POST_SCRIPTUM_1_2025_29
POST SCRIPTUM 29 – Niezależny Kwartalnik Literacko-Artystyczny tworzony przez polsko-brytyjski zespół. W tym numerze m.in.: gość specjalny Jason Anderson, miniaturki-kreaturki Juliusza Wątroby, relacja z wystawy Frantiska Kupki, Autorskie Targi Książki w Londynie, malarstwo Władysława Bartka Talarczyka.
POST SCRIPTUM 29 – Niezależny Kwartalnik Literacko-Artystyczny tworzony przez polsko-brytyjski zespół. W tym numerze m.in.: gość specjalny Jason Anderson, miniaturki-kreaturki Juliusza Wątroby, relacja z wystawy Frantiska Kupki, Autorskie Targi Książki w Londynie, malarstwo Władysława Bartka Talarczyka.
Transform your PDFs into Flipbooks and boost your revenue!
Leverage SEO-optimized Flipbooks, powerful backlinks, and multimedia content to professionally showcase your products and significantly increase your reach.
POST
NIEZALEŻNY KWARTALNIK
LITERACKO-ARTYSTYCZNY
SCRIPTUM
P R O Z A P O E Z J A P U B L I C Y S T Y K A S Z T U K I W I Z U A L N E
DAĆ ŚWIADECTWO
Czesław Markiewicz
1/2025 (29)
KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI
DRABBLE
WITRAŻE, IMPASTO I DORSET
JASON ANDERSON
POTWORY SĄ WŚRÓD NAS
Bo Jaroszek
Gość specjalny
ZOBACZYĆ NIEWIDZIALNE
FRANTIŠEK KUPKA
Dysfunkcja rzeczywistosci
MIKE KELLY
BARTOSZ DOMINIK
Od dokumentów po horror
WŁADYSŁAW BARTEK TALARCZYK
Konkret abstrakcji
Polish Waves w Cambridge Radio
SEBASTIAN LEŚNIEWSKI
www.postscriptum.uk
www.postscriptumfundacja.com
fb: post scriptum
1
POST SCRIPTUM
WERSJA ELEKTRONICZNA DO POBRANIA ZA DARMO:
https://www.yumpu.com/user/postscriptum.mag
DRUK NA ŻYCZENIE: 29,99 zł
ZAMÓWIENIA BEZPOŚREDNIO W DRUKARNI:
https://www.wyczerpane.pl/wydawnictwo-post-scriptum,dBA-0io.html
Prawa do indywidualnych utworów pozostają przy twórcach.
Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych
i zastrzega sobie prawo do redagowania tekstów.
FUNDACJA WSPIERANIA KULTURY „POST SCRIPTUM”
05-092 Łomianki
ul. STANISŁAWA STASZICA 14/5,
KRS 0000908539
NIP 1182225810,
e-mail: biuro@postscriptumfundacja.com
www.postscriptum.uk postscriptum.mag@gmail.com fb: post scriptum redakcja@postscriptum.uk
SPIS TREŚCI:
inne sztuki wizualne poezja PROZA
11 MAJA CHAŁUBIŃSKA – opowiadanie Śnieg albo XXX
34 Bo Jaroszek – Dziewicza prostytucja – felieton
54 ANNA DWOJNYCH – opowiadanie Sikorka
64 Robert Knapik – recenzja książek AGNIESZKI JELONEK i ARKADIUSZA LORENCA
68 Renata Szpunar – esej Tigani
74 CZESŁAW MARKIEWICZ – esej Dać świadectwo
90 BABALOOKA – Monika Janowska
92 Przez Peryskop – Bracia mniejsi? – Juliusz Wątroba
98 KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI – Drabble
19 SZYMON FLORCZYK – wiersze
33 AGNIESZKA LUBOS – wiersze
50 KĄCIK SATYRYCZNY
62 MAGDALENA ŁUBKOWSKA – wiersze
73 IZABELA ZUBKO – recenzja tomiku ANNY BUCHALSKIEJ Do Jutra
78 Poezja polecana – RAFAŁ ZIĘBA
86 500 ekfraz w trzy godziny – Wanda Dusia Stańczak
96 ALICJA SANTARIUS – wiersze
104 Miniaturki kreaturki – JULIUSZ WĄTROBA – fraszki, SZCZEPAN SADURSKI – rysunki
4 MIKE KELLY – Duch i zjawa – Daniel Wójtowicz
21 WŁADYSŁAW BARTEK TALARCZYK – Konkret abstrakcji – Beata Anna Symołon
36 JASON ANDERSON – Witraże, impasto i Dorset – Renata Cygan
56 FRANTIŠEK KUPKA – relacja z wystawy – Daniel Wójtowicz
28 Wywiad z SEBASTIANEM LEŚNIEWSKIM – Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz
52 Recenzja filmu Minghun – Daniel Wójtowicz
80 Wywiad z BARTOSZEM DOMINIKIEM – Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz
102 Wellbeing puszcza oczko – Wanda Dusia Stańczak
106 Wręczenie nagród literackich Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie
107 Relacja z II Autorskich Targów Książki w Londynie
108 Wileńskie Kaziuki w Londynie – WIESŁAW FAŁKOWSKI
ZESPÓŁ REDAKCYJNY:
Redaktor naczelna: Renata Cygan Zastępczynie redaktor naczelnej: Joanna Nordyńska i Katarzyna Brus-Sawczuk
Sekretarz redakcji: Jacek Jaszczyk
Redaktorzy: Juliusz Wątroba, Anna Maruszeczko, Izolda Kiec, Wanda Dusia Stańczak, Renata Szpunar, Robert Knapik, Agnieszka Herman,
Bo Jaroszek, Daniel Wójtowicz, Monika Janowska, Beata Anna Symołon, Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz
Gościnnie: Izabela Winiewicz-Cybulska, Jerzy Stasiewicz
Korekta: Aleksandra Krasińska, Dominika Paluch, Małgorzata Nowak i Ewa Słotwińska
2
Rysunek satyryczny: Jarosław Janowski Tłumaczenia z języka angielskiego: Renata Cygan
POST SCRIPTUM Skład, łamanie i opracowanie graficzne: Renata Cygan
Na okładce:
obraz Jasona Andersona
Choć wiosna rozpanoszyła się na dobre zapachem i kolorem, choć
słońce świeci i chce się żyć, ja tkwię w nastroju nieradosnym. Patrzę
na ten świat i nie dowierzam. Psychopaci trzęsą globem, idioci kopią
pod sobą (i pod nami) dołki, niszcząc jedyne, co mogłoby nas uratować przed
katastrofą – Naturę. Za garść srebrników współcześni Midasowie tną, pustoszą
i kąsają rękę, która ich karmi. A my, tak naprawdę, nie możemy zbyt wiele
z tym zrobić...
Pisze o tym Juliusz Wątroba w swoim felietonie Bracia mniejsi?. Warte przeczytania
i zastanowienia nad tym, co robimy z przyrodą i jak sobie w coraz większym
tempie szykujemy dębową jesionkę z barbarzyńsko powycinanych drzew...
WSTĘPNIAK
Niedawno usłyszałam taką sentencję: „Żyjemy w bardzo trudnych czasach i nie
ma w nich miejsca na wrażliwość”. Jakie to straszne! Ale chyba (niestety) prawdziwe?
Rosną nam nieokrzesane społeczeństwa przyklejone do smartfonów – pokolenia,
dla których emotikony są ważniejsze od prawdziwych relacji, a liczba zer na
koncie świadczy o klasie. Smutne to i przygnębiające. Dlatego tak ważne jest promowanie
kultury i sztuki, co my – póki nam starczy sił – czynimy i czynić będziemy.
W tym numerze zebraliśmy dla Państwa dużo dobrego materiału – zachęcamy
do czytania interesującej prozy i poezji i podziwiania niezwykłych obrazów.
Z malarskiego świata godni polecenia są Mike Kelly, František Kupka i Władysław
Bartek Talarczyk oraz relacje z ich wystaw, z których wrażeniami podzielili
się Beata Anna Symołon i Daniel Wójtowicz.
Czy potwory są wśród nas? Otóż są. Czego, z właściwą sobie swadą, dowodzi
Bo Jaroszek. A w jego dywagacjach pojawiają się twory i tworki w postaci ikon
na szkle, białej czekolady, bezalkoholowego alkoholu, czy wreszcie haiku, które
udają haiku. Dziewicza Prostytucja – strona 34.
Gościem specjalnym tego numeru jest pochodzący z Wielkiej Brytanii Jason
Anderson. Jego fascynujące impresjonistyczne obrazy przypominające witraże,
to feeria barw i światła, które wyłania się z geometrycznych abstrakcji. Światła,
które hipnotyzuje, które przedziera się na pierwszy plan, aby zachwycić,
zawładnąć i wchłonąć.
Życząc Państwu przyjemnej lektury, życzę także dużo światła oraz oświecenia
i… przebudzenia.
www.postscriptum.uk, fb: post scriptum, e-mail: redakcja@postscriptum.uk
Wydawca: Post Scriptum LTD, Watford, UK
NUMER KONTA: IBAN: GB82 LOYD 3096 2657 4181 60
UK: SORT CODE: 309626 ACC Number: 57418160
POST SCRIPTUM
3
MIKE KELLEY
D a n i e l w ó j t o w i c z
Duch i zjawa – człowiek zagubiony
Wypad do Londynu zrodził we mnie pragnienie
zerknięcia na sztukę nowoczesną, która akurat
w stolicy Wielkiej Brytanii powinna być najświeższa
i najbardziej znacząca. Prezentowana jest tam
w Galerii Tate Modern, w nowoczesnych, wielkich loftach
(po elektrowni miejskiej) nad Tamizą. Wejście w jej podwoje
okazuje się dla zwykłego zwiedzającego prawdziwym
wyzwaniem, swoistą konfrontacją z przyszłością,
która się z pewnością już zaczęła.
Aktualną dumą muzeum jest ponoć pierwsza w Europie
wystawa głośnego artysty z USA – Mike’a Kelley’a (1954–
2012).
W 2012 r. w publicznym pożegnaniu został określony
przez „The New York Times” jako „jeden z najbardziej
wpływowych amerykańskich artystów ostatniego ćwierćwiecza
i przenikliwy komentator amerykańskiej klasy
społecznej, kultury popularnej i młodzieńczego buntu”.
Czytam w przewodniku: „Mike Kelley tworzył wszelkiego
rodzaju sztukę. Tworzył rzeźby i instalacje, występy, filmy,
rysunki, muzykę, obrazy, zdjęcia, prace tekstylne – praktycznie
wszystko, co może stworzyć artysta!”.
Pozostawił ogromny, zróżnicowany dorobek, dający się
podzielić nie tylko na gatunki, lecz także na rozdziały
i nurty. Dużą część prac traktować można jako konceptualną,
czyli taką, której przesłanie staje się ważniejsze od
samego dzieła.
Wypowiedzi artystyczne Mike’a Kelley’a, jakie udało mi
się odczytać, dotyczą różnego znaczenia i oddziaływania
elementów kultury masowej na zwykłego człowieka,
kształtowania go czy nawet deformowania. „Kultura
masowa jest prawdziwie niewidoczna, ludzie nie są jej
świadomi, ale jest to kultura, w której ja żyję i do której
wszyscy się odnoszą. Nie zamierzam jej gloryfikować,
gdyż w ogromnej części jej nie lubię. Ale to, co mogę
zrobić, to zmagać się z jej dominacją, bawić się nią, rozwalać
na części i przekształcać” – wyjaśniają jego słowa
w motto wystawy. I taki właśnie związek twórczości Artysty
z kulturą swego kraju jest zapewne tym, co zbudowało
jego popularność.
W jednej z sal wystawy oglądać można było krótki film
Kelley’a z głośnej serii Bananaman. W wymyślonym
przez siebie żółtym kostiumie z kapeluszem wcielił się
w bohatera kreskówek Kapitana Kangura (Captain Kangaroo),
na których wychowały się miliony amerykańskich
dzieci. Parodiował je z głębszym zamysłem. Chciał uderzyć
w sztuczne wzorce kultury masowej, powszechne
utożsamianie się przez widzów z nierzeczywistymi bytami,
z ich dążeniem do bycia „nie sobą”. „Ważne jest,
aby osoby oglądające pamiętały, że to sztuka – chodzi
o pozowanie. Widz musi przynajmniej podejrzewać, że
nie jestem tym, za kogo się podaję”– wyjaśniał. Trudno
nie zauważyć, że starał się tym bronić autentycznej tożsamości
ludzi, zwłaszcza młodych, która bywa przez kulturę
masową zagrożona.
4
POST SCRIPTUM
Niepewność nieświadomej myśli
staje się metaforą
nieuchwytnej natury sztuki
POST SCRIPTUM
5
Kreskówkowy Bananaman był podobno
zwykłym, może nawet chuderlawym
chłopcem, który po zjedzeniu
banana stawał się muskularnym
i sprawnym supermanem, zdolnym
do wszystkiego. Kelley w jednym
z filmików pokazywanych na wystawie
odgrywa, jakby w kontrze do
tamtego, uporczywe zmaganie się
jakiegoś nastolatka z krzesłem. Chłopiec
poszukuje własnej, wydumanej
pozycji siedzenia czy też próbuje absurdalnej
modyfikacji mebla poprzez
usunięcie jego dwóch przednich
nóg i zastąpienie ich nogami siedzącego.
Widziałem w tym syntezę
i parodię młodzieńczego buntu. Ale
też i gorzką o nim prawdę. „Nastolatek
jest dysfunkcyjnym dorosłym,
a sztuka jest dysfunkcyjną rzeczywistością”
– twierdził Artysta. Samotność
młodych ludzi w konfrontacji
z zagmatwaną cywilizacją, do której
wzrastają, jest z pewnością wielkim
problemem społecznym.
W sztuce konceptualnej – jeśli
za taką uznać twórczość Mike’a Kelley’a
– swoistą rolę odgrywają wyjaśnienia
twórców tłumaczące przyświecające
im idee. Same materialne
prace działają już tylko jako symbole
określonego myślenia.
6
POST SCRIPTUM
Nastolatek jest
dysfunkcyjnym dorosłym,
a sztuka jest dysfunkcyjną
rzeczywistością
Sala wypełniona ręcznie obrobionymi
kilimami i materiałowymi, wypychanymi,
dużymi zwierzętami (pieskami,
wężem) nawiązuje do roli zabawki
w życiu dziecka i tajemnic dzieciństwa.
Nad nimi dominuje wielki patchwork
wykonany z porzuconych, ręcznie
robionych zabawek, tworzących
jakby „krajobraz po bitwach dzieciństwa”.
Tytuł pracy brzmi: Więcej godzin
miłości niż można kiedykolwiek spłacić
i zapłata za grzech (1987).
Artysta daje tymi pracami wyraz przekonaniu,
że dorośli prowadzą z dziećmi
nieuczciwą i często bolesną grę.
Obdarowują je prezentami, zabawkami
i oczekują w zamian zawsze bezgranicznej
wdzięczności i okazywania
im miłości. Dzieci są w tym ofiarami
emocjonalnego nadużycia oraz wykorzystania
i postawione w roli „wiecznego
sługi kontraktowego”.
Mike Kelley był podejrzewany o żywienie
ciężkich urazów z dzieciństwa,
choć nigdy nie zdecydował się
o tym własnymi słowami powiedzieć.
Jego dzieło prezentuje się jednak
jako szczególny krzyk w tej sprawie.
Wydaje się, że trafia nim w problem,
który w naszej rzeczywistości ma
swój szczególny ciężar gatunkowy.
Dla mnie była to najmocniejsza część
wystawy.
Następnie uwagę przykuwa tajemnicza,
mechaniczna instalacja z muślinową,
przewiewną materią kręcącą
się wkoło na metalowym wysięgniku
niczym zasłona na tanecznym wybiegu,
może przy klubowej rurze, może
przy tańcu w jakimś peep-show.
Pojawia się na niej wyświetlana sylwetka
nagiej kobiety, a z głośnika
trzeszczy denerwująca muzyka. Nie
ma przy tej instalacji komentarza, ale
MIKE KELLEY
POST SCRIPTUM
7
Widz musi przynajmniej podejrzewać,
że nie jestem tym, za kogo się podaję
8
POST SCRIPTUM
i bez niego wywołuje ona oczywiste
i żenujące skojarzenie z pustką i seksualizacją
kultury masowej i zakodowaną
w niej samotnością.
Końcowa część wystawy obfituje
w ekrany, na których wyświetlane są
filmy z najbardziej zaawansowanego
nurtu twórczości Kelley’a – psychoanalitycznej
koncepcji „wspomnień
ekranowych” (Exstracuricular Activity
Projective Reconstruction 2000–2011).
„Niepewność nieświadomej myśli
staje się metaforą nieuchwytnej natury
sztuki” – mówił.
Aby instalacje te stworzyć, Artysta
przerobił zbiory zdjęć z różnych kronik
szkolnych i ułożył je w oparte o własne
scenariusze prezentacje wideo.
Koncentrował się w nich na zamyśle
odkrywania niepamięci, na przekonaniu,
że trauma i przemoc dzieciństwa
są przez młodych ludzi wypierane
i zastępowane mniej ważnymi, późniejszymi,
łagodnymi wspomnieniami.
W ten sposób ludzie ratują swoją
codzienną równowagę, podczas gdy
w podświadomości urazy z przeszłości
mogą determinować ich faktyczną
postawę i stosunek do siebie.
O Kelley’u piszą, że kochał Halloween,
tak mocno zakorzenione we
współczesnej, nie tylko amerykańskiej
kulturze. Fascynowała go „teatralna
i buntownicza natura tego
dorocznego święta, podczas którego
ludzie mogli wyjść poza swoje normalne
zachowanie i udawać kogoś
lub coś innego”. Wykonywał wiele
zdjęć autentycznych przebranych postaci,
starając się w nich wydobyć to,
co było sensem tej maskarady, uwidocznionym
często bezwiednie, lecz
trafnie. Wydaje się, że w tym także
zawierała się jego chęć ukazywania
ludzkiej prawdy ukrytej.
Wieczorem, po wyjściu z Galerii,
a było to 1 listopada, w dniu Wszystkich
Świętych, przypadek ustawił
mnie w windzie londyńskiego metra
tuż obok nastolatka w halloweenowym
stroju, przebranego i ucharakteryzowanego
na Batmana. Podążałem
za nim wzrokiem. Po wyjściu na
zewnątrz zawiesił się na chwilę jakby
w rozterce, dokąd dalej iść. Zapalił
papierosa, który zupełnie nie pasował
do jego młodzieńczej, nawet
dziecięcej jeszcze buzi. Rozglądał się
wokół w wyraźnej bezradności, która
była w tę twarz wręcz wpisana. Strój
Batmana, który go okrywał, zupełnie
na nim nie leżał, nie pasował do jego
delikatnej i wyraźnie zagubionej postaci.
Patrząc na niego, nie mogłem
nie powrócić do twórczości Mike’a
Kelley’a i nie pomyśleć, że widok ten
jest doskonałą pointą obejrzanej wystawy…
[DW]
DANIEL WÓJTOWICZ
POST SCRIPTUM
9
Ilustracja: Renata Cygan
10
POST SCRIPTUM
ŚNIEG ALBO XXX
M a j a C h a ł u b i ń s k a
Z
nieba sypie śnieg. Pierwszy raz widzę śnieg. Jest bielszy,
niż sobie wyobrażaliśmy. Promienie słońca sprawiają,
że się iskrzy. Tak, jakby z nieba sypały małe, lśniące
gwiazdki. Nie zdążam się im dobrze przyjrzeć. Każda ma niesamowity
kształt, ale zanim go ogarnę i opiszę, już spada na
ziemię. I świat pode mną pokrywa się coraz grubszą warstwą
zimnego puchu.
– Kocham śnieg! Jest fantastyczny! – krzyczy pulchna Chmurka
i puszcza moją dłoń. Biegnie przed siebie, nie znając kierunku,
z rozpostartymi ramionami. Pozostałe dzieci podążają
za nią. Z zachwytem patrzą, jak śnieżynki rozpuszczają się na
ich ciepłych dłoniach. Oczy dzieci migoczą, kiedy przechodzimy
do Lasu.
Zima, bo wszyscy zgodnie ustalamy, że skoro pada śnieg,
mamy zimę, powoli przemienia Las w baśniową krainę. Czuję
się jak bohaterka Lewisa, która przeszła przez starą szafę i znalazła
się w Narni. Czytałam pierwszą część serii poprzedniej
klasie, dopiero zaczynałam uczyć.
– Wszyscy idziemy razem. Chmurka, Muchomor jesteśmy grupą,
dołączcie do nas – zwracam uwagę moim podopiecznym,
których energia popchnęła naprzód i sprawiła, że znacząco
oddalili się od reszty. Kiedy widzę, że nie reagują, zbieram
się do tego, by zawołać głośniej, może nie usłyszeli, ale nagle
moje zmysły obezwładnia dobiegający zewsząd krzyk.
Zastygam, patrzę na dzieci, liczę je w myślach, wszystkie są.
Stoją, uszy zakrywają dłońmi. Ja nie zakrywam. Pozwalam, by
dźwięk wdarł się we mnie, rozlał po moim wnętrzu, zadał mikro
rany, z których sączyć się będą kropelki krwi. Jest tak ostry.
I długi. Bardziej sztylet niż kuchenny nożyk. W końcu ustaje.
Dzieci mnie okrążają, ciągną moje ręce – wybaczcie, mam tylko
dwie – tulą się do moich nóg, a kiedy nie ma już przy mnie
miejsca, tulą się do swoich pleców. Zaczynamy tworzyć jeden
organizm, którego jestem centrum. Wyswobadzam ręce.
– Spokojnie, wszystko będzie dobrze – zapewniam, nie wiedząc,
czy ich nie okłamuję. Muszę jednak udawać, że jestem
odważna. Jestem dorosła, a bycie dorosłym zobowiązuje
mnie, by być odważniejszą od dzieci. – Wracajmy do szkoły –
podejmuję decyzję i kiedy zamierzam się podjąć jej realizacji,
wyprowadzić dzieci z Lasu i wrócić z nimi w bezpieczne miejsce,
pojawiasz się ty.
– Ciociu, ciocia niech spojrzy! – krzyczy drobniutka Konwalia,
która odklejona już ode mnie i pozostałych dzieci, palcem
wskazuje na wyłaniającą się z głębi Lasu postać. Biel, która
rozpanoszyła się już wszędzie, dotychczas tak radosna, staje
się mroczna. Wzmaga we mnie niepokój.
– Nie idźcie za mną – ostrzegam dzieci i sama robię krok naprzód.
Drugi krok. Trzeci krok. Oglądam się za siebie. Dzieci
stoją. Nie idą. Czwarty krok i się zatrzymuję. Stajesz się coraz
bliższy, coraz bardziej wyraźny. Zaczynam dostrzegać twoje
kontury. Białą twarz okalają białe włosy. Czarny, bezosobowy
strój przylega mocno do ciała i sprawia, że piękna sylwetka
staje się wyraźna. W książkach często piszą o nagłym zakochaniu
się, gdzie wystarczy kogoś zobaczyć i już – uderza cię strzała
amora. Stojąc teraz przed tobą, żałuję, że nigdy nie wierzy-
POST SCRIPTUM
11
łam w te opisy. Nie będę mieć siły, by jeszcze raz zaczynać od
początku i powoli. Mam ochotę przeżyć to teraz, to uczucie, to
uderzenie, zakochać się nagle, w tym momencie, w tobie. Ale
nie zakochuję się.
Gdy jesteś już na wyciągnięcie ręki ode mnie, potykasz się
i upadasz. Zwijasz się w pozycji embrionalnej, pewnie oszołomiony
bólem. Pochylam się nad tobą. Jasna twarz ciemnieje
od krwi. Znowu wzbiera się w tobie krzyk, ale nim go z siebie
wypuszczasz, nakrywam cię swoim ciałem, otulam ramionami,
chronię jak dziecko. Kołysanka, którą nucę, sprawia, że atak
trwa krócej. Kiedy się kończy i w Lesie znowu panuje cisza, wołam
do starszych chłopców, żeby do nas podeszli i pomogli mi
cię przenieść.
*
– Ciekawe, czy ma imię? Bo jeśli nie ma, to możemy go nazwać
Śnieżynką – mówi Kłos, nachylając się nad twoją nieprzytomną
twarzą. Jest wyraźnie dumny ze swojego pomysłu.
– Tak, Śnieżynka albo Śnieżek, jak będzie wolał – dodaje Huba,
palcem głaszcząc twoją powiekę, którą dopiero co oczyściłam
z krwi.
Leżysz na połączonych ławkach zakrytych kocami w sali lekcyjnej.
Chciałam cię przenieść na łóżko do mojego pokoju, ale
zbyt trudne okazało się noszenie cię po schodach, a mój pokój
znajduje się nad klasą. Dlatego stworzyliśmy z dziećmi to prowizoryczne
posłanie.
– Nie przeszkadzajcie mi teraz. I nie wychodźcie same na
dwór – proszę, ostrożnie zdejmując z ciebie mokry uniform.
Z ulgą przyjmuję, że na ciele nie masz żadnych ran ani innych
urazów. Twój oddech jest spokojny, serce bije rytmicznie. Martwi
mnie tylko ta krew, która sączyła się z twoich oczu i nosa.
Tak wyraźnie kontrastowała z jasną cerą. Nigdy w życiu nie
widziałam kogoś, kto byłby tak biały. Jak ten śmieszny napój,
który przyniesiono nam w Pudłach i powiedziano, że to mleko,
choć przecież nie mogło być mlekiem, skoro nie ma już krów
i kóz. Miło mi się na ciebie patrzy. Łagodne rysy twarzy, przyjemna
muskulatura, białe ciało – leży przede mną dziwny, wychłodzony,
ale zdrowo wyglądający mężczyzna, który – nawet
jeśli nie jest zdrowy, nikt zdrowy tak nie krzyczy – sprawia porządne
wrażenie. Moja matka zaraz zagoniłaby cię do przenoszenia
kamieni, a ojciec uczyniłby z ciebie płótno malarskie.
– Wymieniłam i podgrzałam wodę. Znalazłam też czyste szmatki
– mówi Konwalia, wręczając mi wiaderko i złożone ręczniki.
– Idź do mojego pokoju. W szafie, pod wieszakami, jest pudełko
z napisem „Krzemień”, wyjmij z niego jakieś ubrania
i znieś – proszę dziewczynkę, a sama zajmuję się namaczaniem
ręczników w gorącej wodzie i nakrywaniem nimi twojego
zmarzniętego ciała.
Kiedy Konwalia znosi ciepłą koszulę i grube spodnie, na moment
przybliżam je do twarzy. Zanim ubrania staną się obce
i przesiąkną tobą, ostatni raz chłonę znajomy zapach.
Ogrzewam cię, ubieram, układam, by ci się wygodniej spało.
Z dziećmi gotujemy zupę z proszku: „rosół” zmieszany z „grzybową”.
Jemy wspólnie obiad, zostawiamy trochę dla ciebie.
– Ja go nakarmię, kiedy się obudzi!
12
POST SCRIPTUM
– Nie, bo ja!
Dzieci już kłócą się o ciebie, a ja z bólem przypominam im, że
niedługo będzie wieczór, a wtedy przyjdą rodzice i zabiorą ich
do domów. Jutro za to ogłaszam dzień wolny, bo w związku
z nietypową sytuacją będę musiała pozałatwiać parę spraw
z Wodzem i swoimi rodzicami.
– A potem jest niedziela, a niedziela jest wolna! To dwa dni
wolnego za dużo, ciociu! Za dużo! – stękają i płaczą, ale pozostaję
nieugięta.
– W niedzielę przecież widzimy się w Domu – przypominam,
ale moi mali podopieczni tupią niezadowoleni nogami, złoszczą
się.
– To nie to samo…– wzdychają, po czym, gdy widzą, że nic nie
ugrają, zmieniają taktykę.
– Ale zobaczcie, ile się dzisiaj nauczyliśmy! Mieliśmy lekcje
opieki i empatii! Prawda, ciociu? – zauważa Burza dyplomatycznie,
a ja głaszczę ją po głowie, przytakując.
– Czy Śnieżynka przyjdzie z tobą do Domu w niedzielę? I będzie
tu w poniedziałek? – pyta od razu Kłos, zazdrosny o uwagę,
którą dałam Burzy.
– Nie wiem. Mam nadzieję, że tak. – Uśmiecham się do chłopca.
Sama chciałabym wiedzieć.
Ciekawe, skąd on jest? Może z innej Wioski? Rodzice go szukają?
Ma rodziców? Dlaczego tak krzyczał? Czemu jest biały?
Czemu zemdlał? A dlaczego przyszedł? A ile ma lat? A czym się
zajmuje? A umie czytać? Czemu spadł śnieg? Czy on wyczarował
śnieg? Poczyta nam bajki? Będzie uczył? Czy umie robić
rulonik z języka? Czy umrze?
Pytania dzieci, na które nie umiem odpowiedzieć, mieszają się
w mojej głowie z moimi własnymi pytaniami. Nie znam odpowiedzi
na żadne z nich, więc do nastania wieczoru zajmuję
dzieci wymyśloną na poczekaniu bajką. Opowiadam o aniele,
który spada z nieba, łamie się i gubi swoje skrzydła. Otrzymuje
jednak pomoc od ludzi, którzy go pielęgnują, a swoją dobrocią
i miłością sprawiają, że przestaje szukać zguby i zaczyna zauważać,
że na starych ranach wyrastają nowe, piękniejsze skrzydła.
W podzięce za pomoc ludzi piękny anioł daruje im po jednym
piórku, które zawsze będzie przypominać im o ich przyjaźni. Zanim
kończę swoją opowieść fragmentem mówiącym o tym, że
po swojej przygodzie anioł odlatuje z ludzkiej krainy na zawsze,
przychodzą pierwsi rodzice i kończą moją opowieść wcześniej.
*
Mówisz, że jesteś z Kosmosu. Jest noc. Nie poszłam do swojego
pokoju, tylko zostałam na dole, żeby móc cię doglądać.
Parę godzin temu usiadłam na krześle obok, z książką Tolkiena
w ręku. Ze zmęczenia musiałam zasnąć, nie przeczytałam nawet
jednego rozdziału. Teraz czuję twoją dłoń na głowie, która
opadła na zbudowane wcześniej posłanie. Głaszczesz mnie, tak
czule, tak miło.
– Jestem z Kosmosu – mówisz, a ja podrywam się nagle, wyprostowuję
plecy, siedzę równo.
– Jestem z Kosmosu – powtarzasz, również lekko się unosząc,
do pozycji półsiedzącej. Chcesz mnie lepiej widzieć.
– Z Kosmosu – odpowiadam jak echo, bo nie wiem, jak zareagować
na to niecodzienne wyznanie. Jednocześnie z żalem
zauważam, że twoje brzmienie nie odpowiada mojemu wyobrażeniu
o idealnym męskim głosie. Jest zbyt wysokie, a ja
bym chciała głębokie doły.
– Mieszkam wśród gwiazd, obok księżyca. – Jasne jak tafla
wody oczy szukają spojrzenia moich brązowych oczu. Jasną
dłonią szukasz mojej ciemnej dłoni. Odpowiadam. Patrzę.
Splatam palce.
– Skoro jesteś z Kosmosu, to dlaczego pojawiłeś się tutaj? –
pytam. To przykre, że to pytanie jest tak bardzo na miejscu.
Mieszkamy w Wiosce. Niewiele wiemy o Kosmosie. Wiemy, że
jest, znajduje się ponad niebem. I że są inne planety, słońce,
gwiazdy, księżyc… I że Inni, którzy nie są nami, znają Kosmos
bardziej niż my. Pragną go i zdobywają. A my tylko marzymy,
a nasze marzenia spełniają się niezwykle rzadko. Od dwóch
pokoleń nikt nie opuścił naszej Wioski ani nie został wybrany
przez Władzę do życia poza nią. Minęły trzy pokolenia, odkąd
po raz ostatni ktoś z Miasta zamieszkał w Wiosce. Moja
prababka zakochała się w pradziadku, kiedy przynosiła Pudła.
Postanowiła zostać. Lecz chociaż zdarzają nam się kontakty
z Innymi, nawet z przedstawicielami Władzy, różne od tych wyłącznie
służbowych, nigdy nie było w Wiosce człowieka z Kosmosu.
Jesteś pierwszy.
– Jestem tu dla ciebie – odpowiadasz, a jasne oczy zalewają się
łzami. Wzruszenia?
– Dla mnie.
– Dla ciebie.
Bolesny szloch wydobywa się z twojej piersi i zaczynasz się
trząść. Biedactwo.
– Zagrzeję ci zupy, na pewno jesteś głodny. – Puszczam twoją
dłoń, idę w stronę maszyny do gotowania.
– Przepraszam! Nie to miałem na myśli – zaczynasz, kiedy jestem
już odwrócona do ciebie tyłem. Słyszę, że połykasz łzy.
– Ja… powiedziałem, że jestem tu dla ciebie, bo kiedy cię zobaczyłem,
że jesteś obok i trwasz przy mnie, to… poczułem, że jesteś
mi niezwykle bliska. Że jesteś mi najbliższa na tym świecie
i w całym Kosmosie. I tylko w tobie mogę znaleźć zrozumienie.
Przepraszam, jeśli to cię zraniło.
– Nie zraniło. Dlaczego by miało? – pytam, raczej zdziwiona niż
skrzywdzona, odwracając się z miską gorącej już zupy. Kładę ją
przed tobą. – Jedz.
– Ja… skądś cię znam. – Nachylasz się nad parującym posiłkiem.
Zapach uspokaja cię, przestajesz płakać.
– Spokojnie, nigdzie mi się nie spieszy, zjedz najpierw, zjedz,
kochanie.
*
– Kosmos jest najpiękniejszym stanem, jaki można doświadczyć.
W Kosmosie odczuwasz więź z każdym istniejącym organizmem
we wszystkich światach. Oddychasz, mając wrażenie,
że wdychasz Boga. A przynajmniej swoje wyobrażenie o Nim. –
Stoisz na środku głównej sali w Domu. Przed tobą w półokręgu
siedzą mieszkańcy Wioski, w tym ja, moi rodzice, moje dzieci
i rodzice moich dzieci. Obok ciebie Wódz i Przewodnik, który
poprosił cię o opowiedzenie nam, jak wygląda Kosmos.
– Czym się zajmowałeś w Kosmosie? – pyta Wódz, a ja czuję, że
moje czoło zaczyna się marszczyć.
– Nie pamiętam dokładnie. Pamiętam, że stamtąd jestem.
Chyba zbierałem informację na temat nowo odkrytej
planety, której nazwy sobie teraz za nic w świecie nie przypomnę.
– Śmieje się nerwowo. – Chodziło o to, czy ludzie mogą
się przystosować do jej warunków, czy coś takiego. Naprawdę
nie pamiętam. – Twoja klatka porusza się szybciej, robisz krótsze
oddechy.
– Czy poruszałeś się statkami i jak wyglądał twój dom i twój
Dom? Opowiedz wszystkim – prosi tym razem Przewodnik.
Ręką wskazuje widownię.
POST SCRIPTUM
13
– Rozmawialiśmy już przecież o tym. – Patrzysz niespokojnie na
zgromadzonych, którzy pewnie wydają ci się zniecierpliwieni
i zdenerwowani twoją niewiedzą. Spokojnie, nie są źli, po prostu
są głodni nowych wrażeń. – Mówiłem, że niewiele pamiętam.
To tylko wrażenia, urywki wspomnień. Dużo światła płynącego
od gwiazd, uczucie nieważkości i nieskończoności… To,
że planeta, o której mówiłem, była wielokolorowa, ale dominowały
fiolety i dużo pyłu… I też dużo ciepła płynącego z lamp,
pewnie były to wnętrza naukowe, gdzie badaliśmy zebrany
materiał. Pamiętam też dużo ludzi, wszyscy w czarnych albo
białych uniformach… – Zaczynasz drżeć, po wczorajszym dniu
wiem, że jest to zapowiedź ataku. Mimo sprzeciwu rodziców
wychodzę na środek, kłaniam się Wodzowi i Przewodnikowi.
– Muszę go zabrać – oznajmiam i już ciągnę cię za sobą. Jesteśmy
przy wyjściu. Otwieram zdobione, kamienne drzwi.
– Ale Myszo, tak nie wolno… – słyszę jeszcze za sobą głos matki,
ale już nie muszę odpowiadać. Jesteśmy na zewnątrz, możesz
krzyczeć.
*
Matka układa kamienie. Zaczyna od środka. Duży, pomalowany
na czerwono kamień. Zaraz zostanie otoczony przez mniejsze.
A potem ułoży kolejny krąg. I kolejny. Obok już piętrzą się
kamienie o różnej wielkości – niektóre pomalowane, niektóre
oszlifowane, niektóre całkiem naturalne. Przez kilka godzin pomagałam
jej je znosić z warsztatu ojca. Jesteśmy na polanie
pokrytej śniegiem.
– Ta czerwień pięknie kontrastuje z bielą, nie uważasz, Myszo?
Może zrobić ją całą na czerwono?
– Będzie bardzo krwawa, mamo – odpowiadam, nie patrząc
na nią. Obie patrzymy w dół, przykucnięte, pochylamy się nad
pracą. Mówimy do siebie, ale przed nami jest kamień.
– On jest taki słaby. Wygląda na silnego, ale nie mógł wytrzymać
nawet pełnej godziny w Domu. Co za wstyd.
– Tobie jest wstyd? Dlaczego? Przecież go nie znasz.
– Ale jest twoim gościem, a więc i naszym.
– Znalazłam go, zaopiekowałam się nim, każdy by to zrobił. Padło
na mnie.
– Wszyscy są zaskoczeni całą sytuacją. Nikt nie wie, co ma myśleć.
Nawet Wódz.
– I co z tego?
– Boję się, że spotka cię nieszczęście. Przewodnik mówił, że to
przez niego spadł śnieg.
– Przecież zawsze marzyłaś, żeby go zobaczyć
– Myślisz, że naprawdę jest z Kosmosu? Tak niewiele pamięta.
– Przecież mówił, że miał wypadek i dlatego…
– Córeczko… On chyba jest bardzo chory. Proszę cię…
14
POST SCRIPTUM
– Mamo, muszę iść – odpowiadam głucho, a matka wstaje.
Odwraca się, ma zamiar zabrać się do pracy. Póki stoi do mnie
plecami, przytulam się do czerwonego kamienia i żałuję, że nie
może odwzajemnić mojego uścisku.
*
A kiedy jesteś obok, mam wrażenie, że czas zwalnia. Więcej
zapamiętuję. Chwile nabierają znaczenia, nie przesypują się
przez palce. Nie lubisz rozmawiać. Nie lubię rozmawiać. A więc
nie rozmawiamy. Wiem już tyle, co mam wiedzieć. Że niewiele
pamiętasz. Że jesteś z Kosmosu. Miałeś wypadek. I pojawiłeś
się tutaj, bo bardzo za czymś tęskniłeś. W milczeniu pijemy
napój o smaku herbaty. Próbuję sobie wyobrazić, jak mogła
smakować prawdziwa herbata kiedyś tam, gdy istniały wielkie
plantacje roślin i inne bzdury, które dzisiaj już nie są ważne dla
ludzi z Wioski. Próbuję czasem przekazać dzieciom coś więcej
niż podstawy liczenia, czytania, pisania czy odkrywania i wspierania
ich plastycznych talentów. Próbuję im czasem opowiedzieć
o herbacie, kawie i o tym, jak wyglądał świat kiedyś. I jak
go sobie tłumaczono i wyobrażano w fikcyjnych opowieściach.
Nie wiem wiele, ale czytam każdą możliwą książkę z Pudła,
więc wiem więcej niż każdy inny z Wioski. Dlatego uczę. Nie
jestem artystką, ale lubię czytać.
Przestajesz moczyć usta w ciepłym napoju. Zdejmujesz z siebie
bluzę, w którą ubrałam cię dwa dni temu, przykładasz do
twarzy, wdychasz jej zapach. Kiedy to robisz, myślę o tym, czy
w Kosmosie macie dużo książek. Czy gdybyś pamiętał, wiedziałbyś
więcej ode mnie? Na razie jesteś jak jedno z moich
dzieci. Nie wiem, czy ten twój Kosmos nie jest dziecięcym wyobrażeniem,
jak jeden z pomysłów Chmurki czy Muchomora.
Jestem już obok i wspólnie dzielimy się dawną bluzą Krzemienia.
Myliłam się. Zapach jeszcze wciąż się utrzymuje. Nasiąkł
teraz twoją wonią, ale wciąż potrafię wyczuć ten poprzedni,
upragniony. Wdycham, zatrzymuję powietrze, podaje bluzę
tobie. Robisz to samo. Kiedy kończysz, wypuszczam powietrze
z nosa i wdycham raz jeszcze. Naprzemiennie, bez słowa, narkotyzujemy
się wspomnieniem Krzemienia.
*
Dzieci są wyraźnie naburmuszone. Nie ma cię z nami, a miały
nadzieję, że będziesz każdego dnia szkoły. Wybaczcie, dzieci,
jestem tylko ja. Nasz gość coraz częściej porywany jest przez
sąsiadów. Każdy chce lepiej poznać przybysza z Kosmosu. Nie
wiem, jak sobie poradzą, gdy zaczniesz krzyczeć.
– Śnieżynka jest śliczny jak ten anioł, o którym nam opowiadałaś
kiedyś, ciociu Myszo! – wzdycha Huba, wrażliwy chłopiec
z talentem do szydełkowania. – Zrobię dla niego rękawiczki –
oznajmia, przeglądając pudełko z włóczkami.
Mamy zajęcia plastyczne. Występuję tu bardziej w roli motywatora,
wspierającego duszka niż nauczyciela. Te dzieci same
wiedzą, jak tworzyć. Nauczyli ich rodzice, rodzeństwo, poradniki
artystyczne, metody prób i błędów.
– Ja go namaluję! – oznajmia Konwalia, paluszkami gładząc
włosie grubego pędzla.
– Na pewno stworzycie piękne prace. Pamiętajcie, że moty-
wem przewodnim jest zima. Za dwa tygodnie jest wystawa
i przyjedzie ktoś z Miasta zobaczyć, jak się rozwijacie.
Huba, zrób coś jeszcze oprócz rękawiczek.
Moi podopieczni pracują, a ja wspominam. Wspominam
Krzemienia. Jego śmiejące się oczy, gdy pierwszy raz zabrał
mnie nad rzekę, do Lasu. I zachwyt w kącikach ust,
gdy złożył na moich włosach wykonany przez siebie wianek.
I słodki smak tych ust, umoczonych w dzikim miodzie,
którego znalezienie było cudem, nigdy wcześniej
i później nie widziałam pszczół.
– Nasze maleństwo nazwiemy Pszczółką – szeptał mi do
ucha Krzemień. Lepiącymi się palcami rysował po moim nagim
brzuchu.
– Ciociu – głos Chmurki wybudza mnie ze wspomnienia.
Podchodzę do dziewczynki, która watą wykleja duży kawałek
kartonu. – Czy skoro śpicie teraz w twoim pokoju,
Śnieżynka będzie twoim mężczyzną? – pyta niewinnie,
a ja czuję, że policzki mi czerwienieją.
– Śnieżynka jest tu od niedawna. Nie wiadomo jak długo zostanie
– odpowiadam wymijająco, chociaż znam odpowiedź
na pytanie dziecka. Nie będziemy razem, nie potrafię już być
z kimkolwiek, pod namową matki próbowałam z mężczyznami
z innych Wiosek. Bezskutecznie.
*
Kamienna wanna wypełniona jest po brzegi wodą. Na jej
powierzchni delikatna piana. Luksus, na który sobie pozwoliłam,
kiedy Wódz rozdawał ostatnie Pudła z Miasta.
Wszyscy najpierw brali farby, pędzle, tkaniny, sztalugi czy
koraliki. Ewentualnie nowe ubrania lub zapasy proszku
o smaku czekolady. Ja wzięłam płyn robiący bąbelki. Kiedy
wchodzimy do wanny, woda zwiększa swoją objętość i wylewa
się na kafelkową podłogę.
– Twoja mama mówiła, że jestem do ciebie podobny
– mówisz i pochylasz głowę, bym polała ci włosy wodą
nabraną do kąpielowego kubeczka. Robię to. Patrzę, jak
mięśnie na szyi i karku odprężają się od fali gorąca.
– Nie jesteś. Wyglądamy zupełnie inaczej – odpowiadam,
polewając teraz siebie.
– Chyba chodziło jej o charakter albo coś takiego. Powiedziała,
że przypominam dawną ciebie. Z kiedyś, zanim…
– Zanim wydarzyło się coś złego. – Biorę głęboki oddech
i gąbkę do ręki. – Odwróć się, wyszoruję ci plecy.
– Też za nim tęsknię. – Kiedy się odwracasz, zmieniasz pozycję,
z wanny wylewa się jeszcze więcej wody. Jest coś
przyjemnego w myśli, że mam zalany pokój kąpielowy. –
Chciałbym, żeby był tu teraz z nami.
Twoje plecy robią się czerwone od pocierania ich szorstką
gąbką. Przestaję. Podaję ci do ręki.
– Teraz twoja kolej.
Chwila zamieszania. Kolejne porcje wody wylane na podłogę.
– Nigdy tu nie byłeś. Nie możesz go znać. Chyba że to te twoje
sztuczki z czuciem wszystkiego naraz. – Chciałabym, żeby
w moim głosie słychać było urazę.
– Byłem tu. Mówiłem ci, że skądś znam to miejsce i ciebie.
I jego. Gdyby nie wypadek, może bym pamiętał.
Pocierasz delikatnie. Myjesz moje plecy, tak jakbyś czyścił
delikatną porcelanę z domu Wodza.
– Jakieś przebłyski tego, co się wydarzyło? Naprawdę nic?
– Tylko bardzo ostre światła, głosy i dużo krwi. Mam wrażenie,
że musiałem być unieruchomiony. A potem ocknąłem
się, kiedy byłem już w drodze tutaj. I padał śnieg.
I czułem dużo bólu. Teraz, jak o tym mówię, znowu zaczyna
mnie boleć. – Puszczasz gąbkę, odwracam się, a ty już
łapiesz się za serce.
– Potrzymaj dłoń na moim sercu, ja potrzymam na twoim –
mówię i kładę swoją rękę na białą, namydloną pierś. Twoją
rękę przesuwam na pierś moją, czarną. Atak się oddala. Nie
krzyczysz. Tylko trochę krwi leci ci z nosa. Wsłuchujemy się
w bicie swoich serc. Zamykamy oczy. Mam wrażenie, że
biją jednym rytmem.
*
Ławki przesunęliśmy na bok. Trzymamy się za ręce. Ja, ty,
dzieci.
– Im łatwiej zrozumieć – odpowiedziałeś, kiedy spytałam,
dlaczego nie mogłeś zrobić tego w Domu również
z dorosłymi mieszkańcami Wioski.
Mamy zamknąć oczy. Zamykamy. Mówisz nam jak oddychać.
Każesz sobie wyobrażać. Że wznosimy się coraz wyżej.
Ponad dachy naszych domów; ponad drzewa, ponad
góry, które widzieliśmy na dalekiej wyprawie do Wioski
Zdobywców Szczytów, ponad niebo… aż znajdziemy się
w ciemnej pustce, którą powoli zaczynają wypełniać
lśniące punkciki. Mamy poczuć, że sami jesteśmy tymi
punkcikami i tworzymy jeden, wspólnie oddychający byt.
A potem mamy przestać czuć cokolwiek. Po prostu być.
Oddychać. Istnieć. Kosmos.
*
Wrażenie, że jesteś mną, staje się silniejsze z każdym
dniem. Nie umiem go wytłumaczyć. Wyglądamy inaczej,
inaczej się zachowujemy, mówimy, myślimy. Ale czujemy
tak samo, potrzebujemy.
– Przestały nim pachnieć, wreszcie – mówisz, podając mi
złożone w kostkę ubrania. Masz na sobie stary, roboczy
strój mojego ojca.
15
POST SCRIPTUM
– Tak, nie muszę już go wdychać –
odpowiadam, wrzucając je do ognia.
W Lesie jest specjalne miejsce do
palenia ognisk. Nie zdziwiło mnie, że
wiesz, jak do niego dotrzeć.
– Mama spytała mnie, czy chcę pójść
z wami na niszczenie mandali. Dzisiaj
ją skończyła – mówisz, kciukiem gładząc
mój nadgarstek.
– Pójdziemy – odpowiadam, patrzę
do góry. Spomiędzy konarów ośnieżonych
drzew prześwitują jasne
gwiazdy.
– Nie będziesz płakać?
– Mama się myli, myśląc, że powtórzy
się to, co było z Krzemieniem. Ja
wiem, że umrzesz, to nie będzie niespodziewane
nieszczęście.
– Nie umrę, póki żyjesz – mówisz
i myślisz o wypadku, o dużej ilości
bolesnego światła i o tym, że cię porzucono,
gdy zacząłeś krwawić.
*
Jutro przyjeżdża ktoś z Władzy, zobaczyć
prace moich podopiecznych.
Dzisiaj zamiast do Domu udamy się
z matką na niszczenie mandali. Dzisiaj
czuję, że to nasz ostatni dzień.
Ty też to wiesz. Ale nie musiałam
prosić, żebyś wczoraj nie żegnał się
z dziećmi. Nie zniosłyby tego, więc
jak zawsze, dostały tylko zwykłe „do
zobaczenia” i „widzimy się w poniedziałek”.
Nie zobaczycie się w poniedziałek.
W nocy odejdziesz.
– Chciałabym mieć takiego syna jak ty –
mówi mama, trzymając cię za rękę
i z trudem hamując łzy.
– Masz taką córkę jak ja – odpowiadasz,
całując jej pomarszczone czoło.
Jesteśmy w domu moich rodziców.
Przed wyjściem, mama częstuje nas
pachnącym ciastem o smaku sernika.
– Co mówił Przewodnik podczas badania?
Naprawdę nie da się nic zrobić?
– Mówił, że słaby organizm musi ulec
rozpadowi – odpowiadam zamiast
ciebie.
Jej westchnięcie.
– Zjedz, na spokojnie, zjedz, kochanie.
Później pójdziemy ją zniszczyć.
*
– Naprawdę wierzysz w Kosmos?
– pytam, gdy już jest po wszystkim.
Mamy już z nami nie ma. Całkiem
sami leżymy rozebrani na pustej polanie,
pokrytej śniegiem. Dookoła
nas Las.
– Przecież On jest. Wiesz o tym, każdy
o tym wie – odpowiadasz, ale ja wiem,
że ty wiesz, że to nie jest odpowiedź
na moje pytanie. – Nie wiem, czy kiedykolwiek
tam byłem – odpowiadasz
ponownie, po dłuższej chwili. – Moje
jedyne wspomnienia z Nim ograniczają
się do tego, że była planeta, ta,
którą badałem, inni ludzie w białych
i czarnych uniformach i to wrażenie
nieskończoności. Ale coraz bardziej
się zastanawiam, czy to prawdziwe
wspomnienia. Dużo wyraźniej pamiętam
ten Las, Krzemienia, mamę
i to uczucie zazdrości, gdy inni odkrywali
swoje artystyczne talenty.
I radość, gdy przychodziły Pudła,
a w nich były książki, które mnie tak
cieszyły. Byłam szczęśliwa… Byłem…
– Twój Kosmos jest piękny – komentuję,
przytulając się do twojego ciała.
– Jestem sztuczny jak ten śnieg. Niemożliwe,
żeby był prawdziwy. Jedno
wiem na pewno, kontrolują pogodę
na każdym odcinku Ziemi.
– Nieważne – odpowiadam, czując,
że bardzo cię boli i że jesteś w rozpaczy.
– Ja… Przypomniałem sobie, że
niewiele ludzi nosiło białe uniformy.
Większość miała czarne, takie
jak ja, gdy się tu zjawiłem. I że nie
tylko ja tyle krwawiłem. Widziałem
już, jak ktoś krwawił. Krwawił,
a potem zniknął – szepcesz, a z oczu
lecą czerwone łzy. Krew wylatuje też
z nosa, z uszu, z gardła, spomiędzy
pośladków. – Chciałbym, żeby był tu
Krzemień… Nie mam siły krzyczeć –
łkasz, dławiąc się krwią. Odwracam
cię na bok, żebyś mógł ją wypluwać.
– Nie potrzebujemy już Krzemienia.
Ani dzieci. Ani matki. Jestem ja. Tak
mocno… wiem… – Sama płaczę, ale
staram się to robić bezgłośnie, żebyś
się nie bał, aż tak bardzo. Muszę być
odważniejsza od ciebie. Nakrywam
rozpalone ciało śniegiem, wcieram go
w ciebie i patrzę, jak się rozpuszcza.
Więc nakładam więcej, aż przestaje
spływać, aż oblepia cię i przykrywa.
W końcu widać tylko usypaną kupkę
śniegu. Nie jest zbyt duża. Chyba
z każdym dniem stawałeś się coraz
drobniejszy. Albo ja coraz większa.
Zasypiam obok, a kiedy się budzę, nie
ma już śniegu. Rozpuścił się zupełnie.
Na mokrej trawie widnieją jeszcze
ślady wczorajszej krwi. Nie ma ciała.
Może wchłonął cię Las. Może wstałeś
i poszedłeś dalej.
– Mocno kocham – szepczę, zwijając
się w kłębek i tuląc samą siebie jak
dziecko.
*
W czasie wystawy oprócz typowych
przedstawicieli Władzy pojawiają
się specjalni Badacze. Nie było ich
w Wiosce od wielu lat, ostatni raz
przyszli kilka dni po wypadku Krzemienia.
Robili nam próbki krwi, kazali
pluć do maleńkich naczynek, każdego
z osobna wyciągali na badanie,
podczas którego zasypialiśmy, a oni
wyciągali z naszych głów mikroczipy
i kopiowali potrzebne dane. Wkładali
je później z powrotem. Mówią,
że dzisiaj powtórzą badanie, które
jest bardzo potrzebne do badań nad
Kosmosem, i że nasz wkład zostanie
doceniony przy kolejnej dostawie
Pudeł. [MC]
16
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
17
Ilustracja: Renata Cygan
18
POST SCRIPTUM
KRZEMIENIE
mam szklane oczy
długie palce
krótkie nogi
sterylną skórę
i miękkie plecy
choć jak stropy kręgi
przenośną pamięć
która wypływa w morze
i więznie w sieciach
unosząc się tuż nad powierzchnią
przenikam w płaskie zwierciadła
a wydłużają mi się ramiona
nie mogąc objąć
chcę strzaskać taflę pięściakiem
RIGOR MORTIS
co gdyby zmarli jeszcze przez chwilę myśleli
o tym co stało się z nimi i co się stanie
gdyby powoli zyskiwali świadomość
procesów które zaczynają trawić im ciała
gdyby patrzyli śmierci w plecy
nie mogąc uderzyć jako pierwsi
gdyby bez metaforycznych butów tkwili
do kolan a potem do pasa w niepojętej pustce
można być pewnym że taki stan nie jest możliwy
SZYMON FLORCZYK
N.N.
czasami niektóre palce znienacka
gdzieś mi znikają albo zwyczajnie
rzadziej przypominają o swoim istnieniu
meldując się tylko w mgliste
rocznice i z wczesnym zmierzchem
kładą w chłodzie na parapetach
czasem zadrapię się w tamtym
miejscu na plecach i jakby brakowało
blizny albo napisu czyjąś dłonią
całej połaci skóry już tak nie czuję
przychodzi też chęć by poszperać za
uchem w poszukiwaniu głosu ale
tam jakiś suchy świerszcz a z lustra
spogląda na niego mój
cichy wzrok
POST SCRIPTUM
19
20
POST SCRIPTUM
Zdjęcia obrazów z archiwum W. B. Talarczyka
WŁADYSŁAW BARTEK TALARCZYK
POST SCRIPTUM
21
Zdjęcia z wernisażu w Dworku Białoprądnickim, 25 stycznia 2025 r.,
fot. Zuzanna Michcik
WŁADYSŁAW BARTEK TALARCZYK
– wybitny krakowski artysta
urodzony w 1949 r. w Czarnym
Potoku koło Łącka. Ukończył
Akademię Sztuk Pięknych
w Krakowie. Od 1981 r. członek
zwyczajny ZPAP. Uprawia malarstwo
sztalugowe, tkaninę
unikatową i pastel.
Miał ponad 30 wystaw indywidualnych,
brał udział
w kilkudziesięciu zbiorowych.
Jego prace znajdują się w prywatnych
kolekcjach w Polsce
oraz we Francji, w Danii, Niemczech,
USA, Południowej Afryce
i Szwecji.
22
Beata Anna Symolon, Władysław Bartek Talarczyk i kuratorka wystawy Dorota Halberda
POST SCRIPTUM
Konkret abstrakcji i ulotność realizmu
W
ponad
40-letnim dorobku twórczym Władysława
Bartka Talarczyka przeplatają się równolegle Duże powierzchnie szafirów, czerwieni, żółci… nierozedzione
wielowątkowo i równolegle z dołu do góry pracy.
dwa kierunki, które studiował na krakowskiej rwalnie kojarzą się z tkaninami ułożonymi przez twórcę
Akademii Sztuk Pięknych, tkanina (w pracowni prof. Stefana
Gałkowskiego) i malarstwo (w pracowni prof. Włoty
płócien o wyrazistym splocie poprzedzierane, pona-
martwych natur. Abstrakcję wspiera konkret – fragmendzimierza
Buczka). Obydwoma artysta zdaje się zafascynowany,
obydwa odkrywają przed nim ciągle ogromne Wreszcie faktury wypracowane w każdym detalu. Czasacinane,
spod których, niczym krew, przenika karmin tła.
TALARCZYK
przestrzenie artystycznych poszukiwań, w obu jest jeszcze mi tworzące skomplikowane siatki zgeometyzowanych
niespełniony. I dlatego tworzy! Jest i trzecia sfera, która struktur. Innym razem wystukany szpachlą niespokojny
rytm. To połowa wiedzy o obrazach abstrakcyjnych.
spaja dokonania Talarczyka – jego praca z osobami starszymi
(i nie tylko) w ramach zajęć terapii przez sztukę. W kilku Za drugą kryją się dokonania malarza niezwykle subtelnego
i wrażliwego. Mocne kolory są delikatne. Jakby
krakowskich dziennych ośrodkach uczył i uczy malarstwa,
wykonywania tkanin, które sam projektuje, i tworzy klimat przezroczyste. Dzięki laserunkom rozświetlają obraz do
pracy twórczej, dzięki której uczniowie mogą się rozwijać. granicy, za którą mogłoby być już tylko rzeczywiste źródło
światła. Biel tworząca na każdym obrazie O wzajemnym zafascynowaniu i rzetelnej współpracy naj-
niekończą-
lepiej świadczą wystawy – mistrza i jego uczniów – wolne
od naśladownictwa, zachowujące równowagę proporcji.
Tkanina i malarstwo. Wystawy Bartka Talarczyka prezentujące
obrazy abstrakcyjne i realistyczne tak naprawdę
opowiadają o obu kierunkach. Twórca tkanin mocno osadził
się w myśleniu Talarczyka. Barwy czyste, nasycone,
często podstawowe, zestawione kontrastowo obok siebie
przy zachowaniu perspektywy – wyglądają jak nici wie-
B E A T A A N N A S Y M O Ł O N
ce się narracje. Biel, która jako kolor i jako cytat – uskrzydla.
Powierzchnie, przedmioty, drabiny, zasłony, chmury,
koszule, skrzydła…
Pracom z pogranicza abstrakcji i figuratywności (jak Pochód)
lekkości dodaje powietrze – kłębiące się chmury
i falowanie na wietrze czerwonych feretronów. Ruch
powietrza porywa je ku górze, strzępi rogi materii,
23
POST SCRIPTUM
Prace realistyczne wyrosły z ducha muzyki. Uwagę przykuwa
najbardziej baśniowość przedstawionego świata.
Postaci stylizowane, tajemnicze, z pogranicza dzieciństwa
i dojrzałości. Anioły wszędzie czujące się jak u siebie.
Postaci dziecięce wpatrzone ogromnymi, jasnobłękitnymi
oczyma w widza. Jedne i drugie
przemierzają przestrzenie prawie
teatralne i sielskie krajobrazy. Zastygają
w codzienności z kotem, psem, ptakami,
pejzażem. Ten świat jest pastelowy.
Ciekawie. W tle znane z abstrakcji
barwy, których pierwszy plan zdominowała
miękka biel otulająca wszystko
niczym woal. Nowa jest tylko pełna
gama zieleni. Równie delikatny jest
krajobraz – leciutkie chmurki, tonalnie
przenikające kolory popołudniowego
nieba, wijąca się ścieżka, która ginie na
linii pagórkowatego horyzontu.
Na koniec Jesienne ostatki i inne jesienne
pejzaże. To swoiste pożegnania
ukazane w zbliżeniach. Cisza błękitu,
spokój roślin, które dobrnęły do kresu
– wydania owoców. Teraz już mogą cieszyć
się słońcem do woli. Są spełnione.
wysubtelnia kolor, spaja mocno osadzony w pejzażu dół
z niespokojną górą obrazu.
Także na pograniczu abstrakcji i realizmu znajdują się
najnowsze pejzaże Zapotocza. (Przyjmijmy takie uogólnienie).
Tematycznie można na nich odnaleźć wszystko:
abstrakcyjne formy, mocne kolory z przykuwającym uwagę
karminem pośrodku, fragmenty płócien, wreszcie ule,
domki i psy znane z wcześniejszych sielskich pejzaży…
Bywa, że zwielokrotnione w odbiciach. Jakby w tej jednej
realnej, a zarazem nierealnej miejscowości skoncentrował
się cały świat Talarczyka. Na chwilę, aby po raz kolejny
rozwinąć skrzydła i odlecieć w miejsca nowe.
24
POST SCRIPTUM
Jeżeli dawne realistyczne obrazy wyrastały
z ducha muzyki, tak w pracach
z ostatnich lat muzyka stała się tematem
podstawowym: kilkakrotnie
powracające skrzypce, Nokturn, Die
Kunst der Fuge (sztuka fugi). Skrzypce
są zawsze w oczekiwaniu. Milczą, podczas
gdy akcja rozgrywa się na dolnym
i górnym planie. Na płótnie z 2009 r.
mamy spokojną, słoneczną opowieść.
Opowieść o uproszczonej narracji
przedstawiają skrzypce z 2013 r. Na obrazie
z 2014 r. rembrandtowskie brązy
usunęły się na bok. Najważniejszą opowieść
snują fragmenty płócien mocno
wydrapanych, zachodzących na siebie,
napiętych. Tylko błękity wypełniające
nieliczne puste przestrzenie w dole
zdają się swobodnie oddychać. Skrzypce
– tak jak poprzednio leżące na stole
– teraz zdają się zagrożone, bowiem
biały obrus niczym żagiel wydyma się
w rytmie podmuchów morskiego wiatru. Skrzypce milczą
pozornie. Ich czerwona barwa sugeruje ukryte w ich
wnętrzu silne emocje.
Nokturn i Fugę można odczytywać na co najmniej dwu
planach – jako muzyczne postaci i jako wyobrażenie samej
muzyki. Koszula czy jej strzępy, feretrony… zastępują
człowieka. Ta zamiennia (metonimia) dodaje symboli
i głębszego znaczenia. Dzięki metonimii bardziej angażujemy
się w opowiadaną historię. W Nokturnie rękawy,
klawisze, skrzydła… wygrywają muzykę przeszłości.
Uciekające w głąb plany tła dodają jej mroku i niepokoju.
Na drugim ze wspomnianych obrazów nagromadzone
tkaniny i klawisze wygrywają skomplikowane fugi. Ich
dźwięki wypełniają przestrzeń aż po horyzont.
Pozostańmy przy postaciach, choć już nie muzycznych,
ale literackich. Faust to serce pulsujące pod znoszoną
marynarką. Nałożone od góry płaty rzadkiego płótna,
poprzedzierane i pożółkłe, opowiadają o przeszłości, do-
świadczeniu i dojrzałości bohatera tragedii Goethego.
Doświadczenie to jednak nie tylko zewnętrzny sztafaż,
który można w każdej chwili usunąć. To gorycz, która
jest na dnie długiego życia, zatruwająca idealizm młodości.
Przynajmniej tej sprzed wieków. Edyp jest urzędnikiem.
Funkcja pochłonęła żywego człowieka. Jego ukryte
uczucia chłodzi biel. Jasna myśl nie pozwoli Edypowi żyć
w grzechu. Inaczej patrzy postać z obrazu Przywidzenia
(2009). Jej czerwone oczy niepokojąco wpatrują się
w widza. Ale poniżej mamy jedną, drugą, a nawet kilka
postaci… Do której z nich należą zatem oczy, długi nos?
Zwielokrotnienie postaci dostrzegamy także na obrazie
z chłopcem – stylizowanym, tajemniczym, z pogranicza
TALARCZYK
dzieciństwa i dojrzałości. Takie zagęszczenie postaci dotąd
nie występowało na obrazach Bartka Talarczyka.
Tron jest – dla odmiany – przestrzenią do zagospodarowania.
Jednak mimo perspektyw, które kryją się za
nazwą, jest wysoki i niebezpieczny. Ktoś, kto go zajmie,
stale będzie pod obserwacją (lustro z tyłu), skazany na
bujanie w obłokach i brak informacji, a ściana po jego
prawej stronie zwiastuje raczej odosobnienie niż uwielbienie
tłumów. Tron polski AD 2014. Nadal aktualny.
Dzieci przybliżają życiu tematykę obrazów Talarczyka.
I takie jest Przejście (2018). Wyraźnie czerwoną linię życia
rozpiętą między wodą? niebem? a słońcem przemierza
dziewczynka z wózkiem, ale na jej spotkanie już wyszły
rozmodlone zakonnice. Nasza droga jest krótsza, niż
zazwyczaj myślimy. Tło obrazu przedstawia dom z oknami
o różnych porach dnia i nocy, o różnych porach roku.
Ta skrótowość fascynuje. Obraz Dom jest zbliżeniem,
przybliżeniem i kolejnym skrótem porannego słońca
i cienistego wieczoru zamkniętych na jednej powierzchni
płótna. Ale okna zapraszają do wnętrza, oferują wydarzenia,
których jako widzowie nie rozumiemy. A w jednym
z nich czeka nas np. Martwa natura wigilijna. Tytułowa
martwa natura zajmuje tylko dolny fragment obrazu. Jest
bardzo współczesna, wyrazista, przewidywalna. To, co
istotne, znajduje się powyżej – słońce, którego nasycone
barwy rozlewają się po tkaninach kobaltowego nieba. Silne
emocje życia duchowego kontra chłód codzienności.
Tej duchowości nie można za to odnaleźć w spotkaniu
Anioła z Prorokiem. Obaj bujają w obłokach, ale każdy
w swoich. A święta góra jak stała, tak stoi, niezauważona.
Intrygują formy prezentowanych przez Talarczyka obrazów.
Dyptyki, tryptyki, poliptyki. W dorobku artysty wiele
jest prac dużych, prawie klasycznych tryptyków z zachowaną
pośrodku obrazu osią symetrii. Czasami tryptyki są
pozorne. Podniesiona środkowa część ramy i spójna kompozycja.
Obrazowi Anioła towarzyszą cztery małe ikonki
zwierząt. Warto skupić się na dyptyku z centralnie umieszczoną
kapliczką. Po obu stronach niby taka sama historia.
Kapliczka, wijąca się droga, góry w tle. Ale już w punkcie
wyjścia wędrowcowi towarzyszą różni święci. Dalej inna
barwa i materia drogi. Wreszcie niebo: pogodne nad
słoneczną ścieżką i burzowe nad czerwonym dywanem.
I widz zakotwiczony na stałe w punkcie wyjścia.
W wielu analizach dorobku Talarczyka nierzadko pojawiały
się odniesienia do malarstwa Tadeusza Brzozowskiego,
Tadeusza Makowskiego i Witolda Wojtkiewicza.
Trop tyle ciekawy, co – po prześledzeniu – zaskakujący.
Nawiązań krakowskiego malarza do dorobku
poprzedników bowiem należy upatrywać na etapie źródeł,
a nie rozwiązań formalnych, nie wspominając nawet
o współzależnościach. Talarczyk – podobnie jak Brzozowski
– uprawia malarstwo i tkaninę. Doświadczenie z materią
nie pozostaje bez przeniesień na sposób traktowania
płaszczyzn malarskich, ale każdy z nich wykorzystuje inaczej
ich układ, fakturę, ruch, stosuje kolorystykę o innej
barwie i nasyceniu. Podobnie z Makowskim. Uproszczone
postaci dzieci, ale u obu inaczej, i w rysunku, i barwie; kilka
postaci Makowskiego i zazwyczaj pojedyncze Talarczyka.
Krakowski artysta zupełnie inaczej niż paryski traktuje
tło. Gdy u Makowskiego jest nim zazwyczaj pozbawione
perspektywy wnętrze pokoju lub pejzaż ze sztafażem
w duchu naiwnego realizmu, krakowski malarz tło nasyca
powietrzem, wprowadza ruch i perspektywę. I wreszcie
Wojtkiewicz. Podobne czy nawet te same przedmioty
i detale, jak powracająca karuzela. Jednak gdy na Wojtkiewiczowski
świat dziecięcych zabaw pada cień egzystencjalnych
doświadczeń i wszechobecne poczucie klęski,
u Talarczyka karuzela jest po prostu zabawką, może
tylko bardziej wyśnioną niż realną. A dzieci są doświadczeniem
codzienności. Przed laty postawiłam tezę, że gdy
dzieci artysty dorosną, może zmianie ulegną także pierwszoplanowe
postaci obrazów Talarczyka… Jednak tak się
nie stało. Prace z ostatniej dekady pokazują, że pokolenie
dzieci zostało zastąpione przez pokolenie wnucząt.
I karuzela może kręcić się dalej… [BAS]
BEATA ANNA SYMOŁON
POST SCRIPTUM
25
Obraz: Iwona Wojewoda
26
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
27
Między
pasją
a
powo-
łaniem
Rozmowa z Sebastianem Leśniewskim
o nauce, kulturze i sile codziennych wyborów
rozmawia AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ
Jego zawodowe ścieżki prowadziły
przez różne miejsca, od
polskich szkół po brytyjskie
uczelnie. Mimo licznych obowiązków
zawodowych wciąż znajduje czas na
dzielenie się swoimi pasjami – zarówno
na antenie lokalnego radia,
jak i w rozmowach z młodymi talentami
czy cenionymi osobistościami.
Sebastian Leśniewski to człowiek,
który zaraża entuzjazmem do nauki,
języków i kultury, ale równie mocno
ceni proste codzienne chwile spędzone
z rodziną. Jego życie to połączenie
pasji, wytrwałości i otwartości
na świat – a wszystko to podparte
głębokim przekonaniem, że sukces
rodzi się z małych kroków i konsekwencji
w działaniu.
Dziś rozmawiamy o tym, co inspiruje
go w pracy nauczyciela, dlaczego
prowadzenie audycji radiowej stało
się jego pasją i jakie cele jeszcze
stawia przed sobą – w życiu zawodowym,
ale też prywatnym.
28
POST SCRIPTUM
Co najbardziej zaskoczyło Cię, kiedy
po raz pierwszy przyjechałeś do
Wielkiej Brytanii?
Po raz pierwszy przyjechałem do
Wielkiej Brytanii w 2004 roku i od
razu zwróciłem uwagę na wspólne
cechy architektoniczne wielu budynków.
Miałem wręcz wrażenie,
że wszystkie domy wyglądają tak
samo. Jednym z charakterystycznych
elementów, który je łączy, są wypukłe
okna znane jako bay windows –
o czym dowiedziałem się później. To
właśnie przez te powtarzające się detale
brytyjskie ulice w miastach wydają
się podobne do siebie, co może
sprawiać trudność w ich rozróżnieniu.
Jeśli chodzi o wizualne wrażenia,
ten kraj zdecydowanie wyróżnia się
swoim unikalnym charakterem, który
odróżnia go od innych w Europie.
Każde miejsce w Wielkiej Brytanii
zdaje się nosić znamiona tej wyjątkowej
tożsamości, dzięki której trudno
je pomylić z innymi.
Czy pamiętasz moment, kiedy zdecydowałeś,
że zostaniesz nauczycielem?
Tuż przed rozpoczęciem trzeciego
roku studiów licencjackich na kierunku
filologia angielska stanąłem
przed zadaniem zrealizowania obowiązkowych
praktyk nauczycielskich,
które odbywały się we wrześniu, na
początku roku szkolnego, ale jeszcze
przed rozpoczęciem akademickiego.
W ich ramach należało poprowadzić
określoną liczbę godzin zajęć w szkole
publicznej – w moim przypadku
były to lekcje języka angielskiego.
Moje praktyki miały miejsce w jednym
z liceów w Słupsku, które cieszyło
się dobrą opinią oraz wysokim poziomem
nauczania. Dzięki temu nie
napotkałem problemów wychowawczych
– uczniowie byli zmotywowani
i poważnie podchodzili do nauki. Już
od pierwszych zajęć zauważyłem, że
prowadzenie lekcji sprawia mi dużą
satysfakcję. Odkryłem, iż dobrze
czuję się w roli nauczyciela, czerpię
przyjemność z dzielenia się wiedzą,
programu staje się wyjątkowym doświadczeniem,
które łączy inspirujące
historie z możliwością odkrywania
nowych perspektyw.
Widziałam Cię z gitarą. Jakie utwory
najchętniej grasz?
a także nawiązuję dobry kontakt
z młodzieżą. Co istotne, moi uczniowie
– zaledwie trzy lata młodsi ode
mnie – również zdawali się doceniać
prowadzone przeze mnie zajęcia
i chętnie w nich uczestniczyli.
To doświadczenie utwierdziło mnie
w przekonaniu, że praca nauczyciela
nie tylko jest dla mnie odpowiednia,
lecz także daje mi ogromną satysfakcję.
W tamtym momencie podjąłem
decyzję, że chcę rozwijać się w tym
zawodzie.
Gdybyś mógł nauczyć się dowolnego
języka obcego w tydzień, który
by to był i dlaczego?
Od ponad 20 lat uczę się francuskiego,
ale wciąż odczuwam frustrację, że nie
udało mi się osiągnąć poziomu, który
by mnie satysfakcjonował. Oczywiście
zdaję sobie sprawę, że zdobycie
takich kompetencji, jakie mam
w języku angielskim, jest raczej nierealne.
Przypomina mi to scenę z filmu
Dzień Świra, w której główny bohater,
Adaś Miauczyński, z goryczą stwierdza:
„angielski, którego nigdy chyba
już nie opanuję”. Mam podobne odczucia
w stosunku do francuskiego.
Gdybym miał możliwość opanowania
dowolnego języka w tydzień, z pewnością
wybrałbym francuski.
Dlaczego?
Sebastian Leśniewski i Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz
Ten język mnie fascynuje. Uwielbiam
jego brzmienie. Lepsza znajomość
otwierałaby przede mną drzwi do
francuskiej literatury, filmów i kultury.
Dodatkowo w języku angielskim
jest wiele zapożyczeń z francuskiego,
co czyni jego znajomość bardzo praktyczną.
Mój obecny poziom francuskiego
to mniej więcej B2, co nie jest
złe, jednak mimo tego często czuję
dużą frustrację, gdy próbuję się komunikować.
Chciałbym znacznie poprawić
swoje umiejętności, aby korzystanie
z tego pięknego języka sprawiało
mi jeszcze większą przyjemność.
Co lubisz najbardziej w prowadzeniu
programu radiowego „Polish Waves”?
Największą satysfakcję w mojej pracy
sprawiają mi spotkania z ludźmi. Prowadzenie
programu radiowego daje
mi wyjątkową możliwość zadawania
pytań i prowadzenia rozmów na ciekawe
tematy. Zawsze uważałem, że
lepiej czuję się w roli osoby pytającej
niż odpowiadającej – to właśnie zadawanie
pytań pozwala mi nawiązywać
interesujące dialogi. Jestem pod
ogromnym wrażeniem moich gości,
zwłaszcza tych, którzy w sposób elokwentny
i pasjonujący potrafią dzielić
się swoimi doświadczeniami i wiedzą.
W programie „Polish Waves”
szczególną sympatią darzę spotkania
z polskimi studentami studiującymi
na University of Cambridge. Są to
niezwykli młodzi ludzie, którzy osiągnęli
spektakularne sukcesy – najlepiej
zdane matury w kraju, wygrane
olimpiady naukowe oraz prestiżowe
stypendia. To prawdziwa elita, która
inspiruje swoją determinacją i osiągnięciami.
Stałym elementem programu
są również rozmowy z artystami
– zarówno tymi bardzo znanymi, jak
i mniej rozpoznawalnymi, lecz równie
utalentowanymi. To ogromny przywilej,
że mogę przeprowadzać dłuższe,
pogłębione wywiady z osobami,
które znacząco wpływają na kulturę
i sztukę. Dzięki temu każdy odcinek
Od razu przyznaję, że nie jestem dobrym
gitarzystą. Można powiedzieć,
że moja gra na gitarze przypomina
trochę moje zmagania z językiem
francuskim – jest na poziomie, który
mnie nie satysfakcjonuje. Jeśli już
gram jakieś piosenki, to najczęściej
wybieram utwory Stanisława Staszewskiego
lub Kazika Staszewskiego.
Ostatnio jednak, od czasu do czasu,
gram dla siebie jeden z największych
przebojów – Despacito. Jest
to utwór prosty do zagrania, a przy
okazji staram się nauczyć jego tekstu
po hiszpańsku. Uczę się oczywiście
trochę „jak papuga”, nie rozumiejąc
większości słów, które śpiewam.
Mimo to ta piosenka ma wyjątkowy
urok – jest melodyjna, taneczna
i świetnie nadaje się do zrobienia
wrażenia w towarzystwie.
Język hiszpański i francuski należą do
tej samej rodziny językowej. Francuski
ma bardziej nosowy charakter,
a wiele końcowych spółgłosek jest
niemych, to jednak nie sprawia, iż jestem
w stanie uwierzyć w ten totalny
brak zrozumienia hiszpańskiego przy
Twojej znajomości francuskiego.
Czuję, że trochę oszukujesz.
Rzeczywiście, masz rację. Nie mogę
powiedzieć, że zupełnie nic nie rozumiem
po hiszpańsku, ale kiedy śpiewam
Despacito, bardziej skupiam się
na poprawnej wymowie, żeby sylaby
się zgadzały, niż na znaczeniu słów.
W rezultacie czuję się trochę jak papuga.
W niektórych fragmentach
mam wrażenie, że tekst jest tak „gęsty”,
że momentami przypomina rap,
co stanowi spore wyzwanie dykcyjne.
Czy jest jakiś nauczyciel, który szczególnie
Cię zainspirował w młodości?
W moim życiu było wielu nauczycieli,
którzy mnie zainspirowali. Trudno
wskazać jedną konkretną osobę,
ale jeśli miałbym kogoś wyróżnić, to
byłaby to moja polonistka z czasów
szkoły podstawowej. Była wspaniałą
POST SCRIPTUM
29
Prowadzenie programu radiowego
daje mi wyjątkową możliwość
zadawania pytań
i prowadzenia rozmów
na ciekawe tematy
nauczycielką, uwielbianą przez
uczniów. Mądra życiowo, obdarzona
wyjątkowym poczuciem humoru,
a przy tym posiadająca naturalny autorytet
– nigdy nie musiała podnosić
głosu, by zyskać szacunek. To właśnie
ona zapadła mi w pamięć szczególnie,
choć w nietypowych okolicznościach.
Wiele lat później, gdy sam pracowałem
już jako nauczyciel w moim rodzinnym
Słupsku, lokalne media opisały
skandal – nauczycielka jednej ze
szkół podstawowych została oskarżona
o molestowanie uczennicy.
Ku mojemu zdumieniu okazało się,
że chodziło właśnie o moją polonistkę.
Do dziś trudno mi w to uwierzyć,
ponieważ pamiętam ją jako osobę
niezwykle szanowaną i cenioną przez
wszystkich. Pomimo tego trudnego
wspomnienia uważam, że miałem
ogromne szczęście do nauczycieli.
Na każdym etapie mojej edukacji –
w szkole podstawowej, średniej i na
studiach – trafiałem na ludzi, którzy
byli nie tylko kompetentni, lecz
także inspirujący. Wydaje mi się,
że najbardziej zapamiętałem wykładowców
ze studiów, gdyż to oni
w największym stopniu wpłynęli na
mój sposób myślenia i rozwój. Każdy
z tych świetnych nauczycieli wniósł
coś wartościowego do mojego życia,
a ich metody i podejście znajdują odzwierciedlenie
w tym, jakim nauczycielem
jestem dzisiaj.
Jak Twoja córka patrzy na Twoje zainteresowania
i pracę? Czy sama ma
już swoje pasje?
Moja córka ma prawie 6 lat i wie, że
prowadzę program radiowy. Myślę,
iż rozumie także, że jestem nauczycielem,
a jej mama jest pielęgniarką.
Ma wiele zainteresowań, choć trudno
mi powiedzieć, czy już w tym wieku
można wskazać jedną dziedzinę,
która ją szczególnie fascynuje. Mam
wrażenie, że może być zainteresowana
medycyną, ale to tylko przypuszczenie
– w tym wieku ciężko jeszcze
przewidzieć, w jakim kierunku się
rozwinie.
Jaka jest Twoja ulubiona angielska
fraza lub powiedzenie?
Bardzo lubię sformułowanie Keep
calm and carry on. Zainspirowany
tym wymyśliłem swoją własną
wersję, która brzmi: Keep doing
what you’re doing – it works. To powiedzenie
odnosi się do sytuacji,
w których mamy do wykonania jakieś
zadanie, którego nie da się zrealizować
w ciągu godziny czy dnia.
Jest to coś, co wymaga długotrwałej,
systematycznej pracy i kiedy efekty
są trudne do zauważenia na bieżąco,
a czasem może się wydawać, że
nasze wysiłki nie przynoszą żadnych
rezultatów. Przykładem może być
nauka języka czy gry na instrumencie
albo próba zrzucenia wagi. Czasami
pracujemy nad czymś, ale efekty są
niewidoczne, co może rodzić wątpliwości.
Zaczynamy się zastanawiać,
czy istnieje szybsza droga, jakiś trik,
który przyspieszy cały proces. W takich
momentach, kiedy czułem się
zniechęcony, przypominałem sobie
30
POST SCRIPTUM
swoje motto: Keep doing what you’re
doing – it works. Chodzi o to, by nie
rezygnować, nawet jeśli efekty nie są
od razu widoczne. Czasem wystarczy
po prostu kontynuować to, co robimy,
bo efekty przyjdą, trzeba tylko
poczekać, aż staną się zauważalne.
Gdybyś mógł zaprosić dowolną osobę
na wywiad w swoim programie,
kto by to był?
Miałem okazję porozmawiać z profesorem
Jerzym Bralczykiem, choć była
to bardzo krótka rozmowa. Udało mi
się nagrać nieco ponad trzy minuty,
tuż po zakończeniu jednego z wydarzeń,
jednak profesor musiał zaraz
udać się na kolejne. Była również
możliwość umówienia się na dłuższy
wywiad, ale niestety nie udało się
zgrać tego z moim grafikiem – czego
bardzo żałuję. Mam nadzieję, że
Dr Sebastian Leśniewski
– urodzony w Słupsku,
z wykształcenia nauczyciel
języka angielskiego
i lingwista. Od 2007 roku
mieszka w Cambridge,
gdzie obecnie pracuje
jako senior lecturer
w Bloomsbury Institute
w Londynie. Od 2014
roku współprowadzi
polską audycję „Polish
Waves” w lokalnej stacji
Cambridge Radio. Prywatnie
jest tatą prawie
6-letniej córeczki.
w przyszłości będę miał jeszcze szansę
nadrobić tę okazję. Ostatnio przeczytałem
wywiad rzekę z profesorem
Bralczykiem i zauważyłem, że jest
wiele rzeczy, które nas łączą. Obaj jesteśmy
lingwistami i myślę, że mamy
podobne poczucie humoru, a także
dostrzegam inne wspólne cechy, które
sprawiają, że jego spojrzenie na
język i kulturę jest mi bardzo bliskie.
Jakie marzenie chciałbyś jeszcze
spełnić – prywatnie lub zawodowo?
Jestem już w takim wieku, że moje
największe marzenie to po prostu
zdrowie – zarówno dla mnie, jak i dla
moich najbliższych. Nie mam już takiego
marzenia, które bym za wszelką
cenę chciał spełnić, ale na pewno
jest kilka rzeczy do zrealizowania. Na
przykład wspomniany już język francuski,
który chciałbym doprowadzić
do satysfakcjonującego poziomu, czy
wywiad z profesorem Bralczykiem,
o którym wcześniej wspominałem.
Są też miejsca, do których chciałbym
pojechać. Jednak to wszystko są raczej
drobniejsze cele, a nawet jeśli
ich nie zrealizuję, nie będę czuł się
rozczarowany z tego powodu. Najważniejsze
marzenie to… zdrowie.
Dziękuję za inspirującą rozmowę,
Sebastianie. [AKW]
AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ
POST SCRIPTUM
31
32
Ilustracja: Renata Cygan
POST SCRIPTUM
Foto: Pixabay
Agnieszka Lubos
DOM
NIC WIĘCEJ
Musnąłeś dziś moje ramię
Jak świt dotyka gałęzi
Przyodzianych w jego barwy
I nic więcej
Byłam ci nagością
Rozpostartą w pieszczocie
Przebudzenia
Nie było nic więcej
DYCHOTOMIA
Zwalone drzewo
w głębi lasu
śmierć nieśmierć
martwota obnażonego
wachlarza korzeni
wstyd bezwstyd
zieloną krepą
mchu obłożony
skryty odkryty
i my nad nim
myślą zawieszeni
dwoje nie we dwoje
Dom jest jakiś inny
Gdy nie ma w nim ciebie
Zazdrośnie przegląda się w szybach
Sprawdzając która pierwsza
Skradła twoje odbicie
Dom jest nieznośnie pustawy
Bez grama twego ciała
Jego brak celebruje
Wtłaczając światło i powietrze
W twe krzesło sofę łóżko
Dom jest jakiś przycichły
Bez tembru twojego głosu
Ciepłe dłonie kaloryferów
Przykłada do ścian
W tęsknym nasłuchiwaniu
Dom jest osowiały
Bez cienia twej obecności
Sowich oczu luster
Nie maluje odbiciami
Uśmiechów i czułości
Dom jest dziwnie niepewny
Bez podpory twych barków
Swe posady rozchwiane
Ratuje śniąc sny
Długie miłosne
POST SCRIPTUM
33
S I Ó D M E W Y M I E R A N I E
Dziewicza prostytucja
Potwory są wśród nas.
Potwory znaczeniowe, intelektualne, leksykalne, kulinarne.
Potworów ci u nas dostatek. Zacznijmy od
znanego wszystkim potwora – białej czekolady. Toż
to żadna czekolada – ten produkt nie zawiera składników,
które są istotą i esencją czekolady – miazgi kakaowej
i tłuszczu kakaowego (nie mniej niż 35%). Dlaczego więc
nazywany jest czekoladą? Czy barszcz bez buraków dalej
pozostanie barszczem, a pomidorową bez pomidorów
nadal można by nazywać pomidorową? Wino, piwo,
wódka to zawsze był i jest alkohol. Czyli bezalkoholowe
piwo, czy wino, to bezalkoholowy alkohol? Jeszcze tylko
brakuje bezalkoholowego spirytusu. Mam nadzieję,
że ten tekst nie będzie inspiracją dla jakiegoś sprytnego
producenta wody gazowanej, który rozpocznie produkcję
bezalkoholowego szampana. Chociaż… hola, hola, wróć!
Przecież bezalkoholowe prosecco już istnieje! Żenada,
a raczej – oranżenada. Ale za to z wielokrotnym przebiciem
cenowym. Kiedy mieszkałem w Wielkiej Brytanii,
niezmiennie śmieszyła mnie wegańska kiełbasa czy inne
tego typu produkty i myślałem, że już nic w tej materii nie
może mnie zaskoczyć. Aż tu, po powrocie do Polski, zobaczyłem…
wegański smalec (sic!). O tym, że stoję przed
ladą z rozdziawioną paszczą i wybałuszonymi gałami,
z mózgiem próbującym rozeznać ścieżki myślenia producenta
owego specyfiku, zorientowałem się, kiedy skierowałem
wzrok na ekspedientkę, która przyglądała mi
się z miną wskazującą na daleko zaawansowane procesy
myślowe – czy już ma wezwać pogotowie psychiatryczne,
czy jeszcze chwilę zaczekać. Języki świata są tak pojemne,
tak elastyczne, wciąż powstają nowe słowa. Przecież
kilkanaście lat temu nie istniało słowo dron, ale nikomu
nie wpadło do głowy nazywać toto ustrojstwo samolotem
pionowego startu i lądowania, jak niegdyś Harriery.
42 lata temu powstało słowo internet, a słowo instagram
nie istniało jeszcze przed 15 laty.
Producenci słodyczy prześcigają się w nadawaniu nowych
nazw starym produktom – już nie Paluszki kukurydziane,
a Głodniaki. No i gites. Dlaczego więc producenci słodkiego
żółtobiałego czegoś musieli to nazwać białą czekoladą,
a nie na przykład czedaloką? Tyle samo tych samych
liter, a produkt byłby sobą, a nie nieudaną imitacją, podróbą
– jak niegdyś polskie wyroby czekoladopodobne, choć
to akurat określenie broniło się nieźle, bo oddawało prawdę
– to nie była czekolada, ale coś podobnego. A biała czekolada
to nawet nie jest wyrób czekoladopodobny.
34
POST SCRIPTUM
A teraz potwory z dwóch moich podwórek – haiku i fotografia.
Zasady w każdej dziedzinie, szczególnie w twórczości,
trzeba – jeśli się ma na to pomysł – łamać. Idea, a później
uważna obserwacja przypadków i ich świadome, twórcze
wykorzystanie są tu najistotniejsze. Z łamania zasad
„bo tak” nic twórczego nie wyniknie. Tylko że haiku, tak
jak i fotografia, to nie zbiór zasad, choć oczywiście pewnym
podlegają. Haiku to rzeczywistość, coś, co istnieje
samo w sobie, niezależnie, czy tego chcemy czy nie. Niezależnie
od tego, że ktoś będzie popełniał utwory niebędące
haiku, z uporem maniaka (nie wiem tylko – po
kiego licha?) nazywając je – haiku. Byłem kiedyś na
spotkaniu z osobą, która twierdziła, że zajmuje się fotografią.
Nie był to jakiś nowicjusz, ale osoba z pewnym
dorobkiem (nie znałem jego prac), a od kilku lat wykładowca
fotografii na jednej z brytyjskich uczelni. Polak.
Spotkanie zorganizowała poważna znana polska galeria
sztuki. Autor pokazywał, jak tworzy fotografie w programie
komputerowym. Nie, bazą nie była żadna fotografia,
ani cyfrowa, ani analogowa. Tworzył je od podstaw
w programie graficznym. Efekty były takie sobie (trzeba
pamiętać, że było to ponad 10 lat temu), fotografii toto
nie przypominało, ale autor uparcie twierdził, że nią jest.
Dla mnie było oczywiste, że to grafika komputerowa i to
nie najwyższych lotów (tę ostatnią opinię zostawiłem dla
siebie). Coś tam o fotografii wiem, coś tam w niej działam,
no i rozpocząłem dyskusję, przedstawiając rzeczowe
argumenty i jasno określone zasady – czym fotografia
jest. A ten dalej swoje. Było sporo młodzieży i nie chciałem,
żeby wyszli przeświadczeni, że ma rację, i ponieśli
w świat informację, że można wszystko, że da się obronić
każdą głupotę. Drążyłem więc temat, co do którego autor
nie był w stanie przedstawić żadnych spójnych logicznie
argumentów. On, że to fotografia – bo tak!, ja, że grafika
komputerowa – i tutaj szereg argumentów. Przez dłuższy
czas dyskutowałem jak ze ścianą, aż w końcu chłop się rozeźlił
i z lekka wrzasnął, że to jest fotografia, bo on mówi,
że to jest fotografia. I że nie dyskutuje więcej ze mną na
ten temat. Koniec!
Górna część ręki (a właściwie kończyny górnej) ma jedną
kość – tak samo jak górna część nogi. Dolna część ręki
ma dwie kości – tak samo jak w nodze. Ręka posiada
trzy główne (duże) stawy – tak samo jak noga. Na końcu
Bo Jaroszek_Autoportret
siedmiokrotny
A gdyby tak ktoś zaczął tworzyć
monumentalne prace
z foliowych worków na śmieci
i nazwał je abakanami, ponieważ
mają podobną formę wizualną?
Albo ktoś inny zaczął
uparcie twierdzić, że postacie
świętych, które maluje na szkle
– to są ikony? Bo podobne!
Z równie durnowatym skutkiem
klucz francuski można by
nazwać śrubokrętem, a delfiny
zaliczyć do ryb – przecież całkiem
sprawnie pływają. No i jakie
podobne. Jednakowoż tym
sposobem mnóstwo miniatur
poetyckich nigdy nie stanie się
haiku, tak jak jeszcze większe
mnóstwo fotografiopodobnych
grafik komputerowych
nie zostanie fotografią. Co najwyżej
– grafiofocią.
dolnej części ręki znajduje się wielokostny staw (nadgarstek),
na końcu dolnej części nogi również znajduje się
wielokostny staw (skokowy). W ręce, za nadgarstkiem,
znajduje się pięć palców, z których cztery mają po trzy
paliczki, a najgrubszy – tylko dwa. W nodze, za stawem
skokowym, też znajduje się pięć palców, z których cztery
mają również po trzy paliczki, a najgrubszy – tak, tak
– dwa. Niezwykłe podobieństwo w budowie anatomicznej?
I niech sobie, kto tam chce, opowiada, że na kończynę
górną będzie mówił – noga. Tylko że nawet jeśli
będzie tak twierdził lata całe, nawet jeśli napisze na ten
temat multum tekstów, to nigdy kończyna górna nie stanie
się nogą. Nigdy. Tak będzie w każdej sekundzie jego
życia aż po kres… no chyba że wcześniej uda się biegłym
psychiatrom coś z tym zrobić. Wtedy wcześniej kończyna
górna odzyska swoją pierwotną nazwę, oddając ręce, co
boskie, a nodze, co cesarskie.
A ja, cóż – będąc siostrą Marty,
mojego biologicznego ojca, jadąc
stojącym przeciągiem, upiłem
się do nadprzytomności
bezalkoholowym spirytusem,
wrzasnąłem bezgłośnie, że niemalże
bębenki w oczach popękać
mogłyby, przeciskając się
w zatłoczonym pustką wagonie,
wszedłem do wyjścia, tępym
wzrokiem wymordowałem
samoobsługę, po czym obmyłem
się zimnym wrzątkiem,
a następnie, żeby nie zmarznąć,
otuliłem szczelnie nagością. Tak pornograficznie ubrany
od stóp do butów, potknąwszy się o swój cień nieznanej
znajomej, rymnąłem jak krótki. Ożeż!, kichnąłem w myślach.
Wciórności!, zaskrzeczała cudownym sopranem
koloraturowym nierzeczywista rzeczywistość, wtórując
popękanymi nutami podwodnej orkiestrze dętej, której
wyssane kroki zadudniły bezgłośnie po dnie bezdennej
otchłani. Zapomniałem PIN-u do patelni, więc w sitku
przyrządziłem wegańską jajecznicę. I tak sobie śpiąc,
siedziałem na stojąco, delektując się smakiem barszczu
na pomidorach i w oczekiwaniu na wegetariańską kaczkę
smażoną na parze w cynamonowym pieprzu oglądałem
słuchowisko Dziewicza prostytucja.
Potwory są wśród nas. [BJ]
BO JAROSZEK
POST SCRIPTUM
35
36
POST SCRIPTUM
JASON ANDERSON
POST SCRIPTUM
37
Zawsze zaczynam od czarno-białego szkicu piórkiem. Pomaga mi to sprawdzić,
czy kompozycja jest wystarczająco mocna i zapobiega rozwodzeniu się nad
szczegółami. Potem szkicuję obraz dużym pędzlem i zaczynam dodawać duże
obszary kolorów w tle. Następnie buduję obiekt za pomocą noża. Tak naprawdę
nie wiem, jakich kolorów będę używać, kiedy zaczynam - po prostu dodaję
kolory, aż obraz wydaje się zrównoważony i „pełny”.
38
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
39
impasto
Witrażei Dorset
40
POST SCRIPTUM
Moim ulubionym miejscem na świecie
jest słoneczne Dorset,
które było inspiracją
dla większości
moich panoram
Witraż na płótnie. To refleksja, która natychmiast
przychodzi do głowy w zetknięciu z pracami Jasona
Andersona. Grubo nakładana farba, feeria
pastelowych barw, odważne pociągnięcia szpachli, tematyka
uproszczona do „układanek” z kolorowych segmentów
i światło – przepiękne, hipnotyzujące światło, które nadaje
scenom głębię i kreuje niepowtarzalny klimat. Światło
w obrazach Andersona nie tylko definiuje formy i przestrzeń,
lecz także wprowadza element emocjonalny. Wpływa
na nastrój i odbiór dzieła przez widza. Światło wychodzi
spoza drzew i budynków i staje się elementem pierwszoplanowym.
Umiejętność manipulowania blaskiem
i cieniem przez artystę sprawia, że każda praca emanuje
unikalną atmosferą i zachęca odbiorcę do całkowitego zanurzenia
się w wykreowanym przez niego świecie.
POST SCRIPTUM
41
42
POST SCRIPTUM
Jeśli kolory i ton są właściwe,
forma nie jest tak ważna.
Mózg po prostu wypełnia luki.
Tworzy to dwa wrażenia wizualne:
Z daleka jest to scena.
Ale z bliska to kształty i kolory
Jason Anderson jest artystą pochodzącym
z Dorset w Wielkiej Brytanii. Jego niezwykłe
prace charakteryzują się mocnymi,
pastelowymi kolorami, kontrastem oraz
gęstą, wyrazistą teksturą. Inspiracje czerpie
z piękna i różnorodności nadmorskiego otoczenia
południowej Anglii, zwłaszcza formacji
skalnych na Wybrzeżu Jurajskim. W swoich
pracach stara się ukazać relację człowieka
z naturą, przedstawiając elementy takie jak
budynki czy porty w otoczeniu promiennego
nieba i jego refleksów. Preferowane medium
malarskie Andersona to płótno lniane, olej
i szpachla, a technika – to odważne, impastowe
nakładanie farby. Przez lata malował akrylami,
ale w pewnym punkcie swojej kariery
sięgnął po oleje, co było dla niego objawieniem.
Malowanie olejami daje o wiele więcej
czasu na pracę z farbą, a to pozwala tworzyć
niepowtarzalne mieszanki kolorów, trudniej
osiągalne w przypadku akryli.
Anderson rozpoczął swoją karierę artystyczną
od projektów renowacyjnych (głównie zajmował
się witrażami) w takich miejscach jak
katedra York Minster, Gloucester i Wells. To
doświadczenie nauczyło go komponować i stylizować
obrazy wokół „układanki” malowanego
szkła i rozkładać temat na precyzyjne bloki
kolorów – podejście, które stworzyło i ukształtowało
jego niepowtarzalny, mozaikowy styl
i które nadal napędza jego dzisiejszą sztukę.
Użycie koloru przez artystę w połączeniu z odważnym
nakładaniem kolejnych warstw tworzy
fascynującą kompozycję dużych, rozległych pociągnięć
impasto, które płynnie łączą się z obszarami
o gładkim, żywym kolorze. Jego prace
są głównie inspirowane kontrastem i dramatyzmem
obrazów W. H. Turnera oraz zdobniczymi,
biżuteryjnymi cechami prac Gustava Klimta.
Malarstwo Jasona Andersona wyróżnia się unikalnym
połączeniem abstrakcji i pejzażu. Jego
kompozycje zbudowane są z geometrycznych,
barwnych plam, które układają się w rozpoznawalne,
choć zdekonstruowane krajobrazy.
Dynamiczna, a jednocześnie matematyczna
tekstura to to, co wyróżnia malarstwo artysty.
POST SCRIPTUM
43
Kocham morze
i wszystko, co z nim związane.
Pamiętam, że jako dziecko
byłem zafascynowany
lśniącą turkusową wodą
i odbiciami łodzi
w porcie Weymouth
44
POST SCRIPTUM
Jason Anderson używa kolorów i mozaikowej
faktury, aby podkreślić dynamikę
światła i żywiołowość sceny.
Skrupulatnie nakładane plamy farby
łączą się i tworzą jasny baldachim
kolorów, który hipnotyzuje.
Podczas gdy Anderson obecnie tworzy
obrazy, które wpisują się w gatunek
abstrakcjonizmu, jasne jest, że impresjonizm
jest obecny w jego twórczości
poprzez umiejętne przedstawienie
światła i grube plamy farb
tworzących kolorową mgiełkę – a to
stanowi sedno sztuki impresjonistycznej.
POST SCRIPTUM
45
Kiedy zaczynam malować,
tak naprawdę nie wiem,
dokąd
zaprowadzą mnie
46
POST SCRIPTUM
kolory
Interpretacja jego twórczości może
przebiegać na kilku poziomach:
1. GRA ŚWIATŁA I KOLORU
Anderson stosuje żywe, nasycone barwy, które przenikają się
niczym w szkle witrażowym. Często zestawia ciepłe i chłodne
tony, co tworzy efekt światła przeświecającego przez strukturę
obrazu. Może to symbolizować zmienność pór dnia,
wpływ pogody na krajobraz lub po prostu emocjonalną intensywność
miejsca.
2. ABSTRAKCJA A RZECZYWISTOŚĆ
Choć jego obrazy są rozpoznawalne jako pejzaże czy miejskie
scenerie, ich forma jest celowo zgeometryzowana i uproszczona.
Artysta nie stara się uchwycić realistycznego obrazu,
lecz raczej wrażenie, jakie dany widok wywołuje. Jego styl
przypomina pikselową estetykę, co można interpretować
jako odniesienie do cyfrowego świata i nowoczesnej percepcji
wizualnej.
3. DYNAMIKA I EMOCJONALNOŚĆ
Grube impastowe pociągnięcia szpachli i wyraźne podziały
między kolorami sprawiają, że obrazy wydają się pulsować
energią. Ta dynamika może symbolizować ruch – zarówno
w kontekście naturalnym (wiatr, woda, zmieniające się światło),
jak i wewnętrznym, jako odzwierciedlenie emocji artysty.
4. INSPIRACJA NATURĄ I ARCHITEKTURĄ
Obrazy Andersona często przedstawiają klify, wybrzeża, mosty
i budynki. Elementy te łączą naturę i działalność człowieka,
sugerują harmonię między środowiskiem a cywilizacją.
Można to odczytywać jako refleksję nad tym, jak człowiek
kształtuje przestrzeń wokół siebie i jak sam jest przez nią
kształtowany.
Jedną z najbardziej
znanych
prac Andersona
jest okładka
singla Billie
Eilish Everything
I Wanted. Obraz
zatytułowany
Golden jest żywym
przedstawieniem
mostu
Golden Gate i emanuje niepokojącym
i marzycielskim klimatem, który całkowicie
koreluje z mrocznym, ale też pełnym
nadziei przesłaniem piosenki.
Podsumowując, malarstwo Jasona Andersona to
eksplozja koloru, światła i emocji, balansująca na
granicy figuracji i abstrakcji. Jego prace mogą być
interpretowane jako próba uchwycenia ulotnych momentów
w naturze i przestrzeni miejskiej poprzez język
czystej formy i koloru.
Zapytany o to, co próbuje przekazać poprzez swoją
sztukę, odpowiedział: „piękno”. To proste stwierdzenie
kłóci się z powszechną w środowisku artystycznym
opinią, że za wartościowymi dziełami sztuki musi kryć
się głębsze znaczenie. Anderson nie chce, aby widzowie
mieli trudności z analizą jego obrazów, pragnie po prostu,
aby jego sztuka cieszyła oczy i zmysły i aby odbiorcy
doceniali piękno estetyczne, które mają przed oczami.
Warto zapoznać się z pracami Jasona Andersona, aby
zachłysnąć się czystym pięknem abstrakcyjnego impresjonizmu.
[RC]
RENATA CYGAN
POST SCRIPTUM
47
48
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
49
OLIPIONA
Satyra zabija, nie obraża – Stanisław Jerzy Lec
Tak mnie jakoś rozebrało proszę pana.
Pan wybaczy mam ochotę dziś pochlipać.
Proszę usiąść lepiej z panem niż tak sama,
bo to życie proszę pana to jest lipa.
Jakoś smutki mnie opadły już od rana,
miłość zmarła, więc miłości to jest stypa.
Wszystko mieści w statystycznych się diagramach,
bo ta miłość proszę pana to też lipa.
Uwierzyłam, bo tak chciałam być kochana,
taka ze mnie proszę pana głupia cipa.
Chciałam wreszcie wspaniałego mieć Batmana
takich nie ma proszę pana – wszystko lipa.
Patrzył w oczy, mówił kocham, oczarował.
Ty PIESKIE mu wierzysz, ŻYCIE już na życiu masz polipa.
I tak jakoś w mą codzienność się wpasował,
że Módl nie się zgadłam, bracie, o nie to, pojęłam, żebyś że to lipa.
głupszy i mądrzejszy nie był,
Nim tylko przejrzałam, uśredniony taki już wyczyścił moje konto,
– szary, letni, byle jaki…
bo to zwykły proszę pana był tulipan.
Okazałam Byś nikomu się nie być przeszkadzał, szóstą, może piątą.
w normie kochał, kradł i zdradzał.
Sam pan widzi uwierzyłam, a tu lipa.
Byś się nie wychylał w tłumie,
lecz pokornie żył, bo umiesz…
Już mi lepiej, jakoś teraz tak mi słodko,
pan Byś głosował na oko nie zawsze wygląda słusznie mi na Vip-a.
i mył ząbki zanim uśniesz.
Nie, nie pójdę, nie chcę znowu być idiotką.
Już Byś się spał nie słodko, dam zanim panom wstaniesz nabrać – wszystko lipa.
– wszak na mordce masz kaganiec!
Zofia Pągowska
Juliusz Wątroba
Rysunki: Jarosław Janowski
50
POST SCRIPTUM
WIELKI HOROSKOP 2025 – CECHY WSZYSTKICH ZNAKÓW
Pewien znany astrolog w Iraku,
leżąc sobie wygodnie w hamaku,
pogrążony w zadumie
opisuje, jak umie,
cechy znaków dwunastu zodiaku.
Może zacznę od pana Barana.
Kreatura to bowiem załgana.
Bardzo tępy jest przy tem,
trudno darzyć zachwytem
patafiana wlanego od rana.
Nieciekawie też dzieje się z Bykiem:
mendą, zrzędą, ogólnie cynikiem.
Podejrzanym jest typem,
spleen rozsiewa i grypę.
Epidemia jest czego wynikiem.
Na swą kolej czekają Bliźnięta.
Te cwaniaki są biegłe w przekrętach.
Rozwijają się bujnie,
bowiem kradną podwójnie,
skromnie w święta spuszczając oczęta.
Stary Grzegorz z miasteczka Żelechów,
co tasiemca miał, zmarł bez pośpiechu
po spowiedzi, jak trzeba,
i się dostał do nieba.
A tasiemiec już nie, bo żył w Grzechu.
Ludożerca w burdelu w Maputo
delektował się piękną Danutą.
Po konsumpcji Danuty
dwa dni chodził jak struty,
bowiem była kobietą zepsutą.
(NIE)DOCZEKANIE , BAŁWANKA,
Jestem szczęśliwy i nieba blisko
dzięki manatkom i tym walizkom,
co wyrzuciłaś mi przed mieszkanie,
bym w trybie nagłym odszedł, kochanie…
A więc odchodzę,
raczej odpływam,
żebyś nareszcie była szczęśliwa,
i ja – bez ciebie – taki radosny
bałwanek, który doczekał wiosny.
Lecz zanim w słońcu stopnieję cały,
wódki wypiję, nieba się najem,
i będę wolny, jak tego chciałem,
nim się w bajorko zamienię małe…
Wyuzdany seksualnie jest Rak
rzadko kiedy figlujący na wznak.
Taki Rak już od rana
wita pana Onana.
To obleśny i plugawy jest znak.
Może humor poprawi nam Lew?
Leń śmierdzący i bufon, psia krew!
Wybujałe ma ego,
nie spasuje dwóch lego,
ale wyżre z lodówki za trzech.
Z gwiezdnych znaków wyróżnia się Panna.
Po kąpieli z nią brudna jest wanna.
Choć ma wygląd chędogi,
strasznie śmierdzą jej nogi.
Z Panną, z nieba, nie czeka cię manna.
Proszę Państwa: Uwaga, uwaga –
o swe nogi potyka się Waga!
Nie ujawnia potencji,
skłonność ma do demencji.
Tak ogólnie – życiowa łamaga.
Lecz zajmijmy się teraz Skorpionem.
Degenerat trudności ma z pionem.
Na poziomie mentalnym
jest buc chamem nachalnym,
a paznokcie to ma obgryzione.
Nie najlepiej rzecz ma się ze Strzelcem.
Ten żłób jeść nie potrafi widelcem.
To samolub i gnida,
nigdy reszty nie wyda.
W swych działaniach załgany jest wielce.
Teraz jawi się nam Koziorożec.
Czy normalny jest, trudno nam orzec.
Bo czy norma to dla nas,
kiedy morda nalana,
za moralny uchodzić chce wzorzec?
Trudno mi się zachwycać Wodnikiem,
malwersantem, jak też skurczybykiem.
Gdy cię weźmie na cel swój –
to masz prawo być nieswój.
Od Wodnika uciekaj w dal z krzykiem.
Wyliczankę tę niech zwieńczą Ryby.
We łbach mają stępione już tryby.
Również wzrok mają tępy,
obce są im postępy.
Taka Ryba jest głupia jak gdyby.
*******************
Rzekł astrolog na koniec – Tak zrobię,
że minusy na plusy przerobię.
I tak ludziom zalety
wmówią durne gazety.
Nikt cech brzydkich nie szuka sam w sobie!
adam gwara
Zastanawiał się Józek z Pułtuska,
czy Pułtuska pół to jest Ćwierćtuska
i kto drugie pół skradł?
Nic dziwnego, że wpadł
w dół psychiczny i pił. Wina Tuska.
Pewien kornik, żyjący na Bali,
ma ogromny szacunek do drwali.
Wiedząc wszak doskonale,
że on z głodu je bale,
nakarmili go i nie zje bali.
juliusz wątroba
WIOSNOPIENNIE
BLISKIE SPOTKANIE
Jakem dreptał przez ogródek,
przyszedł do mnie ufoludek.
Mówiąc szczerze – ufoludka,
bo miała powabne udka.
A prócz udek
istnych cudek
miała jeszcze atut taki,
że wypiła ze mną bruderszafcik
– chyba tak dla draki.
Dalej milczę z różnych względów.
Mogę tylko rzec, że było
spotkanie n-tego rzędu.
Mówiąc szczerze: całkiem miło…
O wszystkim by zapomniała
moja mordka piegowata,
lecz dziś każda gwiazdka mała
woła za mną: – Tata!
Tata!!!
Roz-zielenię się.
Dwa-zaszeleszczę.
Wiosnopiennie wspinać się muszę.
Smutkożale śmiechem zbeszczeszczę,
by się dorwać do twych jabłuszek.
Boć to pora wiosennogenna.
Bocianieję interaktywnie,
by skończyła się ta (ge)henna
w twoich włosach – moich zaciemnień.
Zaś efektem będzie pełny becik,
który życie mlekiem uświęci.
Durna starość w młodość uleci
i znów będę mógł się... alimencić.
POST SCRIPTUM
51
Copyright by respective movie studios. Cinematerial.com
MINGHUN
Ból ukojony
Siedzimy we dwoje w wielkiej sali kinowej w centrum
handlowym pod Warszawą prawie sami. Czas przedświąteczny,
seans prawie nocny – to trochę tłumaczy
tę pustkę, ale jest i poważniejsza jej przyczyna: tematem
filmu jest śmierć. I to nie jakaś odległa, wojenna czy wydumana,
sensacyjna, lecz zwykła, życiowa i przez to zbyt
straszna. Publiczność się nie spieszy, by się z nią mierzyć.
Mało kto chce myśleć o śmierci. Tymczasem film Minghun
do tego nas zmusza, choć czyni to w bardzo ludzki
i ujmujący sposób.
Bohater filmu, mężczyzna w średnim wieku żyjący
w Warszawie, dowiaduje się o tragicznej śmierci ukochanej
dwudziestokilkuletniej córki nagle, z zaskoczenia,
chwilę po serdecznym z nią spotkaniu. W jednym momencie
los wyrywa go z krainy wielkiego szczęścia i rzuca
w otchłań rozpaczy – tak samo, jak czyni to na co dzień
w realnym życiu z tysiącami osób zderzonych z niespodziewanym
odejściem swych bliskich, ofiar wypadków
samochodowych. I tak jak oni, bohater pozostaje w swej
tragedii rozpaczliwie samotny. Nie dlatego, że nikt mu
nie złoży kondolencji, lecz dlatego, że nikt nie jest w stanie
ująć mu bólu. Pozostaje z nim sam.
W tym spostrzeżeniu, będącym kluczem do opowieści,
tkwi wielkość filmu młodego, wybitnego reżysera
Jana P. Matuszyńskiego. Kto wie, pewnie zawarł w swym
dziele również osobiste nuty – w czasie przygotowań
i produkcji filmu przeżywał on długie i trudne pożegnanie
ze swym chorym ojcem, z którym był mocno związany.
W naszej kulturze zachodniej ludzie zatracili umiejętność
i zdolność przeżywania procesu żałoby. Mówi o tym wiele
głośna książka Tomasza Stawiszyńskiego Ucieczka od
bezradności (2021). Osoby dotknięte stratą i cierpieniem
postrzega się w naszych realiach podobnie jak osoby
chore. I oczekuje się od nich, że jak najszybciej „odzyskają
równowagę” i niekłopotliwie powrócą do codzienności.
Tego wymaga bezwzględna zasada „dawania sobie
rady” i powszechna kultura sukcesu. Większość odbiera
to jako bolesne ciśnienie otoczenia i potwierdzenie
niezrozumienia.
Filmowy ojciec – w mistrzowskiej kreacji Marcina Dorocińskiego
– nie próbuje, bo i nie jest w stanie, zagłuszyć
swojego bólu ani „brać się w garść”. Mało mówi, nie opisuje
swego cierpienia, lecz sprawia, że staje się ono widoczne
i wstrząsające. Gdy my, zwykli widzowie, również
rodzice dorosłych dzieci patrzymy na niego, nie mamy
w swych głowach ani sercach najmniejszego pomysłu,
kto i jak mógłby mu pomóc i czy istnieje dla niego jakiś
„dalszy ciąg”. Wydaje się to wątpliwe, tak jak to bywa
w podobnych sytuacjach w realu. „Rozdzierający ból,
jaki przynosi strata najbliższych, bywa niemożliwy do
uniesienia, niemożliwy do wytrzymania” – potwierdza
autor ksiażki i przytacza dane, że nawet do 80 proc. bliskich
młodych ofiar wypadków nie jest w stanie pogodzić
się z ich śmiercią właściwie już nigdy. Ewentualne wyjście
z zapaści wymagałoby „czasu, zaangażowania, a także
wspólnoty, która – wbrew swoim powierzchownym
pragmatycznym interesom – potrafiłaby nie tylko zwolnić
pogrążonego w żałobie człowieka z jego codziennych
obowiązków, lecz także otoczyć go rozumną troską i opieką”.
Tego w naszej rzeczywistości najczęściej już nie ma.
Nie ma tego również w otoczeniu ojca z filmu Minghun.
52
POST SCRIPTUM
Nie wiemy do końca, czy filmowy ojciec związany jest
z kościołem katolickim. Wydaje się, że nie, ale w tej sytuacji
próbuje – jak wielu mu podobnych niepraktykujących
– skorzystać z jego posługi. Szybko się jednak z tego
wycofuje. Film ukazuje bezpośrednią przyczynę tej decyzji
(nie wyjawiam), ale reżyser nakazuje nam pomyśleć
szerzej: takie sztuczne i nieszczere pożegnanie, sprowadzone
do samej formy, zrozpaczonemu niczego przynieść
nie może.
Akcja filmu nie wchodzi jednak głębiej w ramy naszej religii.
Osadza się na gruncie dalekiej nam kultury chyba nie
po to, aby nią epatować, ale by nadać spostrzeżeniom
i emocjom dotyczącym śmierci i żałoby całkowicie uniwersalny
wymiar.
Dziadek zmarłej dziewczyny ze strony nieżyjącej już
matki jest Chińczykiem, zanurzonym swymi korzeniami
w starych obrzędach kraju dzieciństwa. Przekonuje on
swego zięcia do niedorzecznego, wydawałoby się, rytuału
(minghun) pośmiertnych zaślubin wnuczki z młodym,
zmarłym w tym samym czasie chłopakiem. Aby dalej
w nieznane nie szli w samotności.
Nie obruszajcie się tu zbyt szybko ani nie protestujcie,
zanim nie zobaczycie. Wyjdziecie z kina całkowicie do
tego zamysłu przekonani. Ugruntowuje on w opisywanej
historii wiarę bliskich w dalszy ciąg istnienia zmarłych,
a przed nami odkrywa niezwykły wymiar miłości rodzicielskiej,
jaka objawia się w chwilach mistycznego
obrzędu. Nikt o niej w filmie nie mówi, ale wszyscy ją widzimy.
A to za sprawą niezwykłej kreacji Marcina Dorocińskiego
i towarzyszących mu aktorów oraz fenomenalnej
reżyserii Jana P. Matuszyńskiego. To ona powoduje,
że tego filmu nie sposób opowiedzieć ani go „zaspojlerować”.
Jego sedno istnieje bowiem tylko na ekranie,
w magicznej atmosferze obrazu i jego emocjonalnej głębi.
Autor książki Ucieczka od bezradności przekonuje, że „za
pośrednictwem różnych rytuałów, praktyk żałobnych
rozdzierający, wszechobejmujący, niemożliwy do wytrzymania
ból daje się przynajmniej jakoś wyrazić, jakoś
opowiedzieć. Rozpacz, żal zyskują formę, ukonkretniają
się w opowieści, rytuale, symbolu. Tym samym zaś – nie
zawsze, ale często – zostają wpisane w jakiś zewnętrzny
porządek znaczeń, w ramę świata, którą sama naga
emocja, bez żadnego pojęciowego korelatu, dosłownie
wysadza z posad”.
Tak niestety nie dzieje się już w naszej kulturze i to
właśnie przywołuje i wypomina nam Minghun. Bierze
w obronę głębię naszego człowieczeństwa.
Wspaniały, prawdziwie oscarowy film Jana P. Matuszyńskiego
ostatecznie nie okazuje się przygnębiający, ale raczej,
w filozoficznym znaczeniu, kojący. Przekonuje nas do
nieśmiertelności, jaką naszym bliskim zapewnić może nasze
przywiązanie i miłość, i nasza wiara w ich wieczność.
[DW]
DANIEL WÓJTOWICZ
Widz stopniowo odkrywa emocjonalne i
psychologiczne przemiany w Jerzym, śledzi jego
zmieniającą się relację z teściem, nie mówiąc już o
poznaniu skrywanych wcześniej przez Masię tajemnic
i planów. Paradoksalnie najpiękniejsze w tym filmie
może być to, czego na ekranie nie widać i nie słychać.
Piotr Piskozub
Każdy z Was w Minghunie może znaleźć inną
interpretację, która do niego przemawia, ten film
jest wszak równie dziwnym zwierzem jak omawiana
przez niego żałoba i zapewne wymyka się prostemu
ometkowaniu.
Marcin Prymas
Minghun z Marcinem Dorocińskim w roli głównej
to najbardziej osobisty film Jana P. Matuszyńskiego.
To także unikalna próba nadania sensu śmierci, tak
zabawna, jak i poruszająca.
Piotr Piskozub
"Minghun" przeprowadza nas przez wszystkie etapy
żałoby, aż do miejsca, w którym poza akceptacją oraz
nadzieją nie czeka nas nic więcej.
Daria Sienkiewicz
W tym kameralnym filmie, Matuszyński nie zamierza
podsuwać nam gotowych recept na radzenie sobie
ze stratą i jak przejść żałobę. To raczej zaproszenie do
niezobowiązującej rozmowy, mającej dać pociechę przy
tak uniwersalnej sytuacji jak śmierć.
Norbert Kaczała
Choć Minghun momentami cierpi na dłużyzny, nie
odbiera to satysfakcji z seansu. W stosunkowo
krótkim czasie 90 minut Matuszyński mieści dużo
tematów i sposobów ich rozumienia, widzi w
bohaterach ludzi, którzy mniej lub bardziej są gotowi
na to, co nieuniknione. To kino spełnione, ciekawe i
dobrze zagrane. Po prostu ludzkie.
Adam Kudyba
POST SCRIPTUM
53
Sikorka
Przyjechała do mnie matka i postanowiłyśmy wybrać
się na zakupy, co oznaczało mniej więcej tyle, że nie
kupimy nic konkretnego, a raczej będziemy rozglądać
się po okolicy. Gdy wyszłyśmy z autobusu, zauważyłyśmy
okazały i na pierwszy rzut oka zamknięty budynek
kościoła.
– Może boczne wejście jest otwarte? – powiedziała
mama, odgadując moje myśli.
Uważnie przyjrzałyśmy się świątyni. W danej chwili nic
nie wskazywało na to, że można wejść do środka. Gdy
zbliżałyśmy się do przejścia na drugą stronę ulicy, obejrzałam
się za siebie. W tym momencie drzwi budynku otworzyły
się, a w nich pojawił się mężczyzna w średnim wieku.
Rozglądał się, jakby na kogoś czekał.
– Jednak otwarte. Wejdziemy? – zapytałam moją współtowarzyszkę.
Skinęła głową. Zawróciłyśmy.
Wchodząc, minęłyśmy tego mężczyznę. Z bliska wyglądał
jak żebrak – w ręku trzymał puszkę, zaś na jego torsie wisiała
tabliczka objaśniająca cel zbiórki. Zamknął za nami
drzwi, jakby był gospodarzem tego miejsca.
Naszą uwagę od razu zwróciły liczne witraże o – jak nam
się zdawało – nietypowej jak na to miejsce tematyce patriotyczno-militarnej.
Dopełnieniem niepokojącej atmosfery
był nieco diaboliczny fresk z wizerunkiem św. Piotra
umierającego na odwróconym krzyżu. Ostatnim elementem,
przy którym chciałyśmy się dłużej zatrzymać, była
gablota z niejednoznaczną relikwią Faustyny Kowalskiej.
Z lektury notatki umieszczonej na szybie wyrwał nas nieprzyjemny,
piskliwy głos.
– Widzę, że panie są zainteresowane.
Przed nami stała drobna, pomarszczona kobieta z siwymi,
ciasno spiętymi włosami. Ubrana była w białą, staroświecką
koszulę z wysoko postawionym kołnierzem i beżową
spódnicę sięgającą łydek.
– Właściwie już wychodziłyśmy – odpowiedziałam najgrzeczniej,
jak potrafiłam.
– Nie będę pań zatrzymywać, ale cieszę się z waszej
obecności. Opiekuję się tym miejscem. – Delikatnie się
uśmiechnęła.
Odwzajemniłyśmy uśmiech, niepewne, czego możemy się
spodziewać.
54
POST SCRIPTUM
– Jestem Krystyna, a wy?
Tempo, w jakim się z nami spoufalała, stawało się coraz
bardziej krępujące. Chyba tylko przekonanie o jej dobrych
intencjach kazało nam się przedstawić. Zaczęła matka.
– Małgorzata. To moja córka, Alicja.
– Małgorzato, Alicjo – zwróciła się do nas z nazbyt teatralnym
gestem nieznajoma – mam do was prośbę.
Do tej pory pogodny wyraz jej twarzy zmienił się w grymas
żalu.
– Pomódlcie się za mnie. Za Krystynę od siostry Faustyny.
Prosząco wyciągnęła w naszą stronę kościste palce – jednej
dłoni do matki, drugiej do mnie. Jasny odcień jej skóry
uwydatniał sieć niebieskich żyłek.
– Pomodlimy.
– Ja też będę się za was modlić. Małgorzata i Alicja, tak?
Skinęłyśmy głowami. W trakcie tej niecodziennej konwersacji
zdążyłam zauważyć, że poza naszą trójką w kościele
nie ma nikogo innego.
– Wszystkiego dobrego! – rzuciłam na pożegnanie, znacząco
szturchając łokciem matkę i kierując się w stronę
wyjścia.
– Ja też już wychodzę. – Krystyna podreptała za nami.
W kruchcie ponownie spotkałyśmy żebraka, tym razem
odwróconego w stronę ołtarza. Wrzuciłyśmy do puszki
garść monet. Odwróciłam się, żeby przytrzymać drzwi
Krystynie i jeszcze raz życzyć jej szczęścia. Nie wiem, jak
mogła przemknąć obok nas niezauważona, ale nie było jej,
jakby rozpłynęła się w powietrzu. Za to w głównej nawie,
nie wiadomo skąd, znalazła się sikorka. Frunęła coraz bliżej
sklepienia, a kolorowe piórka stapiały się z witrażami. [AD]
ANNA DWOJNYCH
POST SCRIPTUM
55
D a n i e l w ó j t o w i c z
Starania ku rozpoznaniu i zrozumieniu
abstrakcji należy rozpoczynać
od Pragi. Okazuje się
bowiem, że ten oczywisty dziś nurt
w malarstwie został wymyślony
i rozwinięty właśnie przez Czecha.
Dla nas – Polaków uważających się za
niezrównanych mistrzów w niezależnym
i niekonwencjonalnym myśleniu
– musi być to zaskakujące. A jednak.
František Kupka, czeski artysta tworzący
w pierwszej połowie XX wieku,
zaliczany jest do najważniejszych
malarzy współczesności. Jego obrazy
znajdują się w największych muzeach
świata, ale przede wszystkim
w prywatnej galerii Kampa w Pradze
(założonej przez czesko-amerykańską
kolekcjonerkę sztuki i dobrodziejkę
Medę Mládek), i stanowią jedną
z największych atrakcji artystycznych
tego miasta.
Jako kilkunastoletni chłopak żyjący
w małym czeskim miasteczku pod
koniec XIX wieku František Kupka
wymyślił i opracował własny alfabet.
Nie wiem, czym się kierował – może,
jak to nastolatek, po prostu chęcią
zapisywania własnych tajemnic. Zapewne
wtedy już musiał pojąć, że
nasz język i jego zapis jest strukturą
mocno umowną i w rzeczy samej –
nierzeczywistą.
Jeżeli zatem zbiór dziwnych znaczków,
zwanych literami i słowami,
może oddawać złożoną myśl, to o ile
dalej prowadzić nas może skomplikowany
obraz. Jego wymowa jest tylko
kwestią odczucia i zrozumienia znaczeń
zastosowanych symboli. Zaczynam
od nowa. Odrzuciłem wszystkie
słowa i chcę wrócić do jedynego
prawdziwego źródła, Natury, i będę
się uczyć tylko od samej sztuki – pisał
w liście do znajomego w 1897 roku.
To był początek.
Twórczość Malarza rozwijała się
w czasie ogromnych zmian cywilizacyjnych,
odciskających swoje piętno
również w sztuce. Jednym z ich najbardziej
odczuwanych przejawów
było pojawienie się fotografii, która
pozwalała na dość wierne odzwierciedlanie
rzeczywistości, co pozbawiło
tradycyjne malarstwo monopolu.
Ludzkość dowiadywała się również
nie tylko, że światło jest tajemniczą
kompozycją wielu kolorów, lecz
także że każdy postrzega je inaczej
i że żaden obraz nie jest ostatecznie
prawdziwy. A raczej, że może istnieć
nieskończenie wiele prawdziwych
obrazów. Rodzić to musiało wiele pytań
o mechanizm działania przekazu
artystycznego, o jego sens i trafność.
Oraz o jego względność.
František Kupka, podobnie jak wielu
twórców mu współczesnych, ulokował
się początkowo w nurcie symbo-
56
POST SCRIPTUM
Jarmark
Abstrakcyjnie ku rzeczywistości
Galeria Kampa, sala wystawy František Kupka
POST SCRIPTUM
57
AMORFA Dwubarwna fuga 1912 Wiosna kosmiczna kreacja 1919
lizmu, gdzie poszukiwał trafnych skojarzeń
i odniesień z metafizycznym
znaczeniem. Tkwił w realiach, ale też
bardzo się od nich oddalał, nadając
im mocno symboliczny wymiar.
Dalej malowane przez Kupkę postaci
stawały się coraz bardziej kolorowe.
Był to czas, w którym malarz zagłębiał
się w głośne i modne wówczas
nowe teorie znaczeń barw. Poświęcał
wiele uwagi studiom nad ich fizycznym,
kulturowym i psychologicznym
oddziaływaniem. Stawało się
jasne, że barwy same w sobie niosą
bardzo konkretne treści i emocje,
często silniejsze niż formy: postaci,
stwory, przedmioty, w które zostały
wpisane. Przykładem może być obraz
jaskrawoczerwonego kota.
Kolory szybko stawały się w jego
obrazach najważniejsze. Na przykład,
według Malarza, niebieski ma
tendencję do przyciągania i wciągania
widzów, podczas gdy agresywna
żółć bezwzględnie zmusza widza do
wycofania się.
Kolorystyka obrazów Kupki, odmienna
od stosowanej przez mu
współczesnych, w tym również kubistów,
nie znajdowała aplauzu krytyki
i traktowana była jako nieporadna.
Taki widać musi być los wielkich
nowości. Na razie poruszam się
w ciemności po omacku, ale wierzę,
że mogę znaleźć coś, co połączy
wzrok i słuch, mogę stworzyć fugę
barwną, podobną do muzycznej –
pisał.
Ciekawe i istotne, że – podobnie jak
współczesny mu polsko-litewski malarz
Mikalojus Čiurlionis – także Kupka
był przekonany o jedności muzyki
i malarstwa. Wierzył, że ładunek niesiony
przez muzykę daje się zobrazować.
A skoro niematerialny kształt
melodii niesie ogromny ładunek
emocji, to również może to uczynić
nierealistyczny obraz.
Postaci i obiekty z obrazów Kupki coraz
szybciej traciły swe zwykłe kształty,
zmieniając się w pozbawione
konkretnych znaczeń kolorystyczne
kompozycje. Studia i obserwacje Artysty
prowadziły go do spostrzeżeń,
że tak w naturze, jak i w spojrzeniu
na pejzaże i budowle zachwyca nas
nie tyle ich funkcjonalność, co feno-
Czerwone rusztowanie 1918 Katedra 1913 Linie płaszczyzny przestrzeń 1913
58
POST SCRIPTUM
Pijąca stal 1927
Wierzę, że mogę znaleźć coś, co połączy wzrok i słuch,
mogę stworzyć fugę barwną, podobną do muzycznej
menalne zestawienie kształtów, jak
na przykład połączenie łuków sklepienia
świątyni.
W każdym dziele wizualnym istnieje
bardzo ścisła korelacja pomiędzy
liniami konstrukcji a tymi, które wyznaczają
dominujące płaszczyzny.
Gdy usuwane są detale jeden po drugim,
widać, że istota dzieła, zasada
konstrukcyjna, zależy od kilku dużych
elementów (obszarów).
W tym rozumowaniu, przy takim
odczytaniu piękna i zachwytu, realistyczna
treść obrazu traciła znaczenie
na rzecz kompozycji i konstrukcji.
Wystarczy znaleźć ekscytującą
relację kształtów, by ukazać istotę
piękna. Będzie ono istniało w stanie
wyabstrahowanym z rzeczywistości.
Dzieło sztuki, które samo w sobie
jest rzeczywistością abstrakcyjną,
musi być systemem wytworzonych
elementów. Jego specyficzne znaczenie
opiera się bezpośrednio na
połączeniu typów morfologicznych
i indywidualnych zespołów architektonicznych
własnego organizmu –
opisywał.
František Kupka obserwował maszyny
coraz liczniej obecne w życiu człowieka,
fascynował się ich sprawnością
wynikającą z doskonale powiązanych
ze sobą i współpracujących części.
W maszynie, na przykład w rotacyjnej
prasie drukarskiej, znajdują się te
same elementy, co w gotyckiej katedrze:
w obu dominują piony, poziomy
i okręgi, różniące się jedynie kolejnością
– odnotował w swoim dzienniku.
Odtąd większość jego prac ukazywała
już współistnienie i zależności
„martwych” części i przedmiotów
połączonych ze sobą w harmonijnym
ładzie i pięknie.
W pierwszej połowie minionego
wieku w kulturowym otoczeniu artysty
coraz większego znaczenia nabierał
film. Kupka był nim zapewne,
POST SCRIPTUM
59
60
Krzywe
są dla wzroku
aluzją do sekwencji,
oko podąża za nimi
jak poruszające się
węże
POST SCRIPTUM
jak wszyscy, zafascynowany. Ale jako
malarz widział w ruchomym filmie
również zmieniające się kompozycje
obrazów, całość, na którą składają się
kolejne odsłony. Podejmował pracę
nad odzwierciedleniem sumy wizualnych
faktów, tak aby przedstawić ich
mnogość w jednym obrazie. Zakładał
przy tym, że tak właśnie musi zapisywać
się film w wyobraźni i pamięci
widza.
Uznawał, że odpowiednia kompozycja
malarska może być źródłem
ruchu. Krzywe są dla wzroku aluzją
do sekwencji, oko podąża za nimi jak
poruszające się węże, są one wyrazem
zmienności czasu. Ale jednocześnie
czuł też odwrotnie: ruch tworzy
w przestrzeni krzywe linie i łuki oraz
inne specyficzne formy, istniejące
tylko przez mgnienie oka, ale w tym
krótkim czasie rzeczywiste i możliwe
do uchwycenia.
Zafascynował go widok pasierbicy,
małej dziewczynki, która w zabawie
monotonnie i bez końca
odbijała piłeczkę. Widział swym
artystycznym okiem jej trajektorię
i „ślady”, jakie zostawia w przestrzeni.
Rozpoczął odzwierciedlanie tego
na płótnie, w tym celu wyłapywał
kolejne tory i obszary pomiędzy nimi.
Nie trzeba dodawać, że zwłaszcza
u niego musiały być one kolorowe.
Na tej podstawie powstały kolejne
obrazy układające się w cykl, którego
uwieńczeniem był najsłynniejszy
jego obraz Amorfa, często nazywany
również Fugą – w ślad za utworem
muzycznym, w którym (jak czytam
w objaśnieniach) współgrają ze sobą
prowadzone jednocześnie różne linie
melodyczne. Współistniejące, lecz
niekoniecznie zgodne. Obraz ten –
dziś jedno z najcenniejszych dzieł
Muzeum Narodowego w Pradze –
traktowany jest jako szczytowe osiągnięcie
w stworzeniu abstrakcjonizmu.
Po przejściu przez prezentację
całej drogi twórczej Franitška Kupki
– ukazanej w dużej ekspozycji w galerii
Kampa – nietrudno ją zrozumieć.
I nie sposób się nią nie zachwycić.
Abstrakcja pozostaje dla niewprawionych
widzów czymś absolutnie niekonkretnym.
Ale czy konkretem jest
tylko to, co dla nas znane i zrozumiałe?
František Kupka dokonał przełomu
w światowym malarstwie – ukazał
kształt i piękno czegoś pozornie
nieistniejącego. Dziś już nas to tak
bardzo nie dziwi, ale tamte odkrycia
miały przecież miejsce dobre sto lat
temu. I choć dotyczyły nierzeczywistości
– stworzyły ogromnie ważną
jakość naszej rzeczywistości. Mówią
znawcy, że jeśli sztuka ośmieli nasze
oko do zobaczenia tego, co niewidzialne,
to uda się nam dostrzec
głębszy sens życia. A zarazem przygotuje
nas do przekroczenia barier
i dalszego odkrywania nieziemskiego
świata. [DW]
DANIEL WÓJTOWICZ
POST SCRIPTUM
61
OSWAJANIE
powiedz że sobie radzisz
PRZEPOWIEDNIA
stare drzewa nucą
pieśń żałobną
noc przychodzi za szybko
ciemność gryzie jak dym
z ogniska
śmierć buduje gniazda
pod niebem które zapomniało
jak się modlić
do ciszy wciąż za daleko
do śmierci za blisko
obiecałam że zostanę
do ostatniej brzozy
do ostatniego niczyjego pióra
że na swoim brzegu dzielisz
pamięć na białe i czarne ziarna
że oswajasz sny
jeszcze się nie przyzwyczaiłam
do tej nowej ciszy
nie zdążyłam Ci powiedzieć
że zatrzymałam dla ciebie
moje białe ptaki
pod ciepłym naskórkiem ziemi
wylęga się oddech lasu
który zawsze rozumie
dociera do ostatniej warstwy skóry
którą spala na popiół
ale nie ma się czego bać
noc nie pyta nas o zgodę
kiedy umiera
MAGDALENA ŁUBKOWSKA
KIEDYŚ BYŁO TU NIEBO
kiedyś było tu niebo
sen wisiał nad lasem
cisza snuła się na białych skrzydłach
na osieroconym brzegu
wylęgały się ptaki o czarnych
oczach
małe księżyce dogasały
w wierzbowych dłoniach
ostatnie kawałki zmierzchu
odpadły dawno temu
wiatr rozgonił je poza horyzont
kiedyś było tu niebo
i sen gęsty jak krew
62
POST SCRIPTUM
Ilustracja: Renata Cygan
POST SCRIPTUM
63
Uciec z krainy przypadku
64
– Bo nie chodziło o takie zwykłe sprzątanie.
U nas nigdy sprzątanie nie jest normalne. Teraz
trochę się to uspokoiło, ale w najgorszych
momentach co dwa tygodnie Ania urządzała
generalne sprzątanie mieszkania – tłumaczy
Franek.
– Z reguły zajmowało cały weekend, od piątku
do niedzieli. Prawie nie jadła. I prawie nie
spała. Szorowała podłogę metr po metrze.
Kiedy nie dawała już rady, pokładała się na
właśnie wyczyszczonym kawałku, przysypiała
na godzinę, dwie, a potem wracała do
sprzątania. Na początku próbowałem jej tłumaczyć,
że to nie ma sensu, że ona po takim
weekendzie jest wyczerpana, że można byłoby
to zrobić szybciej i równie skutecznie.
Nie słuchała mnie. Potem zrozumiałem, że
logika nie ma tu nic do rzeczy, w OCD chodzi
o lęk, emocje, a nie o racjonalne myślenie.
Pranie zresztą też nie wygląda normalnie
w wykonaniu Ani. Najpierw wkład z worka
na śmieci pierze się raz, potem pierze się pusta
pralka, a potem ten już wyprany wkład
trafia ponownie do pralki. Dopiero wtedy
można zająć się suszeniem. W naszym domu
ciągle leje się woda. Wilgoć w łazience jest
nie do wytrzymania, musieliśmy przeprowadzić
remont, bo pojawił się grzyb i nasze córki
dostały alergii. O tym, ile płacimy za prąd
czy wodę, nie muszę chyba wspominać. Popytałem,
sprawdziłem i wyszło na to, że rachunki
mamy wyższe średnio trzykrotnie od
tych, które płacą inne rodziny.
Z książki Lękowi Arkadiusza Lorenca
POST SCRIPTUM
Początek roku. To może być ten czas. Początek nowej
pracy. Sesja egzaminacyjna. Przygotowania do ślubu.
Przeprowadzka. Wizyta u teściów. Okoliczności
jest wiele i wszystkie one mogą wywoływać lęk. Taki początek
roku, rodzą się obawy, jak to będzie, ile zyskam,
ile stracę, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem. Jakoś
pójdzie, ale po sztywno ustalonej trasie raczej nigdy. Nie
da się ukryć, w naszych wyborach, drogach życiowych
często szukamy poczucia bezpieczeństwa, powtarzalności,
rutyny. To pozwala na zminimalizowanie lęku. Dzisiejsze
czasy mogą generować jednak mnóstwo zdarzeń losowych,
których nijak nie da się zaplanować. Tam, gdzie
wkrada się przypadek, wkrada się również lęk. Jak więc
uciec z krainy przypadku?
Lęk istnieje w życiu człowieka od samego początku.
Kwilące niemowlę nie kryje swego zaskoczenia, musi się
oswoić z nową rzeczywistością. Małe dziecko boi się zostać
samo w mieszkaniu. Nastolatek ma obawy, czy rówieśnicy
go zaakceptują. Dorosły człowiek boi się, czy
poradzi sobie w życiu. Dobrze, gdy mamy nad nim kontrolę.
Gorzej, jeśli to lęk bierze górę. Dużo w tym zakresie
zmieniła pandemia, temat zaburzeń psychicznych stał
się obecny w debacie publicznej, już mniejsza o to na ile
obecny jest na tę chwilę. Od przyszłego roku szkolnego
ma się pojawić nowy przedmiot, na razie nieobowiązkowy.
Edukacja zdrowotna będzie też dotyczyć zdrowia
psychicznego, mam nadzieję, że autorzy nie zapomną
wspomnieć o zaburzeniach lękowych, bo jak wynika ze
statystyk, to problem nawet poważniejszy od depresji.
Siłą rzeczy na rynku wydawniczym wychodzą coraz to
nowsze publikacje na temat zdrowia psychicznego, zaburzeń
psychicznych, metod, jak sobie radzić z problemami
o podłożu psychicznym. Już całkowicie inna kwestia,
na ile z tego dobra korzystamy, a jestem zdania, że
powinniśmy korzystać, bo świadomość, jak dbać o zdrowie
psychiczne, może być pomocna, aby samemu trwać
w dobrym stanie fizycznym i psychicznym. Jako że oprócz
depresji nasila się w społeczeństwie problem z zaburzeniami
lękowymi, fobiami, atakami paniki, postanowiłem
sprawdzić, co w trawie piszczy. Natrafiłem na niebywale
Agnieszka Jelonek,
Koniec świata, umyj
okna, Wydawnictwo
Cyranka, Warszawa
2020.
Arkadiusz Lorenc.
Lękowi. Osobiste
historie zaburzeń,
Wydawnictwo
Prószyński Media,
Warszawa 2024.
atrakcyjną pozycję. Lękowi Arkadiusza Lorenca – reportaż
przybliżający czytelnikom różne odmiany lęku. Bohaterowie
opowiadają o tym, co przysparza im w życiu największe
trudności. Może to być lęk związany z byciem osobą
współuzależnioną, mutyzm (blokada przed mówieniem),
zaburzenia obsesyjno-kompulsywne (OCD), agorafobia,
arachnofobia, strach przed służbą zdrowia (w Polsce chyba
dość częsty) czy nawet pewnie dość rzadko spotykany
lęk przed wysokimi budynkami, czy ogólnie mówiąc, architekturą
miejską. Nie będę streszczał historii, wszystkie
z nich zawierają jakiś walor edukacyjny oraz rozwijają
nasze zrozumienie na te zagadnienia.
Dlaczego Arkadiusz Lorenc zajął się tematem lęku? Otóż
sam cierpi na zespół lęku uogólnionego. To zaburzenie
jest niezwykle uporczywe, bowiem napięcie sączy się
przez cały dzień, bywa i jest wyczerpujące. O swoich doświadczeniach
Lorenc pisze we wstępie. Doceniam fakt,
że w tej książce w ogóle jest wstęp. Nie wszystkie publikacje
tego typu mogą się takim wstępem poszczycić.
Jest co prawda tutaj trochę chaosu, zarówno jeśli chodzi
o wstęp, jak i dobór wątków, ale można to autorowi wybaczyć.
Zastanawiam się, na ile dobrym wyborem była
prezentacja Juliana Tuwima w kontekście agorafobii,
na którą cierpiał przez całe życie. Pozostawiam ocenę
czytelnikom.
W książce Lorenca kwestia lęku została wrzucona
w szersze zagadnienie zdrowia psychicznego. Jest tu między
innymi mowa o bolączkach polskiej służby zdrowia,
asystentach zdrowia czy wreszcie zaburzeniach depresyjnych,
które są ściśle powiązane z lękiem. Osobiście wybrałbym
inny tytuł, bo w Lękowych nie tylko jest mowa
o lęku. Jest to jakieś mniej lub bardziej świadome wprowadzenie
w błąd. Kryzys psychiczny to również lęk, ale
składowych jest tu jednak znacznie więcej. Poza tym
pojawiają się na marginesie bolące uproszczenia, chociażby
takie, że temat depresji został już przepracowany.
Jako osoba lecząca się na depresję już piąty rok pragnę
zauważyć, że depresja ciągle straszy i dalej nie za wiele
o niej w mediach.
Lęk dotyczy ważnego zagadnienia norm społecznych.
Na ile jesteśmy w stanie coś wyrazić? Czy jest to dla nas
upokarzające? No i czy otwarcie się przed innymi ze swoim
lękiem przyniosłoby ukojenie? Nie każdy niestety jest
pełen empatii i zrozumienia. A w gruncie rzeczy od tego
zależy proces zdrowienia. To nie tylko farmakoterapia
oraz psychoterapia, lecz także świadomość istnienia problemu
w najbliższym otoczeniu. Alicja czuje się niezrozumiana.
Mąż traktuje jej lęki jak fanaberie. Agnieszka
Jelonek w książce Koniec świata, umyj okna ustami Alicji
przenosi nas do chorobliwego świata urojeń i wyobrażeń.
Podejrzewam, że osoby zmagające się z lękami lepiej
zrozumieją prozę Jelonek.
Alicja ma męża, z którym zresztą się rozwodzi. Przez całe
swoje dotychczasowe życie czuła się pomijana, zostawiona
sama sobie, w końcu również zostawiona przez męża,
który miał coś do „zrobienia” w innej kobiecie. Poruszony
jest w tej krótkiej opowieści motyw braku kontroli. Kiedy
traci się kontrolę, traci się coś bardzo pierwotnego, czyli
poczucie sensu. Zaburzenia psychiczne odbierają sens,
dlatego są tak straszne, dlatego też dochodzenie do siebie
po kryzysie jest tak długie. Budowanie na powrót piramidy
potrzeb i celów wymaga czasu. Ludzie „zdrowi”
nie są w stanie tak łatwo tego pojąć. Takie przesłanie,
przynajmniej dla mnie, niesie pisanie Agnieszki Jelonek.
Jelonek nie zapomina wspomnieć o tym, że farmakoterapia
czasem jest niezbędna, ale niesie ona również za
sobą skutki uboczne, nierzadko wpływające na codzienne
funkcjonowanie, takie jak chociażby senność, zawroty
głowy, przybieranie na wadze. Ataki paniki, przez niektórych
postrzegane jako wytwór fantazji, to umieranie
za życia, a kto chce umierać? Kto chce mieć duszności,
zimne poty? Literatura w wykonaniu Jelonek jest nieco
chaotyczna, ale przecież takie właśnie są ataki paniki,
pełne chaosu i braku kontroli – próbują być odpowiedzią
na niezrozumienie ze strony świata.
Może w końcu znajdziemy stabilizację i uciekniemy
z krainy przypadku… [RK]
ROBERT KNAPIK
POST SCRIPTUM
65
Obraz: Iwona Wojewoda
66
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
67
R e n a t a S z p u n a r
TIGANI
Drogą z Githionu, przedzierającą się przełęczą
Langada przez potężne góry Tajget, wjeżdżam na
niezwykły półwysep Mesa Mani. To siódma wyprawa
na te tereny. Zmieniam zamiary plenerowe, bo niebo
chmurzy się i wieje sztormowy wiatr. Nic nie przebiega
zgodnie z moim planem. W tę pierwszą manijską noc,
a potem i dzień, pada nieustający deszcz. Przygasa kolor
Grecji pozbawionej słońca. Wymowa pejzażu nabiera innych
wartości, innego ciężaru. Surowe kamienne budowle,
opuszczone ruiny domów, skupiska mieszkalnych wież
oraz wypalona słońcem i pożarami ziemia w perłowym
świetle mglistego dnia przywołują klimat melancholii
szarych filmów Teo Angelopoulosa. Inny niż w turystycznych
folderach portret Grecji, który mówi o przemijaniu,
nietrwałości, metafizycznej tęsknocie i efemerycznym
pięknie…
68
POST SCRIPTUM
Jeden z jeszcze niezadeptanych przez turystów skarbów
czeka na mnie w ukryciu, w niezmąconej niczym monumentalnej
samotności, na końcu niewyraźnej ścieżki,
która prowadzi wśród skał cyplem wysuniętym daleko
w morze.
Droga na Tigani ukryta jest w gąszczu wielu podobnych,
które wiją się pomiędzy kamiennymi murami i dzikimi
oliwkami. Zwykle nie zagląda tu nikt prócz paru miejscowych.
Zresztą niełatwo tu trafić. Mam wyrytą w pamięci
mapę tego miejsca: charakterystyczne cechy terenu, zabudowę
mieszkalnych wież, zarośla opuncji, przy których
trzeba skręcić w prawo, a za murkiem z kamieni w lewo.
Wszystko jest tu takie samo jak zawsze.
Rozbijam namiot na niewielkim, płaskim poletku, nieco
uprzątniętym z kamieni i zarośniętym suchą trawą,
u stóp opuszczonej osady Agia Kiriaki. W prześwicie
między karłowatymi oliwkami, w dali, wyłania się jeden
z najbardziej dla mnie magicznych widoków Grecji.
Wraz z nastaniem zmierzchu zza ciemnych wież osady
wstaje ogromny, czerwony, październikowy księżyc
w pełni. Przesuwa się szybko po niebie i niknie na długie
chwile wśród coraz gęściej nadciągających chmur. Na odległym
północnym horyzoncie mrugają światła Kalamaty
jak gwiazdy na niebach van Gogha. Emocje wywołane atmosferą
tego miejsca odganiają mój sen…
W pewnym momencie przychodzi to, co nieodłącznie
towarzyszy manijskim nocom. Ciszę gęstej ciemności rozdziera
przeraźliwe wycie, które przechodzi w żałosne zawodzenie
i przejmujący dreszczem jęk. Pierwszy odzywa
się daleko na zachodzie, na aksamitnie czarnej, wysokiej
skale, która urywa się przepaścią
w głębiny Morza Egejskiego,
gdzieś nad rybacką wioską
Gerolimenas. Po chwili odpowiadają
mu inne, rozlegające
się ze wszystkich stron. To stada
szakali złocistych prowadzą
ze sobą ten piekielny dialog.
Noce na Mesa Mani należą do
szakali.
A kiedy nadchodzi świt i milkną
głosy nocy, ich udomowieni
dalecy kuzyni, psy myśliwskie,
idą z Manijczykami polować
na ptaki wędrowne, które zapuszczają
się w te rejony. Gdy
przychodzi jesień, zbrojni po
zęby i obwieszeni amunicją tutejsi
strzelcy przed brzaskiem
słońca ruszają na wyrytą w genach
odwieczną wendetę. Jak
kiedyś przeciw sąsiednim klanom, najeźdźcom i okrutnym
władcom, tak dziś przeciw szarym przepiórkom.
Noc jest krótka, jak często na Mani. Przed wschodem
słońca terenowe furgonetki zjeżdżają polną drogą na cypel.
Z otwartych okien ulatuje drgająca strunami rzewna
muzyka, jakby spleciona z różnych tchnień wiatru i
zmiennych nastrojów. Pełna bezkresnego żalu i gorzkiego
piękna. Jej dźwięki toną w aksamitnej ciszy, podobnie jak
nocne wycie szakali zapadło w głuche milczenie.
Tu, na Mani, wszystko, co żyje, odzywa się skargą. Wszystko
przemawia jękiem. To dziwna ziemia. Surowa i sucha
jak pustynia oczyszczenia lub miejsce ucieczki i ukrycia się
przed światem. Każdy dźwięk brzmi tu dramatem rozpaczy
jak wybuch tłumionego płaczu. Jak te manijskie żałobne
pieśni miroloi – jedyna poezja wyrosła z tych terenów,
tutejszy lament wdów po poległych w klanowych
wojnach Maniates. Tu nawet kamienie zdają się obmyte
łzami. W spiekocie palącego słońca i wszechobecnej suszy
wszystko tu budzi pragnienie wody, jakby tęsknotę do
źródła wszechrzeczy. To głęboka Lakonia, ziemia oszczędnych
w słowa…
Wychodzę z namiotu. W moim kierunku, w górę zbocza,
maszeruje tyralierą kilku strzelców z psami myszkującymi
w zaroślach. Nie słychać strzałów. Może tym razem żadna
przepiórka nie straciła życia… Po chwili odjeżdżają i znów
otacza mnie pustynna cisza blednącej nocy.
Poranek wstaje pochmurny i wilgotny, choć deszcz przestał
siąpić. Z dziewięcioletnim synem pakujemy sprzęt fotograficzny,
kamerę i szkicowniki, do plecaka bierzemy kawał
chleba, konserwę, zapas wody. Wyprawiamy się na najbardziej
suchy skrawek Peloponezu – na Tigani, Patelnię.
Kiedy bywałam tu późnym latem lub wiosną, tę eskapadę
planowałam u schyłku dnia, kiedy upał dawał się mniej we
znaki. Dziś mamy przed sobą cały październikowy dzień.
Kamienistą drogą wiodącą na północ schodzimy w stronę
morza. Szybko oddalamy się od opuszczonych wież
mieszkalnych Agia Kiriaki. Mijamy ostatnie karłowate
oliwki i wychodzimy na pustą przestrzeń. Tuż obok
zardzewiałego drogowskazu odchodzi w lewo ścieżka do
kościółka Agia Panagia. Dalej, po prawej stronie, stoi grupa
kilku solidnych, marmurowych grobowców. Trudno
mi wyobrazić sobie miejsce na wieczny spoczynek bliższe
nieskończoności i nieśmiertelności... W tym miejscu bita
polna droga kończy się.
Teraz wchodzimy na niewyraźną ścieżkę wśród ostrych
i chropawych kamieni. Widać już cel wędrówki. Wydaje
się bliski, lecz z doświadczenia wiem, że to złudzenie.
To miejsce ma swoją przedziwną perspektywę. Forteca,
która wieńczy cypel, wyrasta cyklopim murem wysoko,
69
POST SCRIPTUM
co stwarza wrażenie jej bliskości, ale trzeba całej godziny,
by szybkim marszem pokonać tę drogę. Stąd twierdza
jest jeszcze niewidoczna, bo zespolona z tłem w jednorodny
twór. Tylko jedna z baszt mgliście zarysowuje się
płaskim murem. Prostokąt światła wydobywa jej bryłę
spośród organicznych form.
Podobny do jęzora wielkiej jaszczurki cypel Tigani rozwija
się daleko w morze, które szturmuje tu wzburzoną falą
brzeg, uformowany z nieregularnych, ostrych zrębów.
Ten przylądek jest płaski i cały zbudowany z bezładnie
rozsypanych białych porfirów, które oślepiają odbitym
od nich blaskiem słońca. Wielkie głazy i drobne kamienie
pełne są gąbczastych porów wypłukanych przez wodę.
Biel skał gdzieniegdzie przełamuje rdzawy porost, a całą
przestrzeń przyprósza laserunek gęsto rosnących, patynowo-zielonkawych,
wiotkich bylin o długich, bezlistnych
łodygach zakończonych wielką, fioletowawą kulą kwiatu.
Teraz, w porze deszczów, flora na Mesa Mani powoli odradza
się. Z gigantycznych cebul, które przetrwały suchą
porę roku i mocno tkwią w kamienistym
gruncie, wyrastają
bujne rośliny.
70
POST SCRIPTUM
Po zejściu ze zbocza, na płaskowyżu
Patelni ścieżka co chwilę
zanika wśród skał. Ktoś wzdłuż
niej pieczołowicie ułożył z kamyczków
stożki, zwyczajem
górskich szlaków. To pomaga
nam się nie zgubić. Napotykamy
dwie nieduże, kamienne
budowle. Jedna z nich, pozbawiona
dachu, zachowała formę
czworoboku. Drugą ktoś
ostatnio zamieszkiwał, bo w jej
skromnym wnętrzu stoi proste
łóżko i widzimy kilka niezbędnych
sprzętów. Na wysuniętych
żerdziach zbutwiały, kolorowy dywan
tworzy zadaszenie, dając osłonę
przed palącym słońcem. Znaleźliśmy
pod nim schronienie przed ulewnym
deszczem, który spadł na nas gwałtownie
w drodze powrotnej.
Przed domkiem napotykamy wśród skał
jedną z „solniczek”. To uformowana w
kształcie patelni (być może też źródło
nazwy przylądka) owalna, płytka niecka
pokryta gładko oszlifowaną zaprawą
murarską i poprzegradzana niskim,
wąskim zrębem kamiennych łupków.
Na powstałe w ten sposób misy wlewano
kiedyś morską wodę, która parując,
pozostawiała bezcenną sól – główne
źródło utrzymania tutejszych mieszkańców.
Tigani kryje w sobie wiele pozostałości tych średniowiecznych
„urządzeń”. I widać nadal przy niektórych z nich
niedawne ślady użytkowania.
Zostawiamy za sobą tę tajemniczą ludzką siedzibę i szybko
zmierzamy do celu naszej wyprawy, bo pogoda jest
niepewna. Mocny wiatr przetacza przez niebo ciemne,
gęste chmurzyska. Przed nami ostatni odcinek drogi –
wspięcie się na wysoki mur obronny. Gdy wdrapujemy
się po wyślizganych kamieniach, pod nami huczy wzburzone
morze. Nie ma już nigdzie ni śladu łagodnego turkusu
wód, jest tylko nieprzenikniony błysk płynnej stali.
Odbijając w sobie niebo, głęboka morska kipiel stała się
nieprzejrzysta.
Stoję na szczycie wysokiej baszty i jak zwykle mam
poczucie swoistego szczęścia, jakie towarzyszy odkrywcy.
Być może każdy, kto tu dociera, doświadcza
tego samego. Pod warunkiem, że przyjdzie tu sam lub
z dyskretnym kompanem. Kiedy przywołuję we wspo-
mnieniach to miejsce, jest ono moim osobistym Tigani.
Jeśli możliwe jest posiadanie czegoś tylko w myślach, to
tak właśnie jest. Nie trzeba pieniędzy, by mieć klejnot.
Czego tu szukasz mój stary przyjacielu?
Po latach spędzonych w oddaleniu przybywasz
niosąc ze sobą wspomnienia,
któreś przechowywał pod obcym niebem,
z dala od swej ziemi…
Jorgos Seferis
Wracam tu za każdym razem, gdy jestem na Mesa Mani.
Patrzę na niezmienną bierność rozsypanych marmurów,
które zostały z wczesnochrześcijańskiej bazyliki. Leżą
wciąż tak samo, nieporuszone, bezcenne, liczące dziewięć
wieków kolumny, bazy, kapitele, rzeźbione w skomplikowane
ornamenty. Bezładnie opierają się o resztki murów
z wąskiej średniowiecznej cegły, spojonej zaprawą z wypalonej
czerwonej gliny. Najmniejszy i najpiękniejszy
z marmurowych kapiteli, który jeszcze niedawno leżał tu
Pod całą podłogą kościoła wbudowane były kiedyś cysterny
na wodę. Patrzą na mnie ich puste, szeroko otwarte
jamy pokryte gładką zaprawą koloru spłowiałej sepii.
Bezwodne cysterny z poezji Jorgosa Seferisa…
Kim byli ci, którzy zasiedlili kiedyś to jałowe pustkowie?…
Jaką historię przechowuje pamięć tych kamieni?…
I zdaje się nam dziwne, że mogły tu powstać
Ongiś te wszystkie domy, szałasy, owczarnie…
A nasze gody – wianki wilgotne, pierścionek –
Kryją dla nas zagadkę niewytłumaczalną.
Jakże się urodziły, okrzepły nam dzieci?
Jorgos Seferis, Nasz kraj zamknięty
***
Historia twierdzy Tigani ginie w głębokich mrokach przeszłości.
Pierwszą osadę założył tu cesarz Justynian Wielki
w VI wieku n.e., czego dowodem są znaleziska archeologiczne.
W niszach grobowych wykopano pochodzące
Historia twierdzy Tigani
ginie w głębokich mrokach
przeszłości
w kępie ostrych roślin na brzegu grobowej niszy, ostatnio
został przeniesiony do muzeum w Mistrze, razem z innymi
cennymi obiektami z tych terenów.
Gdy opisuję te wspomnienia, z lekkością wracam wyobraźnią
w to miejsce. Widzę drgające fioletowe kwiaty
szarpane przez Eola jak struny harfy. Słyszę huk rozbijających
się o cypel potężnych fal morza. Jestem wśród ruin
średniowiecznej bazyliki. Poznaję układ jej naw i absydy.
Od zachodniej strony tkwi w trawie biały kamień szerokiego
progu głównych wrót. Czuć na nim mnogość stóp
tych, co stąd odeszli i zostawili wśród traw swego Boga.
Ostatnia z kolumn stoi samotnie w niewielkim oddaleniu
jak żona Lota zmieniona w słup soli. Ostatni niemy
strażnik i świadek tego miejsca. W rozsypanych ruinach
twierdzy jej jasny kolor to jedyny wertykalny akcent.
Na gładkiej powierzchni marmuru bizantyński rzeźbiarz
zostawił swój ryt – krzyż obwiedziony podwójną linią. Teraz
ta kolumna jest jak dzwonnica świątyni.
Cały teren Tigani poprzerastany jest mocnymi, suchymi
i kłującymi kępami roślin. Dzikie gatunki bylin splątanych
w nierozerwalne węzły wykorzystują tu każdy skrawek
gleby. Wczepiają się mocnymi korzeniami w ruiny murów,
kamienie, cysterny. Idąc, trącam suche gałązki i powietrze
wypełnia natychmiast odurzająca woń oregano i tymianku.
z ok. 500 roku n.e. pierścionki ze złota i srebra, miedziane
klamry, naszyjniki, guziki z kości, koraliki z kolorowego
szkła i kamieni półszlachetnych, krzyże piersiowe z czarnego
steatytu i miedzi oraz kolorowe naczynia ze szkła.
Rozległa fortyfikacja powstała tu później, w XIII wieku.
Wzniósł ją frankoński baron William II de Villehardouin,
władca Księstwa Achai, zwanego Moreą (równocześnie
z fortami w Mistrze i Monemvassi oraz kilkoma innymi),
by z wysokości jej baszt trzymać w karbach całe zachodnie
Mani. W 1259 roku Villehardoiun został zwyciężony przez
Bizantyńczyków odrodzonych po najeździe krzyżowców.
W ten sposób w 1261 roku Tigani wróciło do Bizancjum,
razem z zamkami w Mistrze, Monemwazji i Leuktro.
A potem, po XIII wieku, gród przejęli kolejni najeźdźcy
– plemiona Melingów. Krnąbrni, wąsaci Słowianie zamieszkujący
góry Tajget, po których do dziś zostały ślady
w postaci nazw górskich strumieni i ustroni, w niebieskich
oczach współczesnych Manijczyków i jasnych warkoczach
Manijek.
Na koniec, w XV wieku, bastion padł pod naporem Imperium
Osmańskiego, by stać się przyczółkiem jego
władzy na buntowniczym, niezależnym Mani. Opowieść
o warowni na Tigani urywa się nagle. Po 1570 roku ludzie
opuszczają ją zupełnie i bezpowrotnie, najpewniej z powodu
trzęsienia ziemi.
71
POST SCRIPTUM
Ostatecznie zwyciężyła natura: wybujałe kępy dzikiego
oregano i tymianku, które u schyłku dnia, gdy paląca
kula słońca przepada w mrocznej toni Morza Egejskiego,
odurzającą wonią otulają ruiny do wiecznego snu.
To one są zapachem tutejszej gleby, która wiąże w jedną
bryłę różne zamysły tych, co przez wieki przybywali tu
w odmiennych celach. Są aromatem ziemi uformowanej
ze skruszonych przez historię cyklopich głazów, murów,
fundamentów i cystern, z misternych, bizantyńskich marmurowych
zdobień, frankońskich krzyży i herbów, sprószonych
pyłem gliny z wąskich średniowiecznych cegieł
i zaprawy w barwie ochry.
Ślady na kamieniach, znaki – kto zostawił…? Krzyż na
kolumnie przetrwał cztery wieki w niewoli osmańskiego
imperium, a finezyjne liście akantu na zwalonym kapitelu
przenoszą nas w jeszcze bardziej odległy czas…
***
Tigani smaga porywisty północny wiatr, mityczny Boreasz.
Potężny Tajget, otaczający ją od wschodu, na chwilę
wynurza się i znów niknie w morzu niskich, stalowych
chmur. Rozświetlone gdzieniegdzie połacie ziemi grają
przez krótkie chwile dźwiękami koloru. Morze jest ciem-
72
POST SCRIPTUM
ne, groźne, czasem błyśnie jedynie zbłąkanym odbitym
promieniem. Jakby na jego tafli ktoś rozsypał sznur pereł.
Mogłabym tu trwać i trwać… bez końca… To magiczne
miejsce pochłania bez reszty. Jest ziemią, materią świata
– a jednocześnie nią nie jest... Teraz martwe, wyschnięte,
porzucone... Jest strzępem lądu oddanym żywiołowi morza.
Samą przestrzenią, w której wszelki szczegół zatarł się
i scalił. Zostało światłem, powietrzem, wichrem, chmurami,
deszczem, ogniem błyskawic, a jednocześnie skałami,
niebem, wodą i słońcem. Miejscem przechodzenia jednych
w drugie. Splątaniem żywiołów Empedoklesa…
Mały i jakby przypadkowy szczegół, który zostawiła tu
ludzka przemyślność – ruiny tajemniczej, romantycznej
twierdzy – są tylko drobnym kontrapunktem dla zwichrzonych
form życia. Miejscem chwilowego zatrzymania
wzroku. Akcentem, którego potrzebuje rozległy, ekspresyjny
pejzaż, by określić miarę rzeczy.
Trzeba stąd odejść, ale tylko na chwilę. Takie miejsca wędrują
ze mną wszędzie, poza wszelkie granice przestrzeni,
wraz z wiernością pamięci… [RS]
RENATA SZPUNAR
Esej pochodzi ze zbioru „Podróż na Cyterę” (2012-25)
Fotografia i szkic węglem na papierze – Renata Szpunar (2019)
Reprodukcje obrazów – Renata Szpunar „Tigani”, akryl/płótno,150x200 cm
(2012); „Το κενο” („Pustka”), akryl/płótno, 160x230 cm (2016)
NOWOŚCI WYDAWNICZE
TO WIEM
nie wiem co się kłębi w twojej głowie
pomóż mi
takt po takcie zamienimy świat w uśmiech
siedzisz na krześle wpatrzony
stopy ogrzewasz przy kaloryferze
zapewne słyszysz stukanie - dobry duszek puka
do ścian
czekam na krzyk
wiem o zamkniętych ustach
czekam na łzy
wiem o wezbranych kroplach
o geście jak zamurowanym
wiem
gdy nie wychodzisz do kuchni do gościnnego
pokoju
a w twoim nie mruga światło
to wiem
A TO NIE TAK
znikasz we łzach
a to nie tak
nie są kroplami deszczu
dokąd błądzisz siedząc samotnie w
pokoju
przytknij do szyby nos
spójrz
ja ze swych dłoni układam ci serce
otwórz okno
daj światu wiarę
to po twojej stronie jest klamka
NIEDOWIERZANIE
uśmiechasz się i śmieje się świat
nie znikasz
tak przyszło żyć
jak to czynisz że serce nadąża
bajka
pomieszanie kształtów
poetom brakuje słów
niedowierzanie
wrzucone słowo
odezwie się tym samym słowem
Anna Buchalska
O POEZJI CHWILI I CODZIENNOŚCI
Do jutra to zbiór Anny Buchalskiej, który
ukazuje piękno ukryte w codzienności.
Autorka prowadzi czytelnika przez
znane każdemu obrazy – drobne gesty,
ulotne chwile, niedopowiedzenia
– przypominając, że te tylko z pozoru
nieistotne momenty pozostawiają najtrwalsze
ślady w pamięci, bo „(…) jakich
kolorów używamy / w takich będą nas wspominać”.
Sam tytuł brzmi jak zobowiązanie: by trwać, by pomimo lęku i wątpliwości
czekać na kolejny dzień. Jednocześnie jest zaproszeniem do
spojrzenia w przyszłość z nadzieją, przy równoczesnym zaakceptowaniu
uroków i trudów teraźniejszości.
Buchalska pisze dla tych, którzy chcą przystanąć i wsłuchać się
w otaczające dźwięki, na przykład w stukanie niewidzialnego dobrego
duszka, w szelest mrówki chodzącej po barierce balkonu czy
w odgłos spadających na podłogę okruszków ciastka „z ciasta kruchego”.
W swojej refleksyjnej poezji stara się zrozumieć świat i siebie,
wykorzystuje do tego drobne, a jednak znaczące obrazy, które
budują niezwykły (często intymny) pejzaż dnia.
Jej wiersze zachęcają do refleksji nad istotą postrzegania świata „po
swojemu”. Przypominają, że „sztuką jest patrzeć i widzieć”. Prowadzą
nas przez bolesne i radosne doświadczenia, które zatrzymują się
w łzie, „co nie mieści się pod powieką”. Poetka namawia do odkrywania
własnej wersji rzeczywistości, by każdy mógł uchwycić to, co
zwykle wydaje się nieuchwytne, bowiem – jak zauważa – „potrafimy
pragnieniami dosięgnąć kilometrów / czasem na centymetr nie posiadając
nic”.
Opisuje życie – zarówno codzienne sytuacje, jak i ukryte w nich znaczenia.
Dzięki temu odkrywamy sens w mało ważnych rzeczach –
w zapomnianym przepisie na jabłecznik, w zegarach wybijających
godzinę czy w szmacianej lalce. Za pomocą metafor opowiada o doświadczeniach
wpisanych w życie. Porusza temat granic ludzkiego
odczuwania. Jakie tajemnice zatrzymujemy tylko dla siebie? Co tracimy,
a co zyskujemy, gdy konfrontujemy się z pozornym „nic”, które
czasem okazuje się wszystkim?
Zaprasza do zmierzenia się z uczuciami, które często skrywamy. Pokazuje,
że to właśnie one mogą prowadzić do prawdy o nas samych,
do odpowiedzi na pytanie „jak ma poradzić sobie człowiek / aby zasnąć
i obudzić się człowiekiem”. W twórczości Buchalskiej jest miejsce
na pokrzepienie, smutek, szczęście i empatię – emocje pozwalające
zrozumieć sens naszej egzystencji. Poetka ukazuje czar przemijania:
motyla, który ucieka z dłoni, wyblakłych portretów na ścianie, ulotnych
chwil, które pozostają w nas w formie wspomnień. To wędrówka
poprzez teraźniejszość pełną pytań o trwałość bądź kruchość życia,
o sens lub jego brak, połączona jednocześnie z radą: „najlepszy czas
zachowaj w garści / a co złe przesiewaj przez palce”.
Anna Buchalska zachęca, byśmy spojrzeli w głąb siebie i z wdzięcznością
docenili to, co mamy – choćby tylko przez ułamek sekundy. Jej
wiersze kryją w sobie ogromną siłę, a sam zbiór na pewno pozostanie
z nami na długo, jak ciche „do jutra” w codziennym pożegnaniu. [IZ]
Izabela Zubko 73
POST SCRIPTUM
DAĆ ŚWIADECTWO
C Z E S ł A W M A R K I E W I C Z
Z
czasów, kiedy w moim czasie
pewien „poeta przeklęty”
określał, jaki powinien być
koniec poezji, pamiętam, że nosiliśmy
jego podobiznę w klapach obowiązkowych
marynarek szkolnych.
Konkretnie marynarki były licealne,
a w czasowniku „nosiliśmy” ukrywa
się dwóch osobników (konkretnie
nas), którzy z powodu braku pieniędzy
kradli tomiki poetyckie z księgarń
albo przepisywali te wypożyczone
z biblioteki (głównie tzw. klasykę:
Cendrars, Baudelaire, Rimbaud, Aragon,
Éluard itp., popaprańcy „dający
świadectwo”). Wzmiankowany
poeta nazywał się (oczywiście) Rafał
Wojaczek. Z jego wizji „końca”
najbardziej trafiał do naszej świadomości,
której za żadną cholerę nie
nazwalibyśmy jeszcze „społeczną”,
wyimek: „koniec poezji winien być
niegramatyczny”. Pytanie – czy noszenie
zdjęcia poety w klapie marynarki
było wyrazem czegokolwiek
bardziej zewnętrznego niż fascynacja
„nieprzystosowaniem”, tęsknotą za
przeciwstawieniem się ustalonemu
raz na zawsze jakiemuś tam „porządkowi”
czy w ogóle przejęciem się jakimiś
„igraszkami”, nawet z kompletnie
„aspołeczną” śmiercią – odłożyło
się w czasie, jakby samo z siebie, bo
przecież kiedy ma się naście lat, czas
jest kategorią całkiem abstrakcyjną.
Ale po 1976 roku, kiedy w poezji
polskiej pojawiły się widoczne i czytelne
ślady „dawania świadectwa”,
elektryzowały już nieco bardziej
„społeczne” cytacje, choćby: „w fabrykach
udajemy smutnych rewolucjonistów”,
„podtrzymując radosne
pozory trwania pochodu” czy „my
wiemy, co zrobiono z naszymi meblami,
z naszych mebli wymeblowano
mównice” – nawet jeśli tego typu
„świadectwa” pojawiały się oficjalnie,
tzn. w oficjalnie wydawanych
tomikach. Wtedy mogliśmy tylko
podejrzewać, dziś już wiemy, że owa
„oficjalność” była radością garstki
fascynatów i w sensie społecznym
nie miała wpływu na nastroje (społeczne).
Zresztą już wtedy „zmęczenie
literatury” dawało o sobie znać
i nurt nowofalowy przepoczwarzał
się przecież w strumienie nowej prywatności
(z całym dobrodziejstwem
„głębokiego baroku”, „wczesnego
Miłosza”, symbolistów francuskich).
Nie pomogły odwołania Nowej Fali
czy nawet podpieranie się kosturem
paradygmatu romantycznego (wystarczy
przypomnieć Knebel i słowo
Barańczaka). Niemniej lata 70. dla
osobników kradnących tomiki poetyckie
były zgoła ostatnimi, kiedy
kradło się tomiki poetyckie .
Ale był „magiczny” 1980 rok. Wszystkie
znaki na ziemi i niebie wieszczyły,
że to może być „złoty czas” dla poezji
przede wszystkim, a dla prozy w
szczególności, wszak „działo się”, i to
niemal tyle, że mógł powstać jakiś
stosowny Popiół i diament, jacyś Kolumbowie
z adekwatnym kwantyfikatorem
daty urodzenia; abstrahując
od tego, czy owe popioły czy nawet
diamenty mogłyby być czytelne poza
obrębem języka polskiego ze wszechobecnym
truchłem romantycznie
cudnych klęsk. Działo się niby, jak
w odwrocie napoleońskim czy odsieczy
wiedeńskiej. Nawet bez szyderstwa
czy choćby żartobliwego
traktowania literatury, to tu, u nas,
nad Wisłą i Odrą, Wartą i Notecią,
rysowała się kanwa dla literatury
wielkiej, już być może europejskiej,
bo przecież „rozwalaliśmy” SYSTEM.
System, który wydał na świat (á rebours)
dzieła Sołżenicyna, Brodskiego,
Kundery, Kertésza i (poniekąd) naszą
Miazgę. Ano właśnie! Nie wdając się
w głębsze analizy, Andrzejewskiemu,
niejako po raz drugi, udało się złapać
na gorącym uczynku coś, co zdarzyło
się dużo wcześniej przed drzwiami
carskiej komnaty niejakiemu Kordianowi
czy to, co przydarzyło się niejakiemu
Maćkowi na śmietniku bądź
w pokoju hotelowym (w zależności
od interpretacji). Przy okazji – to bardzo
symptomatyczne, że na Miazgę
wszyscy czekali; oficjalne fragmenty
w „Twórczości” były zaczytywane
a nieoficjalna całość – rozchwytywana.
Po 1989 roku Miazga kończyła zapomniana
albo odkładana tuż przed
ślubem niby głównych bohaterów.
Dlaczego? To kontrapunktowe pytanie
musi pozostać bez odpowiedzi.
Ale na pewno nie rynek czy pauperyzacja
literatury są głównymi winowajcami
końca… tej miazgi.
Być może to brak koniecznego dystansu
(ponoć nasza plemienna przypadłość)
spowodował, że trzeba ciągle
czekać na nasze, polskie świadectwo
naszego, polskiego przełomu,
który bez cienia wątpliwości, jeśli
nie był iskrą rewolucji, to na pewno
zainspirował w jakiś sposób, jeśli nie
społeczeństwa, to na pewno elity nie
tylko wschodniej części Europy, ale
– jak się wkrótce okazało – także zachodnią
część byłego imperium zła.
Tak bowiem chyba należy traktować
choćby powieść poenerdowskiego
Reinharda Jirgla Niedopełnieni; powieść,
w której przewartościowała
się swoiście antypowieściowo cała
degrengolada nieporozumień wokół
tzw. wypędzenia. Niemniej i ta
książka, choć tłumaczona na język
74
POST SCRIPTUM
polski, nie zrobiła wrażenia na szerokiej
publiczności literackiej, aczkolwiek
została zauważona przez
międzynarodowych jurorów polskiej
nagrody Silesius. Być może (znowu)
zbyt łatwo męczą nas powszechnie
ważkie tematy. Casus Kaczmarskiego,
wziętego barda rewolucji, niemal
tak popularnego jak dziś autorzy
rzutkich piosenek o miłości, jest bolesny
na tyle, na ile wyjaśnia nasze
powierzchowne przywiązanie do tu
i teraz, chociaż późniejsza, już świecka
twórczość Kaczmarskiego (tekstowa
głównie), w znaczeniu rzecz jasna
nie sakralnym, lecz rewolucyjnym,
(choćby poetyckie dialektyzowanie
postu z karnawałem), mogła dotrzeć
do zazwyczaj uniwersalnie usposobionego
zachodnioeuropejskiego
czytelnika sensu stricto. Zaskakuje
w tym kontekście recepcja twórczości
Gombrowicza – po prawdzie
bardzo, nawet w pewnym nonsensie
zaściankowo polskiego. Bo już proza
Schulza, to znaczy jej salonowa popularność
na Zachodzie, wcale nie
dziwi, bo w prostej, zrozumiałej konduicie
świetnie „daje świadectwo”
tym samym lękom, które wcześniej
zidentyfikował Kafka, a później Beckett.
Innych autorów na tym pułapie
kontynuacji europejskiej czy światowej
percepcji literatury totalnej
we współczesnej literaturze polskiej
nie ma (poza poetyckimi erupcjami
uniwersalizmów Miłosza i Szymborskiej);
i rzecz chyba nie w promocji
czy aktywności tłumaczy, bo Stasiuk,
Tokarczuk, Dehnel a nawet Masłowska
nie są mniej krzywdzeni niż czeski
Topol czy rosyjski Pielewin.
Jest jednak ogromna różnica między
„dawaniem świadectwa” przez tych
ostatnich a tym, co proponują światu
Stasiuk i Tokarczuk. Topol, choćby
w Siostrze, uderza w europejski ton
bez żadnych kompleksów, mając w
odwodzie porażająco nośną prozę
czeskich geniuszy (Hrabala, Čapka,
Pavla, Haška), przy czym jednocześnie
czuć tam posmak Kundery. Topol
radzi sobie świetnie z przewartościowaniami
1968 roku (choćby
w Nocnej pracy) – oszczędza sprawstwo
nieumyślne najeźdźców, nie
popadając w łatwą propagandowo
martyrologię. W naszym „świadectwie”
(polskim – czytaj Stasiuk, Tokarczuk,
a nade wszystko Masłowska),
ciągle pokutują klęska, upadek,
niemoc i duch jakiś romantyczny;
wszystko to razem kompletnie nieczytelne
z pozycji przechadzającego
się po bulwarach nad Renem Holendra,
Niemca czy Francuza. Ale
czy o to chodzi, żeby przekonywać
o swoim świadectwie kogokolwiek
w Europie i na świecie, skoro mamy
na podorędziu niezmiennie od stuleci
kanonicznego Sienkiewicza
i uświęconego Mickiewicza? Na marginesie,
nikogo z polskich pisarzy niczego
nie nauczył fenomen popularności
w świecie Chłopów Reymonta,
gdzie ważniejsza jest zazdrość Antka
niż przeszłość powstańcza Boryny,
chociaż prawdziwej polskości Chłopom,
jako żywo, nikt ze zdrowym
rozsądkiem nie odbierze.
Pielewin z kolei tylko jedną powieścią
(Empire V) rozprawił się z „systemem”,
paradoksalnie przeciwstawiając
tamtemu z sierpem wbitym
w głowę ponowoczesny system korporacyjny,
równie krwawy, chociaż
śladu krwi w płynnym świecie via
Bauman tu nie ma (jeśli nie liczyć
drobnych kropel po systemowym
ukąszeniu korporacyjnych wampirów).
Czego więc brakuje polskim
POST SCRIPTUM
75
Wszystkie ułomności i przypadłości
wykluczające literaturę z głównego
obiegu kultury nie są wcale współczesnymi
niepokojami.
pisarzom, aby „dać świadectwo” naszym,
nadwiślańskim kompleksom
tak, żeby zrozumieli to Europejczycy?
Pisał dawno już temu (ale po wojnie
światowej), zresztą przy okazji
analizy Podpór społeczeństwa Ibsena,
Kotarbiński: „Ta jałowość, jaka
panuje dziś w sercach, w głowach,
w literaturze, słowem, we wszystkich
czynach ludzkich, jest straszna. Nic,
nic i nic. Apatia ogólna. Ludzie czegoś
oczekują, za czymś się oglądają,
a tymczasem nudzą się najokropniej.
Potrzeba by jakiegoś straszliwego
wstrząśnienia”. Owych wstrząśnień
można by naliczyć w powojennej
historii Polski nawet kilkanaście,
a i ostatnie dwie, bodaj najbardziej
istotne dekady w historii, mogłyby
same w sobie wstrząsnąć. Rzecz
w tym, że nie polała się krew, nie
ujawnili się prawdziwi bohaterowie,
bo większość naszych bohaterów
zwyczajnie przeżyła. I co najgorsze,
z gruzu po barykadach pobudowała
drogi szybkiego ruchu, stadiony piłkarskie,
w ogóle jakąś (za przeproszeniem)
infrastrukturę. Z najbliższej
już odległości ideowej rozpoczęło się
na tych cudnych gruzach polowanie
na szmaciarzy. Ikony zamieniano na
naszych oczach w monidła. Runęły
mury, najczęściej tylko dobrego smaku.
Nowe źródło nie tryskało i ciągle
nie tryska. Tu i teraz nie istniało
jako tu i teraz. Powróciły okupacje,
powstania, walka o odzyskanie wolności
itp. itd. Nawet jeśli po stanie
wojennym jeden Bratny (na siłę) „dał
świadectwo” stanu wojennego (Rok
w trumnie), to przecież coś się na
świecie (choćby) zmieniło od tamtej
konspiracji, tamtej okupacji, tamtej
„Polski Walczącej”, co w żaden
sposób nie uprawnia do stosowania
prostego zamiennika w końcu dwudziestego
wieku. Literatura jako taka
powróciła do dziewiętnastowiecznych
imperatywów. Spora część
społeczeństwa, być może nawet
powszechność, czeka na wieszcza.
Kandydaci już są. A będzie ich coraz
więcej, dopóty Gombrowicz i Schulz
będą wpychani w niszę przez wiecznie
żywego Sienkiewicza.
W atmosferze postromantycznych
haseł i hasełek nie pociesza fakt, że
prowodyrzy społecznych świadectw
swojego czasu (a nie są to jeszcze
wieszczący pisarze) chętnie sięgają
po wersy i wersiki z Herberta, Miłosza
i rzadziej po Szymborską; nie
cieszą przydrożne banery z kawałkami
Twardowskiego. To wszystko,
włącznie z laudacjami prezesów firm
korporacyjnych wręczających nagrody
pieniężne poetom w rozlicznych
eventach (albo za przeproszeniem
konkursach literackich), in statu
nascendi potwierdza starą już hipotezę
Adorna o upadku kultury, która
jest już li tylko przemysłem kulturowym,
co przecież nie wyklucza wzruszenia
podczas czytania pojedynczego
wiersza np. starego, dobrego, najlepszego
choćby Leśmiana, którego
jednak nikt z zażywnych protagonistów
naszego czasu jakoś nie cytuje.
Wszystkie ułomności i przypadłości
wykluczające literaturę z głównego
obiegu kultury nie są wcale współczesnymi
niepokojami. Autentycznym
dramatem Słowackiego w Paryżu
był fakt, że tylko jeden drukarz
dysponował polskimi czcionkami.
Gdyby nie urok osobisty wieszcza,
któremu uległa córka tegoż drukarza,
to kto wie, czy kiedykolwiek moglibyśmy
czytać Balladynę i wynosić
na sztandary inne romantyczne niezbędniki.
Mówię o tym w kontekście
np. geniuszu jakiegoś Europejczyka,
który jako jedyny na świecie posiądzie
umiejętność takiego rozumienia
języka polskiego, że wprowadzi
do literatury powszechnej jakiegoś
młodego albo jeszcze nienarodzonego
nad Wisłą twórcę – pełniąc alegorycznie
funkcję owych ołowianych
czcionek paryskiego drukarza dzieł
Słowackiego.
Pozostaje jeszcze pytanie o potrzebę
obcowania z literaturą z pozycji
odbiorcy. Otóż z tym problemem
współcześni, głównie młodzi, głównie
poeci poradzili sobie niejako
wsobnie. Cudnie wsobnie, organizując
np. wielkie imprezy literackie, nazywane
manifestacjami, konfrontacjami
lub potyczkami, na które praktycznie
nikt nie przychodzi, ale sale
są wypełnione po brzegi, albowiem
zaprasza się nań setkę, dwie setki
piszących i sami oni dla siebie stanowią
jednocześnie twórców i odbiorców
twórczości. Nie dyskwalifikuje to
w żaden sposób obiegu literackiego
i w żaden sposób nie wróży końca
literatury. Wręcz przeciwnie – wszak
literatura jako taka bywa albo bywać
76
POST SCRIPTUM
Czesław Markiewicz
(ur. 1954 w Zielonej Górze) –
polski poeta, prozaik, krytyk
literacki. Absolwent polonistyki
w Wyższej Szkole Pedagogicznej
w Zielonej Górze,
dziennikarz radiowy. Utwory
publikował w licznych czasopismach,
jak „Poezja”, „Literatura”,
„Odra”, „Nowy Wyraz”,
„Borussia”, „Pro Arte”,
„Pro Libris”, „Integracje”, „Topos”,
„[fo:pa]”, „Wakat”.
Debiutował na łamach
„Nadodrza” w 1976 r. Rok
później wydał debiutancki
tom poetycki Modlitwa
oszukanych w słynnej serii
Pokolenie, które wstępuje.
Jest dwukrotnym laureatem
Lubuskiego Wawrzynu Literackiego
(za lata 1995 i 2020)
i dwukrotnym laureatem Nagrody
Kulturalnej Prezydenta
Miasta Zielona Góra (1992,
2004). Jego wiersze tłumaczono
m.in. na niemiecki.
musi pretensjonalna. Godzi się przypomnieć,
że na spotkania z Kafką
w Pradze (jeśli takie bywały) przychodziło
kilka osób, które zazwyczaj
wychodziły zniesmaczone. Wieszczenie
końca literatury lub cyfrowego
jej rozcapierzenia jest wołaniem na
puszczy. Jeśli ma być jakiś koniec, to
będzie to rzeczywisty koniec świata.
A ten kontekst nie podlega dyskusji
– jak kwestionowanie fizyczności
śmierci czy oniryczności życia.
Jest jeszcze kwestia zwykłej produkcji
książek., czyli zagrożenia wyparcia
papieru przez cyfrę, jak powiadają
czytelnicy ebooków. Ironizując nieco
albo całkowicie lekceważąc problem,
powiedzmy za tytułem książki,
w której dialogują Jean-Claude Cariere
z Umberto Eco: Nie myśl, że
książki znikną. Jak dodaje krytyczny
czytelnik Edwin Bendyk: „Eco i Cariere
są wielkimi bibliofilami. Księgozbiór
Włocha liczy pięćdziesiąt tysięcy
tomów, w tym ponad tysiąc starodruków
i inkunabułów. Jego francuski
rozmówca zgromadził niewiele
mniejszą bibliotekę. O czym rozmawiają?
Rzecz jasna o książkach i lekturze.
Rozmawiają z wielkim znawstwem,
rozmiłowaniem, z erudycją
i poczuciem humoru”. Najbardziej
jednak ucieszyło Bendyka to, że Eco
potwierdza jego diagnozę („Kultura
internetu nie jest przedłużeniem telewizyjnej
kultury obrazkowej, lecz
powrotem do Gutenberga i kultury
tekstu”) i dodaje: „Czytamy i piszemy
dziś więcej niż kiedykolwiek w historii.
Z tego też względu Eco nie obawia
się o przyszłość książki, bo kultura
tekstu wymaga wielu nośników.
Książka ciągle jest nośnikiem najdoskonalszym,
zarówno pod względem
estetycznym, jak i ergonomicznym.
Jest jak koło – raz wynalezione nie
zniknie”.
Z ideowego punktu widzenia dla
mnie, kradnącego epokę temu tomiki
poetyckie, najważniejszą siłą
sprawczą literatury jest jej zwykła
demiurgiczna właściwość. Oto
gdzieś pod granicą polsko-niemiecką,
w małym, nieistniejącym dla świata
Bytomiu Odrzańskim Maria Sidorska-Ryczkowska,
nikomu nieznana
nauczycielka, przez dziesięć lat pisała
książkę Stacyjka na wschodzie i zachodzie;
autorka wymyśliła sobie, że
w jej zapomnianym przez wszystkich
miasteczku bywał kiedyś ukochany
przez nią Reiner Maria Rilke. I to marzenie
linearnie rozpisała na kartach
opowieści. W ten sposób stworzyła
nie tylko fikcję, iluzję własnego snu
kulturowego, bo przy okazji wskrzesiła
inne sławne postacie bytomskie,
ale przede wszystkim stworzyła
w języku polskim ów Bytom Odrzański
– miasteczko, które zaistniało już
nie tylko administracyjnie, ale przewartościowało
się jako punkt na mapie
kulturowej.
Jeśli tę książkę przeczyta choćby jedna
osoba – czytelnik – to już jest to
dowód na to, że rozważania o końcu
literatury są dywagacjami akademickimi.
Ale oto życie, jak zwykle zresztą,
zweryfikowało powyższe supozycje.
Olga Tokarczuk swoją czułą lokalnością
wypełniła katalog oczekiwań
sztokholmskich jurorów. Ta Nagroda
Nobla w jakimś sensie odkłamała
posądzenie polskiej literatury o romantyczność
kodów, napakowanie
resentymentami kompletnie nieczytelnymi
w Europie i na świecie.
Mówiąc kolokwialnie i być może obrazoburczo,
laureatka odrzuciła paradygmat
romantyczny, zastępując go
paradygotem, i tak w pewnym sensie
romantycznym. Pozostaje pytanie,
czy w pojedynkę, mimo dość bogatego
dorobku, uda się Oldze Tokarczuk
wydźwignąć jakąś całostkowość
w sensie kwantyfikatora „literatura
polska”. Ponadto, Literacka Nagroda
Nobla nie oznacza, że polska laureatka
zdystansowała równolegle z sobą
tworzących (choćby Topola, Pielewina
czy Kereta); oznacza to tylko albo
aż tyle, że znalazła się w gronie wybitnych
i wybitniejszych. Co, wydaje
mi się, było od dosyć dawna, jeśli nie
oczywiste, to domniemywane. [CM]
CZESŁAW MARKIEWICZ
POST SCRIPTUM
77
POEZJA
Polecane
78
POST SCRIPTUM
RAFAŁ ZIĘBA ur. 12 października 1969, absolwent Instytutu Teorii Literatury,
Teatru i Filmu UŁ, magister kulturoznawstwa o specjalności teatrologia. Stypendysta
Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu za rok 2022.
Autor wierszy, esejów literackich, tekstów teatrologicznych i przekładów literackich,
a także słuchowisk radiowych oraz sztuk teatralnych. Jego teksty ukazywały
się w wielu pismach literackich i teatralnych, a utwory poetyckie znalazły się
w licznych antologiach.
W 2018 roku w Radiu Łódź nagrano słuchowisko według jego scenariusza pt.
Katastrofa łódzka, którego premiera odbyła się 11 listopada 2018 z okazji 100-lecia
odzyskania niepodległości. Słuchowisko zostało następnie wyemitowane
w kilku rozgłośniach radiowych w Polsce i w 2019 roku zaprezentowano je
w finale Festiwalu Dwa Teatry.
W 2019 roku ukazała się jego książka #Dejmek_70, będąca esejem o drodze
twórczej Kazimierza Dejmka i historii Teatru Nowego w Łodzi.
W 2021 roku miały miejsce prapremiery dwóch sztuk teatralnych Rafała Zięby:
Antykwariat (wystawiona 27 listopada 2021 pt. Człowiek człowiekowi człowiekiem
w Domu Literatury w Łodzi) oraz Ładoś (wystawiona 2 grudnia 2021 pt.
Paszporty życia w Royal Institute Theatre w Londynie, pod patronatem medialnym
TVP Kultura).
Od 2004 roku związany zawodowo z Teatrem Nowym im. Kazimierza Dejmka w Łodzi.
W latach 2006–2011 organizator, współorganizator i koordynator festiwali teatralnych,
m.in.:
2010 – V Spotkania Teatrów Miast Partnerskich (z udziałem teatrów z Wrocławia,
Wilna, Lwowa, Nowego Sadu i Egeru),
2010 – Pasaże Teatralne (z udziałem Nowego Teatru ze Słupska i Teatru Wosskriesinnia
ze Lwowa),
2008, 2009, 2011 – Przyjaciele Nowego Wychodzą na Ulice,
2006, 2007 – Kolory Lata.
Członek Związku Literatów Polskich – w latach 2005–2009 członek Koła Młodych
Łódzkiego Oddziału ZLP, w latach 2009–2011 jego prezes, od 2011 członek ZLP,
od 30 marca 2015 roku wiceprezes Łódzkiego Oddziału ZLP. Od 1990 roku należy
do Stowarzyszenia im. K. K. Baczyńskiego w Łodzi.
Laureat Nagrody im. Józefa Majkowskiego Katolickiego Stowarzyszenia Civitas
Christiana.
PAGANES
AMEN
Mógłbyś już wreszcie przyjść
tu, do nas.
Mówiłeś: „Wrócę niebawem”,
a my…
my ciągle się męczymy.
Wiemy, że zwlekasz celowo, że ciągle
wciąż i wciąż
dajesz nam jeszcze jedną szansę.
Najwyraźniej wierzysz w nas bardziej,
niż my wierzymy w Ciebie. Wierzysz
wciąż i wciąż,
że potrafimy się lepiej przygotować.
To przeciągające się wyczekiwanie
już dawno
pozbawiło nas pewności
i zamiast prostować Twoje ścieżki,
sami pogubiliśmy się na swoich.
Więc przyjdź,
nie wódź nas na pokuszenie,
ale zbaw nas ode złego.
Jacy brzydcy są paganes,
jacy prowincjonalni.
Ze swych wiosek przynoszą nam
dar żniwny i wstyd.
Pielęgnujemy obraz świata,
splątany gąszcz przycinamy
w równo ułożone klomby,
a oni wciąż i wciąż, i wciąż
sypią nam chwast pod nogi.
Jacyż niezgrabni są paganes,
jaka jest śmieszna ich niezdarność
na tle marmurowych portyków,
na tle szklanych fasad wieżowców.
W jakiż zabawny sposób
gubią się w labiryncie
najnowszych koncepcji człowieka,
poglądów na sztukę,
ekonomię, porządek społeczny.
Jacyż niewdzięczni są paganes
i jacy drażliwi.
Poświęcamy im tyle uwagi;
z jubilerską precyzją szlifujemy
coraz to nowe określenia ich wad:
od ciemnoty do ksenofobii,
od zabobonu po klerykalizm,
od zaściankowości po wykluczenie społeczne.
A oni nie chcą patrzeć na nas z uwielbieniem.
Ich oczy są jak zmatowiała tafla lustra,
ich twarze – jak bruzdy ziemi.
Tej ziemi
***
NA PANIKENGASSE BEZ ZMIAN
Po Panikengasse tramwaj
jedzie spokojnie.
Niemal z dostojeństwem
mija muzułmanki
zaplątane w swe chusty.
Idą nieco skulone,
jakby czekały na piaskową burzę:
wiatr zasypie tutejsze studnie,
wygładzi czoła domów
z bruzd, resztek napisów
o ostrych końcach liter,
z plam po szyldach,
ze wspomnień lepszych czasów…
Na Panikengasse panuje spokój.
Pstrokata dziewczyna
podaje mi kawę
ze słowiańskim akcentem.
Muszę się starać,
żeby ją zrozumieć;
germańskie słowa
rozmiękają pod jej językiem.
„Dawaj, nie pizdij
– chcę odpowiedzieć –
łuczsze my możem poniat’ siebie
drug s drugom”.
Jednak się powstrzymuję;
przecież mogło mi się zdawać
albo ona nie chciałaby
mowy byłego
lub obecnego okupanta.
Później czułem żal,
że nie spróbowałem po polsku.
Szybko przechodzę przez Panikengasse.
Ite, nuntiate, quia surrexit de Sepulchro
sicut praedixerat
Tegoroczna Wielkanoc
prawie umknęła mojej uwadze:
sprawy zdrowotne, sprawy rodzinne,
sprawy, sprawy, sprawy…
Nie znalazłem chwili,
by pomyśleć o tym,
jak Bóg umiera.
Pogrzebałem Go
pod górą ludzkich trosk,
przycisnąłem ciężarem serca,
a później było mi przykro,
że pozostawiłem Go
tak samemu sobie.
Więc pobiegłem.
Kamień był odwalony,
grota pusta.
Dokonało się.
POST SCRIPTUM
79
Bartosz Dominik
Od dokumentów po horror
Bartosz Dominik to twórca, który w swojej pracy filmowej łączy pasję
do obrazów z głębokim poszukiwaniem znaczeń. Jego drogę artystyczną
kształtowały studia zarówno na Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, jak
i na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie zgłębiał dziennikarstwo, komunikację
społeczną oraz filozofię. Po ukończeniu Krakowskiej Szkoły Filmowej
zrealizował film dyplomowy, który zdobył uznanie na festiwalach. Twórczość
Bartosza to nie tylko estetyczne poszukiwania, lecz także odważne stawianie
pytań o granice rzeczywistości, ludzi i zjawisk.
W wywiadzie opowiada o swojej artystycznej drodze, zmaganiach z formą
i treścią, a także o fascynacjach, które napędzają go do dalszego tworzenia.
80
Jeśli chodzi o pozostałe kierunki,
to po filozofii starałem się tak dorozmawia
AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ
Jakie były Twoje pierwsze artystyczne
inspiracje i jak wpłynęły
na Twoją decyzję o zajęciu się filmem?
Filmem chciałem zajmować się
od najmłodszych lat – zawsze marzyłem
o kamerze wideo, żeby jak
najszybciej wcielić w życie swoje
pierwsze pomysły. Jako dziecko
nie miałem szczególnych artystycznych
inspiracji. Na pewno podobały
mi się Król Lew czy Toy Story,
ale to raczej zbyt mały impuls, by
podjąć decyzję o robieniu filmów.
POST SCRIPTUM
Wydaje mi się, że świadoma decyzja
przyszła znacznie później –
chyba dopiero w liceum. Było to
dla mnie dość naturalne, więc nie
pamiętam konkretnego momentu,
który sprawił, że teraz robię to,
co robię. Obecnie staram się szukać
inspiracji w wielu obszarach –
w filmie, literaturze, ale także
w otaczającym mnie świecie. To
wszystko wpływa na to, jakie filmy
tworzę i czy w ogóle coś kręcę.
Czy Twoje wykształcenie w zakresie
sztuk wizualnych i filozofii
wpłynęło na sposób, w jaki patrzysz
– przez kamerę – na świat?
W jakimś stopniu na pewno tak.
Z perspektywy czasu szczególnie
cieszę się, że studiowałem filozofię.
To dyscyplina, która mocno
poszerza horyzonty i uczy abstrakcyjnego
myślenia. Tworząc film
czy reportaż, czasem warto wejść
na poziom metaforyczny – dzięki
temu materiał zyskuje głębię.
I właśnie w tym może pomóc filozofia.
Finał Obiektywnie Śląskie 2024 – źródło: Obiektywnie Śląskie
bierać kolejne studia, aby zdobyta
wiedza przydała mi się w mojej
pracy. Wtedy miałem już mniej
więcej świadomość, czym chcę
się zajmować. Choć cały czas jest
to proces – dziś nadal nie wiem,
co będę robić za rok czy dekadę.
Może zainteresuje mnie coś zupełnie
innego, niezwiązanego ze sztukami
wizualnymi.
Jesteś znany z odwagi w wyborze
tematów – od zjawisk paranormalnych
po pracę grabarzy i górników.
Czy są jeszcze jakieś obszary,
które Cię fascynują, a których
dotąd nie eksplorowałeś w swoich
filmach?
Nie wiem, czy to odwaga – na pewno
ciekawość. Staram się wybierać
tematy, które mnie fascynują,
i tworzyć filmy, które sam chciałbym
oglądać. Ponieważ zjawiska
paranormalne oraz branża funeralna
od zawsze mnie intrygowały,
naturalnie skłaniam się ku takiej
tematyce.
Jeśli chodzi o obszary, których dotąd
nie eksplorowałem, a które
mnie interesują, to z pewnością
są to tematy pozornie nieatrakcyjne
– takie, które na pierwszy rzut
oka wydają się mało interesujące,
ale przy odpowiednim spojrzeniu
mogą okazać się niezwykłe i pełne
głębi. Wiem, że brzmi to enigmatycznie,
ale na tym etapie mogę
zdradzić tylko tyle. Pracuję obecnie
nad długoterminowym projektem,
którego odbiór jest trudny do
przewidzenia – reakcje wahają się
od zachwytu po lekkie zdziwienie.
Właśnie to uważam za siłę tego tematu
– nie jest neutralny, nie pozostawia
odbiorcy obojętnym.
Poza tym nieustannie fascynują
mnie różne kultury, grupy etniczne
i wyznaniowe. Wierzę, że
w tych obszarach czeka jeszcze
wiele historii, które chciałbym
opowiedzieć.
Wspominałeś kiedyś o swoich
ambicjach związanych z pełnometrażowym
horrorem. Czy podjąłeś
już jakieś kroki w tym kierunku?
Powoli coś się szykuje – pracuję
nad scenariuszem fabularnego
filmu średniometrażowego. Tego
typu projekty wymagają dużego
nakładu pracy i środków, więc na
razie postępy nie są oszałamiające.
Jednak krok po kroku zmierzam
w tym kierunku.
Twoje produkcje Ptaki w klatkach
i Dwa metry pod ziemią
zdobyły Grand Prix w kategorii
filmu podczas XV edycji konkursu
Obiektywnie Śląskie, a dodatkowo
otrzymałeś wyróżnienie
w kategorii fotokastu. Czym są dla
Ciebie te nagrody i jakie emocje
towarzyszyły Ci podczas ich odbierania?
Bardzo cieszę się z ostatnich nagród
– zarówno z Grand Prix i III miejsca
w konkursie Obiektywnie Śląskie,
jak i z Grand Prix na O!Znakach Pracy.
Szczególnie dlatego, że rok 2024
był dla mnie dość trudnym okresem
pod względem rozwoju artystycznego.
Moje filmy, przede wszystkim
Ptaki w klatkach i Dwa metry pod
ziemią, były prezentowane na wielu
festiwalach, ale nie zdobywały
nagród. Oczywiście sama obecność
w oficjalnej selekcji to wyróżnienie
i powód do satysfakcji, ale jednak
brak większego uznania pozostawiał
pewien niedosyt.
Dlatego końcówka roku okazała się
wyjątkowo budująca. Te nagrody
stały się dla mnie swego rodzaju
papierkiem lakmusowym – potwierdzeniem,
że moje filmy mają
odbiorców, poruszają widzów
i z nimi rezonują. To utwierdziło
mnie w przekonaniu, że warto
kontynuować tę drogę i że tworzę
nie tylko dla siebie, lecz także dla
innych.
81
POST SCRIPTUM
Kadr z reportażu Dwa metry pod ziemią
Nie są to Twoje pierwsze nagrody w karierze
filmowca…
Nie, ale jak już wspominałem, rok 2024
nie był dla mnie łaskawy. To lata 2022–
2023 były dość obfite i są dla mnie takim
przełomem, w którym moje produkcje
zdobyły szersze uznanie.
Jak udaje Ci się balansować między artystycznym
spojrzeniem wypracowanym
na Akademii Sztuk Pięknych a przekazem
emocji i historii, które są fundamentem
Twoich reportaży? Pytam o…
równowagę między formą a treścią.
Swoją pracę przy filmach i reportażach
zaczynałem jako operator kamery i autor
obrazu. Na początku najbardziej fascynowała
mnie forma – byłem zwolennikiem
czystego formalizmu. Z czasem
jednak moje podejście ewoluowało. Dziś
wiem, że to opowiadanie historii interesuje
mnie najbardziej.
Kadr z reportażu Dwa metry pod ziemią
Kadr z filmu Ptaki w klatkach
Mimo tej zmiany nie zapominam o swoich
początkach. Dlatego wciąż przykładam
dużą wagę do warstwy wizualnej
moich produkcji. Wierzę, że prawdziwie
wyjątkowy i niepowtarzalny efekt można
osiągnąć tylko wtedy, gdy treść i forma
pozostają w pełnej harmonii – jedno nie
może istnieć bez drugiego.
Co chciałbyś, aby widzowie wynosili
z Twoich filmów, szczególnie Ci, którzy
spotykają się z Twoją twórczością po raz
pierwszy?
Zawsze uważałem, że każdy wytwór kultury
powinien być niezależny od swojego
autora. Jedyne, czego mógłbym sobie
życzyć, to aby odbiorcy oglądali moje
produkcje z uwagą – może wtedy będą
mogli przeżyć coś naprawdę wyjątkowego.
Chciałbym, aby moja praca budziła
emocje, ale jednocześnie nie zamierzam
narzucać swojej interpretacji.
Jak widzisz rozwój kinematografii
w kontekście nowych technologii, takich
jak rzeczywistość wirtualna, która
fascynowała Cię podczas studiów nad
ontoelektroniką?
Kadr z filmu Ptaki w klatkach
82
POST SCRIPTUM
Ostatni rok był czasem dynamicznego
rozwoju sztucznej inteligencji. Sam często
korzystam chociażby z ChatuGPT –
to narzędzie, które znacząco usprawnia
wiele procesów.
Bartosz Dominik – absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach (kierunek: projektowanie
graficzne) oraz Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie ( kierunki: dziennikarstwo i komunikacja
społeczna oraz filozofia). Filmem Zbigniew Blukacz: Idę do światła obronił dyplom w Krakowskiej
Szkole Filmowej im. Wojciecha Jerzego Hasa na specjalizacji operatorsko-montażowej. Produkcja
znalazła się w oficjalnej selekcji kilku prestiżowych festiwali filmowych. Jest twórcą reportaży
telewizyjnych. Od kilku lat jako reportażysta i autor obrazu współpracuje z Telewizją Polską.
W roku 2023 był stypendystą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Więcej informacji na stronie bartoszdominik.pl
Plakat filmu Ptaki w klatkach
A co przyniesie przyszłość? Jeszcze
kilka lat temu byłbym bardziej
skłonny do formułowania stanowczych
opinii. Dziś nie mam pewności.
Być może za kilka lat moja praca
stanie się zbędna, a produkcja
filmów będzie w pełni zautomatyzowana
i niezwykle tania. Trudno
to przewidzieć.
Na ten moment warto jednak
cieszyć się nowymi narzędziami
i możliwościami, jakie oferują.
Przyszłość pozostaje niepewna dla
wielu branż, ale jedno jest pew-
ne – postępu i zmian nie da się już
zatrzymać.
Jakie są Twoje plany na rok 2025?
Chciałbym, aby rok 2025 był dla
mnie przełomowy. Na ten moment
udało mi się osiągnąć jeden
osobisty sukces – mam nadzieję,
że na dobre rzuciłem palenie. Co
prawda nie paliłem już od kilku lat,
ale byłem uzależniony od snusów,
czyli saszetek nikotynowych, które
również mocno wciągają. Udało mi
się z tym zerwać i jestem z tego naprawdę
zadowolony!
Jeśli chodzi o kwestie zawodowe,
moim celem jest dalszy rozwój
– chciałbym nakręcić kilka
reportaży i przynajmniej jeden
film dokumentalny. Mam nadzieję,
że te projekty zrobią wrażenie
i będą znaczącym krokiem naprzód
w mojej twórczości. W grudniu
2025 spojrzę na te plany i zobaczę,
czy udało mi się je zrealizować.
Bardzo Ci tego życzę i dziękuję za
rozmowę. [AKW]
AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ
83
POST SCRIPTUM
Obraz: Iwona Wojewoda
84
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
85
WIOLETA SZARWAS
pod szarozieloną skórą
wyciągamy opuszki gałęzi
w stronę
najdalszego nieba
z zachodnim przepływem wiatru
wrastają w nas strugi
pękniętej ciszy
tkamy światło
z krótkiej przędzy dnia
w rzewnych koronach
milkną płomyki ostatnich liści
głęboko pod szarozieloną skórą
zastyga kropla czułej pamięci
ANNA BACH
Łza nieba,
symbol odrodzenia,
oczyszczenia.
Spłukuje kurz codzienności,
uwalnia od trosk
ANETA JASŁOWSKA
W kroplach tęsknot
W kryształowych łzach rosy
chowam wszystkie smutki,
wiatr melodię snu płoszy,
w oczach niezabudki.
Na jesienne wieczory
przy kominku ciszy,
czas już drzewa ogolił
z sentymentów lichych.
W kryształowych łzach burzy
na ramionach tęsknot,
falę uczuć sztorm wzburzył,
jakieś serce pękło
ELIZA ANNA FALKIEWICZ
Jesienne pożegnanie
zakrapiane deszczem
łzawym oddechem
nuci zasmucenie
nawet karmazyny
na kobiercach trawy
czas rozstania w pamięć
zapisują rzewnie
tylko liście złociste
promienne nadzieją
opadając szepczą –
czas na odrodzenie
EWA FRONK
Bluszczowe jagody spłakane od rosy,
szron zjada owoce, mróz sok słodki sączy.
Kwiatostan stęskniony do stóp pszczelich bosych,
śnieg skryje uroki wielobarwnych pnączy
MARIOLA WIEWIÓR
Przez chwilę, jak kropla, błyszczę,
potrafię też drążyć góry,
tak szybko spadniemy obie,
wrócimy do Ziemi-Natury.
MAŁGORZATA T. SKWAREK-GAŁĘSKA
jedna łza u rzęs
zastygła łez tysiącem
okrągły smutek
500 ekfraz w trzy godziny
To było ogromne zaskoczenie. Dla autorki zdjęć, które
zamieściła na stronie internetowej. Dwunastu
zdjęć, ukazujących fazę przechodzenia przyrody
w inny wymiar za sprawą pór roku. Taka jesienna nostalgia,
okryta winem i rudością, z kroplą deszczu i pierwszych
zmarszczek. I ta „dwunastka” wywołała lawinę
emocji, które objawiły się w komentarzach w formie
ekfraz – wierszy, zainspirowanych dziełem (w tym przypadku
natury). W ciągu zaledwie trzech godzin powstało
ich ponad 500. Zatrzymali się autorzy z Polski, z Australii,
USA, Belgii, Niderlandów. A co najciekawsze – każdy
patrzył na ten sam obiekt zatrzymania, ale widział, czuł,
reagował piórem inaczej. W każdym budziły się inne doznania,
inaczej przemawiały emocje. Dlatego ciąg dalszy
zdarzenia nastąpił…
Właśnie opuściła drukarnię międzynarodowa książka
W kroplach słów – antologia ekfraz. Zawiera 12 zdjęć i po
kilkanaście/kilkadziesiąt inspirowanych nimi wybranych
utworów do każdej fotografii. Autorką zatrzymanych
w kadrze obrazów oraz redaktorem wydania jest
Wanda Dusia Stańczak, redaktorem technicznym, wydawcą
– Kazimierz Linda. Patronat – Stowarzyszenie Autorów
Polskich O/Warszawski II.
Wybraliśmy 5 zdjęć, po kilka ekfraz dla każdego, dla naszych
Czytelników. Zachęcamy do zatrzymania na chwil
kilka…naście…dziesiąt… z przekonaniem, że każdy z Was
będzie te obrazy jeszcze inaczej postrzegać. [WDS]
86
POST SCRIPTUM
Wanda Dusia Stańczak
Ekfrazy
MAŁGORZATA T. SKWAREK-GAŁĘSKA
Koniec dnia kwiatu
przemoknięte spódnice
zmęczone barwą
ELIZA ANNA FALKIEWICZ
ELŻBIETA CHYLEWSKA
jesienią
marszczą się
wspomnienia
Kwiaty
płaczące
solidarne w bólu
Głowy spuściły
osłabione żalem
Krew w nich zastygła
razem ze wspomnieniem
twojej obłudy
Gdy mi je wręczałeś
WANDA DUSIA STAŃCZAK
Jeszcze z karminem
na płatkach
tłumiącym bruzdy
przebarwienia
w półpochyleniu
jak kobiety
późnej jesieni
pod ciężarem
przeszłych kalendarzy
Czy się jeszcze podniosą
HANNA SULIGA
Spłoszone indiańskie totemy
pochylają głowy, szaloną
czerwienią chcą jeszcze
przedłużyć lato
BEATA KULAGA
Niemodne
Wystrojone w czerwone sunnier,
którym czas nadszarpnął reputację,
uśmiechamy się do słońca
powabem wspomnień
z epoki pełnego rozkwitu.
Liczymy, że nas jeszcze
poprosi do tańca
ANNA HUMIĘCKA
W ogrodzie życia
strudzona życiem niczym dalie
po jesiennej przeprawie
uginam rzęsy pod ciężarem łez
jak one swe główki pod kroplami deszczu
długie płatki w modnym bordo kolorze
potargane przez wicher zwisają teraz
bezwładnie w kwiecistym ogrodzie
czekając na choćby jeden promień słońca
dający nadzieję na ponowne wskrzeszenie
czekam i ja by móc ogrzać postrzępione serce…
POST SCRIPTUM
87
IRENA SZYMAŃSKA
W tym samym ogrodzie
każdego inne jabłko skusi
(a owoc różnie smakuje)
w tym samym ogrodzie
jeden znajdzie księżycowy pył
drugi – w pył wszystko obróci
TOMEK RUDNICKI
niekiedy
koniec
staje się początkiem
więc
z nadzieją
trzeba sięgać
po nowe
EWA FRONK
uszło powietrze
krasnym balonikom
włochate kolce
płatają figle
materac z suszu
wytrzeszcza
zardzewiałe sprężyny
jesień marszczy brwi
DANUTA DUSZYŃSKA
Róża
Najpiękniejszy był pąk, niewinnie
podnosił głowę ku słońcu.
Nieśmiało rozchylał płatki,
aż ukazał się piękny kwiat.
Przez jakiś czas czarował barwą,
wabił zapachem.
Ludzie zatrzymywali się,
przyglądali z zachwytem:
Spójrz – jaka piękna róża!
Zdradzieckie słońce zbyt mocno grzało,
a jesienny wiatr strącił płatki róży
i rozwiał na cztery strony świata.
W jagodzie pomarszczonej skóry
widać przemijanie.
Róża straciła urodę,
ale pozostał owoc życia.
Na drugi rok z nasion
narodzi się nowy krzew,
MAŁGORZATA T. SKWAREK-GAŁĘSKA
pomarszczyły się dni i noce
wyburzały soczyste wspomnienia
wyschły jak rodzynki
słodszy smak mają chwile
krople owocu pękające pod palcami
wciąż obok kolczaste kopie
bronią zawzięcie zasuszonej cnoty
88
POST SCRIPTUM
TERESA MIRANSKA
Z ukrycia
Na kolczastym krzewie,
wśród ciszy milczenia,
dzikości przemijania
w kolorze westchnień,
pomarańczowe lampiony
czekają w pokorze,
stulone w objęciach
jesiennego wieczoru,
gdy zapadnie zmrok,
w swej cichej mądrości,
rozbłysną radośnie,
oświetlając drogę
jesiennej starości.
Z ukrycia
BOŻENA ROGOWSKA
Pomarszczone,
zakwitnie pąkiem
jak spracowane ręce starej matki,
Niedawno pyszniły się purpurą zakochanych.
Ona też była młodą, też kochała.
ELŻBIETA KURDEJ-OKLESIŃSKA
Czas zmarszczką znaczy
przeszłe dni.
Wspomnienia mieli
w suchy pył.
Lampionami płoną
spełnione sny…
Ekfrazy
MAGDALENA ALICJA ŁUBKOWSKA
Dzikie wino
skóra nieba pękała
w ciszy
hodowałyśmy w sobie
ostatnie szepty jesieni
w gałęziach dzikiego wina
zasypiały ziarna pamięci
na twoich wątłych ramionach
przysiadały miękkie sierpówki
trzymałyśmy się za ręce
na ulubionej ławce
pod powiekami
przepływały chwile
które nigdy się nie wydarzą
EWA PUTERNICKA
Usycha
samotna
Drży
lęka się
jest przecież
taka delikatna
a jednocześnie
silna
przy sobie ma
tylko kota
IRENA SZYMAŃSKA
Liść jesieni jak ręka starca
przerdzewiał brązem
turla go wiatr po ziemi
zahaczył o leżącą gałąź
z nadzieją przylgnął do niej
konar bez drzewa też kona
liść – tylko wspomnieniem
MATKA
HALINA KOBIELA
nie chciałeś zastygnąć zegarze
w czasie dla mnie najpiękniejszym
przesuwasz wskazówki.
gałąź – liść – ja – gałąź – liść –
Pozostał szkic drzewa,
na wiosnę trzeba będzie
dodać mu liści,
w łodygi wpuścić
ożywcze soki,
szum wiatru, śpiew ptaków,
ach, ile będzie roboty.
Historia się powtarza.
Pomału gromadzimy
różne odcienie zieleni,
kleje, szpilki, ćwiczymy
gardła ptaków, mamy
na to kilka miesięcy.
Ważne, że jest forma,
byle nie przyszli drwale
ANNA CZARTOSZEWSKA
Tylko rózga i nic
Tylko rózga i nic. Obcy świt znowu
bije po zamglonych oczach.
Nieobecny ptak niewidzialny frak
zawiesił na gałęzi nieba.
Jestem tu, długo już z ciszy
składam dom z wyblakniętych myśli.
Dałeś mi słowa liść, szczęścia łzy.
Zapomniałeś mi się przyśnić
ŁUKASZ KNYZIAK
Hibernacja
Zrzuciłam wszystkie swoje liście.
Jestem gotowa na nadejście
dni szarych, które pozwalają
zajrzeć w głąb siebie, poczuć więcej.
One są po to, by doceniać
zwyczajne rzeczy, ptasie trele,
promienie słońca, dotyk tęczy,
Przypomnieć sobie, co jest szczęściem.
Zima oszroni me gałęzie,
śniegiem otuli pustki brzemię.
Gdy znów zawita aura wiosny,
zakwitnę, żyjąc pełnią siebie
POST SCRIPTUM
89
MONIKA JANOWSKA
Odpowiadało
mi bycie
cierpiętnicą,
czyli tak bardzo się starałam,
a Ty teraz nie chcesz mnie?
Pomagam, jeżeli ktoś prosi mnie o wparcie. I jeśli mogę,
oczywiście. Nie zawsze tak było. Kiedyś nie czekałam.
Wychodziłam przed szereg w pełnej gotowości. Oferowałam,
podpowiadałam, wyręczałam. Dwoiłam się i troiłam.
Uważałam, że tak trzeba, że się powinnam pochylić, że lubię,
muszę, że się tego ode mnie wymaga. Często gęsto byłam potem
zawiedziona. Bo ktoś nie docenił, nie podziękował, wykorzystał.
Był, bo potrzebował, a teraz nagle go nie ma. Jak
gdyby nigdy nic. Przełykałam gorycz i płynnie przechodziłam
w litość. Odpowiadało mi bycie cierpiętnicą. Tak bardzo się
starałam, a nikt mnie nie rozumiał. Ja biedna, ja uciemiężona.
Umordowana biegiem donikąd. Byłam już po szyję uwięziona
w nieszczęściu. Wystarczy. To zaraz potem pojawiała
się złość. Nigdy więcej. Szuje, oszuści i krętacze. Cwaniaki
z gilem w nosie. Banda wyłudzaczy, manipulanci lokalni,
a żeby ich tak… Na metę wpadałam już jako Pani Obrażona.
I bardzo w tym dąsie samotna. Powoli docierało do mnie moje
wieczne „baczność”. Żyłam w blokach startowych, nieświadoma
przeszkód. Zachłanna na miłość, dobre słowo, szacunek.
A tu gruz. Kamieni kupa i dupa. A wszyscy nią do mnie
odwróceni w szeregu. I tylko ten jeden, jedyny raz, ktoś się
nade mną jednak zlitował i bezbarwnym, niewdzięcznym
tonem oznajmił, że mnie przecież NIKT o NIC nie prosił.
Zimny prysznic. Prosto z liścia. Czarna melancholia. Wygrzebać
się z tej dziury bez pretensji to nie lada wyzwanie.
Ale konieczność. Rozbić bańkę bezpieczną, w której
się już zdążyłam umeblować. Bezwzględna potrzeba.
Poczekać na prośbę. Ostateczność. Granica. Trzeba ją
najpierw stanowczo wyznaczyć, by wiedzieć w ogóle,
dokąd się zmierza. Niełatwa lekcja. Obowiązkowa.
A potem nastanie światłość. I już nie musisz. Już tylko
możesz. Jeżeli ktoś cię o to poprosi. [MJ]
90
POST SCRIPTUM
Ilustracja: Renata Cygan
POST SCRIPTUM
91
Zdjęcie: Pixabay
Bracia mniejsi?
już to więksi! I nie chodzi tu
o parametry! Ale po kolei. Zastanowiłem
się nad tą moją ułomną pisaniną
i doszedłem do oczywistego, choć nie 1Jeśli
najweselszego wniosku. Wszystko, co do
tej pory spłodziłem, dotyczyło ludzi. Panów
Stworzenia, którzy z przyzwolenia
Najwyższego, zapisanego w Księdze Rodzaju,
mieli się rozmnażać i czynić sobie
ziemię poddaną. Z rozmnażaniem coraz
gorzej, bo mimo 800 plus i już legalności
metody in vitro ludziska nie chcą się
u nas rozmnażać! Na złość komu, ja się
pytam? Pozostaje już chyba tylko nadzieja
w nieświadomym ojcostwie, bo świadome
macierzyństwo przyczyniło się, prawdopodobnie,
do spadku urodzin. Za to
z czynieniem sobie ziemi poddanej wyszło
jeszcze strasznej. Bo upoważniony
do tej czynności pazerny dwunożny ssak
uczynił sobie przez wieki z darowanej mu
wspaniałomyślnie ziemi krwawą jatkę, bo
nie zaznaczono w Mądrej Księdze, że jeśli
już ma być owym panem, to sprzyjającym
wszelkiemu stworzeniu, a i martwej
naturze! Ale człowiek, niby rozumny, ma
w swoim pakiecie genów także ten najgorszy
z możliwych: gen władzy! I to wyjaśnia,
a raczej zaciemnia wszystko. Ma to
jednak dla egoistycznych pismaków także
minusy dodatnie (że zacytujemy klasyka),
bo jest niewyczerpanym źródłem inspiracji
czy napiszmy mniej wzniośle, mętnym
potokiem tematów na felietony.
Stąd to rozdzieranie szat nad niegodziwościami
wszelkimi. Nad morderstwami
prawnie usankcjonowanymi, na olbrzymią
skalę. Także tymi kameralnymi
w zaciszach domowych, których sprawcy
92
POST SCRIPTUM
słusznie wsadzani są do więzień. A pijani
kierowcy! Kibole, z kastetami i pałkami!
Dilerzy, rozsypujący białą śmierć za zielone!
Zielone niegdyś łono natury dziś już
bez zieloności i bez łona! A plastiki, niewyprane
brudy i prane pieniądze! Korupcja,
oszustwa na wielką skalę, przemoc
w rodzinie, prostytucja i tak dalej…
Dlatego piszę o zwierzętach. Bo nie prowadzą
wojen, nie oszukują, nie korumpują,
nie sprawują władzy… Nie biorą,
na szczęście, przykładu z ludzi. A i na
swoje nieszczęście, bo są bezbronne. Co
roku z naszej planety znika bezpowrotnie
20 tys. gatunków zwierząt! To nie pomyłka,
powtórzę słownie: dwadzieścia tysię-
gatunków zwierząt!!! 2cy
Była piękna niedziela. Przysłowiowa złota
polska jesień. Dzieci, jak to dzieci, marudziły.
By im wypełnić pożytecznie czas,
zaproponowałem oglądanie książeczki.
Trafiło akurat na tę ze słoniem.
– A ja bym chciała zobaczyć żywego słonia!
– krzyknęła starsza, patrząc na słoniopodobną
istotę, wytwór chorej wyobraźni
ilustratora.
– Ja też! – dołączyła się trzylatka.
– A ja bym chciała zyrafę, zyrafę i jesce
zółwia i misia! – wysepleniła najmłodsza.
Nie było więc innej rady, jak tylko zapakować
rozkapryszone bractwo do samochodu,
by udać się na wycieczkę edukacyjną
do ZOO, aby dzieci zobaczyły, jak w rzeczywistości
wygląda słoń, a nie potworek
z książeczki imitujący słonia.
Ogród zoologiczny przywitał nas tłumem
podobnych do nas, spragnionych
jesiennych spacerów i podglądania
zgromadzonych na trzydziestu
hektarach stworzeń z różnych części
świata. Ale już obserwacja samych
bliźnich dostarczała tylu wrażeń, że
można by zrezygnować z poszukiwań
zwierzątek wszelakich, które miały
być główną atrakcją. Miały być, bo
nie wszystkie były. Ten ogród zadbał
o to, aby jego mieszkańcy czuli się,
w miarę możliwości, dobrze, to znaczy,
aby miały do dyspozycji jak największe
przestrzenie z drzewami,
zaroślami, wysokimi trawami. Ale
trafiliśmy na zły dzień zwierząt, które
już miały dosyć przyglądania się ciekawskim
dwunożnym i jak na złość się
skrywały w obfitej zieloności.
Więc niewiele zobaczyliśmy: kangura,
jak tylko wysoko podskoczył, zebry
(prawdopodobnie) dostrzeglibyśmy,
gdybyśmy mieli lornetkę. Strusie też
oddalone, w dodatku za kępą trawy,
całe szczęście, że nie chowały głów
w piasek i dostrzegliśmy długie szyje
z małymi łebkami, prawdopodobnie
strusi. Już myśleliśmy, że zobaczymy
z bliska hipopotama, bo wielki
rów z wodą był przy samej ścieżce,
ale choć była woda, w której mógł
się kąpać gruboskórny, to nie było
hipopotama! Prawdopodobnie się
utopił! A skąd wiedzieliśmy, że tam
miał być? Bo przy każdej umownej
„klatce” był napis, kogo powinniśmy
zobaczyć, z wyraźną fotką przedstawiającą
uśmiechniętego mieszkańca.
Za to zobaczyliśmy z bliska goryla!
Naprawdę! I to jeszcze żywego! Choć
nie był to widok budujący, gdyż nasz
protoplasta leżał w trocinach, wywracał
ślipiami i wyglądał tak, jakby
przedawkował albo w małpiej krwi
miał z siedem promili alkoholu etylowego!
Naprawdę. Nie przesadzam. Za
to ryby były trzeźwe i nie mogły uciec
przed naszym wzrokiem, ograniczone
szklanymi ścianami. A rekin był tak
mizerniutki, że – obawiam się – mogły
go już pożreć bojowo nastawione,
zadziorne, zmiennocieplne koleżanki!
Był mrówkojad. Mrówek nie zauważyliśmy.
Uchatki ślizgały się po betonie,
my na spadających, kolorowych
liściach. Puchacz w klatce nadstawiał
uszy, wytrzeszczył gały i puchał! Papugi
nic nie mówiły, tylko wydzierały się
nieludzko po papuziemu.
Były, i to w miarę blisko, żyrafy. I to aż
pięć, i jeszcze jedna maluśka, a właściwie
młodziutka, bo już też duża, co
urodziła się przed dwoma dniami. Żyrafy
były duże i miały długie szyje, bo
w przeciwnym razie nie byłyby żyrafami.
Ale misi nie było. Co gorsza, nie
było też słonia, dla którego specjalnie
tu przyjechaliśmy. Dziewczynki były
rozczarowane, bo nie dowiedziały się,
jak wygląda naprawdę i czy na trąbie
trąbi. Ale były już tak zmęczone – krokomierz
informował, że zrobiliśmy
10 tys. kroków – że nie miały siły marudzić.
Największe jednak zdumienie wywołała,
przynajmniej u mnie… krowa!
Zwykła krowa mućka, jedna dorodna
przedstawicielka mlekodajnych parzystokopytnych.
I to nie jakaś fioletowa,
kojarząca się z niezdrową, pełną
cukru czekoladą zza granicy, ale nasza,
swojska, piastowska, z dwoma
gustownymi rogami i atrakcyjnymi
wymionami, w kolorze bordo (sierść
nie wymiona!). Nawet nie kręciła
mordą, jak w dziecięcym wierszyku,
tylko patrzyła na nas wielkimi oczyma
jak wół na malowane wrota, choć wyczytałem
w jej spojrzeniu: ej ludzie,
3ludzie, czy wyście do reszty zgłupieli?
Każdy miał, ma, albo będzie miał blisko
siebie „mniejszego brata” albo
„mniejszą siostrę”. A jeśli nie ma, to
jest uboższy o bezinteresowną miłość,
bliskość, współistnienie, nie
wiem, czy nie ważniejsze od tej, jakże
często interesownej i wyrachowanej,
obecności ludzi. Bo istoty stojące niżej
w umownej hierarchii, na której
szczycie jest człowiek, potrzebują
i tęsknią, jak przypuszczam, za towarzystwem,
w którym czują się dobrze,
bezpiecznie. Słowem są szczęśliwe.
Myślę tu przede wszystkim o kotach
i psach, ale zaprzyjaźnić się można
i z innymi stworzeniami: z wiewiórką,
sikorą, nawet kurą nioską czy gęsią.
A ja zaprzyjaźniłem się przed laty
z… ropuchą szarą, którą nazwałem
Magdą. Żaba upodobała sobie miejsce
pod „stołeczkiem” ze świerkowego
pnia, na którym siadałem pod
lipą, własnoręcznie zasadzoną, by
się uspokajać po bitwach z myślami
i przygotowywać kolejne batalie na
wiersze czy powieści. Kiedy siedziałem
ze spuszczoną głową, zanurzony
w myślach, poczułem na sobie czyjś
wzrok, choć dookoła nie było nikogo,
nie licząc plastikowego jelenia z karabinem
przewieszonym przez szyję,
który miał odpędzać intruzów czyhających
na mój lasek. Gdy wnikliwiej
przyjrzałem się „okolicy”, zauważyłem,
że spod świerkowego pieńka wystaje
żabi łebek z ciekawskimi paciorkami
ocząt, przyglądających mi się
uważnie. Poruszyłem się nieopatrznie
i żaba znikła. Każdorazowo, gdy siadałem
w moim raju na zamyślenie,
płaz się mi pokazywał coraz śmielej.
Już nie tylko bojaźliwie z samym łebkiem,
ale przyszedł czas, gdy ropucha
wygramoliła się cała. Jak to ropucha
pękata, pokryta brodawkami. Może
dla niektórych niezbyt atrakcyjna, ale
dla mnie piękna. A patrzyła na mnie
tak, jakby czytała w moich myślach.
Naprawdę! Dochodząc do plenerowego
krzesełka, wołałem cicho: Magda
i Magda się pojawiała. Uśmiechnięta.
(Nie mam czasu i miejsca, by
opisywać żabi uśmiech. Jeśli kiedykolwiek
zaprzyjaźnicie się z żabą, to
sami zauważycie). Z czasem Magdę
głaskałem po główce lub pod brodą,
co przyjmowała z widocznym zadowoleniem,
a nawet prosiła się o jeszcze,
gramoląc się na mój but. Jednak
nigdy nie wziąłem jej do rąk, przezornie,
by nie sparzyła mnie nieopatrznie
jadem. Trwało to ładnych kilka lat.
93
POST SCRIPTUM
Pewnej wiosny nie zjawiła się jak zwykle.
Powiało żabim smutkiem. Pieńka
już też nie ma. Spróchniał. Ja się też
powoli sypię. Czasem żałuję, że nie
pocałowałem mojej Magdy. Może to
była ta moja księżniczka, na którą daremnie
czekam tyle lat?
Odkąd pamiętam mieliśmy w domu
psy. Pierwszy nazywał się Misiek.
Czarny, z brązowymi brwiami, jasną
mordką, białą krawatką i takimiż łapkami.
Kundel, jak to na wsi. Przywiązany
do budy, a jeszcze bardziej do
nas. Jak on się cieszył, gdy mógł iść
ze mną na spacer po ogrodzie czy
gdy do aluminiowej miski dostawał
marne jedzenie. Pozostał w pamięci
i na zdjęciach, jak żywy, to ze mną, to
z Ojcem, który trzyma go na rękach,
to sam pozuje przy… fajansowym
nocniku, na tle sztachetowego płotu
i drewnianej szopki.
Nasz ostatni pies nazywał się Zorek,
bo był mniejszy od Azorka. Ten,
w przeciwieństwie do pierwszego
czworonoga, miał już pełną wolność,
mieszkał w domu, w ludzkich warunkach,
choć zachowywał się po psiemu.
Szczególnie, gdy poczuł „wolę bożą”,
to sobie tylko wiadomym sposobem
urywał się z ogrodu i znikał na kilka
dni, po których wracał zmaltretowany,
ze spuszczonym łbem i ślepiami
wbitymi w ziemię, przepraszając, że
to nie jego wina, a tych wrednych
zdzir suk. Ale biedak się przeliczył tej
wiosny (a liczył już 20 wiosen) i z tego
erotycznego wypadu już nie powrócił.
A swoją drogą piękna śmierć! Zorkowi
zawdzięczam więcej, niż by się mogło
wydawać. Obserwowałem go latami
i dziwiło mnie to, że mimo iż posuwał
się w czasie, zachowywał jak szczeniak:
skakał, merdał ogonem, dowcipkował
po psiemu, odstawiał dzikie
tańce. Zastanawiałem się głęboko, jak
to jest? I doszedłem do wniosku, że
mój psiej pamięci pies tak się zachowywał,
bo… nie znał swojego peselu!
Jak sobie to uświadomiłem, to zacząłem
zachowywać się jak mój pies!
O czym mogą zaświadczyć moje liczne
przyjaciółki.
Oczywiście, zawsze też były koty.
Ograniczona objętość nie pozwala,
by zbytnio się rozpisywać. Pierwszy
był czarno-biały kocur, o pospolitym
94
POST SCRIPTUM
imieniu Mruczek. Potem inne kotki
i koty. Milusię zabrała wstrętna choroba
w wieku 13 lat. Polę potrącił
samochód. Melę rozszarpał pies sąsiada,
bo chciała się z nim spoufalać,
jak z naszym psem Zorkiem. Ostatnią,
Belę, też potrącił samochód.
Jeszcze żyła. Odeszła u weterynarza
podczas badania USG.
Już myśleliśmy, że więcej nie będzie
zwierząt, bo człowiek się przywiązuje
do nich bardziej niż do członków
rodziny, bo nie napyskują, nie mają
wiecznych pretensji nie wiadomo o
co, milcząco i współczująco zrozumieją,
wysłuchają, nie cieszą się z cudzego
nieszczęścia jak sąsiedzi, a znikają
w dramatycznych okolicznościach… I
człowiek wypełnia się smutkiem, który
nie chce długo odpłynąć.
Życie jednak nie znosi pustki. Samo
się wypełnia. Oto przy naszym domu
zaczęła się pokazywać czarna kotka.
Mała, zaniedbana, chuda. Można ją
opisać dwoma słowami: kupka nieszczęścia!
Na dodatek w ciąży. I zapewne
nie wiedziała z kim! Żal mi
się zrobiło miauczącego stworzenia,
więc by nie padła z głodu, dawałem
jej jedzenie. Pojawiała się regularnie
na tej stołówce, nieufna i wystraszona,
odskakująca przy każdym ruchu
czy próbie podejścia do niej. Okociła
się na terenie ogrodu, ale tak ukryła
miejsce swojego „domu”, że trzy
kotki zobaczyłem dopiero wtedy, gdy
zaczęły biegać. A kotka przytyła, jej
sierść stała się błyszcząca, a kocięta,
dwie kotki i burasek kocurek, rosły i…
czekały na adopcję. Po mozolnych poszukiwaniach
udało się znaleźć „rodziców
zastępczych” dla całej trójki. Żal
mi się jednak zrobiło kociej mamy, że
tak (nie)ludzko zostanie pozbawiona
potomstwa, i małe kociątko, nazwane
Tulisiem (ze względu na zachowanie)
zostanie z czarną Mizią (tak nazwałem
kocią mamę) u nas dożywotnio.
Były jeszcze rybki. Zamilczymy z nimi
o nich. Bo nie będą protestować! Ale
już nie można milczeć o hałaśliwych
papużkach falistych. Zuzia – zielona.
Kubuś – niebieski. Dominująca
była samiczka, która uprzykrzała
życie samczykowi, jak tylko mogła.
A mogła wiele: nie dopuszczała go do
karmidełka, nim sama się na nażarła
do syta. Podobnie było z wodą. Zabraniała
mu nawet przeglądania się
w okrągłym lusterku, które sobie zawłaszczyła!
Przy okazji, a i bez okazji
dziobała nieboraka. Gdyby to było
w ludzkim stadle, to bez wątpienia ta
papuzia rodzina miałaby dawno „niebieską
kartę”. Ale nie miała i Kubuś
najnormalniej zdechł, jakby powiedział
prof. Bralczyk, albo umarł, jakby
powiedział ze łzami w oczach ktoś
inny. Po śmierci partnera, bo przecież
nie mieli ślubu!, papużka jeszcze bardziej
ożyła, stała się aktywniejsza,
a kotka Emilka nauczyła ją miauczeć!
Już sam nie wiem, co o tym sądzić: czy
Kubuś był takim ptasim pantoflarzem,
czy też Zuzia taką wredną papugą!?
4
Coraz częściej zastanawiam się nad
zwierzętami. Mają szczęście, że nie
mogą sczłowieczeć. Nabrać cech jakże
kompromitujących ludzi. Chyba także
w oczach zwierząt. Tylko małe dzieci
są tak szczere i prawdziwe, choć już w
dzieciństwie obarczone genetycznie
egoizmem i agresją rodziców. Widać
to, gdy wyrywają sobie zabawki, tłuką
się, zostawione chwilę same, czy
chcą zawłaszczyć całą piaskownicę,
choćby to była Sahara! A np. u kociąt
jest spontaniczna zabawa, radość
z kocięctwa, w przeciwieństwie do
dziecięctwa.
Obserwują, ze smutkiem, zabieganych,
zagonionych, zaszczutych przez
samych siebie ludzi. Którzy wiecznie
niezadowoleni, zwykle mają czegoś
za mało: mamony, zaszczytów, profitów,
pochwał, stanowisk… Zwierzęta
tego nie potrzebują, stąd ich szczęście.
W dodatku, jak przypuszczam, nie zastanawiają
się, po co żyją, bo same życie
jest dla nich tak oczywiste i wspaniałe.
Ludzie, w swojej pysze, mitomanii
i megalomanii, stwierdzają autorytatywnie,
że zwierzęta nie mają rozumu.
Jakże się mylą! Każde zwierzę ma
rozum. Swój rozum, którego może nie
jesteśmy w stanie ogarnąć ludzkim
rozumem. Bo dysponujemy i porozumiewamy
się różnymi językami. Choć
czasem wystarcza popatrzeć w oczy
zwierzęcia, by porozumiewać się bez
słów. By dzielić się czułością i odczuwać
czułość. I nie jest to stwierdzenie
zidiociałej staruszki, która suczkę
nazywa „córusią” i ubiera ją w dziecięce
ciuszki, czy nieszczęsnego w celibacie
duchownego, który wilczura
nazywa „synusiem” i zachwyca się
tym, że psisko wychylające się przez
okno z firanką na łbie „jest tak piękny,
jak panna w ślubnym welonie”
(dosłowny cytat osobiście usłyszany
mimochodem!). Jedno jest pewne:
zwierzęta nas rozumieją, my zwierząt
jeszcze nie. Ale gdy bliska zażyłość
z udomowionym zwierzęciem sprawia,
że zwierzę zaczyna do nas mówić
ludzkim głosem, to trzeba jednak skorzystać
z pomocy psychiatry!
Z moich może bezmyślnych zamyśleń
wynika też, że winniśmy zweryfikować
niektóre określenia, by bardziej
odpowiadały prawdzie niż przypisywane
im do tej pory znaczenia.
Bo czyż nie będzie prawdziwsze określenie
„małpokształtny człowiek” niż
człekokształtna małpa”?
5
Muszę o tym powiedzieć, wykrzyczeć
sprzeciw przeciwko bestialskim
myśliwym, którzy dla zabawy czy
zaspokajania najniższych instynktów
mordują bezbronne zwierzęta.
W majestacie nieludzkiego, a już na
pewno niezwierzęcego prawa. To coś
makabrycznego, gdy widzi się staw
otoczony szczelnie wianuszkiem „bohaterów”,
w wysokich butach, z naładowanymi
wielką ilością ołowianego
śrutu strzelbami. (Nie wiem czemu,
ale gdy to widzę, to mam skojarzenie
z esesmanami strzelającymi do bezbronnych
ludzi!) Nieszczęsne ptaki nie
mają najmniejszych szans, by wyrwać
się ze śmiercionośnej strefy w błękit
wolności. Myśliwskie psy czekają na
sygnał „panów”, by przynieść z wody
często jeszcze żyjące i konające w męczarniach
kaczki. Nie będę opisywał
golgoty zajęcy czy saren. Zwierzęta
cierpią tak jak ludzie. Ale ludzie mają
strzelby, by te bezsensowne i okrutne
cierpienia zadawać.
Najbardziej obłudne są tłumaczenia
tych, mających krew zwierząt na rękach
i ołów zamiast serc, że przecież
oni wspaniałomyślnie dokarmiają
zwierzęta. I chwała im za to, ale czy
naprawdę muszą je mordować?! To
trzeba być pozbawioną ludzkich uczuć
istotą bez współodczuwania i wyobraźni,
by zadawać żywym stworzeniom
bezsensowne cierpienia. A jeśli
jest się niby wierzącym myśliwym, to
nie mieć Boga w sercu, nie znać św.
Franciszka z Asyżu miłującego zwierzęta.
Choć myśliwi mają, a jakże, też
swojego patrona św. Huberta, który
w swojej grzesznej młodości z pasją
mordował, co się tylko w lasach i na
polach ruszało. To grzeszne święto,
usankcjonowane przez kościół, obchodzone
jest 3 października w dniu
św. Huberta, poprzedzane zwykle
mszą świętą w intencji panów z naładowaną
bronią myśliwską, którzy po
owym zezwoleniu wprost z niebios
pędzą do lasów, by wystrzelać wszystko
to, co nie zostało jeszcze wcześniej
zamordowane! Widziałem taką mszę,
gdy przed ołtarzem stały wypchane
zające, lisy, sarny, kaczki… Miałem
przed oczami Auschwitz dla zwierząt.
Tu przypominam, że św. Hubert jest
także patronem chorych na epilepsję!
I to by się nawet zgadzało…
Miałem dziwny sen. Śniło mi się, że
kaczki strzelają do myśliwych, tak
samo jak myśliwi do kaczek. Widziałem
przerażenie w oczach ludzi, próbujących
się daremnie skryć w lichych
zaroślach, innych uciekających w panice,
nim dosięgły je kule, których Pan
Bóg nie nosił. Po chwili groble stawów
i pobliskie łąki usłane były trupami
myśliwych, a kaczki kwakały radośnie
i latały beztrosko już z zieloną myślą
o budowie gniazd i znoszonych jajach,
z których wylęgną się kacze pokolenia,
już nienękane i unicestwiane
przez dwunożne, okrutne istoty.
Zbudziłem się zlany potem… Koszmar
senny nie mógł mi wyparować z głowy.
Wiedziałem, że to był tylko sen
i w dodatku nieprawdziwy. Bo gdyby
w istocie kaczki i inne zwierzęta miały
dostęp do broni, to nigdy nie zachowywałyby
się tak jak ludzie!
Wszystkim uzbrojonym panom stworzenia
przypominam, że was też weźmie
kiedyś Pan Bóg na muszkę, więc
może chociaż zadrży wam ręka, nim
pociągniecie za spust… [JW]
Zdjęcie: Pixabay
JULIUSZ WĄTROBA
POST SCRIPTUM
95
NO SKĄD
ALICJA SANTARIUS
Skąd możesz wiedzieć, że dłonie
mogą tyle mówić o oddaleniu,
skoro nie wiesz, że kogoś ci brak?
Skąd możesz wiedzieć, że żyły
to rozterka zostać czy iść,
skoro nie wiesz, czy lepiej jest gdzie indziej.
Skąd możesz wiedzieć, że błądzisz,
jeśli nic nie podpowiada,
że powinieneś szukać.
Skąd masz wiedzieć, że źle oddychasz,
skoro oddech
zawsze oznacza życie.
Skąd masz wiedzieć, kim jesteś,
skoro nadal
pytasz o to innych?
ZNIKAJĄC
czasem to możliwe
– zniknąć w tłumie
potrzeba matką
twórczego umysłu
schować się tak
by nikt nie dostrzegł
takiego widocznego zniknięcia
lubię te swoje
jak na tacy kryjówki
dobrze zakotwiczona
w najruchliwszym z miejsc
absurdalnie
wolna
unoszę się niczym pył
sjena palona w szczycie lata
na Piazza del Campo
jak kropla bryzy
co opada po swojemu
nim muśnie Tureckie Schody
tymczasem w codziennej
przystani
echo oddechu
i dźwięk klawiatury
jakże tęskno mi
by dziś
znów się schować
OBSERWUJĄC MOTYLA
wspomnienia
niczym motyle
malują nasz dzień
w przelocie
bez pytania
niespodziewanie
trzepocą w spód powieki
dobijają się do dni
wypełnionych po brzegi
w okolicach południa
przesycone kolorem
zabarwiają co minęło
to my dajemy im
złapać się w sieć
pod wieczór tracą moc
już pozbawione ostrości
szybko blakną
my zaś
przesiąknięci nadmiarem
z ulgą oddychamy
kiedy składają swe skrzydła
96
POST SCRIPTUM
Ilustracja: Renata Cygan
POST SCRIPTUM
97
Krzysztof T. Dąbrowski
– X560D, wytłumacz nam, dlaczego chcesz mieć imię.
– To proste – westchnął android. – Jestem człowiekiem.
– Nie jesteś. Masz syntetyczne ciało, jesteś androidem.
– I tak, i nie.
– Słucham?
– Wasze biologiczne mózgi są nośnikami dla energetycznego
zbioru danych, który nazywacie duszą. A mój
syntetyczny mózg poza materiałem, z którego jest wykonany,
w niczym nie różni się od waszego.
– No niby tak, ale ty się nie urodziłeś.
– Wiem, że zostałem wyprodukowany. Temu oczywiście
nie da się zaprzeczyć. Ale nie zmienia to jednak
faktu, że jedna z dusz uznała, że w kolejnym wcieleniu
ma ochotę doświadczyć, jak to jest być androidem
i osiedliła się w tym ciele.
Mam dziwne wrażenie, że John Gilbert naprawdę
istnieje, choć teoretycznie nie powinien.
Owszem, regularnie mi się śni, że nim jestem,
lecz do tej pory myślałem, że jest tylko kreacją
śniącego umysłu, ale…
Ostatnio, śniąc, że przebywam w jego ciele,
rozmawiałem z jego żoną, która powiedziała:
„John, coraz częściej lunatykujesz. Niepokoi
mnie to. Na dodatek, powiedziałeś ostatnio:
»Nie jestem John, jestem Alan«”.
Okej, można by to potraktować jako sen, gdyby
nie to, że ja też często lunatykuję, a wczoraj
żona powiedziała mi, że będąc w tym stanie,
odpowiedziałem jej tak:
„Nie jestem Alan, jestem John”.
Czyżby lunatykowanie było splątaniem alternatywnych
rzeczywistości?
– Opowiedz o swoich rodzicach.
Wiedziałem, że kiedyś padnie to pytanie.
– Chodźmy do mnie, coś ci pokażę.
Zdziwiła się, ale nie oponowała.
Była zaskoczona, gdy wyciągnąłem kostkę i podszedłem do czytnika – pewnie myślała, że o wszystkim jej
opowiem po namiętnym seksie, a ja zachowałem się jak jakiś maniak komputerowy.
– Chodź, popatrz.
Na ekranie wyświetliło się kilkaset miniaturowych zdjęć.
Kliknąłem pierwsze z brzegu – znany pisarz, noblista.
Drugie – wybitny naukowiec.
Trzecie – sportowiec, mistrz.
– Nie rozumiem…
– Moi rodzice to koncern Gen-lab i ludzie z tych zdjęć. Zostałem eksperymentalnie skompilowany z ich genów.
Po chwili namiętnie się kochaliśmy, później zaczęła dopytywać, czy chciałbym kiedyś mieć dzieci…
98
POST SCRIPTUM
My, zmarli, też mamy swój internet, a żeby było zabawniej,
jest on połączony z waszym. A wszystko to
dzięki łączom energetyczno-ektoplazmatycznym.
W przeciwieństwie do was, mamy surowy kodeks
pełen zakazów i nakazów, a nad przestrzeganiem go
czuwa główny nadzorca kontaktów nekro-interpersonalnych.
Oczywiście nie możemy już funkcjonować w waszych
social mediach, używając własnych kont
z czasów bycia żywym – dlatego tworzymy alternatywne,
z fikcyjnymi osobowościami.
Dzięki temu mogę mieć moje dzieci i ich dzieci
w znajomych – mogę obserwować, jak im się w
życiu układa. Musiałem tylko zrobić mały podstęp
i podać się za zaginionego kuzyna, którego oczywiście
zmyśliłem.
Gdyby tylko wiedzieli, kim jestem…
Byłaby piękna, gdyby nie te czułki przy ustach i segmentowy
pancerz na plecach.
– Mówiłeś, że mnie kochasz i akceptujesz to, co nas
różni…
– Tak, ale… – No i jak tu ją namówić do usunięcia tych
dodatków?
Owszem, kocham ją, ale też cholernie cierpię, bo te
różnice hamują moje pożądanie.
A wszystko przez tych cholernych kosmitów!
Na sąsiedniej planecie mieszkają inteligentne owady.
U nich też widywano UFO i też były uprowadzenia.
Teraz już wiadomo, czemu to wszystko służyło – stworzono
hybrydowy gatunek, na poły ludzki, a na poły
owadzi, który umieszczono na terra-formowanej planecie.
D R A B B L E
Choć rozumiem eksperymenty naukowe, to jednak
z tym solidnie przesadzili.
POST SCRIPTUM
99
100
POST SCRIPTUM
Obraz: Iwona Wojewoda
POST SCRIPTUM
101
Wellbeing puszcza oczko,
czyli
TERAPIA PĘDZLEM I SZYDEŁKIEM
102
POST SCRIPTUM
Gotujesz z pasją, jesteś książkowym molem,
układasz puzzle, dziergasz serwetki… Robisz,
bo lubisz – nie zagłębiasz się w inne aspekty
tego lubienia. Mądre głowy jednak nadały temu
głęboki sens pod nazwą wellbeing, czyli w luźnym
tłumaczeniu – dobrostan. Satysfakcja z umiejętności,
z życia, dbałość o stan psychiczny, fizyczny, zdrowie
– wszystko, co składa się na poczucie szczęścia.
Program wellbeing wdrażany jest na dużą skalę
w firmach, w różnych organizacjach i całkiem nieświadomie
– a bardzo skutecznie – przez nas samych.
Choćby już w momencie, gdy stworzymy
pierwsze oczko szydełkiem.
Jolanta Grotte, autorka powieści, przynosiła na
pierwsze spotkania w klubie literackim a to wydzierganą
zakładkę do książki, a to kwiatuszek. Coraz
więcej, coraz to inne, aż do zachwytu znajomych. Aż
do wystaw. Jej prace zdobią stoły, wazony w wielu
domach w kraju i poza granicami. A pasja nie chce
się zatrzymać, prze po nowe wyzwania o coraz większym
stopniu trudności. Rozwijają się też kontakty
z osobami o podobnym talencie.
„Dziergam, bo znalazłam w tym znakomitą terapię.
Nad każdą pracą się skupiam, wchodzę w przyjazny,
ciekawy świat, wymyślam, projektuję. Odpoczywam
i wyciszam się, najzwyczajniej łagodnieję, zwalniam
niszczące tempo życia. A jak do tego dojdzie pochwała
bliskich, jak ktoś się szczerze zachwyci, to napływa
ogromna fala nowej energii i można ją chyba
porównać do dobrostanu”.
***
Pani Barbara Zarzecka codziennie jeździła do hospicjum
pod Warszawą, aby budzić męża uśmiechem
i melodią – dwa cierpienia starały się skryć w cieniu,
godnie znosząc przeznaczenie. Silna kobieta musiała
jednak jakoś odreagować codzienną „maskę
emocji”. Kupiła farbę i w piwnicy na ścianie namalowała
chabry. Wysokie na 80 centymetrów. Zamarzyła
jeszcze o makach. Kolor, dużo koloru. To było jej
potrzebne, jak tlen. Niemal codziennie po powrocie
z hospicjum oddychała kolorem, który tworzyła. Nie
czuła tych dawno skończonych osiemdziesięciu lat…
Mąż odszedł. Przyjaciele poprosili ją o pomoc
w opiece nad żoną ich przyjaciela, która była
w hospicjum, a on bezradny, zagubiony. Rozmowy
o pampersach, o ułatwieniach, co gdzie kupić i aż
zeszło raz na temat sztuki, malarstwa. No i okazało
się, że pan Roman Stachera jest artystą plastykiem.
Mógł udzielić wielu cennych wskazówek tak
barwnej osobie, która jest doktorem nauk humanistycznych,
zawodowo związana z naukami ścisłymi,
a przed nią głębia wiedzy plastycznej, w którą nie boi
się wskoczyć.
Żona pana Romana zmarła. Ale znajomość dwojga
samotnych się utrzymała, a niedługo zacieśniła. Pani
Barbara rozwija nowe pasje pod okiem przyjaciela.
Ostatnio zagustowała w technice hand drawing,
czyli w rysunku ołówkiem na płótnie.
„Muszę kupić tablice malarskie z twardym podkładem,
będzie łatwiej. Pierwsze próby już zaliczone.
Z pochwałą autorytetu. Nauczę się. Życie przede
mną” – uśmiecha się ciepło.
***
A Jolanta Grotte? Nowe wyzwania, nowe spotkania.
Z pewnością weźmie udział 8 czerwca 2025r.
w obchodach Światowego Dnia Robienia na Drutach
w Miejscach Publicznych, bo szydełka też są, oczywiście
przewidziane. A włóczka i wełny różnego kalibru
zawładną parkami, ulicami, salami na świecie.
Święto celebrowane jest m.in. w Australii, Chinach,
Finlandii, Irlandii, USA, Szwecji, Wielkiej Brytanii,
Południowej Afryce… [WDS]
WANDA DUSIA STAŃCZAK
POST SCRIPTUM
103
WOLNOŚĆ ARTYSTY
Fanatyczny
brak wytycznych
FOLWARK ZWIERZĄTEK W PIĄTEK I ŚWIĄTEK
WIÓRKA GRYZIPIÓRKA
TALENT
Wena
w genach
TAKIE CZASY
Liryka
zdycha
AUTO-DOPING
Wyostrz pióro
kreaturo!
NATCHNIENIE
Z Pegazem
pod gazem
MONOGAMIA
Pokuta
koguta
ŻMIJA PLOTKARKA
Rada
gada
Z CZEGO?
Z bożej łaski
fraszki
IMPERATYW
Świntuszę
bo muszę
KOPCZYK
Meta
kreta
ROGACZOWI
Się nie leń
jeleń!
KOTKA
To córka
kocurka
TWARDZIELKA
Pchełka
nie łka
GŁODNA
Wiewiórka
żre wiórka
KOTKA
Markotna
bo kotna
104
POST SCRIPTUM
POSTACIE KTÓRE ZNACIE
MOJE DZIEWOJE
PERFEKCJONISTA
Się spala
w detalach
CIERPLIWY
Futurysta
niebo wystał
PRAWIE BEZINTERESOWNY
Za grosik
donosik
NIMFOMANKA
Tonie
w mankach
BRUTAL
Zdziebko
za krzepko!
SĄSIEDZI
Najbliżsi
w zawiści
ZAPEWNIENIE
Uwierz miły:
nie mam kiły!
PO GRZE WSTĘPNEJ
Kłopot
z tętnem
PRZEZ ŚRÓDMORSKĄ DIETĘ
Zocha
kocha
tylko Włocha
TO DZIWNE
Choć wstydliwa
to zdradliwa
ZALOTNY WIETRZYK
Dmuchnie
ufnie
NA DZIEŃ DOBRY
Dała Danka
kwiatek z wianka
OZIĘBŁA
Nieskora
do amora
DZIWACZKA
Woli w windzie
niż gdzie indziej
PANNA
Pragnie drania
do kochania
CZĘSTO
Randki pointa
alimenta
FIGLIK
Z Grażką igraszka
gdy chętna Grażka
RANDKA NA LUDOWO
W stodole
polec
PANNO
Unikaj
piernika
PRZY TOBIE
Testosteronem
płonę
ARS AMANDI?
Niemota się mota
w pieszczotach
NIEUSTANNIE
Mam apetyt
na kobiety
KOCHLIWEGO
Serce boli
od swawoli
ALE KINO POD PIERZYNĄ!
POST SCRIPTUM
105
Związek
Pisarzy Polskich
na Obczyźnie
W
niedzielę 16 lutego w Ognisku Polskim w Londynie
odbyło się uroczyste wręczenie Nagród Literackich
Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie za rok 2024,
które otrzymali prof. György Gömöri i Ewa Sapieżyńska.
Prof. György Gömöri został wyróżniony za popularyzację literatury
polskiej w świecie. Natomiast mieszkająca w Norwegii
Ewa Sapieżyńska otrzymała nagrodę za książkę Nie jestem twoim
Polakiem. Reportaż z Norwegii, która została uznana za najlepszą
książkę napisaną przez polskiego pisarza mieszkającego
poza Polską.
Gala Nagród ZPPnO została przygotowana przez prezes ZPPnO
Reginę Wasiak-Taylor i poprowadzona wspólnie z dr Katarzyną
Zechenter (UCL). Tegoroczna uroczystość była wyjątkowa – po
raz pierwszy swą obecnością zaszczycili aż dwaj ambasadorzy,
Polski i Norwegii: prof. Piotr Wilczek i Tore Hattrem.
studentów polskiej literatury. Zastępował też polskiego noblistę
w Harvardzie. Po powrocie do Wielkiej Brytanii Gömöri został
wykładowcą polskiej literatury na uniwersytecie w Cambridge –
prowadził wykłady przez 30 lat.
Prof. Gömöri posługuje się z równą łatwością polskim i angielskim,
ale – jak sam podkreśla – wiersze pisze tylko po
węgiersku. Często też właśnie w wierszach wraca do wydarzeń
1956 roku. Nic dziwnego, że właśnie on opracował antologię
zatytułowaną Polscy poeci o węgierskim październiku, którą
w 1986 roku wydała Polska Fundacja Kulturalna. Mimo ukończonych
90 lat jest nadal bardzo aktywny.
Ewa Sapieżyńska jest o połowę młodsza od prof. Gömöriego.
Laudację na jej cześć napisał dr Adam Wierciński. W odczytanym
podczas wieczoru tekście dr Wierciński zwraca uwagę na
to, że książka Nie jestem twoim Polakiem jest historią osobistą
autorki, a zarazem reportażem i analizą socjologiczną. Ta różnorodność
jest wartością tej książki, która opowiadaja o życiu
społeczności polskiej w Norwegii.
Ewa Sapieżyńska jest iberystką. Prowadziła wykłady w Polsce
i w Chile – to w tym kraju zdobyła stopień doktorski. Obecnie
mieszka w Oslo. Jako dziennikarka i reportażystka często pisze
o Norwegii do polskiej prasy. Nagrodzona przez ZPPnO książka
ukazała się najpierw w języku norweskim. Rozważania autorki
są na tyle ważne i odnoszące się nie tylko do sytuacji Polaków,
ale i innych mniejszości narodowych, że pozycja ta została włączona
do platformy edukacyjnej dla szkół średnich. Obecnie
przygotowywane jest wydanie w języku angielskim. [KB]
KATARZYNA BZOWSKA
Źródło: Tydzień Polski
Prezes ZPPnO Regina Wasiak-Taylor wygłosiła laudację na cześć
prof. György Gömöriego, którego związki z Polską trwają od 70
lat – jako 19-letni student otrzymał trzymiesięczne stypendium
do Polski. Już wtedy mówił trochę po polsku – był to język, który
sobie wybrał, gdyż chciał polską poezję czytać w oryginale. Podczas
tego pobytu poznał m.in. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego,
Władysława Broniewskiego, Juliana Tuwima, Antoniego
Słonimskiego. Odnowił też znajomość z Tadeuszem Różewiczem,
którego poznał wcześniej w Budapeszcie.
W książce Moi polscy pisarze i poeci György Gömöri pisze: „Nasza
węgierska demonstracja była wyrazem poparcia dla demokratyzacji
Polski i towarzyszyły jej polskie flagi i slogany, takie
jak Polska wskazała nam drogę / wstąpmy na własny węgierski
szlak”. Jak tysiące innych Węgrów musiał opuścić kraj. Podczas
pobytu w Austrii otrzymał propozycję podjęcia studiów
w Wielkiej Brytanii na Uniwersytecie Oxfordzkim. Węgierska
rewolucja wstrząsnęła intelektualistami w całej Europie.
W swoim wystąpieniu Regina Wasiak-Taylor wspomniała, że
za sprawą Jerzego Giedroycia, który szukał kogoś „kto znałby
ten piekielny język” Gömöri rozpoczął wieloletnią współpracę
z „Kulturą” jako doradca redaktora w sprawach węgierskich.
Wkrótce węgierski polonista poznał Zbigniewa Herberta i Czesława
Miłosza. Coraz głębiej zagłębiał się też w polską literaturę,
którą poznał na tyle dobrze, że gdy Miłosz musiał wyjechać
z Uniwersytetu w Berkeley, właśnie jemu zaproponował
zastępstwo. I tak węgierski emigrant uczył amerykańskich
106
POST SCRIPTUM
Zdjęcia pochodzą z archiwum ZPPnO
Polonijne wieści z Londynu
Polonijne wieści z Londynu
29 marca 2025 roku londyński Klub Orła Białego
w Balham stał się centrum polskiej literatury.
II Autorskie Targi Książki w Londynie zgromadziły
imponującą liczbę 45 autorów, oferując odwiedzającym
wyjątkową okazję do spotkań z twórcami
literatury i zapoznania się z ich dziełami.
W dniu targów odbyło się wiele premier. Program
imprezy obfitował w różnorodne atrakcje.
Za sprawą rozmowy z autorami książki Chłopi,
Reymont i inne dygresje upamiętniono jednego
z literackich patronów roku. Róża Wigeland
i Andrzej Smoleń w zajmujący sposób przedstawili
publiczności sylwetkę Władysława Reymonta
i okoliczności powstania nagrodzonych
nagrodą Nobla Chłopów.
Na scenie odbyły się dwa panele dyskusyjne,
podczas których autorzy książek dla dorosłych
i dzieci dzielili się swoimi doświadczeniami i refleksjami
na temat współczesnej literatury. Dyskutowano
na temat sposobów pobudzających
wyobraźnię najmłodszych czytelników oraz
o tym, jaki wpływ na proces tworzenia ma codzienne
życie w wielokulturowym środowisku.
Wielbiciele książek mieli również możliwość
uczestniczenia w spotkaniu autorskim z Anną
Partyką-Judge, autorką powieści dla dorosłych
oraz dwujęzycznych książeczek dla dzieci.
Wydarzenia literackie dopełnił koncert akustyczny
Krisa Bańki, wokalisty i gitarzysty grającego
w klimacie popowo-rockowym. Interpretacje
artysty stworzyły niepowtarzalny klimat,
łącząc świat słowa pisanego z uniwersalnym
językiem muzyki.
Tegoroczna edycja Autorskich Targów Książki
w Londynie okazała się dużym sukcesem. Wydarzenie
przyciągnęło liczne grono miłośników
polskiej literatury, którzy przyjechali do Londynu
z różnych części Wielkiej Brytanii, a nawet
z innych krajów. Mieli oni okazję nie tylko wzbogacić
swoje domowe biblioteczki o nowe pozycje,
ale także nawiązać osobisty kontakt z autorami.
Inicjatywa ta z pewnością przyczyniła się
do promocji polskiej literatury w Wielkiej Brytanii
i wzmocnienia więzi kulturowych wśród
polskiej społeczności emigracyjnej. [DC]
DOMINIKA CADDICK i ADA JOHNSON
Stoisko „Post Scriptum”
Paneliści: Basia Sobol-Pich, Patrycja
Kuczewska, Tomasz Buraczek, Małgorzata
Łuczak, Monika Jurgiel, Anna Rozenberg, Alex
Sławiński. Moderator: Katarzyna Dziuba.
POST SCRIPTUM
rozmowy autorów z czytelnikami
Organizatorzy: od lewej Łukasz Pietraszkiewicz, Dominika Caddick, Ada Johnson, Dariusz Zeller.
Anna Rozenberg podpisuje książkę
107
Wileńskie Kaziuki
w poszukiwaniu utraconych znaczeń
Po raz pierwszy Kaziuki Wileńskie w Londynie odbyły się
w 2022 roku w Studio POSK. Wówczas organizatorami
byli KaMPe, Piwnica Pod Big Benem oraz Remi&Falko.
W tym roku organizacją Kaziuków zajęła się Piwnica Pod
Big Benem we współpracy z Polskim Ośrodkiem Społeczno-
-Kulturalnym w Londynie.
Reżyserką i twórczynią programu jest Mariola Dobrenko, która
przygotowała barwne widowisko przybliżające historię, kulturę
i zwyczaje Kresów Wschodnich. Pani Mariola ma duże doświadczenie
– organizowała wcześniej duże imprezy kaziukowe w Polsce.
Jak sama skromnie mówi: „Nie można by zrealizować takiego
wydarzenia, gdyby nie pomoc i współpraca ludzi skupionych wokół
Piwnicy. Wszyscy wykonawcy wzięli w nim udział jako wolontariusze”.
Podziękowania należą się dużej grupie osób wspierających organizatora
z dobrej woli technicznie i organizacyjnie. Na przykład
zaprzyjaźniona Piekarnia Village Bread ufundowała wspaniałe
pączki wileńskie i ciasta. Dziękujemy też POSK za udostępnienie
sali oraz akustykowi i operatorowi świateł.
Wśród wykonawców pojawili się artyści (kolejność przypadkowa):
Jacek Domański, Jacek Jezierzański, Aleksy Wróbel, Weronika
Brudzińska, Kris-Louis Siemiński, Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz,
Wiesław Fałkowski, Renata Cygan, Chanya Paprang, Oliwier Redestowicz,
Katarzyna Rzepińska, Andrzej Matuszewski, Alicja Rzepińska,
Andrew May, Natalia Pacześ, Jarek Redestowicz, Nicole
Pacześ, Laura Klupa, Zuzanna Kicka i rodzina Radoniów: Ryszard,
Katarzyna, Emilia, Maja oraz przyjaciel rodziny, Piotr Nowak,. Artystów
niestrudzenie – organizacyjnie i technicznie – wspierała
grupa: Ryszard Dobrenko, Aneta Pacześ, Katarzyna Urban, Barbara
Redestowicz, Dominik Dobrenko, Maria Bojarska, Maciej Kukiełka
i Karol Rzepiński.
W i e s ł a w F a ł k o w s k i
108
POST SCRIPTUM
Mariola Dobrenko
Budzi się we mnie refleksja nad Kaziukami Wileńskimi,
fenomenem kulturowym, który przetrwał wieki i nie
stracił nic na swojej popularności. Jest to święto łączące
sacrum i profanum, religię i kulturę, historię i współczesność.
Dziś, tak jak przed wiekami, Kaziuki przyciągają
tłumy. Są nie tylko okazją do handlu, ale przede wszystkim
– do celebrowania wspólnej tożsamości i tradycji. To
wyjątkowe wydarzenie każdego roku wpisuje się w rytm
życia Wilna, a także innych miast na Litwie, w Polsce i na
Białorusi oraz – jak się właśnie okazało – Londynu.
Kaziuki Wileńskie to jedna z najstarszych i najbardziej charakterystycznych
tradycji kulturowych na Litwie, której
korzenie sięgają XVII wieku. Jest to coroczny jarmark odpustowy
organizowany na cześć św. Kazimierza, patrona
Litwy i Polski.
Współczesność ze swoim dynamicznym tempem życia,
globalizacją, postępem technologicznym, sztuczną inteligencją
i lotami w kosmos oddala człowieka od dawnych,
lokalnych tradycji i zwyczajów, od dziedzictwa i historii.
Tak jak każde drzewo uschnie bez korzeni, tak człowiek
współczesny usycha bez szacunku do swoich przodków,
tradycji, historii, tożsamości. Coraz częściej jednak, jakby
w odpowiedzi, obserwujemy nostalgię za przeszłością,
która przejawia się w powrocie do tradycyjnych obrzędów,
rzemiosła oraz kultury ludowej. Doskonałym przykładem
są tu niezmiennie popularne Kaziuki Wileńskie, które
mimo upływu wieków wciąż przyciągają rzesze ludzi pragnących
zetknąć się z autentycznym dziedzictwem swoich
przodków. Zdaje mi się, że w światowym wirze wydarzeń
współczesny człowiek coraz bardziej tęskni za ludowymi
tradycjami i obrzędami, a ich odradzanie się jest reakcją
na zanikanie więzi społecznych i poszukiwaniem własnej
tożsamości, która nie ma dzielić, lecz łączyć.
Ludowe tradycje odgrywają niebagatelną rolę w budowaniu
owej tożsamości. W czasach, gdy wiele kultur stopniowo
zanika pod wpływem unifikacji i globalizacji, powrót
do korzeni staje się formą jej pielęgnowania. Opisywany
przeze mnie jarmark, ze swoim bogatym dorobkiem artystycznym
i rękodzielniczym, jest świadectwem wielowiekowej
tradycji Wileńszczyzny i jednocześnie okazją do jej
109
POST SCRIPTUM
kultywowania. Współcześni uczestnicy
tego wydarzenia nie tylko kupują tradycyjne
wyroby, lecz także angażują się
w odtwarzanie i przekazywanie dawnych
zwyczajów. Dowodzi to tęsknoty
za radością i prostotą życia w obliczu
szybko zmieniającej się rzeczywistości.
We współczesnym świecie, w którym
relacje międzyludzkie coraz częściej
przenoszą się do sfery cyfrowej, ludowe
tradycje i jarmarki takie jak
Kaziuki pełnią funkcję integracyjną.
Umożliwiają one spotkanie się ludzi
z różnych pokoleń, dzielenie się
wspomnieniami, opowieściami oraz
doświadczeniami. Kultura ludowa
od wieków sprzyjała budowaniu społeczności
i wzmacnianiu więzi między
ich członkami. Wspólne uczestnictwo
w obrzędach, muzyka i tańce
ludowe stanowią przeciwwagę dla
współczesnego indywidualizmu oraz
izolacji. Dlatego też tak wiele osób
chętnie bierze udział w wydarzeniach,
które nawiązują do dawnych
zwyczajów – pragną doświadczyć autentycznej
bliskości oraz wspólnotowego
charakteru życia.
Kaziuki Wileńskie
w Londynie
Jarmark Kaziukowy to prawdziwa
uczta dla miłośników tradycyjnego
rzemiosła i kuchni regionalnej. Na
straganach można znaleźć wyroby
rękodzielnicze, takie jak słynne palmy
wileńskie, drewniane rzeźby, ceramikę,
tkane obrusy oraz tradycyjne
wyroby skórzane. Wśród smakołyków
królują litewskie pierniki, chleb
żytni, miód, sery oraz wędliny o wyjątkowym
smaku. Najbardziej rozpoznawalnym
symbolem Kaziuków
są jednak palmy wielkanocne, które
stanowią unikatową formę rękodzieła
artystycznego. Są one wykonane z suszonych
kwiatów, traw i kolorowych
wstążek, a ich misternie splecione
wzory przyciągają uwagę wszystkich.
W dobie produkcji masowej, w której
towary są często pozbawione indywidualnego
charakteru, wyroby rękodzielnicze
stają się symbolem autentyczności,
unikalności i dbałości o detale.
Współczesny człowiek coraz częściej
dostrzega wartość tradycyjnego
rzemiosła, a wzrost popularności rękodzieła
i wyrobów ekologicznych jest
odpowiedzią na przemysłową, anonimową
tandetę. Kaziuki pozwalają na
bezpośredni kontakt z rzemieślnikami,
którzy przekazują swoje umiejętności
z pokolenia na pokolenie, a tym
samym czynią swoje dzieła częścią
szerszej tradycji kulturowej.
W świecie pełnym stresu, pośpiechu
i nieustannych bodźców tradycje ludowe
oferują swoistą przystań – powrót
do prostszych czasów, w których
życie toczyło się zgodnie z rytmem
natury i cyklami rolniczymi. Kaziuki
ze swoją ludową muzyką, spokojną
atmosferą i kultywowaniem dawnych
obrzędów są ucieczką od miejskiego
zgiełku i technologicznego przesytu.
Coraz więcej ludzi pragnie przeżyć
chwile, w których mogą oderwać
się od nowoczesności i doświadczyć
prawdziwej tradycji, niewymagającej
pośpiechu i konsumpcjonizmu.
Czy ta nasza nostalgia, tęsknota za
tradycją nie jest przypadkiem tylko
chwilową modą? Znajda się oczywiście
tacy, którzy będą tak twierdzić
i dodawać, że to forma komercjalizacji
folkloru. Nie jest to jednak jedynie
kaprys współczesnego człowieka,
lecz ujawniająca się na nowo głęboka
potrzeba odnalezienia swoich korzeni,
budowania wspólnoty i harmonii
w świecie pełnym chaosu. Fenomen
Kaziuków Wileńskich doskonale ilustruje
tę tęsknotę – dowodzi, że pomimo
upływu lat ludzie wciąż pragną
uczestniczyć w kulturze, która wyraża
ich tożsamość i łączy z przeszłością.
W dobie globalizacji i cyfryzacji powrót
do tradycji jest nie tylko wyrazem
sentymentu, ale także świadomym
wyborem wartości, które wciąż
mają znaczenie.
Opowiedzmy teraz, z jakich czasów
wywodzi się jarmark i jaka była jego
geneza. Otóż król Zygmunt III Waz
w 1604 roku zainicjował proces kanonizacyjny
Kazimierza Jagiellończyka,
którego w 1636 roku papież Urban
VIII oficjalnie ogłosił świętym. Kult
Kazimierza zaczął się rozwijać jeszcze
szybciej niż do tej pory, szczególnie
na terenach Rzeczypospolitej Obojga
Narodów. Wilno jako miasto blisko
związane z rodem Jagiellonów stało
się centrum obchodów ku czci świętego.
Już w XVII wieku organizowano
tam odpusty, które stopniowo przekształciły
się w wielki targ i z czasem
zyskały nazwę Kaziuków.
Czym kierował się Zygmunt III Waza
i czym Kazimierz Jagiellończyk zasłużył
sobie na miano świętego?
Król, będący gorliwym katolikiem i
zwolennikiem kontrreformacji, widział
w kanonizacji Kazimierza okazję
do umocnienia swojego wyznania
110
POST SCRIPTUM
w Rzeczypospolitej. Kult Kazimierza
Jagiellończyka był wówczas już dobrze
ugruntowany, a do grobu świętego
w wileńskiej katedrze pielgrzymowali
wierni, którzy przypisywali mu liczne
cuda, w tym uzdrowienia chorych.
Najbardziej znanym przypadkiem był
szlachcic, który po modlitwie przy
grobie świętego cudownie odzyskał
zdrowie.
Władca kierował się nie tylko względami
religijnymi, ale także politycznymi.
Widział bowiem w kanonizacji
Kazimierza możliwość wzmocnienia
legitymizacji rządów swojej dynastii
poprzez odwołanie się do świętości
Jagiellonów.
W początkowym okresie Kaziuki –
odpustowe jarmarki – odbywały się
wokół kościoła św. Kazimierza, lecz
z biegiem lat przeniosły się na większy
obszar, czyli na plac Katedralny i główne
ulice Wilna. Wydarzenie to stało
się nie tylko formą kultu religijnego,
ale również okazją do wymiany handlowej
i społecznej.
Wokół wileńskich Kaziuków przez lata
narosło wiele legend i opowieści, które
tworzą wokół nich niezwykłą atmosferę.
Według jednej z najbardziej znanych
legend w czasie Kaziuków, zwłaszcza
w wietrzne noce, można zobaczyć
postać św. Kazimierza przechadzającą
się po ulicach Wilna. Według wierzeń
duch patrona Litwy ma błogosławić
miastu i czuwać nad uczciwością handlarzy.
Niektórzy sprzedawcy twierdzą,
że czują dziwną obecność, gdy
zamykają swoje stragany późnym
wieczorem.
Opowiada się także o tajemniczych,
ręcznie robionych palmach wielkanocnych,
które potrafią znikać ze
straganów i pojawiać się w kościele
św. Kazimierza. Mówi się, że jeśli ktoś
ukradnie taką palmę, to ta w nocy
powróci na swoje miejsce, a złodzieja
czekają niezwykłe zdarzenia, które nauczą
go pokory i uczciwości.
Dawniej wierzono, że jeśli młodzieniec
podaruje swojej wybrance serce
z piernika kupione na Kaziukach, ich
miłość będzie trwała przez całe życie.
Wielu starszych mieszkańców Wilna
twierdzi, że zna pary, których uczucie
zaczęło się właśnie od takiego słodkiego
upominku.
Inna opowieść mówi o pewnym handlarzu,
który próbował oszukać klientów,
sprzedając podrabiane rękodzieło.
Pewnej nocy jego stragan miał
się sam zapalić, a później na ziemi
znaleziono jedynie zwęglone resztki
towarów. Od tamtego czasu handlarze
twierdzą, że Kaziuki nie wybaczają
oszustw, a uczciwość jest nagradzana
dobrym utargiem.
Kaziuki, pozostające głęboko zakorzenione
w tradycji, z biegiem lat zyskały
także nowoczesny charakter. Obecnie
jarmark trwa kilka dni i obejmuje nie
tylko handel, ale również koncerty,
występy folklorystyczne oraz liczne
inne wydarzenia kulturalne. Organizowane
są pokazy rzemiosła, konkursy
kulinarne oraz prezentacje dzieł
lokalnych artystów. Kaziuki to również
okazja do promocji litewskiego dziedzictwa
kulturowego i umacniania
więzi między Polakami i Litwinami we
współczesnej Europie.
Jarmark ten stał się także inspiracją
dla innych miast, w tym polskich,
w których organizowane są podobne
wydarzenia pod nazwą Kaziuki Wilniuki
– m.in. w Białymstoku, w Gdańsku
czy w Poznaniu. Pokazuje to, jak
silnie Kaziuki wpisały się w tradycję
regionu.
Tak oto Kaziuki – ten niezwykły fenomen
kulturowy łączący sacrum
i profanum, religię i kulturę, historię
i współczesność – przyciągają tłumy
dzisiaj tak jak przed wiekami. To wyjątkowe
wydarzenie, będące żywym
świadectwem dziedzictwa kulturowego
i naszych korzeni, jest przede
wszystkim okazją do celebrowania
wspólnoty oraz okazywania szacunku
do własnej tożsamości i tradycji...
[WF]
WIESŁAW FAŁKOWSKI
POST SCRIPTUM
111
W duchu
Strzeleckiego
Rozmowy-spotkania z ludźmi.
Czasem z no name, czasem
z rozpoznawalnymi, czasem
z ekspertami. Zawsze z takimi,
którym zależy. Dzielimy się
wiedzą i opowieściami o przełomach
w życiu, w przekonaniu,
że „opowiadanie historii
to nasz ludzki sposób radzenia
sobie z rzeczywistością",
a kryzys to szansa.
LINK DO PODCASTU:
https://open.spotify.com/show/3RjoeghoM8ZSU9RiAX2cmA
DO
POETÓW ,
ARTYSTÓW ,
A N N A M A R U S Z E C Z K O
MUZYKÓW
Dziennikarka, freelancerka z wyboru. Kolekcjonerka poruszających
historii i budujących rozmów. Lubi mówić
i słuchać. Wierzy, że „opowiadanie historii to nasz ludzki
sposób radzenia sobie z rzeczywistością”. Entuzjastka
wielokulturowości i przyrody. Autorka kanału na IG
pn. Między Bugiem a prawdą.
Interesuje mnie metamorfoza, człowiek w zmianie.
Moi bohaterowie to ludzie poszukujący i zaangażowani.
Walczą, stawiając granice, postępując w zgodzie
z sobą, dzieląc się. Czasem wygrywają bitwy ze światem
zewnętrznym, jednak podkreślają, że najtrudniej wygrać
z samym sobą. Opowiadają o wzlotach i upadkach na
drodze do życiowego i zawodowego spełnienia. W tle
często ważne zjawiska i trendy społeczne, energia kobiet,
praktyki rozwojowe, etyczny biznes, fair travel i in.
112
POST SCRIPTUM
Moi bohaterowie to ludzie
poszukujący
i zaangażowani.
Walczą, stawiając granice, postępując w zgodzie z sobą,
dzieląc się.
Wygrywają bitwy
ze światem zewnętrznym,
ale podkreślają, że najtrudniej
wygrać z samym sobą.
Opowiadają o wzlotach i upadkach
na drodze do życiowego
spełnienia.
Inspirują
REKLAMA
Profesjonalna
korekta tekstów
ALEKSANDRA KRASIŃSKA
Redakcja i korekta
kontakt@krasinska.eu
Piszesz książkę, e-book, pracę naukową, a może artykuły
na blog albo stronę internetową? Ciągle się wahasz,
gdzie postawić przecinek, i martwisz się, że w tekście są
błędy, których nie widzisz? Skontaktuj się z naszymi korektorkami
– z nimi Twój tekst będzie lepszy.
Jestem magisterką bibliotekoznawstwa oraz absolwentką licznych kursów i szkoleń
dla redaktorów i korektorów. Na co dzień współpracuję z wydawnictwami, a także
poprawiam teksty użytkowe dla szkół wyższych. Chętnie pomogę zarówno przy tekstach
krótszych, jak i dłuższych.
MAŁGORZATA NOWAK
malgorzata.nowak122@gmail.com
Jestem literaturoznawczynią związaną obecnie z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza
w Poznaniu. Najchętniej redaguję teksty naukowe, beletrystykę i eseje. Proces
redakcyjny znam również od strony autora, dlatego zawsze dokładam starań, by tekst,
stając się coraz lepszy, pozostawał w pełni Twój.
DOMINIKA PALUCH
Było słowo
dominika.paluch@interia.pl
Absolwentka Akademii korekty tekstu Ewy Popielarz. Licencjatka polonistyki-komparatystyki,
magistrantka językoznawstwa ogólnego i licencjantka filologii klasycznej.
Zakochana w słowach, czujna strażniczka przecinków.
EWA SŁOTWIŃSKA
ewaslotwinska@gmail.com
Filolożka romańska, absolwentka studiów podyplomowych i licznych kursów z zakresu
redakcji tekstu. Miłośniczka przecinków i półpauz. Tropicielka usterek i nieścisłości.
Specjalistka od literatury dziecięcej i młodzieżowej. Entuzjastka prostego języka w polszczyźnie
korporacyjnej i urzędowej.
Zapraszamy do kontaktu
p a r t n e r z y m e d i a l n i :
POST SCRIPTUM
113
Oprócz dzielenia się z czytelnikami aktualnościami
w dziedzinie sztuki oraz literatury pragniemy
wspierać młode talenty. W tym celu stworzyliśmy
Fundację Wspierania Kultury „Post Scriptum”.
Darowizny dla fundacji będą służyły szeroko pojętej
promocji młodych artystów zarówno na łamach
kwartalnika, jak i w formie pomocy w organizacji
wystaw, warsztatów czy wydawaniu książek.
Jeśli chcesz przekazać datek na działalność naszej
fundacji, możesz zrobić to za pośrednictwem
strony internetowej:
www.postscriptumfundacja.com
lub wpłacić darowiznę bezpośrednio na konto fundacji:
75114020040000310281956333
Dane kontaktowe:
FUNDACJA WSPIERANIA KULTURY „POST SCRIPTUM”
05-092 Łomianki ul. STANISŁAWA STASZICA 14/5
KRS 0000908539 NIP 1182225810
e-mail: biuro@postscriptumfundacja.com
114
POST SCRIPTUM
FUNDACJA „POST SCRIPTUM”