez własnego zdania. Cnoty

niewieście mi kojarzyłyby się z niezależnością,

siłą, mądrym umysłem. Nagle

przyszedł pomysł. Maria Skłodowska-

Curie. Marii Skłodowskiej-Curie z siedzeniem

w domu i brakiem siły nie da się

kojarzyć. Przyjaciółka, ale równocześnie

rywalka Einsteina – mądra, wykształcona,

przełamująca granicę konwenansów

w świecie opanowanym przez mężczyzn.

Geniuszka. Moja idealna ikona mody.

Poznałam panią profesor, która od wielu

lat pisze biografię Marii. Sprzedała mi

sporo nieznanych smaczków, okazało

się na przykład, że to Maria, a nie Coco,

pierwsza skróciła spódnicę, żeby było jej

wygodniej jeździć na rowerze. Zaiskrzyło

pomiędzy mną a Marią. Od inspiracji

cnotami niewieścimi do stworzenia

POST SCRIPTUM

33


Polska jest trudnym rynkiem

dla dziwnych strojów

kolekcji była już prosta droga. Najpierw

wymyśliłam żabot, potem bluzkę, a potem

kolejne kreacje inspirowane epoką,

w której Maria żyła. Ta moda jest bardzo

kobieca. Chciałam dodać jej nowoczesności.

Wszystkie te stroje można z powodzeniem

nosić dzisiaj. Wykorzystałam

nowe tkaniny, porobiłam cięcia, które

lubię, stworzyłam konstrukcje. To się

okazało hitem. Nikt na świecie nie podjął

takiego tematu. Pierwszy raz pokazałam

Marię w Paryżu na Fashion Weeku. Publiczność

była zachwycona, dostałyśmy

z modelkami owację na stojąco. Widziałam

szacunek w oczach ludzi. Podchodzili

do mnie inni projektanci i gratulowali, co

w świecie mody i konkurencji bywa raczej

niezwykłe. Po tym zamarzyła mi się

wystawa w Muzeum Marii Skłodowskiej-

-Curie w Warszawie, posłałam katalog,

zrobiliśmy sesje zdjęciowe: w Gorzowie,

tropem Marii w Paryżu. Niestety, nie

było entuzjazmu. Pomyślałam, że może

jednak to jest zbyt słabe ,aby w miejscu,

którego sercem i główną bohaterką jest

Maria, pokazywać tę kolekcję.

Jednak coś się stało…

Minęły dwa lata. (śmiech) Nagle odezwała

się ambasada Polski w Nowym Jorku,

że chętnie zrobiłaby pokaz kolekcji inspirowany

Marią. Następnie pojawiła

się propozycja pokazania kolekcji w Waszyngtonie.

Mieliśmy też wiele pokazów

lokalnych w Polsce, uczestniczyliśmy

w Nocy Muzeów, wspieraliśmy projekt

dla dzieci uczęszczających do szkoły imienia

Marii. Moim marzeniem jest pokazanie

Marii w Japonii (mogę zdradzić, że

trwają rozmowy), gdzie naukowczyni jest

bardzo znana i szanowana. Najbliższe

Expo, które gości właśnie Japonia, ma się

odbyć pod hasłem: Dziedzictwo narodowe,

więc Maria pasuje jak ulał. Nie będzie

to proste, ale marzenia są po to, aby je

spełniać. Minął kolejny rok i nagle Muzeum

Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie

zadzwoniło do mnie z propozycją

pokazu. Ucieszyłam się, ale to nie była już

taka radość, jak przy pierwszej próbie organizacji

pokazu w Muzeum.

Czy nie jest to smutne, że często ktoś musi

zostać doceniony na świecie, żeby doceniono

go we własnym kraju… Mam wrażenie,

że Polacy boją się wyobraźni…

34

POST SCRIPTUM

Tak, jest to smutne. Ja przyjęłam ich

ofertę (wystawa wydarzy się dopiero za

rok), ale to już nie było to. Wliczając w to

przyszły rok, na realizację marzenia oczekuję

trzy lata.

Wbiłaś się do Nowego Jorku.

Nieśmiało – myślałam od dawna, że ja

chcę z tymi marzeniami pójść w świat.

Przy okazji kolekcji o Marii zrobiłam staranne

katalogi i pomyślałam, że będę

je przesyłać do różnych instytucji, ambasad,

konsulatów w różnych krajach.

Nowy Jork oczywiście też kusił. Realnie

zdawałam sobie sprawę, że z dziesięciu

katalogów być może jeden ma szansę

na przeczytanie. Co ciekawe, w Nowym

Jorku trafiło właśnie na ten jeden. Odpowiedział

sam wicekonsul. Na pokazie,

który doszedł do skutku i był pierwszym

takim modowym wydarzeniem, byli goście

z Waszyngtonu. Niespodziewanie,

później, przyszedł mail z adresu z rządowym

rozszerzeniem i… pojechałam

z Marią do Waszyngtonu.

Czy na te pokazy były zaproszone jakieś

gwiazdy, sławni ludzie?

Tak. Wiele poważnych ludzi z show businessu

i świata mody. Komentarz, którym

skomplementowano naszą Marię

był bezcenny: „Natalia Ślizowska była

jedyną projektantką, która miała spójną,

doskonale przemyślaną kolekcję”. Konsul

na swoim twitterze napisał jedynie

o mnie. Czułam ogromną radość, ale

także miałam przeświadczenie, że ważne

jest kochać to, co się robi, nie poddawać

się i robić swoje.

Tak jak Maria. Cytat, który lubię, a który

jest jej autorstwa: „Nie bój się czegoś,

co robisz, jeśli wiesz, że masz rację”.

To prawda. Realizacja celu, marzeń jest

taką drogą, w którą trzeba wierzyć i nie

poddawać się. Rzecz jasna czasem nie

wystarczy jedynie determinacja i upór.

Czasem trzeba mieć znajomości, pieniądze.

W niektórych przypadkach to

niespodziewany zbieg okoliczności podaje

pomocną dłoń. Ale też po tym, jak

moje kolekcje poszły w świat, zmieniłam

trochę system wartości. Pomyślałam sobie,

że lubię mój Gorzów, bo on jest mój.

Tu tworzę w spokoju. Nie oznacza to, że

zamierzam skończyć z planami pokazywania

moich kreacji poza Polską. Mam

w łazience obraz. Wewnątrz jego ramy

są powkładane karteczki – marzenia do

spełniania. Co pół roku je wymieniam.

Czasem nie wierzę, że o czymś marzyłam

pół roku wcześniej. „Czy to jest możliwe,

że to ja pisałam, czy to naprawdę było

moje marzenie? Przecież to się zrealizowało.

Samo, lub z małą pomocą”.

Zachwyciło mnie też coś innego

w Twoim podboju Nowego Jorku. Pokazałaś

jedwabiste tkaniny, rozwiane

na wietrze, trochę jak modne „fruwające

sukienki” z printami… architektury

Gorzowa. Nie mogłaś lepiej wybrać

miejsca. Jeden z symboli Nowego Jorku

z kosmiczną perspektywą na miasto,

tętniący życiem, z setkami przechodniów

i setkami języków – Brooklyn

Bridge. Ludzie stawali, zachwycali się,

zadawali pytania. Szkoda, że wtedy minęłam

się z Tobą o kilka dni. Zobaczyć to

na żywo, to byłoby coś….

Ja te printy i suknie zrobiłam trochę jako

lokalna patriotka. Pomyślałam sobie, że

to miasto, które w sumie przyniosło mi

tyle walki, ale w końcu małych sukcesów

i potem większych, jednak ma w sobie

coś. Ma swoje perełki. Mimo tego, że wiele

ludzi narzeka na szarość. Ta kolekcja zaskoczyła

władze ratusza, potem pojechałam

z nią do Berlina na Fashion Week. Publiczność

mówiła, że to świetnie wygląda

i że to tak blisko nich, nasz Gorzów. „Pani

pokazała, że to miasto jest ładne” – mówili.

Pomyślałam, że cudownie byłoby go pokazać

w Nowym Jorku. Brooklyn Bridge nasunął

się sam. Wiatr, widoki, ludzie. To trochę

hołd złożony mojemu małemu miasteczku.

Przechodnie zatrzymywali się, zachwycali,

próbowali wymówić słowa: Gorzów Wielkopolski,

chcieli wiedzieć, gdzie to miasto

się znajduje. Pytali mnie też, kim jestem.

Do Nowego Jorku jechałam z kolekcją

Maria Skłodowska-Curie, ale pomyślałam:

„Wezmę ten Gorzów do walizki”.

Jesteś wizjonerką? Kolejne inspiracje,

kolejne miejsca, i to płynie.

Tak, mam trochę wizjonerskie podejście.

Same wymyślają mi się miejsca

pod pomysły. Mam taką kolekcję, która

po kilku latach od powstania doczekała

się pokazu – jadę z nią do Budapesztu.

To stroje dość ascetyczne, jak na mnie,


POST SCRIPTUM

35


Pokazuję,

czym może

być moda

36

POST SCRIPTUM


w kolorystyce żółto-czarnej, inspirowane

malarstwem Gustava Klimta. Spontanicznie,

postanowiłam zobaczyć na żywo wiedeńską

kolekcję jego obrazów. Kolekcję

zabrałam ze sobą. Pomyślałam, że zrobię

sesję zdjęciową, a może pojawi się jeszcze

jakiś inny pomysł. Ma dla mnie szczególne

znaczenie, w jakim miejscach można

pokazać kreacje, tak, aby to było piękne,

miało przekaz. Nie jest ważna jedynie

sprzedaż czy sam pomysł. To jest trochę

magiczne, ma w sobie łut szczęścia.

Czy myślisz, że potrafiłabyś również

pisać? Projektować ze słów?

To jest ciekawe pytanie. W szkole podstawowej

moim marzeniem było zostać

pisarką. Sławną pisarką oczywiście.

(śmiech) Pisałam wiersze i opowiadania.

W liceum polonista natrafił na moją pisaninę

i bardzo czekał na kolejne odcinki.

Opisywałam różne przedziwne rzeczy

i życiowe sprawy. Było w tym dużo

akcji, ale również sporo przemyśleń.

W tym czasie nawet udawało mi się coś

publikować: w różnych almanachach czy

lokalnych czasopismach. Wygrałam nawet

konkurs poetycki. Nie zostałam ceramistką,

nie zostałam też pisarką. Czasem łapię

się na tym, że chciałabym napisać książkę,

ale potem zastanawiam się, o czym ta

książka miałaby być i… nie mam pomysłu.

O wielkiej modzie? (śmiech)

Do dzisiaj jednak piszę dzienniki. Pisanie

daje możliwość rozwiązania problemów

emocjonalnych na bieżąco. Żyję w ogromnym

stresie i przelanie słów na papier przynosi

mi ulgę. Potem palę te dzienniki…

A jeśli okażą się bestsellerem?

Nie sądzę, żeby kogoś to miało zainteresować.

To moje przemyślenia. Może zachowam

je dla siebie. Jestem mistrzem

celebracji szczegółów, który idzie raz

w miesiącu po najładniejszy zeszyt, bo

nie jest mu obojętne, gdzie opisuje swoje

perypetie. To mi pomaga. Jest to szczera

rozmowa ze sobą. Forma terapii. Papier,

oprócz tego, że cierpliwy, jest najlepszym

przyjacielem. Potem korci, żeby spalić.

Nie pal! Czy chodzenie w ubraniach to

również sztuka?

Myślę, że tak. Chociażby wspomniana postać

Iris Apfel. Ona cała była sztuką. Kolorowym

ptakiem. Sposób, w jaki nosiła

ubrania, kolory, nie dało się przejść obok,

nie podziwiając jej. Oczywiście jest w tym

element prowokacji. Sztuka ma tę moc.

Powinna prowokować. Nie tylko do myślenia.

Bawić się, droczyć, wzruszać, zmuszać

do nieobojętności. Jednemu będzie

do twarzy w kapeluszach, inny przykuje

uwagę setną parą ekstrawaganckich butów.

[Natalia uwielbia kapelusze, ma ich

sporą kolekcję – przyp.red.]. Projektuję

dla innych, dla siebie rzadko.

Pokazałabyś kolekcję w sieciówce?

Hm… jest tam na pewno duża grupa

odbiorców. Obawiałabym się może staranności

wykonania projektu oraz kraju,

w którym zostanie uszyty. Chociaż są

może mniejsze sieciówki, które dbają

o produkt. Jeśli miałabym wybierać sieciówkę

dla swoich kreacji, to może byłoby

to Medicine Therapy?

Oni mają też kolekcję Maria Skłodowska-

-Curie. Nie z takim przepychem jak Twoja,

ale na pewno z przekazem. (śmiech)

Ostatnio moja uczelnia wystąpiła z pewną

propozycją. Zobaczyli mój pokaz na

Wydziale Politologii i odezwał się do

mnie Wydział Chemii. Chcieli, żebym zaprojektowała

dla nich T-shirty z naszym

hasłem: „nie bój się reakcji”, na rocznicę

powstania wydziału.

Mam oczywiście T-shirt z Medicine Therapy

z ulubionymi i cytowanymi wcześniej

słowami Marii, Twój mam w planach.

Słuchaj, gdybyś chciała mieć miejsce

na swoje atelier – rzecz jasna, słyszałam

już o Gorzowie – gdzie by to miało

być? Gdzie byś sobie to wymarzyła?

Wspominam serial Przystanek Alaska

i tak sobie myślę, że fajnie byłoby wyjechać

w takie miejsce, gdzie jest zupełny

spokój. Naokoło są piękne widoki i przyjaźni

ludzie. Człowiek czuje się zdrowy,

wypoczęty i po prostu tworzy. Z drugiej

strony poznałam fantastycznych ludzi

w Nowym Jorku, którzy nie dają mi spokoju

z pomysłem otworzenia butiku,

może pokazów, oferują pomoc. Niewątpliwie,

w Nowym Jorku pasowałabym

ze swoją modą.

Jakie jest Twoje marzenie, poza pokazaniem

kolekcji w Japonii i kreacja dla

Björk?

Być zdrowym, szczęśliwym człowiekiem.

Życzę Ci samych sukcesów! A także realizacji

wszystkich marzeń. Obecnych

i tych, które się pojawią. [KBS]

Linki: https://nataliaslizowska.com/

Facebook: https://facebook.com/natalia.slizowska

Instagram: nataliaslizowska

KATARZYNA BRUS-SAWCZUK

POST SCRIPTUM

37


38

POST SCRIPTUM

Foto: Pixabay


Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz

GWIAZDA BETLEJEMSKA

Wyszedłem z domu dziś

zwyczajnie tak, jak stałem.

Nie widząc, dokąd kroczę,

za tobą podążałem.

Spojrzeniem mnie kusiłaś,

miałaś w sobie moc,

więc biegłem coraz dalej

w najkrótszą w roku noc.

Wiem, czekasz na mnie w swoim śnie,

dookoła tylko biel,

żar rozpala czerwień serc,

świąteczny ogień płonie.

Wiem, czekasz na mnie, chociaż ja

kiepski plan na życie mam

w głębi duszy mojej

samotny jestem.

Idę własną z dróg,

zapalam się i gasnę,

lecz to, co najważniejsze,

jest w końcu dla mnie jasne.

Porzucę dawne nurty,

pustego życia bieg,

więc proszę zostań ze mną,

gdy spadnie pierwszy śnieg.

MIŁA KOLĘDA

Miałam napisać miłą kolędę

– taką pachnącą lasem świerkowym,

lecz ja ubogą widzę stajenkę,

w której nie pachnie obiad domowy.

Nie ma choinki, co barwnie świeci

i nikt nie pyta, czy czegoś trzeba.

Nie ma prezentów, aniołków, dzieci,

ale jest jakoś tak bliżej nieba.

I betlejemskiej gwiazdy brakuje

– może poeta w wierszu ją chowa,

między strofami z nim kolęduje,

blaskiem świątecznym ozdabia słowa.

POST SCRIPTUM

39


40

POST SCRIPTUM

Ilustracja: Bo Jaroszek


S I Ó D M E W Y M I E R A N I E

Czas to pieniądz

B o J a r o s z e k

Czasami nachodzi mnie albo i nawet nachodzą.

Wątpliwości, że niby. No takie jestestwo mam zaimplementowane

w szarej masie wnętrza mózgoczaszki

i nic na to nie poradzę. Ani psychiatrzy. Więc tak

nachodzą mnie i nachodzą, aż mną zatrzęsło, gdyż w tej

właśnie chwili naszły mnie wątpliwości co do tych wątpliwości,

które mnie nachodzą.

Czyli wątpliwości do kwadratu. Zatem wkradła się

w ogólną masę wątpliwości zarówno matematyka (kwadrat),

jak i fizyka (masa). Azaliż!

Jak zaś wiadomo jest wszem i wobec:

Mathematica regina omnium scientiarum et Arithmetica

regina omnium mathematicarum 1 .

Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Trzęsąc się tak zaskakująco i nieumyślnie, przyszła mi na

myśl znana ludzkości (ale nie od pradziejów, a dopiero od

wynalazku tych cholernych Fenicjan) zasada, że czas to

pieniądz. I olśniło mnie. Tak właśnie – olśniło! Skoro czas

to pieniądz, to ja już wiem, dlaczego żyję tak, jak żyję.

A ponadto, jako zdeklarowany heteryk, nie jestem

w związku z innym męskim osobnikiem, dzięki czemu

(zapewne) łatwiej byłoby związać koniec z końcem.

Przecież ja zazwyczaj na nic nie mam czasu. A gdybym tak

ponicnierobił?

No, to trzeba obliczyć, ile można by mieć, nic nie robiąc.

Oczywiście tylko wtedy, kiedy zapotrzebowanie na gotówkę

zaczęłoby negatywnie wpływać na Wenę (nie

mylić z Wenerą!) Twórczą lub też, kiedy głód szarpać zacząłby

trzewia me lubieżnie. Aczkolwiek! Przyjąłem tedy

jedynie słuszne założenie, że w kółko i ciągle oraz bez

przerwy bym nic nie robił. Możemy zatem zastosować

wzór na prędkość w ruchu jednostajnym po okręgu:

gdzie:

v – prędkość [m/s]

≈ 3,14 (jak to pi)

1 (łac.) Matematyka jest królową wszystkich nauk,

a arytmetyka jest królową całej matematyki. (Carl Gauss)

r – promień okręgu [m] (czyli tego kółka, co to o nim powyżej

wspomniałem)

t – czas [s]

Ale skoro czas to pieniądz, należy zastąpić t nową jednostką.

I tutaj wykazawszy się przebiegłością, aby nic nie robiąc,

dorobić sobie co nieco do tego nicnierobienia, postanowiłem

wzór umiędzynarodowić, co zapewne poskutkuje

sprzedażą praw autorskich, międzynarodową sławą,

Noblem itede, itepe.

Tak więc podstawową jednostką, która będzie miała zastosowanie

zarówno we wszystkich systemach monetarnych,

jak również w praktykach bezmonetarnych, jak

na ten przykład handel wymienny czy kupczenie ciałem,

uczyniłem niniejszym: sru (od stardust), zaś literą używaną

we wzorach będzie odtąd: S.

Tak więc nasz wzór przyjmuje postać:

gdzie:

v – prędkość [m/s]

≈ 3,14

r – promień okręgu, czyli kółka [m]

S – łatwy pieniądz [sru]

A z tego już bezbrzeżnie łatwo można przekształcić wzór:

Aby teraz obliczyć dokładnie, ile miałbym dochodu

z tego w kółko nicnierobienia, potrzebuję mieć promień

r (tego kółka z w kółko nicnierobienia) oraz prędkość v,

z jaką nic nie będę robił. Czyli musimy obliczyć obwód

kuli ziemskiej na szerokości geograficznej, na której leży

Bielsko-Biała, no bo powód, dla którego miałbym nic

nie robić w innym miejscu naszego globu, jest dla mnie

POST SCRIPTUM

41


nieznany. Zresztą, jeśli zapragnę sobie ponicnierobić w jakimś innym

miejscu, to sobie najpierw obliczę, czy mi się owo nicnierobienie tamże

opłaca.

Dla uproszczenia obliczeń przyjmuję, że Bielsko-Biała leży na szerokości

geograficznej 50°N. Z definicji szerokości geograficznej wiemy, że

jest to kąt zawarty pomiędzy płaszczyzną równika a półprostą łączącą

środek Ziemi z wybranym punktem na powierzchni, z tego więc powstaje

trójkąt , którego kąt α (potrzebny nam do dalszych obliczeń)

jest… no czym jest on, ten kąt? Tak, tak! Jest on naszą szerokością

geograficzną, czyli – wiadomą, w przeciwieństwie do x, który zazwyczaj

jest niewiadomą. Ewentualnie promieniowaniem rentgenowskim

jest on, ten X. Musimy więc zestawić równanie, w którym x jest

potrzebnym nam obwodem Ziemi na szerokości geograficznej 50°N,

a zatem:

Czas

czyli:

więc:

co daje:

x = 40 000 000 × sin 40° (no bo 90° – 50° = 40°)

x = 40 000 000 × 0,6428 (no bo sinus 40° ≈ 0,6428)

x = 25 712 000 [m]

Tyle właśnie obwodu ma Ziemia na szerokości geograficznej Bielska-

-Białej, co jak się wkrótce przekonamy, będzie nam konieczne do dalszych

działań. Potrzebujemy teraz obliczyć, z jaką prędkością porusza

się (w Kosmosie) każdy punkt w Bielsku-Białej, czyli dzielimy otrzymane

powyżej 25 712 000 [m] przez 86 400 [s] (tyle sekund ma doba),

Ilustracja: Bo Jaroszek

co daje nam circa about 298 [m/s], a dla lepszego zrozumienia jest to:

1071 km/h.

Czyli, że niby ja sobie stoję, dajmy na to przed przejściem dla pieszych,

a mimo wszystko popier…niczam w Kosmosie 1071 km/h! I to biorąc

pod uwagę tylko ruch obrotowy Ziemi. Niewyobrażalne! A co dopiero

mają powiedzieć ci z równika? – tam prędkość wynosi 1674 km/h. Że

też nie pospadają w tego Kosmosa, no, no. Ale to i tak nic w porównaniu

z ruchem obiegowym Ziemi wokół Słońca (nie bójta się, nie będę

tego teraz obliczał, od czego są internety 2 ). Otóż prędkość, z jaką Ziemia

porusza się wokół Słońca, wynosi 107 218 km/h. Ponad sto siedem

tysięcy kilometrów na godzinę! Dobrze, że w Kosmosie nie ma

fotoradarów. A teraz zagwozdka dla dociekliwych. Składając obydwa

ruchy Ziemi – obrotowy i obiegowy – o świcie i o zmierzchu poruszam

się (w Bielsku-Białej) z prędkością 107 218 km/h, w południe z prędkością

106 147 km/h, a o północy – 108 289 km/h. Dlaczego?

Wracając do kosmicznych finansów – mamy zatem prędkość, zaś promień

obliczymy ze wzoru na obwód koła L, który to obwód był częścią

naszych antecedentnych 3 obliczeń (x = 25 712 000 m).

L = 2 r

2 https://pl.wikipedia.org/wiki/Ruch_obiegowy_Ziemi

3 antecedentny – uprzedni, wcześniejszy

42

POST SCRIPTUM


to pieniądz

czyli:

a zatem:

tak więc:

r ≈ 4 094 268 [m]

Mamy już wszystkie dane, teraz wystarczy podstawić

je do wcześniej opracowanego wzoru:

co daje:

czyli:

S = 86 281,889

co po zaokrągleniu daje:

S ≈ 86 282 [sru]

I tutaj ujawnia się chytrość mego planu ustanowienia

jednostki uniwersalnej S [sru], albowiem

można ją zastosować w każdych warunkach

i w każdym kraju, podstawiając w jej miejsce najmniejszą

jednostkę monetarną (ewentualnie wymienną),

tak więc w Bielsku-Białej podstawiamy

grosz [gr], co nam daje:

862,82 zł za jeden dzień w kółko nicnierobienia.

I już wiadomo, dlaczego nic nie robiąc, w takim

dajmy na to jUKeju albo Dojczlandzie, ma się więcej,

niż nie robiąc nic w naszym pięknym kraju.

Wszystko opiera się o kursy walut przecież. Taki

Bawarczyk na przykład, to nie robiąc nic w kółko,

zarabia dokładnie tyleż samo, ale w eurach!:

862,82 € za jeden dzień w kółko nicnierobienia.

Stąd więc się bierze przekonanie, że lepiej jest nic

nie robić gdzie indziej niż u nas.

Teraz już udowodnione przekonanie. [BJ]

BO JAROSZEK

POST SCRIPTUM

43


Satyra zabija, nie obraża – Stanisław Jerzy Lec

OLIPIONA

Tak mnie jakoś rozebrało proszę pana.

Pan wybaczy mam ochotę dziś pochlipać.

Proszę usiąść lepiej z panem niż tak sama,

bo to życie proszę pana to jest lipa.

Jakoś smutki mnie opadły już od rana,

miłość zmarła, więc miłości to jest stypa.

Wszystko mieści w statystycznych się diagramach,

bo ta W miłość ŚWIĘTA proszę PADNIĘTA

pana to też lipa.

Uwierzyłam,

Jak wesolutko!

bo tak

Święta

chciałam

idą!

być kochana,

(A raczej biegną!) – Nie dogonię!

taka Tak ze mnie się gramolę proszę żółwim pana speedem, głupia cipa.

Chciałam

nie mam

wreszcie

kasiory,

wspaniałego

klepię bidę,

mieć Batmana

cenny czas trwonię.

takich nie ma proszę pana – wszystko lipa.

Powinnam śmiać się, szczęściem tryskać,

hołubić cacka choinkowe,

Patrzył lecz w brzydkie oczy, mówił słowa kocham, i wyzwiska, oczarował.

Ty mu

wciskają

wierzysz,

rządkiem

już na

się

życiu

do pyska

masz polipa.

w potoczną mowę.

I tak jakoś w mą codzienność się wpasował,

że nie

Smutna

zgadłam,

fryzura

nie

wisi

pojęłam,

sznurkiem,

że to lipa.

biała firana męczy oczy,

międlę świąteczne małe bzdurki,

Nim

kartki,

przejrzałam,

życzonka

już

i laurki,

wyczyścił moje konto,

Dziad Mróz się boczy.

bo to zwykły proszę pana był tulipan.

Okazałam

Świątecznie

się być

bluzgam,

szóstą,

lepiąc

może

uszka,

piątą.

w mące po pachy utytłana,

Sam złość pan się widzi wypiętrza, uwierzyłam, nerw mi a tu puszcza, lipa.

humor się biesi, żałość złuszcza.

Łoj, dana, dana!

Już mi lepiej, jakoś teraz tak mi słodko,

pan

Już

na oko

na ostatnich

nie wygląda

stoję

mi

rzęsach,

na Vip-a.

niepołapana i padnięta,

Nie, głowa nie pójdę, się kiwa, nie ręce chcę trzęsą, znowu być idiotką.

Już się

myśl,

nie

by

dam

dać

panom

nogę, się

nabrać

wałęsa.

– wszystko lipa.

Wesołe Święta!

Renata Cygan Zofia Pągowska

Rysunek: Jarosław Janowski

ŚWIĄTECZNY SELFIK

Stoję przy choince

Stroję słodkie miny

Dam selfika na fejsbuka

Lajkujcie dziewczyny

Barszcz z uszkami stygnie

Szary karp szarzeje

Dam selfika na fejsbuka

Niechaj się zadzieje

Deszczem płaczą święta

Świat wariuje w biegu

Dam selfika na fejsbuka

Dorzucę garść śniegu

Rodzi się nadzieja

Że poczujesz miętę

Dam selfika na fejsbuka

Będę twym prezentem

Renata Cygan

44

POST SCRIPTUM


MINIMUM UCZUCIA

Kiedy mróz ściska serca ozimin

Marzną wróble i uszy zającom

Dokarmiajcie uczucia minimum

Wyrażajcie się o nim gorąco

Zwłaszcza wtedy gdy robi się biało

Spowalniają obroty planety

Poczęstujcie cieplutkim kakao

Poratujcie wełnianą skarpetą

Ono w zamian podpali pod kuchnią

Drugą zwrotkę dośpiewa w kolędzie

I choć wielkim płomieniem nie buchnie

To do wiosny przeżyje i wejdzie

Ciepłą nocą przez okno na oścież

Latem dzikim upije się winem

Będzie w jesień dojrzałą miłością

Opłaconą polisą na zimę

BĘDĄ ŚWIĘTA

Daj na Święta Stary Roku

pogubionym światło w mroku.

Niech dorobią gdzieś na boku

na wycieczkę do Bangkoku.

Daj narciarzom śnieg na stoku.

Emerytom daj sudoku,

a stoczniowcom Budafoku

daj się napić w suchym doku.

Śpiochom spanie daj w obłoku

lub mieszkanie ciche w bloku.

Apelację od wyroku

daj schwytanym podczas skoku.

Daj biedakom po krupnioku

i do wódki trochę soku.

Niemowlęta miej na oku,

by nie wpadły do potoku.

Starym koniom daj obroku

i schronienie na padoku.

Porucznikom na otoku

czwartą gwiazdkę wyprorokuj.

Mnie wytchnienie daj od tłoku.

Do zadumy mnie sprowokuj,

a na koniec, jak co roku,

daj na święta święty spokój.

adam gwara

CUDA, CUDA

, ,

Syrena miała biust obfity

pod przybrudzoną bluzką.

Ogon za ladą miała skryty

i porośnięty łuską.

Miała też powód do migreny

(w rybnym się człek naszarpie),

bo to nad siły jest syreny,

gdy się handluje karpiem.

Na pół godziny przed zamknięciem,

by nie zwariować całkiem,

przecudnym głosem i z przejęciem

śpiewała pastorałkę.

Obcy łamali się opłatkiem.

Cukrzyły się powidła.

Bankier ocierał łzę ukradkiem,

a rybom rosły skrzydła.

Głos najpiękniejszą z gwiazd zaświecił.

Śnieg prószył nieustannie.

Pan karp powrócił do swych dzieci.

Kto chciał się kąpał w wannie.

Śpiewanie zakończyła pluskiem

i czary mary prysły.

Na szczęście zostawiła łuskę,

rzucając się do Wisły.

Niegrzecznego Franciszka z Jachranki –

zastał Święty Mikołaj u Hanki.

– Mam tu rózgę dla Frania!

Ucieszyła się Hania.

– Jakbyś mógł, jeszcze pejcz. I kajdanki.

Przymulony rzekł karp na Jamajce

– Przed świętami jest tutaj jak w bajce!

Bo kolędy są reggae,

a wigilia jest wege.

Inna sprawa, że karp był po fajce.

Powiedz mamo – rzekł synek w La Plata

– Jeśli bocian mnie przyniósł na świat, a

Pan Mikołaj, ten święty,

ma nam przynieść prezenty,

to do czego potrzebny nam tata?

POST SCRIPTUM

45


46

POST SCRIPTUM


IZZELDINN KOJOUR

POST SCRIPTUM

47


Izzeldinn A. Kojour Suleman

to artysta urodzony

w 1967 r. w Sudanie,

zdobył uznanie na arenie

międzynarodowej dzięki

swojej różnorodnej twórczości

malarskiej. Kojour

studiował sztuki piękne

na Sudańskim Uniwersytecie

Nauki i Technologii

w Chartumie i od tego czasu

aktywnie rozwija swoją

karierę artystyczną. Studiował

także projektowanie

graficzne, muzykę i kaligrafię

arabską - wszystkie

te elementy pojawiają się

w jego tworczosci. Kojour

zyskał uznanie na arenie

międzynarodowej i regularnie

wystawia swoje prace

w galeriach na całym świecie,

w tym w Sudanie, Kenii,

Ugandzie, we Francji,

w USA i Kanadzie,

gdzie obecnie mieszka

i pracuje.

48

POST SCRIPTUM


POST SCRIPTUM

49


W swojej twórczości Izzeldinn Kojour wykorzystuje

żywe kolory i dynamiczne kompozycje. Często

sięga po materiały i tekstury, które nadają

jego dziełom trójwymiarowości, a jednocześnie

wzbogacają ich symboliczne znaczenie. Jego

sztuka często zawiera tradycyjne afrykańskie

symbole i motywy przedstawiane abstrakcyjnie.

Można w niej znaleźć geometryczne kształty lub

powtarzające się wzory zaczerpnięte z afrykańskich

projektów tkanin, architektury, a nawet

tradycyjnych rzeźb. Jednak Kojour nie zawsze

przedstawia te symbole w ich dosłownej formie,

raczej je abstrahuje, tworzy język wizualny,

który zachęca do interpretacji jego prac na

różne sposoby.

50

POST SCRIPTUM


POST SCRIPTUM

51


52

POST SCRIPTUM


POST SCRIPTUM

53


54

POST SCRIPTUM


POST SCRIPTUM

55


echa

duchowych

rytuałów

afrykańskich

56

POST SCRIPTUM


Twórczość Izzeldinna Kojoura skupia się na eksploracji

afrykańskiej kultury, tożsamości oraz duchowości.

Kojour jest znany z łączenia tradycyjnych elementów

sztuki czarnego kontynentu z nowoczesnymi technikami,

co czyni jego prace wyjątkowymi i pełnymi ekspresji.

Jego obrazy często przedstawiają postacie ludzkie,

które mają w sobie coś symbolicznego – ich pozy

i stylizowane rysy twarzy (a nierzadko całkowity ich

brak) ukazują zarówno indywidualność, jak i uniwersalne

emocje. Kojour inspiruje się kulturą Sudanu,

jego historią oraz codziennym życiem, a jednocześnie

odnosi się do globalnych tematów, takich jak migracja,

wspólnota czy różnorodność.

POST SCRIPTUM

57


*

Przy mojej drodze

wycięto 240 drzew

To już nie jest moja droga

Ja nie jestem sobą

Stałem się 241 drzewem

Juliusz Wątroba

Zdjęcie: Mateusz Czubienko

58

POST SCRIPTUM


Zdjęcie: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

59


Więcej szczęścia,

mniej danych

R O B E R T K N A P I K

Ekstrawertycy są szczęśliwsi niż introwertycy.

Optymiści są szczęśliwsi niż pesymiści. Ludzie

pozostający w stałych związkach są szczęśliwsi

od osób żyjących samotnie. Choć jednocześnie

pary z dziećmi wcale nie są szczęśliwsze od par

bezdzietnych. Republikanie okazują się szczęśliwsi

od demokratów. Ludzie wierzący są szczęśliwsi niż

ci, którzy nie biorą udziału w zgromadzeniach

religijnych. Osoby ze średnim wykształceniem

są szczęśliwsze niż osoby bez wykształcenia, ale

ludzie mogący się pochwalić wyższym stopniem

naukowym są z kolei mniej szczęśliwi niż ludzie,

którzy mają jedynie licencjat. Osoby prowadzące

aktywne życie seksualne są szczęśliwsze niż osoby

go pozbawione. Kobiety są równie szczęśliwe, co

mężczyźni, aczkolwiek mają dostęp do szerszego

spektrum emocji. Romans daje szczęście, ale to za

mało, by wyrównać ogromne straty, jakie okażą

się nieuchronne, gdy partner wszystko odkryje

i zostaniemy sami. Ludzie czują się najmniej

szczęśliwi podczas dojazdów do pracy. Osoby

bardziej zajęte są szczęśliwsze niż ci, którzy nie

mają zbyt wiele do roboty. Natomiast bogaci są

tylko odrobinę szczęśliwsi od biednych.

Z książki Geografia szczęścia Erica Weinera

Niegdyś podczas studiów wśród różnych zajęć miałem

również wykłady z psychologii. Nie ukrywam, że mam

słabość do osób, które studiują psychologię, a później

robią z niej użytek w swojej pracy zawodowej. Mnie nie

było dane studiować psychologii, jak pewnie jeszcze wielu innych

kierunków, natomiast zmierzam do czegoś innego. Otóż

na wykładach z psychologii usłyszałem od prowadzącej, że

szczęśliwi ludzie nie chodzą do psychologa. Na początku pomyślałem

sobie, aha, no w sumie logiczne. Słowa te jednak

rozbijam na czynniki pierwsze do dziś. Co to znaczy być szczęśliwym?

Jeśli jestem szczęśliwy, to raczej powinienem być tego

szczęścia świadomy. A może właśnie chodzi o nieświadomość

i błogie niemyślenie. Potykam się o jakieś podstawowe błędy

w argumentacji.

Nie wiem, co to jest szczęście. Można je utożsamiać na wskroś

hedonistycznie z przyjemnością, ale czy rzeczywiście jest tak,

że ludzie uznają przyjemność za najwyższe dobro? Pewnie ktoś

powie, że tak, a znowu ktoś inny, że inaczej, także chyba nie ma

jednej odpowiedzi. Ludzie wchodzą w inne stany świadomości,

odurzają się substancjami legalnymi bądź nie właśnie po to,

by doznać przyjemności. Życie to jednak, jak to często mówię,

ups & downs. Przyjemności docenia się tak naprawdę dopiero

wtedy, gdy doznało się iluś tam nieprzyjemności, więc chyba

nie chodzi o to, aby być permanentnie szczęśliwym i doznawać

nieustannych przyjemności.

No i pewnie nie byłbym sobą, gdybym nie zadręczał się

wątpliwościami. Czy jestem szczęśliwy, a może jednak nie? Czy

to szczęście jest w środku, czy na zewnątrz? A może właściwie

to rozmyślanie nie ma większego sensu. Gdzieś tam przekonałem

się, że dobra materialne, szczególnie w dużej liczbie,

nie dają poczucia zadowolenia, a raczej przysparzają siwizny

ze stresu. A co prowadzi do szczęścia? Paradoksalnie, to co

daje i jednocześnie zabiera najwięcej życiowej radości, to zwyczajnie

relacje międzyludzkie. Z jednej strony satysfakcjonujące,

zdrowe relacje pomagają w trudnych chwilach, natomiast

w szerszym aspekcie socjalizacja, przystosowywanie do ciągle

zmieniających się okoliczności obmywa z nas tę aurę szczęśliwości.

Przyznam, że sam cierpię przez niedobory w zakresie

długotrwałych, budujących relacji. W zasadzie to całe życie

cierpię przez nieudane relacje, bo tych udanych jakoś nie widzę.

Zodiakalne skorpiony urządzają sobie takie cmentarzysko

z relacji. Jedna żałoba po drugiej. I tak w tej żałobie bezustannie

szukam sensu. Szczęście to mieć sens, nawet najmniejszy.

Nad problematyką szczęścia pochylało się wielu. Powstała nawet

nauka o szczęściu. Jak grzyby po deszczu pojawiły się prace

dyplomowe i doktoraty. Kluczem do pełni szczęścia zajmuje się

również psychologia pozytywna, która kładzie większy nacisk

na to, co w naszym życiu cenne, przynoszące ukojenie i spełnienie.

Jest to jednak również łakomy kąsek dla wszelkiej maści

hochsztaplerów i chcących na tym coś ugrać, chciwych atencji

wizjonerów. Moją uwagę przykuła tutaj pozycja wydana w znanej

nie od dziś serii „Biblioteka Myśli Współczesnej”. Przemysł

szczęścia Williama Daviesa, jakby się mogło wydawać, będzie

tłumaczyć, czym owo szczęście jest, jednak– o ironio – wcale

nie o szczęście tu chodzi, ale o przejęcie rzędu dusz. Nasunęła

mi się analogia do Konrada z III części Dziadów Adama Mickiewicza.

William Davies w swoim eseju odkrywa to, czego wolelibyśmy

nie wiedzieć. Stoi przed nami dystopijna wizja ludzkich

automatów niczym z prozy Aldousa Huxleya.

60

POST SCRIPTUM


E. Weiner, Geografia szczęścia.

W poszukiwaniu najszczęśliwszych

miejsc na świecie, przeł.

M. Kowalczyk, Wydawnictwo

Naukowe PWN, Warszawa 2024.

W. Davies, Przemysł

szczęścia. Jak politycy

i biznesmeni sprzedali

nam well-being, przeł.

B. Kaniewski,

Państwowy Instytut

Wydawniczy,

Warszawa 2023.

Pomimo niewielkich rozmiarów ta publikacja zawiera w sobie

dużo różnych wątków, jak dla mnie nawet zbyt dużo. Brak tu

selekcji. Sam Davies jakby się gubił w swoich prezentacjach.

Czego tu nie ma? Sporo o podwalinach ekonomii (kiedy nie

była jeszcze traktowana w kategoriach naukowych), psychologii,

nauk społecznych. Nie byłoby tych wszystkich objaśnień

i dokonań, gdyby nie postać Jeremy'ego Benthama, żyjącego

na przełomie XVIII i XIX wieku angielskiego prawnika i filozofa,

który zasłużył się przede wszystkim w rozwoju idei utylitaryzmu.

Otóż sądził on, iż wszelkie działania państwa powinny

mieć na celu maksymalizację szczęścia. To on również

zaczął próbować robić różnego rodzaju pomiary. Jak „zmierzyć”

szczęście? W tej kwestii zaaprobowano jednostki „bólu”

i „przyjemności”. Przypomnę tylko, że nie było jeszcze wtedy

zwyczaju kupowania dóbr, jaki mamy dzisiaj, to znaczy – idziemy

do sklepu i kupujemy chleb i masło. Za każdym produktem

stał wytwórca. Ekonomia i zachowania ludzkie względem dóbr

i usług dopiero się kształtowały. Widać też przy okazji, jak dużo

wspólnego z ekonomią ma psychologia.

Jeremy Bentham to ikona i William Davies nie boi się z tej

ikony korzystać. Po kolei prezentuje dokonania innych pionierów

ekonomii, nauk społecznych itp., przypomina również

o Benthamie. Nieco to bezużyteczne. Za dużo anegdot, eksperymentów,

pustych odniesień. Davies pokazał, jak do dzisiaj

zmieniła się wizja szczęścia oraz well-being, które możemy rozumieć

jako dobro, dobrostan, dobrobyt (szczególnie w miejscu

pracy). Jak to szczęście było obłuskiwane z metafizycznej

otoczki, a wdzierać zaczynał się behawioryzm, który głosił, że

człowiek to tylko bodźce, reakcje i odruchy. A jedyne do czego

dążą marketingowcy, to dorwać się do tych części mózgu, które

odpowiadają za przycisk „kup teraz”. Tak, chodzi o to, ażeby nie

pytać się jednostki, co myśli, uważa, a jedynie wysyłać komunikaty

podprogowe i spowodować, by człowiek bezrefleksyjnie

kupował i napędzał sprzedaż. Smartwatche, badające puls

i dbające o naszą aktywność fizyczną, to jest właśnie spuścizna

myślenia Jeremy'ego Benthama. Jak „zmierzyć” zadowolenie,

radość, szczęście, spełnienie? Stosuje się rozmaite metody. Już

są aplikacje skanujące mimikę twarzy. Co jeszcze powstanie

i na ile wniknie to w naszą prywatność? Przecież świat elektroniki

jest już na tyle tożsamy z naszym ludzkim światem, że

w ogóle przestajemy widzieć jakiekolwiek formy inwigilacji.

Nie mówiąc już o mediach społecznościowych, skąd wielkie

korporacje pobierają ogromne ilości danych na temat naszych

nastrojów. To jest właśnie „szczęście”, a dokładnie – przemysł

szczęścia dokładnie zaprogramowanego, dzięki któremu

w niedługim czasie zamienimy się w automaty bez żadnej

autorefleksji.

Tematyka podejmowana przez Williama Daviesa jest niezwykle

zajmująca, natomiast sposób podania jest wysoce nieprzystępny.

Mam czasem wrażenie, że zamiast ciągnąć główny

wątek, autor często snuje jakieś pobieżne rozważania, wyciąga

średnio ważne anegdoty, trzeciorzędowe ciekawostki ze świata

nauki i polityki. Teoretyzowanie, odbieganie od zasadniczej

treści, by znów zaznaczyć, że to spuścizna Benthama. Całość

publikacji jest sensowna jako wykład, wyłożenie pewnych zagadnień

dla bardziej wytrwałego czytelnika, natomiast wartość

popularyzatorska tych momentami mocno probabilnych

dywagacji jest, powiedzmy sobie to szczerze, nijaka. Miałem

ogromną nadzieję, że poczytam o tym, jak to współcześnie rozmaite

technologie zaczynają nam rozbrajać mózgi, programować

na odpowiednią modłę, abyśmy byli wyłącznie biernymi

automatami wykonującymi polecenia. Owszem, te kwestie są

poruszane, ale dopiero pod koniec książki. Szkoda.

Przemysł szczęścia Wiliama Daviesa to takie pisanie o szczęściu

w bardzo nieszczęśliwy sposób. Zgoła inne podejście do

opisywanej materii ma Eric Weiner, amerykański dziennikarz,

reporter i mówca. Jego Geografia szczęścia to w sumie rozważania

na podobne tematy, fabularyzowane, ale na szczęście

(dużo tego szczęścia) pisane z charakterystyczną swadą, humorem

i dystansem. Weiner przemierza różne zakątki świata,

między innymi Holandię, Szwajcarię, Bhutan czy Indie, w poszukiwaniu

recepty na szczęście. Idzie bardziej w kierunku, aby

zademonstrować, czym jest dobrostan subiektywny (pojęcie

w psychologii pozytywnej), tzn. jak wygląda subiektywny wymiar

szczęścia/zadowolenia/przyjemności w poszczególnych

krajach. Przy okazji odkrywa rożne osobliwości przynależne

konkretnym narodowościom. Nie będę streszczał, na czym te

osobliwości, dziwne obyczaje polegają, bo zwyczajnie zepsułbym

radość z czytania tej pozycji. A dodać warto, że można pisać

o kwestiach teoretycznych w sposób angażujący czytelnika

i przede wszystkim nie zanudzać.

Wracając jeszcze do pozycji Daviesa, warto wspomnieć o receptach

na społeczność, sharing economy (ekonomii współdzielenia)

oraz bardzo istotnej roli natury. Bycie w grupie,

przynależność, postawy aprobujące współdziałanie mogą

przysparzać dużo szczęścia. O tych kwestiach sporo również

u Weinera, z tą jednak różnicą, że gdy Davies punktuje i sprowadza

wszystko do teoretycznych wywodów, to Weiner nadaje

tym refleksjom autonomiczny kształt, wprowadza interakcję

i niczym nieograniczony ożywczy zamęt. [RK]

ROBERT KNAPIK

POST SCRIPTUM

61


Patrycja Kubicz

Niewinność

Coś było nie tak. Poduszka była za płaska i pachniała

lawendą, jakby poszewka była świeżo założona,

wciąż przepełniona zapachem zmiękczacza do tkanin.

Krótka, sztywna kołdra odsłaniała skostniałe stopy.

W rogu pokoju świeciła się nocna lampka w kształcie

króliczka. Materac kleił się od czegoś zimnego, czegoś,

co dopiero ostygło, choć wciąż można było wyczuć odrobinę

ciepła, unoszącego się nad prześcieradłem, zanim

zmieszało się z chłodnym, nocnym powietrzem.

Hania skopała z siebie okrycie. Ciężko było jej zebrać

myśli. Nagłe przebudzenie spowolniło jej umysł. Zaczęła

przebierać palcami u stóp i ten niewielki ruch pomógł

jej się skoncentrować. Nie czuła strachu. Nie wiedziała,

gdzie się obudziła, ale pokój wydawał się znajomy, właściwie

w jakiś sposób identyczny z tym w jej domu. Książki

na półce nad biurkiem ułożone były w chwiejące się

wieże. Wyglądały na podręczniki, odrzucone poza zasięg

wzroku po skończeniu nauki. Ramki na zdjęcia, stojące na

biurku, zakrzywiały ciemność swoimi miękkimi konturami.

W świetle dnia ich giętkie zawijasy mogłyby przybrać

kształt kwiatów, słońc, leniwców, a nawet lam. Ale w nocy

tworzyły jedność. Ich wnętrza natomiast zasysały czerń

i błyszczały jak mroczne lustra odbijające na zewnątrz poukrywane

w nich postaci. Ściany pokryte były plamami

plakatów, niewyraźne powierzchnie wirowały jak kłębki

pary poruszane przez wiatr i rozmywały ostrość skrytych

na nich piosenkarzy czy aktorów. Jedynie błysk oka albo

zęba przedzierał się przez nocne powietrze. Gdzieś w kącie

leżał odrzucony pluszak. Ciemność wydłużyła mu uszy

i powiększyła łapy, a puchata głowa opadła do przodu

pod dziwnym kątem.

Na łóżku pod ścianą spała dziewczynka. Miała naciągniętą

pod szyję patchworkową narzutę. Jej chuda łydka, zakończona

długą stopą, zwisała sztywno nad metalową

krawędzią ramy. Hania czuła na swojej skórze jej chłód,

owijający się wokół kostki. Jeszcze raz poruszyła palcami,

ale te na łóżku pozostały nieruchome. Z lekko uchylonych

ust dziewczynki sączyła się ślina, która zmoczyła jaśka

w kwiatowej poszewce. Jej twarz mieniła się różowym

blaskiem, emitowanym przez brzuch podłączonego do

62

POST SCRIPTUM


prądu króliczka. Przypominała wróżkę, psotnego Dzwoneczka

z zadartym noskiem albo – patrząc od strony podbródka

– pogrążoną we śnie królową Tytanię, czekającą

na swojego Oberona. Gdyby tylko nie ten pryszcz na czole,

który w bladym świetle wydawał się większy i bardziej

zaogniony.

Hania wpatrywała się w tę postać, która nie była nią. Widziała

drugą dziewczynkę, a jednocześnie czuła, że ona

również mogłaby tak beztrosko spać w swoim pokoju,

okryta ulubionym kocem w jednorożce. Jej również należała

się ta poświata, wydobywająca z ciemności lekkość,

eteryczność i tajemnicę. Ona także mogłaby śnić

o podniebnych harcach z Piotrusiem albo o czarodziejskim

małżonku, pragnącym zmazać winę za swój żart.

Zazdrosna, podziwiała zastygłą przed sobą twarz. Jej pogrążone

w spokoju powieki, strąk włosów, przecinający

policzek na pół, różowe wilgotne wargi, pod którymi utworzyła

się maciupka kałuża. Ciekawe, czy była jeszcze ciepła?

Czy stygła równie szybko jak mokry materac pod nią?

Hania ponownie poruszyła palcami u stóp. Przez jej ciało

przeszedł dreszcz, a wraz z nim chwila olśnienia. No

tak, przecież patrzyła na Monikę. To u niej spała. To z nią

spędziła poprzedni wieczór, tracąc czas na plotki, śmiechy

i słodycze. Miały tyle spraw do omówienia, że zasnęły dobrze

po północy. Tuż przed snem zrobiły sobie serię selfie,

wyszczerzając do telefonu brązowe zęby, wysmarowane

czekoladową mazią. Hania przesunęła językiem po szkliwie

i przełknęła ślinę. Nieświeżość w ustach miała słodki

posmak. To dziwne. Zazwyczaj unikała czekolady. Wstyd

przyznać, ale brzydziła ją jej lepkość i kolor, a smak szybko

się nudził. Wolała kwaskowe żelki. Właściwie wczoraj

włożyła pierwszą kostkę do ust tylko na potrzeby tego

głupiego zdjęcia. Nie spodziewała się, że tym razem doznania

będą zupełnie inne. Czekolada rozpuszczała się

powoli, rozgrzewana i rozcieńczana przez strumienie śliny.

Uwalniała z siebie aromat, niby znany i niezmieniony,

ale jednak nowy. Hania sięgnęła po kolejny kawałek, następnie

jeszcze jeden i jeszcze. Po krótkim czasie zapchała

sobie nimi buzię. Zakleiła ją czekoladą niczym rozmiękłą

gliną. Nie mogła się powstrzymać. Cała tabliczka zniknęła,

połamana przez jej chciwe palce, które Hania na

koniec wylizała. Mlaskała przy tym jak niemowlę, które

wydyma z rozkoszą okrągłe usteczka, bo po raz pierwszy

dorwało się do czekolady. Nawet teraz, po paru godzinach,

ten smak w ustach, popsuty przez pracę milionów

bakterii, nie był dla niej nieprzyjemny. Nadal miał w sobie

resztkę słodyczy.

Pościel zaszeleściła. Monika wciągnęła nogę pod kołdrę

i odwróciła twarz do ściany. Przemieniła się w różowy pagórek.

Hania wciąż trwała w zamroczeniu. Miała ochotę

pogłaskać włosy Moniki, rozrzucone na poduszce. Przypominały

jej spływające w dół górskie strumienie. Nie

rozumiała, co się z nią dzieje. Z jednej strony sen pozostawił

po sobie ciepły, kojący kożuch, który oblepił ją, jak

oblepia brzegi wypełnionego mlekiem kubka. Wypełnił

ją mdłym spokojem i niepohamowanym wzruszeniem,

co mogłoby wydawać się sprzecznością, ale w jakiś sposób

idealnie ze sobą współgrało. Znały się z Monią od

przedszkola. Tyle lat razem, tyle kłótni, przygód, wspólnych

zauroczeń, wspólnych wypadów do kina na filmy

Disneya i odpisywania od siebie zadań domowych. Jednak

Hania wyczuwała w sobie również ciężkość, ołów

w kończynach i kulę gorącego żelaza w podbrzuszu. Spróbowała

oderwać myśli od szemrzących kosmyków Moniki

i przenieść uwagę na swoje ciało.

Ten ciężar narastał w niej przez cały wieczór. Był mały

jak perła, kiedy ściskała dłonie Moniki, podekscytowana,

wciąż w kurtce i w butach, a za nimi zatrzaskiwały

się drzwi wejściowe do mieszkania. Rozpychał się, kiedy

Monika zaciągnęła ją do pokoju, posadziła na łóżku

i wyciągnęła spod poduszki „Cosmopolitan”, z blond piosenkarką

na okładce i wielkim brokatowym napisem „Jak

rozbudzić jego apetyt?”, opierającym się o jej wypięte

biodro. Karmił się jej śmiechem i wstydem, kiedy Monika

opowiadała jak w przebieralni na wuefie zachciało

jej się rzygać, bo zobaczyła u Baśki ciemne włosy na nogach.

Wyglądały jak czarne pijawki, które obsiadły jej łydki,

a potem spojrzała w górę i okazało się, że wyłażą jej

również z majtek. Czekał cierpliwie, kiedy przebrała się

w pluszowy, tęczowy kombinezon, a na głowę zarzuciła

POST SCRIPTUM

63


kaptur ze złotym, miękkim rogiem i przytuliła się do Moniki,

opatulonej w poliestrową pandę. Był napęczniały

jak monstrualny kleszcz, kiedy zrzucały z siebie przepocone

przebrania i pozwalały pooddychać skórze, klejącej

i mokrej, a pachnącej jedynie migdałowym płynem pod

prysznic.

Hania wzdrygnęła się, bo cień owada zamroczył jej myśli.

Mimowolnie wyobraziła sobie, jak łaskocze ją po brzuchu

krótkimi odnóżami, a jego ogromny odwłok ociera się

o skórę, ciężki i spuchnięty, niezdolny unieść się wyżej.

Przymknęła powieki, wyczerpana przez wizje, poprzedni

wieczór i noc w obcym pokoju, w którym ciało i rozum

nie powinny nigdy tracić czujności.

Obudziło ją coś ciepłego między udami. To się chyba już

wydarzyło, pomyślała. Prześcieradło pod nią było mokre.

W pokoju śmierdziało brudną, zardzewiałą rurą. Hania

uniosła brwi, poderwała się, podciągnęła kolana do góry,

a potem zsunęła się bez sił na podłogę.

Na prześcieradle rozlała się brunatna plama, szeroka od

brzegu do brzegu. Biel nie istniała nocą w tym pokoju,

to króliczek nadawał barwy rzeczom, które udało mu się

wyrwać z ciemności i wciągnąć w granice swojego małego

królestwa. W jego świetle wszystko mieniło się na

różowo, ale blady odcień prześcieradła znajdował się na

przeciwległym końcu palety niż bordo wysychającej krwi.

Granica między kolorami była jednoznaczna. Żadnego

stopniowania, subtelnego przejścia od jasności do ciemności.

Ostra kreska odcinająca czystość od brudu.

To musiał być sen. Hania prawie dyszała, ale nie czuła

swojego oddechu, jakby otaczała ją próżnia. Ciało ją

zdradziło. Chociaż było silnie przytwierdzone do głowy,

szyja przecież kręciła głową, kiwającą się na boki w rozpaczliwym

geście zaprzeczenia, to wydawało się obce,

fantomowe.

Musiała coś zrobić. Drżącymi dłońmi sięgnęła po prześcieradło.

Próbowała ukryć plamę między czystymi fałdami.

Zakładała na siebie kolejne warstwy, drapując je

w wiry i fale. Położyła na nią poduszkę, bo nie mogła

znieść jej cierpkiego zapachu. W końcu zgarnęła prześcieradło

i zmięła je w kulę. Chciała, by dało się je schować

w dłoniach jak skrawek papieru, ale ono wciąż wyślizgiwało

się spomiędzy jej palców. Cokolwiek robiła,

plama wciąż powracała na powierzchnię. Załamana,

odrzuciła je w bok, a sama opadła i uderzyła głową

w dmuchany materac. Przynajmniej pozbyła się jego

natrętnego różowego koloru. Materac był czarny i bezpiecznie

maskował się w ciemnym pokoju. Hania nie

śmiała zaszlochać czy choćby głośniej westchnąć. Monika

pogrążona była w błogim śnie. Oddychała równo

i płytko, a na jej rozchylonych ustach, z których wciąż

kapała ślina, błąkał się uśmiech.

Hania nieraz słyszała, co mówili dorośli. W zeszłym miesiącu

na imieninach cioci mężczyźni podśmiechiwali się,

rubasznie szczerząc zęby. Nawet jej ojciec dołączył do

wygłupów, żartując, że na razie musi radzić sobie z jedną

znerwicowaną żoną, ale nie wie, jak długo to potrwa.

Kobiety, krępując się, także chichotały, ale ich uśmiechy

nie były radosne, tylko pełne ulgi. Mama posłała tacie

wrogie spojrzenie, a potem popatrzyła na Hanię. W kąciku

oka mamy czaiła się zazdrość. Potem wszyscy szeptali

to samo, z satysfakcją cedząc sylaby, że to koniec

niewinnego dzieciństwa. Wtedy rozmawiali o jej kuzynce,

która zamknęła się w swoim pokoju i nie pokazała

się przez cały wieczór. Hania słuchała tych słów ze strachem,

a równocześnie z satysfakcją, że to nie ona naraziła

się na te wszystkie komentarze. Nie przyszłoby jej do

głowy, że aluzje były skierowane w jej stronę, że może ją

spotkać to samo. Była przecież tylko rok młodsza.

Po udzie spłynęła jej kolejna ciepła kropla. Hania poderwała

się i wstała. Dotknęła tyłu piżamy. Lepił się od

krwi. Zawładnęła nią fala paniki. Myśli szalały w jej głowie,

zbyt szybkie i przestraszone, by coś z nich pojąć.

Z jej środka wciąż coś skapywało, a ona nie mogła tego

zatrzymać, choć potrafiła wstrzymać silny strumień

moczu, kiedy tylko chciała. Tak radził „Cosmopolitan”,

a ona zresztą robiła to tylko dla zabawy. Przecież nie

po to, by zadowolić przyszłych kochanków. A teraz nie

mogła powstrzymać paru powolnych kropel. Czy to nie

powinno być to samo?

64

POST SCRIPTUM


Ostatkiem sił zmusiła się, by nie wybiec z tego pokoju,

a potem z tego obcego mieszkania. Pobiec wprost do

mamy, która prosiła, by Hania przyszła do niej od razu,

kiedy tylko zobaczy krew na majtkach. Ale mama była za

daleko, a na dworze było za zimno, mokro i ciemno.

Hania podniosła prześcieradło, przycisnęła je do piersi

i wyszła z pokoju, który zawsze wydawał się jej oazą. Tej

nocy to się skończyło, to Hania ją zanieczyściła. Monika

nawet nie drgnęła. Korytarz był pusty i ciemny. Łazienka

znajdowała się na jego drugim końcu, więc Hania na

palcach przeszła obok wszystkich pozamykanych drzwi,

za którymi spali dorośli. Włącznik światła pstryknął głośno,

kiedy go przycisnęła, co w nocnej ciszy zabrzmiało

jak grzmot. Obejrzała się. Żadne drzwi nie drgnęły. Z duszą

na ramieniu spojrzała na podłogę. Bała się, że może

zostawiła za sobą ścieżkę krwawych kropli, które wskażą

drogę do jej kryjówki, ale podłoga była czysta.

Łazienka oślepiła ją swoją bielą. Każdy kafelek bombardował

wzrok odbitym światłem i jaśniał jak mała lampka.

Hania zmrużyła oczy i po omacku weszła do środka.

Wrzuciła prześcieradło do wanny. Odkręciła zimną wodę.

Strumień uderzył w materiał i woda zabarwiła się na różowo.

Kolorowe smugi wirowały, kręcone przez prawa

fizyki, których nigdy nie mogła zrozumieć. Tworzyły ślimaki,

spirale, muszle, grzyby o szerokich kapeluszach.

Biała porcelana odbijała ich akrobacje. Hania na chwilę

zapomniała o wszystkim. Podziwiała spektakl, zauroczona

tym, jak płynnie krew opuszczała prześcieradło, z jaką

łatwością łączyła się z wodą, jak zabarwia ją na krótką

chwilę, a potem traci intensywność i znika, staje się na

nowo czysta i przejrzysta.

Niewinność

Wtem na korytarzu rozbłysło światło. Ktoś otworzył jedne

z drzwi. Przeciągłe skrzypnięcie zagłuszyło huk wody.

Hania odwróciła twarz do lustra. Na czole miała czerwoną

plamę. Pewnie się pobrudziła, kiedy rzuciła się na

materac. Krew musiała przesiąknąć przez prześcieradło.

Spojrzała na swoje ręce. One również były brudne. Podłoga

pod jej stopami upstrzona była ciemnymi kroplami,

z których po upadku na ziemię, wyrosły dziesiątki małych

ramion. Hania nie miała już gdzie uciec. Za chwilę wszyscy

się dowiedzą. [PK]

PATRYCJA KUBICZ

POST SCRIPTUM

65


Foto: Piotr Pasiewicz

ROZMAWIA AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ

Rafał Zięba

66

POST SCRIPTUM


Słowa w obliczu

W sercu współczesnej

literatury, gdzie poezja

i teatr splatają się z refleksją

nad kondycją

człowieka, Rafał Zięba

staje się głosem, który

nie boi się dotykać

trudnych i bolesnych tematów.

Jego twórczość,

osadzona w bogatej

tradycji literackiej, eksploruje

zawirowania historii

i współczesności,

ukazując człowieka uwikłanego

w sieci chaosu

i alienacji.

W swoim twórczym poszukiwaniu

Rafał przywołuje

nie tylko emocje,

które kształtowały jego

wczesne doświadczenia

literackie, lecz także

refleksje nad literacką

i kulturową tożsamością.

Jak sam mówi, „nie jest

tak, że nowożytne utopie

były z założenia dobre”,

a jego poezja rodzi się

z pragnienia zrozumienia

współczesnego chaosu.

W rozmowie dzieli

się swoimi inspiracjami,

osobistymi doświadczeniami

oraz przemyśleniami

na temat roli przekładów

literackich w jego

życiu. Zapraszam do odkrycia

świata, w którym

słowo staje się zarówno

narzędziem refleksji, jak

i sposobem na uchwycenie

złożoności ludzkiego

istnienia.

historii

Jakie emocje towarzyszyły Ci, gdy

po raz pierwszy sięgnąłeś po pióro,

by tworzyć literaturę?

Było to zbyt dawno temu, żebym

mógł ten moment dokładnie zapamiętać.

Przypominam sobie próbę

napisania pierwszego wiersza jeszcze

w czasach liceum, w latach osiemdziesiątych.

Oczywiście nikomu go

nie pokazałem, a rękopis gdzieś przepadł.

Być może spaliłem go w piecu,

podobnie jak wszystkie rękopisy

wierszy z początkowego okresu mojego

pisania. Ale czy tamten moment

uznać mogę za początek tworzenia literatury?

To nie był akt samoświadomości,

a raczej twórczy paroksyzm,

nagły przypływ emocji, które musiały

znaleźć ujście. Tyle że nie jakiekolwiek

bądź, ale twórcze, kreatywne.

Po tym wydarzeniu nie napisałem

przez parę lat ani jednego wiersza, aż

do następnego takiego paroksyzmu.

Dopiero wtedy zacząłem się zastanawiać

nad tym, co to właściwie może

oznaczać. Czy mam jakieś predyspozycje

do pisania? Postanowiłem to

sprawdzić. Sprawdzam zresztą do dziś.

Co stanowi dla Ciebie inspirację

twórczą? O czym piszesz wiersze,

słuchowiska i sztuki teatralne?

Najprościej mówiąc: teksty kultury,

ale to powierzchowna odpowiedź,

ponieważ chodzi także o uwikłanie

człowieka w historię i o próbę

prześledzenia tego uwikłania.

Chodzi też o drogę duchową,

a raczej jej zanik i związane

z tym narastające poczucie alienacji.

Czytam głównie książki,

które stanowić mogą materiały

źródłowe dla takich przemyśleń,

a w ramach literatury pięknej wybieram

autorów, którzy również

inspirują się podobnymi tematami.

Gdyby teraz rzucić okiem na

moje biurko, leży na nim powieść

Jeana Raspaila, Utopia Tomasza

Morusa i Nowa Heloiza Jana Jakuba

Rousseau. Na stoliku przy

łóżku – Filozofia ogrodu Rosaria

Assunta i tomik wierszy Zbigniewa

Herberta. Dlaczego taki zestaw?

Od pewnego czasu nurtuje mnie

myśl o tym, co (na potrzeby robocze)

nazwałem sobie fałszywą

Arkadią. W podstawowych tekstach

nowożytnego humanizmu

próbuję wyśledzić zalążek tego,

co (jak postrzegam) dzieje się

obecnie, czyli narastanie chaosu

i zarządzanie tym chaosem. Dzisiaj

chyba nikt już nie próbuje nawet

myśleć o tym, co mogłoby ów

chaos uśmierzyć. Nikt nie próbuje

myśleć, co w dzisiejszych czasach

mogłoby stanowić porządek. Za to

chaos, niestabilność, niejasność,

płynność zaczynają zajmować

miejsce, w którym wcześniej – czy

z lepszym, czy z gorszym skutkiem

Rafał Zięba – ur. 12.10.1969, absolwent Instytutu

Teorii Literatury, Teatru i Filmu Uniwersytetu Łódzkiego.

Autor wierszy, esejów literackich, tekstów teatrologicznych

i przekładów literackich. Wydał trzy

tomiki wierszy, poza tym jego utwory poetyckie znalazły

się w kilku antologiach oraz wielu czasopismach

kulturalnych i literackich. Jest wiceprezesem Łódzkiego

Związku Literatów Polskich.

POST SCRIPTUM

67


to już osobna sprawa – znajdowały

się normy, zasady, wartości. Nikogo

to nie czyni szczęśliwszym, uważam,

że wręcz przeciwnie, za to zamiast

zastanawiać się, dlaczego tak jest,

ludzie zaczynają bać się zadawać pytania,

jeśli zawczasu nie mają napisanych

odpowiedzi. Być może uważają,

że taki namysł miałby charakter polityczno-światopoglądowy,

a żywią

powzięte skądś przeświadczenie,

że polityka ich nie dotyczy, a sprawy

światopoglądowe nie podlegają

dyskusji. Tymczasem w moim mniemaniu

refleksja nad genezą współczesności

ma wymiar ogólnoludzki,

dużo szerszy niż polityczne spory

i światopoglądowe dogmaty.

Z tych lektur, o których wspominałem

powyżej, powstanie być może

wiersz, być może esej, a może tylko

luźne zapiski w moich dziennikach.

W założeniu punktem wyjścia ma

być teza, iż nie jest tak, że nowożytne

utopie były z założenia dobre, a to,

68

POST SCRIPTUM

Foto: Piotr Pasiewicz

Życzyłbym sobie

stabilnego wzlotu

że staczamy się w dystopijny świat,

nie jest wytworem jakiegoś błędu,

nieporozumienia czy wypaczenia –

tak naprawdę miały one wpisane

w swe podstawy dystopijny projekt.

Czemu tak się stało? A to dlatego,

iż nowożytni humaniści stawiali

w centrum swojej uwagi nie człowieka

takim, jakim on jest, ale człowieka

wyobrażonego, człowieka zaprojektowanego,

takiego, którego nie ma,

ale dopiero ma być, kiedy się ludzi

podda odpowiedniej obróbce. Nakłoni

się ich po dobroci lub przymusi

siłą. Wszystkie wielkie totalitaryzmy

XX wieku mają korzenie właśnie

w takim „humanistycznym” myśleniu

– może z wyjątkiem nazizmu,

który nawet na tle innych totalitaryzmów

był szalony poprzez swój ezoteryczny

mistycyzm. Ale przecież ta zasadnicza

jego część nie była kierowana

do społeczeństwa, społeczeństwo

niemieckie przekonane było, że żyje

w sensownym świecie.

Z tego typu namysłu biorą się moje

wiersze. Wydaje mi się, że można to

odczytać, a przynajmniej staram się,

żeby tak było. Jako młody chłopak

dbałem przede wszystkim o swoje

emocje i swoje mniemania. Uważam

obecnie, że było to niewłaściwe, dlatego

staram się dążyć – na tyle, na ile

jest to możliwe – do jasności przekazu.

Zdarza się, iż opatruję swoje

wiersze przypisami, aby czytelnik

mógł sprawdzić, skąd pochodzi ta lub

inna myśl. Kiedyś częściej stosowałem

ten zabieg, dziś robię to rzadziej.

Właśnie dlatego, że staram się, aby

całość mojego przekazu znajdowała

się w tekście utworu, a nie w jego

kontekstach.

Osobną sprawą są słuchowiska

i sztuki teatralne. Tutaj dużą rolę odgrywają

epizody historii.

W swojej twórczości dotykasz często

tematów trudnych i bolesnych.

Czy istnieje osobiste doświadczenie,

które szczególnie wpływa na Twoje

pisanie?

Mój wieloletni przyjaciel Jaro Gawlik

określił sprawę tak: „W twoich wierszach

przedstawiony jest człowiek,

który stoi pod ścianą. Nie ma już się

gdzie schować”. Bardzo spodobała

mi się ta jego diagnoza. Moje wiesze

na obecną chwilę mają znikome

odniesienie do mojej osobistej historii.

Odnoszą się do niej o tyle, o ile

moja historia dotyka historii w ogóle.

Dlatego nie jestem w stanie określić

jakiegoś traumatycznego osobistego

doświadczenia, które mogłoby wpłynąć

na charakter mojego pisania.

Prędzej, nawiązując do Jaro Gawlika,

mógłbym wskazać na tego, z kim się

mogę utożsamiać. W obecnej chwili

przychodzi mi do głowy ten trzęsący

się ze strachu człowiek pod ścianą

z wiersza Majakowskiego Lewą

marsz!, czekający na to, aż przemówi

do niego towarzysz mauser. On jest

moim bratem. Człowiek, który żył w

sensowny i uporządkowany sposób,

dopóki nie przyszli ludzie, którzy

prawem kaduka i wyimaginowanych

prawideł zabrali mu jego wypracowany

przez pokolenia świat i powiedzieli

mu: „To nie twoje! Oddawaj, co

masz!” i (w najlepszej sytuacji) puścili

go żywego, ponieważ akurat pistolet

się zaciął albo uznali, że powolna

śmierć na tak zwanym śmietniku historii

będzie dla niego lepszą karą za

lata pracy i starań.


Jako młody chłopak

dbałem

przede wszystkim

o swoje

emocje

Foto: Piotr Pasiewicz

Czy bycie autorem przekładów literackich

zmieniło sposób, w jaki

postrzegasz słowa i język?

Moje przekłady dotyczą obszaru języków

wschodniosłowiańskich, rosyjskiego,

białoruskiego etc. Są one

do siebie podobne, choć diabeł tkwi

w szczegółach, więc trzeba zachowywać

ogromną czujność. Przykładowo

słowo kit w języku polskim oznacza

masę plastyczną do uszczelniania

okien, w języku ukraińskim kit oznacza

kota, a w rosyjskim wieloryba.

Pomijam tu inne zabawne leksykalne

nieporozumienia, jakie występują

pomiędzy słowiańskimi językami, ale

ogólnie trzeba przyznać, że są one do

siebie podobne. Mam taką prywatną

hipotezę, iż wystarczy znać dwa słowiańskie

języki, żeby bez dużych problemów

móc porozumieć się w dowolnym

trzecim języku słowiańskim.

Podkreślam: jest to hipoteza oparta

na moich prywatnych doświadczeniach

i dotyczy raczej swobodnej

komunikacji, a nie rzetelnej pracy

translatorskiej, która musi opierać

się na słownikach i rudymentach gramatyki.

Jestem literatem, kończyłem

kulturoznawstwo i z tej racji nie uważam

się za filologa czystej krwi, choć

moja katedra należała do wydziału

filologicznego.

Pomimo iż uniwersytet starał się nauczyć

mnie pewnej dyscypliny, moje

przekłady brały się z porywu serca

i potrzeby chwili. Przykładem porywu

serca jest np. praca nad poematem

Wieniedikta Jerofiejewa

Moskwa – Pietuszki. Utworu, którego

jestem admiratorem i – przynajmniej

staram się być – wnikliwym

lektorem, choć wiem, że w tej materii

nie doścignę takich interpretatorów

owego „nieśmiertelnego poematu”

jak np. Edward Własow, który kontynuuje

swoją pracę od lat siedemdziesiątych

XX wieku. Fragmenty mojego

tłumaczenia Moskwy – Pietuszek

można znaleźć w numerach „Krytyki

Literackiej” i „Tygla Kultury”.

Na potrzeby Teatru Nowego w Łodzi

i Festiwalu Dialogu Czterech Kultur

tłumaczyłem też z białoruskiego

sztukę Kariera doktora Rausa. To

była bardzo ciekawa przygoda. Sytuacja

wymagała wprowadzenia kilku

spolszczeń, chodziło o zamianę idiomów

białoruskich na polskie. Bardzo

się balem, jak moje propozycje

zostaną przyjęte przez Białorusinów.

Okazało się, że... bardzo dobrze.

69

POST SCRIPTUM


Mam wrażenie,

że pewne elementy

mojego pisania

są traktowane

zbyt powierzchownie

Esej #Dejmek_70 dotyczy Kazimierza

Dejmka i historii Teatru Nowego

w Łodzi. Co zainspirowało Cię do zajęcia

się tą postacią i jak oceniasz jej

wpływ na współczesny teatr?

Och, to jest temat na osobną rozmowę.

Krótko mówiąc, zbliżał się jubileusz

siedemdziesięciolecia Teatru Nowego

im. Kazimierza Dejmka w Łodzi.

Poproszono mnie o stworzenie publikacji

poświęconej historii tego teatru

i osobie jego twórcy. Dano mi wolną

rękę co do formy. Obawiałem się napisania

kolejnej pracy historycznoteatralnej

na ten temat. Wprawdzie

pod ręką miałem wystarczająco dużo

materiałów źródłowych, bowiem archiwum

Teatru Nowego jest jednym

z najlepszych archiwów teatralnych

w Polsce, ale mogło mi nie wystarczyć

czasu i warsztatu historycznego,

aby owe źródła w należyty sposób

opracować. Wybrałem więc esej,

ponieważ jest mi on najbliższy. Spora

część moich wierszy to w gruncie

rzeczy poetyckie eseje.

Nie miałem zamiaru oceniać Dejmka

ani samego Teatru Nowego,

w tamtych czasach czułem się poniekąd

jego częścią – zarówno pod

względem zawodowym, jak i takim

normalnym, życiowym. Postanowiłem

raczej opisać rzecz z perspektywy

mojego umysłu. Jak się to udało?

Sam jestem ciekaw opinii, ponieważ

dotarły do mnie jedynie dwie lub

trzy. Na szczęście wszystkie pozytywne.

Jakie uczucia towarzyszą Ci, gdy widzisz

swoje sztuki na scenie, odgrywane

przez innych? Kiedy „słowo

staje się ciałem”.

70

POST SCRIPTUM

Nienajlepsze. Jak na razie. (uśmiech)

Mam wrażenie, że pewne elementy

mojego pisania są traktowane zbyt

powierzchownie, a postaci w sposób

stereotypowy. Widziałem interpretację

jednej z moich sztuk, gdzie

postać Silbescheina – kosmopolitycznego

Żyda, człowieka inteligentnego

i zdolnego do wyrafinowanej ironii –

została przedstawiona w sposób graniczący

z jasełkowym Żydem. Tylko

turonia mu brakowało i chałatu. Siedziałem

na widowni i zaciskałem pięści

w akcie rozpaczy.

Brzmi zabawnie, aczkolwiek jako

autorka wierszy, które stają się

piosenkami – nie zawsze zgodnie

z moją wolą – potrafię w jakimś

stopniu zrozumieć, co czujesz w takich

sytuacjach. Rozumiem, że to

nie są zatem najważniejsze momenty

w Twojej karierze. Ale zapewne

są takie, które dają Ci całkowite poczucie

sensu i spełnienia?

Myślę, że ten moment jest dopiero

przede mną. Niezależnie od tego, czy

będzie on dla mnie pozytywny, czy

też wręcz przeciwnie. W literaturze,

moim zdaniem, łatwiej jest punktować

chwile wzlotu. Chwile upadku są

bardziej powolne. Rzadko kiedy obserwuje

się literata, który jak zestrzelony

messerschmitt spektakularnie

spada w dół, zostawiając za sobą

warkocz dymu i ognia. Za to efektowne

wzloty, oparte na zachwytach

i kontrowersjach, są obserwowane

znacznie częściej. Oba te przypadki

związane są ze znacznymi przeciążeniami.

Obawiam się, że mój pięćdziesięciopięcioletni

organizm mógłby

nie najlepiej znieść takie przeciążenia.

Życzyłbym sobie raczej stabilnego

wzlotu. O ile moje życzenia nie są

przesadnie wygórowane.

Jakie są Twoje artystyczne plany na

przyszłość? Czy jest coś, czego jeszcze

nie zrobiłeś, a marzysz o tym?

Ja mam całą listę projektów do

ukończenia! Ze dwie sztuki teatralne,

większą formę poetycką, parę

niedokończonych wierszy, dwa lub

trzy eseje. Pisanie idzie mi powoli.

Nie mam daru łatwości pisania, więc

tego, co wymieniłem, starczy na długi

czas. Kusi mnie też, aby „spróbować

się” w pisaniu powieści. Ale to

już chyba na koniec tych wszystkich

wspomnianych wysiłków, jakie sobie

zakładam.

Czy masz swoje życiowe motto, które

pomaga Ci w momentach zwątpienia

lub kryzysu twórczego lub po

prostu prowadzi Cię przez życie?

Nie. Nie posiadam czegoś takiego. Za

to przez meandry życiowych upadków

i wzlotów prowadzi mnie postać

rycerza z grafiki Albrechta Dürera

Rycerz, diabeł i śmierć. Kiedyś przeczytałem

fenomenalną interpretację

tego dzieła autorstwa Erwina

Panofsky’ego. Od tego czasu bardzo

mocno oddziałuje ono na mnie.

Chciałbym być jak ten rycerz, spokojnie

dążący do celu pomimo przeciwności

i lęków, które atakują go po

drodze. [AKW]

AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ


JACEK JASZCZYK

NOLLAIG

W objęciach przestrzeni psalmy życiodajne

przynoszą tobie jak kolorowe odpusty kolędnicy.

Z marmuru pejzaż, a w nim pieśnią wykute pobocza,

którymi idące procesje śpiewają zimowe kolędy.

Przyłóż ucho do każdej modlitwy drzew,

aby usłyszeć, jak skostniałym ruinom Galii

nieskończoność przynosiła Mleczna Droga,

a w niej błysk, po którym przebiegał anioł.

Pod światłem jego stóp iskry lewitują w pieśniach,

a hymny niesione na czółnach przez wyspy i zatoki

dojrzewają jak skorupy migdałowca,

gdy ziemia, na której plemiona, wymyślając Celtów,

roiła miodne pałacie dla struchlałych mgławic.

Wędrowcze cofnięty o wieki, powitaj ten czas.

Bo oto św. Ambroży z Mediolanu przechodzi

między nami i kościoły jaśnieją jak nadmorska chmura

otaczająca Morze Marmara, łagodne jak margaretki

zakwitające w zieleni oczu śniącej o szczęściu blondynki,

która w sercu świata obłokami tuli rajskie gaje.

Za ścianą miasta samotność zamyka dłoń staruszka.

Kryształowe sople zdobią w zaciszu gotyckie wieże.

Stada gołębi w kolorach ochry łapczywie skubią gwiazdy,

których odbicia w nieskazitelnych wierszach przysypał śnieg,

gdzie pod strapionym szczytem nieba, wydrążone ręką Perkunasa,

grudniowe wyniknie jutro.

Ilustracja Pixabay

POST SCRIPTUM

71


Nowa

odsłona

Zanussiego

Z Barbarą Gruszką-Zych. Grzegorzem Lityńskim

i Krzysztofem Zanussim

o książce Zanussi. Przez przedmioty

rozmawia Andrzej Radziejewski

Jak się zaczęła znajomość Pana Profesora

z Barbarą Gruszką-Zych – autorką

kilku książek o Panu i żonie?

Krzysztof Zanussi:

Znam Państwa zawód – sam też

przez chwilę zajmowałem się dziennikarstwem.

Pisywałem w jakichś

pisemkach, nawet w „Ekranie”, kiedy

właśnie powstawał. Jednym słowem

mam pewne doświadczenie

w tej dziedzinie, chociaż nie odniosłem

w niej żadnych istotnych sukcesów.

Przywykłem do tego, że kiedy

przychodzi do mnie jakiś dziennikarz

i zadaje mi jakieś pytania, to najczęściej

w jego oczach widzę, że go to

niewiele interesuje. Że robi to, bo

musi napisać tekst, ale mało słucha,

72

POST SCRIPTUM

co mówię. Zwykle notuje czy nagrywa,

bo musi.

W tym przypadku było inaczej?

KZ: Kiedy spotkałem panią Barbarę,

od razu spostrzegłem, że interesuje

ją to, o czym żeśmy rozmawiali.

Po pewnym czasie nasza zawodowa

znajomość przerodziła się w wieloletnią

już dziś przyjaźń. Nasz dom

nie stanowi sfery zastrzeżonej, ale

nie chciałbym, żeby pętały się po

nim obce osoby, z którymi nie mamy

kontaktu. Natomiast pani Barbara

już jest osobą udomowioną. Z żoną

mamy wielu przyjaciół, ale kogoś,

kto by pisał tak, jak to robi pani Barbara

– nie. Muszę dodać, że pani

Barbara jest poetką i mamy dobre

porozumienie również dzięki temu,

że czytuję jej wiersze.

Ile lat już się Państwo znacie?

Barbara Gruszka-Zych: Jak słusznie

zauważyłeś takie książki jak Zanussi.

Przez przedmioty nie biorą się

z chwilowych spotkań. Ta zaczęła powstawać

podczas moich kolejnych

odwiedzin w domu państwa Zanussich,

kiedy poczułam się u nich jak

u siebie. Znamy się już prawie trzydzieści

pięć lat. Pan Krzysztof zwykle

zwraca mi uwagę, bym o tym nie

wspominała, bo to mnie postarza,

ale w tej chwili muszę odpowiedzieć


na twoje pytanie. Kiedy przygotowywaliśmy

się do wydania Życia rodzinnego

Zanussich. Rozmów z Elżbietą

i Krzysztofem, zrodził się pomysł na

powstanie opowieści o reżyserze

i jego żonie oglądanych przez otaczające

ich rzeczy. „Chciałbym zachować

pamięć o przedmiotach wypełniających

wnętrza naszych domów” – podzielił

się wtedy swoim pragnieniem

pan Krzysztof.

To było mocno trafione, bo od lat

przywołujesz przecież przedmioty

w swoich wierszach.

BGZ: Zawsze lubiłam skupiać się na

szczegółach, a jeszcze w słuszności

tego przekonania upewnił mnie Czesław

Miłosz, z którym wiele o tym

rozmawiałam. Dlatego podchwyciłam

tę myśl pana Krzysztofa i choć

dopiero po kilku latach, jednak podjęłam

się jej realizacji. To było wyzwanie

– opisać przez przedmioty

moich niezwykłych bohaterów nie

do opisania – Elżbietę i Krzysztofa

Zanussich.

Jaka tajemnica kryje się w przedmiotach?

BGZ: Przedmioty to milczący świadkowie

mijającego czasu, zapewniający

nam poczucie bezpieczeństwa,

a jednocześnie wyrywający nas

z niego poprzez przywoływane

wspomnienia. Bo któż z nas, próbując

choć przez chwilę wrócić do przeszłości,

nie przechowuje przybyłych

z dzieciństwa misiów i lalek z coraz

bardziej zacierającymi się w pamięci

buziami? Ile na dnie naszych szuflad

leży starych notesów i kalendarzy,

z których dawno uciekły daty? Ale to

przypominanie budzi tęsknotę, żal za

minionym, jakieś rozdarcie, którego

nie wypełni najbardziej harmonijna

teraźniejszość.

Po raz pierwszy zaprosiłaś do współpracy

przy powstawaniu książki

fotografa.

BGZ: Naszą książkę współtworzą

zdjęcia znakomitego, posiadającego

swój rozpoznawalny styl Grzegorza

Lityńskiego, który w swoich kadrach

utrwala rzeczywistość, przedstawiając

to, czego poszukuję, czyli coś więcej

– to, co „niewidoczne dla oczu”.

Na jego zdjęcia zwróciłam uwagę już

kilka lat temu podczas prezentacji

fotografii z jego podróży, ale teraz

przyszła pora na poważną współpracę.

Zwłaszcza, że zdjęcia Grzegorza

od razu wpadły w oko bohaterowi

naszej książki. „Jestem dużo fotografowany,

więc mogę porównać, jak

się to komu udaje, dlatego wybieram

pana” – powiedział pan Krzysztof, będąc

pod wrażeniem jego prac. Grzegorz

po przeczytaniu mojego tekstu

mozolnie dobierał zdjęcia z setek,

które zrobił, ja mu coś doradzałam,

zadowolona, że mój tekst będzie

mógł fruwać na ich skrzydłach. Jego

fotografie zostały ułożone nie linearnie,

lecz według oryginalnej koncepcji,

można rzec, że prowadzą własną

opowieść, dającą książce nową perspektywę.

Dom państwa Zanussich w Laskach

to wyjątkowo piękne, wręcz zachwycające

miejsce.

POST SCRIPTUM

73


BGZ: Wystrój przedstawionych

w albumie wnętrz jest zasługą żony

reżysera, Elżbiety Grocholskiej-

-Zanussi, artystki malarki kierującej

się przesłaniem, by wszystko,

co otacza męża, było piękne, gdyż

on na to zasługuje. Mam nadzieję,

że przywołane na karty tej książki

piękno sprawi, że przez szczelinę

między zdjęciami a tekstem jej czytelnik

będzie mógł, jak pisze Philippe

Jaccottet: „sięgnąć wzrokiem poza

granicę widzialnego”. Namacalne

przedmioty stanowią zarazem bramę

wprowadzającą w wieczność, ale też

pozostają na ziemi jako ślad po tych,

którzy się nimi otaczali. Smaku opowiadanej

przez nas na dwa sposoby

historii dodaje mało nagłośniony

fakt, że małżeństwo Zanussich nieustannie

gości w swoich domach nie

tylko znajomych, lecz także całkiem

obcych, udostępniając im je, aby

mogli zwiedzać Warszawę czy Paryż.

Nasi bohaterowie nietypowo dla

celebrytów potrafią konsekwentne

dzielić się z innymi swoim dorobkiem

życia w duchu iście ewangelicznym.

74

Przedmioty

to milczący

świadkowie

mijającego czasu

POST SCRIPTUM

Grzegorzu, co Cię przyciągnęło do

tego projektu?

Grzegorz Lityński: Kiedy Basia zaprosiła

mnie do współudziału w powstaniu

książki Zanussi. Przez przedmioty,

właśnie kończyłem pracę nad

zdjęciami do książki dla niemieckiego

wydawnictwa, też przedstawiającymi

przedmioty. Ale bardzo szybko

się okazało, że mój udział w projekcie

o panu Zanussim to zupełnie inny kaliber.

Po pierwsze, forma i treść tworzona

przez Basię jest niespotykana.

Stanowi połączenie poezji i niezwykłej

narracji, bo przecież Basia to

wyjątkowa poetka. Już same tytuły

rozdziałów, jak na przykład „Gałęzie

podtrzymane wiatrem nie odfruną”,

dawały przedsmak tego, co mnie

czeka w trakcie realizacji pracy nad

albumem i przy końcowym wyborze

zdjęć. Po drugie, od początkowych

spotkań z bohaterem moich zdjęć –

panem Krzysztofem Zanussim – miałem

przekonanie, że czeka mnie coś

więcej aniżeli sucha dokumentacja

przedmiotów postawionych na półce.

Przede wszystkim zrozumiałem,

że ten projekt – aby mógł stać się

ponadprzeciętny, dorównując stylowi

pisania Basi oraz niezwykłemu


Namacalne przedmioty

stanowią zarazem

bramę wprowadzającą

w wieczność, ale też pozostają

na ziemi jako ślad po tych,

którzy się nimi otaczali

darowi opowiadania pana Zanussiego

– musi się opierać na współpracy

z głównym bohaterem.

Kiedy Ty poznałeś pana Krzysztofa?

GL: Od lat znałem jego filmy, ale osobiście

poznaliśmy się w murach Uniwersytetu

Śląskiego na wydziale Radia

i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego.

Tego samego wieczoru miałem

przyjemność odprowadzić pana

Krzysztofa na pociąg do Warszawy.

A już kilka tygodni później wykonałem

pierwsze, próbne zdjęcia do naszej

książki w domu państwa Zanussich

w Laskach nieopodal Warszawy.

Tak nawiasem mówiąc, zrobione

wtedy z lotu ptaka zdjęcie z sesji

próbnej ukazujące grono gości przy

olbrzymim okrągłym stole jest jednym

z moich ulubionych ujęć i buduje

zakończenie opowieści albumu Zanussi.

Przez przedmioty. Potem było

jeszcze wiele spotkań w Laskach,

kilkudniowy wyjazd do Paryża, gdzie

miałem przyjemność utrwalić na

zdjęciach mieszkanie reżysera nieopodal

Placu Zgody. I kolejno – sesja

w mieszkaniu na Żoliborzu.

Można powiedzieć, że podjąłeś się

tematu, który wydaje się samograjem.

Wybitny reżyser zgadzający się

na to, żeby wejść w jego intymny

świat, w życie prywatne.

GL: I tu zaczynają się schody… Bo

projekt oparty na ścisłej współpracy

z dwiema takimi gwiazdami jak

Barbara Gruszka-Zych oraz Krzysztof

Zanussi to megaodpowiedzialność.

Dorównać poezji wypływającej z tekstów

autorki i zderzyć się z komentarzami

pana Krzysztofa do moich

zdjęć – a w końcowej wersji albumu,

która ukazała się drukiem, jest ich

ponad sto – to kolejne wyzwania.

Jaką strategię przyjąłeś?

GL: Są fotografowie, którzy specjalizują

się w aranżacji przestrzeni, choćby

Gregory Crewdson z Nowego Jorku,

znany z surrealistycznych wręcz

układanek i kompozycji wnętrz domów,

ludzi i zwierząt. Używa do tego

sprzętu rodem z produkcji filmowych,

silnych lamp, barwnego oświetlenia,

a nawet dźwigów. Jeśli trzeba, to

wierci dziury w ścianach, zalewa posadzki

wodą itp. Natomiast w moim

przypadku, fotografa dokumentalisty,

trudno mówić o strategii. Zawsze

stawiam na autentyczność. Mój styl

fotografowania jest daleki od aranżacji.

I tutaj nasze poglądy z panem Zanussim

były zbieżne od samego początku.

Nasz bohater z rozbawieniem

opowiadał mi, że gdy przyjeżdżają

do niego ekipy telewizyjne, by realizować

jakiś wywiad czy uwiecznić

jego dom, często najpierw dochodzi

do przesuwania mebli. W projekcie

Zanussi. Przez przedmioty nie było

takich sytuacji. Nikt nie musiał przestawiać

mebli, nie było pucowania

szyb czy podłóg, nie było porządkowania

opakowań leków porzuconych

bezładnie na stoliku, bo to nie leży

w mojej naturze dokumentalisty.

I bardzo mnie to cieszyło, że pan Zanussi

nigdy nie zakwestionował pewnych

niedoskonałości otaczającego

go świata ukazywanych na zdjęciach

w albumie. To widać m.in. na otwierającym

album zdjęciu, gdzie można

dostrzec kurz wokół stalowego kota

podtrzymującego drzwi do gabinetu.

A więc postawiłeś na realizm?

GL: Tak, ale do tego niezbędne jest

przyzwolenie i współpraca z bohaterem

i autorką tekstu. Ani Basia, ani

pan Krzysztof nigdy nie kwestionowali

żadnych moich ujęć. Obydwoje

traktowali mnie jako artystę, który

ma swoją wizję, a nie jak pana

z aparatem, który ma wycelować

i nacisnąć spust na zawołanie. To

nieczęsto się zdarza, zwłaszcza gdy

się pracuje z VIP-ami, jak w tym przypadku.

Czy jakieś Twoje ulubione dobre

zdjęcia nie weszły do Waszego albumu

z powodu braku miejsca?

GL: Tak się zdarzyło. Ale bynajmniej

nie z powodu braku miejsca, ale dlatego,

że nie pasowały do konceptu.

Moim nadrzędnym celem było zbudowanie

pewnej narracji, różnej

w poszczególnych rozdziałach. Do

niej pewne zdjęcia pasowały, a pewne

– choćby nawet nie wiadomo jak

wybitne – po prostu nie pasowały.

Jedno z tych odrzuconych zdjęć długo

pozostawało wśród trzech kandydatów

na okładkę. Dobre, wręcz bardzo

dobre ujęcie, okazało się „typem

samotnika” – nie mogłem znaleźć dla

niego towarzystwa innych fotografii.

Więc z bólem serca musiałem się

z nim rozstać, zwyciężył racjonalizm

i dyscyplina, która nakazywała podporządkować

cały układ opowiadanej

historii. [AR]

ANDRZEJ RADZIEJEWSKI

POST SCRIPTUM

75


O Autorach:

KRZYSZTOF ZANUSSI

BARBARA GRUSZKA-ZYCH

Poetka, reportażystka, pisarka,

krytyczka literacka. Jest

autorką ponad dwudziestu

tomików wierszy. Jej zbiorek

Szara jak wróbel (2012)

wybitny krytyk Tomasz Burek

umieścił wśród dziesięciu

najważniejszych książek, które

ukazały się w Polsce po

1989 r. Opublikowała zbiory

reportaży Mało obstawiony

święty. Cztery reportaże

z Bratem Albertem w tle,

Zapisz jako… oraz książki

wspomnieniowe: Mój poeta

o Czesławie Miłoszu, Takie

piękne życie. Portret Wojciecha

Kilara, a także wywiad

rzekę Życie rodzinne Zanussich.

Rozmowy z Elżbietą

i Krzysztofem i Moi ważni.

Portrety prywatne. Laureatka

wielu nagród za wywiady

i reportaże, m.in. Nagrody

Stowarzyszenia Dziennikarzy

Polskich im. Macieja Łukasiewicza

(2012) za rozmowę

z Wojciechem Kilarem, oraz

nagród poetyckich, m.in. Nagrody

im. ks. Jana Twardowskiego

(2015), a także za upowszechnianie

kultury i nauki

m. in. Nagrody Marszałka

Województwa Śląskiego im.

Karola Miarki (2023). Była

stypendystką wiedeńskiej

Fundacji Janineum (2002),

Fundacji Jana Pawła II w Rzymie

(2003), Fundacji Heinrich

et Jane Ledig-Rowohlt

w Lavigny w Szwajcarii (2014).

GRZEGORZ LITYŃSKI

Fotograf, kurator wystaw, wykładowca.

Prowadzi zajęcia

dydaktyczne na studiach podyplomowych,

kursy, plenery

w języku polskim, niemieckim

i angielskim. Swoje zdjęcia prezentował

na licznych wystawach

indywidualnych w USA, Niemczech

i Polsce, między innymi

w Ukrainian National Museum

of Chicago, Minnesota State Capitol,

University of St. Thomas,

Chicago History Museum, Dwell

Studio of Chicago, Deutsches

Polen-Institut w Darmstadt,

Kunstverein Oerlinghausen e.V.,

Narodowym Centrum Kultury

w Warszawie i Europejskiej Stolicy

Kultury w rodzinnym Wrocławiu.

Był stypendystą Akademie

am Tönsberg (2023). Został

uhonorowany BZWBK Press

Foto w kategorii „Życie codzienne”

(2014). Realizuje projekty

dokumentalne na całym świecie.

Odwiedził ponad siedemdziesiąt

krajów od Australii, poprzez

Bhutan, Botswanę, Laos,

po Spitsbergen. Jest autorem

dwóch akademickich podręczników

o fotografii oraz angielskojęzycznej

historii laparoskopii

Highlights in the History

of Laparoscopy (1996).

Urodził się w Warszawie 17

czerwca 1939 roku. Światowej

sławy reżyser, scenarzysta

i producent filmowy, którego

twórczość można uznać za wizytówkę

polskiego kina moralnego

niepokoju. Jego żoną jest

Elżbieta Grocholska-Zanussi.

Uhonorowany setkami nagród.

Jako pierwszy polski reżyser

otrzymał w 1984 roku Złotego

Lwa na Międzynarodowym Festiwalu

Filmowym w Wenecji

za Rok spokojnego słońca. Nadano

mu trzynaście doktoratów

honoris causa. Jest członkiem

PEN Clubu i Stowarzyszenia

Pisarzy Polskich. Od 1992

roku profesor sztuk filmowych.

Wykłada między innymi na

Wydziale Radia i Telewizji im.

Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu

Śląskiego w Katowicach.

Dwukrotnie został laureatem

Grand Prix Festiwalu

Polskich Filmów Fabularnych za

filmy: Barwy ochronne (1977)

oraz Życie jako śmiertelna choroba

przenoszona drogą płciową

(2000). W Gdyni otrzymał

Platynowe Lwy za całokształt

twórczości (2019), a w Warszawie

– Orły za osiągnięcia życia

(2019). Jego mistrzowskie filmy,

które weszły do kanonu dziesiątej

muzy, to między innymi:

Struktura kryształu, Iluminacja,

Spirala, Constans, Imperatyw,

Rok spokojnego słońca, Gdzieśkolwiek

jest, jeśliś jest, Dotknięcie

ręki, Persona non grata,

Eter. Napisał kilkanaście książek,

wśród których najbardziej znane

to: Pora umierać i Strategie życia,

czyli jak zjeść ciastko i je mieć.

76

POST SCRIPTUM


Zanussi. Przez przedmioty

Książka Zanussi. Przez przedmioty to eseistyczno-biograficzna

opowieść o Krzysztofie Zanussim, legendarnym reżyserze kina

moralnego niepokoju. Co istotne – ukazała się z okazji 85. urodzin

mistrza światowej kinematografii. Z tej okazji czytelnik otrzymał

wyjątkowy przewodnik, a zarazem esej, napisany przez Barbarę

Gruszkę-Zych – poetkę, dziennikarkę, autorkę książki Życie rodzinne

Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem. Tekst został opatrzony

zdjęciami przedstawiającymi otoczenie reżysera, wykonanymi przez

znakomitego fotografa Grzegorza Lityńskiego. Fotografie miejsc zwykle

niedostępnych dla odwiedzających dom Zanussich w Laskach oraz

ich mieszkania na warszawskim Żoliborzu, jak również w centrum Paryża,

zostały opatrzone komentarzami samego Krzysztofa Zanussiego.

O albumie napisał krytyk i poeta Janusz Nowak: „Doskonała jest

kompozycja utworu zbudowanego na równowadze tekstu, zdjęć i komentarzy

głównego bohatera. Nie jest tak, jak w wielu publikacjach,

że zdjęcia stanowią jakiś niewiele znaczący dodatek lub też tekst jest

wstawiony na doczepkę do fotografii. Tutaj istnieje między nimi pełna

harmonia”. Tak obmyślaną publikację można nazwać dosłownie

i w przenośni, nową odsłoną Krzysztofa Zanussiego, przedstawionego

przez posiadane przedmioty.

POST SCRIPTUM

77


Nie tylko

przez

przedmioty

Krzysztof Zanussi jest znany prawie

wszystkim dzięki filmom,

które nie pozostawiają widzów

obojętnymi. Od Struktury kryształu,

Iluminacji, przez Barwy ochronne, Spiralę

czy Rok spokojnego słońca, uhonorowany

Złotym Lwem na Międzynarodowym

Festiwalu Filmowym w Wenecji.

Ten wybitny twórca jawił mi się dotąd

jako ktoś zamknięty w sobie, zimny

i odległy, stwarzający jakąś niewidzialną

barierę, nie do przeniknięcia przez

ludzi, którzy znali go tylko z jego jakże

oryginalnych i pełnych niepokojów filmów.

Może ta urojona niedostępność

wynikła z wielkości jego intelektu? Lecz

stało się coś wyjątkowego, co przybliżyło

i ociepliło wizerunek mistrza…

Barbara Gruszka-Zych ma szczęście

do wybitnych twórców. A może to

wybitni twórcy mają szczęście, że Barbara

zjawiła się w ich życiu, by czytelnicy

– za zgodą opisywanych – mogli

poznawać to, co prywatne i nie na

pokaz, a nawet dotąd skrzętnie skrywane

tajemnice. Przekonali się o tym

Czesław Miłosz, Wojciech Kilar czy

właśnie Krzysztof Zanussi – światowej

sławy reżyser i scenarzysta.

78

POST SCRIPTUM

Byliście państwo w domu państwa

Zanussich? Ja nie byłem. Do wczoraj.

Wczoraj spotkało mnie szczęście pod

postacią wyjątkowej publikacji Barbary

Gruszki-Zych z fotografiami Grzegorza

Lityńskiego o prozaicznym tytule

Zanussi. Przez przedmioty. Oddajmy

głos samemu reżyserowi:

Na zajęciach z reżyserii bardzo często

stawiam przed studentami zadanie,

żeby opisali człowieka za pomocą tego,

co go otacza… Przedmioty są w tym

przekazie najważniejsze. W tej książce

ja zostałem opisany przez przedmioty,

które mi towarzyszą.

Nie wiem, czym autorka uwodziła

swoich rozmówców: urokiem osobistym,

taktem, klasą, wrażliwością,

erudycją czy wzbudzającym zaufanie

sposobem bycia? Nie wiem, ale wiem,

jaki jest efekt tych starań pięknie zapisanych

na kartach wyjątkowej publikacji.

Po wydanej w 2019 r. książce

Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy

z Elżbietą i Krzysztofem poznajemy

reżysera na nowo – przez przedmioty,

którymi się otacza. Gdy z martwych

stają się żywymi, mają swoje często

dramatyczne historie, a teraz – otulają

wspomnieniami.

Przedmioty w domu Zanussich stały

się niemal członkami rodziny. Może

to bluźnierstwo, ale rozgrzeszone,

bo mające podnieść ich ważność,

rangę i znaczenie, które – jak przypuszczam

– miały też wpływ na filmy

mistrza. Wspomniane przedmioty są

nie tylko piękne i kojarzące się z konkretnymi

sytuacjami, lecz także niosą

z sobą i w sobie ponadczasowe mądrości

oraz trudne do odgadnięcia tajemnice.

O każdym z przedmiotów

właściciele opowiadają z czułością,

pewnie dlatego, że są im tak bliskie

i tworzą wyjątkowy klimat niezwykłego

mieszkania. Ale to nie dziwi, bo

niezwykli są również jego mieszkańcy.

Dzięki książce oglądamy np. fotografię

mamy reżysera, którą wykonał sam

Zanussi, resztki sztućców ocalałych ze

spalonego pałacu Czetwertyńskich,

maskę z Sycylii, barokową madonnę,

patchwork z Indii, kawałki żeliwnych

łuków z pałacu Jabłonkowskich

w Warszawie, rzeźbę anonimowego

(bo bez głowy) świętego, albumy,

w których ukryta pamięć, przepiękną

mandolinę katańską, na której miał

grać pan Krzysztof, kopię szabli Piłsudskiego,

liczne nagrody mistrza,

a nawet kamień nagrobny Franciszka


Starowieyskiego, przygotowany przez

niego samego. Kamień nie ozdobił

grobu, ale przyjęli go do swego ogrodu

państwo Zanussi…

To dziwne i aż dziwię się mojej bezczelności,

bo wydaje mi się, że Barbara

pisała tę książkę… o mnie! Naprawdę,

nie na niby. Oczywiście, z zachowaniem

właściwych proporcji: mistrz

gigantem, a ja maleńkim krasnalem,

mniejszym od mrówek i bakterii, ale

podobnie przywiązanym do przedmiotów:

on do „Świętego Antoniego”–

rzeźby pochodzącej z jakiegoś

zniszczonego kościoła, ja do „Świętego

Franciszka”, wyrzeźbionego przez rzeźbiarza

ludowego z sąsiedniej wioski

przed półwieczem; on do noża, który

otrzymał od widza ze słowami: „Skoro

pan się naraża diabłu, to musi się

pan mieć czym bronić”; ja do osełki po

dziadku Teofilu, z mosiężnym uchwytem

z głową byka, którą ostrzył noże,

by mordować zwierzątka, bo był masarzem;

on do Madonny od pani Zofii

Morawskiej, ja do oleodruku Święta

Rodzina po pradziadkach, z drewnianej

chałupy, w której się urodziłem; ja

do drewnianego piórnika sprzed stu

lat, z rysikiem gotowym do zapisywania

pierwszych słów na tabliczce, on

do… Można dalej wymieniać i szukać

podobieństw. Mamy nawet prawie takie

same zegary, zmuszające do refleksji

nad upływającym czasem, z tym że

mój chyba starszy, bo z rzymskimi cyframi…

Co jeszcze łączy mnie w szczególny

sposób z państwem Zanussimi?

Wielkość działek, na których stoją nasze

domy – 24 ary! Wcześniej nie miałem

o tym pojęcia.

A ile tu zwierzeń Elżbiety i Krzysztofa!

O ich upodobaniach, spojrzeniach na

życie: od spotkań w twórczej drodze,

po markowe ubrania nabyte w… sklepach

z używaną odzieżą.

Ta wyjątkowa książka to kopalnia, po

której prowadzi nas autorka, odsłaniając

jej piękne pokłady. Czy może studnia

z krystaliczną wodą, z której pije

się piękno małymi łykami, by dłużej

zachwycało. Czyta się i ogląda, ogląda

i czyta z rosnącym zainteresowaniem,

bo nie ma tu zbędnych słów ani fotografii

– wszystko jest na właściwym

miejscu, by stało się jaśniejsze to, co

za parawanem prywatności, nie naruszające

intymności, a przybliżające

miejsca, rzeczy, wspomnienia wśród

których i z których rodzi się wybitna

sztuka filmowa, pełna niepokoju

i trudnych pytań, często bez odpowiedzi.

Może po to, by widz próbował

sam odpowiadać na niedomówienia

i niedopowiedzenia twórcy?

Piękna to publikacja, bo piękni są państwo

Zanussi: pan Krzysztof w sztuce

filmowej, a pani Elżbieta w sztuce

życia. Książka jest tak ciekawa, jak jej

bohaterowie, ich poglądy na świat, na

sprawy fundamentalne, ale i na rzeczy

małe, pozornie nieistotne, gdy śpiewamy

razem kolędy, a nawet penetrujemy

szafę z togami reżysera i… suknią

ślubną pani Elżbiety.

To wciągająca wędrówka, podczas której

poznajemy i odkrywamy niezwykłych

ludzi – nie otaczają się oni egoistyczne

tytułowymi przedmiotami,

ale wspaniałomyślnie dzielą się nimi

z licznymi gośćmi, zwielokrotniając

bliskość między tym, co niby martwe,

z tym, co wiecznie żywe.

Niejako mimochodem, przy okazji dowiadujemy

się o zwyczajach, a nawet sekretach

pana Krzysztofa, także z ust jego

żony, która inspiruje i dba o to, by miał

wokół piękno, „bo na nie zasługuje”.

O tym, że autorką książki jest poetka,

świadczą fragmenty wierszy, którymi

inkrustowana jest treść – od Staffa do

Eliota, od Herberta po Zagajewskiego,

od Miłosza po… samą Barbarę Gruszkę-

-Zych, która cytuje się najczęściej.

To wszystko sprawia, że czujemy jeszcze

większą wieź z bohaterami i autorką,

która nie pisze beznamiętnej,

zimnej, anonimowej opowieści, ale

subiektywnie piękną prawdę z pierwszej

ręki, uwiarygodnioną komentarzami

samego Zanussiego pod fotografiami

z jego domostwa. Nie tylko

tego pod Warszawą, bo zaproszeni zostaliśmy

także do paryskiego mieszkania

reżysera, które jest przystanią dla

strudzonych, tułających się po świecie

wędrowców oraz do jego mieszkania

na poddaszu w Warszawie, przy ul. Kaniowskiej.

Ponad 200 zdjęć autorstwa wybitnego

artysty Grzegorza Lityńskiego stanowi

integralną część książki. Fotograf bystrym

okiem wyszukuje w mnogości

przedmiotów te, które warto zatrzymać,

utrwalić. Obiektywem przygląda

się mowie rzeczy, ale także wymownemu

milczeniu właścicieli tego raju. To

on sprawił, że tekst uzupełniony został

fotografiami albo może fotografie zostały

uzupełnione tekstem?

Książka jest pełna mądrości ludzi mądrych,

zanurzonych w przemijaniu.

W ich pięknym domu „piękno jest na

to, aby zachwycało do – pracy” (Norwid),

ale nie tylko, lecz także by liczni

goście mogli je podziwiać – jak wyznaje

żona mistrza.

Tytułowe przedmioty są tylko i aż pretekstem

– jak mi się wydaje – by poznać

i zachwycić się pięknym życiem

tej pary. Otoczonej ogrodem, ośmioma

psami, czterema kotkami, a nawet

jaskółkami, zatrzymanymi na suficie

sypialni…

Wędrówka po domu artystów, rozmowy

i wspomnienia stają się też dla

samej autorki źródłem inspiracji do

zamyśleń, również metafizycznych

i filozoficznych, oraz dzielenia się swoją

wyobraźnią. To opowieść na trzy

głosy: Krzysztofa, Elżbiety i Barbary,

z chórem przedmiotów, mających

swoje partie solowe. Podkreślone

bezgłośnym pięknem wyczarowanym

przez Grzegorza Lityńskiego, fotografika,

który ukazuje nam prawdę

obiektywną przez swoje subiektywne

i oryginalne zdjęcia, malowane z najwyższym

profesjonalizmem, ale także

wyobraźnią. Warto poznać tę książkę-

-album, by uczyć się od jej bohaterów

wnikliwego patrzenia na urodę świata,

widzianą nie tylko okiem kamery, lecz

nade wszystko wrażliwością, dobrocią

oraz sercem wreszcie…

Tyle tu piękna, aż wierzyć się nie chce,

że może tak być, ale gdy ludzi łączy

pasja i dobro, którymi szczodrze dzielą

się z nami, tak właśnie jest. Choć tytuł

książki jest mylący. Byłby bliższy prawdy,

gdyby brzmiał Krzysztof Zanussi.

Przez serce. [JW]

Barbara Gruszka-Zych, Grzegorz Lityński,

Krzysztof Zanussi, Zanussi. Przez przedmioty,

Ursines, Czeladź 2024.

JULIUSZ WĄTROBA

POST SCRIPTUM

79


POEZJA

Polecane

TOMASZ MIELCAREK

(ur. 1974 r.) – poeta. Jako laureat

Nagrody Głównej w konkursie

im. J. Bierezina (2013) debiutował

zbiorem wierszy Obecność/Presence

(Dom Literatury

w Łodzi/Stowarzyszenie Pisarzy

Polskich Oddział w Łodzi, Łódź

2014) za który otrzymał Nagrodę

Poetycką Złoty Środek Poezji

im. Artura Fryza (najlepszy poetycki

debiut książkowy roku).

Obecność ukazała się w Bułgarii

jako Присъствие, (Simolini'94,

Sofia 2015, przełożył

Łyczezar Seliaszki). W 2020 opublikował

Przejazdem, a w 2022

Pali się dzień (Dom Literatury

w Łodzi/Stowarzyszenie Pisarzy

Polskich Oddział w Łodzi).

80

POST SCRIPTUM


***

wsłuchuj się uważnie w najcichszą chwilę

gdy mówi do ciebie z zapomnianego świata

a w twoim oku zakiełkuje nasiono

obudzi się źródło

dłonie ojca staną się od nowa

suche dłonie z papieru

zapłoną na twojej twarzy

***

zabłądziliśmy w miejscu obojętnym

jak przydrożny kamień

wszystkie zapamiętane historie zostały z nami

zatkaliśmy nimi uszy

wypchaliśmy usta

a gdy cierń nocy zbliżał się do oka

twoje dłonie były światłem

były domem

***

przezroczystość

rozpuszcza cienie

pomiędzy krawędziami twoich dłoni

pękający horyzont

przepaść pełna światła

pali się dzień

pali

spopiela wieńce naszych oczu

przy wezgłowiu łóżka stanął czas

i połyka ostatnią godzinę

***

bądź błogosławiona

rodząca na krzyżu

matko bólu

i ty

skulona w bólu pod

krzyżem

matko krzyku

bądź przeklęta matko

miłosierdzia!

matko od pustego

krzyża

***

ukradli moją duszę

zamienili oczy w piasek

a ja położyłam się obok siwej głowy ojca

którego już nie ma

położyłam się na kolanach mojej babki

która nie wie że umarła

bo zapomniała że żyła

(a babka miała czarne włosy

długie

do ziemi

do śmierci)

***

niech zostanie zapomniane wszystko to

co nie leżało w mojej naturze

co przyszło z zewnątrz

a żadna z rzeczy

które przez lata upychałem po kieszeniach

nie zostanie znaleziona

niech śpiewają wszystkie drzewa

w korzeniach których grzebałem kiedyś martwe ptaki –

miękkie wpatrzone w niebo

jakby nadal żyły

POST SCRIPTUM

81


Ręka, noga,

mózg na ścianie,

czyli byłam w Turcji

Poleciałam z wielką ciekawością i jeszcze większą pewnością,

że do pełni szczęścia brakuje mi już tylko płaskiego brzucha

z nowym pępkiem i uśmiechu kończącego się na potylicy.

Zaufana klinika, świetni specjaliści, personel władający wszystkimi

językami świata, jakby i to wszczepiali pod narkozą. Pacjenci nie

do odróżnienia, cali w bandażach, że tylko oczy widać, i trzeba nie

lada wyobraźni, aby dostrzec w nich człowieka z nazwy, a co dopiero

z duszą. Na to nie ma ani czasu, ani przestrzeni. W tureckiej

klinice liczy się tylko efekt końcowy. Chcesz się dowiedzieć o drodze,

która Cię tam zaprowadziła, zapisz się do regionalnego psychiatry.

W Turcji leczy się skutki, nie przyczyny. A czasem i to nie.

I poleciałam. Przywitała nas szlochająca Pani z elastyczną opaską

uciskową, wciśnięta w kąt. 3 dni po operacji, a w domu zmartwiona

rodzina, bo Pani bez kontaktu. Telefon twarzy nie rozpoznał

i nijak się dodzwonić nie można. A w telefonie całe życie uzależnione

od przymrużonych oczu. Te szeroko otwarte nie podarowały

dostępu do świata. Co za paradoks. Kolejna napotkana zamarzyła

o tyłku, na którym mąż będzie mógł postawić kufel piwa. Pomysł

się nie przyjął. Implant także. Pościeliła sobie łóżko, na którym teraz

nie może się porządnie wyspać. Zastałyśmy ją całą we łzach.

Jest bardzo wrażliwa. To więc nie przypadek, że jeśli masz miękkie

serce, musisz mieć chociaż twardą dupę. Zamieniono silikon na

tłuszcz z lewego boku. W marcu zapisała się na odsysanie prawego.

Lubi w życiu symetrię. Jeszcze inna chciała mieć uśmiech Mony

Lisy z Julią Roberts w roli głównej. Spotkana na korytarzu szczerzyła

się jednak jak koń. Nie widziała różnicy. Po Nowym Roku wraca

na podcięcie opadających powiek. Może się wtedy lekko zdziwić.

Doszłam do swojego pokoju i opadłam z sił. Wraz z nimi spadły

mi też klapki z moich pomarszczonych oczu. Potem roztrzaskała

się cała reszta. Posypałam głowę popiołem z marzeń i ruszyłam

nad morze. Czarno widziałam swoją przyszłość w nowym ciele.

Nowy pępek nie gwarantował mi bycia pępkiem świata. Białe

zęby nie oferowały świetlanych horyzontów. Wachlarz zabiegów

nie rozganiał trosk, w pakiecie nie zawarto też szczęśliwej

duszy. Wszystko było jakieś takie nomen omen naciągane.

Moje dążenie do ideału także. W dzisiejszym świecie możesz

być, kim chcesz. Ale najfajniejsze jest pozostanie sobą. Tego

nie kupisz w żadnej klinice. A już na pewno nie w tej tureckiej.

[MJ]

MONIKA JANOWSKA

82

POST SCRIPTUM


Ilustracja: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

83


Powrót do lasu

R e n a t a S z p u n a r

Wrześniowe, pomarańczowe słońce powoli zniżało

się nad horyzont. W jego świetle pagórkowaty

podkarpacki pejzaż nabierał odcieni skrzącego

się złota. Za Przeworskiem autostrada wyprowadziła nas na

rozległą przestrzeń jakby niekończących się falujących pól

uprawnych, łąk i nieużytków, poprzecinanych gdzieniegdzie

głębokimi jarami, wąwozami oraz wyrastającymi ponad

równinę wysokimi wzgórzami. Im bliżej granicy z Ukrainą,

tym przestrzeń stawała się rozleglejsza, pustsza, niezagospodarowana.

Jakby czuć było tu już tchnienie dawnych

„dzikich pól”.

Przed samą granicą zjechaliśmy z autostrady na południe, na

drogę prowadzącą do Bolestraszyc – dawnego majątku naszego

wybitnego XIX-wiecznego malarza, Piotra Michałowskiego.

Przyszło mi na myśl, że być może romantyczna linia

w jego obrazach i żywy, dynamiczny gest pędzla mają charakter

tego właśnie pejzażu. Oko malarza zakorzenia się

przecież w formach otoczenia i ten siłą rzeczy przenosi je

w akcie twórczym na swoje obrazy. Może właśnie takie słońce

nadchodzącego wieczoru, pozłacające pagórki porośnięte

teraz suchą trawą, nadawało obrazom Michałowskiego ten

ciepły, nieco rozmyty, lecz intensywnie głęboki laserunek ugru.

84

POST SCRIPTUM

Chcę być jak noworodek, niewiedzący absolutnie

nic o Europie, ignorujący wydarzenia i mody, niemal

jak prymitywi. Pragnąłbym stworzyć coś bardzo

skromnego, wypowiedzieć się w całkiem małym

motywie, który mój ołówek będzie zdolny opanować

bez żadnej biegłości technicznej.

Paul Klee

Za bramą bolestraszyckiego Arboretum zanurzyłam się

w gęsty tłum gości, którzy zjechali na doroczny Festiwal

Derenia. Ja przybyłam tu przede wszystkim na otwarcie

wystawy sztuki międzynarodowej Grupy Broken Forest, do

której również zostałam zaproszona. Lawirując pomiędzy

straganami z dereniowymi smakołykami, dotarłam do

drewnianej chaty, w której przygotowywał się do występu

kolumbijsko-kanadyjski performer Cesar Forero. Byłam

szczególnie ciekawa, jak uprawiają sztukę współcześni profesjonalni

artyści amerykańscy, mający rdzenne korzenie.

Czy pomimo globalizacji udaje im się zachować swoją odrębność

od naszej, europejskiej kultury? Interesuje mnie to

od dawna, ponieważ zwracając się ku własnym źródłom,

uwrażliwiam się na podobne wartości obcych i zamierzchłych

kultur.

Gdy zmierza się w głąb czasów, dochodzi się do ukrytego,

wręcz pierwotnego, podstawowego instynktu, który jest

wspólny wszystkim ludziom na naszej planecie. Ta jedność

w wyrażaniu pewnych potrzeb, a nawet podobnych uczuć

i przeżyć, zawsze budziła moją fascynację i jednoczesne pytanie

– jak to jest możliwe w świecie tak wielkiej ludzkiej

różnorodności?

Jest to dotykanie tej sfery, którą określiliśmy mianem duchowości,

nie tej związanej ze znaczeniem religijnym, ale

z pierwotną siłą człowieka do życia w jedności ze światem

przyrody, w symbiozie z naturą, w społeczności

i współpracy z innymi współplemieńcami oraz potrzebą

własnego doświadczania na co dzień tego, co metafizyczne

i pozaracjonalne. Ile więc z tych naturalnych potrzeb człowieka,

wręcz odruchów, zachowało się w dzisiejszej sztu-


ce? W jakiej mierze pozostały tu działania instynktowne,

a na ile przejął kontrolę nad procesem twórczym racjonalny

umysł?

Kiedyś w czasie pobytu w Paryżu i intensywnego zwiedzania

wystaw i muzeów, nieoczekiwanie dla siebie samej, odnalazłam

świeżość i wytchnienie w muzeum archeologicznym

w Saint-Germain-en-Laye, a także wśród egzotycznych

rzeźb i masek z regionu Oceanii eksponowanych wówczas

w Luwrze… To było jak dotknięcie z innego wymiaru – coś

szczególnego zatrzymało mnie wówczas w towarzystwie

tamtej sztuki odległej w czasie, a nawet pochodzącej z dalekich

miejsc na kuli ziemskiej. Ta sztuka przebiła się swoją

ciszą przez moje wielkie zmęczenie aglomeracją, pędem,

tłumem, hałasem – i zatrzymała mnie na długo, zaskoczyła,

zdumiała. Ucichł dla mnie wówczas zgiełk i chaos współczesnego

świata. Tak bardzo potrzebne są takie miejsca, ciche

świątynie, w których można chociaż na chwilę doświadczyć

bezruchu i absolutnej ciszy, a nawet własnej pustki...

Wtedy w Paryżu był to czas tuż przed poważnymi zamieszkami

społecznymi i atakami terrorystycznymi. Napięcie

z tym związane dawało się wyraźnie odczuć, jakby powietrze

gęstniało przed burzą. I może to dlatego prehistoryczna

i egzotyczna sztuka odległych kultur wydała mi się

bezpiecznym światem, w którym można się schronić swoją

wyobraźnią. Po opuszczeniu muzeum archeologicznego

stałam wówczas na skarpie Loary w Saint-Germain-en-Laye

i patrzyłam na bezmiar betonowego miasta przed sobą.

Niespodziewanie przyszło do mnie wtedy wspomnienie filmu

dokumentalnego o Indianach Guarani, jednym z ostatnich

pierwotnych plemion, jakie żyją jeszcze w amazońskiej

dżungli w symbiozie z naturą i pokojowej atmosferze własnej

społeczności, jednocześnie jednak z widmem realnego

zagrożenia utraty własnego ekosystemu i kultury z powodu

ekspansji przemysłowej oraz na wielką skalę wyrębu pierwotnej

puszczy. Nie przypuszczałam, że po latach wezmę

udział w artystycznej wystawie razem z potomkami amerykańskich

autochtonów. Ujawnia ten fakt niezwykłą siłę sztuki,

jeśli chodzi o dobrowolne jednoczenie się ludzi poprzez

wspólne działania i przeżycia pomimo wszelkich odległości

i granic. A dla mnie, skoro nie wybieram się w najbliższym

czasie (czego bardzo żałuję) w egzotyczną podróż na inne

kontynenty, bezcenne jest spotkanie z tymi, którzy przybywają

do nas ze swoją sztuką z tak daleka. Właściwie nawet

nie wiadomo z jak bardzo daleka… bo nie tylko zza oceanu,

ale i z odmiennej, obcej kultury, a może nawet i z odległości

innego czasu…

Teraz zaś, tego wrześniowego popołudnia zgromadzeni

w bolestraszyckiej regionalnej chacie, czekaliśmy na występ

Cesara Forero, przysiadłszy na drewnianych, niskich ławkach

pod ścianami. Pośrodku izby wisiały fotogramy Jego

autorstwa jak wielkie zwiewne chorągwie, zmieniając to

wnętrze w przestrzeń bajecznego lasu, z kolorowymi motylami

i ptakami. Sam Autor zdjęć swoim wystylizowanym kostiumem

przypominał ni to ptaka, ni to człowieka. A może

najbardziej, uderzająco wręcz, przywołał mi wizję szamana

z pierwotnej amazońskiej dżungli. To nic, że towarzyszył mu

współczesny entourage i cywilizowany tłum widzów, przybyłych

samochodami z podkarpackich okolic. Wystarczył

naturalny klimat Arboretum, potężne stare drzewa, plątanina

roślin, otoczenie stawów i ta pełna złocistego światła

podróż w to miejsce pod samą granicę, by być w odpowiednim

nastroju do poddania się magicznej atmosferze.

Nie wiem więc, czy bardziej sprawił to ten piękny,

wrześniowy dzień, ta moja jesienna, niedzielna wycieczka

za miasto czy zabiegi samego Artysty, ale kiedy rozpoczął

swój performance, moja uwaga była pochłonięta nim całkowicie,

a wyobraźnia przeniosła mnie w regiony bardzo

odległe. Znów jak wtedy, lata temu w Paryżu w archeologicznych

muzeach, dałam się unieść duchom pradawnych

czasów, kiedy ludzkie plemię tańczyło wokół rytualnego

ogniska w absolutnej symbiozie z przyrodą.

Cesar Forero nie robił niczego nadzwyczajnego – wykonywał

proste gesty, czasem brał do ręki przygotowane skromne

rekwizyty. Śpiewał melodyjnie, jakby uciszał złe duchy,

a przywoływał dobre, wykonując przy tym taneczne kroki

w rytmie flamenco. Jego bajeczny, biało-błękitny strój, zdobiony

jak kolorowy kostium z latynoamerykańskiego karnawału,

pióra, kwiaty i małe, kolorowe ptaszki przyczepione

do ronda kapelusza oraz białe światełko przyczepione pod

brodą uczyniły z niego magika. Całości zaś dopełnił makijaż,

który zmienił ludzkie rysy Artysty w profil dzikiego ptaka.

Może to dlatego tak lekko przeniosłam się do tego wykreowanego

teatru… A może to rytm flamenco, wybijany mocno

obcasami butów o surowe deski, ta pierwotna energia

i siła tancerza, jego naturalny żywioł oraz wyczuwalny optymizm

życia i twórcza radość sprawiły, że w bolestraszyckim

Arboretum Cesar Forero był jak egzotyczny, kolorowy ptak,

który zabłąkał się tam z gęstwin amazońskiej dżungli… Egzotyczne

ptaki z południowych lasów tropikalnych mają

swoją magię, która żywo pobudza wyobraźnię. Z łatwością

mogłabym przypuścić, że w odległych czasach Artysta ten

byłby szamanem tańczącym swój tajemny taniec.

Świadomość jednak tego, że mam do czynienia ze współczesnym

profesjonalistą, zawodowym łyżwiarzem figurowym,

tancerzem flamenco i artystą wizualnym sprawia,

że myślę w tym kontekście raczej o głębokiej ludzkiej tęsknocie

za powrotem do „raju utraconego”. Do zagubionego

bezpowrotnie pierwotnego kontaktu z naturą. Do tego wręcz

mitycznego dzieciństwa ludzkości... Szczególnie trafnie i przekonująco

opisywał tę kondycję naszej cywilizacji Erich Fromm

POST SCRIPTUM

85


już w latach 40. ubiegłego wieku oraz we wszystkich swoich

kolejnych książkach. I wciąż uparcie twierdził, że tylko

głęboki związek z naturą i umiejętność odczuwania prawdziwej,

współczującej miłości do siebie nawzajem i świata

są w stanie zachować w zdrowiu współczesnego człowieka,

którego postęp techniki i technologii tak bardzo zmieniają

w procesie przystosowawczym do nowych warunków życia,

pozbawiając jednocześnie tych aspektów wrażliwości

psychiki, które są dla nas najistotniejsze, wręcz kluczowe.

Uśmiechnięty przyjaźnie Cesar Forero, wykonując swój taniec,

zwracał się do zgromadzonego tłumu z prostym przesłaniem

o miłości. Szczególnie to brzmiało, gdy miało się na

uwadze fakt, że przedstawienie odbywało się przy samej

granicy z krajem ogarniętym ogniem strasznej wojny…

Tydzień później spotkaliśmy się raz jeszcze – tym razem

w Jarosławiu, na kolejnym naszym wspólnym wernisażu

Grupy Broken Forest. Znów wybrałam się z Krakowa na

„wycieczkę za miasto”. I znów jesienny pejzaż Małopolski,

a potem Podkarpacia przetaczał się za oknami pędzącego

pociągu…

Piękny Jarosław, ciche centrum starego miasta rozłożone

na stromych wzgórzach, w otoczeniu ogrodów i drzew, ze

wspaniałymi zabytkami: rynkiem, kolegiatą jezuitów, opactwem

benedyktynek, cerkwią greckokatolicką i zabudowaniami

liceum plastycznego na skraju wysokiej skarpy z

rozległym widokiem na dolinę Sanu, do którego chodziło

wielu naszych wybitnych współczesnych malarzy… Atmosfera

jak za dawnych lat, nieśpieszna… kresowa…

Wieczorem w Kamienicy Attavantich odbyło się nasze

spotkanie z miejscową publicznością. Tym razem wystąpiła

przed nami brazylijska artystka Cecilia Stelini. Ubrana

w długą, białą koronkową sukienkę pojawiła się wśród

zgromadzonych jak wiosna. W dłoni trzymała motek zwyczajnej,

bordowej włóczki, którą związywała kolejno ręce

86

POST SCRIPTUM

wernisażowych gości stojących pod ścianami. Tym sposobem

wszyscy zostali ze sobą powiązani jakby na powrót

pierwotnym węzłem plemiennym, tą prawdziwą, symboliczną

nicią włączeni do grupy. To mogło wzbudzać niepokój,

bo przecież tak bardzo wierzymy w wolność i nasz indywidualizm.

A jednak często okazuje się, że jesteśmy od

siebie wzajemnie zależni i wielokrotnie wręcz bezbronni.

Na koniec performance’u Cecilia Stelini, przecinając nożyczkami

nić, uwolniła związanych, ale w zamian podarowała

im biały kwiat margaretki z wpiętym do środka metalowym

serduszkiem… Wyobrażam sobie, że prościej przekazać

własnego przesłania nie można. Pomyślałam wtedy:

make love, not war… nic więcej nie trzeba. To pozornie najprostsza

przyrodzona ludzka umiejętność, a jednak okazuje

się najtrudniejsza. Czasem przemiana zaczyna się od poruszającego

przeżycia, zobaczonego przejmującego obrazu,

zachwytu pięknem otaczającego nas świata…

Tadeusz Brzozowski przyrównał kiedyś malowanie do wycieczki

za miasto. Miał zapewne na uwadze odczuwaną

wówczas lekkość uwolnienia od rutyny codzienności i afirmujący

charakter samego aktu tworzenia. Aby pojawiła się

potrzeba i zdolność do kreowania innej rzeczywistości, konieczna

jest w nas samych pusta przestrzeń, bo tylko wtedy

pojawi się w niej nowy obraz. Wymaga to długich chwil skupienia

i kontemplacji, zupełnej ciszy, samotnego pójścia do

lasu… Wizja potrzebuje świeżości spojrzenia. Oderwania od

znanego sobie schematu. Elementu wizualnego zaskoczenia.

Ekscytacji odkrywcy. Tym była kiedyś egzotyka północnej

Afryki dla Delacroix, Tahiti dla Paula Gauguina, Maroka

i Polinezji dla Henry’ego Matisse’a… A czasem, by poruszyć

w sobie wyobraźnię, wystarcza zwykła wycieczka za miasto…

Kiedy dzisiaj piszę to wspomnienie, błąka mi się w pamięci

poezja śpiewana kiedyś przez Marka Grechutę…

w tej okolicy jest zbyt uroczyście

jaskółki kreślą nad wodami freski

w dzbanie jeziora drzemie chłód niebieski

a usta milczą to, co widzą oczy

światło szeleści, zmawiają się liście

na baśń, co lasem jak niedźwiedź się toczy

gdzie jest ta miłość chodząca bezkarnie?

w ubiorze błazna, ptaka i anioła

ona spod ziemi niebieskie latarnie

tańczącą stopą pod sad nasz przywoła

ludzie wieczorem siedząc pod jabłonią

będą się modlić i zabijać o nią.

Tadeusz Nowak, Krajobraz z wilgą i ludzie

Ale czy możliwy jest „powrót do lasu”, do utraconej niewinności

ludzkości? Może tamten raj żyje tylko w naszej

wyobraźni i tylko w niej znajdują się miejsca bezpieczne

i łagodne, do których możemy się schronić przed chaosem

współczesnego świata… I być może, nim uda się nam obronić

żywe drzewa przed ekspansją drwali, trzeba wpierw ocalić

pierwotny „las” wewnątrz siebie, w głębi swego serca… [RS]

RENATA SZPUNAR


POST SCRIPTUM

87


NA PROGU ŚMIERCI

Urszula Kozioł

NAGLE

POWIAŁO

NA MNIE

CHŁODEM

Prof. Marek Bernacki

Urszuli Kozioł

1Wiersz 1 urzeka swym

chłodnym pięknem, a jednocześnie

niepokoi ze względu na zawarte

w nim mroczne przesłanie 2 . Od kiedy (już pod

nowym tytułem: Nagle powiało na mnie chłodem)

ukazał się w tomie Horrendum 3 , nie sposób

nie zmierzyć się z zawartą w nim prawdą,

odpowiadając tym samym na zaproszenie autorki,

która namysł nad poezją traktuje jako wezwanie

do interpersonalnego dialogu:

czy uczynisz mi łaskę

i zechcesz przeczytać ten wiersz

jakbym to nie ja go pisała

tylko ty sam

w chwili ważnej

dla dwojga nieznajomych osób 4

1 Zob. Urszula Kozioł, W zimie, „Tygodnik Powszechny”,

nr 29/2009, s. 43. (Pierwotna wersja omawianego wiersza, opublikowana

na łamach „Tygodnika Powszechnego”, nieznacznie różni się

od ostatecznej wersji utworu, zamieszczonej w tomie Horrendum).

2 W wierszu Urszuli Kozioł można dopatrzyć się dyskretnego nawiązania

do zbioru wierszy Stanisława Barańczaka Podróż zimowa,

w którym autor nawiązał do cyklu 24 pieśni Franza Schuberta Winterreise

(te zaś skomponowane zostały do utworów XIX-wiecznego

niemieckiego poety Wilhelma Müllera). We wspomnianych tekstach

podróż symbolizuje drogę życia, zaś kres wyznacza mrożący

krew w żyłach chłód śmierci.

3 Urszula Kozioł, Nagle powiało na mnie chłodem [w:] tejże, Horrendum,

Kraków 2010, s. 9–10.

4 Słowa te poetka zamieściła na początku tomu, w zwyczajowym

miejscu dedykacji.

Panu Profesorowi Marianowi Stali

2Nagle powiało na mnie chłodem

Kto przeprowadzi mnie przez lód

i nocą ujmie mnie za rękę

kiedy się własnych snów przelęknę

i kto mi szklankę wody

poda

kto przeprowadzi mnie przez lód

na drugą

ciemną świata stronę

gdzie oblodzone stopnie

stromo

donikąd wiodą mnie

przez pustkę

wrogą i myślom mym

i ustom

tę co na słowa i na ciało

właśnie zaciąga czarny całun

kto przeprowadzi mnie przez lód

i kto położy na powieki

obydwu oczu dwie monety

by udawały szale wagi

choć nie są zdolne nic wyważyć

i są jak oba oczy

ślepe

kto przeprowadzi mnie przez lód

a jeśli jest nim jakaś kra

która zatraca się w odmętach

ta postać tam to już nie ja

a słowo ledwo widmem słowa

i już je sobie upodobał

jak łzę zeszkloną

sopel lodu

Nagle powiało na mnie chłodem.

88

POST SCRIPTUM


Od strony gramatycznej pierwszy wers utworu

Urszuli Kozioł jest zdaniem orzekającym, które –

pojawiając się w tekście czterokrotnie – pełni niejako

funkcję pytania retorycznego: „Kto przeprowadzi

mnie przez lód”. Ten zastosowany przez poetkę

środek składniowy ma na celu podkreślenie

narastającego w podmiocie wiersza lęku, płynącego

ze świadomości, iż w ostatnią drogę trzeba

wyruszyć samemu, bez żadnego wsparcia ze strony

pocieszyciela czy przewodnika. Podmiotowy lęk

wzmacnia tytułowa fraza: „Nagle powiało na mnie

chłodem”, która zaczyna (jako tytuł) i kończy (jako

podsumowanie) wiersz, stanowiąc klamrę kompozycyjną

całej wypowiedzi. Takie klaustrofobiczne

zamknięcie bohatera w pułapce starości, choroby,

powolnego umierania ewokuje poczucie zawężania

przestrzeni, która zdaje się coraz bardziej kurczyć,

zacieśniać i domykać niczym trumienne wieko… 5

Powtarzana czterokrotnie w tekście fraza, która

trwale wbija się w pamięć: „Kto przeprowadzi

mnie przez lód” – jest osią kompozycyjną wiersza

i wyznacza zarazem cztery cząstki strukturalno-tematyczne

całego tekstu. Obraz pierwszy – krótki,

do maksimum skondensowany, przywodzi na myśl

traumatyczne doświadczenia obecności w szpitalnej

sali, przewlekłej choroby, samotności cierpiącego

i dręczących go koszmarów sennych (podświadomy

lęk przed zasypianiem, które dla nieuleczalnie

chorej lub starszej osoby jest namiastką

śmierci). Obraz drugi – najbardziej poruszający w

całym wierszu 6 – zbudowany został przez poetkę

na sekwencji słów kluczowych: ciemność – pustka/obcość

– lód. Okazuje się, że w poetyckiej wizji

Urszuli Kozioł zaświaty, do których wędruje „ja”

liryczne, to nie Pola Elizejskie wypełnione duchami

zmarłych, ale „ciemna świata strona”. Czytelnik,

utożsamiając się z przeżyciami bohatera wiersza,

empatycznie doświadcza tajemnicy kresu, za

którym rozciągają się tajemnicze połacie Herbertowskich

„światów niewyobrażalnych” 7 . Opisana

w utworze inicjacja mortalna przypomina doświadczenie

„ciemnej iluminacji” 8 , podszyte egzystencjalną

bojaźnią i drżeniem zstąpienie do piekła

acedii, śniony na jawie horror vacui. Doznanie takie

wzmocnione zostaje poprzez aluzyjne nawiązanie

5 W zakończeniu innego wiersza poetki czytamy: „(…) a naszą

duszę weźmie we władanie / jakieś takie nostalgiczne fado /

przenoszące nas myślami w mgliste nigdzie / w nie stąd / i nagle

w otwartych gwałtownie bramach / między porami roku

zerwie się przeciąg / niby łopot nicości // »zamknij drzwi / ten

przeciąg nas zabije« napisał Mieczysław Jastrun”. (U. Kozioł,

Przeciąg [w:] tejże, Horrendum, dz. cyt., s. 65).

6 We fragmencie tym poetka po mistrzowsku posługuje się

zarówno środkami intonacyjnymi (np. kombinacja nieregularnych

rymów: pustkę-ustom; ciało-całun), jak i składniowymi,

wśród których prym wiodą przerzutnie, przemilczenia i pauzy.

Wzajemne interakcje wymienionych środków stylistycznych

rozbijają, a jednocześnie paradoksalnie wzmacniają rozedrgany

rytm wiersza. Dzięki temu meliczna warstwa tekstu staje się

onomatopeicznym zapisem wypowiedzi „ja” zmagającego się,

niejako in statu nascendi z horrendum śmierci, wzmacniając

tym samym semantyczną wykładnię analizowanego utworu.

7 Zob. Zbigniew Herbert, Epilog [w:] tegoż, Martwa natura

z wędzidłem, Wrocław 1993, s. 181.

8 Pojęcie to w odniesieniu do późnej poezji Czesława Miłosza

rozpatruje Aleksander Fiut jako „negatywne, zaprzeczone

odbicie” epifanicznego doświadczenia świata: „Chwilom tych

iluminacji nie towarzyszy blask, lecz mrok. Budzą trwogę, nie

zachwyt. Zamiast darzyć uczuciem wszechwypełniającego

szczęścia, wtrącają w jałową pustkę” (Aleksander Fiut, Ciemne

iluminacje [w:] tegoż, W stronę Miłosza, Kraków 2003, s. 19).

do poematu Dantego, w którym to, co infernalne,

nie oznacza, jak wiadomo, żaru piekielnych

ogni, ale wręcz przeciwnie – przywdziewa habitus

wiecznego chłodu („gdzie oblodzone stopnie

/ stromo / donikąd wiodą mnie / przez pustkę”

9 ). TO, co jest (lub może być) TAM, po drugiej

stronie, kojarzy się podmiotowi wiersza Urszuli

Kozioł z totalną pustką, wyobcowaniem, skazaniem

– jak napisał w wierszu Oset, pokrzywa

Czesław Miłosz – na „ziemię bez-gramatyczną”.

A więc przestrzeń nieludzką, pozbawioną otuliny

słów, myśli i obrazów, z których tworzymy na

ziemi nasze wątłe i przemijające schronienie... 10

Obraz trzeci, mniej oryginalny niż dwa poprzednie,

jest nawiązaniem do mitycznej „podróży

w śmierć”. Przywołana zostaje tutaj starożytna

(pogańska) ceremonia przejścia, w której ważną

rolę odgrywa rachunek etycznych zysków i strat,

ważonych na szalach Temidy. Obraz czwarty stanowi

dopełnienie obrazów drugiego i trzeciego

zarazem, ale czytać go można także w kontekście

fragmentu innego ważnego wiersza autorki

9 Według Dantego najgłębszą czeluścią dantejskiego Piekła

(jego dziewiątym kręgiem) jest Kocyt (Cocito). Cierpią

tam katusze wiecznego głodu i zimna najohydniejsi

z grzeszników – zdrajcy. Notabene, dla wymowy analizowanego

wiersza nie jest zapewne obojętne, że na prośbę Wergiliusza jeden

z zesłanych do Kocytu gigantów, Anateusz, przenosi w to miejsce

zmarłych poetów…

10 Marian Stala, analizując wiersz Miłosza Oset, pokrzywa, zamieszczony

w tomie Dalsze okolice (1991), pisał: „»Ziemia bez-gramatyczna«

– to, zapewne, istnienie, które nie jest (nie może być)

doświadczane i nazywane. To budująca świat, a zarazem: niezależna

od ludzkiego spojrzenia, myślenia, odczuwania, wartościowania

– substancja. To stan, do którego wraca ludzkie ciało, kiedy już przestaje

być ludzkim ciałem i zaczyna istnieć razem z ostem, pokrzywą,

łopuchem, belladonną” (Marian Stala, Oślepły ogród. Jeszcze raz o

jednym wierszu Czesława Miłosza [w:] tegoż, Trzy nieskończoności.

O poezji Adama Mickiewicza, Bolesława Leśmiana i Czesława Miłosza,

Kraków 2001, s. 225).

POST SCRIPTUM

Rys: Renata Cygan

89


Horrendum 11 . W finalnym obrazie analizowanego

utworu słowa kluczowe, będące epitetami

Niepojętego, układają się w znaczącą triadę:

odmęt – widmowość – lód:

90

kto przeprowadzi mnie przez lód

a jeśli jest nim jakaś kra

która zatraca się w odmętach

ta postać tam to już nie ja

a słowo ledwo widmem słowa

i już je sobie upodobał

jak łzę zeszkloną

sopel lodu

W tej mrocznej poetyckiej wizji podróż w objęcia

śmierci podszyta jest obawą przed całkowitą

utratą tego, co jednostkowe 12 . Podmiot wiersza

dzięki wyobraźni naznaczonej egzystencjalnym

lękiem tonie w odmętach wrogiego i obcego żywiołu,

już nie „życio-dajnego”, ale „śmiercio-nośnego”,

pozbawionego – niczym Solaris z powieści

Lema – atrybutów swojskości, dających się

rozpoznać i opisać w ludzki sposób cech. Najbardziej

wstrząsające jest zakończenie przywołanego

fragmentu, w którym słowo (logos – wyznacznik

świadomego bytowania, łącznik między ziemią

a Niebem!) zamienić się ma w „łzę zeszklo-

11 Pisze Urszula Kozioł: „(…) chcę pierwsza odbić od brzegu /

w łodzi która ku nam dryfuje na obrzeżach Lety / i torować drogę

skroś zdradliwych nurtów / nim wraz z nimi runiemy w czarną paszczę

/ Styksu / i jak na równi pochyłej z jego lodowatej tafli / tam

się stoczymy gdzie majaczy / zarys tunelu wiodący do / nie wiem

(Urszula Kozioł, Przebudzenie [w:] tejże, Horrendum, dz. cyt., s. 47).

12 Jak pisał Paul Tillich: „Lęk przed losem i śmiercią jest czymś najbardziej

podstawowym, powszechnym i nieuniknionym. Wszelkie

próby walki z nim są daremne. […] Egzystencjalnie bowiem każdy

jest świadomy całkowitej zatraty własnego „ja” spowodowanej biologiczną

śmiercią” (Paul Tillich, Męstwo bycia, tłum. Henryk Bednarek,

Poznań 1994, s. 49).

POST SCRIPTUM

ną – sopel lodu”. Sopel lodu – rzecz piękna i niebezpieczna

zarazem – w finale wiersza przedstawiony

zostaje jako narzędzie zbrodni. Swym

bezwzględnie chłodnym, krystalicznym ostrzem

przeszywa ciało, ale nade wszystko zabija

w umierającym człowieku wszelką nadzieję („Ty,

który tu wchodzisz, żegnaj się z nadzieją…”) 13 .

3

Ten niepokojąco piękny wiersz, niewątpliwie jeden

z najważniejszych w dorobku Urszuli Kozioł,

porównywalny z arcydziełami współczesnej poezji

polskiej, takimi jak Nic darowane Wisławy

Szymborskiej czy Oset, pokrzywa Czesława Miłosza,

odczytać można jako poetycki zapis sytuacji

granicznej, wyobrażoną i oswajaną przez poetkę

możliwość nieuchronnej podróży do kresu życia.

Emanujący z wiersza lodowaty chłód, nadbudowany

nad ciemną metaforyką, symbolizuje

brak nadziei eschatologicznej, która w kulturze

śródziemnomorskiej przybierała różne formy

konsolacji mitycznej, kulturowej czy religijnej.

W poetyckiej wizji autorki Horrendum po drugiej

„ciemnej stronie świata” nie czeka na odchodzącego

człowieka ani Elizjum, ani tym bardziej

mistyczna łąka, gdzie pasie się Baranek,

zwycięski Mesjasz, który pokonał śmierć i zaprasza

zbawionych na wieczne gody. Opisane

w wierszu ostateczne przejście z życia w śmierć

rozpoznane zostało przez poetkę jako doświadczenie

traumatyczne, nacechowane poczuciem

absolutnej samotności. To także wchodzenie

w obszar „bez-nadziejnej” pustki. Inicjacja

w śmierć jawi się zatem ostatecznie jako zstąpienie

w „ni-cość”, czyli w COŚ, czego nijak nie da

się pojąć ani tym bardziej wysłowić… [MB]

MAREK BERNACKI

13 Tak w przekładzie Edwarda Porębowicza (zob. Dante Alighieri,

Boska Komedia, Wrocław 1986).


URSZULA KOZIOŁ

LAUREATKĄ

LITERACKIEJ NAGRODY

NIKE

To tom o miłości i śmierci.

O starości.

O potrzebie rozmowy z samą sobą

(od ja do ja).

Jest tu mowa o dzieleniu się słowem

i o zmaganiu się z wierszem.

Urszula Kozioł o zwycięskim tomie Raptularz

POST SCRIPTUM

91


Naturalnie

o sztuczności

1Termin sztuczna inteligencja został prawdopodobnie

po raz pierwszy zaproponowany

przez Johna McCarthy’ego, który

w 1955 r. zdefiniował go w następujący

sposób: „konstruowanie maszyn, o których

działaniu dałoby się powiedzieć, że

jest podobne do ludzkich przejawów inteligencji”.

Ale lepsze od tych tradycyjnych,

ukształtowanych przez ewolucję przejawów

umysłowości, bo szybsze, bezbłędne,

wyręczające leniwych ludzi, którzy

chcieliby nawet siebie samych zastąpić

jeszcze lepszymi substytutami, byle tylko

było lekko, łatwo i przyjemnie czy też

może PRZYZIEMNIE?

potrzebne. Pocieszam się jednak, że dotknie

to także poetów, artystów malarzy

i twórców wszystkiego, w czym sztuczna

inteligencja może nas z powodzeniem zastąpić.

Nim jednak wybiegniemy w przyszłość,

warto się cofnąć, by poznać albo przypomnieć

sobie uniwersalne mądrości utrwalone

w książkach tudzież w piosenkach,

które można odczytywać na nowo, a nawet

futurystycznie. Sami autorzy pewnie

nie przypuszczali, że w ich wierszach ukryta

została prawda o najnowszej sztuczności.

Na przykład we fragmencie piosenki

sprzed wielu, wielu lat:

By iść z duchem czasu (choć kto jeszcze

wierzy w duchy?) pod rękę, a nie narzekać

i biadolić nad teraźniejszością czy ekscytować

się tylko tym, co było, spróbuję napisać

coś o sztucznej inteligencji. Być może

to jedna z ostatnich okazji, by napisać coś

normalnie, po ludzku, po przemyśleniach,

po trudzie prymitywnego tworzenia, poprawiania,

cyzelowania zdań i zwrotów…

Za miesiąc może się okazać, że Pani Redaktor(ka)

Naczelna podziękuje mi za współpracę,

informując równocześnie łaskawie,

że od nowego numeru „Post Scriptum”

felietony za mnie będzie pisać… sztuczna

inteligencja. Profesjonalnie, bezbłędnie,

błyskotliwie, terminowo, apolitycznie,

bez konieczności robienia pracochłonnej

korekty. Smutno mi się wprawdzie zrobi,

że moje tworzenie ułomne i mozolne (by

wydawało się lekkie jak pianka na torcie),

nieprzespane noce (bo noc jest też od myślenia)

i kołatanie serca (bo bez serca, nie

tylko w miłości, nic nie wyjdzie) będą nie-

92

POST SCRIPTUM

Bo to wszystko

nie tak,

nie tak,

no, a jeśli,

jeżeli

nie tak, nie tak,

no to po co nam było w to gnać,

tamto rwać,

iść pod prąd, pod wiatr,

gniazdo wić

niby ptak,

no – jeżeli ma być

nie tak?

Słowa jak sztuczny miód,

ersatz, cholera, nie życie,

miał być raj, miał być cud

i ćwiartka na popicie,

a to wszystko nie tak, nie tak,

nie to,

no a jeśli, jeżeli – nie to,

no to o co, u diabła, nam szło?

Możesz iść, dokąd chcesz,

wiesz, gdzie drzwi,

w byle ziąb, w byle deszcz,

w byle sny…

Ja na kłamstwie się znam tak jak ty,

sztucznym miodem karmieni – to my.


Już nie sztucznym miodem, jak pisała

Agnieszka Osiecka, a zaśpiewała

w 1973 r. Barbara Krafftówna, jesteśmy

karmieni, a sztuczną inteligencją.

Bo po co nam naturalna, gdy

nawet myślenie potrafimy zastąpić

czymś sztucznym, łatwiejszym, co

przychodzi bez wysiłku. Oczywiście,

jeżeli nie liczyć kilku kliknięć w komputerze

coraz to nowszej generacji.

Po co mamy myśleć, skoro zrobi to

za nas maszyna? Szybciej, dokładniej

i wszechstronniej. A czas potrzebny

na myślenie możemy wypełnić i wypełniamy

debilnymi grami komputerowymi

oraz nieustannym klikaniem

po klawiaturach różnych urządzeń,

które wciągają, uzależniają, ogłupiają,

degenerują wreszcie.

Już słyszę rzesze oburzonych namiętnych

graczy i klikaczy mówiących, jaki

to niebotyczny pożytek, jaki rozwój

(szczególnie kciuka!), że nic, tylko klikać

i klikać, uzależniać się najtańszym

narkotykiem, zabijać żywcem siebie

w sobie, zwijać się jeszcze przed rozwinięciem.

Że przesadzam? Naprawdę

chciałbym.

2

Myślenie ma kolosalną przyszłość.

Tak twierdzono. Również przed laty.

Może i ma przyszłość, choć bardzo

odległą, bo aktualnie z to z nim marniutko.

Coraz więcej mamy ludzieńków

spod znaku słynnego disco polo,

czyli łatwizny, prymitywizmu i tępoty,

podsycanej zresztą przez wszystkie

współczesne, a też i staroświeckie

metody zbiorowego ogłupiania. Inteligencja

jest niemodna (a inteligenci

byli nie tak znowu dawno określani

przez politycznego „mędrca” pogardliwie

jako „wykształciuchy”!), chowa

się w niszach, wstydliwie przemyka

opłotkami w obecności wszędobylskiej

tandety, niestety. Zagonieni i zalatani

wyznawcy konsumpcjonizmu nie

mają czasu na myślenie, kontemplację,

schodzenie na piękne manowce,

odkrywanie nowych światów…

Dlatego nie dziwi, że dziś, gdy taki

jest deficyt naturalnej inteligencji, naukowcy

wymyślili inteligencję sztuczną.

Sztuczność, z czym by jej nie kojarzyć,

ma znaczenie pejoratywne.

Jest przeciwieństwem naturalności.

A naturalności, czyli tego, co prawdziwe,

nic nie jest w stanie zastąpić!

Oczywiście, można próbować. I robi

się to coraz częściej, na wiele sposobów,

we wszystkich dziedzinach życia.

Od sztucznego uśmiechu poczynając,

przez sztuczny miód niegdyś (sztuczny

biust bezustannie), na sztucznej

inteligencji kończąc. Na czele z tworzywami

sztucznymi, które miały być

tak wspaniałe, tak bezpieczne, tak

korzystne, tak obojętne dla zdrowia

i środowiska naturalnego, że nic, tylko

czerpać pełnymi garściami, przyznawać

Nobla odkrywcom i cmokać

po rączkach tych, którzy to wprowadzili.

Po latach dowiadujemy się, że

było to kolejne kłamstwo. Azbest,

którym do dzisiaj są upstrzone dachy,

jest rakotwórczy, a plastik jest

już wszędzie, łącznie z naszymi przemądrzałymi

i grzesznymi ciałami. Aby

jednak sprawdzić dokładnie, co owa

„sztuczność” znaczy i by nie okazać

się większym głupkiem, niż jestem

w istocie i na jakiego wyglądam, zajrzałem,

gdzie trzeba i wyczytałem,

że zamiast sztuczności można użyć

z powodzeniem innych określeń, żeby

zdefiniować to nieciekawe pojęcie. Są

to: dwulicowość, nieszczerość, udawanie,

nienaturalność, nadymanie

się, zakłamanie, fałsz, efekciarstwo,

szpanowanie, bufonada, poza, pompatyczność,

pozerstwo itd. Określenia

te wskazują wprawdzie na ludzkie cechy,

ale pasują jak ulał do owej podejrzanej

inteligencji, która niesie z sobą

tyleż korzyści, co zagrożeń.

Boimy się nowych rzeczy, choć tylu

nowych się nie baliśmy, bo nam wmawiano

uczenie, uwiarygadniając to

wmawianie naukowymi stwierdzeniami,

że wytwory ludzkich, genialnych

umysłów są bezpieczne i cudowne.

Po czasie dowiadujemy się, że były

to kolejne kłamstwa (nieświadome?),

jak chociażby w przypadku sławnego

związku DDT stosowanego m. in.

w środkach owadobójczych. Więc jak

tu wierzyć naukowcom, którzy nie

zdają sobie sprawy z konsekwencji

własnych odkryć?

Wprawdzie eksperci uspokajają, że

AI (artificial intelligence) nie należy

traktować jako zagrożenia, ale jako

wspaniały wynalazek dostarczający

nowych możliwości, które mają nas

z założenia uszczęśliwiać albo chociażby

umożliwić dawać szansę na

rozwiązywanie problemów w wielu

dziedzinach, np. pozwolić na automatyzację

procesów, redukcję

kosztów itd. W medycynie systemy

sztucznej inteligencji mogą pomagać

w diagnozowaniu chorób czy analizie

danych, przyczyniając się tym samym

do poprawy opieki zdrowotnej.

O niebezpieczeństwach i zagrożeniach

nie będę się rozpisywał, by nie

zostać posądzonym o totalny pesymizm

i czarnowidztwo. Jednak niebezpieczeństwa

są – nie teoretyczne

czy wyimaginowane, ale praktyczne,

o czym dotknięci przez nie nieszczęśnicy

mogli się przekonać na własnej

skórze, a właściwie na uszczuplonych

stanach kont. Przykład z życia wzięty?

Bardzo proszę: oto w telewizyjnym programie

informacyjnym pokazano trzy

filmiki – ku przestrodze dla naiwnych.

Filmik pierwszy: Pan Prezydent jako

żywy. Głos męża stanu, takież spojrzenie.

Nie, tym razem jednak nie mówi

o tym, jaki jest niezłomny, prawy

i sprawiedliwy. Poucza i instruuje

oglądających jego nawiedzone oblicze,

co należy czynić, krok po kroku,

by dorobić się w krótkim czasie wielkich

pieniędzy. A że znany jest ze swojej

prawdomówności, wielu mu uwierzy.

Jak starsza, schorowana pani, która

straciła 10 tys. zł oszczędności.

Filmik drugi: Pan Premier jako żywy.

Ta sama twarz, tak samo wymawiane

r. Nie, tym razem nie mówi o złodziejstwach

poprzedniej ekipy, rozliczeniach,

tłustych kotach, chudych portfelach.

Poucza i instruuje oglądających,

POST SCRIPTUM

93


jak w ciągu tygodnia zarobić, nic nie

robiąc, 2 tys. zł, podając szczegóły

owych cudów w pomnażaniu pieniędzy.

Wielu uwierzyło, że wreszcie

zrobi porządek w tym nieszczęsnym

kraju, więc jak nie uwierzyć, kiedy tak

przekonywająco zachęca cierpiących

na niedostatek mamony do pomnażania

środków i stwarzania raju? Uwierzył

i pan w średnim wieku, który rwie

już i tak przerzedzone z rozpaczy włosy

z głowy, bo zamiast tyle za darmo

zyskać, przez swoją pazerną głupotę

wiele stracił!

Filmik trzeci: Nasz najlepszy piłkarz.

Talent i pracowitość w jednym. Szczęście

i piękna żona na dodatek. Podziwiany

przez rzesze fanów futbolu za

wirtuozerię gry, strzelanie przepięknych

goli. Obsypywany wszystkimi

możliwymi zaszczytami, prócz „skradzionej”

mu (a jak najbardziej należnej)

Złotej Piłki dla najlepszego piłkarza

Europy. Przez dobre wychowanie

i brak zawiści nie będziemy wspominali

o jego gigantycznych pieniądzach.

Na filmiku Duma Narodu jako

żywa. Szczere spojrzenie, życzliwość

bijąca z wysportowanej sylwetki. Tym

razem jednak nasz mistrz nie mówi,

jak dokopać drugiemu czy o ile zer

w ciągu minuty przebywania na boisku

zwiększa się stan jego konta. Za

to pełny empatii i troski w stosunku

do tych, którzy nie potrafią tak jak

on (s)kopać piłki, przesyła – popartą

swoim autorytetem – receptę na

finansowy sukces! A że wielu ma

wśród maluczkich fanów, wielu mu

zaufało, bo jeśli nie jemu, to komu?

Zaufał też raczkujący biznesmen

z rozumkiem wróbelka (wybacz, szary

ptaszku!), bo wydawało mu się, że

chwycił w locie szczęście…

Te trzy ogłupiające filmiki dla naiwnych

zostały wykreowane przez

sztuczną inteligencję, którą wykorzystali

do niecnych zamiarów prawdziwi

dranie i złodzieje, czyli źli ludzie,

którzy zawsze byli, są i będą. Tylko że

teraz mogą działać na wielką skalę,

coraz perfidniej i bezwzględniej. Na

dodatek zawsze wyprzedzają tych,

którzy ich ścigają, łapią i osądzają. To

jedynie niewinny przykładzik niebezpieczeństwa

wykorzystania AI przez

złoczyńców zagrażających bezpieczeństwu

nawet całych nacji. I nie jest

to nowa gra komputerowa!

94

POST SCRIPTUM

3Najdziwniejsze i najstraszniejsze jest

jednak to, że nigdy nie wymyślono

niczego, co miałoby same zalety!

Nawet Prometeusz, który w męczarniach

tracił własną wątrobę, wydziobywaną

przez okrutnego sępa

za obdarowanie ludzkości ogniem,

nie przypuszczał zapewne, że dzięki

niemu będzie można: palić na stosach,

jakby nigdy nic, czarownice

(czyli nieszczęsne kobiety, które psychopatyczne

jednostki, często w habitach,

upatrzyły sobie do sadystycznych

praktyk kończących się śmiercią

owych nieszczęsnych istot – miała

być to kara za ich rzekome kontakty

z diabłem); puszczać z dymem

wioski wrogów; mieczem i ogniem

(albo na odwrót) wprowadzać swoje

porządki; podpalać lasy… Oczywiście,

można też na ogniu gotować

strawę, ogrzewać się przy nim, odstraszać

nim drapieżne zwierzęta (to

dawnej), czy śpiewać pieśń harcerską

Płonie ognisko w lesie (znowu

nie tak bardzo dawno) albo zapalać

ogniem z Olimpu znicz olimpijski na

kolejnych igrzyskach (niemal przed

chwilą w Paryżu). Ogień ten symbolizuje

wszak pokój, przyjaźń oraz

wartości takie jak uczciwość i wiedza.

Choć to tylko symbole, niestety.

Przecież Nobel wymyślił dynamit,

aby… pomóc ludziom w budownictwie

i w górnictwie. Gdy dotarło do

niego, że jego wynalazek służy do

zabijania, próbował zneutralizować

fatalne skutki zastosowań dynamitu

i założył fundację powierniczą,

promującą pokojowe wykorzystanie

nauki.

Można analizować możliwości wykorzystania

wszystkich wynalazków

i zawsze będzie podobnie: pokojowe

zastosowania są równoważone

tymi, które mają bliźnim uprzykrzać

życie, a nawet brutalnie je kończyć.

Podobnie będzie z wykorzystywaniem

sztucznej inteligencji – już wiemy,

że ona także potrafi krzywdzić naprawdę,

nie na niby…

4

Na koniec istotne oświadczenie: ten

felieton napisałem ja, osobiście, po

staroświecku i chałupniczo. Najpierw

fragmenty na kartkach w kratkę,

ołówkiem o twardości HB w dwudziestostopniowej

skali. Fragmenciki układałem

później w logicznej kolejności

jak puzzle, by dopasować je do siebie.

Skleconą w ten sposób układankę,

z trudem odczytaną (bo piszę jak kura

pazurem, kulfony są nieczytelne do

tego stopnia, że nauczyciel w technikum

skwitował mój zeszyt krótko, acz

treściwie: „zeszyt ścierka!”), przepisałem

na komputerze. Później mozolny

i pracochłonny proces: poprawianie,

by było jak najlepiej, bez błędów,

które chcą się przemycić i schować

w wielokrotnie złożonych zdaniach,

i żeby nie znudziło czytelnika. I wreszcie

ostateczne czytanie, zakończone

westchnieniem ulgi: może być! Ale

na błogostan i lenistwo myślowe nie

mam czasu, bo już zastanawiam się

intensywnie nad tematem kolejnego

felietonu. I taka jest prawda, szara

jak popielcowy popiół. Jeśli wyfruną

z niego kolorowe motyle ciekawych

tekstów, poczuję radość, na którą

szkoda trwonić czas, który przecież

dany jest nam tylko do czasu…

Jeszcze raz powtarzam: ja jestem autorem

tego, co powyżej. Nie żadna sztuczna

inteligencja, która chciałaby mnie

udawać! Choć mam świadomość (jeszcze

naturalną), że zrobiłaby to lepiej

i bezbłędniej, tym bardziej, że pisałaby

o sobie! Zastanawiam się, co będzie kolejnym

genialnym wynalazkiem? Przypuszczałem,

że sztuczna głupota. Choć

chyba jednak nie, bo jeśli się głębiej zastanowić,

to tej naturalnej jest tyle, że

ho, ho i jeszcze trochę! [JW]

JULIUSZ WĄTROBA


POST SCRIPTUM

95


POEZJA

Polecane

Foto Marian Cholerek

MIROSŁAW BOCHENEK

– urodził się 16 marca 1960 roku. Mieszka w Bielsku-Białej. Z wykształcenia

prawnik, absolwent Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Poeta,

felietonista, autor tekstów piosenek m.in. dla Ryszarda Riedla i zespołu

Dżem (Autsajder), Mirka Breguły i duetu Universe (Tacy byliśmy jeszcze

wczoraj…), Sebastiana Riedla i zespołu Cree (Gdy patrzę w twoją

twarz…), Śląskiej Grupy Bluesowej i Agnieszki Łapki (Był sobie muzyk…),

zespołu Rebelianci (Co ty masz do mnie?), a także dla wykonawców piosenki

literackiej Tomka Lewandowskiego i Piotra Woźniaka.

Współtwórca (teksty) utworów: Kantata Niepodległość (2018) i Styczeń

1863 – kantata na głos, wiolonczelę i fortepian (2023), według kompozycji

Janusza Kohuta.

Debiutował w almanachu Łódzka Wiosna Poetów – 1975.

Autor dziewięciu zbiorów wierszy: Zasłonięty obłokiem (1979), Msza na

Wilczym Groniu (1985), Zapach głodu (1985), Irma i parę innych mądrych

opowieści (2006), Podwórko (2008), Karkosz. Zbiór wierszy beskidzkich

(2010), Stare Miasto (2012), Pod dziką czereśnią. Wiersze i piosenki

o miłości (2018), Wigilia Wszystkich Świętych (2021).

W 2008 roku za dotychczasowe publikacje książkowe otrzymał Nagrodę

Artystyczną im. Władysława Orkana.

Utwory autora wykorzystano w polskich filmach fabularnych: To ja, złodziej,

Skazany na bluesa, Piosenki o miłości, oraz w filmach dokumentalnych:

Sie macie ludzie i 30 lat wymówek.

Wiersze autora tłumaczono dotychczas na języki: czeski, bułgarski, słowacki

i szwedzki.

Współzałożyciel Stowarzyszenia Pisarzy Polskich – Oddział Śląski (1990).

Zrzeszony w Stowarzyszeniu Autorów ZAiKS.

Postanowieniem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej odznaczony Krzyżem

Wolności i Solidarności.

KONTAKT: bochen@contract.pl

96

POST SCRIPTUM


WIADOMO

Co może się wydarzyć, Ty sam najlepiej wiesz

są spisane w księgach sprawy wielkie i małe.

Znasz ścieżkę samotnego i szosy ludzkich rzesz

znasz grząskie bezdroża między duszą a ciałem.

A nam się ciągle zdaje, że wiemy dokąd iść

i ciągle taka myśl, że nam się jednak uda.

A przecież już wiadomo, wiadomo nie od dziś

że Bóg za mądry jest, by wierzyć w takie cuda.

2000

RIESLING

A pan Lucjan siedzi w ogrodzie pod śliwką

i nie przejmuje się tym, co wokół i dalej

bo wie, że komu miał pomóc – pomógł

co miał zepsuć, już zepsuł

pije wytrawne winko małymi łykami

i uśmiecha się w sobie, i wzdycha tylko

gdy przechodzi ulicą fajna dziewczyna

stukając o trotuar długimi szpilkami.

2014

ZA SZKOŁĄ

Z DALMACJI

Często je wspominam; są żywotne jak wtedy

a przecież czas zrobił swoje:

pewnie dziś nie poznałbym wielu

przed niejedną uciekłbym w popłochu.

Na szczęście pamięć ma gdzieś to, co potem

więc w oczach Leny wciąż gęstnieje żar

gdy ją podniecam uparcie za szkołą

oszalałymi wargami.

2014

O KSIĘŻYCU W SIERPNIU

Księżycu ech, księżycu

to ty trzymasz przy życiu

gdybym miał tylko Ziemię

zabiłoby sumienie.

Dobrze mieć na oku

ten twój srebrny spokój

popatrzy sobie człowiek

zrobi porządek w głowie.

2015

Ech, Jadranko… przeżyliśmy

tysiąc chwil, może więcej?

a każda była syta

gdy zasypiała w sercu.

Całowałem cię w Gradcu

w konobie u Mijo

piłem zachłannie jak wino

całą twoją zawiłość.

Spowiadałaś przede mną

smukłość ud, czułość dotknięć

pewna, że choćbym zdradził

nie znikną bezpowrotnie.

Ech, Jadranko… jak kamień

dziś w przepaść bym skoczył –

czemu nie mam na własność

twoich spojrzeń w oczy?

2011

GDYBYM CIĘ NIE KOCHAŁ…

Gdybym cię nie kochał byłoby mi wstyd

że marnuję noce po wilgotny świt

mężczyzny bym w sobie nie znalazł ni krzty

gdybym cię nie kochał tak wiernie jak ty.

Gdybyś mnie zdradziła w jakiś nudny dzień

zgarbiłbym się w sobie i snuł się jak cień

zmarniałby mój ogród, usechłby mi sad

gdybyś mnie zdradziła, a ja bym to zgadł.

Gdybyśmy zwątpili, że jest jeszcze ktoś

kto sprzyja miłości szubrawcom na złość

pewnie by nas dawno w pył rozkruszył czas

gdybyśmy zwątpili chociaż jeden raz.

2012 –2022

POST SCRIPTUM

97


D a n i e l W ó j t o w i c z

Krzyk portretu

Francis Bacon

Francis Bacon, irlandzki Brytyjczyk, geniusz

malarstwa XX wieku, dokonał w tej sztuce przewrotu

– na równi ze współczesnym mu Picassem.

Liczne portrety spod jego ręki składają się obecnie na

głośną, przekrojową wystawę w National Portrait Gallery

w Londynie. Gromadzi ona wiele prac pozyskanych z innych

muzeów świata i choćby dlatego stała się wielkim

wydarzeniem, które przyciąga tłumy.

Wystawa zachwyciła mnie już od progu. Otwiera ją wielki

krzyk – wizerunki różnych poważnych męskich postaci,

może polityków, w przeraźliwym wrzasku. Bacon mówił

o blasku i kolorze, które wydobywają się z ich ust. Jeśli już,

to jest to dla mnie blask i kolor wybuchającego granatu.

Portretowane twarze nie są pełne ani dosłowne, całość

zdeterminowana jest przez krzyk, który z nich wypływa.

Wstrząsnęła mną zawarta w tych obrazach agresja, jak

i paradoksalnie bezradność. Tak czytelna okazuje się wymowa

tych twarzy. I automatycznie, przez swój uniwersalizm,

portrety jawią się jako oblicze nas wszystkich –

agresywnej i bezradnej ludzkości.

Dalej, jakby dla dopełnienia, dochodzimy do jednej

z najsłynniejszych prac tego malarza – wizerunku papieża

Innocentego X, siedzącego na tronie w przezroczystym

pudle, spowitego mrokiem, jednak z widocznym, nieomal

słyszalnym makabrycznym krzykiem wyrywającym

się z szeroko otwartych ust. Trudno o bardziej wymowny obraz

papiestwa i jego dramaturgii nie tylko w odległych dziejach.

Współcześnie jest on może nawet bardziej porażający.

98

POST SCRIPTUM

Francis Bacon (1909–1992), ekscentryczny samouk

i geniusz malarstwa, rozwijał swoją twórczość w latach

wielkich przeobrażeń tej gałęzi sztuki. Włączył się w nurt

zmian, początkowo tworzył w duchu kubizmu i surrealizmu,

by ostatecznie wykształcić swój własny, oryginalny

styl ekspresji, oparty głównie na ukazywaniu ludzkiego

ciała. Portrety stały się jednym z jego najważniejszych

objawień.

Artysta, zapytany kiedyś o liczne autoportrety, śmiał się,

że przyszło mu malować siebie samego, bo na portretowanie

innych nie ma chętnych. Może było w tym coś na

rzeczy. Może rzeczywiście nie każdy model (zwłaszcza nie

każda modelka) miał wtedy, przed osiemdziesięcioma

laty, odwagę i ochotę zobaczyć swoją twarz zobrazowaną

pędzlem Bacona.

Malarz dokonywał bowiem ostrych deformacji wizerunków,

szokujących dla zwykłego oka. Dziś jednak znacznie

bardziej szokują ceny tych obrazów – każdy z nich wart

jest grube miliony. Trzyczęściowe studium do portretu

jego przyjaciela, malarza Luciana Freuda, zostało przed

jedenastoma laty sprzedane za 142 miliony dolarów, co

stanowiło aukcyjny rekord świata. Sam autor zaliczany

jest bezdyskusyjnie do grona najznakomitszych malarzy

wszech czasów.

Jak wszyscy portreciści, tak i Francis Bacon wiedział, że

większość ludzi oddających się w ręce malarza oczekuje

od niego swojego wiernego, jakby fotograficznego odbicia,

najlepiej jeszcze do tego upiększonego. Zgodnego

z ich własnymi wyobrażeniami i oczekiwaniami.


W twarzy człowieka kryć się może

prawda o całym świecie.

Nic nie jest tak trudne do przedstawienia

i nic nie może być bardziej odkrywcze.

To właśnie twarz,

ten najbardziej indywidualny

i niesłychanie złożony fragment ludzkiego ciała,

jest odwiecznym wyzwaniem

dla twórców portretów

POST SCRIPTUM

99


Tymczasem dla artysty (i może nie tylko dla niego) portret

jest zwykle odległy od dosłowności. Bacon wyjaśniał,

że malując, trzeba wyrazić nie tylko podobieństwo zewnętrzne,

ale jeszcze bardziej to, co w człowieku porusza.

Sztuka jest kłamstwem, które ukazuje prawdę – twierdził

Picasso. A Bacon utrzymywał, że musi malować inaczej,

by ukazać wiernie, jak jest.

Zawsze pragnę odmieniać, przekształcać wygląd ludzi,

nie mogę malować ich dosłownie. Na przykład spośród

dwóch portretów Michela Leirisa ten, który jest mniej dosłowny,

jest w istocie bardziej poruszający. […] Nie wiadomo

więc, co decyduje o tym, że coś wygląda bardziej

realnie. Wąska i podłużna twarz z tego portretu nie ma

nic wspólnego z prawdziwym Michelem, a jednak przypomina

go bardzo mocno. To jedna z tych rzeczy, których

nie da się w malarstwie wytłumaczyć – opowiadał w jednym

z rozległych wywiadów. W praktyce bardzo często

podpisywał swoje portrety określeniem „studium”, chcąc

w ten sposób podkreślić, że nigdy nie uważa stworzonego

wizerunku za ostateczny.

Dłuższe przebywanie na wystawie w National Portrait

Gallery pozwala laikowi takiemu jak ja oswoić oko

z warsztatem Francisa Bacona, a chwilę później wejść

głębiej w jego opowieść o ludziach. Przestaje ona być

straszna, momentami staje się – niczym karykatura – nawet

wesoła. Ale nigdy nie jest zwykłą zabawą wyglądem:

jest jego – często dramatyczną – interpretacją.

Kilka dużych prac na wystawie przedstawia szarego

człowieka, o niedoprecyzowanych bliżej szarych rysach,

w szarym płaszczu czy garniturze, w szarym, zamkniętym

pomieszczeniu. Czuje się przytłaczający ciężar miejsca

i chwili. Malarz przyznaje, że portretowany był osobą

znerwicowaną; zobrazowanie go w klaustrofobicznym

kontekście jest zatem – jak spostrzegam – celnym portretem

jego osobowości.

Muszę do tego uchwycić wszystkie pulsacje danej osoby.

Francis Bacon szedł w swych objaśnieniach dalej: Dlatego

malowanie portretów jest tak trudne i fascynujące.

Model jest kimś z krwi i kości i trzeba oddać jego emanację.

Nie mam tutaj na myśli niczego w rodzaju spirytualizmu,

to ostatnia rzecz, w jaką bym wierzył. Energia

brzmi lepiej. Istnieje coś takiego jak wygląd i energia

z nim związana. Bardzo trudno ją jednak uchwycić.

100

POST SCRIPTUM


Muszę uchwycić wszystkie

pulsacje danej osoby

Podobnie jak w przypadku Picassa, tak i geniusz malarstwa

portretowego Bacona wiązał się z głębokim zrozumieniem

psychologii i logiki postrzegania. Defragmentacja

czy deformacja twarzy w obrazach obu twórców

wyprzedza nasze myślenie o innych. Czyż nie jest tak,

że patrząc na ukochaną, widzimy najpierw jej opadające

powieki i rzęsy, a potem długo nic i wreszcie biust

czy ramiona? Czyż przenikliwe i nieprzyjazne spojrzenie

urzędnika, połączone z jego niskim czołem, nie staje

się całością zapamiętanej przez nas prawdy o tym człowieku?

Czy dynamika ruchów znajomego nie pozostaje

w naszych oczach kwintesencją jego wizerunku? Czy obserwując

drugą osobę i przybliżając się do niej myślami,

nie pomijamy całej konstrukcji fizycznej na rzecz tego, co

ukazują nam jej emocje? Oczywiście, że tak to działa.

Potęga zdeformowanych portretów Francisa Bacona tkwi

w dalekim odejściu od faktycznego wyglądu, przy jednoczesnym

ogromnym przybliżeniu się do prawdy o istocie

danego człowieka. A do jakiej prawdy? Takiej, jaką na tej

wystawie poczułem, ale nie potrafię nazwać. Bo gdyby

można było słowami wyrazić to, co jest na obrazie, to jaki

sens miałoby malowanie? – pytał z przewrotną trafnością

największy malarz USA Edward Hopper.

Portrety pędzla Francisa Bacona dają się dość łatwo

uogólnić jako „człowieka portret własny”. I pozwalają na

chwilę zadumy nie tyle nad jego twarzą, co nad duszą.

Nie wiem, czy trafnie podążam za myślą genialnego malarza.

Może odpowiedzią jest tu przytoczony na wystawie

jego cytat:

Myślę, że sztuka jest obsesją na punkcie

życia, a ostatecznie, jako ludzie, naszą

największą obsesją jesteśmy my sami.

DANIEL WÓJTOWICZ

Cytaty wypowiedzi Francisa Bacona pochodzą z książki

Davida Sylvestra Rozmowy z Francisem Baconem. Brutalność

faktu (tłum. Marek Wasilewski, Wydawnictwo Zysk

i S-ka) oraz z samej wystawy [DW]

Wystawa: Francis Bacon. Obecność człowieka

National Portrait Gallery Londyn do 19 stycznia 2025 roku

POST SCRIPTUM

101


Nasz redakcyjny kolega

Jacek Jaszczyk

uhonorowany prestiżowym

wyróżnieniem

w światowym konkursie!

Jacek Jaszczyk jest laureatem Nagrody XX Światowego

Dnia Poezji ustanowionego przez UNESCO – World

Poetry Day UNESCO 2020 Award. Laureat prestiżowego

konkursu „Wybitny Polak” w Irlandii 2019 Fundacji

Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska” w kategorii

OSOBOWOŚĆ. W latach 2020–2021 nominowany przez

Kapituły Redakcji „Gazety Pomorskiej”, „Expressu Bydgoskiego”

i „Dziennika Toruńskiego” do tytułu OSOBO-

WOŚĆ ROKU w kategorii KULTURA. W 2022 roku podczas

XV Festiwalu Poezji Słowiańskiej uhonorowany Medalem

im. Barbary Jurkowskiej za wkład w organizację i promocję

literatury polskiej na forum międzynarodowym.

Wyróżnienie jest dla mnie wielkim zaszczytem. Polonia

jest wielką siłą, a konkurs „Osobowość Polonijna Roku

im. Edyty Felsztyńskiej” jest tego doskonałym potwierdzeniem.

Cieszę się, że każdego dnia, będąc dumnym grudziądzaninem

w Irlandii, mogę reprezentować irlandzką

Polonię w konkursie – mówił Jacek Jaszczyk.

Światowy konkurs „Osobowość Polonijna Roku

im. Edyty Felsztyńskiej" odbywa się przy honorowym

patronacie Marszałek Senatu RP Małgorzaty Kidawiy-Błońskiej

oraz wsparciu Konsulatu RP w Rzymie

i Konsula Generalnego RP w Hamburgu. Celem konkursu

jest uhonorowanie wyróżniających się Polaków

działających na rzecz Polonii i Polski oraz osób

tworzących i wspierających działania na rzecz Polonii,

którzy swoją działalnością przyczynili się do rozpowszechniania

dobrego imienia Polonii i Polaków

w świecie. Zgłoszeni do konkursu Polacy pochodzą

z całego świata i na co dzień działają na rzecz Polonii

i Polski. Wyróżnienia są przyznawane osobom, które

swoją działalnością społeczną, kulturalną, edukacyjną

lub charytatywną wspierają integrację Polonii

i promują polską kulturę, tradycję i historię.

102

POST SCRIPTUM


Gratulujemy!

Osobowość Polonijna Roku im. Edyty Felsztyńskiej

Jacek Jaszczyk, poeta, dziennikarz, animator

kultury, ale przede wszystkim nasz redakcyjny

kolega, został uhonorowany prestiżowym

wyróżnieniem w światowym konkursie

„Osobowość Polonijna Roku im. Edyty

Felsztyńskiej" za działalność polonijną i propagowanie

Polski poza granicami kraju.

Podczas uroczystej gali, która odbyła się

28 września w Zamku Królewskim, siedzibie

Parlamentu Dolnej Saksonii w Hanowerze,

uhonorowano osoby, które w wyjątkowy

sposób przyczyniły się do rozwoju

polskości za granicą.

POST SCRIPTUM

103


Prezent

Poprosiła, żeby nie opuszczać rolety. Nigdy dotąd nie

widziała tak pięknego granatowego nieba jak to,

za szpitalną szybą. Łóżko przy oknie to jedno z małych

szczęść, które teraz urosło do rangi giganta. Otwarta

przestrzeń, przetykana brylantami gwiazd. Milionami

brylantów. A wśród nich może jest ta jedna. Od specjalnych

marzeń. Może… Nie wierzyć to nie żyć. A ona chciała.

Żyć chciała i oglądać gwiazdy przez inne okno.

Północ. W domu na pewno już po wigilijnej kolacji. Tyle

smutku im podrzuciła pod choinkę. Pomyślała, że córce

nie będzie dobrze w czerni, ale przecież nie musi nosić.

Najwyżej tylko w ten jeden dzień. Może zdąży jej powiedzieć.

Najgorsze to czekanie. Żeby tak już… Kiedyś napisała

taki wiersz:

Nie płacz

to tylko uparte powieki

zgasiły światło

zwalniając miejsce na ziemi

Naturalna kolej rzeczy. Jak łatwo skreśliła tych kilka wersów.

Wzruszona, ale z dystansem. Ze smutkiem, ale bez

rozpaczy. A teraz… Teraz każde słowo ma w nim inny

wymiar. Każda litera boli jak zapalenie okostnej. Nie do

uśmierzenia. Że też akurat teraz musiał się przypomnieć.

Zrobiło się jeszcze trudniej. Coś nieuniknionego przeszyło

całe ciało. Nieuniknionego i nie do pogodzenia. I skąd się

bierze ten spokój. W takich chwilach, kiedy świadomość

nabrzmiała buntem i cichą rozpaczą ten dziwny spokój.

Gwiazdy migocą za oknem światłem nienazwanym. Tak

ciepło i bezpiecznie. Może jeszcze nie pora. Tylko, że…

Oczy lekarzy nie potrafią kłamać. Tyle w nich zwątpienia.

Udają nieporadnie. Przypadek nietypowy, nie do

ogarnięcia. Piąta zmiana leków, cały czas z nadzieją, że

zwyciężą. I krew do badania, krew do badania, krew do

badania. I tyle pochylonych nad jej łóżkiem głów. Nie

potrafili ukryć porażki. Porażka, tak to odbierali. Słyszała,

jak lekarz szepnął za drzwiami do ordynatora głosem

dziwnie nieobojętnym, pełnym goryczy i zawodu:

– Ucieka nam, panie profesorze…

Ucieka nam. Jak to precyzyjnie powiedziane. Przypomniała

sobie inny wiersz, który napisała kiedyś pełna optymizmu,

otwarta, z wielkim apetytem na życie:

Kiedyś…

Kiedyś będą ostatnie wakacje

ostatni raz wejdę po schodach

i włożę klucz do zamka

usmażę ostatnie naleśniki

i książkę przeczytam ostatnią

niesforny kosmyk spadnie

na oczy ostatni raz

i ostatni raz zamknę zamek

w czerwonej spódnicy

ostatni łyk kawy wychylę

z filiżanki w czerwone maki

pocałuję kogoś ostatnim uśmiechem

i łza wymknie się ostatnia

ile nadziei daje to „kiedyś”

Ile nadziei daje to… Strasznie pędziło to „kiedyś”. Czerwona

spódnica jest tu, obok, w szpitalnej szafie. Tak chciałaby

jeszcze parę razy zasunąć ten cholerny, zacinający

się zamek. Wciąga pobocze materiału za każdym razem.

Wybaczyłaby. Ale łzę musi przytrzymać pod powieką.

Jeszcze nie, jeszcze nie ostatnia, jeszcze niech się rozpyli,

ulotni, wyschnie, niech poczeka, rozpłynie, co chce, niech

zrobi, byle nie dać się jej wymknąć. Uparta, właśnie teraz

zachciało się jej wypłynąć, taka z niej przechera…

104

POST SCRIPTUM


Uśmiechnięta pielęgniarka odłączyła kroplówkę. Szepnęła,

że kolejna za dwie godziny, o drugiej, i o wiele za

długo przytrzymała rękę. Spłynęła do żył fala współczucia,

mrożąc krew. Teraz każdy odruch ze strony bliskich,

personelu szpitalnego miał swój alfabet, do bólu szczery,

ważniejszy od słów. Od wieczornego obchodu lekarz był

aż cztery razy. Posiedział, dużo mówił, takich tematów

dotykał choinkowych, wspominkowych, do dzieciństwa

swojego wpadł na chwil kilka. Żeby było tak nieszpitalnie,

ciepło, kolorowo. Wdzięczna mu była, ale niepokój

i napięcie opanowały jego ciekawy, męski głos. I on też

za każdym razem dużo dłużej, niż było potrzeba, przytrzymywał

jej rękę. Zostawił garstkę nadziei, bo cały czas

śledzą wyniki, wierzą, że drgnie…

Skąd się wzięły te dwa ptaki na gzymsie. Przecież tam

nie było gzymsu, a takich ptaków nie ma w atlasie. Te

ich radosne łebki, kolorowe, przechylone na boki zawadiacko,

oczy w dużej oprawie, jak sowie. I taka jakaś wesołość

w nich. Jak pięknie wyglądałyby w bajce – pomyślała.

Chyba nie zdąży ich namalować ani nawet opisać.

Nawet zdjęcia nie zrobi. Nie da rady. Ptaki na gzymsie.

Jakie piękne, puszyste główki, kolorowe, wielkie, pięknie

oprawione oczy, przyjazne, uśmiechnięte. Kiwają na boki

łebkami, tak zawadiacko, miło, zaczepnie. Coś przekazują

jej myślom. Czuje to. Czy to już?

Weszła pielęgniarka.

– Lepiej troszkę, nie boli? Dostała pani morfinę. Powinno

pomóc. Gdyby coś potrzeba, proszę zadzwonić.

Acha, to po morfinie. Chciała powiedzieć o ptakach, ale

miejsce pod sufitem opustoszało. I gzymsu nie było. Nikt

by zresztą nie uwierzył. Tak, to morfina, na pewno. Uspokoiła

się, chociaż nie czuła niepokoju, smutku. Było ciepło,

wygodnie, spokojnie i pomyślała, że gdyby miało być

to, co miało, to może niechby już. Przy tym granatowym

niebie i choince na parapecie, takiej pięknej, uśmiechniętej,

bo to przecież noc cudów. Ciepłe światło nocnej

lampki, wygodna poduszka, bez smutku dookoła. I…

I zabrzęczał cichutko Messenger. Pokazały się literki przesiąknięte

niepokojem. Czyimś niepokojem, może przerażeniem.

Kogoś, kogo zna tak krótko. Po prostu znajomy.

Od tak niedawna. I tak zatrwożony. Uśmiechnęła się.

Cholerna łza nie może się wymknąć. Zakazane. Lewa ręka

z trudem mogła stukać wiadomości, ale mogła. Tylko że

przecież zaraz kroplówka. I właśnie zajrzała pielęgniarka.

Chyba czuła, że ta rozmowa klawiszowa jest bardzo ważna.

Może ostatnia... Uśmiechnęła się szeroko.

– Nic się nie stanie, jak trochę poczekamy. Tylko poprawię

wenflon i krew muszę pobrać, ale to chwilkę – powiedziała

ciepło. – Jak pani skończy, proszę zadzwonić.

Wigilia. Noc dobroci. Noc cudów. Messenger. Klika liter

troski. Niespodziewanej. I taka moc. Poczuła w sobie

taką siłę, taką niezwykłą siłę, że aż… Nie, łza nie może się

wymknąć. Jeszcze nie. Teraz nie. W ogóle nie. Potrzebna

się poczuła. Ważna. Bardziej niż kiedykolwiek. I silna

taka. I piękna, kobieca też się poczuła. Z przepoconymi,

zebranymi w zlepione kosmyki zmęczonymi włosami,

rozrzuconymi po poduszce. Z wypiekami i rozpalonymi

gorączką iskrami w oczach. Ubezwłasnowolniona chorobą,

upokarzająco uzależniona od innych poczuła się piękna,

silna, odważna. Wyjątkowa. Zupełnie jak ta rozgwieżdżona

marzeniami noc…

Spojrzała w okno. Wierzyła, że ona tam jest. Ta właściwa

gwiazda, wyszukana przez nią w brylantowej konstelacji

o północy. I…

I właśnie wszedł pan doktor. Zmęczony, ale promiennie

uśmiechnięty, bez sztucznego wymuszenia i powiedział

pewnym, radosnym głosem:

– Mamy panią, może pani snuć plany, zostawiam ten prezent

pod choinką… [WDS]

WANDA DUSIA STAŃCZAK

POST SCRIPTUM

105


W duchu

Strzeleckiego

Rozmowy-spotkania z ludźmi.

Czasem z no name, czasem

z rozpoznawalnymi, czasem

z ekspertami. Zawsze z takimi,

którym zależy. Dzielimy się

wiedzą i opowieściami o przełomach

w życiu, w przekonaniu,

że „opowiadanie historii

to nasz ludzki sposób radzenia

sobie z rzeczywistością",

a kryzys to szansa.

LINK DO PODCASTU:

https://open.spotify.com/show/3RjoeghoM8ZSU9RiAX2cmA

DO

POETÓW ,

ARTYSTÓW ,

A N N A M A R U S Z E C Z K O

MUZYKÓW

Dziennikarka, freelancerka z wyboru. Kolekcjonerka poruszających

historii i budujących rozmów. Lubi mówić

i słuchać. Wierzy, że „opowiadanie historii to nasz ludzki

sposób radzenia sobie z rzeczywistością”. Entuzjastka

wielokulturowości i przyrody. Autorka kanału na IG

pn. Między Bugiem a prawdą.

Interesuje mnie metamorfoza, człowiek w zmianie.

Moi bohaterowie to ludzie poszukujący i zaangażowani.

Walczą, stawiając granice, postępując w zgodzie

z sobą, dzieląc się. Czasem wygrywają bitwy ze światem

zewnętrznym, jednak podkreślają, że najtrudniej wygrać

z samym sobą. Opowiadają o wzlotach i upadkach na

drodze do życiowego i zawodowego spełnienia. W tle

często ważne zjawiska i trendy społeczne, energia kobiet,

praktyki rozwojowe, etyczny biznes, fair travel i in.

106

POST SCRIPTUM

Moi bohaterowie to ludzie

poszukujący

i zaangażowani.

Walczą, stawiając granice, postępując w zgodzie z sobą,

dzieląc się.

Wygrywają bitwy

ze światem zewnętrznym,

ale podkreślają, że najtrudniej

wygrać z samym sobą.

Opowiadają o wzlotach i upadkach

na drodze do życiowego

spełnienia.

Inspirują


REKLAMA

Profesjonalna

korekta tekstów

ALEKSANDRA KRASIŃSKA

Redakcja i korekta

kontakt@krasinska.eu

Piszesz książkę, e-book, pracę naukową, a może artykuły

na blog albo stronę internetową? Ciągle się wahasz,

gdzie postawić przecinek, i martwisz się, że w tekście są

błędy, których nie widzisz? Skontaktuj się z naszymi korektorkami

– z nimi Twój tekst będzie lepszy.

Jestem magisterką bibliotekoznawstwa oraz absolwentką licznych kursów i szkoleń

dla redaktorów i korektorów. Na co dzień współpracuję z wydawnictwami, a także

poprawiam teksty użytkowe dla szkół wyższych. Chętnie pomogę zarówno przy tekstach

krótszych, jak i dłuższych.

MAŁGORZATA NOWAK

malgorzata.nowak122@gmail.com

Jestem literaturoznawczynią związaną obecnie z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza

w Poznaniu. Najchętniej redaguję teksty naukowe, beletrystykę i eseje. Proces

redakcyjny znam również od strony autora, dlatego zawsze dokładam starań, by tekst,

stając się coraz lepszy, pozostawał w pełni Twój.

DOMINIKA PALUCH

Było słowo

dominika.paluch@interia.pl

Absolwentka Akademii korekty tekstu Ewy Popielarz. Licencjatka polonistyki-komparatystyki,

magistrantka językoznawstwa ogólnego i licencjantka filologii klasycznej.

Zakochana w słowach, czujna strażniczka przecinków.

EWA SŁOTWIŃSKA

ewaslotwinska@gmail.com

Filolożka romańska, absolwentka studiów podyplomowych i licznych kursów z zakresu

redakcji tekstu. Miłośniczka przecinków i półpauz. Tropicielka usterek i nieścisłości.

Specjalistka od literatury dziecięcej i młodzieżowej. Entuzjastka prostego języka w polszczyźnie

korporacyjnej i urzędowej.

Zapraszamy do kontaktu

p a r t n e r z y m e d i a l n i :

POST SCRIPTUM

107


Oprócz dzielenia się z czytelnikami aktualnościami w dziedzinie

sztuki oraz literatury pragniemy wspierać młode talenty.

W tym celu stworzyliśmy Fundację Wspierania Kultury „Post Scriptum”.

Darowizny dla fundacji będą służyły szeroko pojętej promocji

młodych artystów zarówno na łamach kwartalnika, jak i w formie

pomocy w organizacji wystaw, warsztatów czy wydawaniu książek.

Jeśli chcesz przekazać datek na działalność naszej fundacji,

możesz zrobić to za pośrednictwem strony internetowej

www.postscriptumfundacja.com lub wpłacić darowiznę bezpośrednio

na konto fundacji: 75114020040000310281956333.

Dane kontaktowe: FUNDACJA WSPIERANIA KULTURY „POST SCRIPTUM”

05-092 Łomianki ul. STANISŁAWA STASZICA 14/5

KRS 0000908539 NIP 1182225810

e-mail: biuro@postscriptumfundacja.com

108

POST SCRIPTUM

FUNDACJA „POST SCRIPTUM”

Hooray! Your file is uploaded and ready to be published.

Saved successfully!

Ooh no, something went wrong!