05.04.2025 Views

POST_SCRIPTUM_1_2025_29

POST SCRIPTUM 29 – Niezależny Kwartalnik Literacko-Artystyczny tworzony przez polsko-brytyjski zespół. W tym numerze m.in.: gość specjalny Jason Anderson, miniaturki-kreaturki Juliusza Wątroby, relacja z wystawy Frantiska Kupki, Autorskie Targi Książki w Londynie, malarstwo Władysława Bartka Talarczyka.

POST SCRIPTUM 29 – Niezależny Kwartalnik Literacko-Artystyczny tworzony przez polsko-brytyjski zespół. W tym numerze m.in.: gość specjalny Jason Anderson, miniaturki-kreaturki Juliusza Wątroby, relacja z wystawy Frantiska Kupki, Autorskie Targi Książki w Londynie, malarstwo Władysława Bartka Talarczyka.

SHOW MORE
SHOW LESS

Transform your PDFs into Flipbooks and boost your revenue!

Leverage SEO-optimized Flipbooks, powerful backlinks, and multimedia content to professionally showcase your products and significantly increase your reach.

POST

NIEZALEŻNY KWARTALNIK

LITERACKO-ARTYSTYCZNY

SCRIPTUM

P R O Z A P O E Z J A P U B L I C Y S T Y K A S Z T U K I W I Z U A L N E

DAĆ ŚWIADECTWO

Czesław Markiewicz

1/2025 (29)

KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI

DRABBLE

WITRAŻE, IMPASTO I DORSET

JASON ANDERSON

POTWORY SĄ WŚRÓD NAS

Bo Jaroszek

Gość specjalny

ZOBACZYĆ NIEWIDZIALNE

FRANTIŠEK KUPKA

Dysfunkcja rzeczywistosci

MIKE KELLY

BARTOSZ DOMINIK

Od dokumentów po horror

WŁADYSŁAW BARTEK TALARCZYK

Konkret abstrakcji

Polish Waves w Cambridge Radio

SEBASTIAN LEŚNIEWSKI

www.postscriptum.uk

www.postscriptumfundacja.com

fb: post scriptum

1

POST SCRIPTUM


WERSJA ELEKTRONICZNA DO POBRANIA ZA DARMO:

https://www.yumpu.com/user/postscriptum.mag

DRUK NA ŻYCZENIE: 29,99 zł

ZAMÓWIENIA BEZPOŚREDNIO W DRUKARNI:

https://www.wyczerpane.pl/wydawnictwo-post-scriptum,dBA-0io.html

Prawa do indywidualnych utworów pozostają przy twórcach.

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych

i zastrzega sobie prawo do redagowania tekstów.

FUNDACJA WSPIERANIA KULTURY „POST SCRIPTUM”

05-092 Łomianki

ul. STANISŁAWA STASZICA 14/5,

KRS 0000908539

NIP 1182225810,

e-mail: biuro@postscriptumfundacja.com

www.postscriptum.uk postscriptum.mag@gmail.com fb: post scriptum redakcja@postscriptum.uk

SPIS TREŚCI:

inne sztuki wizualne poezja PROZA

11 MAJA CHAŁUBIŃSKA – opowiadanie Śnieg albo XXX

34 Bo Jaroszek – Dziewicza prostytucja – felieton

54 ANNA DWOJNYCH – opowiadanie Sikorka

64 Robert Knapik – recenzja książek AGNIESZKI JELONEK i ARKADIUSZA LORENCA

68 Renata Szpunar – esej Tigani

74 CZESŁAW MARKIEWICZ – esej Dać świadectwo

90 BABALOOKA – Monika Janowska

92 Przez Peryskop – Bracia mniejsi? – Juliusz Wątroba

98 KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI – Drabble

19 SZYMON FLORCZYK – wiersze

33 AGNIESZKA LUBOS – wiersze

50 KĄCIK SATYRYCZNY

62 MAGDALENA ŁUBKOWSKA – wiersze

73 IZABELA ZUBKO – recenzja tomiku ANNY BUCHALSKIEJ Do Jutra

78 Poezja polecana – RAFAŁ ZIĘBA

86 500 ekfraz w trzy godziny – Wanda Dusia Stańczak

96 ALICJA SANTARIUS – wiersze

104 Miniaturki kreaturki – JULIUSZ WĄTROBA – fraszki, SZCZEPAN SADURSKI – rysunki

4 MIKE KELLY – Duch i zjawa – Daniel Wójtowicz

21 WŁADYSŁAW BARTEK TALARCZYK – Konkret abstrakcji – Beata Anna Symołon

36 JASON ANDERSON – Witraże, impasto i Dorset – Renata Cygan

56 FRANTIŠEK KUPKA – relacja z wystawy – Daniel Wójtowicz

28 Wywiad z SEBASTIANEM LEŚNIEWSKIM – Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz

52 Recenzja filmu Minghun – Daniel Wójtowicz

80 Wywiad z BARTOSZEM DOMINIKIEM – Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz

102 Wellbeing puszcza oczko – Wanda Dusia Stańczak

106 Wręczenie nagród literackich Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie

107 Relacja z II Autorskich Targów Książki w Londynie

108 Wileńskie Kaziuki w Londynie – WIESŁAW FAŁKOWSKI

ZESPÓŁ REDAKCYJNY:

Redaktor naczelna: Renata Cygan Zastępczynie redaktor naczelnej: Joanna Nordyńska i Katarzyna Brus-Sawczuk

Sekretarz redakcji: Jacek Jaszczyk

Redaktorzy: Juliusz Wątroba, Anna Maruszeczko, Izolda Kiec, Wanda Dusia Stańczak, Renata Szpunar, Robert Knapik, Agnieszka Herman,

Bo Jaroszek, Daniel Wójtowicz, Monika Janowska, Beata Anna Symołon, Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz

Gościnnie: Izabela Winiewicz-Cybulska, Jerzy Stasiewicz

Korekta: Aleksandra Krasińska, Dominika Paluch, Małgorzata Nowak i Ewa Słotwińska

2

Rysunek satyryczny: Jarosław Janowski Tłumaczenia z języka angielskiego: Renata Cygan

POST SCRIPTUM Skład, łamanie i opracowanie graficzne: Renata Cygan


Na okładce:

obraz Jasona Andersona

Choć wiosna rozpanoszyła się na dobre zapachem i kolorem, choć

słońce świeci i chce się żyć, ja tkwię w nastroju nieradosnym. Patrzę

na ten świat i nie dowierzam. Psychopaci trzęsą globem, idioci kopią

pod sobą (i pod nami) dołki, niszcząc jedyne, co mogłoby nas uratować przed

katastrofą – Naturę. Za garść srebrników współcześni Midasowie tną, pustoszą

i kąsają rękę, która ich karmi. A my, tak naprawdę, nie możemy zbyt wiele

z tym zrobić...

Pisze o tym Juliusz Wątroba w swoim felietonie Bracia mniejsi?. Warte przeczytania

i zastanowienia nad tym, co robimy z przyrodą i jak sobie w coraz większym

tempie szykujemy dębową jesionkę z barbarzyńsko powycinanych drzew...

WSTĘPNIAK

Niedawno usłyszałam taką sentencję: „Żyjemy w bardzo trudnych czasach i nie

ma w nich miejsca na wrażliwość”. Jakie to straszne! Ale chyba (niestety) prawdziwe?

Rosną nam nieokrzesane społeczeństwa przyklejone do smartfonów – pokolenia,

dla których emotikony są ważniejsze od prawdziwych relacji, a liczba zer na

koncie świadczy o klasie. Smutne to i przygnębiające. Dlatego tak ważne jest promowanie

kultury i sztuki, co my – póki nam starczy sił – czynimy i czynić będziemy.

W tym numerze zebraliśmy dla Państwa dużo dobrego materiału – zachęcamy

do czytania interesującej prozy i poezji i podziwiania niezwykłych obrazów.

Z malarskiego świata godni polecenia są Mike Kelly, František Kupka i Władysław

Bartek Talarczyk oraz relacje z ich wystaw, z których wrażeniami podzielili

się Beata Anna Symołon i Daniel Wójtowicz.

Czy potwory są wśród nas? Otóż są. Czego, z właściwą sobie swadą, dowodzi

Bo Jaroszek. A w jego dywagacjach pojawiają się twory i tworki w postaci ikon

na szkle, białej czekolady, bezalkoholowego alkoholu, czy wreszcie haiku, które

udają haiku. Dziewicza Prostytucja – strona 34.

Gościem specjalnym tego numeru jest pochodzący z Wielkiej Brytanii Jason

Anderson. Jego fascynujące impresjonistyczne obrazy przypominające witraże,

to feeria barw i światła, które wyłania się z geometrycznych abstrakcji. Światła,

które hipnotyzuje, które przedziera się na pierwszy plan, aby zachwycić,

zawładnąć i wchłonąć.

Życząc Państwu przyjemnej lektury, życzę także dużo światła oraz oświecenia

i… przebudzenia.

www.postscriptum.uk, fb: post scriptum, e-mail: redakcja@postscriptum.uk

Wydawca: Post Scriptum LTD, Watford, UK

NUMER KONTA: IBAN: GB82 LOYD 3096 2657 4181 60

UK: SORT CODE: 309626 ACC Number: 57418160

POST SCRIPTUM

3


MIKE KELLEY

D a n i e l w ó j t o w i c z

Duch i zjawa – człowiek zagubiony

Wypad do Londynu zrodził we mnie pragnienie

zerknięcia na sztukę nowoczesną, która akurat

w stolicy Wielkiej Brytanii powinna być najświeższa

i najbardziej znacząca. Prezentowana jest tam

w Galerii Tate Modern, w nowoczesnych, wielkich loftach

(po elektrowni miejskiej) nad Tamizą. Wejście w jej podwoje

okazuje się dla zwykłego zwiedzającego prawdziwym

wyzwaniem, swoistą konfrontacją z przyszłością,

która się z pewnością już zaczęła.

Aktualną dumą muzeum jest ponoć pierwsza w Europie

wystawa głośnego artysty z USA – Mike’a Kelley’a (1954–

2012).

W 2012 r. w publicznym pożegnaniu został określony

przez „The New York Times” jako „jeden z najbardziej

wpływowych amerykańskich artystów ostatniego ćwierćwiecza

i przenikliwy komentator amerykańskiej klasy

społecznej, kultury popularnej i młodzieńczego buntu”.

Czytam w przewodniku: „Mike Kelley tworzył wszelkiego

rodzaju sztukę. Tworzył rzeźby i instalacje, występy, filmy,

rysunki, muzykę, obrazy, zdjęcia, prace tekstylne – praktycznie

wszystko, co może stworzyć artysta!”.

Pozostawił ogromny, zróżnicowany dorobek, dający się

podzielić nie tylko na gatunki, lecz także na rozdziały

i nurty. Dużą część prac traktować można jako konceptualną,

czyli taką, której przesłanie staje się ważniejsze od

samego dzieła.

Wypowiedzi artystyczne Mike’a Kelley’a, jakie udało mi

się odczytać, dotyczą różnego znaczenia i oddziaływania

elementów kultury masowej na zwykłego człowieka,

kształtowania go czy nawet deformowania. „Kultura

masowa jest prawdziwie niewidoczna, ludzie nie są jej

świadomi, ale jest to kultura, w której ja żyję i do której

wszyscy się odnoszą. Nie zamierzam jej gloryfikować,

gdyż w ogromnej części jej nie lubię. Ale to, co mogę

zrobić, to zmagać się z jej dominacją, bawić się nią, rozwalać

na części i przekształcać” – wyjaśniają jego słowa

w motto wystawy. I taki właśnie związek twórczości Artysty

z kulturą swego kraju jest zapewne tym, co zbudowało

jego popularność.

W jednej z sal wystawy oglądać można było krótki film

Kelley’a z głośnej serii Bananaman. W wymyślonym

przez siebie żółtym kostiumie z kapeluszem wcielił się

w bohatera kreskówek Kapitana Kangura (Captain Kangaroo),

na których wychowały się miliony amerykańskich

dzieci. Parodiował je z głębszym zamysłem. Chciał uderzyć

w sztuczne wzorce kultury masowej, powszechne

utożsamianie się przez widzów z nierzeczywistymi bytami,

z ich dążeniem do bycia „nie sobą”. „Ważne jest,

aby osoby oglądające pamiętały, że to sztuka – chodzi

o pozowanie. Widz musi przynajmniej podejrzewać, że

nie jestem tym, za kogo się podaję”– wyjaśniał. Trudno

nie zauważyć, że starał się tym bronić autentycznej tożsamości

ludzi, zwłaszcza młodych, która bywa przez kulturę

masową zagrożona.

4

POST SCRIPTUM


Niepewność nieświadomej myśli

staje się metaforą

nieuchwytnej natury sztuki

POST SCRIPTUM

5


Kreskówkowy Bananaman był podobno

zwykłym, może nawet chuderlawym

chłopcem, który po zjedzeniu

banana stawał się muskularnym

i sprawnym supermanem, zdolnym

do wszystkiego. Kelley w jednym

z filmików pokazywanych na wystawie

odgrywa, jakby w kontrze do

tamtego, uporczywe zmaganie się

jakiegoś nastolatka z krzesłem. Chłopiec

poszukuje własnej, wydumanej

pozycji siedzenia czy też próbuje absurdalnej

modyfikacji mebla poprzez

usunięcie jego dwóch przednich

nóg i zastąpienie ich nogami siedzącego.

Widziałem w tym syntezę

i parodię młodzieńczego buntu. Ale

też i gorzką o nim prawdę. „Nastolatek

jest dysfunkcyjnym dorosłym,

a sztuka jest dysfunkcyjną rzeczywistością”

– twierdził Artysta. Samotność

młodych ludzi w konfrontacji

z zagmatwaną cywilizacją, do której

wzrastają, jest z pewnością wielkim

problemem społecznym.

W sztuce konceptualnej – jeśli

za taką uznać twórczość Mike’a Kelley’a

– swoistą rolę odgrywają wyjaśnienia

twórców tłumaczące przyświecające

im idee. Same materialne

prace działają już tylko jako symbole

określonego myślenia.

6

POST SCRIPTUM

Nastolatek jest

dysfunkcyjnym dorosłym,

a sztuka jest dysfunkcyjną

rzeczywistością

Sala wypełniona ręcznie obrobionymi

kilimami i materiałowymi, wypychanymi,

dużymi zwierzętami (pieskami,

wężem) nawiązuje do roli zabawki

w życiu dziecka i tajemnic dzieciństwa.

Nad nimi dominuje wielki patchwork

wykonany z porzuconych, ręcznie

robionych zabawek, tworzących

jakby „krajobraz po bitwach dzieciństwa”.

Tytuł pracy brzmi: Więcej godzin

miłości niż można kiedykolwiek spłacić

i zapłata za grzech (1987).

Artysta daje tymi pracami wyraz przekonaniu,

że dorośli prowadzą z dziećmi

nieuczciwą i często bolesną grę.

Obdarowują je prezentami, zabawkami

i oczekują w zamian zawsze bezgranicznej

wdzięczności i okazywania

im miłości. Dzieci są w tym ofiarami

emocjonalnego nadużycia oraz wykorzystania

i postawione w roli „wiecznego

sługi kontraktowego”.

Mike Kelley był podejrzewany o żywienie

ciężkich urazów z dzieciństwa,

choć nigdy nie zdecydował się

o tym własnymi słowami powiedzieć.

Jego dzieło prezentuje się jednak

jako szczególny krzyk w tej sprawie.

Wydaje się, że trafia nim w problem,

który w naszej rzeczywistości ma

swój szczególny ciężar gatunkowy.

Dla mnie była to najmocniejsza część

wystawy.

Następnie uwagę przykuwa tajemnicza,

mechaniczna instalacja z muślinową,

przewiewną materią kręcącą

się wkoło na metalowym wysięgniku

niczym zasłona na tanecznym wybiegu,

może przy klubowej rurze, może

przy tańcu w jakimś peep-show.

Pojawia się na niej wyświetlana sylwetka

nagiej kobiety, a z głośnika

trzeszczy denerwująca muzyka. Nie

ma przy tej instalacji komentarza, ale


MIKE KELLEY

POST SCRIPTUM

7


Widz musi przynajmniej podejrzewać,

że nie jestem tym, za kogo się podaję

8

POST SCRIPTUM


i bez niego wywołuje ona oczywiste

i żenujące skojarzenie z pustką i seksualizacją

kultury masowej i zakodowaną

w niej samotnością.

Końcowa część wystawy obfituje

w ekrany, na których wyświetlane są

filmy z najbardziej zaawansowanego

nurtu twórczości Kelley’a – psychoanalitycznej

koncepcji „wspomnień

ekranowych” (Exstracuricular Activity

Projective Reconstruction 2000–2011).

„Niepewność nieświadomej myśli

staje się metaforą nieuchwytnej natury

sztuki” – mówił.

Aby instalacje te stworzyć, Artysta

przerobił zbiory zdjęć z różnych kronik

szkolnych i ułożył je w oparte o własne

scenariusze prezentacje wideo.

Koncentrował się w nich na zamyśle

odkrywania niepamięci, na przekonaniu,

że trauma i przemoc dzieciństwa

są przez młodych ludzi wypierane

i zastępowane mniej ważnymi, późniejszymi,

łagodnymi wspomnieniami.

W ten sposób ludzie ratują swoją

codzienną równowagę, podczas gdy

w podświadomości urazy z przeszłości

mogą determinować ich faktyczną

postawę i stosunek do siebie.

O Kelley’u piszą, że kochał Halloween,

tak mocno zakorzenione we

współczesnej, nie tylko amerykańskiej

kulturze. Fascynowała go „teatralna

i buntownicza natura tego

dorocznego święta, podczas którego

ludzie mogli wyjść poza swoje normalne

zachowanie i udawać kogoś

lub coś innego”. Wykonywał wiele

zdjęć autentycznych przebranych postaci,

starając się w nich wydobyć to,

co było sensem tej maskarady, uwidocznionym

często bezwiednie, lecz

trafnie. Wydaje się, że w tym także

zawierała się jego chęć ukazywania

ludzkiej prawdy ukrytej.

Wieczorem, po wyjściu z Galerii,

a było to 1 listopada, w dniu Wszystkich

Świętych, przypadek ustawił

mnie w windzie londyńskiego metra

tuż obok nastolatka w halloweenowym

stroju, przebranego i ucharakteryzowanego

na Batmana. Podążałem

za nim wzrokiem. Po wyjściu na

zewnątrz zawiesił się na chwilę jakby

w rozterce, dokąd dalej iść. Zapalił

papierosa, który zupełnie nie pasował

do jego młodzieńczej, nawet

dziecięcej jeszcze buzi. Rozglądał się

wokół w wyraźnej bezradności, która

była w tę twarz wręcz wpisana. Strój

Batmana, który go okrywał, zupełnie

na nim nie leżał, nie pasował do jego

delikatnej i wyraźnie zagubionej postaci.

Patrząc na niego, nie mogłem

nie powrócić do twórczości Mike’a

Kelley’a i nie pomyśleć, że widok ten

jest doskonałą pointą obejrzanej wystawy…

[DW]

DANIEL WÓJTOWICZ

POST SCRIPTUM

9


Ilustracja: Renata Cygan

10

POST SCRIPTUM


ŚNIEG ALBO XXX

M a j a C h a ł u b i ń s k a

Z

nieba sypie śnieg. Pierwszy raz widzę śnieg. Jest bielszy,

niż sobie wyobrażaliśmy. Promienie słońca sprawiają,

że się iskrzy. Tak, jakby z nieba sypały małe, lśniące

gwiazdki. Nie zdążam się im dobrze przyjrzeć. Każda ma niesamowity

kształt, ale zanim go ogarnę i opiszę, już spada na

ziemię. I świat pode mną pokrywa się coraz grubszą warstwą

zimnego puchu.

– Kocham śnieg! Jest fantastyczny! – krzyczy pulchna Chmurka

i puszcza moją dłoń. Biegnie przed siebie, nie znając kierunku,

z rozpostartymi ramionami. Pozostałe dzieci podążają

za nią. Z zachwytem patrzą, jak śnieżynki rozpuszczają się na

ich ciepłych dłoniach. Oczy dzieci migoczą, kiedy przechodzimy

do Lasu.

Zima, bo wszyscy zgodnie ustalamy, że skoro pada śnieg,

mamy zimę, powoli przemienia Las w baśniową krainę. Czuję

się jak bohaterka Lewisa, która przeszła przez starą szafę i znalazła

się w Narni. Czytałam pierwszą część serii poprzedniej

klasie, dopiero zaczynałam uczyć.

– Wszyscy idziemy razem. Chmurka, Muchomor jesteśmy grupą,

dołączcie do nas – zwracam uwagę moim podopiecznym,

których energia popchnęła naprzód i sprawiła, że znacząco

oddalili się od reszty. Kiedy widzę, że nie reagują, zbieram

się do tego, by zawołać głośniej, może nie usłyszeli, ale nagle

moje zmysły obezwładnia dobiegający zewsząd krzyk.

Zastygam, patrzę na dzieci, liczę je w myślach, wszystkie są.

Stoją, uszy zakrywają dłońmi. Ja nie zakrywam. Pozwalam, by

dźwięk wdarł się we mnie, rozlał po moim wnętrzu, zadał mikro

rany, z których sączyć się będą kropelki krwi. Jest tak ostry.

I długi. Bardziej sztylet niż kuchenny nożyk. W końcu ustaje.

Dzieci mnie okrążają, ciągną moje ręce – wybaczcie, mam tylko

dwie – tulą się do moich nóg, a kiedy nie ma już przy mnie

miejsca, tulą się do swoich pleców. Zaczynamy tworzyć jeden

organizm, którego jestem centrum. Wyswobadzam ręce.

– Spokojnie, wszystko będzie dobrze – zapewniam, nie wiedząc,

czy ich nie okłamuję. Muszę jednak udawać, że jestem

odważna. Jestem dorosła, a bycie dorosłym zobowiązuje

mnie, by być odważniejszą od dzieci. – Wracajmy do szkoły –

podejmuję decyzję i kiedy zamierzam się podjąć jej realizacji,

wyprowadzić dzieci z Lasu i wrócić z nimi w bezpieczne miejsce,

pojawiasz się ty.

– Ciociu, ciocia niech spojrzy! – krzyczy drobniutka Konwalia,

która odklejona już ode mnie i pozostałych dzieci, palcem

wskazuje na wyłaniającą się z głębi Lasu postać. Biel, która

rozpanoszyła się już wszędzie, dotychczas tak radosna, staje

się mroczna. Wzmaga we mnie niepokój.

– Nie idźcie za mną – ostrzegam dzieci i sama robię krok naprzód.

Drugi krok. Trzeci krok. Oglądam się za siebie. Dzieci

stoją. Nie idą. Czwarty krok i się zatrzymuję. Stajesz się coraz

bliższy, coraz bardziej wyraźny. Zaczynam dostrzegać twoje

kontury. Białą twarz okalają białe włosy. Czarny, bezosobowy

strój przylega mocno do ciała i sprawia, że piękna sylwetka

staje się wyraźna. W książkach często piszą o nagłym zakochaniu

się, gdzie wystarczy kogoś zobaczyć i już – uderza cię strzała

amora. Stojąc teraz przed tobą, żałuję, że nigdy nie wierzy-

POST SCRIPTUM

11


łam w te opisy. Nie będę mieć siły, by jeszcze raz zaczynać od

początku i powoli. Mam ochotę przeżyć to teraz, to uczucie, to

uderzenie, zakochać się nagle, w tym momencie, w tobie. Ale

nie zakochuję się.

Gdy jesteś już na wyciągnięcie ręki ode mnie, potykasz się

i upadasz. Zwijasz się w pozycji embrionalnej, pewnie oszołomiony

bólem. Pochylam się nad tobą. Jasna twarz ciemnieje

od krwi. Znowu wzbiera się w tobie krzyk, ale nim go z siebie

wypuszczasz, nakrywam cię swoim ciałem, otulam ramionami,

chronię jak dziecko. Kołysanka, którą nucę, sprawia, że atak

trwa krócej. Kiedy się kończy i w Lesie znowu panuje cisza, wołam

do starszych chłopców, żeby do nas podeszli i pomogli mi

cię przenieść.

*

– Ciekawe, czy ma imię? Bo jeśli nie ma, to możemy go nazwać

Śnieżynką – mówi Kłos, nachylając się nad twoją nieprzytomną

twarzą. Jest wyraźnie dumny ze swojego pomysłu.

– Tak, Śnieżynka albo Śnieżek, jak będzie wolał – dodaje Huba,

palcem głaszcząc twoją powiekę, którą dopiero co oczyściłam

z krwi.

Leżysz na połączonych ławkach zakrytych kocami w sali lekcyjnej.

Chciałam cię przenieść na łóżko do mojego pokoju, ale

zbyt trudne okazało się noszenie cię po schodach, a mój pokój

znajduje się nad klasą. Dlatego stworzyliśmy z dziećmi to prowizoryczne

posłanie.

– Nie przeszkadzajcie mi teraz. I nie wychodźcie same na

dwór – proszę, ostrożnie zdejmując z ciebie mokry uniform.

Z ulgą przyjmuję, że na ciele nie masz żadnych ran ani innych

urazów. Twój oddech jest spokojny, serce bije rytmicznie. Martwi

mnie tylko ta krew, która sączyła się z twoich oczu i nosa.

Tak wyraźnie kontrastowała z jasną cerą. Nigdy w życiu nie

widziałam kogoś, kto byłby tak biały. Jak ten śmieszny napój,

który przyniesiono nam w Pudłach i powiedziano, że to mleko,

choć przecież nie mogło być mlekiem, skoro nie ma już krów

i kóz. Miło mi się na ciebie patrzy. Łagodne rysy twarzy, przyjemna

muskulatura, białe ciało – leży przede mną dziwny, wychłodzony,

ale zdrowo wyglądający mężczyzna, który – nawet

jeśli nie jest zdrowy, nikt zdrowy tak nie krzyczy – sprawia porządne

wrażenie. Moja matka zaraz zagoniłaby cię do przenoszenia

kamieni, a ojciec uczyniłby z ciebie płótno malarskie.

– Wymieniłam i podgrzałam wodę. Znalazłam też czyste szmatki

– mówi Konwalia, wręczając mi wiaderko i złożone ręczniki.

– Idź do mojego pokoju. W szafie, pod wieszakami, jest pudełko

z napisem „Krzemień”, wyjmij z niego jakieś ubrania

i znieś – proszę dziewczynkę, a sama zajmuję się namaczaniem

ręczników w gorącej wodzie i nakrywaniem nimi twojego

zmarzniętego ciała.

Kiedy Konwalia znosi ciepłą koszulę i grube spodnie, na moment

przybliżam je do twarzy. Zanim ubrania staną się obce

i przesiąkną tobą, ostatni raz chłonę znajomy zapach.

Ogrzewam cię, ubieram, układam, by ci się wygodniej spało.

Z dziećmi gotujemy zupę z proszku: „rosół” zmieszany z „grzybową”.

Jemy wspólnie obiad, zostawiamy trochę dla ciebie.

– Ja go nakarmię, kiedy się obudzi!

12

POST SCRIPTUM

– Nie, bo ja!

Dzieci już kłócą się o ciebie, a ja z bólem przypominam im, że

niedługo będzie wieczór, a wtedy przyjdą rodzice i zabiorą ich

do domów. Jutro za to ogłaszam dzień wolny, bo w związku

z nietypową sytuacją będę musiała pozałatwiać parę spraw

z Wodzem i swoimi rodzicami.

– A potem jest niedziela, a niedziela jest wolna! To dwa dni

wolnego za dużo, ciociu! Za dużo! – stękają i płaczą, ale pozostaję

nieugięta.

– W niedzielę przecież widzimy się w Domu – przypominam,

ale moi mali podopieczni tupią niezadowoleni nogami, złoszczą

się.

– To nie to samo…– wzdychają, po czym, gdy widzą, że nic nie

ugrają, zmieniają taktykę.

– Ale zobaczcie, ile się dzisiaj nauczyliśmy! Mieliśmy lekcje

opieki i empatii! Prawda, ciociu? – zauważa Burza dyplomatycznie,

a ja głaszczę ją po głowie, przytakując.

– Czy Śnieżynka przyjdzie z tobą do Domu w niedzielę? I będzie

tu w poniedziałek? – pyta od razu Kłos, zazdrosny o uwagę,

którą dałam Burzy.

– Nie wiem. Mam nadzieję, że tak. – Uśmiecham się do chłopca.

Sama chciałabym wiedzieć.

Ciekawe, skąd on jest? Może z innej Wioski? Rodzice go szukają?

Ma rodziców? Dlaczego tak krzyczał? Czemu jest biały?

Czemu zemdlał? A dlaczego przyszedł? A ile ma lat? A czym się

zajmuje? A umie czytać? Czemu spadł śnieg? Czy on wyczarował

śnieg? Poczyta nam bajki? Będzie uczył? Czy umie robić

rulonik z języka? Czy umrze?

Pytania dzieci, na które nie umiem odpowiedzieć, mieszają się

w mojej głowie z moimi własnymi pytaniami. Nie znam odpowiedzi

na żadne z nich, więc do nastania wieczoru zajmuję

dzieci wymyśloną na poczekaniu bajką. Opowiadam o aniele,

który spada z nieba, łamie się i gubi swoje skrzydła. Otrzymuje

jednak pomoc od ludzi, którzy go pielęgnują, a swoją dobrocią

i miłością sprawiają, że przestaje szukać zguby i zaczyna zauważać,

że na starych ranach wyrastają nowe, piękniejsze skrzydła.

W podzięce za pomoc ludzi piękny anioł daruje im po jednym

piórku, które zawsze będzie przypominać im o ich przyjaźni. Zanim

kończę swoją opowieść fragmentem mówiącym o tym, że

po swojej przygodzie anioł odlatuje z ludzkiej krainy na zawsze,

przychodzą pierwsi rodzice i kończą moją opowieść wcześniej.

*

Mówisz, że jesteś z Kosmosu. Jest noc. Nie poszłam do swojego

pokoju, tylko zostałam na dole, żeby móc cię doglądać.

Parę godzin temu usiadłam na krześle obok, z książką Tolkiena

w ręku. Ze zmęczenia musiałam zasnąć, nie przeczytałam nawet

jednego rozdziału. Teraz czuję twoją dłoń na głowie, która

opadła na zbudowane wcześniej posłanie. Głaszczesz mnie, tak

czule, tak miło.

– Jestem z Kosmosu – mówisz, a ja podrywam się nagle, wyprostowuję

plecy, siedzę równo.

– Jestem z Kosmosu – powtarzasz, również lekko się unosząc,


do pozycji półsiedzącej. Chcesz mnie lepiej widzieć.

– Z Kosmosu – odpowiadam jak echo, bo nie wiem, jak zareagować

na to niecodzienne wyznanie. Jednocześnie z żalem

zauważam, że twoje brzmienie nie odpowiada mojemu wyobrażeniu

o idealnym męskim głosie. Jest zbyt wysokie, a ja

bym chciała głębokie doły.

– Mieszkam wśród gwiazd, obok księżyca. – Jasne jak tafla

wody oczy szukają spojrzenia moich brązowych oczu. Jasną

dłonią szukasz mojej ciemnej dłoni. Odpowiadam. Patrzę.

Splatam palce.

– Skoro jesteś z Kosmosu, to dlaczego pojawiłeś się tutaj? –

pytam. To przykre, że to pytanie jest tak bardzo na miejscu.

Mieszkamy w Wiosce. Niewiele wiemy o Kosmosie. Wiemy, że

jest, znajduje się ponad niebem. I że są inne planety, słońce,

gwiazdy, księżyc… I że Inni, którzy nie są nami, znają Kosmos

bardziej niż my. Pragną go i zdobywają. A my tylko marzymy,

a nasze marzenia spełniają się niezwykle rzadko. Od dwóch

pokoleń nikt nie opuścił naszej Wioski ani nie został wybrany

przez Władzę do życia poza nią. Minęły trzy pokolenia, odkąd

po raz ostatni ktoś z Miasta zamieszkał w Wiosce. Moja

prababka zakochała się w pradziadku, kiedy przynosiła Pudła.

Postanowiła zostać. Lecz chociaż zdarzają nam się kontakty

z Innymi, nawet z przedstawicielami Władzy, różne od tych wyłącznie

służbowych, nigdy nie było w Wiosce człowieka z Kosmosu.

Jesteś pierwszy.

– Jestem tu dla ciebie – odpowiadasz, a jasne oczy zalewają się

łzami. Wzruszenia?

– Dla mnie.

– Dla ciebie.

Bolesny szloch wydobywa się z twojej piersi i zaczynasz się

trząść. Biedactwo.

– Zagrzeję ci zupy, na pewno jesteś głodny. – Puszczam twoją

dłoń, idę w stronę maszyny do gotowania.

– Przepraszam! Nie to miałem na myśli – zaczynasz, kiedy jestem

już odwrócona do ciebie tyłem. Słyszę, że połykasz łzy.

– Ja… powiedziałem, że jestem tu dla ciebie, bo kiedy cię zobaczyłem,

że jesteś obok i trwasz przy mnie, to… poczułem, że jesteś

mi niezwykle bliska. Że jesteś mi najbliższa na tym świecie

i w całym Kosmosie. I tylko w tobie mogę znaleźć zrozumienie.

Przepraszam, jeśli to cię zraniło.

– Nie zraniło. Dlaczego by miało? – pytam, raczej zdziwiona niż

skrzywdzona, odwracając się z miską gorącej już zupy. Kładę ją

przed tobą. – Jedz.

– Ja… skądś cię znam. – Nachylasz się nad parującym posiłkiem.

Zapach uspokaja cię, przestajesz płakać.

– Spokojnie, nigdzie mi się nie spieszy, zjedz najpierw, zjedz,

kochanie.

*

– Kosmos jest najpiękniejszym stanem, jaki można doświadczyć.

W Kosmosie odczuwasz więź z każdym istniejącym organizmem

we wszystkich światach. Oddychasz, mając wrażenie,

że wdychasz Boga. A przynajmniej swoje wyobrażenie o Nim. –

Stoisz na środku głównej sali w Domu. Przed tobą w półokręgu

siedzą mieszkańcy Wioski, w tym ja, moi rodzice, moje dzieci

i rodzice moich dzieci. Obok ciebie Wódz i Przewodnik, który

poprosił cię o opowiedzenie nam, jak wygląda Kosmos.

– Czym się zajmowałeś w Kosmosie? – pyta Wódz, a ja czuję, że

moje czoło zaczyna się marszczyć.

– Nie pamiętam dokładnie. Pamiętam, że stamtąd jestem.

Chyba zbierałem informację na temat nowo odkrytej

planety, której nazwy sobie teraz za nic w świecie nie przypomnę.

– Śmieje się nerwowo. – Chodziło o to, czy ludzie mogą

się przystosować do jej warunków, czy coś takiego. Naprawdę

nie pamiętam. – Twoja klatka porusza się szybciej, robisz krótsze

oddechy.

– Czy poruszałeś się statkami i jak wyglądał twój dom i twój

Dom? Opowiedz wszystkim – prosi tym razem Przewodnik.

Ręką wskazuje widownię.

POST SCRIPTUM

13


– Rozmawialiśmy już przecież o tym. – Patrzysz niespokojnie na

zgromadzonych, którzy pewnie wydają ci się zniecierpliwieni

i zdenerwowani twoją niewiedzą. Spokojnie, nie są źli, po prostu

są głodni nowych wrażeń. – Mówiłem, że niewiele pamiętam.

To tylko wrażenia, urywki wspomnień. Dużo światła płynącego

od gwiazd, uczucie nieważkości i nieskończoności… To,

że planeta, o której mówiłem, była wielokolorowa, ale dominowały

fiolety i dużo pyłu… I też dużo ciepła płynącego z lamp,

pewnie były to wnętrza naukowe, gdzie badaliśmy zebrany

materiał. Pamiętam też dużo ludzi, wszyscy w czarnych albo

białych uniformach… – Zaczynasz drżeć, po wczorajszym dniu

wiem, że jest to zapowiedź ataku. Mimo sprzeciwu rodziców

wychodzę na środek, kłaniam się Wodzowi i Przewodnikowi.

– Muszę go zabrać – oznajmiam i już ciągnę cię za sobą. Jesteśmy

przy wyjściu. Otwieram zdobione, kamienne drzwi.

– Ale Myszo, tak nie wolno… – słyszę jeszcze za sobą głos matki,

ale już nie muszę odpowiadać. Jesteśmy na zewnątrz, możesz

krzyczeć.

*

Matka układa kamienie. Zaczyna od środka. Duży, pomalowany

na czerwono kamień. Zaraz zostanie otoczony przez mniejsze.

A potem ułoży kolejny krąg. I kolejny. Obok już piętrzą się

kamienie o różnej wielkości – niektóre pomalowane, niektóre

oszlifowane, niektóre całkiem naturalne. Przez kilka godzin pomagałam

jej je znosić z warsztatu ojca. Jesteśmy na polanie

pokrytej śniegiem.

– Ta czerwień pięknie kontrastuje z bielą, nie uważasz, Myszo?

Może zrobić ją całą na czerwono?

– Będzie bardzo krwawa, mamo – odpowiadam, nie patrząc

na nią. Obie patrzymy w dół, przykucnięte, pochylamy się nad

pracą. Mówimy do siebie, ale przed nami jest kamień.

– On jest taki słaby. Wygląda na silnego, ale nie mógł wytrzymać

nawet pełnej godziny w Domu. Co za wstyd.

– Tobie jest wstyd? Dlaczego? Przecież go nie znasz.

– Ale jest twoim gościem, a więc i naszym.

– Znalazłam go, zaopiekowałam się nim, każdy by to zrobił. Padło

na mnie.

– Wszyscy są zaskoczeni całą sytuacją. Nikt nie wie, co ma myśleć.

Nawet Wódz.

– I co z tego?

– Boję się, że spotka cię nieszczęście. Przewodnik mówił, że to

przez niego spadł śnieg.

– Przecież zawsze marzyłaś, żeby go zobaczyć

– Myślisz, że naprawdę jest z Kosmosu? Tak niewiele pamięta.

– Przecież mówił, że miał wypadek i dlatego…

– Córeczko… On chyba jest bardzo chory. Proszę cię…

14

POST SCRIPTUM

– Mamo, muszę iść – odpowiadam głucho, a matka wstaje.

Odwraca się, ma zamiar zabrać się do pracy. Póki stoi do mnie

plecami, przytulam się do czerwonego kamienia i żałuję, że nie

może odwzajemnić mojego uścisku.

*

A kiedy jesteś obok, mam wrażenie, że czas zwalnia. Więcej

zapamiętuję. Chwile nabierają znaczenia, nie przesypują się

przez palce. Nie lubisz rozmawiać. Nie lubię rozmawiać. A więc

nie rozmawiamy. Wiem już tyle, co mam wiedzieć. Że niewiele

pamiętasz. Że jesteś z Kosmosu. Miałeś wypadek. I pojawiłeś

się tutaj, bo bardzo za czymś tęskniłeś. W milczeniu pijemy

napój o smaku herbaty. Próbuję sobie wyobrazić, jak mogła

smakować prawdziwa herbata kiedyś tam, gdy istniały wielkie

plantacje roślin i inne bzdury, które dzisiaj już nie są ważne dla

ludzi z Wioski. Próbuję czasem przekazać dzieciom coś więcej

niż podstawy liczenia, czytania, pisania czy odkrywania i wspierania

ich plastycznych talentów. Próbuję im czasem opowiedzieć

o herbacie, kawie i o tym, jak wyglądał świat kiedyś. I jak

go sobie tłumaczono i wyobrażano w fikcyjnych opowieściach.

Nie wiem wiele, ale czytam każdą możliwą książkę z Pudła,

więc wiem więcej niż każdy inny z Wioski. Dlatego uczę. Nie

jestem artystką, ale lubię czytać.

Przestajesz moczyć usta w ciepłym napoju. Zdejmujesz z siebie

bluzę, w którą ubrałam cię dwa dni temu, przykładasz do

twarzy, wdychasz jej zapach. Kiedy to robisz, myślę o tym, czy

w Kosmosie macie dużo książek. Czy gdybyś pamiętał, wiedziałbyś

więcej ode mnie? Na razie jesteś jak jedno z moich

dzieci. Nie wiem, czy ten twój Kosmos nie jest dziecięcym wyobrażeniem,

jak jeden z pomysłów Chmurki czy Muchomora.

Jestem już obok i wspólnie dzielimy się dawną bluzą Krzemienia.

Myliłam się. Zapach jeszcze wciąż się utrzymuje. Nasiąkł

teraz twoją wonią, ale wciąż potrafię wyczuć ten poprzedni,

upragniony. Wdycham, zatrzymuję powietrze, podaje bluzę

tobie. Robisz to samo. Kiedy kończysz, wypuszczam powietrze

z nosa i wdycham raz jeszcze. Naprzemiennie, bez słowa, narkotyzujemy

się wspomnieniem Krzemienia.

*

Dzieci są wyraźnie naburmuszone. Nie ma cię z nami, a miały

nadzieję, że będziesz każdego dnia szkoły. Wybaczcie, dzieci,

jestem tylko ja. Nasz gość coraz częściej porywany jest przez

sąsiadów. Każdy chce lepiej poznać przybysza z Kosmosu. Nie

wiem, jak sobie poradzą, gdy zaczniesz krzyczeć.

– Śnieżynka jest śliczny jak ten anioł, o którym nam opowiadałaś

kiedyś, ciociu Myszo! – wzdycha Huba, wrażliwy chłopiec

z talentem do szydełkowania. – Zrobię dla niego rękawiczki –

oznajmia, przeglądając pudełko z włóczkami.

Mamy zajęcia plastyczne. Występuję tu bardziej w roli motywatora,

wspierającego duszka niż nauczyciela. Te dzieci same

wiedzą, jak tworzyć. Nauczyli ich rodzice, rodzeństwo, poradniki

artystyczne, metody prób i błędów.

– Ja go namaluję! – oznajmia Konwalia, paluszkami gładząc

włosie grubego pędzla.

– Na pewno stworzycie piękne prace. Pamiętajcie, że moty-


wem przewodnim jest zima. Za dwa tygodnie jest wystawa

i przyjedzie ktoś z Miasta zobaczyć, jak się rozwijacie.

Huba, zrób coś jeszcze oprócz rękawiczek.

Moi podopieczni pracują, a ja wspominam. Wspominam

Krzemienia. Jego śmiejące się oczy, gdy pierwszy raz zabrał

mnie nad rzekę, do Lasu. I zachwyt w kącikach ust,

gdy złożył na moich włosach wykonany przez siebie wianek.

I słodki smak tych ust, umoczonych w dzikim miodzie,

którego znalezienie było cudem, nigdy wcześniej

i później nie widziałam pszczół.

– Nasze maleństwo nazwiemy Pszczółką – szeptał mi do

ucha Krzemień. Lepiącymi się palcami rysował po moim nagim

brzuchu.

– Ciociu – głos Chmurki wybudza mnie ze wspomnienia.

Podchodzę do dziewczynki, która watą wykleja duży kawałek

kartonu. – Czy skoro śpicie teraz w twoim pokoju,

Śnieżynka będzie twoim mężczyzną? – pyta niewinnie,

a ja czuję, że policzki mi czerwienieją.

– Śnieżynka jest tu od niedawna. Nie wiadomo jak długo zostanie

– odpowiadam wymijająco, chociaż znam odpowiedź

na pytanie dziecka. Nie będziemy razem, nie potrafię już być

z kimkolwiek, pod namową matki próbowałam z mężczyznami

z innych Wiosek. Bezskutecznie.

*

Kamienna wanna wypełniona jest po brzegi wodą. Na jej

powierzchni delikatna piana. Luksus, na który sobie pozwoliłam,

kiedy Wódz rozdawał ostatnie Pudła z Miasta.

Wszyscy najpierw brali farby, pędzle, tkaniny, sztalugi czy

koraliki. Ewentualnie nowe ubrania lub zapasy proszku

o smaku czekolady. Ja wzięłam płyn robiący bąbelki. Kiedy

wchodzimy do wanny, woda zwiększa swoją objętość i wylewa

się na kafelkową podłogę.

– Twoja mama mówiła, że jestem do ciebie podobny

– mówisz i pochylasz głowę, bym polała ci włosy wodą

nabraną do kąpielowego kubeczka. Robię to. Patrzę, jak

mięśnie na szyi i karku odprężają się od fali gorąca.

– Nie jesteś. Wyglądamy zupełnie inaczej – odpowiadam,

polewając teraz siebie.

– Chyba chodziło jej o charakter albo coś takiego. Powiedziała,

że przypominam dawną ciebie. Z kiedyś, zanim…

– Zanim wydarzyło się coś złego. – Biorę głęboki oddech

i gąbkę do ręki. – Odwróć się, wyszoruję ci plecy.

– Też za nim tęsknię. – Kiedy się odwracasz, zmieniasz pozycję,

z wanny wylewa się jeszcze więcej wody. Jest coś

przyjemnego w myśli, że mam zalany pokój kąpielowy. –

Chciałbym, żeby był tu teraz z nami.

Twoje plecy robią się czerwone od pocierania ich szorstką

gąbką. Przestaję. Podaję ci do ręki.

– Teraz twoja kolej.

Chwila zamieszania. Kolejne porcje wody wylane na podłogę.

– Nigdy tu nie byłeś. Nie możesz go znać. Chyba że to te twoje

sztuczki z czuciem wszystkiego naraz. – Chciałabym, żeby

w moim głosie słychać było urazę.

– Byłem tu. Mówiłem ci, że skądś znam to miejsce i ciebie.

I jego. Gdyby nie wypadek, może bym pamiętał.

Pocierasz delikatnie. Myjesz moje plecy, tak jakbyś czyścił

delikatną porcelanę z domu Wodza.

– Jakieś przebłyski tego, co się wydarzyło? Naprawdę nic?

– Tylko bardzo ostre światła, głosy i dużo krwi. Mam wrażenie,

że musiałem być unieruchomiony. A potem ocknąłem

się, kiedy byłem już w drodze tutaj. I padał śnieg.

I czułem dużo bólu. Teraz, jak o tym mówię, znowu zaczyna

mnie boleć. – Puszczasz gąbkę, odwracam się, a ty już

łapiesz się za serce.

– Potrzymaj dłoń na moim sercu, ja potrzymam na twoim –

mówię i kładę swoją rękę na białą, namydloną pierś. Twoją

rękę przesuwam na pierś moją, czarną. Atak się oddala. Nie

krzyczysz. Tylko trochę krwi leci ci z nosa. Wsłuchujemy się

w bicie swoich serc. Zamykamy oczy. Mam wrażenie, że

biją jednym rytmem.

*

Ławki przesunęliśmy na bok. Trzymamy się za ręce. Ja, ty,

dzieci.

– Im łatwiej zrozumieć – odpowiedziałeś, kiedy spytałam,

dlaczego nie mogłeś zrobić tego w Domu również

z dorosłymi mieszkańcami Wioski.

Mamy zamknąć oczy. Zamykamy. Mówisz nam jak oddychać.

Każesz sobie wyobrażać. Że wznosimy się coraz wyżej.

Ponad dachy naszych domów; ponad drzewa, ponad

góry, które widzieliśmy na dalekiej wyprawie do Wioski

Zdobywców Szczytów, ponad niebo… aż znajdziemy się

w ciemnej pustce, którą powoli zaczynają wypełniać

lśniące punkciki. Mamy poczuć, że sami jesteśmy tymi

punkcikami i tworzymy jeden, wspólnie oddychający byt.

A potem mamy przestać czuć cokolwiek. Po prostu być.

Oddychać. Istnieć. Kosmos.

*

Wrażenie, że jesteś mną, staje się silniejsze z każdym

dniem. Nie umiem go wytłumaczyć. Wyglądamy inaczej,

inaczej się zachowujemy, mówimy, myślimy. Ale czujemy

tak samo, potrzebujemy.

– Przestały nim pachnieć, wreszcie – mówisz, podając mi

złożone w kostkę ubrania. Masz na sobie stary, roboczy

strój mojego ojca.

15

POST SCRIPTUM


– Tak, nie muszę już go wdychać –

odpowiadam, wrzucając je do ognia.

W Lesie jest specjalne miejsce do

palenia ognisk. Nie zdziwiło mnie, że

wiesz, jak do niego dotrzeć.

– Mama spytała mnie, czy chcę pójść

z wami na niszczenie mandali. Dzisiaj

ją skończyła – mówisz, kciukiem gładząc

mój nadgarstek.

– Pójdziemy – odpowiadam, patrzę

do góry. Spomiędzy konarów ośnieżonych

drzew prześwitują jasne

gwiazdy.

– Nie będziesz płakać?

– Mama się myli, myśląc, że powtórzy

się to, co było z Krzemieniem. Ja

wiem, że umrzesz, to nie będzie niespodziewane

nieszczęście.

– Nie umrę, póki żyjesz – mówisz

i myślisz o wypadku, o dużej ilości

bolesnego światła i o tym, że cię porzucono,

gdy zacząłeś krwawić.

*

Jutro przyjeżdża ktoś z Władzy, zobaczyć

prace moich podopiecznych.

Dzisiaj zamiast do Domu udamy się

z matką na niszczenie mandali. Dzisiaj

czuję, że to nasz ostatni dzień.

Ty też to wiesz. Ale nie musiałam

prosić, żebyś wczoraj nie żegnał się

z dziećmi. Nie zniosłyby tego, więc

jak zawsze, dostały tylko zwykłe „do

zobaczenia” i „widzimy się w poniedziałek”.

Nie zobaczycie się w poniedziałek.

W nocy odejdziesz.

– Chciałabym mieć takiego syna jak ty –

mówi mama, trzymając cię za rękę

i z trudem hamując łzy.

– Masz taką córkę jak ja – odpowiadasz,

całując jej pomarszczone czoło.

Jesteśmy w domu moich rodziców.

Przed wyjściem, mama częstuje nas

pachnącym ciastem o smaku sernika.

– Co mówił Przewodnik podczas badania?

Naprawdę nie da się nic zrobić?

– Mówił, że słaby organizm musi ulec

rozpadowi – odpowiadam zamiast

ciebie.

Jej westchnięcie.

– Zjedz, na spokojnie, zjedz, kochanie.

Później pójdziemy ją zniszczyć.

*

– Naprawdę wierzysz w Kosmos?

– pytam, gdy już jest po wszystkim.

Mamy już z nami nie ma. Całkiem

sami leżymy rozebrani na pustej polanie,

pokrytej śniegiem. Dookoła

nas Las.

– Przecież On jest. Wiesz o tym, każdy

o tym wie – odpowiadasz, ale ja wiem,

że ty wiesz, że to nie jest odpowiedź

na moje pytanie. – Nie wiem, czy kiedykolwiek

tam byłem – odpowiadasz

ponownie, po dłuższej chwili. – Moje

jedyne wspomnienia z Nim ograniczają

się do tego, że była planeta, ta,

którą badałem, inni ludzie w białych

i czarnych uniformach i to wrażenie

nieskończoności. Ale coraz bardziej

się zastanawiam, czy to prawdziwe

wspomnienia. Dużo wyraźniej pamiętam

ten Las, Krzemienia, mamę

i to uczucie zazdrości, gdy inni odkrywali

swoje artystyczne talenty.

I radość, gdy przychodziły Pudła,

a w nich były książki, które mnie tak

cieszyły. Byłam szczęśliwa… Byłem…

– Twój Kosmos jest piękny – komentuję,

przytulając się do twojego ciała.

– Jestem sztuczny jak ten śnieg. Niemożliwe,

żeby był prawdziwy. Jedno

wiem na pewno, kontrolują pogodę

na każdym odcinku Ziemi.

– Nieważne – odpowiadam, czując,

że bardzo cię boli i że jesteś w rozpaczy.

– Ja… Przypomniałem sobie, że

niewiele ludzi nosiło białe uniformy.

Większość miała czarne, takie

jak ja, gdy się tu zjawiłem. I że nie

tylko ja tyle krwawiłem. Widziałem

już, jak ktoś krwawił. Krwawił,

a potem zniknął – szepcesz, a z oczu

lecą czerwone łzy. Krew wylatuje też

z nosa, z uszu, z gardła, spomiędzy

pośladków. – Chciałbym, żeby był tu

Krzemień… Nie mam siły krzyczeć –

łkasz, dławiąc się krwią. Odwracam

cię na bok, żebyś mógł ją wypluwać.

– Nie potrzebujemy już Krzemienia.

Ani dzieci. Ani matki. Jestem ja. Tak

mocno… wiem… – Sama płaczę, ale

staram się to robić bezgłośnie, żebyś

się nie bał, aż tak bardzo. Muszę być

odważniejsza od ciebie. Nakrywam

rozpalone ciało śniegiem, wcieram go

w ciebie i patrzę, jak się rozpuszcza.

Więc nakładam więcej, aż przestaje

spływać, aż oblepia cię i przykrywa.

W końcu widać tylko usypaną kupkę

śniegu. Nie jest zbyt duża. Chyba

z każdym dniem stawałeś się coraz

drobniejszy. Albo ja coraz większa.

Zasypiam obok, a kiedy się budzę, nie

ma już śniegu. Rozpuścił się zupełnie.

Na mokrej trawie widnieją jeszcze

ślady wczorajszej krwi. Nie ma ciała.

Może wchłonął cię Las. Może wstałeś

i poszedłeś dalej.

– Mocno kocham – szepczę, zwijając

się w kłębek i tuląc samą siebie jak

dziecko.

*

W czasie wystawy oprócz typowych

przedstawicieli Władzy pojawiają

się specjalni Badacze. Nie było ich

w Wiosce od wielu lat, ostatni raz

przyszli kilka dni po wypadku Krzemienia.

Robili nam próbki krwi, kazali

pluć do maleńkich naczynek, każdego

z osobna wyciągali na badanie,

podczas którego zasypialiśmy, a oni

wyciągali z naszych głów mikroczipy

i kopiowali potrzebne dane. Wkładali

je później z powrotem. Mówią,

że dzisiaj powtórzą badanie, które

jest bardzo potrzebne do badań nad

Kosmosem, i że nasz wkład zostanie

doceniony przy kolejnej dostawie

Pudeł. [MC]

16

POST SCRIPTUM


POST SCRIPTUM

17


Ilustracja: Renata Cygan

18

POST SCRIPTUM


KRZEMIENIE

mam szklane oczy

długie palce

krótkie nogi

sterylną skórę

i miękkie plecy

choć jak stropy kręgi

przenośną pamięć

która wypływa w morze

i więznie w sieciach

unosząc się tuż nad powierzchnią

przenikam w płaskie zwierciadła

a wydłużają mi się ramiona

nie mogąc objąć

chcę strzaskać taflę pięściakiem

RIGOR MORTIS

co gdyby zmarli jeszcze przez chwilę myśleli

o tym co stało się z nimi i co się stanie

gdyby powoli zyskiwali świadomość

procesów które zaczynają trawić im ciała

gdyby patrzyli śmierci w plecy

nie mogąc uderzyć jako pierwsi

gdyby bez metaforycznych butów tkwili

do kolan a potem do pasa w niepojętej pustce

można być pewnym że taki stan nie jest możliwy

SZYMON FLORCZYK

N.N.

czasami niektóre palce znienacka

gdzieś mi znikają albo zwyczajnie

rzadziej przypominają o swoim istnieniu

meldując się tylko w mgliste

rocznice i z wczesnym zmierzchem

kładą w chłodzie na parapetach

czasem zadrapię się w tamtym

miejscu na plecach i jakby brakowało

blizny albo napisu czyjąś dłonią

całej połaci skóry już tak nie czuję

przychodzi też chęć by poszperać za

uchem w poszukiwaniu głosu ale

tam jakiś suchy świerszcz a z lustra

spogląda na niego mój

cichy wzrok

POST SCRIPTUM

19


20

POST SCRIPTUM


Zdjęcia obrazów z archiwum W. B. Talarczyka

WŁADYSŁAW BARTEK TALARCZYK

POST SCRIPTUM

21


Zdjęcia z wernisażu w Dworku Białoprądnickim, 25 stycznia 2025 r.,

fot. Zuzanna Michcik

WŁADYSŁAW BARTEK TALARCZYK

– wybitny krakowski artysta

urodzony w 1949 r. w Czarnym

Potoku koło Łącka. Ukończył

Akademię Sztuk Pięknych

w Krakowie. Od 1981 r. członek

zwyczajny ZPAP. Uprawia malarstwo

sztalugowe, tkaninę

unikatową i pastel.

Miał ponad 30 wystaw indywidualnych,

brał udział

w kilkudziesięciu zbiorowych.

Jego prace znajdują się w prywatnych

kolekcjach w Polsce

oraz we Francji, w Danii, Niemczech,

USA, Południowej Afryce

i Szwecji.

22

Beata Anna Symolon, Władysław Bartek Talarczyk i kuratorka wystawy Dorota Halberda

POST SCRIPTUM


Konkret abstrakcji i ulotność realizmu

W

ponad

40-letnim dorobku twórczym Władysława

Bartka Talarczyka przeplatają się równolegle Duże powierzchnie szafirów, czerwieni, żółci… nierozedzione

wielowątkowo i równolegle z dołu do góry pracy.

dwa kierunki, które studiował na krakowskiej rwalnie kojarzą się z tkaninami ułożonymi przez twórcę

Akademii Sztuk Pięknych, tkanina (w pracowni prof. Stefana

Gałkowskiego) i malarstwo (w pracowni prof. Włoty

płócien o wyrazistym splocie poprzedzierane, pona-

martwych natur. Abstrakcję wspiera konkret – fragmendzimierza

Buczka). Obydwoma artysta zdaje się zafascynowany,

obydwa odkrywają przed nim ciągle ogromne Wreszcie faktury wypracowane w każdym detalu. Czasacinane,

spod których, niczym krew, przenika karmin tła.

TALARCZYK

przestrzenie artystycznych poszukiwań, w obu jest jeszcze mi tworzące skomplikowane siatki zgeometyzowanych

niespełniony. I dlatego tworzy! Jest i trzecia sfera, która struktur. Innym razem wystukany szpachlą niespokojny

rytm. To połowa wiedzy o obrazach abstrakcyjnych.

spaja dokonania Talarczyka – jego praca z osobami starszymi

(i nie tylko) w ramach zajęć terapii przez sztukę. W kilku Za drugą kryją się dokonania malarza niezwykle subtelnego

i wrażliwego. Mocne kolory są delikatne. Jakby

krakowskich dziennych ośrodkach uczył i uczy malarstwa,

wykonywania tkanin, które sam projektuje, i tworzy klimat przezroczyste. Dzięki laserunkom rozświetlają obraz do

pracy twórczej, dzięki której uczniowie mogą się rozwijać. granicy, za którą mogłoby być już tylko rzeczywiste źródło

światła. Biel tworząca na każdym obrazie O wzajemnym zafascynowaniu i rzetelnej współpracy naj-

niekończą-

lepiej świadczą wystawy – mistrza i jego uczniów – wolne

od naśladownictwa, zachowujące równowagę proporcji.

Tkanina i malarstwo. Wystawy Bartka Talarczyka prezentujące

obrazy abstrakcyjne i realistyczne tak naprawdę

opowiadają o obu kierunkach. Twórca tkanin mocno osadził

się w myśleniu Talarczyka. Barwy czyste, nasycone,

często podstawowe, zestawione kontrastowo obok siebie

przy zachowaniu perspektywy – wyglądają jak nici wie-

B E A T A A N N A S Y M O Ł O N

ce się narracje. Biel, która jako kolor i jako cytat – uskrzydla.

Powierzchnie, przedmioty, drabiny, zasłony, chmury,

koszule, skrzydła…

Pracom z pogranicza abstrakcji i figuratywności (jak Pochód)

lekkości dodaje powietrze – kłębiące się chmury

i falowanie na wietrze czerwonych feretronów. Ruch

powietrza porywa je ku górze, strzępi rogi materii,

23

POST SCRIPTUM


Prace realistyczne wyrosły z ducha muzyki. Uwagę przykuwa

najbardziej baśniowość przedstawionego świata.

Postaci stylizowane, tajemnicze, z pogranicza dzieciństwa

i dojrzałości. Anioły wszędzie czujące się jak u siebie.

Postaci dziecięce wpatrzone ogromnymi, jasnobłękitnymi

oczyma w widza. Jedne i drugie

przemierzają przestrzenie prawie

teatralne i sielskie krajobrazy. Zastygają

w codzienności z kotem, psem, ptakami,

pejzażem. Ten świat jest pastelowy.

Ciekawie. W tle znane z abstrakcji

barwy, których pierwszy plan zdominowała

miękka biel otulająca wszystko

niczym woal. Nowa jest tylko pełna

gama zieleni. Równie delikatny jest

krajobraz – leciutkie chmurki, tonalnie

przenikające kolory popołudniowego

nieba, wijąca się ścieżka, która ginie na

linii pagórkowatego horyzontu.

Na koniec Jesienne ostatki i inne jesienne

pejzaże. To swoiste pożegnania

ukazane w zbliżeniach. Cisza błękitu,

spokój roślin, które dobrnęły do kresu

– wydania owoców. Teraz już mogą cieszyć

się słońcem do woli. Są spełnione.

wysubtelnia kolor, spaja mocno osadzony w pejzażu dół

z niespokojną górą obrazu.

Także na pograniczu abstrakcji i realizmu znajdują się

najnowsze pejzaże Zapotocza. (Przyjmijmy takie uogólnienie).

Tematycznie można na nich odnaleźć wszystko:

abstrakcyjne formy, mocne kolory z przykuwającym uwagę

karminem pośrodku, fragmenty płócien, wreszcie ule,

domki i psy znane z wcześniejszych sielskich pejzaży…

Bywa, że zwielokrotnione w odbiciach. Jakby w tej jednej

realnej, a zarazem nierealnej miejscowości skoncentrował

się cały świat Talarczyka. Na chwilę, aby po raz kolejny

rozwinąć skrzydła i odlecieć w miejsca nowe.

24

POST SCRIPTUM

Jeżeli dawne realistyczne obrazy wyrastały

z ducha muzyki, tak w pracach

z ostatnich lat muzyka stała się tematem

podstawowym: kilkakrotnie

powracające skrzypce, Nokturn, Die

Kunst der Fuge (sztuka fugi). Skrzypce

są zawsze w oczekiwaniu. Milczą, podczas

gdy akcja rozgrywa się na dolnym

i górnym planie. Na płótnie z 2009 r.

mamy spokojną, słoneczną opowieść.

Opowieść o uproszczonej narracji

przedstawiają skrzypce z 2013 r. Na obrazie

z 2014 r. rembrandtowskie brązy

usunęły się na bok. Najważniejszą opowieść

snują fragmenty płócien mocno

wydrapanych, zachodzących na siebie,

napiętych. Tylko błękity wypełniające

nieliczne puste przestrzenie w dole

zdają się swobodnie oddychać. Skrzypce

– tak jak poprzednio leżące na stole

– teraz zdają się zagrożone, bowiem

biały obrus niczym żagiel wydyma się

w rytmie podmuchów morskiego wiatru. Skrzypce milczą

pozornie. Ich czerwona barwa sugeruje ukryte w ich

wnętrzu silne emocje.

Nokturn i Fugę można odczytywać na co najmniej dwu

planach – jako muzyczne postaci i jako wyobrażenie samej

muzyki. Koszula czy jej strzępy, feretrony… zastępują

człowieka. Ta zamiennia (metonimia) dodaje symboli

i głębszego znaczenia. Dzięki metonimii bardziej angażujemy

się w opowiadaną historię. W Nokturnie rękawy,

klawisze, skrzydła… wygrywają muzykę przeszłości.

Uciekające w głąb plany tła dodają jej mroku i niepokoju.

Na drugim ze wspomnianych obrazów nagromadzone

tkaniny i klawisze wygrywają skomplikowane fugi. Ich

dźwięki wypełniają przestrzeń aż po horyzont.

Pozostańmy przy postaciach, choć już nie muzycznych,

ale literackich. Faust to serce pulsujące pod znoszoną

marynarką. Nałożone od góry płaty rzadkiego płótna,

poprzedzierane i pożółkłe, opowiadają o przeszłości, do-


świadczeniu i dojrzałości bohatera tragedii Goethego.

Doświadczenie to jednak nie tylko zewnętrzny sztafaż,

który można w każdej chwili usunąć. To gorycz, która

jest na dnie długiego życia, zatruwająca idealizm młodości.

Przynajmniej tej sprzed wieków. Edyp jest urzędnikiem.

Funkcja pochłonęła żywego człowieka. Jego ukryte

uczucia chłodzi biel. Jasna myśl nie pozwoli Edypowi żyć

w grzechu. Inaczej patrzy postać z obrazu Przywidzenia

(2009). Jej czerwone oczy niepokojąco wpatrują się

w widza. Ale poniżej mamy jedną, drugą, a nawet kilka

postaci… Do której z nich należą zatem oczy, długi nos?

Zwielokrotnienie postaci dostrzegamy także na obrazie

z chłopcem – stylizowanym, tajemniczym, z pogranicza

TALARCZYK

dzieciństwa i dojrzałości. Takie zagęszczenie postaci dotąd

nie występowało na obrazach Bartka Talarczyka.

Tron jest – dla odmiany – przestrzenią do zagospodarowania.

Jednak mimo perspektyw, które kryją się za

nazwą, jest wysoki i niebezpieczny. Ktoś, kto go zajmie,

stale będzie pod obserwacją (lustro z tyłu), skazany na

bujanie w obłokach i brak informacji, a ściana po jego

prawej stronie zwiastuje raczej odosobnienie niż uwielbienie

tłumów. Tron polski AD 2014. Nadal aktualny.

Dzieci przybliżają życiu tematykę obrazów Talarczyka.

I takie jest Przejście (2018). Wyraźnie czerwoną linię życia

rozpiętą między wodą? niebem? a słońcem przemierza

dziewczynka z wózkiem, ale na jej spotkanie już wyszły

rozmodlone zakonnice. Nasza droga jest krótsza, niż

zazwyczaj myślimy. Tło obrazu przedstawia dom z oknami

o różnych porach dnia i nocy, o różnych porach roku.

Ta skrótowość fascynuje. Obraz Dom jest zbliżeniem,

przybliżeniem i kolejnym skrótem porannego słońca

i cienistego wieczoru zamkniętych na jednej powierzchni

płótna. Ale okna zapraszają do wnętrza, oferują wydarzenia,

których jako widzowie nie rozumiemy. A w jednym

z nich czeka nas np. Martwa natura wigilijna. Tytułowa

martwa natura zajmuje tylko dolny fragment obrazu. Jest

bardzo współczesna, wyrazista, przewidywalna. To, co

istotne, znajduje się powyżej – słońce, którego nasycone

barwy rozlewają się po tkaninach kobaltowego nieba. Silne

emocje życia duchowego kontra chłód codzienności.

Tej duchowości nie można za to odnaleźć w spotkaniu

Anioła z Prorokiem. Obaj bujają w obłokach, ale każdy

w swoich. A święta góra jak stała, tak stoi, niezauważona.

Intrygują formy prezentowanych przez Talarczyka obrazów.

Dyptyki, tryptyki, poliptyki. W dorobku artysty wiele

jest prac dużych, prawie klasycznych tryptyków z zachowaną

pośrodku obrazu osią symetrii. Czasami tryptyki są

pozorne. Podniesiona środkowa część ramy i spójna kompozycja.

Obrazowi Anioła towarzyszą cztery małe ikonki

zwierząt. Warto skupić się na dyptyku z centralnie umieszczoną

kapliczką. Po obu stronach niby taka sama historia.

Kapliczka, wijąca się droga, góry w tle. Ale już w punkcie

wyjścia wędrowcowi towarzyszą różni święci. Dalej inna

barwa i materia drogi. Wreszcie niebo: pogodne nad

słoneczną ścieżką i burzowe nad czerwonym dywanem.

I widz zakotwiczony na stałe w punkcie wyjścia.

W wielu analizach dorobku Talarczyka nierzadko pojawiały

się odniesienia do malarstwa Tadeusza Brzozowskiego,

Tadeusza Makowskiego i Witolda Wojtkiewicza.

Trop tyle ciekawy, co – po prześledzeniu – zaskakujący.

Nawiązań krakowskiego malarza do dorobku

poprzedników bowiem należy upatrywać na etapie źródeł,

a nie rozwiązań formalnych, nie wspominając nawet

o współzależnościach. Talarczyk – podobnie jak Brzozowski

– uprawia malarstwo i tkaninę. Doświadczenie z materią

nie pozostaje bez przeniesień na sposób traktowania

płaszczyzn malarskich, ale każdy z nich wykorzystuje inaczej

ich układ, fakturę, ruch, stosuje kolorystykę o innej

barwie i nasyceniu. Podobnie z Makowskim. Uproszczone

postaci dzieci, ale u obu inaczej, i w rysunku, i barwie; kilka

postaci Makowskiego i zazwyczaj pojedyncze Talarczyka.

Krakowski artysta zupełnie inaczej niż paryski traktuje

tło. Gdy u Makowskiego jest nim zazwyczaj pozbawione

perspektywy wnętrze pokoju lub pejzaż ze sztafażem

w duchu naiwnego realizmu, krakowski malarz tło nasyca

powietrzem, wprowadza ruch i perspektywę. I wreszcie

Wojtkiewicz. Podobne czy nawet te same przedmioty

i detale, jak powracająca karuzela. Jednak gdy na Wojtkiewiczowski

świat dziecięcych zabaw pada cień egzystencjalnych

doświadczeń i wszechobecne poczucie klęski,

u Talarczyka karuzela jest po prostu zabawką, może

tylko bardziej wyśnioną niż realną. A dzieci są doświadczeniem

codzienności. Przed laty postawiłam tezę, że gdy

dzieci artysty dorosną, może zmianie ulegną także pierwszoplanowe

postaci obrazów Talarczyka… Jednak tak się

nie stało. Prace z ostatniej dekady pokazują, że pokolenie

dzieci zostało zastąpione przez pokolenie wnucząt.

I karuzela może kręcić się dalej… [BAS]

BEATA ANNA SYMOŁON

POST SCRIPTUM

25


Obraz: Iwona Wojewoda

26

POST SCRIPTUM


POST SCRIPTUM

27


Między

pasją

a

powo-

łaniem

Rozmowa z Sebastianem Leśniewskim

o nauce, kulturze i sile codziennych wyborów

rozmawia AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ

Jego zawodowe ścieżki prowadziły

przez różne miejsca, od

polskich szkół po brytyjskie

uczelnie. Mimo licznych obowiązków

zawodowych wciąż znajduje czas na

dzielenie się swoimi pasjami – zarówno

na antenie lokalnego radia,

jak i w rozmowach z młodymi talentami

czy cenionymi osobistościami.

Sebastian Leśniewski to człowiek,

który zaraża entuzjazmem do nauki,

języków i kultury, ale równie mocno

ceni proste codzienne chwile spędzone

z rodziną. Jego życie to połączenie

pasji, wytrwałości i otwartości

na świat – a wszystko to podparte

głębokim przekonaniem, że sukces

rodzi się z małych kroków i konsekwencji

w działaniu.

Dziś rozmawiamy o tym, co inspiruje

go w pracy nauczyciela, dlaczego

prowadzenie audycji radiowej stało

się jego pasją i jakie cele jeszcze

stawia przed sobą – w życiu zawodowym,

ale też prywatnym.

28

POST SCRIPTUM

Co najbardziej zaskoczyło Cię, kiedy

po raz pierwszy przyjechałeś do

Wielkiej Brytanii?

Po raz pierwszy przyjechałem do

Wielkiej Brytanii w 2004 roku i od

razu zwróciłem uwagę na wspólne

cechy architektoniczne wielu budynków.

Miałem wręcz wrażenie,

że wszystkie domy wyglądają tak

samo. Jednym z charakterystycznych

elementów, który je łączy, są wypukłe

okna znane jako bay windows –

o czym dowiedziałem się później. To

właśnie przez te powtarzające się detale

brytyjskie ulice w miastach wydają

się podobne do siebie, co może

sprawiać trudność w ich rozróżnieniu.

Jeśli chodzi o wizualne wrażenia,

ten kraj zdecydowanie wyróżnia się

swoim unikalnym charakterem, który

odróżnia go od innych w Europie.

Każde miejsce w Wielkiej Brytanii

zdaje się nosić znamiona tej wyjątkowej

tożsamości, dzięki której trudno

je pomylić z innymi.

Czy pamiętasz moment, kiedy zdecydowałeś,

że zostaniesz nauczycielem?

Tuż przed rozpoczęciem trzeciego

roku studiów licencjackich na kierunku

filologia angielska stanąłem

przed zadaniem zrealizowania obowiązkowych

praktyk nauczycielskich,

które odbywały się we wrześniu, na

początku roku szkolnego, ale jeszcze

przed rozpoczęciem akademickiego.

W ich ramach należało poprowadzić

określoną liczbę godzin zajęć w szkole

publicznej – w moim przypadku

były to lekcje języka angielskiego.

Moje praktyki miały miejsce w jednym

z liceów w Słupsku, które cieszyło

się dobrą opinią oraz wysokim poziomem

nauczania. Dzięki temu nie

napotkałem problemów wychowawczych

– uczniowie byli zmotywowani

i poważnie podchodzili do nauki. Już

od pierwszych zajęć zauważyłem, że

prowadzenie lekcji sprawia mi dużą

satysfakcję. Odkryłem, iż dobrze

czuję się w roli nauczyciela, czerpię

przyjemność z dzielenia się wiedzą,


programu staje się wyjątkowym doświadczeniem,

które łączy inspirujące

historie z możliwością odkrywania

nowych perspektyw.

Widziałam Cię z gitarą. Jakie utwory

najchętniej grasz?

a także nawiązuję dobry kontakt

z młodzieżą. Co istotne, moi uczniowie

– zaledwie trzy lata młodsi ode

mnie – również zdawali się doceniać

prowadzone przeze mnie zajęcia

i chętnie w nich uczestniczyli.

To doświadczenie utwierdziło mnie

w przekonaniu, że praca nauczyciela

nie tylko jest dla mnie odpowiednia,

lecz także daje mi ogromną satysfakcję.

W tamtym momencie podjąłem

decyzję, że chcę rozwijać się w tym

zawodzie.

Gdybyś mógł nauczyć się dowolnego

języka obcego w tydzień, który

by to był i dlaczego?

Od ponad 20 lat uczę się francuskiego,

ale wciąż odczuwam frustrację, że nie

udało mi się osiągnąć poziomu, który

by mnie satysfakcjonował. Oczywiście

zdaję sobie sprawę, że zdobycie

takich kompetencji, jakie mam

w języku angielskim, jest raczej nierealne.

Przypomina mi to scenę z filmu

Dzień Świra, w której główny bohater,

Adaś Miauczyński, z goryczą stwierdza:

„angielski, którego nigdy chyba

już nie opanuję”. Mam podobne odczucia

w stosunku do francuskiego.

Gdybym miał możliwość opanowania

dowolnego języka w tydzień, z pewnością

wybrałbym francuski.

Dlaczego?

Sebastian Leśniewski i Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz

Ten język mnie fascynuje. Uwielbiam

jego brzmienie. Lepsza znajomość

otwierałaby przede mną drzwi do

francuskiej literatury, filmów i kultury.

Dodatkowo w języku angielskim

jest wiele zapożyczeń z francuskiego,

co czyni jego znajomość bardzo praktyczną.

Mój obecny poziom francuskiego

to mniej więcej B2, co nie jest

złe, jednak mimo tego często czuję

dużą frustrację, gdy próbuję się komunikować.

Chciałbym znacznie poprawić

swoje umiejętności, aby korzystanie

z tego pięknego języka sprawiało

mi jeszcze większą przyjemność.

Co lubisz najbardziej w prowadzeniu

programu radiowego „Polish Waves”?

Największą satysfakcję w mojej pracy

sprawiają mi spotkania z ludźmi. Prowadzenie

programu radiowego daje

mi wyjątkową możliwość zadawania

pytań i prowadzenia rozmów na ciekawe

tematy. Zawsze uważałem, że

lepiej czuję się w roli osoby pytającej

niż odpowiadającej – to właśnie zadawanie

pytań pozwala mi nawiązywać

interesujące dialogi. Jestem pod

ogromnym wrażeniem moich gości,

zwłaszcza tych, którzy w sposób elokwentny

i pasjonujący potrafią dzielić

się swoimi doświadczeniami i wiedzą.

W programie „Polish Waves”

szczególną sympatią darzę spotkania

z polskimi studentami studiującymi

na University of Cambridge. Są to

niezwykli młodzi ludzie, którzy osiągnęli

spektakularne sukcesy – najlepiej

zdane matury w kraju, wygrane

olimpiady naukowe oraz prestiżowe

stypendia. To prawdziwa elita, która

inspiruje swoją determinacją i osiągnięciami.

Stałym elementem programu

są również rozmowy z artystami

– zarówno tymi bardzo znanymi, jak

i mniej rozpoznawalnymi, lecz równie

utalentowanymi. To ogromny przywilej,

że mogę przeprowadzać dłuższe,

pogłębione wywiady z osobami,

które znacząco wpływają na kulturę

i sztukę. Dzięki temu każdy odcinek

Od razu przyznaję, że nie jestem dobrym

gitarzystą. Można powiedzieć,

że moja gra na gitarze przypomina

trochę moje zmagania z językiem

francuskim – jest na poziomie, który

mnie nie satysfakcjonuje. Jeśli już

gram jakieś piosenki, to najczęściej

wybieram utwory Stanisława Staszewskiego

lub Kazika Staszewskiego.

Ostatnio jednak, od czasu do czasu,

gram dla siebie jeden z największych

przebojów – Despacito. Jest

to utwór prosty do zagrania, a przy

okazji staram się nauczyć jego tekstu

po hiszpańsku. Uczę się oczywiście

trochę „jak papuga”, nie rozumiejąc

większości słów, które śpiewam.

Mimo to ta piosenka ma wyjątkowy

urok – jest melodyjna, taneczna

i świetnie nadaje się do zrobienia

wrażenia w towarzystwie.

Język hiszpański i francuski należą do

tej samej rodziny językowej. Francuski

ma bardziej nosowy charakter,

a wiele końcowych spółgłosek jest

niemych, to jednak nie sprawia, iż jestem

w stanie uwierzyć w ten totalny

brak zrozumienia hiszpańskiego przy

Twojej znajomości francuskiego.

Czuję, że trochę oszukujesz.

Rzeczywiście, masz rację. Nie mogę

powiedzieć, że zupełnie nic nie rozumiem

po hiszpańsku, ale kiedy śpiewam

Despacito, bardziej skupiam się

na poprawnej wymowie, żeby sylaby

się zgadzały, niż na znaczeniu słów.

W rezultacie czuję się trochę jak papuga.

W niektórych fragmentach

mam wrażenie, że tekst jest tak „gęsty”,

że momentami przypomina rap,

co stanowi spore wyzwanie dykcyjne.

Czy jest jakiś nauczyciel, który szczególnie

Cię zainspirował w młodości?

W moim życiu było wielu nauczycieli,

którzy mnie zainspirowali. Trudno

wskazać jedną konkretną osobę,

ale jeśli miałbym kogoś wyróżnić, to

byłaby to moja polonistka z czasów

szkoły podstawowej. Była wspaniałą

POST SCRIPTUM

29


Prowadzenie programu radiowego

daje mi wyjątkową możliwość

zadawania pytań

i prowadzenia rozmów

na ciekawe tematy

nauczycielką, uwielbianą przez

uczniów. Mądra życiowo, obdarzona

wyjątkowym poczuciem humoru,

a przy tym posiadająca naturalny autorytet

– nigdy nie musiała podnosić

głosu, by zyskać szacunek. To właśnie

ona zapadła mi w pamięć szczególnie,

choć w nietypowych okolicznościach.

Wiele lat później, gdy sam pracowałem

już jako nauczyciel w moim rodzinnym

Słupsku, lokalne media opisały

skandal – nauczycielka jednej ze

szkół podstawowych została oskarżona

o molestowanie uczennicy.

Ku mojemu zdumieniu okazało się,

że chodziło właśnie o moją polonistkę.

Do dziś trudno mi w to uwierzyć,

ponieważ pamiętam ją jako osobę

niezwykle szanowaną i cenioną przez

wszystkich. Pomimo tego trudnego

wspomnienia uważam, że miałem

ogromne szczęście do nauczycieli.

Na każdym etapie mojej edukacji –

w szkole podstawowej, średniej i na

studiach – trafiałem na ludzi, którzy

byli nie tylko kompetentni, lecz

także inspirujący. Wydaje mi się,

że najbardziej zapamiętałem wykładowców

ze studiów, gdyż to oni

w największym stopniu wpłynęli na

mój sposób myślenia i rozwój. Każdy

z tych świetnych nauczycieli wniósł

coś wartościowego do mojego życia,

a ich metody i podejście znajdują odzwierciedlenie

w tym, jakim nauczycielem

jestem dzisiaj.

Jak Twoja córka patrzy na Twoje zainteresowania

i pracę? Czy sama ma

już swoje pasje?

Moja córka ma prawie 6 lat i wie, że

prowadzę program radiowy. Myślę,

iż rozumie także, że jestem nauczycielem,

a jej mama jest pielęgniarką.

Ma wiele zainteresowań, choć trudno

mi powiedzieć, czy już w tym wieku

można wskazać jedną dziedzinę,

która ją szczególnie fascynuje. Mam

wrażenie, że może być zainteresowana

medycyną, ale to tylko przypuszczenie

– w tym wieku ciężko jeszcze

przewidzieć, w jakim kierunku się

rozwinie.

Jaka jest Twoja ulubiona angielska

fraza lub powiedzenie?

Bardzo lubię sformułowanie Keep

calm and carry on. Zainspirowany

tym wymyśliłem swoją własną

wersję, która brzmi: Keep doing

what you’re doing – it works. To powiedzenie

odnosi się do sytuacji,

w których mamy do wykonania jakieś

zadanie, którego nie da się zrealizować

w ciągu godziny czy dnia.

Jest to coś, co wymaga długotrwałej,

systematycznej pracy i kiedy efekty

są trudne do zauważenia na bieżąco,

a czasem może się wydawać, że

nasze wysiłki nie przynoszą żadnych

rezultatów. Przykładem może być

nauka języka czy gry na instrumencie

albo próba zrzucenia wagi. Czasami

pracujemy nad czymś, ale efekty są

niewidoczne, co może rodzić wątpliwości.

Zaczynamy się zastanawiać,

czy istnieje szybsza droga, jakiś trik,

który przyspieszy cały proces. W takich

momentach, kiedy czułem się

zniechęcony, przypominałem sobie

30

POST SCRIPTUM


swoje motto: Keep doing what you’re

doing – it works. Chodzi o to, by nie

rezygnować, nawet jeśli efekty nie są

od razu widoczne. Czasem wystarczy

po prostu kontynuować to, co robimy,

bo efekty przyjdą, trzeba tylko

poczekać, aż staną się zauważalne.

Gdybyś mógł zaprosić dowolną osobę

na wywiad w swoim programie,

kto by to był?

Miałem okazję porozmawiać z profesorem

Jerzym Bralczykiem, choć była

to bardzo krótka rozmowa. Udało mi

się nagrać nieco ponad trzy minuty,

tuż po zakończeniu jednego z wydarzeń,

jednak profesor musiał zaraz

udać się na kolejne. Była również

możliwość umówienia się na dłuższy

wywiad, ale niestety nie udało się

zgrać tego z moim grafikiem – czego

bardzo żałuję. Mam nadzieję, że

Dr Sebastian Leśniewski

– urodzony w Słupsku,

z wykształcenia nauczyciel

języka angielskiego

i lingwista. Od 2007 roku

mieszka w Cambridge,

gdzie obecnie pracuje

jako senior lecturer

w Bloomsbury Institute

w Londynie. Od 2014

roku współprowadzi

polską audycję „Polish

Waves” w lokalnej stacji

Cambridge Radio. Prywatnie

jest tatą prawie

6-letniej córeczki.

w przyszłości będę miał jeszcze szansę

nadrobić tę okazję. Ostatnio przeczytałem

wywiad rzekę z profesorem

Bralczykiem i zauważyłem, że jest

wiele rzeczy, które nas łączą. Obaj jesteśmy

lingwistami i myślę, że mamy

podobne poczucie humoru, a także

dostrzegam inne wspólne cechy, które

sprawiają, że jego spojrzenie na

język i kulturę jest mi bardzo bliskie.

Jakie marzenie chciałbyś jeszcze

spełnić – prywatnie lub zawodowo?

Jestem już w takim wieku, że moje

największe marzenie to po prostu

zdrowie – zarówno dla mnie, jak i dla

moich najbliższych. Nie mam już takiego

marzenia, które bym za wszelką

cenę chciał spełnić, ale na pewno

jest kilka rzeczy do zrealizowania. Na

przykład wspomniany już język francuski,

który chciałbym doprowadzić

do satysfakcjonującego poziomu, czy

wywiad z profesorem Bralczykiem,

o którym wcześniej wspominałem.

Są też miejsca, do których chciałbym

pojechać. Jednak to wszystko są raczej

drobniejsze cele, a nawet jeśli

ich nie zrealizuję, nie będę czuł się

rozczarowany z tego powodu. Najważniejsze

marzenie to… zdrowie.

Dziękuję za inspirującą rozmowę,

Sebastianie. [AKW]

AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ

POST SCRIPTUM

31


32

Ilustracja: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

Foto: Pixabay


Agnieszka Lubos

DOM

NIC WIĘCEJ

Musnąłeś dziś moje ramię

Jak świt dotyka gałęzi

Przyodzianych w jego barwy

I nic więcej

Byłam ci nagością

Rozpostartą w pieszczocie

Przebudzenia

Nie było nic więcej

DYCHOTOMIA

Zwalone drzewo

w głębi lasu

śmierć nieśmierć

martwota obnażonego

wachlarza korzeni

wstyd bezwstyd

zieloną krepą

mchu obłożony

skryty odkryty

i my nad nim

myślą zawieszeni

dwoje nie we dwoje

Dom jest jakiś inny

Gdy nie ma w nim ciebie

Zazdrośnie przegląda się w szybach

Sprawdzając która pierwsza

Skradła twoje odbicie

Dom jest nieznośnie pustawy

Bez grama twego ciała

Jego brak celebruje

Wtłaczając światło i powietrze

W twe krzesło sofę łóżko

Dom jest jakiś przycichły

Bez tembru twojego głosu

Ciepłe dłonie kaloryferów

Przykłada do ścian

W tęsknym nasłuchiwaniu

Dom jest osowiały

Bez cienia twej obecności

Sowich oczu luster

Nie maluje odbiciami

Uśmiechów i czułości

Dom jest dziwnie niepewny

Bez podpory twych barków

Swe posady rozchwiane

Ratuje śniąc sny

Długie miłosne

POST SCRIPTUM

33


S I Ó D M E W Y M I E R A N I E

Dziewicza prostytucja

Potwory są wśród nas.

Potwory znaczeniowe, intelektualne, leksykalne, kulinarne.

Potworów ci u nas dostatek. Zacznijmy od

znanego wszystkim potwora – białej czekolady. Toż

to żadna czekolada – ten produkt nie zawiera składników,

które są istotą i esencją czekolady – miazgi kakaowej

i tłuszczu kakaowego (nie mniej niż 35%). Dlaczego więc

nazywany jest czekoladą? Czy barszcz bez buraków dalej

pozostanie barszczem, a pomidorową bez pomidorów

nadal można by nazywać pomidorową? Wino, piwo,

wódka to zawsze był i jest alkohol. Czyli bezalkoholowe

piwo, czy wino, to bezalkoholowy alkohol? Jeszcze tylko

brakuje bezalkoholowego spirytusu. Mam nadzieję,

że ten tekst nie będzie inspiracją dla jakiegoś sprytnego

producenta wody gazowanej, który rozpocznie produkcję

bezalkoholowego szampana. Chociaż… hola, hola, wróć!

Przecież bezalkoholowe prosecco już istnieje! Żenada,

a raczej – oranżenada. Ale za to z wielokrotnym przebiciem

cenowym. Kiedy mieszkałem w Wielkiej Brytanii,

niezmiennie śmieszyła mnie wegańska kiełbasa czy inne

tego typu produkty i myślałem, że już nic w tej materii nie

może mnie zaskoczyć. Aż tu, po powrocie do Polski, zobaczyłem…

wegański smalec (sic!). O tym, że stoję przed

ladą z rozdziawioną paszczą i wybałuszonymi gałami,

z mózgiem próbującym rozeznać ścieżki myślenia producenta

owego specyfiku, zorientowałem się, kiedy skierowałem

wzrok na ekspedientkę, która przyglądała mi

się z miną wskazującą na daleko zaawansowane procesy

myślowe – czy już ma wezwać pogotowie psychiatryczne,

czy jeszcze chwilę zaczekać. Języki świata są tak pojemne,

tak elastyczne, wciąż powstają nowe słowa. Przecież

kilkanaście lat temu nie istniało słowo dron, ale nikomu

nie wpadło do głowy nazywać toto ustrojstwo samolotem

pionowego startu i lądowania, jak niegdyś Harriery.

42 lata temu powstało słowo internet, a słowo instagram

nie istniało jeszcze przed 15 laty.

Producenci słodyczy prześcigają się w nadawaniu nowych

nazw starym produktom – już nie Paluszki kukurydziane,

a Głodniaki. No i gites. Dlaczego więc producenci słodkiego

żółtobiałego czegoś musieli to nazwać białą czekoladą,

a nie na przykład czedaloką? Tyle samo tych samych

liter, a produkt byłby sobą, a nie nieudaną imitacją, podróbą

– jak niegdyś polskie wyroby czekoladopodobne, choć

to akurat określenie broniło się nieźle, bo oddawało prawdę

– to nie była czekolada, ale coś podobnego. A biała czekolada

to nawet nie jest wyrób czekoladopodobny.

34

POST SCRIPTUM

A teraz potwory z dwóch moich podwórek – haiku i fotografia.

Zasady w każdej dziedzinie, szczególnie w twórczości,

trzeba – jeśli się ma na to pomysł – łamać. Idea, a później

uważna obserwacja przypadków i ich świadome, twórcze

wykorzystanie są tu najistotniejsze. Z łamania zasad

„bo tak” nic twórczego nie wyniknie. Tylko że haiku, tak

jak i fotografia, to nie zbiór zasad, choć oczywiście pewnym

podlegają. Haiku to rzeczywistość, coś, co istnieje

samo w sobie, niezależnie, czy tego chcemy czy nie. Niezależnie

od tego, że ktoś będzie popełniał utwory niebędące

haiku, z uporem maniaka (nie wiem tylko – po

kiego licha?) nazywając je – haiku. Byłem kiedyś na

spotkaniu z osobą, która twierdziła, że zajmuje się fotografią.

Nie był to jakiś nowicjusz, ale osoba z pewnym

dorobkiem (nie znałem jego prac), a od kilku lat wykładowca

fotografii na jednej z brytyjskich uczelni. Polak.

Spotkanie zorganizowała poważna znana polska galeria

sztuki. Autor pokazywał, jak tworzy fotografie w programie

komputerowym. Nie, bazą nie była żadna fotografia,

ani cyfrowa, ani analogowa. Tworzył je od podstaw

w programie graficznym. Efekty były takie sobie (trzeba

pamiętać, że było to ponad 10 lat temu), fotografii toto

nie przypominało, ale autor uparcie twierdził, że nią jest.

Dla mnie było oczywiste, że to grafika komputerowa i to

nie najwyższych lotów (tę ostatnią opinię zostawiłem dla

siebie). Coś tam o fotografii wiem, coś tam w niej działam,

no i rozpocząłem dyskusję, przedstawiając rzeczowe

argumenty i jasno określone zasady – czym fotografia

jest. A ten dalej swoje. Było sporo młodzieży i nie chciałem,

żeby wyszli przeświadczeni, że ma rację, i ponieśli

w świat informację, że można wszystko, że da się obronić

każdą głupotę. Drążyłem więc temat, co do którego autor

nie był w stanie przedstawić żadnych spójnych logicznie

argumentów. On, że to fotografia – bo tak!, ja, że grafika

komputerowa – i tutaj szereg argumentów. Przez dłuższy

czas dyskutowałem jak ze ścianą, aż w końcu chłop się rozeźlił

i z lekka wrzasnął, że to jest fotografia, bo on mówi,

że to jest fotografia. I że nie dyskutuje więcej ze mną na

ten temat. Koniec!

Górna część ręki (a właściwie kończyny górnej) ma jedną

kość – tak samo jak górna część nogi. Dolna część ręki

ma dwie kości – tak samo jak w nodze. Ręka posiada

trzy główne (duże) stawy – tak samo jak noga. Na końcu


Bo Jaroszek_Autoportret

siedmiokrotny

A gdyby tak ktoś zaczął tworzyć

monumentalne prace

z foliowych worków na śmieci

i nazwał je abakanami, ponieważ

mają podobną formę wizualną?

Albo ktoś inny zaczął

uparcie twierdzić, że postacie

świętych, które maluje na szkle

– to są ikony? Bo podobne!

Z równie durnowatym skutkiem

klucz francuski można by

nazwać śrubokrętem, a delfiny

zaliczyć do ryb – przecież całkiem

sprawnie pływają. No i jakie

podobne. Jednakowoż tym

sposobem mnóstwo miniatur

poetyckich nigdy nie stanie się

haiku, tak jak jeszcze większe

mnóstwo fotografiopodobnych

grafik komputerowych

nie zostanie fotografią. Co najwyżej

– grafiofocią.

dolnej części ręki znajduje się wielokostny staw (nadgarstek),

na końcu dolnej części nogi również znajduje się

wielokostny staw (skokowy). W ręce, za nadgarstkiem,

znajduje się pięć palców, z których cztery mają po trzy

paliczki, a najgrubszy – tylko dwa. W nodze, za stawem

skokowym, też znajduje się pięć palców, z których cztery

mają również po trzy paliczki, a najgrubszy – tak, tak

– dwa. Niezwykłe podobieństwo w budowie anatomicznej?

I niech sobie, kto tam chce, opowiada, że na kończynę

górną będzie mówił – noga. Tylko że nawet jeśli

będzie tak twierdził lata całe, nawet jeśli napisze na ten

temat multum tekstów, to nigdy kończyna górna nie stanie

się nogą. Nigdy. Tak będzie w każdej sekundzie jego

życia aż po kres… no chyba że wcześniej uda się biegłym

psychiatrom coś z tym zrobić. Wtedy wcześniej kończyna

górna odzyska swoją pierwotną nazwę, oddając ręce, co

boskie, a nodze, co cesarskie.

A ja, cóż – będąc siostrą Marty,

mojego biologicznego ojca, jadąc

stojącym przeciągiem, upiłem

się do nadprzytomności

bezalkoholowym spirytusem,

wrzasnąłem bezgłośnie, że niemalże

bębenki w oczach popękać

mogłyby, przeciskając się

w zatłoczonym pustką wagonie,

wszedłem do wyjścia, tępym

wzrokiem wymordowałem

samoobsługę, po czym obmyłem

się zimnym wrzątkiem,

a następnie, żeby nie zmarznąć,

otuliłem szczelnie nagością. Tak pornograficznie ubrany

od stóp do butów, potknąwszy się o swój cień nieznanej

znajomej, rymnąłem jak krótki. Ożeż!, kichnąłem w myślach.

Wciórności!, zaskrzeczała cudownym sopranem

koloraturowym nierzeczywista rzeczywistość, wtórując

popękanymi nutami podwodnej orkiestrze dętej, której

wyssane kroki zadudniły bezgłośnie po dnie bezdennej

otchłani. Zapomniałem PIN-u do patelni, więc w sitku

przyrządziłem wegańską jajecznicę. I tak sobie śpiąc,

siedziałem na stojąco, delektując się smakiem barszczu

na pomidorach i w oczekiwaniu na wegetariańską kaczkę

smażoną na parze w cynamonowym pieprzu oglądałem

słuchowisko Dziewicza prostytucja.

Potwory są wśród nas. [BJ]

BO JAROSZEK

POST SCRIPTUM

35


36

POST SCRIPTUM


JASON ANDERSON

POST SCRIPTUM

37


Zawsze zaczynam od czarno-białego szkicu piórkiem. Pomaga mi to sprawdzić,

czy kompozycja jest wystarczająco mocna i zapobiega rozwodzeniu się nad

szczegółami. Potem szkicuję obraz dużym pędzlem i zaczynam dodawać duże

obszary kolorów w tle. Następnie buduję obiekt za pomocą noża. Tak naprawdę

nie wiem, jakich kolorów będę używać, kiedy zaczynam - po prostu dodaję

kolory, aż obraz wydaje się zrównoważony i „pełny”.

38

POST SCRIPTUM


POST SCRIPTUM

39


impasto

Witrażei Dorset

40

POST SCRIPTUM


Moim ulubionym miejscem na świecie

jest słoneczne Dorset,

które było inspiracją

dla większości

moich panoram

Witraż na płótnie. To refleksja, która natychmiast

przychodzi do głowy w zetknięciu z pracami Jasona

Andersona. Grubo nakładana farba, feeria

pastelowych barw, odważne pociągnięcia szpachli, tematyka

uproszczona do „układanek” z kolorowych segmentów

i światło – przepiękne, hipnotyzujące światło, które nadaje

scenom głębię i kreuje niepowtarzalny klimat. Światło

w obrazach Andersona nie tylko definiuje formy i przestrzeń,

lecz także wprowadza element emocjonalny. Wpływa

na nastrój i odbiór dzieła przez widza. Światło wychodzi

spoza drzew i budynków i staje się elementem pierwszoplanowym.

Umiejętność manipulowania blaskiem

i cieniem przez artystę sprawia, że każda praca emanuje

unikalną atmosferą i zachęca odbiorcę do całkowitego zanurzenia

się w wykreowanym przez niego świecie.

POST SCRIPTUM

41


42

POST SCRIPTUM


Jeśli kolory i ton są właściwe,

forma nie jest tak ważna.

Mózg po prostu wypełnia luki.

Tworzy to dwa wrażenia wizualne:

Z daleka jest to scena.

Ale z bliska to kształty i kolory

Jason Anderson jest artystą pochodzącym

z Dorset w Wielkiej Brytanii. Jego niezwykłe

prace charakteryzują się mocnymi,

pastelowymi kolorami, kontrastem oraz

gęstą, wyrazistą teksturą. Inspiracje czerpie

z piękna i różnorodności nadmorskiego otoczenia

południowej Anglii, zwłaszcza formacji

skalnych na Wybrzeżu Jurajskim. W swoich

pracach stara się ukazać relację człowieka

z naturą, przedstawiając elementy takie jak

budynki czy porty w otoczeniu promiennego

nieba i jego refleksów. Preferowane medium

malarskie Andersona to płótno lniane, olej

i szpachla, a technika – to odważne, impastowe

nakładanie farby. Przez lata malował akrylami,

ale w pewnym punkcie swojej kariery

sięgnął po oleje, co było dla niego objawieniem.

Malowanie olejami daje o wiele więcej

czasu na pracę z farbą, a to pozwala tworzyć

niepowtarzalne mieszanki kolorów, trudniej

osiągalne w przypadku akryli.

Anderson rozpoczął swoją karierę artystyczną

od projektów renowacyjnych (głównie zajmował

się witrażami) w takich miejscach jak

katedra York Minster, Gloucester i Wells. To

doświadczenie nauczyło go komponować i stylizować

obrazy wokół „układanki” malowanego

szkła i rozkładać temat na precyzyjne bloki

kolorów – podejście, które stworzyło i ukształtowało

jego niepowtarzalny, mozaikowy styl

i które nadal napędza jego dzisiejszą sztukę.

Użycie koloru przez artystę w połączeniu z odważnym

nakładaniem kolejnych warstw tworzy

fascynującą kompozycję dużych, rozległych pociągnięć

impasto, które płynnie łączą się z obszarami

o gładkim, żywym kolorze. Jego prace

są głównie inspirowane kontrastem i dramatyzmem

obrazów W. H. Turnera oraz zdobniczymi,

biżuteryjnymi cechami prac Gustava Klimta.

Malarstwo Jasona Andersona wyróżnia się unikalnym

połączeniem abstrakcji i pejzażu. Jego

kompozycje zbudowane są z geometrycznych,

barwnych plam, które układają się w rozpoznawalne,

choć zdekonstruowane krajobrazy.

Dynamiczna, a jednocześnie matematyczna

tekstura to to, co wyróżnia malarstwo artysty.

POST SCRIPTUM

43


Kocham morze

i wszystko, co z nim związane.

Pamiętam, że jako dziecko

byłem zafascynowany

lśniącą turkusową wodą

i odbiciami łodzi

w porcie Weymouth

44

POST SCRIPTUM


Jason Anderson używa kolorów i mozaikowej

faktury, aby podkreślić dynamikę

światła i żywiołowość sceny.

Skrupulatnie nakładane plamy farby

łączą się i tworzą jasny baldachim

kolorów, który hipnotyzuje.

Podczas gdy Anderson obecnie tworzy

obrazy, które wpisują się w gatunek

abstrakcjonizmu, jasne jest, że impresjonizm

jest obecny w jego twórczości

poprzez umiejętne przedstawienie

światła i grube plamy farb

tworzących kolorową mgiełkę – a to

stanowi sedno sztuki impresjonistycznej.

POST SCRIPTUM

45


Kiedy zaczynam malować,

tak naprawdę nie wiem,

dokąd

zaprowadzą mnie

46

POST SCRIPTUM

kolory


Interpretacja jego twórczości może

przebiegać na kilku poziomach:

1. GRA ŚWIATŁA I KOLORU

Anderson stosuje żywe, nasycone barwy, które przenikają się

niczym w szkle witrażowym. Często zestawia ciepłe i chłodne

tony, co tworzy efekt światła przeświecającego przez strukturę

obrazu. Może to symbolizować zmienność pór dnia,

wpływ pogody na krajobraz lub po prostu emocjonalną intensywność

miejsca.

2. ABSTRAKCJA A RZECZYWISTOŚĆ

Choć jego obrazy są rozpoznawalne jako pejzaże czy miejskie

scenerie, ich forma jest celowo zgeometryzowana i uproszczona.

Artysta nie stara się uchwycić realistycznego obrazu,

lecz raczej wrażenie, jakie dany widok wywołuje. Jego styl

przypomina pikselową estetykę, co można interpretować

jako odniesienie do cyfrowego świata i nowoczesnej percepcji

wizualnej.

3. DYNAMIKA I EMOCJONALNOŚĆ

Grube impastowe pociągnięcia szpachli i wyraźne podziały

między kolorami sprawiają, że obrazy wydają się pulsować

energią. Ta dynamika może symbolizować ruch – zarówno

w kontekście naturalnym (wiatr, woda, zmieniające się światło),

jak i wewnętrznym, jako odzwierciedlenie emocji artysty.

4. INSPIRACJA NATURĄ I ARCHITEKTURĄ

Obrazy Andersona często przedstawiają klify, wybrzeża, mosty

i budynki. Elementy te łączą naturę i działalność człowieka,

sugerują harmonię między środowiskiem a cywilizacją.

Można to odczytywać jako refleksję nad tym, jak człowiek

kształtuje przestrzeń wokół siebie i jak sam jest przez nią

kształtowany.

Jedną z najbardziej

znanych

prac Andersona

jest okładka

singla Billie

Eilish Everything

I Wanted. Obraz

zatytułowany

Golden jest żywym

przedstawieniem

mostu

Golden Gate i emanuje niepokojącym

i marzycielskim klimatem, który całkowicie

koreluje z mrocznym, ale też pełnym

nadziei przesłaniem piosenki.

Podsumowując, malarstwo Jasona Andersona to

eksplozja koloru, światła i emocji, balansująca na

granicy figuracji i abstrakcji. Jego prace mogą być

interpretowane jako próba uchwycenia ulotnych momentów

w naturze i przestrzeni miejskiej poprzez język

czystej formy i koloru.

Zapytany o to, co próbuje przekazać poprzez swoją

sztukę, odpowiedział: „piękno”. To proste stwierdzenie

kłóci się z powszechną w środowisku artystycznym

opinią, że za wartościowymi dziełami sztuki musi kryć

się głębsze znaczenie. Anderson nie chce, aby widzowie

mieli trudności z analizą jego obrazów, pragnie po prostu,

aby jego sztuka cieszyła oczy i zmysły i aby odbiorcy

doceniali piękno estetyczne, które mają przed oczami.

Warto zapoznać się z pracami Jasona Andersona, aby

zachłysnąć się czystym pięknem abstrakcyjnego impresjonizmu.

[RC]

RENATA CYGAN

POST SCRIPTUM

47


48

POST SCRIPTUM


POST SCRIPTUM

49


OLIPIONA

Satyra zabija, nie obraża – Stanisław Jerzy Lec

Tak mnie jakoś rozebrało proszę pana.

Pan wybaczy mam ochotę dziś pochlipać.

Proszę usiąść lepiej z panem niż tak sama,

bo to życie proszę pana to jest lipa.

Jakoś smutki mnie opadły już od rana,

miłość zmarła, więc miłości to jest stypa.

Wszystko mieści w statystycznych się diagramach,

bo ta miłość proszę pana to też lipa.

Uwierzyłam, bo tak chciałam być kochana,

taka ze mnie proszę pana głupia cipa.

Chciałam wreszcie wspaniałego mieć Batmana

takich nie ma proszę pana – wszystko lipa.

Patrzył w oczy, mówił kocham, oczarował.

Ty PIESKIE mu wierzysz, ŻYCIE już na życiu masz polipa.

I tak jakoś w mą codzienność się wpasował,

że Módl nie się zgadłam, bracie, o nie to, pojęłam, żebyś że to lipa.

głupszy i mądrzejszy nie był,

Nim tylko przejrzałam, uśredniony taki już wyczyścił moje konto,

– szary, letni, byle jaki…

bo to zwykły proszę pana był tulipan.

Okazałam Byś nikomu się nie być przeszkadzał, szóstą, może piątą.

w normie kochał, kradł i zdradzał.

Sam pan widzi uwierzyłam, a tu lipa.

Byś się nie wychylał w tłumie,

lecz pokornie żył, bo umiesz…

Już mi lepiej, jakoś teraz tak mi słodko,

pan Byś głosował na oko nie zawsze wygląda słusznie mi na Vip-a.

i mył ząbki zanim uśniesz.

Nie, nie pójdę, nie chcę znowu być idiotką.

Już Byś się spał nie słodko, dam zanim panom wstaniesz nabrać – wszystko lipa.

– wszak na mordce masz kaganiec!

Zofia Pągowska

Juliusz Wątroba

Rysunki: Jarosław Janowski

50

POST SCRIPTUM


WIELKI HOROSKOP 2025 – CECHY WSZYSTKICH ZNAKÓW

Pewien znany astrolog w Iraku,

leżąc sobie wygodnie w hamaku,

pogrążony w zadumie

opisuje, jak umie,

cechy znaków dwunastu zodiaku.

Może zacznę od pana Barana.

Kreatura to bowiem załgana.

Bardzo tępy jest przy tem,

trudno darzyć zachwytem

patafiana wlanego od rana.

Nieciekawie też dzieje się z Bykiem:

mendą, zrzędą, ogólnie cynikiem.

Podejrzanym jest typem,

spleen rozsiewa i grypę.

Epidemia jest czego wynikiem.

Na swą kolej czekają Bliźnięta.

Te cwaniaki są biegłe w przekrętach.

Rozwijają się bujnie,

bowiem kradną podwójnie,

skromnie w święta spuszczając oczęta.

Stary Grzegorz z miasteczka Żelechów,

co tasiemca miał, zmarł bez pośpiechu

po spowiedzi, jak trzeba,

i się dostał do nieba.

A tasiemiec już nie, bo żył w Grzechu.

Ludożerca w burdelu w Maputo

delektował się piękną Danutą.

Po konsumpcji Danuty

dwa dni chodził jak struty,

bowiem była kobietą zepsutą.

(NIE)DOCZEKANIE , BAŁWANKA,

Jestem szczęśliwy i nieba blisko

dzięki manatkom i tym walizkom,

co wyrzuciłaś mi przed mieszkanie,

bym w trybie nagłym odszedł, kochanie…

A więc odchodzę,

raczej odpływam,

żebyś nareszcie była szczęśliwa,

i ja – bez ciebie – taki radosny

bałwanek, który doczekał wiosny.

Lecz zanim w słońcu stopnieję cały,

wódki wypiję, nieba się najem,

i będę wolny, jak tego chciałem,

nim się w bajorko zamienię małe…

Wyuzdany seksualnie jest Rak

rzadko kiedy figlujący na wznak.

Taki Rak już od rana

wita pana Onana.

To obleśny i plugawy jest znak.

Może humor poprawi nam Lew?

Leń śmierdzący i bufon, psia krew!

Wybujałe ma ego,

nie spasuje dwóch lego,

ale wyżre z lodówki za trzech.

Z gwiezdnych znaków wyróżnia się Panna.

Po kąpieli z nią brudna jest wanna.

Choć ma wygląd chędogi,

strasznie śmierdzą jej nogi.

Z Panną, z nieba, nie czeka cię manna.

Proszę Państwa: Uwaga, uwaga –

o swe nogi potyka się Waga!

Nie ujawnia potencji,

skłonność ma do demencji.

Tak ogólnie – życiowa łamaga.

Lecz zajmijmy się teraz Skorpionem.

Degenerat trudności ma z pionem.

Na poziomie mentalnym

jest buc chamem nachalnym,

a paznokcie to ma obgryzione.

Nie najlepiej rzecz ma się ze Strzelcem.

Ten żłób jeść nie potrafi widelcem.

To samolub i gnida,

nigdy reszty nie wyda.

W swych działaniach załgany jest wielce.

Teraz jawi się nam Koziorożec.

Czy normalny jest, trudno nam orzec.

Bo czy norma to dla nas,

kiedy morda nalana,

za moralny uchodzić chce wzorzec?

Trudno mi się zachwycać Wodnikiem,

malwersantem, jak też skurczybykiem.

Gdy cię weźmie na cel swój –

to masz prawo być nieswój.

Od Wodnika uciekaj w dal z krzykiem.

Wyliczankę tę niech zwieńczą Ryby.

We łbach mają stępione już tryby.

Również wzrok mają tępy,

obce są im postępy.

Taka Ryba jest głupia jak gdyby.

*******************

Rzekł astrolog na koniec – Tak zrobię,

że minusy na plusy przerobię.

I tak ludziom zalety

wmówią durne gazety.

Nikt cech brzydkich nie szuka sam w sobie!

adam gwara

Zastanawiał się Józek z Pułtuska,

czy Pułtuska pół to jest Ćwierćtuska

i kto drugie pół skradł?

Nic dziwnego, że wpadł

w dół psychiczny i pił. Wina Tuska.

Pewien kornik, żyjący na Bali,

ma ogromny szacunek do drwali.

Wiedząc wszak doskonale,

że on z głodu je bale,

nakarmili go i nie zje bali.

juliusz wątroba

WIOSNOPIENNIE

BLISKIE SPOTKANIE

Jakem dreptał przez ogródek,

przyszedł do mnie ufoludek.

Mówiąc szczerze – ufoludka,

bo miała powabne udka.

A prócz udek

istnych cudek

miała jeszcze atut taki,

że wypiła ze mną bruderszafcik

– chyba tak dla draki.

Dalej milczę z różnych względów.

Mogę tylko rzec, że było

spotkanie n-tego rzędu.

Mówiąc szczerze: całkiem miło…

O wszystkim by zapomniała

moja mordka piegowata,

lecz dziś każda gwiazdka mała

woła za mną: – Tata!

Tata!!!

Roz-zielenię się.

Dwa-zaszeleszczę.

Wiosnopiennie wspinać się muszę.

Smutkożale śmiechem zbeszczeszczę,

by się dorwać do twych jabłuszek.

Boć to pora wiosennogenna.

Bocianieję interaktywnie,

by skończyła się ta (ge)henna

w twoich włosach – moich zaciemnień.

Zaś efektem będzie pełny becik,

który życie mlekiem uświęci.

Durna starość w młodość uleci

i znów będę mógł się... alimencić.

POST SCRIPTUM

51


Copyright by respective movie studios. Cinematerial.com

MINGHUN

Ból ukojony

Siedzimy we dwoje w wielkiej sali kinowej w centrum

handlowym pod Warszawą prawie sami. Czas przedświąteczny,

seans prawie nocny – to trochę tłumaczy

tę pustkę, ale jest i poważniejsza jej przyczyna: tematem

filmu jest śmierć. I to nie jakaś odległa, wojenna czy wydumana,

sensacyjna, lecz zwykła, życiowa i przez to zbyt

straszna. Publiczność się nie spieszy, by się z nią mierzyć.

Mało kto chce myśleć o śmierci. Tymczasem film Minghun

do tego nas zmusza, choć czyni to w bardzo ludzki

i ujmujący sposób.

Bohater filmu, mężczyzna w średnim wieku żyjący

w Warszawie, dowiaduje się o tragicznej śmierci ukochanej

dwudziestokilkuletniej córki nagle, z zaskoczenia,

chwilę po serdecznym z nią spotkaniu. W jednym momencie

los wyrywa go z krainy wielkiego szczęścia i rzuca

w otchłań rozpaczy – tak samo, jak czyni to na co dzień

w realnym życiu z tysiącami osób zderzonych z niespodziewanym

odejściem swych bliskich, ofiar wypadków

samochodowych. I tak jak oni, bohater pozostaje w swej

tragedii rozpaczliwie samotny. Nie dlatego, że nikt mu

nie złoży kondolencji, lecz dlatego, że nikt nie jest w stanie

ująć mu bólu. Pozostaje z nim sam.

W tym spostrzeżeniu, będącym kluczem do opowieści,

tkwi wielkość filmu młodego, wybitnego reżysera

Jana P. Matuszyńskiego. Kto wie, pewnie zawarł w swym

dziele również osobiste nuty – w czasie przygotowań

i produkcji filmu przeżywał on długie i trudne pożegnanie

ze swym chorym ojcem, z którym był mocno związany.

W naszej kulturze zachodniej ludzie zatracili umiejętność

i zdolność przeżywania procesu żałoby. Mówi o tym wiele

głośna książka Tomasza Stawiszyńskiego Ucieczka od

bezradności (2021). Osoby dotknięte stratą i cierpieniem

postrzega się w naszych realiach podobnie jak osoby

chore. I oczekuje się od nich, że jak najszybciej „odzyskają

równowagę” i niekłopotliwie powrócą do codzienności.

Tego wymaga bezwzględna zasada „dawania sobie

rady” i powszechna kultura sukcesu. Większość odbiera

to jako bolesne ciśnienie otoczenia i potwierdzenie

niezrozumienia.

Filmowy ojciec – w mistrzowskiej kreacji Marcina Dorocińskiego

– nie próbuje, bo i nie jest w stanie, zagłuszyć

swojego bólu ani „brać się w garść”. Mało mówi, nie opisuje

swego cierpienia, lecz sprawia, że staje się ono widoczne

i wstrząsające. Gdy my, zwykli widzowie, również

rodzice dorosłych dzieci patrzymy na niego, nie mamy

w swych głowach ani sercach najmniejszego pomysłu,

kto i jak mógłby mu pomóc i czy istnieje dla niego jakiś

„dalszy ciąg”. Wydaje się to wątpliwe, tak jak to bywa

w podobnych sytuacjach w realu. „Rozdzierający ból,

jaki przynosi strata najbliższych, bywa niemożliwy do

uniesienia, niemożliwy do wytrzymania” – potwierdza

autor ksiażki i przytacza dane, że nawet do 80 proc. bliskich

młodych ofiar wypadków nie jest w stanie pogodzić

się z ich śmiercią właściwie już nigdy. Ewentualne wyjście

z zapaści wymagałoby „czasu, zaangażowania, a także

wspólnoty, która – wbrew swoim powierzchownym

pragmatycznym interesom – potrafiłaby nie tylko zwolnić

pogrążonego w żałobie człowieka z jego codziennych

obowiązków, lecz także otoczyć go rozumną troską i opieką”.

Tego w naszej rzeczywistości najczęściej już nie ma.

Nie ma tego również w otoczeniu ojca z filmu Minghun.

52

POST SCRIPTUM


Nie wiemy do końca, czy filmowy ojciec związany jest

z kościołem katolickim. Wydaje się, że nie, ale w tej sytuacji

próbuje – jak wielu mu podobnych niepraktykujących

– skorzystać z jego posługi. Szybko się jednak z tego

wycofuje. Film ukazuje bezpośrednią przyczynę tej decyzji

(nie wyjawiam), ale reżyser nakazuje nam pomyśleć

szerzej: takie sztuczne i nieszczere pożegnanie, sprowadzone

do samej formy, zrozpaczonemu niczego przynieść

nie może.

Akcja filmu nie wchodzi jednak głębiej w ramy naszej religii.

Osadza się na gruncie dalekiej nam kultury chyba nie

po to, aby nią epatować, ale by nadać spostrzeżeniom

i emocjom dotyczącym śmierci i żałoby całkowicie uniwersalny

wymiar.

Dziadek zmarłej dziewczyny ze strony nieżyjącej już

matki jest Chińczykiem, zanurzonym swymi korzeniami

w starych obrzędach kraju dzieciństwa. Przekonuje on

swego zięcia do niedorzecznego, wydawałoby się, rytuału

(minghun) pośmiertnych zaślubin wnuczki z młodym,

zmarłym w tym samym czasie chłopakiem. Aby dalej

w nieznane nie szli w samotności.

Nie obruszajcie się tu zbyt szybko ani nie protestujcie,

zanim nie zobaczycie. Wyjdziecie z kina całkowicie do

tego zamysłu przekonani. Ugruntowuje on w opisywanej

historii wiarę bliskich w dalszy ciąg istnienia zmarłych,

a przed nami odkrywa niezwykły wymiar miłości rodzicielskiej,

jaka objawia się w chwilach mistycznego

obrzędu. Nikt o niej w filmie nie mówi, ale wszyscy ją widzimy.

A to za sprawą niezwykłej kreacji Marcina Dorocińskiego

i towarzyszących mu aktorów oraz fenomenalnej

reżyserii Jana P. Matuszyńskiego. To ona powoduje,

że tego filmu nie sposób opowiedzieć ani go „zaspojlerować”.

Jego sedno istnieje bowiem tylko na ekranie,

w magicznej atmosferze obrazu i jego emocjonalnej głębi.

Autor książki Ucieczka od bezradności przekonuje, że „za

pośrednictwem różnych rytuałów, praktyk żałobnych

rozdzierający, wszechobejmujący, niemożliwy do wytrzymania

ból daje się przynajmniej jakoś wyrazić, jakoś

opowiedzieć. Rozpacz, żal zyskują formę, ukonkretniają

się w opowieści, rytuale, symbolu. Tym samym zaś – nie

zawsze, ale często – zostają wpisane w jakiś zewnętrzny

porządek znaczeń, w ramę świata, którą sama naga

emocja, bez żadnego pojęciowego korelatu, dosłownie

wysadza z posad”.

Tak niestety nie dzieje się już w naszej kulturze i to

właśnie przywołuje i wypomina nam Minghun. Bierze

w obronę głębię naszego człowieczeństwa.

Wspaniały, prawdziwie oscarowy film Jana P. Matuszyńskiego

ostatecznie nie okazuje się przygnębiający, ale raczej,

w filozoficznym znaczeniu, kojący. Przekonuje nas do

nieśmiertelności, jaką naszym bliskim zapewnić może nasze

przywiązanie i miłość, i nasza wiara w ich wieczność.

[DW]

DANIEL WÓJTOWICZ

Widz stopniowo odkrywa emocjonalne i

psychologiczne przemiany w Jerzym, śledzi jego

zmieniającą się relację z teściem, nie mówiąc już o

poznaniu skrywanych wcześniej przez Masię tajemnic

i planów. Paradoksalnie najpiękniejsze w tym filmie

może być to, czego na ekranie nie widać i nie słychać.

Piotr Piskozub

Każdy z Was w Minghunie może znaleźć inną

interpretację, która do niego przemawia, ten film

jest wszak równie dziwnym zwierzem jak omawiana

przez niego żałoba i zapewne wymyka się prostemu

ometkowaniu.

Marcin Prymas

Minghun z Marcinem Dorocińskim w roli głównej

to najbardziej osobisty film Jana P. Matuszyńskiego.

To także unikalna próba nadania sensu śmierci, tak

zabawna, jak i poruszająca.

Piotr Piskozub

"Minghun" przeprowadza nas przez wszystkie etapy

żałoby, aż do miejsca, w którym poza akceptacją oraz

nadzieją nie czeka nas nic więcej.

Daria Sienkiewicz

W tym kameralnym filmie, Matuszyński nie zamierza

podsuwać nam gotowych recept na radzenie sobie

ze stratą i jak przejść żałobę. To raczej zaproszenie do

niezobowiązującej rozmowy, mającej dać pociechę przy

tak uniwersalnej sytuacji jak śmierć.

Norbert Kaczała

Choć Minghun momentami cierpi na dłużyzny, nie

odbiera to satysfakcji z seansu. W stosunkowo

krótkim czasie 90 minut Matuszyński mieści dużo

tematów i sposobów ich rozumienia, widzi w

bohaterach ludzi, którzy mniej lub bardziej są gotowi

na to, co nieuniknione. To kino spełnione, ciekawe i

dobrze zagrane. Po prostu ludzkie.

Adam Kudyba

POST SCRIPTUM

53


Sikorka

Przyjechała do mnie matka i postanowiłyśmy wybrać

się na zakupy, co oznaczało mniej więcej tyle, że nie

kupimy nic konkretnego, a raczej będziemy rozglądać

się po okolicy. Gdy wyszłyśmy z autobusu, zauważyłyśmy

okazały i na pierwszy rzut oka zamknięty budynek

kościoła.

– Może boczne wejście jest otwarte? – powiedziała

mama, odgadując moje myśli.

Uważnie przyjrzałyśmy się świątyni. W danej chwili nic

nie wskazywało na to, że można wejść do środka. Gdy

zbliżałyśmy się do przejścia na drugą stronę ulicy, obejrzałam

się za siebie. W tym momencie drzwi budynku otworzyły

się, a w nich pojawił się mężczyzna w średnim wieku.

Rozglądał się, jakby na kogoś czekał.

– Jednak otwarte. Wejdziemy? – zapytałam moją współtowarzyszkę.

Skinęła głową. Zawróciłyśmy.

Wchodząc, minęłyśmy tego mężczyznę. Z bliska wyglądał

jak żebrak – w ręku trzymał puszkę, zaś na jego torsie wisiała

tabliczka objaśniająca cel zbiórki. Zamknął za nami

drzwi, jakby był gospodarzem tego miejsca.

Naszą uwagę od razu zwróciły liczne witraże o – jak nam

się zdawało – nietypowej jak na to miejsce tematyce patriotyczno-militarnej.

Dopełnieniem niepokojącej atmosfery

był nieco diaboliczny fresk z wizerunkiem św. Piotra

umierającego na odwróconym krzyżu. Ostatnim elementem,

przy którym chciałyśmy się dłużej zatrzymać, była

gablota z niejednoznaczną relikwią Faustyny Kowalskiej.

Z lektury notatki umieszczonej na szybie wyrwał nas nieprzyjemny,

piskliwy głos.

– Widzę, że panie są zainteresowane.

Przed nami stała drobna, pomarszczona kobieta z siwymi,

ciasno spiętymi włosami. Ubrana była w białą, staroświecką

koszulę z wysoko postawionym kołnierzem i beżową

spódnicę sięgającą łydek.

– Właściwie już wychodziłyśmy – odpowiedziałam najgrzeczniej,

jak potrafiłam.

– Nie będę pań zatrzymywać, ale cieszę się z waszej

obecności. Opiekuję się tym miejscem. – Delikatnie się

uśmiechnęła.

Odwzajemniłyśmy uśmiech, niepewne, czego możemy się

spodziewać.

54

POST SCRIPTUM

– Jestem Krystyna, a wy?

Tempo, w jakim się z nami spoufalała, stawało się coraz

bardziej krępujące. Chyba tylko przekonanie o jej dobrych

intencjach kazało nam się przedstawić. Zaczęła matka.

– Małgorzata. To moja córka, Alicja.

– Małgorzato, Alicjo – zwróciła się do nas z nazbyt teatralnym

gestem nieznajoma – mam do was prośbę.

Do tej pory pogodny wyraz jej twarzy zmienił się w grymas

żalu.

– Pomódlcie się za mnie. Za Krystynę od siostry Faustyny.

Prosząco wyciągnęła w naszą stronę kościste palce – jednej

dłoni do matki, drugiej do mnie. Jasny odcień jej skóry

uwydatniał sieć niebieskich żyłek.

– Pomodlimy.

– Ja też będę się za was modlić. Małgorzata i Alicja, tak?

Skinęłyśmy głowami. W trakcie tej niecodziennej konwersacji

zdążyłam zauważyć, że poza naszą trójką w kościele

nie ma nikogo innego.

– Wszystkiego dobrego! – rzuciłam na pożegnanie, znacząco

szturchając łokciem matkę i kierując się w stronę

wyjścia.

– Ja też już wychodzę. – Krystyna podreptała za nami.

W kruchcie ponownie spotkałyśmy żebraka, tym razem

odwróconego w stronę ołtarza. Wrzuciłyśmy do puszki

garść monet. Odwróciłam się, żeby przytrzymać drzwi

Krystynie i jeszcze raz życzyć jej szczęścia. Nie wiem, jak

mogła przemknąć obok nas niezauważona, ale nie było jej,

jakby rozpłynęła się w powietrzu. Za to w głównej nawie,

nie wiadomo skąd, znalazła się sikorka. Frunęła coraz bliżej

sklepienia, a kolorowe piórka stapiały się z witrażami. [AD]

ANNA DWOJNYCH


POST SCRIPTUM

55


D a n i e l w ó j t o w i c z

Starania ku rozpoznaniu i zrozumieniu

abstrakcji należy rozpoczynać

od Pragi. Okazuje się

bowiem, że ten oczywisty dziś nurt

w malarstwie został wymyślony

i rozwinięty właśnie przez Czecha.

Dla nas – Polaków uważających się za

niezrównanych mistrzów w niezależnym

i niekonwencjonalnym myśleniu

– musi być to zaskakujące. A jednak.

František Kupka, czeski artysta tworzący

w pierwszej połowie XX wieku,

zaliczany jest do najważniejszych

malarzy współczesności. Jego obrazy

znajdują się w największych muzeach

świata, ale przede wszystkim

w prywatnej galerii Kampa w Pradze

(założonej przez czesko-amerykańską

kolekcjonerkę sztuki i dobrodziejkę

Medę Mládek), i stanowią jedną

z największych atrakcji artystycznych

tego miasta.

Jako kilkunastoletni chłopak żyjący

w małym czeskim miasteczku pod

koniec XIX wieku František Kupka

wymyślił i opracował własny alfabet.

Nie wiem, czym się kierował – może,

jak to nastolatek, po prostu chęcią

zapisywania własnych tajemnic. Zapewne

wtedy już musiał pojąć, że

nasz język i jego zapis jest strukturą

mocno umowną i w rzeczy samej –

nierzeczywistą.

Jeżeli zatem zbiór dziwnych znaczków,

zwanych literami i słowami,

może oddawać złożoną myśl, to o ile

dalej prowadzić nas może skomplikowany

obraz. Jego wymowa jest tylko

kwestią odczucia i zrozumienia znaczeń

zastosowanych symboli. Zaczynam

od nowa. Odrzuciłem wszystkie

słowa i chcę wrócić do jedynego

prawdziwego źródła, Natury, i będę

się uczyć tylko od samej sztuki – pisał

w liście do znajomego w 1897 roku.

To był początek.

Twórczość Malarza rozwijała się

w czasie ogromnych zmian cywilizacyjnych,

odciskających swoje piętno

również w sztuce. Jednym z ich najbardziej

odczuwanych przejawów

było pojawienie się fotografii, która

pozwalała na dość wierne odzwierciedlanie

rzeczywistości, co pozbawiło

tradycyjne malarstwo monopolu.

Ludzkość dowiadywała się również

nie tylko, że światło jest tajemniczą

kompozycją wielu kolorów, lecz

także że każdy postrzega je inaczej

i że żaden obraz nie jest ostatecznie

prawdziwy. A raczej, że może istnieć

nieskończenie wiele prawdziwych

obrazów. Rodzić to musiało wiele pytań

o mechanizm działania przekazu

artystycznego, o jego sens i trafność.

Oraz o jego względność.

František Kupka, podobnie jak wielu

twórców mu współczesnych, ulokował

się początkowo w nurcie symbo-

56

POST SCRIPTUM


Jarmark

Abstrakcyjnie ku rzeczywistości

Galeria Kampa, sala wystawy František Kupka

POST SCRIPTUM

57


AMORFA Dwubarwna fuga 1912 Wiosna kosmiczna kreacja 1919

lizmu, gdzie poszukiwał trafnych skojarzeń

i odniesień z metafizycznym

znaczeniem. Tkwił w realiach, ale też

bardzo się od nich oddalał, nadając

im mocno symboliczny wymiar.

Dalej malowane przez Kupkę postaci

stawały się coraz bardziej kolorowe.

Był to czas, w którym malarz zagłębiał

się w głośne i modne wówczas

nowe teorie znaczeń barw. Poświęcał

wiele uwagi studiom nad ich fizycznym,

kulturowym i psychologicznym

oddziaływaniem. Stawało się

jasne, że barwy same w sobie niosą

bardzo konkretne treści i emocje,

często silniejsze niż formy: postaci,

stwory, przedmioty, w które zostały

wpisane. Przykładem może być obraz

jaskrawoczerwonego kota.

Kolory szybko stawały się w jego

obrazach najważniejsze. Na przykład,

według Malarza, niebieski ma

tendencję do przyciągania i wciągania

widzów, podczas gdy agresywna

żółć bezwzględnie zmusza widza do

wycofania się.

Kolorystyka obrazów Kupki, odmienna

od stosowanej przez mu

współczesnych, w tym również kubistów,

nie znajdowała aplauzu krytyki

i traktowana była jako nieporadna.

Taki widać musi być los wielkich

nowości. Na razie poruszam się

w ciemności po omacku, ale wierzę,

że mogę znaleźć coś, co połączy

wzrok i słuch, mogę stworzyć fugę

barwną, podobną do muzycznej –

pisał.

Ciekawe i istotne, że – podobnie jak

współczesny mu polsko-litewski malarz

Mikalojus Čiurlionis – także Kupka

był przekonany o jedności muzyki

i malarstwa. Wierzył, że ładunek niesiony

przez muzykę daje się zobrazować.

A skoro niematerialny kształt

melodii niesie ogromny ładunek

emocji, to również może to uczynić

nierealistyczny obraz.

Postaci i obiekty z obrazów Kupki coraz

szybciej traciły swe zwykłe kształty,

zmieniając się w pozbawione

konkretnych znaczeń kolorystyczne

kompozycje. Studia i obserwacje Artysty

prowadziły go do spostrzeżeń,

że tak w naturze, jak i w spojrzeniu

na pejzaże i budowle zachwyca nas

nie tyle ich funkcjonalność, co feno-

Czerwone rusztowanie 1918 Katedra 1913 Linie płaszczyzny przestrzeń 1913

58

POST SCRIPTUM


Pijąca stal 1927

Wierzę, że mogę znaleźć coś, co połączy wzrok i słuch,

mogę stworzyć fugę barwną, podobną do muzycznej

menalne zestawienie kształtów, jak

na przykład połączenie łuków sklepienia

świątyni.

W każdym dziele wizualnym istnieje

bardzo ścisła korelacja pomiędzy

liniami konstrukcji a tymi, które wyznaczają

dominujące płaszczyzny.

Gdy usuwane są detale jeden po drugim,

widać, że istota dzieła, zasada

konstrukcyjna, zależy od kilku dużych

elementów (obszarów).

W tym rozumowaniu, przy takim

odczytaniu piękna i zachwytu, realistyczna

treść obrazu traciła znaczenie

na rzecz kompozycji i konstrukcji.

Wystarczy znaleźć ekscytującą

relację kształtów, by ukazać istotę

piękna. Będzie ono istniało w stanie

wyabstrahowanym z rzeczywistości.

Dzieło sztuki, które samo w sobie

jest rzeczywistością abstrakcyjną,

musi być systemem wytworzonych

elementów. Jego specyficzne znaczenie

opiera się bezpośrednio na

połączeniu typów morfologicznych

i indywidualnych zespołów architektonicznych

własnego organizmu –

opisywał.

František Kupka obserwował maszyny

coraz liczniej obecne w życiu człowieka,

fascynował się ich sprawnością

wynikającą z doskonale powiązanych

ze sobą i współpracujących części.

W maszynie, na przykład w rotacyjnej

prasie drukarskiej, znajdują się te

same elementy, co w gotyckiej katedrze:

w obu dominują piony, poziomy

i okręgi, różniące się jedynie kolejnością

– odnotował w swoim dzienniku.

Odtąd większość jego prac ukazywała

już współistnienie i zależności

„martwych” części i przedmiotów

połączonych ze sobą w harmonijnym

ładzie i pięknie.

W pierwszej połowie minionego

wieku w kulturowym otoczeniu artysty

coraz większego znaczenia nabierał

film. Kupka był nim zapewne,

POST SCRIPTUM

59


60

Krzywe

są dla wzroku

aluzją do sekwencji,

oko podąża za nimi

jak poruszające się

węże

POST SCRIPTUM

jak wszyscy, zafascynowany. Ale jako

malarz widział w ruchomym filmie

również zmieniające się kompozycje

obrazów, całość, na którą składają się

kolejne odsłony. Podejmował pracę

nad odzwierciedleniem sumy wizualnych

faktów, tak aby przedstawić ich

mnogość w jednym obrazie. Zakładał

przy tym, że tak właśnie musi zapisywać

się film w wyobraźni i pamięci

widza.

Uznawał, że odpowiednia kompozycja

malarska może być źródłem

ruchu. Krzywe są dla wzroku aluzją

do sekwencji, oko podąża za nimi jak

poruszające się węże, są one wyrazem

zmienności czasu. Ale jednocześnie

czuł też odwrotnie: ruch tworzy

w przestrzeni krzywe linie i łuki oraz


inne specyficzne formy, istniejące

tylko przez mgnienie oka, ale w tym

krótkim czasie rzeczywiste i możliwe

do uchwycenia.

Zafascynował go widok pasierbicy,

małej dziewczynki, która w zabawie

monotonnie i bez końca

odbijała piłeczkę. Widział swym

artystycznym okiem jej trajektorię

i „ślady”, jakie zostawia w przestrzeni.

Rozpoczął odzwierciedlanie tego

na płótnie, w tym celu wyłapywał

kolejne tory i obszary pomiędzy nimi.

Nie trzeba dodawać, że zwłaszcza

u niego musiały być one kolorowe.

Na tej podstawie powstały kolejne

obrazy układające się w cykl, którego

uwieńczeniem był najsłynniejszy

jego obraz Amorfa, często nazywany

również Fugą – w ślad za utworem

muzycznym, w którym (jak czytam

w objaśnieniach) współgrają ze sobą

prowadzone jednocześnie różne linie

melodyczne. Współistniejące, lecz

niekoniecznie zgodne. Obraz ten –

dziś jedno z najcenniejszych dzieł

Muzeum Narodowego w Pradze –

traktowany jest jako szczytowe osiągnięcie

w stworzeniu abstrakcjonizmu.

Po przejściu przez prezentację

całej drogi twórczej Franitška Kupki

– ukazanej w dużej ekspozycji w galerii

Kampa – nietrudno ją zrozumieć.

I nie sposób się nią nie zachwycić.

Abstrakcja pozostaje dla niewprawionych

widzów czymś absolutnie niekonkretnym.

Ale czy konkretem jest

tylko to, co dla nas znane i zrozumiałe?

František Kupka dokonał przełomu

w światowym malarstwie – ukazał

kształt i piękno czegoś pozornie

nieistniejącego. Dziś już nas to tak

bardzo nie dziwi, ale tamte odkrycia

miały przecież miejsce dobre sto lat

temu. I choć dotyczyły nierzeczywistości

– stworzyły ogromnie ważną

jakość naszej rzeczywistości. Mówią

znawcy, że jeśli sztuka ośmieli nasze

oko do zobaczenia tego, co niewidzialne,

to uda się nam dostrzec

głębszy sens życia. A zarazem przygotuje

nas do przekroczenia barier

i dalszego odkrywania nieziemskiego

świata. [DW]

DANIEL WÓJTOWICZ

POST SCRIPTUM

61


OSWAJANIE

powiedz że sobie radzisz

PRZEPOWIEDNIA

stare drzewa nucą

pieśń żałobną

noc przychodzi za szybko

ciemność gryzie jak dym

z ogniska

śmierć buduje gniazda

pod niebem które zapomniało

jak się modlić

do ciszy wciąż za daleko

do śmierci za blisko

obiecałam że zostanę

do ostatniej brzozy

do ostatniego niczyjego pióra

że na swoim brzegu dzielisz

pamięć na białe i czarne ziarna

że oswajasz sny

jeszcze się nie przyzwyczaiłam

do tej nowej ciszy

nie zdążyłam Ci powiedzieć

że zatrzymałam dla ciebie

moje białe ptaki

pod ciepłym naskórkiem ziemi

wylęga się oddech lasu

który zawsze rozumie

dociera do ostatniej warstwy skóry

którą spala na popiół

ale nie ma się czego bać

noc nie pyta nas o zgodę

kiedy umiera

MAGDALENA ŁUBKOWSKA

KIEDYŚ BYŁO TU NIEBO

kiedyś było tu niebo

sen wisiał nad lasem

cisza snuła się na białych skrzydłach

na osieroconym brzegu

wylęgały się ptaki o czarnych

oczach

małe księżyce dogasały

w wierzbowych dłoniach

ostatnie kawałki zmierzchu

odpadły dawno temu

wiatr rozgonił je poza horyzont

kiedyś było tu niebo

i sen gęsty jak krew

62

POST SCRIPTUM


Ilustracja: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

63


Uciec z krainy przypadku

64

– Bo nie chodziło o takie zwykłe sprzątanie.

U nas nigdy sprzątanie nie jest normalne. Teraz

trochę się to uspokoiło, ale w najgorszych

momentach co dwa tygodnie Ania urządzała

generalne sprzątanie mieszkania – tłumaczy

Franek.

– Z reguły zajmowało cały weekend, od piątku

do niedzieli. Prawie nie jadła. I prawie nie

spała. Szorowała podłogę metr po metrze.

Kiedy nie dawała już rady, pokładała się na

właśnie wyczyszczonym kawałku, przysypiała

na godzinę, dwie, a potem wracała do

sprzątania. Na początku próbowałem jej tłumaczyć,

że to nie ma sensu, że ona po takim

weekendzie jest wyczerpana, że można byłoby

to zrobić szybciej i równie skutecznie.

Nie słuchała mnie. Potem zrozumiałem, że

logika nie ma tu nic do rzeczy, w OCD chodzi

o lęk, emocje, a nie o racjonalne myślenie.

Pranie zresztą też nie wygląda normalnie

w wykonaniu Ani. Najpierw wkład z worka

na śmieci pierze się raz, potem pierze się pusta

pralka, a potem ten już wyprany wkład

trafia ponownie do pralki. Dopiero wtedy

można zająć się suszeniem. W naszym domu

ciągle leje się woda. Wilgoć w łazience jest

nie do wytrzymania, musieliśmy przeprowadzić

remont, bo pojawił się grzyb i nasze córki

dostały alergii. O tym, ile płacimy za prąd

czy wodę, nie muszę chyba wspominać. Popytałem,

sprawdziłem i wyszło na to, że rachunki

mamy wyższe średnio trzykrotnie od

tych, które płacą inne rodziny.

Z książki Lękowi Arkadiusza Lorenca

POST SCRIPTUM

Początek roku. To może być ten czas. Początek nowej

pracy. Sesja egzaminacyjna. Przygotowania do ślubu.

Przeprowadzka. Wizyta u teściów. Okoliczności

jest wiele i wszystkie one mogą wywoływać lęk. Taki początek

roku, rodzą się obawy, jak to będzie, ile zyskam,

ile stracę, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem. Jakoś

pójdzie, ale po sztywno ustalonej trasie raczej nigdy. Nie

da się ukryć, w naszych wyborach, drogach życiowych

często szukamy poczucia bezpieczeństwa, powtarzalności,

rutyny. To pozwala na zminimalizowanie lęku. Dzisiejsze

czasy mogą generować jednak mnóstwo zdarzeń losowych,

których nijak nie da się zaplanować. Tam, gdzie

wkrada się przypadek, wkrada się również lęk. Jak więc

uciec z krainy przypadku?

Lęk istnieje w życiu człowieka od samego początku.

Kwilące niemowlę nie kryje swego zaskoczenia, musi się

oswoić z nową rzeczywistością. Małe dziecko boi się zostać

samo w mieszkaniu. Nastolatek ma obawy, czy rówieśnicy

go zaakceptują. Dorosły człowiek boi się, czy

poradzi sobie w życiu. Dobrze, gdy mamy nad nim kontrolę.

Gorzej, jeśli to lęk bierze górę. Dużo w tym zakresie

zmieniła pandemia, temat zaburzeń psychicznych stał

się obecny w debacie publicznej, już mniejsza o to na ile

obecny jest na tę chwilę. Od przyszłego roku szkolnego

ma się pojawić nowy przedmiot, na razie nieobowiązkowy.

Edukacja zdrowotna będzie też dotyczyć zdrowia

psychicznego, mam nadzieję, że autorzy nie zapomną

wspomnieć o zaburzeniach lękowych, bo jak wynika ze

statystyk, to problem nawet poważniejszy od depresji.

Siłą rzeczy na rynku wydawniczym wychodzą coraz to

nowsze publikacje na temat zdrowia psychicznego, zaburzeń

psychicznych, metod, jak sobie radzić z problemami

o podłożu psychicznym. Już całkowicie inna kwestia,

na ile z tego dobra korzystamy, a jestem zdania, że

powinniśmy korzystać, bo świadomość, jak dbać o zdrowie

psychiczne, może być pomocna, aby samemu trwać

w dobrym stanie fizycznym i psychicznym. Jako że oprócz

depresji nasila się w społeczeństwie problem z zaburzeniami

lękowymi, fobiami, atakami paniki, postanowiłem

sprawdzić, co w trawie piszczy. Natrafiłem na niebywale


Agnieszka Jelonek,

Koniec świata, umyj

okna, Wydawnictwo

Cyranka, Warszawa

2020.

Arkadiusz Lorenc.

Lękowi. Osobiste

historie zaburzeń,

Wydawnictwo

Prószyński Media,

Warszawa 2024.

atrakcyjną pozycję. Lękowi Arkadiusza Lorenca – reportaż

przybliżający czytelnikom różne odmiany lęku. Bohaterowie

opowiadają o tym, co przysparza im w życiu największe

trudności. Może to być lęk związany z byciem osobą

współuzależnioną, mutyzm (blokada przed mówieniem),

zaburzenia obsesyjno-kompulsywne (OCD), agorafobia,

arachnofobia, strach przed służbą zdrowia (w Polsce chyba

dość częsty) czy nawet pewnie dość rzadko spotykany

lęk przed wysokimi budynkami, czy ogólnie mówiąc, architekturą

miejską. Nie będę streszczał historii, wszystkie

z nich zawierają jakiś walor edukacyjny oraz rozwijają

nasze zrozumienie na te zagadnienia.

Dlaczego Arkadiusz Lorenc zajął się tematem lęku? Otóż

sam cierpi na zespół lęku uogólnionego. To zaburzenie

jest niezwykle uporczywe, bowiem napięcie sączy się

przez cały dzień, bywa i jest wyczerpujące. O swoich doświadczeniach

Lorenc pisze we wstępie. Doceniam fakt,

że w tej książce w ogóle jest wstęp. Nie wszystkie publikacje

tego typu mogą się takim wstępem poszczycić.

Jest co prawda tutaj trochę chaosu, zarówno jeśli chodzi

o wstęp, jak i dobór wątków, ale można to autorowi wybaczyć.

Zastanawiam się, na ile dobrym wyborem była

prezentacja Juliana Tuwima w kontekście agorafobii,

na którą cierpiał przez całe życie. Pozostawiam ocenę

czytelnikom.

W książce Lorenca kwestia lęku została wrzucona

w szersze zagadnienie zdrowia psychicznego. Jest tu między

innymi mowa o bolączkach polskiej służby zdrowia,

asystentach zdrowia czy wreszcie zaburzeniach depresyjnych,

które są ściśle powiązane z lękiem. Osobiście wybrałbym

inny tytuł, bo w Lękowych nie tylko jest mowa

o lęku. Jest to jakieś mniej lub bardziej świadome wprowadzenie

w błąd. Kryzys psychiczny to również lęk, ale

składowych jest tu jednak znacznie więcej. Poza tym

pojawiają się na marginesie bolące uproszczenia, chociażby

takie, że temat depresji został już przepracowany.

Jako osoba lecząca się na depresję już piąty rok pragnę

zauważyć, że depresja ciągle straszy i dalej nie za wiele

o niej w mediach.

Lęk dotyczy ważnego zagadnienia norm społecznych.

Na ile jesteśmy w stanie coś wyrazić? Czy jest to dla nas

upokarzające? No i czy otwarcie się przed innymi ze swoim

lękiem przyniosłoby ukojenie? Nie każdy niestety jest

pełen empatii i zrozumienia. A w gruncie rzeczy od tego

zależy proces zdrowienia. To nie tylko farmakoterapia

oraz psychoterapia, lecz także świadomość istnienia problemu

w najbliższym otoczeniu. Alicja czuje się niezrozumiana.

Mąż traktuje jej lęki jak fanaberie. Agnieszka

Jelonek w książce Koniec świata, umyj okna ustami Alicji

przenosi nas do chorobliwego świata urojeń i wyobrażeń.

Podejrzewam, że osoby zmagające się z lękami lepiej

zrozumieją prozę Jelonek.

Alicja ma męża, z którym zresztą się rozwodzi. Przez całe

swoje dotychczasowe życie czuła się pomijana, zostawiona

sama sobie, w końcu również zostawiona przez męża,

który miał coś do „zrobienia” w innej kobiecie. Poruszony

jest w tej krótkiej opowieści motyw braku kontroli. Kiedy

traci się kontrolę, traci się coś bardzo pierwotnego, czyli

poczucie sensu. Zaburzenia psychiczne odbierają sens,

dlatego są tak straszne, dlatego też dochodzenie do siebie

po kryzysie jest tak długie. Budowanie na powrót piramidy

potrzeb i celów wymaga czasu. Ludzie „zdrowi”

nie są w stanie tak łatwo tego pojąć. Takie przesłanie,

przynajmniej dla mnie, niesie pisanie Agnieszki Jelonek.

Jelonek nie zapomina wspomnieć o tym, że farmakoterapia

czasem jest niezbędna, ale niesie ona również za

sobą skutki uboczne, nierzadko wpływające na codzienne

funkcjonowanie, takie jak chociażby senność, zawroty

głowy, przybieranie na wadze. Ataki paniki, przez niektórych

postrzegane jako wytwór fantazji, to umieranie

za życia, a kto chce umierać? Kto chce mieć duszności,

zimne poty? Literatura w wykonaniu Jelonek jest nieco

chaotyczna, ale przecież takie właśnie są ataki paniki,

pełne chaosu i braku kontroli – próbują być odpowiedzią

na niezrozumienie ze strony świata.

Może w końcu znajdziemy stabilizację i uciekniemy

z krainy przypadku… [RK]

ROBERT KNAPIK

POST SCRIPTUM

65


Obraz: Iwona Wojewoda

66

POST SCRIPTUM


POST SCRIPTUM

67


R e n a t a S z p u n a r

TIGANI

Drogą z Githionu, przedzierającą się przełęczą

Langada przez potężne góry Tajget, wjeżdżam na

niezwykły półwysep Mesa Mani. To siódma wyprawa

na te tereny. Zmieniam zamiary plenerowe, bo niebo

chmurzy się i wieje sztormowy wiatr. Nic nie przebiega

zgodnie z moim planem. W tę pierwszą manijską noc,

a potem i dzień, pada nieustający deszcz. Przygasa kolor

Grecji pozbawionej słońca. Wymowa pejzażu nabiera innych

wartości, innego ciężaru. Surowe kamienne budowle,

opuszczone ruiny domów, skupiska mieszkalnych wież

oraz wypalona słońcem i pożarami ziemia w perłowym

świetle mglistego dnia przywołują klimat melancholii

szarych filmów Teo Angelopoulosa. Inny niż w turystycznych

folderach portret Grecji, który mówi o przemijaniu,

nietrwałości, metafizycznej tęsknocie i efemerycznym

pięknie…

68

POST SCRIPTUM

Jeden z jeszcze niezadeptanych przez turystów skarbów

czeka na mnie w ukryciu, w niezmąconej niczym monumentalnej

samotności, na końcu niewyraźnej ścieżki,

która prowadzi wśród skał cyplem wysuniętym daleko

w morze.

Droga na Tigani ukryta jest w gąszczu wielu podobnych,

które wiją się pomiędzy kamiennymi murami i dzikimi

oliwkami. Zwykle nie zagląda tu nikt prócz paru miejscowych.

Zresztą niełatwo tu trafić. Mam wyrytą w pamięci

mapę tego miejsca: charakterystyczne cechy terenu, zabudowę

mieszkalnych wież, zarośla opuncji, przy których

trzeba skręcić w prawo, a za murkiem z kamieni w lewo.

Wszystko jest tu takie samo jak zawsze.

Rozbijam namiot na niewielkim, płaskim poletku, nieco

uprzątniętym z kamieni i zarośniętym suchą trawą,


u stóp opuszczonej osady Agia Kiriaki. W prześwicie

między karłowatymi oliwkami, w dali, wyłania się jeden

z najbardziej dla mnie magicznych widoków Grecji.

Wraz z nastaniem zmierzchu zza ciemnych wież osady

wstaje ogromny, czerwony, październikowy księżyc

w pełni. Przesuwa się szybko po niebie i niknie na długie

chwile wśród coraz gęściej nadciągających chmur. Na odległym

północnym horyzoncie mrugają światła Kalamaty

jak gwiazdy na niebach van Gogha. Emocje wywołane atmosferą

tego miejsca odganiają mój sen…

W pewnym momencie przychodzi to, co nieodłącznie

towarzyszy manijskim nocom. Ciszę gęstej ciemności rozdziera

przeraźliwe wycie, które przechodzi w żałosne zawodzenie

i przejmujący dreszczem jęk. Pierwszy odzywa

się daleko na zachodzie, na aksamitnie czarnej, wysokiej

skale, która urywa się przepaścią

w głębiny Morza Egejskiego,

gdzieś nad rybacką wioską

Gerolimenas. Po chwili odpowiadają

mu inne, rozlegające

się ze wszystkich stron. To stada

szakali złocistych prowadzą

ze sobą ten piekielny dialog.

Noce na Mesa Mani należą do

szakali.

A kiedy nadchodzi świt i milkną

głosy nocy, ich udomowieni

dalecy kuzyni, psy myśliwskie,

idą z Manijczykami polować

na ptaki wędrowne, które zapuszczają

się w te rejony. Gdy

przychodzi jesień, zbrojni po

zęby i obwieszeni amunicją tutejsi

strzelcy przed brzaskiem

słońca ruszają na wyrytą w genach

odwieczną wendetę. Jak

kiedyś przeciw sąsiednim klanom, najeźdźcom i okrutnym

władcom, tak dziś przeciw szarym przepiórkom.

Noc jest krótka, jak często na Mani. Przed wschodem

słońca terenowe furgonetki zjeżdżają polną drogą na cypel.

Z otwartych okien ulatuje drgająca strunami rzewna

muzyka, jakby spleciona z różnych tchnień wiatru i

zmiennych nastrojów. Pełna bezkresnego żalu i gorzkiego

piękna. Jej dźwięki toną w aksamitnej ciszy, podobnie jak

nocne wycie szakali zapadło w głuche milczenie.

Tu, na Mani, wszystko, co żyje, odzywa się skargą. Wszystko

przemawia jękiem. To dziwna ziemia. Surowa i sucha

jak pustynia oczyszczenia lub miejsce ucieczki i ukrycia się

przed światem. Każdy dźwięk brzmi tu dramatem rozpaczy

jak wybuch tłumionego płaczu. Jak te manijskie żałobne

pieśni miroloi – jedyna poezja wyrosła z tych terenów,

tutejszy lament wdów po poległych w klanowych

wojnach Maniates. Tu nawet kamienie zdają się obmyte

łzami. W spiekocie palącego słońca i wszechobecnej suszy

wszystko tu budzi pragnienie wody, jakby tęsknotę do

źródła wszechrzeczy. To głęboka Lakonia, ziemia oszczędnych

w słowa…

Wychodzę z namiotu. W moim kierunku, w górę zbocza,

maszeruje tyralierą kilku strzelców z psami myszkującymi

w zaroślach. Nie słychać strzałów. Może tym razem żadna

przepiórka nie straciła życia… Po chwili odjeżdżają i znów

otacza mnie pustynna cisza blednącej nocy.

Poranek wstaje pochmurny i wilgotny, choć deszcz przestał

siąpić. Z dziewięcioletnim synem pakujemy sprzęt fotograficzny,

kamerę i szkicowniki, do plecaka bierzemy kawał

chleba, konserwę, zapas wody. Wyprawiamy się na najbardziej

suchy skrawek Peloponezu – na Tigani, Patelnię.

Kiedy bywałam tu późnym latem lub wiosną, tę eskapadę

planowałam u schyłku dnia, kiedy upał dawał się mniej we

znaki. Dziś mamy przed sobą cały październikowy dzień.

Kamienistą drogą wiodącą na północ schodzimy w stronę

morza. Szybko oddalamy się od opuszczonych wież

mieszkalnych Agia Kiriaki. Mijamy ostatnie karłowate

oliwki i wychodzimy na pustą przestrzeń. Tuż obok

zardzewiałego drogowskazu odchodzi w lewo ścieżka do

kościółka Agia Panagia. Dalej, po prawej stronie, stoi grupa

kilku solidnych, marmurowych grobowców. Trudno

mi wyobrazić sobie miejsce na wieczny spoczynek bliższe

nieskończoności i nieśmiertelności... W tym miejscu bita

polna droga kończy się.

Teraz wchodzimy na niewyraźną ścieżkę wśród ostrych

i chropawych kamieni. Widać już cel wędrówki. Wydaje

się bliski, lecz z doświadczenia wiem, że to złudzenie.

To miejsce ma swoją przedziwną perspektywę. Forteca,

która wieńczy cypel, wyrasta cyklopim murem wysoko,

69

POST SCRIPTUM


co stwarza wrażenie jej bliskości, ale trzeba całej godziny,

by szybkim marszem pokonać tę drogę. Stąd twierdza

jest jeszcze niewidoczna, bo zespolona z tłem w jednorodny

twór. Tylko jedna z baszt mgliście zarysowuje się

płaskim murem. Prostokąt światła wydobywa jej bryłę

spośród organicznych form.

Podobny do jęzora wielkiej jaszczurki cypel Tigani rozwija

się daleko w morze, które szturmuje tu wzburzoną falą

brzeg, uformowany z nieregularnych, ostrych zrębów.

Ten przylądek jest płaski i cały zbudowany z bezładnie

rozsypanych białych porfirów, które oślepiają odbitym

od nich blaskiem słońca. Wielkie głazy i drobne kamienie

pełne są gąbczastych porów wypłukanych przez wodę.

Biel skał gdzieniegdzie przełamuje rdzawy porost, a całą

przestrzeń przyprósza laserunek gęsto rosnących, patynowo-zielonkawych,

wiotkich bylin o długich, bezlistnych

łodygach zakończonych wielką, fioletowawą kulą kwiatu.

Teraz, w porze deszczów, flora na Mesa Mani powoli odradza

się. Z gigantycznych cebul, które przetrwały suchą

porę roku i mocno tkwią w kamienistym

gruncie, wyrastają

bujne rośliny.

70

POST SCRIPTUM

Po zejściu ze zbocza, na płaskowyżu

Patelni ścieżka co chwilę

zanika wśród skał. Ktoś wzdłuż

niej pieczołowicie ułożył z kamyczków

stożki, zwyczajem

górskich szlaków. To pomaga

nam się nie zgubić. Napotykamy

dwie nieduże, kamienne

budowle. Jedna z nich, pozbawiona

dachu, zachowała formę

czworoboku. Drugą ktoś

ostatnio zamieszkiwał, bo w jej

skromnym wnętrzu stoi proste

łóżko i widzimy kilka niezbędnych

sprzętów. Na wysuniętych

żerdziach zbutwiały, kolorowy dywan

tworzy zadaszenie, dając osłonę

przed palącym słońcem. Znaleźliśmy

pod nim schronienie przed ulewnym

deszczem, który spadł na nas gwałtownie

w drodze powrotnej.

Przed domkiem napotykamy wśród skał

jedną z „solniczek”. To uformowana w

kształcie patelni (być może też źródło

nazwy przylądka) owalna, płytka niecka

pokryta gładko oszlifowaną zaprawą

murarską i poprzegradzana niskim,

wąskim zrębem kamiennych łupków.

Na powstałe w ten sposób misy wlewano

kiedyś morską wodę, która parując,

pozostawiała bezcenną sól – główne

źródło utrzymania tutejszych mieszkańców.

Tigani kryje w sobie wiele pozostałości tych średniowiecznych

„urządzeń”. I widać nadal przy niektórych z nich

niedawne ślady użytkowania.

Zostawiamy za sobą tę tajemniczą ludzką siedzibę i szybko

zmierzamy do celu naszej wyprawy, bo pogoda jest

niepewna. Mocny wiatr przetacza przez niebo ciemne,

gęste chmurzyska. Przed nami ostatni odcinek drogi –

wspięcie się na wysoki mur obronny. Gdy wdrapujemy

się po wyślizganych kamieniach, pod nami huczy wzburzone

morze. Nie ma już nigdzie ni śladu łagodnego turkusu

wód, jest tylko nieprzenikniony błysk płynnej stali.

Odbijając w sobie niebo, głęboka morska kipiel stała się

nieprzejrzysta.

Stoję na szczycie wysokiej baszty i jak zwykle mam

poczucie swoistego szczęścia, jakie towarzyszy odkrywcy.

Być może każdy, kto tu dociera, doświadcza

tego samego. Pod warunkiem, że przyjdzie tu sam lub

z dyskretnym kompanem. Kiedy przywołuję we wspo-


mnieniach to miejsce, jest ono moim osobistym Tigani.

Jeśli możliwe jest posiadanie czegoś tylko w myślach, to

tak właśnie jest. Nie trzeba pieniędzy, by mieć klejnot.

Czego tu szukasz mój stary przyjacielu?

Po latach spędzonych w oddaleniu przybywasz

niosąc ze sobą wspomnienia,

któreś przechowywał pod obcym niebem,

z dala od swej ziemi…

Jorgos Seferis

Wracam tu za każdym razem, gdy jestem na Mesa Mani.

Patrzę na niezmienną bierność rozsypanych marmurów,

które zostały z wczesnochrześcijańskiej bazyliki. Leżą

wciąż tak samo, nieporuszone, bezcenne, liczące dziewięć

wieków kolumny, bazy, kapitele, rzeźbione w skomplikowane

ornamenty. Bezładnie opierają się o resztki murów

z wąskiej średniowiecznej cegły, spojonej zaprawą z wypalonej

czerwonej gliny. Najmniejszy i najpiękniejszy

z marmurowych kapiteli, który jeszcze niedawno leżał tu

Pod całą podłogą kościoła wbudowane były kiedyś cysterny

na wodę. Patrzą na mnie ich puste, szeroko otwarte

jamy pokryte gładką zaprawą koloru spłowiałej sepii.

Bezwodne cysterny z poezji Jorgosa Seferisa…

Kim byli ci, którzy zasiedlili kiedyś to jałowe pustkowie?…

Jaką historię przechowuje pamięć tych kamieni?…

I zdaje się nam dziwne, że mogły tu powstać

Ongiś te wszystkie domy, szałasy, owczarnie…

A nasze gody – wianki wilgotne, pierścionek –

Kryją dla nas zagadkę niewytłumaczalną.

Jakże się urodziły, okrzepły nam dzieci?

Jorgos Seferis, Nasz kraj zamknięty

***

Historia twierdzy Tigani ginie w głębokich mrokach przeszłości.

Pierwszą osadę założył tu cesarz Justynian Wielki

w VI wieku n.e., czego dowodem są znaleziska archeologiczne.

W niszach grobowych wykopano pochodzące

Historia twierdzy Tigani

ginie w głębokich mrokach

przeszłości

w kępie ostrych roślin na brzegu grobowej niszy, ostatnio

został przeniesiony do muzeum w Mistrze, razem z innymi

cennymi obiektami z tych terenów.

Gdy opisuję te wspomnienia, z lekkością wracam wyobraźnią

w to miejsce. Widzę drgające fioletowe kwiaty

szarpane przez Eola jak struny harfy. Słyszę huk rozbijających

się o cypel potężnych fal morza. Jestem wśród ruin

średniowiecznej bazyliki. Poznaję układ jej naw i absydy.

Od zachodniej strony tkwi w trawie biały kamień szerokiego

progu głównych wrót. Czuć na nim mnogość stóp

tych, co stąd odeszli i zostawili wśród traw swego Boga.

Ostatnia z kolumn stoi samotnie w niewielkim oddaleniu

jak żona Lota zmieniona w słup soli. Ostatni niemy

strażnik i świadek tego miejsca. W rozsypanych ruinach

twierdzy jej jasny kolor to jedyny wertykalny akcent.

Na gładkiej powierzchni marmuru bizantyński rzeźbiarz

zostawił swój ryt – krzyż obwiedziony podwójną linią. Teraz

ta kolumna jest jak dzwonnica świątyni.

Cały teren Tigani poprzerastany jest mocnymi, suchymi

i kłującymi kępami roślin. Dzikie gatunki bylin splątanych

w nierozerwalne węzły wykorzystują tu każdy skrawek

gleby. Wczepiają się mocnymi korzeniami w ruiny murów,

kamienie, cysterny. Idąc, trącam suche gałązki i powietrze

wypełnia natychmiast odurzająca woń oregano i tymianku.

z ok. 500 roku n.e. pierścionki ze złota i srebra, miedziane

klamry, naszyjniki, guziki z kości, koraliki z kolorowego

szkła i kamieni półszlachetnych, krzyże piersiowe z czarnego

steatytu i miedzi oraz kolorowe naczynia ze szkła.

Rozległa fortyfikacja powstała tu później, w XIII wieku.

Wzniósł ją frankoński baron William II de Villehardouin,

władca Księstwa Achai, zwanego Moreą (równocześnie

z fortami w Mistrze i Monemvassi oraz kilkoma innymi),

by z wysokości jej baszt trzymać w karbach całe zachodnie

Mani. W 1259 roku Villehardoiun został zwyciężony przez

Bizantyńczyków odrodzonych po najeździe krzyżowców.

W ten sposób w 1261 roku Tigani wróciło do Bizancjum,

razem z zamkami w Mistrze, Monemwazji i Leuktro.

A potem, po XIII wieku, gród przejęli kolejni najeźdźcy

– plemiona Melingów. Krnąbrni, wąsaci Słowianie zamieszkujący

góry Tajget, po których do dziś zostały ślady

w postaci nazw górskich strumieni i ustroni, w niebieskich

oczach współczesnych Manijczyków i jasnych warkoczach

Manijek.

Na koniec, w XV wieku, bastion padł pod naporem Imperium

Osmańskiego, by stać się przyczółkiem jego

władzy na buntowniczym, niezależnym Mani. Opowieść

o warowni na Tigani urywa się nagle. Po 1570 roku ludzie

opuszczają ją zupełnie i bezpowrotnie, najpewniej z powodu

trzęsienia ziemi.

71

POST SCRIPTUM


Ostatecznie zwyciężyła natura: wybujałe kępy dzikiego

oregano i tymianku, które u schyłku dnia, gdy paląca

kula słońca przepada w mrocznej toni Morza Egejskiego,

odurzającą wonią otulają ruiny do wiecznego snu.

To one są zapachem tutejszej gleby, która wiąże w jedną

bryłę różne zamysły tych, co przez wieki przybywali tu

w odmiennych celach. Są aromatem ziemi uformowanej

ze skruszonych przez historię cyklopich głazów, murów,

fundamentów i cystern, z misternych, bizantyńskich marmurowych

zdobień, frankońskich krzyży i herbów, sprószonych

pyłem gliny z wąskich średniowiecznych cegieł

i zaprawy w barwie ochry.

Ślady na kamieniach, znaki – kto zostawił…? Krzyż na

kolumnie przetrwał cztery wieki w niewoli osmańskiego

imperium, a finezyjne liście akantu na zwalonym kapitelu

przenoszą nas w jeszcze bardziej odległy czas…

***

Tigani smaga porywisty północny wiatr, mityczny Boreasz.

Potężny Tajget, otaczający ją od wschodu, na chwilę

wynurza się i znów niknie w morzu niskich, stalowych

chmur. Rozświetlone gdzieniegdzie połacie ziemi grają

przez krótkie chwile dźwiękami koloru. Morze jest ciem-

72

POST SCRIPTUM

ne, groźne, czasem błyśnie jedynie zbłąkanym odbitym

promieniem. Jakby na jego tafli ktoś rozsypał sznur pereł.

Mogłabym tu trwać i trwać… bez końca… To magiczne

miejsce pochłania bez reszty. Jest ziemią, materią świata

– a jednocześnie nią nie jest... Teraz martwe, wyschnięte,

porzucone... Jest strzępem lądu oddanym żywiołowi morza.

Samą przestrzenią, w której wszelki szczegół zatarł się

i scalił. Zostało światłem, powietrzem, wichrem, chmurami,

deszczem, ogniem błyskawic, a jednocześnie skałami,

niebem, wodą i słońcem. Miejscem przechodzenia jednych

w drugie. Splątaniem żywiołów Empedoklesa…

Mały i jakby przypadkowy szczegół, który zostawiła tu

ludzka przemyślność – ruiny tajemniczej, romantycznej

twierdzy – są tylko drobnym kontrapunktem dla zwichrzonych

form życia. Miejscem chwilowego zatrzymania

wzroku. Akcentem, którego potrzebuje rozległy, ekspresyjny

pejzaż, by określić miarę rzeczy.

Trzeba stąd odejść, ale tylko na chwilę. Takie miejsca wędrują

ze mną wszędzie, poza wszelkie granice przestrzeni,

wraz z wiernością pamięci… [RS]

RENATA SZPUNAR

Esej pochodzi ze zbioru „Podróż na Cyterę” (2012-25)

Fotografia i szkic węglem na papierze – Renata Szpunar (2019)

Reprodukcje obrazów – Renata Szpunar „Tigani”, akryl/płótno,150x200 cm

(2012); „Το κενο” („Pustka”), akryl/płótno, 160x230 cm (2016)


NOWOŚCI WYDAWNICZE

TO WIEM

nie wiem co się kłębi w twojej głowie

pomóż mi

takt po takcie zamienimy świat w uśmiech

siedzisz na krześle wpatrzony

stopy ogrzewasz przy kaloryferze

zapewne słyszysz stukanie - dobry duszek puka

do ścian

czekam na krzyk

wiem o zamkniętych ustach

czekam na łzy

wiem o wezbranych kroplach

o geście jak zamurowanym

wiem

gdy nie wychodzisz do kuchni do gościnnego

pokoju

a w twoim nie mruga światło

to wiem

A TO NIE TAK

znikasz we łzach

a to nie tak

nie są kroplami deszczu

dokąd błądzisz siedząc samotnie w

pokoju

przytknij do szyby nos

spójrz

ja ze swych dłoni układam ci serce

otwórz okno

daj światu wiarę

to po twojej stronie jest klamka

NIEDOWIERZANIE

uśmiechasz się i śmieje się świat

nie znikasz

tak przyszło żyć

jak to czynisz że serce nadąża

bajka

pomieszanie kształtów

poetom brakuje słów

niedowierzanie

wrzucone słowo

odezwie się tym samym słowem

Anna Buchalska

O POEZJI CHWILI I CODZIENNOŚCI

Do jutra to zbiór Anny Buchalskiej, który

ukazuje piękno ukryte w codzienności.

Autorka prowadzi czytelnika przez

znane każdemu obrazy – drobne gesty,

ulotne chwile, niedopowiedzenia

– przypominając, że te tylko z pozoru

nieistotne momenty pozostawiają najtrwalsze

ślady w pamięci, bo „(…) jakich

kolorów używamy / w takich będą nas wspominać”.

Sam tytuł brzmi jak zobowiązanie: by trwać, by pomimo lęku i wątpliwości

czekać na kolejny dzień. Jednocześnie jest zaproszeniem do

spojrzenia w przyszłość z nadzieją, przy równoczesnym zaakceptowaniu

uroków i trudów teraźniejszości.

Buchalska pisze dla tych, którzy chcą przystanąć i wsłuchać się

w otaczające dźwięki, na przykład w stukanie niewidzialnego dobrego

duszka, w szelest mrówki chodzącej po barierce balkonu czy

w odgłos spadających na podłogę okruszków ciastka „z ciasta kruchego”.

W swojej refleksyjnej poezji stara się zrozumieć świat i siebie,

wykorzystuje do tego drobne, a jednak znaczące obrazy, które

budują niezwykły (często intymny) pejzaż dnia.

Jej wiersze zachęcają do refleksji nad istotą postrzegania świata „po

swojemu”. Przypominają, że „sztuką jest patrzeć i widzieć”. Prowadzą

nas przez bolesne i radosne doświadczenia, które zatrzymują się

w łzie, „co nie mieści się pod powieką”. Poetka namawia do odkrywania

własnej wersji rzeczywistości, by każdy mógł uchwycić to, co

zwykle wydaje się nieuchwytne, bowiem – jak zauważa – „potrafimy

pragnieniami dosięgnąć kilometrów / czasem na centymetr nie posiadając

nic”.

Opisuje życie – zarówno codzienne sytuacje, jak i ukryte w nich znaczenia.

Dzięki temu odkrywamy sens w mało ważnych rzeczach –

w zapomnianym przepisie na jabłecznik, w zegarach wybijających

godzinę czy w szmacianej lalce. Za pomocą metafor opowiada o doświadczeniach

wpisanych w życie. Porusza temat granic ludzkiego

odczuwania. Jakie tajemnice zatrzymujemy tylko dla siebie? Co tracimy,

a co zyskujemy, gdy konfrontujemy się z pozornym „nic”, które

czasem okazuje się wszystkim?

Zaprasza do zmierzenia się z uczuciami, które często skrywamy. Pokazuje,

że to właśnie one mogą prowadzić do prawdy o nas samych,

do odpowiedzi na pytanie „jak ma poradzić sobie człowiek / aby zasnąć

i obudzić się człowiekiem”. W twórczości Buchalskiej jest miejsce

na pokrzepienie, smutek, szczęście i empatię – emocje pozwalające

zrozumieć sens naszej egzystencji. Poetka ukazuje czar przemijania:

motyla, który ucieka z dłoni, wyblakłych portretów na ścianie, ulotnych

chwil, które pozostają w nas w formie wspomnień. To wędrówka

poprzez teraźniejszość pełną pytań o trwałość bądź kruchość życia,

o sens lub jego brak, połączona jednocześnie z radą: „najlepszy czas

zachowaj w garści / a co złe przesiewaj przez palce”.

Anna Buchalska zachęca, byśmy spojrzeli w głąb siebie i z wdzięcznością

docenili to, co mamy – choćby tylko przez ułamek sekundy. Jej

wiersze kryją w sobie ogromną siłę, a sam zbiór na pewno pozostanie

z nami na długo, jak ciche „do jutra” w codziennym pożegnaniu. [IZ]

Izabela Zubko 73

POST SCRIPTUM


DAĆ ŚWIADECTWO

C Z E S ł A W M A R K I E W I C Z

Z

czasów, kiedy w moim czasie

pewien „poeta przeklęty”

określał, jaki powinien być

koniec poezji, pamiętam, że nosiliśmy

jego podobiznę w klapach obowiązkowych

marynarek szkolnych.

Konkretnie marynarki były licealne,

a w czasowniku „nosiliśmy” ukrywa

się dwóch osobników (konkretnie

nas), którzy z powodu braku pieniędzy

kradli tomiki poetyckie z księgarń

albo przepisywali te wypożyczone

z biblioteki (głównie tzw. klasykę:

Cendrars, Baudelaire, Rimbaud, Aragon,

Éluard itp., popaprańcy „dający

świadectwo”). Wzmiankowany

poeta nazywał się (oczywiście) Rafał

Wojaczek. Z jego wizji „końca”

najbardziej trafiał do naszej świadomości,

której za żadną cholerę nie

nazwalibyśmy jeszcze „społeczną”,

wyimek: „koniec poezji winien być

niegramatyczny”. Pytanie – czy noszenie

zdjęcia poety w klapie marynarki

było wyrazem czegokolwiek

bardziej zewnętrznego niż fascynacja

„nieprzystosowaniem”, tęsknotą za

przeciwstawieniem się ustalonemu

raz na zawsze jakiemuś tam „porządkowi”

czy w ogóle przejęciem się jakimiś

„igraszkami”, nawet z kompletnie

„aspołeczną” śmiercią – odłożyło

się w czasie, jakby samo z siebie, bo

przecież kiedy ma się naście lat, czas

jest kategorią całkiem abstrakcyjną.

Ale po 1976 roku, kiedy w poezji

polskiej pojawiły się widoczne i czytelne

ślady „dawania świadectwa”,

elektryzowały już nieco bardziej

„społeczne” cytacje, choćby: „w fabrykach

udajemy smutnych rewolucjonistów”,

„podtrzymując radosne

pozory trwania pochodu” czy „my

wiemy, co zrobiono z naszymi meblami,

z naszych mebli wymeblowano

mównice” – nawet jeśli tego typu

„świadectwa” pojawiały się oficjalnie,

tzn. w oficjalnie wydawanych

tomikach. Wtedy mogliśmy tylko

podejrzewać, dziś już wiemy, że owa

„oficjalność” była radością garstki

fascynatów i w sensie społecznym

nie miała wpływu na nastroje (społeczne).

Zresztą już wtedy „zmęczenie

literatury” dawało o sobie znać

i nurt nowofalowy przepoczwarzał

się przecież w strumienie nowej prywatności

(z całym dobrodziejstwem

„głębokiego baroku”, „wczesnego

Miłosza”, symbolistów francuskich).

Nie pomogły odwołania Nowej Fali

czy nawet podpieranie się kosturem

paradygmatu romantycznego (wystarczy

przypomnieć Knebel i słowo

Barańczaka). Niemniej lata 70. dla

osobników kradnących tomiki poetyckie

były zgoła ostatnimi, kiedy

kradło się tomiki poetyckie .

Ale był „magiczny” 1980 rok. Wszystkie

znaki na ziemi i niebie wieszczyły,

że to może być „złoty czas” dla poezji

przede wszystkim, a dla prozy w

szczególności, wszak „działo się”, i to

niemal tyle, że mógł powstać jakiś

stosowny Popiół i diament, jacyś Kolumbowie

z adekwatnym kwantyfikatorem

daty urodzenia; abstrahując

od tego, czy owe popioły czy nawet

diamenty mogłyby być czytelne poza

obrębem języka polskiego ze wszechobecnym

truchłem romantycznie

cudnych klęsk. Działo się niby, jak

w odwrocie napoleońskim czy odsieczy

wiedeńskiej. Nawet bez szyderstwa

czy choćby żartobliwego

traktowania literatury, to tu, u nas,

nad Wisłą i Odrą, Wartą i Notecią,

rysowała się kanwa dla literatury

wielkiej, już być może europejskiej,

bo przecież „rozwalaliśmy” SYSTEM.

System, który wydał na świat (á rebours)

dzieła Sołżenicyna, Brodskiego,

Kundery, Kertésza i (poniekąd) naszą

Miazgę. Ano właśnie! Nie wdając się

w głębsze analizy, Andrzejewskiemu,

niejako po raz drugi, udało się złapać

na gorącym uczynku coś, co zdarzyło

się dużo wcześniej przed drzwiami

carskiej komnaty niejakiemu Kordianowi

czy to, co przydarzyło się niejakiemu

Maćkowi na śmietniku bądź

w pokoju hotelowym (w zależności

od interpretacji). Przy okazji – to bardzo

symptomatyczne, że na Miazgę

wszyscy czekali; oficjalne fragmenty

w „Twórczości” były zaczytywane

a nieoficjalna całość – rozchwytywana.

Po 1989 roku Miazga kończyła zapomniana

albo odkładana tuż przed

ślubem niby głównych bohaterów.

Dlaczego? To kontrapunktowe pytanie

musi pozostać bez odpowiedzi.

Ale na pewno nie rynek czy pauperyzacja

literatury są głównymi winowajcami

końca… tej miazgi.

Być może to brak koniecznego dystansu

(ponoć nasza plemienna przypadłość)

spowodował, że trzeba ciągle

czekać na nasze, polskie świadectwo

naszego, polskiego przełomu,

który bez cienia wątpliwości, jeśli

nie był iskrą rewolucji, to na pewno

zainspirował w jakiś sposób, jeśli nie

społeczeństwa, to na pewno elity nie

tylko wschodniej części Europy, ale

– jak się wkrótce okazało – także zachodnią

część byłego imperium zła.

Tak bowiem chyba należy traktować

choćby powieść poenerdowskiego

Reinharda Jirgla Niedopełnieni; powieść,

w której przewartościowała

się swoiście antypowieściowo cała

degrengolada nieporozumień wokół

tzw. wypędzenia. Niemniej i ta

książka, choć tłumaczona na język

74

POST SCRIPTUM


polski, nie zrobiła wrażenia na szerokiej

publiczności literackiej, aczkolwiek

została zauważona przez

międzynarodowych jurorów polskiej

nagrody Silesius. Być może (znowu)

zbyt łatwo męczą nas powszechnie

ważkie tematy. Casus Kaczmarskiego,

wziętego barda rewolucji, niemal

tak popularnego jak dziś autorzy

rzutkich piosenek o miłości, jest bolesny

na tyle, na ile wyjaśnia nasze

powierzchowne przywiązanie do tu

i teraz, chociaż późniejsza, już świecka

twórczość Kaczmarskiego (tekstowa

głównie), w znaczeniu rzecz jasna

nie sakralnym, lecz rewolucyjnym,

(choćby poetyckie dialektyzowanie

postu z karnawałem), mogła dotrzeć

do zazwyczaj uniwersalnie usposobionego

zachodnioeuropejskiego

czytelnika sensu stricto. Zaskakuje

w tym kontekście recepcja twórczości

Gombrowicza – po prawdzie

bardzo, nawet w pewnym nonsensie

zaściankowo polskiego. Bo już proza

Schulza, to znaczy jej salonowa popularność

na Zachodzie, wcale nie

dziwi, bo w prostej, zrozumiałej konduicie

świetnie „daje świadectwo”

tym samym lękom, które wcześniej

zidentyfikował Kafka, a później Beckett.

Innych autorów na tym pułapie

kontynuacji europejskiej czy światowej

percepcji literatury totalnej

we współczesnej literaturze polskiej

nie ma (poza poetyckimi erupcjami

uniwersalizmów Miłosza i Szymborskiej);

i rzecz chyba nie w promocji

czy aktywności tłumaczy, bo Stasiuk,

Tokarczuk, Dehnel a nawet Masłowska

nie są mniej krzywdzeni niż czeski

Topol czy rosyjski Pielewin.

Jest jednak ogromna różnica między

„dawaniem świadectwa” przez tych

ostatnich a tym, co proponują światu

Stasiuk i Tokarczuk. Topol, choćby

w Siostrze, uderza w europejski ton

bez żadnych kompleksów, mając w

odwodzie porażająco nośną prozę

czeskich geniuszy (Hrabala, Čapka,

Pavla, Haška), przy czym jednocześnie

czuć tam posmak Kundery. Topol

radzi sobie świetnie z przewartościowaniami

1968 roku (choćby

w Nocnej pracy) – oszczędza sprawstwo

nieumyślne najeźdźców, nie

popadając w łatwą propagandowo

martyrologię. W naszym „świadectwie”

(polskim – czytaj Stasiuk, Tokarczuk,

a nade wszystko Masłowska),

ciągle pokutują klęska, upadek,

niemoc i duch jakiś romantyczny;

wszystko to razem kompletnie nieczytelne

z pozycji przechadzającego

się po bulwarach nad Renem Holendra,

Niemca czy Francuza. Ale

czy o to chodzi, żeby przekonywać

o swoim świadectwie kogokolwiek

w Europie i na świecie, skoro mamy

na podorędziu niezmiennie od stuleci

kanonicznego Sienkiewicza

i uświęconego Mickiewicza? Na marginesie,

nikogo z polskich pisarzy niczego

nie nauczył fenomen popularności

w świecie Chłopów Reymonta,

gdzie ważniejsza jest zazdrość Antka

niż przeszłość powstańcza Boryny,

chociaż prawdziwej polskości Chłopom,

jako żywo, nikt ze zdrowym

rozsądkiem nie odbierze.

Pielewin z kolei tylko jedną powieścią

(Empire V) rozprawił się z „systemem”,

paradoksalnie przeciwstawiając

tamtemu z sierpem wbitym

w głowę ponowoczesny system korporacyjny,

równie krwawy, chociaż

śladu krwi w płynnym świecie via

Bauman tu nie ma (jeśli nie liczyć

drobnych kropel po systemowym

ukąszeniu korporacyjnych wampirów).

Czego więc brakuje polskim

POST SCRIPTUM

75


Wszystkie ułomności i przypadłości

wykluczające literaturę z głównego

obiegu kultury nie są wcale współczesnymi

niepokojami.

pisarzom, aby „dać świadectwo” naszym,

nadwiślańskim kompleksom

tak, żeby zrozumieli to Europejczycy?

Pisał dawno już temu (ale po wojnie

światowej), zresztą przy okazji

analizy Podpór społeczeństwa Ibsena,

Kotarbiński: „Ta jałowość, jaka

panuje dziś w sercach, w głowach,

w literaturze, słowem, we wszystkich

czynach ludzkich, jest straszna. Nic,

nic i nic. Apatia ogólna. Ludzie czegoś

oczekują, za czymś się oglądają,

a tymczasem nudzą się najokropniej.

Potrzeba by jakiegoś straszliwego

wstrząśnienia”. Owych wstrząśnień

można by naliczyć w powojennej

historii Polski nawet kilkanaście,

a i ostatnie dwie, bodaj najbardziej

istotne dekady w historii, mogłyby

same w sobie wstrząsnąć. Rzecz

w tym, że nie polała się krew, nie

ujawnili się prawdziwi bohaterowie,

bo większość naszych bohaterów

zwyczajnie przeżyła. I co najgorsze,

z gruzu po barykadach pobudowała

drogi szybkiego ruchu, stadiony piłkarskie,

w ogóle jakąś (za przeproszeniem)

infrastrukturę. Z najbliższej

już odległości ideowej rozpoczęło się

na tych cudnych gruzach polowanie

na szmaciarzy. Ikony zamieniano na

naszych oczach w monidła. Runęły

mury, najczęściej tylko dobrego smaku.

Nowe źródło nie tryskało i ciągle

nie tryska. Tu i teraz nie istniało

jako tu i teraz. Powróciły okupacje,

powstania, walka o odzyskanie wolności

itp. itd. Nawet jeśli po stanie

wojennym jeden Bratny (na siłę) „dał

świadectwo” stanu wojennego (Rok

w trumnie), to przecież coś się na

świecie (choćby) zmieniło od tamtej

konspiracji, tamtej okupacji, tamtej

„Polski Walczącej”, co w żaden

sposób nie uprawnia do stosowania

prostego zamiennika w końcu dwudziestego

wieku. Literatura jako taka

powróciła do dziewiętnastowiecznych

imperatywów. Spora część

społeczeństwa, być może nawet

powszechność, czeka na wieszcza.

Kandydaci już są. A będzie ich coraz

więcej, dopóty Gombrowicz i Schulz

będą wpychani w niszę przez wiecznie

żywego Sienkiewicza.

W atmosferze postromantycznych

haseł i hasełek nie pociesza fakt, że

prowodyrzy społecznych świadectw

swojego czasu (a nie są to jeszcze

wieszczący pisarze) chętnie sięgają

po wersy i wersiki z Herberta, Miłosza

i rzadziej po Szymborską; nie

cieszą przydrożne banery z kawałkami

Twardowskiego. To wszystko,

włącznie z laudacjami prezesów firm

korporacyjnych wręczających nagrody

pieniężne poetom w rozlicznych

eventach (albo za przeproszeniem

konkursach literackich), in statu

nascendi potwierdza starą już hipotezę

Adorna o upadku kultury, która

jest już li tylko przemysłem kulturowym,

co przecież nie wyklucza wzruszenia

podczas czytania pojedynczego

wiersza np. starego, dobrego, najlepszego

choćby Leśmiana, którego

jednak nikt z zażywnych protagonistów

naszego czasu jakoś nie cytuje.

Wszystkie ułomności i przypadłości

wykluczające literaturę z głównego

obiegu kultury nie są wcale współczesnymi

niepokojami. Autentycznym

dramatem Słowackiego w Paryżu

był fakt, że tylko jeden drukarz

dysponował polskimi czcionkami.

Gdyby nie urok osobisty wieszcza,

któremu uległa córka tegoż drukarza,

to kto wie, czy kiedykolwiek moglibyśmy

czytać Balladynę i wynosić

na sztandary inne romantyczne niezbędniki.

Mówię o tym w kontekście

np. geniuszu jakiegoś Europejczyka,

który jako jedyny na świecie posiądzie

umiejętność takiego rozumienia

języka polskiego, że wprowadzi

do literatury powszechnej jakiegoś

młodego albo jeszcze nienarodzonego

nad Wisłą twórcę – pełniąc alegorycznie

funkcję owych ołowianych

czcionek paryskiego drukarza dzieł

Słowackiego.

Pozostaje jeszcze pytanie o potrzebę

obcowania z literaturą z pozycji

odbiorcy. Otóż z tym problemem

współcześni, głównie młodzi, głównie

poeci poradzili sobie niejako

wsobnie. Cudnie wsobnie, organizując

np. wielkie imprezy literackie, nazywane

manifestacjami, konfrontacjami

lub potyczkami, na które praktycznie

nikt nie przychodzi, ale sale

są wypełnione po brzegi, albowiem

zaprasza się nań setkę, dwie setki

piszących i sami oni dla siebie stanowią

jednocześnie twórców i odbiorców

twórczości. Nie dyskwalifikuje to

w żaden sposób obiegu literackiego

i w żaden sposób nie wróży końca

literatury. Wręcz przeciwnie – wszak

literatura jako taka bywa albo bywać

76

POST SCRIPTUM


Czesław Markiewicz

(ur. 1954 w Zielonej Górze) –

polski poeta, prozaik, krytyk

literacki. Absolwent polonistyki

w Wyższej Szkole Pedagogicznej

w Zielonej Górze,

dziennikarz radiowy. Utwory

publikował w licznych czasopismach,

jak „Poezja”, „Literatura”,

„Odra”, „Nowy Wyraz”,

„Borussia”, „Pro Arte”,

„Pro Libris”, „Integracje”, „Topos”,

„[fo:pa]”, „Wakat”.

Debiutował na łamach

„Nadodrza” w 1976 r. Rok

później wydał debiutancki

tom poetycki Modlitwa

oszukanych w słynnej serii

Pokolenie, które wstępuje.

Jest dwukrotnym laureatem

Lubuskiego Wawrzynu Literackiego

(za lata 1995 i 2020)

i dwukrotnym laureatem Nagrody

Kulturalnej Prezydenta

Miasta Zielona Góra (1992,

2004). Jego wiersze tłumaczono

m.in. na niemiecki.

musi pretensjonalna. Godzi się przypomnieć,

że na spotkania z Kafką

w Pradze (jeśli takie bywały) przychodziło

kilka osób, które zazwyczaj

wychodziły zniesmaczone. Wieszczenie

końca literatury lub cyfrowego

jej rozcapierzenia jest wołaniem na

puszczy. Jeśli ma być jakiś koniec, to

będzie to rzeczywisty koniec świata.

A ten kontekst nie podlega dyskusji

– jak kwestionowanie fizyczności

śmierci czy oniryczności życia.

Jest jeszcze kwestia zwykłej produkcji

książek., czyli zagrożenia wyparcia

papieru przez cyfrę, jak powiadają

czytelnicy ebooków. Ironizując nieco

albo całkowicie lekceważąc problem,

powiedzmy za tytułem książki,

w której dialogują Jean-Claude Cariere

z Umberto Eco: Nie myśl, że

książki znikną. Jak dodaje krytyczny

czytelnik Edwin Bendyk: „Eco i Cariere

są wielkimi bibliofilami. Księgozbiór

Włocha liczy pięćdziesiąt tysięcy

tomów, w tym ponad tysiąc starodruków

i inkunabułów. Jego francuski

rozmówca zgromadził niewiele

mniejszą bibliotekę. O czym rozmawiają?

Rzecz jasna o książkach i lekturze.

Rozmawiają z wielkim znawstwem,

rozmiłowaniem, z erudycją

i poczuciem humoru”. Najbardziej

jednak ucieszyło Bendyka to, że Eco

potwierdza jego diagnozę („Kultura

internetu nie jest przedłużeniem telewizyjnej

kultury obrazkowej, lecz

powrotem do Gutenberga i kultury

tekstu”) i dodaje: „Czytamy i piszemy

dziś więcej niż kiedykolwiek w historii.

Z tego też względu Eco nie obawia

się o przyszłość książki, bo kultura

tekstu wymaga wielu nośników.

Książka ciągle jest nośnikiem najdoskonalszym,

zarówno pod względem

estetycznym, jak i ergonomicznym.

Jest jak koło – raz wynalezione nie

zniknie”.

Z ideowego punktu widzenia dla

mnie, kradnącego epokę temu tomiki

poetyckie, najważniejszą siłą

sprawczą literatury jest jej zwykła

demiurgiczna właściwość. Oto

gdzieś pod granicą polsko-niemiecką,

w małym, nieistniejącym dla świata

Bytomiu Odrzańskim Maria Sidorska-Ryczkowska,

nikomu nieznana

nauczycielka, przez dziesięć lat pisała

książkę Stacyjka na wschodzie i zachodzie;

autorka wymyśliła sobie, że

w jej zapomnianym przez wszystkich

miasteczku bywał kiedyś ukochany

przez nią Reiner Maria Rilke. I to marzenie

linearnie rozpisała na kartach

opowieści. W ten sposób stworzyła

nie tylko fikcję, iluzję własnego snu

kulturowego, bo przy okazji wskrzesiła

inne sławne postacie bytomskie,

ale przede wszystkim stworzyła

w języku polskim ów Bytom Odrzański

– miasteczko, które zaistniało już

nie tylko administracyjnie, ale przewartościowało

się jako punkt na mapie

kulturowej.

Jeśli tę książkę przeczyta choćby jedna

osoba – czytelnik – to już jest to

dowód na to, że rozważania o końcu

literatury są dywagacjami akademickimi.

Ale oto życie, jak zwykle zresztą,

zweryfikowało powyższe supozycje.

Olga Tokarczuk swoją czułą lokalnością

wypełniła katalog oczekiwań

sztokholmskich jurorów. Ta Nagroda

Nobla w jakimś sensie odkłamała

posądzenie polskiej literatury o romantyczność

kodów, napakowanie

resentymentami kompletnie nieczytelnymi

w Europie i na świecie.

Mówiąc kolokwialnie i być może obrazoburczo,

laureatka odrzuciła paradygmat

romantyczny, zastępując go

paradygotem, i tak w pewnym sensie

romantycznym. Pozostaje pytanie,

czy w pojedynkę, mimo dość bogatego

dorobku, uda się Oldze Tokarczuk

wydźwignąć jakąś całostkowość

w sensie kwantyfikatora „literatura

polska”. Ponadto, Literacka Nagroda

Nobla nie oznacza, że polska laureatka

zdystansowała równolegle z sobą

tworzących (choćby Topola, Pielewina

czy Kereta); oznacza to tylko albo

aż tyle, że znalazła się w gronie wybitnych

i wybitniejszych. Co, wydaje

mi się, było od dosyć dawna, jeśli nie

oczywiste, to domniemywane. [CM]

CZESŁAW MARKIEWICZ

POST SCRIPTUM

77


POEZJA

Polecane

78

POST SCRIPTUM

RAFAŁ ZIĘBA ur. 12 października 1969, absolwent Instytutu Teorii Literatury,

Teatru i Filmu UŁ, magister kulturoznawstwa o specjalności teatrologia. Stypendysta

Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu za rok 2022.

Autor wierszy, esejów literackich, tekstów teatrologicznych i przekładów literackich,

a także słuchowisk radiowych oraz sztuk teatralnych. Jego teksty ukazywały

się w wielu pismach literackich i teatralnych, a utwory poetyckie znalazły się

w licznych antologiach.

W 2018 roku w Radiu Łódź nagrano słuchowisko według jego scenariusza pt.

Katastrofa łódzka, którego premiera odbyła się 11 listopada 2018 z okazji 100-lecia

odzyskania niepodległości. Słuchowisko zostało następnie wyemitowane

w kilku rozgłośniach radiowych w Polsce i w 2019 roku zaprezentowano je

w finale Festiwalu Dwa Teatry.

W 2019 roku ukazała się jego książka #Dejmek_70, będąca esejem o drodze

twórczej Kazimierza Dejmka i historii Teatru Nowego w Łodzi.

W 2021 roku miały miejsce prapremiery dwóch sztuk teatralnych Rafała Zięby:

Antykwariat (wystawiona 27 listopada 2021 pt. Człowiek człowiekowi człowiekiem

w Domu Literatury w Łodzi) oraz Ładoś (wystawiona 2 grudnia 2021 pt.

Paszporty życia w Royal Institute Theatre w Londynie, pod patronatem medialnym

TVP Kultura).

Od 2004 roku związany zawodowo z Teatrem Nowym im. Kazimierza Dejmka w Łodzi.

W latach 2006–2011 organizator, współorganizator i koordynator festiwali teatralnych,

m.in.:

2010 – V Spotkania Teatrów Miast Partnerskich (z udziałem teatrów z Wrocławia,

Wilna, Lwowa, Nowego Sadu i Egeru),

2010 – Pasaże Teatralne (z udziałem Nowego Teatru ze Słupska i Teatru Wosskriesinnia

ze Lwowa),

2008, 2009, 2011 – Przyjaciele Nowego Wychodzą na Ulice,

2006, 2007 – Kolory Lata.

Członek Związku Literatów Polskich – w latach 2005–2009 członek Koła Młodych

Łódzkiego Oddziału ZLP, w latach 2009–2011 jego prezes, od 2011 członek ZLP,

od 30 marca 2015 roku wiceprezes Łódzkiego Oddziału ZLP. Od 1990 roku należy

do Stowarzyszenia im. K. K. Baczyńskiego w Łodzi.

Laureat Nagrody im. Józefa Majkowskiego Katolickiego Stowarzyszenia Civitas

Christiana.


PAGANES

AMEN

Mógłbyś już wreszcie przyjść

tu, do nas.

Mówiłeś: „Wrócę niebawem”,

a my…

my ciągle się męczymy.

Wiemy, że zwlekasz celowo, że ciągle

wciąż i wciąż

dajesz nam jeszcze jedną szansę.

Najwyraźniej wierzysz w nas bardziej,

niż my wierzymy w Ciebie. Wierzysz

wciąż i wciąż,

że potrafimy się lepiej przygotować.

To przeciągające się wyczekiwanie

już dawno

pozbawiło nas pewności

i zamiast prostować Twoje ścieżki,

sami pogubiliśmy się na swoich.

Więc przyjdź,

nie wódź nas na pokuszenie,

ale zbaw nas ode złego.

Jacy brzydcy są paganes,

jacy prowincjonalni.

Ze swych wiosek przynoszą nam

dar żniwny i wstyd.

Pielęgnujemy obraz świata,

splątany gąszcz przycinamy

w równo ułożone klomby,

a oni wciąż i wciąż, i wciąż

sypią nam chwast pod nogi.

Jacyż niezgrabni są paganes,

jaka jest śmieszna ich niezdarność

na tle marmurowych portyków,

na tle szklanych fasad wieżowców.

W jakiż zabawny sposób

gubią się w labiryncie

najnowszych koncepcji człowieka,

poglądów na sztukę,

ekonomię, porządek społeczny.

Jacyż niewdzięczni są paganes

i jacy drażliwi.

Poświęcamy im tyle uwagi;

z jubilerską precyzją szlifujemy

coraz to nowe określenia ich wad:

od ciemnoty do ksenofobii,

od zabobonu po klerykalizm,

od zaściankowości po wykluczenie społeczne.

A oni nie chcą patrzeć na nas z uwielbieniem.

Ich oczy są jak zmatowiała tafla lustra,

ich twarze – jak bruzdy ziemi.

Tej ziemi

***

NA PANIKENGASSE BEZ ZMIAN

Po Panikengasse tramwaj

jedzie spokojnie.

Niemal z dostojeństwem

mija muzułmanki

zaplątane w swe chusty.

Idą nieco skulone,

jakby czekały na piaskową burzę:

wiatr zasypie tutejsze studnie,

wygładzi czoła domów

z bruzd, resztek napisów

o ostrych końcach liter,

z plam po szyldach,

ze wspomnień lepszych czasów…

Na Panikengasse panuje spokój.

Pstrokata dziewczyna

podaje mi kawę

ze słowiańskim akcentem.

Muszę się starać,

żeby ją zrozumieć;

germańskie słowa

rozmiękają pod jej językiem.

„Dawaj, nie pizdij

– chcę odpowiedzieć –

łuczsze my możem poniat’ siebie

drug s drugom”.

Jednak się powstrzymuję;

przecież mogło mi się zdawać

albo ona nie chciałaby

mowy byłego

lub obecnego okupanta.

Później czułem żal,

że nie spróbowałem po polsku.

Szybko przechodzę przez Panikengasse.

Ite, nuntiate, quia surrexit de Sepulchro

sicut praedixerat

Tegoroczna Wielkanoc

prawie umknęła mojej uwadze:

sprawy zdrowotne, sprawy rodzinne,

sprawy, sprawy, sprawy…

Nie znalazłem chwili,

by pomyśleć o tym,

jak Bóg umiera.

Pogrzebałem Go

pod górą ludzkich trosk,

przycisnąłem ciężarem serca,

a później było mi przykro,

że pozostawiłem Go

tak samemu sobie.

Więc pobiegłem.

Kamień był odwalony,

grota pusta.

Dokonało się.

POST SCRIPTUM

79


Bartosz Dominik

Od dokumentów po horror

Bartosz Dominik to twórca, który w swojej pracy filmowej łączy pasję

do obrazów z głębokim poszukiwaniem znaczeń. Jego drogę artystyczną

kształtowały studia zarówno na Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, jak

i na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie zgłębiał dziennikarstwo, komunikację

społeczną oraz filozofię. Po ukończeniu Krakowskiej Szkoły Filmowej

zrealizował film dyplomowy, który zdobył uznanie na festiwalach. Twórczość

Bartosza to nie tylko estetyczne poszukiwania, lecz także odważne stawianie

pytań o granice rzeczywistości, ludzi i zjawisk.

W wywiadzie opowiada o swojej artystycznej drodze, zmaganiach z formą

i treścią, a także o fascynacjach, które napędzają go do dalszego tworzenia.

80

Jeśli chodzi o pozostałe kierunki,

to po filozofii starałem się tak dorozmawia

AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ

Jakie były Twoje pierwsze artystyczne

inspiracje i jak wpłynęły

na Twoją decyzję o zajęciu się filmem?

Filmem chciałem zajmować się

od najmłodszych lat – zawsze marzyłem

o kamerze wideo, żeby jak

najszybciej wcielić w życie swoje

pierwsze pomysły. Jako dziecko

nie miałem szczególnych artystycznych

inspiracji. Na pewno podobały

mi się Król Lew czy Toy Story,

ale to raczej zbyt mały impuls, by

podjąć decyzję o robieniu filmów.

POST SCRIPTUM

Wydaje mi się, że świadoma decyzja

przyszła znacznie później –

chyba dopiero w liceum. Było to

dla mnie dość naturalne, więc nie

pamiętam konkretnego momentu,

który sprawił, że teraz robię to,

co robię. Obecnie staram się szukać

inspiracji w wielu obszarach –

w filmie, literaturze, ale także

w otaczającym mnie świecie. To

wszystko wpływa na to, jakie filmy

tworzę i czy w ogóle coś kręcę.

Czy Twoje wykształcenie w zakresie

sztuk wizualnych i filozofii

wpłynęło na sposób, w jaki patrzysz

– przez kamerę – na świat?

W jakimś stopniu na pewno tak.

Z perspektywy czasu szczególnie

cieszę się, że studiowałem filozofię.

To dyscyplina, która mocno

poszerza horyzonty i uczy abstrakcyjnego

myślenia. Tworząc film

czy reportaż, czasem warto wejść

na poziom metaforyczny – dzięki

temu materiał zyskuje głębię.

I właśnie w tym może pomóc filozofia.


Finał Obiektywnie Śląskie 2024 – źródło: Obiektywnie Śląskie

bierać kolejne studia, aby zdobyta

wiedza przydała mi się w mojej

pracy. Wtedy miałem już mniej

więcej świadomość, czym chcę

się zajmować. Choć cały czas jest

to proces – dziś nadal nie wiem,

co będę robić za rok czy dekadę.

Może zainteresuje mnie coś zupełnie

innego, niezwiązanego ze sztukami

wizualnymi.

Jesteś znany z odwagi w wyborze

tematów – od zjawisk paranormalnych

po pracę grabarzy i górników.

Czy są jeszcze jakieś obszary,

które Cię fascynują, a których

dotąd nie eksplorowałeś w swoich

filmach?

Nie wiem, czy to odwaga – na pewno

ciekawość. Staram się wybierać

tematy, które mnie fascynują,

i tworzyć filmy, które sam chciałbym

oglądać. Ponieważ zjawiska

paranormalne oraz branża funeralna

od zawsze mnie intrygowały,

naturalnie skłaniam się ku takiej

tematyce.

Jeśli chodzi o obszary, których dotąd

nie eksplorowałem, a które

mnie interesują, to z pewnością

są to tematy pozornie nieatrakcyjne

– takie, które na pierwszy rzut

oka wydają się mało interesujące,

ale przy odpowiednim spojrzeniu

mogą okazać się niezwykłe i pełne

głębi. Wiem, że brzmi to enigmatycznie,

ale na tym etapie mogę

zdradzić tylko tyle. Pracuję obecnie

nad długoterminowym projektem,

którego odbiór jest trudny do

przewidzenia – reakcje wahają się

od zachwytu po lekkie zdziwienie.

Właśnie to uważam za siłę tego tematu

– nie jest neutralny, nie pozostawia

odbiorcy obojętnym.

Poza tym nieustannie fascynują

mnie różne kultury, grupy etniczne

i wyznaniowe. Wierzę, że

w tych obszarach czeka jeszcze

wiele historii, które chciałbym

opowiedzieć.

Wspominałeś kiedyś o swoich

ambicjach związanych z pełnometrażowym

horrorem. Czy podjąłeś

już jakieś kroki w tym kierunku?

Powoli coś się szykuje – pracuję

nad scenariuszem fabularnego

filmu średniometrażowego. Tego

typu projekty wymagają dużego

nakładu pracy i środków, więc na

razie postępy nie są oszałamiające.

Jednak krok po kroku zmierzam

w tym kierunku.

Twoje produkcje Ptaki w klatkach

i Dwa metry pod ziemią

zdobyły Grand Prix w kategorii

filmu podczas XV edycji konkursu

Obiektywnie Śląskie, a dodatkowo

otrzymałeś wyróżnienie

w kategorii fotokastu. Czym są dla

Ciebie te nagrody i jakie emocje

towarzyszyły Ci podczas ich odbierania?

Bardzo cieszę się z ostatnich nagród

– zarówno z Grand Prix i III miejsca

w konkursie Obiektywnie Śląskie,

jak i z Grand Prix na O!Znakach Pracy.

Szczególnie dlatego, że rok 2024

był dla mnie dość trudnym okresem

pod względem rozwoju artystycznego.

Moje filmy, przede wszystkim

Ptaki w klatkach i Dwa metry pod

ziemią, były prezentowane na wielu

festiwalach, ale nie zdobywały

nagród. Oczywiście sama obecność

w oficjalnej selekcji to wyróżnienie

i powód do satysfakcji, ale jednak

brak większego uznania pozostawiał

pewien niedosyt.

Dlatego końcówka roku okazała się

wyjątkowo budująca. Te nagrody

stały się dla mnie swego rodzaju

papierkiem lakmusowym – potwierdzeniem,

że moje filmy mają

odbiorców, poruszają widzów

i z nimi rezonują. To utwierdziło

mnie w przekonaniu, że warto

kontynuować tę drogę i że tworzę

nie tylko dla siebie, lecz także dla

innych.

81

POST SCRIPTUM


Kadr z reportażu Dwa metry pod ziemią

Nie są to Twoje pierwsze nagrody w karierze

filmowca…

Nie, ale jak już wspominałem, rok 2024

nie był dla mnie łaskawy. To lata 2022–

2023 były dość obfite i są dla mnie takim

przełomem, w którym moje produkcje

zdobyły szersze uznanie.

Jak udaje Ci się balansować między artystycznym

spojrzeniem wypracowanym

na Akademii Sztuk Pięknych a przekazem

emocji i historii, które są fundamentem

Twoich reportaży? Pytam o…

równowagę między formą a treścią.

Swoją pracę przy filmach i reportażach

zaczynałem jako operator kamery i autor

obrazu. Na początku najbardziej fascynowała

mnie forma – byłem zwolennikiem

czystego formalizmu. Z czasem

jednak moje podejście ewoluowało. Dziś

wiem, że to opowiadanie historii interesuje

mnie najbardziej.

Kadr z reportażu Dwa metry pod ziemią

Kadr z filmu Ptaki w klatkach

Mimo tej zmiany nie zapominam o swoich

początkach. Dlatego wciąż przykładam

dużą wagę do warstwy wizualnej

moich produkcji. Wierzę, że prawdziwie

wyjątkowy i niepowtarzalny efekt można

osiągnąć tylko wtedy, gdy treść i forma

pozostają w pełnej harmonii – jedno nie

może istnieć bez drugiego.

Co chciałbyś, aby widzowie wynosili

z Twoich filmów, szczególnie Ci, którzy

spotykają się z Twoją twórczością po raz

pierwszy?

Zawsze uważałem, że każdy wytwór kultury

powinien być niezależny od swojego

autora. Jedyne, czego mógłbym sobie

życzyć, to aby odbiorcy oglądali moje

produkcje z uwagą – może wtedy będą

mogli przeżyć coś naprawdę wyjątkowego.

Chciałbym, aby moja praca budziła

emocje, ale jednocześnie nie zamierzam

narzucać swojej interpretacji.

Jak widzisz rozwój kinematografii

w kontekście nowych technologii, takich

jak rzeczywistość wirtualna, która

fascynowała Cię podczas studiów nad

ontoelektroniką?

Kadr z filmu Ptaki w klatkach

82

POST SCRIPTUM

Ostatni rok był czasem dynamicznego

rozwoju sztucznej inteligencji. Sam często

korzystam chociażby z ChatuGPT –

to narzędzie, które znacząco usprawnia

wiele procesów.


Bartosz Dominik – absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach (kierunek: projektowanie

graficzne) oraz Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie ( kierunki: dziennikarstwo i komunikacja

społeczna oraz filozofia). Filmem Zbigniew Blukacz: Idę do światła obronił dyplom w Krakowskiej

Szkole Filmowej im. Wojciecha Jerzego Hasa na specjalizacji operatorsko-montażowej. Produkcja

znalazła się w oficjalnej selekcji kilku prestiżowych festiwali filmowych. Jest twórcą reportaży

telewizyjnych. Od kilku lat jako reportażysta i autor obrazu współpracuje z Telewizją Polską.

W roku 2023 był stypendystą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Więcej informacji na stronie bartoszdominik.pl

Plakat filmu Ptaki w klatkach

A co przyniesie przyszłość? Jeszcze

kilka lat temu byłbym bardziej

skłonny do formułowania stanowczych

opinii. Dziś nie mam pewności.

Być może za kilka lat moja praca

stanie się zbędna, a produkcja

filmów będzie w pełni zautomatyzowana

i niezwykle tania. Trudno

to przewidzieć.

Na ten moment warto jednak

cieszyć się nowymi narzędziami

i możliwościami, jakie oferują.

Przyszłość pozostaje niepewna dla

wielu branż, ale jedno jest pew-

ne – postępu i zmian nie da się już

zatrzymać.

Jakie są Twoje plany na rok 2025?

Chciałbym, aby rok 2025 był dla

mnie przełomowy. Na ten moment

udało mi się osiągnąć jeden

osobisty sukces – mam nadzieję,

że na dobre rzuciłem palenie. Co

prawda nie paliłem już od kilku lat,

ale byłem uzależniony od snusów,

czyli saszetek nikotynowych, które

również mocno wciągają. Udało mi

się z tym zerwać i jestem z tego naprawdę

zadowolony!

Jeśli chodzi o kwestie zawodowe,

moim celem jest dalszy rozwój

– chciałbym nakręcić kilka

reportaży i przynajmniej jeden

film dokumentalny. Mam nadzieję,

że te projekty zrobią wrażenie

i będą znaczącym krokiem naprzód

w mojej twórczości. W grudniu

2025 spojrzę na te plany i zobaczę,

czy udało mi się je zrealizować.

Bardzo Ci tego życzę i dziękuję za

rozmowę. [AKW]

AGNIESZKA KUCHNIA-WOŁOSIEWICZ

83

POST SCRIPTUM


Obraz: Iwona Wojewoda

84

POST SCRIPTUM


POST SCRIPTUM

85


WIOLETA SZARWAS

pod szarozieloną skórą

wyciągamy opuszki gałęzi

w stronę

najdalszego nieba

z zachodnim przepływem wiatru

wrastają w nas strugi

pękniętej ciszy

tkamy światło

z krótkiej przędzy dnia

w rzewnych koronach

milkną płomyki ostatnich liści

głęboko pod szarozieloną skórą

zastyga kropla czułej pamięci

ANNA BACH

Łza nieba,

symbol odrodzenia,

oczyszczenia.

Spłukuje kurz codzienności,

uwalnia od trosk

ANETA JASŁOWSKA

W kroplach tęsknot

W kryształowych łzach rosy

chowam wszystkie smutki,

wiatr melodię snu płoszy,

w oczach niezabudki.

Na jesienne wieczory

przy kominku ciszy,

czas już drzewa ogolił

z sentymentów lichych.

W kryształowych łzach burzy

na ramionach tęsknot,

falę uczuć sztorm wzburzył,

jakieś serce pękło

ELIZA ANNA FALKIEWICZ

Jesienne pożegnanie

zakrapiane deszczem

łzawym oddechem

nuci zasmucenie

nawet karmazyny

na kobiercach trawy

czas rozstania w pamięć

zapisują rzewnie

tylko liście złociste

promienne nadzieją

opadając szepczą –

czas na odrodzenie

EWA FRONK

Bluszczowe jagody spłakane od rosy,

szron zjada owoce, mróz sok słodki sączy.

Kwiatostan stęskniony do stóp pszczelich bosych,

śnieg skryje uroki wielobarwnych pnączy

MARIOLA WIEWIÓR

Przez chwilę, jak kropla, błyszczę,

potrafię też drążyć góry,

tak szybko spadniemy obie,

wrócimy do Ziemi-Natury.

MAŁGORZATA T. SKWAREK-GAŁĘSKA

jedna łza u rzęs

zastygła łez tysiącem

okrągły smutek

500 ekfraz w trzy godziny

To było ogromne zaskoczenie. Dla autorki zdjęć, które

zamieściła na stronie internetowej. Dwunastu

zdjęć, ukazujących fazę przechodzenia przyrody

w inny wymiar za sprawą pór roku. Taka jesienna nostalgia,

okryta winem i rudością, z kroplą deszczu i pierwszych

zmarszczek. I ta „dwunastka” wywołała lawinę

emocji, które objawiły się w komentarzach w formie

ekfraz – wierszy, zainspirowanych dziełem (w tym przypadku

natury). W ciągu zaledwie trzech godzin powstało

ich ponad 500. Zatrzymali się autorzy z Polski, z Australii,

USA, Belgii, Niderlandów. A co najciekawsze – każdy

patrzył na ten sam obiekt zatrzymania, ale widział, czuł,

reagował piórem inaczej. W każdym budziły się inne doznania,

inaczej przemawiały emocje. Dlatego ciąg dalszy

zdarzenia nastąpił…

Właśnie opuściła drukarnię międzynarodowa książka

W kroplach słów – antologia ekfraz. Zawiera 12 zdjęć i po

kilkanaście/kilkadziesiąt inspirowanych nimi wybranych

utworów do każdej fotografii. Autorką zatrzymanych

w kadrze obrazów oraz redaktorem wydania jest

Wanda Dusia Stańczak, redaktorem technicznym, wydawcą

– Kazimierz Linda. Patronat – Stowarzyszenie Autorów

Polskich O/Warszawski II.

Wybraliśmy 5 zdjęć, po kilka ekfraz dla każdego, dla naszych

Czytelników. Zachęcamy do zatrzymania na chwil

kilka…naście…dziesiąt… z przekonaniem, że każdy z Was

będzie te obrazy jeszcze inaczej postrzegać. [WDS]

86

POST SCRIPTUM

Wanda Dusia Stańczak


Ekfrazy

MAŁGORZATA T. SKWAREK-GAŁĘSKA

Koniec dnia kwiatu

przemoknięte spódnice

zmęczone barwą

ELIZA ANNA FALKIEWICZ

ELŻBIETA CHYLEWSKA

jesienią

marszczą się

wspomnienia

Kwiaty

płaczące

solidarne w bólu

Głowy spuściły

osłabione żalem

Krew w nich zastygła

razem ze wspomnieniem

twojej obłudy

Gdy mi je wręczałeś

WANDA DUSIA STAŃCZAK

Jeszcze z karminem

na płatkach

tłumiącym bruzdy

przebarwienia

w półpochyleniu

jak kobiety

późnej jesieni

pod ciężarem

przeszłych kalendarzy

Czy się jeszcze podniosą

HANNA SULIGA

Spłoszone indiańskie totemy

pochylają głowy, szaloną

czerwienią chcą jeszcze

przedłużyć lato

BEATA KULAGA

Niemodne

Wystrojone w czerwone sunnier,

którym czas nadszarpnął reputację,

uśmiechamy się do słońca

powabem wspomnień

z epoki pełnego rozkwitu.

Liczymy, że nas jeszcze

poprosi do tańca

ANNA HUMIĘCKA

W ogrodzie życia

strudzona życiem niczym dalie

po jesiennej przeprawie

uginam rzęsy pod ciężarem łez

jak one swe główki pod kroplami deszczu

długie płatki w modnym bordo kolorze

potargane przez wicher zwisają teraz

bezwładnie w kwiecistym ogrodzie

czekając na choćby jeden promień słońca

dający nadzieję na ponowne wskrzeszenie

czekam i ja by móc ogrzać postrzępione serce…

POST SCRIPTUM

87


IRENA SZYMAŃSKA

W tym samym ogrodzie

każdego inne jabłko skusi

(a owoc różnie smakuje)

w tym samym ogrodzie

jeden znajdzie księżycowy pył

drugi – w pył wszystko obróci

TOMEK RUDNICKI

niekiedy

koniec

staje się początkiem

więc

z nadzieją

trzeba sięgać

po nowe

EWA FRONK

uszło powietrze

krasnym balonikom

włochate kolce

płatają figle

materac z suszu

wytrzeszcza

zardzewiałe sprężyny

jesień marszczy brwi

DANUTA DUSZYŃSKA

Róża

Najpiękniejszy był pąk, niewinnie

podnosił głowę ku słońcu.

Nieśmiało rozchylał płatki,

aż ukazał się piękny kwiat.

Przez jakiś czas czarował barwą,

wabił zapachem.

Ludzie zatrzymywali się,

przyglądali z zachwytem:

Spójrz – jaka piękna róża!

Zdradzieckie słońce zbyt mocno grzało,

a jesienny wiatr strącił płatki róży

i rozwiał na cztery strony świata.

W jagodzie pomarszczonej skóry

widać przemijanie.

Róża straciła urodę,

ale pozostał owoc życia.

Na drugi rok z nasion

narodzi się nowy krzew,

MAŁGORZATA T. SKWAREK-GAŁĘSKA

pomarszczyły się dni i noce

wyburzały soczyste wspomnienia

wyschły jak rodzynki

słodszy smak mają chwile

krople owocu pękające pod palcami

wciąż obok kolczaste kopie

bronią zawzięcie zasuszonej cnoty

88

POST SCRIPTUM

TERESA MIRANSKA

Z ukrycia

Na kolczastym krzewie,

wśród ciszy milczenia,

dzikości przemijania

w kolorze westchnień,

pomarańczowe lampiony

czekają w pokorze,

stulone w objęciach

jesiennego wieczoru,

gdy zapadnie zmrok,

w swej cichej mądrości,

rozbłysną radośnie,

oświetlając drogę

jesiennej starości.

Z ukrycia

BOŻENA ROGOWSKA

Pomarszczone,

zakwitnie pąkiem

jak spracowane ręce starej matki,

Niedawno pyszniły się purpurą zakochanych.

Ona też była młodą, też kochała.

ELŻBIETA KURDEJ-OKLESIŃSKA

Czas zmarszczką znaczy

przeszłe dni.

Wspomnienia mieli

w suchy pył.

Lampionami płoną

spełnione sny…


Ekfrazy

MAGDALENA ALICJA ŁUBKOWSKA

Dzikie wino

skóra nieba pękała

w ciszy

hodowałyśmy w sobie

ostatnie szepty jesieni

w gałęziach dzikiego wina

zasypiały ziarna pamięci

na twoich wątłych ramionach

przysiadały miękkie sierpówki

trzymałyśmy się za ręce

na ulubionej ławce

pod powiekami

przepływały chwile

które nigdy się nie wydarzą

EWA PUTERNICKA

Usycha

samotna

Drży

lęka się

jest przecież

taka delikatna

a jednocześnie

silna

przy sobie ma

tylko kota

IRENA SZYMAŃSKA

Liść jesieni jak ręka starca

przerdzewiał brązem

turla go wiatr po ziemi

zahaczył o leżącą gałąź

z nadzieją przylgnął do niej

konar bez drzewa też kona

liść – tylko wspomnieniem

MATKA

HALINA KOBIELA

nie chciałeś zastygnąć zegarze

w czasie dla mnie najpiękniejszym

przesuwasz wskazówki.

gałąź – liść – ja – gałąź – liść –

Pozostał szkic drzewa,

na wiosnę trzeba będzie

dodać mu liści,

w łodygi wpuścić

ożywcze soki,

szum wiatru, śpiew ptaków,

ach, ile będzie roboty.

Historia się powtarza.

Pomału gromadzimy

różne odcienie zieleni,

kleje, szpilki, ćwiczymy

gardła ptaków, mamy

na to kilka miesięcy.

Ważne, że jest forma,

byle nie przyszli drwale

ANNA CZARTOSZEWSKA

Tylko rózga i nic

Tylko rózga i nic. Obcy świt znowu

bije po zamglonych oczach.

Nieobecny ptak niewidzialny frak

zawiesił na gałęzi nieba.

Jestem tu, długo już z ciszy

składam dom z wyblakniętych myśli.

Dałeś mi słowa liść, szczęścia łzy.

Zapomniałeś mi się przyśnić

ŁUKASZ KNYZIAK

Hibernacja

Zrzuciłam wszystkie swoje liście.

Jestem gotowa na nadejście

dni szarych, które pozwalają

zajrzeć w głąb siebie, poczuć więcej.

One są po to, by doceniać

zwyczajne rzeczy, ptasie trele,

promienie słońca, dotyk tęczy,

Przypomnieć sobie, co jest szczęściem.

Zima oszroni me gałęzie,

śniegiem otuli pustki brzemię.

Gdy znów zawita aura wiosny,

zakwitnę, żyjąc pełnią siebie

POST SCRIPTUM

89


MONIKA JANOWSKA

Odpowiadało

mi bycie

cierpiętnicą,

czyli tak bardzo się starałam,

a Ty teraz nie chcesz mnie?

Pomagam, jeżeli ktoś prosi mnie o wparcie. I jeśli mogę,

oczywiście. Nie zawsze tak było. Kiedyś nie czekałam.

Wychodziłam przed szereg w pełnej gotowości. Oferowałam,

podpowiadałam, wyręczałam. Dwoiłam się i troiłam.

Uważałam, że tak trzeba, że się powinnam pochylić, że lubię,

muszę, że się tego ode mnie wymaga. Często gęsto byłam potem

zawiedziona. Bo ktoś nie docenił, nie podziękował, wykorzystał.

Był, bo potrzebował, a teraz nagle go nie ma. Jak

gdyby nigdy nic. Przełykałam gorycz i płynnie przechodziłam

w litość. Odpowiadało mi bycie cierpiętnicą. Tak bardzo się

starałam, a nikt mnie nie rozumiał. Ja biedna, ja uciemiężona.

Umordowana biegiem donikąd. Byłam już po szyję uwięziona

w nieszczęściu. Wystarczy. To zaraz potem pojawiała

się złość. Nigdy więcej. Szuje, oszuści i krętacze. Cwaniaki

z gilem w nosie. Banda wyłudzaczy, manipulanci lokalni,

a żeby ich tak… Na metę wpadałam już jako Pani Obrażona.

I bardzo w tym dąsie samotna. Powoli docierało do mnie moje

wieczne „baczność”. Żyłam w blokach startowych, nieświadoma

przeszkód. Zachłanna na miłość, dobre słowo, szacunek.

A tu gruz. Kamieni kupa i dupa. A wszyscy nią do mnie

odwróceni w szeregu. I tylko ten jeden, jedyny raz, ktoś się

nade mną jednak zlitował i bezbarwnym, niewdzięcznym

tonem oznajmił, że mnie przecież NIKT o NIC nie prosił.

Zimny prysznic. Prosto z liścia. Czarna melancholia. Wygrzebać

się z tej dziury bez pretensji to nie lada wyzwanie.

Ale konieczność. Rozbić bańkę bezpieczną, w której

się już zdążyłam umeblować. Bezwzględna potrzeba.

Poczekać na prośbę. Ostateczność. Granica. Trzeba ją

najpierw stanowczo wyznaczyć, by wiedzieć w ogóle,

dokąd się zmierza. Niełatwa lekcja. Obowiązkowa.

A potem nastanie światłość. I już nie musisz. Już tylko

możesz. Jeżeli ktoś cię o to poprosi. [MJ]

90

POST SCRIPTUM


Ilustracja: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

91


Zdjęcie: Pixabay

Bracia mniejsi?

już to więksi! I nie chodzi tu

o parametry! Ale po kolei. Zastanowiłem

się nad tą moją ułomną pisaniną

i doszedłem do oczywistego, choć nie 1Jeśli

najweselszego wniosku. Wszystko, co do

tej pory spłodziłem, dotyczyło ludzi. Panów

Stworzenia, którzy z przyzwolenia

Najwyższego, zapisanego w Księdze Rodzaju,

mieli się rozmnażać i czynić sobie

ziemię poddaną. Z rozmnażaniem coraz

gorzej, bo mimo 800 plus i już legalności

metody in vitro ludziska nie chcą się

u nas rozmnażać! Na złość komu, ja się

pytam? Pozostaje już chyba tylko nadzieja

w nieświadomym ojcostwie, bo świadome

macierzyństwo przyczyniło się, prawdopodobnie,

do spadku urodzin. Za to

z czynieniem sobie ziemi poddanej wyszło

jeszcze strasznej. Bo upoważniony

do tej czynności pazerny dwunożny ssak

uczynił sobie przez wieki z darowanej mu

wspaniałomyślnie ziemi krwawą jatkę, bo

nie zaznaczono w Mądrej Księdze, że jeśli

już ma być owym panem, to sprzyjającym

wszelkiemu stworzeniu, a i martwej

naturze! Ale człowiek, niby rozumny, ma

w swoim pakiecie genów także ten najgorszy

z możliwych: gen władzy! I to wyjaśnia,

a raczej zaciemnia wszystko. Ma to

jednak dla egoistycznych pismaków także

minusy dodatnie (że zacytujemy klasyka),

bo jest niewyczerpanym źródłem inspiracji

czy napiszmy mniej wzniośle, mętnym

potokiem tematów na felietony.

Stąd to rozdzieranie szat nad niegodziwościami

wszelkimi. Nad morderstwami

prawnie usankcjonowanymi, na olbrzymią

skalę. Także tymi kameralnymi

w zaciszach domowych, których sprawcy

92

POST SCRIPTUM

słusznie wsadzani są do więzień. A pijani

kierowcy! Kibole, z kastetami i pałkami!

Dilerzy, rozsypujący białą śmierć za zielone!

Zielone niegdyś łono natury dziś już

bez zieloności i bez łona! A plastiki, niewyprane

brudy i prane pieniądze! Korupcja,

oszustwa na wielką skalę, przemoc

w rodzinie, prostytucja i tak dalej…

Dlatego piszę o zwierzętach. Bo nie prowadzą

wojen, nie oszukują, nie korumpują,

nie sprawują władzy… Nie biorą,

na szczęście, przykładu z ludzi. A i na

swoje nieszczęście, bo są bezbronne. Co

roku z naszej planety znika bezpowrotnie

20 tys. gatunków zwierząt! To nie pomyłka,

powtórzę słownie: dwadzieścia tysię-

gatunków zwierząt!!! 2cy

Była piękna niedziela. Przysłowiowa złota

polska jesień. Dzieci, jak to dzieci, marudziły.

By im wypełnić pożytecznie czas,

zaproponowałem oglądanie książeczki.

Trafiło akurat na tę ze słoniem.

– A ja bym chciała zobaczyć żywego słonia!

– krzyknęła starsza, patrząc na słoniopodobną

istotę, wytwór chorej wyobraźni

ilustratora.

– Ja też! – dołączyła się trzylatka.

– A ja bym chciała zyrafę, zyrafę i jesce

zółwia i misia! – wysepleniła najmłodsza.

Nie było więc innej rady, jak tylko zapakować

rozkapryszone bractwo do samochodu,

by udać się na wycieczkę edukacyjną

do ZOO, aby dzieci zobaczyły, jak w rzeczywistości

wygląda słoń, a nie potworek

z książeczki imitujący słonia.


Ogród zoologiczny przywitał nas tłumem

podobnych do nas, spragnionych

jesiennych spacerów i podglądania

zgromadzonych na trzydziestu

hektarach stworzeń z różnych części

świata. Ale już obserwacja samych

bliźnich dostarczała tylu wrażeń, że

można by zrezygnować z poszukiwań

zwierzątek wszelakich, które miały

być główną atrakcją. Miały być, bo

nie wszystkie były. Ten ogród zadbał

o to, aby jego mieszkańcy czuli się,

w miarę możliwości, dobrze, to znaczy,

aby miały do dyspozycji jak największe

przestrzenie z drzewami,

zaroślami, wysokimi trawami. Ale

trafiliśmy na zły dzień zwierząt, które

już miały dosyć przyglądania się ciekawskim

dwunożnym i jak na złość się

skrywały w obfitej zieloności.

Więc niewiele zobaczyliśmy: kangura,

jak tylko wysoko podskoczył, zebry

(prawdopodobnie) dostrzeglibyśmy,

gdybyśmy mieli lornetkę. Strusie też

oddalone, w dodatku za kępą trawy,

całe szczęście, że nie chowały głów

w piasek i dostrzegliśmy długie szyje

z małymi łebkami, prawdopodobnie

strusi. Już myśleliśmy, że zobaczymy

z bliska hipopotama, bo wielki

rów z wodą był przy samej ścieżce,

ale choć była woda, w której mógł

się kąpać gruboskórny, to nie było

hipopotama! Prawdopodobnie się

utopił! A skąd wiedzieliśmy, że tam

miał być? Bo przy każdej umownej

„klatce” był napis, kogo powinniśmy

zobaczyć, z wyraźną fotką przedstawiającą

uśmiechniętego mieszkańca.

Za to zobaczyliśmy z bliska goryla!

Naprawdę! I to jeszcze żywego! Choć

nie był to widok budujący, gdyż nasz

protoplasta leżał w trocinach, wywracał

ślipiami i wyglądał tak, jakby

przedawkował albo w małpiej krwi

miał z siedem promili alkoholu etylowego!

Naprawdę. Nie przesadzam. Za

to ryby były trzeźwe i nie mogły uciec

przed naszym wzrokiem, ograniczone

szklanymi ścianami. A rekin był tak

mizerniutki, że – obawiam się – mogły

go już pożreć bojowo nastawione,

zadziorne, zmiennocieplne koleżanki!

Był mrówkojad. Mrówek nie zauważyliśmy.

Uchatki ślizgały się po betonie,

my na spadających, kolorowych

liściach. Puchacz w klatce nadstawiał

uszy, wytrzeszczył gały i puchał! Papugi

nic nie mówiły, tylko wydzierały się

nieludzko po papuziemu.

Były, i to w miarę blisko, żyrafy. I to aż

pięć, i jeszcze jedna maluśka, a właściwie

młodziutka, bo już też duża, co

urodziła się przed dwoma dniami. Żyrafy

były duże i miały długie szyje, bo

w przeciwnym razie nie byłyby żyrafami.

Ale misi nie było. Co gorsza, nie

było też słonia, dla którego specjalnie

tu przyjechaliśmy. Dziewczynki były

rozczarowane, bo nie dowiedziały się,

jak wygląda naprawdę i czy na trąbie

trąbi. Ale były już tak zmęczone – krokomierz

informował, że zrobiliśmy

10 tys. kroków – że nie miały siły marudzić.

Największe jednak zdumienie wywołała,

przynajmniej u mnie… krowa!

Zwykła krowa mućka, jedna dorodna

przedstawicielka mlekodajnych parzystokopytnych.

I to nie jakaś fioletowa,

kojarząca się z niezdrową, pełną

cukru czekoladą zza granicy, ale nasza,

swojska, piastowska, z dwoma

gustownymi rogami i atrakcyjnymi

wymionami, w kolorze bordo (sierść

nie wymiona!). Nawet nie kręciła

mordą, jak w dziecięcym wierszyku,

tylko patrzyła na nas wielkimi oczyma

jak wół na malowane wrota, choć wyczytałem

w jej spojrzeniu: ej ludzie,

3ludzie, czy wyście do reszty zgłupieli?

Każdy miał, ma, albo będzie miał blisko

siebie „mniejszego brata” albo

„mniejszą siostrę”. A jeśli nie ma, to

jest uboższy o bezinteresowną miłość,

bliskość, współistnienie, nie

wiem, czy nie ważniejsze od tej, jakże

często interesownej i wyrachowanej,

obecności ludzi. Bo istoty stojące niżej

w umownej hierarchii, na której

szczycie jest człowiek, potrzebują

i tęsknią, jak przypuszczam, za towarzystwem,

w którym czują się dobrze,

bezpiecznie. Słowem są szczęśliwe.

Myślę tu przede wszystkim o kotach

i psach, ale zaprzyjaźnić się można

i z innymi stworzeniami: z wiewiórką,

sikorą, nawet kurą nioską czy gęsią.

A ja zaprzyjaźniłem się przed laty

z… ropuchą szarą, którą nazwałem

Magdą. Żaba upodobała sobie miejsce

pod „stołeczkiem” ze świerkowego

pnia, na którym siadałem pod

lipą, własnoręcznie zasadzoną, by

się uspokajać po bitwach z myślami

i przygotowywać kolejne batalie na

wiersze czy powieści. Kiedy siedziałem

ze spuszczoną głową, zanurzony

w myślach, poczułem na sobie czyjś

wzrok, choć dookoła nie było nikogo,

nie licząc plastikowego jelenia z karabinem

przewieszonym przez szyję,

który miał odpędzać intruzów czyhających

na mój lasek. Gdy wnikliwiej

przyjrzałem się „okolicy”, zauważyłem,

że spod świerkowego pieńka wystaje

żabi łebek z ciekawskimi paciorkami

ocząt, przyglądających mi się

uważnie. Poruszyłem się nieopatrznie

i żaba znikła. Każdorazowo, gdy siadałem

w moim raju na zamyślenie,

płaz się mi pokazywał coraz śmielej.

Już nie tylko bojaźliwie z samym łebkiem,

ale przyszedł czas, gdy ropucha

wygramoliła się cała. Jak to ropucha

pękata, pokryta brodawkami. Może

dla niektórych niezbyt atrakcyjna, ale

dla mnie piękna. A patrzyła na mnie

tak, jakby czytała w moich myślach.

Naprawdę! Dochodząc do plenerowego

krzesełka, wołałem cicho: Magda

i Magda się pojawiała. Uśmiechnięta.

(Nie mam czasu i miejsca, by

opisywać żabi uśmiech. Jeśli kiedykolwiek

zaprzyjaźnicie się z żabą, to

sami zauważycie). Z czasem Magdę

głaskałem po główce lub pod brodą,

co przyjmowała z widocznym zadowoleniem,

a nawet prosiła się o jeszcze,

gramoląc się na mój but. Jednak

nigdy nie wziąłem jej do rąk, przezornie,

by nie sparzyła mnie nieopatrznie

jadem. Trwało to ładnych kilka lat.

93

POST SCRIPTUM


Pewnej wiosny nie zjawiła się jak zwykle.

Powiało żabim smutkiem. Pieńka

już też nie ma. Spróchniał. Ja się też

powoli sypię. Czasem żałuję, że nie

pocałowałem mojej Magdy. Może to

była ta moja księżniczka, na którą daremnie

czekam tyle lat?

Odkąd pamiętam mieliśmy w domu

psy. Pierwszy nazywał się Misiek.

Czarny, z brązowymi brwiami, jasną

mordką, białą krawatką i takimiż łapkami.

Kundel, jak to na wsi. Przywiązany

do budy, a jeszcze bardziej do

nas. Jak on się cieszył, gdy mógł iść

ze mną na spacer po ogrodzie czy

gdy do aluminiowej miski dostawał

marne jedzenie. Pozostał w pamięci

i na zdjęciach, jak żywy, to ze mną, to

z Ojcem, który trzyma go na rękach,

to sam pozuje przy… fajansowym

nocniku, na tle sztachetowego płotu

i drewnianej szopki.

Nasz ostatni pies nazywał się Zorek,

bo był mniejszy od Azorka. Ten,

w przeciwieństwie do pierwszego

czworonoga, miał już pełną wolność,

mieszkał w domu, w ludzkich warunkach,

choć zachowywał się po psiemu.

Szczególnie, gdy poczuł „wolę bożą”,

to sobie tylko wiadomym sposobem

urywał się z ogrodu i znikał na kilka

dni, po których wracał zmaltretowany,

ze spuszczonym łbem i ślepiami

wbitymi w ziemię, przepraszając, że

to nie jego wina, a tych wrednych

zdzir suk. Ale biedak się przeliczył tej

wiosny (a liczył już 20 wiosen) i z tego

erotycznego wypadu już nie powrócił.

A swoją drogą piękna śmierć! Zorkowi

zawdzięczam więcej, niż by się mogło

wydawać. Obserwowałem go latami

i dziwiło mnie to, że mimo iż posuwał

się w czasie, zachowywał jak szczeniak:

skakał, merdał ogonem, dowcipkował

po psiemu, odstawiał dzikie

tańce. Zastanawiałem się głęboko, jak

to jest? I doszedłem do wniosku, że

mój psiej pamięci pies tak się zachowywał,

bo… nie znał swojego peselu!

Jak sobie to uświadomiłem, to zacząłem

zachowywać się jak mój pies!

O czym mogą zaświadczyć moje liczne

przyjaciółki.

Oczywiście, zawsze też były koty.

Ograniczona objętość nie pozwala,

by zbytnio się rozpisywać. Pierwszy

był czarno-biały kocur, o pospolitym

94

POST SCRIPTUM

imieniu Mruczek. Potem inne kotki

i koty. Milusię zabrała wstrętna choroba

w wieku 13 lat. Polę potrącił

samochód. Melę rozszarpał pies sąsiada,

bo chciała się z nim spoufalać,

jak z naszym psem Zorkiem. Ostatnią,

Belę, też potrącił samochód.

Jeszcze żyła. Odeszła u weterynarza

podczas badania USG.

Już myśleliśmy, że więcej nie będzie

zwierząt, bo człowiek się przywiązuje

do nich bardziej niż do członków

rodziny, bo nie napyskują, nie mają

wiecznych pretensji nie wiadomo o

co, milcząco i współczująco zrozumieją,

wysłuchają, nie cieszą się z cudzego

nieszczęścia jak sąsiedzi, a znikają

w dramatycznych okolicznościach… I

człowiek wypełnia się smutkiem, który

nie chce długo odpłynąć.

Życie jednak nie znosi pustki. Samo

się wypełnia. Oto przy naszym domu

zaczęła się pokazywać czarna kotka.

Mała, zaniedbana, chuda. Można ją

opisać dwoma słowami: kupka nieszczęścia!

Na dodatek w ciąży. I zapewne

nie wiedziała z kim! Żal mi

się zrobiło miauczącego stworzenia,

więc by nie padła z głodu, dawałem

jej jedzenie. Pojawiała się regularnie

na tej stołówce, nieufna i wystraszona,

odskakująca przy każdym ruchu

czy próbie podejścia do niej. Okociła

się na terenie ogrodu, ale tak ukryła

miejsce swojego „domu”, że trzy

kotki zobaczyłem dopiero wtedy, gdy

zaczęły biegać. A kotka przytyła, jej

sierść stała się błyszcząca, a kocięta,

dwie kotki i burasek kocurek, rosły i…

czekały na adopcję. Po mozolnych poszukiwaniach

udało się znaleźć „rodziców

zastępczych” dla całej trójki. Żal

mi się jednak zrobiło kociej mamy, że

tak (nie)ludzko zostanie pozbawiona

potomstwa, i małe kociątko, nazwane

Tulisiem (ze względu na zachowanie)

zostanie z czarną Mizią (tak nazwałem

kocią mamę) u nas dożywotnio.

Były jeszcze rybki. Zamilczymy z nimi

o nich. Bo nie będą protestować! Ale

już nie można milczeć o hałaśliwych

papużkach falistych. Zuzia – zielona.

Kubuś – niebieski. Dominująca

była samiczka, która uprzykrzała

życie samczykowi, jak tylko mogła.

A mogła wiele: nie dopuszczała go do

karmidełka, nim sama się na nażarła

do syta. Podobnie było z wodą. Zabraniała

mu nawet przeglądania się

w okrągłym lusterku, które sobie zawłaszczyła!

Przy okazji, a i bez okazji

dziobała nieboraka. Gdyby to było

w ludzkim stadle, to bez wątpienia ta

papuzia rodzina miałaby dawno „niebieską

kartę”. Ale nie miała i Kubuś

najnormalniej zdechł, jakby powiedział

prof. Bralczyk, albo umarł, jakby

powiedział ze łzami w oczach ktoś

inny. Po śmierci partnera, bo przecież

nie mieli ślubu!, papużka jeszcze bardziej

ożyła, stała się aktywniejsza,

a kotka Emilka nauczyła ją miauczeć!

Już sam nie wiem, co o tym sądzić: czy

Kubuś był takim ptasim pantoflarzem,

czy też Zuzia taką wredną papugą!?

4

Coraz częściej zastanawiam się nad

zwierzętami. Mają szczęście, że nie

mogą sczłowieczeć. Nabrać cech jakże

kompromitujących ludzi. Chyba także

w oczach zwierząt. Tylko małe dzieci

są tak szczere i prawdziwe, choć już w

dzieciństwie obarczone genetycznie

egoizmem i agresją rodziców. Widać

to, gdy wyrywają sobie zabawki, tłuką

się, zostawione chwilę same, czy

chcą zawłaszczyć całą piaskownicę,

choćby to była Sahara! A np. u kociąt

jest spontaniczna zabawa, radość

z kocięctwa, w przeciwieństwie do

dziecięctwa.


Obserwują, ze smutkiem, zabieganych,

zagonionych, zaszczutych przez

samych siebie ludzi. Którzy wiecznie

niezadowoleni, zwykle mają czegoś

za mało: mamony, zaszczytów, profitów,

pochwał, stanowisk… Zwierzęta

tego nie potrzebują, stąd ich szczęście.

W dodatku, jak przypuszczam, nie zastanawiają

się, po co żyją, bo same życie

jest dla nich tak oczywiste i wspaniałe.

Ludzie, w swojej pysze, mitomanii

i megalomanii, stwierdzają autorytatywnie,

że zwierzęta nie mają rozumu.

Jakże się mylą! Każde zwierzę ma

rozum. Swój rozum, którego może nie

jesteśmy w stanie ogarnąć ludzkim

rozumem. Bo dysponujemy i porozumiewamy

się różnymi językami. Choć

czasem wystarcza popatrzeć w oczy

zwierzęcia, by porozumiewać się bez

słów. By dzielić się czułością i odczuwać

czułość. I nie jest to stwierdzenie

zidiociałej staruszki, która suczkę

nazywa „córusią” i ubiera ją w dziecięce

ciuszki, czy nieszczęsnego w celibacie

duchownego, który wilczura

nazywa „synusiem” i zachwyca się

tym, że psisko wychylające się przez

okno z firanką na łbie „jest tak piękny,

jak panna w ślubnym welonie”

(dosłowny cytat osobiście usłyszany

mimochodem!). Jedno jest pewne:

zwierzęta nas rozumieją, my zwierząt

jeszcze nie. Ale gdy bliska zażyłość

z udomowionym zwierzęciem sprawia,

że zwierzę zaczyna do nas mówić

ludzkim głosem, to trzeba jednak skorzystać

z pomocy psychiatry!

Z moich może bezmyślnych zamyśleń

wynika też, że winniśmy zweryfikować

niektóre określenia, by bardziej

odpowiadały prawdzie niż przypisywane

im do tej pory znaczenia.

Bo czyż nie będzie prawdziwsze określenie

„małpokształtny człowiek” niż

człekokształtna małpa”?

5

Muszę o tym powiedzieć, wykrzyczeć

sprzeciw przeciwko bestialskim

myśliwym, którzy dla zabawy czy

zaspokajania najniższych instynktów

mordują bezbronne zwierzęta.

W majestacie nieludzkiego, a już na

pewno niezwierzęcego prawa. To coś

makabrycznego, gdy widzi się staw

otoczony szczelnie wianuszkiem „bohaterów”,

w wysokich butach, z naładowanymi

wielką ilością ołowianego

śrutu strzelbami. (Nie wiem czemu,

ale gdy to widzę, to mam skojarzenie

z esesmanami strzelającymi do bezbronnych

ludzi!) Nieszczęsne ptaki nie

mają najmniejszych szans, by wyrwać

się ze śmiercionośnej strefy w błękit

wolności. Myśliwskie psy czekają na

sygnał „panów”, by przynieść z wody

często jeszcze żyjące i konające w męczarniach

kaczki. Nie będę opisywał

golgoty zajęcy czy saren. Zwierzęta

cierpią tak jak ludzie. Ale ludzie mają

strzelby, by te bezsensowne i okrutne

cierpienia zadawać.

Najbardziej obłudne są tłumaczenia

tych, mających krew zwierząt na rękach

i ołów zamiast serc, że przecież

oni wspaniałomyślnie dokarmiają

zwierzęta. I chwała im za to, ale czy

naprawdę muszą je mordować?! To

trzeba być pozbawioną ludzkich uczuć

istotą bez współodczuwania i wyobraźni,

by zadawać żywym stworzeniom

bezsensowne cierpienia. A jeśli

jest się niby wierzącym myśliwym, to

nie mieć Boga w sercu, nie znać św.

Franciszka z Asyżu miłującego zwierzęta.

Choć myśliwi mają, a jakże, też

swojego patrona św. Huberta, który

w swojej grzesznej młodości z pasją

mordował, co się tylko w lasach i na

polach ruszało. To grzeszne święto,

usankcjonowane przez kościół, obchodzone

jest 3 października w dniu

św. Huberta, poprzedzane zwykle

mszą świętą w intencji panów z naładowaną

bronią myśliwską, którzy po

owym zezwoleniu wprost z niebios

pędzą do lasów, by wystrzelać wszystko

to, co nie zostało jeszcze wcześniej

zamordowane! Widziałem taką mszę,

gdy przed ołtarzem stały wypchane

zające, lisy, sarny, kaczki… Miałem

przed oczami Auschwitz dla zwierząt.

Tu przypominam, że św. Hubert jest

także patronem chorych na epilepsję!

I to by się nawet zgadzało…

Miałem dziwny sen. Śniło mi się, że

kaczki strzelają do myśliwych, tak

samo jak myśliwi do kaczek. Widziałem

przerażenie w oczach ludzi, próbujących

się daremnie skryć w lichych

zaroślach, innych uciekających w panice,

nim dosięgły je kule, których Pan

Bóg nie nosił. Po chwili groble stawów

i pobliskie łąki usłane były trupami

myśliwych, a kaczki kwakały radośnie

i latały beztrosko już z zieloną myślą

o budowie gniazd i znoszonych jajach,

z których wylęgną się kacze pokolenia,

już nienękane i unicestwiane

przez dwunożne, okrutne istoty.

Zbudziłem się zlany potem… Koszmar

senny nie mógł mi wyparować z głowy.

Wiedziałem, że to był tylko sen

i w dodatku nieprawdziwy. Bo gdyby

w istocie kaczki i inne zwierzęta miały

dostęp do broni, to nigdy nie zachowywałyby

się tak jak ludzie!

Wszystkim uzbrojonym panom stworzenia

przypominam, że was też weźmie

kiedyś Pan Bóg na muszkę, więc

może chociaż zadrży wam ręka, nim

pociągniecie za spust… [JW]

Zdjęcie: Pixabay

JULIUSZ WĄTROBA

POST SCRIPTUM

95


NO SKĄD

ALICJA SANTARIUS

Skąd możesz wiedzieć, że dłonie

mogą tyle mówić o oddaleniu,

skoro nie wiesz, że kogoś ci brak?

Skąd możesz wiedzieć, że żyły

to rozterka zostać czy iść,

skoro nie wiesz, czy lepiej jest gdzie indziej.

Skąd możesz wiedzieć, że błądzisz,

jeśli nic nie podpowiada,

że powinieneś szukać.

Skąd masz wiedzieć, że źle oddychasz,

skoro oddech

zawsze oznacza życie.

Skąd masz wiedzieć, kim jesteś,

skoro nadal

pytasz o to innych?

ZNIKAJĄC

czasem to możliwe

– zniknąć w tłumie

potrzeba matką

twórczego umysłu

schować się tak

by nikt nie dostrzegł

takiego widocznego zniknięcia

lubię te swoje

jak na tacy kryjówki

dobrze zakotwiczona

w najruchliwszym z miejsc

absurdalnie

wolna

unoszę się niczym pył

sjena palona w szczycie lata

na Piazza del Campo

jak kropla bryzy

co opada po swojemu

nim muśnie Tureckie Schody

tymczasem w codziennej

przystani

echo oddechu

i dźwięk klawiatury

jakże tęskno mi

by dziś

znów się schować

OBSERWUJĄC MOTYLA

wspomnienia

niczym motyle

malują nasz dzień

w przelocie

bez pytania

niespodziewanie

trzepocą w spód powieki

dobijają się do dni

wypełnionych po brzegi

w okolicach południa

przesycone kolorem

zabarwiają co minęło

to my dajemy im

złapać się w sieć

pod wieczór tracą moc

już pozbawione ostrości

szybko blakną

my zaś

przesiąknięci nadmiarem

z ulgą oddychamy

kiedy składają swe skrzydła

96

POST SCRIPTUM


Ilustracja: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

97


Krzysztof T. Dąbrowski

– X560D, wytłumacz nam, dlaczego chcesz mieć imię.

– To proste – westchnął android. – Jestem człowiekiem.

– Nie jesteś. Masz syntetyczne ciało, jesteś androidem.

– I tak, i nie.

– Słucham?

– Wasze biologiczne mózgi są nośnikami dla energetycznego

zbioru danych, który nazywacie duszą. A mój

syntetyczny mózg poza materiałem, z którego jest wykonany,

w niczym nie różni się od waszego.

– No niby tak, ale ty się nie urodziłeś.

– Wiem, że zostałem wyprodukowany. Temu oczywiście

nie da się zaprzeczyć. Ale nie zmienia to jednak

faktu, że jedna z dusz uznała, że w kolejnym wcieleniu

ma ochotę doświadczyć, jak to jest być androidem

i osiedliła się w tym ciele.

Mam dziwne wrażenie, że John Gilbert naprawdę

istnieje, choć teoretycznie nie powinien.

Owszem, regularnie mi się śni, że nim jestem,

lecz do tej pory myślałem, że jest tylko kreacją

śniącego umysłu, ale…

Ostatnio, śniąc, że przebywam w jego ciele,

rozmawiałem z jego żoną, która powiedziała:

„John, coraz częściej lunatykujesz. Niepokoi

mnie to. Na dodatek, powiedziałeś ostatnio:

»Nie jestem John, jestem Alan«”.

Okej, można by to potraktować jako sen, gdyby

nie to, że ja też często lunatykuję, a wczoraj

żona powiedziała mi, że będąc w tym stanie,

odpowiedziałem jej tak:

„Nie jestem Alan, jestem John”.

Czyżby lunatykowanie było splątaniem alternatywnych

rzeczywistości?

– Opowiedz o swoich rodzicach.

Wiedziałem, że kiedyś padnie to pytanie.

– Chodźmy do mnie, coś ci pokażę.

Zdziwiła się, ale nie oponowała.

Była zaskoczona, gdy wyciągnąłem kostkę i podszedłem do czytnika – pewnie myślała, że o wszystkim jej

opowiem po namiętnym seksie, a ja zachowałem się jak jakiś maniak komputerowy.

– Chodź, popatrz.

Na ekranie wyświetliło się kilkaset miniaturowych zdjęć.

Kliknąłem pierwsze z brzegu – znany pisarz, noblista.

Drugie – wybitny naukowiec.

Trzecie – sportowiec, mistrz.

– Nie rozumiem…

– Moi rodzice to koncern Gen-lab i ludzie z tych zdjęć. Zostałem eksperymentalnie skompilowany z ich genów.

Po chwili namiętnie się kochaliśmy, później zaczęła dopytywać, czy chciałbym kiedyś mieć dzieci…

98

POST SCRIPTUM


My, zmarli, też mamy swój internet, a żeby było zabawniej,

jest on połączony z waszym. A wszystko to

dzięki łączom energetyczno-ektoplazmatycznym.

W przeciwieństwie do was, mamy surowy kodeks

pełen zakazów i nakazów, a nad przestrzeganiem go

czuwa główny nadzorca kontaktów nekro-interpersonalnych.

Oczywiście nie możemy już funkcjonować w waszych

social mediach, używając własnych kont

z czasów bycia żywym – dlatego tworzymy alternatywne,

z fikcyjnymi osobowościami.

Dzięki temu mogę mieć moje dzieci i ich dzieci

w znajomych – mogę obserwować, jak im się w

życiu układa. Musiałem tylko zrobić mały podstęp

i podać się za zaginionego kuzyna, którego oczywiście

zmyśliłem.

Gdyby tylko wiedzieli, kim jestem…

Byłaby piękna, gdyby nie te czułki przy ustach i segmentowy

pancerz na plecach.

– Mówiłeś, że mnie kochasz i akceptujesz to, co nas

różni…

– Tak, ale… – No i jak tu ją namówić do usunięcia tych

dodatków?

Owszem, kocham ją, ale też cholernie cierpię, bo te

różnice hamują moje pożądanie.

A wszystko przez tych cholernych kosmitów!

Na sąsiedniej planecie mieszkają inteligentne owady.

U nich też widywano UFO i też były uprowadzenia.

Teraz już wiadomo, czemu to wszystko służyło – stworzono

hybrydowy gatunek, na poły ludzki, a na poły

owadzi, który umieszczono na terra-formowanej planecie.

D R A B B L E

Choć rozumiem eksperymenty naukowe, to jednak

z tym solidnie przesadzili.

POST SCRIPTUM

99


100

POST SCRIPTUM


Obraz: Iwona Wojewoda

POST SCRIPTUM

101


Wellbeing puszcza oczko,

czyli

TERAPIA PĘDZLEM I SZYDEŁKIEM

102

POST SCRIPTUM


Gotujesz z pasją, jesteś książkowym molem,

układasz puzzle, dziergasz serwetki… Robisz,

bo lubisz – nie zagłębiasz się w inne aspekty

tego lubienia. Mądre głowy jednak nadały temu

głęboki sens pod nazwą wellbeing, czyli w luźnym

tłumaczeniu – dobrostan. Satysfakcja z umiejętności,

z życia, dbałość o stan psychiczny, fizyczny, zdrowie

– wszystko, co składa się na poczucie szczęścia.

Program wellbeing wdrażany jest na dużą skalę

w firmach, w różnych organizacjach i całkiem nieświadomie

– a bardzo skutecznie – przez nas samych.

Choćby już w momencie, gdy stworzymy

pierwsze oczko szydełkiem.

Jolanta Grotte, autorka powieści, przynosiła na

pierwsze spotkania w klubie literackim a to wydzierganą

zakładkę do książki, a to kwiatuszek. Coraz

więcej, coraz to inne, aż do zachwytu znajomych. Aż

do wystaw. Jej prace zdobią stoły, wazony w wielu

domach w kraju i poza granicami. A pasja nie chce

się zatrzymać, prze po nowe wyzwania o coraz większym

stopniu trudności. Rozwijają się też kontakty

z osobami o podobnym talencie.

„Dziergam, bo znalazłam w tym znakomitą terapię.

Nad każdą pracą się skupiam, wchodzę w przyjazny,

ciekawy świat, wymyślam, projektuję. Odpoczywam

i wyciszam się, najzwyczajniej łagodnieję, zwalniam

niszczące tempo życia. A jak do tego dojdzie pochwała

bliskich, jak ktoś się szczerze zachwyci, to napływa

ogromna fala nowej energii i można ją chyba

porównać do dobrostanu”.

***

Pani Barbara Zarzecka codziennie jeździła do hospicjum

pod Warszawą, aby budzić męża uśmiechem

i melodią – dwa cierpienia starały się skryć w cieniu,

godnie znosząc przeznaczenie. Silna kobieta musiała

jednak jakoś odreagować codzienną „maskę

emocji”. Kupiła farbę i w piwnicy na ścianie namalowała

chabry. Wysokie na 80 centymetrów. Zamarzyła

jeszcze o makach. Kolor, dużo koloru. To było jej

potrzebne, jak tlen. Niemal codziennie po powrocie

z hospicjum oddychała kolorem, który tworzyła. Nie

czuła tych dawno skończonych osiemdziesięciu lat…

Mąż odszedł. Przyjaciele poprosili ją o pomoc

w opiece nad żoną ich przyjaciela, która była

w hospicjum, a on bezradny, zagubiony. Rozmowy

o pampersach, o ułatwieniach, co gdzie kupić i aż

zeszło raz na temat sztuki, malarstwa. No i okazało

się, że pan Roman Stachera jest artystą plastykiem.

Mógł udzielić wielu cennych wskazówek tak

barwnej osobie, która jest doktorem nauk humanistycznych,

zawodowo związana z naukami ścisłymi,

a przed nią głębia wiedzy plastycznej, w którą nie boi

się wskoczyć.

Żona pana Romana zmarła. Ale znajomość dwojga

samotnych się utrzymała, a niedługo zacieśniła. Pani

Barbara rozwija nowe pasje pod okiem przyjaciela.

Ostatnio zagustowała w technice hand drawing,

czyli w rysunku ołówkiem na płótnie.

„Muszę kupić tablice malarskie z twardym podkładem,

będzie łatwiej. Pierwsze próby już zaliczone.

Z pochwałą autorytetu. Nauczę się. Życie przede

mną” – uśmiecha się ciepło.

***

A Jolanta Grotte? Nowe wyzwania, nowe spotkania.

Z pewnością weźmie udział 8 czerwca 2025r.

w obchodach Światowego Dnia Robienia na Drutach

w Miejscach Publicznych, bo szydełka też są, oczywiście

przewidziane. A włóczka i wełny różnego kalibru

zawładną parkami, ulicami, salami na świecie.

Święto celebrowane jest m.in. w Australii, Chinach,

Finlandii, Irlandii, USA, Szwecji, Wielkiej Brytanii,

Południowej Afryce… [WDS]

WANDA DUSIA STAŃCZAK

POST SCRIPTUM

103


WOLNOŚĆ ARTYSTY

Fanatyczny

brak wytycznych

FOLWARK ZWIERZĄTEK W PIĄTEK I ŚWIĄTEK

WIÓRKA GRYZIPIÓRKA

TALENT

Wena

w genach

TAKIE CZASY

Liryka

zdycha

AUTO-DOPING

Wyostrz pióro

kreaturo!

NATCHNIENIE

Z Pegazem

pod gazem

MONOGAMIA

Pokuta

koguta

ŻMIJA PLOTKARKA

Rada

gada

Z CZEGO?

Z bożej łaski

fraszki

IMPERATYW

Świntuszę

bo muszę

KOPCZYK

Meta

kreta

ROGACZOWI

Się nie leń

jeleń!

KOTKA

To córka

kocurka

TWARDZIELKA

Pchełka

nie łka

GŁODNA

Wiewiórka

żre wiórka

KOTKA

Markotna

bo kotna

104

POST SCRIPTUM


POSTACIE KTÓRE ZNACIE

MOJE DZIEWOJE

PERFEKCJONISTA

Się spala

w detalach

CIERPLIWY

Futurysta

niebo wystał

PRAWIE BEZINTERESOWNY

Za grosik

donosik

NIMFOMANKA

Tonie

w mankach

BRUTAL

Zdziebko

za krzepko!

SĄSIEDZI

Najbliżsi

w zawiści

ZAPEWNIENIE

Uwierz miły:

nie mam kiły!

PO GRZE WSTĘPNEJ

Kłopot

z tętnem

PRZEZ ŚRÓDMORSKĄ DIETĘ

Zocha

kocha

tylko Włocha

TO DZIWNE

Choć wstydliwa

to zdradliwa

ZALOTNY WIETRZYK

Dmuchnie

ufnie

NA DZIEŃ DOBRY

Dała Danka

kwiatek z wianka

OZIĘBŁA

Nieskora

do amora

DZIWACZKA

Woli w windzie

niż gdzie indziej

PANNA

Pragnie drania

do kochania

CZĘSTO

Randki pointa

alimenta

FIGLIK

Z Grażką igraszka

gdy chętna Grażka

RANDKA NA LUDOWO

W stodole

polec

PANNO

Unikaj

piernika

PRZY TOBIE

Testosteronem

płonę

ARS AMANDI?

Niemota się mota

w pieszczotach

NIEUSTANNIE

Mam apetyt

na kobiety

KOCHLIWEGO

Serce boli

od swawoli

ALE KINO POD PIERZYNĄ!

POST SCRIPTUM

105


Związek

Pisarzy Polskich

na Obczyźnie

W

niedzielę 16 lutego w Ognisku Polskim w Londynie

odbyło się uroczyste wręczenie Nagród Literackich

Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie za rok 2024,

które otrzymali prof. György Gömöri i Ewa Sapieżyńska.

Prof. György Gömöri został wyróżniony za popularyzację literatury

polskiej w świecie. Natomiast mieszkająca w Norwegii

Ewa Sapieżyńska otrzymała nagrodę za książkę Nie jestem twoim

Polakiem. Reportaż z Norwegii, która została uznana za najlepszą

książkę napisaną przez polskiego pisarza mieszkającego

poza Polską.

Gala Nagród ZPPnO została przygotowana przez prezes ZPPnO

Reginę Wasiak-Taylor i poprowadzona wspólnie z dr Katarzyną

Zechenter (UCL). Tegoroczna uroczystość była wyjątkowa – po

raz pierwszy swą obecnością zaszczycili aż dwaj ambasadorzy,

Polski i Norwegii: prof. Piotr Wilczek i Tore Hattrem.

studentów polskiej literatury. Zastępował też polskiego noblistę

w Harvardzie. Po powrocie do Wielkiej Brytanii Gömöri został

wykładowcą polskiej literatury na uniwersytecie w Cambridge –

prowadził wykłady przez 30 lat.

Prof. Gömöri posługuje się z równą łatwością polskim i angielskim,

ale – jak sam podkreśla – wiersze pisze tylko po

węgiersku. Często też właśnie w wierszach wraca do wydarzeń

1956 roku. Nic dziwnego, że właśnie on opracował antologię

zatytułowaną Polscy poeci o węgierskim październiku, którą

w 1986 roku wydała Polska Fundacja Kulturalna. Mimo ukończonych

90 lat jest nadal bardzo aktywny.

Ewa Sapieżyńska jest o połowę młodsza od prof. Gömöriego.

Laudację na jej cześć napisał dr Adam Wierciński. W odczytanym

podczas wieczoru tekście dr Wierciński zwraca uwagę na

to, że książka Nie jestem twoim Polakiem jest historią osobistą

autorki, a zarazem reportażem i analizą socjologiczną. Ta różnorodność

jest wartością tej książki, która opowiadaja o życiu

społeczności polskiej w Norwegii.

Ewa Sapieżyńska jest iberystką. Prowadziła wykłady w Polsce

i w Chile – to w tym kraju zdobyła stopień doktorski. Obecnie

mieszka w Oslo. Jako dziennikarka i reportażystka często pisze

o Norwegii do polskiej prasy. Nagrodzona przez ZPPnO książka

ukazała się najpierw w języku norweskim. Rozważania autorki

są na tyle ważne i odnoszące się nie tylko do sytuacji Polaków,

ale i innych mniejszości narodowych, że pozycja ta została włączona

do platformy edukacyjnej dla szkół średnich. Obecnie

przygotowywane jest wydanie w języku angielskim. [KB]

KATARZYNA BZOWSKA

Źródło: Tydzień Polski

Prezes ZPPnO Regina Wasiak-Taylor wygłosiła laudację na cześć

prof. György Gömöriego, którego związki z Polską trwają od 70

lat – jako 19-letni student otrzymał trzymiesięczne stypendium

do Polski. Już wtedy mówił trochę po polsku – był to język, który

sobie wybrał, gdyż chciał polską poezję czytać w oryginale. Podczas

tego pobytu poznał m.in. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego,

Władysława Broniewskiego, Juliana Tuwima, Antoniego

Słonimskiego. Odnowił też znajomość z Tadeuszem Różewiczem,

którego poznał wcześniej w Budapeszcie.

W książce Moi polscy pisarze i poeci György Gömöri pisze: „Nasza

węgierska demonstracja była wyrazem poparcia dla demokratyzacji

Polski i towarzyszyły jej polskie flagi i slogany, takie

jak Polska wskazała nam drogę / wstąpmy na własny węgierski

szlak”. Jak tysiące innych Węgrów musiał opuścić kraj. Podczas

pobytu w Austrii otrzymał propozycję podjęcia studiów

w Wielkiej Brytanii na Uniwersytecie Oxfordzkim. Węgierska

rewolucja wstrząsnęła intelektualistami w całej Europie.

W swoim wystąpieniu Regina Wasiak-Taylor wspomniała, że

za sprawą Jerzego Giedroycia, który szukał kogoś „kto znałby

ten piekielny język” Gömöri rozpoczął wieloletnią współpracę

z „Kulturą” jako doradca redaktora w sprawach węgierskich.

Wkrótce węgierski polonista poznał Zbigniewa Herberta i Czesława

Miłosza. Coraz głębiej zagłębiał się też w polską literaturę,

którą poznał na tyle dobrze, że gdy Miłosz musiał wyjechać

z Uniwersytetu w Berkeley, właśnie jemu zaproponował

zastępstwo. I tak węgierski emigrant uczył amerykańskich

106

POST SCRIPTUM

Zdjęcia pochodzą z archiwum ZPPnO


Polonijne wieści z Londynu

Polonijne wieści z Londynu

29 marca 2025 roku londyński Klub Orła Białego

w Balham stał się centrum polskiej literatury.

II Autorskie Targi Książki w Londynie zgromadziły

imponującą liczbę 45 autorów, oferując odwiedzającym

wyjątkową okazję do spotkań z twórcami

literatury i zapoznania się z ich dziełami.

W dniu targów odbyło się wiele premier. Program

imprezy obfitował w różnorodne atrakcje.

Za sprawą rozmowy z autorami książki Chłopi,

Reymont i inne dygresje upamiętniono jednego

z literackich patronów roku. Róża Wigeland

i Andrzej Smoleń w zajmujący sposób przedstawili

publiczności sylwetkę Władysława Reymonta

i okoliczności powstania nagrodzonych

nagrodą Nobla Chłopów.

Na scenie odbyły się dwa panele dyskusyjne,

podczas których autorzy książek dla dorosłych

i dzieci dzielili się swoimi doświadczeniami i refleksjami

na temat współczesnej literatury. Dyskutowano

na temat sposobów pobudzających

wyobraźnię najmłodszych czytelników oraz

o tym, jaki wpływ na proces tworzenia ma codzienne

życie w wielokulturowym środowisku.

Wielbiciele książek mieli również możliwość

uczestniczenia w spotkaniu autorskim z Anną

Partyką-Judge, autorką powieści dla dorosłych

oraz dwujęzycznych książeczek dla dzieci.

Wydarzenia literackie dopełnił koncert akustyczny

Krisa Bańki, wokalisty i gitarzysty grającego

w klimacie popowo-rockowym. Interpretacje

artysty stworzyły niepowtarzalny klimat,

łącząc świat słowa pisanego z uniwersalnym

językiem muzyki.

Tegoroczna edycja Autorskich Targów Książki

w Londynie okazała się dużym sukcesem. Wydarzenie

przyciągnęło liczne grono miłośników

polskiej literatury, którzy przyjechali do Londynu

z różnych części Wielkiej Brytanii, a nawet

z innych krajów. Mieli oni okazję nie tylko wzbogacić

swoje domowe biblioteczki o nowe pozycje,

ale także nawiązać osobisty kontakt z autorami.

Inicjatywa ta z pewnością przyczyniła się

do promocji polskiej literatury w Wielkiej Brytanii

i wzmocnienia więzi kulturowych wśród

polskiej społeczności emigracyjnej. [DC]

DOMINIKA CADDICK i ADA JOHNSON

Stoisko „Post Scriptum”

Paneliści: Basia Sobol-Pich, Patrycja

Kuczewska, Tomasz Buraczek, Małgorzata

Łuczak, Monika Jurgiel, Anna Rozenberg, Alex

Sławiński. Moderator: Katarzyna Dziuba.

POST SCRIPTUM

rozmowy autorów z czytelnikami

Organizatorzy: od lewej Łukasz Pietraszkiewicz, Dominika Caddick, Ada Johnson, Dariusz Zeller.

Anna Rozenberg podpisuje książkę

107


Wileńskie Kaziuki

w poszukiwaniu utraconych znaczeń

Po raz pierwszy Kaziuki Wileńskie w Londynie odbyły się

w 2022 roku w Studio POSK. Wówczas organizatorami

byli KaMPe, Piwnica Pod Big Benem oraz Remi&Falko.

W tym roku organizacją Kaziuków zajęła się Piwnica Pod

Big Benem we współpracy z Polskim Ośrodkiem Społeczno-

-Kulturalnym w Londynie.

Reżyserką i twórczynią programu jest Mariola Dobrenko, która

przygotowała barwne widowisko przybliżające historię, kulturę

i zwyczaje Kresów Wschodnich. Pani Mariola ma duże doświadczenie

– organizowała wcześniej duże imprezy kaziukowe w Polsce.

Jak sama skromnie mówi: „Nie można by zrealizować takiego

wydarzenia, gdyby nie pomoc i współpraca ludzi skupionych wokół

Piwnicy. Wszyscy wykonawcy wzięli w nim udział jako wolontariusze”.

Podziękowania należą się dużej grupie osób wspierających organizatora

z dobrej woli technicznie i organizacyjnie. Na przykład

zaprzyjaźniona Piekarnia Village Bread ufundowała wspaniałe

pączki wileńskie i ciasta. Dziękujemy też POSK za udostępnienie

sali oraz akustykowi i operatorowi świateł.

Wśród wykonawców pojawili się artyści (kolejność przypadkowa):

Jacek Domański, Jacek Jezierzański, Aleksy Wróbel, Weronika

Brudzińska, Kris-Louis Siemiński, Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz,

Wiesław Fałkowski, Renata Cygan, Chanya Paprang, Oliwier Redestowicz,

Katarzyna Rzepińska, Andrzej Matuszewski, Alicja Rzepińska,

Andrew May, Natalia Pacześ, Jarek Redestowicz, Nicole

Pacześ, Laura Klupa, Zuzanna Kicka i rodzina Radoniów: Ryszard,

Katarzyna, Emilia, Maja oraz przyjaciel rodziny, Piotr Nowak,. Artystów

niestrudzenie – organizacyjnie i technicznie – wspierała

grupa: Ryszard Dobrenko, Aneta Pacześ, Katarzyna Urban, Barbara

Redestowicz, Dominik Dobrenko, Maria Bojarska, Maciej Kukiełka

i Karol Rzepiński.

W i e s ł a w F a ł k o w s k i

108

POST SCRIPTUM


Mariola Dobrenko

Budzi się we mnie refleksja nad Kaziukami Wileńskimi,

fenomenem kulturowym, który przetrwał wieki i nie

stracił nic na swojej popularności. Jest to święto łączące

sacrum i profanum, religię i kulturę, historię i współczesność.

Dziś, tak jak przed wiekami, Kaziuki przyciągają

tłumy. Są nie tylko okazją do handlu, ale przede wszystkim

– do celebrowania wspólnej tożsamości i tradycji. To

wyjątkowe wydarzenie każdego roku wpisuje się w rytm

życia Wilna, a także innych miast na Litwie, w Polsce i na

Białorusi oraz – jak się właśnie okazało – Londynu.

Kaziuki Wileńskie to jedna z najstarszych i najbardziej charakterystycznych

tradycji kulturowych na Litwie, której

korzenie sięgają XVII wieku. Jest to coroczny jarmark odpustowy

organizowany na cześć św. Kazimierza, patrona

Litwy i Polski.

Współczesność ze swoim dynamicznym tempem życia,

globalizacją, postępem technologicznym, sztuczną inteligencją

i lotami w kosmos oddala człowieka od dawnych,

lokalnych tradycji i zwyczajów, od dziedzictwa i historii.

Tak jak każde drzewo uschnie bez korzeni, tak człowiek

współczesny usycha bez szacunku do swoich przodków,

tradycji, historii, tożsamości. Coraz częściej jednak, jakby

w odpowiedzi, obserwujemy nostalgię za przeszłością,

która przejawia się w powrocie do tradycyjnych obrzędów,

rzemiosła oraz kultury ludowej. Doskonałym przykładem

są tu niezmiennie popularne Kaziuki Wileńskie, które

mimo upływu wieków wciąż przyciągają rzesze ludzi pragnących

zetknąć się z autentycznym dziedzictwem swoich

przodków. Zdaje mi się, że w światowym wirze wydarzeń

współczesny człowiek coraz bardziej tęskni za ludowymi

tradycjami i obrzędami, a ich odradzanie się jest reakcją

na zanikanie więzi społecznych i poszukiwaniem własnej

tożsamości, która nie ma dzielić, lecz łączyć.

Ludowe tradycje odgrywają niebagatelną rolę w budowaniu

owej tożsamości. W czasach, gdy wiele kultur stopniowo

zanika pod wpływem unifikacji i globalizacji, powrót

do korzeni staje się formą jej pielęgnowania. Opisywany

przeze mnie jarmark, ze swoim bogatym dorobkiem artystycznym

i rękodzielniczym, jest świadectwem wielowiekowej

tradycji Wileńszczyzny i jednocześnie okazją do jej

109

POST SCRIPTUM


kultywowania. Współcześni uczestnicy

tego wydarzenia nie tylko kupują tradycyjne

wyroby, lecz także angażują się

w odtwarzanie i przekazywanie dawnych

zwyczajów. Dowodzi to tęsknoty

za radością i prostotą życia w obliczu

szybko zmieniającej się rzeczywistości.

We współczesnym świecie, w którym

relacje międzyludzkie coraz częściej

przenoszą się do sfery cyfrowej, ludowe

tradycje i jarmarki takie jak

Kaziuki pełnią funkcję integracyjną.

Umożliwiają one spotkanie się ludzi

z różnych pokoleń, dzielenie się

wspomnieniami, opowieściami oraz

doświadczeniami. Kultura ludowa

od wieków sprzyjała budowaniu społeczności

i wzmacnianiu więzi między

ich członkami. Wspólne uczestnictwo

w obrzędach, muzyka i tańce

ludowe stanowią przeciwwagę dla

współczesnego indywidualizmu oraz

izolacji. Dlatego też tak wiele osób

chętnie bierze udział w wydarzeniach,

które nawiązują do dawnych

zwyczajów – pragną doświadczyć autentycznej

bliskości oraz wspólnotowego

charakteru życia.

Kaziuki Wileńskie

w Londynie

Jarmark Kaziukowy to prawdziwa

uczta dla miłośników tradycyjnego

rzemiosła i kuchni regionalnej. Na

straganach można znaleźć wyroby

rękodzielnicze, takie jak słynne palmy

wileńskie, drewniane rzeźby, ceramikę,

tkane obrusy oraz tradycyjne

wyroby skórzane. Wśród smakołyków

królują litewskie pierniki, chleb

żytni, miód, sery oraz wędliny o wyjątkowym

smaku. Najbardziej rozpoznawalnym

symbolem Kaziuków

są jednak palmy wielkanocne, które

stanowią unikatową formę rękodzieła

artystycznego. Są one wykonane z suszonych

kwiatów, traw i kolorowych

wstążek, a ich misternie splecione

wzory przyciągają uwagę wszystkich.

W dobie produkcji masowej, w której

towary są często pozbawione indywidualnego

charakteru, wyroby rękodzielnicze

stają się symbolem autentyczności,

unikalności i dbałości o detale.

Współczesny człowiek coraz częściej

dostrzega wartość tradycyjnego

rzemiosła, a wzrost popularności rękodzieła

i wyrobów ekologicznych jest

odpowiedzią na przemysłową, anonimową

tandetę. Kaziuki pozwalają na

bezpośredni kontakt z rzemieślnikami,

którzy przekazują swoje umiejętności

z pokolenia na pokolenie, a tym

samym czynią swoje dzieła częścią

szerszej tradycji kulturowej.

W świecie pełnym stresu, pośpiechu

i nieustannych bodźców tradycje ludowe

oferują swoistą przystań – powrót

do prostszych czasów, w których

życie toczyło się zgodnie z rytmem

natury i cyklami rolniczymi. Kaziuki

ze swoją ludową muzyką, spokojną

atmosferą i kultywowaniem dawnych

obrzędów są ucieczką od miejskiego

zgiełku i technologicznego przesytu.

Coraz więcej ludzi pragnie przeżyć

chwile, w których mogą oderwać

się od nowoczesności i doświadczyć

prawdziwej tradycji, niewymagającej

pośpiechu i konsumpcjonizmu.

Czy ta nasza nostalgia, tęsknota za

tradycją nie jest przypadkiem tylko

chwilową modą? Znajda się oczywiście

tacy, którzy będą tak twierdzić

i dodawać, że to forma komercjalizacji

folkloru. Nie jest to jednak jedynie

kaprys współczesnego człowieka,

lecz ujawniająca się na nowo głęboka

potrzeba odnalezienia swoich korzeni,

budowania wspólnoty i harmonii

w świecie pełnym chaosu. Fenomen

Kaziuków Wileńskich doskonale ilustruje

tę tęsknotę – dowodzi, że pomimo

upływu lat ludzie wciąż pragną

uczestniczyć w kulturze, która wyraża

ich tożsamość i łączy z przeszłością.

W dobie globalizacji i cyfryzacji powrót

do tradycji jest nie tylko wyrazem

sentymentu, ale także świadomym

wyborem wartości, które wciąż

mają znaczenie.

Opowiedzmy teraz, z jakich czasów

wywodzi się jarmark i jaka była jego

geneza. Otóż król Zygmunt III Waz

w 1604 roku zainicjował proces kanonizacyjny

Kazimierza Jagiellończyka,

którego w 1636 roku papież Urban

VIII oficjalnie ogłosił świętym. Kult

Kazimierza zaczął się rozwijać jeszcze

szybciej niż do tej pory, szczególnie

na terenach Rzeczypospolitej Obojga

Narodów. Wilno jako miasto blisko

związane z rodem Jagiellonów stało

się centrum obchodów ku czci świętego.

Już w XVII wieku organizowano

tam odpusty, które stopniowo przekształciły

się w wielki targ i z czasem

zyskały nazwę Kaziuków.

Czym kierował się Zygmunt III Waza

i czym Kazimierz Jagiellończyk zasłużył

sobie na miano świętego?

Król, będący gorliwym katolikiem i

zwolennikiem kontrreformacji, widział

w kanonizacji Kazimierza okazję

do umocnienia swojego wyznania

110

POST SCRIPTUM


w Rzeczypospolitej. Kult Kazimierza

Jagiellończyka był wówczas już dobrze

ugruntowany, a do grobu świętego

w wileńskiej katedrze pielgrzymowali

wierni, którzy przypisywali mu liczne

cuda, w tym uzdrowienia chorych.

Najbardziej znanym przypadkiem był

szlachcic, który po modlitwie przy

grobie świętego cudownie odzyskał

zdrowie.

Władca kierował się nie tylko względami

religijnymi, ale także politycznymi.

Widział bowiem w kanonizacji

Kazimierza możliwość wzmocnienia

legitymizacji rządów swojej dynastii

poprzez odwołanie się do świętości

Jagiellonów.

W początkowym okresie Kaziuki –

odpustowe jarmarki – odbywały się

wokół kościoła św. Kazimierza, lecz

z biegiem lat przeniosły się na większy

obszar, czyli na plac Katedralny i główne

ulice Wilna. Wydarzenie to stało

się nie tylko formą kultu religijnego,

ale również okazją do wymiany handlowej

i społecznej.

Wokół wileńskich Kaziuków przez lata

narosło wiele legend i opowieści, które

tworzą wokół nich niezwykłą atmosferę.

Według jednej z najbardziej znanych

legend w czasie Kaziuków, zwłaszcza

w wietrzne noce, można zobaczyć

postać św. Kazimierza przechadzającą

się po ulicach Wilna. Według wierzeń

duch patrona Litwy ma błogosławić

miastu i czuwać nad uczciwością handlarzy.

Niektórzy sprzedawcy twierdzą,

że czują dziwną obecność, gdy

zamykają swoje stragany późnym

wieczorem.

Opowiada się także o tajemniczych,

ręcznie robionych palmach wielkanocnych,

które potrafią znikać ze

straganów i pojawiać się w kościele

św. Kazimierza. Mówi się, że jeśli ktoś

ukradnie taką palmę, to ta w nocy

powróci na swoje miejsce, a złodzieja

czekają niezwykłe zdarzenia, które nauczą

go pokory i uczciwości.

Dawniej wierzono, że jeśli młodzieniec

podaruje swojej wybrance serce

z piernika kupione na Kaziukach, ich

miłość będzie trwała przez całe życie.

Wielu starszych mieszkańców Wilna

twierdzi, że zna pary, których uczucie

zaczęło się właśnie od takiego słodkiego

upominku.

Inna opowieść mówi o pewnym handlarzu,

który próbował oszukać klientów,

sprzedając podrabiane rękodzieło.

Pewnej nocy jego stragan miał

się sam zapalić, a później na ziemi

znaleziono jedynie zwęglone resztki

towarów. Od tamtego czasu handlarze

twierdzą, że Kaziuki nie wybaczają

oszustw, a uczciwość jest nagradzana

dobrym utargiem.

Kaziuki, pozostające głęboko zakorzenione

w tradycji, z biegiem lat zyskały

także nowoczesny charakter. Obecnie

jarmark trwa kilka dni i obejmuje nie

tylko handel, ale również koncerty,

występy folklorystyczne oraz liczne

inne wydarzenia kulturalne. Organizowane

są pokazy rzemiosła, konkursy

kulinarne oraz prezentacje dzieł

lokalnych artystów. Kaziuki to również

okazja do promocji litewskiego dziedzictwa

kulturowego i umacniania

więzi między Polakami i Litwinami we

współczesnej Europie.

Jarmark ten stał się także inspiracją

dla innych miast, w tym polskich,

w których organizowane są podobne

wydarzenia pod nazwą Kaziuki Wilniuki

– m.in. w Białymstoku, w Gdańsku

czy w Poznaniu. Pokazuje to, jak

silnie Kaziuki wpisały się w tradycję

regionu.

Tak oto Kaziuki – ten niezwykły fenomen

kulturowy łączący sacrum

i profanum, religię i kulturę, historię

i współczesność – przyciągają tłumy

dzisiaj tak jak przed wiekami. To wyjątkowe

wydarzenie, będące żywym

świadectwem dziedzictwa kulturowego

i naszych korzeni, jest przede

wszystkim okazją do celebrowania

wspólnoty oraz okazywania szacunku

do własnej tożsamości i tradycji...

[WF]

WIESŁAW FAŁKOWSKI

POST SCRIPTUM

111


W duchu

Strzeleckiego

Rozmowy-spotkania z ludźmi.

Czasem z no name, czasem

z rozpoznawalnymi, czasem

z ekspertami. Zawsze z takimi,

którym zależy. Dzielimy się

wiedzą i opowieściami o przełomach

w życiu, w przekonaniu,

że „opowiadanie historii

to nasz ludzki sposób radzenia

sobie z rzeczywistością",

a kryzys to szansa.

LINK DO PODCASTU:

https://open.spotify.com/show/3RjoeghoM8ZSU9RiAX2cmA

DO

POETÓW ,

ARTYSTÓW ,

A N N A M A R U S Z E C Z K O

MUZYKÓW

Dziennikarka, freelancerka z wyboru. Kolekcjonerka poruszających

historii i budujących rozmów. Lubi mówić

i słuchać. Wierzy, że „opowiadanie historii to nasz ludzki

sposób radzenia sobie z rzeczywistością”. Entuzjastka

wielokulturowości i przyrody. Autorka kanału na IG

pn. Między Bugiem a prawdą.

Interesuje mnie metamorfoza, człowiek w zmianie.

Moi bohaterowie to ludzie poszukujący i zaangażowani.

Walczą, stawiając granice, postępując w zgodzie

z sobą, dzieląc się. Czasem wygrywają bitwy ze światem

zewnętrznym, jednak podkreślają, że najtrudniej wygrać

z samym sobą. Opowiadają o wzlotach i upadkach na

drodze do życiowego i zawodowego spełnienia. W tle

często ważne zjawiska i trendy społeczne, energia kobiet,

praktyki rozwojowe, etyczny biznes, fair travel i in.

112

POST SCRIPTUM

Moi bohaterowie to ludzie

poszukujący

i zaangażowani.

Walczą, stawiając granice, postępując w zgodzie z sobą,

dzieląc się.

Wygrywają bitwy

ze światem zewnętrznym,

ale podkreślają, że najtrudniej

wygrać z samym sobą.

Opowiadają o wzlotach i upadkach

na drodze do życiowego

spełnienia.

Inspirują


REKLAMA

Profesjonalna

korekta tekstów

ALEKSANDRA KRASIŃSKA

Redakcja i korekta

kontakt@krasinska.eu

Piszesz książkę, e-book, pracę naukową, a może artykuły

na blog albo stronę internetową? Ciągle się wahasz,

gdzie postawić przecinek, i martwisz się, że w tekście są

błędy, których nie widzisz? Skontaktuj się z naszymi korektorkami

– z nimi Twój tekst będzie lepszy.

Jestem magisterką bibliotekoznawstwa oraz absolwentką licznych kursów i szkoleń

dla redaktorów i korektorów. Na co dzień współpracuję z wydawnictwami, a także

poprawiam teksty użytkowe dla szkół wyższych. Chętnie pomogę zarówno przy tekstach

krótszych, jak i dłuższych.

MAŁGORZATA NOWAK

malgorzata.nowak122@gmail.com

Jestem literaturoznawczynią związaną obecnie z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza

w Poznaniu. Najchętniej redaguję teksty naukowe, beletrystykę i eseje. Proces

redakcyjny znam również od strony autora, dlatego zawsze dokładam starań, by tekst,

stając się coraz lepszy, pozostawał w pełni Twój.

DOMINIKA PALUCH

Było słowo

dominika.paluch@interia.pl

Absolwentka Akademii korekty tekstu Ewy Popielarz. Licencjatka polonistyki-komparatystyki,

magistrantka językoznawstwa ogólnego i licencjantka filologii klasycznej.

Zakochana w słowach, czujna strażniczka przecinków.

EWA SŁOTWIŃSKA

ewaslotwinska@gmail.com

Filolożka romańska, absolwentka studiów podyplomowych i licznych kursów z zakresu

redakcji tekstu. Miłośniczka przecinków i półpauz. Tropicielka usterek i nieścisłości.

Specjalistka od literatury dziecięcej i młodzieżowej. Entuzjastka prostego języka w polszczyźnie

korporacyjnej i urzędowej.

Zapraszamy do kontaktu

p a r t n e r z y m e d i a l n i :

POST SCRIPTUM

113


Oprócz dzielenia się z czytelnikami aktualnościami

w dziedzinie sztuki oraz literatury pragniemy

wspierać młode talenty. W tym celu stworzyliśmy

Fundację Wspierania Kultury „Post Scriptum”.

Darowizny dla fundacji będą służyły szeroko pojętej

promocji młodych artystów zarówno na łamach

kwartalnika, jak i w formie pomocy w organizacji

wystaw, warsztatów czy wydawaniu książek.

Jeśli chcesz przekazać datek na działalność naszej

fundacji, możesz zrobić to za pośrednictwem

strony internetowej:

www.postscriptumfundacja.com

lub wpłacić darowiznę bezpośrednio na konto fundacji:

75114020040000310281956333

Dane kontaktowe:

FUNDACJA WSPIERANIA KULTURY „POST SCRIPTUM”

05-092 Łomianki ul. STANISŁAWA STASZICA 14/5

KRS 0000908539 NIP 1182225810

e-mail: biuro@postscriptumfundacja.com

114

POST SCRIPTUM

FUNDACJA „POST SCRIPTUM”

Hooray! Your file is uploaded and ready to be published.

Saved successfully!

Ooh no, something went wrong!