POST_SCRIPTUM_4_2024_28
POST SCRIPTUM 28 – Niezależny Kwartalnik Literacko-Artystyczny tworzony przez polsko-brytyjski zespół. W tym numerze m.in.: afrykański artysta-malarz Izzeldinn Kojour, Zanussi. Przez przedmioty, Babalooka w Turcji, Natalia Ślizowska.
POST SCRIPTUM 28 – Niezależny Kwartalnik Literacko-Artystyczny tworzony przez polsko-brytyjski zespół. W tym numerze m.in.: afrykański artysta-malarz Izzeldinn Kojour, Zanussi. Przez przedmioty, Babalooka w Turcji, Natalia Ślizowska.
Transform your PDFs into Flipbooks and boost your revenue!
Leverage SEO-optimized Flipbooks, powerful backlinks, and multimedia content to professionally showcase your products and significantly increase your reach.
SCRIPTUM
P R O Z A P O E Z J A P U B L I C Y S T Y K A S Z T U K I W I Z U A L N E
ARTAKTY POST SCRIPTUM
O ROMSKIEJ TRADYCJI MUZYCZNEJ
JÓZEF MERSTEIN-JOCHYMCZYK
KOLORY I SMAKI SUDANU
IZZELDINN KOJOUR
Gość specjalny
SŁOWA W OBLICZU HISTORII
Rafał Zięba
KRZYK PORTRETU
FRANCIS BACON
ZANUSSI. PRZEZ PRZEDMIOTY
BABALOOKA W TURCJI
Monika Janowska
POST
NIEZALEŻNY KWARTALNIK
LITERACKO-ARTYSTYCZNY
4/2024 (28)
NATALIA ŚLIZOWSKA
pokazuję, czym może być moda
NA PROGU ŚMIERCI. URSZULA KOZIOŁ
Prof. Marek Bernacki
www.postscriptum.uk
www.postscriptumfundacja.com
fb: post scriptum
POST SCRIPTUM
1
WERSJA ELEKTRONICZNA DO POBRANIA ZA DARMO:
https://www.yumpu.com/user/postscriptum.mag
DRUK NA ŻYCZENIE: 24,95 zł
ZAMÓWIENIA BEZPOŚREDNIO W DRUKARNI:
https://www.wyczerpane.pl/wydawnictwo-post-scriptum,dBA-0io.html
Prawa do indywidualnych utworów pozostają przy twórcach.
Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych
i zastrzega sobie prawo do redagowania tekstów.
FUNDACJA WSPIERANIA KULTURY „POST SCRIPTUM”
05-092 Łomianki
ul. STANISŁAWA STASZICA 14/5,
KRS 0000908539
NIP 1182225810,
e-mail: biuro@postscriptumfundacja.com
www.postscriptum.uk postscriptum.mag@gmail.com fb: post scriptum redakcja@postscriptum.uk
SPIS TREŚCI:
inne sztuki wizualne poezja PROZA
24 JULIUSZ WĄTROBA – opowiadanie Artysta???
41 Czas to pieniądz – felieton – Bo Jaroszek
60 Robert Knapik – recenzja książek ERICA WEINERA i WILLIAMA DAVIESA
62 PATRYCJA KUBICZ – opowiadanie Niewinność
63 Wywiad z poetą i prozaikiem RAFAŁEM ZIĘBĄ – Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz
72 Wywiad z B. GRUSZKĄ-ZYCH, G. LITYŃSKIM i K. ZANUSSIM – Andrzej Radziejewski
78 Juliusz Wątroba – recenzja książki Zanussi. Przez przedmioty
82 BABALOOKA – Monika Janowska
84 Powrót do lasu – esej Renaty Szpunar
92 PRZEZ PERYSKOP – Naturalnie o sztuczności – Juliusz Wątroba
104 WANDA DUSIA STAŃCZAK – opowiadanie Prezent
13 ANETA JASŁOWSKA – wiersz
14 TADEUSZ ZAWADOWSKI – wiersz
22 WANDA DUSIA-STAŃCZAK – wiersze
39 AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ – wiersze
44 KĄCIK SATYRYCZNY
58 JULIUSZ WĄTROBA – wiersz
71 JACEK JASZCZYK – wiersz
80 Poezja polecana – TOMASZ MIELCAREK
88 Na progu śmierci – recenzja wiersza URSZULI KOZIOŁ – prof. Marek Bernacki
96 Poezja polecana – MIROSŁAW BOCHENEK
6 Handle With Care – relacja z wystawy w Turku – Daniel Wójtowicz
26 Zodiak – wystawa malarstwa ARTURA SMOŁY
46 IZZELDINN KOJOUR – malarstwo – kolory i smaki Sudanu
98 Krzyk portretu – relacja z wystawy FRANCISA BACONA – Daniel Wójtowicz
4 Relacja z Gali „Post Scriptum”
16 Wywiad z romskim bardem JÓZEFEM MERSTEINEM-JOCHYMCZYKIEM –
Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz
29 Wywiad z projektantką mody NATALIĄ ŚLIZOWSKĄ – Katarzyna Brus-Sawczuk
102 JACEK JASZCZYK laureatem konkursu „Osobowość polonijna im. Edyty Felsztyńskiej”
ZESPÓŁ REDAKCYJNY:
Redaktor naczelna: Renata Cygan Zastępczynie redaktor naczelnej: Joanna Nordyńska i Katarzyna Brus-Sawczuk
Sekretarz redakcji: Jacek Jaszczyk
Redaktorzy: Juliusz Wątroba, Anna Maruszeczko, Izolda Kiec, Wanda Dusia Stańczak, Renata Szpunar, Robert Knapik, Agnieszka Herman,
Bo Jaroszek, Daniel Wójtowicz, Monika Janowska, Beata Anna Symołon, Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz
Gościnnie: Izabela Winiewicz-Cybulska, Jerzy Stasiewicz
Korekta: Aleksandra Krasińska, Dominika Paluch, Małgorzata Nowak i Ewa Słotwińska
2
Rysunek satyryczny: Jarosław Janowski Tłumaczenia z języka angielskiego: Renata Cygan
POST SCRIPTUM Skład, łamanie i opracowanie graficzne: Renata Cygan
Na okładce:
obraz Izeldina Kojoura
Wizjonerski kurator, historyk sztuki i dyrektor artystyczny Serpentine Galleries
w Londynie Hans Ulrich Obrist rok 2024 nazwał rokiem sztucznej inteligencji.
AI płynnie wsącza się naszą codzienność i niepostrzeżenie zajmuje coraz więcej
miejsca we współczesnej rzeczywistości. Jest także obecna w sztuce, a to spotyka
się z protestem artystów parających się sztuką tradycyjną. Wokół tego tematu narosło
dużo kontrowersji – mówi się o nieetycznych skutkach rozwoju sztucznej inteligencji, bo
maszyny bazują jednak na tym, co wyprodukował człowiek, a to już jest nadużywaniem
praw autorskich i własności intelektualnej. Poza tym sztuka to przede wszystkim emocje,
ludzka kreatywność, przeżycia i refleksje – to wszystko, czego bezduszna maszyna nigdy
nie dostąpi. Dużo by na ten temat mówić, ale jedno jest pewne – parowóz ruszył i pędzi.
I nic go nie zatrzyma. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ten kolejny etap ewolucji w branży
kreatywnej nie podąży w nieodpowiednim kierunku.
WSTĘPNIAK
Sztuka ma szokować, media społecznościowe uwielbiają sensację, więc bardzo często
artyści chwytają się kontrowersyjnych rozwiązań. Jednym z największych wydarzeń artystycznych
2024 roku była praca Maurizia Cattelana „Comedian”, czyli świeży banan przyklejony
taśmą klejącą do ściany, wystawiony na sprzedaż za 6,2 mln dolarów. Rozumiemy
ironię – to zjawisko kulturowe to prowokacja i krytyka mechanizmów rynku sztuki, ale
obnaża także smutną prawdę, że rynek sztuki to żart.
Sztuka, którą prezentujemy na łamach „Post Scriptum”, na pewno żartem nie jest. Prezentowani
w kolejnych numerach artyści – ci już uznani, z dorobkiem, bądź ci dopiero
początkujący – to utalentowani i doświadczeni twórcy, których prace skłaniają do refleksji
i wywołują emocje. W tym numerze przedstawiamy Państwu m.in: malarza z Sudanu
Izzeldinna Kojoura, którego dzieła przesycone są afrykańskimi akcentami, reżysera
Krzysztofa Zanussiego, przedstawionego oczami poetki, pisarki i dziennikarki Barbary
Gruszki-Zych, laureatkę Literackiej Nagrody „Nike” Urszulę Kozioł, a ściślej jeden z jej
wierszy, który wnikliwie zrecenzował prof. Marek Bernacki, oraz wielu innych ciekawych
artystów słowa i obrazu.
Bardzo serdecznie zapraszamy Państwa do zapoznania się z tym numerem, bo naprawdę
warto. Odwiedzajcie nas, dzielcie się swoimi opiniami, śledźcie nas w mediach społecznościowych.
To dla Was, czytelników powstaje „Post Scriptum”, dla Was zespół redakcyjny
przygotowuje każdy numer z miłością, oddaniem i radością – tym większą, że grono
miłośników naszego magazynu z numeru na numer znacząco się powiększa. To dodaje
skrzydeł i napędza do dalszego działania.
Życzymy Państwu pięknych świąt i wspaniałego nowego roku, a my zabieramy się za tworzenie
kolejnego numeru i obiecujemy, że w 2025 roku nie obniżymy lotów. [RC]
www.postscriptum.uk, fb: post scriptum, e-mail: redakcja@postscriptum.uk
Wydawca: Post Scriptum LTD, Watford, UK
NUMER KONTA: IBAN: GB82 LOYD 3096 2657 4181 60
UK: SORT CODE: 309626 ACC Number: 57418160
POST SCRIPTUM
3
ARTAKTY
POST SCRIPTUM
Więcej informacji:
Joanna Nordyńska
Biuro prasowe Plebiscytu Artysta Roku 2023
kwartalnika „Post Scriptum”
redakcja@postscriptum.uk
Zdięcia: Aleksandra Krasińska
4
POST SCRIPTUM
Redakcja Niezależnego Kwartalnika Literacko-Artystycznego
„Post Scriptum” po raz czwarty przeprowadziła wśród
czytelników plebiscyt na Artystę Roku. Kapituła plebiscytu
nominowała 20 twórców z różnych dziedzin sztuki i literatury,
którzy byli gośćmi na łamach magazynu w 2023 roku,
następnie czytelnicy wyłonili zwycięzcę. Tegoroczna edycja
ponownie wzbudziła wiele emocji i głosy na nominowanych
twórców spływały do ostatniej chwili. W wyniku plebiscytu
zaszczytny tytuł Artysty Roku 2023 przypadł tureckiej akwarelistce
Rukiye Garip. Na drugim miejscu uplasował się aktor i
reżyser Marek Probosz, a trzecie miejsce zajęła piosenkarka i
autorka tekstów Anja Orthodox.
Redakcja Niezależnego Kwartalnika Literacko-Artystycznego
„Post Scriptum” wraz z Fundacją Wspierania Kultury
„Post Scriptum” zorganizowały uroczysty wieczór podsumowujący
plebiscyt na Artystę Roku 2023 w klimatycznym
klubie Pardon, To Tu, który odwiedzany jest przez
miłośników książek, muzyki i dobrej kuchni. Po przedstawieniu
sylwetek wszystkich nominowanych artystów
i zapoznaniu się z ich twórczością w formie prezentacji
multimedialnych nastąpiło wręczenie statuetki ArtAkty Post
Scriptum oraz rozdanie dyplomów. W imieniu zwyciężczyni
tegorocznej edycji Rukiye Garip statuetkę odebrał Boran Ankarali
– siostrzeniec artystki. Jej piękne akwarele można było
podziwiać w wirtualnej galerii prac. Wieczór uświetnił występ
profesora sztuk teatralnych Stanisława Górki, który zaśpiewał
kilka utworów Georges'a Brassensa, a także wyrecytował wiersze
Agaty Tuszyńskiej, Adama Gwary, Enormiego Stationisa
i Łucji Dudzińskiej – poetów nominowanych do tytułu Artysty
Roku 2023. Wieczór zakończyły rozmowy kuluarowe przy
lampce wina.
Przypomnijmy, że w poprzednich edycjach statuetkę Artysty
Roku otrzymali:
Krzysztof Bieliński – artysta fotograf i pedagog
Piotr Kamieniarz – artysta malarz
Iza Połońska – piosenkarka i trenerka głosu
W trakcie wieczoru prowadzona była transmisja na żywo, dostępna
na fanpage’u „Post Scriptum” na Facebooku. Wszystkie
prezentacje można znaleźć na kanale YouTube:
https://www.youtube.com/@postscriptum2061
Jestem bardzo szczęśliwa, że mogę wraz z tak wspaniałym zespołem
tworzyć to pismo, i jestem dumna, że odnosi ono coraz
większe sukcesy, z roku na rok zwiększa swój zasięg i liczne grono
artystów chce się znaleźć na jego łamach — mówi Renata
Cygan, redaktorka naczelna kwartalnika.
Więcej informacji o czasopiśmie oraz fundacji na stronach internetowych:
https://postscriptum.uk
http://postscriptumfundacja.com
oraz w mediach społecznościowych:
Post Scriptum | Facebook
https://www.instagram.com/postscriptumpl/
Gala
Rukyie Garip
POST SCRIPTUM
5
ANNA REIVILÄ
D a n i e l W ó j t o w i c z
Handle with care
Otaczaj troską
Okazuje się, że nie trzeba jechać
bardzo daleko, aby dotknąć
bardzo odległej rzeczywistości.
Po drugiej stronie naszego Bałtyku,
w trzecim mieście Finlandii – Turku,
trwa wystawa lokalnego młodego
malarstwa i fotografii. Za jej symbol
obrana została praca przedstawiająca
spoczywający na morskim brzegu
wielki głaz narzutowy, opleciony
starannie powiązaną liną. W dziełach
młodej fotografki Anny Reivilä
(ur. 1988) węzły i liny oznaczają więzy
między ludźmi, a w tym wypadku
pewnie związki człowieka z Naturą.
Szybko się zatem można domyśleć,
że tytuł ekspozycji Handle with care
(Otaczaj troską) odnosi się do naszej
Ziemi, do losu ludzkości. Mocne
i ciekawe. Czego się jednak moż-
6
POST SCRIPTUM
na spodziewać po prowincjonalnym
muzeum – zastanawialiśmy się
z przyjaciółmi, planując wspólny wypad
do tego miasta. Niemniej jednak
potraktowaliśmy wizytę na tej wystawie
jako wprowadzenie w nieznany
nam fiński świat.
Z mówieniem o prowincjonalności
Finlandii nie warto było się jednak
spieszyć. Prawdą jest, że kraj ten
o powierzchni Polski zamieszkuje
społeczność nie większa niż ta z naszego
Mazowsza. Kojarzy się nam najczęściej
z lasami, jeziorami i tundrą,
czyli z dziką pustką. W rzeczywistości
jednak należy do ścisłej czołówki
naszej cywilizacji. W początkach XXI
wieku w międzynarodowych rankingach
Finlandia uznana została za
najbardziej innowacyjne państwo
świata. U podłoża tego imponującego
sukcesu legła wieloletnia koncentracja
państwa na najwyższym
poziomie edukacji. A wykształcone
i nowoczesne społeczeństwo dojrzało
do stawiania sobie poważnych pytań
i wskazywania rozwiązań wybiegających
daleko poza dzień dzisiejszy,
często nawet poza wyobraźnię.
„Jej kontakt z nowymi zjawiskami
najlepiej umożliwia sztuka” – uważa
Virpi Valtonen, teoretyczka i praktyczka
edukacji, jedna z promotorek
wystawy. „Zderzenia nauki i sztuki,
przeplatanie się ich narracji zawsze
daje początek czemuś nowemu”.
Nauka w wielu wymiarach niesie dziś
twierdzenie, na które powołują się
organizatorzy ekspozycji, że ludzkość
bez zasadniczej zmiany postawy czło-
wieka przetrwać już dalej nie zdoła.
Ze względu choćby na widmo katastrofy
klimatycznej, degradację środowiska
czy dezintegrację społeczną.
W prezentowanym na początku wystawy
asamblażu, na ciemnym tle
przerażająco smutnej ptasiej klatki,
widać jedną barwną papużkę
z czerwonym dziobkiem, smętnie,
depresyjnie zastygłą na drążku. Druga
z pary bezwładnie wisi obok, z odrętwieniem
i smutkiem zamienionym
już w śmierć. Autor pracy Juhani
Harri (1939-2002), fiński mistyk
i surrealista „nie waha się zachować
sentymentalizmu; najczęściej umiejętnie
pobudza stronę emocjonalną.
Jego interesująca ekspresja polega
na osobliwym sposobie, w jaki łączy
wpływy przeciwnych stron i różnych
sztuk” – opisuje dyrektor helsińskiego
muzeum Ateneum Soini Sinisalo.
Nie wiem, czy tytuł przywołanej tu
pracy Król i królowa odnosi się do
ludzkiej potęgi nad światem, ale niestety
tak właśnie może się kojarzyć.
Finowie są światowymi mistrzami
fotografii artystycznej. Tutaj, w Turku,
na fotografii z cyklu ”Marcello's
Theme”, autorstwa Eliny Brotherus
(ur. 1972), jednej z najwybitniejszych
współczesnych fotografek Finlandii,
kobieta w pięknej długiej letniej
sukni wkomponowana jest bajecznie
w wypełniającą cały kadr ścianę zielonego
lasu. Odcina się od niej oczywiście
swoim człowieczeństwem,
jak również odmiennym kolorytem
stroju. Ale obraz nie pozostawia wątpliwości
– ona i cała reszta ukazanej
tam natury stanowią bezsprzeczną
całość. „Mówi się, że my, Finowie,
mamy wysoce rozwinięte relacje
z naturą, jednak utrata różnorodności
biologicznej w naszym kraju wciąż
się nasila. Możliwe jest, że potrzeba
kontrolowania natury i środowiska
jest błędnie interpretowana, a działania
człowieka nie są podejmowane
z myślą o innych gatunkach i ich potrzebach”
– twierdzi Virpi Valtonen.
Jej myślenie, podobnie jak i cała wystawa
w muzeum w Turku, wywodzi
się z sedna ogarniającej naszą cywilizację
idei posthumanizmu.
JUHANI HARRI
Orientacja ta kwestionuje przekonania
o zasadniczej wyższości ludzkości
nad wszystkim w świecie i o jej
szczególnym uprzywilejowaniu. Nakłania
człowieka do odnalezienia się
jedynie jako jedno z ogniw łańcucha
Natury, równe swym znaczeniem
z innymi. Do zrozumienia, że człowiek
jest też zwierzęciem, pomimo
że większość zwierząt nie jest ludźmi.
A dalej wbicia w swoje przekonania,
że każdy ma takie samo prawo do bycia
uznanym za człowieka całkowicie
równego innym ludziom. Przez setki
lat panowania humanizmu, dzielącego
ludzi na białych i czarnych, na właścicieli
i niewolników, na bogatych
i biednych, na mężczyzn i kobiety, na
sprawnych i niesprawnych, na wierzących
i niewierzących, ta prosta reguła
była obłudnie ignorowana. Nadchodzi
czas zrównania. Zrównania
dla przetrwania. Do tego, jak wynika
z katalogowych objaśnień, sięga idea
wystawy Handle with care (Otaczaj
troską).
Angielskie słowo care zawarte w tytule
ekspozycji ma w swojej etymologii
– co podkreślają objaśnienia na
wystawie – dwa znaczenia: „opiekę”
oraz „leczenie, naprawę, ratunek”.
Są na wystawie prace, które uzmysławiają,
że na nasz ratunek czeka
Natura.
Zasmucone, choć niezwykle mądre
oczy pięknego czarnego pawiana patrzą
na nas z lękiem i resztkami złudnej
nadziei w przejmującej fotografii-
-portrecie bez tytułu autorstwa Eska
Männikkö (ur. 1959). „Jeszcze wierzę
w ciebie, człowieku, choć się ciebie
boję. Jeszcze wierzę, że nie dopuścisz
do mojej zagłady” – zdają się wyznawać.
Co gorsza z jeszcze większym przerażeniem
patrzą na nas oszalałe z bólu
i płaczu czerwone oczy doczepione
do nagiego mózgu zarżniętego barana
we wstrząsającej instalacji Horror
przed końcem życia autorstwa Isma
Kajandera (ur. 1939). „Stajemy się
ludźmi (lub nieludźmi) w relacyjnym
kontekście do innych gatunków. Te
relacje ujawniają całe spektrum naszej
radości i nieszczęść, troski i opieki,
ale także nadużycia i pozbawianie
wartości innej żywej istoty” – tłumaczy
Virpi Valtonen.
POST SCRIPTUM
7
KATI IMMONEN
Kontakt ze sztuką wiele w człowieku
zmienia – wywołuje świadome i podświadome
emocje, które skłaniają
do zadawania nowych pytań lub podejmowania
działań prowadzących
do zmian. Takie jest też znaczenie
wystawy w Turku. Musimy objąć troską,
efektywną opieką, otaczający
nas świat, bo taką mamy do spełnienia
rolę. Odpowiedzialność jest
uznawana za najważniejszy element
tożsamości człowieka. W angielskim
określeniu responsibility wyraźniej
słychać, że jest w tym postulat odpowiedzi,
reakcji na to, czym zaskakuje
nas życie.
Natura czeka na nasz ratunek
EMMA AINALA
W posthumanistycznym rozumieniu
relacji międzygatunkowych człowiek
jest bardziej opiekunem niż właścicielem
zwierzęcia. Urzeczywistnia się
to już w nadzwyczajnych relacjach
z domowymi pupilami, najczęściej
pieskami i kotkami. Stają się one naszymi
współdomownikami, czasem
nawet najważniejszymi. Pewnie do
tego sięga prezentowany na wystawie
duży obraz Essi Kuokkanen (ur. 1991)
For You I Will Give You My Everything
– przedstawiający emocje dziewczyny
i jej psów na wspólnym spacerze.
„Wszystko jest połączone, granice
między gatunkami stają się płynne
(…). Kuokkanen interesuje się fizycznością
emocji – tym, jak zdarzenia
w umyśle wywołują fizyczną reakcję
w ciele. Postacie w jej obrazach i rysunkach
są jak zbiorniki wypełnione
uczuciami, czasami rozlewające się,
sączące lub przelewające się niekontrolowanie”
– czytam w opisie pracy.
Jakość naszych relacji z innymi gatunkami
ma dla człowieczeństwa duże
znaczenie, gdyż jest elementem uczynienia
z ludzkości harmonijnej części
świata, co oznaczać może zmniejszenie
zagrożeń dla jego dalszego istnienia
i zażegnywanie wizji katastrofy
ekologicznej. Stanowi również emocjonalną
bazę do wzmacniania równości
pomiędzy samymi ludźmi. Tego
najmocniej dotyczy hasło Handle
with care (Otaczaj troską)
8
POST SCRIPTUM
ESKA MÄNNIKKÖ
ELINA MERENMIES
Jakość
naszych
relacji
z innymi
gatunkami
ma dla
człowieczeństwa
duże
znaczenie
ELINA BROTHERUS
MIIKKA VASKOLA UNTITLED
Duży, kolorowy i spokojny obraz,
zdominowany przez zieloną, trawiastą
przestrzeń ozdobioną krzewami
róż ukazuje sylwetkę starej
kobiety otulonej ramieniem młodszej
– może córki, może opiekunki.
Wspólnie wpatrują się w krainę rozpostartą
przed nimi, czuje się atmosferę
spokoju, opieki. Autorka obrazu,
Erika Adamsson (ur. 1973), wyznaje
w swoim dossier: „Interesują mnie
ulotne chwile i codzienne sytuacje,
które są nam wszystkim znane. Staram
się przekształcić moje osobiste
doświadczenie w coś, z czym inni
również mogą się utożsamić”. Tutaj
sięga do sedna wymowy tytułu wystawy
– do troski, jaką ludzie winni
są innym ludziom, w tym wypadku
POST SCRIPTUM
9
ESSI KUOKKANEN
10
ERICA ADAMSON 2010 ISMO KAJANDER 2011
POST SCRIPTUM
ROLAND PERSSON
Kontakt ze sztuką wiele w człowieku zmienia
tym starym. Okazuje się, o czym pisze
w swoim komentarzu Virpi Valtonen,
że jest to w innowacyjnym i nowoczesnym
społeczeństwie fińskim
prawdziwym problemem – zanikają
w nim międzypokoleniowe więzy.
„Rodziny wielopokoleniowe są dziś
rzadkością. Osoby starsze, które nie
są już w stanie radzić sobie same, są
kierowane do instytucji życia wspomaganego,
w których główną formą
istnienia i aktywności jest już tylko…
czekanie. Dla mnie emocjonalnym
wyrazem tego dzieła Eriki Adamsson
jest to właśnie czekanie. Oczekiwanie
na koniec” – pointuje Valtonen.
A nam pozostaje pytanie: Czy jest to
stan rzeczy właściwy społeczeństwu
fińskiemu, czy też całej naszej tak nowoczesnej
cywilizacji?
Jeżeli sztuka ma rodzić emocje
i głębsze zastanowienie, to musi
ono dotyczyć dramaturgii ludzkiego
bytu. Czy wolno pozwolić, aby prowadził
on człowieka do samotności
i bezwzględnego, pustego oczekiwania
na oczywisty wyrok losu?
Czy taka perspektywa nie pozbawia
życia motywacji i godności?
Wystawa – złożona wypowiedź
artystyczna kuratorów Seliny Kiiskinen,
Elli Liippo i Anniny Sirén
z Muzeum Sztuki w Turku – ukazuje,
że hasło Handle with care jawi
się dziś nam nie tyle w kontekście
zwykłej opieki, lecz w pełnym sensie
egzystencjalnym. Jest postulatem
obrony sensu życia, przed
którym stoi cała nasza cywilizacja.
Znamienne, że angażuje on tak mocno
artystyczny świat Finlandii. Warto
było się o tym przekonać na niezwykłej
wystawie w Turku.
Z wystawą powiązana jest publikacja
zamieszczona na stronie
internetowej muzeum, uzupełniająca
z perspektywy różnych
gatunków przesłanie wystawy
i niosąca komentarz twórczy. Z niej
pochodzą cytowane w tym tekście
wypowiedzi Virpi Valtonen, doktor
nauk, edukatorki głównie z zakresu
międzygatunkowych relacji ze światem,
o silnej orientacji posthumanistycznej.
https://turuntaidemuseo.
fi/nayttelyt/handle-with-care [DW]
DANIEL WÓJTOWICZ
11
POST SCRIPTUM
Zdjęcie: Renata Cygan
12
POST SCRIPTUM
PERŁA NA DNIE ROZPACZY
Mówili, że to koniec. Ostatnie lato w oczach.
Kroplówki w małych żyłach i łysa przestrzeń marzeń.
Choć chwila czarnej wizji uwalnia w sobie pożar,
nadzieja jednak sypia na białym prześcieradle.
I każdy kąt od bólu zatraca rację bytu.
W klepsydrze czas oddycha i nie ma lepszej trasy.
Perłowe ściany ciszy. Mamusiu, boli. Przytul.
Ktoś żar dziecięcych westchnień milczeniem słów ugasił.
Mówili, że to koniec. I koniec nastał szybko.
Na dnie bolesnej rany wyryta rozpacz jutra.
Kruszynka kołysanek. Wzniecała szepty iskrą
ostatniej doby żalu. Zamilkły z bólu usta.
Perłowa mała trumna. W niej całe życie cierpień.
Scenariusz łzą splamiony i studnia gorzkich cierni.
A potem bezsens sensu. Cierpienie. Lata nieme.
Nie zdążył czas tej perły przyszłością zazielenić.
ANETA JASŁOWSKA
BĄDŹ OBOK ZAWSZE (strofa saficka)
Czas lubi konać, pewnie ja też zniknę
wśród wodospadu niespisanych wierszy,
przyjdę jak wtedy, w sukience błękitnej
uniesień pierwszych.
Zostawię zapach konwaliowych szeptów,
nutę lawendy na skraju tęsknoty
i pióro wieczne, niesforny apetyt
na czuły dotyk.
Na białej kartce zostawię marzenia,
dorobek myśli i poezję jutra,
zanim w ramiona uchwyci mnie ziemia
wspomnień nie utrać.
Chociaż czas zwilży morzem łez powieki,
będę ostoją i cumą przy sterze,
a potem cicho mój oddech uleci
wśród niemych ścieżek.
Ułożę w szafie nasze przemyślenia,
plany, rozterki i bagaż doświadczeń,
uśmiech i smutek, i wszystko na przemian,
bądź obok zawsze.
POST SCRIPTUM
13
TADEUSZ ZAWADOWSKI
POWRÓCIŁY ŁODZIE
powróciły łodzie do portów nie odkrywszy lądów.
wszystko
zostało już nazwane. nowe ziemie postarzały. dawno
skradziono złoto mirrę i kadzidło. przyglądam się
połamanym
masztom i zmęczonym twarzom żeglarzy. ich matki
nie doczekały synów. odpłynęły na wyspy z których
nie ma
powrotu. stęsknione żony znalazły innych kochanków.
spaceruję brzegiem morza. w oddali biała mewa
rozcina niebo jak żagiel.
ZAPOMNIANY PORT
już tu nie powrócę. odpłynęły wszystkie statki
które znałem po imieniu i z którymi
łączyły mnie długie podróże. nie mam
do kogo powracać. przystań stała się
nieobecnością. to nas łączy. ja też przypominam
opustoszały port. tylko mewy i rybitwy
znajdują do niego drogę. ludzie odpłynęli statkami
których zapomniałem imienia.
14
POST SCRIPTUM
Zdjęcie: Renata Cygan
POST SCRIPTUM
15
z Michałem Rapką w Dzierzgońskim Ośrodku Kultury
Józef Merstein-Jochymczyk
bard sinti jazzu w rozmowie o romskiej tradycji muzycznej i pasji tworzenia
rozmawia AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ
Postać wyjątkowa w świecie muzyki. Znany jako bard sinti jazzu, reprezentuje bogatą tradycję romskiej
muzyki przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Jego styl jest głęboko zakorzeniony w dziedzictwie
jego rodziny, a także inspirowany wielkimi nazwiskami, takimi jak Django Reinhardt i jego krewny
Schnuckenack Reinhardt – wybitny skrzypek. Muzyka Mersteina-Jochymczyka to połączenie romskich pieśni
i ballad, śpiewanych w oryginalnym języku Sinti, z jazzowymi wpływami hot swingu.
Od lat 80. XX wieku z powodzeniem koncertuje na scenie międzynarodowej, współpracuje z wieloma artystami,
bierze udział w prestiżowych festiwalach. Jego wyjątkowa twórczość, obejmująca utwory zarówno tradycyjne,
jak i autorskie, zyskała uznanie w całej Europie.
Józef Merstein-Jochymczyk – bard muzyki romskiej stylu sinti oraz manouche. Jego repertuar obejmuje
romskie pieśni i ballady charakterystyczne dla Romów niemieckich i francuskich. Artysta komponuje i pisze
teksty również w języku Sinti.
W 1983 roku nawiązał współpracę z Polską Agencją Artystyczną Pagart, co umożliwiło mu wyjazdy koncertowe
do Jugosławii, Niemiec, Włoch, Austrii, Czech i Słowacji. Brał udział w licznych festiwalach romskich
i jazzowych, w tym w prestiżowym Django Reinhardt Festival w Hildesheimie, gdzie występował z własnym
zespołem Józef Merstein Trio. W 2013 roku nagrał wspólną płytę z wybitnym słowackim skrzypkiem Jánem
Berkim Mrenicą pt. Me Givau, z którym wystąpił na Open Jazz Fest. W późniejszych latach współpracował także
z zespołem Holeviaters oraz Hanią Malaciną-Karpiel, a także z duetem Tschavolo & Kaja Vlasak – wirtuozami gitary
hot swingu. Jego muzyka była obecna na festiwalach w Niemczech, Czechach, Słowacji, a także w Polsce. Józef
Merstein występował również m.in. jako solista na festiwalu Romane Dyvesa w Gorzowie Wielkopolskim.
16
POST SCRIPTUM
Dziadkowie Józefa Mersteina – z albumu rodzinnego
Luis Merstein – Prawnuczek Józefa Mersteina
Muzyka
towarzyszy mojej rodzinie
od pokoleń
Jak to jest urodzić się w rodzinie wybitnych
muzyków?
Muzyka towarzyszy mojej rodzinie
od pokoleń. Krewni występowali na
dworach w Niemczech, Włoszech
i Szwajcarii. Dziadek, który pochodził
ze Szwajcarii, grał głównie muzykę
klasyczną, ale nie brakowało w jego
repertuarze czardaszy, które łączyły
elementy muzyki węgierskiej z romską.
Grał zatem utwory takich kompozytorów
jak Schubert czy Brahms,
ale zawsze przemycał swoje tradycyjne
melodie.
Moja rodzina była bardzo muzykalna.
Jednak sytuacja moich krewnych
podczas II wojny światowej była
trudna. Część rodziny znalazła się
w Drohobyczu, gdzie (dzięki niemieckim
dokumentom) była traktowana
jako Niemcy. Jednak w 1943 roku
wyszedł dekret Heinricha Himmlera
dotyczący czystości rasowej. Moim
krewnym groziła eksterminacja
w obozach koncentracyjnych, dlatego
natychmiast udali się do Krakowa,
gdzie uznano ich na włoską trupę
artystyczną – przybrali nazwisko
Ferrari. (uśmiech) Grali nawet dla
Hansa Franka. Warto w tym miejscu
nadmienić, że jeszcze przed wojną,
choć nie znali języka polskiego, Mersteinowie
występowali na polskich
dworach, m.in. u Potockich w Łańcucie,
co jest udokumentowane.
Po wojnie mój dziadek i kilku innych
członków rodziny postanowiło zostać
w Polsce, ale wielu krewnych
wyjechało. Moi rodzice również grali
i śpiewali; mama występowała też
w cyrku, który należał do mojego
wujka. Ci, którzy zostali, założyli zespół
muzyczny – koncertowali i nagrywali
m.in. w Radio Wrocław.
Czyli muzyka była w Pana życiu
wszechobecna i od zawsze?
Tak. U nas się grało niezależnie od
okoliczności – gdy ktoś brał ślub,
rodził się lub umierał. A jak nie było
okazji... to też się grało. (śmiech)
Jakie były Pańskie pierwsze wspomnienia
związane z grą na instrumencie?
Moja mama, pracując w cyrku, dużo
podróżowała, a tata zmarł, gdy byłem
mały. Wychowałem się przy wujku
– muzyku. To on ustawiał mi palce
na gitarze, potem kuzyni. W domu
było mnóstwo instrumentów. Z chęcią
na nich eksperymentowałem.
Kiedy byłem już nastolatkiem, próbowałem
moich sił w szkole muzycznej.
Nie chodziłem tam jednak
długo. Gdy zapisano mnie do niej,
POST SCRIPTUM
17
ja już potrafiłem grać. Profesorowie
zabierali mnie na koncerty, pojawiło
się inne granie. Na szkołę nie było już
czasu albo też rozpocząłem naukę
zbyt późno.
Czy pamięta Pan swoje pierwsze
występy publiczne? Jakie emocje
towarzyszyły Panu wtedy i jak te
doświadczenia wpłynęły na Pańską
przyszłą drogę muzyczną?
Pierwszy występ był w szkole podstawowej,
kiedy miałem osiem lat.
Przyniosłem gitarę do szkoły, a dzieciom
bardzo się spodobała moja gra.
To mnie motywowało do dalszych
występów. Pamiętam, jak przygrywaliśmy
na wieczorkach tanecznych,
a później jakoś zacząłem grać z kolegami
bluesowe przeboje takich
zespołów jak The Rolling Stones czy
The Beatles. Wśród owych kolegów
był m.in. Jurek Styczyński – gitarzysta
zespołu Dżem.
Opowiada Pan o tym tak, jakby
granie było czymś naturalnym,
a z występami przed publicznością
nie wiązała się żadna trema...
Niezupełnie tak jest. Ale rzeczywiście
chyba największą tremę miałem
w Teatrze Narodowym w Warszawie
podczas gali, na której Danucie
Szaflarskiej wręczano nagrodę Złotego
Berła za „wieloletni, najwyższej
próby kunszt aktorstwa scenicznego
i ekranowego”, przyznaną przez Fundację
Kultury Polskiej. Wieczór rozpoczynał
mój występ. Miałem, śpiewając,
przejść między publicznością
i podejść do aktorki, która uwielbiała
muzykę romską. Byłem naprawdę zestresowany,
tym bardziej że obok samej
pani Danuty w gali uczestniczyło
wielu wybitnych artystów. Świadczy
o tym choćby fakt, że garderoby
użyczył mi Janusz Gajos, częstując
mnie przy tym kieliszeczkiem żołądkowej
gorzkiej – tak na rozluźnienie.
(śmiech)
W latach 80. rozpoczął Pan współpracę
z Polską Agencją Artystyczną
Pagart. Jak to przełomowe wydarzenie
wpłynęło na Pańską karierę
muzyczną i umożliwiło wyjazdy
zagraniczne?
W 1983 roku dostaliśmy kontrakt
do Jugosławii, co otworzyło nam
drzwi do międzynarodowej kariery.
18
POST SCRIPTUM
Koncert w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku 2024
Dla nas, Romów,
muzyka to coś więcej niż dźwięki
to opowieść o naszej tożsamości
i historii
To była prawdziwa trasa koncertowa,
inspirowana muzyką bałkańską.
Grałem w różnych krajach i przez kilka
lat koncertowaliśmy nieustannie.
Współpraca z Pagartem była momentem,
który umożliwił mi występy
na europejskich scenach, m.in. we
Włoszech, w Niemczech i w Austrii.
Wspaniała przygoda i wiele niezapomnianych
wrażeń. Naprawdę trzeba
było się podobać, aby dostać angaż
międzynarodowy.
Grałem choćby w zespole Carusso
Band razem z Jerzym „Kopą” Kopińskim
– znakomitym tenorem,
który śpiewał arie operowe i operetkowe,
a także włoskie standardy.
W skład zespołu wchodzili również:
Jerzy Ozimkowski – saksofon, gitara,
śpiew; Ryszard Kramarczyk – piano
elektryczne; Krzysztof Baliś – perkusja
oraz Stanisław Dudek – organy elektryczne.
W późniejszym czasie do zespołu
dołączył Marian Kłeczek – saksofon
i instrumenty klawiszowe. Naszą
pierwszą wokalistką była Janina
Trzaska, którą później zastąpiła Maria
Kramarczyk. Był też okres, kiedy śpiewała
z nami Lili Ivanova z Bułgarii.
Zanim ochrzczono nas Carusso
Band – tak na nas mówili miejscowi
i pod tą nazwą byliśmy znani na
całym wybrzeżu adriatyckim – nazywaliśmy
się Dreams (to nasza oficjalna
nazwa, pod którą zarejestrowano
nas w Pagarcie).
Jak współpraca z artystami takimi
jak Ján Berky Mrenica czy duet
Django Always wpłynęła na Pański
rozwój artystyczny?
Ján Berky Mrenica to wybitny słowacki
skrzypek, który zasłynął jako
mistrz muzyki ludowej, zwłaszcza
romskiej i węgierskiej. Pochodził
z rodziny o bogatych tradycjach
muzycznych i stał się jednym z najbardziej
rozpoznawalnych muzyków
romskich w Europie Środkowej. Miał
ogromny wpływ na moje utwory –
z jego orkiestrą nagraliśmy płytę pt.
Me Givau, na której zaśpiewałem.
Z kolei z Django Always z Pragi, specjalizującym
się w stylu gypsy jazz
wzorowanym na twórczości Django
Reinhardta, grałem na licznych festiwalach.
To jest duet, który tworzą
Tschavolo i Kaja Vlasak – syn
Jednym z największych wyzwań na
mojej drodze muzycznej było opanowanie
nieparzystego metrum, które
najczęściej występuje w muzyce
ludowej oraz tradycyjnej z różnych
regionów świata, zwłaszcza na Bałkanach
i w Turcji. Rytmy na 7/8 czy
9/8 wymagają dużej koncentracji
i precyzji. Łatwo zgubić się w tempie,
a wtedy powrót do właściwego rytmu
może być jak błądzenie po ciemnym
lesie. Praca z Macedończykami
była szczególnie trudna, ponieważ
ich muzyka ma zupełnie inny podział
rytmiczny, co stanowiło nie lada wyzwanie.
Szczególnie dla naszych perkusistów
takie granie było czasem
naprawdę stresujące, wręcz wywołujące
traumę. (uśmiech) Natomiast
mnie, dzięki romskim korzeniom
i doświadczeniu w graniu muzyki
z „romską duszą”, przychodziło to
naturalniej.
Dobrzy muzycy potrafią jednak się
nawzajem zrozumieć i razem stworzyć
coś wyjątkowego mimo tych
różnic. Przykładem takiego wyzwania
było chociażby zagranie hymnu
Jugosławii Jugoslavija w rytmie 7/8.
Jak zmieniało się Pańskie podejście
do muzyki na przestrzeni lat?
Najważniejsza jest
silna wola
i ojciec. Tschavolo to takie „cudowne
dziecko”, wirtuoz gitary, niezwykle
uzdolniony. Na scenach występuje
od dziecka.
Były to dla mnie bardzo ważne projekty,
które rozwijały moje umiejętności
i otworzyły nowe perspektywy
muzyczne.
Muzyczne drogi doprowadziły Pana
również do góralki Anny Malaciny-
-Karpiel…
Ania Malacina-Karpiel to utalentowana
wokalistka, współzałożycielka
zespołu Holeviaters, który łączy muzykę
folkową z brzmieniem swingowych
standardów i ballad jazzowych.
Nawiązaliśmy współpracę, a ja wystąpiłem
na koncercie urodzinowym
grupy w Zakopanem w hotelu Antałówka.
Zdecydowanie jednoczy nas gypsy
jazz, a współpraca skupia się na
łączeniu tradycyjnych elementów
muzyki romskiej z nowoczesnymi
brzmieniami.
Jakie były największe wyzwania,
które napotkał Pan na swojej drodze
muzycznej?
Obecnie wykonuję utwory skomponowane
przez moich wujków: Thomasa
Triskę-Daumenickela i Schnuckenacka
Reinhardta. Ja piszę teksty
do tych utworów i koncentruję się na
promowaniu tej kultury. Polska publiczność
powoli zaczyna rozumieć tę
muzykę, ale szczególnie wzruszające
są dla mnie koncerty we Włoszech,
gdzie jej odbiór jest wyjątkowy. Tam
publiczność momentalnie utożsamiają
się z tym, co gram i o czym
śpiewam. U nas, w Polsce, muzyka
sinti jazz dopiero wchodzi na rynek.
A śpiewa Pan o…? Mam na myśli
własne teksty.
Moje teksty są mocno zakorzenione
w tradycji, opowiadają o życiu, wolności,
tęsknocie za pięknymi miejscami.
To muzyka prosta i głęboka,
odzwierciedlająca dawne, wędrowne
życie Sinti.
A jak starsze pokolenie odbiera to
„ubranie” tradycyjnych pieśni Sinti
w słowa przez Pana napisane?
Często czerpię inspirację z własnych
POST SCRIPTUM
19
Józef Merstein Trio – archiwum prywatne
doświadczeń, ale też z historii, które słyszałem od starszych.
Kiedy gram i śpiewam, czuć tę wspólną energię –
to muzyka, która łączy ludzi. Starsze pokolenie Romów
przyjmuje te pieśni tak, jakby znali je od zawsze. Opowiadam
o uczuciach, które są uniwersalne, Dla nas, Romów,
muzyka to coś więcej niż dźwięki – to opowieść o naszej
tożsamości i historii
Obecnie jest Pan uznanym bardem muzyki romskiej.
Jak patrzy Pan na swoją dotychczasową drogę muzyczną,
a także co najbardziej Pana cieszy i co planuje Pan
na przyszłość?
Cieszy mnie to, że mogę grać swoją muzykę – tę, na której
się wychowałem. W przeszłości przez 25 lat grałem
w zespole instrumentalno-wokalnym Allados wraz
z kolegami: Jerzym Tworkiem – lider, śpiew, harmonijka
ustna; Januszem „Siksą” Sikorą – perkusja; Stanisławem
Żbikiem – gitara; Zbyszkiem Bolkiem – gitara. Graliśmy
covery muzyki rozrywkowej: Leonarda Cohena, Erica
Claptona, Niebiesko-Czarnych, Czesława Niemena, Breakout
oraz kilka naszych własnych kompozycji.
A moje plany na przyszłość? Być aktywnym muzycznie,
komponować i występować. Obecnie gram z utalentowanymi
muzykami, z którymi rozwijamy nowe projekty.
20
POST SCRIPTUM
Aktualnie Centrum Kultury i Historii Romów w Oświęcimiu
wraz z Telewizją Kraków kręcą film biograficzny
o mnie. Zdjęcia zostaną zrealizowane m.in. w Gdańsku
podczas prób, a także podczas koncertu.
Uprzedził Pan moje pytanie. (uśmiech) Wkrótce przecież
zagra Pan podczas koncertu upamiętniającego 80.
rocznicę zagłady Sinti i Romów.
Tak. Koncert odbędzie się w Gdańsku w Muzeum II Wojny
Światowej. Wystąpię z towarzyszeniem Orkiestry Symfoników
Bydgoskich. Będzie także wielu innych artystów.
Wydarzenie organizowane jest przez Romskie Stowarzyszenie
Oświatowe Harangos.
Mam do tego rodzaju uroczystości bardzo osobisty stosunek,
ponieważ siostra mojej mamy wraz z czwórką dzieci
zginęła w Auschwitz.
Wiele lat temu razem z Aloszą Awdiejewem zagrałem kilka
koncertów upamiętniających poległych Romów i Sinti,
m.in. w Piwnicy pod Baranami.
Czy w Pana rodzinie kontynuowane są tradycje muzyczne?
Tak, oczywiście! Moja wnuczka Wanessa mieszka w Londynie
i z jej synkiem, a moim prawnuczkiem Luisem,
Festiwal Django Reinhardt 2023 w Hildesheim; na zadjęciu Józef Merstein wraz z Kaja & Tschavolo Vlasak z Pragi (gitary),
Carolin Pook (skrzypce), Jan Hanzl (kontrabas) – archiwum prywatne
który ma dopiero cztery lata, wspólnie gramy na gitarach
– głównie przez internet. Kiedy był u mnie latem,
widziałem w nim ten dryg – jakbym patrzył na siebie
z przeszłości. (uśmiech) Mój syn też śpiewa i gra, choć nie
zajmuje się tym zawodowo. Jest naprawdę rewelacyjny.
Katarzyna, moja córka, pięknie tańczy. A żona również
jest utalentowana. Grażynę poznałem w zespole muzycznym
Radial, w którym razem ze mną śpiewała. Miało to
miejsce na przełomie lat 1978/1979.
Czy jest coś, czego Pan żałuje, co poświęcił Pan muzyce?
Żałuję, że ten czas tak szybko uciekł. Mojego syna zobaczyłem
dopiero, gdy miał siedem miesięcy – to było
w 1986 roku, kiedy wróciłem z Jugosławii. Córka miała
wtedy pięć lat. Miesiąc spędzałem w kraju, a potem znów
wyjazd. Żona odwiedzała mnie czasem w lecie; przyjeżdżała
do Sarajewa, a potem podróżowaliśmy razem – od
Dubrownika przez Sutomore aż po włoską granicę.
Jak można się z Panem skontaktować w sprawie koncertów?
Zdecydowanie najlepiej napisać przez Messengera, ale
informacje znajdują się także na stronie Michała Rapki –
muzyka, z którym gram.
Od 2016 roku mam swój zespół – Józef Merstein Trio,
który tworzą wraz ze mną: Michał Rapka – kontrabas,
Tomasz Kobiela – gitara. Muzycy wywodzą się z krakowskiej
grupy jazzowej. Razem graliśmy na wielu festiwalach
w kraju i za granicą. Byliśmy pierwszą polską grupą, która
wystąpiła na międzynarodowym festiwalu Django Reinhardt
Festival w Hildesheimie w Niemczech. Chętnie przyjedziemy
zagrać, gdyby ktoś miał życzenie nas zaprosić.
A Pańskie życiowe motto?
Myślę, że najważniejsza jest silna wola. Trzeba ją mieć,
szczególnie w świecie show-biznesu, gdzie łatwo się pogubić.
Sława i popularność często idą w parze z różnymi
pokusami, jak używki czy inne zagrożenia. Widziałem,
jak wielu muzyków się na tym potknęło. Dla mnie silna
wola jest tym, co pozwala trzymać się swoich wartości
i dokonywać mądrych wyborów, nawet jeśli życie bywa
wymagające. Trzeba wiedzieć, kiedy zachować umiar
i gdzie postawić granicę… No, a przynajmniej próbować.
(śmiech)
Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów
muzycznych. [AKW]
AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ
POST SCRIPTUM
21
Foto: Pixabay
22
Wanda Dusia Stańczak
POST SCRIPTUM
W ZAMYŚLENIU
Z ogrzanego ciepłem
choinkowych lampek
bezpiecznego wnętrza
wypełnionego magią
uroczystej aury
wymknęła się myśl
na zachlapany
zimny świat
błądzić tak będzie
czekając naiwnie
na niedoczekanie
aż świt ją zmorzy
snem zbawiennym
budząc z zamyślenia
GWIAZDKA
Znów poczekam
na pierwszą gwiazdkę
w tę noc cudów i magii
wiem że się nie spełni
najważniejsze
ale widzę w myślach
jak wygląda mój nos
rozpłaszczony na szybie
i wtedy uśmiecham się
do wszystkich marzeń
zapakowanych odświętnie
a najbardziej do tych
nie do spełnienia
taka prywatna
Gwiazdka
TAMTEN ŚNIEG
NOCNY SEANS
Ta wyjątkowa
wigilijna noc
oświetla myśli
sypie pyłem przemijania
wsuwa cię w fotel
przypomina dawne
zdarzenia z bohaterami
którzy już nigdy
nie zagrają z tobą
w ziemskim spektaklu
oglądasz przeszłe sceny
i widzisz drzewo
z pogubionymi konarami
wiele ran niezabliźnionych
opatrujesz myślą ciepłą
z maratonu filmowego
zabiera cię świt
by znów zaprosić
za rok…
Zawirowały śnieżynki
pomarańczowo
zupełnie jak wtedy
pół wieku temu
w ciepłym sodowym
świetle latarni
za oknem salonu
ciotki Bronki
tradycja u niej przykrywała
wielki stół bielą obrusa
dla całej rodziny
rozmowy radość prezenty
a potem szesnaście
pięknie zgranych głosów
i kolędy kolędy kolędy
zasłuchana przykejałam
nos do szyby
zapatrzona w wirujące
płatki śniegu
i złoto latarni
obraz niepowtarzalny przytulał
skarby moich myśli
baśniowych z chórem w tle
z bohaterów tych nocy
zostałam tylko ja
POST SCRIPTUM
23
Artysta???
Zaczepił mnie na ulicy. Bezczelnie. Powiedział
wprost, że wpadłam mu w oko. On mi też wpadł.
Musiał zresztą wpaść każdemu, kto go tylko zobaczył,
bo wyglądał nietypowo, kolorowo, jak papuga
w stadzie wróbli. Nie miał wprawdzie wielobarwnych
piórek, ale za to nosił czerwony kapelusz, żółtą marynarkę,
niebieskie spodnie i pomarańczowe buty. Spod
kapelusza wystawał długi kucyk siwiejących włosów, wyglądający
jak pędzel dyndający z tyłu głowy! Od razy wiedziałam,
że to artysta, i to w dodatku stuknięty. Bo nikt
przy zdrowych zmysłach nie chodzi tak ubrany! Jak pajac!
– Może byś poszła ze mną na kawę? – zaczął bez zbędnych
wstępów.
– Dobrze – zgodziłam się, sama nawet nie wiem czemu.
Miał w sobie jakąś magiczną siłę, którą mnie przyciągnął
jak magnes opiłki żelaza. Poszliśmy do kawiarni. Kawa
była pyszna, a on gadatliwy jak mało kto. Nawet mnie nie
dopuścił do słowa, tylko nawijał i nawijał, a ja słuchałam
z rozdziawioną buzią, bo miał gadane! Po godzinie wiedziałam
o nim wszystko, o czym chciał, żebym wiedziała.
Jakim to jest genialnym artystą malarzem, że Van Gogh
mógłby się od niego wiele nauczyć, wtedy nie byłoby
w obrazach Holendra tyle brudów i niedoskonałości, a Fałatowi
by podpowiedział, jak malować akwarele, żeby to
nie wodne farby nim rządziły, ale żeby to on przewidywał
zachowanie się farb! Jak zdążyłam mu się wtrącić w wartki
potok słów i zapytać, jaką kończył uczelnię artystyczną,
to nie odpowiedział, tylko zaczął rzucać nazwiskami
wybitnych artystów, którzy go uczyli. A poza tym – jak
mówił, a ja zobaczę niedługo – jest genialny, w związku
z tym ma całe rzesze wrogów w środowisku artystycznym,
którzy zazdroszczą mu talentu i sukcesów komercyjnych.
W dodatku jego obrazy są w kolekcjach na całym świecie,
w całym układzie słonecznym i w całej galaktyce…
Tu przerwał, bo widział, że jednak przeholował, i zaczął
z innej beczki: gdzie to nie bywał na plenerach, oczywiście
międzynarodowych, i z kim to się nie spotykał, i jak
to się wszyscy zachwycają jego obrazami, a kto się nie
zachwyca, ten nie ma gustu, artystycznego smaku ani się
nie zna na sztuce. I tak paplał ze dwie godziny, a ja, jak zahipnotyzowana,
słuchałam jego słów o nim samym. Wi-
24
POST SCRIPTUM
dział siebie jako giganta, i to takiego formatu, że Leonardo
da Vinci wespół z Michałem Aniołem, gdyby dzisiaj
żyli, to nosiliby za nim sztalugi i myli mu w rozpuszczalniku
pędzle. Kawa się skończyła. Mój czas też. Chciałam się
pożegnać, ale zatrzymał mnie na chwilę i powiedział, że
mam tak ciekawą i inspirującą twarz, że musi namalować
mój portret! A ja, łatwowierna idiotka, jak na tę kawę,
dałam się zaprosić do jego pracowni, by mu pozować do
tego portretu, bo – jak stwierdził – przejdę do historii.
Pracownia rzeczywiście zrobiła na mnie wrażenie. Panował
tam nieopisany bałagan, choć właściwie powinnam
powiedzieć, że nieład artystyczny. Gołe manekiny,
wrzeszczące papugi w klatce, stare krzyże wiszące u sufitu,
zdezelowane instrumenty (kontrabas, skrzypce, akordeon),
reprodukcja Ostatniej wieczerzy oraz oryginały
jego obrazów.
Posadził mnie w jakimś wiekowym fotelu przykrytym
czerwonym aksamitem i zaczął malować. Na jego twarzy
widziałam to zdziwienie, to zachwyt, to natchnienie.
Wyciskał z tubek farby na paletę, po czym je mieszał
i przenosił na płótno pędzlami różnych rozmiarów.
– To najdroższe farby, najlepszych firm: Maimeri, Renesans.
Royal Talens… I pędzle też z najwyższej półki!
Z włosia borsuka! – wytłumaczył mi rzeczowo i z dumą,
widząc moje zainteresowanie tym, co wyprawia. A zachowywał
się dziwnie, jak to artysta. Raz podchodził blisko,
na odległość kilku centymetrów i gapił mi się w oczy;
innym razem odchodził pod samo okno, by z przechyloną
w prawo głową i przymrużonymi oczami mi się przyglądać.
Mruczał coś pod nosem, gadał do siebie, że światło
coś nie takie, że jestem z twarzy zmysłowa, a to ponoć
wielka zaleta i wielki walor. I tak do wieczora. Nie mogłam
już dłużej wysiedzieć prawie bez ruchu. Tym bardziej
że wymyślił, że mam się uśmiechać „ustami czerwonymi
jak róża”. Więc z tym przylepionym różanym uśmiechem
siedziałam jak idiotka, marząc o tym, by prócz tego
sztucznego wykrzywienia ust mieć także kolce od róży,
którymi bym go kłuła, by albo szybciej malował, albo dał
mi święty spokój. Jakby znał moje myśli, bo nagle rzucił
pędzle w kąt i oświadczył, że właśnie mu się wyczerpało
natchnienie i mój portret dokończymy jutro!
Zamiast darować sobie tego artystycznego megalomana,
mitomana i tumana w jednaj osobie, to przylazłam kolejnego
dnia do tej jego zafajdanej pracowni. Już czekał.
Zaparzył jakąś stęchłą kawę plujkę. Znów mnie usadził
w tym antycznym fotelu okrytym purpurą. I znów łaził
dokoła, gapił się na mnie, coś tam gryzmolił tymi borsuczymi
pędzlami różnej grubości. Klął pod nosem. Wreszcie
nie wytrzymał:
– Jesteś tak wyjątkową modelką, że nie dasz się traktować
jak zwyczajna piękna dziewczyna. Bo ty jesteś nadzwyczajna,
godna wyjątkowego portretu! – wyrzucił
z siebie, po czym dodał: – Walnijmy sobie po kielichu, to
wtedy będzie mi łatwiej się skupić nad twoją niebanalną
twarzą, a tobie przyjemniej czas upłynie w tym zabytkowym
fotelu, na którym siadali królowie! Ale ty też jesteś
prawdziwą królową! Przynajmniej dla mnie!
Zza stojących pod ścianą niedokończonych dzieł wyciągnął
flachę jakiegoś złocistego płynu. Rolę kielichów pełniły
dwie szklanki, które napełnił niemal do pełna. A ja,
idiotka, jak gdyby to była szklanka soku pomarańczowego,
wypiłam razem z nim prawie duszkiem!
– No, teraz to nam pójdzie! Na luzie! – obwieścił uroczyście,
wciskając mnie, królową, w królewski fotel.
Rzeczywiście, jeszcze bardziej się ożywił, mruczał coś pod
nosem, mieszając farby na tęczowej palecie, a mnie zaczęło
się mieszać w głowie. Choć błogi spokój mnie ogarnął,
było mi dobrze, błądziłam myślami, już nawet nie
wiem gdzie i z kim, nie zapominając wszakże o „różanym
uśmiechu”. Z kolorowych myśli wyrwał mnie jego głos:
– Widzisz jak dobrze? Od razu mi lepiej idzie! Uchwyciłem
twoje podobieństwo, ale by nie wymknęło mi się
spod pędzla, to szklanica na drugą nóżkę – zaproponował,
by procentowe siódme niebo obsypało go natchnieniem,
a mnie anielskim spokojem, niezbędnym atrybutem
modelki, którą teraz byłam już na 200 procent, dzięki
(jak mnie poinformował) 70-procentowemu trunkowi
przywiezionemu z międzynarodowego pleneru w Afryce
północno-południowej.
Już się nie musiałam starać, aby być tą w pełni profesjonalną
modelką, bo czułam, że nią po prostu jestem. Tym
bardziej że wciąż się mną zachwycał. A ja nawet nim, bo
z jednej palety zrobiły się dwie, z którymi jak na skrzydłach
wzlatywał w natchnienia, by świat oniemiał, gdy zobaczy
mój portret. On sam zobaczył we mnie nie tylko twarz,
ale i resztę. Gdy nalewał trzecią kolejkę, to stwierdził
z pełnym profesjonalizmem:
– Wiesz, dziewczyno, ty się nadajesz nie tylko na portret,
ale i na akt! Że ja tego wcześniej nie zauważyłem.
Wypiliśmy z wolna, a raczej wysączyli ósme już niebo
w płynie. Czas dla mnie przestał płynąć. Ale za to ja
pływałam. Nawet nie pamiętam, jak zrzuciłam ciuszki
i nagusieńka jak Ewa w raju położyłam się w tym fotelu.
A on mnie malował, chyba w różnych pozach, bo mnie
nieustannie poprawiał, układał, przekładał. Nie wiem,
jak długo to trwało, ale chyba długo… Nie wiem, co się ze
mną działo, ale się działo… Może to był dzień, może trzy
noce… On nic nie jadł, choć jak przez mgłę słyszałam, że
głodny i ma wilczy apetyt… A ja leżałam bez ruchu, chyba
że przychodził i mnie uruchamiał…
Powoli dochodziłam do siebie, choć zbyt daleko odeszłam…
Płomień różanego uśmiechu zgasł, a ja płonęłam
ze wstydu… Ubrałam porozrzucane dokoła moje fatałaszki…
Z bólem i z szumem w głowie podeszłam do sztalug,
na których z płótna spoglądała na mnie jakaś pokraka ani
do ludzi, ani do zwierząt niepodobna.
– To ma być to arcydzieło???!!! – krzyknęłam oburzona
i wytrącona z równowagi, choć trudność z równowagą
miałam też jeszcze przez ten wredny trunek.
– Co się denerwujesz? Miłość ważniejsza od sztuki! Bo:
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku, nie unosi się pychą. A ty jesteś boginią
– wybełkotał skulony na tapczanie.
– Za to z ciebie zwyczajny ch**! – Trzasnęłam drzwiami
i wybiegłam, wtapiając się w falujący tłum, który utulił
mnie litościwie anonimową, szarą obojętnością… [JW]
JULIUSZ WĄTROBA
POST SCRIPTUM
25
Zodiak
26
POST SCRIPTUM
Mój pierwszy ZODIAK powstał blisko
cztery lata temu. Pomysł na
zamknięcie tematu odpłynął jednak
tak szybko, jak się pojawił. W 2022 roku
powrócił za sprawą zaproszenia mnie przez
Andrzeja Pągowskiego do projektu XII edycji
Kalendarza Artystycznego Gedon Richter/
Kobiece Konstelacje, w którym miałem przyjemność
wykonać dwunastą kartę Kobiety
Strzelca. Na początku tego roku postanowiliśmy
z Moniką Pietrzak / Vinci Art Gallery
w Poznaniu zamknąć temat wystawą.
Rok 2024 był dla mnie trudny. Wymusił dużą
dyscyplinę. Jestem ekstremalnie wydelikacony
(nie mylić ze słabością). Jako przeciwnik
wszelkich form wykluczania i zwolennik
wartości dodawanych wpuściłem do mojego
gwiazdozbioru trzynasty znak WĘŻOWNIKA,
na temat którego tyle się spekuluje. Takim
sposobem powstał spójny w swej różnorodności
zbiór trzynastu obrazów olejnych,
moich znaków szczególnych, krótkich historii
na temat naszej natury. Niektóre z nich
wydarzyły się naprawdę. Są na to dowody...
Nadchodzący rok wchodzi w znak WĘŻA, co
też uznałem za właściwą klamrę dla mojej
pracy. Wystawa była podsumowaniem mojej
dotychczasowej aktywności twórczej. Przede
mną są już nowe wyzwania, w których już jestem
mocno osadzony. Dedykuję ją tym, którzy
byli, są i ciągną mnie za uszy w górę.
Artur Smoła
Wystawa ZODIAK odbyła się 15 listopada – 6 grudnia
Koziorożec
Waga
Skorpion
Strzelec
Wodnik
Ryby
Baran
Byk
Bliźnięta
Rak Lew Panna
POST SCRIPTUM
27
28
POST SCRIPTUM
Natalia
ŚLIZOWSKA
POST SCRIPTUM
29
30
POST SCRIPTUM
Natalia Ślizowska – wizjonerka,
projektantka mody haute
couture, absolwentka dwóch
wyższych szkół (magistra
sztuki i absolwentka Politechniki
Łódzkiej), finalistka
programu Project Runway
w 2014 roku. Kobieta, która
nie potrafi siedzieć bezczynnie,
bo ma ręce pełne
pomysłów i szycia. Łączy
style, uwielbia kolory
i modę z przepychem. Nie
nudzi. Niezmiernie zdolna,
przekorna, młoda. Z krwi
i kości – gorzowianka.
Bohaterkę wywiadu znalazłam
w internecie. W samym
tym fakcie nie ma nic niezwykłego
– niezwykłe były
suknie. Zachwycające feerią
kolorów, stylem, przepychem,
ale również elegancją
i przemyślanie dobranymi
dodatkami. Starannie prowadzona
strona w internecie
i autentyczne media społecznościowe
są warte śledzenia.
Zachwyciłam się tą silną
drobną kobietą, która ma
pomysł na siebie, i na modę.
Inny niż klasyka i stonowane
kolory. Jej projekty łączą artyzm
z możliwościami współczesnych
tkanin. Czasem
w sposób zaskakujący.
G
Gorzów
w Nowym Jorku
rozmawia katarzyna brus-sawczuk
Natalio, zacznę od nietypowego pytania:
Za co lubisz Björk?
Pamiętam, że miałam sześć lat, a mój
starszy o siedem lat brat przyniósł mi
kasetę magnetofonową, była na niej nagrana
druga płyta Björk – Post. Znałam
tylko jedną piosenkę, w której drobna
istota o niesamowitym wyglądzie i głosie
ucieka przed niedźwiedziem. To mi
się tak podobało. Zakochałam się w tej
muzyce. Zobaczyłam, że artystka tworzy
coś zupełnie innego, wtedy może nawet
niszowego. Nieziemski głos i niesamowite
pomysły – tak odczuwałam tę muzykę.
Polubiłam ją, bo była inna, z dzikiego
miejsca, przez całe życie wierna swojej
inności. Była i jest dla mnie inspirująca.
Przekładając na świat mody – pojawił
się flow. Coś się wydarzyło…
Ja mam bardzo mało czasu, ciągle coś
robię, ale w dużej mierze kieruję się intuicją.
Czasem dzieje się coś takiego,
że musisz reagować, być spontaniczna.
Nasze Miejskie Centrum Kultury chciało
zrobić coś artystycznego, pokaz mody,
jakiego nigdy nie było, z okazji 30-lecia
ich istnienia. Chcieli pokazać moje kreacje,
ja od wielu lat marzyłam o tym,
wpadłam więc na pomysł, że jeśli zgodnie
z zamówieniem miałby to być megashow,
to dlaczego nie coś szalonego,
inspirowanego kostiumami. Pomyślałam
o Björk. Pomysł został zaakceptowany –
ja, mając wiele zawirowań w życiu, pracowałam
bardzo ciężko dwa, może trzy
miesiące, wszystko działo się na niesamowitym
przyśpieszeniu. Wymyśliłam
i zrealizowałam kolekcję. Jak na taki krótki
czas wyszło pozytywnie.
Nie bądź skromna! Ja wiem, że odbiór
tego pokazu był bardzo gorący, a publiczność
zachwycona. Ale, ale… jak to się
stało, ze Björk dowiedziała się o Tobie?
To było niesamowite również dla mnie.
Robiąc kolekcję, obserwowałam media
społecznościowe, wiedziałam oczywiście,
kim jest stylistka, która dba o wizerunek
Björk. Pewnego dnia, po tym, jak
już zrobiłam ten pokaz, wypiłam trochę
prosecco i pomyślałam sobie, że do odważnych
świat należy. Napisałam do
niej. Pokazałam jej na Instagramie, co
zrobiłam i jak to wyglądało. Nie minął tydzień,
dostałam odpowiedź, żebym na ich
służbowego maila wysłała projekty. Hm…
nie zrobiłam niestety tego do dzisiaj.
Dlaczego…?
Ja jestem szalona, ale szalenie perfekcjonistyczna.
Uznałam, że to nie mogą być
takie luźne zdjęcia, lepiej żeby wszystko
odbyło się bardzo profesjonalnie. Pomyślałam,
że powinien powstać katalog,
opracowany materiał, ale potem, jak
to zawsze u mnie, zrodziły się wątpliwości
– a może to jeszcze nie ten czas?
Może niewiele jeszcze potrafię? Może te
ubiory jednak są za słabe, żeby tak wysoko
startować? Ja oczywiście miałam
świetne zdjęcia z tego pokazu, zrobione
przez profesjonalnego fotografa i myślałam
sobie, że muszę zrobić to dopracowane
portfolio, ale „czynnik Natalii”
w mojej głowie to oddalał.
Ale kiedy to było? Zabrzmiało , jakby
minęły trzy lata…
W maju tego roku… (westchnienie)
(śmiech)
Czyli sprawa jest otwarta, może Björk
zamówi u Ciebie jakąś niesamowitą
kreację? Chciałabyś?
Oczywiście, że chciałabym. Każdy projektant
ma jakąś swoją idée fixe. Jeden
chce ubierać Madonnę, drugi Ozzy’ego
Ossbourne’a. Moim marzeniem jest
ubrać scenicznie Björk. To byłoby coś!
Jest we mnie nadal imaginacja zafascynowanej
artystką sześciolatki. Szykuję
się do tego, aby coś jej posłać. Jednak
chcę pokazać to maksymalnie profesjonalnie.
Pracuję nad tym.
Trzymam kciuki! A teraz, wróćmy do
rzeczywistości. Jak Ty zaczęłaś swoją
przygodę z modą? Absolwentka Politechniki
Łódzkiej. Jakiego wydziału?
Jestem architektem tekstyliów. Taki wydział
ukończyłam. To był bardzo techniczny
kierunek. Jednak wcześniej było
liceum plastyczne, więc wrażliwość na
piękno i sztukę w zasadzie nosiłam w sobie
od czasu wszesnonastoletniego.
Aaa… liceum plastyczne. To wszystko
wyjaśnia. Tam rodzą się talenty.
W piątej klasie, w ramach obrony pracy
dyplomowej, napisałam sztukę odegraną
przez dzieci i zaprojektowałam dla
nich ubrania na scenę. Wtedy nie miałam
pieniędzy na to, aby stroje uszyła
profesjonalna krawcowa, a ja myślałam,
że nie potrafię szyć. Maszyna do szycia
stała w tym czasie w domu, w wielu
domach tak było. Był to słynny w tamtym
czasie Łucznik. Wiedziałam, że mój
tata potrafi szyć, bo opowiadał mi, jak
w po-PRL-owskich – biednych, ale
w gruncie rzeczy barwnych czasach – szył
sobie spodnie dzwony. Pamiętam też, że
jak miałam pięć lat, moja mama z ciocią
miały w domu – to były lata 90. – malutki
zakład krawiecki. Chodziły z uszytymi
ubraniami do rozpowszechnionych
w tamtych czasach butików. Pomyślałam
sobie, że któreś z nich pokaże mi,
jak to się robi. Okazało się to tak banalnie
proste, że już drugiego dnia zakochałam
się w takim „tworzeniu” ubrań.
Przerabiałam, szyłam, a sterta rosła.
W tamtym czasie nie wiedziałam, że istnieją
kierunki studiów związane z modą.
W szkole nieśmiało wspominałam o zainteresowaniach,
ale żaden z nauczycieli
nie dał mi żadnych informacji o takich
kierunkach. W tamtym czasie postrzegano
je być może jako gorsze, nieznane,
a może po prostu mało przyszłościowe.
Nie było też internetu. Przypadkowo –
z informatora w kiosku – dowiedziałam
się, że takie kierunki można studiować
w Łodzi. Ludzie idą na malarstwo,
rzeźbę, nic tutaj dla mnie nie ma. Przy
wnikliwszym czytaniu zobaczyłam:
POST SCRIPTUM
31
Moim marzeniem jest ubrać
scenicznie Björk
projektowanie ubioru. Mogło spełnić się
moje marzenie. Jednak rodzice byli przeciwni.
Mama zawiozła mnie do szkoły
techniki dentystycznej.
Bycie technikiem dentystycznym, ceramistą,
to też dziedzina artystyczna…
trzeba mieć wyobraźnię, oprócz umiejętności
rzemieślniczych. Rozumiem
jednak, że czułaś się wtedy tak, jakby
rodzina trochę ucięła Ci skrzydła?
Ja tę szkołę ukończyłam. Zawsze staram
się kończyć, jeśli coś zaczynam. Po
pierwszym roku [szkoła jest dwuletnia
pomaturalna – przyp.red.] wiedziałam
już, że protezy i ortodontyczne aparaty
ruchome – mimo że mówisz, że zawód
technika jest artystyczny – to kompletnie
nie mój świat. Postanowiłam, że jednak
zaaplikuję na studia związane z modą.
Było to trudne, bo równocześnie studiowałam
i uczyłam się w dwóch odległych
miastach: Łodzi i Zielonej Górze. Bieda,
liczenie każdego grosza, żeby przeżyć,
32
POST SCRIPTUM
żeby po raz kolejny przemieścić się pomiędzy
miastami, tego wtedy doświadczałam.
Jednocześnie to mnie wzmacniało.
Myślałam, że muszę robić w życiu
to, co lubię, to, o czym marzę, więc że
warto zawalczyć. Wszyscy z rodziny widzieli
mnie już przy protezach, ale się
uparłam. Pewnego dnia, później, kiedy
już wiele rzeczy zmieniło się w moim życiu,
jechałam z Łodzi do Zielonej Góry
i postanowiłam, że zajrzę do mojej dawnej
szkoły. Weszłam i nie wierzyłam własnym
oczom. Na ścianie w głównej sali wisiał
mój dyplom i odręczne rysunki struktury i
anatomii zębów. Robiłam ich wtedy dużo
i przychodziło mi to z łatwością.
To są detale. Warstwy. Światło. Natura
potrafi być najlepszym artystą. Szkoła
oddała hołd twojej artystycznej duszy
i zdolnościom? Tak to odczułaś?
Byłam wzruszona, myślałam o sobie jako
o jednej z wielu absolwentek, a tu taka
niespodzianka.
Nie wiesz o tym, ale dla „Post Scriptum”
zrobiłam kiedyś wywiad z mieszkającym
w Kuala Lumpur rzeźbiarzem ceramistą,
Nasserem Shademanem, który
poza swoją niezwykle precyzyjną pracą
w ceramice na specjalne zamówienia
w strukturze koron protetycznych wykonuje
precyzyjne rzeźby pod mikroskopem.
Jego ulubieńcem jest Leonardo da
Vinci. On akurat poszedł w przeciwną
stronę. Ale to, co robi, jest sztuką.
Ciekawe. Za rysunki zębów w pracy dyplomowej
dostałam maksymalną ocenę
i wyróżnienie. Na ostateczny egzamin
jednak nie poszłam.
Ty masz lekkość ręki, Natalio. Precyzję.
Naturalność. Musiałaś zostać panią od
szlachetnego materiału. Nie od zębów.
Skąd pomysł na haute couture?
Ja żyję z użytkowych rzeczy. Polska jest
trudnym rynkiem dla dziwnych strojów.
Na co dzień prowadzę butiki z bardziej
przeciętnymi ubraniami, powiedzmy
normalnymi. Haute couture to jednak
moja pasja. Uwielbiam moment pomysłu,
powstawania kolekcji, pokazy. Studia
uświadomiły mi, że moda to nie jedynie
zwykły codzienny konfekcyjny ubiór.
Moda może być wyobraźnią i sięgać poza
codzienność. Istnieją ubiory unikatowe,
kostiumy, ubiory specjalne. Uzmysłowiłam
sobie, że to tkanina jest wszystkim.
Tkanina jest warstwowa, jest plastyczna.
Zawsze kochałam ubiór unikatowy, pojedynczy.
Może nawet spersonalizowany.
Taki ubiór może też mieć specjalny przekaz.
Może zdobić albo kaleczyć ciało,
może przełamywać konwenanse. Teraz
widzę, że zrobiłam tyle widowiskowych
kolekcji, ale przecież trzeba zarabiać pieniądze.
Twoje kolekcje zapierają dech w piersiach.
Uwielbiam je. Jednak z czegoś trzeba żyć.
To, co robisz, jest sztuką. Zgadzasz się
ze mną?
Tak… zresztą nauczono mnie tego, aby
tak postrzegać ubiór unikatowy. Przeniosłam
to do mojego Gorzowa. Jestem
tu jedyną taką osobą. Widzę, że jestem
coraz bardziej rozpoznawalna. Wróciłam
do Gorzowa po dziesięciu latach w Łodzi,
gdzie ostatecznie studiowałam na trzech
uczelniach. Tam dorabiałam w Castoramie
na nocnych zmianach, żeby przeżyć.
Dziadek wypominał zęby, bo przecież
mogłabym już być taka bogata. Tato
z kolei wspierał mnie, mówił: „Natalia
robi to, co kocha”. W Łodzi, w akademiku
miałam już mały pokój zaadoptowany na
studio, pojawiły się klientki z Warszawy,
które przyjeżdżały do mnie po sukienki.
Dostałam też stypendium rektora:
zaczęło być lepiej. Biegałam na konkursy.
Niestety mój akademik został zamknięty
i dostaliśmy nakaz opuszczenia go. To
stało się w momencie, kiedy zostałam
zakwalifikowana do Project Runaway
[amerykański reality show – przyp. red.].
Nie miałam się gdzie podziać. Co mam
zrobić z tym całym życiem? Na dodatek
mój cały dobytek ubrań nie zmieścił się
do busa, który wynajęłam. Bus zawiózł
moje rzeczy do rodzinnego miasteczka,
ja zaczęłam program – Project Runaway,
który o zgrozo, wcale mi się nie
podobał. Wróciłam do Gorzowa, bijąc
się z myślami: Co ja mam zrobić? Jestem
po studiach, trzeba pracować. Zawsze
moim marzeniem była własna marka.
Zarejestrowałam działalność. Zaniosłam
do Urzędu Miejskiego dyplomy, licząc na
jakieś dofinansowanie. Urzędniczka, patrząc
mi w oczy, zapytała: Ale co to jest,
jakieś projektowanie ubiorów? I Pani
jeszcze chce to na wiosce otwierać, pod
Gorzowem? Chciałam to zrobić w domu.
Dotacji nie chcieli jednak dać. Jedyne, co
ich zainteresowało, to moje odbyte praktyki
w krawiectwie ciężkim, męskim. To
ostatecznie był przeważający argument
w drodze starania się o dofinansowanie.
Paradoksem jest to, że nie istnieję
jako projektant. Jestem osobą tworzącą
odzież wierzchnią. Za przyznaną dotację
kupiłam maszyny do krawiectwa ciężkiego.
Chciałam jednak robić co innego,
bardziej wizjonerskiego. Wiedziałam, że
w Gorzowie nie ma żadnego salonu projektanckiego.
To również nie było łatwe.
Tłumaczyłam, że jestem artystką i potrzebuję
lokalu dla studia mody. Pokazywałam
dyplomy i wyróżnienia. W końcu
miasto zaoferowało mi lokal w tragicznym
stanie, do remontu, po starym imperium
czekoladowym Goplany. Ale jego
zaletą była lokalizacja. Samo centrum.
Tak z modą wślizgnęłam się w słodycze.
Z dużym wysiłkiem tworzyłam pracownię
z duszą. Myślałam: teraz już będzie
z górki. Nic bardziej mylnego. Klienci
otwierający drzwi pytali albo o Goplanę,
albo o to, czy to jest zakład krawiecki.
Atelier projektantki mody było dziwaczne
i trudne do zaakceptowania. Moja
rola jest trochę edukacyjna, tym, którzy
pozostali w Gorzowie (a jest ich około
stu tysięcy, bo reszta uciekła), pokazuję,
czym może być moda, zaprzyjaźniam ich
z niecodziennością, innością.
Pokazujesz im piękno. Bo nawet jeśli nie
mogą kupić, mogą popatrzeć z bliska, na
kreacje, które wyczarowujesz, nie na kolorowych
stronach magazynu „Vogue”,
tylko na żywo. Czy teraz, już po Twoich
licznych sukcesach, łatwiej robi się taką
wielką sztukę w małym Gorzowie?
Niełatwo. Myślałam, że tworząc w zachodniej
Polsce, jestem bliżej Zachodu.
Życie trochę zweryfikowało marzenia. Na
całe szczęście teraz już mam możliwości
pokazywania kolekcji dalej, poleciały
w świat. Pomagają też media społecznościowe.
W Gorzowie starałam się o dofinansowanie
z Urzędu Miasta. Niestety
nie dało się zakwalifikować dziedziny
mojej działalności. (śmiech) Pomyślałam
sobie, że w Nowym Jorku projektanci nie
mają takiego problemu. Zasugerowałam
urzędnikom, że może należałoby zaktualizować
wymienione w regulacjach
kwalifikacje do czasów bardziej współczesnych.
Na szczęście byłam absolwentką
Akademii Sztuk Pięknych (to w końcu
uczelnia wieloletnia, znana i z tradycjami),
ostatecznie moja działalność została
podpięta pod sztuki wizualne. (śmiech)
Do dzisiaj spotykam się z opiniami, że
po co to jest, przecież nikt tych ubrań
nie kupi. Ludzie nie rozumieją, że chodzi
o przekaz, a niekoniecznie o zakup.
Mogłoby się okazać, że jednak Madonna
by kupiła. Albo Björk. Albo Iris Apfel.
Czy Iris była dla Ciebie ikoną mody?
[Iris Apfel – amerykańska projektantka
wnętrz żydowskiego pochodzenia, businesswoman,
filantropka, historyczka
sztuki i fashionistka. Osoba niesamowicie
barwna, ceniąca w modzie kreatywność,
kolory i przełamywanie granic.
Fantazję i przytomność umysłu zachowała
do końca. Umarła w wieku 103 lat
w 2024 roku – przyp.red.].
Stanowczo tak. Iris to była osobność,
barwność, indywidualizm. Gdy leciałam
z kolekcją do Nowego Jorku nomen
omen, wśród dostępnych filmów był też
niesamowicie ciekawy biograficzny film
o niej. Dla niej chętnie zaprojektowałabym
kreacje. Wracając do Gorzowa.
Dopiero po dziesięciu latach działalności
zaufano mi, zaczęto zamawiać u mnie
pokazy. Wcześniej robiłam wszystko
sama, często wychodząc z modą na ulice.
Tydzień temu zostałam nagrodzona
przez prezydenta miasta ważną kulturalną
nagrodą, o którą walczy co roku
bardzo wielu artystów. Co ciekowe –
zostałam bardzo ciepło odebrana przez
publiczność.
Natalio, Ty teraz tę nagrodę musisz pokazać
światu. Byłaś niestrudzona, robiłaś
swoje, mimo zwątpień, oporu różnej
materii, zostałaś doceniona i słusznie
obdarowana. Coraz więcej ludzi poza
Polską widzi już Twoje kreacje. Zaimponował
mi ten Nowy Jork. Jak to się stało,
że Gorzów wyprawił się za ocean? Skąd
w ogóle pomysł – Maria Curie?
Był taki moment, kiedy w mediach społecznościowych
pojawiało się hasło
o cnotach niewieścich, parodiujące wymagania
względem kobiet. Obraz kobiety
siedzącej w domu i oddającej się
całemu szeregowi obowiązków, najlepiej
uległej i bez własnego zdania. Cnoty
niewieście mi kojarzyłyby się z niezależnością,
siłą, mądrym umysłem. Nagle
przyszedł pomysł. Maria Skłodowska-
Curie. Marii Skłodowskiej-Curie z siedzeniem
w domu i brakiem siły nie da się
kojarzyć. Przyjaciółka, ale równocześnie
rywalka Einsteina – mądra, wykształcona,
przełamująca granicę konwenansów
w świecie opanowanym przez mężczyzn.
Geniuszka. Moja idealna ikona mody.
Poznałam panią profesor, która od wielu
lat pisze biografię Marii. Sprzedała mi
sporo nieznanych smaczków, okazało
się na przykład, że to Maria, a nie Coco,
pierwsza skróciła spódnicę, żeby było jej
wygodniej jeździć na rowerze. Zaiskrzyło
pomiędzy mną a Marią. Od inspiracji
cnotami niewieścimi do stworzenia
POST SCRIPTUM
33
Polska jest trudnym rynkiem
dla dziwnych strojów
kolekcji była już prosta droga. Najpierw
wymyśliłam żabot, potem bluzkę, a potem
kolejne kreacje inspirowane epoką,
w której Maria żyła. Ta moda jest bardzo
kobieca. Chciałam dodać jej nowoczesności.
Wszystkie te stroje można z powodzeniem
nosić dzisiaj. Wykorzystałam
nowe tkaniny, porobiłam cięcia, które
lubię, stworzyłam konstrukcje. To się
okazało hitem. Nikt na świecie nie podjął
takiego tematu. Pierwszy raz pokazałam
Marię w Paryżu na Fashion Weeku. Publiczność
była zachwycona, dostałyśmy
z modelkami owację na stojąco. Widziałam
szacunek w oczach ludzi. Podchodzili
do mnie inni projektanci i gratulowali, co
w świecie mody i konkurencji bywa raczej
niezwykłe. Po tym zamarzyła mi się
wystawa w Muzeum Marii Skłodowskiej-
-Curie w Warszawie, posłałam katalog,
zrobiliśmy sesje zdjęciowe: w Gorzowie,
tropem Marii w Paryżu. Niestety, nie
było entuzjazmu. Pomyślałam, że może
jednak to jest zbyt słabe ,aby w miejscu,
którego sercem i główną bohaterką jest
Maria, pokazywać tę kolekcję.
Jednak coś się stało…
Minęły dwa lata. (śmiech) Nagle odezwała
się ambasada Polski w Nowym Jorku,
że chętnie zrobiłaby pokaz kolekcji inspirowany
Marią. Następnie pojawiła
się propozycja pokazania kolekcji w Waszyngtonie.
Mieliśmy też wiele pokazów
lokalnych w Polsce, uczestniczyliśmy
w Nocy Muzeów, wspieraliśmy projekt
dla dzieci uczęszczających do szkoły imienia
Marii. Moim marzeniem jest pokazanie
Marii w Japonii (mogę zdradzić, że
trwają rozmowy), gdzie naukowczyni jest
bardzo znana i szanowana. Najbliższe
Expo, które gości właśnie Japonia, ma się
odbyć pod hasłem: Dziedzictwo narodowe,
więc Maria pasuje jak ulał. Nie będzie
to proste, ale marzenia są po to, aby je
spełniać. Minął kolejny rok i nagle Muzeum
Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie
zadzwoniło do mnie z propozycją
pokazu. Ucieszyłam się, ale to nie była już
taka radość, jak przy pierwszej próbie organizacji
pokazu w Muzeum.
Czy nie jest to smutne, że często ktoś musi
zostać doceniony na świecie, żeby doceniono
go we własnym kraju… Mam wrażenie,
że Polacy boją się wyobraźni…
34
POST SCRIPTUM
Tak, jest to smutne. Ja przyjęłam ich
ofertę (wystawa wydarzy się dopiero za
rok), ale to już nie było to. Wliczając w to
przyszły rok, na realizację marzenia oczekuję
trzy lata.
Wbiłaś się do Nowego Jorku.
Nieśmiało – myślałam od dawna, że ja
chcę z tymi marzeniami pójść w świat.
Przy okazji kolekcji o Marii zrobiłam staranne
katalogi i pomyślałam, że będę
je przesyłać do różnych instytucji, ambasad,
konsulatów w różnych krajach.
Nowy Jork oczywiście też kusił. Realnie
zdawałam sobie sprawę, że z dziesięciu
katalogów być może jeden ma szansę
na przeczytanie. Co ciekawe, w Nowym
Jorku trafiło właśnie na ten jeden. Odpowiedział
sam wicekonsul. Na pokazie,
który doszedł do skutku i był pierwszym
takim modowym wydarzeniem, byli goście
z Waszyngtonu. Niespodziewanie,
później, przyszedł mail z adresu z rządowym
rozszerzeniem i… pojechałam
z Marią do Waszyngtonu.
Czy na te pokazy były zaproszone jakieś
gwiazdy, sławni ludzie?
Tak. Wiele poważnych ludzi z show businessu
i świata mody. Komentarz, którym
skomplementowano naszą Marię
był bezcenny: „Natalia Ślizowska była
jedyną projektantką, która miała spójną,
doskonale przemyślaną kolekcję”. Konsul
na swoim twitterze napisał jedynie
o mnie. Czułam ogromną radość, ale
także miałam przeświadczenie, że ważne
jest kochać to, co się robi, nie poddawać
się i robić swoje.
Tak jak Maria. Cytat, który lubię, a który
jest jej autorstwa: „Nie bój się czegoś,
co robisz, jeśli wiesz, że masz rację”.
To prawda. Realizacja celu, marzeń jest
taką drogą, w którą trzeba wierzyć i nie
poddawać się. Rzecz jasna czasem nie
wystarczy jedynie determinacja i upór.
Czasem trzeba mieć znajomości, pieniądze.
W niektórych przypadkach to
niespodziewany zbieg okoliczności podaje
pomocną dłoń. Ale też po tym, jak
moje kolekcje poszły w świat, zmieniłam
trochę system wartości. Pomyślałam sobie,
że lubię mój Gorzów, bo on jest mój.
Tu tworzę w spokoju. Nie oznacza to, że
zamierzam skończyć z planami pokazywania
moich kreacji poza Polską. Mam
w łazience obraz. Wewnątrz jego ramy
są powkładane karteczki – marzenia do
spełniania. Co pół roku je wymieniam.
Czasem nie wierzę, że o czymś marzyłam
pół roku wcześniej. „Czy to jest możliwe,
że to ja pisałam, czy to naprawdę było
moje marzenie? Przecież to się zrealizowało.
Samo, lub z małą pomocą”.
Zachwyciło mnie też coś innego
w Twoim podboju Nowego Jorku. Pokazałaś
jedwabiste tkaniny, rozwiane
na wietrze, trochę jak modne „fruwające
sukienki” z printami… architektury
Gorzowa. Nie mogłaś lepiej wybrać
miejsca. Jeden z symboli Nowego Jorku
z kosmiczną perspektywą na miasto,
tętniący życiem, z setkami przechodniów
i setkami języków – Brooklyn
Bridge. Ludzie stawali, zachwycali się,
zadawali pytania. Szkoda, że wtedy minęłam
się z Tobą o kilka dni. Zobaczyć to
na żywo, to byłoby coś….
Ja te printy i suknie zrobiłam trochę jako
lokalna patriotka. Pomyślałam sobie, że
to miasto, które w sumie przyniosło mi
tyle walki, ale w końcu małych sukcesów
i potem większych, jednak ma w sobie
coś. Ma swoje perełki. Mimo tego, że wiele
ludzi narzeka na szarość. Ta kolekcja zaskoczyła
władze ratusza, potem pojechałam
z nią do Berlina na Fashion Week. Publiczność
mówiła, że to świetnie wygląda
i że to tak blisko nich, nasz Gorzów. „Pani
pokazała, że to miasto jest ładne” – mówili.
Pomyślałam, że cudownie byłoby go pokazać
w Nowym Jorku. Brooklyn Bridge nasunął
się sam. Wiatr, widoki, ludzie. To trochę
hołd złożony mojemu małemu miasteczku.
Przechodnie zatrzymywali się, zachwycali,
próbowali wymówić słowa: Gorzów Wielkopolski,
chcieli wiedzieć, gdzie to miasto
się znajduje. Pytali mnie też, kim jestem.
Do Nowego Jorku jechałam z kolekcją
Maria Skłodowska-Curie, ale pomyślałam:
„Wezmę ten Gorzów do walizki”.
Jesteś wizjonerką? Kolejne inspiracje,
kolejne miejsca, i to płynie.
Tak, mam trochę wizjonerskie podejście.
Same wymyślają mi się miejsca
pod pomysły. Mam taką kolekcję, która
po kilku latach od powstania doczekała
się pokazu – jadę z nią do Budapesztu.
To stroje dość ascetyczne, jak na mnie,
POST SCRIPTUM
35
Pokazuję,
czym może
być moda
36
POST SCRIPTUM
w kolorystyce żółto-czarnej, inspirowane
malarstwem Gustava Klimta. Spontanicznie,
postanowiłam zobaczyć na żywo wiedeńską
kolekcję jego obrazów. Kolekcję
zabrałam ze sobą. Pomyślałam, że zrobię
sesję zdjęciową, a może pojawi się jeszcze
jakiś inny pomysł. Ma dla mnie szczególne
znaczenie, w jakim miejscach można
pokazać kreacje, tak, aby to było piękne,
miało przekaz. Nie jest ważna jedynie
sprzedaż czy sam pomysł. To jest trochę
magiczne, ma w sobie łut szczęścia.
Czy myślisz, że potrafiłabyś również
pisać? Projektować ze słów?
To jest ciekawe pytanie. W szkole podstawowej
moim marzeniem było zostać
pisarką. Sławną pisarką oczywiście.
(śmiech) Pisałam wiersze i opowiadania.
W liceum polonista natrafił na moją pisaninę
i bardzo czekał na kolejne odcinki.
Opisywałam różne przedziwne rzeczy
i życiowe sprawy. Było w tym dużo
akcji, ale również sporo przemyśleń.
W tym czasie nawet udawało mi się coś
publikować: w różnych almanachach czy
lokalnych czasopismach. Wygrałam nawet
konkurs poetycki. Nie zostałam ceramistką,
nie zostałam też pisarką. Czasem łapię
się na tym, że chciałabym napisać książkę,
ale potem zastanawiam się, o czym ta
książka miałaby być i… nie mam pomysłu.
O wielkiej modzie? (śmiech)
Do dzisiaj jednak piszę dzienniki. Pisanie
daje możliwość rozwiązania problemów
emocjonalnych na bieżąco. Żyję w ogromnym
stresie i przelanie słów na papier przynosi
mi ulgę. Potem palę te dzienniki…
A jeśli okażą się bestsellerem?
Nie sądzę, żeby kogoś to miało zainteresować.
To moje przemyślenia. Może zachowam
je dla siebie. Jestem mistrzem
celebracji szczegółów, który idzie raz
w miesiącu po najładniejszy zeszyt, bo
nie jest mu obojętne, gdzie opisuje swoje
perypetie. To mi pomaga. Jest to szczera
rozmowa ze sobą. Forma terapii. Papier,
oprócz tego, że cierpliwy, jest najlepszym
przyjacielem. Potem korci, żeby spalić.
Nie pal! Czy chodzenie w ubraniach to
również sztuka?
Myślę, że tak. Chociażby wspomniana postać
Iris Apfel. Ona cała była sztuką. Kolorowym
ptakiem. Sposób, w jaki nosiła
ubrania, kolory, nie dało się przejść obok,
nie podziwiając jej. Oczywiście jest w tym
element prowokacji. Sztuka ma tę moc.
Powinna prowokować. Nie tylko do myślenia.
Bawić się, droczyć, wzruszać, zmuszać
do nieobojętności. Jednemu będzie
do twarzy w kapeluszach, inny przykuje
uwagę setną parą ekstrawaganckich butów.
[Natalia uwielbia kapelusze, ma ich
sporą kolekcję – przyp.red.]. Projektuję
dla innych, dla siebie rzadko.
Pokazałabyś kolekcję w sieciówce?
Hm… jest tam na pewno duża grupa
odbiorców. Obawiałabym się może staranności
wykonania projektu oraz kraju,
w którym zostanie uszyty. Chociaż są
może mniejsze sieciówki, które dbają
o produkt. Jeśli miałabym wybierać sieciówkę
dla swoich kreacji, to może byłoby
to Medicine Therapy?
Oni mają też kolekcję Maria Skłodowska-
-Curie. Nie z takim przepychem jak Twoja,
ale na pewno z przekazem. (śmiech)
Ostatnio moja uczelnia wystąpiła z pewną
propozycją. Zobaczyli mój pokaz na
Wydziale Politologii i odezwał się do
mnie Wydział Chemii. Chcieli, żebym zaprojektowała
dla nich T-shirty z naszym
hasłem: „nie bój się reakcji”, na rocznicę
powstania wydziału.
Mam oczywiście T-shirt z Medicine Therapy
z ulubionymi i cytowanymi wcześniej
słowami Marii, Twój mam w planach.
Słuchaj, gdybyś chciała mieć miejsce
na swoje atelier – rzecz jasna, słyszałam
już o Gorzowie – gdzie by to miało
być? Gdzie byś sobie to wymarzyła?
Wspominam serial Przystanek Alaska
i tak sobie myślę, że fajnie byłoby wyjechać
w takie miejsce, gdzie jest zupełny
spokój. Naokoło są piękne widoki i przyjaźni
ludzie. Człowiek czuje się zdrowy,
wypoczęty i po prostu tworzy. Z drugiej
strony poznałam fantastycznych ludzi
w Nowym Jorku, którzy nie dają mi spokoju
z pomysłem otworzenia butiku,
może pokazów, oferują pomoc. Niewątpliwie,
w Nowym Jorku pasowałabym
ze swoją modą.
Jakie jest Twoje marzenie, poza pokazaniem
kolekcji w Japonii i kreacja dla
Björk?
Być zdrowym, szczęśliwym człowiekiem.
Życzę Ci samych sukcesów! A także realizacji
wszystkich marzeń. Obecnych
i tych, które się pojawią. [KBS]
Linki: https://nataliaslizowska.com/
Facebook: https://facebook.com/natalia.slizowska
Instagram: nataliaslizowska
KATARZYNA BRUS-SAWCZUK
POST SCRIPTUM
37
38
POST SCRIPTUM
Foto: Pixabay
Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz
GWIAZDA BETLEJEMSKA
Wyszedłem z domu dziś
zwyczajnie tak, jak stałem.
Nie widząc, dokąd kroczę,
za tobą podążałem.
Spojrzeniem mnie kusiłaś,
miałaś w sobie moc,
więc biegłem coraz dalej
w najkrótszą w roku noc.
Wiem, czekasz na mnie w swoim śnie,
dookoła tylko biel,
żar rozpala czerwień serc,
świąteczny ogień płonie.
Wiem, czekasz na mnie, chociaż ja
kiepski plan na życie mam
w głębi duszy mojej
samotny jestem.
Idę własną z dróg,
zapalam się i gasnę,
lecz to, co najważniejsze,
jest w końcu dla mnie jasne.
Porzucę dawne nurty,
pustego życia bieg,
więc proszę zostań ze mną,
gdy spadnie pierwszy śnieg.
MIŁA KOLĘDA
Miałam napisać miłą kolędę
– taką pachnącą lasem świerkowym,
lecz ja ubogą widzę stajenkę,
w której nie pachnie obiad domowy.
Nie ma choinki, co barwnie świeci
i nikt nie pyta, czy czegoś trzeba.
Nie ma prezentów, aniołków, dzieci,
ale jest jakoś tak bliżej nieba.
I betlejemskiej gwiazdy brakuje
– może poeta w wierszu ją chowa,
między strofami z nim kolęduje,
blaskiem świątecznym ozdabia słowa.
POST SCRIPTUM
39
40
POST SCRIPTUM
Ilustracja: Bo Jaroszek
S I Ó D M E W Y M I E R A N I E
Czas to pieniądz
B o J a r o s z e k
Czasami nachodzi mnie albo i nawet nachodzą.
Wątpliwości, że niby. No takie jestestwo mam zaimplementowane
w szarej masie wnętrza mózgoczaszki
i nic na to nie poradzę. Ani psychiatrzy. Więc tak
nachodzą mnie i nachodzą, aż mną zatrzęsło, gdyż w tej
właśnie chwili naszły mnie wątpliwości co do tych wątpliwości,
które mnie nachodzą.
Czyli wątpliwości do kwadratu. Zatem wkradła się
w ogólną masę wątpliwości zarówno matematyka (kwadrat),
jak i fizyka (masa). Azaliż!
Jak zaś wiadomo jest wszem i wobec:
Mathematica regina omnium scientiarum et Arithmetica
regina omnium mathematicarum 1 .
Ale nie uprzedzajmy wypadków.
Trzęsąc się tak zaskakująco i nieumyślnie, przyszła mi na
myśl znana ludzkości (ale nie od pradziejów, a dopiero od
wynalazku tych cholernych Fenicjan) zasada, że czas to
pieniądz. I olśniło mnie. Tak właśnie – olśniło! Skoro czas
to pieniądz, to ja już wiem, dlaczego żyję tak, jak żyję.
A ponadto, jako zdeklarowany heteryk, nie jestem
w związku z innym męskim osobnikiem, dzięki czemu
(zapewne) łatwiej byłoby związać koniec z końcem.
Przecież ja zazwyczaj na nic nie mam czasu. A gdybym tak
ponicnierobił?
No, to trzeba obliczyć, ile można by mieć, nic nie robiąc.
Oczywiście tylko wtedy, kiedy zapotrzebowanie na gotówkę
zaczęłoby negatywnie wpływać na Wenę (nie
mylić z Wenerą!) Twórczą lub też, kiedy głód szarpać zacząłby
trzewia me lubieżnie. Aczkolwiek! Przyjąłem tedy
jedynie słuszne założenie, że w kółko i ciągle oraz bez
przerwy bym nic nie robił. Możemy zatem zastosować
wzór na prędkość w ruchu jednostajnym po okręgu:
gdzie:
v – prędkość [m/s]
≈ 3,14 (jak to pi)
1 (łac.) Matematyka jest królową wszystkich nauk,
a arytmetyka jest królową całej matematyki. (Carl Gauss)
r – promień okręgu [m] (czyli tego kółka, co to o nim powyżej
wspomniałem)
t – czas [s]
Ale skoro czas to pieniądz, należy zastąpić t nową jednostką.
I tutaj wykazawszy się przebiegłością, aby nic nie robiąc,
dorobić sobie co nieco do tego nicnierobienia, postanowiłem
wzór umiędzynarodowić, co zapewne poskutkuje
sprzedażą praw autorskich, międzynarodową sławą,
Noblem itede, itepe.
Tak więc podstawową jednostką, która będzie miała zastosowanie
zarówno we wszystkich systemach monetarnych,
jak również w praktykach bezmonetarnych, jak
na ten przykład handel wymienny czy kupczenie ciałem,
uczyniłem niniejszym: sru (od stardust), zaś literą używaną
we wzorach będzie odtąd: S.
Tak więc nasz wzór przyjmuje postać:
gdzie:
v – prędkość [m/s]
≈ 3,14
r – promień okręgu, czyli kółka [m]
S – łatwy pieniądz [sru]
A z tego już bezbrzeżnie łatwo można przekształcić wzór:
Aby teraz obliczyć dokładnie, ile miałbym dochodu
z tego w kółko nicnierobienia, potrzebuję mieć promień
r (tego kółka z w kółko nicnierobienia) oraz prędkość v,
z jaką nic nie będę robił. Czyli musimy obliczyć obwód
kuli ziemskiej na szerokości geograficznej, na której leży
Bielsko-Biała, no bo powód, dla którego miałbym nic
nie robić w innym miejscu naszego globu, jest dla mnie
POST SCRIPTUM
41
nieznany. Zresztą, jeśli zapragnę sobie ponicnierobić w jakimś innym
miejscu, to sobie najpierw obliczę, czy mi się owo nicnierobienie tamże
opłaca.
Dla uproszczenia obliczeń przyjmuję, że Bielsko-Biała leży na szerokości
geograficznej 50°N. Z definicji szerokości geograficznej wiemy, że
jest to kąt zawarty pomiędzy płaszczyzną równika a półprostą łączącą
środek Ziemi z wybranym punktem na powierzchni, z tego więc powstaje
trójkąt , którego kąt α (potrzebny nam do dalszych obliczeń)
jest… no czym jest on, ten kąt? Tak, tak! Jest on naszą szerokością
geograficzną, czyli – wiadomą, w przeciwieństwie do x, który zazwyczaj
jest niewiadomą. Ewentualnie promieniowaniem rentgenowskim
jest on, ten X. Musimy więc zestawić równanie, w którym x jest
potrzebnym nam obwodem Ziemi na szerokości geograficznej 50°N,
a zatem:
Czas
czyli:
więc:
co daje:
x = 40 000 000 × sin 40° (no bo 90° – 50° = 40°)
x = 40 000 000 × 0,6428 (no bo sinus 40° ≈ 0,6428)
x = 25 712 000 [m]
Tyle właśnie obwodu ma Ziemia na szerokości geograficznej Bielska-
-Białej, co jak się wkrótce przekonamy, będzie nam konieczne do dalszych
działań. Potrzebujemy teraz obliczyć, z jaką prędkością porusza
się (w Kosmosie) każdy punkt w Bielsku-Białej, czyli dzielimy otrzymane
powyżej 25 712 000 [m] przez 86 400 [s] (tyle sekund ma doba),
Ilustracja: Bo Jaroszek
co daje nam circa about 298 [m/s], a dla lepszego zrozumienia jest to:
1071 km/h.
Czyli, że niby ja sobie stoję, dajmy na to przed przejściem dla pieszych,
a mimo wszystko popier…niczam w Kosmosie 1071 km/h! I to biorąc
pod uwagę tylko ruch obrotowy Ziemi. Niewyobrażalne! A co dopiero
mają powiedzieć ci z równika? – tam prędkość wynosi 1674 km/h. Że
też nie pospadają w tego Kosmosa, no, no. Ale to i tak nic w porównaniu
z ruchem obiegowym Ziemi wokół Słońca (nie bójta się, nie będę
tego teraz obliczał, od czego są internety 2 ). Otóż prędkość, z jaką Ziemia
porusza się wokół Słońca, wynosi 107 218 km/h. Ponad sto siedem
tysięcy kilometrów na godzinę! Dobrze, że w Kosmosie nie ma
fotoradarów. A teraz zagwozdka dla dociekliwych. Składając obydwa
ruchy Ziemi – obrotowy i obiegowy – o świcie i o zmierzchu poruszam
się (w Bielsku-Białej) z prędkością 107 218 km/h, w południe z prędkością
106 147 km/h, a o północy – 108 289 km/h. Dlaczego?
Wracając do kosmicznych finansów – mamy zatem prędkość, zaś promień
obliczymy ze wzoru na obwód koła L, który to obwód był częścią
naszych antecedentnych 3 obliczeń (x = 25 712 000 m).
L = 2 r
2 https://pl.wikipedia.org/wiki/Ruch_obiegowy_Ziemi
3 antecedentny – uprzedni, wcześniejszy
42
POST SCRIPTUM
to pieniądz
czyli:
a zatem:
tak więc:
r ≈ 4 094 268 [m]
Mamy już wszystkie dane, teraz wystarczy podstawić
je do wcześniej opracowanego wzoru:
co daje:
czyli:
S = 86 281,889
co po zaokrągleniu daje:
S ≈ 86 282 [sru]
I tutaj ujawnia się chytrość mego planu ustanowienia
jednostki uniwersalnej S [sru], albowiem
można ją zastosować w każdych warunkach
i w każdym kraju, podstawiając w jej miejsce najmniejszą
jednostkę monetarną (ewentualnie wymienną),
tak więc w Bielsku-Białej podstawiamy
grosz [gr], co nam daje:
862,82 zł za jeden dzień w kółko nicnierobienia.
I już wiadomo, dlaczego nic nie robiąc, w takim
dajmy na to jUKeju albo Dojczlandzie, ma się więcej,
niż nie robiąc nic w naszym pięknym kraju.
Wszystko opiera się o kursy walut przecież. Taki
Bawarczyk na przykład, to nie robiąc nic w kółko,
zarabia dokładnie tyleż samo, ale w eurach!:
862,82 € za jeden dzień w kółko nicnierobienia.
Stąd więc się bierze przekonanie, że lepiej jest nic
nie robić gdzie indziej niż u nas.
Teraz już udowodnione przekonanie. [BJ]
BO JAROSZEK
POST SCRIPTUM
43
Satyra zabija, nie obraża – Stanisław Jerzy Lec
OLIPIONA
Tak mnie jakoś rozebrało proszę pana.
Pan wybaczy mam ochotę dziś pochlipać.
Proszę usiąść lepiej z panem niż tak sama,
bo to życie proszę pana to jest lipa.
Jakoś smutki mnie opadły już od rana,
miłość zmarła, więc miłości to jest stypa.
Wszystko mieści w statystycznych się diagramach,
bo ta W miłość ŚWIĘTA proszę PADNIĘTA
pana to też lipa.
Uwierzyłam,
Jak wesolutko!
bo tak
Święta
chciałam
idą!
być kochana,
(A raczej biegną!) – Nie dogonię!
taka Tak ze mnie się gramolę proszę żółwim pana speedem, głupia cipa.
Chciałam
nie mam
wreszcie
kasiory,
wspaniałego
klepię bidę,
mieć Batmana
cenny czas trwonię.
takich nie ma proszę pana – wszystko lipa.
Powinnam śmiać się, szczęściem tryskać,
hołubić cacka choinkowe,
Patrzył lecz w brzydkie oczy, mówił słowa kocham, i wyzwiska, oczarował.
Ty mu
wciskają
wierzysz,
rządkiem
już na
się
życiu
do pyska
masz polipa.
w potoczną mowę.
I tak jakoś w mą codzienność się wpasował,
że nie
Smutna
zgadłam,
fryzura
nie
wisi
pojęłam,
sznurkiem,
że to lipa.
biała firana męczy oczy,
międlę świąteczne małe bzdurki,
Nim
kartki,
przejrzałam,
życzonka
już
i laurki,
wyczyścił moje konto,
Dziad Mróz się boczy.
bo to zwykły proszę pana był tulipan.
Okazałam
Świątecznie
się być
bluzgam,
szóstą,
lepiąc
może
uszka,
piątą.
w mące po pachy utytłana,
Sam złość pan się widzi wypiętrza, uwierzyłam, nerw mi a tu puszcza, lipa.
humor się biesi, żałość złuszcza.
Łoj, dana, dana!
Już mi lepiej, jakoś teraz tak mi słodko,
pan
Już
na oko
na ostatnich
nie wygląda
stoję
mi
rzęsach,
na Vip-a.
niepołapana i padnięta,
Nie, głowa nie pójdę, się kiwa, nie ręce chcę trzęsą, znowu być idiotką.
Już się
myśl,
nie
by
dam
dać
panom
nogę, się
nabrać
wałęsa.
– wszystko lipa.
Wesołe Święta!
Renata Cygan Zofia Pągowska
Rysunek: Jarosław Janowski
ŚWIĄTECZNY SELFIK
Stoję przy choince
Stroję słodkie miny
Dam selfika na fejsbuka
Lajkujcie dziewczyny
Barszcz z uszkami stygnie
Szary karp szarzeje
Dam selfika na fejsbuka
Niechaj się zadzieje
Deszczem płaczą święta
Świat wariuje w biegu
Dam selfika na fejsbuka
Dorzucę garść śniegu
Rodzi się nadzieja
Że poczujesz miętę
Dam selfika na fejsbuka
Będę twym prezentem
Renata Cygan
44
POST SCRIPTUM
MINIMUM UCZUCIA
Kiedy mróz ściska serca ozimin
Marzną wróble i uszy zającom
Dokarmiajcie uczucia minimum
Wyrażajcie się o nim gorąco
Zwłaszcza wtedy gdy robi się biało
Spowalniają obroty planety
Poczęstujcie cieplutkim kakao
Poratujcie wełnianą skarpetą
Ono w zamian podpali pod kuchnią
Drugą zwrotkę dośpiewa w kolędzie
I choć wielkim płomieniem nie buchnie
To do wiosny przeżyje i wejdzie
Ciepłą nocą przez okno na oścież
Latem dzikim upije się winem
Będzie w jesień dojrzałą miłością
Opłaconą polisą na zimę
BĘDĄ ŚWIĘTA
Daj na Święta Stary Roku
pogubionym światło w mroku.
Niech dorobią gdzieś na boku
na wycieczkę do Bangkoku.
Daj narciarzom śnieg na stoku.
Emerytom daj sudoku,
a stoczniowcom Budafoku
daj się napić w suchym doku.
Śpiochom spanie daj w obłoku
lub mieszkanie ciche w bloku.
Apelację od wyroku
daj schwytanym podczas skoku.
Daj biedakom po krupnioku
i do wódki trochę soku.
Niemowlęta miej na oku,
by nie wpadły do potoku.
Starym koniom daj obroku
i schronienie na padoku.
Porucznikom na otoku
czwartą gwiazdkę wyprorokuj.
Mnie wytchnienie daj od tłoku.
Do zadumy mnie sprowokuj,
a na koniec, jak co roku,
daj na święta święty spokój.
adam gwara
CUDA, CUDA
, ,
Syrena miała biust obfity
pod przybrudzoną bluzką.
Ogon za ladą miała skryty
i porośnięty łuską.
Miała też powód do migreny
(w rybnym się człek naszarpie),
bo to nad siły jest syreny,
gdy się handluje karpiem.
Na pół godziny przed zamknięciem,
by nie zwariować całkiem,
przecudnym głosem i z przejęciem
śpiewała pastorałkę.
Obcy łamali się opłatkiem.
Cukrzyły się powidła.
Bankier ocierał łzę ukradkiem,
a rybom rosły skrzydła.
Głos najpiękniejszą z gwiazd zaświecił.
Śnieg prószył nieustannie.
Pan karp powrócił do swych dzieci.
Kto chciał się kąpał w wannie.
Śpiewanie zakończyła pluskiem
i czary mary prysły.
Na szczęście zostawiła łuskę,
rzucając się do Wisły.
Niegrzecznego Franciszka z Jachranki –
zastał Święty Mikołaj u Hanki.
– Mam tu rózgę dla Frania!
Ucieszyła się Hania.
– Jakbyś mógł, jeszcze pejcz. I kajdanki.
Przymulony rzekł karp na Jamajce
– Przed świętami jest tutaj jak w bajce!
Bo kolędy są reggae,
a wigilia jest wege.
Inna sprawa, że karp był po fajce.
Powiedz mamo – rzekł synek w La Plata
– Jeśli bocian mnie przyniósł na świat, a
Pan Mikołaj, ten święty,
ma nam przynieść prezenty,
to do czego potrzebny nam tata?
POST SCRIPTUM
45
46
POST SCRIPTUM
IZZELDINN KOJOUR
POST SCRIPTUM
47
Izzeldinn A. Kojour Suleman
to artysta urodzony
w 1967 r. w Sudanie,
zdobył uznanie na arenie
międzynarodowej dzięki
swojej różnorodnej twórczości
malarskiej. Kojour
studiował sztuki piękne
na Sudańskim Uniwersytecie
Nauki i Technologii
w Chartumie i od tego czasu
aktywnie rozwija swoją
karierę artystyczną. Studiował
także projektowanie
graficzne, muzykę i kaligrafię
arabską - wszystkie
te elementy pojawiają się
w jego tworczosci. Kojour
zyskał uznanie na arenie
międzynarodowej i regularnie
wystawia swoje prace
w galeriach na całym świecie,
w tym w Sudanie, Kenii,
Ugandzie, we Francji,
w USA i Kanadzie,
gdzie obecnie mieszka
i pracuje.
48
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
49
W swojej twórczości Izzeldinn Kojour wykorzystuje
żywe kolory i dynamiczne kompozycje. Często
sięga po materiały i tekstury, które nadają
jego dziełom trójwymiarowości, a jednocześnie
wzbogacają ich symboliczne znaczenie. Jego
sztuka często zawiera tradycyjne afrykańskie
symbole i motywy przedstawiane abstrakcyjnie.
Można w niej znaleźć geometryczne kształty lub
powtarzające się wzory zaczerpnięte z afrykańskich
projektów tkanin, architektury, a nawet
tradycyjnych rzeźb. Jednak Kojour nie zawsze
przedstawia te symbole w ich dosłownej formie,
raczej je abstrahuje, tworzy język wizualny,
który zachęca do interpretacji jego prac na
różne sposoby.
50
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
51
52
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
53
54
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
55
echa
duchowych
rytuałów
afrykańskich
56
POST SCRIPTUM
Twórczość Izzeldinna Kojoura skupia się na eksploracji
afrykańskiej kultury, tożsamości oraz duchowości.
Kojour jest znany z łączenia tradycyjnych elementów
sztuki czarnego kontynentu z nowoczesnymi technikami,
co czyni jego prace wyjątkowymi i pełnymi ekspresji.
Jego obrazy często przedstawiają postacie ludzkie,
które mają w sobie coś symbolicznego – ich pozy
i stylizowane rysy twarzy (a nierzadko całkowity ich
brak) ukazują zarówno indywidualność, jak i uniwersalne
emocje. Kojour inspiruje się kulturą Sudanu,
jego historią oraz codziennym życiem, a jednocześnie
odnosi się do globalnych tematów, takich jak migracja,
wspólnota czy różnorodność.
POST SCRIPTUM
57
*
Przy mojej drodze
wycięto 240 drzew
To już nie jest moja droga
Ja nie jestem sobą
Stałem się 241 drzewem
Juliusz Wątroba
Zdjęcie: Mateusz Czubienko
58
POST SCRIPTUM
Zdjęcie: Renata Cygan
POST SCRIPTUM
59
Więcej szczęścia,
mniej danych
R O B E R T K N A P I K
Ekstrawertycy są szczęśliwsi niż introwertycy.
Optymiści są szczęśliwsi niż pesymiści. Ludzie
pozostający w stałych związkach są szczęśliwsi
od osób żyjących samotnie. Choć jednocześnie
pary z dziećmi wcale nie są szczęśliwsze od par
bezdzietnych. Republikanie okazują się szczęśliwsi
od demokratów. Ludzie wierzący są szczęśliwsi niż
ci, którzy nie biorą udziału w zgromadzeniach
religijnych. Osoby ze średnim wykształceniem
są szczęśliwsze niż osoby bez wykształcenia, ale
ludzie mogący się pochwalić wyższym stopniem
naukowym są z kolei mniej szczęśliwi niż ludzie,
którzy mają jedynie licencjat. Osoby prowadzące
aktywne życie seksualne są szczęśliwsze niż osoby
go pozbawione. Kobiety są równie szczęśliwe, co
mężczyźni, aczkolwiek mają dostęp do szerszego
spektrum emocji. Romans daje szczęście, ale to za
mało, by wyrównać ogromne straty, jakie okażą
się nieuchronne, gdy partner wszystko odkryje
i zostaniemy sami. Ludzie czują się najmniej
szczęśliwi podczas dojazdów do pracy. Osoby
bardziej zajęte są szczęśliwsze niż ci, którzy nie
mają zbyt wiele do roboty. Natomiast bogaci są
tylko odrobinę szczęśliwsi od biednych.
Z książki Geografia szczęścia Erica Weinera
Niegdyś podczas studiów wśród różnych zajęć miałem
również wykłady z psychologii. Nie ukrywam, że mam
słabość do osób, które studiują psychologię, a później
robią z niej użytek w swojej pracy zawodowej. Mnie nie
było dane studiować psychologii, jak pewnie jeszcze wielu innych
kierunków, natomiast zmierzam do czegoś innego. Otóż
na wykładach z psychologii usłyszałem od prowadzącej, że
szczęśliwi ludzie nie chodzą do psychologa. Na początku pomyślałem
sobie, aha, no w sumie logiczne. Słowa te jednak
rozbijam na czynniki pierwsze do dziś. Co to znaczy być szczęśliwym?
Jeśli jestem szczęśliwy, to raczej powinienem być tego
szczęścia świadomy. A może właśnie chodzi o nieświadomość
i błogie niemyślenie. Potykam się o jakieś podstawowe błędy
w argumentacji.
Nie wiem, co to jest szczęście. Można je utożsamiać na wskroś
hedonistycznie z przyjemnością, ale czy rzeczywiście jest tak,
że ludzie uznają przyjemność za najwyższe dobro? Pewnie ktoś
powie, że tak, a znowu ktoś inny, że inaczej, także chyba nie ma
jednej odpowiedzi. Ludzie wchodzą w inne stany świadomości,
odurzają się substancjami legalnymi bądź nie właśnie po to,
by doznać przyjemności. Życie to jednak, jak to często mówię,
ups & downs. Przyjemności docenia się tak naprawdę dopiero
wtedy, gdy doznało się iluś tam nieprzyjemności, więc chyba
nie chodzi o to, aby być permanentnie szczęśliwym i doznawać
nieustannych przyjemności.
No i pewnie nie byłbym sobą, gdybym nie zadręczał się
wątpliwościami. Czy jestem szczęśliwy, a może jednak nie? Czy
to szczęście jest w środku, czy na zewnątrz? A może właściwie
to rozmyślanie nie ma większego sensu. Gdzieś tam przekonałem
się, że dobra materialne, szczególnie w dużej liczbie,
nie dają poczucia zadowolenia, a raczej przysparzają siwizny
ze stresu. A co prowadzi do szczęścia? Paradoksalnie, to co
daje i jednocześnie zabiera najwięcej życiowej radości, to zwyczajnie
relacje międzyludzkie. Z jednej strony satysfakcjonujące,
zdrowe relacje pomagają w trudnych chwilach, natomiast
w szerszym aspekcie socjalizacja, przystosowywanie do ciągle
zmieniających się okoliczności obmywa z nas tę aurę szczęśliwości.
Przyznam, że sam cierpię przez niedobory w zakresie
długotrwałych, budujących relacji. W zasadzie to całe życie
cierpię przez nieudane relacje, bo tych udanych jakoś nie widzę.
Zodiakalne skorpiony urządzają sobie takie cmentarzysko
z relacji. Jedna żałoba po drugiej. I tak w tej żałobie bezustannie
szukam sensu. Szczęście to mieć sens, nawet najmniejszy.
Nad problematyką szczęścia pochylało się wielu. Powstała nawet
nauka o szczęściu. Jak grzyby po deszczu pojawiły się prace
dyplomowe i doktoraty. Kluczem do pełni szczęścia zajmuje się
również psychologia pozytywna, która kładzie większy nacisk
na to, co w naszym życiu cenne, przynoszące ukojenie i spełnienie.
Jest to jednak również łakomy kąsek dla wszelkiej maści
hochsztaplerów i chcących na tym coś ugrać, chciwych atencji
wizjonerów. Moją uwagę przykuła tutaj pozycja wydana w znanej
nie od dziś serii „Biblioteka Myśli Współczesnej”. Przemysł
szczęścia Williama Daviesa, jakby się mogło wydawać, będzie
tłumaczyć, czym owo szczęście jest, jednak– o ironio – wcale
nie o szczęście tu chodzi, ale o przejęcie rzędu dusz. Nasunęła
mi się analogia do Konrada z III części Dziadów Adama Mickiewicza.
William Davies w swoim eseju odkrywa to, czego wolelibyśmy
nie wiedzieć. Stoi przed nami dystopijna wizja ludzkich
automatów niczym z prozy Aldousa Huxleya.
60
POST SCRIPTUM
E. Weiner, Geografia szczęścia.
W poszukiwaniu najszczęśliwszych
miejsc na świecie, przeł.
M. Kowalczyk, Wydawnictwo
Naukowe PWN, Warszawa 2024.
W. Davies, Przemysł
szczęścia. Jak politycy
i biznesmeni sprzedali
nam well-being, przeł.
B. Kaniewski,
Państwowy Instytut
Wydawniczy,
Warszawa 2023.
Pomimo niewielkich rozmiarów ta publikacja zawiera w sobie
dużo różnych wątków, jak dla mnie nawet zbyt dużo. Brak tu
selekcji. Sam Davies jakby się gubił w swoich prezentacjach.
Czego tu nie ma? Sporo o podwalinach ekonomii (kiedy nie
była jeszcze traktowana w kategoriach naukowych), psychologii,
nauk społecznych. Nie byłoby tych wszystkich objaśnień
i dokonań, gdyby nie postać Jeremy'ego Benthama, żyjącego
na przełomie XVIII i XIX wieku angielskiego prawnika i filozofa,
który zasłużył się przede wszystkim w rozwoju idei utylitaryzmu.
Otóż sądził on, iż wszelkie działania państwa powinny
mieć na celu maksymalizację szczęścia. To on również
zaczął próbować robić różnego rodzaju pomiary. Jak „zmierzyć”
szczęście? W tej kwestii zaaprobowano jednostki „bólu”
i „przyjemności”. Przypomnę tylko, że nie było jeszcze wtedy
zwyczaju kupowania dóbr, jaki mamy dzisiaj, to znaczy – idziemy
do sklepu i kupujemy chleb i masło. Za każdym produktem
stał wytwórca. Ekonomia i zachowania ludzkie względem dóbr
i usług dopiero się kształtowały. Widać też przy okazji, jak dużo
wspólnego z ekonomią ma psychologia.
Jeremy Bentham to ikona i William Davies nie boi się z tej
ikony korzystać. Po kolei prezentuje dokonania innych pionierów
ekonomii, nauk społecznych itp., przypomina również
o Benthamie. Nieco to bezużyteczne. Za dużo anegdot, eksperymentów,
pustych odniesień. Davies pokazał, jak do dzisiaj
zmieniła się wizja szczęścia oraz well-being, które możemy rozumieć
jako dobro, dobrostan, dobrobyt (szczególnie w miejscu
pracy). Jak to szczęście było obłuskiwane z metafizycznej
otoczki, a wdzierać zaczynał się behawioryzm, który głosił, że
człowiek to tylko bodźce, reakcje i odruchy. A jedyne do czego
dążą marketingowcy, to dorwać się do tych części mózgu, które
odpowiadają za przycisk „kup teraz”. Tak, chodzi o to, ażeby nie
pytać się jednostki, co myśli, uważa, a jedynie wysyłać komunikaty
podprogowe i spowodować, by człowiek bezrefleksyjnie
kupował i napędzał sprzedaż. Smartwatche, badające puls
i dbające o naszą aktywność fizyczną, to jest właśnie spuścizna
myślenia Jeremy'ego Benthama. Jak „zmierzyć” zadowolenie,
radość, szczęście, spełnienie? Stosuje się rozmaite metody. Już
są aplikacje skanujące mimikę twarzy. Co jeszcze powstanie
i na ile wniknie to w naszą prywatność? Przecież świat elektroniki
jest już na tyle tożsamy z naszym ludzkim światem, że
w ogóle przestajemy widzieć jakiekolwiek formy inwigilacji.
Nie mówiąc już o mediach społecznościowych, skąd wielkie
korporacje pobierają ogromne ilości danych na temat naszych
nastrojów. To jest właśnie „szczęście”, a dokładnie – przemysł
szczęścia dokładnie zaprogramowanego, dzięki któremu
w niedługim czasie zamienimy się w automaty bez żadnej
autorefleksji.
Tematyka podejmowana przez Williama Daviesa jest niezwykle
zajmująca, natomiast sposób podania jest wysoce nieprzystępny.
Mam czasem wrażenie, że zamiast ciągnąć główny
wątek, autor często snuje jakieś pobieżne rozważania, wyciąga
średnio ważne anegdoty, trzeciorzędowe ciekawostki ze świata
nauki i polityki. Teoretyzowanie, odbieganie od zasadniczej
treści, by znów zaznaczyć, że to spuścizna Benthama. Całość
publikacji jest sensowna jako wykład, wyłożenie pewnych zagadnień
dla bardziej wytrwałego czytelnika, natomiast wartość
popularyzatorska tych momentami mocno probabilnych
dywagacji jest, powiedzmy sobie to szczerze, nijaka. Miałem
ogromną nadzieję, że poczytam o tym, jak to współcześnie rozmaite
technologie zaczynają nam rozbrajać mózgi, programować
na odpowiednią modłę, abyśmy byli wyłącznie biernymi
automatami wykonującymi polecenia. Owszem, te kwestie są
poruszane, ale dopiero pod koniec książki. Szkoda.
Przemysł szczęścia Wiliama Daviesa to takie pisanie o szczęściu
w bardzo nieszczęśliwy sposób. Zgoła inne podejście do
opisywanej materii ma Eric Weiner, amerykański dziennikarz,
reporter i mówca. Jego Geografia szczęścia to w sumie rozważania
na podobne tematy, fabularyzowane, ale na szczęście
(dużo tego szczęścia) pisane z charakterystyczną swadą, humorem
i dystansem. Weiner przemierza różne zakątki świata,
między innymi Holandię, Szwajcarię, Bhutan czy Indie, w poszukiwaniu
recepty na szczęście. Idzie bardziej w kierunku, aby
zademonstrować, czym jest dobrostan subiektywny (pojęcie
w psychologii pozytywnej), tzn. jak wygląda subiektywny wymiar
szczęścia/zadowolenia/przyjemności w poszczególnych
krajach. Przy okazji odkrywa rożne osobliwości przynależne
konkretnym narodowościom. Nie będę streszczał, na czym te
osobliwości, dziwne obyczaje polegają, bo zwyczajnie zepsułbym
radość z czytania tej pozycji. A dodać warto, że można pisać
o kwestiach teoretycznych w sposób angażujący czytelnika
i przede wszystkim nie zanudzać.
Wracając jeszcze do pozycji Daviesa, warto wspomnieć o receptach
na społeczność, sharing economy (ekonomii współdzielenia)
oraz bardzo istotnej roli natury. Bycie w grupie,
przynależność, postawy aprobujące współdziałanie mogą
przysparzać dużo szczęścia. O tych kwestiach sporo również
u Weinera, z tą jednak różnicą, że gdy Davies punktuje i sprowadza
wszystko do teoretycznych wywodów, to Weiner nadaje
tym refleksjom autonomiczny kształt, wprowadza interakcję
i niczym nieograniczony ożywczy zamęt. [RK]
ROBERT KNAPIK
POST SCRIPTUM
61
Patrycja Kubicz
Niewinność
Coś było nie tak. Poduszka była za płaska i pachniała
lawendą, jakby poszewka była świeżo założona,
wciąż przepełniona zapachem zmiękczacza do tkanin.
Krótka, sztywna kołdra odsłaniała skostniałe stopy.
W rogu pokoju świeciła się nocna lampka w kształcie
króliczka. Materac kleił się od czegoś zimnego, czegoś,
co dopiero ostygło, choć wciąż można było wyczuć odrobinę
ciepła, unoszącego się nad prześcieradłem, zanim
zmieszało się z chłodnym, nocnym powietrzem.
Hania skopała z siebie okrycie. Ciężko było jej zebrać
myśli. Nagłe przebudzenie spowolniło jej umysł. Zaczęła
przebierać palcami u stóp i ten niewielki ruch pomógł
jej się skoncentrować. Nie czuła strachu. Nie wiedziała,
gdzie się obudziła, ale pokój wydawał się znajomy, właściwie
w jakiś sposób identyczny z tym w jej domu. Książki
na półce nad biurkiem ułożone były w chwiejące się
wieże. Wyglądały na podręczniki, odrzucone poza zasięg
wzroku po skończeniu nauki. Ramki na zdjęcia, stojące na
biurku, zakrzywiały ciemność swoimi miękkimi konturami.
W świetle dnia ich giętkie zawijasy mogłyby przybrać
kształt kwiatów, słońc, leniwców, a nawet lam. Ale w nocy
tworzyły jedność. Ich wnętrza natomiast zasysały czerń
i błyszczały jak mroczne lustra odbijające na zewnątrz poukrywane
w nich postaci. Ściany pokryte były plamami
plakatów, niewyraźne powierzchnie wirowały jak kłębki
pary poruszane przez wiatr i rozmywały ostrość skrytych
na nich piosenkarzy czy aktorów. Jedynie błysk oka albo
zęba przedzierał się przez nocne powietrze. Gdzieś w kącie
leżał odrzucony pluszak. Ciemność wydłużyła mu uszy
i powiększyła łapy, a puchata głowa opadła do przodu
pod dziwnym kątem.
Na łóżku pod ścianą spała dziewczynka. Miała naciągniętą
pod szyję patchworkową narzutę. Jej chuda łydka, zakończona
długą stopą, zwisała sztywno nad metalową
krawędzią ramy. Hania czuła na swojej skórze jej chłód,
owijający się wokół kostki. Jeszcze raz poruszyła palcami,
ale te na łóżku pozostały nieruchome. Z lekko uchylonych
ust dziewczynki sączyła się ślina, która zmoczyła jaśka
w kwiatowej poszewce. Jej twarz mieniła się różowym
blaskiem, emitowanym przez brzuch podłączonego do
62
POST SCRIPTUM
prądu króliczka. Przypominała wróżkę, psotnego Dzwoneczka
z zadartym noskiem albo – patrząc od strony podbródka
– pogrążoną we śnie królową Tytanię, czekającą
na swojego Oberona. Gdyby tylko nie ten pryszcz na czole,
który w bladym świetle wydawał się większy i bardziej
zaogniony.
Hania wpatrywała się w tę postać, która nie była nią. Widziała
drugą dziewczynkę, a jednocześnie czuła, że ona
również mogłaby tak beztrosko spać w swoim pokoju,
okryta ulubionym kocem w jednorożce. Jej również należała
się ta poświata, wydobywająca z ciemności lekkość,
eteryczność i tajemnicę. Ona także mogłaby śnić
o podniebnych harcach z Piotrusiem albo o czarodziejskim
małżonku, pragnącym zmazać winę za swój żart.
Zazdrosna, podziwiała zastygłą przed sobą twarz. Jej pogrążone
w spokoju powieki, strąk włosów, przecinający
policzek na pół, różowe wilgotne wargi, pod którymi utworzyła
się maciupka kałuża. Ciekawe, czy była jeszcze ciepła?
Czy stygła równie szybko jak mokry materac pod nią?
Hania ponownie poruszyła palcami u stóp. Przez jej ciało
przeszedł dreszcz, a wraz z nim chwila olśnienia. No
tak, przecież patrzyła na Monikę. To u niej spała. To z nią
spędziła poprzedni wieczór, tracąc czas na plotki, śmiechy
i słodycze. Miały tyle spraw do omówienia, że zasnęły dobrze
po północy. Tuż przed snem zrobiły sobie serię selfie,
wyszczerzając do telefonu brązowe zęby, wysmarowane
czekoladową mazią. Hania przesunęła językiem po szkliwie
i przełknęła ślinę. Nieświeżość w ustach miała słodki
posmak. To dziwne. Zazwyczaj unikała czekolady. Wstyd
przyznać, ale brzydziła ją jej lepkość i kolor, a smak szybko
się nudził. Wolała kwaskowe żelki. Właściwie wczoraj
włożyła pierwszą kostkę do ust tylko na potrzeby tego
głupiego zdjęcia. Nie spodziewała się, że tym razem doznania
będą zupełnie inne. Czekolada rozpuszczała się
powoli, rozgrzewana i rozcieńczana przez strumienie śliny.
Uwalniała z siebie aromat, niby znany i niezmieniony,
ale jednak nowy. Hania sięgnęła po kolejny kawałek, następnie
jeszcze jeden i jeszcze. Po krótkim czasie zapchała
sobie nimi buzię. Zakleiła ją czekoladą niczym rozmiękłą
gliną. Nie mogła się powstrzymać. Cała tabliczka zniknęła,
połamana przez jej chciwe palce, które Hania na
koniec wylizała. Mlaskała przy tym jak niemowlę, które
wydyma z rozkoszą okrągłe usteczka, bo po raz pierwszy
dorwało się do czekolady. Nawet teraz, po paru godzinach,
ten smak w ustach, popsuty przez pracę milionów
bakterii, nie był dla niej nieprzyjemny. Nadal miał w sobie
resztkę słodyczy.
Pościel zaszeleściła. Monika wciągnęła nogę pod kołdrę
i odwróciła twarz do ściany. Przemieniła się w różowy pagórek.
Hania wciąż trwała w zamroczeniu. Miała ochotę
pogłaskać włosy Moniki, rozrzucone na poduszce. Przypominały
jej spływające w dół górskie strumienie. Nie
rozumiała, co się z nią dzieje. Z jednej strony sen pozostawił
po sobie ciepły, kojący kożuch, który oblepił ją, jak
oblepia brzegi wypełnionego mlekiem kubka. Wypełnił
ją mdłym spokojem i niepohamowanym wzruszeniem,
co mogłoby wydawać się sprzecznością, ale w jakiś sposób
idealnie ze sobą współgrało. Znały się z Monią od
przedszkola. Tyle lat razem, tyle kłótni, przygód, wspólnych
zauroczeń, wspólnych wypadów do kina na filmy
Disneya i odpisywania od siebie zadań domowych. Jednak
Hania wyczuwała w sobie również ciężkość, ołów
w kończynach i kulę gorącego żelaza w podbrzuszu. Spróbowała
oderwać myśli od szemrzących kosmyków Moniki
i przenieść uwagę na swoje ciało.
Ten ciężar narastał w niej przez cały wieczór. Był mały
jak perła, kiedy ściskała dłonie Moniki, podekscytowana,
wciąż w kurtce i w butach, a za nimi zatrzaskiwały
się drzwi wejściowe do mieszkania. Rozpychał się, kiedy
Monika zaciągnęła ją do pokoju, posadziła na łóżku
i wyciągnęła spod poduszki „Cosmopolitan”, z blond piosenkarką
na okładce i wielkim brokatowym napisem „Jak
rozbudzić jego apetyt?”, opierającym się o jej wypięte
biodro. Karmił się jej śmiechem i wstydem, kiedy Monika
opowiadała jak w przebieralni na wuefie zachciało
jej się rzygać, bo zobaczyła u Baśki ciemne włosy na nogach.
Wyglądały jak czarne pijawki, które obsiadły jej łydki,
a potem spojrzała w górę i okazało się, że wyłażą jej
również z majtek. Czekał cierpliwie, kiedy przebrała się
w pluszowy, tęczowy kombinezon, a na głowę zarzuciła
POST SCRIPTUM
63
kaptur ze złotym, miękkim rogiem i przytuliła się do Moniki,
opatulonej w poliestrową pandę. Był napęczniały
jak monstrualny kleszcz, kiedy zrzucały z siebie przepocone
przebrania i pozwalały pooddychać skórze, klejącej
i mokrej, a pachnącej jedynie migdałowym płynem pod
prysznic.
Hania wzdrygnęła się, bo cień owada zamroczył jej myśli.
Mimowolnie wyobraziła sobie, jak łaskocze ją po brzuchu
krótkimi odnóżami, a jego ogromny odwłok ociera się
o skórę, ciężki i spuchnięty, niezdolny unieść się wyżej.
Przymknęła powieki, wyczerpana przez wizje, poprzedni
wieczór i noc w obcym pokoju, w którym ciało i rozum
nie powinny nigdy tracić czujności.
Obudziło ją coś ciepłego między udami. To się chyba już
wydarzyło, pomyślała. Prześcieradło pod nią było mokre.
W pokoju śmierdziało brudną, zardzewiałą rurą. Hania
uniosła brwi, poderwała się, podciągnęła kolana do góry,
a potem zsunęła się bez sił na podłogę.
Na prześcieradle rozlała się brunatna plama, szeroka od
brzegu do brzegu. Biel nie istniała nocą w tym pokoju,
to króliczek nadawał barwy rzeczom, które udało mu się
wyrwać z ciemności i wciągnąć w granice swojego małego
królestwa. W jego świetle wszystko mieniło się na
różowo, ale blady odcień prześcieradła znajdował się na
przeciwległym końcu palety niż bordo wysychającej krwi.
Granica między kolorami była jednoznaczna. Żadnego
stopniowania, subtelnego przejścia od jasności do ciemności.
Ostra kreska odcinająca czystość od brudu.
To musiał być sen. Hania prawie dyszała, ale nie czuła
swojego oddechu, jakby otaczała ją próżnia. Ciało ją
zdradziło. Chociaż było silnie przytwierdzone do głowy,
szyja przecież kręciła głową, kiwającą się na boki w rozpaczliwym
geście zaprzeczenia, to wydawało się obce,
fantomowe.
Musiała coś zrobić. Drżącymi dłońmi sięgnęła po prześcieradło.
Próbowała ukryć plamę między czystymi fałdami.
Zakładała na siebie kolejne warstwy, drapując je
w wiry i fale. Położyła na nią poduszkę, bo nie mogła
znieść jej cierpkiego zapachu. W końcu zgarnęła prześcieradło
i zmięła je w kulę. Chciała, by dało się je schować
w dłoniach jak skrawek papieru, ale ono wciąż wyślizgiwało
się spomiędzy jej palców. Cokolwiek robiła,
plama wciąż powracała na powierzchnię. Załamana,
odrzuciła je w bok, a sama opadła i uderzyła głową
w dmuchany materac. Przynajmniej pozbyła się jego
natrętnego różowego koloru. Materac był czarny i bezpiecznie
maskował się w ciemnym pokoju. Hania nie
śmiała zaszlochać czy choćby głośniej westchnąć. Monika
pogrążona była w błogim śnie. Oddychała równo
i płytko, a na jej rozchylonych ustach, z których wciąż
kapała ślina, błąkał się uśmiech.
Hania nieraz słyszała, co mówili dorośli. W zeszłym miesiącu
na imieninach cioci mężczyźni podśmiechiwali się,
rubasznie szczerząc zęby. Nawet jej ojciec dołączył do
wygłupów, żartując, że na razie musi radzić sobie z jedną
znerwicowaną żoną, ale nie wie, jak długo to potrwa.
Kobiety, krępując się, także chichotały, ale ich uśmiechy
nie były radosne, tylko pełne ulgi. Mama posłała tacie
wrogie spojrzenie, a potem popatrzyła na Hanię. W kąciku
oka mamy czaiła się zazdrość. Potem wszyscy szeptali
to samo, z satysfakcją cedząc sylaby, że to koniec
niewinnego dzieciństwa. Wtedy rozmawiali o jej kuzynce,
która zamknęła się w swoim pokoju i nie pokazała
się przez cały wieczór. Hania słuchała tych słów ze strachem,
a równocześnie z satysfakcją, że to nie ona naraziła
się na te wszystkie komentarze. Nie przyszłoby jej do
głowy, że aluzje były skierowane w jej stronę, że może ją
spotkać to samo. Była przecież tylko rok młodsza.
Po udzie spłynęła jej kolejna ciepła kropla. Hania poderwała
się i wstała. Dotknęła tyłu piżamy. Lepił się od
krwi. Zawładnęła nią fala paniki. Myśli szalały w jej głowie,
zbyt szybkie i przestraszone, by coś z nich pojąć.
Z jej środka wciąż coś skapywało, a ona nie mogła tego
zatrzymać, choć potrafiła wstrzymać silny strumień
moczu, kiedy tylko chciała. Tak radził „Cosmopolitan”,
a ona zresztą robiła to tylko dla zabawy. Przecież nie
po to, by zadowolić przyszłych kochanków. A teraz nie
mogła powstrzymać paru powolnych kropel. Czy to nie
powinno być to samo?
64
POST SCRIPTUM
Ostatkiem sił zmusiła się, by nie wybiec z tego pokoju,
a potem z tego obcego mieszkania. Pobiec wprost do
mamy, która prosiła, by Hania przyszła do niej od razu,
kiedy tylko zobaczy krew na majtkach. Ale mama była za
daleko, a na dworze było za zimno, mokro i ciemno.
Hania podniosła prześcieradło, przycisnęła je do piersi
i wyszła z pokoju, który zawsze wydawał się jej oazą. Tej
nocy to się skończyło, to Hania ją zanieczyściła. Monika
nawet nie drgnęła. Korytarz był pusty i ciemny. Łazienka
znajdowała się na jego drugim końcu, więc Hania na
palcach przeszła obok wszystkich pozamykanych drzwi,
za którymi spali dorośli. Włącznik światła pstryknął głośno,
kiedy go przycisnęła, co w nocnej ciszy zabrzmiało
jak grzmot. Obejrzała się. Żadne drzwi nie drgnęły. Z duszą
na ramieniu spojrzała na podłogę. Bała się, że może
zostawiła za sobą ścieżkę krwawych kropli, które wskażą
drogę do jej kryjówki, ale podłoga była czysta.
Łazienka oślepiła ją swoją bielą. Każdy kafelek bombardował
wzrok odbitym światłem i jaśniał jak mała lampka.
Hania zmrużyła oczy i po omacku weszła do środka.
Wrzuciła prześcieradło do wanny. Odkręciła zimną wodę.
Strumień uderzył w materiał i woda zabarwiła się na różowo.
Kolorowe smugi wirowały, kręcone przez prawa
fizyki, których nigdy nie mogła zrozumieć. Tworzyły ślimaki,
spirale, muszle, grzyby o szerokich kapeluszach.
Biała porcelana odbijała ich akrobacje. Hania na chwilę
zapomniała o wszystkim. Podziwiała spektakl, zauroczona
tym, jak płynnie krew opuszczała prześcieradło, z jaką
łatwością łączyła się z wodą, jak zabarwia ją na krótką
chwilę, a potem traci intensywność i znika, staje się na
nowo czysta i przejrzysta.
Niewinność
Wtem na korytarzu rozbłysło światło. Ktoś otworzył jedne
z drzwi. Przeciągłe skrzypnięcie zagłuszyło huk wody.
Hania odwróciła twarz do lustra. Na czole miała czerwoną
plamę. Pewnie się pobrudziła, kiedy rzuciła się na
materac. Krew musiała przesiąknąć przez prześcieradło.
Spojrzała na swoje ręce. One również były brudne. Podłoga
pod jej stopami upstrzona była ciemnymi kroplami,
z których po upadku na ziemię, wyrosły dziesiątki małych
ramion. Hania nie miała już gdzie uciec. Za chwilę wszyscy
się dowiedzą. [PK]
PATRYCJA KUBICZ
POST SCRIPTUM
65
Foto: Piotr Pasiewicz
ROZMAWIA AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ
Rafał Zięba
66
POST SCRIPTUM
Słowa w obliczu
W sercu współczesnej
literatury, gdzie poezja
i teatr splatają się z refleksją
nad kondycją
człowieka, Rafał Zięba
staje się głosem, który
nie boi się dotykać
trudnych i bolesnych tematów.
Jego twórczość,
osadzona w bogatej
tradycji literackiej, eksploruje
zawirowania historii
i współczesności,
ukazując człowieka uwikłanego
w sieci chaosu
i alienacji.
W swoim twórczym poszukiwaniu
Rafał przywołuje
nie tylko emocje,
które kształtowały jego
wczesne doświadczenia
literackie, lecz także
refleksje nad literacką
i kulturową tożsamością.
Jak sam mówi, „nie jest
tak, że nowożytne utopie
były z założenia dobre”,
a jego poezja rodzi się
z pragnienia zrozumienia
współczesnego chaosu.
W rozmowie dzieli
się swoimi inspiracjami,
osobistymi doświadczeniami
oraz przemyśleniami
na temat roli przekładów
literackich w jego
życiu. Zapraszam do odkrycia
świata, w którym
słowo staje się zarówno
narzędziem refleksji, jak
i sposobem na uchwycenie
złożoności ludzkiego
istnienia.
historii
Jakie emocje towarzyszyły Ci, gdy
po raz pierwszy sięgnąłeś po pióro,
by tworzyć literaturę?
Było to zbyt dawno temu, żebym
mógł ten moment dokładnie zapamiętać.
Przypominam sobie próbę
napisania pierwszego wiersza jeszcze
w czasach liceum, w latach osiemdziesiątych.
Oczywiście nikomu go
nie pokazałem, a rękopis gdzieś przepadł.
Być może spaliłem go w piecu,
podobnie jak wszystkie rękopisy
wierszy z początkowego okresu mojego
pisania. Ale czy tamten moment
uznać mogę za początek tworzenia literatury?
To nie był akt samoświadomości,
a raczej twórczy paroksyzm,
nagły przypływ emocji, które musiały
znaleźć ujście. Tyle że nie jakiekolwiek
bądź, ale twórcze, kreatywne.
Po tym wydarzeniu nie napisałem
przez parę lat ani jednego wiersza, aż
do następnego takiego paroksyzmu.
Dopiero wtedy zacząłem się zastanawiać
nad tym, co to właściwie może
oznaczać. Czy mam jakieś predyspozycje
do pisania? Postanowiłem to
sprawdzić. Sprawdzam zresztą do dziś.
Co stanowi dla Ciebie inspirację
twórczą? O czym piszesz wiersze,
słuchowiska i sztuki teatralne?
Najprościej mówiąc: teksty kultury,
ale to powierzchowna odpowiedź,
ponieważ chodzi także o uwikłanie
człowieka w historię i o próbę
prześledzenia tego uwikłania.
Chodzi też o drogę duchową,
a raczej jej zanik i związane
z tym narastające poczucie alienacji.
Czytam głównie książki,
które stanowić mogą materiały
źródłowe dla takich przemyśleń,
a w ramach literatury pięknej wybieram
autorów, którzy również
inspirują się podobnymi tematami.
Gdyby teraz rzucić okiem na
moje biurko, leży na nim powieść
Jeana Raspaila, Utopia Tomasza
Morusa i Nowa Heloiza Jana Jakuba
Rousseau. Na stoliku przy
łóżku – Filozofia ogrodu Rosaria
Assunta i tomik wierszy Zbigniewa
Herberta. Dlaczego taki zestaw?
Od pewnego czasu nurtuje mnie
myśl o tym, co (na potrzeby robocze)
nazwałem sobie fałszywą
Arkadią. W podstawowych tekstach
nowożytnego humanizmu
próbuję wyśledzić zalążek tego,
co (jak postrzegam) dzieje się
obecnie, czyli narastanie chaosu
i zarządzanie tym chaosem. Dzisiaj
chyba nikt już nie próbuje nawet
myśleć o tym, co mogłoby ów
chaos uśmierzyć. Nikt nie próbuje
myśleć, co w dzisiejszych czasach
mogłoby stanowić porządek. Za to
chaos, niestabilność, niejasność,
płynność zaczynają zajmować
miejsce, w którym wcześniej – czy
z lepszym, czy z gorszym skutkiem
Rafał Zięba – ur. 12.10.1969, absolwent Instytutu
Teorii Literatury, Teatru i Filmu Uniwersytetu Łódzkiego.
Autor wierszy, esejów literackich, tekstów teatrologicznych
i przekładów literackich. Wydał trzy
tomiki wierszy, poza tym jego utwory poetyckie znalazły
się w kilku antologiach oraz wielu czasopismach
kulturalnych i literackich. Jest wiceprezesem Łódzkiego
Związku Literatów Polskich.
POST SCRIPTUM
67
to już osobna sprawa – znajdowały
się normy, zasady, wartości. Nikogo
to nie czyni szczęśliwszym, uważam,
że wręcz przeciwnie, za to zamiast
zastanawiać się, dlaczego tak jest,
ludzie zaczynają bać się zadawać pytania,
jeśli zawczasu nie mają napisanych
odpowiedzi. Być może uważają,
że taki namysł miałby charakter polityczno-światopoglądowy,
a żywią
powzięte skądś przeświadczenie,
że polityka ich nie dotyczy, a sprawy
światopoglądowe nie podlegają
dyskusji. Tymczasem w moim mniemaniu
refleksja nad genezą współczesności
ma wymiar ogólnoludzki,
dużo szerszy niż polityczne spory
i światopoglądowe dogmaty.
Z tych lektur, o których wspominałem
powyżej, powstanie być może
wiersz, być może esej, a może tylko
luźne zapiski w moich dziennikach.
W założeniu punktem wyjścia ma
być teza, iż nie jest tak, że nowożytne
utopie były z założenia dobre, a to,
68
POST SCRIPTUM
Foto: Piotr Pasiewicz
Życzyłbym sobie
stabilnego wzlotu
że staczamy się w dystopijny świat,
nie jest wytworem jakiegoś błędu,
nieporozumienia czy wypaczenia –
tak naprawdę miały one wpisane
w swe podstawy dystopijny projekt.
Czemu tak się stało? A to dlatego,
iż nowożytni humaniści stawiali
w centrum swojej uwagi nie człowieka
takim, jakim on jest, ale człowieka
wyobrażonego, człowieka zaprojektowanego,
takiego, którego nie ma,
ale dopiero ma być, kiedy się ludzi
podda odpowiedniej obróbce. Nakłoni
się ich po dobroci lub przymusi
siłą. Wszystkie wielkie totalitaryzmy
XX wieku mają korzenie właśnie
w takim „humanistycznym” myśleniu
– może z wyjątkiem nazizmu,
który nawet na tle innych totalitaryzmów
był szalony poprzez swój ezoteryczny
mistycyzm. Ale przecież ta zasadnicza
jego część nie była kierowana
do społeczeństwa, społeczeństwo
niemieckie przekonane było, że żyje
w sensownym świecie.
Z tego typu namysłu biorą się moje
wiersze. Wydaje mi się, że można to
odczytać, a przynajmniej staram się,
żeby tak było. Jako młody chłopak
dbałem przede wszystkim o swoje
emocje i swoje mniemania. Uważam
obecnie, że było to niewłaściwe, dlatego
staram się dążyć – na tyle, na ile
jest to możliwe – do jasności przekazu.
Zdarza się, iż opatruję swoje
wiersze przypisami, aby czytelnik
mógł sprawdzić, skąd pochodzi ta lub
inna myśl. Kiedyś częściej stosowałem
ten zabieg, dziś robię to rzadziej.
Właśnie dlatego, że staram się, aby
całość mojego przekazu znajdowała
się w tekście utworu, a nie w jego
kontekstach.
Osobną sprawą są słuchowiska
i sztuki teatralne. Tutaj dużą rolę odgrywają
epizody historii.
W swojej twórczości dotykasz często
tematów trudnych i bolesnych.
Czy istnieje osobiste doświadczenie,
które szczególnie wpływa na Twoje
pisanie?
Mój wieloletni przyjaciel Jaro Gawlik
określił sprawę tak: „W twoich wierszach
przedstawiony jest człowiek,
który stoi pod ścianą. Nie ma już się
gdzie schować”. Bardzo spodobała
mi się ta jego diagnoza. Moje wiesze
na obecną chwilę mają znikome
odniesienie do mojej osobistej historii.
Odnoszą się do niej o tyle, o ile
moja historia dotyka historii w ogóle.
Dlatego nie jestem w stanie określić
jakiegoś traumatycznego osobistego
doświadczenia, które mogłoby wpłynąć
na charakter mojego pisania.
Prędzej, nawiązując do Jaro Gawlika,
mógłbym wskazać na tego, z kim się
mogę utożsamiać. W obecnej chwili
przychodzi mi do głowy ten trzęsący
się ze strachu człowiek pod ścianą
z wiersza Majakowskiego Lewą
marsz!, czekający na to, aż przemówi
do niego towarzysz mauser. On jest
moim bratem. Człowiek, który żył w
sensowny i uporządkowany sposób,
dopóki nie przyszli ludzie, którzy
prawem kaduka i wyimaginowanych
prawideł zabrali mu jego wypracowany
przez pokolenia świat i powiedzieli
mu: „To nie twoje! Oddawaj, co
masz!” i (w najlepszej sytuacji) puścili
go żywego, ponieważ akurat pistolet
się zaciął albo uznali, że powolna
śmierć na tak zwanym śmietniku historii
będzie dla niego lepszą karą za
lata pracy i starań.
Jako młody chłopak
dbałem
przede wszystkim
o swoje
emocje
Foto: Piotr Pasiewicz
Czy bycie autorem przekładów literackich
zmieniło sposób, w jaki
postrzegasz słowa i język?
Moje przekłady dotyczą obszaru języków
wschodniosłowiańskich, rosyjskiego,
białoruskiego etc. Są one
do siebie podobne, choć diabeł tkwi
w szczegółach, więc trzeba zachowywać
ogromną czujność. Przykładowo
słowo kit w języku polskim oznacza
masę plastyczną do uszczelniania
okien, w języku ukraińskim kit oznacza
kota, a w rosyjskim wieloryba.
Pomijam tu inne zabawne leksykalne
nieporozumienia, jakie występują
pomiędzy słowiańskimi językami, ale
ogólnie trzeba przyznać, że są one do
siebie podobne. Mam taką prywatną
hipotezę, iż wystarczy znać dwa słowiańskie
języki, żeby bez dużych problemów
móc porozumieć się w dowolnym
trzecim języku słowiańskim.
Podkreślam: jest to hipoteza oparta
na moich prywatnych doświadczeniach
i dotyczy raczej swobodnej
komunikacji, a nie rzetelnej pracy
translatorskiej, która musi opierać
się na słownikach i rudymentach gramatyki.
Jestem literatem, kończyłem
kulturoznawstwo i z tej racji nie uważam
się za filologa czystej krwi, choć
moja katedra należała do wydziału
filologicznego.
Pomimo iż uniwersytet starał się nauczyć
mnie pewnej dyscypliny, moje
przekłady brały się z porywu serca
i potrzeby chwili. Przykładem porywu
serca jest np. praca nad poematem
Wieniedikta Jerofiejewa
Moskwa – Pietuszki. Utworu, którego
jestem admiratorem i – przynajmniej
staram się być – wnikliwym
lektorem, choć wiem, że w tej materii
nie doścignę takich interpretatorów
owego „nieśmiertelnego poematu”
jak np. Edward Własow, który kontynuuje
swoją pracę od lat siedemdziesiątych
XX wieku. Fragmenty mojego
tłumaczenia Moskwy – Pietuszek
można znaleźć w numerach „Krytyki
Literackiej” i „Tygla Kultury”.
Na potrzeby Teatru Nowego w Łodzi
i Festiwalu Dialogu Czterech Kultur
tłumaczyłem też z białoruskiego
sztukę Kariera doktora Rausa. To
była bardzo ciekawa przygoda. Sytuacja
wymagała wprowadzenia kilku
spolszczeń, chodziło o zamianę idiomów
białoruskich na polskie. Bardzo
się balem, jak moje propozycje
zostaną przyjęte przez Białorusinów.
Okazało się, że... bardzo dobrze.
69
POST SCRIPTUM
Mam wrażenie,
że pewne elementy
mojego pisania
są traktowane
zbyt powierzchownie
Esej #Dejmek_70 dotyczy Kazimierza
Dejmka i historii Teatru Nowego
w Łodzi. Co zainspirowało Cię do zajęcia
się tą postacią i jak oceniasz jej
wpływ na współczesny teatr?
Och, to jest temat na osobną rozmowę.
Krótko mówiąc, zbliżał się jubileusz
siedemdziesięciolecia Teatru Nowego
im. Kazimierza Dejmka w Łodzi.
Poproszono mnie o stworzenie publikacji
poświęconej historii tego teatru
i osobie jego twórcy. Dano mi wolną
rękę co do formy. Obawiałem się napisania
kolejnej pracy historycznoteatralnej
na ten temat. Wprawdzie
pod ręką miałem wystarczająco dużo
materiałów źródłowych, bowiem archiwum
Teatru Nowego jest jednym
z najlepszych archiwów teatralnych
w Polsce, ale mogło mi nie wystarczyć
czasu i warsztatu historycznego,
aby owe źródła w należyty sposób
opracować. Wybrałem więc esej,
ponieważ jest mi on najbliższy. Spora
część moich wierszy to w gruncie
rzeczy poetyckie eseje.
Nie miałem zamiaru oceniać Dejmka
ani samego Teatru Nowego,
w tamtych czasach czułem się poniekąd
jego częścią – zarówno pod
względem zawodowym, jak i takim
normalnym, życiowym. Postanowiłem
raczej opisać rzecz z perspektywy
mojego umysłu. Jak się to udało?
Sam jestem ciekaw opinii, ponieważ
dotarły do mnie jedynie dwie lub
trzy. Na szczęście wszystkie pozytywne.
Jakie uczucia towarzyszą Ci, gdy widzisz
swoje sztuki na scenie, odgrywane
przez innych? Kiedy „słowo
staje się ciałem”.
70
POST SCRIPTUM
Nienajlepsze. Jak na razie. (uśmiech)
Mam wrażenie, że pewne elementy
mojego pisania są traktowane zbyt
powierzchownie, a postaci w sposób
stereotypowy. Widziałem interpretację
jednej z moich sztuk, gdzie
postać Silbescheina – kosmopolitycznego
Żyda, człowieka inteligentnego
i zdolnego do wyrafinowanej ironii –
została przedstawiona w sposób graniczący
z jasełkowym Żydem. Tylko
turonia mu brakowało i chałatu. Siedziałem
na widowni i zaciskałem pięści
w akcie rozpaczy.
Brzmi zabawnie, aczkolwiek jako
autorka wierszy, które stają się
piosenkami – nie zawsze zgodnie
z moją wolą – potrafię w jakimś
stopniu zrozumieć, co czujesz w takich
sytuacjach. Rozumiem, że to
nie są zatem najważniejsze momenty
w Twojej karierze. Ale zapewne
są takie, które dają Ci całkowite poczucie
sensu i spełnienia?
Myślę, że ten moment jest dopiero
przede mną. Niezależnie od tego, czy
będzie on dla mnie pozytywny, czy
też wręcz przeciwnie. W literaturze,
moim zdaniem, łatwiej jest punktować
chwile wzlotu. Chwile upadku są
bardziej powolne. Rzadko kiedy obserwuje
się literata, który jak zestrzelony
messerschmitt spektakularnie
spada w dół, zostawiając za sobą
warkocz dymu i ognia. Za to efektowne
wzloty, oparte na zachwytach
i kontrowersjach, są obserwowane
znacznie częściej. Oba te przypadki
związane są ze znacznymi przeciążeniami.
Obawiam się, że mój pięćdziesięciopięcioletni
organizm mógłby
nie najlepiej znieść takie przeciążenia.
Życzyłbym sobie raczej stabilnego
wzlotu. O ile moje życzenia nie są
przesadnie wygórowane.
Jakie są Twoje artystyczne plany na
przyszłość? Czy jest coś, czego jeszcze
nie zrobiłeś, a marzysz o tym?
Ja mam całą listę projektów do
ukończenia! Ze dwie sztuki teatralne,
większą formę poetycką, parę
niedokończonych wierszy, dwa lub
trzy eseje. Pisanie idzie mi powoli.
Nie mam daru łatwości pisania, więc
tego, co wymieniłem, starczy na długi
czas. Kusi mnie też, aby „spróbować
się” w pisaniu powieści. Ale to
już chyba na koniec tych wszystkich
wspomnianych wysiłków, jakie sobie
zakładam.
Czy masz swoje życiowe motto, które
pomaga Ci w momentach zwątpienia
lub kryzysu twórczego lub po
prostu prowadzi Cię przez życie?
Nie. Nie posiadam czegoś takiego. Za
to przez meandry życiowych upadków
i wzlotów prowadzi mnie postać
rycerza z grafiki Albrechta Dürera
Rycerz, diabeł i śmierć. Kiedyś przeczytałem
fenomenalną interpretację
tego dzieła autorstwa Erwina
Panofsky’ego. Od tego czasu bardzo
mocno oddziałuje ono na mnie.
Chciałbym być jak ten rycerz, spokojnie
dążący do celu pomimo przeciwności
i lęków, które atakują go po
drodze. [AKW]
AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ
JACEK JASZCZYK
NOLLAIG
W objęciach przestrzeni psalmy życiodajne
przynoszą tobie jak kolorowe odpusty kolędnicy.
Z marmuru pejzaż, a w nim pieśnią wykute pobocza,
którymi idące procesje śpiewają zimowe kolędy.
Przyłóż ucho do każdej modlitwy drzew,
aby usłyszeć, jak skostniałym ruinom Galii
nieskończoność przynosiła Mleczna Droga,
a w niej błysk, po którym przebiegał anioł.
Pod światłem jego stóp iskry lewitują w pieśniach,
a hymny niesione na czółnach przez wyspy i zatoki
dojrzewają jak skorupy migdałowca,
gdy ziemia, na której plemiona, wymyślając Celtów,
roiła miodne pałacie dla struchlałych mgławic.
Wędrowcze cofnięty o wieki, powitaj ten czas.
Bo oto św. Ambroży z Mediolanu przechodzi
między nami i kościoły jaśnieją jak nadmorska chmura
otaczająca Morze Marmara, łagodne jak margaretki
zakwitające w zieleni oczu śniącej o szczęściu blondynki,
która w sercu świata obłokami tuli rajskie gaje.
Za ścianą miasta samotność zamyka dłoń staruszka.
Kryształowe sople zdobią w zaciszu gotyckie wieże.
Stada gołębi w kolorach ochry łapczywie skubią gwiazdy,
których odbicia w nieskazitelnych wierszach przysypał śnieg,
gdzie pod strapionym szczytem nieba, wydrążone ręką Perkunasa,
grudniowe wyniknie jutro.
Ilustracja Pixabay
POST SCRIPTUM
71
Nowa
odsłona
Zanussiego
Z Barbarą Gruszką-Zych. Grzegorzem Lityńskim
i Krzysztofem Zanussim
o książce Zanussi. Przez przedmioty
rozmawia Andrzej Radziejewski
Jak się zaczęła znajomość Pana Profesora
z Barbarą Gruszką-Zych – autorką
kilku książek o Panu i żonie?
Krzysztof Zanussi:
Znam Państwa zawód – sam też
przez chwilę zajmowałem się dziennikarstwem.
Pisywałem w jakichś
pisemkach, nawet w „Ekranie”, kiedy
właśnie powstawał. Jednym słowem
mam pewne doświadczenie
w tej dziedzinie, chociaż nie odniosłem
w niej żadnych istotnych sukcesów.
Przywykłem do tego, że kiedy
przychodzi do mnie jakiś dziennikarz
i zadaje mi jakieś pytania, to najczęściej
w jego oczach widzę, że go to
niewiele interesuje. Że robi to, bo
musi napisać tekst, ale mało słucha,
72
POST SCRIPTUM
co mówię. Zwykle notuje czy nagrywa,
bo musi.
W tym przypadku było inaczej?
KZ: Kiedy spotkałem panią Barbarę,
od razu spostrzegłem, że interesuje
ją to, o czym żeśmy rozmawiali.
Po pewnym czasie nasza zawodowa
znajomość przerodziła się w wieloletnią
już dziś przyjaźń. Nasz dom
nie stanowi sfery zastrzeżonej, ale
nie chciałbym, żeby pętały się po
nim obce osoby, z którymi nie mamy
kontaktu. Natomiast pani Barbara
już jest osobą udomowioną. Z żoną
mamy wielu przyjaciół, ale kogoś,
kto by pisał tak, jak to robi pani Barbara
– nie. Muszę dodać, że pani
Barbara jest poetką i mamy dobre
porozumienie również dzięki temu,
że czytuję jej wiersze.
Ile lat już się Państwo znacie?
Barbara Gruszka-Zych: Jak słusznie
zauważyłeś takie książki jak Zanussi.
Przez przedmioty nie biorą się
z chwilowych spotkań. Ta zaczęła powstawać
podczas moich kolejnych
odwiedzin w domu państwa Zanussich,
kiedy poczułam się u nich jak
u siebie. Znamy się już prawie trzydzieści
pięć lat. Pan Krzysztof zwykle
zwraca mi uwagę, bym o tym nie
wspominała, bo to mnie postarza,
ale w tej chwili muszę odpowiedzieć
na twoje pytanie. Kiedy przygotowywaliśmy
się do wydania Życia rodzinnego
Zanussich. Rozmów z Elżbietą
i Krzysztofem, zrodził się pomysł na
powstanie opowieści o reżyserze
i jego żonie oglądanych przez otaczające
ich rzeczy. „Chciałbym zachować
pamięć o przedmiotach wypełniających
wnętrza naszych domów” – podzielił
się wtedy swoim pragnieniem
pan Krzysztof.
To było mocno trafione, bo od lat
przywołujesz przecież przedmioty
w swoich wierszach.
BGZ: Zawsze lubiłam skupiać się na
szczegółach, a jeszcze w słuszności
tego przekonania upewnił mnie Czesław
Miłosz, z którym wiele o tym
rozmawiałam. Dlatego podchwyciłam
tę myśl pana Krzysztofa i choć
dopiero po kilku latach, jednak podjęłam
się jej realizacji. To było wyzwanie
– opisać przez przedmioty
moich niezwykłych bohaterów nie
do opisania – Elżbietę i Krzysztofa
Zanussich.
Jaka tajemnica kryje się w przedmiotach?
BGZ: Przedmioty to milczący świadkowie
mijającego czasu, zapewniający
nam poczucie bezpieczeństwa,
a jednocześnie wyrywający nas
z niego poprzez przywoływane
wspomnienia. Bo któż z nas, próbując
choć przez chwilę wrócić do przeszłości,
nie przechowuje przybyłych
z dzieciństwa misiów i lalek z coraz
bardziej zacierającymi się w pamięci
buziami? Ile na dnie naszych szuflad
leży starych notesów i kalendarzy,
z których dawno uciekły daty? Ale to
przypominanie budzi tęsknotę, żal za
minionym, jakieś rozdarcie, którego
nie wypełni najbardziej harmonijna
teraźniejszość.
Po raz pierwszy zaprosiłaś do współpracy
przy powstawaniu książki
fotografa.
BGZ: Naszą książkę współtworzą
zdjęcia znakomitego, posiadającego
swój rozpoznawalny styl Grzegorza
Lityńskiego, który w swoich kadrach
utrwala rzeczywistość, przedstawiając
to, czego poszukuję, czyli coś więcej
– to, co „niewidoczne dla oczu”.
Na jego zdjęcia zwróciłam uwagę już
kilka lat temu podczas prezentacji
fotografii z jego podróży, ale teraz
przyszła pora na poważną współpracę.
Zwłaszcza, że zdjęcia Grzegorza
od razu wpadły w oko bohaterowi
naszej książki. „Jestem dużo fotografowany,
więc mogę porównać, jak
się to komu udaje, dlatego wybieram
pana” – powiedział pan Krzysztof, będąc
pod wrażeniem jego prac. Grzegorz
po przeczytaniu mojego tekstu
mozolnie dobierał zdjęcia z setek,
które zrobił, ja mu coś doradzałam,
zadowolona, że mój tekst będzie
mógł fruwać na ich skrzydłach. Jego
fotografie zostały ułożone nie linearnie,
lecz według oryginalnej koncepcji,
można rzec, że prowadzą własną
opowieść, dającą książce nową perspektywę.
Dom państwa Zanussich w Laskach
to wyjątkowo piękne, wręcz zachwycające
miejsce.
POST SCRIPTUM
73
BGZ: Wystrój przedstawionych
w albumie wnętrz jest zasługą żony
reżysera, Elżbiety Grocholskiej-
-Zanussi, artystki malarki kierującej
się przesłaniem, by wszystko,
co otacza męża, było piękne, gdyż
on na to zasługuje. Mam nadzieję,
że przywołane na karty tej książki
piękno sprawi, że przez szczelinę
między zdjęciami a tekstem jej czytelnik
będzie mógł, jak pisze Philippe
Jaccottet: „sięgnąć wzrokiem poza
granicę widzialnego”. Namacalne
przedmioty stanowią zarazem bramę
wprowadzającą w wieczność, ale też
pozostają na ziemi jako ślad po tych,
którzy się nimi otaczali. Smaku opowiadanej
przez nas na dwa sposoby
historii dodaje mało nagłośniony
fakt, że małżeństwo Zanussich nieustannie
gości w swoich domach nie
tylko znajomych, lecz także całkiem
obcych, udostępniając im je, aby
mogli zwiedzać Warszawę czy Paryż.
Nasi bohaterowie nietypowo dla
celebrytów potrafią konsekwentne
dzielić się z innymi swoim dorobkiem
życia w duchu iście ewangelicznym.
74
Przedmioty
to milczący
świadkowie
mijającego czasu
POST SCRIPTUM
Grzegorzu, co Cię przyciągnęło do
tego projektu?
Grzegorz Lityński: Kiedy Basia zaprosiła
mnie do współudziału w powstaniu
książki Zanussi. Przez przedmioty,
właśnie kończyłem pracę nad
zdjęciami do książki dla niemieckiego
wydawnictwa, też przedstawiającymi
przedmioty. Ale bardzo szybko
się okazało, że mój udział w projekcie
o panu Zanussim to zupełnie inny kaliber.
Po pierwsze, forma i treść tworzona
przez Basię jest niespotykana.
Stanowi połączenie poezji i niezwykłej
narracji, bo przecież Basia to
wyjątkowa poetka. Już same tytuły
rozdziałów, jak na przykład „Gałęzie
podtrzymane wiatrem nie odfruną”,
dawały przedsmak tego, co mnie
czeka w trakcie realizacji pracy nad
albumem i przy końcowym wyborze
zdjęć. Po drugie, od początkowych
spotkań z bohaterem moich zdjęć –
panem Krzysztofem Zanussim – miałem
przekonanie, że czeka mnie coś
więcej aniżeli sucha dokumentacja
przedmiotów postawionych na półce.
Przede wszystkim zrozumiałem,
że ten projekt – aby mógł stać się
ponadprzeciętny, dorównując stylowi
pisania Basi oraz niezwykłemu
Namacalne przedmioty
stanowią zarazem
bramę wprowadzającą
w wieczność, ale też pozostają
na ziemi jako ślad po tych,
którzy się nimi otaczali
darowi opowiadania pana Zanussiego
– musi się opierać na współpracy
z głównym bohaterem.
Kiedy Ty poznałeś pana Krzysztofa?
GL: Od lat znałem jego filmy, ale osobiście
poznaliśmy się w murach Uniwersytetu
Śląskiego na wydziale Radia
i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego.
Tego samego wieczoru miałem
przyjemność odprowadzić pana
Krzysztofa na pociąg do Warszawy.
A już kilka tygodni później wykonałem
pierwsze, próbne zdjęcia do naszej
książki w domu państwa Zanussich
w Laskach nieopodal Warszawy.
Tak nawiasem mówiąc, zrobione
wtedy z lotu ptaka zdjęcie z sesji
próbnej ukazujące grono gości przy
olbrzymim okrągłym stole jest jednym
z moich ulubionych ujęć i buduje
zakończenie opowieści albumu Zanussi.
Przez przedmioty. Potem było
jeszcze wiele spotkań w Laskach,
kilkudniowy wyjazd do Paryża, gdzie
miałem przyjemność utrwalić na
zdjęciach mieszkanie reżysera nieopodal
Placu Zgody. I kolejno – sesja
w mieszkaniu na Żoliborzu.
Można powiedzieć, że podjąłeś się
tematu, który wydaje się samograjem.
Wybitny reżyser zgadzający się
na to, żeby wejść w jego intymny
świat, w życie prywatne.
GL: I tu zaczynają się schody… Bo
projekt oparty na ścisłej współpracy
z dwiema takimi gwiazdami jak
Barbara Gruszka-Zych oraz Krzysztof
Zanussi to megaodpowiedzialność.
Dorównać poezji wypływającej z tekstów
autorki i zderzyć się z komentarzami
pana Krzysztofa do moich
zdjęć – a w końcowej wersji albumu,
która ukazała się drukiem, jest ich
ponad sto – to kolejne wyzwania.
Jaką strategię przyjąłeś?
GL: Są fotografowie, którzy specjalizują
się w aranżacji przestrzeni, choćby
Gregory Crewdson z Nowego Jorku,
znany z surrealistycznych wręcz
układanek i kompozycji wnętrz domów,
ludzi i zwierząt. Używa do tego
sprzętu rodem z produkcji filmowych,
silnych lamp, barwnego oświetlenia,
a nawet dźwigów. Jeśli trzeba, to
wierci dziury w ścianach, zalewa posadzki
wodą itp. Natomiast w moim
przypadku, fotografa dokumentalisty,
trudno mówić o strategii. Zawsze
stawiam na autentyczność. Mój styl
fotografowania jest daleki od aranżacji.
I tutaj nasze poglądy z panem Zanussim
były zbieżne od samego początku.
Nasz bohater z rozbawieniem
opowiadał mi, że gdy przyjeżdżają
do niego ekipy telewizyjne, by realizować
jakiś wywiad czy uwiecznić
jego dom, często najpierw dochodzi
do przesuwania mebli. W projekcie
Zanussi. Przez przedmioty nie było
takich sytuacji. Nikt nie musiał przestawiać
mebli, nie było pucowania
szyb czy podłóg, nie było porządkowania
opakowań leków porzuconych
bezładnie na stoliku, bo to nie leży
w mojej naturze dokumentalisty.
I bardzo mnie to cieszyło, że pan Zanussi
nigdy nie zakwestionował pewnych
niedoskonałości otaczającego
go świata ukazywanych na zdjęciach
w albumie. To widać m.in. na otwierającym
album zdjęciu, gdzie można
dostrzec kurz wokół stalowego kota
podtrzymującego drzwi do gabinetu.
A więc postawiłeś na realizm?
GL: Tak, ale do tego niezbędne jest
przyzwolenie i współpraca z bohaterem
i autorką tekstu. Ani Basia, ani
pan Krzysztof nigdy nie kwestionowali
żadnych moich ujęć. Obydwoje
traktowali mnie jako artystę, który
ma swoją wizję, a nie jak pana
z aparatem, który ma wycelować
i nacisnąć spust na zawołanie. To
nieczęsto się zdarza, zwłaszcza gdy
się pracuje z VIP-ami, jak w tym przypadku.
Czy jakieś Twoje ulubione dobre
zdjęcia nie weszły do Waszego albumu
z powodu braku miejsca?
GL: Tak się zdarzyło. Ale bynajmniej
nie z powodu braku miejsca, ale dlatego,
że nie pasowały do konceptu.
Moim nadrzędnym celem było zbudowanie
pewnej narracji, różnej
w poszczególnych rozdziałach. Do
niej pewne zdjęcia pasowały, a pewne
– choćby nawet nie wiadomo jak
wybitne – po prostu nie pasowały.
Jedno z tych odrzuconych zdjęć długo
pozostawało wśród trzech kandydatów
na okładkę. Dobre, wręcz bardzo
dobre ujęcie, okazało się „typem
samotnika” – nie mogłem znaleźć dla
niego towarzystwa innych fotografii.
Więc z bólem serca musiałem się
z nim rozstać, zwyciężył racjonalizm
i dyscyplina, która nakazywała podporządkować
cały układ opowiadanej
historii. [AR]
ANDRZEJ RADZIEJEWSKI
POST SCRIPTUM
75
O Autorach:
KRZYSZTOF ZANUSSI
BARBARA GRUSZKA-ZYCH
Poetka, reportażystka, pisarka,
krytyczka literacka. Jest
autorką ponad dwudziestu
tomików wierszy. Jej zbiorek
Szara jak wróbel (2012)
wybitny krytyk Tomasz Burek
umieścił wśród dziesięciu
najważniejszych książek, które
ukazały się w Polsce po
1989 r. Opublikowała zbiory
reportaży Mało obstawiony
święty. Cztery reportaże
z Bratem Albertem w tle,
Zapisz jako… oraz książki
wspomnieniowe: Mój poeta
o Czesławie Miłoszu, Takie
piękne życie. Portret Wojciecha
Kilara, a także wywiad
rzekę Życie rodzinne Zanussich.
Rozmowy z Elżbietą
i Krzysztofem i Moi ważni.
Portrety prywatne. Laureatka
wielu nagród za wywiady
i reportaże, m.in. Nagrody
Stowarzyszenia Dziennikarzy
Polskich im. Macieja Łukasiewicza
(2012) za rozmowę
z Wojciechem Kilarem, oraz
nagród poetyckich, m.in. Nagrody
im. ks. Jana Twardowskiego
(2015), a także za upowszechnianie
kultury i nauki
m. in. Nagrody Marszałka
Województwa Śląskiego im.
Karola Miarki (2023). Była
stypendystką wiedeńskiej
Fundacji Janineum (2002),
Fundacji Jana Pawła II w Rzymie
(2003), Fundacji Heinrich
et Jane Ledig-Rowohlt
w Lavigny w Szwajcarii (2014).
GRZEGORZ LITYŃSKI
Fotograf, kurator wystaw, wykładowca.
Prowadzi zajęcia
dydaktyczne na studiach podyplomowych,
kursy, plenery
w języku polskim, niemieckim
i angielskim. Swoje zdjęcia prezentował
na licznych wystawach
indywidualnych w USA, Niemczech
i Polsce, między innymi
w Ukrainian National Museum
of Chicago, Minnesota State Capitol,
University of St. Thomas,
Chicago History Museum, Dwell
Studio of Chicago, Deutsches
Polen-Institut w Darmstadt,
Kunstverein Oerlinghausen e.V.,
Narodowym Centrum Kultury
w Warszawie i Europejskiej Stolicy
Kultury w rodzinnym Wrocławiu.
Był stypendystą Akademie
am Tönsberg (2023). Został
uhonorowany BZWBK Press
Foto w kategorii „Życie codzienne”
(2014). Realizuje projekty
dokumentalne na całym świecie.
Odwiedził ponad siedemdziesiąt
krajów od Australii, poprzez
Bhutan, Botswanę, Laos,
po Spitsbergen. Jest autorem
dwóch akademickich podręczników
o fotografii oraz angielskojęzycznej
historii laparoskopii
Highlights in the History
of Laparoscopy (1996).
Urodził się w Warszawie 17
czerwca 1939 roku. Światowej
sławy reżyser, scenarzysta
i producent filmowy, którego
twórczość można uznać za wizytówkę
polskiego kina moralnego
niepokoju. Jego żoną jest
Elżbieta Grocholska-Zanussi.
Uhonorowany setkami nagród.
Jako pierwszy polski reżyser
otrzymał w 1984 roku Złotego
Lwa na Międzynarodowym Festiwalu
Filmowym w Wenecji
za Rok spokojnego słońca. Nadano
mu trzynaście doktoratów
honoris causa. Jest członkiem
PEN Clubu i Stowarzyszenia
Pisarzy Polskich. Od 1992
roku profesor sztuk filmowych.
Wykłada między innymi na
Wydziale Radia i Telewizji im.
Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu
Śląskiego w Katowicach.
Dwukrotnie został laureatem
Grand Prix Festiwalu
Polskich Filmów Fabularnych za
filmy: Barwy ochronne (1977)
oraz Życie jako śmiertelna choroba
przenoszona drogą płciową
(2000). W Gdyni otrzymał
Platynowe Lwy za całokształt
twórczości (2019), a w Warszawie
– Orły za osiągnięcia życia
(2019). Jego mistrzowskie filmy,
które weszły do kanonu dziesiątej
muzy, to między innymi:
Struktura kryształu, Iluminacja,
Spirala, Constans, Imperatyw,
Rok spokojnego słońca, Gdzieśkolwiek
jest, jeśliś jest, Dotknięcie
ręki, Persona non grata,
Eter. Napisał kilkanaście książek,
wśród których najbardziej znane
to: Pora umierać i Strategie życia,
czyli jak zjeść ciastko i je mieć.
76
POST SCRIPTUM
Zanussi. Przez przedmioty
Książka Zanussi. Przez przedmioty to eseistyczno-biograficzna
opowieść o Krzysztofie Zanussim, legendarnym reżyserze kina
moralnego niepokoju. Co istotne – ukazała się z okazji 85. urodzin
mistrza światowej kinematografii. Z tej okazji czytelnik otrzymał
wyjątkowy przewodnik, a zarazem esej, napisany przez Barbarę
Gruszkę-Zych – poetkę, dziennikarkę, autorkę książki Życie rodzinne
Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem. Tekst został opatrzony
zdjęciami przedstawiającymi otoczenie reżysera, wykonanymi przez
znakomitego fotografa Grzegorza Lityńskiego. Fotografie miejsc zwykle
niedostępnych dla odwiedzających dom Zanussich w Laskach oraz
ich mieszkania na warszawskim Żoliborzu, jak również w centrum Paryża,
zostały opatrzone komentarzami samego Krzysztofa Zanussiego.
O albumie napisał krytyk i poeta Janusz Nowak: „Doskonała jest
kompozycja utworu zbudowanego na równowadze tekstu, zdjęć i komentarzy
głównego bohatera. Nie jest tak, jak w wielu publikacjach,
że zdjęcia stanowią jakiś niewiele znaczący dodatek lub też tekst jest
wstawiony na doczepkę do fotografii. Tutaj istnieje między nimi pełna
harmonia”. Tak obmyślaną publikację można nazwać dosłownie
i w przenośni, nową odsłoną Krzysztofa Zanussiego, przedstawionego
przez posiadane przedmioty.
POST SCRIPTUM
77
Nie tylko
przez
przedmioty
Krzysztof Zanussi jest znany prawie
wszystkim dzięki filmom,
które nie pozostawiają widzów
obojętnymi. Od Struktury kryształu,
Iluminacji, przez Barwy ochronne, Spiralę
czy Rok spokojnego słońca, uhonorowany
Złotym Lwem na Międzynarodowym
Festiwalu Filmowym w Wenecji.
Ten wybitny twórca jawił mi się dotąd
jako ktoś zamknięty w sobie, zimny
i odległy, stwarzający jakąś niewidzialną
barierę, nie do przeniknięcia przez
ludzi, którzy znali go tylko z jego jakże
oryginalnych i pełnych niepokojów filmów.
Może ta urojona niedostępność
wynikła z wielkości jego intelektu? Lecz
stało się coś wyjątkowego, co przybliżyło
i ociepliło wizerunek mistrza…
Barbara Gruszka-Zych ma szczęście
do wybitnych twórców. A może to
wybitni twórcy mają szczęście, że Barbara
zjawiła się w ich życiu, by czytelnicy
– za zgodą opisywanych – mogli
poznawać to, co prywatne i nie na
pokaz, a nawet dotąd skrzętnie skrywane
tajemnice. Przekonali się o tym
Czesław Miłosz, Wojciech Kilar czy
właśnie Krzysztof Zanussi – światowej
sławy reżyser i scenarzysta.
78
POST SCRIPTUM
Byliście państwo w domu państwa
Zanussich? Ja nie byłem. Do wczoraj.
Wczoraj spotkało mnie szczęście pod
postacią wyjątkowej publikacji Barbary
Gruszki-Zych z fotografiami Grzegorza
Lityńskiego o prozaicznym tytule
Zanussi. Przez przedmioty. Oddajmy
głos samemu reżyserowi:
Na zajęciach z reżyserii bardzo często
stawiam przed studentami zadanie,
żeby opisali człowieka za pomocą tego,
co go otacza… Przedmioty są w tym
przekazie najważniejsze. W tej książce
ja zostałem opisany przez przedmioty,
które mi towarzyszą.
Nie wiem, czym autorka uwodziła
swoich rozmówców: urokiem osobistym,
taktem, klasą, wrażliwością,
erudycją czy wzbudzającym zaufanie
sposobem bycia? Nie wiem, ale wiem,
jaki jest efekt tych starań pięknie zapisanych
na kartach wyjątkowej publikacji.
Po wydanej w 2019 r. książce
Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy
z Elżbietą i Krzysztofem poznajemy
reżysera na nowo – przez przedmioty,
którymi się otacza. Gdy z martwych
stają się żywymi, mają swoje często
dramatyczne historie, a teraz – otulają
wspomnieniami.
Przedmioty w domu Zanussich stały
się niemal członkami rodziny. Może
to bluźnierstwo, ale rozgrzeszone,
bo mające podnieść ich ważność,
rangę i znaczenie, które – jak przypuszczam
– miały też wpływ na filmy
mistrza. Wspomniane przedmioty są
nie tylko piękne i kojarzące się z konkretnymi
sytuacjami, lecz także niosą
z sobą i w sobie ponadczasowe mądrości
oraz trudne do odgadnięcia tajemnice.
O każdym z przedmiotów
właściciele opowiadają z czułością,
pewnie dlatego, że są im tak bliskie
i tworzą wyjątkowy klimat niezwykłego
mieszkania. Ale to nie dziwi, bo
niezwykli są również jego mieszkańcy.
Dzięki książce oglądamy np. fotografię
mamy reżysera, którą wykonał sam
Zanussi, resztki sztućców ocalałych ze
spalonego pałacu Czetwertyńskich,
maskę z Sycylii, barokową madonnę,
patchwork z Indii, kawałki żeliwnych
łuków z pałacu Jabłonkowskich
w Warszawie, rzeźbę anonimowego
(bo bez głowy) świętego, albumy,
w których ukryta pamięć, przepiękną
mandolinę katańską, na której miał
grać pan Krzysztof, kopię szabli Piłsudskiego,
liczne nagrody mistrza,
a nawet kamień nagrobny Franciszka
Starowieyskiego, przygotowany przez
niego samego. Kamień nie ozdobił
grobu, ale przyjęli go do swego ogrodu
państwo Zanussi…
To dziwne i aż dziwię się mojej bezczelności,
bo wydaje mi się, że Barbara
pisała tę książkę… o mnie! Naprawdę,
nie na niby. Oczywiście, z zachowaniem
właściwych proporcji: mistrz
gigantem, a ja maleńkim krasnalem,
mniejszym od mrówek i bakterii, ale
podobnie przywiązanym do przedmiotów:
on do „Świętego Antoniego”–
rzeźby pochodzącej z jakiegoś
zniszczonego kościoła, ja do „Świętego
Franciszka”, wyrzeźbionego przez rzeźbiarza
ludowego z sąsiedniej wioski
przed półwieczem; on do noża, który
otrzymał od widza ze słowami: „Skoro
pan się naraża diabłu, to musi się
pan mieć czym bronić”; ja do osełki po
dziadku Teofilu, z mosiężnym uchwytem
z głową byka, którą ostrzył noże,
by mordować zwierzątka, bo był masarzem;
on do Madonny od pani Zofii
Morawskiej, ja do oleodruku Święta
Rodzina po pradziadkach, z drewnianej
chałupy, w której się urodziłem; ja
do drewnianego piórnika sprzed stu
lat, z rysikiem gotowym do zapisywania
pierwszych słów na tabliczce, on
do… Można dalej wymieniać i szukać
podobieństw. Mamy nawet prawie takie
same zegary, zmuszające do refleksji
nad upływającym czasem, z tym że
mój chyba starszy, bo z rzymskimi cyframi…
Co jeszcze łączy mnie w szczególny
sposób z państwem Zanussimi?
Wielkość działek, na których stoją nasze
domy – 24 ary! Wcześniej nie miałem
o tym pojęcia.
A ile tu zwierzeń Elżbiety i Krzysztofa!
O ich upodobaniach, spojrzeniach na
życie: od spotkań w twórczej drodze,
po markowe ubrania nabyte w… sklepach
z używaną odzieżą.
Ta wyjątkowa książka to kopalnia, po
której prowadzi nas autorka, odsłaniając
jej piękne pokłady. Czy może studnia
z krystaliczną wodą, z której pije
się piękno małymi łykami, by dłużej
zachwycało. Czyta się i ogląda, ogląda
i czyta z rosnącym zainteresowaniem,
bo nie ma tu zbędnych słów ani fotografii
– wszystko jest na właściwym
miejscu, by stało się jaśniejsze to, co
za parawanem prywatności, nie naruszające
intymności, a przybliżające
miejsca, rzeczy, wspomnienia wśród
których i z których rodzi się wybitna
sztuka filmowa, pełna niepokoju
i trudnych pytań, często bez odpowiedzi.
Może po to, by widz próbował
sam odpowiadać na niedomówienia
i niedopowiedzenia twórcy?
Piękna to publikacja, bo piękni są państwo
Zanussi: pan Krzysztof w sztuce
filmowej, a pani Elżbieta w sztuce
życia. Książka jest tak ciekawa, jak jej
bohaterowie, ich poglądy na świat, na
sprawy fundamentalne, ale i na rzeczy
małe, pozornie nieistotne, gdy śpiewamy
razem kolędy, a nawet penetrujemy
szafę z togami reżysera i… suknią
ślubną pani Elżbiety.
To wciągająca wędrówka, podczas której
poznajemy i odkrywamy niezwykłych
ludzi – nie otaczają się oni egoistyczne
tytułowymi przedmiotami,
ale wspaniałomyślnie dzielą się nimi
z licznymi gośćmi, zwielokrotniając
bliskość między tym, co niby martwe,
z tym, co wiecznie żywe.
Niejako mimochodem, przy okazji dowiadujemy
się o zwyczajach, a nawet sekretach
pana Krzysztofa, także z ust jego
żony, która inspiruje i dba o to, by miał
wokół piękno, „bo na nie zasługuje”.
O tym, że autorką książki jest poetka,
świadczą fragmenty wierszy, którymi
inkrustowana jest treść – od Staffa do
Eliota, od Herberta po Zagajewskiego,
od Miłosza po… samą Barbarę Gruszkę-
-Zych, która cytuje się najczęściej.
To wszystko sprawia, że czujemy jeszcze
większą wieź z bohaterami i autorką,
która nie pisze beznamiętnej,
zimnej, anonimowej opowieści, ale
subiektywnie piękną prawdę z pierwszej
ręki, uwiarygodnioną komentarzami
samego Zanussiego pod fotografiami
z jego domostwa. Nie tylko
tego pod Warszawą, bo zaproszeni zostaliśmy
także do paryskiego mieszkania
reżysera, które jest przystanią dla
strudzonych, tułających się po świecie
wędrowców oraz do jego mieszkania
na poddaszu w Warszawie, przy ul. Kaniowskiej.
Ponad 200 zdjęć autorstwa wybitnego
artysty Grzegorza Lityńskiego stanowi
integralną część książki. Fotograf bystrym
okiem wyszukuje w mnogości
przedmiotów te, które warto zatrzymać,
utrwalić. Obiektywem przygląda
się mowie rzeczy, ale także wymownemu
milczeniu właścicieli tego raju. To
on sprawił, że tekst uzupełniony został
fotografiami albo może fotografie zostały
uzupełnione tekstem?
Książka jest pełna mądrości ludzi mądrych,
zanurzonych w przemijaniu.
W ich pięknym domu „piękno jest na
to, aby zachwycało do – pracy” (Norwid),
ale nie tylko, lecz także by liczni
goście mogli je podziwiać – jak wyznaje
żona mistrza.
Tytułowe przedmioty są tylko i aż pretekstem
– jak mi się wydaje – by poznać
i zachwycić się pięknym życiem
tej pary. Otoczonej ogrodem, ośmioma
psami, czterema kotkami, a nawet
jaskółkami, zatrzymanymi na suficie
sypialni…
Wędrówka po domu artystów, rozmowy
i wspomnienia stają się też dla
samej autorki źródłem inspiracji do
zamyśleń, również metafizycznych
i filozoficznych, oraz dzielenia się swoją
wyobraźnią. To opowieść na trzy
głosy: Krzysztofa, Elżbiety i Barbary,
z chórem przedmiotów, mających
swoje partie solowe. Podkreślone
bezgłośnym pięknem wyczarowanym
przez Grzegorza Lityńskiego, fotografika,
który ukazuje nam prawdę
obiektywną przez swoje subiektywne
i oryginalne zdjęcia, malowane z najwyższym
profesjonalizmem, ale także
wyobraźnią. Warto poznać tę książkę-
-album, by uczyć się od jej bohaterów
wnikliwego patrzenia na urodę świata,
widzianą nie tylko okiem kamery, lecz
nade wszystko wrażliwością, dobrocią
oraz sercem wreszcie…
Tyle tu piękna, aż wierzyć się nie chce,
że może tak być, ale gdy ludzi łączy
pasja i dobro, którymi szczodrze dzielą
się z nami, tak właśnie jest. Choć tytuł
książki jest mylący. Byłby bliższy prawdy,
gdyby brzmiał Krzysztof Zanussi.
Przez serce. [JW]
Barbara Gruszka-Zych, Grzegorz Lityński,
Krzysztof Zanussi, Zanussi. Przez przedmioty,
Ursines, Czeladź 2024.
JULIUSZ WĄTROBA
POST SCRIPTUM
79
POEZJA
Polecane
TOMASZ MIELCAREK
(ur. 1974 r.) – poeta. Jako laureat
Nagrody Głównej w konkursie
im. J. Bierezina (2013) debiutował
zbiorem wierszy Obecność/Presence
(Dom Literatury
w Łodzi/Stowarzyszenie Pisarzy
Polskich Oddział w Łodzi, Łódź
2014) za który otrzymał Nagrodę
Poetycką Złoty Środek Poezji
im. Artura Fryza (najlepszy poetycki
debiut książkowy roku).
Obecność ukazała się w Bułgarii
jako Присъствие, (Simolini'94,
Sofia 2015, przełożył
Łyczezar Seliaszki). W 2020 opublikował
Przejazdem, a w 2022
Pali się dzień (Dom Literatury
w Łodzi/Stowarzyszenie Pisarzy
Polskich Oddział w Łodzi).
80
POST SCRIPTUM
***
wsłuchuj się uważnie w najcichszą chwilę
gdy mówi do ciebie z zapomnianego świata
a w twoim oku zakiełkuje nasiono
obudzi się źródło
dłonie ojca staną się od nowa
suche dłonie z papieru
zapłoną na twojej twarzy
***
zabłądziliśmy w miejscu obojętnym
jak przydrożny kamień
wszystkie zapamiętane historie zostały z nami
zatkaliśmy nimi uszy
wypchaliśmy usta
a gdy cierń nocy zbliżał się do oka
twoje dłonie były światłem
były domem
***
przezroczystość
rozpuszcza cienie
pomiędzy krawędziami twoich dłoni
pękający horyzont
przepaść pełna światła
pali się dzień
pali
spopiela wieńce naszych oczu
przy wezgłowiu łóżka stanął czas
i połyka ostatnią godzinę
***
bądź błogosławiona
rodząca na krzyżu
matko bólu
i ty
skulona w bólu pod
krzyżem
matko krzyku
bądź przeklęta matko
miłosierdzia!
matko od pustego
krzyża
***
ukradli moją duszę
zamienili oczy w piasek
a ja położyłam się obok siwej głowy ojca
którego już nie ma
położyłam się na kolanach mojej babki
która nie wie że umarła
bo zapomniała że żyła
(a babka miała czarne włosy
długie
do ziemi
do śmierci)
***
niech zostanie zapomniane wszystko to
co nie leżało w mojej naturze
co przyszło z zewnątrz
a żadna z rzeczy
które przez lata upychałem po kieszeniach
nie zostanie znaleziona
niech śpiewają wszystkie drzewa
w korzeniach których grzebałem kiedyś martwe ptaki –
miękkie wpatrzone w niebo
jakby nadal żyły
POST SCRIPTUM
81
Ręka, noga,
mózg na ścianie,
czyli byłam w Turcji
Poleciałam z wielką ciekawością i jeszcze większą pewnością,
że do pełni szczęścia brakuje mi już tylko płaskiego brzucha
z nowym pępkiem i uśmiechu kończącego się na potylicy.
Zaufana klinika, świetni specjaliści, personel władający wszystkimi
językami świata, jakby i to wszczepiali pod narkozą. Pacjenci nie
do odróżnienia, cali w bandażach, że tylko oczy widać, i trzeba nie
lada wyobraźni, aby dostrzec w nich człowieka z nazwy, a co dopiero
z duszą. Na to nie ma ani czasu, ani przestrzeni. W tureckiej
klinice liczy się tylko efekt końcowy. Chcesz się dowiedzieć o drodze,
która Cię tam zaprowadziła, zapisz się do regionalnego psychiatry.
W Turcji leczy się skutki, nie przyczyny. A czasem i to nie.
I poleciałam. Przywitała nas szlochająca Pani z elastyczną opaską
uciskową, wciśnięta w kąt. 3 dni po operacji, a w domu zmartwiona
rodzina, bo Pani bez kontaktu. Telefon twarzy nie rozpoznał
i nijak się dodzwonić nie można. A w telefonie całe życie uzależnione
od przymrużonych oczu. Te szeroko otwarte nie podarowały
dostępu do świata. Co za paradoks. Kolejna napotkana zamarzyła
o tyłku, na którym mąż będzie mógł postawić kufel piwa. Pomysł
się nie przyjął. Implant także. Pościeliła sobie łóżko, na którym teraz
nie może się porządnie wyspać. Zastałyśmy ją całą we łzach.
Jest bardzo wrażliwa. To więc nie przypadek, że jeśli masz miękkie
serce, musisz mieć chociaż twardą dupę. Zamieniono silikon na
tłuszcz z lewego boku. W marcu zapisała się na odsysanie prawego.
Lubi w życiu symetrię. Jeszcze inna chciała mieć uśmiech Mony
Lisy z Julią Roberts w roli głównej. Spotkana na korytarzu szczerzyła
się jednak jak koń. Nie widziała różnicy. Po Nowym Roku wraca
na podcięcie opadających powiek. Może się wtedy lekko zdziwić.
Doszłam do swojego pokoju i opadłam z sił. Wraz z nimi spadły
mi też klapki z moich pomarszczonych oczu. Potem roztrzaskała
się cała reszta. Posypałam głowę popiołem z marzeń i ruszyłam
nad morze. Czarno widziałam swoją przyszłość w nowym ciele.
Nowy pępek nie gwarantował mi bycia pępkiem świata. Białe
zęby nie oferowały świetlanych horyzontów. Wachlarz zabiegów
nie rozganiał trosk, w pakiecie nie zawarto też szczęśliwej
duszy. Wszystko było jakieś takie nomen omen naciągane.
Moje dążenie do ideału także. W dzisiejszym świecie możesz
być, kim chcesz. Ale najfajniejsze jest pozostanie sobą. Tego
nie kupisz w żadnej klinice. A już na pewno nie w tej tureckiej.
[MJ]
MONIKA JANOWSKA
82
POST SCRIPTUM
Ilustracja: Renata Cygan
POST SCRIPTUM
83
Powrót do lasu
R e n a t a S z p u n a r
Wrześniowe, pomarańczowe słońce powoli zniżało
się nad horyzont. W jego świetle pagórkowaty
podkarpacki pejzaż nabierał odcieni skrzącego
się złota. Za Przeworskiem autostrada wyprowadziła nas na
rozległą przestrzeń jakby niekończących się falujących pól
uprawnych, łąk i nieużytków, poprzecinanych gdzieniegdzie
głębokimi jarami, wąwozami oraz wyrastającymi ponad
równinę wysokimi wzgórzami. Im bliżej granicy z Ukrainą,
tym przestrzeń stawała się rozleglejsza, pustsza, niezagospodarowana.
Jakby czuć było tu już tchnienie dawnych
„dzikich pól”.
Przed samą granicą zjechaliśmy z autostrady na południe, na
drogę prowadzącą do Bolestraszyc – dawnego majątku naszego
wybitnego XIX-wiecznego malarza, Piotra Michałowskiego.
Przyszło mi na myśl, że być może romantyczna linia
w jego obrazach i żywy, dynamiczny gest pędzla mają charakter
tego właśnie pejzażu. Oko malarza zakorzenia się
przecież w formach otoczenia i ten siłą rzeczy przenosi je
w akcie twórczym na swoje obrazy. Może właśnie takie słońce
nadchodzącego wieczoru, pozłacające pagórki porośnięte
teraz suchą trawą, nadawało obrazom Michałowskiego ten
ciepły, nieco rozmyty, lecz intensywnie głęboki laserunek ugru.
84
POST SCRIPTUM
Chcę być jak noworodek, niewiedzący absolutnie
nic o Europie, ignorujący wydarzenia i mody, niemal
jak prymitywi. Pragnąłbym stworzyć coś bardzo
skromnego, wypowiedzieć się w całkiem małym
motywie, który mój ołówek będzie zdolny opanować
bez żadnej biegłości technicznej.
Paul Klee
Za bramą bolestraszyckiego Arboretum zanurzyłam się
w gęsty tłum gości, którzy zjechali na doroczny Festiwal
Derenia. Ja przybyłam tu przede wszystkim na otwarcie
wystawy sztuki międzynarodowej Grupy Broken Forest, do
której również zostałam zaproszona. Lawirując pomiędzy
straganami z dereniowymi smakołykami, dotarłam do
drewnianej chaty, w której przygotowywał się do występu
kolumbijsko-kanadyjski performer Cesar Forero. Byłam
szczególnie ciekawa, jak uprawiają sztukę współcześni profesjonalni
artyści amerykańscy, mający rdzenne korzenie.
Czy pomimo globalizacji udaje im się zachować swoją odrębność
od naszej, europejskiej kultury? Interesuje mnie to
od dawna, ponieważ zwracając się ku własnym źródłom,
uwrażliwiam się na podobne wartości obcych i zamierzchłych
kultur.
Gdy zmierza się w głąb czasów, dochodzi się do ukrytego,
wręcz pierwotnego, podstawowego instynktu, który jest
wspólny wszystkim ludziom na naszej planecie. Ta jedność
w wyrażaniu pewnych potrzeb, a nawet podobnych uczuć
i przeżyć, zawsze budziła moją fascynację i jednoczesne pytanie
– jak to jest możliwe w świecie tak wielkiej ludzkiej
różnorodności?
Jest to dotykanie tej sfery, którą określiliśmy mianem duchowości,
nie tej związanej ze znaczeniem religijnym, ale
z pierwotną siłą człowieka do życia w jedności ze światem
przyrody, w symbiozie z naturą, w społeczności
i współpracy z innymi współplemieńcami oraz potrzebą
własnego doświadczania na co dzień tego, co metafizyczne
i pozaracjonalne. Ile więc z tych naturalnych potrzeb człowieka,
wręcz odruchów, zachowało się w dzisiejszej sztu-
ce? W jakiej mierze pozostały tu działania instynktowne,
a na ile przejął kontrolę nad procesem twórczym racjonalny
umysł?
Kiedyś w czasie pobytu w Paryżu i intensywnego zwiedzania
wystaw i muzeów, nieoczekiwanie dla siebie samej, odnalazłam
świeżość i wytchnienie w muzeum archeologicznym
w Saint-Germain-en-Laye, a także wśród egzotycznych
rzeźb i masek z regionu Oceanii eksponowanych wówczas
w Luwrze… To było jak dotknięcie z innego wymiaru – coś
szczególnego zatrzymało mnie wówczas w towarzystwie
tamtej sztuki odległej w czasie, a nawet pochodzącej z dalekich
miejsc na kuli ziemskiej. Ta sztuka przebiła się swoją
ciszą przez moje wielkie zmęczenie aglomeracją, pędem,
tłumem, hałasem – i zatrzymała mnie na długo, zaskoczyła,
zdumiała. Ucichł dla mnie wówczas zgiełk i chaos współczesnego
świata. Tak bardzo potrzebne są takie miejsca, ciche
świątynie, w których można chociaż na chwilę doświadczyć
bezruchu i absolutnej ciszy, a nawet własnej pustki...
Wtedy w Paryżu był to czas tuż przed poważnymi zamieszkami
społecznymi i atakami terrorystycznymi. Napięcie
z tym związane dawało się wyraźnie odczuć, jakby powietrze
gęstniało przed burzą. I może to dlatego prehistoryczna
i egzotyczna sztuka odległych kultur wydała mi się
bezpiecznym światem, w którym można się schronić swoją
wyobraźnią. Po opuszczeniu muzeum archeologicznego
stałam wówczas na skarpie Loary w Saint-Germain-en-Laye
i patrzyłam na bezmiar betonowego miasta przed sobą.
Niespodziewanie przyszło do mnie wtedy wspomnienie filmu
dokumentalnego o Indianach Guarani, jednym z ostatnich
pierwotnych plemion, jakie żyją jeszcze w amazońskiej
dżungli w symbiozie z naturą i pokojowej atmosferze własnej
społeczności, jednocześnie jednak z widmem realnego
zagrożenia utraty własnego ekosystemu i kultury z powodu
ekspansji przemysłowej oraz na wielką skalę wyrębu pierwotnej
puszczy. Nie przypuszczałam, że po latach wezmę
udział w artystycznej wystawie razem z potomkami amerykańskich
autochtonów. Ujawnia ten fakt niezwykłą siłę sztuki,
jeśli chodzi o dobrowolne jednoczenie się ludzi poprzez
wspólne działania i przeżycia pomimo wszelkich odległości
i granic. A dla mnie, skoro nie wybieram się w najbliższym
czasie (czego bardzo żałuję) w egzotyczną podróż na inne
kontynenty, bezcenne jest spotkanie z tymi, którzy przybywają
do nas ze swoją sztuką z tak daleka. Właściwie nawet
nie wiadomo z jak bardzo daleka… bo nie tylko zza oceanu,
ale i z odmiennej, obcej kultury, a może nawet i z odległości
innego czasu…
Teraz zaś, tego wrześniowego popołudnia zgromadzeni
w bolestraszyckiej regionalnej chacie, czekaliśmy na występ
Cesara Forero, przysiadłszy na drewnianych, niskich ławkach
pod ścianami. Pośrodku izby wisiały fotogramy Jego
autorstwa jak wielkie zwiewne chorągwie, zmieniając to
wnętrze w przestrzeń bajecznego lasu, z kolorowymi motylami
i ptakami. Sam Autor zdjęć swoim wystylizowanym kostiumem
przypominał ni to ptaka, ni to człowieka. A może
najbardziej, uderzająco wręcz, przywołał mi wizję szamana
z pierwotnej amazońskiej dżungli. To nic, że towarzyszył mu
współczesny entourage i cywilizowany tłum widzów, przybyłych
samochodami z podkarpackich okolic. Wystarczył
naturalny klimat Arboretum, potężne stare drzewa, plątanina
roślin, otoczenie stawów i ta pełna złocistego światła
podróż w to miejsce pod samą granicę, by być w odpowiednim
nastroju do poddania się magicznej atmosferze.
Nie wiem więc, czy bardziej sprawił to ten piękny,
wrześniowy dzień, ta moja jesienna, niedzielna wycieczka
za miasto czy zabiegi samego Artysty, ale kiedy rozpoczął
swój performance, moja uwaga była pochłonięta nim całkowicie,
a wyobraźnia przeniosła mnie w regiony bardzo
odległe. Znów jak wtedy, lata temu w Paryżu w archeologicznych
muzeach, dałam się unieść duchom pradawnych
czasów, kiedy ludzkie plemię tańczyło wokół rytualnego
ogniska w absolutnej symbiozie z przyrodą.
Cesar Forero nie robił niczego nadzwyczajnego – wykonywał
proste gesty, czasem brał do ręki przygotowane skromne
rekwizyty. Śpiewał melodyjnie, jakby uciszał złe duchy,
a przywoływał dobre, wykonując przy tym taneczne kroki
w rytmie flamenco. Jego bajeczny, biało-błękitny strój, zdobiony
jak kolorowy kostium z latynoamerykańskiego karnawału,
pióra, kwiaty i małe, kolorowe ptaszki przyczepione
do ronda kapelusza oraz białe światełko przyczepione pod
brodą uczyniły z niego magika. Całości zaś dopełnił makijaż,
który zmienił ludzkie rysy Artysty w profil dzikiego ptaka.
Może to dlatego tak lekko przeniosłam się do tego wykreowanego
teatru… A może to rytm flamenco, wybijany mocno
obcasami butów o surowe deski, ta pierwotna energia
i siła tancerza, jego naturalny żywioł oraz wyczuwalny optymizm
życia i twórcza radość sprawiły, że w bolestraszyckim
Arboretum Cesar Forero był jak egzotyczny, kolorowy ptak,
który zabłąkał się tam z gęstwin amazońskiej dżungli… Egzotyczne
ptaki z południowych lasów tropikalnych mają
swoją magię, która żywo pobudza wyobraźnię. Z łatwością
mogłabym przypuścić, że w odległych czasach Artysta ten
byłby szamanem tańczącym swój tajemny taniec.
Świadomość jednak tego, że mam do czynienia ze współczesnym
profesjonalistą, zawodowym łyżwiarzem figurowym,
tancerzem flamenco i artystą wizualnym sprawia,
że myślę w tym kontekście raczej o głębokiej ludzkiej tęsknocie
za powrotem do „raju utraconego”. Do zagubionego
bezpowrotnie pierwotnego kontaktu z naturą. Do tego wręcz
mitycznego dzieciństwa ludzkości... Szczególnie trafnie i przekonująco
opisywał tę kondycję naszej cywilizacji Erich Fromm
POST SCRIPTUM
85
już w latach 40. ubiegłego wieku oraz we wszystkich swoich
kolejnych książkach. I wciąż uparcie twierdził, że tylko
głęboki związek z naturą i umiejętność odczuwania prawdziwej,
współczującej miłości do siebie nawzajem i świata
są w stanie zachować w zdrowiu współczesnego człowieka,
którego postęp techniki i technologii tak bardzo zmieniają
w procesie przystosowawczym do nowych warunków życia,
pozbawiając jednocześnie tych aspektów wrażliwości
psychiki, które są dla nas najistotniejsze, wręcz kluczowe.
Uśmiechnięty przyjaźnie Cesar Forero, wykonując swój taniec,
zwracał się do zgromadzonego tłumu z prostym przesłaniem
o miłości. Szczególnie to brzmiało, gdy miało się na
uwadze fakt, że przedstawienie odbywało się przy samej
granicy z krajem ogarniętym ogniem strasznej wojny…
Tydzień później spotkaliśmy się raz jeszcze – tym razem
w Jarosławiu, na kolejnym naszym wspólnym wernisażu
Grupy Broken Forest. Znów wybrałam się z Krakowa na
„wycieczkę za miasto”. I znów jesienny pejzaż Małopolski,
a potem Podkarpacia przetaczał się za oknami pędzącego
pociągu…
Piękny Jarosław, ciche centrum starego miasta rozłożone
na stromych wzgórzach, w otoczeniu ogrodów i drzew, ze
wspaniałymi zabytkami: rynkiem, kolegiatą jezuitów, opactwem
benedyktynek, cerkwią greckokatolicką i zabudowaniami
liceum plastycznego na skraju wysokiej skarpy z
rozległym widokiem na dolinę Sanu, do którego chodziło
wielu naszych wybitnych współczesnych malarzy… Atmosfera
jak za dawnych lat, nieśpieszna… kresowa…
Wieczorem w Kamienicy Attavantich odbyło się nasze
spotkanie z miejscową publicznością. Tym razem wystąpiła
przed nami brazylijska artystka Cecilia Stelini. Ubrana
w długą, białą koronkową sukienkę pojawiła się wśród
zgromadzonych jak wiosna. W dłoni trzymała motek zwyczajnej,
bordowej włóczki, którą związywała kolejno ręce
86
POST SCRIPTUM
wernisażowych gości stojących pod ścianami. Tym sposobem
wszyscy zostali ze sobą powiązani jakby na powrót
pierwotnym węzłem plemiennym, tą prawdziwą, symboliczną
nicią włączeni do grupy. To mogło wzbudzać niepokój,
bo przecież tak bardzo wierzymy w wolność i nasz indywidualizm.
A jednak często okazuje się, że jesteśmy od
siebie wzajemnie zależni i wielokrotnie wręcz bezbronni.
Na koniec performance’u Cecilia Stelini, przecinając nożyczkami
nić, uwolniła związanych, ale w zamian podarowała
im biały kwiat margaretki z wpiętym do środka metalowym
serduszkiem… Wyobrażam sobie, że prościej przekazać
własnego przesłania nie można. Pomyślałam wtedy:
make love, not war… nic więcej nie trzeba. To pozornie najprostsza
przyrodzona ludzka umiejętność, a jednak okazuje
się najtrudniejsza. Czasem przemiana zaczyna się od poruszającego
przeżycia, zobaczonego przejmującego obrazu,
zachwytu pięknem otaczającego nas świata…
Tadeusz Brzozowski przyrównał kiedyś malowanie do wycieczki
za miasto. Miał zapewne na uwadze odczuwaną
wówczas lekkość uwolnienia od rutyny codzienności i afirmujący
charakter samego aktu tworzenia. Aby pojawiła się
potrzeba i zdolność do kreowania innej rzeczywistości, konieczna
jest w nas samych pusta przestrzeń, bo tylko wtedy
pojawi się w niej nowy obraz. Wymaga to długich chwil skupienia
i kontemplacji, zupełnej ciszy, samotnego pójścia do
lasu… Wizja potrzebuje świeżości spojrzenia. Oderwania od
znanego sobie schematu. Elementu wizualnego zaskoczenia.
Ekscytacji odkrywcy. Tym była kiedyś egzotyka północnej
Afryki dla Delacroix, Tahiti dla Paula Gauguina, Maroka
i Polinezji dla Henry’ego Matisse’a… A czasem, by poruszyć
w sobie wyobraźnię, wystarcza zwykła wycieczka za miasto…
Kiedy dzisiaj piszę to wspomnienie, błąka mi się w pamięci
poezja śpiewana kiedyś przez Marka Grechutę…
w tej okolicy jest zbyt uroczyście
jaskółki kreślą nad wodami freski
w dzbanie jeziora drzemie chłód niebieski
a usta milczą to, co widzą oczy
światło szeleści, zmawiają się liście
na baśń, co lasem jak niedźwiedź się toczy
gdzie jest ta miłość chodząca bezkarnie?
w ubiorze błazna, ptaka i anioła
ona spod ziemi niebieskie latarnie
tańczącą stopą pod sad nasz przywoła
ludzie wieczorem siedząc pod jabłonią
będą się modlić i zabijać o nią.
Tadeusz Nowak, Krajobraz z wilgą i ludzie
Ale czy możliwy jest „powrót do lasu”, do utraconej niewinności
ludzkości? Może tamten raj żyje tylko w naszej
wyobraźni i tylko w niej znajdują się miejsca bezpieczne
i łagodne, do których możemy się schronić przed chaosem
współczesnego świata… I być może, nim uda się nam obronić
żywe drzewa przed ekspansją drwali, trzeba wpierw ocalić
pierwotny „las” wewnątrz siebie, w głębi swego serca… [RS]
RENATA SZPUNAR
POST SCRIPTUM
87
NA PROGU ŚMIERCI
Urszula Kozioł
NAGLE
POWIAŁO
NA MNIE
CHŁODEM
Prof. Marek Bernacki
Urszuli Kozioł
1Wiersz 1 urzeka swym
chłodnym pięknem, a jednocześnie
niepokoi ze względu na zawarte
w nim mroczne przesłanie 2 . Od kiedy (już pod
nowym tytułem: Nagle powiało na mnie chłodem)
ukazał się w tomie Horrendum 3 , nie sposób
nie zmierzyć się z zawartą w nim prawdą,
odpowiadając tym samym na zaproszenie autorki,
która namysł nad poezją traktuje jako wezwanie
do interpersonalnego dialogu:
czy uczynisz mi łaskę
i zechcesz przeczytać ten wiersz
jakbym to nie ja go pisała
tylko ty sam
w chwili ważnej
dla dwojga nieznajomych osób 4
1 Zob. Urszula Kozioł, W zimie, „Tygodnik Powszechny”,
nr 29/2009, s. 43. (Pierwotna wersja omawianego wiersza, opublikowana
na łamach „Tygodnika Powszechnego”, nieznacznie różni się
od ostatecznej wersji utworu, zamieszczonej w tomie Horrendum).
2 W wierszu Urszuli Kozioł można dopatrzyć się dyskretnego nawiązania
do zbioru wierszy Stanisława Barańczaka Podróż zimowa,
w którym autor nawiązał do cyklu 24 pieśni Franza Schuberta Winterreise
(te zaś skomponowane zostały do utworów XIX-wiecznego
niemieckiego poety Wilhelma Müllera). We wspomnianych tekstach
podróż symbolizuje drogę życia, zaś kres wyznacza mrożący
krew w żyłach chłód śmierci.
3 Urszula Kozioł, Nagle powiało na mnie chłodem [w:] tejże, Horrendum,
Kraków 2010, s. 9–10.
4 Słowa te poetka zamieściła na początku tomu, w zwyczajowym
miejscu dedykacji.
Panu Profesorowi Marianowi Stali
2Nagle powiało na mnie chłodem
Kto przeprowadzi mnie przez lód
i nocą ujmie mnie za rękę
kiedy się własnych snów przelęknę
i kto mi szklankę wody
poda
kto przeprowadzi mnie przez lód
na drugą
ciemną świata stronę
gdzie oblodzone stopnie
stromo
donikąd wiodą mnie
przez pustkę
wrogą i myślom mym
i ustom
tę co na słowa i na ciało
właśnie zaciąga czarny całun
kto przeprowadzi mnie przez lód
i kto położy na powieki
obydwu oczu dwie monety
by udawały szale wagi
choć nie są zdolne nic wyważyć
i są jak oba oczy
ślepe
kto przeprowadzi mnie przez lód
a jeśli jest nim jakaś kra
która zatraca się w odmętach
ta postać tam to już nie ja
a słowo ledwo widmem słowa
i już je sobie upodobał
jak łzę zeszkloną
sopel lodu
Nagle powiało na mnie chłodem.
88
POST SCRIPTUM
Od strony gramatycznej pierwszy wers utworu
Urszuli Kozioł jest zdaniem orzekającym, które –
pojawiając się w tekście czterokrotnie – pełni niejako
funkcję pytania retorycznego: „Kto przeprowadzi
mnie przez lód”. Ten zastosowany przez poetkę
środek składniowy ma na celu podkreślenie
narastającego w podmiocie wiersza lęku, płynącego
ze świadomości, iż w ostatnią drogę trzeba
wyruszyć samemu, bez żadnego wsparcia ze strony
pocieszyciela czy przewodnika. Podmiotowy lęk
wzmacnia tytułowa fraza: „Nagle powiało na mnie
chłodem”, która zaczyna (jako tytuł) i kończy (jako
podsumowanie) wiersz, stanowiąc klamrę kompozycyjną
całej wypowiedzi. Takie klaustrofobiczne
zamknięcie bohatera w pułapce starości, choroby,
powolnego umierania ewokuje poczucie zawężania
przestrzeni, która zdaje się coraz bardziej kurczyć,
zacieśniać i domykać niczym trumienne wieko… 5
Powtarzana czterokrotnie w tekście fraza, która
trwale wbija się w pamięć: „Kto przeprowadzi
mnie przez lód” – jest osią kompozycyjną wiersza
i wyznacza zarazem cztery cząstki strukturalno-tematyczne
całego tekstu. Obraz pierwszy – krótki,
do maksimum skondensowany, przywodzi na myśl
traumatyczne doświadczenia obecności w szpitalnej
sali, przewlekłej choroby, samotności cierpiącego
i dręczących go koszmarów sennych (podświadomy
lęk przed zasypianiem, które dla nieuleczalnie
chorej lub starszej osoby jest namiastką
śmierci). Obraz drugi – najbardziej poruszający w
całym wierszu 6 – zbudowany został przez poetkę
na sekwencji słów kluczowych: ciemność – pustka/obcość
– lód. Okazuje się, że w poetyckiej wizji
Urszuli Kozioł zaświaty, do których wędruje „ja”
liryczne, to nie Pola Elizejskie wypełnione duchami
zmarłych, ale „ciemna świata strona”. Czytelnik,
utożsamiając się z przeżyciami bohatera wiersza,
empatycznie doświadcza tajemnicy kresu, za
którym rozciągają się tajemnicze połacie Herbertowskich
„światów niewyobrażalnych” 7 . Opisana
w utworze inicjacja mortalna przypomina doświadczenie
„ciemnej iluminacji” 8 , podszyte egzystencjalną
bojaźnią i drżeniem zstąpienie do piekła
acedii, śniony na jawie horror vacui. Doznanie takie
wzmocnione zostaje poprzez aluzyjne nawiązanie
5 W zakończeniu innego wiersza poetki czytamy: „(…) a naszą
duszę weźmie we władanie / jakieś takie nostalgiczne fado /
przenoszące nas myślami w mgliste nigdzie / w nie stąd / i nagle
w otwartych gwałtownie bramach / między porami roku
zerwie się przeciąg / niby łopot nicości // »zamknij drzwi / ten
przeciąg nas zabije« napisał Mieczysław Jastrun”. (U. Kozioł,
Przeciąg [w:] tejże, Horrendum, dz. cyt., s. 65).
6 We fragmencie tym poetka po mistrzowsku posługuje się
zarówno środkami intonacyjnymi (np. kombinacja nieregularnych
rymów: pustkę-ustom; ciało-całun), jak i składniowymi,
wśród których prym wiodą przerzutnie, przemilczenia i pauzy.
Wzajemne interakcje wymienionych środków stylistycznych
rozbijają, a jednocześnie paradoksalnie wzmacniają rozedrgany
rytm wiersza. Dzięki temu meliczna warstwa tekstu staje się
onomatopeicznym zapisem wypowiedzi „ja” zmagającego się,
niejako in statu nascendi z horrendum śmierci, wzmacniając
tym samym semantyczną wykładnię analizowanego utworu.
7 Zob. Zbigniew Herbert, Epilog [w:] tegoż, Martwa natura
z wędzidłem, Wrocław 1993, s. 181.
8 Pojęcie to w odniesieniu do późnej poezji Czesława Miłosza
rozpatruje Aleksander Fiut jako „negatywne, zaprzeczone
odbicie” epifanicznego doświadczenia świata: „Chwilom tych
iluminacji nie towarzyszy blask, lecz mrok. Budzą trwogę, nie
zachwyt. Zamiast darzyć uczuciem wszechwypełniającego
szczęścia, wtrącają w jałową pustkę” (Aleksander Fiut, Ciemne
iluminacje [w:] tegoż, W stronę Miłosza, Kraków 2003, s. 19).
do poematu Dantego, w którym to, co infernalne,
nie oznacza, jak wiadomo, żaru piekielnych
ogni, ale wręcz przeciwnie – przywdziewa habitus
wiecznego chłodu („gdzie oblodzone stopnie
/ stromo / donikąd wiodą mnie / przez pustkę”
9 ). TO, co jest (lub może być) TAM, po drugiej
stronie, kojarzy się podmiotowi wiersza Urszuli
Kozioł z totalną pustką, wyobcowaniem, skazaniem
– jak napisał w wierszu Oset, pokrzywa
Czesław Miłosz – na „ziemię bez-gramatyczną”.
A więc przestrzeń nieludzką, pozbawioną otuliny
słów, myśli i obrazów, z których tworzymy na
ziemi nasze wątłe i przemijające schronienie... 10
Obraz trzeci, mniej oryginalny niż dwa poprzednie,
jest nawiązaniem do mitycznej „podróży
w śmierć”. Przywołana zostaje tutaj starożytna
(pogańska) ceremonia przejścia, w której ważną
rolę odgrywa rachunek etycznych zysków i strat,
ważonych na szalach Temidy. Obraz czwarty stanowi
dopełnienie obrazów drugiego i trzeciego
zarazem, ale czytać go można także w kontekście
fragmentu innego ważnego wiersza autorki
9 Według Dantego najgłębszą czeluścią dantejskiego Piekła
(jego dziewiątym kręgiem) jest Kocyt (Cocito). Cierpią
tam katusze wiecznego głodu i zimna najohydniejsi
z grzeszników – zdrajcy. Notabene, dla wymowy analizowanego
wiersza nie jest zapewne obojętne, że na prośbę Wergiliusza jeden
z zesłanych do Kocytu gigantów, Anateusz, przenosi w to miejsce
zmarłych poetów…
10 Marian Stala, analizując wiersz Miłosza Oset, pokrzywa, zamieszczony
w tomie Dalsze okolice (1991), pisał: „»Ziemia bez-gramatyczna«
– to, zapewne, istnienie, które nie jest (nie może być)
doświadczane i nazywane. To budująca świat, a zarazem: niezależna
od ludzkiego spojrzenia, myślenia, odczuwania, wartościowania
– substancja. To stan, do którego wraca ludzkie ciało, kiedy już przestaje
być ludzkim ciałem i zaczyna istnieć razem z ostem, pokrzywą,
łopuchem, belladonną” (Marian Stala, Oślepły ogród. Jeszcze raz o
jednym wierszu Czesława Miłosza [w:] tegoż, Trzy nieskończoności.
O poezji Adama Mickiewicza, Bolesława Leśmiana i Czesława Miłosza,
Kraków 2001, s. 225).
POST SCRIPTUM
Rys: Renata Cygan
89
Horrendum 11 . W finalnym obrazie analizowanego
utworu słowa kluczowe, będące epitetami
Niepojętego, układają się w znaczącą triadę:
odmęt – widmowość – lód:
90
kto przeprowadzi mnie przez lód
a jeśli jest nim jakaś kra
która zatraca się w odmętach
ta postać tam to już nie ja
a słowo ledwo widmem słowa
i już je sobie upodobał
jak łzę zeszkloną
sopel lodu
W tej mrocznej poetyckiej wizji podróż w objęcia
śmierci podszyta jest obawą przed całkowitą
utratą tego, co jednostkowe 12 . Podmiot wiersza
dzięki wyobraźni naznaczonej egzystencjalnym
lękiem tonie w odmętach wrogiego i obcego żywiołu,
już nie „życio-dajnego”, ale „śmiercio-nośnego”,
pozbawionego – niczym Solaris z powieści
Lema – atrybutów swojskości, dających się
rozpoznać i opisać w ludzki sposób cech. Najbardziej
wstrząsające jest zakończenie przywołanego
fragmentu, w którym słowo (logos – wyznacznik
świadomego bytowania, łącznik między ziemią
a Niebem!) zamienić się ma w „łzę zeszklo-
11 Pisze Urszula Kozioł: „(…) chcę pierwsza odbić od brzegu /
w łodzi która ku nam dryfuje na obrzeżach Lety / i torować drogę
skroś zdradliwych nurtów / nim wraz z nimi runiemy w czarną paszczę
/ Styksu / i jak na równi pochyłej z jego lodowatej tafli / tam
się stoczymy gdzie majaczy / zarys tunelu wiodący do / nie wiem
(Urszula Kozioł, Przebudzenie [w:] tejże, Horrendum, dz. cyt., s. 47).
12 Jak pisał Paul Tillich: „Lęk przed losem i śmiercią jest czymś najbardziej
podstawowym, powszechnym i nieuniknionym. Wszelkie
próby walki z nim są daremne. […] Egzystencjalnie bowiem każdy
jest świadomy całkowitej zatraty własnego „ja” spowodowanej biologiczną
śmiercią” (Paul Tillich, Męstwo bycia, tłum. Henryk Bednarek,
Poznań 1994, s. 49).
POST SCRIPTUM
ną – sopel lodu”. Sopel lodu – rzecz piękna i niebezpieczna
zarazem – w finale wiersza przedstawiony
zostaje jako narzędzie zbrodni. Swym
bezwzględnie chłodnym, krystalicznym ostrzem
przeszywa ciało, ale nade wszystko zabija
w umierającym człowieku wszelką nadzieję („Ty,
który tu wchodzisz, żegnaj się z nadzieją…”) 13 .
3
Ten niepokojąco piękny wiersz, niewątpliwie jeden
z najważniejszych w dorobku Urszuli Kozioł,
porównywalny z arcydziełami współczesnej poezji
polskiej, takimi jak Nic darowane Wisławy
Szymborskiej czy Oset, pokrzywa Czesława Miłosza,
odczytać można jako poetycki zapis sytuacji
granicznej, wyobrażoną i oswajaną przez poetkę
możliwość nieuchronnej podróży do kresu życia.
Emanujący z wiersza lodowaty chłód, nadbudowany
nad ciemną metaforyką, symbolizuje
brak nadziei eschatologicznej, która w kulturze
śródziemnomorskiej przybierała różne formy
konsolacji mitycznej, kulturowej czy religijnej.
W poetyckiej wizji autorki Horrendum po drugiej
„ciemnej stronie świata” nie czeka na odchodzącego
człowieka ani Elizjum, ani tym bardziej
mistyczna łąka, gdzie pasie się Baranek,
zwycięski Mesjasz, który pokonał śmierć i zaprasza
zbawionych na wieczne gody. Opisane
w wierszu ostateczne przejście z życia w śmierć
rozpoznane zostało przez poetkę jako doświadczenie
traumatyczne, nacechowane poczuciem
absolutnej samotności. To także wchodzenie
w obszar „bez-nadziejnej” pustki. Inicjacja
w śmierć jawi się zatem ostatecznie jako zstąpienie
w „ni-cość”, czyli w COŚ, czego nijak nie da
się pojąć ani tym bardziej wysłowić… [MB]
MAREK BERNACKI
13 Tak w przekładzie Edwarda Porębowicza (zob. Dante Alighieri,
Boska Komedia, Wrocław 1986).
URSZULA KOZIOŁ
LAUREATKĄ
LITERACKIEJ NAGRODY
NIKE
To tom o miłości i śmierci.
O starości.
O potrzebie rozmowy z samą sobą
(od ja do ja).
Jest tu mowa o dzieleniu się słowem
i o zmaganiu się z wierszem.
Urszula Kozioł o zwycięskim tomie Raptularz
POST SCRIPTUM
91
Naturalnie
o sztuczności
1Termin sztuczna inteligencja został prawdopodobnie
po raz pierwszy zaproponowany
przez Johna McCarthy’ego, który
w 1955 r. zdefiniował go w następujący
sposób: „konstruowanie maszyn, o których
działaniu dałoby się powiedzieć, że
jest podobne do ludzkich przejawów inteligencji”.
Ale lepsze od tych tradycyjnych,
ukształtowanych przez ewolucję przejawów
umysłowości, bo szybsze, bezbłędne,
wyręczające leniwych ludzi, którzy
chcieliby nawet siebie samych zastąpić
jeszcze lepszymi substytutami, byle tylko
było lekko, łatwo i przyjemnie czy też
może PRZYZIEMNIE?
potrzebne. Pocieszam się jednak, że dotknie
to także poetów, artystów malarzy
i twórców wszystkiego, w czym sztuczna
inteligencja może nas z powodzeniem zastąpić.
Nim jednak wybiegniemy w przyszłość,
warto się cofnąć, by poznać albo przypomnieć
sobie uniwersalne mądrości utrwalone
w książkach tudzież w piosenkach,
które można odczytywać na nowo, a nawet
futurystycznie. Sami autorzy pewnie
nie przypuszczali, że w ich wierszach ukryta
została prawda o najnowszej sztuczności.
Na przykład we fragmencie piosenki
sprzed wielu, wielu lat:
By iść z duchem czasu (choć kto jeszcze
wierzy w duchy?) pod rękę, a nie narzekać
i biadolić nad teraźniejszością czy ekscytować
się tylko tym, co było, spróbuję napisać
coś o sztucznej inteligencji. Być może
to jedna z ostatnich okazji, by napisać coś
normalnie, po ludzku, po przemyśleniach,
po trudzie prymitywnego tworzenia, poprawiania,
cyzelowania zdań i zwrotów…
Za miesiąc może się okazać, że Pani Redaktor(ka)
Naczelna podziękuje mi za współpracę,
informując równocześnie łaskawie,
że od nowego numeru „Post Scriptum”
felietony za mnie będzie pisać… sztuczna
inteligencja. Profesjonalnie, bezbłędnie,
błyskotliwie, terminowo, apolitycznie,
bez konieczności robienia pracochłonnej
korekty. Smutno mi się wprawdzie zrobi,
że moje tworzenie ułomne i mozolne (by
wydawało się lekkie jak pianka na torcie),
nieprzespane noce (bo noc jest też od myślenia)
i kołatanie serca (bo bez serca, nie
tylko w miłości, nic nie wyjdzie) będą nie-
92
POST SCRIPTUM
Bo to wszystko
nie tak,
nie tak,
no, a jeśli,
jeżeli
nie tak, nie tak,
no to po co nam było w to gnać,
tamto rwać,
iść pod prąd, pod wiatr,
gniazdo wić
niby ptak,
no – jeżeli ma być
nie tak?
Słowa jak sztuczny miód,
ersatz, cholera, nie życie,
miał być raj, miał być cud
i ćwiartka na popicie,
a to wszystko nie tak, nie tak,
nie to,
no a jeśli, jeżeli – nie to,
no to o co, u diabła, nam szło?
Możesz iść, dokąd chcesz,
wiesz, gdzie drzwi,
w byle ziąb, w byle deszcz,
w byle sny…
Ja na kłamstwie się znam tak jak ty,
sztucznym miodem karmieni – to my.
Już nie sztucznym miodem, jak pisała
Agnieszka Osiecka, a zaśpiewała
w 1973 r. Barbara Krafftówna, jesteśmy
karmieni, a sztuczną inteligencją.
Bo po co nam naturalna, gdy
nawet myślenie potrafimy zastąpić
czymś sztucznym, łatwiejszym, co
przychodzi bez wysiłku. Oczywiście,
jeżeli nie liczyć kilku kliknięć w komputerze
coraz to nowszej generacji.
Po co mamy myśleć, skoro zrobi to
za nas maszyna? Szybciej, dokładniej
i wszechstronniej. A czas potrzebny
na myślenie możemy wypełnić i wypełniamy
debilnymi grami komputerowymi
oraz nieustannym klikaniem
po klawiaturach różnych urządzeń,
które wciągają, uzależniają, ogłupiają,
degenerują wreszcie.
Już słyszę rzesze oburzonych namiętnych
graczy i klikaczy mówiących, jaki
to niebotyczny pożytek, jaki rozwój
(szczególnie kciuka!), że nic, tylko klikać
i klikać, uzależniać się najtańszym
narkotykiem, zabijać żywcem siebie
w sobie, zwijać się jeszcze przed rozwinięciem.
Że przesadzam? Naprawdę
chciałbym.
2
Myślenie ma kolosalną przyszłość.
Tak twierdzono. Również przed laty.
Może i ma przyszłość, choć bardzo
odległą, bo aktualnie z to z nim marniutko.
Coraz więcej mamy ludzieńków
spod znaku słynnego disco polo,
czyli łatwizny, prymitywizmu i tępoty,
podsycanej zresztą przez wszystkie
współczesne, a też i staroświeckie
metody zbiorowego ogłupiania. Inteligencja
jest niemodna (a inteligenci
byli nie tak znowu dawno określani
przez politycznego „mędrca” pogardliwie
jako „wykształciuchy”!), chowa
się w niszach, wstydliwie przemyka
opłotkami w obecności wszędobylskiej
tandety, niestety. Zagonieni i zalatani
wyznawcy konsumpcjonizmu nie
mają czasu na myślenie, kontemplację,
schodzenie na piękne manowce,
odkrywanie nowych światów…
Dlatego nie dziwi, że dziś, gdy taki
jest deficyt naturalnej inteligencji, naukowcy
wymyślili inteligencję sztuczną.
Sztuczność, z czym by jej nie kojarzyć,
ma znaczenie pejoratywne.
Jest przeciwieństwem naturalności.
A naturalności, czyli tego, co prawdziwe,
nic nie jest w stanie zastąpić!
Oczywiście, można próbować. I robi
się to coraz częściej, na wiele sposobów,
we wszystkich dziedzinach życia.
Od sztucznego uśmiechu poczynając,
przez sztuczny miód niegdyś (sztuczny
biust bezustannie), na sztucznej
inteligencji kończąc. Na czele z tworzywami
sztucznymi, które miały być
tak wspaniałe, tak bezpieczne, tak
korzystne, tak obojętne dla zdrowia
i środowiska naturalnego, że nic, tylko
czerpać pełnymi garściami, przyznawać
Nobla odkrywcom i cmokać
po rączkach tych, którzy to wprowadzili.
Po latach dowiadujemy się, że
było to kolejne kłamstwo. Azbest,
którym do dzisiaj są upstrzone dachy,
jest rakotwórczy, a plastik jest
już wszędzie, łącznie z naszymi przemądrzałymi
i grzesznymi ciałami. Aby
jednak sprawdzić dokładnie, co owa
„sztuczność” znaczy i by nie okazać
się większym głupkiem, niż jestem
w istocie i na jakiego wyglądam, zajrzałem,
gdzie trzeba i wyczytałem,
że zamiast sztuczności można użyć
z powodzeniem innych określeń, żeby
zdefiniować to nieciekawe pojęcie. Są
to: dwulicowość, nieszczerość, udawanie,
nienaturalność, nadymanie
się, zakłamanie, fałsz, efekciarstwo,
szpanowanie, bufonada, poza, pompatyczność,
pozerstwo itd. Określenia
te wskazują wprawdzie na ludzkie cechy,
ale pasują jak ulał do owej podejrzanej
inteligencji, która niesie z sobą
tyleż korzyści, co zagrożeń.
Boimy się nowych rzeczy, choć tylu
nowych się nie baliśmy, bo nam wmawiano
uczenie, uwiarygadniając to
wmawianie naukowymi stwierdzeniami,
że wytwory ludzkich, genialnych
umysłów są bezpieczne i cudowne.
Po czasie dowiadujemy się, że były
to kolejne kłamstwa (nieświadome?),
jak chociażby w przypadku sławnego
związku DDT stosowanego m. in.
w środkach owadobójczych. Więc jak
tu wierzyć naukowcom, którzy nie
zdają sobie sprawy z konsekwencji
własnych odkryć?
Wprawdzie eksperci uspokajają, że
AI (artificial intelligence) nie należy
traktować jako zagrożenia, ale jako
wspaniały wynalazek dostarczający
nowych możliwości, które mają nas
z założenia uszczęśliwiać albo chociażby
umożliwić dawać szansę na
rozwiązywanie problemów w wielu
dziedzinach, np. pozwolić na automatyzację
procesów, redukcję
kosztów itd. W medycynie systemy
sztucznej inteligencji mogą pomagać
w diagnozowaniu chorób czy analizie
danych, przyczyniając się tym samym
do poprawy opieki zdrowotnej.
O niebezpieczeństwach i zagrożeniach
nie będę się rozpisywał, by nie
zostać posądzonym o totalny pesymizm
i czarnowidztwo. Jednak niebezpieczeństwa
są – nie teoretyczne
czy wyimaginowane, ale praktyczne,
o czym dotknięci przez nie nieszczęśnicy
mogli się przekonać na własnej
skórze, a właściwie na uszczuplonych
stanach kont. Przykład z życia wzięty?
Bardzo proszę: oto w telewizyjnym programie
informacyjnym pokazano trzy
filmiki – ku przestrodze dla naiwnych.
Filmik pierwszy: Pan Prezydent jako
żywy. Głos męża stanu, takież spojrzenie.
Nie, tym razem jednak nie mówi
o tym, jaki jest niezłomny, prawy
i sprawiedliwy. Poucza i instruuje
oglądających jego nawiedzone oblicze,
co należy czynić, krok po kroku,
by dorobić się w krótkim czasie wielkich
pieniędzy. A że znany jest ze swojej
prawdomówności, wielu mu uwierzy.
Jak starsza, schorowana pani, która
straciła 10 tys. zł oszczędności.
Filmik drugi: Pan Premier jako żywy.
Ta sama twarz, tak samo wymawiane
r. Nie, tym razem nie mówi o złodziejstwach
poprzedniej ekipy, rozliczeniach,
tłustych kotach, chudych portfelach.
Poucza i instruuje oglądających,
POST SCRIPTUM
93
jak w ciągu tygodnia zarobić, nic nie
robiąc, 2 tys. zł, podając szczegóły
owych cudów w pomnażaniu pieniędzy.
Wielu uwierzyło, że wreszcie
zrobi porządek w tym nieszczęsnym
kraju, więc jak nie uwierzyć, kiedy tak
przekonywająco zachęca cierpiących
na niedostatek mamony do pomnażania
środków i stwarzania raju? Uwierzył
i pan w średnim wieku, który rwie
już i tak przerzedzone z rozpaczy włosy
z głowy, bo zamiast tyle za darmo
zyskać, przez swoją pazerną głupotę
wiele stracił!
Filmik trzeci: Nasz najlepszy piłkarz.
Talent i pracowitość w jednym. Szczęście
i piękna żona na dodatek. Podziwiany
przez rzesze fanów futbolu za
wirtuozerię gry, strzelanie przepięknych
goli. Obsypywany wszystkimi
możliwymi zaszczytami, prócz „skradzionej”
mu (a jak najbardziej należnej)
Złotej Piłki dla najlepszego piłkarza
Europy. Przez dobre wychowanie
i brak zawiści nie będziemy wspominali
o jego gigantycznych pieniądzach.
Na filmiku Duma Narodu jako
żywa. Szczere spojrzenie, życzliwość
bijąca z wysportowanej sylwetki. Tym
razem jednak nasz mistrz nie mówi,
jak dokopać drugiemu czy o ile zer
w ciągu minuty przebywania na boisku
zwiększa się stan jego konta. Za
to pełny empatii i troski w stosunku
do tych, którzy nie potrafią tak jak
on (s)kopać piłki, przesyła – popartą
swoim autorytetem – receptę na
finansowy sukces! A że wielu ma
wśród maluczkich fanów, wielu mu
zaufało, bo jeśli nie jemu, to komu?
Zaufał też raczkujący biznesmen
z rozumkiem wróbelka (wybacz, szary
ptaszku!), bo wydawało mu się, że
chwycił w locie szczęście…
Te trzy ogłupiające filmiki dla naiwnych
zostały wykreowane przez
sztuczną inteligencję, którą wykorzystali
do niecnych zamiarów prawdziwi
dranie i złodzieje, czyli źli ludzie,
którzy zawsze byli, są i będą. Tylko że
teraz mogą działać na wielką skalę,
coraz perfidniej i bezwzględniej. Na
dodatek zawsze wyprzedzają tych,
którzy ich ścigają, łapią i osądzają. To
jedynie niewinny przykładzik niebezpieczeństwa
wykorzystania AI przez
złoczyńców zagrażających bezpieczeństwu
nawet całych nacji. I nie jest
to nowa gra komputerowa!
94
POST SCRIPTUM
3Najdziwniejsze i najstraszniejsze jest
jednak to, że nigdy nie wymyślono
niczego, co miałoby same zalety!
Nawet Prometeusz, który w męczarniach
tracił własną wątrobę, wydziobywaną
przez okrutnego sępa
za obdarowanie ludzkości ogniem,
nie przypuszczał zapewne, że dzięki
niemu będzie można: palić na stosach,
jakby nigdy nic, czarownice
(czyli nieszczęsne kobiety, które psychopatyczne
jednostki, często w habitach,
upatrzyły sobie do sadystycznych
praktyk kończących się śmiercią
owych nieszczęsnych istot – miała
być to kara za ich rzekome kontakty
z diabłem); puszczać z dymem
wioski wrogów; mieczem i ogniem
(albo na odwrót) wprowadzać swoje
porządki; podpalać lasy… Oczywiście,
można też na ogniu gotować
strawę, ogrzewać się przy nim, odstraszać
nim drapieżne zwierzęta (to
dawnej), czy śpiewać pieśń harcerską
Płonie ognisko w lesie (znowu
nie tak bardzo dawno) albo zapalać
ogniem z Olimpu znicz olimpijski na
kolejnych igrzyskach (niemal przed
chwilą w Paryżu). Ogień ten symbolizuje
wszak pokój, przyjaźń oraz
wartości takie jak uczciwość i wiedza.
Choć to tylko symbole, niestety.
Przecież Nobel wymyślił dynamit,
aby… pomóc ludziom w budownictwie
i w górnictwie. Gdy dotarło do
niego, że jego wynalazek służy do
zabijania, próbował zneutralizować
fatalne skutki zastosowań dynamitu
i założył fundację powierniczą,
promującą pokojowe wykorzystanie
nauki.
Można analizować możliwości wykorzystania
wszystkich wynalazków
i zawsze będzie podobnie: pokojowe
zastosowania są równoważone
tymi, które mają bliźnim uprzykrzać
życie, a nawet brutalnie je kończyć.
Podobnie będzie z wykorzystywaniem
sztucznej inteligencji – już wiemy,
że ona także potrafi krzywdzić naprawdę,
nie na niby…
4
Na koniec istotne oświadczenie: ten
felieton napisałem ja, osobiście, po
staroświecku i chałupniczo. Najpierw
fragmenty na kartkach w kratkę,
ołówkiem o twardości HB w dwudziestostopniowej
skali. Fragmenciki układałem
później w logicznej kolejności
jak puzzle, by dopasować je do siebie.
Skleconą w ten sposób układankę,
z trudem odczytaną (bo piszę jak kura
pazurem, kulfony są nieczytelne do
tego stopnia, że nauczyciel w technikum
skwitował mój zeszyt krótko, acz
treściwie: „zeszyt ścierka!”), przepisałem
na komputerze. Później mozolny
i pracochłonny proces: poprawianie,
by było jak najlepiej, bez błędów,
które chcą się przemycić i schować
w wielokrotnie złożonych zdaniach,
i żeby nie znudziło czytelnika. I wreszcie
ostateczne czytanie, zakończone
westchnieniem ulgi: może być! Ale
na błogostan i lenistwo myślowe nie
mam czasu, bo już zastanawiam się
intensywnie nad tematem kolejnego
felietonu. I taka jest prawda, szara
jak popielcowy popiół. Jeśli wyfruną
z niego kolorowe motyle ciekawych
tekstów, poczuję radość, na którą
szkoda trwonić czas, który przecież
dany jest nam tylko do czasu…
Jeszcze raz powtarzam: ja jestem autorem
tego, co powyżej. Nie żadna sztuczna
inteligencja, która chciałaby mnie
udawać! Choć mam świadomość (jeszcze
naturalną), że zrobiłaby to lepiej
i bezbłędniej, tym bardziej, że pisałaby
o sobie! Zastanawiam się, co będzie kolejnym
genialnym wynalazkiem? Przypuszczałem,
że sztuczna głupota. Choć
chyba jednak nie, bo jeśli się głębiej zastanowić,
to tej naturalnej jest tyle, że
ho, ho i jeszcze trochę! [JW]
JULIUSZ WĄTROBA
POST SCRIPTUM
95
POEZJA
Polecane
Foto Marian Cholerek
MIROSŁAW BOCHENEK
– urodził się 16 marca 1960 roku. Mieszka w Bielsku-Białej. Z wykształcenia
prawnik, absolwent Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Poeta,
felietonista, autor tekstów piosenek m.in. dla Ryszarda Riedla i zespołu
Dżem (Autsajder), Mirka Breguły i duetu Universe (Tacy byliśmy jeszcze
wczoraj…), Sebastiana Riedla i zespołu Cree (Gdy patrzę w twoją
twarz…), Śląskiej Grupy Bluesowej i Agnieszki Łapki (Był sobie muzyk…),
zespołu Rebelianci (Co ty masz do mnie?), a także dla wykonawców piosenki
literackiej Tomka Lewandowskiego i Piotra Woźniaka.
Współtwórca (teksty) utworów: Kantata Niepodległość (2018) i Styczeń
1863 – kantata na głos, wiolonczelę i fortepian (2023), według kompozycji
Janusza Kohuta.
Debiutował w almanachu Łódzka Wiosna Poetów – 1975.
Autor dziewięciu zbiorów wierszy: Zasłonięty obłokiem (1979), Msza na
Wilczym Groniu (1985), Zapach głodu (1985), Irma i parę innych mądrych
opowieści (2006), Podwórko (2008), Karkosz. Zbiór wierszy beskidzkich
(2010), Stare Miasto (2012), Pod dziką czereśnią. Wiersze i piosenki
o miłości (2018), Wigilia Wszystkich Świętych (2021).
W 2008 roku za dotychczasowe publikacje książkowe otrzymał Nagrodę
Artystyczną im. Władysława Orkana.
Utwory autora wykorzystano w polskich filmach fabularnych: To ja, złodziej,
Skazany na bluesa, Piosenki o miłości, oraz w filmach dokumentalnych:
Sie macie ludzie i 30 lat wymówek.
Wiersze autora tłumaczono dotychczas na języki: czeski, bułgarski, słowacki
i szwedzki.
Współzałożyciel Stowarzyszenia Pisarzy Polskich – Oddział Śląski (1990).
Zrzeszony w Stowarzyszeniu Autorów ZAiKS.
Postanowieniem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej odznaczony Krzyżem
Wolności i Solidarności.
KONTAKT: bochen@contract.pl
96
POST SCRIPTUM
WIADOMO
Co może się wydarzyć, Ty sam najlepiej wiesz
są spisane w księgach sprawy wielkie i małe.
Znasz ścieżkę samotnego i szosy ludzkich rzesz
znasz grząskie bezdroża między duszą a ciałem.
A nam się ciągle zdaje, że wiemy dokąd iść
i ciągle taka myśl, że nam się jednak uda.
A przecież już wiadomo, wiadomo nie od dziś
że Bóg za mądry jest, by wierzyć w takie cuda.
2000
RIESLING
A pan Lucjan siedzi w ogrodzie pod śliwką
i nie przejmuje się tym, co wokół i dalej
bo wie, że komu miał pomóc – pomógł
co miał zepsuć, już zepsuł
pije wytrawne winko małymi łykami
i uśmiecha się w sobie, i wzdycha tylko
gdy przechodzi ulicą fajna dziewczyna
stukając o trotuar długimi szpilkami.
2014
ZA SZKOŁĄ
Z DALMACJI
Często je wspominam; są żywotne jak wtedy
a przecież czas zrobił swoje:
pewnie dziś nie poznałbym wielu
przed niejedną uciekłbym w popłochu.
Na szczęście pamięć ma gdzieś to, co potem
więc w oczach Leny wciąż gęstnieje żar
gdy ją podniecam uparcie za szkołą
oszalałymi wargami.
2014
O KSIĘŻYCU W SIERPNIU
Księżycu ech, księżycu
to ty trzymasz przy życiu
gdybym miał tylko Ziemię
zabiłoby sumienie.
Dobrze mieć na oku
ten twój srebrny spokój
popatrzy sobie człowiek
zrobi porządek w głowie.
2015
Ech, Jadranko… przeżyliśmy
tysiąc chwil, może więcej?
a każda była syta
gdy zasypiała w sercu.
Całowałem cię w Gradcu
w konobie u Mijo
piłem zachłannie jak wino
całą twoją zawiłość.
Spowiadałaś przede mną
smukłość ud, czułość dotknięć
pewna, że choćbym zdradził
nie znikną bezpowrotnie.
Ech, Jadranko… jak kamień
dziś w przepaść bym skoczył –
czemu nie mam na własność
twoich spojrzeń w oczy?
2011
GDYBYM CIĘ NIE KOCHAŁ…
Gdybym cię nie kochał byłoby mi wstyd
że marnuję noce po wilgotny świt
mężczyzny bym w sobie nie znalazł ni krzty
gdybym cię nie kochał tak wiernie jak ty.
Gdybyś mnie zdradziła w jakiś nudny dzień
zgarbiłbym się w sobie i snuł się jak cień
zmarniałby mój ogród, usechłby mi sad
gdybyś mnie zdradziła, a ja bym to zgadł.
Gdybyśmy zwątpili, że jest jeszcze ktoś
kto sprzyja miłości szubrawcom na złość
pewnie by nas dawno w pył rozkruszył czas
gdybyśmy zwątpili chociaż jeden raz.
2012 –2022
POST SCRIPTUM
97
D a n i e l W ó j t o w i c z
Krzyk portretu
Francis Bacon
Francis Bacon, irlandzki Brytyjczyk, geniusz
malarstwa XX wieku, dokonał w tej sztuce przewrotu
– na równi ze współczesnym mu Picassem.
Liczne portrety spod jego ręki składają się obecnie na
głośną, przekrojową wystawę w National Portrait Gallery
w Londynie. Gromadzi ona wiele prac pozyskanych z innych
muzeów świata i choćby dlatego stała się wielkim
wydarzeniem, które przyciąga tłumy.
Wystawa zachwyciła mnie już od progu. Otwiera ją wielki
krzyk – wizerunki różnych poważnych męskich postaci,
może polityków, w przeraźliwym wrzasku. Bacon mówił
o blasku i kolorze, które wydobywają się z ich ust. Jeśli już,
to jest to dla mnie blask i kolor wybuchającego granatu.
Portretowane twarze nie są pełne ani dosłowne, całość
zdeterminowana jest przez krzyk, który z nich wypływa.
Wstrząsnęła mną zawarta w tych obrazach agresja, jak
i paradoksalnie bezradność. Tak czytelna okazuje się wymowa
tych twarzy. I automatycznie, przez swój uniwersalizm,
portrety jawią się jako oblicze nas wszystkich –
agresywnej i bezradnej ludzkości.
Dalej, jakby dla dopełnienia, dochodzimy do jednej
z najsłynniejszych prac tego malarza – wizerunku papieża
Innocentego X, siedzącego na tronie w przezroczystym
pudle, spowitego mrokiem, jednak z widocznym, nieomal
słyszalnym makabrycznym krzykiem wyrywającym
się z szeroko otwartych ust. Trudno o bardziej wymowny obraz
papiestwa i jego dramaturgii nie tylko w odległych dziejach.
Współcześnie jest on może nawet bardziej porażający.
98
POST SCRIPTUM
Francis Bacon (1909–1992), ekscentryczny samouk
i geniusz malarstwa, rozwijał swoją twórczość w latach
wielkich przeobrażeń tej gałęzi sztuki. Włączył się w nurt
zmian, początkowo tworzył w duchu kubizmu i surrealizmu,
by ostatecznie wykształcić swój własny, oryginalny
styl ekspresji, oparty głównie na ukazywaniu ludzkiego
ciała. Portrety stały się jednym z jego najważniejszych
objawień.
Artysta, zapytany kiedyś o liczne autoportrety, śmiał się,
że przyszło mu malować siebie samego, bo na portretowanie
innych nie ma chętnych. Może było w tym coś na
rzeczy. Może rzeczywiście nie każdy model (zwłaszcza nie
każda modelka) miał wtedy, przed osiemdziesięcioma
laty, odwagę i ochotę zobaczyć swoją twarz zobrazowaną
pędzlem Bacona.
Malarz dokonywał bowiem ostrych deformacji wizerunków,
szokujących dla zwykłego oka. Dziś jednak znacznie
bardziej szokują ceny tych obrazów – każdy z nich wart
jest grube miliony. Trzyczęściowe studium do portretu
jego przyjaciela, malarza Luciana Freuda, zostało przed
jedenastoma laty sprzedane za 142 miliony dolarów, co
stanowiło aukcyjny rekord świata. Sam autor zaliczany
jest bezdyskusyjnie do grona najznakomitszych malarzy
wszech czasów.
Jak wszyscy portreciści, tak i Francis Bacon wiedział, że
większość ludzi oddających się w ręce malarza oczekuje
od niego swojego wiernego, jakby fotograficznego odbicia,
najlepiej jeszcze do tego upiększonego. Zgodnego
z ich własnymi wyobrażeniami i oczekiwaniami.
W twarzy człowieka kryć się może
prawda o całym świecie.
Nic nie jest tak trudne do przedstawienia
i nic nie może być bardziej odkrywcze.
To właśnie twarz,
ten najbardziej indywidualny
i niesłychanie złożony fragment ludzkiego ciała,
jest odwiecznym wyzwaniem
dla twórców portretów
POST SCRIPTUM
99
Tymczasem dla artysty (i może nie tylko dla niego) portret
jest zwykle odległy od dosłowności. Bacon wyjaśniał,
że malując, trzeba wyrazić nie tylko podobieństwo zewnętrzne,
ale jeszcze bardziej to, co w człowieku porusza.
Sztuka jest kłamstwem, które ukazuje prawdę – twierdził
Picasso. A Bacon utrzymywał, że musi malować inaczej,
by ukazać wiernie, jak jest.
Zawsze pragnę odmieniać, przekształcać wygląd ludzi,
nie mogę malować ich dosłownie. Na przykład spośród
dwóch portretów Michela Leirisa ten, który jest mniej dosłowny,
jest w istocie bardziej poruszający. […] Nie wiadomo
więc, co decyduje o tym, że coś wygląda bardziej
realnie. Wąska i podłużna twarz z tego portretu nie ma
nic wspólnego z prawdziwym Michelem, a jednak przypomina
go bardzo mocno. To jedna z tych rzeczy, których
nie da się w malarstwie wytłumaczyć – opowiadał w jednym
z rozległych wywiadów. W praktyce bardzo często
podpisywał swoje portrety określeniem „studium”, chcąc
w ten sposób podkreślić, że nigdy nie uważa stworzonego
wizerunku za ostateczny.
Dłuższe przebywanie na wystawie w National Portrait
Gallery pozwala laikowi takiemu jak ja oswoić oko
z warsztatem Francisa Bacona, a chwilę później wejść
głębiej w jego opowieść o ludziach. Przestaje ona być
straszna, momentami staje się – niczym karykatura – nawet
wesoła. Ale nigdy nie jest zwykłą zabawą wyglądem:
jest jego – często dramatyczną – interpretacją.
Kilka dużych prac na wystawie przedstawia szarego
człowieka, o niedoprecyzowanych bliżej szarych rysach,
w szarym płaszczu czy garniturze, w szarym, zamkniętym
pomieszczeniu. Czuje się przytłaczający ciężar miejsca
i chwili. Malarz przyznaje, że portretowany był osobą
znerwicowaną; zobrazowanie go w klaustrofobicznym
kontekście jest zatem – jak spostrzegam – celnym portretem
jego osobowości.
Muszę do tego uchwycić wszystkie pulsacje danej osoby.
Francis Bacon szedł w swych objaśnieniach dalej: Dlatego
malowanie portretów jest tak trudne i fascynujące.
Model jest kimś z krwi i kości i trzeba oddać jego emanację.
Nie mam tutaj na myśli niczego w rodzaju spirytualizmu,
to ostatnia rzecz, w jaką bym wierzył. Energia
brzmi lepiej. Istnieje coś takiego jak wygląd i energia
z nim związana. Bardzo trudno ją jednak uchwycić.
100
POST SCRIPTUM
Muszę uchwycić wszystkie
pulsacje danej osoby
Podobnie jak w przypadku Picassa, tak i geniusz malarstwa
portretowego Bacona wiązał się z głębokim zrozumieniem
psychologii i logiki postrzegania. Defragmentacja
czy deformacja twarzy w obrazach obu twórców
wyprzedza nasze myślenie o innych. Czyż nie jest tak,
że patrząc na ukochaną, widzimy najpierw jej opadające
powieki i rzęsy, a potem długo nic i wreszcie biust
czy ramiona? Czyż przenikliwe i nieprzyjazne spojrzenie
urzędnika, połączone z jego niskim czołem, nie staje
się całością zapamiętanej przez nas prawdy o tym człowieku?
Czy dynamika ruchów znajomego nie pozostaje
w naszych oczach kwintesencją jego wizerunku? Czy obserwując
drugą osobę i przybliżając się do niej myślami,
nie pomijamy całej konstrukcji fizycznej na rzecz tego, co
ukazują nam jej emocje? Oczywiście, że tak to działa.
Potęga zdeformowanych portretów Francisa Bacona tkwi
w dalekim odejściu od faktycznego wyglądu, przy jednoczesnym
ogromnym przybliżeniu się do prawdy o istocie
danego człowieka. A do jakiej prawdy? Takiej, jaką na tej
wystawie poczułem, ale nie potrafię nazwać. Bo gdyby
można było słowami wyrazić to, co jest na obrazie, to jaki
sens miałoby malowanie? – pytał z przewrotną trafnością
największy malarz USA Edward Hopper.
Portrety pędzla Francisa Bacona dają się dość łatwo
uogólnić jako „człowieka portret własny”. I pozwalają na
chwilę zadumy nie tyle nad jego twarzą, co nad duszą.
Nie wiem, czy trafnie podążam za myślą genialnego malarza.
Może odpowiedzią jest tu przytoczony na wystawie
jego cytat:
Myślę, że sztuka jest obsesją na punkcie
życia, a ostatecznie, jako ludzie, naszą
największą obsesją jesteśmy my sami.
DANIEL WÓJTOWICZ
Cytaty wypowiedzi Francisa Bacona pochodzą z książki
Davida Sylvestra Rozmowy z Francisem Baconem. Brutalność
faktu (tłum. Marek Wasilewski, Wydawnictwo Zysk
i S-ka) oraz z samej wystawy [DW]
Wystawa: Francis Bacon. Obecność człowieka
National Portrait Gallery Londyn do 19 stycznia 2025 roku
POST SCRIPTUM
101
Nasz redakcyjny kolega
Jacek Jaszczyk
uhonorowany prestiżowym
wyróżnieniem
w światowym konkursie!
Jacek Jaszczyk jest laureatem Nagrody XX Światowego
Dnia Poezji ustanowionego przez UNESCO – World
Poetry Day UNESCO 2020 Award. Laureat prestiżowego
konkursu „Wybitny Polak” w Irlandii 2019 Fundacji
Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska” w kategorii
OSOBOWOŚĆ. W latach 2020–2021 nominowany przez
Kapituły Redakcji „Gazety Pomorskiej”, „Expressu Bydgoskiego”
i „Dziennika Toruńskiego” do tytułu OSOBO-
WOŚĆ ROKU w kategorii KULTURA. W 2022 roku podczas
XV Festiwalu Poezji Słowiańskiej uhonorowany Medalem
im. Barbary Jurkowskiej za wkład w organizację i promocję
literatury polskiej na forum międzynarodowym.
Wyróżnienie jest dla mnie wielkim zaszczytem. Polonia
jest wielką siłą, a konkurs „Osobowość Polonijna Roku
im. Edyty Felsztyńskiej” jest tego doskonałym potwierdzeniem.
Cieszę się, że każdego dnia, będąc dumnym grudziądzaninem
w Irlandii, mogę reprezentować irlandzką
Polonię w konkursie – mówił Jacek Jaszczyk.
Światowy konkurs „Osobowość Polonijna Roku
im. Edyty Felsztyńskiej" odbywa się przy honorowym
patronacie Marszałek Senatu RP Małgorzaty Kidawiy-Błońskiej
oraz wsparciu Konsulatu RP w Rzymie
i Konsula Generalnego RP w Hamburgu. Celem konkursu
jest uhonorowanie wyróżniających się Polaków
działających na rzecz Polonii i Polski oraz osób
tworzących i wspierających działania na rzecz Polonii,
którzy swoją działalnością przyczynili się do rozpowszechniania
dobrego imienia Polonii i Polaków
w świecie. Zgłoszeni do konkursu Polacy pochodzą
z całego świata i na co dzień działają na rzecz Polonii
i Polski. Wyróżnienia są przyznawane osobom, które
swoją działalnością społeczną, kulturalną, edukacyjną
lub charytatywną wspierają integrację Polonii
i promują polską kulturę, tradycję i historię.
102
POST SCRIPTUM
Gratulujemy!
Osobowość Polonijna Roku im. Edyty Felsztyńskiej
Jacek Jaszczyk, poeta, dziennikarz, animator
kultury, ale przede wszystkim nasz redakcyjny
kolega, został uhonorowany prestiżowym
wyróżnieniem w światowym konkursie
„Osobowość Polonijna Roku im. Edyty
Felsztyńskiej" za działalność polonijną i propagowanie
Polski poza granicami kraju.
Podczas uroczystej gali, która odbyła się
28 września w Zamku Królewskim, siedzibie
Parlamentu Dolnej Saksonii w Hanowerze,
uhonorowano osoby, które w wyjątkowy
sposób przyczyniły się do rozwoju
polskości za granicą.
POST SCRIPTUM
103
Prezent
Poprosiła, żeby nie opuszczać rolety. Nigdy dotąd nie
widziała tak pięknego granatowego nieba jak to,
za szpitalną szybą. Łóżko przy oknie to jedno z małych
szczęść, które teraz urosło do rangi giganta. Otwarta
przestrzeń, przetykana brylantami gwiazd. Milionami
brylantów. A wśród nich może jest ta jedna. Od specjalnych
marzeń. Może… Nie wierzyć to nie żyć. A ona chciała.
Żyć chciała i oglądać gwiazdy przez inne okno.
Północ. W domu na pewno już po wigilijnej kolacji. Tyle
smutku im podrzuciła pod choinkę. Pomyślała, że córce
nie będzie dobrze w czerni, ale przecież nie musi nosić.
Najwyżej tylko w ten jeden dzień. Może zdąży jej powiedzieć.
Najgorsze to czekanie. Żeby tak już… Kiedyś napisała
taki wiersz:
Nie płacz
to tylko uparte powieki
zgasiły światło
zwalniając miejsce na ziemi
Naturalna kolej rzeczy. Jak łatwo skreśliła tych kilka wersów.
Wzruszona, ale z dystansem. Ze smutkiem, ale bez
rozpaczy. A teraz… Teraz każde słowo ma w nim inny
wymiar. Każda litera boli jak zapalenie okostnej. Nie do
uśmierzenia. Że też akurat teraz musiał się przypomnieć.
Zrobiło się jeszcze trudniej. Coś nieuniknionego przeszyło
całe ciało. Nieuniknionego i nie do pogodzenia. I skąd się
bierze ten spokój. W takich chwilach, kiedy świadomość
nabrzmiała buntem i cichą rozpaczą ten dziwny spokój.
Gwiazdy migocą za oknem światłem nienazwanym. Tak
ciepło i bezpiecznie. Może jeszcze nie pora. Tylko, że…
Oczy lekarzy nie potrafią kłamać. Tyle w nich zwątpienia.
Udają nieporadnie. Przypadek nietypowy, nie do
ogarnięcia. Piąta zmiana leków, cały czas z nadzieją, że
zwyciężą. I krew do badania, krew do badania, krew do
badania. I tyle pochylonych nad jej łóżkiem głów. Nie
potrafili ukryć porażki. Porażka, tak to odbierali. Słyszała,
jak lekarz szepnął za drzwiami do ordynatora głosem
dziwnie nieobojętnym, pełnym goryczy i zawodu:
– Ucieka nam, panie profesorze…
Ucieka nam. Jak to precyzyjnie powiedziane. Przypomniała
sobie inny wiersz, który napisała kiedyś pełna optymizmu,
otwarta, z wielkim apetytem na życie:
Kiedyś…
Kiedyś będą ostatnie wakacje
ostatni raz wejdę po schodach
i włożę klucz do zamka
usmażę ostatnie naleśniki
i książkę przeczytam ostatnią
niesforny kosmyk spadnie
na oczy ostatni raz
i ostatni raz zamknę zamek
w czerwonej spódnicy
ostatni łyk kawy wychylę
z filiżanki w czerwone maki
pocałuję kogoś ostatnim uśmiechem
i łza wymknie się ostatnia
ile nadziei daje to „kiedyś”
Ile nadziei daje to… Strasznie pędziło to „kiedyś”. Czerwona
spódnica jest tu, obok, w szpitalnej szafie. Tak chciałaby
jeszcze parę razy zasunąć ten cholerny, zacinający
się zamek. Wciąga pobocze materiału za każdym razem.
Wybaczyłaby. Ale łzę musi przytrzymać pod powieką.
Jeszcze nie, jeszcze nie ostatnia, jeszcze niech się rozpyli,
ulotni, wyschnie, niech poczeka, rozpłynie, co chce, niech
zrobi, byle nie dać się jej wymknąć. Uparta, właśnie teraz
zachciało się jej wypłynąć, taka z niej przechera…
104
POST SCRIPTUM
Uśmiechnięta pielęgniarka odłączyła kroplówkę. Szepnęła,
że kolejna za dwie godziny, o drugiej, i o wiele za
długo przytrzymała rękę. Spłynęła do żył fala współczucia,
mrożąc krew. Teraz każdy odruch ze strony bliskich,
personelu szpitalnego miał swój alfabet, do bólu szczery,
ważniejszy od słów. Od wieczornego obchodu lekarz był
aż cztery razy. Posiedział, dużo mówił, takich tematów
dotykał choinkowych, wspominkowych, do dzieciństwa
swojego wpadł na chwil kilka. Żeby było tak nieszpitalnie,
ciepło, kolorowo. Wdzięczna mu była, ale niepokój
i napięcie opanowały jego ciekawy, męski głos. I on też
za każdym razem dużo dłużej, niż było potrzeba, przytrzymywał
jej rękę. Zostawił garstkę nadziei, bo cały czas
śledzą wyniki, wierzą, że drgnie…
Skąd się wzięły te dwa ptaki na gzymsie. Przecież tam
nie było gzymsu, a takich ptaków nie ma w atlasie. Te
ich radosne łebki, kolorowe, przechylone na boki zawadiacko,
oczy w dużej oprawie, jak sowie. I taka jakaś wesołość
w nich. Jak pięknie wyglądałyby w bajce – pomyślała.
Chyba nie zdąży ich namalować ani nawet opisać.
Nawet zdjęcia nie zrobi. Nie da rady. Ptaki na gzymsie.
Jakie piękne, puszyste główki, kolorowe, wielkie, pięknie
oprawione oczy, przyjazne, uśmiechnięte. Kiwają na boki
łebkami, tak zawadiacko, miło, zaczepnie. Coś przekazują
jej myślom. Czuje to. Czy to już?
Weszła pielęgniarka.
– Lepiej troszkę, nie boli? Dostała pani morfinę. Powinno
pomóc. Gdyby coś potrzeba, proszę zadzwonić.
Acha, to po morfinie. Chciała powiedzieć o ptakach, ale
miejsce pod sufitem opustoszało. I gzymsu nie było. Nikt
by zresztą nie uwierzył. Tak, to morfina, na pewno. Uspokoiła
się, chociaż nie czuła niepokoju, smutku. Było ciepło,
wygodnie, spokojnie i pomyślała, że gdyby miało być
to, co miało, to może niechby już. Przy tym granatowym
niebie i choince na parapecie, takiej pięknej, uśmiechniętej,
bo to przecież noc cudów. Ciepłe światło nocnej
lampki, wygodna poduszka, bez smutku dookoła. I…
I zabrzęczał cichutko Messenger. Pokazały się literki przesiąknięte
niepokojem. Czyimś niepokojem, może przerażeniem.
Kogoś, kogo zna tak krótko. Po prostu znajomy.
Od tak niedawna. I tak zatrwożony. Uśmiechnęła się.
Cholerna łza nie może się wymknąć. Zakazane. Lewa ręka
z trudem mogła stukać wiadomości, ale mogła. Tylko że
przecież zaraz kroplówka. I właśnie zajrzała pielęgniarka.
Chyba czuła, że ta rozmowa klawiszowa jest bardzo ważna.
Może ostatnia... Uśmiechnęła się szeroko.
– Nic się nie stanie, jak trochę poczekamy. Tylko poprawię
wenflon i krew muszę pobrać, ale to chwilkę – powiedziała
ciepło. – Jak pani skończy, proszę zadzwonić.
Wigilia. Noc dobroci. Noc cudów. Messenger. Klika liter
troski. Niespodziewanej. I taka moc. Poczuła w sobie
taką siłę, taką niezwykłą siłę, że aż… Nie, łza nie może się
wymknąć. Jeszcze nie. Teraz nie. W ogóle nie. Potrzebna
się poczuła. Ważna. Bardziej niż kiedykolwiek. I silna
taka. I piękna, kobieca też się poczuła. Z przepoconymi,
zebranymi w zlepione kosmyki zmęczonymi włosami,
rozrzuconymi po poduszce. Z wypiekami i rozpalonymi
gorączką iskrami w oczach. Ubezwłasnowolniona chorobą,
upokarzająco uzależniona od innych poczuła się piękna,
silna, odważna. Wyjątkowa. Zupełnie jak ta rozgwieżdżona
marzeniami noc…
Spojrzała w okno. Wierzyła, że ona tam jest. Ta właściwa
gwiazda, wyszukana przez nią w brylantowej konstelacji
o północy. I…
I właśnie wszedł pan doktor. Zmęczony, ale promiennie
uśmiechnięty, bez sztucznego wymuszenia i powiedział
pewnym, radosnym głosem:
– Mamy panią, może pani snuć plany, zostawiam ten prezent
pod choinką… [WDS]
WANDA DUSIA STAŃCZAK
POST SCRIPTUM
105
W duchu
Strzeleckiego
Rozmowy-spotkania z ludźmi.
Czasem z no name, czasem
z rozpoznawalnymi, czasem
z ekspertami. Zawsze z takimi,
którym zależy. Dzielimy się
wiedzą i opowieściami o przełomach
w życiu, w przekonaniu,
że „opowiadanie historii
to nasz ludzki sposób radzenia
sobie z rzeczywistością",
a kryzys to szansa.
LINK DO PODCASTU:
https://open.spotify.com/show/3RjoeghoM8ZSU9RiAX2cmA
DO
POETÓW ,
ARTYSTÓW ,
A N N A M A R U S Z E C Z K O
MUZYKÓW
Dziennikarka, freelancerka z wyboru. Kolekcjonerka poruszających
historii i budujących rozmów. Lubi mówić
i słuchać. Wierzy, że „opowiadanie historii to nasz ludzki
sposób radzenia sobie z rzeczywistością”. Entuzjastka
wielokulturowości i przyrody. Autorka kanału na IG
pn. Między Bugiem a prawdą.
Interesuje mnie metamorfoza, człowiek w zmianie.
Moi bohaterowie to ludzie poszukujący i zaangażowani.
Walczą, stawiając granice, postępując w zgodzie
z sobą, dzieląc się. Czasem wygrywają bitwy ze światem
zewnętrznym, jednak podkreślają, że najtrudniej wygrać
z samym sobą. Opowiadają o wzlotach i upadkach na
drodze do życiowego i zawodowego spełnienia. W tle
często ważne zjawiska i trendy społeczne, energia kobiet,
praktyki rozwojowe, etyczny biznes, fair travel i in.
106
POST SCRIPTUM
Moi bohaterowie to ludzie
poszukujący
i zaangażowani.
Walczą, stawiając granice, postępując w zgodzie z sobą,
dzieląc się.
Wygrywają bitwy
ze światem zewnętrznym,
ale podkreślają, że najtrudniej
wygrać z samym sobą.
Opowiadają o wzlotach i upadkach
na drodze do życiowego
spełnienia.
Inspirują
REKLAMA
Profesjonalna
korekta tekstów
ALEKSANDRA KRASIŃSKA
Redakcja i korekta
kontakt@krasinska.eu
Piszesz książkę, e-book, pracę naukową, a może artykuły
na blog albo stronę internetową? Ciągle się wahasz,
gdzie postawić przecinek, i martwisz się, że w tekście są
błędy, których nie widzisz? Skontaktuj się z naszymi korektorkami
– z nimi Twój tekst będzie lepszy.
Jestem magisterką bibliotekoznawstwa oraz absolwentką licznych kursów i szkoleń
dla redaktorów i korektorów. Na co dzień współpracuję z wydawnictwami, a także
poprawiam teksty użytkowe dla szkół wyższych. Chętnie pomogę zarówno przy tekstach
krótszych, jak i dłuższych.
MAŁGORZATA NOWAK
malgorzata.nowak122@gmail.com
Jestem literaturoznawczynią związaną obecnie z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza
w Poznaniu. Najchętniej redaguję teksty naukowe, beletrystykę i eseje. Proces
redakcyjny znam również od strony autora, dlatego zawsze dokładam starań, by tekst,
stając się coraz lepszy, pozostawał w pełni Twój.
DOMINIKA PALUCH
Było słowo
dominika.paluch@interia.pl
Absolwentka Akademii korekty tekstu Ewy Popielarz. Licencjatka polonistyki-komparatystyki,
magistrantka językoznawstwa ogólnego i licencjantka filologii klasycznej.
Zakochana w słowach, czujna strażniczka przecinków.
EWA SŁOTWIŃSKA
ewaslotwinska@gmail.com
Filolożka romańska, absolwentka studiów podyplomowych i licznych kursów z zakresu
redakcji tekstu. Miłośniczka przecinków i półpauz. Tropicielka usterek i nieścisłości.
Specjalistka od literatury dziecięcej i młodzieżowej. Entuzjastka prostego języka w polszczyźnie
korporacyjnej i urzędowej.
Zapraszamy do kontaktu
p a r t n e r z y m e d i a l n i :
POST SCRIPTUM
107
Oprócz dzielenia się z czytelnikami aktualnościami w dziedzinie
sztuki oraz literatury pragniemy wspierać młode talenty.
W tym celu stworzyliśmy Fundację Wspierania Kultury „Post Scriptum”.
Darowizny dla fundacji będą służyły szeroko pojętej promocji
młodych artystów zarówno na łamach kwartalnika, jak i w formie
pomocy w organizacji wystaw, warsztatów czy wydawaniu książek.
Jeśli chcesz przekazać datek na działalność naszej fundacji,
możesz zrobić to za pośrednictwem strony internetowej
www.postscriptumfundacja.com lub wpłacić darowiznę bezpośrednio
na konto fundacji: 75114020040000310281956333.
Dane kontaktowe: FUNDACJA WSPIERANIA KULTURY „POST SCRIPTUM”
05-092 Łomianki ul. STANISŁAWA STASZICA 14/5
KRS 0000908539 NIP 1182225810
e-mail: biuro@postscriptumfundacja.com
108
POST SCRIPTUM
FUNDACJA „POST SCRIPTUM”