14.11.2025 Views

Wojsko i Technika Historia nrspec 6/2025 opt

by ZBiAM

by ZBiAM

SHOW MORE
SHOW LESS
  • No tags were found...

Transform your PDFs into Flipbooks and boost your revenue!

Leverage SEO-optimized Flipbooks, powerful backlinks, and multimedia content to professionally showcase your products and significantly increase your reach.

www.zbiam.pl

NUMER SPECJALNY 6/2025

Listopad-Grudzień

cena 28,00 zł (VAT 8%)

INDEX 409138

ISSN 2450-3495

Luftwaffe

w Obronie Rzeszy

INDEX: 409138

ISSN: 2450-3495

W NUMERZE:

Morski wymiar

wojny koreańskiej

Brak lotnisk na Półwyspie Koreańskim

pozwalających na rozmieszczenie

większych sił lotniczych

był kompensowany niemal ciągłą

obecnością amerykańskich

lotniskowców, które wystawiały

bardzo silne grupy lotnicze.

Ręczne karabiny

maszynowe

Erkaemy zaczęły swoją karierę

w pierwszej wojnie światowej,

a nawet jeszcze wcześniej ale dopiero

w drugiej trafiły do wszystkich

armii świata. Gdy zaczęła się

zimna wojna, zaczęły one znikać

z arsenałów...


Brak lotnisk na Półwyspie Koreańskim

pozwalających na rozmieszczenie

większych sił lotniczych

był kompensowany niemal ciągłą

obecnością amerykańskich

lotniskowców, które wystawiały

bardzo silne grupy lotnicze.

Erkaemy zaczęły swoją karierę

w pierwszej wojnie światowej,

a nawet jeszcze wcześniej ale dopiero

w drugiej trafiły do wszystkich

armii świata. Gdy zaczęła się

zimna wojna, zaczęły one znikać

z arsenałów...

Vol. XI, nr 6 (60)

www.zbiam.pl

NUMER SPECJALNY 6/2025

Listopad-Grudzień

cena 28,00 zł (VAT 8%)

INDEX 409138

ISSN 2450-3495

Luftwaffe

w Obronie Rzeszy

NUMER SPECJALNY 6/2025 1

INDEX: 409138

I SN: 2450-3495

W NUMERZE:

Morski wymiar

wojny koreańskiej

Ręczne karabiny

maszynowe

Na okładce: Vickers Wellington Mk.I.

Rys. Jarosław Wróbel

INDEX 409138

ISSN 2450-3495

Nakład: 14,5 tys. egz.

Redaktor naczelny

Jerzy Gruszczyński

jerzy.gruszczynski@zbiam.pl

Redakcja techniczna

Dorota Berdychowska-Zhao

dorota.berdychowska-zhao@zbiam.pl

Korekta

Stanisław Kutnik

Współpracownicy

Michał Fiszer, Tomasz Grotnik,

Andrzej Kiński, Jędrzej Korbal,

Leszek Molendowski, Marek J. Murawski,

Tymoteusz Pawłowski, Tomasz Szlagor

Wydawca

Zespół Badań i Analiz Militarnych Sp. z o.o.

Ul. Anieli Krzywoń 2/155

01-391 Warszawa

office@zbiam.pl

Biuro

Ul. Bagatela 10/17

00-585 Warszawa

Dział reklamy i marketingu

Andrzej Ulanowski

andrzej.ulanowski@zbiam.pl

Dystrybucja i prenumerata

office@zbiam.pl

Reklamacje

office@zbiam.pl

Prenumerata

realizowana przez Ruch S.A:

Zamówienia na prenumeratę w wersji

papierowej i na e-wydania można składać

bezpośrednio na stronie

www.prenumerata.ruch.com.pl

Ewentualne pytania prosimy kierować

na adres e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

lub kontaktując się z Telefonicznym

Biurem Obsługi Klienta pod numerem:

801 800 803 lub 22 717 59 59

– czynne w godzinach 7.00–18.00.

Koszt połączenia wg taryfy operatora.

Copyright by ZBiAM 2025

All Rights Reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone

Przedruk, kopiowanie oraz powielanie na inne

rodzaje mediów bez pisemnej zgody Wydawcy

jest zabronione. Materiałów niezamówionych,

nie zwracamy. Redakcja zastrzega sobie prawo

dokonywania skrótów w tekstach, zmian tytułów

i doboru ilustracji w materiałach niezamówionych.

Opinie zawarte w artykułach są wyłącznie

opiniami sygnowanych autorów. Redakcja nie ponosi

odpowiedzialności za treść zamieszczonych

ogłoszeń i reklam. Więcej informacji znajdziesz

na naszej nowej stronie:

www.zbiam.pl

w numerze:

BITWY I KAMPANIE

Jacek Fiszer, Jerzy Gruszczyński

Wojna koreańska: zapomniana i nieznana wojna XX wieku (4) 4

BROŃ STRZELECKA

Tymoteusz Pawłowski

Ręczne karabiny maszynowe II wojny światowej 20

WOJNA W POWIETRZU

Robert Gretzyngier, Wojtek Matusiak

Udział Polaków w kampanii brytyjskiej zwanej

„Bitwą o Anglię” (2)

BROŃ PANCERNA

Tomasz Basarabowicz

Broń pancerna w wojnie domowej w Hiszpanii (4) 46

WOJNA NA MORZU

Tadeusz Kasperski

Polskie niszczyciele eskortowe typu Hunt. Historia ORP Ślązak (3) 54

WOJNA W POWIETRZU

Marek J. Murawski

Luftwaffe w Obronie Rzeszy. Działania dzienne:

październik – grudzień 1943 r. (4)

II RZECZPOSPOLITA

Jędrzej Korbal

Manewry wołyńskie 1938. Tradycja vs nowoczesność (2) 82

www.facebook.com/wojskoitechnikahistoria

34

66

3


Jacek Fiszer, Jerzy Gruszczyński

4

Wojna koreańska:

zapomniana i nieznana wojna XX wieku

Działania sojuszniczych sił

morskich w wojnie koreańskiej

sprowadzały się głównie

do aktywności lotnictwa

morskiego nad polem walki

i na zapleczu frontu. Brak

lotnisk na Półwyspie Koreańskim

pozwalających na rozmieszczenie

większych sił

lotniczych był kompensowany

niemal ciągłą obecnością

amerykańskich lotniskowców,

które wystawiały bardzo

silne grupy lotnicze.

projekt został anulowany. W marcu 1949 r.

sam Forrestal zrezygnował ze stanowiska,

a zaraz potem trafił do szpitala psychiatrycznego

z poważnymi problemami mentalnymi.

Tu w końcu popełnił samobójstwo skacząc

z okna 22 maja 1949 r.

Jego następca Louis A. Johnson, prawnik,

był jednym z najgorszych sekretarzy

obrony Stanów Zjednoczonych w historii.

Był zwolennikiem ostrych cięć budżetowych

i szukał oszczędności gdzie się da. Właśnie

jego decyzją anulowano program dużych

lotniskowców, na których miały stacjonować

strategiczne bombowce atakujące terytorium

wroga bombami jądrowymi. W tej roli

początkowo widziano P2V Neptune, dlatego

nawet przetestowano jego start z lotniskowca.

Projektowano też taktyczny bombowiec

jądrowy, North American AJ Savage i ten faktycznie

wszedł do służby choć zbudowano

ich tylko 140 sztuk. Nowy sekretarz powiedział

do adm. Richarda L. Conolly:

Admirale, Marynarka Wojenna jest na wymarciu.

Nie ma żadnego powodu by posiadać

Marynarkę Wojenną i Piechotę Morską. Generał

Bradley powiedział, że operacje desantowe

4

Koniec lat 40. ub. wieku nie był w Stanach

Zjednoczonych najlepszym czasem

dla Marynarki Wojennej i Korpusu

Piechoty Morskiej. Pierwszy sekretarz nowo

powstałego Departamentu Obrony, James

V. Forrestal, był wielkim zwolennikiem wykorzystania

sił morskich. Kiedy jednak pojawiła

się wizja prowadzenia wojny z użyciem

broni jądrowej, wówczas uznano, że główną

rolę będą pełnić Siły Powietrzne, demolując

wrogie miasta, przemysł, komunikację

i siły zbrojne za pomocą bomb jądrowych.

W tej wizji Wojska Lądowe miały pełnić

funkcję pomocniczą jako siły dozorująco-

-okupacyjne, a dla sił morskich w ogóle nie

było miejsca. Chcąc zachować zatrudnienie

dla US Navy, Forrestal przeforsował budowę

pięciu wielkich lotniskowców, a pierwszym

z nich miał być USS United States (CVA-58).

Prezydent Truman zatwierdził projekt w lipcu

1948 r., ale w kwietniu następnego roku

Pokładowy samolot szturmowy AD-4N Skyraider z dywizjonu VA-194 stacjonującego na lotniskowcu

USS Boxer (CVA-21) w 1953 r., kiedy okręt ten operował na wodach koreańskich.

to pieśń przeszłości. Nie będziemy ich już nigdy

więcej prowadzić. To w zasadzie kończy historię

Korpusu Piechoty Morskiej. A Siły Powietrzne

mogą zrobić to wszystko, co robi Marynarka

Wojenna. A zatem historia Marynarki Wojennej

też się więc kończy.

W tym czasie nie tylko anulowano program

budowy nowych lotniskowców, ale


Tymoteusz Pawłowski

Zadbany i używany zgodnie z regulaminem

8 mm Fusil-Mitrailleur Chauchat Mle 15, był jednym

z najlepszych ręcznych karabinów maszynowych.

Miał niewielu konkurentów (Madsen

M1903, Hotchkiss Mle 1909), bił zaś wszystkich

niskimi kosztami produkcji.

pierwszych wersji położyła się cieniem na tej

broni, której masowe zastosowanie przyniosło

Francuzom zwycięstwo w wojnie.

Polska terminologia dotycząca karabinów

maszynowych jest jedną z precyzyjniejszych,

łączy bowiem tradycje niemieckie

(podział na ciężkie i lekkie) z tradycjami rosyjskimi

(wyodrębnienie ręcznych kaemów).

Zamieszanie terminologiczne obecne w innych

językach jest pochodną różnic regulaminowych,

produkcyjnych i taktycznych.

Większość ręcznych karabinów maszynowych

– chociażby Madsen, Chauchat, czy

amerykański BAR – rozpoczynało swoje

życie jako samopowtarzalne karabiny piechoty

przeznaczone do strzelania z… ręki.

Prędzej czy później okazywało się jednak,

że taka broń jest zbyt ciężka, nie nadaje

się do strzelania z postawy stojącej i trzeba

ją wyposażyć w dwójnóg. Można więc

zaryzykować twierdzenie, że ręczny karabin

maszynowy nie należy do rodziny karabinów

maszynowych, tylko do rodziny

karabinów piechoty.

Ręczne karabiny maszynowe

II wojny światowej

Ręczne karabiny maszynowe

zaczęły swoją karierę w pierwszej

wojnie światowej – a nawet

jeszcze wcześniej – ale

to w drugiej trafiły do wszystkich

armii świata. Gdy zaczęła

się zimna wojna, ręczne karabiny

maszynowe zaczęły

znikać z arsenałów. W gruncie

rzeczy powstała więc tylko

jedna generacja tego rodzaju

broni, które różniły się zarówno

technicznie, jak i zastosowaniem

taktycznym.

Ręczne karabiny maszynowe były używane

przede wszystkim przez państwa Ententy,

jednak żaden z nich nie był idealny. Duński

Madsen, zaprojektowany jeszcze w XIX wieku,

działał niczym szwajcarski zegarek i jego

konserwacja wymagała niemal zegarmistrzowskiej

precyzji, nie nadawał się więc

dla masowych armii z poboru. Amerykański

Lewis, używany przede wszystkim przez

Brytyjczyków, był bardzo drogi w produkcji:

ze względu na aluminiową chłodnicę kosztował

dwa razy więcej niż ckm Vickers. Francuski

Chauchat był tani i prosty, ale awaryjność

20

Czym na tle karabinów maszynowych

wyróżniają się ręczne karabiny maszynowe?

Otóż ciężkie karabiny maszynowe

– zasilane taśmą, chłodzone wodą, na podstawie

saneczkowej, kołowej, czy też trójnogu

– są w praktyce bronią pozycyjną, obsługiwaną

przez kilkunastu ludzi, a do zmiany pozycji

strzeleckiej wymagającej wozu konnego.

W połowie Wielkiej Wojny pojawiły się lekkie

karabiny maszynowe – zasilane taśmą, chłodzone

wodą lub powietrzem, na dwójnogu,

z kolbą – szczególnie licznie używane przez

Niemców. Teoretycznie mogły one towarzyszyć

piechocie w natarciu, ale wciąż do ich obsługi

potrzebnych było kilku ludzi, a kontuzja

jednego z nich mogła na długo wyeliminować

broń z walki: koniecznością było rozdzielne

przenoszenie karabinu i taśmy amunicyjnej.

Ręczne karabiny maszynowe – zasilane z magazynków,

chłodzone powietrzem, na dwójnogach,

z kolbą – mogły być obsługiwane

przez pojedynczego żołnierza i non-stop towarzyszyć

piechocie.

Pierwszy uniwersalny karabin maszynowy – 8 mm Madsen Maskingevær M.1929 – był szeroko eksportowany.

Na zdjęciu jako zdobycz w rękach żołnierza japońskiego.

Odmienne jest natomiast taktyczne zastosowanie

ręcznych – i lekkich – karabinów maszynowych.

Karabin piechoty służy w praktyce

do samoobrony, a ciężki karabin maszynowy

do zadawania strat. Erkaem służy natomiast

do uniemożliwienia ruchu nieprzyjacielowi.

Podczas obrony seria z erkaemu ma sprawić,

że tyraliera nacierających wrogów poszuka

schronienia na ziemi i stanie się łatwym celem

dla artylerii, moździerzy czy granatów.

Podczas natarcia seria z erkaemu ma sprawić,

że wróg nie odważy się unieść głowy z okopu.

Rola erkaemu w natarciu polega więc na oddawaniu

krótkich 3-4 strzałowych serii w stronę

gniazda oporu przeciwnika, co pozwala

reszcie żołnierzy drużyny zbliżyć się na odległość

pozwalającą wyeliminować lub wziąć

do niewoli przeciwnika.

Automatyka broni lekkiej

Samopowtarzalne karabiny piechoty projektowano

zanim jeszcze pojawiła się amunicja


Robert Gretzyngier, Wojtek Matusiak

26 września 1940 r. wizytę w Dywizjonie 303

złożył król Jerzy VI, tym samym podkreślając,

że Brytyjczycy nie są osamotnieni w swojej

walce. Wizyta stanowiła też jednoznaczną nobilitację

Polaków: już nie „bloody foreigners”

(cholernych cudzoziemców), skoro Jego Królewska

Mość pofatygował się, aby osobiście im podziękować.

Tu: moment powitania monarchy

i nieformalnego kronikarza jednostki, ppor. Mirosława

Fericia. Z lewej komendant bazy Northolt,

G/Cpt Stanley Vincent – początkowo bardzo

nieufny wobec osiągnięć Polaków, z czasem

stał się ich gorącym entuzjastą. Według legendy,

w tym właśnie momencie Ferić miał wyciągnąć

w stronę króla swoją kronikę z prośbą o podpis.

Jak widać, nie mógł tego zrobić, bo nie miał jej

w tym momencie przy sobie!

Udział Polaków w kampanii

brytyjskiej zwanej

2

„Bitwą o Anglię”

Według oficjalnej powojennej

klasyfikacji, tytuł uczestnika

Bitwy o Anglię (i związane

z nim odznaczenie) Brytyjczycy

nadali 145 pilotom PSP

narodowości polskiej oraz

dwu innym lotnikom służącym

w PSP: Czechowi i Słowakowi.

polskich lotników. Charakterystyczną opinię

Stanisławowi Skalskiemu wystawił instruktor

RAF, nie mający doświadczenia bojowego

21-letni P/O Norman Denys Sinclair:

uznał go za przeciętnego pilota, w dodatku

lekceważącego i zbyt pewnego siebie. Przełożony

Sinclaira, S/Ldr Donald Henry Lee

wykazał nieco więcej rozsądku, wystawiając

własną opinię o Skalskim: Bez wątpienia

fakt, że podobno zestrzelił pięciu nieprzyjaciół

wyjaśnia jego niecierpliwość w szczegółach

i nadmierną pewność siebie.

Większość spośród tych „Polaków brytyjskich”,

którzy przeszli szkolenie myśliwskie,

kierowano do jednostek RAF. Ich doświadczenie

i taktyka walki myśliwskiej były

w większości przypadków pozytywnym

zaskoczeniem dla brytyjskich towarzyszy

broni. Z kolei Polacy ze zdziwieniem konstatowali,

że Brytyjczycy nijak nie przystają

W rzeczywistości z prośbą o wpis w kronice Fericia zwrócił się do monarchy brytyjski adiutant (szef

sztabu) Dywizjonu 303, F/O David Upton, widoczny tu na pierwszym planie po lewej.

34

Latem 1940 r. z organizacyjnego punktu

widzenia istotny był podział na tzw. „Polaków

brytyjskich” oraz „Polaków francuskich”.

Ci pierwsi wcześniej przybyli do tego

kraju i w ciągu kilku miesięcy zdążyli już nauczyć

się co nieco angielskiego, a także poznać

zasady funkcjonowania brytyjskiego

lotnictwa. Ci drudzy przybywali na Wyspy Brytyjskie

dopiero po upadku Francji, nie znając

języka angielskiego ani RAF-owskich procedur.

Zdawano sobie jednak sprawę, że „Polacy

francuscy” mają cenne doświadczenia bojowe

z dopiero co zakończonej kampanii.

Wobec zagrożenia niemieckimi nalotami,

latem 1940 r. zaczęto pospiesznie kierować

„Polaków brytyjskich” pojedynczo lub niewielkimi

grupami na szybkie przeszkolenie

myśliwskie. Prowadziło to do kuriozalnych

sytuacji, kiedy brytyjscy instruktorzy trafiali

na dużo bardziej od siebie doświadczonych


4

Tomasz Basarabowicz

Broń pancerna

w wojnie domowej w Hiszpanii

W analizach dotyczących wykorzystania broni pancernej

podczas wojny domowej w Hiszpanii wybijają się dwa nurty.

Pierwszy z nich traktuje tę wojnę jako laboratorium i preludium

działań wojsk pancernych w pierwszych latach drugiej wojny

światowej. Drugi zaś mówi, że był to wyraźny falstart, z którego

nie wyciągnęli wniosków ani Francuzi w roku 1940 ani Sowieci

rok później. Obydwa te poglądy nie biorą jednak pod uwagę

ograniczeń praktycznych, które uniemożliwiły obydwu wojującym

stronom skuteczne wykorzystanie broni pancernej. Były

to uwarunkowania takie jak jakość sprzętu, poziom wyszkolenia

dowódców i załóg pod względem opanowania obsługiwanej

techniki oraz taktyki, a także sposób wykorzystania taktycznego

czołgów i samochodów pancernych 1 . O wszystkich tych

elementach wspominaliśmy w poprzednich częściach artykułu,

teraz jednak zajmiemy się Włochami, w których przypadku uwypukliły

się one w sposób szczególny.

Analogicznie do części trzeciej niniejszego

artykułu autor przyjął założenie

że Czytelnik zna podstawowe informacje

na temat występujących w tekście pojazdów,

toteż charakterystyki konstrukcyjne

oraz techniczne zostały pominięte.

Frankistowska rebelia rozpoczęła się, jak

pamiętamy, 17 lipca 1936 r., lecz sympatyzujące

z Nacjonalistami władze faszystowskich

Włoch nie od razu zdecydowały się na udzielenie

zbrojnego wsparcia. Włosi postanowili

poczekać na rozwój sytuacji i dopiero 29 lipca

zdecydowali o wysłaniu dwunastu trzysilnikowych

samolotów bombowych z bazy

w Lombardii najpierw do Cagliari na Sycylii,

a następnie na lotnisko Nador w Maroku hiszpańskim

2 . Jako że obowiązujący wówczas

stan prawny zakazywał Włochom czynnego

angażowania się w konflikty państw trzecich,

bombowce pozbawione były znaków

przynależności państwowej, a ich załogi nosiły

cywilne kombinezony. Jednakże dość

szybko znaleziono „furtkę”, która pozwalała

na ominięcie tego ograniczenia. Zarówno

lotnicy, jak i pierwsze, nieliczne najpierw,

kontyngenty Włochów przyjęte zostały w szeregi

Tercio de Extranjeros, czyli hiszpańskiej

legii cudzoziemskiej.

Nocą 6 sierpnia pierwsze włoskie wozy

bojowe opuściły Italię i wyruszyły w podróż

ku brzegom Maroka. Na pokładzie parowca

Aniene płynącego z La Spezia do Melilli znajdował

się pluton w składzie pięciu tankietek

CV 3/35 oraz oficera i dziesięciu czołgistów 3 .

Z Maroka Włosi skierowani zostali do Vigo,

portu w hiszpańskiej Galicji, gdzie przybyli

16 sierpnia, a następnie podporządkowani

zostali dowódcy sił frankistowskich w Valladolid,

tworząc sekcję znajdującą się w składzie

46

Włoski Fiat L3 CV-35 w zbiorach Muzeum Broni Pancernej Armii Hiszpańskiej w Madrycie. Z tyłu

widać niemiecki czołg Pz.Kpfw I A/B oraz rosyjski T-26B.


BROŃ PANCERNA

do października, kiedy to wyjątkowo ciężkie

warunki atmosferyczne wymusiły ich tymczasowe

wstrzymanie.

W międzyczasie do Hiszpanii dotarło kolejnych

16 tankietek, co pozwoliło na reorganizację

pancernego komponentu C.T.V.

– Raggruppamento Carristi – co można tłumaczyć

jako Zgrupowanie Czołgistów. Składało

się ono z dwóch batalionów tankietek

i samochodów pancernych po dwie kompanie

każdy. Zamiar był czytelny – chodziło

o utworzenie uderzeniowej jednostki pancernej

z prawdziwego zdarzenia. Na intencjach

Po walkach na froncie północnym włoskie czołgi L3 nie były angażowane do działań bojowych

aż do wielkiej ofensywy Nacjonalistów na froncie aragońskim (wiosna 1938 r.).

z taktycznego punktu widzenia wciąż działały

one w rozproszeniu. Operowały one

w składzie tzw. kolumn szybkich (colonna

celere), które dokonywały głębokich włamań

w ugrupowanie przeciwnika. Podczas tych

działań utraconych zostało dziewięć tankietek.

Na początku maja Włosi otrzymali uzupełnienie

w postaci 16 kolejnych tankietek

CV, a 14-go tego miesiąca ruszyła ofensywa

Nacjonalistów w Levante, czyli regionie obejmującym

wybrzeże Morza Śródziemnego

z Walencją i Alicante oraz z Murcją, w której

Włosi odgrywali znaczącą rolę. Działania zaczepne

musiały zostać przerwane, bowiem

pod koniec lipca Republikanie rozpoczęli

swoją ofensywę na zupełnie innym odcinku

frontu, nad Ebro. Do czasu przerzucenia

C.T.V. na północ Włosi utracili zaledwie trzy

tankietki, a postawa ich kolumn motorowych

zyskała tym razem najwyższe uznanie.

Nacjonaliści rozpoczęli przeciwnatarcie

nad Ebro 21 sierpnia. Główny element uderzenia

stanowiły 75. DP i 82. DP, wzmocnione

dwoma batalionami pancernymi

Raggruppamento Carristi.

Włoscy pancerniacy nie dostali jednak

szansy, by działać jako całość, bowiem wozy

bojowe przydzielone zostały kompaniami

i plutonami poszczególnym pułkom i batalionom

frankistowskiej piechoty. Podobnie

było 3 września, gdy 1. batalion wspierał

1. Dywizję Piechoty w natarciu na Corbera.

Zarówno podczas ofensywy w Levante, jak

i bitwy nad Ebro samochody pancerne Lancia

pozostawały w rezerwie.

50

obrońców, już następnego dnia pękła linia

ich obrony na kluczowej Przełęczy Escudo.

Drugim sukcesem Włochów było zdobycie

następnego dnia miejscowości Arija, co było

udziałem kompanii tankietek wzmocnionej

zmotoryzowanym plutonem karabinów maszynowych.

Tym samym odizolowany został

istotny baskijski punkt oporu w Reinosa.

19 sierpnia padła miejscowość San Pedro

del Romeral, 21-go San Vincente, 23-go Torrelabaga,

zaś 24-go Abadilla. Ważne miasto

portowe i przemysłowe Santander zdobyte

zostało przez siły nacjonalistyczne 25 sierpnia.

Wiadomo, że w trakcie walk zniszczonych

zostało siedem włoskich tankietek oraz jeden

samochód pancerny Lancia.

W lipcu i sierpniu 1937 r. przeprowadzony

też został eksperyment w postaci przezbrojenia

jednej z tankietek w działko Breda

Modello 1935 kalibru 20 mm. Podstawą konwersji

był pojazd o numerze indywidualnym

„2694”, natomiast hiszpańska nazwa wozu,

brzmiąca C.V. 35 IIº tipo, wskazuje że jako

pojazdu bazowego użyto tankietki w wersji

3/35 11 . Przebudowa przeprowadzona została

najprawdopodobniej w zakładach w Sewilli,

specjalizujących się przede wszystkim w remontach

i przywracaniu sprawności zdobycznych

wozów bojowych. Testy wypadły na tyle

pomyślnie, że dowództwo Włoskiego Korpusu

Ochotniczego zdecydowało o przebudowie

czterdziestu wozów. Najpewniej jednak

skończyło się tylko na prototypie 12 . Wydaje

się, że powodem rezygnacji z dalszych prac

był fakt, że niemal równocześnie pojawiła się

możliwość montażu działka Breda w niemieckich

czołgach Pz.Kpfw. I, co choćby ze względu

na obrotową wieżę tego wozu było rozwiązaniem

dającym więcej korzyści.

Upadek Drugiej Republiki

Wczesną jesienią 1937 r. Włoski Korpus

Ochotniczy wraz ze swym pancernym komponentem

przerzucony został na front

aragoński, gdzie walki, między innymi

w okolicach miejscowości Huesca, trwały

Włoskie czołgi L3 z Dywizji Piechoty „Littorio” zwycięsko wkroczyły do Santander w północnej

Hiszpanii 26 sierpnia 1937 r.

się jednak skończyło i włoskie wozy bojowe

nadal operowały w rozproszeniu, głównie wykonując

zadanie wsparcia piechoty.

Walki na większą skalę wznowione zostały

w marcu 1938 r., choć pewna liczba włoskich

wozów bojowych wzięła udział w krwawych

walkach o Teruel zimą 1937/38 roku. Całość

włoskich sił pancernych działa odtąd w pobliżu

wybrzeży Morza Śródziemnego, choć

Po zakończeniu trwającej do listopada

1938 r. bitwy nad Ebro, Raggruppamento

Carristi skierowane zostało do Pampeluny.

Tamże, dzięki dostawie kolejnych 32 nowych

tankietek CV 3/35, można było rozwinąć planowany

trzeci batalion pancerny, który w założeniu

– jak pamiętamy – miał składać się całkowicie

z Hiszpanów. 23 grudnia rozpoczęła

się nacjonalistyczna ofensywa na Katalonię,


Tadeusz Kasperski

Polskie niszczyciele

eskortowe typu Hunt

Historia ORP Ślązak

3

Załogi niszczycieli OORP Krakowiak

i Kujawiak sprawdziły

się w działaniach bojowych

tak dobrze, że zachęceni tym

Brytyjczycy postanowili przekazać

przedstawicielom PMW

trzeci niszczyciel eskortowy

typu Hunt II. Polscy marynarze

przejęli go w końcu

kwietnia 1942 r. i nowy okręt

wkrótce godnie zastąpił Kujawiaka

utraconego pod Maltą

w połowie czerwca 1942 r.,

równie szybko stając się

sławny dzięki swojej odważnej

i bardzo bojowej załodze.

uzbrojeniu. Dwa nowoczesne działka plot.

kal. 20 mm na skrzydłach pomostu okręt

otrzymał od razu 2 . Na rufie były też dwie

ramowe zrzutnie bomb głębinowych. Gdy

niszczyciel eskortowy opuszczał stocznię,

miał już malowanie maskujące typu Western

Approaches (w kolorze szaroniebieskim

i jasnoszarym).

W pierwszy rejs ORP Ślązak wyruszył

9 maja 1942 r. 3 po pobraniu zapasów paliwa,

wody, amunicji i prowiantu. Tradycyjnie

załoga skierowała okręt do bazy Scapa Flow

na Orkadach, by tam przejść zaplanowane

ponad miesięczne szkolenie, przygotowujące

ją do służby bojowej u boku jednostek

Royal Navy. Szkolenie ukończono 12 czerwca

i niszczyciel ruszył w drogę powrotną do bazy

Plymouth, gdzie wcielono go do stacjonującej

tam 15. Flotylli Niszczycieli. 14 czerwca

ruszył w stronę konwoju 24 statków zmierzającego

z Milford Haven do Cowes, który

eskortował ORP Krakowiak i w starciu z niemieckimi

samolotami niektórzy marynarze

na jego pokładzie zostali ranni. Ślązak przejął

ich i zabrał do Devonport, gdzie przekazał

do szpitala, a sam pozostawał w porcie przez

Kmdr ppor. Romuald Nałęcz-Tymiński – najsłynniejszy dowódca ORP Ślązak.

54

Tak jak w poprzednim przypadku, polska

załoga przejęła od Brytyjczyków niszczyciel

eskortowy w końcowym etapie

prac wyposażeniowych. Miało to miejsce

30 kwietnia 1942 r. Niszczyciel miał podobną

charakterystykę co Krakowiak i Kujawiak 1 .

Pierwotnie miał nosić nazwę HMS Bedale, ale

otrzymał polską nazwę ORP Ślązak i znak taktyczny

L 26. Dowódcą okrętu został 37-letni

kpt. mar. Romuald Nałęcz-Tymiński (wcześniej

był zastępcą dowódcy na niszczycielu

ORP Błyskawica).

Jednostkę zbudowano w stoczni Hawthorn

Leslie w miejscowości Hebburn.

Stępkę pod budowę położono 25 maja

1940 r. a wodowanie miało miejsce 23 lipca

1941 r. W końcu kwietnia 1942 r. budowa

okrętu dobiegła końca. Niewielkie różnice

widać było w zainstalowanym pierwotnym


WOJNA NA MORZU

i zachowaniem nie tylko umiejętnie obronił

przydzielone mu obowiązki, ale miał

w dalszych działaniach pod Salerno zawstydzić

brytyjskiego admirała.

Następnego dnia okręty zespołu Force V

o 9:20 opuściły Maltę i przeszły Cieśninę Mesyńską

w alarmie przeciwlotniczym. Późno

w nocy załogi alianckich okrętów dowiedziały

się o kapitulacji Włoch. 9 września okręty

Force V dotarły pod Salerno, rozstawiając się

zmierzającego do Aleksandrii, a następnie do

Tarentu. 7 listopada 1943 r. niszczyciel wszedł

na Maltę, a 10 listopada przewiózł do Palermo

personel Polskiej Misji Morskiej.

11 listopada w akcji z Augusty ORP Ślązak

eskortował konwój zmierzający na zachód

i dwa dni później wpłynął z nim do Algieru.

Od 15 do 21 listopada kmdr Tymiński eskortował

francuski krążownik pomocniczy Ville

d’Oran, który z Algieru do Tarentu przewoził

ORP Ślązak sfotografowany z lotu ptaka. Okręt zmierza do wyznaczonego celu z dużą prędkością. Fot. ze zbiorów W. Góralskiego

w odległości ponad 20-30 Mm od wybrzeża

i zapewniając obronę przeciwlotniczą ważniejszym

jednostkom. Niekiedy pojawiała się

konieczność wsparcia ogniowego oddziałów

lądowych przez poszczególne okręty i polskie

niszczyciele także w tym uczestniczyły.

15 września Ślązak stał się okrętem dowodzącym

nad sześcioma niszczycielami, które

skierowano do Palermo. Podczas żeglugi

przez kanał w Bizercie HMS Farndale uszkodził

dno i wieczorem na jego miejsce przysłano

HMS Atherstone. 16 września zespół udał

się pod Salerno, gdzie miał zapewnić osłonę

przeciwlotniczą operującym tam pancernikom

2. Dywizjonu Force H (HMSS Valiant

i Warspite). To zadanie okazało się wyjątkowo

trudne, bo pancerniki były celem zaciekłych

ataków niemieckich samolotów uzbrojonych

w bomby kierowane radiem (Henschel 293).

Raz jeden z myśliwsko-bombowych Fw-190

próbował też zaskoczyć atakiem Ślązaka, lecz

bomba upadła 60 m od jego burty.

W gorszej sytuacji znalazł się pancernik

HMS Warspite, zaatakowany przez grupę

bombowców Do-217. Mimo zaciekłej obrony

przeciwlotniczej i zdziesiątkowania atakującej

formacji, niektóre z maszyn zdołały zrzucić

dość celnie bomby na pancernik. Jedna bomba

kierowana trafiła bezpośrednio w Warspite,

dwie wybuchły tuż przy kadłubie, co spowodowało

wdarcie się do jego wnętrza 5000 t

wody. Brytyjski okręt zanurzył się głębiej

o ponad 1,5 m. Okręt został jednak uratowany

w dużej mierze dzięki działaniom kmdr. ppor.

Romualda Nałęcza-Tymińskiego. Dowodząc

osłoną pancernika (10 okrętami) w dniach 19-

21 września doprowadził go na Maltę (pancernik

dociągnęły tam dwa holowniki i wszystkim

tym jednostkom okręty Tymińskiego

zapewniły eskortę na trasie) 17 .

Po wykonaniu tego zadania zespół Force

V został rozwiązany (właściwie już 20 września).

Ale polski komandor pozostał dowódcą

zespołu niszczycieli do 23 września, gdy

okręty dotarły do Gibraltaru. Za działania

pod Sycylią i Salerno kmdr ppor. Romuald

Nałęcz-Tymiński został odznaczony Srebrnym

Krzyżem Orderu Virtuti Militari.

Akcje bojowe Ślązaka

do końca 1943 r.

W dniach 25-30 września 1943 r. Ślązak przeszedł

czyszczenie kotłów i remont maszyn

w Algierze. Następnie okręt osłaniał kolejne

konwoje i pojedyncze statki, np. w dniach

16-20 października frachtowiec Empire Chairman.

Wcześniej (w dniach 3-18 października)

niszczyciel patrolował wody zatoki

Neapolitańskiej i Salerniańskiej. 22 października

Ślązak natknął się na czterech rannych

niemieckich lotników z rozbitego w morzu

Ju-88 (jeden z tych uratowanych lotników

był Ślązakiem wcielonym do Luftwaffe).

W ciągu dwóch kolejnych dni okręt przeszedł

krótki remont, a od 25 października kmdr

Nałęcz-Tymiński dowodził eskortą konwoju

na pokładzie wojsko i później wracał z powrotem

tą samą trasą.

O wiele trudniejszą misją okazało się zapewnienie

bezpieczeństwa 40 jednostkom

handlowym konwoju KMF.26. Na trasie osłaniał

go krążownik przeciwlotniczy HMS Colombo,

niszczyciele eskortowe ORP Ślązak

i HMS Catterick, dwa inne brytyjskie niszczyciele,

jeden grecki i cztery amerykańskie.

26 listopada konwój został zaatakowany

przez silne grupy niemieckich bombowców

Do-217 używających (podobnie jak w atakach

na Warspite pod Salerno) bomb kierowanych

Henschel-293. Do ataków dołączyło

później sześć bombowców ciężkich He-177.

Cała formacja konwojowa manewrowała,

prowadząc zaciekły ogień do napastników.

O 16:50 odparto pierwszy nalot i wkrótce następny,

w trzecim o 17:10 część niemieckich

maszyn przedarła się przez osłonę alianckich

myśliwców, lecz ogień zaporowy jednostek

konwoju nie pozwolił Niemcom uzyskać trafień

(jedna z bomb kierowanych uderzyła

w morze niedaleko Ślązaka). Nalot z 17:18

został podobnie odparty, lecz w końcu jeden

z ataków po 17:27 przyniósł niemieckim

lotnikom pojedynczy sukces. Bomba kierowana

trafiła i zatopiła jeden statek o nazwie

59


Źródło fotografii, zbiory Autora, domena publiczna, jeśli nie wskazano inaczej.

Przechodząc w końcu września 1944 r.

do Harwich ORP Ślązak został wcielony

do składu 16. Flotylli Niszczycieli. Stamtąd

(podobnie jak ORP Krakowiak) realizował zadania

patrolowe i eskortowanie konwojów

w rejonie Antwerpii i Ostendy. Raz 16 października

polski niszczyciel towarzyszył niszczycielowi

Garth, na którym podróżował król

Jerzy VI. Konwoje we wschodniej części kanału

La Manche ORP Ślązak eskortował do końca

roku. 31 grudnia wyszedł na patrol wraz

z fregatą HMS Ekins. Dzień później polscy

marynarze byli bliscy sukcesu, bo napotkano

miniaturowy okręt podwodny Seehund,

ale tym razem to HMS Ekins wykonał skuteczny

atak i zatopił go. Oba okręty powróciły

3 stycznia 1945 r. do Harwich. W dalszych

patrolach Ślązak brał udział do 9 lutego. Następnego

dnia skierowano go do remontu,

który trwał aż do 11 maja, czyli do czasu, gdy

zakończyła się wojna w Europie.

Ostatni okres służby

pod biało-czerwoną banderą

Ślązak w okresie powojennym wyruszył

25 maja wraz z ORP Krakowiak do Wilhelmshaven,

gdzie przez wyznaczony czas pilnowano

niemieckie okręty, które tam skapitulowały.

30 czerwca polskie Hunty przeszły do Sheerness,

skąd wykonywały ostatnie patrole

i przeprowadzały statki przez groźne jeszcze

pola minowe. Ślązak zawijał w tym okresie

do takich portów jak Cuxhaven, Rotterdam

i Ostenda. Polacy mieli świadomość, że Ślązaka

i Krakowiaka trzeba będzie zwrócić Brytyjczykom

i ten czas nadszedł 28 września

1946 r. w Harwich, gdzie okręt znajdował się

już od lipca 24 . Bandery PMW na obu polskich

Huntach opuszczono tego dnia, przekazując

jednostki przedstawicielom Royal Navy. Ślązak

otrzymał dawną nazwę HMS Bedale.

W okresie II wojny światowej niszczyciel

eskortowy ORP Ślązak pod polską banderą

pokonał łącznie 104 000 Mm, odbył 111 patroli

i eskortował 104 konwoje. Miał na swoim

koncie najlepszy rekord spośród wszystkich

15

Według M. Twardowskiego i W. Koszeli.

M. Borowiak twierdził, że konwój

zmierzał na Maltę i faktycznie tam dotarł

14 lipca, ale powracając (po wyładunku

sprzętu i wojsk) z Sycylii.

16

Może błędem było nie powiadomienie

artylerzystów transportowców,

że do konwoju dołączą sojusznicze okręty

podwodne.

17

Na wieść o tym kadm. Vianowi musiało

być dość głupio, gdy się dowiedział,

że Polak uratował zasłużony dla Royal

Navy okręt.

18

Na internetowej stronie https://www.

fow.pl w temacie „Zestrzelenia PMW”.

19

Dziwne, ale chyba pomylił datę

walki Luftwaffe z konwojem i zatopienia

statku Rohna, skoro twierdził,

że Ślązak nie zestrzelił nic z tych

ośmiu zgłaszanych maszyn w obronie

konwoju i sugerował, że to był inny

(następny?) dzień!

jednostek PMW walczących z Luftwaffe. Ślązak

zestrzelił 5 samolotów, prawdopodobnie

szósty i uszkodził trzy inne. Zniszczył niemiecki

pojazd szturmowy Neger i wziął do niewoli

jego kierowcę. Uszkodził niemiecki okręt

podwodny U 371 i prawdopodobnie niemiecki

ścigacz. Bardzo skutecznie wspierał własne

wojska w kampaniach pod Dieppe, Sycylią,

Salerno i w Normandii. W trakcie operacji

bojowych na jego pokładzie zginęło 2 polskich

marynarzy i jeden brytyjski, kilkunastu

odniosło rany, ale powracali do służby 25 .

Tak się złożyło, że w przeciwieństwie

do pozostałych polskich Huntów, dawny

ORP Ślązak miał wyjątkowo twardy „morski

żywot”. Z początku pozostawał w rezerwie,

następnie przeklasyfikowano go na fregatę

WOJNA NA MORZU

z numerem burtowym F 126. W Birkenhead

w stoczni Cammell-Laird przebudowano

go w celu wypożyczenia Marynarce Wojennej

Indii. Nastąpiło to 27 kwietnia 1953 r.

Okręt otrzymał nową nazwę Godavari

i otrzymał numer burtowy D 92. Został ostatecznie

zakupiony od Brytyjczyków przez Indie

w 1959 r. i służył jeszcze 20 kolejnych lat!

Dopiero w 1979 r. został zezłomowany.

Dowodzący znakomicie okrętem podczas

wojny jeden z najlepszych oficerów PMW

– kmdr ppor. Romuald Nałęcz-Tymiński (z zamiłowania

sportowiec i żeglarz), po wojnie

długo w randze komandora w stanie spoczynku,

powszechnie lubiany i szanowany,

dożył sędziwego wieku 98 lat. Zanim zmarł

w 2003 r. w Toronto, trzy lata wcześniej prezydent

RP Aleksander Kwaśniewski zdążył

go awansować do stopnia kontradmirała

w stanie spoczynku (decyzja 31 maja 2000 r.

a akt mianowania dowódca Ślązaka odebrał

z rąk prezydenta 15 sierpnia) 26 . Po dzielnym

dowódcy Ślązaka pozostały archiwalne

…Podobną jednostkę zatopiła fregata HMS Ekins (na zdjęciu) na patrolu wraz z ORP Ślązak

na samym początku 1945 r.

20

Mehl zatopił łącznie 4 statki

(26 279 BRT), 2 zniszczył bezpowrotnie

(13 341 BRT), zatopił niszczyciel USS

Bristol, trałowiec HMS Hythe (razem

2286 t) i uzbrojony trawler (545 t). Uszkodził

4 statki (28 072 BRT). Krzyż Rycerski

w 1944 r. przyznawano już bez osiągania

100 000 BRT, a na Morzu Śródziemnym

ceniono szczególnie ataki na silnie bronione

przez eskortę konwoje. U-Boot

został zatopiony 23 kwietnia 1944 r., gdy

dowodził nim por. mar. Horst Arno-Fenski.

Walcząc z eskortą konwoju GUS.38

storpedował i ciężko uszkodził torpedami

akustycznymi amerykański niszczyciel

USS Menges i francuski Sénégalais.

Po walce, która trwała 27 godzin, załoga

U 371 poddała się, zatapiając okręt

na pozycji 37°49’N, 05°39’E. Zginęło

3 Niemców, 50 trafiło do niewoli.

21

W całej operacji „Neptune” w Zatoce

Sekwany brało udział 1213 jednostek

alianckich , w tym 7 pancerników,

2 monitory, 23 krążowniki

i 168 niszczycieli.

22

V. E. Tarrant, Ostatni rok Kriegsmarine.

Maj 1944 – maj 1945, Warszawa 2001, s. 65.

23

Jego kierowca chor. mar. Karl Heinz-

-Potthast został wzięty do niewoli,

bo jego wycofujący się pojazd został

zniszczony przez okręt aliancki.

24

Dowodził nim od 17 kwietnia 1945 r.

kpt. mar. Wacław Fara.

25

Można dodać, że podczas wojny niektórzy

członkowie załogi Ślązaka umierali

również w wyniku wypadków lub

z przyczyn naturalnych (mar. Marek Zyber,

por. lek. Edward Hryniewiecki, mar.

Józef Dębicki). Jeden z członków ORP

Krakowiak (mat Aleks Jemielita) też zmarł

w wyniku tragicznego wypadku na okręcie

we wrześniu 1944 r.

26

Imponująca jest także liczba odznaczeń

przyznanych kadm. Nałęcz-Tymińskiemu

nagrania ze wspomnieniami z działań wojennych

(np. walki pod Dieppe), jak również

opublikowane wspomnienia w wersji

książkowej 27 . Jego prochy sprowadzono

do kraju i spoczęły na Cmentarzu Marynarki

Wojennej w Gdyni. •

za zasługi wojenne (zarówno polskie, jak

również brytyjskie i francuskie); Krzyż

Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari,

Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia

Polski, Krzyż Walecznych (trzykrotnie),

Medal Morski (trzykrotnie), Złoty Krzyż

Zasługi, Srebrny Krzyż Zasługi, Krzyż

Kampanii Wrześniowej 1939, Krzyż Czynu

Bojowego Sił Zbrojnych na Zachodzie,

Brązowy Medal za Długoletnią Służbę,

Złota Odznaka Stowarzyszenia Marynarki

Wojennej, Order Imperium Brytyjskiego,

brytyjski Krzyż Wybitnej Służby,

Gwiazda za Wojnę 1939-1945, Gwiazda

Atlantyku z klamrą „France and Germany”,

Gwiazda Italii, Medal Obrony, Medal

Wojny 1939-1945, Medal Koronacyjny

Królowej Elżbiety II, francuski Medal Pamiątkowy

za Wojnę 1939-1945, pakistański

Medal Upamiętnienia Republiki.

27

R. Tymiński-Nałęcz, Żagle staw – Banderę

spuść!, Gdynia 1999.

65


WOJNA W POWIETRZU

Marek J. Murawski

4

Luftwaffe w Obronie Rzeszy.

Działania dzienne: październik–grudzień 1943

66

Udane operacje lotnicze

przeprowadzone przez strategiczne

samoloty bombowe

8. USAAF w pierwszym tygodniu

października 1943 r.

ośmieliły amerykańskich

sztabowców do przeprowadzenia

kolejnych operacji

w głębi Rzeszy.

Po południu 8 października 1943 r. Amerykanie

przeprowadzili dwie operacje

lotnicze, w pierwszej z nich celem były

stocznie, zakłady przemysłowe oraz centrum

miasta Bremen (Brema). Udział wzięły w niej

344 samoloty bombowe B-17 eskortowane

przez 274 myśliwce P-47, a w drugiej przeprowadzonej

niecałe dwie godziny później

55 bombowców B-24 miało zbombardować

stocznię Vulkan-Werft w Vogesack.

Jako pierwszy do walki z nadlatującymi

bombowcami włączył się II./JG 3 wyposażony

w Messerschmitty Bf 109 G, co opisał

w swoim raporcie Lt. Franz Ruhl z 4./JG 3:

Zgodnie z rozkazem rozglądaliśmy się

za osłoną myśliwską. Ponieważ nigdzie ich nie

widziałem zaatakowałem na czele mojego roju

ostatnią w szyku formację około 75 samolotów

Boeing Fortress II. Podczas naszego pierwszego

ataku cała formacja bombowców wykonała

zwrot o 25 stopni w prawo, przez co moglibyśmy

zaatakować je wyłącznie z boku. Dlatego

też przerwałem atak, wyprzedziłem je raz jeszcze

i tym razem zaatakowałem je bezpośrednio

od czoła. Trafiłem jednego B-17 z prawej formacji,

lewego klucza w jego lewy wewnętrzny

silnik, skrzydło oraz kadłub. Przelatując przez

szyk formacji zdołałem dostrzec jeszcze odrywające

się łopaty śmigła oraz części silnika,

a następnie zaatakowałem trzecią formację

trafiając dwa kolejne B-17 w kadłub i skrzydła.

Bombowce leciały w trzech formacjach, pierwsza

i trzecia mniej więcej na tej samej wysokości

około 9200 m prawie, że jedna za drugą,

a druga formacja znajdowała się z boku około

500 m powyżej. Podczas ponownego wyprzedzania

bombowców zauważyłem, że celnie

trafiona przeze mnie B-17 odłącza się od szyku

ciągnąc za sobą białą smugę. 1

Latająca Forteca spadła na ziemię na południowy

zachód od Groningen, podczas tego

starcia zestrzelona została jeszcze jedna B-17

oraz jeden P-47, II./JG 3 straciła dwa samoloty

i jednego zabitego pilota. Chwilę później

do walki włączył się I./JG 3, ale tym razem

Niemcy zostali zatrzymani przez P-47 eskorty

zgłaszając jedno zestrzelenie przy stracie jednego

samolotu wraz z pilotem.

O 15:15 powracająca po dokonaniu nalotu

grupa 30 B-17, do których wkrótce dołączyła

eskorta myśliwców P-47 zaatakowana została

przez Fw 190 z I./JG 11, którymi tymczasowo

dowodził Oblt. Erich Hondt. Walka u wybrzeży

Holandii okazała się kosztowna, wprawdzie

dywizjon zgłosił zestrzelenie trzech B-17, ale

stracił trzy samoloty i dwóch pilotów zabitych,

a sam Oblt. Erich Hondt został ciężko ranny,

co tak opisał w swoim pamiętniku:

Zostaliśmy naprowadzeni nad morzem

na nieprzyjacielską formację i w pobliżu brzegów

Holandii, jako pierwszy, nawiązałem z nią

kontakt wzrokowy. Z głośnym: Naprzód! Ruszyłem

w dół na czele mojej eskadry atakując

nieprzyjaciela od czoła z przewagą wysokości

około 1500 m. Formacja wroga liczyła około

50 maszyn, które leciały prawie, że jedna

za drugą. Naliczyłem pięć takich formacji. Otworzyłem

ogień do Boeinga lecącego w pierwszej

formacji, przeleciałem poprzez szyk drugiej

i wziąłem na celownik bombowiec z trzeciej

formacji. Kiedy znajdowałem się pośrodku formacji

nieprzyjaciela rozległ się huk, a pocisk

wyrwał mi drążek sterowy z dłoni. Palce wisiały

mi bezwładnie i broczyły krwią, moje dłonie

były już bezużyteczne. Jednocześnie otrzymałem

potężne uderzenie w szczękę. Ogarnęła

mnie bezgraniczna wściekłość, ponieważ nie

mogłem już prowadzić ognia. Boeing, do którego

celowałem wyrósł do olbrzymich rozmiarów

w siatce celownika. Po krótkim namyśle położyłem

samolot na prawe skrzydło i lewym skrzydłem

staranowałem bombowiec pomiędzy jego

obydwoma lewymi silnikami. Nastąpiło potworne

zderzenie, głową uderzyłem w tablicę

przyrządów, nic nie widziałem. Jednocześnie

mój samolot z wyjącym silnikiem zaczął kręcić

zwitki korkociągu, po chwili spod osłony silnika

zaczęły wydobywać się płomienie. Skakać,

skakać – dudniło mi w głowie. Spróbowałem

odpiąć klamrę pasów, jednak palce nie chciały

mnie słuchać! Spróbowałem raz jeszcze, ale

znowu się nie udało! W międzyczasie zauważyłem,

że płomienie już przepaliły moje spodnie


WOJNA W POWIETRZU

80

Dowódca 7./JG 11, Oblt. Hugo Frey pozuje do zdjęcia z pilotami eskadry na tle swojego Bf 109 G-6,

„biała 1”; koniec listopada 1943 r.

udział 546 bombowców oraz 491 myśliwców

eskortowych. O 11:45 nad Delmenhorst zgrupowanie

Boeingów zaatakowały maszyny

należące do I./JG 1. Niemcy zestrzelili cztery

Fortece. Sami stracili jednego pilota zabitego

i jednego rannego. Kilkanaście minut później

Amerykanie zaatakowani zostali przez myśliwce

z II./JG 1 i stracili dwa kolejne Boeingi.

Sporego pecha mieli piloci Stabsstaffel

JG 11. Pod nieobecność dowódcy w powietrze

wzniosły się cztery Messerschmitty

ze Stab/JG 11, które prowadził Ofw. Carius.

Nad Assen rój sztabowy zaskoczony został

przez dużą grupę P-47 i stracił trzy samoloty.

Zginął Ofw. Erich Carius, natomiast Uffz.

Alfred Pfeffer został ranny. Bezpośrednio

nad Bremen eskortę amerykańskich bombowców

zaatakował II./JG 11, którego piloci

zestrzelili trzy myśliwce amerykańskie:

Hptm. Specht jednego P-51, Fw. Wennekers

jednego P-47, a Fw. Schneider jednego P-38.

Straty dywizjonu wyniosły dwóch zabitych

pilotów. W chwilę później do walki przyłączyli

się piloci III./JG 11. Podczas kilkunastominutowego

starcia udało im się zestrzelić

cztery bombowce i dwa myśliwce USAAF.

Dywizjon poniósł jednak wyjątkowo bolesną

stratę, Lt. Ernst Süß po strąceniu Mustanga,

który był jego 68 ofiarą, sam został zestrzelony

przez inny myśliwiec amerykański i musiał

wyskoczyć na spadochronie. Zanim zdołał

bezpiecznie wylądować został bestialsko

rozstrzelany w powietrzu przez amerykańskie

myśliwce. Tego typu zbrodnicze praktyki

pilotów myśliwskich USAAF miały stać się

w nadchodzących miesiącach niechlubnym

standardem ich postępowania.

Również pozostałe biorące udział w walkach

dywizjony myśliwskie Luftwaffe osiągnęły

tego dnia spore sukcesy: III./JG 26 zgłosił

zestrzelenie 5 B-17, II./JG 27 zgłosił zestrzelenie

1 B-17 i 2 B-24, a III./JG 54 zestrzelenie

5 B-17, 1 P-51 i 1 P-38. Piloci niszczycieli

z ZG 26 i ZG 76 zgłosili wprawdzie strącenie

5 bombowców, ale sami stracili 8 maszyn.

Faktyczne straty amerykańskie pokrywały się

praktycznie z niemieckimi zgłoszeniami i wyniosły

30 bombowców zniszczonych (24 B-17

i 6 B-24) oraz 247 uszkodzonych (213 B-17

i 34 B-24). Zginęło 9 lotników, 270 zaginęło,

a 41 odniosło rany. Amerykanie stracili też

3 myśliwce P-47 oraz 4 P-51, a także 5 zaginionych

i jednego rannego pilota. Straty Luftwaffe

to 21 samolotów zniszczonych, 16 zabitych

i 8 rannych lotników.

22 grudnia celem 574 bombowców

osłanianych przez 516 myśliwców były

miasta Münster i Osnabrück. Około 14:00

samoloty I./JG 1 napotkały w rejonie Osnabrück

bombowce należące do 1st i 2nd BD

otoczone przez liczne myśliwce eskorty.

W czasie trwającej kilkanaście minut walki

Niemcy, bez strat własnych, zestrzelili

po jednym P-38, B-17 i B-24 oraz zanotowali

Herausschuß B-17.

Zupełnie inny przebieg miała walka dwunastu

Fw 190 należących do II./JG 1, które

o 13:10, na południe od Rheine, zaatakowały

dużą formację amerykańską złożoną z kilku

„Combat box” osłanianych przez przeszło

150 myśliwców eskortowych. Dziesięciokrotna

przewaga liczebna Amerykanów

nie pozwoliła Niemcom na zaatakowanie

bombowców. Focke-Wulfy związane zostały

walką przez P-38 i poniosły znaczne straty.

Myśliwce USAAF zestrzeliły samolot, który

pilotował Fw. Lehmann. Niemiec zdołał bezpiecznie

opuścić maszynę skacząc na spadochronie.

Podczas wykonywania uniku dowódca

6. Staffel, Hptm. Harry Koch, zderzył

się ze swoim bocznym Uffz. Mietho. Koch poniósł

śmierć, jego boczny miał więcej szczęścia

i uratował się skokiem na spadochronie.

Jedynym sukcesem w tej walce było zestrzelenie

P-38 przez Fw. Pfingsta z 8./JG 1.

Bf 109 G z III./JG 1 oraz II./JG 3 związały

walką osłonę myśliwską zestrzeliwując 2 P-38

i 1 P-47. Piloci JG 11 uzyskali trzy zwycięstwa

powietrzne. Fw. Weigand zestrzelił bombowiec

B-24, a Hptm. Specht i Fw. Wennekers

po jednym myśliwcu P-47. Dotkliwą stratę

zanotowała 6. Staffel, która straciła swoje dowódcę,

nad Drente zginął zestrzelony przez

P-47 Hptm. Egon Falkensamer.

Dowódca dywizjonu II./JG 11, Hptm. Günther Specht w kabinie swojego Bf 109 G-5 w grudniu 1943 r.

na lotnisku Plantlünne.

Pozostałe jednostki myśliwskie Luftwaffe

zgłosiły zestrzelenie 6 bombowców i 3 myśliwców

eskortowych. Piloci niszczycieli

z ZG 26 zgłosili wprawdzie 12 posłanych

do ziemi bombowców, ale straty własne ponownie

okazały się znaczące i wyniosły 8 samolotów,

w tym 5 Bf 110 i 3 Me 410.

Łącznie straty 8. USAAF zamknęły się liczbą

10 zniszczonych samolotów bombowych

B-17, 15 zniszczonych bombowców B-24

oraz 50 uszkodzonych B-17 i 11 uszkodzonych

B-24. Zginęło 6 lotników, 210 uznano

za zaginionych, a 14 odniosło rany. Dodatkowo

Amerykanie stracili cztery myśliwce:

2 P-47 i 2 P-38, wszyscy ich piloci zaginęli.

Luftwaffe straciła 18 samolotów oraz 12 zabitych

i 8 rannych lotników.

Ostatnia operacja 8. USAAF w 1943 r.

przeciwko celom położonym na terytorium

Rzeszy miała miejsce 30 grudnia. Obiektem

uderzenia 710 bombowców eskortowanych

przez 583 myśliwce była fabryka chemiczna

IG Farben w Ludwigshafen. Z uwagi na całkowite

zachmurzenie nad terytorium Rzeszy

do walki wystartowały wyłącznie myśliwce

Luftwaffe bazujące na terytorium Belgii


Jędrzej Korbal

2

Manewry wołyńskie 1938

Tradycja vs nowoczesność

82

Rozegrane na Wołyniu, między 15 a 18 września 1938 r., manewry

międzydywizyjne były największym tego typu przedsięwzięciem

zorganizowanym przez WP w okresie międzywojennym.

Na obszarze między Łuckiem a Równem zgromadzono ponad

73 000 żołnierzy, 20 500 koni oraz nie mniej niż 1000 pojazdów

mechanicznych. Przedstawiony w pierwszej części artykułu

przebieg ćwiczenia stał się tematem szczegółowego omówienia

przygotowanego nie tylko przez Inspektora Armii gen. dyw.

Kazimierza Fabrycego, ale również obserwującego zmagania

„niebieskich” i „czerwonych” Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych

marsz. Edwarda Śmigłego-Rydza.

Prace nad liczącym 110 stron sprawozdaniem

dotyczącym przebiegu wołyńskiego

ćwiczenia zakończono w marcu

1939 roku. Wydane w 33 numerowanych

egzemplarzach opracowanie rozesłano następnie

do wybranych wielkich jednostek

oraz centralnych organów kierowania armią.

W części pierwszej zrelacjonowano przebieg

działań. Część druga zawierała wartościowe

informacje dotyczące oceny pracy polowej

poszczególnych broni i służb. Na końcu

sprawozdania omówiono natomiast realizowane

pod nadzorem kierownika ćwiczenia

gen. dyw. Stanisława Burchardt-Bukackiego

zagadnienia specjalne. Warto dodać, że cennym

i zachowanym do dziś załącznikiem

są szkice sytuacyjne przedstawiające położenie

walczących stron, które prezentujemy

w ramach niniejszego artykułu.

Piechota

Pisząc o królowej wszystkich broni stwierdzano

krótko, że zachowanie bojowe piechurów

w trakcie manewrów było na ogół dobre.

Sprawność w wykorzystywaniu terenu czy

posuwaniu się na przełaj poza drogami stanowiły

dowód na wyraźne postępy poczynione

w ramach wewnętrznego szkolenia

jednostek. Jako dużą oceniono wytrzymałość

marszową strzelców oraz ich wielką odporność

na trudy nawet w okresach wzmożonego

wysiłku. Szczególnie zaznaczyło się

to w 13. DP, gdzie pomimo ciągłych przegrupowań,

zwłaszcza w okresie 17-18 września,

zdolność bojowa tej wielkiej jednostki „czerwonych”

przedstawiała się dobrze. Jako ogólny

błąd w użyciu broni maszynowej wykazywano

regularne prowadzenie ognia tylko

z otwartych stanowisk. Nawet w obronie piechota

niechętnie stosowała ogień z ukrycia,

jak również niechętnie używała ześrodkowań

ognia ciężkiej broni maszynowej. Rozjemcy

i obserwatorzy odnotowywali, że sytuacje

tego typu powtarzały się regularnie pomimo

nadarzających się okazji do wykorzystania

ukrycia. Wśród kolejnych ogólnych

wniosków wskazywano na brak wyrobienia

w użyciu plutonu karabinów maszynowych

na taczankach. Niewiele lepiej sytuacja miała

się w kwestii użycia armat przeciwpancernych

Bofors wz. 36, gdzie widoczne były

nadal zasadnicze błędy w pracy działonów

– efekt niekompletnego wyszkolenia i braku

praktycznego obycia ze sprzętem w terenie.

Najbardziej rzucały się w oczy nieumiejętny

wybór stanowisk, brak krycia i maskowania

sprzętu nawet wtedy, kiedy zajmowano stanowiska

wyczekiwania. W tych warunkach

większość nowoczesnego i skutecznego

sprzętu przeciwpancernego, który systematycznie

wprowadzano do jednostek, mogła

być łatwo wykryta. W najmniej sprzyjających

sytuacjach działony armat 37 mm były

wykrywane i niszczone zanim nadarzyła się

okazja ich użycia w walce.

Nie więc dziwnego, że Inspektor Armii,

gen. Fabrycy, odnotowywał w sprawozdaniu

liczne niedociągnięcia w organizacji obrony

stwierdzone przede wszystkim na przedmościach

w Dubnie, Młynowie i Łucku („niebiescy”).

Uwagi dotyczyły zarówno samego

ugrupowania (zbyt płytkie urzutowanie, zła


II RZECZPOSPOLITA

Manewry wołyńskie zgrupowały bardzo liczne,

jak na pokojowe warunki funkcjonowania WP, siły.

W szczytowym okresie działań między Łuckiem

a Równem ćwiczyło ponad 73 000 żołnierzy.

organizacja ubezpieczenia) jak również rozmieszczenia

i sposobu użycia broni maszynowej.

Widoczny był również brak zrozumienia

zasad maskowania sprzętu na postoju

i w ruchu. W natarciu błędem najczęściej występującym,

był brak koordynacji wysiłków.

Uwaga powyższa nie odnosiła się jedynie

do piechurów, ale również do pozostałych

broni. W skali całych ćwiczeń nikła współpraca

między wielkimi jednostkami przesądziła

o wyniku zmagań. Organizacja natarć przez

13. DP na przedmościa w Łucku i Czeknie

(„czerwoni”), natarcie „niebieskiej” 3. DP

na oddziały 10. Bryg.Panc.Mot. (10. BK, RBP-

-M), wskutek braku skoordynowanego działania

nie osiągnęły sukcesu. Rozpoznanie

na szczeblu wielkiej jednostki dysponowano

na ogół prawidłowo, w wykonaniu jednak

prowadzono je po drogach i od czoła, w wyniku

czego nie uzyskiwano oczekiwanych

rezultatów. Jak opisano w jednym z poprzednich

artykułów autora w trakcie ćwiczebnych

zmagań na Wołyniu 21. DP używała sieci

patroli, wysyłanych na tyły nieprzyjaciela

(studia w ramach prac inspektorskich gen.

dyw. Stanisława Dąb-Biernackiego). Te niewielkie

oddziały rozpoznawcze zaopatrzono

w stacje N2, lub mniejsze i będące jeszcze

w trakcie badań radiowe zestawy nadawczo-

-odbiorcze typu N3. Praca tych patroli okazała

się pożyteczną, co wybrzmiewało pozytywnie

na tle niedostatecznie ocenionego

rozpoznania bojowego.

Kawaleria

W działaniach kawalerii powtarzał się, zwłaszcza

po stronie „niebieskiej”, błąd dowodzenia

kawalerią od tyłu. Przyczyną tego niekorzystnego

zjawiska była nieodpowiednia orientacja

w sytuacji własnej i nieprzyjaciela oraz rezultaty

nieskoordynowanych działań między

poszczególnymi wielkimi jednostkami. Zadania

wydawane były najczęściej sztywno, nastawione

według punktów terenowych, a nie

w stosunku do rzeczywistej sytuacji na polu

walki. W ten sposób częstym zjawiskiem

były zmiany już wydanych zadań i rozkazów,

co przy ograniczonej łączności i braku współpracy

dawało określone i negatywne efekty.

Brak stałej łączności pomiędzy dowódcą

wielkiej jednostki, a oddziałami w polu

utrudniał nie tylko podejmowanie decyzji

przez dowódcę ale i uniemożliwiał dokładne

ustalenie sytuacji. Niedociągnięcia tego rodzaju

stwierdzone zostały przede wszystkim

w oddziałach 5. DK w nocy z 15 na 16 września.

Braki w rozpoznaniu i ubezpieczeniu powodowały

często powolne tempo działania,

a nawet bierność.

Niejednokrotnie oddziały stały naprzeciw

siebie przez dłuższy czas nie decydując się

na żadną akcję. U podstaw owej wstrzemięźliwości

w działaniu leżało przede wszystkim

nieuzyskiwanie należytej wiedzy o siłach

przeciwnika i niepełna ocena jego sprawności.

Zbyt często też używano dużych oddziałów

rozpoznawczych bez uzasadnionych

powodów lub w nieodpowiednim dla specyfiki

ich pracy terenie. W natarciu występował

brak należytego wsparcia ogniem artylerii

z powodu niedostatecznego przygotowania

organizacji natarcia. W obronie dowódcy nie

określali wyraźnie przedniego zarysu głównej

linii oporu. Efekt? Na przedmościu Czekno

oddziały nie mając wyraźnie powiedziane

gdzie mają się bronić, opuściły kluczowe dla

obrony wzgórze na południe od wsi Krypa

Graniczna. Ogólnie względem kawalerii

stwierdzano, że ubezpieczenie tak w marszu,

jak i na postoju jest słabe. Rozmieszczenie

i ukrycie koniowodnych często – niedostateczne.

Podobnie jak w przypadku zmotoryzowanej

10. BK, także i konne oddziały,

utrzymywały swoje konie za blisko pierwszej

linii i dodatkowo w zbyt dużych skupieniach.

Podobnie jak miało to miejsce w piechocie

stwierdzono wiele wypadków złego wyboru

stanowisk dla ckm i armat ppanc. Duże braki

widoczne były również w formie i intensywności

meldowania. Pododdziały obu walczących

stron składały wiele niedokładnych

meldunków, często zapominając o konieczności

przedstawienia wyższemu dowódcy

własnej sytuacji. Obserwatorzy wskazywali

na mało staranną pracę, dążenie do przekazywania

meldunków szybko bez zachowania

należytej pewności.

Artyleria

Duża ilość artylerii oraz różnorodność zaangażowanego

podczas manewrów wołyńskich

sprzętu dały możność wszechstronnego

przestudiowania działania tej broni

w różnych fazach boju. Dzięki obfitemu wykorzystaniu

baterii różnych kalibrów możliwe

stało się określenie celowości zastosowanej

organizacji dowodzenia. Doświadczenia

z ćwiczenia odnoszono zarówno do ogólnego

użycia jak i organizacji artylerii w ramach

dywizji czy grupy operacyjnej. Co do działania

zgrupowania artylerii na wyższym

szczeblu, nasuwały się uwagi dotyczące organizacji

zwalczania artylerii nieprzyjacielskiej

przez artylerię I. Grupy Operacyjnej „niebieskiej”

w czasie marszu ubezpieczonego

17 września, tj. po wyruszeniu z przedmości

w Dubnie i Młynowie w kierunku północnym.

Pomimo zaistniałej możliwości, zwalczanie

artylerii nie było przez Grupę Operacyjną

zorganizowane.

Rozporządzając pełnym potrzebnym

instrumentarium, a więc: dyonem artylerii

ciężkiej, eskadrą obserwacyjną i kompanią

balonową, można było nakazać zwalczanie

artylerii dowódcy dyonu artylerii ciężkiej

Grupy Operacyjnej już z chwilą zawiązywania

się boju. W dniu 18 września dowódca

artylerii mógł odciążyć dowódców artylerii

dywizyjnej od obowiązku zwalczania

artylerii, organizując pod dowództwem

ww. dyonu dyspozycyjnego zgrupowanie

złożone z przedmiotowej jednostki oraz dodatkowych

baterii armat 105 mm z dyonów

dywizyjnych. Tak stworzone zgrupowanie

W ocenie marsz. Śmigłego-Rydza 10. BK nie wykazała szybkości ruchu i została źle zadysponowana.

Jej celem powinno być jak najszybsze wyjście na tyły 5. DK i jej „poturbowanie”.

należało w pierwszym rzędzie wykorzystać

do zwalczania baterii nieprzyjacielskich.

Oceniano, że przy takiej organizacji zwalczanie

artylerii wroga byłoby znacznie skuteczniejsze,

gdyż grupa rozporządzała dostatecznymi

środkami obserwacji (jw.), a dowódcy

artylerii dywizyjnej byliby zwolnieni od tego

obowiązku i mogliby skuteczniej zapewnić

wsparcie nacierającej piechocie. Po stronie

„czerwonej” użycie dyonu artylerii najcięższej

w natarciu na przedmoście łuckie 16 września

nie było właściwym (brak umocnień wymagających

tego kalibru). Dopiero w czasie

przełamywania obrony małego przedmościa

użycie tego dyonu byłoby celowe. Таk samo

rejon stanowisk odległy o 9 km od przedniego

skraju przedmościa, powodował strzelanie

na krańcowych donośnościach. W tej

sytuacji koniecznym było przydzielenie dla

dyonu artylerii najcięższej balonu, gdyż teren

nie pozwalał na dobre zorganizowanie

obserwacji naziemnej.

Idąc dalej w sprawozdaniu odnotowywano,

że dowódcy wielkich jednostek kawalerii

83


N O W A P R E N U M E R A T A 2 0 2 6

Z A M Ó W P R E N U M E R A T Ę P A P I E R O W Ą I U Z Y S K A J

D O S T Ę P D O E - W Y D A Ń A R C H I W A L N Y C H

Wojsko i Technika

Prenumerata roczna: 288 zł | 12 numerów

Obejmuje numery od 1/2026 do numeru 12/2026.

Lotnictwo Aviation International

Prenumerata roczna: 276 zł | 12 numerów

Obejmuje numery od 1/2026 do numeru 12/2026.

Wojsko i Technika Historia

+ numery specjalne (6+6)

Prenumerata roczna: 336 zł | 12 numerów

Obejmuje 6 numerów regularnych i 6 numerów

specjalnych wydawanych w 2026 roku.

Prenumeratę zamów najpóźniej do końca lutego 2026 r. na naszej stronie internetowej www.zbiam.pl

lub dokonaj wpłaty na konto bankowe nr 70 1240 6159 1111 0010 6393 2976

Hooray! Your file is uploaded and ready to be published.

Saved successfully!

Ooh no, something went wrong!