25.06.2026 Views

POST_SCRIPTUM_2_2026_33

POST SCRIPTUM 33 – Niezależny Kwartalnik Literacko-Artystyczny tworzony przez polsko-brytyjski zespół. W tym numerze m.in.: Gość specjalny prof. Tadeusz Sławek, Życie i dzieło Ewy Pohoskiej w eseju prof. Izoldy Kiec, Szczepan Sadurski, wywiad z Jarosławem Kukowskim, Hockney w Serpentine Gallery, Nigeryjski Modernizm, Małe muzeum poezji w Piacenzy, Gruppa Siedem.

POST SCRIPTUM 33 – Niezależny Kwartalnik Literacko-Artystyczny tworzony przez polsko-brytyjski zespół. W tym numerze m.in.: Gość specjalny prof. Tadeusz Sławek, Życie i dzieło Ewy Pohoskiej w eseju prof. Izoldy Kiec, Szczepan Sadurski, wywiad z Jarosławem Kukowskim, Hockney w Serpentine Gallery, Nigeryjski Modernizm, Małe muzeum poezji w Piacenzy, Gruppa Siedem.

SHOW MORE
SHOW LESS

Transform your PDFs into Flipbooks and boost your revenue!

Leverage SEO-optimized Flipbooks, powerful backlinks, and multimedia content to professionally showcase your products and significantly increase your reach.

ISSN 2633-1292

POST

NIEZALEŻNY KWARTALNIK

LITERACKO-ARTYSTYCZNY

SCRIPTUM

P R O Z A P O E Z J A P U B L I C Y S T Y K A S Z T U K I W I Z U A L N E

SZCZEPAN SADURSKI

Architekt Uśmiechu i Filozof Kreski

2/2026 (33)

WSZYSCY JESTEŚMY ARTYSTAMI

JAROSŁAW KUKOWSKI

CZŁOWIEK ZAGUBIONY W SOBIE

EGON SCHIELE

PICCOLO MUSEO DELLA POESIA

Małe Muzeum Poezji w Piacenzy

GRUPPA SIEDEM

i ALBUM POLSKIEGO MALARSTWA

SZTUKA NAS OCALI

PROF. TADEUSZ SŁAWEK

HOCKNEYA ROK W NORMANDII

ODZYSKIWANIE TOŻSAMOŚCI

Nigeryjski Modernizm w Tate Modern

Gość specjalny

KĘSY SZLACHETNE ALBO CHWILKI

ŻYCIE I DZIEŁO EWY POHOSKIEJ

Prof. Izolda Kiec

www.postscriptum.uk

www.postscriptumfundacja.com

fb: post scriptum

1

POST SCRIPTUM


WERSJA ELEKTRONICZNA DO POBRANIA ZA DARMO:

https://www.yumpu.com/user/postscriptum.mag

DRUK NA ŻYCZENIE: 29,99 zł

ZAMÓWIENIA BEZPOŚREDNIO W DRUKARNI:

https://www.wyczerpane.pl/wydawnictwo-post-scriptum,dBA-0io.html

Prawa do indywidualnych utworów pozostają przy twórcach.

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych

i zastrzega sobie prawo do redagowania tekstów.

FUNDACJA WSPIERANIA KULTURY „POST SCRIPTUM”

05-092 Łomianki

ul. STANISŁAWA STASZICA 14/5,

KRS 0000908539

NIP 1182225810,

e-mail: biuro@postscriptumfundacja.com

www.postscriptum.uk postscriptum.mag@gmail.com fb: post scriptum redakcja@postscriptum.uk

SPIS TREŚCI:

inne sztuki wizualne poezja PROZA

3 Sztuka nas ocali – wywiad z prof. TADEUSZEM SŁAWKIEM – Marek Cygan

33 Kęsy szlachetne albo chwilki. Życie i dzieło Ewy Pohoskiej – esej – prof. Izolda Kiec

41 Wywiad z ELŻBIETĄ GRABOSZ – Wanda Dusia Stańczak

51 DOPISKI DO ŻYCIA – Niechęć – Dominika Caddick

55 Pośród kwitnących drzew – esej – Renata Szpunar

65 PRZEZ PERYSKOP – Wprost ze Stolicy – Juliusz Wątroba

79 Siedem twarzy Sergiusza Piaseckiego – wywiad z IWONĄ GOLIŃSKĄ – Ada Johnson

84 Współczesna Sztuka Polska – felieton – Róża Wigeland

85 Krzysztof T. Dąbrowski – DRABBLE

89 SIÓDME WYMIERANIE – Rycerz cnoty i inne patologie – Bo Jaroszek

91 Robert Knapik – ANNA KIEDRZYNEK, EMILIA DŁUŻEWSKA – recenzja

105 Przystanek wiecznej mżawki – Opowiadanie – LECH BRYWCZYŃSKI

19 Poezja polecana – URSZULA MĄDRZYK

26 WANDA DUSIA STAŃCZAK – wiersz

53 BEATA MAŁGORZATA MONIUSZKO – wiersze

59 KĄCIK SATYRYCZNY

63 MAREK PORĄBKA – wiersze

69 MAŁGORZATA GAJEWSKA– wiersze

77 JULIUSZ WĄTROBA – aforyzmy

99 ALEKSANDRA MIKLAS – wiersze

103 SŁAWOMIRA LĘGA – wiersze

109 Wysokie Rejestry – KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI

111 Należne miejsce – recenzja tomu IZABELI ZUBKO – Jerzy Stasiewicz

9 Półżartem półserio – wywiad z JAROSŁAWEM KUKOWSKIM – Dominika Caddick

21 GRUPPA SIEDEM i Album Polskiego Malarstwa – Izabela Winiewicz-Cybulska

27 SZCZEPAN SADURSKI – Architekt uśmiechu i filozof Kreski – Renata Cygan

43 NIGERYJSKI MODERNIZM – relacja z wystawy w Tate Modern – Renata Cygan

71 Relacja z wystawy EGONA SCHIELEGO – Daniel Wójtowicz

94 HOCKNEY w Serpentine Gallery – relacja – Róża Wigeland

61 Baletowe Requiem – relacja – Beata Anna Symołon

95 Małe muzeum poezji – wywiad z SABRINĄ DE CANIO – Agnieszka Herman

101 Hanka i Anka – wywiad z ANNĄ MARIĄ ADAMIAK – Wanda Dusia Stańczak

ZESPÓŁ REDAKCYJNY:

Redaktor naczelna: Renata Cygan. Zastępczynie redaktor naczelnej: Joanna Nordyńska i Katarzyna Brus-Sawczuk

Sekretarz redakcji: Jacek Jaszczyk

Redaktorzy: Juliusz Wątroba, Anna Maruszeczko, Izolda Kiec, Wanda Dusia Stańczak, Renata Szpunar, Robert Knapik, Agnieszka Herman,

Bo Jaroszek, Daniel Wójtowicz, Beata Anna Symołon, Dominika Caddick, Ada Johnson i Róża Wigeland

Goscinnie: Marek Cygan, Izabela Winiewicz-Cybulska, Jerzy Stasiewicz

1

Korekta: Aleksandra Krasińska, Dominika Paluch, Małgorzata Nowak, Anita Żelazowska

Rysunek satyryczny: Jarosław Janowski i Szczepan Sadurski. Tłumaczenia z języka angielskiego: Renata Cygan

POST SCRIPTUM Skład, łamanie i opracowanie graficzne: Renata Cygan


Na okładce:

obraz

Jarosława Kukowskiego

W

mediach rozgorzała dyskusja o artystach. Czy coś im się należy? Czy społeczeństwo jest

im cokolwiek winne? Przecież sami wybrali swoją drogę, niech więc mierzą się z konsekwencjami

własnych decyzji – jakże łatwo przychodzi nam osądzać tych, którzy próbują dostrzec

więcej. Padają ciężkie słowa, a naród nieustannie się dzieli… Bo tak już z nami jest: gdy tylko pojawia

się przestrzeń do sporu, chwytamy za szabelki. A artyści? Naznaczeni talentem niewątpliwie będą robić

swoje – taka ich rola, takie powołanie, żeby nie powiedzieć: taki los. Los, który jednak można nieco

rozświetlić, by potem móc grzać się w jego blasku.

Język polski coraz częściej przypomina wędrowca, który pomylił drogę. Dawno zboczył z właściwych

ścieżek i wszedł na tory prowadzące nie wiadomo dokąd. Z dnia na dzień staje się uboższy, bardziej

pospieszny, bardziej hałaśliwy. Gubimy słowa, a wraz z nimi znaczenia. Coraz chętniej wybieramy obrazy

zamiast zdań, skróty zamiast myśli, migające ekrany zamiast refleksji. W epoce rolek i krótkich klipów

pismo zamienia się w ruchomy obraz, a obraz coraz rzadziej prowadzi do zadawania pytań.

WSTĘPNIAK

O języku, kulturze i odpowiedzialności za słowo rozmawiamy z profesorem Tadeuszem Sławkiem – jednym

z najwybitniejszych współczesnych humanistów. Podkreśla on znaczenie rozmowy, przypomina, że

przy pomocy języka konstruujemy świat. W czasach, gdy tak wiele słów traci znaczenie, warto przy tej

myśli zatrzymać się na dłużej.

Przywracamy pamięć o Ewie Pohoskiej – pisarce, której życie i twórczość splatały się z poszukiwaniem

piękna. Jak zauważa prof. Izolda Kiec, jej wybory dyktowały sztuka, humanizm i szczególny rodzaj wrażliwości,

której dziś tak bardzo nam potrzeba.

Renata Szpunar w eseju Pośród kwitnących drzew pyta, czy sztuka jest jedynie piękną iluzją, czy może

właśnie ona najpełniej odsłania prawdę o ludzkiej egzystencji.

O tym, że sztuka potrafi przywracać głos tym, którym go na przestrzeni dziejów odebrano, przypomina

również historia nigeryjskiego modernizmu – opowieść o odzyskiwaniu pamięci, tożsamości i własnego

miejsca w świecie.

Zapraszam Państwa do podróży przez ten numer. Do spotkania z niepokornym malarstwem

Egona Schielego, z ocalającą ślady historii literaturą Sergiusza Piaseckiego, z małym muzeum poezji

w Piacenzie, z rysunkami Szczepana Sadurskiego i z twórczością Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego

(wydaje się, że wszyscy go znamy, a jednak wielcy poeci mają tę niezwykłą właściwość, że przy każdej

kolejnej lekturze odsłaniają przed nami nowe znaczenia).

Obcujmy ze sztuką i nie pozwólmy, by rozpanoszyła się w nas niechęć – ta cicha, lecz skuteczna siła,

przed którą przestrzega Dominika Caddick w swoich przewrotnych Dopiskach do życia.

Na zakończenie pozostawiam Państwa ze słowami prof. Sławka: SZTUKA NAS OCALI.

www.postscriptum.uk, fb: post scriptum, e-mail: redakcja@postscriptum.uk

Wydawca: Post Scriptum LTD, Watford, UK

NUMER KONTA: IBAN: GB82 LOYD 3096 2657 4181 60

UK: SORT CODE: 309626 ACC Number: 57418160

POST SCRIPTUM

2


R O Z M A W I A M A R E K C Y G A N

Tadeusz SŁawek

SZTUKA NAS OCALI

Profesor dr hab. Tadeusz Sławek to jedna z najwybitniejszych postaci współczesnej

polskiej humanistyki. Jest literaturoznawcą, poetą, tłumaczem, eseistą. Był rektorem

Uniwersytetu Śląskiego w latach 1996–2002. Praca naukowa prof. Sławka koncentruje

się na pograniczu literatury, filozofii oraz kultury krajów anglojęzycznych. Zajmuje

się historią literatury angielskiej, amerykańskiej, teorią literatury, komparatystyką. Jest

jednym z najwybitniejszych interpretatorów twórczości brytyjskiego wizjonera Williama

Blake’a. Profesor przyjął zaproszenie do rozmowy z „Post Scriptum”, którą miałem przyjemność

przeprowadzić w artystycznych, klimatycznych wnętrzach Galerii Sztuki Chimera,

w Katowicach przy ulicy Mariackiej 3. Serdeczne podziękowania w tym miejscu dla jej

właścicielki Jolanty Windak za udostępnienie nam (na wyłączność) gościnnych wnętrz

Galerii, do której odwiedzenia serdecznie zapraszam.

3

POST SCRIPTUM


Żyjemy w czasach,

kiedy nikt

nie chce słuchać

Panie profesorze, czy możemy porozmawiać

o języku?

Z przyjemnością, niech nas niesie…

Świetnie. Czy nie uważa Pan, że

żyjemy w czasach obumierania

języka jako formy komunikowania

się? Wygląda na to, że świat

zmierza w kierunku komunikowania

przesadnie skrótowego, w zasadzie

memicznego, ikonicznego.

Język w formie, do której przywykliśmy,

jest w odwrocie. A może

przechodzi w stan hibernacji?

On, czyli my – język nie jest bytem

niezależnym od nas, jego użytkowników

– przeszliśmy w stan innej

gotowości. Użył Pan kilkakrotnie

słowa komunikacja. I to jest chyba

jedno z najważniejszych słów. A to

ku nieszczęściu – ponieważ język

dopasował się do sytuacji, kiedy

komunikacja staje się cnotą, zaletą,

a dla niektórych warunkiem funkcjonowania.

Przy czym ja rozróżniłbym

tu komunikację od rozmowy.

Postawiliśmy cały nacisk na skrótowość.

I to widać nawet w nazwach

niektórych kierunków i specjalności

na uczelniach – kiedy uczy się

komunikacji, sztuki komunikowania.

Tutaj jednak słowo komunikacja

ma złowrogie znaczenie. Traktuje

komunikację jako – niestety

– zwycięskiego rywala dla rozmowy.

Komunikacja w dużej mierze

zawiera to, o czym Pan mówił, czyli

zespół narzędzi, które muszą spełniać

optymalne warunki dojścia do

celu, z najlepszym skutkiem, przy

minimalnym nakładzie wysiłku. To

jest odpowiedź na Pana pytanie

o kurczenie się naszego zasobu

słów. Natomiast rozmowa jest zupełnie

czymś innym. Rozmowy

nie da się nauczyć, zaplanować.

Rozmowa z człowieka wypływa.

Więc jako punkt wyjścia przyjmijmy

rozróżnienie słów: komunikacja

i rozmowa.

4

POST SCRIPTUM


Żyjemy w czasach szumu informacyjnego,

przekazywanego najczęściej

przez tzw. media społecznościowe.

Czy przekazy tych mediów

nie są po prostu bełkotem? Czy

żeby odzyskać język i chęć rozmowy,

nie powinniśmy przypadkiem

wrócić do milczenia, pauzy…

Tak, byłoby dobrze. Tylko proszę zauważyć,

że milczenie jest niemodne.

Żyjemy w czasach, kiedy nikt nie

chce słuchać. A milczenie jest warunkiem

słuchania. Dzisiaj wszyscy

chcą mówić, najlepiej wszyscy naraz.

Gdybyśmy zanalizowali treści

tzw. programów publicystycznych,

to statystycznie najczęstszą frazą

byłoby: „ja panu/pani nie przeszkadzałem/przeszkadzałam”.

Nikt nie

chce słuchać. Dla większości uczestników

tych „rozmów” moment ciszy,

zastanowienia jest momentem

klęski. Są „przekazy dnia”, jest hałas

– nie rozmowa. Media tradycyjne

tym szumem się żywią.

Co do tzw. mediów społecznościowych,

ja je nazywam wręcz

mediami aspołecznościowymi.

A chcę być ostrożnym i nie nazywać

ich antyspołecznościowymi.

To narzędzia, które wyłączają ludzi

z rzeczywistości, na ogół grupują

ich w enklawach, bańkach

ludzi o podobnych poglądach. Zatem

z działaniem prospołecznym

mają zaprawdę niewiele wspólnego.

A często dają paliwo do zachowań

antyspołecznościowych,

na przykład żywią nienawiść. To

oczywiście wiąże się z brutalizacją

i wulgaryzacją języka debaty

publicznej. Dotyczy to wszystkich

mediów, tych tradycyjnych oraz

nowych, z angielska nazywanych

social media. Dużo gorzej, że takim

językiem posługują się politycy

wprost na sejmowej mównicy.

Zastanawiam się, czy taka wulgaryzacja

i brutalizacja są skutkiem, czy

5

POST SCRIPTUM


Język

nie jest

narzędziem biernym –

przy jego pomocy

konstruujemy świat

przyczyną procesów i zjawisk społecznych.

Na przykład zabiegania

o elektorat…

Zapewne ma Pan rację, że w tym

przypadku skutek i przyczyna się

ze sobą łączą. Ale gdybym miał wybrać,

to powiedziałbym, że to raczej

skutek. Skutek tego, że polityka

stała się sztuką źle rozumianej skuteczności.

To znaczy dochodzenia

do celu za wszelką cenę, nie patrząc

na okoliczności, lekceważąc opinie

innych itd. To oczywiście rodzi pokusę,

by mówić dosadnie. By, nie

daj Boże, pojawiały się jakieś wątpliwości,

możliwość zmiany zdania,

poglądu, uwzględnianie opinii strony

przeciwnej. Wszystko musi być

jednoznaczne. W związku z tym

rodzi się pokusa najpierw do używania

języka banalnego. Powtarzania

tych samych fraz, żeby się wbiło

w umysł słuchacza. Później idzie to

dalej, przechodzi w język prostacki.

Jest tego co niemiara nawet w publicznych

wystąpieniach polityków.

Czy widzi Pan jakieś remedium,

możliwość powstrzymania tych

procesów fatalnych dla języka,

rozmowy, debaty?

Remedium wydaje się proste, choć

jest to prostota pozorna. Uważam,

że w jakimś momencie błędem edukacji,

nie tylko zresztą polskiej, jest

to, że zupełnie zaniedbaliśmy wychowanie

obywatelskie. Co akurat

w naszym polskim przypadku jest

szczególnie bolesne, bo jesteśmy demokracją

młodą. A wychowanie obywatelskie

zaczyna się od tego, by troskliwie

obsługiwać narzędzie, które

nazywa się język. Ponieważ język nie

jest narzędziem biernym – przy jego

pomocy konstruujemy świat. Jeżeli

używamy brutalnego języka, będziemy

mieć brutalny świat. Jakoś zapomnieliśmy,

że człowiek nie przychodzi

na świat jako obywatel. Człowiek

obywatelem się staje. Zatem, mówiąc

w skrócie, remedium jest edukacja,

szkoła krytycznego myślenia.

Zresztą proszę zauważyć, że poprzednie

rządy bardzo skrupulatnie dbały

o to, by żadne tego typu programy

w szkołach się nie pojawiały. Teraz

na przykład mamy opór przeciwko

programom prozdrowotnym. A to

przecież część wychowania obywatelskiego.

Czy język sztuki nie jest szansą dla

tej obywatelskiej edukacji? Czy to

nie jest enklawa, która posługuje

się własnym językiem, metaforą,

rytmem, kolorem, niedopowiedzeniem?

Czy w świecie zdominowanym

przez komunikaty twarde,

jednoznaczne, czasem wulgarne,

sztuka nie jest takim właśnie pożądanym

azylem, przystankiem?

Ależ jest. Ja w ogóle mógłbym postawić

tezę, że sztuka nas ocali!

Dwa drobne, choć poważne przykłady:

Przypomnijmy sobie arcydramat

szekspirowski, jakim jest

Hamlet. Co wydobywa Hamleta,

a nas widzów także, z tej dusznej atmosfery

dworskich intryg, kłamstw,

POST SCRIPTUM

6


fałszu, zdrad, pokątnych morderstw, lepkiego, złego

seksu? Co nas z tego wydobywa? Sztuka! Przyjeżdżają

aktorzy, odgrywają sztukę i ludzie, oglądając to na scenie,

nagle zdają sobie sprawę: to my! Potrzebna jest

sztuka jako lustro, żebyśmy zobaczyli, kim jesteśmy.

I drugi przykład z ostatniego czasu, też zresztą z Szekspirem

związany. To finał Hamneta, wielkiego, nowego

filmu. Znakomita ostatnia scena tego filmu, gdy matka

godzi się wreszcie ze śmiercią dziecka, widząc Hamleta

na scenie. Więc tak – sztuka nas ocali. Tylko ważne,

gdzie ona znajdzie swoich patronów.

Wspomniał Pan o wadze i znaczeniu wychowania

obywatelskiego. Czy w czasach brutalizacji języka

sztuka nie mogłaby być rodzajem oporu obywatelskiego?

Oczywiście. Gdy przypomnimy sobie narodziny polskiej

demokracji, to obok dramatycznych dróg oporu

i walki ze starym systemem była też droga szyderczego

kabaretu, gdzie słowo, gest były najważniejsze. Przypomnijmy

sobie choćby Pomarańczową Alternatywę

z Wrocławia. Zaniechaliśmy nauczania młodych ludzi

konstruktywnego buntowania się.

Pytanie o nadzieję. Gdyby miał Pan wskazać jedno

słowo, frazę bądź metaforę, którą powinniśmy dziś

szczególnie pielęgnować, by ocalić humanistyczny

wymiar komunikacji – co by to było?

A to świetne pytanie. Sam sposób, w jaki Pan je zadał,

jest ciekawy, bo dzisiaj metafora nie jest w modzie.

Wracając do początku naszej rozmowy… Dzisiaj język

stał się bardzo uproszczony, by nie powiedzieć prostacki.

A to jest niedobrze dla metafory. Jaka mogłaby

być metafora, która ma walor ocalenia życia? Może

byłaby to tratwa ratująca życie jakiejś niewielkiej grupie

osób – rozbitków na morzu. A na tej tratwie są

z tymi ludźmi pewne pojęcia, które powinniśmy pielęgnować,

by dotrzeć do brzegu. I myślę, że jednym

z najważniejszych bagaży byłaby literatura, która jest

laboratorium życia.

Czyli wracamy do znaczenia słowa.

Ja bym powiedział – rozmowy…

Jest Pan wybitnym naukowcem, nauczycielem pokoleń

studentów (dodam – bo wiem – przez nich

uwielbianym), wieloletnim rektorem Uniwersytetu

Śląskiego. Czy uniwersytetom, które obecnie (a odnoszę

kontekst pytania do czasów słusznie minionych,

które przecież obaj pamiętamy) funkcjonują

w czasach wolności, jest bliżej do prawdy? Czy uniwersytety

są miejscem poszukiwania i dochodzenia

do prawdy, czy są raczej rodzajem korporacji, miejscem

zdobywania punktów potrzebnych do uzyskiwania

grantów?

To bardzo złożona kwestia. By na sprawę spojrzeć

skrótowo, ale uczciwie, to musielibyśmy ocenić sys-

7

POST SCRIPTUM

tem edukacji w ogóle. Jednym z większych błędów,

jakie popełniliśmy w naszym systemie edukacji, jest

to, że nakazaliśmy młodym ludziom specjalizować się

zawodowo grubo za wcześnie. Założyliśmy, że 15-latek

idący do liceum musi już z grubsza wiedzieć, jaką rolę

zawodową będzie pełnił, musi się specjalizować. Wydaje

mi się, że to jest rodzaj zamachu na młodą duszę.

Wtedy właśnie człowiek powinien NIE wiedzieć i poszukiwać

prawdy, swojego miejsca wśród tych wielu

prawd. A jak to się ma do uniwersytetu? Ma się tak,

że ten zbyt wcześnie wyspecjalizowany człowiek traci

znaczną połać edukacji, która w jego założeniu nie

jest mu potrzebna do bycia, powiedzmy, lekarzem,

prawnikiem, inżynierem. Wydaje mi się, że to jest

duży błąd, ponieważ jeśli założyć, że domeną uniwersytetu

jest prawda – a chcę wierzyć, że tak jest – to

młody człowiek powinien szukać tej prawdy na wielu

polach, dziedzinach. Dzisiaj zresztą humanistyka, która

jest odpowiedzialna najbardziej za tę misję szukania

prawdy, jest w szczególnie trudnej sytuacji. Ponieważ

młodzi ludzie obecnie czytają mniej, na pewno inaczej

– fragmentarycznie. Mówię tu o młodzieży w wieku

przeduniwersyteckim (choć nie chcę tu wyrokować,

ponieważ nie mam bezpośredniego kontaktu ze szkołą

średnią). Więc w pewnym sensie uniwersytet musi się

wymyśleć na nowo. Podobnie zresztą jak polska szkoła.

Nie chciałbym, by zabrzmiało to zbyt nostalgicznie.

Ale wydaje mi się, że stare polskie liceum nie było takie

złe. Brak mi wśród współczesnych studentów takiej

ogólnokształcącej podstawy.


Trudno mi się nie zgodzić z tą opinią, choćby dlatego,

że jesteśmy absolwentami tego samego, znakomitego

III LO im. Adama Mickiewicza w Katowicach…

A to przecież do czegoś zobowiązuje, prawda. (uśmiech)

„Post Scriptum” jest pismem o sztuce. Zajmuje się

Pan literaturą, językiem jako badacz, ale jest Pan

też twórcą. W Pana twórczości tekst literacki często

spotyka się z muzyką. Czy sztuka XXI wieku ma jeszcze

moc naprawiania świata? Czy stała się już tylko

dekoracją i dodatkiem do „życia”, które toczy się

w smartfonach?

Trochę gryzę się w język, żeby nie zaprzeczyć temu, co

powiedziałem wcześniej, że sztuka nas ocali, w co głęboko

wierzę. Nie oznacza to dla mnie, że sztuka ocali

Zaniechaliśmy

nauczania

młodych ludzi

konstruktywnego

buntowania się

świat, bo to mógłby ktoś ocenić jako naiwność. Przekonany

jestem, że sztuka może ocalić nas, przemawiając

do jednostek, grup. Obawiam się, że już nie jako iskra

początkująca jakieś wielkie polityczne przemiany. Chyba

ostatnimi momentami, jakie sobie przypominam

– nie chcę, by zabrzmiało to zbyt patetycznie – były

epizody z lat 60. i 70. Václav Havel, siedząc w komunistycznym

więzieniu, pisał do żony, czy kupiła już nowy

album Pink Floyd (The Wall) – bo on wiedział, co ta

muzyka i te teksty znaczą. A lata później przypominam

sobie wypowiedź Keith’a Richards’a, który ogłosił, że

to nie żadna polityka zburzyła mur berliński, ale (sorry

for my French) – fuckin’ rock and roll. Obawiam się, że

tego typu oddziaływania współczesna sztuka nie osiągnie.

Jako humanista, czego się Pan obawia, a w czym pokłada

Pan nadzieję dla pokoleń, które teraz wchodzą

na uniwersytety?

Najbardziej obawiam się prostactwa. Boję się wyborów,

które nie są wynikiem krytycznego namysłu. To

słowo nie padło jeszcze w naszej rozmowie, a jest

ono dla mnie bardzo ważne. Wybory, które nie są wynikiem

namysłu, prowadzą do upraszczania języka,

pojęć. Tego się obawiam, bo to idealny materiał dla

wszelkiego rodzaju populistów i populizmów. Martwią

mnie pokusy wysłuchiwania bardzo prostych odpowiedzi

na bardzo skomplikowane pytania – ćwiczymy

to w Polsce, doświadcza tego cały świat. Uniwersytet

jest tu w paradoksalnej sytuacji – bo nie jest on do

upraszczania ludziom życia, ale od jego komplikowania.

Obowiązkiem humanistyki jest zatrzymać proces

prostaczenia świata. A język, od którego zaczęliśmy tę

rozmowę, i sztuka są naszą szansą… [MC]

MAREK CYGAN

POST SCRIPTUM

8


9

New Millennium, oil on board, 80 x 100cm

POST SCRIPTUM


JAROSŁAW KUKOWSKI

POST SCRIPTUM

10


Red Green Blue Black, oil on board, 80 x 122cm

ROZMAWIA DOMINIKA CADDICK

Półżartem, półserio

Jarosław Kukowski to współczesny polski malarz, urodzony w 1972 roku w Tczewie.

Jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych przedstawicieli nurtu realizmu magicznego

i surrealizmu w polskiej sztuce współczesnej. Jego twórczość wyróżnia się niezwykłą

precyzją wykonania oraz bogatą symboliką, często odwołującą się do tematów

egzystencjalnych, przemijania i kondycji człowieka.

Kukowski ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku, gdzie zdobył solidne wykształcenie

warsztatowe. W swojej pracy łączy klasyczne techniki malarskie z nowoczesnym

podejściem do formy i narracji. Szczególną popularność przyniósł mu cykl „Memento”,

w którym eksploruje motywy czasu, śmierci i rozkładu, przedstawiając postacie ludzkie

w sposób metaforyczny i często niepokojący.

Artysta współpracował także z muzykami – stworzył m.in. scenografię i oprawę wizualną

do projektu „The Dream Off Penderecki”, inspirowanego twórczością Krzysztofa Pendereckiego.

Jego prace były prezentowane na licznych wystawach w Polsce i za granicą –

zdobywały uznanie zarówno krytyków, jak i kolekcjonerów.

Jarosław Kukowski mieszka i tworzy w rodzinnych stronach, nadal związany jest z Tczewem,

który stanowi ważny punkt odniesienia w jego życiu i działalności artystycznej.

11

POST SCRIPTUM


Skąd bierze się w Pana twórczości tak silny motyw

przemijania i rozkładu?

Przemijanie to dla mnie dojrzewanie do nowego życia.

Jak u motyla – z wiekiem przeobrażamy się w pomarszczoną

poczwarę, żeby ostatecznie zmienić się w istotę

wolną od ciała i stać się świadomą energią.

Dlaczego zdecydował się Pan na balans między pięknem

a deformacją?

To są różne funkcje sztuki. Podświadomie szukamy harmonii

i piękna, ponieważ te zjawiska wynikają z algorytmów,

matematyki i praw fizyki. Na przykład tzw. złoty

podział w malarstwie i architekturze jest mierzalny wzorem

lub podświadomie wyczuwalny przez nasze umysły.

Deformacje i aberracje, które też są zjawiskami naturalnymi,

bardziej przykuwają uwagę – wzbudzają niepokój,

smutek i lęk. Używane są przez artystów jako środek

wyrazu świadomie lub wynikają z zaburzeń przepływu

energii. Jeżeli ktoś nie potrafi namalować ładnie, to wtedy

namaluje brzydko, a zwiedzający wystawę staną przed

obrazem i będą się zastanawiać, co artysta miał na myśli,

że takie szkaradzieństwo namalował.

Jak wygląda Pana proces tworzenia – zaczyna Pan od

idei czy obrazu?

Są to idee całych serii obrazów. Widzę je przed oczami,

patrząc na ścianę lub bałagan na podłodze. Często śnią

mi się obrazy, ale zazwyczaj to coś jak sen na jawie. Gdy

maluję jeden obraz, pojawia się wizja kolejnych – różnych

wariantów z pewną konsekwencją, ale i widocznymi

różnicami. Wtedy powstaje seria.

Pana sztuka często prowokuje – czy to zamierzony

efekt, czy naturalny rezultat?

Życie jest tak absurdalne, nielogiczne i drastyczne w swoim

przebiegu, że bez ironii, dystansu i żartu byłoby trudne

do zaakceptowania. Logiki temu całemu procesowi

dodaje – patrz pytanie pierwsze.

Jak zmieniło się Pana podejście do sztuki od pierwszych

wystaw do dziś?

Coraz częściej staję się organizatorem wydarzeń artystycznych

– wystaw międzynarodowych i plenerów. Daje

mi to ogromną satysfakcję, ale też ogranicza czas na

malowanie. Połowę dnia dzwonię i piszę e-maile, a wieczorami

maluję. Zasada jest taka: jeżeli w danym czasie

nie namaluję obrazu, to on już nie powstanie, ponieważ

mam kilka kolejnych pomysłów do realizacji. Tak samo

jest z wystawą – jeżeli nie zostanie zorganizowana, to się

nie odbędzie. To są trudne wybory. Na razie odpuściłem

serię „Memento” – cykl obrazów z dużymi zegarami,

żeby mieć więcej czasu na malowanie.

Co było przełomowym momentem w Pana karierze?

Sytuacja, jaka miała miejsce na wernisażu wystawy zbiorowej,

w której brałem udział. Wystawa odbywała się

w bardzo dobrym muzeum. Poszedłem do sali obok,

żeby zrobić sobie zdjęcie na sofie słynnego artysty, którego

imię nosiło muzeum. Mój student zabierał się do

zrobienia zdjęcia, kiedy przybiegł ochroniarz i zaczął

krzyczeć, że nie wolno. Ja na to powiedziałem, że przyjechaliśmy

z „mężem” z Izraela w podróż poślubną, a on

nam ją zepsuł. Chwilę później szef personelu robił nam

osobiście zdjęcie na tej samej sofie, tylko dziwił się, że się

z „mężem” nie przytulamy i siedzimy tak daleko od siebie.

Był to moment w karierze, który nic nie zmienił, ale

go zapamiętałem i bardzo mnie rozbawił. Wtedy jeszcze

nie wiedziałem, że istnieje 69 płci – pewnie wymyśliłbym

coś bardziej kreatywnego.

Czego próbuje Pan nauczyć swoich odbiorców – poznania

Pańskiej techniki czy sposobu myślenia?

Że frazes „bądź sobą” to bzdura, ale „bądź lepszą wersją

siebie” już nabiera sensu. Ego trzeba przycinać jak

krzew w ogrodzie – pozbywać się chorych pędów, a nie

pozwalać im dominować. Lenistwo i egoizm to nie cnoty,

a stwierdzenie, że „artyście wolno więcej” to kolejna

bzdura. Artysta powinien wymagać więcej – ale od siebie.

Wszyscy jesteśmy artystami – tworzymy każdy kolejny

dzień, każdą myśl i każdy uczynek.

POST SCRIPTUM

12


Czwórka, olej na płycie 67 x 160cm

Często śnią mi się

obrazy,

ale zazwyczaj

to coś jak

sen na jawie

13

POST SCRIPTUM


Pana obrazy bywają dla niektórych wręcz niepokojące

– czy kiedyś przekroczył Pan granicę, której sam się

przestraszył?

Odchodzę od mroku – pielęgnowanie go w sobie i akceptowanie

prowadzi do destrukcji. Obrazy mają swoją

energię. Są takie, które dobrze wyglądają w muzeum, ale

już niekoniecznie w sypialni nad łóżkiem albo w jadalni.

Czy uważa Pan, że bez szoku i kontrowersji sztuka

w ogóle ma dziś szansę przebić się do odbiorcy?

Obecnie kontrowersyjne jest to, że malarz potrafi malować.

Standardem jest, że śmieci ze złomu przyniesione

do galerii są dziełami. Wszelkie dotacje – i to nie miliony,

ale miliardy – przeznaczane są na promocję dzieł, do których

przyklejona jest odpowiednia ideologia.

Czy sztuka powinna mieć granice – na przykład moralne

– czy absolutnie nie?

Granica jest postawiona od kilkudziesięciu lat i jest bardzo

precyzyjna: wolność wypowiedzi i prowokacje tam,

gdzie jest chrześcijaństwo i jego symbole. A kiedy inne

wyznania czy ideologie – wtedy pojawia się granica, której

przekraczać nie wolno.

Czy kiedyś ktoś odmówił wystawienia Pana prac ze

względu na ich treść?

Tak. Namalowałem anioła w ciąży i ten obraz trafił z wystawy

na zaplecze. Było to w galerii sztuki współczesnej,

która wystawiała Beksińskiego, więc mój obraz nie wydawał

się bardzo drastyczny. Częściej cenzurowane są wywiady

ze mną, podczas których słyszę sugestie, że „nie

jest dobrze mówić o tym”.

Czy czuje się Pan bardziej artystą, czy „reżyserem emocji”

odbiorcy?

W każdej serii inaczej. Przykładowo jedna z nowszych serii

malarskich – „Antyobrazy” – wynikła z przemyślanej

idei. Przestrzeń obrazu wypełnia złoto w różnych odcieniach,

a sama rama poddana jest zabiegom twórczym –

pomalowana fakturowo, i to na niej skupia się cały proces

artystyczny. W drugiej wersji „Antyobrazów” tło to

czarny welur, symbolizujący estetyczną pustkę. Ten cykl

obrazów wywołuje dziwny efekt nawet u mnie, gdy na

nie patrzę. W zasadzie najpierw jestem twórcą, a potem

odbiorcą, bo z biegiem czasu mam zupełnie inne skojarzenia

i interpretacje.

14

POST SCRIPTUM


Czy kiedyś stworzył Pan obraz tylko po to, żeby

wywołać skandal?

Chciałem złagodzić skandal, jakim są baśnie

Andersena – bardzo drastyczne, nawet dla dorosłych,

a co dopiero dla dzieci. Jego opowieści

to jedno wielkie pasmo cierpienia i nieszczęść,

które spotykają mityczne istoty oraz ludzi.

W 2005 roku reprezentowałem Polskę na wystawie

w Zamku Voergaard w Danii z okazji 200-lecia

urodzin Andersena. Namalowałem obraz

pt. „Mała syrenka, szczęśliwe zakończenie”, na

którym bohaterka pływa w basenie u księcia

i pije kolorowe drinki. Może trochę przesadziłem

z rozmiarem piersi syrenki – 5D i z tym, że

widać jej waginę, ale z pewnością złagodziłem

skandal obecny w baśniach duńskiego poety.

Czy wierzy Pan, że obraz może mieć wpływ na

moralność lub sposób myślenia odbiorcy?

On the Roof the World oil on board, 80 x 100cm

Nie wiem, dlaczego uznaje się, że ktoś, kto ładnie

rysuje albo ma dobrą dykcję czy inne tego typu

umiejętności, ma prawo moralne, by innych

pouczać. Ja na pewno go nie mam i nawet nie

chciałbym mieć – to ogromna odpowiedzialność.

Poglądy oczywiście mam, ale czuję w coraz starszych

kościach, że wiem, iż nic nie wiem.

Jaką rolę w Pana pracy odgrywa cisza, samotność

i introspekcja?

W ciszy słychać więcej – przenikają nas różne

subtelne światy, głosy wieczności i inne byty,

które zagłuszam podczas malowania głośną

muzyką klasyczną. Nawet koty przychodzą posłuchać

opery i patrzeć, jak ciężko pracuję, żeby

zarobić na ich saszetki i smakołyki.

Czy istnieje temat, którego świadomie Pan

unika w swojej twórczości?

Tak – kwiaty. Przerośnięty organ płciowy organizmu

roślinnego wydaje się groteskowy. Wolę

winogrona – są zmysłowe i do tego smaczne.

Na ile artysta powinien tłumaczyć swoją sztukę,

a na ile zostawiać ją otwartą?

Nowy Początek oil on board 100 x 80cm

Jeżeli tzw. dzieło sztuki wywołuje emocje, to już

jest dobrze. Wrażliwość jest w odbiorcy, podobnie

jak wielość interpretacji. Artysta przynosi

cegłę do galerii (bo nie ma lepszego pomysłu),

przychodzi widz i płacze na ten widok – przypomniało

mu się, że nie dostał kredytu na dom.

Tym samym artysta wywołał emocje i odniósł

sukces twórczy.

15

POST SCRIPTUM


Obecnie kontrowersyjne

jest to, że malarz

potrafi malować

POST SCRIPTUM

16


Wrażliwość jest w odbiorcy,

podobnie jak

wielość interpretacji

Strażniczki 17 przejścia 2023 oil on board 100 x 80 cm

POST SCRIPTUM


Bliss oil on board 100 x 80cm

W ciszy słychać więcej

Co według Pana odróżnia prawdziwą sztukę od estetycznej

dekoracji?

Jeżeli obraz dekoracyjny jest źle namalowany i do tego

wtórny, to wychodzi kicz. Jeżeli użyjemy przerysowanej

formy i estetyki kiczu – powstaje sztuka. Kiedyś dzieci,

które ładnie rysowały, szły na uczelnie artystyczne, a inne

na techniczne. To była dyskryminacja. Teraz wszystkie

mają szansę, ale na konkursach często nagradzana jest

ta druga grupa.

Jak chciałby Pan, żeby odbiorcy czuli się po zetknięciu

z Pana pracami?

Niektóre serie są nośnikami idei, na przykład „Pater Noster”.

To obrazy pisane – nawiązane do malarstwa Opałki,

tyle że wyrażające nadzieję, a nie przemijanie w pustkę.

Jeśli chodzi o inspiracje, to jest taka rzeka – darmowe,

przedwieczne „wi-fi”. W niej jest wszystko: energie, świadomości,

światło, wzory, konfiguracje, kolory. Wystarczy

z niej zaczerpnąć – to kwestia synchronizacji, czyli

natchnienia, które czasem się blokuje. Jest światło, ale

też i to, co niedobre, więc trzeba czerpać z tego źródła

uważnie.

Dziękuję za rozmowę. Pańskie spojrzenie na sztukę,

pełne odwagi, ironii i refleksji, pokazuje, jak wielowymiarowe

i niejednoznaczne może być współczesne

malarstwo. To opowieść nie tylko o obrazach, ale też

o sposobie myślenia, wrażliwości i nieustannym poszukiwaniu

sensu. Z pewnością pozostawi ona czytelników

z pytaniami, które – być może – są ważniejsze niż gotowe

odpowiedzi. [DC]

DOMINIKA CADDICK

POST SCRIPTUM

18


POEZJA

Polecane

foto: Szczepan Mądrzyk

URSZULA MĄDRZYK

Z wyboru i serca Krakowianka. Tutaj ukończyła filologię polską

i historię.

Przygodę z poezją zaczęła dopiero w 2020 roku, w czasie

pandemii.

Tomik Lubię pająki jest jej debiutem poetyckim. Wcześniej

publikowała swoje wiersze na Facebooku oraz w czasopismach

i almanachach literacko-artystycznych („Ypsilon”,

„Migotania”, „Almanach VIII Międzynarodowego Konkursu

Poetyckiego im. Józefa Bursewicza O Złotą Metaforę”, „Almanach

Krakowskiej Nocy Poetów”). Dała się także poznać

jako prozatorka (autorka wspomnienia wydrukowanego

w Literacie Krakowskim Nr 18/2025).

Jest członkinią grupy Otwarte Koło Autorów przy Krakowskim

Oddziale Związku Literatów Polskich oraz uczestniczką

warsztatów Grupy Poetyckiej ,,Każdy”.

19

POST SCRIPTUM


MICHAIŁOWI BUŁHAKOWOWI

Małgorzato,

miłość, mówisz, nawiedziła cię jak piorun.

Za swym Mistrzem podążyłaś z drżeniem warg.

Wymazałaś balast wspomnień,

wyrzuciłaś żółte kwiaty.

Wiedźmo Margot, to dla niego

poleciałaś na swej miotle

na ten jeden

wyjątkowy

straszny

bal.

Mistrzu, w powieść zaplątany po czapeczkę

czarną, złotem haftowaną,

miłej dar.

Po tysiąckroć w desperacji poprawiałeś rękopisy.

Darłeś i wrzucałeś w ogień

tak niszczący, tak żarłoczny,

tak drapieżny w swoim żarze

jak twój własny

spalający cię od dawna

szał.

Teraz wiecie już na pewno,

Małgorzato,

wiecie, Mistrzu, pogubiony w gąszczu kart.

Rękopisy nie spłonęły,

by Ha-Nocri

razem z Bangą i Piłatem

mogli podczas każdej pełni

iść wytrwale

w stronę światła.

Raz kolejny

cieszyć się

na wspólny

marsz.

SOKRATESOWI

„Wiem, że nic nie wiem”,

mówiłeś

tańczący, pijany i wolny,

a przecież najmędrszy

wśród Greków.

Za prawdę oddałeś życie,

duch z Aten uleciał swobodny.

Dziś,

gdy się zatarły pojęcia,

a słowa są tylko dźwiękami,

gubimy się jak nigdy

dotychczas.

Oszachrowani przez rozum,

nie dość gotowi na sacrum,

otumanieni przez zmysły,

widzimy,

jak walą się sny.

Samotni jak nigdy dotychczas

poszukujemy swej prawdy

jak ślepcy

ziarn sensu

na pustyni.

Szmat czasu po twoim odejściu

to my

nie wierzymy już w nic.

I tylko zamiast cykuty

łykamy kolczaste

łzy.

ORZECH

Czas napisać wreszcie tren po śmierci drzewa.

Był sędziwy, rozłożysty, trochę krzywy,

o konarach – dłoniach starców wypaczonych

przez sam czas.

I obradzał co dwa lata, z czasem rzadziej,

a owoce pod łupiną ukrywały małe mózgi,

więc myślałam,

że jest mądry jak Salomon,

niezniszczalny

jak leżący obok pnia

omszały głaz.

Nie wiem kiedy,

nie wiem po co,

nie wiem, kto wykonał egzekucję.

Nie wiedziałam,

nie przeczułam,

nie zdążyłam się pożegnać ani wrzasnąć,

protestując.

Nikt nie pytał go o zgodę.

Nikt nie pytał mnie o zgodę.

Drzewa pień pozostał ze słojami jak misternych

kół rysunki,

jak nagrobek ku pamięci,

jak podzwonne za orzechy w otulinie łupin

twardych.

Już ich nigdy nie pozbieram,

nie podzielę się z wiewiórką ani z ptakiem

czarnoskrzydłym.

I nie mogę słów odgrzebać,

by pomodlić się za zmarłym.

Wiesz, że będę cię pamiętać,

jakbyś nadal

tutaj

trwał.

DZIĘKUJĘ

Aniele,

Posłańcu Boży…

Siedzisz naprzeciw mnie, grzesznej.

Dobry jak mleko, przejęty,

o twarzy pociągłej

z frasunku,

zamarłej w strapieniu

jak głaz.

Ja,

od zawsze zbyt twardy orzech

w czas Twojej służby

gorliwej…

To ty mnie łapałeś za kieckę,

gdy biegłam na oślep, za szybko,

kiedy pędziłam nie tam i nie wtedy,

i całkiem nie po to, co trzeba,

na przekór

gdzieś w mgłę,

w siwą dal.

Za wcześnie, za późno, w obłędzie.

Za dużo gadałam, za głośno,

nie wszystko szło tak,

jak byś chciał.

Nie wszystko spodoba się Bogu,

nie byłam

w tym sama

bez skaz…

Dlaczego więc wciąż na mnie spoglądasz

ukosem

ze źle ukrywaną

czułością,

choć pewnie ocenią mnie kiedyś

najwyżej na tróję plus?

Współczuję Ci, Stróżu Aniele.

Czy myślisz, że miałeś pecha?

Ze swoją misją, co święta,

trafiłeś wprost na mnie,

oporną,

od zawsze hardą, pyskatą,

czasami zimną jak płaz,

złośliwą i ciągle wątpiącą.

Do tego wciąż pytającą.

I pamiętliwą niezmiennie

jak delfin indyjski,

jak słoń.

Usiądźmy więc znowu jak czasem,

naprzeciw, we dwójkę, w spokoju.

Pomiędzy nami na ławie bukłaczek słodkiego wina,

to dla nas obojga.

I mych papierosów paczka.

Grzech co najwyżej średni.

Gdzieś z lampy szybuje pajączek,

by pobyć tę chwilę wśród nas.

Na ławie świeczka nieduża,

akurat

by spłoszyć mrok.

Papieros jest niezły, nieostry, pachnący dymem

i piżmem,

a nawet kadzidłem

żywicznym

w ten jeden jedyny raz.

Uśmiecham się lekko do Ciebie.

Ty do mnie.

Tak dobrze się rozumiemy.

Milczymy, bo słowa są zbędne.

Jak cicho

w ten święty czas.

POST SCRIPTUM

20


izabela winiewicz-cybulska

gruppa siedem

i ALBUM POLSKIEGO MALARSTWA

Zwyczaj łączenia się w artystyczne

grupy znany jest od dawna.

„ Twórcy wybierają określony

cel, mają potrzebę spotkania – potrzebę

dialogu w języku, w którym

rozumieją się bez słów” – napisałam

przed czterema laty na łamach

„Post Scriptum”, gdy Gruppa Siedem

rozpoczynała swoją działalność. Od

tamtej pory artyści z tej nieformalnej

formacji artystycznej, która… programowo

nie ma programu, gościli tu

często. „Post Scriptum” przybliżyło

twórczość całej ósemki tworzącej

Gruppę Siedem (liczba wydaje się

nie mieć tu większego znaczenia)

w pierwszych latach jej funkcjonowania.

Skład nie jest stały – na ostatniej

wystawie pojawili się nowi członkowie,

i tym właśnie prezentacjom chcę

poświęcić nieco więcej uwagi. Warto

przypomnieć, że pierwszej wystawie

Gruppy, powstałej z inicjatywy arty-

21

POST SCRIPTUM

sty Piotra Jakubczaka, oprócz niego,

wzięli udział Jan Norbert Dubrowin,

Robert Heczko, Dariusz Miliński, Janusz

Szpyt, Monika Ślósarczyk, Leszek

Żegalski i Jan Żyrek – wszyscy opisani

w „Post Scriptum”. (To gotowy materiał

dla tych, którzy może zechcą w

przyszłości w sposób bardziej naukowy

pochylić się nad Gruppą, która

już wpisała się w historię polskiego

malarstwa współczesnego). Ostatni

mój tekst, z trzeciego numeru z 2025

roku, poświęcony był Michałowi

Smółce, który dołączył stosunkowo

niedawno i uczestniczył w czterech

ostatnich wystawach. W tamtym

numerze znalazły się także obrazy

Moniki Ślósarczyk, Janusza Szpyta

i Piotra Jakubczaka.

„Grupa do walki z malarskim kiczem”,

prezentująca stylistyczną różnorodność

daleką od „diskopolowego zafałszowania”

(jak określa to jeden

z członków), prezentowała się wielokrotnie

od morza po góry, pokazując

malarstwo, którego wiodącym motywem

wydaje się być kondycja współczesnego

człowieka – jego emocje,

miejsce, życie w niełatwym świecie

dwudziestego pierwszego stulecia.

To malarstwo o dobrym warsztacie,

bez naśladowania obcych wzorów,

czasem rzetelne aż do bólu i o tej

„malarskiej rzetelności” mówię na

każdym otwarciu wystawy. „Rzetelne

malarstwo” – tak zatytułowany

był artykuł w „Gazecie Ustrońskiej”,

który ukazał się w czerwcu 2025 po

wernisażu wystawy Gruppy Siedem,

będącym jednocześnie otwarciem

czwartego Letniego Salonu Sztuki

w Prażakówce – w Miejskim Domu

Kultury w Ustroniu. Ten tytuł – „Rzetelne

malarstwo” – zainspirował mistrza

słowa – Artura Andrusa, który


ma swoją rubrykę w tygodniku „Angora”

i inspirując się nagłówkami

prasowymi, tworzy poetycko-satyryczne

strofy. Oto fragment z lipcowego

numeru:

„Rzetelne słowo, rzetelny gest. Dobrze,

że są rzetelni malarze. Którzy

malują, jak jest (…)”.

O dokładnym liczeniu i dokumentowaniu

wystaw nie może być mowy

(było ich blisko dwadzieścia): Gruppy

Siedem nie można poddać jakiemukolwiek

schematowi, gdyż

wtedy straci ona swój sens – mówi

jej twórca Piotr Jakubczak. A wystawy

odbywały się w bardzo różnych

miejscach – nie tylko w galeriach –

w zabytkowej kopalni, w teatralnym

foyer, w warsztacie zabytkowych

samochodów w dawnej hali

fabrycznej. Wszystko opiera się na

spontanicznym działaniu, ale trzeba

przyznać, że organizacja wystawy nie

jest rzeczą łatwą i czasem „spontanicznie”

naprawdę trudno to zrobić.

Najważniejsza jest przyjaźni – ona

jest oparciem, ona połączyła różnych

artystów chcących – od czasu do czasu

– spotykać się razem, dyskutować

na temat współczesnych malarskich

trendów, wyrażać swoje obawy dotyczące

przyszłości malarstwa w dobie

Izabela Winiewicz-Cybulska,

Malarstwo polskie. Od czasów

najdawniejszych do współczesnych.

Wydawnictwo SBM

AI, spierać się, a nawet kłócić – jak

w rodzinie, a towarzysząc wystawom

Gruppy, często mam wrażenie, że

staję się powoli częścią tej niezwykłej

malarskiej rodziny, w której czuję

się zwyczajnie dobrze. Jak długo?

Nie wiadomo. Historia sztuki mówi

o ugrupowaniach, którym kres położyły

kontrowersje i nieporozumienia

zwłaszcza na tle programu, ale Gruppa

Siedem – może na szczęście –

sprecyzowanego programu przecież

nie ma.

22

POST SCRIPTUM


Sztuka łączy

i jest ponad podziałami

23

POST SCRIPTUM

foto: Agnes Nagy


W minionym 2025 roku Gruppa Siedem

dwukrotnie prezentowała się

w Ustroniu (ze Śląskiem Cieszyńskim

związanych jest kilku twórców).

Oprócz letniej wystawy odbył się

tu zimowy pokaz akurat wtedy, gdy

region beskidzki powoli zasypywał

śnieg. Niesłuszne okazały się obawy

organizatorów o frekwencję. Prezentacja

Gruppy Siedem w miejskiej Galerii

Na Gojach – w listopadowy wieczór

– miała zupełnie inny, niespotykany

dotąd, charakter. Była bowiem

połączona ze spotkaniem autorskim,

na które – jako autorka wielkiego

albumu Malarstwa polskiego – zostałam

zaproszona. Malarstwo polskie.

Od czasów najdawniejszych do

współczesnych, Wydawnictwo SBM,

ukazał się jesienią ubiegłego roku

ma wiele pozytywnych recenzji: jest

czterystustronicową podróżą przez

barwy, emocje i wrażliwość polskiej

sztuki. Każda strona to spotkanie

z innym artystą, krótkie treściowe

wprowadzenie i reprodukcja dzieła,

która sprawia, że chce się zatrzymać

przy nim na dłużej. I co najważniejsze

– obok klasyków dawnego

malarstwa są twórcy współcześni,

a pośród nich: Miliński, Jakubczak,

Ślósarczy, Szpyt i Żegalski – czyli artyści

z Gruppy Siedem. „Setki głosów

i setki sposobów patrzenia na świat”

– czytam w jednej z recenzji – to

„dużo wartościowej wiedzy”. Łatwo

się domyślać, że dobór twórców i obrazów

nie był rzeczą łatwą. Ich ostateczne

zestawienie to rezultat pracy

redaktorki naczelnej, na której spoczywały

wszelkie formalności związane

z pozyskiwaniem dzieła i zgody

na jego zamieszczenie. Wybór nie był

rzeczą łatwą, bo niełatwo podejmować

decyzje przy całym bogactwie

naszej sztuki. Spośród współczesnych

wybrałam więc tych, których

malarstwo (znane bardziej lub mniej)

może posłużyć – moim zdaniem – do

pokazania całej różnorodności naszej

sztuki. Niektórzy z twórców (między

innymi Stanisław Baj, Joanna Sarapata

czy Ewa Kuryluk) – w tym artyści

z Gruppy Siedem – znani są czytelnikom

„Post Scriptum”. Ta publikacja,

którą recenzenci polecają jako pozycję

obowiązkową dla pasjonatów

sztuki, „wykracza poza najbardziej

znane nazwiska, prezentując szerokie

spektrum polskiej sztuki, w tym

artystów z mniejszych ośrodków”, i to

jest niewątpliwie jej atutem.

Ustrońska Galeria Na Gojach zadbała

o wyjątkowy nastrój listopadowego

spotkania autorskiego, co niewątpliwie

było zasługą Roberta Heczki,

współorganizatora wystawy (twórcy

logo) i jednego z członków Gruppy

Siedem, której obrazy zawisły na

ścianach Galerii. To było w istocie

spotkanie „kameralne, artystyczne

i przyjacielskie” – jak napisano na

Facebooku Galerii – spotkanie, które

jest dowodem na to, że ludzie

potrzebują sztuki, choć dla wielu

pozostaje ona na marginesie spraw

najważniejszych.

Pierwsza wystawa Gruppy Siedem

odbyła się w Sopockiej Galerii Sztuki

w czerwcu 2022. Kolejna w tej zaprzyjaźnionej

Galerii – w lutym 2026

roku – połączona została z promocją

Albumu malarstwa. Od czasów najdawniejszych

do współczesnych, na

którą zostałam zaproszona. Morze

skute lodem było tej zimy dodatkową

atrakcją. Zimowej aurze przeciwstawiała

się gorąca atmosfera Galerii

usytuowanej przy Alei Niepodległości.

Wśród gości znaleźli się artyści,

w tym Grzegorz Skawiński z Kombi,

Foto: Tomasz Majewski

który także… maluje i może kiedyś

zechce zaprezentować się – gościnnie

– na wystawie Gruppy. Muzyka

i sztuki plastyczne idą w parze, toteż

artystyczne spotkanie otwierał koncert

Katarzyny Sławskiej, muzyka jazzowa

na żywo. Obszerna fotorelacja

Tomasza Majewskiego, zamieszczona

między innymi na Facebooku

Wernisaże i inne miraże, oddaje

w pełni atmosferę spotkania wyjątkowego

nie tylko dlatego, że artyści

z albumu Malarstwa byli „na żywo”.

Pierwszy raz z Gruppą zaprezentował

się Henryk Sawka, znany grafik,

ilustrator i satyryk, oraz Waldemar

Marszałek, związany z gdańską Akademią

Sztuki.

Sztuka łączy i jest ponad podziałami,

a obcowanie z obrazami i jej twórcami

to prawdziwa duchowa uczta,

z której każdy – jak to na uczcie –

wybiera dla siebie to, co chce. We

wstępie do albumu wykorzystałam

cytat jednego z wybitnych romantyków:

„By poczuć się szczęśliwym,

warto każdego dnia posłuchać

krótkiej piosenki, przeczytać dobry

wiersz i obejrzeć ładny obraz…” –

obejrzeć obraz, pomyśleć, może stać

się lepszym, uwrażliwionym na problemy

otaczającego świata? Gruppa

Siedem będzie nam na pewno o tym

przypominać. [IWC]

IZABELA WINIEWICZ-CYBULSKA

POST SCRIPTUM

24


Ilustracja: Renata Cygan

25 foto: Renata Cygan

POST SCRIPTUM


GRA

ON:

To był dzień pełen słońca

gdy w jego promieniach

zajaśniała najpiękniej

twarz obcej kobiety

i pomyślałem wtedy

jeśli jesteś Boże

pomóż bo ona obca

zostać mi nie może

ONA:

To był dzień pełen słońca

jak sok pomarańczy

a tęsknoty oblały

się pąsem niespełnień

nagle ON się pojawił

w parkowej alejce

patrzył na mnie czy może

chciałam widzieć więcej

ON:

Ta chłopięca nieśmiałość

zapętla mi słowa

nie pozwala uwolnić

potoku co wzbiera

chcę ci tyle powiedzieć

słowa grzęzną w ciszy

tylko serce kołacze

ale nie usłyszysz

ONA:

Nie zadzwonisz przypadkiem

spotkamy się znowu

ty i ja wyszukamy

sto takich przypadków

na dzień dobry spojrzenie

rumieniec gorący

i przytrzymasz mą rękę

tak niby niechcący

WANDA DUSIA STAŃCZAK

ON:

Kiedy płaszcz ci podaję

ty nie trafiasz w rękaw

bliskość nam się przedłuża

pachnie pożądaniem

dotyk oddech muśnięcie

na wiele się godzisz

ale płaszcz już zapięty

i obca odchodzisz

ONA:

Jesteś jak ognia płomień

co ćmę kusi łuną

i dlatego wciąż wracam

ogrzewać się tobą

dotyk oddech muśnięcie

na wiele się godzę

gra niech trwa bo ja tylko

na chwilę odchodzę

ON:

Jutro znów będę czekać

los cudem zaskoczy

będziesz szła po truskawki

aleją lipową

gdy ci stanę na drodze

znów opuścisz oczy

powiem coś o spotkaniu

niby przypadkowo

ONA:

Wiem że spotkam cię znowu

gdy aleją lipową

będę szła po truskawki

ty staniesz na drodze

spojrzysz nieco speszony

niby przypadkowo

znów poczujesz że tylko

na chwilę odchodzę

POST SCRIPTUM

26


Architekt

Uśmiechu

i Filozof

Kreski

Szczepan Sadurski

R e n a t a C y g a n

60 tysięcy karykatur, publikacje w 200 tytułach prasowych

na całym świecie i szybkość, która oszałamia

nowojorskich krytyków. Szczepan Sadurski to marka sama

w sobie – satyryk, który zamiast głaskać świat po głowie,

woli pokazać mu lustro.

W rzeczywistości zdominowanej przez krzykliwe obrazy

i skomplikowane formy Szczepan Sadurski od dekad udowadnia,

że najpotężniejszą bronią artysty są prosta,

oszczędna linia i celny żart. Urodzony w 1965 roku w Lublinie,

stał się jedną z najbardziej wyrazistych postaci

polskiej kultury popularnej, łącząc rzemiosło rysownika

z misją społeczną. Jak sam twierdzi: „Satyra powinna

zmuszać do myślenia, bawić i równocześnie uczyć”.

27

POST SCRIPTUM


Dziadek Bogusław, z zawodu

kolejarz, miłośnik Szczepka

i Tońka. Gdyby nie on, Szczepan

Sadurski miałby inne

imię. A może nie byłby nawet

satyrykiem...

RODZINNE FATUM: SZCZEPKO,

TOŃKO I KSIĄŻECZKA W TRUMNIE

Historia Sadurskiego mogłaby posłużyć za scenariusz

filmu o przeznaczeniu. Wszystko zaczęło się od dziadka

– Bogusława, wielkiego fana przedwojennej „Wesołej

Lwowskiej Fali”. To on wywalczył dla wnuka imię Szczepan,

chcąc uczcić jednego z najsłynniejszych „wesołków”

II RP – Szczepka. Choć rysownik zachował jedynie mgliste

wspomnienie o dziadku, to właśnie temu rodzinnemu

„chrztowi” zawdzięcza wektor, który wyznaczył kierunek

jego całej artystycznej drogi.

Niezwykle poruszająca jest anegdota o pierwszej „publikacji”

artysty. Jako dziecko, nie potrafiąc jeszcze pisać,

stworzył z pomocą mamy ilustrowaną historię o bitwie

pod Grunwaldem (z kultowym już komentarzem: „Krzyżaków

było wielu”). Książeczka zniknęła na lata, by powrócić

w wyznaniu mamy po śmierci dziadka: właśnie to

dziecięce dzieło zostało włożone do trumny Bogusława

jako ostatni dar. Dziadek, który wymarzył sobie wnuka-

-satyryka, zabrał jego pierwszą pracę na drugą stronę.

CUDOWNE DZIECKO

POLSKIEJ SATYRY

Sadurski nie tracił czasu na podwórkowe zabawy. Podczas

gdy jego rówieśnicy strzelali z procy, on systematycznie

zapełniał kolejne kartki „dziwnymi stworami”. Efekty

przyszły błyskawicznie:

Szczepan Sadurski jako dziecko.

1965 lub 1966 rok

H

foto: archiwum artysty

Humor

jest jak tlen,

jest potrzebny

do życia.

Kto się nie śmieje,

ma bardzo

smutne życie

• Debiut w wieku 14 lat: Jego prace trafiły na

ostatnią stronę „Świata Młodych”, gdzie sąsiadowały

z legendarnymi komiksami Papcia Chmiela czy Christy.

• Era „Szpilek”: W dniu 18. urodzin zadebiutował

w najważniejszym piśmie satyrycznym kraju. Szybko

stał się tam rekordzistą pod względem liczby publikacji.

W 1986 roku zdobył Srebrną, a rok później Złotą Szpilkę

za rysunek o dyrektorze łączącym się z „proletariuszami

wszystkich krajów” – pracę, która stała się filozoficzną

metaforą tamtych czasów.

W latach 80. jego rysunki miały też wymiar polityczny.

Tworzył dla biuletynów „Solidarności”, co dziś stanowi

cenny dokument historyczny, eksponowany m.in. w Europejskim

Centrum Solidarności w Gdańsku. Witold Filler,

ówczesny redaktor naczelny „Szpilek”, opisywał styl Sadurskiego

jako sięgający „granic filozoficznej metafory”.

POST SCRIPTUM

28


R

Robiłem to, co chciałem

i co mnie ciekawiło,

a przy okazji

dawałem coś innym

29

POST SCRIPTUM


Szczepan Sadurski nadal uchodzi za cudowne

dziecko polskiej satyry. (…) Dzisiaj niespełna

dwudziestotrzyletni Szczepan osiągnął

wszystko, co młody satyryk w Polsce osiągnąć

może. (…) Imponuje nieograniczonym zakresem

tematycznym, mnogością pomysłów

i niespotykaną w naszym kraju wydajnością.

(…) Z jego rysunków mogą śmiać się wszyscy,

niezależnie od wieku czy wykształcenia”. –

Piotr Gadzinowski, tygodnik „Razem”. 1988 r.

Gdyby ułożyć listę najbardziej pracowitych

rysowników, Szczepan na pewno byłby

w pierwszej piątce – Mariusz Szczygieł,

tygodnik „Na przełaj”. 1989 r.

Jego nagrodzony Złotą Szpilką rysunek o dyrektorze

wołającym do sekretarki: – Proszę

mnie połączyć z proletariuszami wszystkich

krajów (…) – urzekał swym pomysłem, który

sięgał granic filozoficznej metafory. I jej to

polot zaniósł go na strony tylu pism satyrycznych

Europy! – Witold Filler, red. naczelny

„Szpilek”. 1989 r.

„Sadurski (…) garnął się do rysowania prawie

natychmiast po odstawieniu go od smoczka

i butelki. Gdy koledzy z podwórka grali w piłkę,

strzelali z procy lub chodzili na śliwki do

księdza, Szczepan nie tracił czasu i zarysowywał

systematycznie dziwnymi stworami kartkę

po kartce. (…) Jeszcze jako dziecko w wielu

przedszkolnym wymyślał Sadurski pierwsze

historyjki obrazkowe” – Lechosław Lameński,

kwartalnik „Akcent”. 1989 r.

POST SCRIPTUM

30


MMoje dotychczasowe

życie prywatne

i zawodowe pokazuje,

że można dawać

radość innym

i cieszyć się z tego.

Mało kto

widzi wokół siebie

tyle uśmiechniętych

twarzy, co ja

31

POST SCRIPTUM

Wszystkie rysunki i zdjęcia pochodzą z archiwum artysty


S

Satyryk

przedstawia świat

takim, jakim jest,

a nie takim,

jakim widzi go

statystyczny Polak

PARTIA DOBREGO HUMORU –

HUMOR JAKO TLEN

Dla Sadurskiego śmiech to nie tylko zawód,

to kwestia przetrwania. Porównuje humor

do tlenu – bez niego życie staje się nieznośnie

smutne. Ta filozofia doprowadziła do powstania

Partii Dobrego Humoru – organizacji

symbolicznej, zrzeszającej ludzi o podobnym

nastawieniu do życia na całym świecie. Hasło:

„Śmiesznych partii jest wiele, ale tylko jedna

jest wesoła” idealnie oddaje dystans artysty

do rzeczywistości.

Jako wydawca (m.in. miesięcznika „Dobry Humor”)

i juror międzynarodowych konkursów

Sadurski stał się globalnym ambasadorem

polskiej satyry. Jego wystawy gościły w tak

odległych miejscach jak Melbourne, RPA czy

Nowy Jork.

SATYRYK CZY HUMORYSTA?

Artysta wyraźnie rozgranicza te dwa pojęcia.

Humorysta ma rozśmieszać i „głaskać po

głowie”. Sadurski czuje się satyrykiem – jego

zadaniem jest komentowanie rzeczywistości,

czasem bolesne, zawsze szczere.

„Humor jest jak tlen, jest potrzebny do życia.

Kto się nie śmieje, nie ma pozytywnego nastawienia

do tego, co go otacza – ma bardzo

smutne życie”.

WARSZTAT: SZYBKOŚĆ,

KTÓRA OSZAŁAMIA

Sadurski to mistrz syntezy. Jego styl opiera się

na braku zbędnych detali – to idea ma uderzyć

widza, a nie bogactwo tła. Ta umiejętność

doprowadziła go do zyskania przydomka „najszybszego

karykaturzysty świata”, nadanego

mu przez prasę w Nowym Jorku.

Podczas ponad 600 wydarzeń stworzył przeszło

60 tysięcy karykatur. Rysowanie na żywo,

często przed kamerami telewizyjnymi (m.in. w

programach „Pegaz”, „Bliżej siebie” czy „Suma

Tygodnia”), stało się jego znakiem rozpoznawczym.

Potrafi w kilka minut uchwycić esencję

charakteru, choć – jak sam przyznaje – potrzebuje

„iskrzenia” między nim a modelem.

Szczepan Sadurski to rzadki przykład artysty,

który potrafił przekuć dziecięcą pasję w potężną

instytucję. Jego droga od lubelskiego

„Grunwaldu” do nowojorskich galerii pokazuje,

że autentyczność i „kręgosłup wyniesiony

z domu” to fundamenty sukcesu. Dziś, mimo

statusu legendy, Sadurski nie zwalnia tempa.

Mieszka w Warszawie i prowadzi serwis sadurski.com,

za sprawą którego przypomina

nam codziennie, że satyra to najlepsze zwierciadło,

w jakim możemy się przejrzeć.

Jego twórczość to kronika polskiej mentalności,

spisana tuszem na przestrzeni czterech

dekad. Udowadnia, że dobra satyra nie

zna granic ani barier językowych, a śmiech –

w wydaniu Sadurskiego – to nie tylko rozrywka,

ale najwyższa forma inteligencji. [RC]

RENATA CYGAN

POST SCRIPTUM

32


Kęsy szlachetne albo chwilki.

Życie i dzieło

EWY POHOSKIEJ

P r o f . I z o l d a K i e c

TARLATAN: Z kim mam... okoliczność?

NATANA: Z dziewicą.

(Ewa Pohoska, Schyłek amonitów)

Stać się dziewicami, oto, wedle mnie,

zdobycz duchowa kobiet.

(Luce Irigaray, Je, tu, nous: Toward

a Culture of Difference)

ZZnajomość

z Ewą Pohoską zawdzięczam

Zuzannie Ginczance.

Gdy kilka lat temu zbierałam

materiały do jej biografii, natrafiłam

na cudem ocalony, pisany

w latach 1941–1943 dziennik dwudziestoparoletniej

poetki i malarki,

redaktorki konspiracyjnej „Drogi”,

autorki witkacowskiej z ducha, groteskowej

sztuki Schyłek amonitów.

Wówczas przyciągnęły moją uwagę

słowa młodej diarystki, zanotowane

13 maja 1942 jako komentarz do

nużącej rozmowy ze starszym szarmanckim

artystą: „Był taki wiersz

Ginczanki – jak to my zamknięte

w ciasne sukienki w małych pokojach –

prowadzimy kulturalne rozmowy…”.

Dziewictwo – to pochodzący

z tomu O centaurach (1936) utwór

poświęcony odważnym kobietom,

które konsekwentnie i mądrze wyzwalają

się z ciasnych sukienek kon-

33

POST SCRIPTUM

wencji, domagają się prawa do dysponowania

własnymi emocjami,

intelektem, twórczością i ciałem.

Tak jak autorka wiersza, urodzona

w marcu 1917 roku Zuzanna Ginczanka,

oraz młodsza od niej o rok i cztery

miesiące Ewa Pohoska. Utalentowane,

wykształcone, odkrywające kobiece

sposoby tworzenia i potencjał

żeńskości, ciekawe innych światów

i ludzi, zafascynowane ich różnorodnością.

Zatrzymane w drodze, w pół słowa,

w pół marzenia: Ewa w lutym 1944

roku, rozstrzelana w ruinach warszawskiego

getta; Zuzanna trzy miesiące

później, rozstrzelana w Płaszowie.

Dziewictwo – to ich symboliczny

sprzeciw wobec opresji, przemocy

i gwałtu, wobec niezrozumiałych

reguł męskiej wojny. Także tej, która

wśród wielu innych istnień bezwzględnie

przerwała dwa kobiece,

ledwo rozpoczęte życia, sponiewierała

głosy, ciała spaliła na stosie.

Od pierwszego spotkania z Ewą i zrodzonej

pod jego wpływem refleksji

wiedziałam, że wrócę do zapoznanej

autorki, by ożywić jej piękne słowa,

wrażliwość, niezwykłą osobowość

i jej dramatyczny los. Ostatnie trzy

lata zatem spędziłam na przeszukiwaniu

archiwów, tropiąc pozacierane

ślady i objaśniając zamarły kilkadziesiąt

lat temu świat. Nadeszła

pora, by o nim opowiedzieć. By opowiedzieć

o Ewie Pohoskiej.

Rodowód

Córka Hanny Rzepeckiej-Pohoskiej –

historyczki i pedagożki, oraz Jana

Pohoskiego – architekta, wiceprezydenta

Warszawy w latach 1934–

1939, urodziła się 19 lipca 1918

w Lublinie. Imię – i talent literacki

(a według dziadka Augusta Macieja

Pohoskiego także urodę) – odzie-


dziczyła po praprababce Ewie Felińskiej

(1793–1859), zesłanej na

Syberię działaczce Stowarzyszenia

Ludu Polskiego Szymona Konarskiego,

autorce wspomnień i powieści

obyczajowych, uznawanej za prekursorkę

literatury nazywanej kobiecą.

Felińska wszakże nie była jedyną pisarką

i jedyną emancypantką współtworzącą

historię rodzinną młodej

Pohoskiej. Także ze strony matki

miała Ewa godne wzorce kobiecości

– jej babka cioteczna (siostra

dziadka Kazimierza Rzepeckiego)

Helena Rzepecka (1863–1916), nauczycielka,

publicystka, działaczka

społeczno-niepodległościowa, uchodziła

za najmądrzejszą kobietę w Poznaniu

na przełomie XIX i XX wieku.

A babcia Izabela Moszczeńska-Rzepecka

(1864–1941) była feministką,

pisarką i aktywistką polityczną.

Wnuczkę uważała za swoją spadkobierczynię

i prawdopodobnie również

Ewa czuła tę wyjątkową więź, skoro

jednym ze swoich konspiracyjnych

pseudonimów uczyniła imię babci: Iza.

Ewa Pohoska uczęszczała do Gimnazjum

Fundacji im. Wandy z Posseltów-

-Szachtmajerowej w Warszawie.

Uczyły się tutaj córki warszawskich

urzędników i polityków (między innymi

Wanda i Jadwiga Piłsudskie),

ale także dziewczynki z uboższych

domów. Dyrektorce szkoły bowiem

zależało na tym, by prowadzona

przez nią instytucja miała charakter

otwarty, wdrażała nawyki wspólnego

działania i znosiła społeczne nierówności.

Dlatego między innymi obowiązywały

tu jednolite mundurki:

zielona spódnica i żakiet z białą bluzką,

a do tego beret ozdobiony emblematem

szkoły – koniczynką. Taki

też tytuł – „Koniczynka” – nosiło pismo

redagowane i wydawane przez

uczennice. Każdy nowy numer gazetki,

ręcznie przepisany przez jedną

z dziewcząt i ozdobiony kolorowymi

rysunkami, wędrował do Belwederu

jako prezent dla Marszałka. To właśnie

na łamach „Koniczynki” zadebiutowała

Ewa Pohoska jako autorka

opowiadań i jako redaktorka odpowiedzialna

za projekt zespołowy.

W tych najwcześniejszych literackich

próbach młodziutkiej autorki zwraca

uwagę i zachwyca wyobraźnia – skupienie

na opisie bardziej niż na samej

opowieści. Na świecie zmysłów,

Ewa z matką Hanną Rzepecką-Pohoską (1895-1953), Warszawa, 1921

kreowanym za pomocą słów, które

animują przeszłość w pełni kolorów,

dźwięków, zapachów i dotknięć. Jak

choćby w utworze poświęconym

obchodom rocznicy wiedeńskiej,

który Ewa Pohoska, uczennica klasy

VII, opublikowała w „Koniczynce”

w listopadzie 1933 roku:

…Zwijał się wśród liści

parku poranny oddech wiatru.

Równo ucięta, prosta

listowia aleja, w końcu

jej, jak w oknie, szeroki

było widać świat: bór

pierścieniem otaczał falę

bujnych łąk, co kładły się

za oddechem wiatru, sypiąc

złote traw nasienie

i kwiatów świeże korony.

Rozciągała się nad starym

Wisły korytem wieś,

w bukietach lip. Ptaki

wiodły ranne rozhowory.

Właśnie przebrzmiały organy

i z kościółka wylewał

się tłum. Rozszumiała

się mowa polska szelestna,

a radosna, szczękały karabele,

trzeszczały podkute

buty. Alejami wilanowskiego

parku szedł orszak królewski.

Łyskał się złotem

litych pasów szlachty wąż.

Jak barwne kwietne kielichy

płynęły sute spódnice

dam. Król szedł z królową

na przedzie. W jedwabnym,

błękitnym żupanie,

w kontuszu ze złotogłowia

i z pasem litym, przebarwnym,

jak łąka, król szedł raźno,

mimo wzrostu i tuszy ogromnej.

Był rumiany, po szlachecku

podczesany do góry

i z wąsami czarnymi, ogromnymi,

podkręconymi z fantazją.

Królowa Marysieńka,

francuską suknią obciśnięta,

z sutymi koronkami

u szyi, w perłach i w spódnicy

szerokiej, jak bania,

na głowie miała zwoje loków

nastroszonych.

34

POST SCRIPTUM


O sobie z tych najwcześniejszych, dziecięcych i szkolnych lat

tak pisała Ewa tuż przed wybuchem drugiej wojny:

Odkąd pamiętam, szalone wrażenie robiły na

mnie bajki, książki, a także plastyka –

ojciec malował sam i zabierał mnie na wystawy

– odkąd pamiętam. Za wcześnie może

dano mi do ręki utwory dramatyczne i romantyczne

– odkąd umiałam dobrze czytać –

ok[oło] siódmego roku życia – Słowacki,

Wyspiański. Stąd rozbujanie fantazji, brak

poczucia rzeczywistości itp. objawy prześladowały

mnie przez parę następnych lat

życia (wpływy te mogła neutralizować tylko

[…]

Chciałam być: w wczesnym dzieciństwie

gospodynią i królewną,

potem pisarką, aktorką […],

świętą – to ostatnie na skutek

wiary w zjawy piekielne, które

się jakoś łatwo w moich oczach

materializowały, i ogólnej egzaltacji.

Około r[oku] 11-13

uważałam za najpiękniejsze zadanie

zostanie nauczycielką ludową

– koniecznie na głuchej wsi.

Po maturze w 1935 roku siedemnastolatka podjęła studia

etnograficzne na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu

Warszawskiego. Zaliczała przy tym przedmioty również

na socjologii i geografii. Oprócz tego od października

1937 roku uczyła się malarstwa, rysunku i rzeźby w Szkole

Malarstwa i Rysunku Konrada Krzyżanowskiego, pod

kierunkiem profesora Adama Rychtarskiego. Przymierzała

się do studiów psychologicznych, a na pytanie – dlaczego?

– odpowiadała: „Myślę, że jest to może jedyne

ścisłe narzędzie dostępne współczesnej nauce, aby się

dowiedzieć czegoś o obchodzących mnie zagadnieniach

życia i «stwórczych» możliwościach człowieka”.

Ewa z ojcem Janem Pohoskim (1889-1940), Bełżyce, ok. 1925

sztubacka atmosfera klasy). Około dwunastego

roku życia – w czwartej gimnazjum

(czy też rok później) pokazano nam w szkole

reportaż filmowy z podróży pewnej kobiety-naukowca

przez góry Iranu. Dzikość

krajobrazu, ludzi itp. zrobiła na mnie

b. silne wrażenie. Zawsze lubiłam się

włóczyć – wtedy „postanowiłam” podróżować.

Zaprzysięgłyśmy sobie z paru koleżankami

przedsięwzięcie wyprawy w Himalaje,

po uprzednim wieloletnim przygotowaniu.

Ja miałam zostać geografem. Zaczęłam zaczytywać

się w opisach Indii. Spostrzegłam

wtedy, że interesuje mnie tam i gdzie indziej

tylko kultura ludzi.

35

POST SCRIPTUM

Ewa z psem Kiwajem w ogrodzie

rodzinnego domu, tuż przed wybuchem wojny


Ewa z bratem Jaśkiem (1925-1944), ostatnie zdjęcie rodzeństwa wykonane w Warszawie we

wrześniu 1943. Ewa zginie za pięć miesięcy, Jasiek za rok, walcząc w powstaniu warszawskim

W drugiej połowie lat trzydziestych Pohoska angażowała

się w działalność publiczną. Nawiązywała kontakty

towarzyskie, które umożliwiały jej udział w zebraniach

i dyskusjach akademickich, między innymi w seminariach

profesora Tadeusza Kotarbińskiego; w dyskusjach literackich

Koła Polonistów (gdzie prawdopodobnie poznała

studentkę pedagogiki, aspirującą poetkę Zuzannę Ginczankę);

oraz w spotkaniach działaczy zgromadzonych

w Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Spartakus”

i w Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej.

To na łamach organu ZPMD, adresowanego do młodzieży

licealnej pisma „Czerwone Tarcze” debiutowała dwudziestolatka

w roli publicystki. W 1938 roku ogłosiła tu

zilustrowany własnymi rysunkami artykuł Polska sztuka

ludowa, w którym rozważała rodowód i znaczenie rodzimego

rzemiosła artystycznego, a przede wszystkim szkody

wyrządzone twórcom ludowym przez modę i komercję

nowego stulecia.

Rok przed ukończeniem studiów w Uniwersytecie Warszawskim

Ewa Pohoska została przyjęta na studia w Akademii

Sztuk Pięknych, jednak ze względu na konieczność

skupienia się na przygotowaniu pracy magisterskiej z

etnografii, zwróciła się do władz rektorskich ASP z prośbą

o udzielenie urlopu na rok akademicki 1938/1939.

Zajęła się pisaniem rozprawy dyplomowej Tradycje rodzinno-gospodarcze

u górali żywieckich, realizowanej

pod kierunkiem wybitnej profesorki Cezarii Baudouin de

Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowej w Katedrze Etnografii

Polskiej. W maju 1939 roku oddała egzemplarze

pracy do dziekanatu, planując obronę na wrzesień. Zarówno

egzamin dyplomowy, jak i studia w ASP pozostały

w sferze pragnień. Realizację marzeń o podróżach, o byciu

nauczycielką ludową, a nawet gospodynią – uniemożliwił

wybuch wojny, która zmieniła Ewę, jej życiowe plany,

postrzeganie świata i siebie w nim. Siebie – toczącej odtąd

nieustanną, aż do lutego 1944 roku, wojnę z wojną.

Wojna z wojną

Ewa Pohoska miała poczucie obowiązku. Była odpowiedzialna.

Wobec i za ojczyznę, rodzinę, ofiarowujących

własne życia rówieśników. We wrześniu 1939 roku opiekowała

się rannymi w Szpitalu Ujazdowskim. Kilka tygodni

później podjęła pracę urzędniczki w biurze Rady

Opiekuńczej Miejskiej. Była jednocześnie asystentką pułkownika

Jana Rzepeckiego, szefa Biura Informacji i Propagandy

Komendy Głównej Armii Krajowej, który prywatnie

był jej wujem, młodszym bratem matki. Współpracowała

z grupą młodzieży socjalistycznej „Płomienie” i Związkiem

Syndykalistów Polskich.

Centrum jej świata, miejscem wypełnionym konspiracją,

ale – przede wszystkim – ostoją dawnego życia, stał się

dom państwa Pohoskich przy ulicy Felińskiego 27 na warszawskim

Żoliborzu. W salonie i w bibliotece Ewa razem

z młodszym, urodzonym w 1925 roku bratem Jaśkiem,

działaczem Socjalistycznej Organizacji Bojowej, przygotowali

skrytki do przechowywania bibuły oraz broni. Ewa

zapraszała do siebie znajomych na zebrania dyskusyjne

z profesorem Tadeuszem Kotarbińskim, na spotkania

POST SCRIPTUM

36


teatralne w formie żywych obrazów oraz na próby Sceny

Eksperymentalnej wymyślonej przez Stanisława Marczaka-Oborskiego

i Wacława Bojarskiego. Dla rodziny

i najbliższych przyjaciół przygotowywała „kominek” –

wieczory poezji, rozmów, wspomnień… „Ewa była bardzo

wrażliwa na poezję – wspominała Kalina Gawęcka, kuzynka

Pohoskiej – sama próbowała pisać wiersze, czytała

ich bardzo wiele, m.in. Czechowicza, Gałczyńskiego, Lieberta.

Recytowała w specyficzny sposób, wydobywając

melodykę wiersza”. „Najwięcej nam wtedy ze siebie dawała”

– napisała już po wojnie Hanna Pohoska.

W morzu zła i w gorączce konspiracji Ewa próbowała

ocalić dawną siebie, chronić fundamenty świata sprzed

katastrofy, w którym decyzje i wybory życiowe dyktowała

sztuka, indywidualnie definiowane piękno oraz

humanizm w najczystszej, najbardziej wysublimowanej –

identyfikowanej z żeńskością – postaci. Młoda kobieta

miała odwagę oporu wobec pokoleniowej radosnej rywalizacji

i walki, wobec przemocy i rytuałów zabijania.

Odwagę dziewictwa. „Nie przestanę trwać dziewiczy

kształt” – zapisała 14 czerwca 1941 w wierszu poświęconym

samotnym wysiłkom nad ustanawianiem osobistych

zasad, nad wyplątywaniem się z czasoprzestrzeni

i więzów społecznych. Ten wers, ukryty pod kolejnymi

jego wariantami, kreślony i wymazywany, ma dla mnie

wymiar symboliczny: obrazuje sponiewieraną, spychaną

do niebytu kobiecą kulturę, która zachowuje status odmowy,

godności i niezależności. Gest żmudnego odczytywania

przytoczonego wersu, wydobywania go spod

warstwy nadpisanych słów, skreśleń i śladów rozmazanego

grafitu, odpowiada sile przetrwania i mocy sprzeciwu

przenikliwej, samoświadomej autorki w obliczu patriarchalnej

inscenizacji gwałtu, w rzeczywistości dyktowanej

regułami męskiej wojny. Potwierdzenie tego sposobu

myślenia odnajduję w postawie bohaterki Schyłku amonitów

– Natany – „zanadto prawdziwej”, „nadto serio”

w konspiracyjnej „szopce”, „do której nikt nie ma prawdziwego

przekonania”. I w kreacji Krystyny, sportretowanej

przez Juliusza Garzteckiego w powieści Koralowce –

łączniczki, której pierwowzorem była Ewa Pohoska: „Ona

właściwie nie jest w kompanii. Jest obok. Krystyna żyje

swoim życiem. Nie chce być żołnierzem. Dlaczego…?”.

Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w dzienniku

poetki, wypełnionym refleksjami z lektur, cytatami,

a choćby samymi tytułami czytanych dopiero co

albo wspomnianych sprzed wojny książek; prywatną

kolekcją dzieł sztuki i cenionych nade wszystko artystów;

szkicami wierszy, opowiadań i dramatów; „studiami

z natury” – czyli sprawozdaniami z tak nazywanych przez

autorkę rozmów ze znajomymi; ale też własnymi, najbardziej

intymnymi, zakorzenionymi w głębi ciała autoanalizami,

bezwzględną wiwisekcją „pensjonarskich” emocji,

myśli i potrzeb; wreszcie zapisami spotkań sama na sama

oraz rozmów o – naszych racjach, naszych instynktach,

naszych ciałach – młodych kobiet egzystujących w obliczu

kataklizmu, na dnie historii. Żyjących pospiesznie,

gwałtownie, ryzykownie. Zachłannie łapiących codzienność

– wydzierając z niej okruchy szczęścia. „Rzeczy nie

znoszą być nazywane po imieniu, a losy dawno przestały

odpłacać szlachetnością – Nie nam bajeczki o winie,

karze i nagrodzie. Trzeba kęsy szlachetne wyrywać sobie

(nie sobie) – zębami!” – napisała Pohoska w nocy z 5 na

37

POST SCRIPTUM

Karty dziennka Ewy Pohoskiej: wpisy z 14 czerwca 1941 i 3 listopada 1943


6 maja 1942. I rok później, 31 sierpnia 1943: „Trzeba

mieć przekonania, które można samemu kochać

i najwyżej cenić – trzeba mieć zasady – na których

wzór warto budować swój charakter –”. To była

jej ochrona przed wojenną narracją, dramaturgią

knucia i strategicznym konceptem. Kęsy szlachetne

albo chwilki, które we właściwy sobie sposób

– w zatrzymanej relacji, spojrzeniu, dialogu

– zdefiniowała 9 lutego 1942, relacjonując

dziewczyński wieczór spędzony – jak kiedyś –

z przyjaciółkami: „Wzięłyśmy fletnię chińską – z kobietami

tęskniącymi w oknach i czerwonymi skórkami

pomarańczy – «To są takie chwilki» – mówi

Hanka – właśnie to. Czasem tak bardzo dobrze jest

pożyć od chwilek do chwilek”…

Fletnia chińska, ulubiona książka Ewy Pohoskiej,

wydana w 1922 roku przez oficynę Jakuba Mortkowicza,

zawierająca przekłady klasycznej chińskiej

poezji, dokonane przez Leopolda Staffa na podstawie

tłumaczenia z języka francuskiego, miała moc

przemiany okupacyjnej nocy w niewiarygodną baśniową

krainę. Moc szlachetnego kęsa wyrwanego

codzienności. Maleńkiej przestrzeni przycupniętej

na indywidualnej osi czasu. Chwilki, która pozwalała

odsunąć myśl o „popsutym życiu” – niespełna

dwudziestoczteroletnim popsutym życiu. Jak

choćby w nocy z 5 na 6 maja 1942, gdy lektura Fletni

obudziła marzenia Ewy o wiecznych znakach –

o niepokornej i niepokonanej naturze, o życiu

wypełnionym miłością i tworzeniem, o poezji zapewniającej

trwanie:

Piszę wiersze. Podnoszę głowę i widzę,

w oknie, kołyszące się bambusy.

Szumią, jak źródło. Niebo jest błękitne.

Znaki, które kreślę, podobne są do

pąków śliwy, rozsianych na śniegu.

Woń małych pomarańcz z Kiang-nan wietrzeje,

jeśli trzymacie je zbyt długo

w ręku.

Różom potrzeba słońca, kobietom potrzeba

miłości.

Znakom, które kreślę, potrzeba jeno

szumu bambusów, a są wieczne, wieczne!”

(Li-Tai-Po, Znaki wieczne, przekład

Leopold Staff)

Zawdzięczam Ewie Pohoskiej wrażliwość

chwilki, którą próbuję rozpoznać i ożywić

również we własnej – w nam wspólnej – rzeczywistości,

coraz bardziej brutalnej, coraz

bardziej zdominowanej przez odrażające wojenne

reguły patriarchalnego agonu. Odpominanie

to powrót do kęsów szlachetnych,

to przywracanie chwilki – garstki porozrywanego

czasu, która znaczy więcej niż wiersz,

niż wyszlifowana forma, niż rozegrane precyzyjnie

przesłanie. To ocalanie świata takiego,

jakim chcielibyśmy go mieć dla siebie, dla

Ewy, dla nas i jej podobnych…

POST SCRIPTUM

38


15 czerwca 1941:

Niebo ma kształty zsiadłego mleka – Na tym tle ciemny (nie czarny – brązowy) lok Jaśka – Drobna

wysunięta głowa, długie szlachetne przeguby rąk – oparte na kolanach – Jest – tutaj –

Przed nami grzęda irysy mrużą oczy, żeby lepiej pochłonąć barwę – więcej niż zielona odrywa

się i promieniuje jak czar –

– To nic, że nad tym osobnym czarem dźwięczy ulica – nieprzewidziana przyszła i przeszła dal –

[…]

– Cicho, jesteśmy razem – w wieczornym powietrzu – Domy sąsiednie stanęły jak złote pierniki–

rewia strzępiatych chmur –

Czas przycichł i stał się dobry. Porównać go można z chwilą kiedy miałam 6 lat w górach i tak

przy małym oknie głośno czytali rodzice – Albo z chwilą, która nastąpi kiedy ja sama – będę

spokojną królową czyichś dni – Wszystkie te minuty niedorzeczne.

– Siostra, kolacja… przypomina pokornie. Zrywam się lekko, wprost ze śpiewem –

9 sierpnia 1941:

I pomyślcie, szanowni goście, że to jest środek lata. Gdzieś tam

podobno żniwa –

U nas wzrastają pomidory. Sąsiad uwiązał kozę tak że skubie kiście

moich malin –

Już jest cicho – przestały latać samoloty –

Na placach dają film w którym czołgi przez pola lezą jak kraby,

a w nocy widać skręty palonych sosen, które dostają ostatnich

boleści agonii. Ale to z latem nie ma nic wspólnego – przede

wszystkim dlatego, że za daleko –

Lato poznajemy po soku, który coraz wolniej wycieka z łodyg –

o wiele wolniej niż krew – ale przecież rośliny są wodnokrwiste –

dlatego cicho patrzą, zamiast pożerać się wzajemnie jak ludzie –

Dramat Ewy Pohoskiej, wydany pośmiertnie, wiosną

1944 roku, pod pseudonimem Halina Sosnowska. Na

okładce drzeworyt autorstwa Andrzeja Jakimowicza

A jesień, która będzie poznaję po coraz cięższych kolorach kwiatów,

w rękach baby na ulicy Trębackiej. Quel paysage! Ja prawie wzdycham,

a to tylko po to, żeby drogo sprzedać, tanio kupić –

Wobec tego nie wspominam – ziewa się albo z braku snu (bo i kiedy?)

albo z bólu serca. Jest lato, złote, pachnące, ja ci dam boleć!

30 grudnia 1942:

Wysmukłe palce z wyraźnymi spojeniami kości i wypukłe paznokcie i cieniutka napięta membrana. Światło

na płycie – Coraz puściej i dalej za oknem – Mam rok 25-ty i mieszkam tu w tym ciepłym brązowym

fotelu – A ręka należy do Julka – Wydobywa sama muzykę – mechaniczną jedynie – a jednak jest sama

muzyczna. Skąd w jednych „indywiduach” jest ukryty przede wszystkim dźwięk – „instrumentalność” –

a w innych właśnie melodia – a inni są „symfonią barw”? Mnie – jest bardzo błękitnie – ale błękit

staje się pruski – Wojna – to jeszcze wojna, a za oknem szare ptaki – Dzień jest powszedni – Nam tylko

jest niepowszednio bo najlepiej – Ale wiem, że mogłoby być jeszcze piękniej – Muzyka dzieje się gdzieś

w dolinie Białego, czy innej za Kościeliskami, którą wieczorem wracałam po pas w różowych kwiatach –

kiedy miałam lat 21. Może się dzieje zupełnie gdzie indziej w tej samej krystalicznej gamie –

Moment – jeden z tych wielu w ciągu bieżącego miesiąca kiedy się dla mnie przeszłość przełamuje

w przyszłość – Zaraz zaczniemy o niej mówić niby bezosobowo –, każde o swojej, ogólnie –

W tej chwili jeszcze nie – patrzymy, żeby zaraz oczy odwrócić – i jeszcze słuchamy –

To szczyty i piszczałki podchodzą tak blisko – czy ja odchodzę aż tam – –

39

POST SCRIPTUM


Epilog

„29 sierpień – 1942 rok i właśnie

w tym roku w tym sierpniu – upalnym

jak kadź tężejącego sera (porowata

Warszawa) rzecz się stała taka,

że – – kogoś, – kto jest cudzym mężem

– Jej mężem – pokochałam –”.

Tym kimś był Juliusz Garztecki, dowódca

Pohoskiej w konspiracji, wysoko

postawiony oficer, działacz

podziemia, zastępca szefa Referatu

Politycznego Kontrwywiadu Komendy

Głównej Armii Krajowej. Dwa

lata młodszy od Ewy, mąż jej bliskiej

przyjaciółki Aliny Wiewiórskiej. Rozwód

Garzteckiego z pierwszą żoną

i zaręczyny z Ewą to była tylko kwestia

czasu, kilku miesięcy 1943 roku.

Dzieje tego trudnego, burzliwego

związku zapisała Pohoska w swoim

dzienniku. Trudnego ze względu na

Alinę, na opinię środowiska, przede

wszystkim – na nieustanne ścieranie

się dwóch silnych osobowości,

poglądów, przekonań. Burzliwego

związku cementowanego potrzebą

bliskości, wzajemną fizyczną fascynacją

i wspólnym przeżywaniem oraz

rozumieniem świata, zwłaszcza tak

bliskiego Ewie świata sztuki.

W ten sposób narodziła się „Droga”,

konspiracyjne pismo społeczno-kulturalne,

które Julek – dysponujący

sporymi pieniędzmi i powielaczem –

założył dla narzeczonej, „żeby miała

gdzie swoją twórczość i przemyślenia

upowszechniać”. „Wiedziałem, że

były tego warte” – mówił po wojnie.

Do zespołu redakcyjnego Ewa i Juliusz

zaprosili Andrzeja Jakimowicza,

grafika, a następnie Marcina Czerwińskiego,

Barbarę i Krzysztofa Baczyńskich,

Ewę Grochowską i Karola

Lipińskiego, Stanisława Marczaka-

-Oborskiego, Barbarę Poniatowską,

Krystynę Krahelską. Oprócz tradycyjnego

czasopisma projekt przewidywał

też publikację dzieł literackich

w ramach Biblioteki „Drogi”. Pierwszym

jej tomem był Arkusz poetycki

Jana Bugaja (Krzysztofa Kamila Baczyńskiego),

drugim – Schyłek amonitów

Haliny Sosnowskiej (Ewy Pohoskiej).

W grudniu 1943 roku ukazał się

pierwszy numer „Drogi” z artykułem

wstępnym Ewy Pohoskiej (podpisanym

pseudonimem Nina Zawadzka)

i jej tekstem zatytułowanym Sztuka

Pierwsze krytyczne wydanie spuścizny Ewy Pohoskiej, tom „…

bez dziennika się widać nie obejdzie”. Ewa Pohoska (1918-

1944). Pisma. Wstęp, opracowanie i komentarze Izolda Kiec,

Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2025.

pod ochroną (podpisanym pseudonimem

Halina Sosnowska). Ewa, która

faktycznie przygotowała całe wydawnictwo,

funkcję jego redaktorki

naczelnej miała objąć formalnie od

numeru drugiego. Wspominał Juliusz

Garztecki: „[…] na pierwszym zebraniu

po ukazaniu się jedynki w grudniu

1943 przekazałem stanowisko

naczelnego Ewie. Ewa zredagowała

numer drugi, organizowała materiały

do następnych, kiedy została aresztowana”.

5 stycznia 1944 patrol gestapo zatrzymał

na jednej z warszawskich ulic

przenoszące tajne meldunki młodsze

koleżanki Pohoskiej z konspiracji –

Hannę Czaki i Zofię Warzyńską (która

używała fałszywego nazwiska Alicja

Pawlisiak).

Chwilę później Ewa odebrała telefon

z wiadomością o ich aresztowaniu.

Natychmiast wybiegła z domu przy

ulicy Felińskiego, by powiadomić rodziców

Hani, mieszkających nieopodal,

przy Słowackiego 35. To tutaj

zbierali się właśnie słuchacze kompletu

socjologii Uniwersytetu Ziem

Zachodnich, by wysłuchać wykładu

doktora Władysława Okińskiego.

Ewa musiała biec bardzo szybko, bez

zastanowienia. Jak wynika z relacji

rodziny (Kaliny Gawęckiej) i znajomych

z podziemia (między innymi

Władysława Bartoszewskiego), na

klatce schodowej w bloku, tuż nad

lokalem zajmowanym przez Jadwigę

i Tytusa Czakich, stał jeden z kolegów

z AK, by zatrzymywać przybywających

do mieszkania, informując

o obecności w nim gestapowców.

Ewa się spieszyła, zanim został jej

wysłany sygnał ostrzegawczy, zdążyła

nacisnąć dzwonek do drzwi…

Wszyscy – gospodarze domu i ich

krewna, doktor Okiński wraz z dziesięciorgiem

studentów oraz spóźniona

łączniczka – zostali zabrani do

więzienia na Pawiaku.

„I nadszedł straszny wieczór 5 stycznia

1944 roku, gdy długo w noc stałam

u furtki ogródka – Ewa nie wróciła

do domu. Wytężałam wzrok,

pękało mi serce, śnieg prószył… Ewa

już miała nie wrócić do domu” – napisała

Hanna Pohoska w powojennym

wspomnieniu o pustoszejącym,

rozpadającym się domu…

Podczas przesłuchań Ewa utrzymywała,

że przyszła do koleżanki, by pożyczyć

książkę. Rodzina, Julek, bliscy

znajomi wykorzystali każdy kontakt,

by wydostać dziewczynę z więzienia.

Jednak wszystkie starania zawiodły

wobec piekła, jakie rozpętało się

1 lutego 1944 po zamachu na kata

Warszawy – Franza Kutscherę, szefa

SS i Policji na dystrykt warszawski

Generalnego Gubernatorstwa.

W odwecie za śmierć dowódcy już

następnego dnia nazistowscy oprawcy

rozstrzelali około trzystu Polaków,

w większości więźniów Pawiaka;

kolejne sto osób zamordowali podczas

publicznej egzekucji w Alejach

Ujazdowskich; dwieście – w ruinach

getta. W ostatnim grypsie przesłanym

do mamy Ewa napisała: „Jestem

pełna wiary. Myślę o Pozostałych”.

Została rozstrzelana w nocy z 10 na

11 lutego 1944 razem z Hanną Czaki

i Zofią Warzyńską.

Dwa miesiące wcześniej, 17 grudnia

1943, zapisała ostatnie słowa

w swoim dzienniku: „smak życia jest

w tym, że się nie powtarza, że nie

staje się ciepłe, ani wygodne, ani

rozsądne, kiedy może być aż mądre

i bardzo słodkie i obłąkane”. [IK]

Fotografie 1-5 pochodzą ze zbiorów rodzinnych Grażyny

Toruńczyk; ilustracje 6 i 7 – z zasobów Muzeum Literatury

im. Adama Mickiewicza w Warszawie; ilustracja 8 – z kolekcji

Biblioteki Narodowej w Warszawie.

IZOLDA KIEC

POST SCRIPTUM

40


z Elżbietą Grabosz

Rzadko zdajemy sobie sprawę, że

podświadomie zakodowana czyjaś

maksyma pomaga nam żyć, czuć,

rozumieć, postępować. Bywa, że jakaś

złota myśl, która wieki temu wymknęła

się w świat, weryfikuje „tu i teraz”, nasze

JA, krąży przysłowiem, przez setki,

a nawet tysiące lat nie traci aktualności.

Podobno najstarszy na świecie aforyzm

zapisany został na glinianej tabliczce

w języku sumeryjskim przez starożytnego

króla Asyrii, Szamszi-Adada, dla syna,

wicekróla w Mari, Jasmaha-Adada: „Pies,

który jest pochopny, rodzi niewidome

szczenięta”. Miała to być rada, by syn

działał rozważnie. Trudne do zapamiętania?

Może, ale wiedzieć miło…

Mało kto za to nie zna cytatu z Małego

księcia Antoine’a de Saint-Exupéry’ego:

„Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze

jest niewidoczne dla oczu”. Aktualne

było, jest i będzie. Podobnie jak

tysiące innych złotych myśli, aforyzmów,

maksym. Ich trafność, nieoczywistość

związana jest przeważnie ze środowiskiem,

klimatem, w jakim żyje „zawodowy”

czy przypadkowy aforysta. A im te

grona autorów bardziej zróżnicowane,

tym większy wachlarz tematyczny przemyśleń,

maksym.

Elżbietę Grabosz poznałam jako poetkę,

jako satyryczkę, ale najbardziej podziwiam

ją jako aforystkę z wielkim dorobkiem,

z ogromną autorską biblioteką.

Gości także w książkach i księgach krajowych

i zagranicznych. Rozmawiamy

o tym przy herbatce.

Czy dopuszcza Pani myśl, że pewnego

dnia poczuje, że tematy się wyczerpią?

41

POST SCRIPTUM

w…

Myślach

Pań

Niepospolitych

Raczej nie. (uśmiech) Życie codziennie

tak bardzo zaskakuje, ludzie zaskakują,

to chyba niemożliwe. Chyba że człowiek

stanie się mniej uważny czy zobojętnieje.

Ale oby nie…

Każdy Pani aforyzm, każda myśl ma celną

pointę. Bardzo cenię tę Pani twórczą

uczciwość. Przy absolutnej wolności wydawniczej

stykam się z zalewem publikacji

całkowicie wypaczających gatunek,

łamiących zasady – mam tu na myśli

aforyzmy, maksymy czy fraszki. Ktoś coś

zrymuje, i choć tematu nie ma, pointy

nie ma, właściwie to sensu nie ma – ale

dumny jest, że zajmuje krzesło w gronie

twórców tych wymagających form…

Ma Pani rację, też się z tym spotykam.

Ale myślę, że takie „złote myśli” nie mają

szansy na przetrwanie. Dlatego dobrze,

że powstają poważne publikacje, zbiory,

zapraszani są autorzy, których przemyślenia

niosą przesłania.

Ma Pani na myśli tę ogromną kolekcję

na Pani półkach?

Te tutaj, Gorzki miód, Gorzkie szyderstwa,

Aforyzmy i fraszki i inne – to moje

autorskie. Natomiast na tych półkach, o

tutaj, to prace zbiorowe. Zaszczytem dla

mnie jest znaleźć się w nich.

No to zdradźmy czytelnikom „POST

SCRIPTUM” chociaż kilka tytułów. Widzę

tu Aforyzmy świata, Fraszki Polskie,

Z kobietą nie ma żartu… I jeszcze wiele

opasłych tomów…

Tak, proszę spojrzeć, nawet Aforyzmy

Kulinarne i Biesiadne, a tu Księga Aforyzmów

Świata, Aforyzmy Polskie, Wielka

Encyklopedia Aforyzmów i jeszcze cała

półka… Cieszę się, że też mogłam w nich

zaistnieć, a i czytam je z przyjemnością,

dużo w nich mądrości, ciekawi autorzy.

Zawsze na nowo znajduję coś wyjątkowego.

Zainteresowani zapewne skorzystają

z bibliotek, a ja chciałabym zatrzymać

się nad pozycją Myśli Pań Niepospolitych.

Już zdjęcia na okładce mówią, jak

bardzo niepospolite goszczą tu autorki.

Elizabeth Taylor, która osiem razy mówiła

„tak” na ślubnym kobiercu, albo

Agata Christie, autorka kryminałów,

zdecydowanie mistrzyni gatunku. Jest

wśród nich i królowa Elżbieta i, oczywiście,

moja utalentowana rozmówczyni,

Elżbieta Grabosz. To może uchylimy

rąbka tajemnicy, co panie niepospolite

chciały przekazać światu, a co 34 lata

temu zebrała i opracowała na 230 stronach

Czesława Glensk.

Miło będzie, dobry pomysł. Dodam,

że Czesława Glensk była cenioną erudytką,

aforystką i z pewnością kobietą

niepospolitą.

Dziękuję Pani i wielu, wielu nowych

przemyśleń, pomysłów, do podróży

przez świat. [WDS]

WANDA DUSIA STAŃCZAK


Zaglądamy do serc i umysłów Pań Niepospolitych:

ELŻBIETA I (1533–1603), KRÓLOWA ANGLII

* Widzę, lecz milczę – dewiza królowej Elżbiety

* Kamień często spada na głowę tego, co go rzucił

* Wykarczuj krzewy, a cierń cię nie zrani

* Każdą zdradę można pięknie wytłumaczyć

ELIZABETH TAYLOR (1932 – 2011)

Amerykańska gwiazda filmowa i telewizyjna, dwukrotnie wyróżniona Oscarami, producentka, działaczka humanitarna.

Była pierwszą aktorką, której gaża za rolę wyniosła milion dolarów – dostała ją za Kleopatrę.

* Ciężki jest los współczesnej kobiety. Musi ubierać się, jak chłopak, wyglądać jak dziewczyna, myśleć jak

mężczyzna i pracować jak koń

* Kobieta może być duża i tęga, a jednak mieć sex appeal. Wszystko zależy od tego, jakie ma samopoczucie.

Grubi są zabawniejsi niż chudzi

COCO CHANEL (1883-1971)

Francuska projektantka, zrewolucjonizowała damską modę, fryzura na pazia, sukienka mała czarna, spodnie

dzwony, ikona paryskiej haute couture (luksusowej mody).

* Moda – to, co dziś ładne, ale za kilka lat będzie brzydkie. Sztuka – to co dziś brzydkie, ale za kilka lat będzie ładne

* Gwiazdor to człowiek, który latami pracuje jak opętany, by zyskać popularność, a potem zakłada ciemne okulary,

żeby go nie rozpoznano

* Nie ma kobiet brzydkich, są tylko zaniedbane

* Ta o wiele za krótka spódniczka była o wiele za długo za krótka!

AGATA CHRISTIE (1891-1976)

Najbardziej znana na świecie angielska autorka kryminałów. Ponad miliard egzemplarzy jej książek wydano

w języku angielskim oraz drugi miliard ukazał się w 45 językach obcych.

* Stare grzechy mają długie cienie

* Więcej wysiłku zajmuje udawanie, że się wie, niż dowiedzenie się

* Gdyby wszyscy głupcy nosili białe czapki, ludzkość z lotu ptaka wyglądałaby, jak stado gęsi

* Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję, zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie

myśl o zabójstwie

GEORGE SAND (1804-1876)

Właściwie Aurore Dudevant, francuska pisarka, znana z ekscentrycznego, skandalicznego zachowania, paliła fajkę,

cygara, przeklinała. Była kochanką Fryderyka Chopina.

* Kobieta zajmująca się pisaniem popełnia dwa błędy: zwiększa ilość książek i zmniejsza ilość kobiet

* Jeśli jedna kobieta może drugą tolerować to jest w stosunku do niej uprzejma, a jeśli jej nie może tolerować, to

jest w stosunku do niej bardzo uprzejma

* Małżeństwo jest przyjemne przed małżeństwem

* Można ludziom wyjaśnić, dlaczego się poślubiło własnego męża, ale siebie nie można o tym przekonać

WISŁAWA SZYMBORSKA (1923-2012)

Polska poetka, eseistka, krytyczka, tłumaczka, felietonistka; laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury,

dama Orderu Orła Białego.

* NOC, wdowa po DNIU

* Widzowie lubią być bezpiecznie straszeni. Strach nierzeczywisty jest rodzajem homeopatii na strach

rzeczywisty

* Ktokolwiek wie, gdzie się podziewa współczucie - niech daje znać! Niech daje znać!

* Każdy skurcz serca jest jak zepchnięcie łodzi w podróż dookoła świata

ELŻBIETA GRABOSZ (debiut w 1976)

Czołowa polska satyryczka, obchodzi właśnie 50-lecie twórczości, fraszkopisarka, pedagog, członkini Związku

Literatów Polskich i Stowarzyszenia Autorów Polskich.

* Tyle na świecie porządku, że sobota po piątku

* Zbrodnia doskonała – zabić słowami, nie ruszając ciała

* Nie łap za ster, gdy masz śliskie ręce

* Życie pod górkę też zleci

* Każdy ma w innym miejscu swoją piętę Achillesa

POST SCRIPTUM

42


To świadectwo rewolucji.

Opowiada historię pokolenia nigeryjskich gigantów,

którzy w połowie XX wieku odmówili bycia pogardzanymi

i wybrali samookreślenie

Prezydent Nigerii, Bola Tinubu

43

POST SCRIPTUM


Jacob Afolabi

NIGERYJSKI

MODERNIZM

POST SCRIPTUM

44


Uche Okeke

Nigeryjski modernizm

w Tate Modern

R E N A T A

C Y G A N

sztuka jako odzyskiwanie tożsamości

„Modernizm” w kontekście Nigerii nie jest po prostu lokalną wersją nowoczesnej sztuki europejskiej – raczej polem negocjacji,

sporów i reform, sposobem, w jaki artyści próbowali odnaleźć się w trudnej sytuacji, uwięzieni między wpływem

kolonializmu a własnymi tradycjami.

Z perspektywy końca pierwszego ćwierćwiecza XXI wieku modernizm w Nigerii można rozumieć mniej jako jednolity styl

czy epokę, a bardziej jako proces. To proces, w którym artyści reagowali na kolonialne narzucenie zachodnich form edukacji

i estetyki, próbując jednocześnie zachować lub przekomponować własne tradycje wizualne. W tym sensie modernizm

nie oznacza zerwania z przeszłością (jak często w Europie), lecz raczej jej reinterpretację pod presją gwałtownych zmian

politycznych i społecznych.

Ważne jest też to, że modernizm w Nigerii był głęboko uwikłany w projekt niepodległościowy. Sztuka stawała się narzędziem

budowania tożsamości narodowej w kraju, który był wewnętrznie zróżnicowany i naznaczony konfliktami. Artyści

nie tylko eksperymentowali, ale też zadawali pytania: Czym jest „narodowa” kultura? Czy w ogóle istnieje jedna wspólna

wizja? Jak pogodzić lokalne tradycje ze sztuką w sensie globalnym?

45

Z dzisiejszej perspektywy dodatkowo widać, że kategoria modernizmu jest częściowo narzucona z zewnątrz. To termin

wywodzący się z historii sztuki Zachodu, który nie zawsze adekwatnie opisuje doświadczenia krajów postkolonialnych.

Dlatego współcześnie częściej mówi się o „wielu modernizmach” albo wręcz podważa sens używania tego pojęcia bez

krytycznego dystansu.

POST SCRIPTUM


Obiora Udechukwu

To podejście było odpowiedzią na edukację artystyczną

narzuconą przez kolonialne instytucje,

które promowały europejskie kanony jako

jedyny właściwy punkt odniesienia. Artyści

z Zarii – w tym Uche Okeke czy Demas

Nwoko – świadomie odrzucili tę hierarchię, by

przywracać znaczenie rodzimym formom, takim

jak tradycyjne wzornictwo uli wywodzące

się z kultury Igbo.

KLUCZOWE POSTACI

Jedną z centralnych figur wystawy jest Ben

Enwonwu – pierwszy afrykański artysta

o międzynarodowej renomie, który studiował

w Londynie i stworzył m.in. słynny portret

królowej Elżbiety II. Jego twórczość łączyła

akademicki realizm z afrykańską symboliką

i otworzyła drogę kolejnym pokoleniom.

W

Tate Modern zorganizowano jedną z najważniejszych

wystaw ostatnich lat – „Nigerian

Modernism”. To pierwsza w Wielkiej Brytanii

tak szeroka prezentacja poświęcona nowoczesnej sztuce

Nigerii, obejmująca okres od lat 20. do 90. XX wieku.

Ekspozycja nie tylko dokumentuje rozwój artystyczny, lecz

przede wszystkim opowiada historię kraju, który poprzez

sztukę budował własną tożsamość po dekadach kolonialnej

dominacji. Ponad 250 dzieł – od malarstwa i rzeźby po

ceramikę i tekstylia – pokazuje, jak sztuka stała się narzędziem

kulturowego oporu i budowania narodowej świadomości.

MODERNIZM PO NIGERYJSKU

Choć termin „modernizm” kojarzy się głównie z Europą,

w Nigerii nabrał on zupełnie innego znaczenia. Artyści nie

dążyli do kopiowania zachodnich trendów – przeciwnie,

starali się stworzyć język wizualny zakorzeniony w lokalnych

tradycjach, a jednocześnie otwarty na świat. Kluczową

rolę odegrała tu idea Natural Synthesis, rozwijana

przez członków Zaria Art Society. Zakładała ona twórcze

łączenie elementów kultury afrykańskiej z nowoczesnymi

formami ekspresji.

POST SCRIPTUM

46


Nike Davies-Okundaye, Untitled, 1979

47

POST SCRIPTUM


Benedict Enwonwu

Seven Wooden Sculptures 1961 Adebisi Fabunmi, Untitled tapestry 1965

Wystawa „Nigerian Modernism” w Tate Modern spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem mediów, które podkreślają

jej historyczne znaczenie jako pierwszej tak kompleksowej prezentacji nigeryjskiej sztuki w Wielkiej Brytanii.

Krytycy opisują ją jako ambitny projekt, który rzuca wyzwanie zachodniocentrycznemu spojrzeniu na historię sztuki.

GŁÓWNE GŁOSY KRYTYKI I MEDIÓW:

The Times i The Independent: Oceniły wystawę bardzo wysoko (4 gwiazdki), opisując ją odpowiednio jako „fascynujący

wir wydarzeń” oraz „radosną panoramę sztuki”. Recenzenci chwalą energię, humor i ambicję twórców, które nie

pozwalają wyjść z galerii bez poczucia ekscytacji.

The Guardian: Zauważa, że wystawa jest „fascynująca, ale momentami frustrująca” ze względu na ogrom i skomplikowanie

historii Nigerii, której nie da się w pełni zamknąć w ramach jednej galerii. Chwali jednak finałową salę

poświęconą malarstwu Uza Egonu.

The Telegraph: Przyznał wystawie 3 gwiazdki, sugerując, że momentami bardziej przypomina ona „lekcję historii” niż

tradycyjną ekspozycję sztuki, a niektóre prace mniej znanych artystów mogą wydawać się „przeciętne” na tle arcydzieł

takich mistrzów jak Ben Enwonwu.

Artforum i specjalistyczne portale: Podkreślają rolę wystawy jako narzędzia „soft power”, które zmienia postrzeganie

Nigerii na arenie międzynarodowej i przywraca pamięć o pokoleniu artystów, którzy zostali zepchnięci na margines

światowego modernizmu.

BBC: Zwraca uwagę na emocjonalny wymiar wystawy, cytując 93-letniego artystę Bruce’a Onobrakpeyę, który nazwał

ją „jednym z najwspanialszych wydarzeń dla nigeryjskiej sztuki”.

48

POST SCRIPTUM


Równie istotna jest Ladi Kwali, która

przekształciła tradycyjne techniki

ceramiczne w nowoczesną formę

sztuki. Jej prace, tworzone bez użycia

koła garncarskiego, zdobyły uznanie

na całym świecie i zmieniły sposób

postrzegania rzemiosła.

Eksperymentalny wymiar modernizmu

reprezentuje Bruce Onobrakpeya,

pionier grafiki, który opracował

własne techniki, takie jak plastocast.

Z kolei Uzo Egonu ukazuje

perspektywę diaspory – jego prace

powstałe w Wielkiej Brytanii badają

doświadczenie migracji i kulturowej

hybrydyczności.

49

POST SCRIPTUM

Ben Enwonwu

Młodzi artyści w nowym narodzie –

oto kim jesteśmy!

Musimy dorastać wraz z

nową Nigerią...

Warto też zwrócić uwagę na obecność

Ela Anatsui, którego monumentalne

instalacje z materiałów

recyklingowych pokazują, jak dziedzictwo

modernizmu ewoluowało

w stronę współczesnych praktyk artystycznych.

SZTUKA JAKO NARZĘDZIE

POLITYCZNE

To jest nasza era

renesansu!

Uche Okeke

Nigeryjski modernizm nie był jedynie

eksperymentem formalnym – miał

wyraźny wymiar polityczny. W okresie

poprzedzającym niepodległość

w 1960 roku sztuka stała się sposobem

wyrażania aspiracji narodowych.

Po uzyskaniu wolności artyści kontynuowali

tę misję, komentując rzeczywistość

społeczną, konflikty i napięcia.

Szczególnie istotny był okres po Nigerian

Civil War, który odcisnął piętno

na wielu twórcach. W ich pracach

pojawiły się motywy traumy, pamięci

i odbudowy, co nadało sztuce głębszy,

często refleksyjny charakter.


Obioura Udechukwu Our Journey 1993

Ben Enwonwu

DIALOG ZE WSPÓŁCZESNOŚCIĄ

Ważnym elementem programu była

rozmowa między Yinką Shonibare

a Benem Okri, moderowana przez

Osei Bonsu. Artyści podkreślali, że nigeryjski

modernizm to proces „odzyskiwania”

historii – akt twórczy, który

pozwalał Afryce mówić własnym

głosem.

Shonibare zwracał uwagę na symbolikę

tkanin batikowych, które – choć

kojarzone z Afryką – mają złożoną,

globalną historię związaną z kolonializmem

i handlem. Okri natomiast

mówił o wyobraźni jako przestrzeni

wolności, w której możliwe jest łączenie

rzeczywistości z mitologią.

WYSTAWA JAKO PUNKT

ZWROTNY

„Nigerian Modernism” to nie tylko

przegląd dzieł, lecz także próba przepisania

historii sztuki. Ekspozycja

przesuwa punkt ciężkości z Europy

na Afrykę, pokazując, że modernizm

nie był jednolitym zjawiskiem, ale

globalnym ruchem o wielu równoległych

narracjach.

Dzięki tej wystawie Tate Modern staje

się miejscem ważnej rewizji – takiej,

w której nigeryjscy artyści nie są już

interpretowani przez pryzmat Zachodu,

lecz funkcjonują jako autonomiczni

twórcy własnej nowoczesności.

To opowieść o sztuce, która nie tylko

dokumentuje rzeczywistość, ale

aktywnie ją kształtuje – i której echo

wciąż wybrzmiewa we współczesnej

kulturze na całym świecie. [RC]

RENATA CYGAN

Foto: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

50


Niechęć

prostu nie robi. Ja aktywnie NIE CHCĘ. To zupełnie inna kategoria

filozoficzna”.

Miała rację. Niechęć wymagała energii. Energii na usprawiedliwianie,

na wymyślanie powodów, na przekonywanie siebie, że

jutro będzie lepszy dzień na rozpoczęcie. Niechęć była pracą

na pełen etat bez dodatków.

51

Niechęć wprowadziła się na stałe i wymieniła zamki.

Przyszła do mnie w marcu. Albo w listopadzie. Przestałam

śledzić daty, odkąd wszystkie dni zaczęły smakować

jak wczorajsza kawa podgrzana w kuchence mikrofalowej.

Najpierw myślałam, że to tylko wizyta. Krótki pobyt. Weekend

majowy niechęci, po którym wróci mi entuzjazm, oczyści

czakry i zaproponuje wspólne zapisanie się na jogę. Ale

niechęć rozpakowała walizki. Potem sprowadziła meble. Teraz

ma tu kaktusa i zestaw kubków.

„Jestem twoją współlokatorką” – oświadczyła, zajmując

całą kanapę i najlepsze miejsce w moim harmonogramie

dnia, to między „powinnam już wstać” a „właściwie po co”.

Próbowałam być grzeczną gospodynią. „Może coś ci przynieść?

Herbatę? Sens istnienia? Ochotę na próbowanie?”

„Nie, dzięki” – odpowiedziała, przesuwając palcem wskazującym

po ekranie telefonu, którego nie miała. „Mnie tu

dobrze. Widzisz to wszystko?” – machnęła ręką w stronę

mojej listy rzeczy do zrobienia, która leżała tam od tygodni

jak archeolog czekający na wykopaliska. „To jest piękne

w swojej bezużyteczności. Dzieło sztuki niewykonanej”.

Niechęć nie była dramatyczna. To by było zbyt męczące.

Niechęć była subtelna jak forma wysokiej sztuki zwlekania.

Nie krzyczała „NIE CHCĘ!”. Szeptała „może później”, „nie teraz”,

„a musi być dzisiaj?”. Była mistrzem dyplomacji z samym

sobą.

Ludzie mówili: „Po prostu się zmobilizuj”. Jakby mobilizacja

była programem, który można ściągnąć. Jakby niechęć była

problemem technicznym, a nie egzystencjalnym dzikim lokatorem,

który zajął całe moje „chcenie” i założył tam noclegownię

dla zwątpienia.

„Wiesz, co jest w tym najgorsze?” – spytała mnie niechęć

pewnego wieczoru, gdy siedziałyśmy razem w ciemności,

bo wymiana żarówki wydawała się projektem na skalę budowy

piramid. „Że wszyscy myślą, że jestem lenistwem. A ja

jestem czymś o wiele bardziej wyrafinowanym. Lenistwo po

POST SCRIPTUM

Czasami udawało mi się ją przechytrzyć. Robiłam rzeczy, zanim

zdążyła się obudzić – o szóstej rano, w dziwnym stanie między

snem a świadomością, gdy niechęć jeszcze spała. Ale ona

się uczyła. Zaczęła wstawać wcześniej. Teraz czeka na mnie już

w czajniku.

„Może powinnyśmy porozmawiać o naszej relacji?” – zaproponowałam

w desperacji. „Ustalić granice? Ty masz poniedziałki

i czwartki, ja resztę tygodnia?”.

Niechęć spojrzała na mnie z politowaniem. „Kochana, granice

to coś dla ludzi, którzy jeszcze wierzą w struktury. My jesteśmy

ponad to. Jesteśmy jak sztuka performatywna – nikt nie rozumie,

po co to jest, ale wszyscy udają, że ma głębszy sens”.

Psycholog powiedziałby, że to depresja. Trener osobisty, że

brak motywacji. Influencer na Instagramie, że powinnam

wstać o piątej i pić koktajl z trawy pszenicznej. Ale ja wiem

lepiej. To niechęć. I nie jest sezonowa. Wykupiła abonament

roczny z automatycznym przedłużeniem.

Nauczyłam się z nią żyć. Teraz gdy dzwoni telefon z ofertą

zmieniającą życie, podaję słuchawkę niechęci. Gdy przychodzi

zaproszenie na spotkanie branżowe, niechęć pisze odmowę –

elegancką, pełną wdzięku i kłamstw o wcześniejszych zobowiązaniach.

Czasami, w rzadkie dni, niechęć gdzieś wychodzi. Nie mówi

dokąd. Zostawia tylko kartkę: „Poszłam, nie czekaj z kolacją”.

I wtedy, w tej krótkiej przerwie, robię wszystko. Myję naczynia,

odpisuję na maile, może nawet wymienię tę żarówkę.

Ale wiem, że wróci. Niechęć zawsze wraca. Ma tu swój kubek,

swoje miejsce na kanapie i niezaprzeczalną wiedzę, gdzie trzymam

zapasowy klucz od mojej ochoty na życie.

A ja? Ja już nie pytam, kiedy się wyprowadzi. Zamiast tego

nastawiłam czajnik. Jeśli mamy być współlokatorkami, to przynajmniej

napijemy się razem herbaty i pogadamy o tym, jak

pięknie byłoby coś zrobić.

Kiedyś.

Może jutro.

[DC]

DOMINIKA CADDICK


Ilustracja: Renata Cygan

Ilustracja: Renata Cygan 52

POST SCRIPTUM


BEATA MAŁGORZATA MONIUSZKO

ZANIM

nim przesiąkniemy codziennością

nim nas zawiłe wciągną sprawy

w wir wkręci fala niezrozumień

dzień spowszednieje nieciekawy

skrzydła motyla nas uniosą

co w wiciokrzewach się zabłąkał

nad szarość dnia i szarość nocy

gdy zwiosennieje polna łąka

bielą stokrotek upstrzy trawa

las sczerwienieje malinami

dzwonek przysiądzie wśród paproci

a na podniebiu zabociani

JEŻELI JESTEŚ

jeżeli jesteś czegoś pewien

nie mów: nie wiem…

jeżeli pragniesz czegoś zechcesz

nie mów: nie chcę…

jeżeli słyszysz tylko ciszę

nie mów: słyszę…

jeżeli zatonąłeś we śnie

nie mów: nie śpię…

EGAZMIN DOJRZAŁOŚCI

oślepiający lęk

otworzył zaciśnięte powieki

senni po przebudzeniu

w pośpiechu zapinają guziki

za oknem codzienność

zmatowiałego nieba

matki z dziećmi

i staruszkowie

jeszcze wczoraj

w deszczu migających neonów

podlotkowie

niejutrzejsi

a dzisiaj

schowani w siebie

ogłuszeni ciszą

powoli przemieszczają się

w egzaminacyjnym kondukcie

z potrzebą dorastania

zauroczeni bielą kwitnących kasztanów

uniosą się na skrzydłach wiatru

53


Ilustgracja: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

54


Pośród kwitnących drzew

R E N A T A

Z

Dotarłem nad morze, spiesznie szedłem wzdłuż plaży. Taki samotny spacer nad samą

wodą jest trudny, każda fala, każdy ptasi głos na wysokościach głośno przypomina

ci o obowiązku. Idąc razem z innymi, śmiejesz się, rozmawiasz, pytasz, robi się zgiełk

i nie słyszysz, co mówią fale czy ptaki. Może zresztą nie mówią nic, tylko patrzą, jak

idziesz dalej pośród pustej gadaniny, i milkną.

Znowu jest wiosna. Tego roku, wstrzymywana długimi

okresami chłodu, rozwija się bardzo powoli,

jakby coś ważnego zatrzymywało ją w podziemnej

krainie cieni. Mimo to na podwórku, na wprost moich

okien dzika czereśnia rozkwitła białymi kwiatami i wygląda

teraz jak ogromny bukiet z obrazów Marca Chagalla.

Co może być bardziej prawdziwe, namacalne niż to wybujałe

kwitnące drzewo, którego soki znowu płyną, a ono

samo wciąż przyciąga mój wzrok?

Kiedy nadeszła cieplejsza niedziela wybrałam się na

Krzemionki. Pachniała rozgrzana ziemia i żywica sosen,

a kwiaty zdziczałych jabłoni, grusz i śliw napełniały powietrze

słodkim aromatem wiosny. Brzęczały pracowite

Nikos Kazantzakis Grek Zorba

S Z P U N A R

bąki uwijające się między nimi. W takich chwilach, idąc

przez rozkwitające w słońcu jaskrawozielone wzgórze,

człowiek znowu czuje pulsowanie własnego krwiobiegu.

Czy jest coś bardziej realnego na tym świecie niż drzewo,

które wyrasta swoimi korzeniami z ziemi i sięga konarami

nieba? Czerpie energię ze słońca, karmi się jego

światłem… Jego proste istnienie wydaje się pozbawione

jakichkolwiek wątpliwości. Inaczej niż człowiek – obserwator

własnego życia – schowany w bezpiecznej twierdzy

wymyślonych przez siebie schematów, systemów

przekonań, uwarunkowań społecznych i własnych mechanizmów

obronnych, aby chronić siebie przed świadomością

prawdy… Ileż iluzji tworzy człowiek, żeby oddalić

55

POST SCRIPTUM


od siebie nieprzyjemne aspekty własnego losu! A jeśli

jedne złudzenia utraci, natychmiast w ich miejsce tworzy

nowe, jakby własna świadomość przekraczała wytrzymałość

ludzkiego rozumu.

Czy wobec tego sztuka jest tylko kolejną ułudą? A może

to właśnie w sztuce – w tej metaforze życia – prawda o

naszym istnieniu ma szansę zjawić się w naszej świadomości

choćby na krótki moment nagłego przebłysku…

Tak było w teatrze greckim. Starożytni odkryli, że odgrywając

(lub oglądając) fikcyjne sceny, człowiek ma szansę

zapanować nad chaosem swojego wewnętrznego świata,

pogodzić się z nieuchronnym. Wyobrażone zdarzenia

przeżywa bowiem w swoich emocjach podobnie jak te,

których doświadcza realnie. A czasem wręcz łatwiej jest

zapłakać nad losem obcego bohatera niż swoim własnym.

Nie obnaża się przecież swoich słabości w nieprzyjaznym

świecie. Człowiek żyje więc w zawieszeniu między

tym, co prawdziwe, a tym, co wyobrażone, poruszając się

między jednym a drugim, i niekiedy nie zauważa granicy

pomiędzy jawą a snem…

Może więc – paradoksalnie – to poezja słowa, obrazu

i dźwięku (oraz wszelka inna, zrodzona pod słońcem)

najmocniej dotyka prawdy o naszej egzystencji? Przecież

to właśnie ona potrafi trącić najczulsze struny w ludzkim

sercu, których lękamy się dotykać na co dzień. Lecz to dokładnie

one są w nas najistotniejsze… Czyżby więc w fikcji

i sztuce prawdy bywały ujawniane najcelniej i najdobitniej?

Bo czego pragniemy i czego boimy się najbardziej...?

Ci zaś, którzy czują ukrytą poezję zewnętrznego świata

najwyraźniej, rezonują z jego obrazem, a ich utwory są

wynikiem przymusu uzewnętrznienia uczuć wypełniających

ich po brzegi. Nie wyrażają w tym siebie. Przekazują

jedynie to, co przepływa przez nich.

Rozmawiam z Nikosem Kazantzakisem i Rainerem Marią

Rilkem… Cóż z tego, że od dawna nie żyją? Ich myśli

zapisane na papierze brzmią dla mnie aktualnie i są

bardziej żywe niż cokolwiek, co wypowiadane dziś przez

tych, którzy sami zawieszeni są w iluzji pozbawionej zakorzenienia

w trzewiach własnego ludzkiego bytu. Ten

nasz obecny świat, który więcej ma wspólnego z maszyną

niż ziemią pod stopami i niebem nad głową, nie

może być przecież prawdziwy… Rozmowa z duchami

o sprawach tak ważnych jak istota naszego życia oraz ten

mój niedzielny spacer wśród kwitnących drzew wydają

mi się bardziej konkretne i wypełnione sensem niż czcza

gadanina i hałas, którymi przesycone jest po brzegi nasze

otoczenie. Jakże przemyślny i jak wyspecjalizowany

jest ten nasz współczesny świat w tworzeniu przeróżnych

iluzji, których zadaniem jest znieczulić nas na ból własnego

Wiedz, Ukochana, nigdzie, tylko we wnętrzu zaistnieje świat.

W wyobrażeniach przemija nasze życie. Wciąż bardziej nikłe

jest to, co z zewnątrz czujemy. W miejsce trwałego domu,

w poprzek stojąc narzuca się twór wyobraźni,

z niej wyrosły, w mózgu jakby tkwiąc jeszcze.

Rainer Maria Rilke Elegie Duinejskie

POST SCRIPTUM

56


ograniczonego istnienia… I wobec

niego najzwyklejszy śpiew ptaka na

gałęzi wydaje się ponadczasowy i namacalnie

prawdziwy.

Kiedy schodzimy w przestrzenie własnej

imaginacji nabieramy odwagi

aby zobaczyć i wypowiedzieć prawdę

taką, jaka się nam ujawnia. Ufamy,

że ten świat, który wydaje się nam

stworzoną przez nas iluzją, jest od

nas samych oddzielony. A wyobraźnia

zdaje się być naszym bezpiecznym

bastionem, w którym możemy

ochronić własną, jakże ludzką i kruchą

wrażliwość.

I tymczasem to właśnie w sztuce,

w wykreowanym przez nas samych

obszarze, w którym możemy być całkowicie

wolni, bez żadnych hamulców,

własną nieskrępowaną spontanicznością

ujawniamy najszczerszą

prawdę. Kiedy jesteśmy do końca

uczciwi, bo nie słuchamy głosu krytyka

ani cenzora. I nie schlebiamy żadnym

gustom, ale idziemy za głosem

własnego serca. Dotykamy wtedy

raz za razem własnych granic, niekiedy

je przekraczając w przebłyskach

duszy nie pozwalają nam zobaczyć

najprostszej prawdy o życiu. Kiedy

więc dopuszczamy do siebie cichy

głos własnej podświadomości, być

może jej wówczas dotykamy…

To dlatego także nauka przekracza

własne granice w momentach

zaprzeczania dotychczas obowiązującym

zasadom. Potrzebny jest

szaleniec, który odważy się wyobrazić

sobie coś więcej, niż mieści się

w przyjętych powszechnie normach

i już uznanych prawidłach. Z początku

nikt go nie słucha. Potem jeden,

dwóch… kilku kolejnych… Wydaje się

więc, że nic, co już zostało ustalone,

nie daje nam pewności. Naukowcy

mówią jasno – niewiele jeszcze wiemy

– pomimo podróży w kosmos,

nie znamy nawet działania ludzkiego

mózgu. Ten nasz wewnętrzny świat

jest jeszcze niepoznany. A według

wybitnego fizyka Rogera Penrosa nasza

świadomość jest niezniszczalnym

bytem spoza nas samych. Nie tworzy

jej nasz rozum, jak do tej pory sądzono,

on jedynie odbiera sygnały… To

wywrotowa hipoteza. Nie jesteśmy

więc panami naszej rzeczywistości,

Kochał swoje wnętrze, ten dziki świat swego wnętrza,

ten bór pierwotny w sobie, na którego pniach powalonych

stało jasnozielone jego serce. Kochał.

Rainer Maria Rilke Elegie Duinejskie

twórczego zapędu. Wtedy też, niespodziewanie,

poznajemy prawdę

o sobie samych.

Może to więc właśnie ci, którzy marzą

na jawie, żyją w bardziej realnym

świecie niż konstruktorzy zasadniczych

porządków, wydający się tak

bardzo konkretni w codziennym życiu…

Bo jednak obiektywna prawda

gdzieś istnieje, i jest niezależna od

naszych opinii i osądów. Od odbioru

naszych niedoskonałych zmysłów.

To nasze ograniczone możliwości

poznania oddzielają nas od niej. To

bariery własnego rozumu i własnej

a jedynie uczestnikami w nieskończonym

ciągu przekazywania życia na

ziemi. Istnienie jest czymś więcej niż

nasza krótka historia. Ten, który sadzi

drzewa, wiedząc, że nigdy nie usiądzie

w ich cieniu, przynajmniej zaczął

rozumieć sens życia. – powiedział indyjski

poeta Rabindranath Tagore.

Poeci i malarze być może przeczuwają

prawdę tam, gdzie nauka jeszcze

nie dotarła w swoich dowodach.

Czy nie jest więc uzasadnione przypuszczać,

że wrażliwy twórca jest

odbiorcą subtelnych sygnałów i tylko

(lub aż) medium pomiędzy wszech-

światem a kształtem własnego dzieła?

Pośredniczy pomiędzy tymi, którzy

minęli, a tymi, którzy nadchodzą…

To dlatego dzieła największe są

ponadczasowe i wciąż zrozumiałe…

operują bowiem językiem przekazu,

formą, która włącza je w wymiar

świadomości i podświadomości zbiorowej.

Lecz cały ten proces odbywa

się bez udziału rozumowej kontroli

ich twórcy. Wykracza on poza jego

intelekt. I nie jest to łatwy proces.

To dlatego Pablo Picasso powiedział:

„Malowanie jak Rafael zajęło mi cztery

lata, ale malowanie jak dziecko –

całe życie”. Opanowanie rozumem

57

POST SCRIPTUM


techniki przy odpowiednim poziomie

uzdolnień manualnych nie sprawiło

mu kłopotu. Ale włączenie w proces

twórczy działania własnej podświadomości

– okazało się zadaniem na

całe długie życie… Niemniej jednak

świadoma wirtuozeria nie pociąga

tak mocno jak penetrowanie świata

zupełnie nieznanego, skrytego

w mrokach własnej podświadomości…

Nie wiemy, co się tam znajduje.

A jednak ten świat ma magiczne

działanie – w chwili, kiedy zaczyna

się nam ujawniać pod postacią wydobytej

przez nas samych artystycznej

formy – sami jesteśmy zdumieni.

Ten świat, który czeka na nasze odkrywanie

rodzi fascynację, przemożną

ciekawość i głęboką pewność, że

dotykamy w nim samej istoty prawdy.

Proces odkrywania tego nieznanego

lądu wydaje się nie mieć końca.

To świat najczystszej abstrakcji. Miejsce,

gdzie nasza świadomość już nie

sięga. Tam milknie wszelki zgiełk

zewnętrznego świata i tam nie ma

z nami już nikogo innego…[RS]

Rozciągnąłem się na kamykach, zamknąłem oczy. „Więc czymże jest dusza –

myślałem – i tajemne echo w jej głębi, w morzu, w chmurach, w zapachach?

Tak jakby sama ona była morzem, chmurami i zapachami…”

Nikos Kazantzakis Grek Zorba

RENATA SZPUNAR

Ilustracje: Renata Szpunar, Kompozycje z owalami (w czerwieni i błękicie, błękitna,

w żółci i błękicie), akwarela, kredki / papier, 11 x 16,5 cm, 2026

POST SCRIPTUM

58


CO USŁYSZAŁAM

OD MOTYLA CYTRYNKA

Rysunki: Jarosław Janowski

Satyra zabija, nie obraża – Stanisław Jerzy Lec

Czy już słyszałaś, że o wiosnę

Trzy pory roku są zazdrosne?

Lato, że ona taka młoda.

Jesień, że świeża jej uroda.

A zima? Biała, śnieżna?

Że wiosna zbyt lubieżna.

A wiosna?

W seledynach,

Po sosnach,

Połoninach

Przemyka

I nie zważa,

Że lato ją postarza,

Że jesień ją oszpeca,

Że zimy nie podnieca.

I pod kwietniowej nocy osłoną

Barwi na żółto i na zielono

Wszystko,

Co tylko wpadnie jej w dłonie.

Wyschnięte trawy,

Śpiące jabłonie,

Spłowiałe pola,

Brunatne buki...

Malować będzie tak,

Dopóki

Nie wróci zima

I zieloności

Na nowo

Wiośnie pozazdrości

KROPLE NA NUDNOŚCI

To bardzo mętna sprawa –

wyjmować rym z rękawa.

Wygarniać myśli, puenty

i w sposób niepojęty

godzić rozbitki słowne.

Czyż to nie ryzykowne,

by chropowate słowa

oprawiać i szlifować?

Wygładzać słowne kanty

diamentów na brylanty,

by potem patrzeć z żalem,

jak stają się... opalem?

Co mówię?! Boże wielki!

To denka od butelki

po kroplach na nudności.

W całości!

Olga Jaśkiewicz - Steranko

Olga Jaśkiewicz - Steranko

59

POST SCRIPTUM


SKUMBRIE W TOMACIE

Raz do gazety „Słowo Niebieskie”

(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)

przyszedł maluśki staruszek z pieskiem.

(skumbrie w tomacie, pstrąg)

– Kto pan jest, mów pan, choć pod sekretem!

(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)

– Ja jestem król Władysław Łokietek.

(skumbrie w tomacie, pstrąg)

Siedziałem – mówi – długo w tej grocie,

(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)

dłużej nie mogę… skumbrie w tomacie!

(skumbrie w tomacie, pstrąg)

Zaraza rośnie świątek i piątek.

(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)

Idę w Polskę robić porządek.

(skumbrie w tomacie, pstrąg)

Na to naczelny kichnął redaktor

(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)

i po namyśle powiada: – Jak to?

(skumbrie w tomacie, pstrąg)

Chce pan naprawić błędy systemu?

(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)

Był tu już taki dziesięć lat temu.

(skumbrie w tomacie, pstrąg)

Także szlachetny. Strzelał. Nie wyszło.

(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)

Krew się polała, a potem wyschło.

(skumbrie w tomacie, pstrąg)

KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI

DLACZEGO OGÓREK NIE

ŚPIEWA

Pytanie to, w tytule

postawione tak śmiało,

choćby z największym bólem

rozwiązać by należało.

Jeśli ogórek nie śpiewa,

i to o żadnej porze,

to widać z woli nieba

prawdopodobnie nie może.

Lecz jeśli pragnie? Gorąco!

Jak dotąd nikt, jak skowronek.

Jeżeli w słoju nocą

łzy przelewa zielone?

Mijają lata, zimy,

raz słoneczko, raz chmurka;

a my obojętnie przechodzimy

koło niejednego ogórka.

&

Sadurski & Wątroba

rysunek i fraszka

– Ach, co pan mówi? – jęknął Łokietek;

(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)

łzami w redakcji zalał serwetę.

(skumbrie w tomacie, pstrąg)

– Znaczy się, muszę wracać do groty,

(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)

czyli że pocierp, mój Władku złoty!

(skumbrie w tomacie, pstrąg)

Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie!

(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)

Chcieliście Polski, no to ją macie!

(skumbrie w tomacie, pstrąg).

Nie powiem, który

jest głupszy od kury!

POST SCRIPTUM

60


foto: A. Kotelnikov

M

foto: A. Kotelnikov

foto: A. Kotelnikov

foto: Zuzanna Caban

61

foto: A. Kotelnikov

POST SCRIPTUM

foto: A. Kotelnikov


Baletowe

Requiem

Mozart w jednym ze swoich

listów wyznał, iż potrafi

opisywać świat wyłącznie

za pomocą dźwięków, a największą

radość sprawia mu świadomość,

że inni odnajdują w nich impuls do

własnych działań i wzruszeń.

28 lutego 2026 roku odbyła się

premiera baletowej interpretacji

Requiem Wolfganga Amadeusza Mozarta

w reżyserii i układzie choreograficznym

Jacka Tyskiego. Spektakl

wykonali artyści Opery Krakowskiej:

orkiestra pod batutą Marca Moncusíego,

soliści, chór oraz zespół baletowy.

Było to przedstawienie niezwykłe

– godzina sztuki zagęszczonej

niemal do granic percepcji. Nawet

doskonała znajomość mozartowskiej

mszy żałobnej nie ułatwiała decyzji,

ku czemu skierować uwagę podczas

pierwszego odbioru. Zapowiedzi akcentowały

przede wszystkim wymiar

baletowy – zatem niech on będzie

punktem odniesienia.

Najbardziej poruszyła mnie wielowarstwowość

możliwych odczytań

tego spektaklu. Pierwszy – sakralny

– wyrastał bezpośrednio z muzyki

prowadzącej przez kolejne części

mszy za zmarłych. Umarli powracali

na scenie do życia, nad nimi krążyły

anioły, a wszystkiemu towarzyszyła

czujna obecność chóru zakonnic

i zakonników. Powstawali jednak dopiero

wtedy, gdy dojrzewała w nich

gotowość przemiany. Jak u Wyspiańskiego

– wyzwoleni nie przez innych,

lecz mocą własnej woli, gdy pokora

dostatecznie w nich okrzepła. Każda

część widowiska miała własną dramaturgię

i wyraźnie zaakcentowany

finał: Requiem aeternam, Kyrie… Nad

całością unosiło się napięcie oczeki-

wania na Dies irae, dodatkowo spotęgowane

obrazem burzy. W końcu

rzadko zdarza się chwila, w której

człowiek może zwrócić się do Boga

z całą intensywnością swoich żalów

i lęków. Zarówno uczestnicy mszy, jak

i celebransi zwracali się bezpośrednio

do Stwórcy. Kulminacyjne Offertorium

i moment Przeistoczenia ukazały

człowieka oczyszczonego z grzechów

– obnażonego w sensie duchowym,

bliskiego ecce homo oraz

baranka skąpanego we krwi, symbolicznie

ucieleśnionego przez jedyną

solistkę w czerwonej sukni.

Drugi poziom to historia ludzkości –

z jej upadkami i wzlotami – rozgrywająca

się w rytmie pór roku i zmieniających

się faz dnia. Publiczność powitała

absolutna ciemność. Dopiero

wraz z unoszącą się kurtyną wyłoniła

się góra skąpana w delikatnym świetle

poranka. Ponury i szary krajobraz

z każdą chwilą nabierał barw, choć

wciąż pozostawały one stonowane

i wyciszone. Niebo i chmury, potraktowane

malarsko – raz lekkie i rozproszone,

innym razem ciężkie, zwiastujące

deszcz – stawały się symbolami

nieskończoności oraz nieubłaganego

przemijania czasu. Stałym

punktem odniesienia krakowskiej

inscenizacji pozostawała góra – idea

Matterhornu – miejsce blisko Boga,

znak trwałości skontrastowany z kruchością

i zmiennością ludzkiego losu.

W tej przestrzeni rozgrywały się najbardziej

intensywne emocje: miłość,

rozstania, tęsknota, żal. Na widowni

pojawiały się łzy autentycznego

wzruszenia.

Krakowskie Requiem zachwyca również

niezwykłym wysublimowaniem

estetycznym. Góra oraz rozległe

przestrzenie ziemi i nieba zostały

wydobyte światłem pełnym znaczeń

– od migotliwego blasku rozlewającego

się po zboczach po ascetyczne,

punktowe iluminacje towarzyszące

scenom zwrócenia ku Bogu (reżyseria

światła: Paweł Murlik). Kostiumy

autorstwa Marty Koncewoj budują

odrębne światy sceniczne: stroje baletu,

utrzymane w rozległej gamie

szarości, są lekkie, zwiewne i niemal

efemeryczne, podczas gdy kostiumy

chóru przywołują atmosferę wyciszenia

i kontemplacji. Solistów premierowej

obsady – Zuzannę Caban,

Monikę Korybalską, Jarosława Bieleckiego

i Sebastiana Marszałowicza

– wyróżnia posągowa biel. Symbolicznym

łącznikiem pomiędzy śpiewakami

a tancerzami staje się szarfa

– znak więzi i ciągłości. Scenografia,

światło i ruch splatają się w wieloplanowe,

niemal malarskie kompozycje,

przypominające kadry stworzone do

fotograficznego utrwalenia.

W Requiem można odnaleźć wiele

odniesień kulturowych. Warto przywołać

choćby dwa z nich. Gdy pojedyncze

postaci lub grupy bohaterów

stają u stóp góry, a w tle majaczą

zarysy kolejnych szczytów, scena

nieodmiennie przywodzi na myśl

ikoniczny obraz romantyzmu – Wędrowca

nad morzem mgły Caspara

Davida Friedricha. Wędrowiec spogląda

ku nieznanemu; jest obserwatorem

rzeczywistości stworzonej

przez Boga, samotnikiem, który nie

został skazany na samotność, lecz

świadomie ją wybrał. Drugim obrazem

jest piramida – współczesna

Wieża Babel – zbudowana z ludzkich

ciał. W krakowskiej inscenizacji

metafora ta nabiera dodatkowego

znaczenia: soliści baletu pochodzą

z różnych krajów, mówią różnymi językami,

lecz posiadają jeden wspólny

– język tańca. I właśnie on pozostaje

im po upadku wieży.

Rozpoczęłam od przywołania Mozarta,

zatem i odwołaniem do niego

zakończę. Komponując Requiem

w pośpiechu i gorączce, artysta wyznał,

że tworzy mszę na własny pogrzeb.

Historia tego dzieła okazuje

się więc historią każdego z nas. Także

i naszego końca. [BAS]

BEATA ANNA SYMOŁON

POST SCRIPTUM

62


TAKI TO SENS

Taki to czas że

niewiele muszę

Marek Porąbka

A im mniej muszę

tym bardziej chcę

Dobrze że jesteś

W wycinkach rzeczywistości

Nadajesz sens

Istnieniu

NA ORGANACH

Zaczyna się

dźwiganiem oczu

WIOSENNA SIEJBA

Rzucam rano

przygarść tabletek

Do ust

Jak rolnik w glebę

ziarno

z nadzieją

Może wzejdzie

plonem stokrotnym

Nadszedł czas siejby

Ku niebu

Niech dzień

nagrodą będzie

Sąsiad, z góry,

już włączył

telewizor i gra

na organach

Moich

Wszystkich

63

POST SCRIPTUM


Ilustracja: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

64


foto: Bo Jaroszek

Wprost ze Stolicy!

nie z Warszawy, którą po raz

pierwszy zobaczyłem przed wielu

laty, zanim jeszcze odbudowano Zamek

Królewski, ale gdy już wybudowano Pałac 1Nie,

Kultury. Z jego tarasu widokowego oglądałem

panoramę stolicy. Syrenka pomachała mi

ogonem i pogroziła mieczem. Spacerowałem

w miejscach, w których niegdyś były królewskie

komnaty, i – jeszcze wtedy nie wiedziałem

– w których będą. Piszę nawet nie z królewskiego

Krakowa, gdzie każdy kamień milcząco

przekazuje prawdę o wiekach minionych i ludziach

godnych pamięci. Pierwszy raz w Krakowie

byłem na wycieczce szkolnej w siódmej

klasie. Ileż wrażeń: przy Dzwonie Zygmunta,

przed ołtarzem Wita Stwosza, w Muzeum Jana

Matejki, na Wawelu… Byłby mnie nawet smok

wawelski pożarł, ale, na swoje szczęście, nie

byłem dziewicą.

Dzisiaj piszę o innej stolicy. Wcześniej pisali

o niej wszyscy, którzy umieli pisać. Czytali

o niej liczni, potrafiący czytać, nawet analfabeci

wtórni! Pokazywali ją wszyscy, którzy

umieją pokazywać, także siebie. Łącznie z TVP

Kultura, żeby było jeszcze kulturalniej. Oglądali

wszyscy, z okularami i bez, na żywo i za pośrednictwem…

I ja tam byłem, wprawdzie miodu

i gorzałki nie piłem, za to spijałem i syciłem się

tym wszystkim, co było godne spijania i nasycania

się!

A że temat, zjawisko, wydarzenie, ziszczenie,

owa dziejba godna zachwytów przez cały rok,

to się zachwycam. Patrzę na to miasto kolorowe,

rozśpiewane, roztańczone z lotu ptaka.

Wprawdzie już nie drapieżnego i sokolim wzrokiem,

bo wzrok już nie ten i szpony stępione,

ale poczciwego gołębia, co to zagrucha, zniży

się do poziomu rynku po okruszyny chleba

i jeszcze wzniesie nad dachy kamienic, by po-

65

POST SCRIPTUM

patrzeć z góry, choć nie wyniośle, na to, co się

tutaj wyprawia!

Bo oto cudo, dziwo po raz pierwszy w Polsce!

Moje miasto, Bielsko-Biała, stolicą! Pierwszą

Stolicą Polskiej Kultury! Obwieszczono to

wszem wobec całej Polsce. Radośnie, głośno,

wielobarwnie! Mono, stereo i kwadrofonicznie!

A nawet lirycznie, wzruszająco, pocieszająco,

ale nigdy ogłupiająco! Jak stolica, to w stolicy

największa – jak do tej pory – scena! Nim

się zaczęło na scenie, Plac Wojska Polskiego

zapełnił się ciżbą Bielszczan głodnych artystycznych

doznań i uniesień. Kulminacją był polonez

pląsany na sto - a może nawet tysiąc par? Poloneza

czas zacząć… Pierwsza para, druga para,

trzecia para, a każda się stara, by nie być gorszą

od poprzedniej. Wypaść jak najpiękniej, najdostojniej…

Tu parę znalazł każdy, choćby nawet

był nie do pary! A w tych parach same tuzy:

to ministra, to prezydent, to europosłanka…

Wszystkie panie w pięknych wdziankach, a panowie

tacy ważni jak te pawie lub indyki albo

inne dumne ptaki! Polityka zeszła na plan dalszy,

usunęła się w cień – wszak kultura i miasto

jednoczą ich tak, że nie skaczą sobie do oczu,

nie grożą, nie straszą… Bo to święto nad świętami,

pierwsze takie, więc jedyne – i na scenie,

i pod sceną, i przy scenie… Kwiat artystów rozkwita:

Urszula Dudziak jazzowo rozczula; Iwonka

Loranc z serca udaje brzydulę i rudzielca,

przypominając nieodżałowanej pamięci Marię

Koterbską; Beata Bednarz, co talentem zjedna

słuchaczy… I panowie: Adam Nowak o mieście,

Andrzej Lampert w duecie, Alien i Majtis… Na

koniec wszyscy zaśpiewali o słońcu, które w całym

mieście, choć było już ciemno. Na początek

i na finał pani ministra kultury i pan prezydent

miasta. Przemawiają, w niebo unoszą to

miasto z jego kreatywnymi mieszkańcami. A tu

w głowie szumią śpiewy i muzyka, z muzykami


Bielskiej Orkiestry Kameralnej, której tak

pięknie przewodził Mateusz Walach...

Jak stolica, to stolica! Ma zachwycać.

I zachwyca!

Zachwycała w zachwycającej Cavatina

Hall, wypełnionej do ostatniego miejsca

ważnymi personami tak, że zagęszczenie

kulturalnych istot na jeden metr kwadratowy

było rekordowe, a od znanych

postaci roiło się jak w gigantycznym ulu.

Na początku, jak to zwykle bywa w takich

sytuacjach, wystąpienia prominentów w

podobnej i pogodnej tonacji C-dur! Pani

ministra wychwalała, pan ambasador

Norwegii wychwalał, kilka innych ważnych

też wychwalało i najważniejsze, że sam

pan prezydent wychwalał (także siebie!).

Stwierdzam z obiektywną subiektywnością,

że jak najbardziej zasłużenie! Wszak

trzeba mieć poczucie własnej (a nawet

zbiorowej) wartości i godności osobistej!

Gdyby żyły woły, co to harowały straszliwie,

to powiedziałbym, że tak harowali

kochający nasze miasto – już nie na ugorze

jako pierwej wykastrowane parzystokopytne

– ale na niwie kultury, która

foto: Bo Jaroszek

szczęśliwie, dzięki pasji tylu wspaniałych

i oddanych entuzjastów, przez tę harówkę

rozkwitła.

Nie czas na dowcipkowanie, bo na scenie

pojawia się orkiestra La Nostra Banda

z dyrygentem Jackiem Obstarczykiem

na czele. Po tym występie do fortepianu,

uśmiechającego się do widzów całą

klawiaturą, podchodzi genialny Mateusz

Dubiel… Młody człowiek, chłopiec niemal,

z rozbrajającym uśmiechem. Ale jak

się pochyli nad klawiszami, to przeistacza

się w prawdziwego wirtuoza, poruszającego

swoją grą wszystkich, którzy mają

szczęście go słuchać. Ach, jak go lubię

i podziwiam, i wychwalam, bo to nie jakieś

tra-la-la-la, ale sztuka na kosmicznym poziomie,

sięganie samych gwiazd, by nam

przybliżyć inne, najpiękniejsze światy. Mistrzostwa

i wirtuozerii Mateusza nie sposób

opisać. Trzeba je usłyszeć i zobaczyć,

chłonąć wszystkimi zmysłami, a nawet pozazmysłowo…

Nie poznali się na nim jurorzy

XIX Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego

im. Fryderyka Chopina. Historia

tego konkursu zna więcej podobnych

skandali, a ostatecznie okazywało się, że ci

niesłusznie pominięci robili światowe kariery.

Mateusz Dubiel, jestem o tym święcie

przekonany, zapełni najważniejsze sale

koncertowe całego świata. Koncert e-mol

Chopina jeszcze rozbrzmiewa…

Uzasadniona duma nas rozpiera. Jesteśmy

pierwszą Polską Stolicą Kultury! I nikt nas

nie dogoni, nie zrówna się z nami, nie przegoni

nas, najwyżej będzie drugi! Szkoda

tylko, że ten zaszczytny tytuł mamy tylko

na rok, który przeleci wartko jak spieniona

woda w Białej po ulewach. I nie będzie

już stolicy. Będzie tylko Bielsko-Biała. Oby

kultura została na dłużej, a może i na zawsze,

pięknie się rozwijając jak rozmaryn

z pieśni sprzed stu lat. Ten niebieski kwiat

jest symbolem miłości i wierności. Także

kulturze…

foto: Bo Jaroszek

POST SCRIPTUM

66


2Zaszczytny tytuł naszemu miastu nadało

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Może ktoś słusznie zapytać:

za co i po co? Tu się zaczyna problem: co

odpowiedzieć, od czego zacząć? Co jest

najważniejsze? Najprościej będzie zacząć

od dziecka, bo gdy tylko zacząłem przyglądać

się światu, to i mnie świat się zaczął

przyglądać. Spektaklami Banialuki, teatru

lalkarskiego prezentującego spektakle dla

dzieci, a później także i dla dorosłych na

najwyższym poziomie. I to nie tylko zostało

do dziś, lecz także nawet się rozwinęło

– zwieńczeniem fenomenu Banialuki

stał się Międzynarodowy Festiwal Sztuki

Lalkarskiej! Można by o tym długo, ale już

wprasza się Bielskie Studio Filmów Rysunkowych.

Kto nie pamięta Bolka i Lolka czy

Przygód Reksia, że wymienię tylko dwa

najgłośniejsze tytuły oglądane przez małolaty

na całym świecie… Mógłbym dalej

wymieniać: Teatr Polski, architektoniczne

cacko, w którym były i są prezentowane

doskonałe sztuki...

Już się pewnie oburzają przedstawiciele

innych dziedzin kultury, w tym muzycy. To

w dzielnicy Bielska-Białej, Straconce, urodziła

się wybitna, znana na całym świecie

piosenkarka jazzowa Urszula Dudziak,

której Papaya rozbrzmiewa wszędzie. To

tu urodził się Zbigniew Preisner, genialny

kompozytor muzyki filmowej i teatralnej,

znany m. in. ze współpracy z Krzysztofem

Kieślowskim. W tym roku zadebiutuje Preisner

Scoring Competition – konkurs kompozytorski

dla twórców muzyki ilustracyjnej

organizowany przez Zbigniewa Preisnera

właśnie. Trudno nie wspomnieć o Bielskiej

Zadymce Jazzowej, w której uczestniczą

najwybitniejsi muzycy jazzowi świata…

Już protestują wybitni plastycy, chórzyści,

artyści ludowi, organizatorzy Tygodnia

Kultury Beskidzkiej, który stał się

tygodniem kultury światowej; szefowie

domów kultury, gdzie na warsztatach

i w zespołach zarówno dla dzieci, jak

i dojrzałych uczestników, tworzy się i realizuje

wartościowe projekty od podstaw.

Po co? – zapyta ktoś słusznie. Ano po to,

by prawdziwej kultury nie zagłuszył jazgot

tandety, po to by się rozwijała dzięki

wspaniałym ludziom. Po to, by unosiła nas

ponad szarą prozą pędu życia w piękniejsze

rejony. Po to, by pogoń wściekłego

kapitalizmu za pieniądzem nie zabijała w

nas odwiecznej tęsknoty za wędrówkami

do światów, które tylko kultura może nam

67

POST SCRIPTUM

3

foto: Bo Jaroszek

przybliżyć, zaproponować w nich udział,

by się ziszczało się to, co piękne, dobre,

wartościowe...

Po przedłużonym i radosnym świętowaniu

z muzyką w uszach, kolorowymi

obrazami w oczach, wizjami koncertów,

wystaw i spotkań, które się wydarzą, zasnąłem,

kołysany anielskimi śpiewami.

Miałem dziwny sen. Śniło mi się niebo,

w nim wielka jasność, a w tej jasności

– aniołowie pańscy. Ale tacy jacyś dziwni,

bo zamiast tradycyjnych skrzydeł

z piórami, przypominającymi te gęsie

czy łabędzie, mieli skrzydła z… książek

naszych autorów, opisujących urodę

miasta, architekturę, historię, wybitnych

mieszkańców... Nad nimi fruwało kilka

nadaniołów na rauszu, ze skrzydłami

z tomików poezji Mietka Stanclika, Staszka

Goli oraz kilku innych omotanych

i uwiedzionych przez Erato, Euterpe

i Kaliope. Aniołowie z mojego snu wyróżniali

się jeszcze tym, że – prócz dziwnych

skrzydeł – zamiast wznosić anielskie pienia

sławiące Stwórcę, zawodzili smutaśnie

i przejmująco, a ich szloch roznosił

się po całym niebie, ale nie docierał na

ziemię. Obudziłem się zlany potem, choć

przedtem nie byłem.

W półśnie stanął mi przed oczami jak

żywy, choć przecież to niemożliwe, jedyny

pomnik książki z Leska, o którym na jawie

już prawie zapomniałem. To książka trzymana

w ręce, wznoszona do góry, do nieba

(?), jak gdyby na ziemi już nie było dla

niej miejsca. Do tamtej chwili Lesko kojarzyło

mi się wyłącznie z fragmentem piosenki

sprzed 60 lat, śpiewanej brawurowo

przez Tadeusza Woźniakowskiego:

...Mam pannę w sukni niebieskiej

i oczy niebieskie ma

A mieszka pod samym LESKIEM

odwiedzam ją tra la la…

Od kiedy odwiedziłem Lesko, wtopione

w Bieszczady urokliwe miasteczko, w którym

żyje zaledwie 5 tysięcy dusz i ciał, kojarzy

mi się ono już tylko z jednym: ową

książką, chcącą wyfrunąć do nieba, bo jej

na ziemi źle. Nikt nie pomyślał, by odsłonić

tak przejmujący pomnik w Warszawie czy

w innej aglomeracji – gdzie monumentów

ci dostatek, a już kolejni kandydaci się

pchają, by zastygnąć w brązie czy granicie

i być obsrywanymi przez pokojowo nastawione

gołębie – to w maleńkim Lesku stoi

symbol wołający milcząco o pomstę do

nieba, choć niebo i tym razem nierychliwe,

a nie ma pewności, czy będzie sprawiedliwe.

Ucieszyłem się z tego pomnika

radością smutną, bo po pierwszej ekscytacji

uświadomiłem sobie ze zgrozą, że pomniki

stawia się zwykle już nieżyjącym, za

to godnym piedestału. Czyżby więc książka

dogorywała albo już umarła? Czyżby to

było proroctwo albo czarnowidztwo przewrażliwionego

artysty?

Książka jeszcze nie umarła. Umarła za to,

jak na ironię, w pierwszej Stolicy Polskiej

Kultury, Księgarnia Klimczok. Książki opuściły

półki niczym osierocone, zapłakane

dzieci. To smutne, gdy po trzydziestu latach

odchodzi, znika coś ważnego, potrzebnego.

Przyzwyczaili się Bielszczanie

do tej Księgarni, jej właścicieli i personelu

jak do kogoś naprawdę bliskiego. Księgarnia

Klimczok przyzwyczaiła się do nich.

Nie o przyzwyczajenia i przyjaźnie tu jednak

chodzi, a o realia wściekłego kapitalizmu,

gdzie tandeta wygrywa z tym, co

piękne, szlachetne, wartościowe. O tym,

że zły pieniądz wypiera dobry, wiedział już

Mikołaj Kopernik. Jego prawo sprzed wieków,

pozostaje nadal aktualne, niestety.

Teraz dopadło naszą księgarnię.


foto: Bo Jaroszek

Urodzeni pesymiści, których jest coraz

więcej (choć mniej urodzin!), wieszczą koniec

książki papierowej, upadek czytelnictwa,

zamykanie bibliotek i palenie na stosach

zbędnej makulatury. Podobne wizje

dotyczyły choćby opery czy baletu, które

jednak przetrwały i obdarzają nas spektaklami

na najwyższym poziomie. Książka

też przetrwa, odrodzi się, bo jest tak samo

potrzebna jak inne dziedziny sztuki, by

piękniej i różnorodniej przeżyć czas nam

dany. Sztuki niezbędnej ludzkości od zarania,

od pierwszych malunków w jaskini

Lascaux sprzed 17 000 lat!

Co prawda zbyt późno już na rozdzieranie

szat i złorzeczenia, bo „przeżytych kształtów

żaden cud nie wróci do istnienia”, jakby

elegancko i kulturalnie skomentował tę

sytuację Adam Asnyk, któremu jesteśmy

winni wdzięczną pamięć, ponieważ w 1897

roku ten wybitny poeta pozytywizmu osobiście

się zaangażował i podpisał akt fundacji

pierwszej szkoły polskiej w Białej!

Smutno, że w pierwszej Polskiej Stolicy

Kultury, gdzie mamy tyle wspaniałych

inicjatyw, w niebyt odchodzi kulturalna

placówka, z którą byliśmy związani emocjonalnie

przez tyle lat. Marzy mi się –

choć marzenia są zwykle po to, by się nie

spełniały – że powstanie choćby maleńka

księgarnia, z regionalnymi pozycjami, poszukiwanymi

i chętnie nabywanymi przez

mieszkańców, którym miasto nie jest obojętne.

Wprawdzie bez książek, jak bez miłości,

można żyć, ale co to za życie…

4

O kulturze nie wystarcza mówić czy pisać.

Kulturę trzeba tworzyć, nie czekać daremnie,

aż zjawi się sama, i to znikąd. Czasy nie

sprzyjają artystom ani ich zamierzeniom.

Konsumpcjonizm na pierwszym miejscu

stawia potrzeby ciała, zapominając o duchu.

W goniących za dobrami materialnymi,

które mają przynieść złudne szczęście,

znerwicowanych ludziach zanika potrzeba

doznań artystycznych, wzruszeń, zachwytów

nad pięknem. Marnym substytutem

są debilne programy rozrywkowe czy reality

show. Zmęczenie, natłok zbędnych

informacji serwowanych przez współczesne

„przekaźniki”, zaśmiecanie pamięci

bzdurami – wszystko to sprawia, że staczamy

się do dna, z którego odbić będzie się

trudno. Paradoksem tej sytuacji jest to, że

wszystkie wynalazki człowieka rozumnego

miały pozwolić mu zaoszczędzić czas i mądrze

go zagospodarować, kulturą właśnie.

A czas pokazał, że jest na odwrót! I to jest

dramat – prawdziwy, a nie wydumany. Polityka

dołożyła swoje. Równowaga między

ciałem a duchem została niebezpiecznie

i brutalnie naruszona.

Można by na temat rozprawiać długo

i dramatycznie. Tyle że z narzekania niewiele

albo i nic nie wynika. Świata nie

zmienimy, ale to nie znaczy, że mamy

opuścić głowy i zrezygnować, dać się porwać

wirom wciągających nas w bagno.

Miejmy siłę i odwagę, by bronić siebie

w sobie. By ratować piękno minionych

wieków i stwarzać nowe światy, może

urojone, ale bez wojen i psychopatów. Nie

możemy godzić się na wszystko, co nam

– zagoniona i zadyszana – współczesność

proponuje, a raczej czego nie propaguje.

Z wrażliwością przyszliśmy na ten świat

i musimy ją obronić, uchronić przed tymi,

którzy chcą nas jej pozbawić. Kto ma predyspozycje

do bycia twórcą, powinien

tworzyć, kreować wartości niewymierne,

ale potrzebne tym, którzy je akceptują. Na

przekór modom i głoszonym „wzorcom”

kalekiego życia. Może ktoś powiedzieć,

że to walka z wiatrakami. Jestem za taką

walką! Choć wiatraków już nie ma, ale są

jeszcze, na szczęście, ludzie ze skrzydłami,

chcący nas unieść w dobro i piękno. [JW]

JULIUSZ WĄTROBA

POST SCRIPTUM

68


69

POST SCRIPTUM

Ilustracja: Renata Cygan


LISTA ŻYCZEŃ

Trop mnie roztropnie,

głaszcz i rozpieszczaj

do granic rozsądku

do szaleństwa

do wieczora

w strugach szampana

a zwłaszcza z biegiem lat.

Podążaj za mną

i otwieraj kolejne wrota

do radosnego dnia

do szerokiego świata

lub tylko do twego forda.

Uszczęśliwiaj mnie nieustannie

choćby gwiazdką z nieba

podaną z filiżanką porannej herbaty

choćby szlachetnym kamieniem

włożonym ukradkiem na palec.

I kiedy nadejdzie ostatnia godzina

to przyznaj grzecznie

że to twoja wina

od końca i do początku.

HARPIA

On miał tylko wygląd

a ona ambicję i pewność,

że to za mało.

Przynosił jej polne kwiaty

ŁAWECZKA PAMIĘCI

i naręcza szczerych chęci.

Ona chciała pławić się

W proch już obrócony

w ptasim mleczku i płatkach róż.

nadal święcę przykładem,

podobno upamiętniam.

On dał jej atencję.

Zapatrzony w sobie tylko

Ona dała mu kosza.

wiadomą dal

uśmiecham się stale

do mojej jedynej

zakrzepłej myśli.

Obojętnie odbieram hołd

jeszcze żywych

biernie pozując do fotografii.

Błogosławię kloszarda z sąsiedztwa

który przysiądzie,

pogada,

wsunie tani papieros w drętwe palce...

Opieram się niezmiennie

ptakom i pogodzie.

Trwam cierpliwie

na wieki wieków

albo do następnych wyborów...

MAŁGORZATA GAJEWSKA

POST SCRIPTUM

70


Egon Schiele

Człowiek zagubiony w sobie

W

Wybrałem się do Wiednia,

aby zbliżyć się do malarstwa

słynnego ze złotych

dzieł Gustawa Klimta, tymczasem

najmocniej uległem urokowi i sile

obrazów nieznanego mi wcześniej

malarza, pupila Klimta – Egona Schielego

(1890-1918).

W pracach tego autora najbardziej

urzekło mnie, że po stu dziesięciu

latach od stworzenia są dziś nadal

prawdziwie nowoczesne, a nawet

wybiegające w przyszłość. Zarówno

w swej kompozycji, jak i w wymowie.

„Sztuka nie może być nowoczesna.

Sztuka jest pierwotnie wieczna”

– twierdził Schiele. A „pierwotnie

wieczne” jest myślenie o człowieku,

jego duszy, uczuciach, motywach

71

POST SCRIPTUM

działania. Ku temu właśnie zwrócił

on swoją twórczość i może dlatego

stała się ona ponadczasowa.

W swych pracach zdaje się ukazywać

prawdę o ludzkim wnętrzu.

Nie jest ona u niego ani prosta, ani

przejrzysta, tak jak nie są wizerunki

obrazowanych postaci. W portrecie

Lyriker (1911 r.) głowa poety zalega

w oderwaniu na ramionach; inne

fragmenty odzianego ciała gubią

się między sobą w bezładnej brązowo-ziemistej

plątaninie. Czuje się

bezradność człowieka w zderzeniu

ze swą naturą. Obraz ten widziany

jest do dziś jako jedno z najważniejszych

dzieł wczesnego austriackiego

ekspresjonizmu, a stworzony został

przez artystę zaledwie 21-letniego.

Skąd u takiego młodzieńca znalazło

Wystawa stała, na której zapoznawałem

się z obrazami Egona Schielego,

poświęcona jest secesji. Wiedeń

w początkach XX wieku był miejscem

narodzin tego stylu. Opierał się on,

jak wiadomo, na buncie przeciwko

zastanemu porządkowi w sztuce,

przeciw akademizmowi i historycyzmowi.

W swym głównym nurcie

wprowadzał motywy naturalne, roślinne,

giętkie linie, łagodne kształty,

zdobienia i asymetrie. Egon Schiele

jako bardzo młody malarz (w 1910

roku miał zaledwie 20 lat) nie skod

a n i e l w Ó j t o w i c z

się tyle wejrzenia w głębię człowieka

i tyle co do niej pesymizmu? To były

najbardziej wyraziste pytania, jakie

rodziły się we mnie przy odkrywaniu

tego autora w wiedeńskim Muzeum

Leopoldów.


Muszę widzieć nowe rzeczy

i badać je.

Chcę smakować ciemnej wody

i widzieć trzaskające drzewa

i dzikie wiatry

POST SCRIPTUM

Egon Schiele


rzystał z tej drogi. Nie wiadomo, czy

wpływ mogło na to mieć jego dzieciństwo

naznaczone zbyt częstymi

spotkaniami ze śmiercią: kilkoma

martwymi płodami matki, śmiercią

dziesięcioletniej siostrzyczki czy

przedwczesnym odejściem ojca.

A może, bardziej warsztatowo – zdecydował

o tym znaczący kontakt

z ekspresyjnymi dziełami dojrzałego

już Edwarda Muncha, zaprezentowanymi

na wielkiej wystawie

w Wiedniu w 1909 r.? Zafascynowały

one podobno wzrastającego malarza

mocniej niż podziwiana dotąd, dość

łagodna twórczość bardzo już modnego

Gustawa Klimta.

I dla norweskiego mistrza, i dla austriackiego

adepta wspólne stało się

w ich twórczości brzemię przedwczesnej,

niepotrzebnej śmierci wiszące

nad ludzkim życiem. U Muncha pojawia

się ona częściej w łożu umierającego.

U Schielego staje się często

gorszym wariantem losu lub nawet

niechcianą częścią samego siebie.

Na obrazie przedstawiającym scenę

ostatecznego rozstania malarza

z ukochaną dziewczyną, z konieczności,

wbrew ich namiętności

i uczuciu, on sam przedstawia siebie

jako śmierć. Obraz nosi tytuł Śmierć

i dziewczyna.

Jednym z najbardziej przejmujących

obrazów jest Śmierć matki (1910 r.).

W czarnej sylwecie zmarłej zawiera

się, niczym embrion, kształt żywego

lub właśnie umierającego dziecka,

tak czy owak opuszczanego. Dzieło

to interpretuje się jako nieustanny

wyraz lęku Egona przed śmiercią

i jego refleksji nad bezwzględnością

cyklu życia. „Wszystko jest martwe,

podczas gdy żyje” – miał powiedzieć.

Dzieła Schielego stały się w wiedeńskiej

secesji przypadkiem szczególnym,

daleko odchodzącym od

podstawowego kanonu tego stylu:

przez ostrą, dość dramatyczną linię,

niejednoznaczność obrazu, ciemną

kolorystykę. Okazywały się smutne,

choć wymowne, mocne.

Jak u współczesnego mu Picassa złamanie

kompozycji postaci służyło

zmianie sposobu i hierarchii postrzegania,

tak u Schielego raczej ukazywaniu

„złamanej” psychiki.

„Bez deformacji, bez transpozycji,

bez metafory, bez abstrakcji nie jesteśmy

dziś w stanie objąć i wyrazić

narastających konfliktów uczuć

i spraw” – powiedział pół wieku później

Tadeusz Kantor. A Egon Schiele

musiał to dobrze czuć już w początkach

XX wieku i stawał się w tym

prawdziwym nowatorem.

73

POST SCRIPTUM


Żaden erotyczny utwór sztuki nie jest brudny,

jeśli jest znaczący artystycznie;

staje się brudem tylko dzięki obserwatorowi,

jeśli ten jest brudny

Egon Schiele

POST SCRIPTUM

74


Odniosłem wrażenie, że najważniejszym celem tych

zabiegów twórczych było ukazanie samego faktu, że

one w człowieku rzeczywiście tkwią i nim targają. Nawet

jeśli jest młody i pełen wigoru – a może zwłaszcza

wtedy. To miało uzmysłowić widzowi, jak czytamy

w komentarzu wystawy, że: „jednostka jest obca samej

sobie, a Ego nie jest – jak mówił Freud – panem

we własnym domu. Jednostka jest miejscem kryzysu

indywidualności”. W autoportretowej sylwetce Siedzący

nagi mężczyzna Schiele ukazuje drobiazgowo

całość swojego ciała i to w taki sposób, aby dostrzec,

że nie jest z nim wcale poukładany. „Postulował autorefleksję

jako wąskie powiązanie cielesności i seksualności

z pytaniami egzystencjalnymi” – napisano

w komentarzach wystawy. W 1910 r. spojrzenie takie

musiało być szokujące i odkrywcze. Patrząc dziś na te

prace, zadaję sobie pytanie, na ile w naszym zbiorowym

myśleniu kwestie te już oswoiliśmy? Na ile tkwimy

nadal w złudzeniach nieświadomości? Czy sztuka

Schielego sprzed lat pozostaje nowatorska, ponieważ

ukazuje nam coś, czego ciągle nie potrafimy swym rozumem

ogarnąć?

Ludzie na obrazach Schielego nie są zatem wcale „secesyjni”

ani piękni, ani naturalni. Nakreśleni raczej dziwacznie,

w nienaturalnych kształtach i wyrazach twarzy. Ale

wypełnia ich przy tym jednak dość wyraźna osobowość

i pełnia przeżywanych emocji. Można to odczytywać jako

podstawową zasadę odkrywania tajemnic człowieka.

„Ciała mają własne światło, które zużywają, aby żyć: płoną,

nie są oświetlane z zewnątrz” – twierdził i ukazywał

to w swych dziełach. W czasie, gdy w samym początku XX

wieku Schiele tworzył swoje obrazy w Wiedniu, miasto to

było humanistyczną stolicą świata, miejscem rewolucyjnych

zmian w patrzeniu na ludzkie wnętrze.

W kilku jego obrazach – jak w wystawionym u Leopoldów

obrazie Transfiguration – występują „ślepcy”

(najczęściej uosabiający samego autora), którymi są

osobowości zamknięte na obraz zewnętrzny, a zwrócone

całkowicie ku wnętrzu. Takie spojrzenie stawało

się nie tylko wyrazem postawy czy myśli twórcy,

lecz także działało na całe malarstwo, odwracając

je od tego, co widać, ku temu, co czuć. Nowatorska

linia i kompozycja obrazu musiały zwiększać uwagę

i wrażliwość widza na zupełnie nowy sens takich dzieł.

Naukowe ustalenia Zygmunta Freuda z początku

Młody malarz, mimo że nie poznał osobiście Freuda,

musiał być pod mocnym wpływem uosabianego przez

niego myślenia.

Choć jego życie trwało zaledwie 28 lat (Schiele zmarł

nagle w 1918 r. na hiszpankę), to zdążył wykonać ponad

200 autoportretów (wliczając w to akwarele i rysunki).

Przekonany był widocznie do sugestii Freuda, że najlepszą

drogą do zrozumienia życia jest bezustanna analiza

samego siebie, autopsja, ponieważ szereg procesów psychologicznych

jest wspólnych dla wszystkich.

Na wiedeńskiej wystawie u Leopoldów zobaczyć można

kilka z tych autoportretów: Z podniesionym, odsłoniętym

ramieniem, Z opuszczoną głową, Z chińską rośliną

lampionową. W każdym z nich Egon Schiele pokazuje

siebie w mocno przekształconej, nienaturalnej postaci,

z twarzą odsłaniającą, czasem przekornie, prześmiewczo,

czasem dramatycznie. Ukazuje wypełniające go emocje.

75

POST SCRIPTUM


XX wieku przyciągały do Wiednia psychologów, lekarzy

i filozofów z całej Europy. W tamtejszych salach wykładowych

i w pięknych kawiarniach spierali się ze sobą o kształt

odkrywanej na nowo natury i osobowości człowieka.

Stawało się pewne, że nie jest ona ani tak oczywista, ani

tak prosta, jak to sobie wcześniej wyobrażano, i że jest

ona terenem bezustannego, czasem tragicznego, wewnętrznego

konfliktu. Fakt, że jawił się on jako nierozwiązywalny,

rodził powszechną depresję.

Człowiek tracił swój wizerunek, stawał się istotą ułomną,

targaną emocjami, sprzecznościami, a przede wszystkim

popędami. Sztuka musiała się do tego odnieść, co zmieniło

ją już na zawsze. Od tej pory będzie mówiła mniej

o doskonałości bogów, a zdecydowanie więcej o ułomności

człowieka.

A ułomność ludzka okazywała się kluczową tajemnicą

istnienia. Sztuka objawia się w tym jako jedna z najważniejszych

dróg do jej poznania. Młody Egon Schiele dokonał

w swoich dziełach wspaniałej próby zobrazowania

tej tajemnicy.

Niestety, jak pokazały późniejsze dwie wielkie wojny

i dalsze, niekończące się, trwające do dziś zamieszanie

na świecie, niewiele z tego wszystkiego dla ludzkości

wynikło. Może nie mogło. A może ukazywana przez

Schielego bezradność człowieka wobec jego losu jest

większa, niż to sobie wyobrażamy? Może faktycznie

opisany przez Freuda i tak dosadnie zobrazowany przez

Schielego popęd śmierci jest w naturze człowieka najmocniejszy?

Może faktycznie malarz, obrazując ją liniami

ostrymi i w barwach pozbawionych nadziei, trafił

w sedno prawdy o nas? [DW]

DANIEL WÓJTOWICZ

Największy zbiór dzieł Egona Schielego znajduje się w Wiedniu

w Muzeum Leopoldów – od nazwiska małżeństwa austriackich lekarzy,

którzy w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku kolekcję

tę stworzyli. Podobno nie było to bardzo wymagające: prace tego

malarza – dziś warte miliony – nie były jeszcze w cenie. Pod koniec

wieku przekazali swe zbiory państwu austriackiemu w zamian za

stworzenie godnego obiektu do ich przechowania i prezentacji. Stała

się nim specjalnie wybudowana, biała, prosta bryła dużej galerii

w Dzielnicy Muzealnej, w centrum miasta koło Hoffburga.

foto: Daniel Wójtowicz

POST SCRIPTUM

76


AFORYZMY

Juliusz Wątroba

Myśl trwalsza od kamienia – przetrwa trzęsienie ziemi i wybuch wulkanu.

Sumienie ma wyostrzone zęby.

Smutne, gdy dusza bezduszna.

Głód i lenistwo rodzicami wynalazków.

Życie to lina do balansowania.

Choć nie jesteś rybą, to żyj z ikrą!

Chciałbym, by drugi brzeg był horyzontem.

Rekin bez zębów, jak człowiek bez mózgu.

Jak żyć, gdy natura nienaturalna?

Dobry koniec pociesza zły początek.

Robi wokół siebie tyle szumu, że zagłusza sztormy.

Czy da się mówić wolno, władając biegle językiem?

Gdyby nie było wariatów, to jeszcze bylibyśmy na drzewach.

Czy ktoś widział diabła albinosa?

Daremne próby, aby zerwać się z łańcucha pokoleń.

W krainie cieni nie szukaj kolorów.

Jak normalnie żyć w nienormalnym świecie?

Najciemniej jest pod latarnią. Gdy wyłączą prąd.

Nie podpieraj się laską... dynamitu!

Staniczek to kaganiec na piersiątka.

Musisz się zgubić, aby się odnaleźć.

Żar powinien lać się z piekła, a nie z nieba!

Czy kiedykolwiek biskupie pałace zamienią się na biskupie „mizerne ciche stajenki liche?”

Walki o krzesła kończą się zwykle u stolarza lub grabarza.

Szanuje każde poglądy, jeśli tylko zgadzają się z jego.

Życie bez stomatologa jest bezzębne.

Bez kapoka nie rzucaj się w ramiona kobiet!

77

POST SCRIPTUM


foto: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

78


Siedem twarzy

Sergiusza Piaseckiego

Postanowiłam zmienić klimat i przeczytać

powieść, którą sam autor, niechętny

przechwałkom, przedstawił

tak: „Dając tę książkę czytelnikom

polskim, dla których ją napisałem,

chcę zwrócić ich uwagę na magię

powieści. Utrwaliła życie nieznane,

intensywne, ciekawe, które zaginęłoby

na zawsze, gdyby nie mózg i uczucia

autora, który je obserwował”.

(Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy,

Polska Fundacja Kulturalna, Lona

d a j o h n s o n

Jako wielbicielka książek nie raz

zastanawiałam się, jak duży

wpływ na nasze literackie wybory

ma przypadek. Co sprawia, że

czasem nasze oczy jedynie prześlizgują

się po tytule, a innym razem

zakotwiczają się w twórczości danego

autora na dobre. Jedno jest pewne:

przypadkowi, który zetknął mnie

z prozą Sergiusza Piaseckiego, miałabym

ochotę wystawić pomnik.

A było to tak:

28 marca 2026 roku w Klubie Orła

Białego odbyły się III Autorskie Targi

Książki w Londynie, które mam przyjemność

współorganizować. Ideą tej

imprezy jest wspieranie i integrowanie

polskiego środowiska pisarskiego

na obczyźnie oraz budowanie relacji

z czytelnikami, którzy pragną czytać

w języku polskim. Jedną z wielkich

atrakcji tegorocznej edycji była wystawa

poświęcona wybitnemu polskiemu

pisarzowi, który część swojego

życia spędził na emigracji w Wielkiej

Brytanii. Dzięki stworzonej przez

Instytut Pamięci Narodowej ekspozycji

zatytułowanej Siedem twarzy

Sergiusza Piaseckiego mogliśmy jako

brytyjska Polonia uhonorować literackiego

patrona roku.

79

POST SCRIPTUM

Oto co napisano o nim w uchwale Sejmu

RP z dnia 26 września 2025 roku:

„Sergiusz Piasecki, weteran wojny

polsko-bolszewickiej, as polskiego

wywiadu, ale i przemytnik, awanturnik

i więzień. Wybitny pisarz, patriota,

który nauczył się posługiwać literacką

polszczyzną w wieku dorosłym,

gdy odbywał wyrok za napad z bronią

w ręku. W czasie II wojny światowej

żołnierz Armii Krajowej, szef komórki

wykonującej na zdrajcach wyroki Polski

Podziemnej. Po wojnie emigracyjny,

antykomunistyczny pisarz objęty

całkowitym zakazem cenzury w PRL.

Jeden z najwybitniejszych twórców

polskiej literatury XX wieku”.

„Jeden z najwybitniejszych twórców...”

– a ja nie przeczytałam żadnej

jego książki! Postanowiłam

niezwłocznie nadrobić zaległości.

Z ciekawością sięgnęłam po Zapiski

oficera Armii Czerwonej w wersji audio,

w genialnej interpretacji Witolda

Bielińskiego, i… przepadłam! Lubię

satyrę, szczególnie gdy napisana jest

tak sprawnie, że człowiek przenosi

się w czasie i przestrzeni, a przy tym

śmieje się i smuci jednocześnie. Wojenne

perypetie radzieckiego oficera

pochłania się jednym tchem. Michaił

Zubow – w wyniku awansu społecznego,

który zawdzięcza „swemu

drogiemu ojcu” Stalinowi – wprost

z podmoskiewskiego kołchozu trafia

do okupowanego przez Sowietów

Wilna, by wyzwolić tamtejszy

proletariat spod jarzma burżujskich

ciemiężycieli. Nie jest to tak proste,

jak by się wydawało, bo z obserwacji

Miszki wynika, że „cała Polska z burżujów

się składa. Co spojrzę na którego,

to każdy w butach i przy zegarku".

Oczywiście i on wkrótce kupuje

sobie zegarek, a nawet dwa, i każe

sobie uszyć buty z najlepszej skóry.

Gdyby miał więcej czasu, to pewnie

by się kąpał nawet raz w miesiącu,

a porządnego człowieka poznaje po

tym, że „wódkę pije szklankami”.

Marzy o rowerze, który jest dla niego

wyznacznikiem wysokiego statusu

społecznego. To trzeba przeczytać,

aczkolwiek przyznaję, że perfidia Zubowa

w końcowych rozdziałach przyprawiła

mnie o ból żołądka, o bólu

duszy nie wspominając.


dyn, 1969). Tym sposobem na kilka

barwnych i niezwykle ciekawych dni

przeniosłam się na polsko-sowieckie

pogranicze, do świata przemytników

i pięknej męskiej przyjaźni.

Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy to

najsłynniejsza książka Piaseckiego.

Wcale mnie to nie dziwi. Dzięki swojemu

darowi opowiadania autor prowadzi

czytelnika w sam środek wielkiej

przygody: w równym stopniu fascynującej

i niebezpiecznej. Jest w tej

obszernej powieści coś urzekającego:

pragnienie wolności i życia na własnych

zasadach, a także przekonanie,

że towarzysze wędrówki nigdy nie zawiodą.

Oto fragment, który doskonale

to obrazuje: „Przez całą drogę śpiewa

coś mi w duszy. Wypełnia mnie

radość, że idę z tymi ludźmi – silnymi,

sprytnymi, słynnymi po całej granicy

fartowcami, którym zawsze we

wszystkim można zaufać. Z nimi nie

istnieją dla mnie żadne przeszkody,

żadne niebezpieczeństwa. Gdybym

wiedział, że jeśli nie cofnę się i nie

porzucę ich, to za godzinę czeka mnie

śmierć, nie cofnąłbym się. Nigdy”.

Historia powstania tej powieści jest

niezwykła. Sergiusz spędził w więzieniu

jedenaście lat i to właśnie wtedy

nauczył się polskiego języka literackiego,

czytając Biblię i polski tygodnik

społeczno-kulturalny „Wiadomości

Literackie”. Wcześniej posługiwał się

głównie językami rosyjskim i białoruskim.

Kochanek powstał w 15-osobowej

celi, na parapecie więziennego

okna. Piasecki pisał w zeszycie

z ponumerowanymi stronami, co

miało powstrzymywać osadzonych

przed wysyłaniem grypsów. Kiedy

wypełnił jeden zeszyt, musiał go oddać

administracji, a wtedy dopiero

mógł poprosić o kolejny. Nie zawsze

jednak władze więzienia przychylały

się do jego prośby. Piasecki znalazł

sposób, by kontynuować: używając

rdzy, zmienił kolor atramentu i pisał

kolejną partię tekstu między już istniejącymi

wersami, a kiedy zabrakło

miejsca – w poprzek. Ten niezwykły

rękopis rozszyfrował następnie Melchior

Wańkowicz, który odwiedzał

zakłady karne jako reporter. Był pod

ogromnym wrażeniem talentu Piaseckiego

i jego umiejętności snucia

opowieści. Zachęcał autora do dalszego

pisania, a ostatecznie pomógł

w publikacji książki. Powieść wyprzedała

się w rekordowym tempie

i została przetłumaczona na wiele

języków. Słynni polscy pisarze, ludzie

kultury, a nawet politycy tamtego

okresu doprowadzili w końcu

do uwolnienia Piaseckiego z zakładu

karnego na cztery lata przed zakończeniem

wyroku. Powoływano

się na szlachetną przeszłość autora

w służbie Polsce, którą ten świadomie

wybrał na swoją ojczyznę.

Niezwykła proza sugeruje niezwykły

życiorys. Zaczęłam więc zgłębiać

źródła i w ten sposób natknęłam się

na Archiwum Pełne Pamięci, projekt

Instytutu Pamięci Narodowej mający

na celu pozyskiwanie, gromadzenie

i upowszechnianie szerszej

publiczności pamiątek wielkich Polaków,

współcześnie zapomnianych.

W podcaście poświęconym Sergiuszowi

Piaseckiemu, który zresztą

z całego serca polecam Państwa

uwadze, wzięła udział m.in. jego

wnuczka, historyk literatury – Ewa

Tomaszewicz. Kiedy opisywała ubogie

życie swojego dziadka na emigracji

w angielskim mieście Hastings, powiedziała

coś, co mnie uderzyło: „On

nie potrafił żyć jak zwyczajny człowiek,

ponieważ nigdy się tego nie nauczył”.

O niezwyczajności Piaseckiego rozmawiam

z Iwoną Golińską, założycielką

Polish Sue Association, dziennikarką

i działaczką polonijną, miłośniczką

historii i autorką licznych inicjatyw

upamiętniających polskie dziedzictwo

w Wielkiej Brytanii. Jednym z jej

ostatnich projektów jest sprowadzenie

wystawy Siedem twarzy Sergiusza

Piaseckiego do Londynu.

POST SCRIPTUM

80


Co najbardziej fascynuje Cię w postaci

Sergiusza Piaseckiego?

Myślę, że jest to jego autentyczność.

Piasecki nie był „pisarzem zza biurka”,

lecz człowiekiem, który żył na

granicy światów: przemytnikiem, wywiadowcą,

więźniem, a później emigracyjnym

twórcą. Jego życie to symbol

losów XX-wiecznej Polski, rozdartej

między Wschodem a Zachodem,

Rosją a Niemcami. To postać, która

pokazuje, że historia nie jest abstrakcją

– ona ma twarz, emocje i dramat.

Dla mnie to jeden z najważniejszych

świadków swojej epoki – człowiek,

który nie tylko ją przeżył, ale miał odwagę

ją opisać.

Mówi się, że Sergiusz Piasecki miał

tak niezwykły i barwny życiorys, że

aż trudno uwierzyć, że opisuje życie

tylko jednej osoby. Który fragment

jego biografii mógłby posłużyć według

Ciebie za kanwę filmowego

scenariusza?

Bez wątpienia jego działalność szmuglerska

i wywiadowcza na Kresach

oraz dramatyczny moment skazania

na karę śmierci, zamienionej następnie

na wieloletnie więzienie. To

historia pełna napięcia: pogranicze,

tajne operacje, zdrady, walka o przetrwanie.

A potem – pisanie powieści

w celi. To gotowy scenariusz na film

o międzynarodowym potencjale, łączący

thriller, dramat psychologiczny

i historię.

Sergiusz Piasecki w swoim niezwykle

fascynującym życiu spotkał wielu

wybitnych Polaków, o których

teraz młodzież uczy się w szkole.

Wiemy, że po uwolnieniu z więzienia

w 1937 roku autor udał się do

Zakopanego, by podreperować zrujnowane

zdrowie. Tam spotkał między

innymi Witkacego, którego życiorys

także nadaje się na scenariusz

filmowy. Nieco wcześniej szczęśliwy

los zetknął Piaseckiego z Melchiorem

Wańkowiczem, dzięki któremu

mógł zaistnieć w świecie literatury.

Sam Piasecki zaś prawdopodobnie

był szczęśliwym losem dla Józefa

Mackiewicza, pisarza i dziennikarza,

skazanego przez wileński sąd Armii

Krajowej na śmierć pod pretekstem

kolaboracji z Niemcami. Piasecki

81

POST SCRIPTUM

w tym przypadku miał wątpliwości

co do słuszności oskarżenia i wyroku

nie wykonał. Mackiewicz przeżył,

a nieco później wyrok uchylono. Jak

myślisz, co spina biografie tych słynnych

Polaków?

Jeśli chodzi o Wańkowicza i Mackiewicza,

to z Piaseckim łączy ich bezkompromisowość

i odwaga w mówieniu

prawdy, aczkolwiek relacje

Piaseckiego z każdym z nich mają

wyjątkowy wymiar. Jak wiemy, to

właśnie Melchior Wańkowicz odkrył

Sergiusza Piaseckiego jako autora.

Dostrzegł jego talent w tekstach pisanych

w więzieniu, docenił jego

kunszt i autentyczność. Zachęcał go

do pisania, wspierał publikacje i pomagał

wejść do świata literackiego.

Co więcej – zabiegał o jego wcześniejsze

zwolnienie z więzienia.

Portrety Sergiusza Piaseckiego zostały wykonane przez Stanisława Ignacego Witkiewicza

(Witkacego) w 1939 roku podczas pobytu obu twórców

w Zakopanem (domeny publiczna)

Z kolei z Józefem Mackiewiczem Piaseckiego

łączyła głęboka wspólnota

doświadczenia i myślenia. Obaj byli

ludźmi Kresów, świadkami brutalności

systemu sowieckiego i jego wpływu

na człowieka. Łączyła ich bezkompromisowa

postawa antykomunistyczna

i wierność prawdzie („tylko

prawda jest ciekawa”), sprzeciw wobec

propagandy i manipulacji, a także

doświadczenie emigracji i marginalizacji

oraz przekonanie, że literatura

powinna być świadectwem rzeczywistości.

Ich twórczość to nie tylko literatura

– to dokument epoki i moralny

sprzeciw wobec totalitaryzmu.

Czy jesteś wielbicielką twórczości

Piaseckiego?

Tak, szczególnie cenię jego książkę

Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy.

To powieść niezwykle sugestywna,

pełna napięcia i autentyczności, czytelnik

niemal czuje świat pogranicza.

Równie ważne są dla mnie Zapiski

oficera Armii Czerwonej. To wybitna

satyra na system sowiecki i homo

sovieticus – człowieka ukształtowanego

przez propagandę i ideologię.

Piasecki obnaża mechanizmy zniewolenia,

kompromisu i moralnego

upadku systemu.

Co istotne, książki Piaseckiego były

publikowane i czytane także za granicą

– funkcjonowały w obiegu emigracyjnym,

poza cenzurą, trafiając

do międzynarodowego środowiska

literackiego. Wierzę, że Piasecki jest

postacią, która nie powinna zostać


zapomniana przez współczesnych

Polaków. Dlatego tak bardzo cieszy

mnie decyzja Sejmu o ustanowieniu

roku 2026 Rokiem Sergiusza Piaseckiego.

W świetle aktualnej sytuacji

na świecie, w czasie, gdy Rosja prowadzi

pełnoskalową wojnę przeciwko

Ukrainie, proza Piaseckiego nabiera

szczególnego znaczenia. Pomaga

zrozumieć, czym jest rosyjski system

– oparty na propagandzie, przemocy

i strachu.

Co wyróżnia prozę Piaseckiego

wśród dzieł pisarzy, którzy tworzyli

w tym samym okresie?

Realizm, autentyczność i doświadczenie.

Piasecki pisał językiem żywym,

bezpośrednim i niezwykle sugestywnym.

Bywał porównywany do

George’a Orwella – jako autor bez

złudzeń opisujący systemy totalitarne.

Co więcej, jego proza bywa uznawana

za jeszcze bardziej prawdziwą,

ponieważ wynikała z osobistego doświadczenia,

a nie jedynie obserwacji.

W swym Folwarku zwierzęcym

Orwell pisał, jak wiemy, o Sowietach

i ich systemie, używając wyłącznie

fikcji. Można więc zaryzykować

twierdzenie, że Piasecki był bardziej

autentyczny, mówiąc o zbrodniach

i nadużyciach sowieckich, bo zarówno

on sam, jak i jego najbliższe otoczenie

doświadczyli ich na sobie.

Wiadomo, że wyjeżdżając po wojnie

za granicę, Piasecki pozostawił

w Polsce swoją rodzinę. Wiem, że

udało Ci się porozmawiać z synem

pisarza – Władysławem Tomaszewiczem.

Jak potoczyło się jego życie?

Czy utrzymywał kontakt z ojcem?

To jedna z najbardziej poruszających

i dramatycznych historii związanych

z Sergiuszem Piaseckim. Jego syn w

rzeczywistości nie znał swojego ojca.

Ze względu na konieczność konspiracji

i realne zagrożenie Piasecki ukrywał

swoją prawdziwą tożsamość.

Pisał z Anglii listy do rodziny jako

„babcia Stefania”. Syn był przekonany,

że jego ojciec zaginął podczas

wojny. Dopiero pod koniec lat 80.,

gdy Piasecki już nie żył, syn poznał

prawdę. Dzięki zapiskom matki Władysław

odkrył, że „babcia Stefania”

była w rzeczywistości jego ojcem.

Był to dla niego ogromny szok, choć

przez minione lata przeczuwał, że

coś się nie zgadza. Postać ojca była

owiana tajemnicą, a jego książki niedostępne

– funkcjonowały jedynie

w drugim obiegu. Komuniści zakazali

publikowania i czytania jego twórczości.

Syn nosił inne nazwisko niż

jego ojciec – celowo, by chronić go

przed represjami. Piasecki przez całe

życie pozostawał w ukryciu: zmieniał

adresy, nazwiska, nie ujawniał się,

unikał szerokich środowisk emigracyjnych.

Londyn był przesiąknięty

agenturą komunistyczną, a on – jako

były wywiadowca – był poszukiwany

przez polskie i sowieckie władze. Żył

więc nie tylko na emigracji, ale też

w ciągłym zagrożeniu. To dramat

człowieka, który musiał w pewnym

sensie wyrzec się roli ojca, aby chronić

rodzinę.

Chociaż Piasecki większość swojego

powojennego życia spędził

w Anglii, nigdy nie nauczył się języka

angielskiego. Wyobrażam sobie,

że nie sprzyjało to procesowi jego

adaptacji do nowego miejsca. Jak

wyglądało emigracyjne życie Sergiusza

Piaseckiego?

Skromne, samotne i pełne niepokoju.

Wielka Brytania była schronieniem,

ale nie domem. Jego twórczość była

formą walki o prawdę – publikowaną

poza cenzurą. Miał ograniczoną liczbę

zaufanych przyjaciół, na pewno

nie chodził na rauty i przyjęcia. Był

bardzo skryty.

Czy fani jego twórczości mogliby

udać się na wycieczkę śladami swego

mistrza?

Tak – od Kresów, przez Wilno, po

Wielką Brytanię. To ogromny potencjał

w zakresie edukacji i projektów

historycznych.

Czy Sergiusz Piasecki był niedocenionym

geniuszem?

Zdecydowanie tak. Przez lata marginalizowany,

dziś odkrywany na nowo

– także w kontekście porównań do

George’a Orwella.

Jak już wspomniałaś, Sejm ustanowił

rok 2026 Rokiem Sergiusza Piaseckiego.

W związku z tym w przestrzeni

publicznej pojawia się wiele

inicjatyw, które z pewnością prze-

82

POST SCRIPTUM


Za zdjęciu

Iwona Golińska

i pisarka Anna Rozenberg

podczas III Autorskich Targów

Książki w Londynie

Fot. Justyna Prabucka

Piasecki nie był „pisarzem zza biurka”,

lecz człowiekiem, który żył na granicy światów:

przemytnikiem, wywiadowcą, więźniem,

a później emigracyjnym twórcą

łożą się na wzrost zainteresowania

twórczością autora. Co jeszcze możemy

zrobić, by przypomnieć rodakom

o tym nietuzinkowym Polaku?

Możemy organizować wydarzenia

i wystawy, opowiadając o jego postaci;

rozwijać różne projekty związane

z Piaseckim, a także popularyzować

jego książki i edukować młodzież.

Powinniśmy również promować jego

twórczość międzynarodowo – także

w środowisku brytyjskim. Jako założycielka

Polish Sue Association – stowarzyszenia

założonego ku pamięci

Sue Ryder, którego celem jest szerzenie

wiedzy historycznej wśród Polaków

na Wyspach, umacnianie relacji

polsko-brytyjskich, ale także przypominanie

o powojennych historiach

83

POST SCRIPTUM

Polaków w UK – zamierzam podjąć

się tego wyzwania.

Dlaczego ponowne odkrycie twórczości

Sergiusza Piaseckiego jest aktualnie

tak ważne?

Ponieważ dziś to znacznie więcej niż

literatura. To ostrzeżenie. Systemy

totalitarne – takie jak system sowiecki

– są jednym z największych

zagrożeń dla świata. Opierają się na

propagandzie, kłamstwie i przemocy.

Niszczą człowieka, jego wolność

i zdolność myślenia. Piasecki pokazał

to od środka. Pokazał, czym są sterowanie

odgórne, homo sovieticus i jak

wygląda upadek społeczeństwa. Co

najważniejsze – te mechanizmy nadal

funkcjonują. Współczesna młodzież

musi to zrozumieć. Literatura

Piaseckiego jest bezcenna, ponieważ

jest świadectwem prawdy.

Według mnie przesłanie jest jasne:

musimy zachować pamięć o takich

postaciach jak Sergiusz Piasecki.

Temu celowi powinny służyć edukacja

historyczna (czytanie literatury

i oglądanie filmów), a także organizowanie

wydarzeń kulturalnych

(wystaw, dyskusji, odczytów). Zrozumienie

zagrożeń płynących ze strony

Rosji jest naszą najważniejszą linią

obrony przed powrotem historii. [AJ]

Rozmawiała

ADA JOHNSON


WSPÓŁCZESNA SZTUKA POLSKA

Co widzę, kiedy myślę: polska sztuka?

Przede wszystkim przypomina

mi się to, o czym uczyła mnie polonistka

w liceum: malarstwo Matejki, mazurki

Chopina, sonety Mickiewicza, opery

Moniuszki, rysunki Kossaka, pomniki stojące

w centralnych miejscach miast.

Co czuję, kiedy myślę: polska sztuka?

Smutek. Ale nie dlatego, że polska sztuka

jest zła, bo nie jest. Jest wspaniała.

Ale wszystko (albo prawie), co oglądam,

słucham lub czytam, wiąże się z naszym

narodowym cierpieniem. Bardzo mało

jest radości, komedii, muzyki tanecznej,

śmiechu czy kolorów, za to dużo twórczości

przeciwko: polityce, wojnie, inności

i zastanej rzeczywistości.

Mam też nieodparte wrażenie, że wszystko

musi być nacechowane albo wielką

miłością i tęsknotą, albo mesjanizmem

i bohaterstwem, albo cierpieniem i poświęceniem.

Wszystko musi być wielkie,

jedyne, romantyczne, poetyckie, egzaltowane.

Wykonane przez artystę, który

skończył największe uniwersytety, pobierając

nauki od największych mistrzów,

i najlepiej, aby przymierał głodem i żył w

skrajnych warunkach bytowych, bo kiedy

zarabia na swoich dziełach, to już nie

ma prawa nazywać się artystą. Twórcy

powinni wypełniać swoje dzieła nienawistną

miłością, ronić nad nimi bolesne

łzy radości, proces kreacji przypłacać

śmiercią pełną życia i życiem przepełnionym

śmiercią. W dodatku sztuka ma

być miła i ładna dla oka i ucha, wszyscy

powinni o niej mówić, ale absolutnie nie

w kategorii skandalu. Wszystko musi być,

oczywiście, spójne w swoim wyrazie. Ironizuję?

Bynajmniej!

Niezwykłą trudność sprawia mi czytanie

o polskiej sztuce. Bardzo rzadko mogę

trafić na artykuł, felieton czy opis wystawy,

który w pełni rozumiem. Mam

wrażenie, że teksty umyślnie napisane

są skomplikowanym językiem, by z potoku

wyrażeń i zdań przeciętnie inteligentny

człowiek mógł zrozumieć jak

najmniej. Od kiedy interesuję się polską

sztuką współczesną i pragnę poznawać

dzieła artystów – nie poprzestając jedynie

na patrzeniu na prace, ale i chcąc

przeczytać o inspiracjach, doświadczeniach

i punktach zwrotnych w ich życiorysach

– ciągle trafiam na przeintelektualizowany

bełkot. Jakby użycie prostszych

środków stylistycznych uwłaczało ich autorom.

Jakby bali się, że zrozumienie tego, co

chcą przekazać, odebrało im tajemniczość

i niedostępność. Jakby traktowali swoich

odbiorców jak idiotów i okazywali

im swoją wyższość i pogardę, mówiąc:

„I tak tego nie zrozumiecie!”. Polską sztukę

rozumiem dopiero z perspektywy emigracji.

Kiedy trafiam na polskiego artystę

w jakiejś europejskiej galerii i czytam opis

dzieła po angielsku, myślę: nie można

było tak od razu? Prosto i komunikatywnie

dla odbiorcy?

Rozumiem oczywiście, że nie wszystko

odbieram jednakowo, że część prac artystycznych

nie jest skierowana do mnie.

Nie wszystko musi mi się podobać i nie

wszystko muszę rozumieć. Ale skoro jako

dziecko pojmowałam, co mówi do mnie

z ekranu telewizora i co rysuje profesor

Wiktor Zin w programie Piórkiem i węglem,

to dlaczego jako dojrzała kobieta

po przeczytaniu fury książek o sztuce

i wizytach w dziesiątkach galerii nie wiem,

co kurator wystawy chce przekazać we

fragmencie, „wystawa koncentruje się na

tym, jak artyści definiują rolę społeczną,

jak określają swoje powinności wobec widza

oraz negocjują relacje z instytucjami.

[Wystawa] to przegląd sposobów widzenia

i postrzegania, pożądania, bycia razem

i bycia samemu, rozumienia rzeczywistości,

relacji do przeszłości i przyszłości.

Wystawa dotyczy zarówno przestrzeni

prywatnej artystów, budowania relacji

z obiektami codziennego użytku czy architekturą,

jak i – wciąż niepoddanego – terytorium

zmiany społecznej, prób modyfikacji

świata za pomocą narzędzi sztuki”.

Można by przypuszczać, że nie gustuję

w polskiej sztuce, ale to nieprawda. Postrzegam

ją jednak w sposób wymykający

się tradycyjnemu jej pojmowaniu,

bo widzę ją absolutnie wszędzie. Sztukę,

nie tylko użytkową, dostrzegam zarówno

w przestrzeni publicznej, jak i sakralnej

oraz prywatnej. Przyozdabia miejskie

parki i place zabaw, wnętrza świątyń,

fasady domów i przydomowe ogródki,

podwórkowe dziedzińce w otoczeniu

kamienic i wnętrza kawiarń. Przyglądam

się jej w hotelach, karczmach i na malutkich

ulicznych skwerkach. Towarzyszy

historycznym widowiskom, festynom

i jarmarkom. Walczy o swoje miejsce

z chińszczyzną w przemyśle pamiątkarskim.

Widać ją we wszystkich gatunkach

sztuki i rękodzieła. Obejmuje malarstwo

ścienne i sztalugowe, rzeźbę – zarówno

tę monumentalno-pomnikową, jak i gabinetową;

meblarstwo, tkactwo, drobną

architekturę, haft i biżuterię. Ten rodzaj

sztuki wymyka się instytucjom. Dosięga

ją lekceważenie, drwina i biadanie nad

polskim bezguściem ze strony wszelakiej

maści muzeów, galerii, krytyków, historyków

i ekspertów. Ale ona jest, istnieje,

funkcjonuje i ma się znakomicie za

sprawą internetu, poradnikowych forów

i portali społecznościowych. Oraz zwykłych

ludzi, którym jest potrzebna.

Wszyscy ważni ludzie sztuki powinni wyzbyć

się swojego protekcjonalnego tonu,

kiedy mówią o „innym świecie sztuki”,

i lekceważącego podejścia do wszelakich

eksponatów powstających w pozainstytucjonalnych

obiegach i przyznać, że

on również istnieje. Powstaje za sprawą

autentycznych działań wynikających

z potrzeby serca, uznania i docenienia. Że

nie wpisuje się w gusta muzealników? No

cóż, tacy my Polacy jesteśmy i takie mamy

poczucie estetyki. I to także wasza – drodzy

eksperci i krytycy – wina. Bo zamiast

wyśmiewać i strofować, może należałoby

więcej zapraszać do współpracy i edukować

bez narzucanego odgórnie intelektualnego

bełkotu i z odrobiną szacunku.

Polska sztuka współczesna może być

nie tylko odzwierciedleniem aktualnych

problemów i zjawisk, ale także aktywnym

dialogiem z historią i tradycją tworzącą

unikalną mozaikę artystycznych

głosów. [RW]

RÓŻA WIGELAND

Zacytowany fragment pochodzi z opisu wystawy

„Co widać. Polska sztuka dzisiaj” w 2014 roku

w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

Felieton pochodzi z książki Trójgłos, która miała swoją premierę na Autorskich Targach Książki w Londynie

w marcu 2026 roku. Pozostali współautorzy Trójgłosu: Natalia Sobiecka i Andrzej Smoleń.

POST SCRIPTUM

84


Krzysztof T. Dąbrowski

GANGSTERSKIE POGADUCHY

Al Ciapone i Mleczny Miki spotkali się na neutralnym

gruncie, w pubie „Pod Ciaputkiem”, by

pogadać o ostatnich porachunkach między ich

rodzinami.

W pewnym momencie Al, który z natury jest

trochę zboczony, jak zwykle zboczył z tematu:

– Miki, ty mi powiedz, czemu ty zawsze mleko

pijesz?

– Nie uwierzysz, ja nadal mam mleczne zęby.

– Coś mi tu śmierdzi…

Miki pociągnął nosem.

– Nic nie czuję.

– Chodzi mi o to, że chyba kręcisz – wyjaśnił Ciapone

i łyknął piwa.

Miki zakręcił doczepianym blond warkoczem

i odparł:

– Dobra, masz mnie. Tak naprawdę piję mleko,

bo zamierzam być wielki. Kiedyś, jak już dorosnę,

chcę dostać Nagrodę Nobla.

JAK MY SIĘ DOBRZE ROZUMIEMY!

Burek podbiegł do pracującego przy komputerze

pana i wskoczył mu na kolana.

– Śniłem koszmar o kocie sąsiadki – zaskamlał,

a ludź współczująco pogłaskał go po łepku.

Pomogło, uspokoił się trochę.

– Kupisz mi nowy album Snoop Doga? – zaszczekał.

– Kompletnie cię nie rozumiem – odparł człowiek

i kupił nowego Snoop Doga.

Burek był zachwycony tym, że tak dobrze się rozumieją,

więc zaproponował:

– Obejrzyjmy psy.

– Nie mogę się skupić przez to szczekanie. Ale skoro

robimy przerwę, to mam propozycję. Obejrzyjmy

sobie film.

I obejrzeli wszystkie części Psów.

Niestety, psy w nich nie grały…

Burek uznał, że powinien zostać reżyserem i nakręcić

Psy IV: Co ty wiesz o szczekaniu?.

KULINARNE ROZMOWY PSÓW

Spotkali się na trawniku Burek z Azorkiem.

– Ty wiesz, że ludzie grają kostkami w kości? – zagaił Burek.

– A niech mnie koty biją! Jak można grać jedzeniem? Czy oni pogłupieli?!

– Ja ci powiem lepszy numer, ludzie nas jedzą.

– Jak to? – Azorek był bliski omdlenia.

– No, hot dogi z nas robią.

– To dlatego nie odmawia mi żadnych przysmaków.

– Kto? – zapytał Burek.

– No, mój pan. Widocznie chce mnie utuczyć, żeby mieć potem więcej mięsa…

– Azorek, do nogi! – Na arenie wydarzeń pojawił się azorkowy ludź.

Spanikowany pies zawył wniebogłosy i uciekł.

Za to Burek tarzał się po trawniku, taki miał ubaw.

Naiwny Azorek znowu dał się wkręcić.

85

POST SCRIPTUM


JUŻ JUTRO...

Drabble to forma mikropowieści,

czyli bardzo krótkiego

opowiadania fikcyjnego

(szczególnie popularnego

w fandomach science-fiction i fanfiction),

które tradycyjnie ma dokładnie

100 słów (czasem z tytułem)

i musi zawierać kompletne: początek,

środek i koniec, tworząc mini

historię. Nazwa wywodzi się z żartu

z lat 80. XX wieku, stworzonego

na podstawie gry z programu Monty

Pythona, gdzie uczestnicy mieli

napisać powieść, ale ostatecznie

ograniczono to do 100 słów.

Do sali tronowej wpadł zziajany służący.

Nie ośmielając się podnieść wzroku na władcę, natychmiast

padł na kolana i pokornie zwiesił głowę,

której miał nadzieję nie stracić po tym, co mu zaraz

powie.

– Panie, wybaczcie, ale przynoszę niecierpiące

zwłoki wieści.

– Mówcie. – Basowy głos władcy rozniósł się echem

po sali.

– Już jutro na Netflixie będzie Wiedźmin.

– Możesz odejść.

– Tak, panie. – Nie podnosząc głowy i nie odwracając

się doń plecami, służący pospiesznie wycofywał

się ku drzwiom.

– Wyjdźcie wszyscy – zarządził władca.

Rozległy się zdziwione szmery, ale już po chwili król

został sam.

Kim jest ów Wiedźmin? – dumał zaniepokojony. –

A ten cały Netflix, czy on ma ostre kły?

KWIKUŚ NIE ROZUMIE

Kwikuś nie potrafił zrozumieć okrucieństwa

świata, w którym przyszło mu żyć.

Widział kiedyś w naściennym prostokącie,

przez otwór w ludzkiej siedzibie, coś, co

nazywało się Muppetami. I w tych Muppetach

była taka jedna – nazywano ją

Świnką Piggy – i nie mógł oderwać od niej

spojrzenia.

Marzył później, że też odniesie sukces

i stanie się takim amantem, że pojawi się

w tych całych Muppetach i zdobędzie jej

serce.

Mijały lata i nic z tych marzeń nie wynikało.

Nie dość, że wciąż tkwił w chlewiku, to

jeszcze chodziły plotki, że będzie następny

do zjedzenia przez ludzi. Wszak zniknęli

już Chrumkuś i Pinkuś z rodziną…

D R A B B L E

POST SCRIPTUM

86


RC87

POST SCRIPTUM


POST SCRIPTUM

88


S I Ó D M E W Y M I E R A N I E

Rycerz Cnoty

i inne patologie

Ale skąd się to w nas bierze, że będąc dorosłymi, w miarę

świadomymi osobnikami homo sapiens tak lubujemy się zajmować

rycerzowaniem. Że tak wysoko cenimy tego rodzaju

formy marnowania czasu, sił witalnych i energii, skoro…

…skoro nasza wiedza zaczyna się… i kończy na tym, że się

urodziliśmy. Nie wiemy, dlaczego tu – na Ziemi – jesteśmy

(nie mylić wiedzy z wiarą). Niezbyt dużo wiemy o wszystkim,

co nas otacza. Niewiele wiemy o nas samych. Nie wiemy,

co się z nami dzieje po śmierci (tutaj również proszę

nie mylić wiedzy z wiarą).

Za to wiemy, że mkniemy z prędkością circa about

Pierwsza z głównych zasad – nigdy nie walczyć z pokusami.

Bo to osłabia. Pokusa taka zjawia się nagle,

licząc na walkę z naszym wewnętrznym Rycerzem

Cnoty. Naniosła (ta pokusa, że niby) oręża, wyćwiczyła

wprzódy pokusowe muskuły… a tu nic. Żadnej walki. Pełne

poddanie się pokusie, która, zdezorientowana, po kilku

próbach dzióbania Rycerza Cnoty odchodzi jak niepyszna

w stronę słabszych charakterów. Tych, które w swoim

braku rozsądku wystawiają do walki albo świeżutkiego,

odzianego w niemalże dziewiczą jeszcze, nietkniętą dotąd

szpikulcem pokusy zbrojkę Rycerzyka Cnotki albo pokancerowanego

i połatanego w wielokrotnych potyczkach

i regularnych bitwach wewnętrznego Rycerza Cnoty, co to

namęczy się i nazużywa energii właściciela, napsuje mu

krwi (a czasem i ubabra w brązach), a pokusa i tak wkrótce

się oddali. Albowiem pokusa zazwyczaj w dupie ma swoją

(za)wartość, bo ona żywi się wyłącznie walką. Taka ona

jest, ta pokusa. Nieuleganie pokusom osłabia charakter.

Ideałem jest ulegnięcie pokusie, zanim jeszcze ona się

zjawi, ale to już wyższa szkoła kształtowania charakteru.

A tak, lekko tylko podziabany Rycerz Cnoty podnosi się

z pozycji leżącej, delikatnym papierem ściernym przeszlifowuje

dzióbnięcia, poleruje zbroję na wysoki połysk

pastą polerską do zbrój, po czym woskuje i jak nowiutki –

w błyszczącą jakoby prosto od płatnerza niemalże zbroję

odziany – na powrót staje na straży charakteru. Do czasu,

aż na horyzoncie zamajaczy kolejna pokusa. Bardziej

doświadczony Rycerz Cnoty leży już wtedy, podziabawszy

się uprzednio samodzielnie, żeby wytrącić pokusie

ostatnią możliwość zrobienia sobie dobrze, choćby tylko

samym dzióbaniem. Może być, że wtedy taka skonsternowana

pokusa nie zbliży się nawet, co by czasu swojego

cennego na niewalkę nie tracić.

Żródła:

89

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ruch_obrotowy_Ziemi

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ruch_obiegowy_Ziemi

https://pl.wikipedia.org/wiki/Droga_Mleczna

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wielki_Atraktor

https://www.nasa.gov/news-release/nasa-scientists-detectcosmic-dark-flow-across-billions-of-light-years/

POST SCRIPTUM

6 600 000 km/h 1 , tak, tak – sześć milionów sześćset tysięcy

kilometrów na godzinę!

przez coś niewyobrażalnego, co nazywamy Wszechświatem,

zawierającym co najmniej 2 biliony galaktyk, żyjąc

na dalekich obrzeżach Drogi Mlecznej – „naszej” galaktyki

zawierającej około 250 miliardów gwiazd i około 100 miliardów

planet, z czego, szacunkowo, 300 milionów planet

(tylko w naszej galaktyce!) mogło wytworzyć warunki

sprzyjające powstaniu życia…

… a oglądamy w telewizji jakiś serial albo dajemy się wciągać

smartfonom, portalom społecznościowym czy w jeszcze

inny sposób marnujemy czas i życie.

Wiem, wiem, wielu powie – ależ to dopiero po śmierci

zacznie się nowe, najlepsze we Wszechświecie, a ponadto

– wieczne – życie. Ale proponuję, na potrzeby tej jednej,

jedynej chwili, zrobić czysto teoretyczny eksperyment

myślowy i założyć (tylko na kilka minut), że jednak istnienie

nasze kończy się z chwilą śmierci, że później nie ma już nic.

Czy mając taką świadomość, nadal – z aż taką konsekwencją,

uporem i determinacją – trwonilibyśmy podarowany

nam czas, pozwalając, aby przeciekał między palcami?

A jeśli nawet wierzymy w cokolwiek – czy sposób i kierunek,

w jakim podążamy, marnotrawiąc kolejne godziny,

miesiące i lata, ma sens? [BJ]

BO JAROSZEK

1 1080 km/h prędkość wynikająca z ruchu obrotowego Ziemi na szerokości

geograficznej Bielska-Białej,

107220 km/h prędkość wynikająca z ruchu Ziemi wokół Słońca. Obydwie powyższe

wartości obliczyłem w felietonie Czas to pieniądz w Post Scriptum 4/2024,

791700 km/h prędkość Układu Słonecznego wokół centrum naszej galaktyki – Drogi Mlecznej,

2100000 km/h prędkość Drogi Mlecznej w kierunku Wielkiego Atraktora – olbrzymiego

skupiska galaktyk,

3600000 km/h prędkość, z którą cały nasz region Wszechświata, włączając Wielki Atraktor,

porusza się w kierunku czegoś znajdującego się poza granicami obserwowalne

go Wszechświata,

______________

6600000 km/h sześć milionów sześćset tysięcy kilometrów na godzinę.


Obraz: Bea Stoszek

Nasza wiedza

zaczyna się…

i kończy

na tym,

że się urodziliśmy

POST SCRIPTUM

90


Terroryści

R O B E R T

K N A P I K

„A może pani jest po prostu wesołą osobą?” – pyta

moja psychiatrka. Międlę w sobie to pytanie przez kolejne

tygodnie. Czy osoba z depresją może być wesołą

osobą? Czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach może być

wesołą osobą?

Czasem myślę, że niedługo musi się wydać: ktoś się

w końcu zorientuje, że wymyśliłam to wszystko, by zamaskować

swoje lenistwo i móc bezkarnie godzinami

oglądać seriale w wannie. Czekam, aż ZUS przyśle do

mnie kontrolera, który każe mi oddać pieniądze za dwa

tygodnie psychiatrycznego zwolnienia wraz z karnymi

odsetkami, a potem postawi przy moim nazwisku

gwiazdkę, żeby już nikt nie dał się oszukać tej symulantce.

Pół biedy, jeśli widzę sceptyczne spojrzenia

cywilów. Gorzej, że coraz częściej wyczuwam nutkę

podejrzliwości w głosie znajomych o dłuższym stażu

psychiatrycznym. Jeszcze gorzej, gdy ta podejrzliwość

podszyta jest niemal niewyczuwalną pretensją. Serio,

czy nawet bycie w depresji udało mi się spierdolić?

Z książki Jak płakać w miejscach publicznych Emilii

Dłużewskiej

23 lutego obchodzimy Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją.

Niestety to taki jeden dzień w roku, a z tego, co mi

wiadomo, ludzie chorują na depresję nierzadko przez dłuższą

część swojego życia. Oprócz tego irytuje mnie nazwa

i zawarta w niej walka. Z czym tu walczyć? Dlaczego inne

dni poświęcone różnym chorobom nie zawierają słowa

„walka”? Z jakiego powodu ta militarna ornamentyka

przykleiła się szczególnie do depresji? Kolejne poradniki,

których reklamy czasem przewijam na Facebooku – „Jak

pokonać depresję?”, „Jak pokonać ten straszny smutek?”–

tylko to wzmacniają. A przecież depresja to wcale nie jest

smutek. Kiedy wreszcie odejdziemy od czarno-białego

pojmowania chorób psychicznych, etykietek, łatek co rusz

przyczepianych jak cenówki na używane dżinsy?

91

POST SCRIPTUM

Powolutku, co prawda opornie i z problemami, ale jednak

rusza psychoedukacja, nowy przedmiot szkolny „edukacja

zdrowotna”, z segmentem o zdrowiu psychicznym.

Więcej się mówi o zdrowiu psychicznym, zdejmujemy

z tego tematu niezdrowe szukanie sensacji. Mentalność

ludzka nie zmienia się jednak tak szybko, wciąż w niektórych

kręgach psychika to nadal bezkresny ocean tajemnicy,

a częściej poletko do szukania różnej maści absurdów.

Gdy boli mnie gardło, mam gorączkę, boli mnie brzuch,

zwyczajnie idę do lekarza. Z zaburzeniami nastroju już

nie jest tak prosto. Może gorszy dzień to wymówka,

a może to tylko poprzewracało się coś w głowie i wystarczy

trochę dyscypliny i mniej stękania. Irytuje mnie

ogromnie demonizowanie, a zarazem ośmieszanie chorób

psychicznych. Sam jako osoba lecząca się psychiatrycznie

doświadczyłem na sobie tego, czym właściwie

jest stygmatyzacja, jak utrwalone prymitywne myślenie

szkodzi w leczeniu, a jednocześnie dzieli ludzi na tych

zdrowych i właściwych oraz chorych, dziwnych i w zasadzie,

tak to rozumiem, szukających dziury w całym.

W ostatnich latach wyraźnie wzrosła obecność w debacie

publicznej wątków dotyczących szeroko pojmowanego

zdrowia psychicznego. Coraz częściej usłyszymy

o tym w radiu czy telewizji, poczytamy na łamach różnych

gazet. Przyczyniła się do tego z pewnością pandemia,

a szczególnie czas postpandemiczny, otworzyła się

puszka Pandory, rozlały się na społeczeństwo różnego rodzaju

lęki, fobie, zaburzenia depresyjne, zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne

itp. Więcej też jest publikacji aktualizujących

wiedzę dotyczącą psychiatrii czy świadomości

w sferze zaburzeń psychicznych. I ta wiedza nie jest specjalnie

miła. Psychiatria dziecięca jest w zapaści, w ogóle

psychiatria ze wszystkich działów medycyny była często

traktowana po macoszemu. Oddziały, jednostki szpitalne,

poradnie to często miejsca zapomniane, od lat nieremontowane,

przypominające czasy słusznie minione.

O tym, jak również o leczeniu, szerzeniu świadomości

traktują publikacje, spośród których starałem się wybrać

coś cennego. W wielu z nich powtarzają się podobne

wątki, dlatego nie chciałem zakręcać koła i po raz kolejny

pisać o tym samym.


Anna Kiedrzynek, Choroba

idzie ze mną. O psychiatrii

poza szpitalem, Wydawnictwo

Poznańskie, Poznań 2023

Emilia Dłużewska,

Jak płakać w miejscach

publicznych, Wydawnictwo

Znak, Kraków 2023

Dużo, i to moim zdaniem dobrze, mówi się o psychiatrii

środowiskowej. W mniejszych miastach powstają kolejne

Centra Zdrowia Psychicznego, które oferują kompleksową

pomoc w zakresie ochrony zdrowia psychicznego.

O tym w dużej mierze, ale również o samych chorujących,

traktuje reportaż Anny Kiedrzynek Choroba idzie

ze mną. O psychiatrii poza szpitalem. Nie boję się tego

powiedzieć – ta pozycja zmienia perspektywę myślenia,

pokazuje inne oblicze ludzi zmagających się z zaburzeniami

psychicznymi poza terenem szpitala. Miejmy świadomość,

że pobyt na oddziale to tylko niewielki fragment

z życia osoby w kryzysie psychicznym. Kiedrzynek pisze

z wielką wrażliwością, stara się zrozumieć odium związane

z chorującymi na schizofrenię, depresję, demencję,

zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, CHAD. Niektórzy zarzucają

autorce, że faworyzuje w książce osoby chorujące

na schizofrenię – jest w tym trochę racji. Dzieje się tak

być może z prostego powodu, iż zwyczajnie chorowanie

na schizofrenię jest w większym stopniu owiane różnymi

mitami, szkodliwymi stereotypami, a na obnażeniu

tych mitów autorce chyba szczególnie zależało. W zasadzie

najbardziej pokochałem tę publikację właśnie za

to, iż przewodnimi motywami stają się tu stygmatyzacja

oraz autostygmatyzacja. Dochodzi do niej wtedy, gdy za

punkt ciężkości bierze się nie realny obraz choroby, ale

uprzedzenia, frustracje, obsesje, czarno-biały sposób widzenia.

Co gorsza, sami cierpiący również zakładają sobie

kajdany, traktując te przekazy serio.

Największe wrażenie zrobił na mnie w tym kontekście

przykład dziewczyny chorującej na CHAD (chorobę afektywną

dwubiegunową), która pracowała w Zakładzie Aktywności

Zawodowej. Zrezygnowała z tej pracy, jej zaburzenie

było traktowane bowiem na równi z upośledzeniem

umysłowym. W owym zakładzie pracowały również osoby

z upośledzeniem i chorująca na CHAD nie chciała w tym

zaprzęgu być ustawiana w jednym rzędzie. Niestety jest

to bardzo szkodliwy przykład stygmatyzacji, tzn. osoby

w kryzysie psychicznym często traktuje się jako niespełna

rozumu, nieobliczalne, głupie. Swego czasu sam powtarzałem

jak mantrę, że co prawda choruję na depresję, ale nie

jestem upośledzony – to bardzo ogromna różnica.

Zaraz na początku lektury Anna Kiedrzynek zaznajamia

nas z dwiema osobami chorującymi na schizofrenię.

Pierwsza z nich to człowiek zajmujący się ogrodnictwem,

a druga osoba nie pracuje, jest na rencie. Najważniejsze

jest tutaj uświadomienie tego, że nie ma jednego obrazu

choroby. Komuś nie przeszkadza ona w funkcjonowaniu,

dla drugiego jest wyrocznią, pozbawia sił i celu. Na

wstępnym etapie przygotowań nad tekstem chciałem

go zatytułować Jedna tableteczka. Ogrodnik nie potrzebuje

oprócz tej jednej tabletki w ciągu dnia żadnej innej

formy farmakoterapii. Dzięki niej zapomniał o chorobie.

Kiedrzynek też na jego przykładzie pokazuje, jak łatwo

obraz choroby może przysłonić nam obraz człowieka,

tzn. wiadomość o chorowaniu na schizofrenię spowodowała,

że już nie widzę człowieka, tylko chorobę. Nie

interesują mnie już jego pasje, marzenia, życie codzienne,

pożądam wyłącznie informacji o chorobie, najlepiej

skandalicznych. A wystarczy przecież ta jedna tabletka

i ten człowiek nie chce już myśleć o chorobie.

Społeczeństwo stygmatyzuje. Dużo złego w tej mierze zawdzięczamy

również popkulturze, która rozpowszechnia

jakieś upiorne wizje osób w kryzysie psychicznym. Szacuje

się, że ponad dwa miliony osób w Polsce cierpi na różnego

rodzaju zaburzenia psychiczne, z tego ponad milion

na samą depresję. Ile osób jest niezdiagnozowanych, nie

wiadomo, ale najpewniej dużo. I będzie ich przybywało,

bo kto, myśląc zdroworozsądkowo, chciałby mieć przylepioną

etykietkę „głupi”, „wariat”, „pomylony”. Mało się

mówi o tym, że gdyby była większa sieć wsparcia społecznego,

większa edukacja, to mniej byłoby zachorowań,

a do kryzysów osób już chorujących dochodziłoby

znacznie rzadziej. Proste i zrozumiałe, jednak czarno-białe

widzenie rzeczywistości jest jeszcze prostsze, ale szkodliwe.

Po pierwsze, warto wiedzieć, jaka jest dynamika

konkretnego zaburzenia, po drugie, wsparcie jest również

ogromnie ważne. Nie ma osób zdrowych, są tylko niezdiagnozowani

– to popularne powiedzenie przypisywane

Zygmuntowi Freudowi uświadamia, że należy do siebie

oraz innych mieć dużo zrozumienia.

Sporo zamieszania w zakresie zdrowia psychicznego

w ostatnim czasie poczyniła poetka i pisarka Justyna Bargielska,

również lecząca się na depresję. Założyła ona

POST SCRIPTUM

92


zbiórkę na leczenie. Osoby zajmujące

się pisaniem nie mają na ogół stałego

dochodu, a leczyć się, chodzić

na terapię trzeba. Bargielska część

środków ze zbiórki przekazała innym

osobom w potrzebie, co wywołało

oburzenie niektórych darczyńców,

którzy przekazali środki, mając na

uwadze wyłącznie leczenie samej

Justyny Bargielskiej. Natomiast jak

przekazała pisarka w rozmowie dla

„Angory”, możliwość pomocy innym

osobom pomogła również i jej stanąć

na nogi. Pamiętajmy, że zaburzenia

psychiczne biorą się często z przegniłych

relacji międzyludzkich, które

zamiast wspierać, szkodzą. Depresja

w tym kontekście ma bardzo silne

umocowanie społeczne, bierze się

z tego, co nieuleczone, nienaprawione

w nas samych oraz toksycznych

więzi z innymi ludźmi, dlatego tak

ważne, by wspierać siebie nawzajem.

Choroba może zniekształcać nasze

myślenie o osobie chorującej. Opowieści

zebrane przez Annę Kiedrzynek

pełne są takich refleksji. Choroba

bywa demonizowana, do samego

chorego podchodzi się z podejrzliwością

albo nawet z wrogością. Bywa

i tak, że jest on zwyczajnie traktowany

przez rodzinę jak piąte koło

u wozu. Zachęcam do zapoznania się

z historią Piotra, gdyż jest ona reprezentacją

historii wielu osób mierzących

się z zaburzeniami psychicznymi,

zapomnianymi, zaniedbanymi,

nieskarżącymi się na swój los. Pokazuje,

kim właśnie staje się ten zapomniany

człowiek po wyjściu ze szpitala,

jak potem wygląda jego leczenie,

a przede wszystkim jego relacje z najbliższym

otoczeniem?

Część pozycji poświęconych zdrowiu

psychicznemu zanadto skupia się

na pobycie w szpitalu psychiatrycznym,

a resztę życia osoby w kryzysie

psychicznym pomija, jakby w ogóle

przestała być istotna. Najlepiej, żeby

do pobytu w szpitalu nie dochodziło,

ale do tego potrzebna jest profilaktyka.

Ważna jest farmakoterapia, ale

znowu nie przeceniałbym tak bardzo

jej roli, dlatego że najistotniejsze znaczenie

ma tutaj właściwe odżywianie,

profilaktyka, zdrowy styl życia

i bezpieczne, dające wsparcie relacje

z bliskimi. Jeśli tego zabraknie, żadne

tabletki nie pomogą.

93

POST SCRIPTUM

Inny dla odmiany sposób pisania

o kryzysie psychicznym prezentuje

Emilia Dłużewska w swojej książce

Jak płakać w miejscach publicznych.

Tytuł jest nieco prowokacyjny, ale

chyba miał taki być, jak zresztą treść

całej publikacji. Nie do konca wiem,

jak odbierać tę narrację. Dłużewska

chciała udowodnić, że o depresji

można pisać w sposób żartobliwy.

Czy ta pozycja jest śmieszna? – pozostawiam

do przemyślenia. Autorka

choruje na chorobę afektywną dwubiegunową,

ale w lekkiej postaci,

więc tak na dobrą sprawę łatwo jest

jej żartować. Czy gdyby miała epizody

ciężkiej depresji, myśli samobójcze,

nie dbała o higienę przez miesiące,

tak samo by żartowała? Nie

sądzę. Dlatego ten zabieg, że można

pisać o zaburzeniach psychicznych

na wesoło, jest tutaj nieco cynicznym

wykrętem, być może podkręcającym

sprzedaż, ale dla mnie w rezultacie

śliskim i krótkowzrocznym.

Stwierdzam jednak, że są w tym

zbiorze anegdot, obrazków, memicznych

żartów dobre momenty. Autorka

pisze, że Polska rośnie na traumie

jak pieczarka na gnoju. Jest takich

zdań przynajmniej kilka – i to by było

na tyle. Dłużewska zrobiła ze swojej

choroby kostium, sprowadziła ją do

śmieszności i tym samym spowodowała,

że niektóre fragmenty wydają

się zwyczajnie pretensjonalne i przesadnie

sztuczne. Sytuacje przedstawiane

na potrzeby książki mają być

luźne i kipiące od chwytliwych tekstów.

Momentami są jednak nazbyt

luźne i – że tak powiem – autorka

manewruje od jednej anegdoty do

drugiej, co czyni tę plątaninę wątków

jeszcze bardziej chaotyczną.

Być może jest to jakaś forma autoterapii

okraszonej mniej lub bardziej

trafnymi metaforami. Nie za bardzo

podoba mi się ton prezentowany

w tej niezbyt grubej pozycji. Momentami

opiera się on na zasadzie: każdy

miał rodziców, ktoś wam musiał

podcierać tyłek, jakoś tam żyliście.

A przecież największą istotą literatury

i wszelkich świadectw życia

stworzonego na potrzeby literackie

jest po prostu to, że pokazują osobny,

inny wycinek świata. Znajdziemy tutaj

trochę eksperymentów formalnych,

ale przede wszystkim dużo efekciarstwa

i niepotrzebnego, taniego

ekshibicjonizmu. To swoisty wstęp

do świata osobliwości, podczas gdy

chcemy odchodzić od stygmatyzacji,

szerzyć psychoedukację, mówić na

poważnie o kryzysie psychicznym,

a nie go ośmieszać. W którą stronę

w takim razie idziemy?

Czy to rewolucja? Nie – to raczej powolne

zmiany, ale idące w dobrym

kierunku, o czym zresztą pisze Anna

Kiedrzynek. W ostatnim czasie ponownie

ukazała się proza Olgi Hund

(Psy ras drobnych) traktująca o kryzysie

psychicznym. I to bardzo dobrze,

bo miałem wrażenie, że ta niewielka,

ale jednak mocna pozycja

została trochę zapomniana. Dyskusja

trwa, im więcej głów, osobnych

zdań, tym lepiej, każdy argument

musi wybrzmieć.

Nie brakuje jednak kwestii spornych.

W jakim stopniu rodzina ma uczestniczyć

w leczeniu osoby cierpiącej

na zaburzenia psychiczne? Czy ma

mieć wgląd do dokumentacji? Czy

może ustalać leczenie z lekarzem,

i to jeszcze bez obecności osoby,

o której mowa? O tym też wspomina

Kiedrzynek. To ważne pytania,

wkraczające już na teren moralności/etyki.

Chodzi przecież o to, aby

człowiek w kryzysie psychicznym

odzyskał wolność, miał poczucie stanowienia,

sprawczość, a nie zatracał

się bezwolnie w chorobie. I być może

jesteśmy właśnie takimi terrorystami,

Siostry i Bracia w doświadczeniu,

my w kryzysie psychicznym, szczególnie

w środowiskach dysfunkcyjnych,

gdzie granice nie są przestrzegane.

Dla niektórych zamachem jest to,

gdy człowiek po kryzysie, chce odzyskać

godność, podnosi się, przestaje

dawać się kontrolować. Na ile stajemy

się niebezpieczni dla otoczenia,

gdy wychodzimy nieco ponad normę?

Otoczenie często tego nie rozumie,

bo samo oswoiło ograniczenia

i uznało je za coś zwyczajnego. Jestem

terrorystą, bo mam świadomość

tych ograniczeń i próbuję wyrwać

się z okowów „normalności”.

A wy? [RK]

ROBERT KNAPIK

D


HOCKNEY

w Serpentine Gallery

Dzieła jednego z najwybitniejszych współczesnych

artystów, Davida Hockneya, można zobaczyć

w londyńskiej Serpentine Gallery. Wystawa zatytułowana

A Year in Normandie and Some Other Thoughts

about Painting to w mojej opinii zaproszenie do

świadomego patrzenia na otaczającą nas rzeczywistość.

David Hockney od dekad konsekwentnie pozostaje

wierny jednej idei: malarstwo to nie tylko odtwarzanie

rzeczywistości, lecz także sposób jej intensywniejszego

doświadczania. W londyńskiej odsłonie jego malarstwa

ta myśl nadal wybrzmiewa. Artysta chce przykuć naszą

uwagę zupełnie czymś innym niż dramatyczne wiadomości

czy sensacyjne komunikaty, tak jak robią to współczesne

media. Zamiast spektakularnych tematów proponuje

zwyczajność: spokojny krajobraz i zmieniające się pory

roku. W naszych realiach brzmi to jak akt sprzeciwu przeciwko

nadmiarowi bodźców płynących do nas z ekranów.

Centralnym punktem wystawy jest zaprezentowany po

raz pierwszy monumentalny fryz A Year in Normandie.

Hockney zainspirował się średniowiecznym arcydziełem,

tkaniną z Bayeux. Przejął z niej pomysł, by przedstawić

swoją narrację w formie długiego, panoramicznego

pasa. Zamiast historycznej kroniki stworzył wizualny zapis

roku: od zimy, przez wiosnę i lato, aż po jesień. Dlaczego

wybrał akurat taki temat swojego dzieła? Złożyło

się na to kilka czynników. Obserwuję i poznaję twórczość

Hockneya od wielu lat i nie jest dla mnie zaskoczeniem,

że fascynuje się on otaczającą go naturą. Przeprowadzka

do Normandii również musiała spowodować, że artysta

pokaże nam tamtejszą przyrodę. Istotnym kontekstem

powstania tych prac był także czas pandemii COVID-19.

Same obrazy składające się na A Year in Normandie zostały

namalowane głównie w 2020 roku, w bardzo krótkim,

intensywnym okresie pracy. Mobilność była ograniczona,

a „zatrzymanie” świata pogłębiło artystyczną

koncentrację Hockneya. Zresztą, nie tylko jego. Wiele

książek, badań i pomysłów ma swoją genezę właśnie

w tamtym czasie. Zamiast szukać nowych tematów, twórcy

zanurzali się w jednym miejscu i jednym motywie.

Hockney realizował swoje prace częściowo przy użyciu

technologii cyfrowych (m.in. iPada), a następnie przenosił

je na duże formaty, tworząc monumentalny fryz

o długości kilkudziesięciu metrów. W efekcie wystawa

nie jest przypadkowym zbiorem prac lub obrazów

z różnych okresów twórczości, lecz spójnym projektem.

To zapis osobistego doświadczenia izolacji z 2020 roku

oraz konsekwentnie rozwijanej przez Hockneya idei, że

najprostsze elementy rzeczywistości – czyli w tym przypadku

światło, drzewa, trawa i pory roku w najbliższym

otoczeniu jego domu i pracowni w Normandii – mogą

stać się źródłem sztuki o niezwykłej sile oddziaływania.

Nieprzypadkowe zdaje się też umieszczenie wystawy akurat

w tej galerii sztuki. Po wyjściu na zewnątrz z budynku

w świetle dziennym wzrok naturalnie biegnie do przestrzeni

Kensington Gardens. To, co obejrzałam na płótnach,

znajduje swoje odbicie tuż za ścianą galerii. Granica

między sztuką a rzeczywistością zaczyna się zacierać

i chyba o takie wrażenie chodziło twórcom wystawy.

Podczas oglądania zastanowiło mnie jeszcze jedno. Na

środku umiejscowiono pojedyncze obrazy Hockneya. To

zapewne była część należąca do wystawy Some Other

Thoughts about Painting. Przedstawiały ten sam stół

nakryty obrusem w kratkę, a na nim inny obraz. W niektórych

rozpoznałam charakterystyczny styl malarski

Marka Rothko i Gerharda Richtera. Nie wiem, czy taki

był zamysł, ale w mojej imaginacji powstała wizja malarza

odizolowanego przez pandemię w pracowni w Normandii,

który z samotności zaprasza do stołu innych artystów,

by zjeść z nimi wspólny posiłek. Skoro Hockney

proponuje wielopłaszczyznowe spojrzenie, w którym

czas i przestrzeń się przenikają, tworząc wizualny zapis

doświadczenia, to jego współpraca z innymi artystami

mogła być jak najbardziej możliwa. Z takim odczuciem

opuściłam mury galerii. [RW]

RÓŻA WIGELAND

Wystawę można oglądać w dniach 12.03 – 23.08.2026

w Serpentine Gallery, Kensington Gardens, Londyn.

POST SCRIPTUM

94


r o z m a w i a A G N I E S Z K A H E R M A N

Dom dla poetów z całego świata

PICCOLO Museo della Poesia

Jak narodził się pomysł stworzenia

Piccolo Museo della Poesia – czy był

to efekt jednego konkretnego impulsu,

czy raczej dłuższego procesu

rozwijania koncepcji?

95

POST SCRIPTUM

Małe Muzeum Poezji jest owocem

prawdziwej pasji Massima Silvottiego –

poety, pisarza, filozofa, twórcy performansów.

W bardzo krótkim czasie,

dzięki udziałowi w aukcjach i specjalistycznym

zakupom Massimo zbudował

imponującą kolekcję muzealną

– która w kolejnych latach miała się

znacznie powiększyć – i niemal natychmiast

wynajął mieszkanie na

parterze w historycznym centrum

Piacenzy. Tak, w maju 2014 roku rozpoczęliśmy

naszą fantastyczną przygodę.

Wszystko to zostało osiągnięte

dzięki determinacji, wytrwałości

i ogromnym poświęceniom. Muzeum,

którym dziś kieruje razem ze

mną (dołączyłam niemal od razu),

istnieje dzięki zaangażowaniu wolontariuszy

– wszyscy nimi jesteśmy.

Kto pierwszy wpadł na pomysł stworzenia

muzeum poezji w tak intymnej

i nietypowej formie?

Jak już wspomniałam, twórcą Piccolo

Museo della Poesia był Massimo

Silvotti. W swojej pierwszej odsłonie,

aż do 2020 roku, mieściło się

w mieszkaniu w historycznym centrum

Piacenzy. Dopiero później, gdy

właściciel przestał chcieć je nam wynajmować

i w desperacji zaczęliśmy

prosić o pomoc – mobilizując włoskich

poetów do marszów we Florencji

i Rawennie, miejscach narodzin

i śmierci Dantego Alighieri, najwybitniejszego

poety i ojca języka włoskiego

– wydarzyło się coś niezwykłego.

Biskup miasta użyczył nam pięknego

zdekonsekrowanego Kościoła San

Cristoforo z XVII wieku, ozdobionego

freskami wielkich mistrzów, takich

jak Ferdinando Galli Bibbiena –

prawdziwego klejnotu historii sztuki.

Nie mogliśmy w to uwierzyć!

Dlaczego wybraliście dawny kościół

jako przestrzeń muzealną – co to

miejsce wnosi do doświadczenia

poezji?

Aby go wyposażyć, musieliśmy stworzyć

precyzyjny projekt zgodny z rygorystycznymi

wymogami konserwatorskimi

– wszystko musiało być transparentne,

szklane, nowoczesne i eleganckie,

aby nie zasłaniać wspaniałych fresków.

Fundacje i banki pomogły nam

pokryć te koszty. Tchnęliśmy tu nowe


życie i przywróciliśmy widoczność

miejscu niezwykłemu, które przez

wiele lat pozostawało zamknięte.

Każdy odwiedzający wychodził oczarowany.

Uważam, że muzeum w pełni

oddało sakralność słowa, szanując

jego źródła. Przy wejściu znajdowała

się ogromna instalacja niemieckiej artystki

Antje Stehn – w rodzaju wielkiej

sukni ślubnej symbolizującej nasze

„małżeństwo” z poezją.

Jak wyglądały początki projektu – czy

łatwo było znaleźć wsparcie instytucjonalne,

finansowe lub artystyczne?

Kiedy przenieśliśmy się tam w 2020

roku, w samym środku pandemii

COVID otworzyliśmy sekcję międzynarodową,

której jestem dumną dyrektorką.

Pandemia paradoksalnie

sprzyjała nawiązywaniu kontaktów

między poetami – był to pod tym

względem bardzo płodny okres. Już

po pierwszym otwarciu muzeum

w 2014 roku uzyskaliśmy uznanie

Ministerstwa Kultury jako iinstytucja

unikatowa: najpierw jako jedyne

muzeum poezji we Włoszech,

a następnie w Europie. Od 2020 roku

SABRINA DE CANIO,

współdyrektorka generalna

oraz dyrektorka sekcji międzynarodowej

Piccolo Museo

della Poesia, zajmuje się rozwojem

współpracy międzynarodowej

i organizacją wydarzeń poetyckich.

Współtworzy program

artystyczny, prowadzi festiwale

i spotkania z poetami z różnych

krajów. Jest także poetką i autorką

tekstów prezentowanych

w ramach działalności muzeum.

jesteśmy uznawani za jedyne muzeum

poezji na świecie, z potwierdzeniami

i nagrodami od wybitnych

poetów ze wszystkich kontynentów.

Banki i fundacje zapewniały finansowanie

naszych projektów, a patronat

instytucjonalny przychodził naturalnie.

Od 2020 roku wyróżnia nas także

rozpoczęcie ważnych współprac

z uznanymi współczesnymi artystami

– jak Marco Nereo Rotelli czy

Omar Galliani – oraz z poetami zagranicznymi.

Niestety, po zmianie

kierownictwa u naszych sponsorów

umowa użyczenia nie została przedłużona

i w 2025 roku musieliśmy

opuścić naszą wspaniałą siedzibę,

stając przed niepewną przyszłością.

Jakie były największe wyzwania

związane z przekształceniem dawnej

przestrzeni sakralnej w muzeum?

Po długich zmaganiach i przechowywaniu

cennej kolekcji w pudełkach

w naszych domach, we wrześniu

2025 roku otworzyliśmy nową siedzibę

– w kolejnym zdekonsekrowanym

obiekcie sakralnym z XVIII wie-

POST SCRIPTUM

96


Muzeum Poezji Piccolo

(Piccolo Museo della Poesia)

Muzeum Małej Poezji to

prywatna instytucja działająca

w celach publicznych

od 2014 roku, stanowi

wyjątkowe i unikatowe

miejsce – jest bowiem

pierwszym muzeum poezji

w Europie. W odróżnieniu

od licznych „domów

poezji”, które funkcjonują

jako przestrzenie poświęcone

promocji sztuki

poetyckiej, ta instytucja

przyjmuje wyraźnie muzealny

charakter. Przez

lata muzeum mieściło się

w dawnym, zdekonsekrowanym

Kościele San Cristoforo

w historycznym

centrum Piacenzy.

Zwiedzanie daje możliwość

prześledzenia historii

i ewolucji poezji, szczególnie

włoskiej poezji XX

wieku, reprezentowanej

przez takie nazwiska jak

Ungaretti, Montale, Saba

czy Caproni, z uwzględnieniem

także wcześniejszych

okresów – od Dantego

i Leopardiego, przez Goethego

i Baudelaire’a, aż

po twórczość współczesną.

Piccolo Museo della Poesia

nie jest zamkniętą

przestrzenią, lecz żywym

miejscem otwartym na

różne formy sztuki i literatury.

Znajdują się tu kolekcje

książek, antologii

oraz szczególnie cennych

czasopism literackich,

a także oryginalne listy,

płyty, obrazy i rzeźby, które

czynią to miejsce jedynym

w swoim rodzaju.

97

POST SCRIPTUM


ku na wsi pod Piacenzą, w oratorium

w Zamberto. To niewielkie, choć

cenne miejsce może pomieścić tylko

część zbiorów, a ponieważ znajduje

się poza miastem, wśród pól Niziny

Padańskiej, bez ogrzewania i łazienki,

staliśmy się niejako muzeum wędrownym

– organizujemy wydarzenia,

spotkania autorskie i wystawy

w innych przestrzeniach. Planujemy

też wydarzenia plenerowe przy oratorium,

gdy pozwala na to pogoda.

Największym wyzwaniem pozostaje

znalezienie miejsca zdolnego pomieścić

całą kolekcję – obejmującą rzadkie

książki, niepublikowane teksty,

listy, dzieła sztuki i wiele więcej. Idealnie

byłoby mieć przestrzeń dla setek

osób. W San Cristoforo często mówiliśmy,

że nasze muzeum chce być

domem dla poetów z całego świata –

i wielu z nich gościło u nas. Niestety,

finansowanie również nagle się urwało

i mamy nadzieję na nowy etap, który

pozwoli choć pokryć bieżące koszty.

Czy wizja muzeum od początku była

taka sama, czy ewoluowała z czasem?

Wizja muzeum się nie zmieniła – została

szczegółowo opisana w Manifeście

Poetyckim i prezentowana na

uniwersytetach. Muzeum powstało

z misją, nie tylko zachowawczą. Pokazywanie

poezji w muzeum jest prowokujące

– czyż nie umieszczamy tam

tego, co uważamy za najcenniejsze?

Prawdziwa misja jest jednak inna:

przywrócić poezję ulicom i placom. Poezja

może wydawać się bezużyteczna,

ale jest niezbędna – nadaje sens życiu,

jak przyjaźń i miłość. Nie ukrywamy,

że jesteśmy idealistami i chcemy choć

trochę zmienić świat na lepsze.

Postrzegamy poezję jako ramę łączącą

wszystkie języki sztuki. Dlatego

muzeum promuje dialog między różnymi

dziedzinami i gości je wszystkie

podczas swoich wydarzeń. Najważniejszą

zmianą było umiędzynarodowienie

działalności – ogromne wyzwanie,

potwierdzone wydarzeniami

z udziałem setek, a czasem nawet

dwóch tysięcy poetów. Wydarzenia

te przyczyniły się do stworzenia międzynarodowej

sieci poetów podejmujących

aktualne tematy: wojnę,

pokój, dyskryminację czy przemoc.

Z czasem stworzyliśmy także unikatowe

wydarzenie we Włoszech – BIPA –

Włoskie Biennale Poezji wśród Sztuk.

Struktura organizacyjna również

się zmieniała – do zarządu dołączali

nowi członkowie, odświeżaliśmy

role i powołaliśmy nowego dyrektora

Komitetu Naukowego. Tworzą go

wybitni specjaliści: poeci, krytycy,

naukowcy, tłumacze i wydawcy.

Jaka jest Twoja rola w muzeum i jak

wygląda Twoja codzienna praca?

Do 2024 roku większość obowiązków

spoczywała głównie na mnie i Massimie

– podejmowaliśmy decyzje, organizowaliśmy

wydarzenia i przygotowywaliśmy

projekty. Teraz dążymy

do większej równowagi. Zajmuję się

głównie wydarzeniami międzynarodowymi

– organizuję dwa festiwale

rocznie: „Woman Scream” w marcu

oraz „Palabra en el Mundo” w maju,

promujące prawa kobiet, pokój i braterstwo

między narodami.

Prezentuję autorów, kuratoruję wydarzenia,

współpracuję z artystami

i uczelniami, reprezentuję muzeum

oraz uczestniczę w festiwalach (niedawno

wróciłam z Bułgarii). Piszę

komunikaty prasowe, przygotowuję

projekty i tworzę własną poezję.

Choć jestem wolontariuszką, mam

bardzo mało wolnego czasu. Dodatkowo

przewodniczę jury nowej

Międzynarodowej Nagrody Poetyckiej

im. Luigii Uttini, matki Giuseppe

Verdiego – co jeszcze bardziej ogranicza

mój czas.

Które projekty lub wydarzenia wspominasz

najlepiej i dlaczego?

Jestem związana ze wszystkimi, ale

wymienię kilka: „Let’s Contagiamoci

di Poesia” (2020) – globalne czytanie

w czasie lockdownu; „Rucksack”

(2020); „Cento Poeti per Cento Canti”

(2021), czyli czytanie całej Boskiej

komedii w wielu językach; „La soglia”

(2022) o pokoju; „Hair in the Wind”

(2023) – dedykowane irańskim kobietom;

czy ogromne wydarzenie

„DisarmArti” (2025) z udziałem 98

artystów.

Szczególne znaczenie mają dla mnie

festiwale „Woman Scream” i „Palabra

en el Mundo”, promujące kulturę

pokoju poprzez poezję.

Za największe osiągnięcie uważam

wytrwałość w realizacji wspólnych ideałów

mimo trudności oraz zdobycie

autorytetu mimo braku finansowania.

Kto najczęściej odwiedza muzeum?

Choć poezja jest niszowa, odwiedziła

nas naprawdę ogromna liczba ludzi –

ciekawscy, poeci, artyści z kraju i zagranicy,

studenci i różne organizacje.

A kiedy Ty nas odwiedzisz?

Pewnie już wkrótce zobaczę Twoje

królestwo i kto wie, może uda się

w Polsce zaszczepić podobny pomysł.

Serdecznie dziękuję za rozmowę. Cieszę

się, że mogłam Cię poznać. [AH]

AGNIESZKA HERMAN

Zdjęcia muzeum ze strony internetowej

www.museopoesia.it

POST SCRIPTUM

98


***

nie suszę ciała

on lubi gdy mam mokre

z wilgotnych piersi spływa struga naszych słów

księżyc odbija się w oczach niemiłości

przywierasz do warg

ALEKSANDRA MIKLAS

***

osiemdziesiąty trzeci rok

masz trzydzieści parę lat

szklanka z duralexu

w popielniczce dogasa żar entego papierosa

zazwyczaj nie palisz, ale lepsze to niż...

przez okno wpada blask wiosennego słońca

smuga światła rozświetla wyblakłą kopertę

całkiem poszarpaną – wyraz niecierpliwości

wskazówki zegara, wybiła piąta

ciche tykanie...

nie wiesz, czy odlicza spadające łzy, czy bicie serca

przymykasz oczy, niech spłyną, rozmarzą kilka słów

w myślach odliczasz przyspieszone bicie serca

raz...

dwa...

trzy...

nieco spokojne, miarowe

zagłusza twój rozdzierający szloch

***

noc...

noc październikowa

o parapet uderzają ciężkie krople deszczu

nie ma gwiazd

zbyt chłodno

z zakurzonego kąta wpatrują się z uwagą kocie oczy

dawno nie sprzątałaś

na drewnianej podłodze strzępki listu

płaczące „Kochana A”

nie chciałaś czytać

wiedzeć co napisał

księżycowy blask otula twoje ciało

jeszcze drżące – smak rozczarowania

zwinięta w kłębek szlochasz

pod sercem nosząc waszą J

99

POST SCRIPTUM


Ilustracja: Renata Cygan

POST SCRIPTUM

100


HANKA i ANKA,

czyli

STO LAT

BEZ ZMARSZCZKI

NA PIĘCIOLINII

Młoda, piękna, utalentowana. Hanka i jej Miłość

ci wszystko wybaczy…

Sto lat później – młoda, piękna, utalentowana.

Anka i jej Miłość ci wszystko wybaczy. Cały długi wiek nie

powywracał emocji. U widzów pod powiekami taki sam

mokry tłok.

Spotykam się przy herbacie z Anną Marią Adamiak, zafascynowana

jej wielką fascynacją: Hanką Ordonówną – tancerką,

aktorką, piosenkarką, autorką wierszy i piosenek.

Artystką, ale przede wszystkim kobietą-człowiekiem, jej

wrażliwością ogromną, emocjami, które przenikały przez

skórę widzów najgłębiej, jak można. I przenikają nadal.

Za sprawą mojej rozmówczyni.

Grasz program, w zasadzie monodram „Szczęście raz

się uśmiecha” i zabierasz widzów w jakże odległy

świat – nie takie wyznania, inne rymy, inne brzmienia,

inną modę. Mogłabyś w wielu klimatach realizować się

jako śpiewaczka operowa, operetkowa, musicalowa,

pieśniarka, kameralistka – mogłabym jeszcze wymieniać,

wymieniać. A tu niemodne raczej międzywojnie…

Ależ ja się realizuję w innych klimatach, dużo koncertuję

w kraju, za granicą, śpiewam nawet po japońsku, chińsku,

koreańsku czy węgiersku. Scena to moja miłość. Ale Hanka

Ordonówna i okres dwudziestolecia międzywojennego to

moja pasja. Ona była kobietą o wielu twarzach, to nie tylko

artystka, gwiazda, lecz także żona, kochanka z wielką siłą

i słabościami. Patriotka – nosiła żałobę „po Warszawie”,

zesłana m.in. do tuczarni świń, tęskniła bardzo za Polską,

opiekowała się „tułaczymi dziećmi”, które uratowała.

101

POST SCRIPTUM

Archiwa na jej temat nie pękają w szwach, a Ty masz

tyle „wykopalisk”. Niektóre tylko szepnęłaś mi na ucho.

Tak, mam. Ja wierzę, że to Hanka stawia mi na drodze

osoby, które wiele do mojej pasji wnoszą. Choćby panią

prof. Jadwigę Pietraszkiewicz, nieżyjącą już, niestety, która

poznała Hankę w Wilnie w 1940 roku – mam oryginalne

nagranie relacji ze spotkania. Sporo informacji uzyskałam

od Anny Mieszkowskiej, pisarki, historyka teatru,

dokumentalistki. Dzielę się nimi na scenie, grając monodram.

Dlatego nie mogę ci ich zdradzić, zachowuję je dla

programu, w którym przekazuję te informacje w sposób

szczególny.

Wybaczam, rozumiem. Ale o programie możemy głośniej…

Ja nie gram Hanki. Ja o niej opowiadam i jestem wtedy

Anną Marią Adamiak. Na scenie jest jej ślubne zdjęcie

z hr. Tyszkiewiczem, stare walizki, na wieszaku wisi

płaszcz, parasolka, coś na głowę. Kiedy sięgam po wzruszające

listy miłosne, które napisała (nie zdradzę tu do kogo,

jako listy, „których być może nigdy nie będziesz czytać”),


wiersze czy śpiewam – wtedy na chwil parę przybliżam

także wizualnie postać, na scenie zakładam perły, maluję

się, biorę boa czy wachlarz. Kiedy wracam do opowieści –

a nie tylko o Hance mówię, ale też o ludziach, kabaretach,

klimacie dwudziestolecia międzywojennego –

znów jestem Anką.

Zdjęcie sceny. Na wieszaku płaszcz wojskowy. Skomentujesz?

Program trwa do dwóch i pół godziny, ma dwie części. Zawsze

kończę piosenkami żołnierskimi, do których Hanka

napisała i słowa, i muzykę. Udało jej się nagrać dwie, ja

dotarłam do wszystkich siedmiu i wszystkie śpiewam. Od

czasu ich powstania, od 70 lat nikt ich nie śpiewał. Zdradzę,

że niektóre oparte są na tańcu narodowym. Omijała

w ten sposób cenzurę, która kujawiaka czy krakowiaka

nie kojarzyła. Nagrałam je z zachowaniem wszystkiego

tak, jak było nagrywane w czasach Ordonki – niezmieniona

została żadna nuta, harmonia. Całość nagrana jest

na żywo, bez poprawek studyjnych. Ona te piosenki śpiewała

w płaszczu strzelców podhalańskich. Udało mi się

go zdobyć, mam taki, w nim je śpiewam.

Wiersze HANKI ORDONÓWNY:

Strzeżcie się przyjaciół, którzy wam donoszą

ufajcie wrogom, którzy milczą.

W wrogiem milczeniu jest więcej szlachetności,

niż w przyjacielskich donosach.

Żałosna siadłam w progu duszy mojej,

Szczęście daleko odeszło odemnie,

Łzy spływają z rozwartych oczu moich.

Milczę – bom w boleści swej zaniemówiła.

W programie znajdziemy i perły, i „perełki” z życia

Hanki Ordonówny. Zrobiłaś reprint jej tomiku wierszy

z 1929 roku. Wywalczyłaś tablicę upamiętniającą artystkę

– Twój zamysł, tekst. 25 lat szukałaś pierwszej

piosenki Szkoda słów, którą wykonała w wieku 15 lat

i została zmiażdżona przez krytykę. Dotarłaś i śpiewasz

ją w programie. Czy już można wnioskować, że obraz, jaki

namalowałaś żmudną pracą, czeka już tylko na ramy?

Ależ nie. Będę nadal szukać, wiem, że muszę do wielu

archiwów jeszcze dotrzeć w kraju i poza nim. Ciągle mam

niedosyt. I wielkie plany, ale zapeszyć nie chcę.

Spełnienia, Aniu. A jeśli ktoś może wesprzeć dodatkową

wiedzą, pamiątkami admiratorkę Hanki

Ordonówny – kontakt będzie na pewno cenny. [WDS]

WANDA DUSIA STAŃCZAK

Oryginalna pisownia i skład

POST SCRIPTUM

102


MILCZENIE

Idę przez siebie jak przez pustą świątynię,

a echo moich kroków modli się o istnienie.

EWANGELIA CISZY

SŁAWOMIR LĘGA

Ból zapala we mnie czarne światło,

które widzi więcej niż oczy

i nie pozwala zasnąć.

Oddycham cieniem.

Czekam.

W gardle rośnie kamień niewypowiedzianych imion,

a cisza ostrzy się o moje serce.

Uśmiecham się do ludzi jak do obcych snów,

noc we mnie otwiera kolejne drzwi,

Bóg milczy ciężarem.

Pękam w środku jak zamarznięta woda,

i uczę się istnieć w odłamkach,

które pamiętają światło.

SZCZELINA CISZY

Wyłączam wiadomości,

wojna dalej oddycha w powietrzu.

Lęk

siada przy stole

jak trzeci człowiek.

Patrzę w dłonie,

jeszcze ciepłe od życia.

Jeśli koniec świata

ma przyjść,

niech najpierw

nauczy się

miłosierdzia.

Nie piszę, żeby się podobać.

Piszę, żeby pękało szkło.

Widzę, jak poezja chodzi w garniturze

po salonach wzajemnej adoracji.

Każdy klaszcze każdemu,

a słowo leży pod stołem

jak pies, którego nikt nie karmi prawdą.

Mówią: wspólnota poetów.

Ja widzę targ.

Na stołach leżą metafory

jak martwe ryby na lodzie.

Błyszczą jeszcze łuską języka,

ale w środku już nie ma rzeki.

Jestem człowiekiem,

który przyszedł zgasić światło.

Bo wiersz, który nie ryzykuje prawdy,

jest tylko dekoracją strachu.

A poeta, który boi się ciszy,

jest tylko aktorem w kostiumie wrażliwości.

Dlatego mówię to głośno.

Poezja nie potrzebuje więcej poetów.

Potrzebuje jednego człowieka,

który odważy się powiedzieć.

Że król metafor jest nagi,

że sumienie sprzedano za oklaski,

że słowo umiera tam,

gdzie wszyscy się ze sobą zgadzają.

Niech więc mój wiersz będzie kamieniem.

Niech pęknie kilka luster.

Bo jeśli poezja ma jeszcze duszę,

to nie mieszka w pochwałach.

Tylko w ranach,

których nikt nie chce dotknąć.

103


foto: Renata Cygan

LEGOWISKO

Wszedłem w twoją duszę

jak w tramwaj numer osiem.

Nikt nie skasował biletu,

więc zostałem.

Wyrwałem kilka kłączy,

żeby było czym palić.

Rozgrzałem się tobą

i powiedziałem sobie:

„Dobrze, stary – teraz się nie wyśpisz”.

Położyłem się między nerki a sumienie.

Lekko mnie kłuło,

ale co tam – znam gorsze łóżka.

Taplałem się w twojej wilgoci:

trochę śmiesznie, trochę bosko.

Życie ma dziwny smak,

jakby święty przeżuł miętówkę

i ją wypluł.

Chciałem być latarką,

co świeci tylko w nocy,

ale wyszedłem jak zwykle

na gościa z zapałką w ustach,

co nie wie, czy ją zapalić, czy połknąć.

I może kiedyś

ktoś znajdzie nas

w rowie pod jakąś ulicą

i powie:

„Patrz –

ci to się naprawdę kochali.

Albo przynajmniej

nie bali się błota”.

POST SCRIPTUM

104


Przystanek wiecznej mżawki

lech brywczyŃski

Tomasz szedł w stronę domu z rękami w kieszeniach

kurtki. Był już zmęczony długim spacerem,

ale szedł dość szybko, jakby chciał uciec od świata,

od swoich myśli albo od obu naraz. Zrobiło mu się zimno,

bo wieczorna mżawka wciskała się drobnymi kroplami

we wszystkie pory skóry jego twarzy. Tak bardzo miał już

tego dość, że ukrył się na pustym przystanku tramwajowym,

obok którego przechodził.

Usiadł, przetarł rękawem zmoczoną twarz. Uliczna latarnia

rzucała blade światło na mokry asfalt i na idącą

w stronę przystanku kobiecą postać.

„Kogo diabli niosą? Mam nadzieję, że ona nie będzie

czekała na tramwaj” – pomyślał, bo chciał pobyć tu sam

i zastanowić się nad sprawami, które miał do załatwienia

w najbliższych dniach.

Postanowił nie zwracać na nią uwagi i zatopić się w swoich

myślach. Przymknął oczy, ale już po chwili musiał je

otworzyć, bo usłyszał tuż obok aksamitny kobiecy głos.

– Witam pana, profesorze! Jak się pan miewa?

Stała przed nim elegancka kobieta w długim płaszczu.

Miała na oko ze czterdzieści lat, ale urodą mogłaby zawstydzić

niejedną kobietę o dziesięć lat młodszą, kasztanowe

włosy (zapewne farbowane, co mogło maskować

pierwsze oznaki siwizny), gładką, promienną cerę, wyraziste

brwi ułożone w efektowne łuki, zgrabny nos i skore

do uśmiechu policzki. Jej szaroniebieskie oczy emanowały

pewnością siebie – tak patrzą na świat ludzie, którzy

wiele już widzieli i niczemu się nie dziwią. Całości dopełniały

wysokie, arystokratyczne kości policzkowe.

W prawej dłoni trzymała zamkniętą parasolkę w biało-

-czerwone pasy. Z parasolki ciurkiem kapała woda, więc

kobieta odłożyła ją na dalsze siedzenie, a potem bezceremonialnie

usiadła obok Tomasza.

– Pani mnie zna? – zapytał z niepokojem, nieco się odsuwając.

– Powiedziałabym raczej, że to pan się mną interesuje.

I to od lat.

– Absurd! Nigdy wcześniej pani nie widziałem.

– Tak ci się tylko wydaje, profesorku. Wszystko o tobie

wiem... Poza tym cię lubię, możesz mi mówić na ty. –

Uśmiechnęła się pojednawczo. – Ostatnio zaciekawił

mnie twój esej. Ten niedokończony: Czy Polska jeszcze

wierzy w siebie?

– Skąd możesz go znać? Mało komu go pokazywałem.

Jestem odpowiedzialnym autorem, oddaję teksty do

publikacji dopiero wtedy, kiedy są gotowe, po gruntownym

doszlifowaniu i korekcie.

– Jak to skąd? Przecież to o mnie.

– Nie rozumiem.

– Nie musisz. Daj zapalić. Wiem, że zawsze masz przy sobie

papierosy.

– Od lat próbuję rzucić, ale mi się nie udaje. Na razie tylko

trochę ograniczam – powiedział tonem usprawiedliwienia.

105

POST SCRIPTUM


Wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę papierosów i zapalniczkę.

Oboje zapalili.

– Ten tekst wyraźnie ci nie idzie. Nie umiesz połączyć faktów

i wyciągnąć wniosków. Niektóre wydarzenia przeceniasz,

a inne ignorujesz – powiedziała kobieta, zaciągając

się głęboko.

– Jakie masz kwalifikacje, żeby to ocenić? Mam spory dorobek

naukowy, wiele książek… A ty?

– Ja przeżyłam to wszystko, o czym piszesz. To chyba coś więcej.

– Przeżyłaś? Co to za brednie? Przecież piszę o Polsce,

o mojej tysiącletniej ojczyźnie. Co ty możesz mieć z tym

wspólnego? – zaprotestował.

– Mam, i to wiele! – oświadczyła z przekonaniem.

– Tak twierdzisz? A ile możesz mieć lat? Wyglądasz najwyżej

na trzydzieści.

– Dzięki! Dawno nikt mi nie zafundował tak wspaniałego

komplementu – powiedziała, uśmiechając się szeroko. –

Filutek z ciebie, nie ma co. I podrywacz. Od tej strony cię

nie znałam.

– Bo mnie w ogóle nie znasz! Ty tylko uroiłaś sobie, że

jesteś stara jak świat... Że masz tyle lat co Polska.

– Bo mam. Bo jestem nią. „A to Polska właśnie”… Znasz

ten cytat? To dotknij mnie tutaj – poleciła, rozchylając nagle

płaszcz i wskazując na swoje serce.

Chwyciła dłoń Tomasza, usiłując naprowadzić ją na serce.

Zaskoczony mężczyzna niezdarnie próbował uwolnić się

z jej uchwytu, ale jedynym tego efektem było to, że jego

dłoń spoczęła na piersi kobiety.

– Erotoman! Tylko jedno ci w głowie, zbereźniku jeden! –

zawołała z oburzeniem, ale w jej oczach zapłonęły wesołe

ogniki. – Zabieraj łapę!

Odepchnęła z impetem jego rękę, a potem owinęła się

szczelnie płaszczem.

– Ja bardzo przepraszam, nie chciałem. To nie moja

wina – bełkotał speszony Tomasz.

– A czyja? Może moja?

– Oczywiście! Też jesteś częściowo winna.

– Intencje miałam dobre, chciałam naprowadzić twoje

myślenie na dobre tory, a naprowadziłam na co innego.

Ale niech tam, w końcu nic się nie stało. – Skinęła aprobująco

głową, a potem wyciągnęła do niego rękę. – Mów

mi Pola.

– Miło mi. Tomasz – odpowiedział, ściskając jej dłoń. –

Pola? Od jakiego imienia to jest zdrobnienie?

– Jeszcze nie rozumiesz? Polonia.

– Chyba Apolonia?

foto: Bo Jaroszek

– Wiem lepiej od ciebie, jak mam na imię, prawda?

– Niby tak. Ale do tej pory tylko o jednej Poli słyszałem.

Miała na imię Apolonia... Apolonia Chałupiec.

– Też słyszałam. Pola Negri, wielka aktorka. Była też

druga aktorka, Pola Raksa.

– I ty jesteś aktorką, ale nie potrzebujesz filmu ani teatru.

Po prostu udajesz kogoś, kim nie jesteś.

– Życie to teatr, prawda? To spektakl, w którym gramy.

– Nawet jeżeli tak, to warto czasem zdjąć maskę i pokazać

prawdę. Nagą prawdę.

– A nie mówiłam ci, Tomku, że jesteś erotomanem?

Ciągle robisz jakieś sprośne aluzje. – Zaśmiała się.

Tomasz próbował zachować powagę, ale nie zdołał i też

się uśmiechnął.

– Ciekawie się z tobą gada, Pola. Ale nie możesz ciągle

POST SCRIPTUM

106


zmyślać, żyć w urojonym świecie. Potrzebna ci jest jakaś

kotwica sensu.

– Jestem doskonale zakotwiczona. W historii, w dziejach

Polski. O mnie walczyli, za mnie ginęli bohaterowie...

Dobrze znasz ich imiona, jesteś przecież wybitnym

historykiem.

Mężczyzna pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Kobieto, naprawdę ci odwaliło! Leczysz się psychiatrycznie?

– Jeżeli komuś z nas odwaliło, to chyba tobie. Kto mnie

przed chwilą obmacywał? Nie, nie leczę się!

– A szkoda, powinnaś. Jak się naprawdę nazywasz?

Kobieta odwróciła się od niego, potem wrzuciła niedopalonego

papierosa do najbliższej kałuży. Siedziała nieruchomo

z obrażoną miną.

– Czy możesz mi pokazać jakiś dokument potwierdzający

tożsamość? – nalegał Tomasz.

– Chcesz mnie wylegitymować? Jesteś policjantem? Tajniakiem?

– zachichotała. – A może to ma być taka erotyczna

zabawa? Jak scenka z pornosa?

– Puknij się w głowę! Podobno wszystko o mnie wiesz,

więc nie gadaj bzdur.

– Nie gadam bzdur. Wiem, co mówię.

– To jest tylko moja uprzejma prośba, której nie musisz

spełnić. Jeżeli jednak mam się naprawdę przekonać, jak

się nazywasz, muszę zobaczyć twój dowód.

Kobieta przesunęła się nieco na ławce, by spojrzeć Tomaszowi

prosto w oczy. Jej wzrok był teraz przenikliwy jak

ostrze noża.

– Dowód? Co to takiego? – wycedziła z ironią. – Masz na

myśli kawałek plastiku z hologramem i zdjęciem?

– Coś w tym stylu – przytaknął.

– A może lepiej obejrzyj blizny na mojej skórze, te same,

które nosi naród? Mogę ci pokazać! Z tyłu, na plecach

został ślad po 1795 roku, kiedy zaborcy podzieli mnie jak

urodzinowy tort.

Nie wytrzymał i roześmiał się na cały głos.

– Wariatka! I niby to ja jestem erotomanem? Z tą ręką

wtedy to też była twoja sprawka, sama ją nakierowałaś.

– Cham! – obruszyła się kobieta.

Tomasz zgasił papierosa o krawędź ławki, potem wrzucił

peta do tej samej kałuży co Pola. Poczuł, że jest w tej

kobiecie jakaś magnetyczna siła, a jej brednie brzmią niczym

poezja. Kiczowata, ale pełna naiwnego uroku.

– Twoja propozycja jest nader śmiała, a jednocześnie bardzo

dla mnie zaszczytna. Tym bardziej że jesteś piękną

kobietą.

– Znowu komplement? Widzę, że się uparłeś, żeby mnie

zaciągnąć do łóżka.

– Skoro mam obejrzeć wszystkie blizny na twojej skórze,

to chyba nie ma lepszego miejsca.

– Nie bądź taki pewny siebie. To była propozycja badawcza,

a nie seksualna. W końcu jesteś naukowcem.

– Można połączyć przyjemne z pożytecznym – ironizował.

– Wiesz, zazwyczaj moje prace badawcze są monotonne

i nużące, potrzebowałbym jakiejś odmiany.

– To idź do biblioteki zrobić kwerendę.

– Robię to aż nazbyt często. Nie przypominaj mi o moich

codziennych, nudnych zajęciach.

Oboje siedzieli przez kilka minut w milczeniu, nie patrząc

na siebie. W końcu Tomasz przerwał milczenie i powiedział

cicho:

– Kiedy wreszcie przestanie padać? Mam już dość tej

mżawki.

– Ja też – potwierdziła kobieta. – Przy takiej pogodzie

człowiek czuje się samotny.

– To prawda.

Pola spojrzała kątem oka na Tomasza, a potem otworzyła

torebkę i wyciągnęła z niej pożółkłą ze starości kartkę,

złożoną na czworo. Rozwinęła ją i podała Tomaszowi.

– Co to jest? Nie wygląda na dowód osobisty – zażartował.

Kiedy jednak przyjrzał się kartce, od razu spoważniał. – To

jakaś stara mapa? Ciekawe, czy jest autentyczna…

– Na pewno.

– Słuchaj, Pola, czy jak ci tam… Kim ty właściwie jesteś?

Artystką, performerką?

– Nic z tych rzeczy. Mogę cię zapewnić, że moje codzienne

obowiązki są równie nudne, jak twoje.

– W każdym razie masz jakąś obsesję na punkcie historii.

Ja też ją kocham, ale nie udaję, że jestem Henrykiem

Brodatym.

– Jak przestaniesz się golić, to może i będziesz wyglądał

jak on.

– Są na tej mapie nawet odręczne notatki, zdaje się, że po

łacinie. Niesamowite! – emocjonował się Tomasz. – Dobrze

by było zbadać ten dokument. Skąd to masz?

– Rodzinna pamiątka. Przyniosłam, bo miałam nadzieję,

że ci się przyda.

107

POST SCRIPTUM


– A może ukradłaś z jakiegoś muzeum?

– Nie obrażaj mnie. Lepiej podziękuj.

– Dziękuję, i to bardzo – odpowiedział, skłaniając uprzejmie

głowę. – Naprawdę wzięłaś ją z domu, żeby mi dać?

Ale skąd właściwie wiedziałaś, że mnie spotkasz?

Kobieta uśmiechnęła się niepewnie.

– Swoje wiem… Co wtorek tędy przechodzisz o tej samej

godzinie. Mieszkam niedaleko i nieraz widzę cię z okna.

Zaskoczony Tomasz spojrzał na Polę szeroko otwartymi

oczami.

– Śledzisz mnie?

– Nie. Przecież za tobą nie chodzę. To ty przechodzisz co

tydzień pod moim oknem.

– Niech pomyślę… Widywałaś mnie z okna, zainteresowałaś

się, kim jestem, a kiedy ustaliłaś moją tożsamość…

Jak ją ustaliłaś? – dopytywał się rozgniewany.

– Wyglądasz na gryzipiórka, to znaczy naukowca. Wystarczyło

wejść na stronę internetową naszego uniwersytetu

i przejrzeć zdjęcia wykładowców – tłumaczyła się kobieta,

a jej głos był coraz bardziej niepewny i coraz cichszy.

– Wyszedłeś na fotce lepiej niż inni profesorowie, zresztą

jesteś od większości z nich trochę młodszy.

Tomasz aż zatrząsł się z oburzenia.

– To przecież jakaś inwigilacja, nękanie. Skandal!

– Jakie nękanie? Przecież o mnie nie wiedziałeś. I niczego

od ciebie nie chciałam.

– Uważasz, że tak można? Że to w porządku? – pytał, składając

mapę. – Zabieraj tę mapę, nie chcę jej od ciebie.

Kobieta wzięła dokument i schowała go do torebki.

Oboje znów siedzieli przez kilka minut w milczeniu, nie

patrząc na siebie. Tym razem ciszę przerwała Pola.

– Kiedy wreszcie przestanie padać? Mam już dość tej

mżawki – powiedziała cicho.

– Ja też – przytaknął Tomasz. – Przy takiej pogodzie człowiek

czuje się samotny.

– I to jak.

Pola wstała i wyprostowała się dumnie.

– To ja już pójdę. Dziękuję za miłe towarzystwo i przepraszam

za „nękanie”. To się więcej nie powtórzy.

– Ja też przepraszam, za bardzo się uniosłem. To nie

w moim stylu, zazwyczaj jestem oszczędny w słowach

i wypowiadam się w sposób bardziej wyważony.

– Wiem, jesteś filozofem historii, historiozofem. Ale nawet

filozofowie mają swoje emocje.

– Są jednak tacy, którzy nie mają tego typu problemów

– przytaknął, wstając. – Kiedy byłem w pubie, tamtejsi

pijacy byli w stanie odpowiedzieć mi na wszystkie pytania,

także te nierozwiązywalne, egzystencjalne. Nawet jeśli

nie mieli żadnej wiedzy na temat, o który ich pytałem.

– Są takie sprawy, których rozumem nie ogarniesz, bez

wódki nie razbieriosz.

– Otóż to! Najwyraźniej oni próbowali tej właśnie metody.

– Po co tam poszedłeś? – zdziwiła się Pola i sięgnęła po

parasolkę, z której wciąż kapała woda.

– Nie tylko ty miewasz szalone pomysły. Przebywając

ciągle w środowisku naukowym, można dostać kręćka.

Chciałem odmiany. Dopiero w pubie doceniłem walory

uczelnianego środowiska. Stwierdziłem, że moje

miejsce jest wśród nudnych nerdów i moli książkowych

z uniwerku.

– Dobrze jest mieć takie poczucie przynależności. Ja nawet

tego nie mam, biuro rachunkowe to nie uniwerek.

To ja już teraz…

W oddali rozległ się dźwięk nadjeżdżającego tramwaju.

Oboje spojrzeli na siebie, niepewni, co mają dalej robić.

– To może… – zaczął Tomasz.

– Co?

– Może jednak… porozmawiamy o tym moim eseju.

– Czemu nie?

– U mnie w domu. Ale najpierw pojedziemy na kawę na

Stare Miasto. Ja stawiam.

– Skoro tak, to zgoda – szepnęła Pola, a parasolka wypadła

jej z dłoni. – To może ja ci teraz powiem, jak się

naprawdę nazywam?

– Po co? Nie ma pośpiechu – odpowiedział, podając jej

parasolkę. – Dla mnie jesteś Pola z biało-czerwoną parasolką.

I tak już zostanie.

Świat wokół wydał się Tomaszowi nagle inny – mokry asfalt

lśnił niczym zwierciadło, a Pola wyglądała jak dama

dworu z obrazu Matejki. Zdał sobie sprawę, że nie pamięta

już o tych ważnych sprawach, o których miał zamiar

myśleć, gdy siedział samotnie na przystanku. Poczuł

za to, że jego esej właśnie zaczął pisać się sam.

Tramwaj zatrzymał się z piskiem. Nawet nie zauważył, kiedy

kobieta chwyciła go pod ramię. Drzwi pojazdu otworzyły

się niczym brama do innego świata. Weszli do środka.

Tramwaj ruszył i uniósł ich w deszczową szarość miasta.

[LB]

LECH BRYWCZYŃSKI

POST SCRIPTUM

108


Konstanty Ildefons Gałczyński

POETA

ZIELONEJ

GĘSI

i

ZACZAROWANEJ

DOROŻKI

W

historii polskiej literatury Konstanty Ildefons Gałczyński

zajmuje miejsce osobne. Wymyka się prostym

klasyfikacjom, ponieważ jego twórczość nieustannie

balansuje pomiędzy wzniosłością a ironią, liryzmem a groteską,

melancholią a absurdalnym humorem. Był poetą, który nie

ufał jednoznacznościom. Świat widział jako przestrzeń paradoksu

– zarazem piękną i tragiczną, poważną i komiczną. Być może

właśnie dlatego jego poezja pozostaje tak żywa również dziś,

w epoce przesytu słowem i nieufności wobec patosu.

Gałczyński debiutował w okresie międzywojennym, czasie

niezwykle intensywnych przemian artystycznych i intelektualnych.

Dwudziestolecie międzywojenne było epoką eksperymentu:

ścierały się wówczas awangarda, klasycyzm, futuryzm i poezja

społeczna. Na tle tych sporów Gałczyński jawił się jako twórca

osobny – nie tyle zainteresowany budowaniem programu literackiego,

ile kreowaniem własnego imaginarium. Nie fascynowała

go chłodna dyscyplina awangardy ani moralizatorski ton

poezji obywatelskiej. Zamiast tego wybierał ironię, metaforę

i poetycką grę.

109

POST SCRIPTUM

foto: domena publiczna

Jego utwory sprawiają wrażenie lekkich, chwilami wręcz kabaretowych,

lecz pod powierzchnią humoru kryje się niezwykle

precyzyjna refleksja nad kondycją człowieka XX wieku. Gałczyński

doskonale rozumiał, że nowoczesność przyniosła kryzys dawnych

wartości, a rzeczywistość po wielkiej wojnie utraciła swoją

stabilność. Odpowiadał na to nie patosem, lecz absurdem.

Śmiech stawał się u niego sposobem obrony przed chaosem

świata. Groteska nie była jedynie zabawną formą, ale świadomą

strategią artystyczną.

Najpełniej tę filozofię widać w Teatrzyku Zielona Gęś, który

do dziś pozostaje jednym z najbardziej oryginalnych zjawisk

w polskiej kulturze literackiej. Pozornie były to krótkie, humorystyczne

miniatury publikowane w „Przekroju”. W rzeczywistości

jednak Gałczyński stworzył przestrzeń literackiego absurdu,

w której logika codzienności zostaje zawieszona. Bohaterowie

jego scenek funkcjonują w świecie rządzonym przez irracjonalność,

a humor staje się narzędziem demaskowania sztuczności

społecznych konwenansów. Można odczytywać Zieloną Gęś jako

polski wariant europejskiej tradycji groteski, bliskiej choćby twórczości

Alfreda Jarry’ego czy późniejszemu teatrowi absurdu.


A jednak redukowanie Gałczyńskiego wyłącznie

do poety humoru byłoby uproszczeniem.

W jego twórczości równie

ważny pozostaje nurt liryczny, oparty na

niezwykłej muzyczności języka i subtelnej

emocjonalności. Poezja miłosna Gałczyńskiego

– szczególnie utwory poświęcone

ukochanej żonie Natalii – wyrasta z tradycji

romantycznej, lecz pozbawiona jest

egzaltacji. Miłość staje się tutaj próbą odnalezienia

harmonii w świecie naznaczonym

historycznym niepokojem.

Nie sposób również pominąć doświadczenia

wojny, które głęboko wpłynęło

na poetę. Pobyt w niemieckim obozie

jenieckim uświadomił mu kruchość ludzkiego

życia i ograniczenia kultury wobec

przemocy historii. Wiersze wojenne Gałczyńskiego

nie operują monumentalnym

heroizmem. Ich siła tkwi raczej w tonie

cichego tragizmu i refleksji nad losem

jednostki uwikłanej w katastrofę XX wieku.

Pieśń o żołnierzach z Westerplatte

pozostaje jednym z najważniejszych przykładów

poezji patriotycznej, która unika

retorycznego nadmiaru i opiera się na

prostocie obrazu.

Gdy wieje wiatr historii,

ludziom

jak pięknym ptakom

rosną skrzydła

Istotnym elementem jego twórczości była

również fascynacja muzyką. Wiersze Gałczyńskiego

często przypominają kompozycje

muzyczne – pełne rytmu, refrenów

i melodyjności. Poeta traktował język nie

tylko jako narzędzie znaczenia, ale także

jako materię dźwięku. Dzięki temu jego

utwory zachowują wyjątkową płynność

i łatwo zapadają w pamięć.

Gałczyński pozostaje poetą trudnym do

jednoznacznego odczytania właśnie dlatego,

że świadomie unikał jednoznaczności.

Łączył wysoką kulturę z kabaretową

lekkością, erudycję z humorem, lirykę

z groteską. W jego twórczości śmiech

nigdy nie pozostaje jedynie śmiechem,

a melancholia nigdy nie jest całkowicie

pozbawiona ironii. Był poetą, który rozumiał,

że nowoczesny człowiek nie potrafi

już mówić wyłącznie językiem patosu – potrzebuje

również dystansu, gry i autoironii.

Dlatego twórczość Konstantego Ildefonsa

Gałczyńskiego pozostaje aktualna także

współcześnie. W epoce niepewności

i kulturowego przesytu jego poezja przypomina,

że literatura może jednocześnie

zachwycać formą, prowokować intelektualnie

i ocalać wrażliwość. Gałczyński nie

proponował gotowych odpowiedzi. Tworzył

raczej poetycki świat, w którym człowiek

– mimo chaosu historii i absurdów

rzeczywistości – nadal może odnaleźć

piękno, ironię i chwilę metafizycznego zachwytu.

[PS]

Zaczarowana dorożka

Allegro

Zapytajcie Artura,

daję słowo: nie kłamię,

ale było jak ulał

sześć słów w tym telegramie:

ZACZAROWANA DOROŻKA

ZACZAROWANY DOROŻKARZ

ZACZAROWANY KOŃ.

Cóż, według Ben Alego,

czarnomistrza Krakowa,

„to nie jest nic takiego

dorożkę zaczarować,

dosyć fiakrowi w oczy

błysnąć specjalną broszką

i jużeś zauroczył

dorożkarza z dorożką,

ale koń — nie”. Więc dzwonię:

– Serwus, to pan Ben Ali?

Czy to możliwe z koniem?

– Nie, pana nabujali.

Zadrżałem. Druga w nocy.

Pocztylion stał jak pika.

I urosły mi włosy

do samego świecznika:

foto: domena publiczna

ZACZAROWANA DOROŻKA?

ZACZAROWANY DOROŻKARZ?

ZACZAROWANY KOŃ?

Niedobrze. Serce. Głowa.

W dodatku przez firankę:

srebrne dachy Krakowa

jak „secundum Joannem”,

niżej gwiazdy i liście

takie duże i małe.

A może rzeczywiście

zgodziłem, zapomniałem?

Może chciałem za miasto?

Człowiek pragnie podróży.

Dryndziarz czekał i zasnął,

sen mu wąsy wydłużył

i go zaczarowali

wiatr i noc, i Ben Ali?

ZACZAROWANA DOROŻKA

ZACZAROWANY DOROŻKARZ

ZACZAROWANY KOŃ.

110

POST SCRIPTUM


BALLADA O TRĄBIĄCYM POECIE

Mówią, że była panienka,

co miała na imię Ina.

Gdy chciała powiedzieć: „kocham”,

mówiła: „kokaina”.

Miała niebieską wstążkę

i niebieskiego kota.

Kot wąchał kokainę,

a Ina wąchała kota.

A był jeszcze jeden poeta,

co chodził na koturnach;

jak się urżnął, to zwykle mówił:

– Moja muza jest górna i chmurna.

Panienka ma oczy zielone,

jak najzieleńsza trawa.

Poeta cierpi na nerki

i nosi czarny krawat.

Kochał poeta panienkę,

panienkę imieniem Ina;

mówił: – Powiedz mi: „kocham”,

a ona: – Kokaina.

Wieszcz mówił: – Jako łódź złota,

ciągniona przez gołębie,

jesteś. – A potem w nocy

długo trąbił alembik.

KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI

ELEGIA

Coraz bardziej wszystko mnie boli

już mi szkodzi nawet i ser;

siedmioma szpadami melancholii

przebity jestem jak Apollinaire.

Głowa od rana puchnie jak bania,

cóż za pożytek z takich bań?

Kiedyś… wciąż… panie. A dziś się słaniam

na nogach nocą, proszę pań.

Bo spać nie mogę. Ha! Ktoś stuka

kościstym palcem do mych drwi.

Już wiem, Poznaję: to kostucha:

– W taniec – powiada – pójdź, K.I.

No, cóż, przyjmuję jej ofertę,

choć tak w piżamie to faux-pas.

I już mnie ciągnie ta dama przez wertep,

gdzie deszcz i noc, i wiatr, i mgła.

Gdzieś pod latarnią w wietrzną zamieć

kostucha nagle w płacz i krzyk:

– Skąd ma pan siedem dziur w piżamie?

Wygląda pan jak siódemka pik.

– Właśnie – powiadam – to mnie boli,

moja kochana, czyli ma chère:

Siedmioma szpadami melancholii

przebiłem się jak Apollinaire.

I raz, a było wieczorem,

rzekł pisarz: – Nie bądź westalką,

a zresztą do twarzy ci będzie

na czarnym katafalku.

I zabił poeta panienkę

w zachodu amarantach,

i zabił ogromnym nożem

na tle obrazu Rembrandta.

Krajały niebo pioruny,

jak okrwawione noże.

Poeta uciął głowę

i wbił na długi rożen;

i smażył głowę panienki,

i zrobił twarz goryla.

Och, to było straszne!

Coś, niby nekrofilia.

(Kondukty kotów niebieskich

szły w średniowieczny tan.

A potem był świt bolesny

koloru b l e u m o u r a n t ).

„Cyrulik Warszawski” 1930 nr 2

111

POST SCRIPTUM

KOŃ W TEATRZE

1948

Na próbę generalną satyrycznego programu

przez pomyłkę do konia zaproszenie wysłano,

że mamy zaszczyt et cet., że bardzo dobre miejsce.

Koń przyjechał, ale się spóźnił, żeby zrobić tzw. wejście.

Woźni nie chcieli go wpuścić, aliści rzecze woźny do woźnego:

– Szkoda łez, ja uważam, że lepiej go wpuścić, kolego,

niby ta grzywa i rżenie, a może to nie jest byle kto?

Na oko koń, a w gruncie rzeczy może to jaki dyrektor;

życie jest pełne pozorów, na pozór czasem koń czy zając,

człowiek nie wpuści, a potem nieprzyjemności wynikają.

I tu schylili głowy. Koń się znalazł w teatrze

i przeszedł przed pierwszym rzędem na znak, że on czynnie i także.

Przez cały czas przedstawienia stał głową do widowni obrócony,

tam coś śpiewali, a on stał (z kopytem na poręczy) i tylko rozdzielał ukłony

bezbłędnie, stosownie do osoby, raz serdeczne, raz nikłe,

jakby powiedział Lukrecjusz: suum cuique.

W antrakcie kilku redaktorów poprosiło go o poemat (ew. pt. „Indonezja”),

ponieważ koń opanował w mig wyrażenie „koncepcja”

i siał nim na wszystkie strony, czasami dodając „aspekt”,

ihahahaha koncepcja, ihahahaha aspekt.

Ktoś go sfotografował, ktoś go nakręcił, dla kina,

albowiem, co tu gadać, koń to rzecz sensacyjna.

A w finale programu na scenie była namalowana trawa.

Koń skoczył. I trawę zjadł. I dostał największe brawa.

1953


LIST JEŃCA

PIEŚŃ O ŻOŁNIERZACH

Z WESTERPLATTE

Kiedy się wypełniły dni

i przyszło zginąć latem,

prosto do nieba czwórkami szli

żołnierze z Westarplatte.

(A lato było piękne tego roku).

I tak śpiewali: Ach, to nic,

że tak bolały rany,

bo jakże słodko teraz iść

na te niebiańskie polany.

(A na ziemi tego roku było tyle wrzosu na bukiety.)

W Gdańsku staliśmy tak jak mur,

gwiżdżąc na szwabską armatę,

teraz wznosimy się wśród chmur,

żołnierze z Westerplatte.

Kochanie moje, kochanie,

dobranoc, już jesteś senna –

i widzę Twój cień na ścianie

i noc jest taka wiosenna.

Jedyna moja na świecie,

jakże wysławię Twe imię?

Ty jesteś mi wodą w lecie

i rękawicą w zimie.

Tyś szczęście moje wiosenne,

zimowe, latowe, jesienne –

lecz powiedz mi na dobranoc,

wyszeptaj przez usta senne:

za cóż taka zapłata,

ten raj przy Tobie tak błogi?…

Ty jesteś światłem świata

i pieśnią mojej drogi.

Stalag Altengrabow, 19.III.1942

I ci, co dobry mają wzrok

i słuch, słyszeli pono,

jak dudnił w chmurach równy krok

Morskiego Batalionu.

I śpiew słyszano taki: – By

słoneczny czas wyzyskać,

będziemy grzać się w ciepłe dni

na rajskich wrzosowiskach.

Lecz gdy wiatr zimny będzie dął

i smutek krążył światem,

w środek Warszawy spłyniemy w dół,

żołnierze z Westerplatte.

1939

POKOCHAŁEM CIEBIE

Pokochałem ciebie w noc błękitną,

w noc grającą, w noc bezkresną.

Jak od lamp, od serc było widno,

gdyś westchnęła, kiedym westchnął.

Pokochałem ciebie i boso,

i w koronie, i o świcie, i nocą.

Jeśli tedy kiedyś mi powiesz:

Po coś, miły, mnie tak bardzo pokochał?

Powiem: Spytaj się wiatru w dąbrowie,

czemu nagle upadnie z wysoka

i obleci całą dąbrowę,

szuka, szuka: gdzie jagody głogowe.

1945

WE ŚNIE

PYŁEM KSIĘŻYCOWYM

Pyłem księżycowym być na twoich stopach,

wiatrem przy twej wstążce, mlekiem w twoim kubku,

papierosem w ustach, ścieżką pośród chabrów,

ławką gdzie spoczywasz, książką, którą czytasz.

Przeszyć cię jak nitka, otoczyć jak przestwór,

być porami roku dla twych drogich oczu

i ogniem w koninku, i dachem, co chroni

przed deszczem.

1946

We śnie jesteś moja i pierwsza,

we śnie jestem pierwszy dla ciebie.

Rozmawiamy o kwiatach i wierszach,

psach na ziemi i ptakach na niebie.

We śnie w lasach są jasne polany,

spokój złoty i niesłychany,

pocałunki zielone jak paproć.

Albo jesteś egipska królowa,

jak miód słodka i mądra jak sowa,

a ja jestem dla ciebie jak światło.

1946

POST SCRIPTUM

112


Należne miejsce

Czytałem wielokroć Wierszariusz słowiański (2020)

– trzeba solidnie zgłębić materię. Miałem zaszczyt

napisać kilka słów krytycznych o tym tomie w recenzji

Bóstwa pierwotnych Słowian drukowanej szeroko po

polskich pismach literackich, która chyba dobrze wychwyciła

poetycką wizję z zamysłem Najwyższego w tchnieniu

twórczym Izabeli Zubko. Ale i czułem podskórnie, że temat

bogów Słowian, przepowiedni, demonów, bestii, widziadeł

i mitów ma nietknięte pokłady. Jakby odłożone na „lepszy

czas”… Przecież to odmęty Niemna, Nidy i Białej. (Kolor włosów

Dziewanny kąpiącej się w czas wezbrań. Strażniczki dzikiej

przyrody, pełnej miłości do fauny i flory). I w przyszłości

będzie przez poetkę kontynuowany. Wszak Izabela Zubko

jest arystokratką myśli, arystokratką tematów własnych,

niepowtarzalnych, uduchowionych, sięgających korzeni

praprzodków plemienia. Czuje, że potrzebna jest wzniosłość.

Bariera na miałkość, na karłowatość, na pospolitość,

na kicz. Osiąga/zdobywa to nie przez jałowy opór, prostackie

odrzucenie, schlebianie możnym. Tylko przez wypełnianie

myśli – świadkiem/natrętem, ogromny domowy księgozbiór

– istotnymi problemami, rozważaniami, refleksją nad

losem człowieka, jego bytem i początkiem drogi, na rozstajach

której zawsze grasowali bogowie pierwsi. Perun –

kontrolujący siły natury, takie jak burze, ulewy, błyskawice.

(W świadomości utrwalony z toporem, młotem lub piorunem).

Kierujący zbłąkanych pod rozłożyste święte konary

dębu, do kryjówki, na spoczynek, przeczekanie, przybycie

„gońca nadziei” co siedlisko/gród obroni. Jest dokąd wracać?

Za skałą czai się Weles (Wołos), podziemny bóg magii,

przysiąg i chaosu, odwieczny wróg Peruna. Walka dobra ze

złem? Czy bardziej równowaga? Tu rady zaciągnąć trzeba

u Strzyboga – boga wiatrów rozdzielającego bogactwa.

Przypuszczam, że z tym bogiem poetka przegadała niejedną

noc, stukając się częstokroć kielichem domowego wina.

Jego słowa w piórze Izy wyssały kałamarz atramentu. Taki

z dawnej drewnianej skośnej szkolnej ławki, gdzie blat i siedzisko

było jednością. A pośrodku, w otworze szklany kałamarz

nadawał powagi i dostojeństwa. Kto pamięta takie

ławki, kałamarze i stalówki z obsadką, wie, że w skrzypie

drewna ukryty jest Leszy, pan lasów i jego zwierząt. (Ukazywał

się jako nienaturalnie blady mężczyzna o złym spojrzeniu.

Wzrost jego zależał od wysokości drzewostanu).

Pochylmy się chwilę nad drogą Izabeli Zubko do Brunarowego

Edenu. Bo stamtąd „zaczyn, spojrzenie i uchwyt chwili

w wierszu poezją bóstw i bestii słowiańskich znaczony”.

Dzieciństwo zaś – Dęblin awiacją i patrzeniem w Niebo

kreślony… patykiem na piachu, węglem na murze, pierwociną

w sztambuchu. Już wtedy ciążyła ku mowie wiązanej?

Potem stolica – żona i matka. I tęsknota za siedliskiem pośród

wzgórz i pól rozległych, falujących zbożem. Gdzie wiatr,

113

POST SCRIPTUM

mimo że już nie jest bogiem, zwiastuje dzień słoneczny, ulewę,

wichurę zrywającą dachy. I popłoch skrzydlatych. A wokół

– z jednego pnia – wielokulturowa społeczność: polska,

łemkowska, bojkowska, słowacka, ukraińska i bogowie, których

poetka poznała „dreszczem” w czas rozpalania chlebowego

pieca… Stał okurzony latami, głodny żaru i umieszonego

ciasta, rzucanego do komory okrągłą drewnianą

łopatą na długim sztylu posypaną mąką kamiennych żaren

z głównej izby… Zakaszlała gardziel dymem, luft sklepiony

duchem Świętowita. Po zwycięstwach i żniwie urodzaju zasnął

czujnie w kominie, odłożony do lamusa… Komuż potrzebni

starzy, wysłużeni bogowie?

Wtem cichy śpiew zasłyszał Świętowit, jakby z izby dochodzący.

Poetka nuciła łemkowską melodię od stuleci przekazywaną.

„Matki córkom” – pomyślał, co go Mokosz woła,

sypiąc kłosy zbóż na ogień… Dosiadłszy białego konia machnął

rogiem obfitości i pognał – jak posłaniec na larum – budzić

innych bogów. Bo wieszczka w kolejnych lirykach do

posługi wzywa! Wy śpicie…! A bestie…?

W każdej hierarchii społecznej „urzędnik” lęka się utraty

stanowiska, przywilejów, pozycji, szacunku – dotyczyło

to również bogów wszystkich kultur – stąd taka nerwowa

reakcja Świętowita. Może wystraszył się pogwizdu w kominie,

stukotu chodaków z kory – Piecucha. Może Popieluch

w marze sennej zakrzyknął „moja moc / upomni się o ciebie.

/ Nie znam litości. / (…) /w zakamarkach podwórka,

/ cierpliwie czekam / na tych, którzy ośmielają się / chodzić

po zmroku. / Rzucam się na nich, / palcami przypominającymi

obcęgi / zaciskam im szyje… / Silni chwytają mnie,

/ zamienionego w demoniczną starowinkę, / i ciskają o ziemię.

/ Wtem zamieniam się w pył, / znikam, / jakbym nigdy

nie istniał”. Wystraszył się bóg… a co dopiero zwykli ludzie,

którym Bieda była siostrą głuchą? „Nie usłyszę, jak piszczysz

/ w garnku podgrzewanym / na palenisku. / (…) / z dala od

twojego / nieśmiertelnego spojrzenia”. Chowaniec „obiecywał”:

„przyniosę dobro / wyszabrowane od złych ludzi”.

W Puszczy Sandomierskiej mocą ducha leśnego „cisza

osiada / na igłach choin. // Ich czubki straszą ludzi / którzy,

słysząc (…) gwizd, / tracą orientację / i błądzą po lesie”.

Jeziornice „Wiosennym śpiewem / wabi(ą) mężczyzn,

/ wplątując ich w sieci // wiecznego snu”. Stukacz „z kluczem

do tajemnic szuflad i szaf” budzi „trzeszczeniem kredensu,

/ stukaniem w okno, / chodzeniem psotnym krokiem

/ po jęczących deskach”. Jest „częścią nieprzespanych

nocy”. Zostawia „z myślami, / nie przynosząc odpoczynku”.

Zaraza „oddychasz mną, / gdy powietrze staje się gęste

/ a tchnienie płytkie i ciężkie. / (…) / Nie wygonisz mnie lekarstwem.

// Jestem zawsze w drodze”.


Katarzyna Brus-Sawczuk, Anna Maruszeczko i Renata Cygan

POST SCRIPTUM na Targach

Kilka z tych bestii dopadło i mnie: Duch leśny – kiedy chodziłem

w wigilię po jodłę. Gnieciuch – po literackich nasiadach.

Płaczka – ale tylko przy córce. Bieda – dzięki pracy i zaradności

żony jakoś mnie omija. Wolę, jak grasuje po sąsiadach.

Czytelnik znajdzie własną bestię w książce. Trzeba byty nadprzyrodzone

szanować. Są częścią wczesnej, naszej mitologicznej

spuścizny, weszły do kanonu, mimo że chrystianizacja

Polski (966?) zaczęła utożsamiać je przede wszystkim

ze złem, wszelkie bowiem uwikłanie w materię uważano za

złe. Z upływem wieków – ekspansja katolicyzmu – bogów

słowiańskich zdegradowano do poziomu demonów. Strasząc

nimi i ogniem piekielnym lud w czas nawracania na

łono Kościoła batem i mieczem.

Demony słowiańskie to konstrukcja składowa, o cechach na

wpół ludzkich i na wpół boskich. Zajmują pozycję pośrednią

między bogami a ludźmi (między sferą materialną, a sferą

boską, czysto duchową – sięgają astralności). Groźne, ale

i dobrotliwe. Szkodzą człowiekowi jedynie w słusznym gniewie

(np. Skarbnik). Lubią pełnić funkcję duchów opiekuńczych;

pomagają przy zdobyciu bogactwa i władzy, ale też

utraty zdrowia, częstokroć życia. Pełnią funkcje strażników

terytorium (ostępów leśnych, gościńców, szybów kopalnianych,

akwenów i rzek). Bywają wszędzie jako stali lokatorzy

i nieproszeni goście. Przed demonami mają podobno chronić:

amulety, zaklęcia, ofiary błagalne, czasem wystarczy

zdrowy rozsądek… I dystans wobec siebie.

Katarzyna Brus-Sawczuk i Renata Cygan

Głęboki ukłon dla Izabeli Zubko, za przywrócenie demonom/bestiom

słowiańskim należytego miejsca w polskiej

literaturze. Zwłaszcza w tak trudnym gatunku jak poezja.

W krótkiej, zwięzłej formie każdy z bohaterów „prezentuje”

czytelnikowi swą sylwetkę i pole działania, często zwracając

się przy tym do autorki. Taki zabieg uwypukla kunszt

warsztatowy poetki z Brunar. Izabela Zubko w zamyśleniu

twórczym na równi potraktowała fantazję, fakty, głos ducha

strażnika jej domu ukrytego pod stragarzem oraz pogwar

Nieba i błysk świetlików znad Białej. [JS]

JERZY STASIEWICZ

Izabela Zubko, Wierszariusz słowiański – gawędy ciąg dalszy…,

Brunary 2026, s.110.

Rafal Podraza i Renata Cygan

POST SCRIPTUM

114


WIELKIE GRATULACJE!!!

Nasz redakcyjny kolega, sekretarz

redakcji „Post Scriptum” Jacek

Jaszczyk, laureatem prestiżowej

Nagrody Grudziądzkiego Flisaka

115

POST SCRIPTUM


Jacek Jaszczyk został uhonorowany prestiżową

Nagrodą Grudziądzkiego Flisaka,

przyznawaną przez Prezydenta Miasta

Grudziądza Macieja Glamowskiego. Wyróżnienie

to jest przyznawane osobom, instytucjom

i firmom, które poprzez swoją działalność przyczyniają

się do budowania pozytywnego wizerunku

miasta w kraju i za granicą oraz wspierają

jego rozwój i promocję.

Uroczysta Gala odbyła się 17 czerwca 2026

roku w Centrum Kultury Teatr w Grudziądzu,

w przeddzień 735. rocznicy nadania Grudziądzowi

praw miejskich, co nadało wydarzeniu

szczególny i symboliczny charakter. Galę poprzedził

koncert Wiktora Waligóry.

Wierzę, że kultura i tradycja wciąż mają siłę łączenia

ludzi, niezależnie od miejsca, w którym żyją. Nagroda,

którą otrzymałem w moim rodzinnym Grudziądzu, jest dla

mnie niezwykle ważna i traktuję ją jako duże wyróżnienie

oraz motywację do dalszej pracy. Jestem naprawdę

dumny, że mogę reprezentować moje miasto także poza

granicami Polski. To dla mnie ważne, że mogę dokładać

swoją cegiełkę do budowania więzi z Polakami na całym

świecie i promować Grudziądz w jak najlepszy sposób.

Jacek Jaszczyk – nagrody i nominacje:

• Laureat prestiżowego konkursu „Wybitny Polak” w Irlandii Fundacji Polskiego Godła Promocyjne

go „Teraz Polska” w kategorii Osobowość – Dublin, 2019.

• Laureat XX Światowego Dnia Poezji ustanowionego przez UNESCO (World Day Poetry UNESCO

2020 Award) za oryginalną twórczość poetycką, uhonorowany również Błękitnym Pucharem

w Srebrze – Warszawa, 2020.

• Uhonorowany Medalem im. Barbary Jurkowskiej za wkład w organizację i promocję literatury

polskiej na forum międzynarodowym. Wyróżnienie przyznano podczas XV Festiwalu Poezji

Słowiańskiej – Warszawa, 2022.

• Uhonorowany wyróżnieniem w światowym konkursie „Osobowość Polonijna Roku im. Edyty

Felsztyńskiej” za działalność polonijną i propagowanie Polski poza granicami kraju – Hanower, 2024.

• Uhonorowany wyróżnieniem w światowym konkursie „Osobowość Roku Polonii Świata 2025”

za promowanie polskiej kultury, tradycji i wartości poza granicami kraju – Warszawa, 2025.

• Uhonorowany medalem w kategorii Działalność Kulturalna w światowym konkursie „Polak Roku

we Włoszech i na Świecie” za promowanie polskiej kultury, tradycji i wartości poza granicami

kraju – Neapol, 2025.

• Dwukrotnie nominowany w latach 2019 i 2020 przez kapituły redakcji „Gazety Pomorskiej”,

„Expressu Bydgoskiego” i „Nowości Dziennika Toruńskiego” do tytułu Osobowość Roku w kategorii

Kultura.

• Laureat Nagrody Grudziądzkiego Flisaka za działalność kulturalną, społeczną oraz promocję

Grudziądza w kraju i poza jego granicami – Grudziądz, 2026.

Nagroda Grudziądzkiego Flisaka jest inicjatywą

mającą na celu docenienie osób aktywnie

wspierających rozwój Grudziądza oraz promujących

jego dziedzictwo kulturowe i społeczne.

Statuetkę zaprojektowała Paulina Kaczor-

-Paczkowska, a nagrodę ustanowił Prezydent

Grudziądza Maciej Glamowski. Wyróżnienie to

nawiązuje do historycznych tradycji flisackich

związanych z Wisłą i jest jedną z najważniejszych

lokalnych nagród w Grudziądzu.

W gronie tegorocznych laureatów jest Jacek

Jaszczyk – Grudziądzanin mieszkający w Dublinie,

dobrze znany dublińskiej Polonii oraz

środowiskom polonijnym. Jacek Jaszczyk jest

poetą, animatorem kultury, dziennikarzem,

honorowym korespondentem TVP Polonia

oraz sekretarzem redakcji kwartalnika „Post

Scriptum”. W swojej bogatej działalności literackiej

pełnił także funkcję redaktora naczelnego

czasopisma „Poezja Dzisiaj” – współorganizował

międzynarodowe festiwale poetyckie

oraz projekty literackie integrujące twórców

z Polski i zagranicy. Autor nagradzanych tekstów

rockowego zespołu Animozje, wyróżnianych

podczas ogólnopolskich festiwali i przeglądów

muzycznych. Jest twórcą i współtwórcą

wielu inicjatyw społecznych, kulturalnych

i medialnych, m.in. inicjatorem pierwszego

polskiego głosu na antenach irlandzkich stacji

radiowych, współtwórcą i założycielem polskiego

radia dla Polonii w Irlandii oraz internetowej

telewizji. Od dwóch dekad aktywnie

działa na rzecz kultury, literatury i integracji

Polonii, buduje trwałe mosty między rodakami

mieszkającymi za granicą a krajem i jednocześnie

niezmiennie podkreśla swoje silne przywiązanie

do rodzinnego Grudziądza. Za swoją

działalność był wielokrotnie nagradzany i wyróżniany

na arenie międzynarodowej. Dzięki

wieloletniej pracy i zaangażowaniu działalność

Jacka Jaszczyka stała się rozpoznawalna nie tylko

w środowiskach polonijnych w Irlandii, lecz

także poza jej granicami. Jego konsekwentna

praca oraz promocja polskiej kultury na arenie

międzynarodowej zostały docenione również

w rodzinnym Grudziądzu. [PS]

POST SCRIPTUM

116


W duchu

Strzeleckiego

Rozmowy-spotkania z ludźmi.

Czasem z no name, czasem

z rozpoznawalnymi, czasem

z ekspertami. Zawsze z takimi,

którym zależy. Dzielimy się

wiedzą i opowieściami o przełomach

w życiu, w przekonaniu,

że „opowiadanie historii

to nasz ludzki sposób radzenia

sobie z rzeczywistością",

a kryzys to szansa.

LINK DO PODCASTU:

https://open.spotify.com/show/3RjoeghoM8ZSU9RiAX2cmA

DO

POETÓW ,

ARTYSTÓW ,

A N N A M A R U S Z E C Z K O

MUZYKÓW

Dziennikarka, freelancerka z wyboru. Kolekcjonerka poruszających

historii i budujących rozmów. Lubi mówić

i słuchać. Wierzy, że „opowiadanie historii to nasz ludzki

sposób radzenia sobie z rzeczywistością”. Entuzjastka

wielokulturowości i przyrody. Autorka kanału na IG

pn. Między Bugiem a prawdą.

Interesuje mnie metamorfoza, człowiek w zmianie.

Moi bohaterowie to ludzie poszukujący i zaangażowani.

Walczą, stawiając granice, postępując w zgodzie

z sobą, dzieląc się. Czasem wygrywają bitwy ze światem

zewnętrznym, jednak podkreślają, że najtrudniej wygrać

z samym sobą. Opowiadają o wzlotach i upadkach na

drodze do życiowego i zawodowego spełnienia. W tle

często ważne zjawiska i trendy społeczne, energia kobiet,

praktyki rozwojowe, etyczny biznes, fair travel i in.

117

POST SCRIPTUM

Moi bohaterowie to ludzie

poszukujący

i zaangażowani.

Walczą, stawiając granice, postępując w zgodzie z sobą,

dzieląc się.

Wygrywają bitwy

ze światem zewnętrznym,

ale podkreślają, że najtrudniej

wygrać z samym sobą.

Opowiadają o wzlotach i upadkach

na drodze do życiowego

spełnienia.

Inspirują


REKLAMA

Profesjonalna

korekta tekstów

ALEKSANDRA KRASIŃSKA

Redakcja i korekta

kontakt@krasinska.eu

Piszesz książkę, e-book, pracę naukową, a może artykuły

na blog albo stronę internetową? Ciągle się wahasz,

gdzie postawić przecinek, i martwisz się, że w tekście są

błędy, których nie widzisz? Skontaktuj się z naszymi korektorkami

– z nimi Twój tekst będzie lepszy.

Ukończyłam bibliotekoznawstwo na Uniwersytecie Łódzkim i jestem absolwentką licznych

kursów oraz szkoleń dla redaktorów i korektorów. Na co dzień współpracuję z wydawnictwami,

a także poprawiam teksty użytkowe dla szkół wyższych. Chętnie pomogę

przy tekstach zarówno krótszych, jak i dłuższych.

MAŁGORZATA NOWAK

malgorzata.nowak122@gmail.com

Jestem literaturoznawczynią związaną obecnie z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza

w Poznaniu. Najchętniej redaguję teksty naukowe, beletrystykę i eseje. Proces

redakcyjny znam również od strony autora, dlatego zawsze dokładam starań, by tekst,

stając się coraz lepszy, pozostawał w pełni Twój.

DOMINIKA PALUCH

Było słowo

dominika.paluch@interia.pl

Absolwentka Akademii korekty tekstu Ewy Popielarz. Licencjatka polonistyki-komparatystyki,

magistrantka językoznawstwa ogólnego i licencjantka filologii klasycznej.

Zakochana w słowach, czujna strażniczka przecinków.

ANITA ŻELAZOWSKA

anitazelazowska@wp.pl

Anglistka i lektorka języka angielskiego. Ukończyła studia podyplomowe z edytorstwa

tekstów literackich i użytkowych na Uniwersytecie Łódzkim. Zajmuje się korektą i redakcją

tekstów jako wolontariuszka, by wspierać autorów oraz doskonalić własne umiejętności

językowe w zakresie polszczyzny.

Zapraszamy do kontaktu

p a r t n e r z y m e d i a l n i :

POST SCRIPTUM 118


FUNDACJA „POST SCRIPTUM”

Oprócz dzielenia się z czytelnikami aktualnościami w dziedzinie sztuki oraz literatury pragniemy wspierać młode talenty.

W tym celu stworzyliśmy Fundację Wspierania Kultury „Post Scriptum”.

Darowizny dla fundacji będą służyły szeroko pojętej promocji młodych artystów zarówno na łamach kwartalnika,

jak i w formie pomocy w organizacji wystaw, warsztatów czy wydawaniu książek.

Jeśli chcesz przekazać datek na działalność naszej fundacji, możesz zrobić to za pośrednictwem strony internetowej:

www.postscriptumfundacja.com

lub wpłacić darowiznę bezpośrednio na konto fundacji:

75114020040000310281956333

Dane kontaktowe:

FUNDACJA WSPIERANIA KULTURY „POST SCRIPTUM”

05-092 Łomianki ul. STANISŁAWA STASZICA 14/5

119

POST SCRIPTUM

KRS 0000908539 NIP 1182225810

e-mail: biuro@postscriptumfundacja.com

Hooray! Your file is uploaded and ready to be published.

Saved successfully!

Ooh no, something went wrong!