POST_SCRIPTUM_2_2026_33
POST SCRIPTUM 33 – Niezależny Kwartalnik Literacko-Artystyczny tworzony przez polsko-brytyjski zespół. W tym numerze m.in.: Gość specjalny prof. Tadeusz Sławek, Życie i dzieło Ewy Pohoskiej w eseju prof. Izoldy Kiec, Szczepan Sadurski, wywiad z Jarosławem Kukowskim, Hockney w Serpentine Gallery, Nigeryjski Modernizm, Małe muzeum poezji w Piacenzy, Gruppa Siedem.
POST SCRIPTUM 33 – Niezależny Kwartalnik Literacko-Artystyczny tworzony przez polsko-brytyjski zespół. W tym numerze m.in.: Gość specjalny prof. Tadeusz Sławek, Życie i dzieło Ewy Pohoskiej w eseju prof. Izoldy Kiec, Szczepan Sadurski, wywiad z Jarosławem Kukowskim, Hockney w Serpentine Gallery, Nigeryjski Modernizm, Małe muzeum poezji w Piacenzy, Gruppa Siedem.
Transform your PDFs into Flipbooks and boost your revenue!
Leverage SEO-optimized Flipbooks, powerful backlinks, and multimedia content to professionally showcase your products and significantly increase your reach.
ISSN 2633-1292
POST
NIEZALEŻNY KWARTALNIK
LITERACKO-ARTYSTYCZNY
SCRIPTUM
P R O Z A P O E Z J A P U B L I C Y S T Y K A S Z T U K I W I Z U A L N E
SZCZEPAN SADURSKI
Architekt Uśmiechu i Filozof Kreski
2/2026 (33)
WSZYSCY JESTEŚMY ARTYSTAMI
JAROSŁAW KUKOWSKI
CZŁOWIEK ZAGUBIONY W SOBIE
EGON SCHIELE
PICCOLO MUSEO DELLA POESIA
Małe Muzeum Poezji w Piacenzy
GRUPPA SIEDEM
i ALBUM POLSKIEGO MALARSTWA
SZTUKA NAS OCALI
PROF. TADEUSZ SŁAWEK
HOCKNEYA ROK W NORMANDII
ODZYSKIWANIE TOŻSAMOŚCI
Nigeryjski Modernizm w Tate Modern
Gość specjalny
KĘSY SZLACHETNE ALBO CHWILKI
ŻYCIE I DZIEŁO EWY POHOSKIEJ
Prof. Izolda Kiec
www.postscriptum.uk
www.postscriptumfundacja.com
fb: post scriptum
1
POST SCRIPTUM
WERSJA ELEKTRONICZNA DO POBRANIA ZA DARMO:
https://www.yumpu.com/user/postscriptum.mag
DRUK NA ŻYCZENIE: 29,99 zł
ZAMÓWIENIA BEZPOŚREDNIO W DRUKARNI:
https://www.wyczerpane.pl/wydawnictwo-post-scriptum,dBA-0io.html
Prawa do indywidualnych utworów pozostają przy twórcach.
Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych
i zastrzega sobie prawo do redagowania tekstów.
FUNDACJA WSPIERANIA KULTURY „POST SCRIPTUM”
05-092 Łomianki
ul. STANISŁAWA STASZICA 14/5,
KRS 0000908539
NIP 1182225810,
e-mail: biuro@postscriptumfundacja.com
www.postscriptum.uk postscriptum.mag@gmail.com fb: post scriptum redakcja@postscriptum.uk
SPIS TREŚCI:
inne sztuki wizualne poezja PROZA
3 Sztuka nas ocali – wywiad z prof. TADEUSZEM SŁAWKIEM – Marek Cygan
33 Kęsy szlachetne albo chwilki. Życie i dzieło Ewy Pohoskiej – esej – prof. Izolda Kiec
41 Wywiad z ELŻBIETĄ GRABOSZ – Wanda Dusia Stańczak
51 DOPISKI DO ŻYCIA – Niechęć – Dominika Caddick
55 Pośród kwitnących drzew – esej – Renata Szpunar
65 PRZEZ PERYSKOP – Wprost ze Stolicy – Juliusz Wątroba
79 Siedem twarzy Sergiusza Piaseckiego – wywiad z IWONĄ GOLIŃSKĄ – Ada Johnson
84 Współczesna Sztuka Polska – felieton – Róża Wigeland
85 Krzysztof T. Dąbrowski – DRABBLE
89 SIÓDME WYMIERANIE – Rycerz cnoty i inne patologie – Bo Jaroszek
91 Robert Knapik – ANNA KIEDRZYNEK, EMILIA DŁUŻEWSKA – recenzja
105 Przystanek wiecznej mżawki – Opowiadanie – LECH BRYWCZYŃSKI
19 Poezja polecana – URSZULA MĄDRZYK
26 WANDA DUSIA STAŃCZAK – wiersz
53 BEATA MAŁGORZATA MONIUSZKO – wiersze
59 KĄCIK SATYRYCZNY
63 MAREK PORĄBKA – wiersze
69 MAŁGORZATA GAJEWSKA– wiersze
77 JULIUSZ WĄTROBA – aforyzmy
99 ALEKSANDRA MIKLAS – wiersze
103 SŁAWOMIRA LĘGA – wiersze
109 Wysokie Rejestry – KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI
111 Należne miejsce – recenzja tomu IZABELI ZUBKO – Jerzy Stasiewicz
9 Półżartem półserio – wywiad z JAROSŁAWEM KUKOWSKIM – Dominika Caddick
21 GRUPPA SIEDEM i Album Polskiego Malarstwa – Izabela Winiewicz-Cybulska
27 SZCZEPAN SADURSKI – Architekt uśmiechu i filozof Kreski – Renata Cygan
43 NIGERYJSKI MODERNIZM – relacja z wystawy w Tate Modern – Renata Cygan
71 Relacja z wystawy EGONA SCHIELEGO – Daniel Wójtowicz
94 HOCKNEY w Serpentine Gallery – relacja – Róża Wigeland
61 Baletowe Requiem – relacja – Beata Anna Symołon
95 Małe muzeum poezji – wywiad z SABRINĄ DE CANIO – Agnieszka Herman
101 Hanka i Anka – wywiad z ANNĄ MARIĄ ADAMIAK – Wanda Dusia Stańczak
ZESPÓŁ REDAKCYJNY:
Redaktor naczelna: Renata Cygan. Zastępczynie redaktor naczelnej: Joanna Nordyńska i Katarzyna Brus-Sawczuk
Sekretarz redakcji: Jacek Jaszczyk
Redaktorzy: Juliusz Wątroba, Anna Maruszeczko, Izolda Kiec, Wanda Dusia Stańczak, Renata Szpunar, Robert Knapik, Agnieszka Herman,
Bo Jaroszek, Daniel Wójtowicz, Beata Anna Symołon, Dominika Caddick, Ada Johnson i Róża Wigeland
Goscinnie: Marek Cygan, Izabela Winiewicz-Cybulska, Jerzy Stasiewicz
1
Korekta: Aleksandra Krasińska, Dominika Paluch, Małgorzata Nowak, Anita Żelazowska
Rysunek satyryczny: Jarosław Janowski i Szczepan Sadurski. Tłumaczenia z języka angielskiego: Renata Cygan
POST SCRIPTUM Skład, łamanie i opracowanie graficzne: Renata Cygan
Na okładce:
obraz
Jarosława Kukowskiego
W
mediach rozgorzała dyskusja o artystach. Czy coś im się należy? Czy społeczeństwo jest
im cokolwiek winne? Przecież sami wybrali swoją drogę, niech więc mierzą się z konsekwencjami
własnych decyzji – jakże łatwo przychodzi nam osądzać tych, którzy próbują dostrzec
więcej. Padają ciężkie słowa, a naród nieustannie się dzieli… Bo tak już z nami jest: gdy tylko pojawia
się przestrzeń do sporu, chwytamy za szabelki. A artyści? Naznaczeni talentem niewątpliwie będą robić
swoje – taka ich rola, takie powołanie, żeby nie powiedzieć: taki los. Los, który jednak można nieco
rozświetlić, by potem móc grzać się w jego blasku.
Język polski coraz częściej przypomina wędrowca, który pomylił drogę. Dawno zboczył z właściwych
ścieżek i wszedł na tory prowadzące nie wiadomo dokąd. Z dnia na dzień staje się uboższy, bardziej
pospieszny, bardziej hałaśliwy. Gubimy słowa, a wraz z nimi znaczenia. Coraz chętniej wybieramy obrazy
zamiast zdań, skróty zamiast myśli, migające ekrany zamiast refleksji. W epoce rolek i krótkich klipów
pismo zamienia się w ruchomy obraz, a obraz coraz rzadziej prowadzi do zadawania pytań.
WSTĘPNIAK
O języku, kulturze i odpowiedzialności za słowo rozmawiamy z profesorem Tadeuszem Sławkiem – jednym
z najwybitniejszych współczesnych humanistów. Podkreśla on znaczenie rozmowy, przypomina, że
przy pomocy języka konstruujemy świat. W czasach, gdy tak wiele słów traci znaczenie, warto przy tej
myśli zatrzymać się na dłużej.
Przywracamy pamięć o Ewie Pohoskiej – pisarce, której życie i twórczość splatały się z poszukiwaniem
piękna. Jak zauważa prof. Izolda Kiec, jej wybory dyktowały sztuka, humanizm i szczególny rodzaj wrażliwości,
której dziś tak bardzo nam potrzeba.
Renata Szpunar w eseju Pośród kwitnących drzew pyta, czy sztuka jest jedynie piękną iluzją, czy może
właśnie ona najpełniej odsłania prawdę o ludzkiej egzystencji.
O tym, że sztuka potrafi przywracać głos tym, którym go na przestrzeni dziejów odebrano, przypomina
również historia nigeryjskiego modernizmu – opowieść o odzyskiwaniu pamięci, tożsamości i własnego
miejsca w świecie.
Zapraszam Państwa do podróży przez ten numer. Do spotkania z niepokornym malarstwem
Egona Schielego, z ocalającą ślady historii literaturą Sergiusza Piaseckiego, z małym muzeum poezji
w Piacenzie, z rysunkami Szczepana Sadurskiego i z twórczością Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego
(wydaje się, że wszyscy go znamy, a jednak wielcy poeci mają tę niezwykłą właściwość, że przy każdej
kolejnej lekturze odsłaniają przed nami nowe znaczenia).
Obcujmy ze sztuką i nie pozwólmy, by rozpanoszyła się w nas niechęć – ta cicha, lecz skuteczna siła,
przed którą przestrzega Dominika Caddick w swoich przewrotnych Dopiskach do życia.
Na zakończenie pozostawiam Państwa ze słowami prof. Sławka: SZTUKA NAS OCALI.
www.postscriptum.uk, fb: post scriptum, e-mail: redakcja@postscriptum.uk
Wydawca: Post Scriptum LTD, Watford, UK
NUMER KONTA: IBAN: GB82 LOYD 3096 2657 4181 60
UK: SORT CODE: 309626 ACC Number: 57418160
POST SCRIPTUM
2
R O Z M A W I A M A R E K C Y G A N
Tadeusz SŁawek
SZTUKA NAS OCALI
Profesor dr hab. Tadeusz Sławek to jedna z najwybitniejszych postaci współczesnej
polskiej humanistyki. Jest literaturoznawcą, poetą, tłumaczem, eseistą. Był rektorem
Uniwersytetu Śląskiego w latach 1996–2002. Praca naukowa prof. Sławka koncentruje
się na pograniczu literatury, filozofii oraz kultury krajów anglojęzycznych. Zajmuje
się historią literatury angielskiej, amerykańskiej, teorią literatury, komparatystyką. Jest
jednym z najwybitniejszych interpretatorów twórczości brytyjskiego wizjonera Williama
Blake’a. Profesor przyjął zaproszenie do rozmowy z „Post Scriptum”, którą miałem przyjemność
przeprowadzić w artystycznych, klimatycznych wnętrzach Galerii Sztuki Chimera,
w Katowicach przy ulicy Mariackiej 3. Serdeczne podziękowania w tym miejscu dla jej
właścicielki Jolanty Windak za udostępnienie nam (na wyłączność) gościnnych wnętrz
Galerii, do której odwiedzenia serdecznie zapraszam.
3
POST SCRIPTUM
Żyjemy w czasach,
kiedy nikt
nie chce słuchać
Panie profesorze, czy możemy porozmawiać
o języku?
Z przyjemnością, niech nas niesie…
Świetnie. Czy nie uważa Pan, że
żyjemy w czasach obumierania
języka jako formy komunikowania
się? Wygląda na to, że świat
zmierza w kierunku komunikowania
przesadnie skrótowego, w zasadzie
memicznego, ikonicznego.
Język w formie, do której przywykliśmy,
jest w odwrocie. A może
przechodzi w stan hibernacji?
On, czyli my – język nie jest bytem
niezależnym od nas, jego użytkowników
– przeszliśmy w stan innej
gotowości. Użył Pan kilkakrotnie
słowa komunikacja. I to jest chyba
jedno z najważniejszych słów. A to
ku nieszczęściu – ponieważ język
dopasował się do sytuacji, kiedy
komunikacja staje się cnotą, zaletą,
a dla niektórych warunkiem funkcjonowania.
Przy czym ja rozróżniłbym
tu komunikację od rozmowy.
Postawiliśmy cały nacisk na skrótowość.
I to widać nawet w nazwach
niektórych kierunków i specjalności
na uczelniach – kiedy uczy się
komunikacji, sztuki komunikowania.
Tutaj jednak słowo komunikacja
ma złowrogie znaczenie. Traktuje
komunikację jako – niestety
– zwycięskiego rywala dla rozmowy.
Komunikacja w dużej mierze
zawiera to, o czym Pan mówił, czyli
zespół narzędzi, które muszą spełniać
optymalne warunki dojścia do
celu, z najlepszym skutkiem, przy
minimalnym nakładzie wysiłku. To
jest odpowiedź na Pana pytanie
o kurczenie się naszego zasobu
słów. Natomiast rozmowa jest zupełnie
czymś innym. Rozmowy
nie da się nauczyć, zaplanować.
Rozmowa z człowieka wypływa.
Więc jako punkt wyjścia przyjmijmy
rozróżnienie słów: komunikacja
i rozmowa.
4
POST SCRIPTUM
Żyjemy w czasach szumu informacyjnego,
przekazywanego najczęściej
przez tzw. media społecznościowe.
Czy przekazy tych mediów
nie są po prostu bełkotem? Czy
żeby odzyskać język i chęć rozmowy,
nie powinniśmy przypadkiem
wrócić do milczenia, pauzy…
Tak, byłoby dobrze. Tylko proszę zauważyć,
że milczenie jest niemodne.
Żyjemy w czasach, kiedy nikt nie
chce słuchać. A milczenie jest warunkiem
słuchania. Dzisiaj wszyscy
chcą mówić, najlepiej wszyscy naraz.
Gdybyśmy zanalizowali treści
tzw. programów publicystycznych,
to statystycznie najczęstszą frazą
byłoby: „ja panu/pani nie przeszkadzałem/przeszkadzałam”.
Nikt nie
chce słuchać. Dla większości uczestników
tych „rozmów” moment ciszy,
zastanowienia jest momentem
klęski. Są „przekazy dnia”, jest hałas
– nie rozmowa. Media tradycyjne
tym szumem się żywią.
Co do tzw. mediów społecznościowych,
ja je nazywam wręcz
mediami aspołecznościowymi.
A chcę być ostrożnym i nie nazywać
ich antyspołecznościowymi.
To narzędzia, które wyłączają ludzi
z rzeczywistości, na ogół grupują
ich w enklawach, bańkach
ludzi o podobnych poglądach. Zatem
z działaniem prospołecznym
mają zaprawdę niewiele wspólnego.
A często dają paliwo do zachowań
antyspołecznościowych,
na przykład żywią nienawiść. To
oczywiście wiąże się z brutalizacją
i wulgaryzacją języka debaty
publicznej. Dotyczy to wszystkich
mediów, tych tradycyjnych oraz
nowych, z angielska nazywanych
social media. Dużo gorzej, że takim
językiem posługują się politycy
wprost na sejmowej mównicy.
Zastanawiam się, czy taka wulgaryzacja
i brutalizacja są skutkiem, czy
5
POST SCRIPTUM
Język
nie jest
narzędziem biernym –
przy jego pomocy
konstruujemy świat
przyczyną procesów i zjawisk społecznych.
Na przykład zabiegania
o elektorat…
Zapewne ma Pan rację, że w tym
przypadku skutek i przyczyna się
ze sobą łączą. Ale gdybym miał wybrać,
to powiedziałbym, że to raczej
skutek. Skutek tego, że polityka
stała się sztuką źle rozumianej skuteczności.
To znaczy dochodzenia
do celu za wszelką cenę, nie patrząc
na okoliczności, lekceważąc opinie
innych itd. To oczywiście rodzi pokusę,
by mówić dosadnie. By, nie
daj Boże, pojawiały się jakieś wątpliwości,
możliwość zmiany zdania,
poglądu, uwzględnianie opinii strony
przeciwnej. Wszystko musi być
jednoznaczne. W związku z tym
rodzi się pokusa najpierw do używania
języka banalnego. Powtarzania
tych samych fraz, żeby się wbiło
w umysł słuchacza. Później idzie to
dalej, przechodzi w język prostacki.
Jest tego co niemiara nawet w publicznych
wystąpieniach polityków.
Czy widzi Pan jakieś remedium,
możliwość powstrzymania tych
procesów fatalnych dla języka,
rozmowy, debaty?
Remedium wydaje się proste, choć
jest to prostota pozorna. Uważam,
że w jakimś momencie błędem edukacji,
nie tylko zresztą polskiej, jest
to, że zupełnie zaniedbaliśmy wychowanie
obywatelskie. Co akurat
w naszym polskim przypadku jest
szczególnie bolesne, bo jesteśmy demokracją
młodą. A wychowanie obywatelskie
zaczyna się od tego, by troskliwie
obsługiwać narzędzie, które
nazywa się język. Ponieważ język nie
jest narzędziem biernym – przy jego
pomocy konstruujemy świat. Jeżeli
używamy brutalnego języka, będziemy
mieć brutalny świat. Jakoś zapomnieliśmy,
że człowiek nie przychodzi
na świat jako obywatel. Człowiek
obywatelem się staje. Zatem, mówiąc
w skrócie, remedium jest edukacja,
szkoła krytycznego myślenia.
Zresztą proszę zauważyć, że poprzednie
rządy bardzo skrupulatnie dbały
o to, by żadne tego typu programy
w szkołach się nie pojawiały. Teraz
na przykład mamy opór przeciwko
programom prozdrowotnym. A to
przecież część wychowania obywatelskiego.
Czy język sztuki nie jest szansą dla
tej obywatelskiej edukacji? Czy to
nie jest enklawa, która posługuje
się własnym językiem, metaforą,
rytmem, kolorem, niedopowiedzeniem?
Czy w świecie zdominowanym
przez komunikaty twarde,
jednoznaczne, czasem wulgarne,
sztuka nie jest takim właśnie pożądanym
azylem, przystankiem?
Ależ jest. Ja w ogóle mógłbym postawić
tezę, że sztuka nas ocali!
Dwa drobne, choć poważne przykłady:
Przypomnijmy sobie arcydramat
szekspirowski, jakim jest
Hamlet. Co wydobywa Hamleta,
a nas widzów także, z tej dusznej atmosfery
dworskich intryg, kłamstw,
POST SCRIPTUM
6
fałszu, zdrad, pokątnych morderstw, lepkiego, złego
seksu? Co nas z tego wydobywa? Sztuka! Przyjeżdżają
aktorzy, odgrywają sztukę i ludzie, oglądając to na scenie,
nagle zdają sobie sprawę: to my! Potrzebna jest
sztuka jako lustro, żebyśmy zobaczyli, kim jesteśmy.
I drugi przykład z ostatniego czasu, też zresztą z Szekspirem
związany. To finał Hamneta, wielkiego, nowego
filmu. Znakomita ostatnia scena tego filmu, gdy matka
godzi się wreszcie ze śmiercią dziecka, widząc Hamleta
na scenie. Więc tak – sztuka nas ocali. Tylko ważne,
gdzie ona znajdzie swoich patronów.
Wspomniał Pan o wadze i znaczeniu wychowania
obywatelskiego. Czy w czasach brutalizacji języka
sztuka nie mogłaby być rodzajem oporu obywatelskiego?
Oczywiście. Gdy przypomnimy sobie narodziny polskiej
demokracji, to obok dramatycznych dróg oporu
i walki ze starym systemem była też droga szyderczego
kabaretu, gdzie słowo, gest były najważniejsze. Przypomnijmy
sobie choćby Pomarańczową Alternatywę
z Wrocławia. Zaniechaliśmy nauczania młodych ludzi
konstruktywnego buntowania się.
Pytanie o nadzieję. Gdyby miał Pan wskazać jedno
słowo, frazę bądź metaforę, którą powinniśmy dziś
szczególnie pielęgnować, by ocalić humanistyczny
wymiar komunikacji – co by to było?
A to świetne pytanie. Sam sposób, w jaki Pan je zadał,
jest ciekawy, bo dzisiaj metafora nie jest w modzie.
Wracając do początku naszej rozmowy… Dzisiaj język
stał się bardzo uproszczony, by nie powiedzieć prostacki.
A to jest niedobrze dla metafory. Jaka mogłaby
być metafora, która ma walor ocalenia życia? Może
byłaby to tratwa ratująca życie jakiejś niewielkiej grupie
osób – rozbitków na morzu. A na tej tratwie są
z tymi ludźmi pewne pojęcia, które powinniśmy pielęgnować,
by dotrzeć do brzegu. I myślę, że jednym
z najważniejszych bagaży byłaby literatura, która jest
laboratorium życia.
Czyli wracamy do znaczenia słowa.
Ja bym powiedział – rozmowy…
Jest Pan wybitnym naukowcem, nauczycielem pokoleń
studentów (dodam – bo wiem – przez nich
uwielbianym), wieloletnim rektorem Uniwersytetu
Śląskiego. Czy uniwersytetom, które obecnie (a odnoszę
kontekst pytania do czasów słusznie minionych,
które przecież obaj pamiętamy) funkcjonują
w czasach wolności, jest bliżej do prawdy? Czy uniwersytety
są miejscem poszukiwania i dochodzenia
do prawdy, czy są raczej rodzajem korporacji, miejscem
zdobywania punktów potrzebnych do uzyskiwania
grantów?
To bardzo złożona kwestia. By na sprawę spojrzeć
skrótowo, ale uczciwie, to musielibyśmy ocenić sys-
7
POST SCRIPTUM
tem edukacji w ogóle. Jednym z większych błędów,
jakie popełniliśmy w naszym systemie edukacji, jest
to, że nakazaliśmy młodym ludziom specjalizować się
zawodowo grubo za wcześnie. Założyliśmy, że 15-latek
idący do liceum musi już z grubsza wiedzieć, jaką rolę
zawodową będzie pełnił, musi się specjalizować. Wydaje
mi się, że to jest rodzaj zamachu na młodą duszę.
Wtedy właśnie człowiek powinien NIE wiedzieć i poszukiwać
prawdy, swojego miejsca wśród tych wielu
prawd. A jak to się ma do uniwersytetu? Ma się tak,
że ten zbyt wcześnie wyspecjalizowany człowiek traci
znaczną połać edukacji, która w jego założeniu nie
jest mu potrzebna do bycia, powiedzmy, lekarzem,
prawnikiem, inżynierem. Wydaje mi się, że to jest
duży błąd, ponieważ jeśli założyć, że domeną uniwersytetu
jest prawda – a chcę wierzyć, że tak jest – to
młody człowiek powinien szukać tej prawdy na wielu
polach, dziedzinach. Dzisiaj zresztą humanistyka, która
jest odpowiedzialna najbardziej za tę misję szukania
prawdy, jest w szczególnie trudnej sytuacji. Ponieważ
młodzi ludzie obecnie czytają mniej, na pewno inaczej
– fragmentarycznie. Mówię tu o młodzieży w wieku
przeduniwersyteckim (choć nie chcę tu wyrokować,
ponieważ nie mam bezpośredniego kontaktu ze szkołą
średnią). Więc w pewnym sensie uniwersytet musi się
wymyśleć na nowo. Podobnie zresztą jak polska szkoła.
Nie chciałbym, by zabrzmiało to zbyt nostalgicznie.
Ale wydaje mi się, że stare polskie liceum nie było takie
złe. Brak mi wśród współczesnych studentów takiej
ogólnokształcącej podstawy.
Trudno mi się nie zgodzić z tą opinią, choćby dlatego,
że jesteśmy absolwentami tego samego, znakomitego
III LO im. Adama Mickiewicza w Katowicach…
A to przecież do czegoś zobowiązuje, prawda. (uśmiech)
„Post Scriptum” jest pismem o sztuce. Zajmuje się
Pan literaturą, językiem jako badacz, ale jest Pan
też twórcą. W Pana twórczości tekst literacki często
spotyka się z muzyką. Czy sztuka XXI wieku ma jeszcze
moc naprawiania świata? Czy stała się już tylko
dekoracją i dodatkiem do „życia”, które toczy się
w smartfonach?
Trochę gryzę się w język, żeby nie zaprzeczyć temu, co
powiedziałem wcześniej, że sztuka nas ocali, w co głęboko
wierzę. Nie oznacza to dla mnie, że sztuka ocali
Zaniechaliśmy
nauczania
młodych ludzi
konstruktywnego
buntowania się
świat, bo to mógłby ktoś ocenić jako naiwność. Przekonany
jestem, że sztuka może ocalić nas, przemawiając
do jednostek, grup. Obawiam się, że już nie jako iskra
początkująca jakieś wielkie polityczne przemiany. Chyba
ostatnimi momentami, jakie sobie przypominam
– nie chcę, by zabrzmiało to zbyt patetycznie – były
epizody z lat 60. i 70. Václav Havel, siedząc w komunistycznym
więzieniu, pisał do żony, czy kupiła już nowy
album Pink Floyd (The Wall) – bo on wiedział, co ta
muzyka i te teksty znaczą. A lata później przypominam
sobie wypowiedź Keith’a Richards’a, który ogłosił, że
to nie żadna polityka zburzyła mur berliński, ale (sorry
for my French) – fuckin’ rock and roll. Obawiam się, że
tego typu oddziaływania współczesna sztuka nie osiągnie.
Jako humanista, czego się Pan obawia, a w czym pokłada
Pan nadzieję dla pokoleń, które teraz wchodzą
na uniwersytety?
Najbardziej obawiam się prostactwa. Boję się wyborów,
które nie są wynikiem krytycznego namysłu. To
słowo nie padło jeszcze w naszej rozmowie, a jest
ono dla mnie bardzo ważne. Wybory, które nie są wynikiem
namysłu, prowadzą do upraszczania języka,
pojęć. Tego się obawiam, bo to idealny materiał dla
wszelkiego rodzaju populistów i populizmów. Martwią
mnie pokusy wysłuchiwania bardzo prostych odpowiedzi
na bardzo skomplikowane pytania – ćwiczymy
to w Polsce, doświadcza tego cały świat. Uniwersytet
jest tu w paradoksalnej sytuacji – bo nie jest on do
upraszczania ludziom życia, ale od jego komplikowania.
Obowiązkiem humanistyki jest zatrzymać proces
prostaczenia świata. A język, od którego zaczęliśmy tę
rozmowę, i sztuka są naszą szansą… [MC]
MAREK CYGAN
POST SCRIPTUM
8
9
New Millennium, oil on board, 80 x 100cm
POST SCRIPTUM
JAROSŁAW KUKOWSKI
POST SCRIPTUM
10
Red Green Blue Black, oil on board, 80 x 122cm
ROZMAWIA DOMINIKA CADDICK
Półżartem, półserio
Jarosław Kukowski to współczesny polski malarz, urodzony w 1972 roku w Tczewie.
Jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych przedstawicieli nurtu realizmu magicznego
i surrealizmu w polskiej sztuce współczesnej. Jego twórczość wyróżnia się niezwykłą
precyzją wykonania oraz bogatą symboliką, często odwołującą się do tematów
egzystencjalnych, przemijania i kondycji człowieka.
Kukowski ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku, gdzie zdobył solidne wykształcenie
warsztatowe. W swojej pracy łączy klasyczne techniki malarskie z nowoczesnym
podejściem do formy i narracji. Szczególną popularność przyniósł mu cykl „Memento”,
w którym eksploruje motywy czasu, śmierci i rozkładu, przedstawiając postacie ludzkie
w sposób metaforyczny i często niepokojący.
Artysta współpracował także z muzykami – stworzył m.in. scenografię i oprawę wizualną
do projektu „The Dream Off Penderecki”, inspirowanego twórczością Krzysztofa Pendereckiego.
Jego prace były prezentowane na licznych wystawach w Polsce i za granicą –
zdobywały uznanie zarówno krytyków, jak i kolekcjonerów.
Jarosław Kukowski mieszka i tworzy w rodzinnych stronach, nadal związany jest z Tczewem,
który stanowi ważny punkt odniesienia w jego życiu i działalności artystycznej.
11
POST SCRIPTUM
Skąd bierze się w Pana twórczości tak silny motyw
przemijania i rozkładu?
Przemijanie to dla mnie dojrzewanie do nowego życia.
Jak u motyla – z wiekiem przeobrażamy się w pomarszczoną
poczwarę, żeby ostatecznie zmienić się w istotę
wolną od ciała i stać się świadomą energią.
Dlaczego zdecydował się Pan na balans między pięknem
a deformacją?
To są różne funkcje sztuki. Podświadomie szukamy harmonii
i piękna, ponieważ te zjawiska wynikają z algorytmów,
matematyki i praw fizyki. Na przykład tzw. złoty
podział w malarstwie i architekturze jest mierzalny wzorem
lub podświadomie wyczuwalny przez nasze umysły.
Deformacje i aberracje, które też są zjawiskami naturalnymi,
bardziej przykuwają uwagę – wzbudzają niepokój,
smutek i lęk. Używane są przez artystów jako środek
wyrazu świadomie lub wynikają z zaburzeń przepływu
energii. Jeżeli ktoś nie potrafi namalować ładnie, to wtedy
namaluje brzydko, a zwiedzający wystawę staną przed
obrazem i będą się zastanawiać, co artysta miał na myśli,
że takie szkaradzieństwo namalował.
Jak wygląda Pana proces tworzenia – zaczyna Pan od
idei czy obrazu?
Są to idee całych serii obrazów. Widzę je przed oczami,
patrząc na ścianę lub bałagan na podłodze. Często śnią
mi się obrazy, ale zazwyczaj to coś jak sen na jawie. Gdy
maluję jeden obraz, pojawia się wizja kolejnych – różnych
wariantów z pewną konsekwencją, ale i widocznymi
różnicami. Wtedy powstaje seria.
Pana sztuka często prowokuje – czy to zamierzony
efekt, czy naturalny rezultat?
Życie jest tak absurdalne, nielogiczne i drastyczne w swoim
przebiegu, że bez ironii, dystansu i żartu byłoby trudne
do zaakceptowania. Logiki temu całemu procesowi
dodaje – patrz pytanie pierwsze.
Jak zmieniło się Pana podejście do sztuki od pierwszych
wystaw do dziś?
Coraz częściej staję się organizatorem wydarzeń artystycznych
– wystaw międzynarodowych i plenerów. Daje
mi to ogromną satysfakcję, ale też ogranicza czas na
malowanie. Połowę dnia dzwonię i piszę e-maile, a wieczorami
maluję. Zasada jest taka: jeżeli w danym czasie
nie namaluję obrazu, to on już nie powstanie, ponieważ
mam kilka kolejnych pomysłów do realizacji. Tak samo
jest z wystawą – jeżeli nie zostanie zorganizowana, to się
nie odbędzie. To są trudne wybory. Na razie odpuściłem
serię „Memento” – cykl obrazów z dużymi zegarami,
żeby mieć więcej czasu na malowanie.
Co było przełomowym momentem w Pana karierze?
Sytuacja, jaka miała miejsce na wernisażu wystawy zbiorowej,
w której brałem udział. Wystawa odbywała się
w bardzo dobrym muzeum. Poszedłem do sali obok,
żeby zrobić sobie zdjęcie na sofie słynnego artysty, którego
imię nosiło muzeum. Mój student zabierał się do
zrobienia zdjęcia, kiedy przybiegł ochroniarz i zaczął
krzyczeć, że nie wolno. Ja na to powiedziałem, że przyjechaliśmy
z „mężem” z Izraela w podróż poślubną, a on
nam ją zepsuł. Chwilę później szef personelu robił nam
osobiście zdjęcie na tej samej sofie, tylko dziwił się, że się
z „mężem” nie przytulamy i siedzimy tak daleko od siebie.
Był to moment w karierze, który nic nie zmienił, ale
go zapamiętałem i bardzo mnie rozbawił. Wtedy jeszcze
nie wiedziałem, że istnieje 69 płci – pewnie wymyśliłbym
coś bardziej kreatywnego.
Czego próbuje Pan nauczyć swoich odbiorców – poznania
Pańskiej techniki czy sposobu myślenia?
Że frazes „bądź sobą” to bzdura, ale „bądź lepszą wersją
siebie” już nabiera sensu. Ego trzeba przycinać jak
krzew w ogrodzie – pozbywać się chorych pędów, a nie
pozwalać im dominować. Lenistwo i egoizm to nie cnoty,
a stwierdzenie, że „artyście wolno więcej” to kolejna
bzdura. Artysta powinien wymagać więcej – ale od siebie.
Wszyscy jesteśmy artystami – tworzymy każdy kolejny
dzień, każdą myśl i każdy uczynek.
POST SCRIPTUM
12
Czwórka, olej na płycie 67 x 160cm
Często śnią mi się
obrazy,
ale zazwyczaj
to coś jak
sen na jawie
13
POST SCRIPTUM
Pana obrazy bywają dla niektórych wręcz niepokojące
– czy kiedyś przekroczył Pan granicę, której sam się
przestraszył?
Odchodzę od mroku – pielęgnowanie go w sobie i akceptowanie
prowadzi do destrukcji. Obrazy mają swoją
energię. Są takie, które dobrze wyglądają w muzeum, ale
już niekoniecznie w sypialni nad łóżkiem albo w jadalni.
Czy uważa Pan, że bez szoku i kontrowersji sztuka
w ogóle ma dziś szansę przebić się do odbiorcy?
Obecnie kontrowersyjne jest to, że malarz potrafi malować.
Standardem jest, że śmieci ze złomu przyniesione
do galerii są dziełami. Wszelkie dotacje – i to nie miliony,
ale miliardy – przeznaczane są na promocję dzieł, do których
przyklejona jest odpowiednia ideologia.
Czy sztuka powinna mieć granice – na przykład moralne
– czy absolutnie nie?
Granica jest postawiona od kilkudziesięciu lat i jest bardzo
precyzyjna: wolność wypowiedzi i prowokacje tam,
gdzie jest chrześcijaństwo i jego symbole. A kiedy inne
wyznania czy ideologie – wtedy pojawia się granica, której
przekraczać nie wolno.
Czy kiedyś ktoś odmówił wystawienia Pana prac ze
względu na ich treść?
Tak. Namalowałem anioła w ciąży i ten obraz trafił z wystawy
na zaplecze. Było to w galerii sztuki współczesnej,
która wystawiała Beksińskiego, więc mój obraz nie wydawał
się bardzo drastyczny. Częściej cenzurowane są wywiady
ze mną, podczas których słyszę sugestie, że „nie
jest dobrze mówić o tym”.
Czy czuje się Pan bardziej artystą, czy „reżyserem emocji”
odbiorcy?
W każdej serii inaczej. Przykładowo jedna z nowszych serii
malarskich – „Antyobrazy” – wynikła z przemyślanej
idei. Przestrzeń obrazu wypełnia złoto w różnych odcieniach,
a sama rama poddana jest zabiegom twórczym –
pomalowana fakturowo, i to na niej skupia się cały proces
artystyczny. W drugiej wersji „Antyobrazów” tło to
czarny welur, symbolizujący estetyczną pustkę. Ten cykl
obrazów wywołuje dziwny efekt nawet u mnie, gdy na
nie patrzę. W zasadzie najpierw jestem twórcą, a potem
odbiorcą, bo z biegiem czasu mam zupełnie inne skojarzenia
i interpretacje.
14
POST SCRIPTUM
Czy kiedyś stworzył Pan obraz tylko po to, żeby
wywołać skandal?
Chciałem złagodzić skandal, jakim są baśnie
Andersena – bardzo drastyczne, nawet dla dorosłych,
a co dopiero dla dzieci. Jego opowieści
to jedno wielkie pasmo cierpienia i nieszczęść,
które spotykają mityczne istoty oraz ludzi.
W 2005 roku reprezentowałem Polskę na wystawie
w Zamku Voergaard w Danii z okazji 200-lecia
urodzin Andersena. Namalowałem obraz
pt. „Mała syrenka, szczęśliwe zakończenie”, na
którym bohaterka pływa w basenie u księcia
i pije kolorowe drinki. Może trochę przesadziłem
z rozmiarem piersi syrenki – 5D i z tym, że
widać jej waginę, ale z pewnością złagodziłem
skandal obecny w baśniach duńskiego poety.
Czy wierzy Pan, że obraz może mieć wpływ na
moralność lub sposób myślenia odbiorcy?
On the Roof the World oil on board, 80 x 100cm
Nie wiem, dlaczego uznaje się, że ktoś, kto ładnie
rysuje albo ma dobrą dykcję czy inne tego typu
umiejętności, ma prawo moralne, by innych
pouczać. Ja na pewno go nie mam i nawet nie
chciałbym mieć – to ogromna odpowiedzialność.
Poglądy oczywiście mam, ale czuję w coraz starszych
kościach, że wiem, iż nic nie wiem.
Jaką rolę w Pana pracy odgrywa cisza, samotność
i introspekcja?
W ciszy słychać więcej – przenikają nas różne
subtelne światy, głosy wieczności i inne byty,
które zagłuszam podczas malowania głośną
muzyką klasyczną. Nawet koty przychodzą posłuchać
opery i patrzeć, jak ciężko pracuję, żeby
zarobić na ich saszetki i smakołyki.
Czy istnieje temat, którego świadomie Pan
unika w swojej twórczości?
Tak – kwiaty. Przerośnięty organ płciowy organizmu
roślinnego wydaje się groteskowy. Wolę
winogrona – są zmysłowe i do tego smaczne.
Na ile artysta powinien tłumaczyć swoją sztukę,
a na ile zostawiać ją otwartą?
Nowy Początek oil on board 100 x 80cm
Jeżeli tzw. dzieło sztuki wywołuje emocje, to już
jest dobrze. Wrażliwość jest w odbiorcy, podobnie
jak wielość interpretacji. Artysta przynosi
cegłę do galerii (bo nie ma lepszego pomysłu),
przychodzi widz i płacze na ten widok – przypomniało
mu się, że nie dostał kredytu na dom.
Tym samym artysta wywołał emocje i odniósł
sukces twórczy.
15
POST SCRIPTUM
Obecnie kontrowersyjne
jest to, że malarz
potrafi malować
POST SCRIPTUM
16
Wrażliwość jest w odbiorcy,
podobnie jak
wielość interpretacji
Strażniczki 17 przejścia 2023 oil on board 100 x 80 cm
POST SCRIPTUM
Bliss oil on board 100 x 80cm
W ciszy słychać więcej
Co według Pana odróżnia prawdziwą sztukę od estetycznej
dekoracji?
Jeżeli obraz dekoracyjny jest źle namalowany i do tego
wtórny, to wychodzi kicz. Jeżeli użyjemy przerysowanej
formy i estetyki kiczu – powstaje sztuka. Kiedyś dzieci,
które ładnie rysowały, szły na uczelnie artystyczne, a inne
na techniczne. To była dyskryminacja. Teraz wszystkie
mają szansę, ale na konkursach często nagradzana jest
ta druga grupa.
Jak chciałby Pan, żeby odbiorcy czuli się po zetknięciu
z Pana pracami?
Niektóre serie są nośnikami idei, na przykład „Pater Noster”.
To obrazy pisane – nawiązane do malarstwa Opałki,
tyle że wyrażające nadzieję, a nie przemijanie w pustkę.
Jeśli chodzi o inspiracje, to jest taka rzeka – darmowe,
przedwieczne „wi-fi”. W niej jest wszystko: energie, świadomości,
światło, wzory, konfiguracje, kolory. Wystarczy
z niej zaczerpnąć – to kwestia synchronizacji, czyli
natchnienia, które czasem się blokuje. Jest światło, ale
też i to, co niedobre, więc trzeba czerpać z tego źródła
uważnie.
Dziękuję za rozmowę. Pańskie spojrzenie na sztukę,
pełne odwagi, ironii i refleksji, pokazuje, jak wielowymiarowe
i niejednoznaczne może być współczesne
malarstwo. To opowieść nie tylko o obrazach, ale też
o sposobie myślenia, wrażliwości i nieustannym poszukiwaniu
sensu. Z pewnością pozostawi ona czytelników
z pytaniami, które – być może – są ważniejsze niż gotowe
odpowiedzi. [DC]
DOMINIKA CADDICK
POST SCRIPTUM
18
POEZJA
Polecane
foto: Szczepan Mądrzyk
URSZULA MĄDRZYK
Z wyboru i serca Krakowianka. Tutaj ukończyła filologię polską
i historię.
Przygodę z poezją zaczęła dopiero w 2020 roku, w czasie
pandemii.
Tomik Lubię pająki jest jej debiutem poetyckim. Wcześniej
publikowała swoje wiersze na Facebooku oraz w czasopismach
i almanachach literacko-artystycznych („Ypsilon”,
„Migotania”, „Almanach VIII Międzynarodowego Konkursu
Poetyckiego im. Józefa Bursewicza O Złotą Metaforę”, „Almanach
Krakowskiej Nocy Poetów”). Dała się także poznać
jako prozatorka (autorka wspomnienia wydrukowanego
w Literacie Krakowskim Nr 18/2025).
Jest członkinią grupy Otwarte Koło Autorów przy Krakowskim
Oddziale Związku Literatów Polskich oraz uczestniczką
warsztatów Grupy Poetyckiej ,,Każdy”.
19
POST SCRIPTUM
MICHAIŁOWI BUŁHAKOWOWI
Małgorzato,
miłość, mówisz, nawiedziła cię jak piorun.
Za swym Mistrzem podążyłaś z drżeniem warg.
Wymazałaś balast wspomnień,
wyrzuciłaś żółte kwiaty.
Wiedźmo Margot, to dla niego
poleciałaś na swej miotle
na ten jeden
wyjątkowy
straszny
bal.
Mistrzu, w powieść zaplątany po czapeczkę
czarną, złotem haftowaną,
miłej dar.
Po tysiąckroć w desperacji poprawiałeś rękopisy.
Darłeś i wrzucałeś w ogień
tak niszczący, tak żarłoczny,
tak drapieżny w swoim żarze
jak twój własny
spalający cię od dawna
szał.
Teraz wiecie już na pewno,
Małgorzato,
wiecie, Mistrzu, pogubiony w gąszczu kart.
Rękopisy nie spłonęły,
by Ha-Nocri
razem z Bangą i Piłatem
mogli podczas każdej pełni
iść wytrwale
w stronę światła.
Raz kolejny
cieszyć się
na wspólny
marsz.
SOKRATESOWI
„Wiem, że nic nie wiem”,
mówiłeś
tańczący, pijany i wolny,
a przecież najmędrszy
wśród Greków.
Za prawdę oddałeś życie,
duch z Aten uleciał swobodny.
Dziś,
gdy się zatarły pojęcia,
a słowa są tylko dźwiękami,
gubimy się jak nigdy
dotychczas.
Oszachrowani przez rozum,
nie dość gotowi na sacrum,
otumanieni przez zmysły,
widzimy,
jak walą się sny.
Samotni jak nigdy dotychczas
poszukujemy swej prawdy
jak ślepcy
ziarn sensu
na pustyni.
Szmat czasu po twoim odejściu
to my
nie wierzymy już w nic.
I tylko zamiast cykuty
łykamy kolczaste
łzy.
ORZECH
Czas napisać wreszcie tren po śmierci drzewa.
Był sędziwy, rozłożysty, trochę krzywy,
o konarach – dłoniach starców wypaczonych
przez sam czas.
I obradzał co dwa lata, z czasem rzadziej,
a owoce pod łupiną ukrywały małe mózgi,
więc myślałam,
że jest mądry jak Salomon,
niezniszczalny
jak leżący obok pnia
omszały głaz.
Nie wiem kiedy,
nie wiem po co,
nie wiem, kto wykonał egzekucję.
Nie wiedziałam,
nie przeczułam,
nie zdążyłam się pożegnać ani wrzasnąć,
protestując.
Nikt nie pytał go o zgodę.
Nikt nie pytał mnie o zgodę.
Drzewa pień pozostał ze słojami jak misternych
kół rysunki,
jak nagrobek ku pamięci,
jak podzwonne za orzechy w otulinie łupin
twardych.
Już ich nigdy nie pozbieram,
nie podzielę się z wiewiórką ani z ptakiem
czarnoskrzydłym.
I nie mogę słów odgrzebać,
by pomodlić się za zmarłym.
Wiesz, że będę cię pamiętać,
jakbyś nadal
tutaj
trwał.
DZIĘKUJĘ
Aniele,
Posłańcu Boży…
Siedzisz naprzeciw mnie, grzesznej.
Dobry jak mleko, przejęty,
o twarzy pociągłej
z frasunku,
zamarłej w strapieniu
jak głaz.
Ja,
od zawsze zbyt twardy orzech
w czas Twojej służby
gorliwej…
To ty mnie łapałeś za kieckę,
gdy biegłam na oślep, za szybko,
kiedy pędziłam nie tam i nie wtedy,
i całkiem nie po to, co trzeba,
na przekór
gdzieś w mgłę,
w siwą dal.
Za wcześnie, za późno, w obłędzie.
Za dużo gadałam, za głośno,
nie wszystko szło tak,
jak byś chciał.
Nie wszystko spodoba się Bogu,
nie byłam
w tym sama
bez skaz…
Dlaczego więc wciąż na mnie spoglądasz
ukosem
ze źle ukrywaną
czułością,
choć pewnie ocenią mnie kiedyś
najwyżej na tróję plus?
Współczuję Ci, Stróżu Aniele.
Czy myślisz, że miałeś pecha?
Ze swoją misją, co święta,
trafiłeś wprost na mnie,
oporną,
od zawsze hardą, pyskatą,
czasami zimną jak płaz,
złośliwą i ciągle wątpiącą.
Do tego wciąż pytającą.
I pamiętliwą niezmiennie
jak delfin indyjski,
jak słoń.
Usiądźmy więc znowu jak czasem,
naprzeciw, we dwójkę, w spokoju.
Pomiędzy nami na ławie bukłaczek słodkiego wina,
to dla nas obojga.
I mych papierosów paczka.
Grzech co najwyżej średni.
Gdzieś z lampy szybuje pajączek,
by pobyć tę chwilę wśród nas.
Na ławie świeczka nieduża,
akurat
by spłoszyć mrok.
Papieros jest niezły, nieostry, pachnący dymem
i piżmem,
a nawet kadzidłem
żywicznym
w ten jeden jedyny raz.
Uśmiecham się lekko do Ciebie.
Ty do mnie.
Tak dobrze się rozumiemy.
Milczymy, bo słowa są zbędne.
Jak cicho
w ten święty czas.
POST SCRIPTUM
20
izabela winiewicz-cybulska
gruppa siedem
i ALBUM POLSKIEGO MALARSTWA
Zwyczaj łączenia się w artystyczne
grupy znany jest od dawna.
„ Twórcy wybierają określony
cel, mają potrzebę spotkania – potrzebę
dialogu w języku, w którym
rozumieją się bez słów” – napisałam
przed czterema laty na łamach
„Post Scriptum”, gdy Gruppa Siedem
rozpoczynała swoją działalność. Od
tamtej pory artyści z tej nieformalnej
formacji artystycznej, która… programowo
nie ma programu, gościli tu
często. „Post Scriptum” przybliżyło
twórczość całej ósemki tworzącej
Gruppę Siedem (liczba wydaje się
nie mieć tu większego znaczenia)
w pierwszych latach jej funkcjonowania.
Skład nie jest stały – na ostatniej
wystawie pojawili się nowi członkowie,
i tym właśnie prezentacjom chcę
poświęcić nieco więcej uwagi. Warto
przypomnieć, że pierwszej wystawie
Gruppy, powstałej z inicjatywy arty-
21
POST SCRIPTUM
sty Piotra Jakubczaka, oprócz niego,
wzięli udział Jan Norbert Dubrowin,
Robert Heczko, Dariusz Miliński, Janusz
Szpyt, Monika Ślósarczyk, Leszek
Żegalski i Jan Żyrek – wszyscy opisani
w „Post Scriptum”. (To gotowy materiał
dla tych, którzy może zechcą w
przyszłości w sposób bardziej naukowy
pochylić się nad Gruppą, która
już wpisała się w historię polskiego
malarstwa współczesnego). Ostatni
mój tekst, z trzeciego numeru z 2025
roku, poświęcony był Michałowi
Smółce, który dołączył stosunkowo
niedawno i uczestniczył w czterech
ostatnich wystawach. W tamtym
numerze znalazły się także obrazy
Moniki Ślósarczyk, Janusza Szpyta
i Piotra Jakubczaka.
„Grupa do walki z malarskim kiczem”,
prezentująca stylistyczną różnorodność
daleką od „diskopolowego zafałszowania”
(jak określa to jeden
z członków), prezentowała się wielokrotnie
od morza po góry, pokazując
malarstwo, którego wiodącym motywem
wydaje się być kondycja współczesnego
człowieka – jego emocje,
miejsce, życie w niełatwym świecie
dwudziestego pierwszego stulecia.
To malarstwo o dobrym warsztacie,
bez naśladowania obcych wzorów,
czasem rzetelne aż do bólu i o tej
„malarskiej rzetelności” mówię na
każdym otwarciu wystawy. „Rzetelne
malarstwo” – tak zatytułowany
był artykuł w „Gazecie Ustrońskiej”,
który ukazał się w czerwcu 2025 po
wernisażu wystawy Gruppy Siedem,
będącym jednocześnie otwarciem
czwartego Letniego Salonu Sztuki
w Prażakówce – w Miejskim Domu
Kultury w Ustroniu. Ten tytuł – „Rzetelne
malarstwo” – zainspirował mistrza
słowa – Artura Andrusa, który
ma swoją rubrykę w tygodniku „Angora”
i inspirując się nagłówkami
prasowymi, tworzy poetycko-satyryczne
strofy. Oto fragment z lipcowego
numeru:
„Rzetelne słowo, rzetelny gest. Dobrze,
że są rzetelni malarze. Którzy
malują, jak jest (…)”.
O dokładnym liczeniu i dokumentowaniu
wystaw nie może być mowy
(było ich blisko dwadzieścia): Gruppy
Siedem nie można poddać jakiemukolwiek
schematowi, gdyż
wtedy straci ona swój sens – mówi
jej twórca Piotr Jakubczak. A wystawy
odbywały się w bardzo różnych
miejscach – nie tylko w galeriach –
w zabytkowej kopalni, w teatralnym
foyer, w warsztacie zabytkowych
samochodów w dawnej hali
fabrycznej. Wszystko opiera się na
spontanicznym działaniu, ale trzeba
przyznać, że organizacja wystawy nie
jest rzeczą łatwą i czasem „spontanicznie”
naprawdę trudno to zrobić.
Najważniejsza jest przyjaźni – ona
jest oparciem, ona połączyła różnych
artystów chcących – od czasu do czasu
– spotykać się razem, dyskutować
na temat współczesnych malarskich
trendów, wyrażać swoje obawy dotyczące
przyszłości malarstwa w dobie
Izabela Winiewicz-Cybulska,
Malarstwo polskie. Od czasów
najdawniejszych do współczesnych.
Wydawnictwo SBM
AI, spierać się, a nawet kłócić – jak
w rodzinie, a towarzysząc wystawom
Gruppy, często mam wrażenie, że
staję się powoli częścią tej niezwykłej
malarskiej rodziny, w której czuję
się zwyczajnie dobrze. Jak długo?
Nie wiadomo. Historia sztuki mówi
o ugrupowaniach, którym kres położyły
kontrowersje i nieporozumienia
zwłaszcza na tle programu, ale Gruppa
Siedem – może na szczęście –
sprecyzowanego programu przecież
nie ma.
22
POST SCRIPTUM
Sztuka łączy
i jest ponad podziałami
23
POST SCRIPTUM
foto: Agnes Nagy
W minionym 2025 roku Gruppa Siedem
dwukrotnie prezentowała się
w Ustroniu (ze Śląskiem Cieszyńskim
związanych jest kilku twórców).
Oprócz letniej wystawy odbył się
tu zimowy pokaz akurat wtedy, gdy
region beskidzki powoli zasypywał
śnieg. Niesłuszne okazały się obawy
organizatorów o frekwencję. Prezentacja
Gruppy Siedem w miejskiej Galerii
Na Gojach – w listopadowy wieczór
– miała zupełnie inny, niespotykany
dotąd, charakter. Była bowiem
połączona ze spotkaniem autorskim,
na które – jako autorka wielkiego
albumu Malarstwa polskiego – zostałam
zaproszona. Malarstwo polskie.
Od czasów najdawniejszych do
współczesnych, Wydawnictwo SBM,
ukazał się jesienią ubiegłego roku
ma wiele pozytywnych recenzji: jest
czterystustronicową podróżą przez
barwy, emocje i wrażliwość polskiej
sztuki. Każda strona to spotkanie
z innym artystą, krótkie treściowe
wprowadzenie i reprodukcja dzieła,
która sprawia, że chce się zatrzymać
przy nim na dłużej. I co najważniejsze
– obok klasyków dawnego
malarstwa są twórcy współcześni,
a pośród nich: Miliński, Jakubczak,
Ślósarczy, Szpyt i Żegalski – czyli artyści
z Gruppy Siedem. „Setki głosów
i setki sposobów patrzenia na świat”
– czytam w jednej z recenzji – to
„dużo wartościowej wiedzy”. Łatwo
się domyślać, że dobór twórców i obrazów
nie był rzeczą łatwą. Ich ostateczne
zestawienie to rezultat pracy
redaktorki naczelnej, na której spoczywały
wszelkie formalności związane
z pozyskiwaniem dzieła i zgody
na jego zamieszczenie. Wybór nie był
rzeczą łatwą, bo niełatwo podejmować
decyzje przy całym bogactwie
naszej sztuki. Spośród współczesnych
wybrałam więc tych, których
malarstwo (znane bardziej lub mniej)
może posłużyć – moim zdaniem – do
pokazania całej różnorodności naszej
sztuki. Niektórzy z twórców (między
innymi Stanisław Baj, Joanna Sarapata
czy Ewa Kuryluk) – w tym artyści
z Gruppy Siedem – znani są czytelnikom
„Post Scriptum”. Ta publikacja,
którą recenzenci polecają jako pozycję
obowiązkową dla pasjonatów
sztuki, „wykracza poza najbardziej
znane nazwiska, prezentując szerokie
spektrum polskiej sztuki, w tym
artystów z mniejszych ośrodków”, i to
jest niewątpliwie jej atutem.
Ustrońska Galeria Na Gojach zadbała
o wyjątkowy nastrój listopadowego
spotkania autorskiego, co niewątpliwie
było zasługą Roberta Heczki,
współorganizatora wystawy (twórcy
logo) i jednego z członków Gruppy
Siedem, której obrazy zawisły na
ścianach Galerii. To było w istocie
spotkanie „kameralne, artystyczne
i przyjacielskie” – jak napisano na
Facebooku Galerii – spotkanie, które
jest dowodem na to, że ludzie
potrzebują sztuki, choć dla wielu
pozostaje ona na marginesie spraw
najważniejszych.
Pierwsza wystawa Gruppy Siedem
odbyła się w Sopockiej Galerii Sztuki
w czerwcu 2022. Kolejna w tej zaprzyjaźnionej
Galerii – w lutym 2026
roku – połączona została z promocją
Albumu malarstwa. Od czasów najdawniejszych
do współczesnych, na
którą zostałam zaproszona. Morze
skute lodem było tej zimy dodatkową
atrakcją. Zimowej aurze przeciwstawiała
się gorąca atmosfera Galerii
usytuowanej przy Alei Niepodległości.
Wśród gości znaleźli się artyści,
w tym Grzegorz Skawiński z Kombi,
Foto: Tomasz Majewski
który także… maluje i może kiedyś
zechce zaprezentować się – gościnnie
– na wystawie Gruppy. Muzyka
i sztuki plastyczne idą w parze, toteż
artystyczne spotkanie otwierał koncert
Katarzyny Sławskiej, muzyka jazzowa
na żywo. Obszerna fotorelacja
Tomasza Majewskiego, zamieszczona
między innymi na Facebooku
Wernisaże i inne miraże, oddaje
w pełni atmosferę spotkania wyjątkowego
nie tylko dlatego, że artyści
z albumu Malarstwa byli „na żywo”.
Pierwszy raz z Gruppą zaprezentował
się Henryk Sawka, znany grafik,
ilustrator i satyryk, oraz Waldemar
Marszałek, związany z gdańską Akademią
Sztuki.
Sztuka łączy i jest ponad podziałami,
a obcowanie z obrazami i jej twórcami
to prawdziwa duchowa uczta,
z której każdy – jak to na uczcie –
wybiera dla siebie to, co chce. We
wstępie do albumu wykorzystałam
cytat jednego z wybitnych romantyków:
„By poczuć się szczęśliwym,
warto każdego dnia posłuchać
krótkiej piosenki, przeczytać dobry
wiersz i obejrzeć ładny obraz…” –
obejrzeć obraz, pomyśleć, może stać
się lepszym, uwrażliwionym na problemy
otaczającego świata? Gruppa
Siedem będzie nam na pewno o tym
przypominać. [IWC]
IZABELA WINIEWICZ-CYBULSKA
POST SCRIPTUM
24
Ilustracja: Renata Cygan
25 foto: Renata Cygan
POST SCRIPTUM
GRA
ON:
To był dzień pełen słońca
gdy w jego promieniach
zajaśniała najpiękniej
twarz obcej kobiety
i pomyślałem wtedy
jeśli jesteś Boże
pomóż bo ona obca
zostać mi nie może
ONA:
To był dzień pełen słońca
jak sok pomarańczy
a tęsknoty oblały
się pąsem niespełnień
nagle ON się pojawił
w parkowej alejce
patrzył na mnie czy może
chciałam widzieć więcej
ON:
Ta chłopięca nieśmiałość
zapętla mi słowa
nie pozwala uwolnić
potoku co wzbiera
chcę ci tyle powiedzieć
słowa grzęzną w ciszy
tylko serce kołacze
ale nie usłyszysz
ONA:
Nie zadzwonisz przypadkiem
spotkamy się znowu
ty i ja wyszukamy
sto takich przypadków
na dzień dobry spojrzenie
rumieniec gorący
i przytrzymasz mą rękę
tak niby niechcący
WANDA DUSIA STAŃCZAK
ON:
Kiedy płaszcz ci podaję
ty nie trafiasz w rękaw
bliskość nam się przedłuża
pachnie pożądaniem
dotyk oddech muśnięcie
na wiele się godzisz
ale płaszcz już zapięty
i obca odchodzisz
ONA:
Jesteś jak ognia płomień
co ćmę kusi łuną
i dlatego wciąż wracam
ogrzewać się tobą
dotyk oddech muśnięcie
na wiele się godzę
gra niech trwa bo ja tylko
na chwilę odchodzę
ON:
Jutro znów będę czekać
los cudem zaskoczy
będziesz szła po truskawki
aleją lipową
gdy ci stanę na drodze
znów opuścisz oczy
powiem coś o spotkaniu
niby przypadkowo
ONA:
Wiem że spotkam cię znowu
gdy aleją lipową
będę szła po truskawki
ty staniesz na drodze
spojrzysz nieco speszony
niby przypadkowo
znów poczujesz że tylko
na chwilę odchodzę
POST SCRIPTUM
26
Architekt
Uśmiechu
i Filozof
Kreski
Szczepan Sadurski
R e n a t a C y g a n
60 tysięcy karykatur, publikacje w 200 tytułach prasowych
na całym świecie i szybkość, która oszałamia
nowojorskich krytyków. Szczepan Sadurski to marka sama
w sobie – satyryk, który zamiast głaskać świat po głowie,
woli pokazać mu lustro.
W rzeczywistości zdominowanej przez krzykliwe obrazy
i skomplikowane formy Szczepan Sadurski od dekad udowadnia,
że najpotężniejszą bronią artysty są prosta,
oszczędna linia i celny żart. Urodzony w 1965 roku w Lublinie,
stał się jedną z najbardziej wyrazistych postaci
polskiej kultury popularnej, łącząc rzemiosło rysownika
z misją społeczną. Jak sam twierdzi: „Satyra powinna
zmuszać do myślenia, bawić i równocześnie uczyć”.
27
POST SCRIPTUM
Dziadek Bogusław, z zawodu
kolejarz, miłośnik Szczepka
i Tońka. Gdyby nie on, Szczepan
Sadurski miałby inne
imię. A może nie byłby nawet
satyrykiem...
RODZINNE FATUM: SZCZEPKO,
TOŃKO I KSIĄŻECZKA W TRUMNIE
Historia Sadurskiego mogłaby posłużyć za scenariusz
filmu o przeznaczeniu. Wszystko zaczęło się od dziadka
– Bogusława, wielkiego fana przedwojennej „Wesołej
Lwowskiej Fali”. To on wywalczył dla wnuka imię Szczepan,
chcąc uczcić jednego z najsłynniejszych „wesołków”
II RP – Szczepka. Choć rysownik zachował jedynie mgliste
wspomnienie o dziadku, to właśnie temu rodzinnemu
„chrztowi” zawdzięcza wektor, który wyznaczył kierunek
jego całej artystycznej drogi.
Niezwykle poruszająca jest anegdota o pierwszej „publikacji”
artysty. Jako dziecko, nie potrafiąc jeszcze pisać,
stworzył z pomocą mamy ilustrowaną historię o bitwie
pod Grunwaldem (z kultowym już komentarzem: „Krzyżaków
było wielu”). Książeczka zniknęła na lata, by powrócić
w wyznaniu mamy po śmierci dziadka: właśnie to
dziecięce dzieło zostało włożone do trumny Bogusława
jako ostatni dar. Dziadek, który wymarzył sobie wnuka-
-satyryka, zabrał jego pierwszą pracę na drugą stronę.
CUDOWNE DZIECKO
POLSKIEJ SATYRY
Sadurski nie tracił czasu na podwórkowe zabawy. Podczas
gdy jego rówieśnicy strzelali z procy, on systematycznie
zapełniał kolejne kartki „dziwnymi stworami”. Efekty
przyszły błyskawicznie:
Szczepan Sadurski jako dziecko.
1965 lub 1966 rok
H
foto: archiwum artysty
Humor
jest jak tlen,
jest potrzebny
do życia.
Kto się nie śmieje,
ma bardzo
smutne życie
• Debiut w wieku 14 lat: Jego prace trafiły na
ostatnią stronę „Świata Młodych”, gdzie sąsiadowały
z legendarnymi komiksami Papcia Chmiela czy Christy.
• Era „Szpilek”: W dniu 18. urodzin zadebiutował
w najważniejszym piśmie satyrycznym kraju. Szybko
stał się tam rekordzistą pod względem liczby publikacji.
W 1986 roku zdobył Srebrną, a rok później Złotą Szpilkę
za rysunek o dyrektorze łączącym się z „proletariuszami
wszystkich krajów” – pracę, która stała się filozoficzną
metaforą tamtych czasów.
W latach 80. jego rysunki miały też wymiar polityczny.
Tworzył dla biuletynów „Solidarności”, co dziś stanowi
cenny dokument historyczny, eksponowany m.in. w Europejskim
Centrum Solidarności w Gdańsku. Witold Filler,
ówczesny redaktor naczelny „Szpilek”, opisywał styl Sadurskiego
jako sięgający „granic filozoficznej metafory”.
POST SCRIPTUM
28
R
Robiłem to, co chciałem
i co mnie ciekawiło,
a przy okazji
dawałem coś innym
29
POST SCRIPTUM
Szczepan Sadurski nadal uchodzi za cudowne
dziecko polskiej satyry. (…) Dzisiaj niespełna
dwudziestotrzyletni Szczepan osiągnął
wszystko, co młody satyryk w Polsce osiągnąć
może. (…) Imponuje nieograniczonym zakresem
tematycznym, mnogością pomysłów
i niespotykaną w naszym kraju wydajnością.
(…) Z jego rysunków mogą śmiać się wszyscy,
niezależnie od wieku czy wykształcenia”. –
Piotr Gadzinowski, tygodnik „Razem”. 1988 r.
Gdyby ułożyć listę najbardziej pracowitych
rysowników, Szczepan na pewno byłby
w pierwszej piątce – Mariusz Szczygieł,
tygodnik „Na przełaj”. 1989 r.
Jego nagrodzony Złotą Szpilką rysunek o dyrektorze
wołającym do sekretarki: – Proszę
mnie połączyć z proletariuszami wszystkich
krajów (…) – urzekał swym pomysłem, który
sięgał granic filozoficznej metafory. I jej to
polot zaniósł go na strony tylu pism satyrycznych
Europy! – Witold Filler, red. naczelny
„Szpilek”. 1989 r.
„Sadurski (…) garnął się do rysowania prawie
natychmiast po odstawieniu go od smoczka
i butelki. Gdy koledzy z podwórka grali w piłkę,
strzelali z procy lub chodzili na śliwki do
księdza, Szczepan nie tracił czasu i zarysowywał
systematycznie dziwnymi stworami kartkę
po kartce. (…) Jeszcze jako dziecko w wielu
przedszkolnym wymyślał Sadurski pierwsze
historyjki obrazkowe” – Lechosław Lameński,
kwartalnik „Akcent”. 1989 r.
POST SCRIPTUM
30
MMoje dotychczasowe
życie prywatne
i zawodowe pokazuje,
że można dawać
radość innym
i cieszyć się z tego.
Mało kto
widzi wokół siebie
tyle uśmiechniętych
twarzy, co ja
31
POST SCRIPTUM
Wszystkie rysunki i zdjęcia pochodzą z archiwum artysty
S
Satyryk
przedstawia świat
takim, jakim jest,
a nie takim,
jakim widzi go
statystyczny Polak
PARTIA DOBREGO HUMORU –
HUMOR JAKO TLEN
Dla Sadurskiego śmiech to nie tylko zawód,
to kwestia przetrwania. Porównuje humor
do tlenu – bez niego życie staje się nieznośnie
smutne. Ta filozofia doprowadziła do powstania
Partii Dobrego Humoru – organizacji
symbolicznej, zrzeszającej ludzi o podobnym
nastawieniu do życia na całym świecie. Hasło:
„Śmiesznych partii jest wiele, ale tylko jedna
jest wesoła” idealnie oddaje dystans artysty
do rzeczywistości.
Jako wydawca (m.in. miesięcznika „Dobry Humor”)
i juror międzynarodowych konkursów
Sadurski stał się globalnym ambasadorem
polskiej satyry. Jego wystawy gościły w tak
odległych miejscach jak Melbourne, RPA czy
Nowy Jork.
SATYRYK CZY HUMORYSTA?
Artysta wyraźnie rozgranicza te dwa pojęcia.
Humorysta ma rozśmieszać i „głaskać po
głowie”. Sadurski czuje się satyrykiem – jego
zadaniem jest komentowanie rzeczywistości,
czasem bolesne, zawsze szczere.
„Humor jest jak tlen, jest potrzebny do życia.
Kto się nie śmieje, nie ma pozytywnego nastawienia
do tego, co go otacza – ma bardzo
smutne życie”.
WARSZTAT: SZYBKOŚĆ,
KTÓRA OSZAŁAMIA
Sadurski to mistrz syntezy. Jego styl opiera się
na braku zbędnych detali – to idea ma uderzyć
widza, a nie bogactwo tła. Ta umiejętność
doprowadziła go do zyskania przydomka „najszybszego
karykaturzysty świata”, nadanego
mu przez prasę w Nowym Jorku.
Podczas ponad 600 wydarzeń stworzył przeszło
60 tysięcy karykatur. Rysowanie na żywo,
często przed kamerami telewizyjnymi (m.in. w
programach „Pegaz”, „Bliżej siebie” czy „Suma
Tygodnia”), stało się jego znakiem rozpoznawczym.
Potrafi w kilka minut uchwycić esencję
charakteru, choć – jak sam przyznaje – potrzebuje
„iskrzenia” między nim a modelem.
Szczepan Sadurski to rzadki przykład artysty,
który potrafił przekuć dziecięcą pasję w potężną
instytucję. Jego droga od lubelskiego
„Grunwaldu” do nowojorskich galerii pokazuje,
że autentyczność i „kręgosłup wyniesiony
z domu” to fundamenty sukcesu. Dziś, mimo
statusu legendy, Sadurski nie zwalnia tempa.
Mieszka w Warszawie i prowadzi serwis sadurski.com,
za sprawą którego przypomina
nam codziennie, że satyra to najlepsze zwierciadło,
w jakim możemy się przejrzeć.
Jego twórczość to kronika polskiej mentalności,
spisana tuszem na przestrzeni czterech
dekad. Udowadnia, że dobra satyra nie
zna granic ani barier językowych, a śmiech –
w wydaniu Sadurskiego – to nie tylko rozrywka,
ale najwyższa forma inteligencji. [RC]
RENATA CYGAN
POST SCRIPTUM
32
Kęsy szlachetne albo chwilki.
Życie i dzieło
EWY POHOSKIEJ
P r o f . I z o l d a K i e c
TARLATAN: Z kim mam... okoliczność?
NATANA: Z dziewicą.
(Ewa Pohoska, Schyłek amonitów)
Stać się dziewicami, oto, wedle mnie,
zdobycz duchowa kobiet.
(Luce Irigaray, Je, tu, nous: Toward
a Culture of Difference)
ZZnajomość
z Ewą Pohoską zawdzięczam
Zuzannie Ginczance.
Gdy kilka lat temu zbierałam
materiały do jej biografii, natrafiłam
na cudem ocalony, pisany
w latach 1941–1943 dziennik dwudziestoparoletniej
poetki i malarki,
redaktorki konspiracyjnej „Drogi”,
autorki witkacowskiej z ducha, groteskowej
sztuki Schyłek amonitów.
Wówczas przyciągnęły moją uwagę
słowa młodej diarystki, zanotowane
13 maja 1942 jako komentarz do
nużącej rozmowy ze starszym szarmanckim
artystą: „Był taki wiersz
Ginczanki – jak to my zamknięte
w ciasne sukienki w małych pokojach –
prowadzimy kulturalne rozmowy…”.
Dziewictwo – to pochodzący
z tomu O centaurach (1936) utwór
poświęcony odważnym kobietom,
które konsekwentnie i mądrze wyzwalają
się z ciasnych sukienek kon-
33
POST SCRIPTUM
wencji, domagają się prawa do dysponowania
własnymi emocjami,
intelektem, twórczością i ciałem.
Tak jak autorka wiersza, urodzona
w marcu 1917 roku Zuzanna Ginczanka,
oraz młodsza od niej o rok i cztery
miesiące Ewa Pohoska. Utalentowane,
wykształcone, odkrywające kobiece
sposoby tworzenia i potencjał
żeńskości, ciekawe innych światów
i ludzi, zafascynowane ich różnorodnością.
Zatrzymane w drodze, w pół słowa,
w pół marzenia: Ewa w lutym 1944
roku, rozstrzelana w ruinach warszawskiego
getta; Zuzanna trzy miesiące
później, rozstrzelana w Płaszowie.
Dziewictwo – to ich symboliczny
sprzeciw wobec opresji, przemocy
i gwałtu, wobec niezrozumiałych
reguł męskiej wojny. Także tej, która
wśród wielu innych istnień bezwzględnie
przerwała dwa kobiece,
ledwo rozpoczęte życia, sponiewierała
głosy, ciała spaliła na stosie.
Od pierwszego spotkania z Ewą i zrodzonej
pod jego wpływem refleksji
wiedziałam, że wrócę do zapoznanej
autorki, by ożywić jej piękne słowa,
wrażliwość, niezwykłą osobowość
i jej dramatyczny los. Ostatnie trzy
lata zatem spędziłam na przeszukiwaniu
archiwów, tropiąc pozacierane
ślady i objaśniając zamarły kilkadziesiąt
lat temu świat. Nadeszła
pora, by o nim opowiedzieć. By opowiedzieć
o Ewie Pohoskiej.
Rodowód
Córka Hanny Rzepeckiej-Pohoskiej –
historyczki i pedagożki, oraz Jana
Pohoskiego – architekta, wiceprezydenta
Warszawy w latach 1934–
1939, urodziła się 19 lipca 1918
w Lublinie. Imię – i talent literacki
(a według dziadka Augusta Macieja
Pohoskiego także urodę) – odzie-
dziczyła po praprababce Ewie Felińskiej
(1793–1859), zesłanej na
Syberię działaczce Stowarzyszenia
Ludu Polskiego Szymona Konarskiego,
autorce wspomnień i powieści
obyczajowych, uznawanej za prekursorkę
literatury nazywanej kobiecą.
Felińska wszakże nie była jedyną pisarką
i jedyną emancypantką współtworzącą
historię rodzinną młodej
Pohoskiej. Także ze strony matki
miała Ewa godne wzorce kobiecości
– jej babka cioteczna (siostra
dziadka Kazimierza Rzepeckiego)
Helena Rzepecka (1863–1916), nauczycielka,
publicystka, działaczka
społeczno-niepodległościowa, uchodziła
za najmądrzejszą kobietę w Poznaniu
na przełomie XIX i XX wieku.
A babcia Izabela Moszczeńska-Rzepecka
(1864–1941) była feministką,
pisarką i aktywistką polityczną.
Wnuczkę uważała za swoją spadkobierczynię
i prawdopodobnie również
Ewa czuła tę wyjątkową więź, skoro
jednym ze swoich konspiracyjnych
pseudonimów uczyniła imię babci: Iza.
Ewa Pohoska uczęszczała do Gimnazjum
Fundacji im. Wandy z Posseltów-
-Szachtmajerowej w Warszawie.
Uczyły się tutaj córki warszawskich
urzędników i polityków (między innymi
Wanda i Jadwiga Piłsudskie),
ale także dziewczynki z uboższych
domów. Dyrektorce szkoły bowiem
zależało na tym, by prowadzona
przez nią instytucja miała charakter
otwarty, wdrażała nawyki wspólnego
działania i znosiła społeczne nierówności.
Dlatego między innymi obowiązywały
tu jednolite mundurki:
zielona spódnica i żakiet z białą bluzką,
a do tego beret ozdobiony emblematem
szkoły – koniczynką. Taki
też tytuł – „Koniczynka” – nosiło pismo
redagowane i wydawane przez
uczennice. Każdy nowy numer gazetki,
ręcznie przepisany przez jedną
z dziewcząt i ozdobiony kolorowymi
rysunkami, wędrował do Belwederu
jako prezent dla Marszałka. To właśnie
na łamach „Koniczynki” zadebiutowała
Ewa Pohoska jako autorka
opowiadań i jako redaktorka odpowiedzialna
za projekt zespołowy.
W tych najwcześniejszych literackich
próbach młodziutkiej autorki zwraca
uwagę i zachwyca wyobraźnia – skupienie
na opisie bardziej niż na samej
opowieści. Na świecie zmysłów,
Ewa z matką Hanną Rzepecką-Pohoską (1895-1953), Warszawa, 1921
kreowanym za pomocą słów, które
animują przeszłość w pełni kolorów,
dźwięków, zapachów i dotknięć. Jak
choćby w utworze poświęconym
obchodom rocznicy wiedeńskiej,
który Ewa Pohoska, uczennica klasy
VII, opublikowała w „Koniczynce”
w listopadzie 1933 roku:
…Zwijał się wśród liści
parku poranny oddech wiatru.
Równo ucięta, prosta
listowia aleja, w końcu
jej, jak w oknie, szeroki
było widać świat: bór
pierścieniem otaczał falę
bujnych łąk, co kładły się
za oddechem wiatru, sypiąc
złote traw nasienie
i kwiatów świeże korony.
Rozciągała się nad starym
Wisły korytem wieś,
w bukietach lip. Ptaki
wiodły ranne rozhowory.
Właśnie przebrzmiały organy
i z kościółka wylewał
się tłum. Rozszumiała
się mowa polska szelestna,
a radosna, szczękały karabele,
trzeszczały podkute
buty. Alejami wilanowskiego
parku szedł orszak królewski.
Łyskał się złotem
litych pasów szlachty wąż.
Jak barwne kwietne kielichy
płynęły sute spódnice
dam. Król szedł z królową
na przedzie. W jedwabnym,
błękitnym żupanie,
w kontuszu ze złotogłowia
i z pasem litym, przebarwnym,
jak łąka, król szedł raźno,
mimo wzrostu i tuszy ogromnej.
Był rumiany, po szlachecku
podczesany do góry
i z wąsami czarnymi, ogromnymi,
podkręconymi z fantazją.
Królowa Marysieńka,
francuską suknią obciśnięta,
z sutymi koronkami
u szyi, w perłach i w spódnicy
szerokiej, jak bania,
na głowie miała zwoje loków
nastroszonych.
34
POST SCRIPTUM
O sobie z tych najwcześniejszych, dziecięcych i szkolnych lat
tak pisała Ewa tuż przed wybuchem drugiej wojny:
Odkąd pamiętam, szalone wrażenie robiły na
mnie bajki, książki, a także plastyka –
ojciec malował sam i zabierał mnie na wystawy
– odkąd pamiętam. Za wcześnie może
dano mi do ręki utwory dramatyczne i romantyczne
– odkąd umiałam dobrze czytać –
ok[oło] siódmego roku życia – Słowacki,
Wyspiański. Stąd rozbujanie fantazji, brak
poczucia rzeczywistości itp. objawy prześladowały
mnie przez parę następnych lat
życia (wpływy te mogła neutralizować tylko
[…]
Chciałam być: w wczesnym dzieciństwie
gospodynią i królewną,
potem pisarką, aktorką […],
świętą – to ostatnie na skutek
wiary w zjawy piekielne, które
się jakoś łatwo w moich oczach
materializowały, i ogólnej egzaltacji.
Około r[oku] 11-13
uważałam za najpiękniejsze zadanie
zostanie nauczycielką ludową
– koniecznie na głuchej wsi.
Po maturze w 1935 roku siedemnastolatka podjęła studia
etnograficzne na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu
Warszawskiego. Zaliczała przy tym przedmioty również
na socjologii i geografii. Oprócz tego od października
1937 roku uczyła się malarstwa, rysunku i rzeźby w Szkole
Malarstwa i Rysunku Konrada Krzyżanowskiego, pod
kierunkiem profesora Adama Rychtarskiego. Przymierzała
się do studiów psychologicznych, a na pytanie – dlaczego?
– odpowiadała: „Myślę, że jest to może jedyne
ścisłe narzędzie dostępne współczesnej nauce, aby się
dowiedzieć czegoś o obchodzących mnie zagadnieniach
życia i «stwórczych» możliwościach człowieka”.
Ewa z ojcem Janem Pohoskim (1889-1940), Bełżyce, ok. 1925
sztubacka atmosfera klasy). Około dwunastego
roku życia – w czwartej gimnazjum
(czy też rok później) pokazano nam w szkole
reportaż filmowy z podróży pewnej kobiety-naukowca
przez góry Iranu. Dzikość
krajobrazu, ludzi itp. zrobiła na mnie
b. silne wrażenie. Zawsze lubiłam się
włóczyć – wtedy „postanowiłam” podróżować.
Zaprzysięgłyśmy sobie z paru koleżankami
przedsięwzięcie wyprawy w Himalaje,
po uprzednim wieloletnim przygotowaniu.
Ja miałam zostać geografem. Zaczęłam zaczytywać
się w opisach Indii. Spostrzegłam
wtedy, że interesuje mnie tam i gdzie indziej
tylko kultura ludzi.
35
POST SCRIPTUM
Ewa z psem Kiwajem w ogrodzie
rodzinnego domu, tuż przed wybuchem wojny
Ewa z bratem Jaśkiem (1925-1944), ostatnie zdjęcie rodzeństwa wykonane w Warszawie we
wrześniu 1943. Ewa zginie za pięć miesięcy, Jasiek za rok, walcząc w powstaniu warszawskim
W drugiej połowie lat trzydziestych Pohoska angażowała
się w działalność publiczną. Nawiązywała kontakty
towarzyskie, które umożliwiały jej udział w zebraniach
i dyskusjach akademickich, między innymi w seminariach
profesora Tadeusza Kotarbińskiego; w dyskusjach literackich
Koła Polonistów (gdzie prawdopodobnie poznała
studentkę pedagogiki, aspirującą poetkę Zuzannę Ginczankę);
oraz w spotkaniach działaczy zgromadzonych
w Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Spartakus”
i w Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej.
To na łamach organu ZPMD, adresowanego do młodzieży
licealnej pisma „Czerwone Tarcze” debiutowała dwudziestolatka
w roli publicystki. W 1938 roku ogłosiła tu
zilustrowany własnymi rysunkami artykuł Polska sztuka
ludowa, w którym rozważała rodowód i znaczenie rodzimego
rzemiosła artystycznego, a przede wszystkim szkody
wyrządzone twórcom ludowym przez modę i komercję
nowego stulecia.
Rok przed ukończeniem studiów w Uniwersytecie Warszawskim
Ewa Pohoska została przyjęta na studia w Akademii
Sztuk Pięknych, jednak ze względu na konieczność
skupienia się na przygotowaniu pracy magisterskiej z
etnografii, zwróciła się do władz rektorskich ASP z prośbą
o udzielenie urlopu na rok akademicki 1938/1939.
Zajęła się pisaniem rozprawy dyplomowej Tradycje rodzinno-gospodarcze
u górali żywieckich, realizowanej
pod kierunkiem wybitnej profesorki Cezarii Baudouin de
Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowej w Katedrze Etnografii
Polskiej. W maju 1939 roku oddała egzemplarze
pracy do dziekanatu, planując obronę na wrzesień. Zarówno
egzamin dyplomowy, jak i studia w ASP pozostały
w sferze pragnień. Realizację marzeń o podróżach, o byciu
nauczycielką ludową, a nawet gospodynią – uniemożliwił
wybuch wojny, która zmieniła Ewę, jej życiowe plany,
postrzeganie świata i siebie w nim. Siebie – toczącej odtąd
nieustanną, aż do lutego 1944 roku, wojnę z wojną.
Wojna z wojną
Ewa Pohoska miała poczucie obowiązku. Była odpowiedzialna.
Wobec i za ojczyznę, rodzinę, ofiarowujących
własne życia rówieśników. We wrześniu 1939 roku opiekowała
się rannymi w Szpitalu Ujazdowskim. Kilka tygodni
później podjęła pracę urzędniczki w biurze Rady
Opiekuńczej Miejskiej. Była jednocześnie asystentką pułkownika
Jana Rzepeckiego, szefa Biura Informacji i Propagandy
Komendy Głównej Armii Krajowej, który prywatnie
był jej wujem, młodszym bratem matki. Współpracowała
z grupą młodzieży socjalistycznej „Płomienie” i Związkiem
Syndykalistów Polskich.
Centrum jej świata, miejscem wypełnionym konspiracją,
ale – przede wszystkim – ostoją dawnego życia, stał się
dom państwa Pohoskich przy ulicy Felińskiego 27 na warszawskim
Żoliborzu. W salonie i w bibliotece Ewa razem
z młodszym, urodzonym w 1925 roku bratem Jaśkiem,
działaczem Socjalistycznej Organizacji Bojowej, przygotowali
skrytki do przechowywania bibuły oraz broni. Ewa
zapraszała do siebie znajomych na zebrania dyskusyjne
z profesorem Tadeuszem Kotarbińskim, na spotkania
POST SCRIPTUM
36
teatralne w formie żywych obrazów oraz na próby Sceny
Eksperymentalnej wymyślonej przez Stanisława Marczaka-Oborskiego
i Wacława Bojarskiego. Dla rodziny
i najbliższych przyjaciół przygotowywała „kominek” –
wieczory poezji, rozmów, wspomnień… „Ewa była bardzo
wrażliwa na poezję – wspominała Kalina Gawęcka, kuzynka
Pohoskiej – sama próbowała pisać wiersze, czytała
ich bardzo wiele, m.in. Czechowicza, Gałczyńskiego, Lieberta.
Recytowała w specyficzny sposób, wydobywając
melodykę wiersza”. „Najwięcej nam wtedy ze siebie dawała”
– napisała już po wojnie Hanna Pohoska.
W morzu zła i w gorączce konspiracji Ewa próbowała
ocalić dawną siebie, chronić fundamenty świata sprzed
katastrofy, w którym decyzje i wybory życiowe dyktowała
sztuka, indywidualnie definiowane piękno oraz
humanizm w najczystszej, najbardziej wysublimowanej –
identyfikowanej z żeńskością – postaci. Młoda kobieta
miała odwagę oporu wobec pokoleniowej radosnej rywalizacji
i walki, wobec przemocy i rytuałów zabijania.
Odwagę dziewictwa. „Nie przestanę trwać dziewiczy
kształt” – zapisała 14 czerwca 1941 w wierszu poświęconym
samotnym wysiłkom nad ustanawianiem osobistych
zasad, nad wyplątywaniem się z czasoprzestrzeni
i więzów społecznych. Ten wers, ukryty pod kolejnymi
jego wariantami, kreślony i wymazywany, ma dla mnie
wymiar symboliczny: obrazuje sponiewieraną, spychaną
do niebytu kobiecą kulturę, która zachowuje status odmowy,
godności i niezależności. Gest żmudnego odczytywania
przytoczonego wersu, wydobywania go spod
warstwy nadpisanych słów, skreśleń i śladów rozmazanego
grafitu, odpowiada sile przetrwania i mocy sprzeciwu
przenikliwej, samoświadomej autorki w obliczu patriarchalnej
inscenizacji gwałtu, w rzeczywistości dyktowanej
regułami męskiej wojny. Potwierdzenie tego sposobu
myślenia odnajduję w postawie bohaterki Schyłku amonitów
– Natany – „zanadto prawdziwej”, „nadto serio”
w konspiracyjnej „szopce”, „do której nikt nie ma prawdziwego
przekonania”. I w kreacji Krystyny, sportretowanej
przez Juliusza Garzteckiego w powieści Koralowce –
łączniczki, której pierwowzorem była Ewa Pohoska: „Ona
właściwie nie jest w kompanii. Jest obok. Krystyna żyje
swoim życiem. Nie chce być żołnierzem. Dlaczego…?”.
Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w dzienniku
poetki, wypełnionym refleksjami z lektur, cytatami,
a choćby samymi tytułami czytanych dopiero co
albo wspomnianych sprzed wojny książek; prywatną
kolekcją dzieł sztuki i cenionych nade wszystko artystów;
szkicami wierszy, opowiadań i dramatów; „studiami
z natury” – czyli sprawozdaniami z tak nazywanych przez
autorkę rozmów ze znajomymi; ale też własnymi, najbardziej
intymnymi, zakorzenionymi w głębi ciała autoanalizami,
bezwzględną wiwisekcją „pensjonarskich” emocji,
myśli i potrzeb; wreszcie zapisami spotkań sama na sama
oraz rozmów o – naszych racjach, naszych instynktach,
naszych ciałach – młodych kobiet egzystujących w obliczu
kataklizmu, na dnie historii. Żyjących pospiesznie,
gwałtownie, ryzykownie. Zachłannie łapiących codzienność
– wydzierając z niej okruchy szczęścia. „Rzeczy nie
znoszą być nazywane po imieniu, a losy dawno przestały
odpłacać szlachetnością – Nie nam bajeczki o winie,
karze i nagrodzie. Trzeba kęsy szlachetne wyrywać sobie
(nie sobie) – zębami!” – napisała Pohoska w nocy z 5 na
37
POST SCRIPTUM
Karty dziennka Ewy Pohoskiej: wpisy z 14 czerwca 1941 i 3 listopada 1943
6 maja 1942. I rok później, 31 sierpnia 1943: „Trzeba
mieć przekonania, które można samemu kochać
i najwyżej cenić – trzeba mieć zasady – na których
wzór warto budować swój charakter –”. To była
jej ochrona przed wojenną narracją, dramaturgią
knucia i strategicznym konceptem. Kęsy szlachetne
albo chwilki, które we właściwy sobie sposób
– w zatrzymanej relacji, spojrzeniu, dialogu
– zdefiniowała 9 lutego 1942, relacjonując
dziewczyński wieczór spędzony – jak kiedyś –
z przyjaciółkami: „Wzięłyśmy fletnię chińską – z kobietami
tęskniącymi w oknach i czerwonymi skórkami
pomarańczy – «To są takie chwilki» – mówi
Hanka – właśnie to. Czasem tak bardzo dobrze jest
pożyć od chwilek do chwilek”…
Fletnia chińska, ulubiona książka Ewy Pohoskiej,
wydana w 1922 roku przez oficynę Jakuba Mortkowicza,
zawierająca przekłady klasycznej chińskiej
poezji, dokonane przez Leopolda Staffa na podstawie
tłumaczenia z języka francuskiego, miała moc
przemiany okupacyjnej nocy w niewiarygodną baśniową
krainę. Moc szlachetnego kęsa wyrwanego
codzienności. Maleńkiej przestrzeni przycupniętej
na indywidualnej osi czasu. Chwilki, która pozwalała
odsunąć myśl o „popsutym życiu” – niespełna
dwudziestoczteroletnim popsutym życiu. Jak
choćby w nocy z 5 na 6 maja 1942, gdy lektura Fletni
obudziła marzenia Ewy o wiecznych znakach –
o niepokornej i niepokonanej naturze, o życiu
wypełnionym miłością i tworzeniem, o poezji zapewniającej
trwanie:
Piszę wiersze. Podnoszę głowę i widzę,
w oknie, kołyszące się bambusy.
Szumią, jak źródło. Niebo jest błękitne.
Znaki, które kreślę, podobne są do
pąków śliwy, rozsianych na śniegu.
Woń małych pomarańcz z Kiang-nan wietrzeje,
jeśli trzymacie je zbyt długo
w ręku.
Różom potrzeba słońca, kobietom potrzeba
miłości.
Znakom, które kreślę, potrzeba jeno
szumu bambusów, a są wieczne, wieczne!”
(Li-Tai-Po, Znaki wieczne, przekład
Leopold Staff)
Zawdzięczam Ewie Pohoskiej wrażliwość
chwilki, którą próbuję rozpoznać i ożywić
również we własnej – w nam wspólnej – rzeczywistości,
coraz bardziej brutalnej, coraz
bardziej zdominowanej przez odrażające wojenne
reguły patriarchalnego agonu. Odpominanie
to powrót do kęsów szlachetnych,
to przywracanie chwilki – garstki porozrywanego
czasu, która znaczy więcej niż wiersz,
niż wyszlifowana forma, niż rozegrane precyzyjnie
przesłanie. To ocalanie świata takiego,
jakim chcielibyśmy go mieć dla siebie, dla
Ewy, dla nas i jej podobnych…
POST SCRIPTUM
38
15 czerwca 1941:
Niebo ma kształty zsiadłego mleka – Na tym tle ciemny (nie czarny – brązowy) lok Jaśka – Drobna
wysunięta głowa, długie szlachetne przeguby rąk – oparte na kolanach – Jest – tutaj –
Przed nami grzęda irysy mrużą oczy, żeby lepiej pochłonąć barwę – więcej niż zielona odrywa
się i promieniuje jak czar –
– To nic, że nad tym osobnym czarem dźwięczy ulica – nieprzewidziana przyszła i przeszła dal –
[…]
– Cicho, jesteśmy razem – w wieczornym powietrzu – Domy sąsiednie stanęły jak złote pierniki–
rewia strzępiatych chmur –
Czas przycichł i stał się dobry. Porównać go można z chwilą kiedy miałam 6 lat w górach i tak
przy małym oknie głośno czytali rodzice – Albo z chwilą, która nastąpi kiedy ja sama – będę
spokojną królową czyichś dni – Wszystkie te minuty niedorzeczne.
– Siostra, kolacja… przypomina pokornie. Zrywam się lekko, wprost ze śpiewem –
9 sierpnia 1941:
I pomyślcie, szanowni goście, że to jest środek lata. Gdzieś tam
podobno żniwa –
U nas wzrastają pomidory. Sąsiad uwiązał kozę tak że skubie kiście
moich malin –
Już jest cicho – przestały latać samoloty –
Na placach dają film w którym czołgi przez pola lezą jak kraby,
a w nocy widać skręty palonych sosen, które dostają ostatnich
boleści agonii. Ale to z latem nie ma nic wspólnego – przede
wszystkim dlatego, że za daleko –
Lato poznajemy po soku, który coraz wolniej wycieka z łodyg –
o wiele wolniej niż krew – ale przecież rośliny są wodnokrwiste –
dlatego cicho patrzą, zamiast pożerać się wzajemnie jak ludzie –
Dramat Ewy Pohoskiej, wydany pośmiertnie, wiosną
1944 roku, pod pseudonimem Halina Sosnowska. Na
okładce drzeworyt autorstwa Andrzeja Jakimowicza
A jesień, która będzie poznaję po coraz cięższych kolorach kwiatów,
w rękach baby na ulicy Trębackiej. Quel paysage! Ja prawie wzdycham,
a to tylko po to, żeby drogo sprzedać, tanio kupić –
Wobec tego nie wspominam – ziewa się albo z braku snu (bo i kiedy?)
albo z bólu serca. Jest lato, złote, pachnące, ja ci dam boleć!
30 grudnia 1942:
Wysmukłe palce z wyraźnymi spojeniami kości i wypukłe paznokcie i cieniutka napięta membrana. Światło
na płycie – Coraz puściej i dalej za oknem – Mam rok 25-ty i mieszkam tu w tym ciepłym brązowym
fotelu – A ręka należy do Julka – Wydobywa sama muzykę – mechaniczną jedynie – a jednak jest sama
muzyczna. Skąd w jednych „indywiduach” jest ukryty przede wszystkim dźwięk – „instrumentalność” –
a w innych właśnie melodia – a inni są „symfonią barw”? Mnie – jest bardzo błękitnie – ale błękit
staje się pruski – Wojna – to jeszcze wojna, a za oknem szare ptaki – Dzień jest powszedni – Nam tylko
jest niepowszednio bo najlepiej – Ale wiem, że mogłoby być jeszcze piękniej – Muzyka dzieje się gdzieś
w dolinie Białego, czy innej za Kościeliskami, którą wieczorem wracałam po pas w różowych kwiatach –
kiedy miałam lat 21. Może się dzieje zupełnie gdzie indziej w tej samej krystalicznej gamie –
Moment – jeden z tych wielu w ciągu bieżącego miesiąca kiedy się dla mnie przeszłość przełamuje
w przyszłość – Zaraz zaczniemy o niej mówić niby bezosobowo –, każde o swojej, ogólnie –
W tej chwili jeszcze nie – patrzymy, żeby zaraz oczy odwrócić – i jeszcze słuchamy –
To szczyty i piszczałki podchodzą tak blisko – czy ja odchodzę aż tam – –
39
POST SCRIPTUM
Epilog
„29 sierpień – 1942 rok i właśnie
w tym roku w tym sierpniu – upalnym
jak kadź tężejącego sera (porowata
Warszawa) rzecz się stała taka,
że – – kogoś, – kto jest cudzym mężem
– Jej mężem – pokochałam –”.
Tym kimś był Juliusz Garztecki, dowódca
Pohoskiej w konspiracji, wysoko
postawiony oficer, działacz
podziemia, zastępca szefa Referatu
Politycznego Kontrwywiadu Komendy
Głównej Armii Krajowej. Dwa
lata młodszy od Ewy, mąż jej bliskiej
przyjaciółki Aliny Wiewiórskiej. Rozwód
Garzteckiego z pierwszą żoną
i zaręczyny z Ewą to była tylko kwestia
czasu, kilku miesięcy 1943 roku.
Dzieje tego trudnego, burzliwego
związku zapisała Pohoska w swoim
dzienniku. Trudnego ze względu na
Alinę, na opinię środowiska, przede
wszystkim – na nieustanne ścieranie
się dwóch silnych osobowości,
poglądów, przekonań. Burzliwego
związku cementowanego potrzebą
bliskości, wzajemną fizyczną fascynacją
i wspólnym przeżywaniem oraz
rozumieniem świata, zwłaszcza tak
bliskiego Ewie świata sztuki.
W ten sposób narodziła się „Droga”,
konspiracyjne pismo społeczno-kulturalne,
które Julek – dysponujący
sporymi pieniędzmi i powielaczem –
założył dla narzeczonej, „żeby miała
gdzie swoją twórczość i przemyślenia
upowszechniać”. „Wiedziałem, że
były tego warte” – mówił po wojnie.
Do zespołu redakcyjnego Ewa i Juliusz
zaprosili Andrzeja Jakimowicza,
grafika, a następnie Marcina Czerwińskiego,
Barbarę i Krzysztofa Baczyńskich,
Ewę Grochowską i Karola
Lipińskiego, Stanisława Marczaka-
-Oborskiego, Barbarę Poniatowską,
Krystynę Krahelską. Oprócz tradycyjnego
czasopisma projekt przewidywał
też publikację dzieł literackich
w ramach Biblioteki „Drogi”. Pierwszym
jej tomem był Arkusz poetycki
Jana Bugaja (Krzysztofa Kamila Baczyńskiego),
drugim – Schyłek amonitów
Haliny Sosnowskiej (Ewy Pohoskiej).
W grudniu 1943 roku ukazał się
pierwszy numer „Drogi” z artykułem
wstępnym Ewy Pohoskiej (podpisanym
pseudonimem Nina Zawadzka)
i jej tekstem zatytułowanym Sztuka
Pierwsze krytyczne wydanie spuścizny Ewy Pohoskiej, tom „…
bez dziennika się widać nie obejdzie”. Ewa Pohoska (1918-
1944). Pisma. Wstęp, opracowanie i komentarze Izolda Kiec,
Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2025.
pod ochroną (podpisanym pseudonimem
Halina Sosnowska). Ewa, która
faktycznie przygotowała całe wydawnictwo,
funkcję jego redaktorki
naczelnej miała objąć formalnie od
numeru drugiego. Wspominał Juliusz
Garztecki: „[…] na pierwszym zebraniu
po ukazaniu się jedynki w grudniu
1943 przekazałem stanowisko
naczelnego Ewie. Ewa zredagowała
numer drugi, organizowała materiały
do następnych, kiedy została aresztowana”.
5 stycznia 1944 patrol gestapo zatrzymał
na jednej z warszawskich ulic
przenoszące tajne meldunki młodsze
koleżanki Pohoskiej z konspiracji –
Hannę Czaki i Zofię Warzyńską (która
używała fałszywego nazwiska Alicja
Pawlisiak).
Chwilę później Ewa odebrała telefon
z wiadomością o ich aresztowaniu.
Natychmiast wybiegła z domu przy
ulicy Felińskiego, by powiadomić rodziców
Hani, mieszkających nieopodal,
przy Słowackiego 35. To tutaj
zbierali się właśnie słuchacze kompletu
socjologii Uniwersytetu Ziem
Zachodnich, by wysłuchać wykładu
doktora Władysława Okińskiego.
Ewa musiała biec bardzo szybko, bez
zastanowienia. Jak wynika z relacji
rodziny (Kaliny Gawęckiej) i znajomych
z podziemia (między innymi
Władysława Bartoszewskiego), na
klatce schodowej w bloku, tuż nad
lokalem zajmowanym przez Jadwigę
i Tytusa Czakich, stał jeden z kolegów
z AK, by zatrzymywać przybywających
do mieszkania, informując
o obecności w nim gestapowców.
Ewa się spieszyła, zanim został jej
wysłany sygnał ostrzegawczy, zdążyła
nacisnąć dzwonek do drzwi…
Wszyscy – gospodarze domu i ich
krewna, doktor Okiński wraz z dziesięciorgiem
studentów oraz spóźniona
łączniczka – zostali zabrani do
więzienia na Pawiaku.
„I nadszedł straszny wieczór 5 stycznia
1944 roku, gdy długo w noc stałam
u furtki ogródka – Ewa nie wróciła
do domu. Wytężałam wzrok,
pękało mi serce, śnieg prószył… Ewa
już miała nie wrócić do domu” – napisała
Hanna Pohoska w powojennym
wspomnieniu o pustoszejącym,
rozpadającym się domu…
Podczas przesłuchań Ewa utrzymywała,
że przyszła do koleżanki, by pożyczyć
książkę. Rodzina, Julek, bliscy
znajomi wykorzystali każdy kontakt,
by wydostać dziewczynę z więzienia.
Jednak wszystkie starania zawiodły
wobec piekła, jakie rozpętało się
1 lutego 1944 po zamachu na kata
Warszawy – Franza Kutscherę, szefa
SS i Policji na dystrykt warszawski
Generalnego Gubernatorstwa.
W odwecie za śmierć dowódcy już
następnego dnia nazistowscy oprawcy
rozstrzelali około trzystu Polaków,
w większości więźniów Pawiaka;
kolejne sto osób zamordowali podczas
publicznej egzekucji w Alejach
Ujazdowskich; dwieście – w ruinach
getta. W ostatnim grypsie przesłanym
do mamy Ewa napisała: „Jestem
pełna wiary. Myślę o Pozostałych”.
Została rozstrzelana w nocy z 10 na
11 lutego 1944 razem z Hanną Czaki
i Zofią Warzyńską.
Dwa miesiące wcześniej, 17 grudnia
1943, zapisała ostatnie słowa
w swoim dzienniku: „smak życia jest
w tym, że się nie powtarza, że nie
staje się ciepłe, ani wygodne, ani
rozsądne, kiedy może być aż mądre
i bardzo słodkie i obłąkane”. [IK]
Fotografie 1-5 pochodzą ze zbiorów rodzinnych Grażyny
Toruńczyk; ilustracje 6 i 7 – z zasobów Muzeum Literatury
im. Adama Mickiewicza w Warszawie; ilustracja 8 – z kolekcji
Biblioteki Narodowej w Warszawie.
IZOLDA KIEC
POST SCRIPTUM
40
z Elżbietą Grabosz
Rzadko zdajemy sobie sprawę, że
podświadomie zakodowana czyjaś
maksyma pomaga nam żyć, czuć,
rozumieć, postępować. Bywa, że jakaś
złota myśl, która wieki temu wymknęła
się w świat, weryfikuje „tu i teraz”, nasze
JA, krąży przysłowiem, przez setki,
a nawet tysiące lat nie traci aktualności.
Podobno najstarszy na świecie aforyzm
zapisany został na glinianej tabliczce
w języku sumeryjskim przez starożytnego
króla Asyrii, Szamszi-Adada, dla syna,
wicekróla w Mari, Jasmaha-Adada: „Pies,
który jest pochopny, rodzi niewidome
szczenięta”. Miała to być rada, by syn
działał rozważnie. Trudne do zapamiętania?
Może, ale wiedzieć miło…
Mało kto za to nie zna cytatu z Małego
księcia Antoine’a de Saint-Exupéry’ego:
„Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze
jest niewidoczne dla oczu”. Aktualne
było, jest i będzie. Podobnie jak
tysiące innych złotych myśli, aforyzmów,
maksym. Ich trafność, nieoczywistość
związana jest przeważnie ze środowiskiem,
klimatem, w jakim żyje „zawodowy”
czy przypadkowy aforysta. A im te
grona autorów bardziej zróżnicowane,
tym większy wachlarz tematyczny przemyśleń,
maksym.
Elżbietę Grabosz poznałam jako poetkę,
jako satyryczkę, ale najbardziej podziwiam
ją jako aforystkę z wielkim dorobkiem,
z ogromną autorską biblioteką.
Gości także w książkach i księgach krajowych
i zagranicznych. Rozmawiamy
o tym przy herbatce.
Czy dopuszcza Pani myśl, że pewnego
dnia poczuje, że tematy się wyczerpią?
41
POST SCRIPTUM
w…
Myślach
Pań
Niepospolitych
Raczej nie. (uśmiech) Życie codziennie
tak bardzo zaskakuje, ludzie zaskakują,
to chyba niemożliwe. Chyba że człowiek
stanie się mniej uważny czy zobojętnieje.
Ale oby nie…
Każdy Pani aforyzm, każda myśl ma celną
pointę. Bardzo cenię tę Pani twórczą
uczciwość. Przy absolutnej wolności wydawniczej
stykam się z zalewem publikacji
całkowicie wypaczających gatunek,
łamiących zasady – mam tu na myśli
aforyzmy, maksymy czy fraszki. Ktoś coś
zrymuje, i choć tematu nie ma, pointy
nie ma, właściwie to sensu nie ma – ale
dumny jest, że zajmuje krzesło w gronie
twórców tych wymagających form…
Ma Pani rację, też się z tym spotykam.
Ale myślę, że takie „złote myśli” nie mają
szansy na przetrwanie. Dlatego dobrze,
że powstają poważne publikacje, zbiory,
zapraszani są autorzy, których przemyślenia
niosą przesłania.
Ma Pani na myśli tę ogromną kolekcję
na Pani półkach?
Te tutaj, Gorzki miód, Gorzkie szyderstwa,
Aforyzmy i fraszki i inne – to moje
autorskie. Natomiast na tych półkach, o
tutaj, to prace zbiorowe. Zaszczytem dla
mnie jest znaleźć się w nich.
No to zdradźmy czytelnikom „POST
SCRIPTUM” chociaż kilka tytułów. Widzę
tu Aforyzmy świata, Fraszki Polskie,
Z kobietą nie ma żartu… I jeszcze wiele
opasłych tomów…
Tak, proszę spojrzeć, nawet Aforyzmy
Kulinarne i Biesiadne, a tu Księga Aforyzmów
Świata, Aforyzmy Polskie, Wielka
Encyklopedia Aforyzmów i jeszcze cała
półka… Cieszę się, że też mogłam w nich
zaistnieć, a i czytam je z przyjemnością,
dużo w nich mądrości, ciekawi autorzy.
Zawsze na nowo znajduję coś wyjątkowego.
Zainteresowani zapewne skorzystają
z bibliotek, a ja chciałabym zatrzymać
się nad pozycją Myśli Pań Niepospolitych.
Już zdjęcia na okładce mówią, jak
bardzo niepospolite goszczą tu autorki.
Elizabeth Taylor, która osiem razy mówiła
„tak” na ślubnym kobiercu, albo
Agata Christie, autorka kryminałów,
zdecydowanie mistrzyni gatunku. Jest
wśród nich i królowa Elżbieta i, oczywiście,
moja utalentowana rozmówczyni,
Elżbieta Grabosz. To może uchylimy
rąbka tajemnicy, co panie niepospolite
chciały przekazać światu, a co 34 lata
temu zebrała i opracowała na 230 stronach
Czesława Glensk.
Miło będzie, dobry pomysł. Dodam,
że Czesława Glensk była cenioną erudytką,
aforystką i z pewnością kobietą
niepospolitą.
Dziękuję Pani i wielu, wielu nowych
przemyśleń, pomysłów, do podróży
przez świat. [WDS]
WANDA DUSIA STAŃCZAK
Zaglądamy do serc i umysłów Pań Niepospolitych:
ELŻBIETA I (1533–1603), KRÓLOWA ANGLII
* Widzę, lecz milczę – dewiza królowej Elżbiety
* Kamień często spada na głowę tego, co go rzucił
* Wykarczuj krzewy, a cierń cię nie zrani
* Każdą zdradę można pięknie wytłumaczyć
ELIZABETH TAYLOR (1932 – 2011)
Amerykańska gwiazda filmowa i telewizyjna, dwukrotnie wyróżniona Oscarami, producentka, działaczka humanitarna.
Była pierwszą aktorką, której gaża za rolę wyniosła milion dolarów – dostała ją za Kleopatrę.
* Ciężki jest los współczesnej kobiety. Musi ubierać się, jak chłopak, wyglądać jak dziewczyna, myśleć jak
mężczyzna i pracować jak koń
* Kobieta może być duża i tęga, a jednak mieć sex appeal. Wszystko zależy od tego, jakie ma samopoczucie.
Grubi są zabawniejsi niż chudzi
COCO CHANEL (1883-1971)
Francuska projektantka, zrewolucjonizowała damską modę, fryzura na pazia, sukienka mała czarna, spodnie
dzwony, ikona paryskiej haute couture (luksusowej mody).
* Moda – to, co dziś ładne, ale za kilka lat będzie brzydkie. Sztuka – to co dziś brzydkie, ale za kilka lat będzie ładne
* Gwiazdor to człowiek, który latami pracuje jak opętany, by zyskać popularność, a potem zakłada ciemne okulary,
żeby go nie rozpoznano
* Nie ma kobiet brzydkich, są tylko zaniedbane
* Ta o wiele za krótka spódniczka była o wiele za długo za krótka!
AGATA CHRISTIE (1891-1976)
Najbardziej znana na świecie angielska autorka kryminałów. Ponad miliard egzemplarzy jej książek wydano
w języku angielskim oraz drugi miliard ukazał się w 45 językach obcych.
* Stare grzechy mają długie cienie
* Więcej wysiłku zajmuje udawanie, że się wie, niż dowiedzenie się
* Gdyby wszyscy głupcy nosili białe czapki, ludzkość z lotu ptaka wyglądałaby, jak stado gęsi
* Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję, zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie
myśl o zabójstwie
GEORGE SAND (1804-1876)
Właściwie Aurore Dudevant, francuska pisarka, znana z ekscentrycznego, skandalicznego zachowania, paliła fajkę,
cygara, przeklinała. Była kochanką Fryderyka Chopina.
* Kobieta zajmująca się pisaniem popełnia dwa błędy: zwiększa ilość książek i zmniejsza ilość kobiet
* Jeśli jedna kobieta może drugą tolerować to jest w stosunku do niej uprzejma, a jeśli jej nie może tolerować, to
jest w stosunku do niej bardzo uprzejma
* Małżeństwo jest przyjemne przed małżeństwem
* Można ludziom wyjaśnić, dlaczego się poślubiło własnego męża, ale siebie nie można o tym przekonać
WISŁAWA SZYMBORSKA (1923-2012)
Polska poetka, eseistka, krytyczka, tłumaczka, felietonistka; laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury,
dama Orderu Orła Białego.
* NOC, wdowa po DNIU
* Widzowie lubią być bezpiecznie straszeni. Strach nierzeczywisty jest rodzajem homeopatii na strach
rzeczywisty
* Ktokolwiek wie, gdzie się podziewa współczucie - niech daje znać! Niech daje znać!
* Każdy skurcz serca jest jak zepchnięcie łodzi w podróż dookoła świata
ELŻBIETA GRABOSZ (debiut w 1976)
Czołowa polska satyryczka, obchodzi właśnie 50-lecie twórczości, fraszkopisarka, pedagog, członkini Związku
Literatów Polskich i Stowarzyszenia Autorów Polskich.
* Tyle na świecie porządku, że sobota po piątku
* Zbrodnia doskonała – zabić słowami, nie ruszając ciała
* Nie łap za ster, gdy masz śliskie ręce
* Życie pod górkę też zleci
* Każdy ma w innym miejscu swoją piętę Achillesa
POST SCRIPTUM
42
To świadectwo rewolucji.
Opowiada historię pokolenia nigeryjskich gigantów,
którzy w połowie XX wieku odmówili bycia pogardzanymi
i wybrali samookreślenie
Prezydent Nigerii, Bola Tinubu
43
POST SCRIPTUM
Jacob Afolabi
NIGERYJSKI
MODERNIZM
POST SCRIPTUM
44
Uche Okeke
Nigeryjski modernizm
w Tate Modern
R E N A T A
C Y G A N
sztuka jako odzyskiwanie tożsamości
„Modernizm” w kontekście Nigerii nie jest po prostu lokalną wersją nowoczesnej sztuki europejskiej – raczej polem negocjacji,
sporów i reform, sposobem, w jaki artyści próbowali odnaleźć się w trudnej sytuacji, uwięzieni między wpływem
kolonializmu a własnymi tradycjami.
Z perspektywy końca pierwszego ćwierćwiecza XXI wieku modernizm w Nigerii można rozumieć mniej jako jednolity styl
czy epokę, a bardziej jako proces. To proces, w którym artyści reagowali na kolonialne narzucenie zachodnich form edukacji
i estetyki, próbując jednocześnie zachować lub przekomponować własne tradycje wizualne. W tym sensie modernizm
nie oznacza zerwania z przeszłością (jak często w Europie), lecz raczej jej reinterpretację pod presją gwałtownych zmian
politycznych i społecznych.
Ważne jest też to, że modernizm w Nigerii był głęboko uwikłany w projekt niepodległościowy. Sztuka stawała się narzędziem
budowania tożsamości narodowej w kraju, który był wewnętrznie zróżnicowany i naznaczony konfliktami. Artyści
nie tylko eksperymentowali, ale też zadawali pytania: Czym jest „narodowa” kultura? Czy w ogóle istnieje jedna wspólna
wizja? Jak pogodzić lokalne tradycje ze sztuką w sensie globalnym?
45
Z dzisiejszej perspektywy dodatkowo widać, że kategoria modernizmu jest częściowo narzucona z zewnątrz. To termin
wywodzący się z historii sztuki Zachodu, który nie zawsze adekwatnie opisuje doświadczenia krajów postkolonialnych.
Dlatego współcześnie częściej mówi się o „wielu modernizmach” albo wręcz podważa sens używania tego pojęcia bez
krytycznego dystansu.
POST SCRIPTUM
Obiora Udechukwu
To podejście było odpowiedzią na edukację artystyczną
narzuconą przez kolonialne instytucje,
które promowały europejskie kanony jako
jedyny właściwy punkt odniesienia. Artyści
z Zarii – w tym Uche Okeke czy Demas
Nwoko – świadomie odrzucili tę hierarchię, by
przywracać znaczenie rodzimym formom, takim
jak tradycyjne wzornictwo uli wywodzące
się z kultury Igbo.
KLUCZOWE POSTACI
Jedną z centralnych figur wystawy jest Ben
Enwonwu – pierwszy afrykański artysta
o międzynarodowej renomie, który studiował
w Londynie i stworzył m.in. słynny portret
królowej Elżbiety II. Jego twórczość łączyła
akademicki realizm z afrykańską symboliką
i otworzyła drogę kolejnym pokoleniom.
W
Tate Modern zorganizowano jedną z najważniejszych
wystaw ostatnich lat – „Nigerian
Modernism”. To pierwsza w Wielkiej Brytanii
tak szeroka prezentacja poświęcona nowoczesnej sztuce
Nigerii, obejmująca okres od lat 20. do 90. XX wieku.
Ekspozycja nie tylko dokumentuje rozwój artystyczny, lecz
przede wszystkim opowiada historię kraju, który poprzez
sztukę budował własną tożsamość po dekadach kolonialnej
dominacji. Ponad 250 dzieł – od malarstwa i rzeźby po
ceramikę i tekstylia – pokazuje, jak sztuka stała się narzędziem
kulturowego oporu i budowania narodowej świadomości.
MODERNIZM PO NIGERYJSKU
Choć termin „modernizm” kojarzy się głównie z Europą,
w Nigerii nabrał on zupełnie innego znaczenia. Artyści nie
dążyli do kopiowania zachodnich trendów – przeciwnie,
starali się stworzyć język wizualny zakorzeniony w lokalnych
tradycjach, a jednocześnie otwarty na świat. Kluczową
rolę odegrała tu idea Natural Synthesis, rozwijana
przez członków Zaria Art Society. Zakładała ona twórcze
łączenie elementów kultury afrykańskiej z nowoczesnymi
formami ekspresji.
POST SCRIPTUM
46
Nike Davies-Okundaye, Untitled, 1979
47
POST SCRIPTUM
Benedict Enwonwu
Seven Wooden Sculptures 1961 Adebisi Fabunmi, Untitled tapestry 1965
Wystawa „Nigerian Modernism” w Tate Modern spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem mediów, które podkreślają
jej historyczne znaczenie jako pierwszej tak kompleksowej prezentacji nigeryjskiej sztuki w Wielkiej Brytanii.
Krytycy opisują ją jako ambitny projekt, który rzuca wyzwanie zachodniocentrycznemu spojrzeniu na historię sztuki.
GŁÓWNE GŁOSY KRYTYKI I MEDIÓW:
The Times i The Independent: Oceniły wystawę bardzo wysoko (4 gwiazdki), opisując ją odpowiednio jako „fascynujący
wir wydarzeń” oraz „radosną panoramę sztuki”. Recenzenci chwalą energię, humor i ambicję twórców, które nie
pozwalają wyjść z galerii bez poczucia ekscytacji.
The Guardian: Zauważa, że wystawa jest „fascynująca, ale momentami frustrująca” ze względu na ogrom i skomplikowanie
historii Nigerii, której nie da się w pełni zamknąć w ramach jednej galerii. Chwali jednak finałową salę
poświęconą malarstwu Uza Egonu.
The Telegraph: Przyznał wystawie 3 gwiazdki, sugerując, że momentami bardziej przypomina ona „lekcję historii” niż
tradycyjną ekspozycję sztuki, a niektóre prace mniej znanych artystów mogą wydawać się „przeciętne” na tle arcydzieł
takich mistrzów jak Ben Enwonwu.
Artforum i specjalistyczne portale: Podkreślają rolę wystawy jako narzędzia „soft power”, które zmienia postrzeganie
Nigerii na arenie międzynarodowej i przywraca pamięć o pokoleniu artystów, którzy zostali zepchnięci na margines
światowego modernizmu.
BBC: Zwraca uwagę na emocjonalny wymiar wystawy, cytując 93-letniego artystę Bruce’a Onobrakpeyę, który nazwał
ją „jednym z najwspanialszych wydarzeń dla nigeryjskiej sztuki”.
48
POST SCRIPTUM
Równie istotna jest Ladi Kwali, która
przekształciła tradycyjne techniki
ceramiczne w nowoczesną formę
sztuki. Jej prace, tworzone bez użycia
koła garncarskiego, zdobyły uznanie
na całym świecie i zmieniły sposób
postrzegania rzemiosła.
Eksperymentalny wymiar modernizmu
reprezentuje Bruce Onobrakpeya,
pionier grafiki, który opracował
własne techniki, takie jak plastocast.
Z kolei Uzo Egonu ukazuje
perspektywę diaspory – jego prace
powstałe w Wielkiej Brytanii badają
doświadczenie migracji i kulturowej
hybrydyczności.
49
POST SCRIPTUM
Ben Enwonwu
Młodzi artyści w nowym narodzie –
oto kim jesteśmy!
Musimy dorastać wraz z
nową Nigerią...
Warto też zwrócić uwagę na obecność
Ela Anatsui, którego monumentalne
instalacje z materiałów
recyklingowych pokazują, jak dziedzictwo
modernizmu ewoluowało
w stronę współczesnych praktyk artystycznych.
SZTUKA JAKO NARZĘDZIE
POLITYCZNE
To jest nasza era
renesansu!
Uche Okeke
Nigeryjski modernizm nie był jedynie
eksperymentem formalnym – miał
wyraźny wymiar polityczny. W okresie
poprzedzającym niepodległość
w 1960 roku sztuka stała się sposobem
wyrażania aspiracji narodowych.
Po uzyskaniu wolności artyści kontynuowali
tę misję, komentując rzeczywistość
społeczną, konflikty i napięcia.
Szczególnie istotny był okres po Nigerian
Civil War, który odcisnął piętno
na wielu twórcach. W ich pracach
pojawiły się motywy traumy, pamięci
i odbudowy, co nadało sztuce głębszy,
często refleksyjny charakter.
Obioura Udechukwu Our Journey 1993
Ben Enwonwu
DIALOG ZE WSPÓŁCZESNOŚCIĄ
Ważnym elementem programu była
rozmowa między Yinką Shonibare
a Benem Okri, moderowana przez
Osei Bonsu. Artyści podkreślali, że nigeryjski
modernizm to proces „odzyskiwania”
historii – akt twórczy, który
pozwalał Afryce mówić własnym
głosem.
Shonibare zwracał uwagę na symbolikę
tkanin batikowych, które – choć
kojarzone z Afryką – mają złożoną,
globalną historię związaną z kolonializmem
i handlem. Okri natomiast
mówił o wyobraźni jako przestrzeni
wolności, w której możliwe jest łączenie
rzeczywistości z mitologią.
WYSTAWA JAKO PUNKT
ZWROTNY
„Nigerian Modernism” to nie tylko
przegląd dzieł, lecz także próba przepisania
historii sztuki. Ekspozycja
przesuwa punkt ciężkości z Europy
na Afrykę, pokazując, że modernizm
nie był jednolitym zjawiskiem, ale
globalnym ruchem o wielu równoległych
narracjach.
Dzięki tej wystawie Tate Modern staje
się miejscem ważnej rewizji – takiej,
w której nigeryjscy artyści nie są już
interpretowani przez pryzmat Zachodu,
lecz funkcjonują jako autonomiczni
twórcy własnej nowoczesności.
To opowieść o sztuce, która nie tylko
dokumentuje rzeczywistość, ale
aktywnie ją kształtuje – i której echo
wciąż wybrzmiewa we współczesnej
kulturze na całym świecie. [RC]
RENATA CYGAN
Foto: Renata Cygan
POST SCRIPTUM
50
Niechęć
prostu nie robi. Ja aktywnie NIE CHCĘ. To zupełnie inna kategoria
filozoficzna”.
Miała rację. Niechęć wymagała energii. Energii na usprawiedliwianie,
na wymyślanie powodów, na przekonywanie siebie, że
jutro będzie lepszy dzień na rozpoczęcie. Niechęć była pracą
na pełen etat bez dodatków.
51
Niechęć wprowadziła się na stałe i wymieniła zamki.
Przyszła do mnie w marcu. Albo w listopadzie. Przestałam
śledzić daty, odkąd wszystkie dni zaczęły smakować
jak wczorajsza kawa podgrzana w kuchence mikrofalowej.
Najpierw myślałam, że to tylko wizyta. Krótki pobyt. Weekend
majowy niechęci, po którym wróci mi entuzjazm, oczyści
czakry i zaproponuje wspólne zapisanie się na jogę. Ale
niechęć rozpakowała walizki. Potem sprowadziła meble. Teraz
ma tu kaktusa i zestaw kubków.
„Jestem twoją współlokatorką” – oświadczyła, zajmując
całą kanapę i najlepsze miejsce w moim harmonogramie
dnia, to między „powinnam już wstać” a „właściwie po co”.
Próbowałam być grzeczną gospodynią. „Może coś ci przynieść?
Herbatę? Sens istnienia? Ochotę na próbowanie?”
„Nie, dzięki” – odpowiedziała, przesuwając palcem wskazującym
po ekranie telefonu, którego nie miała. „Mnie tu
dobrze. Widzisz to wszystko?” – machnęła ręką w stronę
mojej listy rzeczy do zrobienia, która leżała tam od tygodni
jak archeolog czekający na wykopaliska. „To jest piękne
w swojej bezużyteczności. Dzieło sztuki niewykonanej”.
Niechęć nie była dramatyczna. To by było zbyt męczące.
Niechęć była subtelna jak forma wysokiej sztuki zwlekania.
Nie krzyczała „NIE CHCĘ!”. Szeptała „może później”, „nie teraz”,
„a musi być dzisiaj?”. Była mistrzem dyplomacji z samym
sobą.
Ludzie mówili: „Po prostu się zmobilizuj”. Jakby mobilizacja
była programem, który można ściągnąć. Jakby niechęć była
problemem technicznym, a nie egzystencjalnym dzikim lokatorem,
który zajął całe moje „chcenie” i założył tam noclegownię
dla zwątpienia.
„Wiesz, co jest w tym najgorsze?” – spytała mnie niechęć
pewnego wieczoru, gdy siedziałyśmy razem w ciemności,
bo wymiana żarówki wydawała się projektem na skalę budowy
piramid. „Że wszyscy myślą, że jestem lenistwem. A ja
jestem czymś o wiele bardziej wyrafinowanym. Lenistwo po
POST SCRIPTUM
Czasami udawało mi się ją przechytrzyć. Robiłam rzeczy, zanim
zdążyła się obudzić – o szóstej rano, w dziwnym stanie między
snem a świadomością, gdy niechęć jeszcze spała. Ale ona
się uczyła. Zaczęła wstawać wcześniej. Teraz czeka na mnie już
w czajniku.
„Może powinnyśmy porozmawiać o naszej relacji?” – zaproponowałam
w desperacji. „Ustalić granice? Ty masz poniedziałki
i czwartki, ja resztę tygodnia?”.
Niechęć spojrzała na mnie z politowaniem. „Kochana, granice
to coś dla ludzi, którzy jeszcze wierzą w struktury. My jesteśmy
ponad to. Jesteśmy jak sztuka performatywna – nikt nie rozumie,
po co to jest, ale wszyscy udają, że ma głębszy sens”.
Psycholog powiedziałby, że to depresja. Trener osobisty, że
brak motywacji. Influencer na Instagramie, że powinnam
wstać o piątej i pić koktajl z trawy pszenicznej. Ale ja wiem
lepiej. To niechęć. I nie jest sezonowa. Wykupiła abonament
roczny z automatycznym przedłużeniem.
Nauczyłam się z nią żyć. Teraz gdy dzwoni telefon z ofertą
zmieniającą życie, podaję słuchawkę niechęci. Gdy przychodzi
zaproszenie na spotkanie branżowe, niechęć pisze odmowę –
elegancką, pełną wdzięku i kłamstw o wcześniejszych zobowiązaniach.
Czasami, w rzadkie dni, niechęć gdzieś wychodzi. Nie mówi
dokąd. Zostawia tylko kartkę: „Poszłam, nie czekaj z kolacją”.
I wtedy, w tej krótkiej przerwie, robię wszystko. Myję naczynia,
odpisuję na maile, może nawet wymienię tę żarówkę.
Ale wiem, że wróci. Niechęć zawsze wraca. Ma tu swój kubek,
swoje miejsce na kanapie i niezaprzeczalną wiedzę, gdzie trzymam
zapasowy klucz od mojej ochoty na życie.
A ja? Ja już nie pytam, kiedy się wyprowadzi. Zamiast tego
nastawiłam czajnik. Jeśli mamy być współlokatorkami, to przynajmniej
napijemy się razem herbaty i pogadamy o tym, jak
pięknie byłoby coś zrobić.
Kiedyś.
Może jutro.
[DC]
DOMINIKA CADDICK
Ilustracja: Renata Cygan
Ilustracja: Renata Cygan 52
POST SCRIPTUM
BEATA MAŁGORZATA MONIUSZKO
ZANIM
nim przesiąkniemy codziennością
nim nas zawiłe wciągną sprawy
w wir wkręci fala niezrozumień
dzień spowszednieje nieciekawy
skrzydła motyla nas uniosą
co w wiciokrzewach się zabłąkał
nad szarość dnia i szarość nocy
gdy zwiosennieje polna łąka
bielą stokrotek upstrzy trawa
las sczerwienieje malinami
dzwonek przysiądzie wśród paproci
a na podniebiu zabociani
JEŻELI JESTEŚ
jeżeli jesteś czegoś pewien
nie mów: nie wiem…
jeżeli pragniesz czegoś zechcesz
nie mów: nie chcę…
jeżeli słyszysz tylko ciszę
nie mów: słyszę…
jeżeli zatonąłeś we śnie
nie mów: nie śpię…
EGAZMIN DOJRZAŁOŚCI
oślepiający lęk
otworzył zaciśnięte powieki
senni po przebudzeniu
w pośpiechu zapinają guziki
za oknem codzienność
zmatowiałego nieba
matki z dziećmi
i staruszkowie
jeszcze wczoraj
w deszczu migających neonów
podlotkowie
niejutrzejsi
a dzisiaj
schowani w siebie
ogłuszeni ciszą
powoli przemieszczają się
w egzaminacyjnym kondukcie
z potrzebą dorastania
zauroczeni bielą kwitnących kasztanów
uniosą się na skrzydłach wiatru
53
Ilustgracja: Renata Cygan
POST SCRIPTUM
54
Pośród kwitnących drzew
R E N A T A
Z
Dotarłem nad morze, spiesznie szedłem wzdłuż plaży. Taki samotny spacer nad samą
wodą jest trudny, każda fala, każdy ptasi głos na wysokościach głośno przypomina
ci o obowiązku. Idąc razem z innymi, śmiejesz się, rozmawiasz, pytasz, robi się zgiełk
i nie słyszysz, co mówią fale czy ptaki. Może zresztą nie mówią nic, tylko patrzą, jak
idziesz dalej pośród pustej gadaniny, i milkną.
Znowu jest wiosna. Tego roku, wstrzymywana długimi
okresami chłodu, rozwija się bardzo powoli,
jakby coś ważnego zatrzymywało ją w podziemnej
krainie cieni. Mimo to na podwórku, na wprost moich
okien dzika czereśnia rozkwitła białymi kwiatami i wygląda
teraz jak ogromny bukiet z obrazów Marca Chagalla.
Co może być bardziej prawdziwe, namacalne niż to wybujałe
kwitnące drzewo, którego soki znowu płyną, a ono
samo wciąż przyciąga mój wzrok?
Kiedy nadeszła cieplejsza niedziela wybrałam się na
Krzemionki. Pachniała rozgrzana ziemia i żywica sosen,
a kwiaty zdziczałych jabłoni, grusz i śliw napełniały powietrze
słodkim aromatem wiosny. Brzęczały pracowite
Nikos Kazantzakis Grek Zorba
S Z P U N A R
bąki uwijające się między nimi. W takich chwilach, idąc
przez rozkwitające w słońcu jaskrawozielone wzgórze,
człowiek znowu czuje pulsowanie własnego krwiobiegu.
Czy jest coś bardziej realnego na tym świecie niż drzewo,
które wyrasta swoimi korzeniami z ziemi i sięga konarami
nieba? Czerpie energię ze słońca, karmi się jego
światłem… Jego proste istnienie wydaje się pozbawione
jakichkolwiek wątpliwości. Inaczej niż człowiek – obserwator
własnego życia – schowany w bezpiecznej twierdzy
wymyślonych przez siebie schematów, systemów
przekonań, uwarunkowań społecznych i własnych mechanizmów
obronnych, aby chronić siebie przed świadomością
prawdy… Ileż iluzji tworzy człowiek, żeby oddalić
55
POST SCRIPTUM
od siebie nieprzyjemne aspekty własnego losu! A jeśli
jedne złudzenia utraci, natychmiast w ich miejsce tworzy
nowe, jakby własna świadomość przekraczała wytrzymałość
ludzkiego rozumu.
Czy wobec tego sztuka jest tylko kolejną ułudą? A może
to właśnie w sztuce – w tej metaforze życia – prawda o
naszym istnieniu ma szansę zjawić się w naszej świadomości
choćby na krótki moment nagłego przebłysku…
Tak było w teatrze greckim. Starożytni odkryli, że odgrywając
(lub oglądając) fikcyjne sceny, człowiek ma szansę
zapanować nad chaosem swojego wewnętrznego świata,
pogodzić się z nieuchronnym. Wyobrażone zdarzenia
przeżywa bowiem w swoich emocjach podobnie jak te,
których doświadcza realnie. A czasem wręcz łatwiej jest
zapłakać nad losem obcego bohatera niż swoim własnym.
Nie obnaża się przecież swoich słabości w nieprzyjaznym
świecie. Człowiek żyje więc w zawieszeniu między
tym, co prawdziwe, a tym, co wyobrażone, poruszając się
między jednym a drugim, i niekiedy nie zauważa granicy
pomiędzy jawą a snem…
Może więc – paradoksalnie – to poezja słowa, obrazu
i dźwięku (oraz wszelka inna, zrodzona pod słońcem)
najmocniej dotyka prawdy o naszej egzystencji? Przecież
to właśnie ona potrafi trącić najczulsze struny w ludzkim
sercu, których lękamy się dotykać na co dzień. Lecz to dokładnie
one są w nas najistotniejsze… Czyżby więc w fikcji
i sztuce prawdy bywały ujawniane najcelniej i najdobitniej?
Bo czego pragniemy i czego boimy się najbardziej...?
Ci zaś, którzy czują ukrytą poezję zewnętrznego świata
najwyraźniej, rezonują z jego obrazem, a ich utwory są
wynikiem przymusu uzewnętrznienia uczuć wypełniających
ich po brzegi. Nie wyrażają w tym siebie. Przekazują
jedynie to, co przepływa przez nich.
Rozmawiam z Nikosem Kazantzakisem i Rainerem Marią
Rilkem… Cóż z tego, że od dawna nie żyją? Ich myśli
zapisane na papierze brzmią dla mnie aktualnie i są
bardziej żywe niż cokolwiek, co wypowiadane dziś przez
tych, którzy sami zawieszeni są w iluzji pozbawionej zakorzenienia
w trzewiach własnego ludzkiego bytu. Ten
nasz obecny świat, który więcej ma wspólnego z maszyną
niż ziemią pod stopami i niebem nad głową, nie
może być przecież prawdziwy… Rozmowa z duchami
o sprawach tak ważnych jak istota naszego życia oraz ten
mój niedzielny spacer wśród kwitnących drzew wydają
mi się bardziej konkretne i wypełnione sensem niż czcza
gadanina i hałas, którymi przesycone jest po brzegi nasze
otoczenie. Jakże przemyślny i jak wyspecjalizowany
jest ten nasz współczesny świat w tworzeniu przeróżnych
iluzji, których zadaniem jest znieczulić nas na ból własnego
Wiedz, Ukochana, nigdzie, tylko we wnętrzu zaistnieje świat.
W wyobrażeniach przemija nasze życie. Wciąż bardziej nikłe
jest to, co z zewnątrz czujemy. W miejsce trwałego domu,
w poprzek stojąc narzuca się twór wyobraźni,
z niej wyrosły, w mózgu jakby tkwiąc jeszcze.
Rainer Maria Rilke Elegie Duinejskie
POST SCRIPTUM
56
ograniczonego istnienia… I wobec
niego najzwyklejszy śpiew ptaka na
gałęzi wydaje się ponadczasowy i namacalnie
prawdziwy.
Kiedy schodzimy w przestrzenie własnej
imaginacji nabieramy odwagi
aby zobaczyć i wypowiedzieć prawdę
taką, jaka się nam ujawnia. Ufamy,
że ten świat, który wydaje się nam
stworzoną przez nas iluzją, jest od
nas samych oddzielony. A wyobraźnia
zdaje się być naszym bezpiecznym
bastionem, w którym możemy
ochronić własną, jakże ludzką i kruchą
wrażliwość.
I tymczasem to właśnie w sztuce,
w wykreowanym przez nas samych
obszarze, w którym możemy być całkowicie
wolni, bez żadnych hamulców,
własną nieskrępowaną spontanicznością
ujawniamy najszczerszą
prawdę. Kiedy jesteśmy do końca
uczciwi, bo nie słuchamy głosu krytyka
ani cenzora. I nie schlebiamy żadnym
gustom, ale idziemy za głosem
własnego serca. Dotykamy wtedy
raz za razem własnych granic, niekiedy
je przekraczając w przebłyskach
duszy nie pozwalają nam zobaczyć
najprostszej prawdy o życiu. Kiedy
więc dopuszczamy do siebie cichy
głos własnej podświadomości, być
może jej wówczas dotykamy…
To dlatego także nauka przekracza
własne granice w momentach
zaprzeczania dotychczas obowiązującym
zasadom. Potrzebny jest
szaleniec, który odważy się wyobrazić
sobie coś więcej, niż mieści się
w przyjętych powszechnie normach
i już uznanych prawidłach. Z początku
nikt go nie słucha. Potem jeden,
dwóch… kilku kolejnych… Wydaje się
więc, że nic, co już zostało ustalone,
nie daje nam pewności. Naukowcy
mówią jasno – niewiele jeszcze wiemy
– pomimo podróży w kosmos,
nie znamy nawet działania ludzkiego
mózgu. Ten nasz wewnętrzny świat
jest jeszcze niepoznany. A według
wybitnego fizyka Rogera Penrosa nasza
świadomość jest niezniszczalnym
bytem spoza nas samych. Nie tworzy
jej nasz rozum, jak do tej pory sądzono,
on jedynie odbiera sygnały… To
wywrotowa hipoteza. Nie jesteśmy
więc panami naszej rzeczywistości,
Kochał swoje wnętrze, ten dziki świat swego wnętrza,
ten bór pierwotny w sobie, na którego pniach powalonych
stało jasnozielone jego serce. Kochał.
Rainer Maria Rilke Elegie Duinejskie
twórczego zapędu. Wtedy też, niespodziewanie,
poznajemy prawdę
o sobie samych.
Może to więc właśnie ci, którzy marzą
na jawie, żyją w bardziej realnym
świecie niż konstruktorzy zasadniczych
porządków, wydający się tak
bardzo konkretni w codziennym życiu…
Bo jednak obiektywna prawda
gdzieś istnieje, i jest niezależna od
naszych opinii i osądów. Od odbioru
naszych niedoskonałych zmysłów.
To nasze ograniczone możliwości
poznania oddzielają nas od niej. To
bariery własnego rozumu i własnej
a jedynie uczestnikami w nieskończonym
ciągu przekazywania życia na
ziemi. Istnienie jest czymś więcej niż
nasza krótka historia. Ten, który sadzi
drzewa, wiedząc, że nigdy nie usiądzie
w ich cieniu, przynajmniej zaczął
rozumieć sens życia. – powiedział indyjski
poeta Rabindranath Tagore.
Poeci i malarze być może przeczuwają
prawdę tam, gdzie nauka jeszcze
nie dotarła w swoich dowodach.
Czy nie jest więc uzasadnione przypuszczać,
że wrażliwy twórca jest
odbiorcą subtelnych sygnałów i tylko
(lub aż) medium pomiędzy wszech-
światem a kształtem własnego dzieła?
Pośredniczy pomiędzy tymi, którzy
minęli, a tymi, którzy nadchodzą…
To dlatego dzieła największe są
ponadczasowe i wciąż zrozumiałe…
operują bowiem językiem przekazu,
formą, która włącza je w wymiar
świadomości i podświadomości zbiorowej.
Lecz cały ten proces odbywa
się bez udziału rozumowej kontroli
ich twórcy. Wykracza on poza jego
intelekt. I nie jest to łatwy proces.
To dlatego Pablo Picasso powiedział:
„Malowanie jak Rafael zajęło mi cztery
lata, ale malowanie jak dziecko –
całe życie”. Opanowanie rozumem
57
POST SCRIPTUM
techniki przy odpowiednim poziomie
uzdolnień manualnych nie sprawiło
mu kłopotu. Ale włączenie w proces
twórczy działania własnej podświadomości
– okazało się zadaniem na
całe długie życie… Niemniej jednak
świadoma wirtuozeria nie pociąga
tak mocno jak penetrowanie świata
zupełnie nieznanego, skrytego
w mrokach własnej podświadomości…
Nie wiemy, co się tam znajduje.
A jednak ten świat ma magiczne
działanie – w chwili, kiedy zaczyna
się nam ujawniać pod postacią wydobytej
przez nas samych artystycznej
formy – sami jesteśmy zdumieni.
Ten świat, który czeka na nasze odkrywanie
rodzi fascynację, przemożną
ciekawość i głęboką pewność, że
dotykamy w nim samej istoty prawdy.
Proces odkrywania tego nieznanego
lądu wydaje się nie mieć końca.
To świat najczystszej abstrakcji. Miejsce,
gdzie nasza świadomość już nie
sięga. Tam milknie wszelki zgiełk
zewnętrznego świata i tam nie ma
z nami już nikogo innego…[RS]
Rozciągnąłem się na kamykach, zamknąłem oczy. „Więc czymże jest dusza –
myślałem – i tajemne echo w jej głębi, w morzu, w chmurach, w zapachach?
Tak jakby sama ona była morzem, chmurami i zapachami…”
Nikos Kazantzakis Grek Zorba
RENATA SZPUNAR
Ilustracje: Renata Szpunar, Kompozycje z owalami (w czerwieni i błękicie, błękitna,
w żółci i błękicie), akwarela, kredki / papier, 11 x 16,5 cm, 2026
POST SCRIPTUM
58
CO USŁYSZAŁAM
OD MOTYLA CYTRYNKA
Rysunki: Jarosław Janowski
Satyra zabija, nie obraża – Stanisław Jerzy Lec
Czy już słyszałaś, że o wiosnę
Trzy pory roku są zazdrosne?
Lato, że ona taka młoda.
Jesień, że świeża jej uroda.
A zima? Biała, śnieżna?
Że wiosna zbyt lubieżna.
A wiosna?
W seledynach,
Po sosnach,
Połoninach
Przemyka
I nie zważa,
Że lato ją postarza,
Że jesień ją oszpeca,
Że zimy nie podnieca.
I pod kwietniowej nocy osłoną
Barwi na żółto i na zielono
Wszystko,
Co tylko wpadnie jej w dłonie.
Wyschnięte trawy,
Śpiące jabłonie,
Spłowiałe pola,
Brunatne buki...
Malować będzie tak,
Dopóki
Nie wróci zima
I zieloności
Na nowo
Wiośnie pozazdrości
KROPLE NA NUDNOŚCI
To bardzo mętna sprawa –
wyjmować rym z rękawa.
Wygarniać myśli, puenty
i w sposób niepojęty
godzić rozbitki słowne.
Czyż to nie ryzykowne,
by chropowate słowa
oprawiać i szlifować?
Wygładzać słowne kanty
diamentów na brylanty,
by potem patrzeć z żalem,
jak stają się... opalem?
Co mówię?! Boże wielki!
To denka od butelki
po kroplach na nudności.
W całości!
Olga Jaśkiewicz - Steranko
Olga Jaśkiewicz - Steranko
59
POST SCRIPTUM
SKUMBRIE W TOMACIE
Raz do gazety „Słowo Niebieskie”
(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)
przyszedł maluśki staruszek z pieskiem.
(skumbrie w tomacie, pstrąg)
– Kto pan jest, mów pan, choć pod sekretem!
(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)
– Ja jestem król Władysław Łokietek.
(skumbrie w tomacie, pstrąg)
Siedziałem – mówi – długo w tej grocie,
(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)
dłużej nie mogę… skumbrie w tomacie!
(skumbrie w tomacie, pstrąg)
Zaraza rośnie świątek i piątek.
(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)
Idę w Polskę robić porządek.
(skumbrie w tomacie, pstrąg)
Na to naczelny kichnął redaktor
(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)
i po namyśle powiada: – Jak to?
(skumbrie w tomacie, pstrąg)
Chce pan naprawić błędy systemu?
(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)
Był tu już taki dziesięć lat temu.
(skumbrie w tomacie, pstrąg)
Także szlachetny. Strzelał. Nie wyszło.
(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)
Krew się polała, a potem wyschło.
(skumbrie w tomacie, pstrąg)
KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI
DLACZEGO OGÓREK NIE
ŚPIEWA
Pytanie to, w tytule
postawione tak śmiało,
choćby z największym bólem
rozwiązać by należało.
Jeśli ogórek nie śpiewa,
i to o żadnej porze,
to widać z woli nieba
prawdopodobnie nie może.
Lecz jeśli pragnie? Gorąco!
Jak dotąd nikt, jak skowronek.
Jeżeli w słoju nocą
łzy przelewa zielone?
Mijają lata, zimy,
raz słoneczko, raz chmurka;
a my obojętnie przechodzimy
koło niejednego ogórka.
&
Sadurski & Wątroba
rysunek i fraszka
– Ach, co pan mówi? – jęknął Łokietek;
(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)
łzami w redakcji zalał serwetę.
(skumbrie w tomacie, pstrąg)
– Znaczy się, muszę wracać do groty,
(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)
czyli że pocierp, mój Władku złoty!
(skumbrie w tomacie, pstrąg)
Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie!
(skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie)
Chcieliście Polski, no to ją macie!
(skumbrie w tomacie, pstrąg).
Nie powiem, który
jest głupszy od kury!
POST SCRIPTUM
60
foto: A. Kotelnikov
M
foto: A. Kotelnikov
foto: A. Kotelnikov
foto: Zuzanna Caban
61
foto: A. Kotelnikov
POST SCRIPTUM
foto: A. Kotelnikov
Baletowe
Requiem
Mozart w jednym ze swoich
listów wyznał, iż potrafi
opisywać świat wyłącznie
za pomocą dźwięków, a największą
radość sprawia mu świadomość,
że inni odnajdują w nich impuls do
własnych działań i wzruszeń.
28 lutego 2026 roku odbyła się
premiera baletowej interpretacji
Requiem Wolfganga Amadeusza Mozarta
w reżyserii i układzie choreograficznym
Jacka Tyskiego. Spektakl
wykonali artyści Opery Krakowskiej:
orkiestra pod batutą Marca Moncusíego,
soliści, chór oraz zespół baletowy.
Było to przedstawienie niezwykłe
– godzina sztuki zagęszczonej
niemal do granic percepcji. Nawet
doskonała znajomość mozartowskiej
mszy żałobnej nie ułatwiała decyzji,
ku czemu skierować uwagę podczas
pierwszego odbioru. Zapowiedzi akcentowały
przede wszystkim wymiar
baletowy – zatem niech on będzie
punktem odniesienia.
Najbardziej poruszyła mnie wielowarstwowość
możliwych odczytań
tego spektaklu. Pierwszy – sakralny
– wyrastał bezpośrednio z muzyki
prowadzącej przez kolejne części
mszy za zmarłych. Umarli powracali
na scenie do życia, nad nimi krążyły
anioły, a wszystkiemu towarzyszyła
czujna obecność chóru zakonnic
i zakonników. Powstawali jednak dopiero
wtedy, gdy dojrzewała w nich
gotowość przemiany. Jak u Wyspiańskiego
– wyzwoleni nie przez innych,
lecz mocą własnej woli, gdy pokora
dostatecznie w nich okrzepła. Każda
część widowiska miała własną dramaturgię
i wyraźnie zaakcentowany
finał: Requiem aeternam, Kyrie… Nad
całością unosiło się napięcie oczeki-
wania na Dies irae, dodatkowo spotęgowane
obrazem burzy. W końcu
rzadko zdarza się chwila, w której
człowiek może zwrócić się do Boga
z całą intensywnością swoich żalów
i lęków. Zarówno uczestnicy mszy, jak
i celebransi zwracali się bezpośrednio
do Stwórcy. Kulminacyjne Offertorium
i moment Przeistoczenia ukazały
człowieka oczyszczonego z grzechów
– obnażonego w sensie duchowym,
bliskiego ecce homo oraz
baranka skąpanego we krwi, symbolicznie
ucieleśnionego przez jedyną
solistkę w czerwonej sukni.
Drugi poziom to historia ludzkości –
z jej upadkami i wzlotami – rozgrywająca
się w rytmie pór roku i zmieniających
się faz dnia. Publiczność powitała
absolutna ciemność. Dopiero
wraz z unoszącą się kurtyną wyłoniła
się góra skąpana w delikatnym świetle
poranka. Ponury i szary krajobraz
z każdą chwilą nabierał barw, choć
wciąż pozostawały one stonowane
i wyciszone. Niebo i chmury, potraktowane
malarsko – raz lekkie i rozproszone,
innym razem ciężkie, zwiastujące
deszcz – stawały się symbolami
nieskończoności oraz nieubłaganego
przemijania czasu. Stałym
punktem odniesienia krakowskiej
inscenizacji pozostawała góra – idea
Matterhornu – miejsce blisko Boga,
znak trwałości skontrastowany z kruchością
i zmiennością ludzkiego losu.
W tej przestrzeni rozgrywały się najbardziej
intensywne emocje: miłość,
rozstania, tęsknota, żal. Na widowni
pojawiały się łzy autentycznego
wzruszenia.
Krakowskie Requiem zachwyca również
niezwykłym wysublimowaniem
estetycznym. Góra oraz rozległe
przestrzenie ziemi i nieba zostały
wydobyte światłem pełnym znaczeń
– od migotliwego blasku rozlewającego
się po zboczach po ascetyczne,
punktowe iluminacje towarzyszące
scenom zwrócenia ku Bogu (reżyseria
światła: Paweł Murlik). Kostiumy
autorstwa Marty Koncewoj budują
odrębne światy sceniczne: stroje baletu,
utrzymane w rozległej gamie
szarości, są lekkie, zwiewne i niemal
efemeryczne, podczas gdy kostiumy
chóru przywołują atmosferę wyciszenia
i kontemplacji. Solistów premierowej
obsady – Zuzannę Caban,
Monikę Korybalską, Jarosława Bieleckiego
i Sebastiana Marszałowicza
– wyróżnia posągowa biel. Symbolicznym
łącznikiem pomiędzy śpiewakami
a tancerzami staje się szarfa
– znak więzi i ciągłości. Scenografia,
światło i ruch splatają się w wieloplanowe,
niemal malarskie kompozycje,
przypominające kadry stworzone do
fotograficznego utrwalenia.
W Requiem można odnaleźć wiele
odniesień kulturowych. Warto przywołać
choćby dwa z nich. Gdy pojedyncze
postaci lub grupy bohaterów
stają u stóp góry, a w tle majaczą
zarysy kolejnych szczytów, scena
nieodmiennie przywodzi na myśl
ikoniczny obraz romantyzmu – Wędrowca
nad morzem mgły Caspara
Davida Friedricha. Wędrowiec spogląda
ku nieznanemu; jest obserwatorem
rzeczywistości stworzonej
przez Boga, samotnikiem, który nie
został skazany na samotność, lecz
świadomie ją wybrał. Drugim obrazem
jest piramida – współczesna
Wieża Babel – zbudowana z ludzkich
ciał. W krakowskiej inscenizacji
metafora ta nabiera dodatkowego
znaczenia: soliści baletu pochodzą
z różnych krajów, mówią różnymi językami,
lecz posiadają jeden wspólny
– język tańca. I właśnie on pozostaje
im po upadku wieży.
Rozpoczęłam od przywołania Mozarta,
zatem i odwołaniem do niego
zakończę. Komponując Requiem
w pośpiechu i gorączce, artysta wyznał,
że tworzy mszę na własny pogrzeb.
Historia tego dzieła okazuje
się więc historią każdego z nas. Także
i naszego końca. [BAS]
BEATA ANNA SYMOŁON
POST SCRIPTUM
62
TAKI TO SENS
Taki to czas że
niewiele muszę
Marek Porąbka
A im mniej muszę
tym bardziej chcę
Dobrze że jesteś
W wycinkach rzeczywistości
Nadajesz sens
Istnieniu
NA ORGANACH
Zaczyna się
dźwiganiem oczu
WIOSENNA SIEJBA
Rzucam rano
przygarść tabletek
Do ust
Jak rolnik w glebę
ziarno
z nadzieją
Może wzejdzie
plonem stokrotnym
Nadszedł czas siejby
Ku niebu
Niech dzień
nagrodą będzie
Sąsiad, z góry,
już włączył
telewizor i gra
na organach
Moich
Wszystkich
63
POST SCRIPTUM
Ilustracja: Renata Cygan
POST SCRIPTUM
64
foto: Bo Jaroszek
Wprost ze Stolicy!
nie z Warszawy, którą po raz
pierwszy zobaczyłem przed wielu
laty, zanim jeszcze odbudowano Zamek
Królewski, ale gdy już wybudowano Pałac 1Nie,
Kultury. Z jego tarasu widokowego oglądałem
panoramę stolicy. Syrenka pomachała mi
ogonem i pogroziła mieczem. Spacerowałem
w miejscach, w których niegdyś były królewskie
komnaty, i – jeszcze wtedy nie wiedziałem
– w których będą. Piszę nawet nie z królewskiego
Krakowa, gdzie każdy kamień milcząco
przekazuje prawdę o wiekach minionych i ludziach
godnych pamięci. Pierwszy raz w Krakowie
byłem na wycieczce szkolnej w siódmej
klasie. Ileż wrażeń: przy Dzwonie Zygmunta,
przed ołtarzem Wita Stwosza, w Muzeum Jana
Matejki, na Wawelu… Byłby mnie nawet smok
wawelski pożarł, ale, na swoje szczęście, nie
byłem dziewicą.
Dzisiaj piszę o innej stolicy. Wcześniej pisali
o niej wszyscy, którzy umieli pisać. Czytali
o niej liczni, potrafiący czytać, nawet analfabeci
wtórni! Pokazywali ją wszyscy, którzy
umieją pokazywać, także siebie. Łącznie z TVP
Kultura, żeby było jeszcze kulturalniej. Oglądali
wszyscy, z okularami i bez, na żywo i za pośrednictwem…
I ja tam byłem, wprawdzie miodu
i gorzałki nie piłem, za to spijałem i syciłem się
tym wszystkim, co było godne spijania i nasycania
się!
A że temat, zjawisko, wydarzenie, ziszczenie,
owa dziejba godna zachwytów przez cały rok,
to się zachwycam. Patrzę na to miasto kolorowe,
rozśpiewane, roztańczone z lotu ptaka.
Wprawdzie już nie drapieżnego i sokolim wzrokiem,
bo wzrok już nie ten i szpony stępione,
ale poczciwego gołębia, co to zagrucha, zniży
się do poziomu rynku po okruszyny chleba
i jeszcze wzniesie nad dachy kamienic, by po-
65
POST SCRIPTUM
patrzeć z góry, choć nie wyniośle, na to, co się
tutaj wyprawia!
Bo oto cudo, dziwo po raz pierwszy w Polsce!
Moje miasto, Bielsko-Biała, stolicą! Pierwszą
Stolicą Polskiej Kultury! Obwieszczono to
wszem wobec całej Polsce. Radośnie, głośno,
wielobarwnie! Mono, stereo i kwadrofonicznie!
A nawet lirycznie, wzruszająco, pocieszająco,
ale nigdy ogłupiająco! Jak stolica, to w stolicy
największa – jak do tej pory – scena! Nim
się zaczęło na scenie, Plac Wojska Polskiego
zapełnił się ciżbą Bielszczan głodnych artystycznych
doznań i uniesień. Kulminacją był polonez
pląsany na sto - a może nawet tysiąc par? Poloneza
czas zacząć… Pierwsza para, druga para,
trzecia para, a każda się stara, by nie być gorszą
od poprzedniej. Wypaść jak najpiękniej, najdostojniej…
Tu parę znalazł każdy, choćby nawet
był nie do pary! A w tych parach same tuzy:
to ministra, to prezydent, to europosłanka…
Wszystkie panie w pięknych wdziankach, a panowie
tacy ważni jak te pawie lub indyki albo
inne dumne ptaki! Polityka zeszła na plan dalszy,
usunęła się w cień – wszak kultura i miasto
jednoczą ich tak, że nie skaczą sobie do oczu,
nie grożą, nie straszą… Bo to święto nad świętami,
pierwsze takie, więc jedyne – i na scenie,
i pod sceną, i przy scenie… Kwiat artystów rozkwita:
Urszula Dudziak jazzowo rozczula; Iwonka
Loranc z serca udaje brzydulę i rudzielca,
przypominając nieodżałowanej pamięci Marię
Koterbską; Beata Bednarz, co talentem zjedna
słuchaczy… I panowie: Adam Nowak o mieście,
Andrzej Lampert w duecie, Alien i Majtis… Na
koniec wszyscy zaśpiewali o słońcu, które w całym
mieście, choć było już ciemno. Na początek
i na finał pani ministra kultury i pan prezydent
miasta. Przemawiają, w niebo unoszą to
miasto z jego kreatywnymi mieszkańcami. A tu
w głowie szumią śpiewy i muzyka, z muzykami
Bielskiej Orkiestry Kameralnej, której tak
pięknie przewodził Mateusz Walach...
Jak stolica, to stolica! Ma zachwycać.
I zachwyca!
Zachwycała w zachwycającej Cavatina
Hall, wypełnionej do ostatniego miejsca
ważnymi personami tak, że zagęszczenie
kulturalnych istot na jeden metr kwadratowy
było rekordowe, a od znanych
postaci roiło się jak w gigantycznym ulu.
Na początku, jak to zwykle bywa w takich
sytuacjach, wystąpienia prominentów w
podobnej i pogodnej tonacji C-dur! Pani
ministra wychwalała, pan ambasador
Norwegii wychwalał, kilka innych ważnych
też wychwalało i najważniejsze, że sam
pan prezydent wychwalał (także siebie!).
Stwierdzam z obiektywną subiektywnością,
że jak najbardziej zasłużenie! Wszak
trzeba mieć poczucie własnej (a nawet
zbiorowej) wartości i godności osobistej!
Gdyby żyły woły, co to harowały straszliwie,
to powiedziałbym, że tak harowali
kochający nasze miasto – już nie na ugorze
jako pierwej wykastrowane parzystokopytne
– ale na niwie kultury, która
foto: Bo Jaroszek
szczęśliwie, dzięki pasji tylu wspaniałych
i oddanych entuzjastów, przez tę harówkę
rozkwitła.
Nie czas na dowcipkowanie, bo na scenie
pojawia się orkiestra La Nostra Banda
z dyrygentem Jackiem Obstarczykiem
na czele. Po tym występie do fortepianu,
uśmiechającego się do widzów całą
klawiaturą, podchodzi genialny Mateusz
Dubiel… Młody człowiek, chłopiec niemal,
z rozbrajającym uśmiechem. Ale jak
się pochyli nad klawiszami, to przeistacza
się w prawdziwego wirtuoza, poruszającego
swoją grą wszystkich, którzy mają
szczęście go słuchać. Ach, jak go lubię
i podziwiam, i wychwalam, bo to nie jakieś
tra-la-la-la, ale sztuka na kosmicznym poziomie,
sięganie samych gwiazd, by nam
przybliżyć inne, najpiękniejsze światy. Mistrzostwa
i wirtuozerii Mateusza nie sposób
opisać. Trzeba je usłyszeć i zobaczyć,
chłonąć wszystkimi zmysłami, a nawet pozazmysłowo…
Nie poznali się na nim jurorzy
XIX Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego
im. Fryderyka Chopina. Historia
tego konkursu zna więcej podobnych
skandali, a ostatecznie okazywało się, że ci
niesłusznie pominięci robili światowe kariery.
Mateusz Dubiel, jestem o tym święcie
przekonany, zapełni najważniejsze sale
koncertowe całego świata. Koncert e-mol
Chopina jeszcze rozbrzmiewa…
Uzasadniona duma nas rozpiera. Jesteśmy
pierwszą Polską Stolicą Kultury! I nikt nas
nie dogoni, nie zrówna się z nami, nie przegoni
nas, najwyżej będzie drugi! Szkoda
tylko, że ten zaszczytny tytuł mamy tylko
na rok, który przeleci wartko jak spieniona
woda w Białej po ulewach. I nie będzie
już stolicy. Będzie tylko Bielsko-Biała. Oby
kultura została na dłużej, a może i na zawsze,
pięknie się rozwijając jak rozmaryn
z pieśni sprzed stu lat. Ten niebieski kwiat
jest symbolem miłości i wierności. Także
kulturze…
foto: Bo Jaroszek
POST SCRIPTUM
66
2Zaszczytny tytuł naszemu miastu nadało
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Może ktoś słusznie zapytać:
za co i po co? Tu się zaczyna problem: co
odpowiedzieć, od czego zacząć? Co jest
najważniejsze? Najprościej będzie zacząć
od dziecka, bo gdy tylko zacząłem przyglądać
się światu, to i mnie świat się zaczął
przyglądać. Spektaklami Banialuki, teatru
lalkarskiego prezentującego spektakle dla
dzieci, a później także i dla dorosłych na
najwyższym poziomie. I to nie tylko zostało
do dziś, lecz także nawet się rozwinęło
– zwieńczeniem fenomenu Banialuki
stał się Międzynarodowy Festiwal Sztuki
Lalkarskiej! Można by o tym długo, ale już
wprasza się Bielskie Studio Filmów Rysunkowych.
Kto nie pamięta Bolka i Lolka czy
Przygód Reksia, że wymienię tylko dwa
najgłośniejsze tytuły oglądane przez małolaty
na całym świecie… Mógłbym dalej
wymieniać: Teatr Polski, architektoniczne
cacko, w którym były i są prezentowane
doskonałe sztuki...
Już się pewnie oburzają przedstawiciele
innych dziedzin kultury, w tym muzycy. To
w dzielnicy Bielska-Białej, Straconce, urodziła
się wybitna, znana na całym świecie
piosenkarka jazzowa Urszula Dudziak,
której Papaya rozbrzmiewa wszędzie. To
tu urodził się Zbigniew Preisner, genialny
kompozytor muzyki filmowej i teatralnej,
znany m. in. ze współpracy z Krzysztofem
Kieślowskim. W tym roku zadebiutuje Preisner
Scoring Competition – konkurs kompozytorski
dla twórców muzyki ilustracyjnej
organizowany przez Zbigniewa Preisnera
właśnie. Trudno nie wspomnieć o Bielskiej
Zadymce Jazzowej, w której uczestniczą
najwybitniejsi muzycy jazzowi świata…
Już protestują wybitni plastycy, chórzyści,
artyści ludowi, organizatorzy Tygodnia
Kultury Beskidzkiej, który stał się
tygodniem kultury światowej; szefowie
domów kultury, gdzie na warsztatach
i w zespołach zarówno dla dzieci, jak
i dojrzałych uczestników, tworzy się i realizuje
wartościowe projekty od podstaw.
Po co? – zapyta ktoś słusznie. Ano po to,
by prawdziwej kultury nie zagłuszył jazgot
tandety, po to by się rozwijała dzięki
wspaniałym ludziom. Po to, by unosiła nas
ponad szarą prozą pędu życia w piękniejsze
rejony. Po to, by pogoń wściekłego
kapitalizmu za pieniądzem nie zabijała w
nas odwiecznej tęsknoty za wędrówkami
do światów, które tylko kultura może nam
67
POST SCRIPTUM
3
foto: Bo Jaroszek
przybliżyć, zaproponować w nich udział,
by się ziszczało się to, co piękne, dobre,
wartościowe...
Po przedłużonym i radosnym świętowaniu
z muzyką w uszach, kolorowymi
obrazami w oczach, wizjami koncertów,
wystaw i spotkań, które się wydarzą, zasnąłem,
kołysany anielskimi śpiewami.
Miałem dziwny sen. Śniło mi się niebo,
w nim wielka jasność, a w tej jasności
– aniołowie pańscy. Ale tacy jacyś dziwni,
bo zamiast tradycyjnych skrzydeł
z piórami, przypominającymi te gęsie
czy łabędzie, mieli skrzydła z… książek
naszych autorów, opisujących urodę
miasta, architekturę, historię, wybitnych
mieszkańców... Nad nimi fruwało kilka
nadaniołów na rauszu, ze skrzydłami
z tomików poezji Mietka Stanclika, Staszka
Goli oraz kilku innych omotanych
i uwiedzionych przez Erato, Euterpe
i Kaliope. Aniołowie z mojego snu wyróżniali
się jeszcze tym, że – prócz dziwnych
skrzydeł – zamiast wznosić anielskie pienia
sławiące Stwórcę, zawodzili smutaśnie
i przejmująco, a ich szloch roznosił
się po całym niebie, ale nie docierał na
ziemię. Obudziłem się zlany potem, choć
przedtem nie byłem.
W półśnie stanął mi przed oczami jak
żywy, choć przecież to niemożliwe, jedyny
pomnik książki z Leska, o którym na jawie
już prawie zapomniałem. To książka trzymana
w ręce, wznoszona do góry, do nieba
(?), jak gdyby na ziemi już nie było dla
niej miejsca. Do tamtej chwili Lesko kojarzyło
mi się wyłącznie z fragmentem piosenki
sprzed 60 lat, śpiewanej brawurowo
przez Tadeusza Woźniakowskiego:
...Mam pannę w sukni niebieskiej
i oczy niebieskie ma
A mieszka pod samym LESKIEM
odwiedzam ją tra la la…
Od kiedy odwiedziłem Lesko, wtopione
w Bieszczady urokliwe miasteczko, w którym
żyje zaledwie 5 tysięcy dusz i ciał, kojarzy
mi się ono już tylko z jednym: ową
książką, chcącą wyfrunąć do nieba, bo jej
na ziemi źle. Nikt nie pomyślał, by odsłonić
tak przejmujący pomnik w Warszawie czy
w innej aglomeracji – gdzie monumentów
ci dostatek, a już kolejni kandydaci się
pchają, by zastygnąć w brązie czy granicie
i być obsrywanymi przez pokojowo nastawione
gołębie – to w maleńkim Lesku stoi
symbol wołający milcząco o pomstę do
nieba, choć niebo i tym razem nierychliwe,
a nie ma pewności, czy będzie sprawiedliwe.
Ucieszyłem się z tego pomnika
radością smutną, bo po pierwszej ekscytacji
uświadomiłem sobie ze zgrozą, że pomniki
stawia się zwykle już nieżyjącym, za
to godnym piedestału. Czyżby więc książka
dogorywała albo już umarła? Czyżby to
było proroctwo albo czarnowidztwo przewrażliwionego
artysty?
Książka jeszcze nie umarła. Umarła za to,
jak na ironię, w pierwszej Stolicy Polskiej
Kultury, Księgarnia Klimczok. Książki opuściły
półki niczym osierocone, zapłakane
dzieci. To smutne, gdy po trzydziestu latach
odchodzi, znika coś ważnego, potrzebnego.
Przyzwyczaili się Bielszczanie
do tej Księgarni, jej właścicieli i personelu
jak do kogoś naprawdę bliskiego. Księgarnia
Klimczok przyzwyczaiła się do nich.
Nie o przyzwyczajenia i przyjaźnie tu jednak
chodzi, a o realia wściekłego kapitalizmu,
gdzie tandeta wygrywa z tym, co
piękne, szlachetne, wartościowe. O tym,
że zły pieniądz wypiera dobry, wiedział już
Mikołaj Kopernik. Jego prawo sprzed wieków,
pozostaje nadal aktualne, niestety.
Teraz dopadło naszą księgarnię.
foto: Bo Jaroszek
Urodzeni pesymiści, których jest coraz
więcej (choć mniej urodzin!), wieszczą koniec
książki papierowej, upadek czytelnictwa,
zamykanie bibliotek i palenie na stosach
zbędnej makulatury. Podobne wizje
dotyczyły choćby opery czy baletu, które
jednak przetrwały i obdarzają nas spektaklami
na najwyższym poziomie. Książka
też przetrwa, odrodzi się, bo jest tak samo
potrzebna jak inne dziedziny sztuki, by
piękniej i różnorodniej przeżyć czas nam
dany. Sztuki niezbędnej ludzkości od zarania,
od pierwszych malunków w jaskini
Lascaux sprzed 17 000 lat!
Co prawda zbyt późno już na rozdzieranie
szat i złorzeczenia, bo „przeżytych kształtów
żaden cud nie wróci do istnienia”, jakby
elegancko i kulturalnie skomentował tę
sytuację Adam Asnyk, któremu jesteśmy
winni wdzięczną pamięć, ponieważ w 1897
roku ten wybitny poeta pozytywizmu osobiście
się zaangażował i podpisał akt fundacji
pierwszej szkoły polskiej w Białej!
Smutno, że w pierwszej Polskiej Stolicy
Kultury, gdzie mamy tyle wspaniałych
inicjatyw, w niebyt odchodzi kulturalna
placówka, z którą byliśmy związani emocjonalnie
przez tyle lat. Marzy mi się –
choć marzenia są zwykle po to, by się nie
spełniały – że powstanie choćby maleńka
księgarnia, z regionalnymi pozycjami, poszukiwanymi
i chętnie nabywanymi przez
mieszkańców, którym miasto nie jest obojętne.
Wprawdzie bez książek, jak bez miłości,
można żyć, ale co to za życie…
4
O kulturze nie wystarcza mówić czy pisać.
Kulturę trzeba tworzyć, nie czekać daremnie,
aż zjawi się sama, i to znikąd. Czasy nie
sprzyjają artystom ani ich zamierzeniom.
Konsumpcjonizm na pierwszym miejscu
stawia potrzeby ciała, zapominając o duchu.
W goniących za dobrami materialnymi,
które mają przynieść złudne szczęście,
znerwicowanych ludziach zanika potrzeba
doznań artystycznych, wzruszeń, zachwytów
nad pięknem. Marnym substytutem
są debilne programy rozrywkowe czy reality
show. Zmęczenie, natłok zbędnych
informacji serwowanych przez współczesne
„przekaźniki”, zaśmiecanie pamięci
bzdurami – wszystko to sprawia, że staczamy
się do dna, z którego odbić będzie się
trudno. Paradoksem tej sytuacji jest to, że
wszystkie wynalazki człowieka rozumnego
miały pozwolić mu zaoszczędzić czas i mądrze
go zagospodarować, kulturą właśnie.
A czas pokazał, że jest na odwrót! I to jest
dramat – prawdziwy, a nie wydumany. Polityka
dołożyła swoje. Równowaga między
ciałem a duchem została niebezpiecznie
i brutalnie naruszona.
Można by na temat rozprawiać długo
i dramatycznie. Tyle że z narzekania niewiele
albo i nic nie wynika. Świata nie
zmienimy, ale to nie znaczy, że mamy
opuścić głowy i zrezygnować, dać się porwać
wirom wciągających nas w bagno.
Miejmy siłę i odwagę, by bronić siebie
w sobie. By ratować piękno minionych
wieków i stwarzać nowe światy, może
urojone, ale bez wojen i psychopatów. Nie
możemy godzić się na wszystko, co nam
– zagoniona i zadyszana – współczesność
proponuje, a raczej czego nie propaguje.
Z wrażliwością przyszliśmy na ten świat
i musimy ją obronić, uchronić przed tymi,
którzy chcą nas jej pozbawić. Kto ma predyspozycje
do bycia twórcą, powinien
tworzyć, kreować wartości niewymierne,
ale potrzebne tym, którzy je akceptują. Na
przekór modom i głoszonym „wzorcom”
kalekiego życia. Może ktoś powiedzieć,
że to walka z wiatrakami. Jestem za taką
walką! Choć wiatraków już nie ma, ale są
jeszcze, na szczęście, ludzie ze skrzydłami,
chcący nas unieść w dobro i piękno. [JW]
JULIUSZ WĄTROBA
POST SCRIPTUM
68
69
POST SCRIPTUM
Ilustracja: Renata Cygan
LISTA ŻYCZEŃ
Trop mnie roztropnie,
głaszcz i rozpieszczaj
do granic rozsądku
do szaleństwa
do wieczora
w strugach szampana
a zwłaszcza z biegiem lat.
Podążaj za mną
i otwieraj kolejne wrota
do radosnego dnia
do szerokiego świata
lub tylko do twego forda.
Uszczęśliwiaj mnie nieustannie
choćby gwiazdką z nieba
podaną z filiżanką porannej herbaty
choćby szlachetnym kamieniem
włożonym ukradkiem na palec.
I kiedy nadejdzie ostatnia godzina
to przyznaj grzecznie
że to twoja wina
od końca i do początku.
HARPIA
On miał tylko wygląd
a ona ambicję i pewność,
że to za mało.
Przynosił jej polne kwiaty
ŁAWECZKA PAMIĘCI
i naręcza szczerych chęci.
Ona chciała pławić się
W proch już obrócony
w ptasim mleczku i płatkach róż.
nadal święcę przykładem,
podobno upamiętniam.
On dał jej atencję.
Zapatrzony w sobie tylko
Ona dała mu kosza.
wiadomą dal
uśmiecham się stale
do mojej jedynej
zakrzepłej myśli.
Obojętnie odbieram hołd
jeszcze żywych
biernie pozując do fotografii.
Błogosławię kloszarda z sąsiedztwa
który przysiądzie,
pogada,
wsunie tani papieros w drętwe palce...
Opieram się niezmiennie
ptakom i pogodzie.
Trwam cierpliwie
na wieki wieków
albo do następnych wyborów...
MAŁGORZATA GAJEWSKA
POST SCRIPTUM
70
Egon Schiele
Człowiek zagubiony w sobie
W
Wybrałem się do Wiednia,
aby zbliżyć się do malarstwa
słynnego ze złotych
dzieł Gustawa Klimta, tymczasem
najmocniej uległem urokowi i sile
obrazów nieznanego mi wcześniej
malarza, pupila Klimta – Egona Schielego
(1890-1918).
W pracach tego autora najbardziej
urzekło mnie, że po stu dziesięciu
latach od stworzenia są dziś nadal
prawdziwie nowoczesne, a nawet
wybiegające w przyszłość. Zarówno
w swej kompozycji, jak i w wymowie.
„Sztuka nie może być nowoczesna.
Sztuka jest pierwotnie wieczna”
– twierdził Schiele. A „pierwotnie
wieczne” jest myślenie o człowieku,
jego duszy, uczuciach, motywach
71
POST SCRIPTUM
działania. Ku temu właśnie zwrócił
on swoją twórczość i może dlatego
stała się ona ponadczasowa.
W swych pracach zdaje się ukazywać
prawdę o ludzkim wnętrzu.
Nie jest ona u niego ani prosta, ani
przejrzysta, tak jak nie są wizerunki
obrazowanych postaci. W portrecie
Lyriker (1911 r.) głowa poety zalega
w oderwaniu na ramionach; inne
fragmenty odzianego ciała gubią
się między sobą w bezładnej brązowo-ziemistej
plątaninie. Czuje się
bezradność człowieka w zderzeniu
ze swą naturą. Obraz ten widziany
jest do dziś jako jedno z najważniejszych
dzieł wczesnego austriackiego
ekspresjonizmu, a stworzony został
przez artystę zaledwie 21-letniego.
Skąd u takiego młodzieńca znalazło
Wystawa stała, na której zapoznawałem
się z obrazami Egona Schielego,
poświęcona jest secesji. Wiedeń
w początkach XX wieku był miejscem
narodzin tego stylu. Opierał się on,
jak wiadomo, na buncie przeciwko
zastanemu porządkowi w sztuce,
przeciw akademizmowi i historycyzmowi.
W swym głównym nurcie
wprowadzał motywy naturalne, roślinne,
giętkie linie, łagodne kształty,
zdobienia i asymetrie. Egon Schiele
jako bardzo młody malarz (w 1910
roku miał zaledwie 20 lat) nie skod
a n i e l w Ó j t o w i c z
się tyle wejrzenia w głębię człowieka
i tyle co do niej pesymizmu? To były
najbardziej wyraziste pytania, jakie
rodziły się we mnie przy odkrywaniu
tego autora w wiedeńskim Muzeum
Leopoldów.
Muszę widzieć nowe rzeczy
i badać je.
Chcę smakować ciemnej wody
i widzieć trzaskające drzewa
i dzikie wiatry
POST SCRIPTUM
Egon Schiele
rzystał z tej drogi. Nie wiadomo, czy
wpływ mogło na to mieć jego dzieciństwo
naznaczone zbyt częstymi
spotkaniami ze śmiercią: kilkoma
martwymi płodami matki, śmiercią
dziesięcioletniej siostrzyczki czy
przedwczesnym odejściem ojca.
A może, bardziej warsztatowo – zdecydował
o tym znaczący kontakt
z ekspresyjnymi dziełami dojrzałego
już Edwarda Muncha, zaprezentowanymi
na wielkiej wystawie
w Wiedniu w 1909 r.? Zafascynowały
one podobno wzrastającego malarza
mocniej niż podziwiana dotąd, dość
łagodna twórczość bardzo już modnego
Gustawa Klimta.
I dla norweskiego mistrza, i dla austriackiego
adepta wspólne stało się
w ich twórczości brzemię przedwczesnej,
niepotrzebnej śmierci wiszące
nad ludzkim życiem. U Muncha pojawia
się ona częściej w łożu umierającego.
U Schielego staje się często
gorszym wariantem losu lub nawet
niechcianą częścią samego siebie.
Na obrazie przedstawiającym scenę
ostatecznego rozstania malarza
z ukochaną dziewczyną, z konieczności,
wbrew ich namiętności
i uczuciu, on sam przedstawia siebie
jako śmierć. Obraz nosi tytuł Śmierć
i dziewczyna.
Jednym z najbardziej przejmujących
obrazów jest Śmierć matki (1910 r.).
W czarnej sylwecie zmarłej zawiera
się, niczym embrion, kształt żywego
lub właśnie umierającego dziecka,
tak czy owak opuszczanego. Dzieło
to interpretuje się jako nieustanny
wyraz lęku Egona przed śmiercią
i jego refleksji nad bezwzględnością
cyklu życia. „Wszystko jest martwe,
podczas gdy żyje” – miał powiedzieć.
Dzieła Schielego stały się w wiedeńskiej
secesji przypadkiem szczególnym,
daleko odchodzącym od
podstawowego kanonu tego stylu:
przez ostrą, dość dramatyczną linię,
niejednoznaczność obrazu, ciemną
kolorystykę. Okazywały się smutne,
choć wymowne, mocne.
Jak u współczesnego mu Picassa złamanie
kompozycji postaci służyło
zmianie sposobu i hierarchii postrzegania,
tak u Schielego raczej ukazywaniu
„złamanej” psychiki.
„Bez deformacji, bez transpozycji,
bez metafory, bez abstrakcji nie jesteśmy
dziś w stanie objąć i wyrazić
narastających konfliktów uczuć
i spraw” – powiedział pół wieku później
Tadeusz Kantor. A Egon Schiele
musiał to dobrze czuć już w początkach
XX wieku i stawał się w tym
prawdziwym nowatorem.
73
POST SCRIPTUM
Żaden erotyczny utwór sztuki nie jest brudny,
jeśli jest znaczący artystycznie;
staje się brudem tylko dzięki obserwatorowi,
jeśli ten jest brudny
Egon Schiele
POST SCRIPTUM
74
Odniosłem wrażenie, że najważniejszym celem tych
zabiegów twórczych było ukazanie samego faktu, że
one w człowieku rzeczywiście tkwią i nim targają. Nawet
jeśli jest młody i pełen wigoru – a może zwłaszcza
wtedy. To miało uzmysłowić widzowi, jak czytamy
w komentarzu wystawy, że: „jednostka jest obca samej
sobie, a Ego nie jest – jak mówił Freud – panem
we własnym domu. Jednostka jest miejscem kryzysu
indywidualności”. W autoportretowej sylwetce Siedzący
nagi mężczyzna Schiele ukazuje drobiazgowo
całość swojego ciała i to w taki sposób, aby dostrzec,
że nie jest z nim wcale poukładany. „Postulował autorefleksję
jako wąskie powiązanie cielesności i seksualności
z pytaniami egzystencjalnymi” – napisano
w komentarzach wystawy. W 1910 r. spojrzenie takie
musiało być szokujące i odkrywcze. Patrząc dziś na te
prace, zadaję sobie pytanie, na ile w naszym zbiorowym
myśleniu kwestie te już oswoiliśmy? Na ile tkwimy
nadal w złudzeniach nieświadomości? Czy sztuka
Schielego sprzed lat pozostaje nowatorska, ponieważ
ukazuje nam coś, czego ciągle nie potrafimy swym rozumem
ogarnąć?
Ludzie na obrazach Schielego nie są zatem wcale „secesyjni”
ani piękni, ani naturalni. Nakreśleni raczej dziwacznie,
w nienaturalnych kształtach i wyrazach twarzy. Ale
wypełnia ich przy tym jednak dość wyraźna osobowość
i pełnia przeżywanych emocji. Można to odczytywać jako
podstawową zasadę odkrywania tajemnic człowieka.
„Ciała mają własne światło, które zużywają, aby żyć: płoną,
nie są oświetlane z zewnątrz” – twierdził i ukazywał
to w swych dziełach. W czasie, gdy w samym początku XX
wieku Schiele tworzył swoje obrazy w Wiedniu, miasto to
było humanistyczną stolicą świata, miejscem rewolucyjnych
zmian w patrzeniu na ludzkie wnętrze.
W kilku jego obrazach – jak w wystawionym u Leopoldów
obrazie Transfiguration – występują „ślepcy”
(najczęściej uosabiający samego autora), którymi są
osobowości zamknięte na obraz zewnętrzny, a zwrócone
całkowicie ku wnętrzu. Takie spojrzenie stawało
się nie tylko wyrazem postawy czy myśli twórcy,
lecz także działało na całe malarstwo, odwracając
je od tego, co widać, ku temu, co czuć. Nowatorska
linia i kompozycja obrazu musiały zwiększać uwagę
i wrażliwość widza na zupełnie nowy sens takich dzieł.
Naukowe ustalenia Zygmunta Freuda z początku
Młody malarz, mimo że nie poznał osobiście Freuda,
musiał być pod mocnym wpływem uosabianego przez
niego myślenia.
Choć jego życie trwało zaledwie 28 lat (Schiele zmarł
nagle w 1918 r. na hiszpankę), to zdążył wykonać ponad
200 autoportretów (wliczając w to akwarele i rysunki).
Przekonany był widocznie do sugestii Freuda, że najlepszą
drogą do zrozumienia życia jest bezustanna analiza
samego siebie, autopsja, ponieważ szereg procesów psychologicznych
jest wspólnych dla wszystkich.
Na wiedeńskiej wystawie u Leopoldów zobaczyć można
kilka z tych autoportretów: Z podniesionym, odsłoniętym
ramieniem, Z opuszczoną głową, Z chińską rośliną
lampionową. W każdym z nich Egon Schiele pokazuje
siebie w mocno przekształconej, nienaturalnej postaci,
z twarzą odsłaniającą, czasem przekornie, prześmiewczo,
czasem dramatycznie. Ukazuje wypełniające go emocje.
75
POST SCRIPTUM
XX wieku przyciągały do Wiednia psychologów, lekarzy
i filozofów z całej Europy. W tamtejszych salach wykładowych
i w pięknych kawiarniach spierali się ze sobą o kształt
odkrywanej na nowo natury i osobowości człowieka.
Stawało się pewne, że nie jest ona ani tak oczywista, ani
tak prosta, jak to sobie wcześniej wyobrażano, i że jest
ona terenem bezustannego, czasem tragicznego, wewnętrznego
konfliktu. Fakt, że jawił się on jako nierozwiązywalny,
rodził powszechną depresję.
Człowiek tracił swój wizerunek, stawał się istotą ułomną,
targaną emocjami, sprzecznościami, a przede wszystkim
popędami. Sztuka musiała się do tego odnieść, co zmieniło
ją już na zawsze. Od tej pory będzie mówiła mniej
o doskonałości bogów, a zdecydowanie więcej o ułomności
człowieka.
A ułomność ludzka okazywała się kluczową tajemnicą
istnienia. Sztuka objawia się w tym jako jedna z najważniejszych
dróg do jej poznania. Młody Egon Schiele dokonał
w swoich dziełach wspaniałej próby zobrazowania
tej tajemnicy.
Niestety, jak pokazały późniejsze dwie wielkie wojny
i dalsze, niekończące się, trwające do dziś zamieszanie
na świecie, niewiele z tego wszystkiego dla ludzkości
wynikło. Może nie mogło. A może ukazywana przez
Schielego bezradność człowieka wobec jego losu jest
większa, niż to sobie wyobrażamy? Może faktycznie
opisany przez Freuda i tak dosadnie zobrazowany przez
Schielego popęd śmierci jest w naturze człowieka najmocniejszy?
Może faktycznie malarz, obrazując ją liniami
ostrymi i w barwach pozbawionych nadziei, trafił
w sedno prawdy o nas? [DW]
DANIEL WÓJTOWICZ
Największy zbiór dzieł Egona Schielego znajduje się w Wiedniu
w Muzeum Leopoldów – od nazwiska małżeństwa austriackich lekarzy,
którzy w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku kolekcję
tę stworzyli. Podobno nie było to bardzo wymagające: prace tego
malarza – dziś warte miliony – nie były jeszcze w cenie. Pod koniec
wieku przekazali swe zbiory państwu austriackiemu w zamian za
stworzenie godnego obiektu do ich przechowania i prezentacji. Stała
się nim specjalnie wybudowana, biała, prosta bryła dużej galerii
w Dzielnicy Muzealnej, w centrum miasta koło Hoffburga.
foto: Daniel Wójtowicz
POST SCRIPTUM
76
AFORYZMY
Juliusz Wątroba
Myśl trwalsza od kamienia – przetrwa trzęsienie ziemi i wybuch wulkanu.
Sumienie ma wyostrzone zęby.
Smutne, gdy dusza bezduszna.
Głód i lenistwo rodzicami wynalazków.
Życie to lina do balansowania.
Choć nie jesteś rybą, to żyj z ikrą!
Chciałbym, by drugi brzeg był horyzontem.
Rekin bez zębów, jak człowiek bez mózgu.
Jak żyć, gdy natura nienaturalna?
Dobry koniec pociesza zły początek.
Robi wokół siebie tyle szumu, że zagłusza sztormy.
Czy da się mówić wolno, władając biegle językiem?
Gdyby nie było wariatów, to jeszcze bylibyśmy na drzewach.
Czy ktoś widział diabła albinosa?
Daremne próby, aby zerwać się z łańcucha pokoleń.
W krainie cieni nie szukaj kolorów.
Jak normalnie żyć w nienormalnym świecie?
Najciemniej jest pod latarnią. Gdy wyłączą prąd.
Nie podpieraj się laską... dynamitu!
Staniczek to kaganiec na piersiątka.
Musisz się zgubić, aby się odnaleźć.
Żar powinien lać się z piekła, a nie z nieba!
Czy kiedykolwiek biskupie pałace zamienią się na biskupie „mizerne ciche stajenki liche?”
Walki o krzesła kończą się zwykle u stolarza lub grabarza.
Szanuje każde poglądy, jeśli tylko zgadzają się z jego.
Życie bez stomatologa jest bezzębne.
Bez kapoka nie rzucaj się w ramiona kobiet!
77
POST SCRIPTUM
foto: Renata Cygan
POST SCRIPTUM
78
Siedem twarzy
Sergiusza Piaseckiego
Postanowiłam zmienić klimat i przeczytać
powieść, którą sam autor, niechętny
przechwałkom, przedstawił
tak: „Dając tę książkę czytelnikom
polskim, dla których ją napisałem,
chcę zwrócić ich uwagę na magię
powieści. Utrwaliła życie nieznane,
intensywne, ciekawe, które zaginęłoby
na zawsze, gdyby nie mózg i uczucia
autora, który je obserwował”.
(Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy,
Polska Fundacja Kulturalna, Lona
d a j o h n s o n
Jako wielbicielka książek nie raz
zastanawiałam się, jak duży
wpływ na nasze literackie wybory
ma przypadek. Co sprawia, że
czasem nasze oczy jedynie prześlizgują
się po tytule, a innym razem
zakotwiczają się w twórczości danego
autora na dobre. Jedno jest pewne:
przypadkowi, który zetknął mnie
z prozą Sergiusza Piaseckiego, miałabym
ochotę wystawić pomnik.
A było to tak:
28 marca 2026 roku w Klubie Orła
Białego odbyły się III Autorskie Targi
Książki w Londynie, które mam przyjemność
współorganizować. Ideą tej
imprezy jest wspieranie i integrowanie
polskiego środowiska pisarskiego
na obczyźnie oraz budowanie relacji
z czytelnikami, którzy pragną czytać
w języku polskim. Jedną z wielkich
atrakcji tegorocznej edycji była wystawa
poświęcona wybitnemu polskiemu
pisarzowi, który część swojego
życia spędził na emigracji w Wielkiej
Brytanii. Dzięki stworzonej przez
Instytut Pamięci Narodowej ekspozycji
zatytułowanej Siedem twarzy
Sergiusza Piaseckiego mogliśmy jako
brytyjska Polonia uhonorować literackiego
patrona roku.
79
POST SCRIPTUM
Oto co napisano o nim w uchwale Sejmu
RP z dnia 26 września 2025 roku:
„Sergiusz Piasecki, weteran wojny
polsko-bolszewickiej, as polskiego
wywiadu, ale i przemytnik, awanturnik
i więzień. Wybitny pisarz, patriota,
który nauczył się posługiwać literacką
polszczyzną w wieku dorosłym,
gdy odbywał wyrok za napad z bronią
w ręku. W czasie II wojny światowej
żołnierz Armii Krajowej, szef komórki
wykonującej na zdrajcach wyroki Polski
Podziemnej. Po wojnie emigracyjny,
antykomunistyczny pisarz objęty
całkowitym zakazem cenzury w PRL.
Jeden z najwybitniejszych twórców
polskiej literatury XX wieku”.
„Jeden z najwybitniejszych twórców...”
– a ja nie przeczytałam żadnej
jego książki! Postanowiłam
niezwłocznie nadrobić zaległości.
Z ciekawością sięgnęłam po Zapiski
oficera Armii Czerwonej w wersji audio,
w genialnej interpretacji Witolda
Bielińskiego, i… przepadłam! Lubię
satyrę, szczególnie gdy napisana jest
tak sprawnie, że człowiek przenosi
się w czasie i przestrzeni, a przy tym
śmieje się i smuci jednocześnie. Wojenne
perypetie radzieckiego oficera
pochłania się jednym tchem. Michaił
Zubow – w wyniku awansu społecznego,
który zawdzięcza „swemu
drogiemu ojcu” Stalinowi – wprost
z podmoskiewskiego kołchozu trafia
do okupowanego przez Sowietów
Wilna, by wyzwolić tamtejszy
proletariat spod jarzma burżujskich
ciemiężycieli. Nie jest to tak proste,
jak by się wydawało, bo z obserwacji
Miszki wynika, że „cała Polska z burżujów
się składa. Co spojrzę na którego,
to każdy w butach i przy zegarku".
Oczywiście i on wkrótce kupuje
sobie zegarek, a nawet dwa, i każe
sobie uszyć buty z najlepszej skóry.
Gdyby miał więcej czasu, to pewnie
by się kąpał nawet raz w miesiącu,
a porządnego człowieka poznaje po
tym, że „wódkę pije szklankami”.
Marzy o rowerze, który jest dla niego
wyznacznikiem wysokiego statusu
społecznego. To trzeba przeczytać,
aczkolwiek przyznaję, że perfidia Zubowa
w końcowych rozdziałach przyprawiła
mnie o ból żołądka, o bólu
duszy nie wspominając.
dyn, 1969). Tym sposobem na kilka
barwnych i niezwykle ciekawych dni
przeniosłam się na polsko-sowieckie
pogranicze, do świata przemytników
i pięknej męskiej przyjaźni.
Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy to
najsłynniejsza książka Piaseckiego.
Wcale mnie to nie dziwi. Dzięki swojemu
darowi opowiadania autor prowadzi
czytelnika w sam środek wielkiej
przygody: w równym stopniu fascynującej
i niebezpiecznej. Jest w tej
obszernej powieści coś urzekającego:
pragnienie wolności i życia na własnych
zasadach, a także przekonanie,
że towarzysze wędrówki nigdy nie zawiodą.
Oto fragment, który doskonale
to obrazuje: „Przez całą drogę śpiewa
coś mi w duszy. Wypełnia mnie
radość, że idę z tymi ludźmi – silnymi,
sprytnymi, słynnymi po całej granicy
fartowcami, którym zawsze we
wszystkim można zaufać. Z nimi nie
istnieją dla mnie żadne przeszkody,
żadne niebezpieczeństwa. Gdybym
wiedział, że jeśli nie cofnę się i nie
porzucę ich, to za godzinę czeka mnie
śmierć, nie cofnąłbym się. Nigdy”.
Historia powstania tej powieści jest
niezwykła. Sergiusz spędził w więzieniu
jedenaście lat i to właśnie wtedy
nauczył się polskiego języka literackiego,
czytając Biblię i polski tygodnik
społeczno-kulturalny „Wiadomości
Literackie”. Wcześniej posługiwał się
głównie językami rosyjskim i białoruskim.
Kochanek powstał w 15-osobowej
celi, na parapecie więziennego
okna. Piasecki pisał w zeszycie
z ponumerowanymi stronami, co
miało powstrzymywać osadzonych
przed wysyłaniem grypsów. Kiedy
wypełnił jeden zeszyt, musiał go oddać
administracji, a wtedy dopiero
mógł poprosić o kolejny. Nie zawsze
jednak władze więzienia przychylały
się do jego prośby. Piasecki znalazł
sposób, by kontynuować: używając
rdzy, zmienił kolor atramentu i pisał
kolejną partię tekstu między już istniejącymi
wersami, a kiedy zabrakło
miejsca – w poprzek. Ten niezwykły
rękopis rozszyfrował następnie Melchior
Wańkowicz, który odwiedzał
zakłady karne jako reporter. Był pod
ogromnym wrażeniem talentu Piaseckiego
i jego umiejętności snucia
opowieści. Zachęcał autora do dalszego
pisania, a ostatecznie pomógł
w publikacji książki. Powieść wyprzedała
się w rekordowym tempie
i została przetłumaczona na wiele
języków. Słynni polscy pisarze, ludzie
kultury, a nawet politycy tamtego
okresu doprowadzili w końcu
do uwolnienia Piaseckiego z zakładu
karnego na cztery lata przed zakończeniem
wyroku. Powoływano
się na szlachetną przeszłość autora
w służbie Polsce, którą ten świadomie
wybrał na swoją ojczyznę.
Niezwykła proza sugeruje niezwykły
życiorys. Zaczęłam więc zgłębiać
źródła i w ten sposób natknęłam się
na Archiwum Pełne Pamięci, projekt
Instytutu Pamięci Narodowej mający
na celu pozyskiwanie, gromadzenie
i upowszechnianie szerszej
publiczności pamiątek wielkich Polaków,
współcześnie zapomnianych.
W podcaście poświęconym Sergiuszowi
Piaseckiemu, który zresztą
z całego serca polecam Państwa
uwadze, wzięła udział m.in. jego
wnuczka, historyk literatury – Ewa
Tomaszewicz. Kiedy opisywała ubogie
życie swojego dziadka na emigracji
w angielskim mieście Hastings, powiedziała
coś, co mnie uderzyło: „On
nie potrafił żyć jak zwyczajny człowiek,
ponieważ nigdy się tego nie nauczył”.
O niezwyczajności Piaseckiego rozmawiam
z Iwoną Golińską, założycielką
Polish Sue Association, dziennikarką
i działaczką polonijną, miłośniczką
historii i autorką licznych inicjatyw
upamiętniających polskie dziedzictwo
w Wielkiej Brytanii. Jednym z jej
ostatnich projektów jest sprowadzenie
wystawy Siedem twarzy Sergiusza
Piaseckiego do Londynu.
POST SCRIPTUM
80
Co najbardziej fascynuje Cię w postaci
Sergiusza Piaseckiego?
Myślę, że jest to jego autentyczność.
Piasecki nie był „pisarzem zza biurka”,
lecz człowiekiem, który żył na
granicy światów: przemytnikiem, wywiadowcą,
więźniem, a później emigracyjnym
twórcą. Jego życie to symbol
losów XX-wiecznej Polski, rozdartej
między Wschodem a Zachodem,
Rosją a Niemcami. To postać, która
pokazuje, że historia nie jest abstrakcją
– ona ma twarz, emocje i dramat.
Dla mnie to jeden z najważniejszych
świadków swojej epoki – człowiek,
który nie tylko ją przeżył, ale miał odwagę
ją opisać.
Mówi się, że Sergiusz Piasecki miał
tak niezwykły i barwny życiorys, że
aż trudno uwierzyć, że opisuje życie
tylko jednej osoby. Który fragment
jego biografii mógłby posłużyć według
Ciebie za kanwę filmowego
scenariusza?
Bez wątpienia jego działalność szmuglerska
i wywiadowcza na Kresach
oraz dramatyczny moment skazania
na karę śmierci, zamienionej następnie
na wieloletnie więzienie. To
historia pełna napięcia: pogranicze,
tajne operacje, zdrady, walka o przetrwanie.
A potem – pisanie powieści
w celi. To gotowy scenariusz na film
o międzynarodowym potencjale, łączący
thriller, dramat psychologiczny
i historię.
Sergiusz Piasecki w swoim niezwykle
fascynującym życiu spotkał wielu
wybitnych Polaków, o których
teraz młodzież uczy się w szkole.
Wiemy, że po uwolnieniu z więzienia
w 1937 roku autor udał się do
Zakopanego, by podreperować zrujnowane
zdrowie. Tam spotkał między
innymi Witkacego, którego życiorys
także nadaje się na scenariusz
filmowy. Nieco wcześniej szczęśliwy
los zetknął Piaseckiego z Melchiorem
Wańkowiczem, dzięki któremu
mógł zaistnieć w świecie literatury.
Sam Piasecki zaś prawdopodobnie
był szczęśliwym losem dla Józefa
Mackiewicza, pisarza i dziennikarza,
skazanego przez wileński sąd Armii
Krajowej na śmierć pod pretekstem
kolaboracji z Niemcami. Piasecki
81
POST SCRIPTUM
w tym przypadku miał wątpliwości
co do słuszności oskarżenia i wyroku
nie wykonał. Mackiewicz przeżył,
a nieco później wyrok uchylono. Jak
myślisz, co spina biografie tych słynnych
Polaków?
Jeśli chodzi o Wańkowicza i Mackiewicza,
to z Piaseckim łączy ich bezkompromisowość
i odwaga w mówieniu
prawdy, aczkolwiek relacje
Piaseckiego z każdym z nich mają
wyjątkowy wymiar. Jak wiemy, to
właśnie Melchior Wańkowicz odkrył
Sergiusza Piaseckiego jako autora.
Dostrzegł jego talent w tekstach pisanych
w więzieniu, docenił jego
kunszt i autentyczność. Zachęcał go
do pisania, wspierał publikacje i pomagał
wejść do świata literackiego.
Co więcej – zabiegał o jego wcześniejsze
zwolnienie z więzienia.
Portrety Sergiusza Piaseckiego zostały wykonane przez Stanisława Ignacego Witkiewicza
(Witkacego) w 1939 roku podczas pobytu obu twórców
w Zakopanem (domeny publiczna)
Z kolei z Józefem Mackiewiczem Piaseckiego
łączyła głęboka wspólnota
doświadczenia i myślenia. Obaj byli
ludźmi Kresów, świadkami brutalności
systemu sowieckiego i jego wpływu
na człowieka. Łączyła ich bezkompromisowa
postawa antykomunistyczna
i wierność prawdzie („tylko
prawda jest ciekawa”), sprzeciw wobec
propagandy i manipulacji, a także
doświadczenie emigracji i marginalizacji
oraz przekonanie, że literatura
powinna być świadectwem rzeczywistości.
Ich twórczość to nie tylko literatura
– to dokument epoki i moralny
sprzeciw wobec totalitaryzmu.
Czy jesteś wielbicielką twórczości
Piaseckiego?
Tak, szczególnie cenię jego książkę
Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy.
To powieść niezwykle sugestywna,
pełna napięcia i autentyczności, czytelnik
niemal czuje świat pogranicza.
Równie ważne są dla mnie Zapiski
oficera Armii Czerwonej. To wybitna
satyra na system sowiecki i homo
sovieticus – człowieka ukształtowanego
przez propagandę i ideologię.
Piasecki obnaża mechanizmy zniewolenia,
kompromisu i moralnego
upadku systemu.
Co istotne, książki Piaseckiego były
publikowane i czytane także za granicą
– funkcjonowały w obiegu emigracyjnym,
poza cenzurą, trafiając
do międzynarodowego środowiska
literackiego. Wierzę, że Piasecki jest
postacią, która nie powinna zostać
zapomniana przez współczesnych
Polaków. Dlatego tak bardzo cieszy
mnie decyzja Sejmu o ustanowieniu
roku 2026 Rokiem Sergiusza Piaseckiego.
W świetle aktualnej sytuacji
na świecie, w czasie, gdy Rosja prowadzi
pełnoskalową wojnę przeciwko
Ukrainie, proza Piaseckiego nabiera
szczególnego znaczenia. Pomaga
zrozumieć, czym jest rosyjski system
– oparty na propagandzie, przemocy
i strachu.
Co wyróżnia prozę Piaseckiego
wśród dzieł pisarzy, którzy tworzyli
w tym samym okresie?
Realizm, autentyczność i doświadczenie.
Piasecki pisał językiem żywym,
bezpośrednim i niezwykle sugestywnym.
Bywał porównywany do
George’a Orwella – jako autor bez
złudzeń opisujący systemy totalitarne.
Co więcej, jego proza bywa uznawana
za jeszcze bardziej prawdziwą,
ponieważ wynikała z osobistego doświadczenia,
a nie jedynie obserwacji.
W swym Folwarku zwierzęcym
Orwell pisał, jak wiemy, o Sowietach
i ich systemie, używając wyłącznie
fikcji. Można więc zaryzykować
twierdzenie, że Piasecki był bardziej
autentyczny, mówiąc o zbrodniach
i nadużyciach sowieckich, bo zarówno
on sam, jak i jego najbliższe otoczenie
doświadczyli ich na sobie.
Wiadomo, że wyjeżdżając po wojnie
za granicę, Piasecki pozostawił
w Polsce swoją rodzinę. Wiem, że
udało Ci się porozmawiać z synem
pisarza – Władysławem Tomaszewiczem.
Jak potoczyło się jego życie?
Czy utrzymywał kontakt z ojcem?
To jedna z najbardziej poruszających
i dramatycznych historii związanych
z Sergiuszem Piaseckim. Jego syn w
rzeczywistości nie znał swojego ojca.
Ze względu na konieczność konspiracji
i realne zagrożenie Piasecki ukrywał
swoją prawdziwą tożsamość.
Pisał z Anglii listy do rodziny jako
„babcia Stefania”. Syn był przekonany,
że jego ojciec zaginął podczas
wojny. Dopiero pod koniec lat 80.,
gdy Piasecki już nie żył, syn poznał
prawdę. Dzięki zapiskom matki Władysław
odkrył, że „babcia Stefania”
była w rzeczywistości jego ojcem.
Był to dla niego ogromny szok, choć
przez minione lata przeczuwał, że
coś się nie zgadza. Postać ojca była
owiana tajemnicą, a jego książki niedostępne
– funkcjonowały jedynie
w drugim obiegu. Komuniści zakazali
publikowania i czytania jego twórczości.
Syn nosił inne nazwisko niż
jego ojciec – celowo, by chronić go
przed represjami. Piasecki przez całe
życie pozostawał w ukryciu: zmieniał
adresy, nazwiska, nie ujawniał się,
unikał szerokich środowisk emigracyjnych.
Londyn był przesiąknięty
agenturą komunistyczną, a on – jako
były wywiadowca – był poszukiwany
przez polskie i sowieckie władze. Żył
więc nie tylko na emigracji, ale też
w ciągłym zagrożeniu. To dramat
człowieka, który musiał w pewnym
sensie wyrzec się roli ojca, aby chronić
rodzinę.
Chociaż Piasecki większość swojego
powojennego życia spędził
w Anglii, nigdy nie nauczył się języka
angielskiego. Wyobrażam sobie,
że nie sprzyjało to procesowi jego
adaptacji do nowego miejsca. Jak
wyglądało emigracyjne życie Sergiusza
Piaseckiego?
Skromne, samotne i pełne niepokoju.
Wielka Brytania była schronieniem,
ale nie domem. Jego twórczość była
formą walki o prawdę – publikowaną
poza cenzurą. Miał ograniczoną liczbę
zaufanych przyjaciół, na pewno
nie chodził na rauty i przyjęcia. Był
bardzo skryty.
Czy fani jego twórczości mogliby
udać się na wycieczkę śladami swego
mistrza?
Tak – od Kresów, przez Wilno, po
Wielką Brytanię. To ogromny potencjał
w zakresie edukacji i projektów
historycznych.
Czy Sergiusz Piasecki był niedocenionym
geniuszem?
Zdecydowanie tak. Przez lata marginalizowany,
dziś odkrywany na nowo
– także w kontekście porównań do
George’a Orwella.
Jak już wspomniałaś, Sejm ustanowił
rok 2026 Rokiem Sergiusza Piaseckiego.
W związku z tym w przestrzeni
publicznej pojawia się wiele
inicjatyw, które z pewnością prze-
82
POST SCRIPTUM
Za zdjęciu
Iwona Golińska
i pisarka Anna Rozenberg
podczas III Autorskich Targów
Książki w Londynie
Fot. Justyna Prabucka
Piasecki nie był „pisarzem zza biurka”,
lecz człowiekiem, który żył na granicy światów:
przemytnikiem, wywiadowcą, więźniem,
a później emigracyjnym twórcą
łożą się na wzrost zainteresowania
twórczością autora. Co jeszcze możemy
zrobić, by przypomnieć rodakom
o tym nietuzinkowym Polaku?
Możemy organizować wydarzenia
i wystawy, opowiadając o jego postaci;
rozwijać różne projekty związane
z Piaseckim, a także popularyzować
jego książki i edukować młodzież.
Powinniśmy również promować jego
twórczość międzynarodowo – także
w środowisku brytyjskim. Jako założycielka
Polish Sue Association – stowarzyszenia
założonego ku pamięci
Sue Ryder, którego celem jest szerzenie
wiedzy historycznej wśród Polaków
na Wyspach, umacnianie relacji
polsko-brytyjskich, ale także przypominanie
o powojennych historiach
83
POST SCRIPTUM
Polaków w UK – zamierzam podjąć
się tego wyzwania.
Dlaczego ponowne odkrycie twórczości
Sergiusza Piaseckiego jest aktualnie
tak ważne?
Ponieważ dziś to znacznie więcej niż
literatura. To ostrzeżenie. Systemy
totalitarne – takie jak system sowiecki
– są jednym z największych
zagrożeń dla świata. Opierają się na
propagandzie, kłamstwie i przemocy.
Niszczą człowieka, jego wolność
i zdolność myślenia. Piasecki pokazał
to od środka. Pokazał, czym są sterowanie
odgórne, homo sovieticus i jak
wygląda upadek społeczeństwa. Co
najważniejsze – te mechanizmy nadal
funkcjonują. Współczesna młodzież
musi to zrozumieć. Literatura
Piaseckiego jest bezcenna, ponieważ
jest świadectwem prawdy.
Według mnie przesłanie jest jasne:
musimy zachować pamięć o takich
postaciach jak Sergiusz Piasecki.
Temu celowi powinny służyć edukacja
historyczna (czytanie literatury
i oglądanie filmów), a także organizowanie
wydarzeń kulturalnych
(wystaw, dyskusji, odczytów). Zrozumienie
zagrożeń płynących ze strony
Rosji jest naszą najważniejszą linią
obrony przed powrotem historii. [AJ]
Rozmawiała
ADA JOHNSON
WSPÓŁCZESNA SZTUKA POLSKA
Co widzę, kiedy myślę: polska sztuka?
Przede wszystkim przypomina
mi się to, o czym uczyła mnie polonistka
w liceum: malarstwo Matejki, mazurki
Chopina, sonety Mickiewicza, opery
Moniuszki, rysunki Kossaka, pomniki stojące
w centralnych miejscach miast.
Co czuję, kiedy myślę: polska sztuka?
Smutek. Ale nie dlatego, że polska sztuka
jest zła, bo nie jest. Jest wspaniała.
Ale wszystko (albo prawie), co oglądam,
słucham lub czytam, wiąże się z naszym
narodowym cierpieniem. Bardzo mało
jest radości, komedii, muzyki tanecznej,
śmiechu czy kolorów, za to dużo twórczości
przeciwko: polityce, wojnie, inności
i zastanej rzeczywistości.
Mam też nieodparte wrażenie, że wszystko
musi być nacechowane albo wielką
miłością i tęsknotą, albo mesjanizmem
i bohaterstwem, albo cierpieniem i poświęceniem.
Wszystko musi być wielkie,
jedyne, romantyczne, poetyckie, egzaltowane.
Wykonane przez artystę, który
skończył największe uniwersytety, pobierając
nauki od największych mistrzów,
i najlepiej, aby przymierał głodem i żył w
skrajnych warunkach bytowych, bo kiedy
zarabia na swoich dziełach, to już nie
ma prawa nazywać się artystą. Twórcy
powinni wypełniać swoje dzieła nienawistną
miłością, ronić nad nimi bolesne
łzy radości, proces kreacji przypłacać
śmiercią pełną życia i życiem przepełnionym
śmiercią. W dodatku sztuka ma
być miła i ładna dla oka i ucha, wszyscy
powinni o niej mówić, ale absolutnie nie
w kategorii skandalu. Wszystko musi być,
oczywiście, spójne w swoim wyrazie. Ironizuję?
Bynajmniej!
Niezwykłą trudność sprawia mi czytanie
o polskiej sztuce. Bardzo rzadko mogę
trafić na artykuł, felieton czy opis wystawy,
który w pełni rozumiem. Mam
wrażenie, że teksty umyślnie napisane
są skomplikowanym językiem, by z potoku
wyrażeń i zdań przeciętnie inteligentny
człowiek mógł zrozumieć jak
najmniej. Od kiedy interesuję się polską
sztuką współczesną i pragnę poznawać
dzieła artystów – nie poprzestając jedynie
na patrzeniu na prace, ale i chcąc
przeczytać o inspiracjach, doświadczeniach
i punktach zwrotnych w ich życiorysach
– ciągle trafiam na przeintelektualizowany
bełkot. Jakby użycie prostszych
środków stylistycznych uwłaczało ich autorom.
Jakby bali się, że zrozumienie tego, co
chcą przekazać, odebrało im tajemniczość
i niedostępność. Jakby traktowali swoich
odbiorców jak idiotów i okazywali
im swoją wyższość i pogardę, mówiąc:
„I tak tego nie zrozumiecie!”. Polską sztukę
rozumiem dopiero z perspektywy emigracji.
Kiedy trafiam na polskiego artystę
w jakiejś europejskiej galerii i czytam opis
dzieła po angielsku, myślę: nie można
było tak od razu? Prosto i komunikatywnie
dla odbiorcy?
Rozumiem oczywiście, że nie wszystko
odbieram jednakowo, że część prac artystycznych
nie jest skierowana do mnie.
Nie wszystko musi mi się podobać i nie
wszystko muszę rozumieć. Ale skoro jako
dziecko pojmowałam, co mówi do mnie
z ekranu telewizora i co rysuje profesor
Wiktor Zin w programie Piórkiem i węglem,
to dlaczego jako dojrzała kobieta
po przeczytaniu fury książek o sztuce
i wizytach w dziesiątkach galerii nie wiem,
co kurator wystawy chce przekazać we
fragmencie, „wystawa koncentruje się na
tym, jak artyści definiują rolę społeczną,
jak określają swoje powinności wobec widza
oraz negocjują relacje z instytucjami.
[Wystawa] to przegląd sposobów widzenia
i postrzegania, pożądania, bycia razem
i bycia samemu, rozumienia rzeczywistości,
relacji do przeszłości i przyszłości.
Wystawa dotyczy zarówno przestrzeni
prywatnej artystów, budowania relacji
z obiektami codziennego użytku czy architekturą,
jak i – wciąż niepoddanego – terytorium
zmiany społecznej, prób modyfikacji
świata za pomocą narzędzi sztuki”.
Można by przypuszczać, że nie gustuję
w polskiej sztuce, ale to nieprawda. Postrzegam
ją jednak w sposób wymykający
się tradycyjnemu jej pojmowaniu,
bo widzę ją absolutnie wszędzie. Sztukę,
nie tylko użytkową, dostrzegam zarówno
w przestrzeni publicznej, jak i sakralnej
oraz prywatnej. Przyozdabia miejskie
parki i place zabaw, wnętrza świątyń,
fasady domów i przydomowe ogródki,
podwórkowe dziedzińce w otoczeniu
kamienic i wnętrza kawiarń. Przyglądam
się jej w hotelach, karczmach i na malutkich
ulicznych skwerkach. Towarzyszy
historycznym widowiskom, festynom
i jarmarkom. Walczy o swoje miejsce
z chińszczyzną w przemyśle pamiątkarskim.
Widać ją we wszystkich gatunkach
sztuki i rękodzieła. Obejmuje malarstwo
ścienne i sztalugowe, rzeźbę – zarówno
tę monumentalno-pomnikową, jak i gabinetową;
meblarstwo, tkactwo, drobną
architekturę, haft i biżuterię. Ten rodzaj
sztuki wymyka się instytucjom. Dosięga
ją lekceważenie, drwina i biadanie nad
polskim bezguściem ze strony wszelakiej
maści muzeów, galerii, krytyków, historyków
i ekspertów. Ale ona jest, istnieje,
funkcjonuje i ma się znakomicie za
sprawą internetu, poradnikowych forów
i portali społecznościowych. Oraz zwykłych
ludzi, którym jest potrzebna.
Wszyscy ważni ludzie sztuki powinni wyzbyć
się swojego protekcjonalnego tonu,
kiedy mówią o „innym świecie sztuki”,
i lekceważącego podejścia do wszelakich
eksponatów powstających w pozainstytucjonalnych
obiegach i przyznać, że
on również istnieje. Powstaje za sprawą
autentycznych działań wynikających
z potrzeby serca, uznania i docenienia. Że
nie wpisuje się w gusta muzealników? No
cóż, tacy my Polacy jesteśmy i takie mamy
poczucie estetyki. I to także wasza – drodzy
eksperci i krytycy – wina. Bo zamiast
wyśmiewać i strofować, może należałoby
więcej zapraszać do współpracy i edukować
bez narzucanego odgórnie intelektualnego
bełkotu i z odrobiną szacunku.
Polska sztuka współczesna może być
nie tylko odzwierciedleniem aktualnych
problemów i zjawisk, ale także aktywnym
dialogiem z historią i tradycją tworzącą
unikalną mozaikę artystycznych
głosów. [RW]
RÓŻA WIGELAND
Zacytowany fragment pochodzi z opisu wystawy
„Co widać. Polska sztuka dzisiaj” w 2014 roku
w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.
Felieton pochodzi z książki Trójgłos, która miała swoją premierę na Autorskich Targach Książki w Londynie
w marcu 2026 roku. Pozostali współautorzy Trójgłosu: Natalia Sobiecka i Andrzej Smoleń.
POST SCRIPTUM
84
Krzysztof T. Dąbrowski
GANGSTERSKIE POGADUCHY
Al Ciapone i Mleczny Miki spotkali się na neutralnym
gruncie, w pubie „Pod Ciaputkiem”, by
pogadać o ostatnich porachunkach między ich
rodzinami.
W pewnym momencie Al, który z natury jest
trochę zboczony, jak zwykle zboczył z tematu:
– Miki, ty mi powiedz, czemu ty zawsze mleko
pijesz?
– Nie uwierzysz, ja nadal mam mleczne zęby.
– Coś mi tu śmierdzi…
Miki pociągnął nosem.
– Nic nie czuję.
– Chodzi mi o to, że chyba kręcisz – wyjaśnił Ciapone
i łyknął piwa.
Miki zakręcił doczepianym blond warkoczem
i odparł:
– Dobra, masz mnie. Tak naprawdę piję mleko,
bo zamierzam być wielki. Kiedyś, jak już dorosnę,
chcę dostać Nagrodę Nobla.
JAK MY SIĘ DOBRZE ROZUMIEMY!
Burek podbiegł do pracującego przy komputerze
pana i wskoczył mu na kolana.
– Śniłem koszmar o kocie sąsiadki – zaskamlał,
a ludź współczująco pogłaskał go po łepku.
Pomogło, uspokoił się trochę.
– Kupisz mi nowy album Snoop Doga? – zaszczekał.
– Kompletnie cię nie rozumiem – odparł człowiek
i kupił nowego Snoop Doga.
Burek był zachwycony tym, że tak dobrze się rozumieją,
więc zaproponował:
– Obejrzyjmy psy.
– Nie mogę się skupić przez to szczekanie. Ale skoro
robimy przerwę, to mam propozycję. Obejrzyjmy
sobie film.
I obejrzeli wszystkie części Psów.
Niestety, psy w nich nie grały…
Burek uznał, że powinien zostać reżyserem i nakręcić
Psy IV: Co ty wiesz o szczekaniu?.
KULINARNE ROZMOWY PSÓW
Spotkali się na trawniku Burek z Azorkiem.
– Ty wiesz, że ludzie grają kostkami w kości? – zagaił Burek.
– A niech mnie koty biją! Jak można grać jedzeniem? Czy oni pogłupieli?!
– Ja ci powiem lepszy numer, ludzie nas jedzą.
– Jak to? – Azorek był bliski omdlenia.
– No, hot dogi z nas robią.
– To dlatego nie odmawia mi żadnych przysmaków.
– Kto? – zapytał Burek.
– No, mój pan. Widocznie chce mnie utuczyć, żeby mieć potem więcej mięsa…
– Azorek, do nogi! – Na arenie wydarzeń pojawił się azorkowy ludź.
Spanikowany pies zawył wniebogłosy i uciekł.
Za to Burek tarzał się po trawniku, taki miał ubaw.
Naiwny Azorek znowu dał się wkręcić.
85
POST SCRIPTUM
JUŻ JUTRO...
Drabble to forma mikropowieści,
czyli bardzo krótkiego
opowiadania fikcyjnego
(szczególnie popularnego
w fandomach science-fiction i fanfiction),
które tradycyjnie ma dokładnie
100 słów (czasem z tytułem)
i musi zawierać kompletne: początek,
środek i koniec, tworząc mini
historię. Nazwa wywodzi się z żartu
z lat 80. XX wieku, stworzonego
na podstawie gry z programu Monty
Pythona, gdzie uczestnicy mieli
napisać powieść, ale ostatecznie
ograniczono to do 100 słów.
Do sali tronowej wpadł zziajany służący.
Nie ośmielając się podnieść wzroku na władcę, natychmiast
padł na kolana i pokornie zwiesił głowę,
której miał nadzieję nie stracić po tym, co mu zaraz
powie.
– Panie, wybaczcie, ale przynoszę niecierpiące
zwłoki wieści.
– Mówcie. – Basowy głos władcy rozniósł się echem
po sali.
– Już jutro na Netflixie będzie Wiedźmin.
– Możesz odejść.
– Tak, panie. – Nie podnosząc głowy i nie odwracając
się doń plecami, służący pospiesznie wycofywał
się ku drzwiom.
– Wyjdźcie wszyscy – zarządził władca.
Rozległy się zdziwione szmery, ale już po chwili król
został sam.
Kim jest ów Wiedźmin? – dumał zaniepokojony. –
A ten cały Netflix, czy on ma ostre kły?
KWIKUŚ NIE ROZUMIE
Kwikuś nie potrafił zrozumieć okrucieństwa
świata, w którym przyszło mu żyć.
Widział kiedyś w naściennym prostokącie,
przez otwór w ludzkiej siedzibie, coś, co
nazywało się Muppetami. I w tych Muppetach
była taka jedna – nazywano ją
Świnką Piggy – i nie mógł oderwać od niej
spojrzenia.
Marzył później, że też odniesie sukces
i stanie się takim amantem, że pojawi się
w tych całych Muppetach i zdobędzie jej
serce.
Mijały lata i nic z tych marzeń nie wynikało.
Nie dość, że wciąż tkwił w chlewiku, to
jeszcze chodziły plotki, że będzie następny
do zjedzenia przez ludzi. Wszak zniknęli
już Chrumkuś i Pinkuś z rodziną…
D R A B B L E
POST SCRIPTUM
86
RC87
POST SCRIPTUM
POST SCRIPTUM
88
S I Ó D M E W Y M I E R A N I E
Rycerz Cnoty
i inne patologie
Ale skąd się to w nas bierze, że będąc dorosłymi, w miarę
świadomymi osobnikami homo sapiens tak lubujemy się zajmować
rycerzowaniem. Że tak wysoko cenimy tego rodzaju
formy marnowania czasu, sił witalnych i energii, skoro…
…skoro nasza wiedza zaczyna się… i kończy na tym, że się
urodziliśmy. Nie wiemy, dlaczego tu – na Ziemi – jesteśmy
(nie mylić wiedzy z wiarą). Niezbyt dużo wiemy o wszystkim,
co nas otacza. Niewiele wiemy o nas samych. Nie wiemy,
co się z nami dzieje po śmierci (tutaj również proszę
nie mylić wiedzy z wiarą).
Za to wiemy, że mkniemy z prędkością circa about
Pierwsza z głównych zasad – nigdy nie walczyć z pokusami.
Bo to osłabia. Pokusa taka zjawia się nagle,
licząc na walkę z naszym wewnętrznym Rycerzem
Cnoty. Naniosła (ta pokusa, że niby) oręża, wyćwiczyła
wprzódy pokusowe muskuły… a tu nic. Żadnej walki. Pełne
poddanie się pokusie, która, zdezorientowana, po kilku
próbach dzióbania Rycerza Cnoty odchodzi jak niepyszna
w stronę słabszych charakterów. Tych, które w swoim
braku rozsądku wystawiają do walki albo świeżutkiego,
odzianego w niemalże dziewiczą jeszcze, nietkniętą dotąd
szpikulcem pokusy zbrojkę Rycerzyka Cnotki albo pokancerowanego
i połatanego w wielokrotnych potyczkach
i regularnych bitwach wewnętrznego Rycerza Cnoty, co to
namęczy się i nazużywa energii właściciela, napsuje mu
krwi (a czasem i ubabra w brązach), a pokusa i tak wkrótce
się oddali. Albowiem pokusa zazwyczaj w dupie ma swoją
(za)wartość, bo ona żywi się wyłącznie walką. Taka ona
jest, ta pokusa. Nieuleganie pokusom osłabia charakter.
Ideałem jest ulegnięcie pokusie, zanim jeszcze ona się
zjawi, ale to już wyższa szkoła kształtowania charakteru.
A tak, lekko tylko podziabany Rycerz Cnoty podnosi się
z pozycji leżącej, delikatnym papierem ściernym przeszlifowuje
dzióbnięcia, poleruje zbroję na wysoki połysk
pastą polerską do zbrój, po czym woskuje i jak nowiutki –
w błyszczącą jakoby prosto od płatnerza niemalże zbroję
odziany – na powrót staje na straży charakteru. Do czasu,
aż na horyzoncie zamajaczy kolejna pokusa. Bardziej
doświadczony Rycerz Cnoty leży już wtedy, podziabawszy
się uprzednio samodzielnie, żeby wytrącić pokusie
ostatnią możliwość zrobienia sobie dobrze, choćby tylko
samym dzióbaniem. Może być, że wtedy taka skonsternowana
pokusa nie zbliży się nawet, co by czasu swojego
cennego na niewalkę nie tracić.
Żródła:
89
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ruch_obrotowy_Ziemi
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ruch_obiegowy_Ziemi
https://pl.wikipedia.org/wiki/Droga_Mleczna
https://pl.wikipedia.org/wiki/Wielki_Atraktor
https://www.nasa.gov/news-release/nasa-scientists-detectcosmic-dark-flow-across-billions-of-light-years/
POST SCRIPTUM
6 600 000 km/h 1 , tak, tak – sześć milionów sześćset tysięcy
kilometrów na godzinę!
przez coś niewyobrażalnego, co nazywamy Wszechświatem,
zawierającym co najmniej 2 biliony galaktyk, żyjąc
na dalekich obrzeżach Drogi Mlecznej – „naszej” galaktyki
zawierającej około 250 miliardów gwiazd i około 100 miliardów
planet, z czego, szacunkowo, 300 milionów planet
(tylko w naszej galaktyce!) mogło wytworzyć warunki
sprzyjające powstaniu życia…
… a oglądamy w telewizji jakiś serial albo dajemy się wciągać
smartfonom, portalom społecznościowym czy w jeszcze
inny sposób marnujemy czas i życie.
Wiem, wiem, wielu powie – ależ to dopiero po śmierci
zacznie się nowe, najlepsze we Wszechświecie, a ponadto
– wieczne – życie. Ale proponuję, na potrzeby tej jednej,
jedynej chwili, zrobić czysto teoretyczny eksperyment
myślowy i założyć (tylko na kilka minut), że jednak istnienie
nasze kończy się z chwilą śmierci, że później nie ma już nic.
Czy mając taką świadomość, nadal – z aż taką konsekwencją,
uporem i determinacją – trwonilibyśmy podarowany
nam czas, pozwalając, aby przeciekał między palcami?
A jeśli nawet wierzymy w cokolwiek – czy sposób i kierunek,
w jakim podążamy, marnotrawiąc kolejne godziny,
miesiące i lata, ma sens? [BJ]
BO JAROSZEK
1 1080 km/h prędkość wynikająca z ruchu obrotowego Ziemi na szerokości
geograficznej Bielska-Białej,
107220 km/h prędkość wynikająca z ruchu Ziemi wokół Słońca. Obydwie powyższe
wartości obliczyłem w felietonie Czas to pieniądz w Post Scriptum 4/2024,
791700 km/h prędkość Układu Słonecznego wokół centrum naszej galaktyki – Drogi Mlecznej,
2100000 km/h prędkość Drogi Mlecznej w kierunku Wielkiego Atraktora – olbrzymiego
skupiska galaktyk,
3600000 km/h prędkość, z którą cały nasz region Wszechświata, włączając Wielki Atraktor,
porusza się w kierunku czegoś znajdującego się poza granicami obserwowalne
go Wszechświata,
______________
6600000 km/h sześć milionów sześćset tysięcy kilometrów na godzinę.
Obraz: Bea Stoszek
Nasza wiedza
zaczyna się…
i kończy
na tym,
że się urodziliśmy
POST SCRIPTUM
90
Terroryści
R O B E R T
K N A P I K
„A może pani jest po prostu wesołą osobą?” – pyta
moja psychiatrka. Międlę w sobie to pytanie przez kolejne
tygodnie. Czy osoba z depresją może być wesołą
osobą? Czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach może być
wesołą osobą?
Czasem myślę, że niedługo musi się wydać: ktoś się
w końcu zorientuje, że wymyśliłam to wszystko, by zamaskować
swoje lenistwo i móc bezkarnie godzinami
oglądać seriale w wannie. Czekam, aż ZUS przyśle do
mnie kontrolera, który każe mi oddać pieniądze za dwa
tygodnie psychiatrycznego zwolnienia wraz z karnymi
odsetkami, a potem postawi przy moim nazwisku
gwiazdkę, żeby już nikt nie dał się oszukać tej symulantce.
Pół biedy, jeśli widzę sceptyczne spojrzenia
cywilów. Gorzej, że coraz częściej wyczuwam nutkę
podejrzliwości w głosie znajomych o dłuższym stażu
psychiatrycznym. Jeszcze gorzej, gdy ta podejrzliwość
podszyta jest niemal niewyczuwalną pretensją. Serio,
czy nawet bycie w depresji udało mi się spierdolić?
Z książki Jak płakać w miejscach publicznych Emilii
Dłużewskiej
23 lutego obchodzimy Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją.
Niestety to taki jeden dzień w roku, a z tego, co mi
wiadomo, ludzie chorują na depresję nierzadko przez dłuższą
część swojego życia. Oprócz tego irytuje mnie nazwa
i zawarta w niej walka. Z czym tu walczyć? Dlaczego inne
dni poświęcone różnym chorobom nie zawierają słowa
„walka”? Z jakiego powodu ta militarna ornamentyka
przykleiła się szczególnie do depresji? Kolejne poradniki,
których reklamy czasem przewijam na Facebooku – „Jak
pokonać depresję?”, „Jak pokonać ten straszny smutek?”–
tylko to wzmacniają. A przecież depresja to wcale nie jest
smutek. Kiedy wreszcie odejdziemy od czarno-białego
pojmowania chorób psychicznych, etykietek, łatek co rusz
przyczepianych jak cenówki na używane dżinsy?
91
POST SCRIPTUM
Powolutku, co prawda opornie i z problemami, ale jednak
rusza psychoedukacja, nowy przedmiot szkolny „edukacja
zdrowotna”, z segmentem o zdrowiu psychicznym.
Więcej się mówi o zdrowiu psychicznym, zdejmujemy
z tego tematu niezdrowe szukanie sensacji. Mentalność
ludzka nie zmienia się jednak tak szybko, wciąż w niektórych
kręgach psychika to nadal bezkresny ocean tajemnicy,
a częściej poletko do szukania różnej maści absurdów.
Gdy boli mnie gardło, mam gorączkę, boli mnie brzuch,
zwyczajnie idę do lekarza. Z zaburzeniami nastroju już
nie jest tak prosto. Może gorszy dzień to wymówka,
a może to tylko poprzewracało się coś w głowie i wystarczy
trochę dyscypliny i mniej stękania. Irytuje mnie
ogromnie demonizowanie, a zarazem ośmieszanie chorób
psychicznych. Sam jako osoba lecząca się psychiatrycznie
doświadczyłem na sobie tego, czym właściwie
jest stygmatyzacja, jak utrwalone prymitywne myślenie
szkodzi w leczeniu, a jednocześnie dzieli ludzi na tych
zdrowych i właściwych oraz chorych, dziwnych i w zasadzie,
tak to rozumiem, szukających dziury w całym.
W ostatnich latach wyraźnie wzrosła obecność w debacie
publicznej wątków dotyczących szeroko pojmowanego
zdrowia psychicznego. Coraz częściej usłyszymy
o tym w radiu czy telewizji, poczytamy na łamach różnych
gazet. Przyczyniła się do tego z pewnością pandemia,
a szczególnie czas postpandemiczny, otworzyła się
puszka Pandory, rozlały się na społeczeństwo różnego rodzaju
lęki, fobie, zaburzenia depresyjne, zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne
itp. Więcej też jest publikacji aktualizujących
wiedzę dotyczącą psychiatrii czy świadomości
w sferze zaburzeń psychicznych. I ta wiedza nie jest specjalnie
miła. Psychiatria dziecięca jest w zapaści, w ogóle
psychiatria ze wszystkich działów medycyny była często
traktowana po macoszemu. Oddziały, jednostki szpitalne,
poradnie to często miejsca zapomniane, od lat nieremontowane,
przypominające czasy słusznie minione.
O tym, jak również o leczeniu, szerzeniu świadomości
traktują publikacje, spośród których starałem się wybrać
coś cennego. W wielu z nich powtarzają się podobne
wątki, dlatego nie chciałem zakręcać koła i po raz kolejny
pisać o tym samym.
Anna Kiedrzynek, Choroba
idzie ze mną. O psychiatrii
poza szpitalem, Wydawnictwo
Poznańskie, Poznań 2023
Emilia Dłużewska,
Jak płakać w miejscach
publicznych, Wydawnictwo
Znak, Kraków 2023
Dużo, i to moim zdaniem dobrze, mówi się o psychiatrii
środowiskowej. W mniejszych miastach powstają kolejne
Centra Zdrowia Psychicznego, które oferują kompleksową
pomoc w zakresie ochrony zdrowia psychicznego.
O tym w dużej mierze, ale również o samych chorujących,
traktuje reportaż Anny Kiedrzynek Choroba idzie
ze mną. O psychiatrii poza szpitalem. Nie boję się tego
powiedzieć – ta pozycja zmienia perspektywę myślenia,
pokazuje inne oblicze ludzi zmagających się z zaburzeniami
psychicznymi poza terenem szpitala. Miejmy świadomość,
że pobyt na oddziale to tylko niewielki fragment
z życia osoby w kryzysie psychicznym. Kiedrzynek pisze
z wielką wrażliwością, stara się zrozumieć odium związane
z chorującymi na schizofrenię, depresję, demencję,
zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, CHAD. Niektórzy zarzucają
autorce, że faworyzuje w książce osoby chorujące
na schizofrenię – jest w tym trochę racji. Dzieje się tak
być może z prostego powodu, iż zwyczajnie chorowanie
na schizofrenię jest w większym stopniu owiane różnymi
mitami, szkodliwymi stereotypami, a na obnażeniu
tych mitów autorce chyba szczególnie zależało. W zasadzie
najbardziej pokochałem tę publikację właśnie za
to, iż przewodnimi motywami stają się tu stygmatyzacja
oraz autostygmatyzacja. Dochodzi do niej wtedy, gdy za
punkt ciężkości bierze się nie realny obraz choroby, ale
uprzedzenia, frustracje, obsesje, czarno-biały sposób widzenia.
Co gorsza, sami cierpiący również zakładają sobie
kajdany, traktując te przekazy serio.
Największe wrażenie zrobił na mnie w tym kontekście
przykład dziewczyny chorującej na CHAD (chorobę afektywną
dwubiegunową), która pracowała w Zakładzie Aktywności
Zawodowej. Zrezygnowała z tej pracy, jej zaburzenie
było traktowane bowiem na równi z upośledzeniem
umysłowym. W owym zakładzie pracowały również osoby
z upośledzeniem i chorująca na CHAD nie chciała w tym
zaprzęgu być ustawiana w jednym rzędzie. Niestety jest
to bardzo szkodliwy przykład stygmatyzacji, tzn. osoby
w kryzysie psychicznym często traktuje się jako niespełna
rozumu, nieobliczalne, głupie. Swego czasu sam powtarzałem
jak mantrę, że co prawda choruję na depresję, ale nie
jestem upośledzony – to bardzo ogromna różnica.
Zaraz na początku lektury Anna Kiedrzynek zaznajamia
nas z dwiema osobami chorującymi na schizofrenię.
Pierwsza z nich to człowiek zajmujący się ogrodnictwem,
a druga osoba nie pracuje, jest na rencie. Najważniejsze
jest tutaj uświadomienie tego, że nie ma jednego obrazu
choroby. Komuś nie przeszkadza ona w funkcjonowaniu,
dla drugiego jest wyrocznią, pozbawia sił i celu. Na
wstępnym etapie przygotowań nad tekstem chciałem
go zatytułować Jedna tableteczka. Ogrodnik nie potrzebuje
oprócz tej jednej tabletki w ciągu dnia żadnej innej
formy farmakoterapii. Dzięki niej zapomniał o chorobie.
Kiedrzynek też na jego przykładzie pokazuje, jak łatwo
obraz choroby może przysłonić nam obraz człowieka,
tzn. wiadomość o chorowaniu na schizofrenię spowodowała,
że już nie widzę człowieka, tylko chorobę. Nie
interesują mnie już jego pasje, marzenia, życie codzienne,
pożądam wyłącznie informacji o chorobie, najlepiej
skandalicznych. A wystarczy przecież ta jedna tabletka
i ten człowiek nie chce już myśleć o chorobie.
Społeczeństwo stygmatyzuje. Dużo złego w tej mierze zawdzięczamy
również popkulturze, która rozpowszechnia
jakieś upiorne wizje osób w kryzysie psychicznym. Szacuje
się, że ponad dwa miliony osób w Polsce cierpi na różnego
rodzaju zaburzenia psychiczne, z tego ponad milion
na samą depresję. Ile osób jest niezdiagnozowanych, nie
wiadomo, ale najpewniej dużo. I będzie ich przybywało,
bo kto, myśląc zdroworozsądkowo, chciałby mieć przylepioną
etykietkę „głupi”, „wariat”, „pomylony”. Mało się
mówi o tym, że gdyby była większa sieć wsparcia społecznego,
większa edukacja, to mniej byłoby zachorowań,
a do kryzysów osób już chorujących dochodziłoby
znacznie rzadziej. Proste i zrozumiałe, jednak czarno-białe
widzenie rzeczywistości jest jeszcze prostsze, ale szkodliwe.
Po pierwsze, warto wiedzieć, jaka jest dynamika
konkretnego zaburzenia, po drugie, wsparcie jest również
ogromnie ważne. Nie ma osób zdrowych, są tylko niezdiagnozowani
– to popularne powiedzenie przypisywane
Zygmuntowi Freudowi uświadamia, że należy do siebie
oraz innych mieć dużo zrozumienia.
Sporo zamieszania w zakresie zdrowia psychicznego
w ostatnim czasie poczyniła poetka i pisarka Justyna Bargielska,
również lecząca się na depresję. Założyła ona
POST SCRIPTUM
92
zbiórkę na leczenie. Osoby zajmujące
się pisaniem nie mają na ogół stałego
dochodu, a leczyć się, chodzić
na terapię trzeba. Bargielska część
środków ze zbiórki przekazała innym
osobom w potrzebie, co wywołało
oburzenie niektórych darczyńców,
którzy przekazali środki, mając na
uwadze wyłącznie leczenie samej
Justyny Bargielskiej. Natomiast jak
przekazała pisarka w rozmowie dla
„Angory”, możliwość pomocy innym
osobom pomogła również i jej stanąć
na nogi. Pamiętajmy, że zaburzenia
psychiczne biorą się często z przegniłych
relacji międzyludzkich, które
zamiast wspierać, szkodzą. Depresja
w tym kontekście ma bardzo silne
umocowanie społeczne, bierze się
z tego, co nieuleczone, nienaprawione
w nas samych oraz toksycznych
więzi z innymi ludźmi, dlatego tak
ważne, by wspierać siebie nawzajem.
Choroba może zniekształcać nasze
myślenie o osobie chorującej. Opowieści
zebrane przez Annę Kiedrzynek
pełne są takich refleksji. Choroba
bywa demonizowana, do samego
chorego podchodzi się z podejrzliwością
albo nawet z wrogością. Bywa
i tak, że jest on zwyczajnie traktowany
przez rodzinę jak piąte koło
u wozu. Zachęcam do zapoznania się
z historią Piotra, gdyż jest ona reprezentacją
historii wielu osób mierzących
się z zaburzeniami psychicznymi,
zapomnianymi, zaniedbanymi,
nieskarżącymi się na swój los. Pokazuje,
kim właśnie staje się ten zapomniany
człowiek po wyjściu ze szpitala,
jak potem wygląda jego leczenie,
a przede wszystkim jego relacje z najbliższym
otoczeniem?
Część pozycji poświęconych zdrowiu
psychicznemu zanadto skupia się
na pobycie w szpitalu psychiatrycznym,
a resztę życia osoby w kryzysie
psychicznym pomija, jakby w ogóle
przestała być istotna. Najlepiej, żeby
do pobytu w szpitalu nie dochodziło,
ale do tego potrzebna jest profilaktyka.
Ważna jest farmakoterapia, ale
znowu nie przeceniałbym tak bardzo
jej roli, dlatego że najistotniejsze znaczenie
ma tutaj właściwe odżywianie,
profilaktyka, zdrowy styl życia
i bezpieczne, dające wsparcie relacje
z bliskimi. Jeśli tego zabraknie, żadne
tabletki nie pomogą.
93
POST SCRIPTUM
Inny dla odmiany sposób pisania
o kryzysie psychicznym prezentuje
Emilia Dłużewska w swojej książce
Jak płakać w miejscach publicznych.
Tytuł jest nieco prowokacyjny, ale
chyba miał taki być, jak zresztą treść
całej publikacji. Nie do konca wiem,
jak odbierać tę narrację. Dłużewska
chciała udowodnić, że o depresji
można pisać w sposób żartobliwy.
Czy ta pozycja jest śmieszna? – pozostawiam
do przemyślenia. Autorka
choruje na chorobę afektywną dwubiegunową,
ale w lekkiej postaci,
więc tak na dobrą sprawę łatwo jest
jej żartować. Czy gdyby miała epizody
ciężkiej depresji, myśli samobójcze,
nie dbała o higienę przez miesiące,
tak samo by żartowała? Nie
sądzę. Dlatego ten zabieg, że można
pisać o zaburzeniach psychicznych
na wesoło, jest tutaj nieco cynicznym
wykrętem, być może podkręcającym
sprzedaż, ale dla mnie w rezultacie
śliskim i krótkowzrocznym.
Stwierdzam jednak, że są w tym
zbiorze anegdot, obrazków, memicznych
żartów dobre momenty. Autorka
pisze, że Polska rośnie na traumie
jak pieczarka na gnoju. Jest takich
zdań przynajmniej kilka – i to by było
na tyle. Dłużewska zrobiła ze swojej
choroby kostium, sprowadziła ją do
śmieszności i tym samym spowodowała,
że niektóre fragmenty wydają
się zwyczajnie pretensjonalne i przesadnie
sztuczne. Sytuacje przedstawiane
na potrzeby książki mają być
luźne i kipiące od chwytliwych tekstów.
Momentami są jednak nazbyt
luźne i – że tak powiem – autorka
manewruje od jednej anegdoty do
drugiej, co czyni tę plątaninę wątków
jeszcze bardziej chaotyczną.
Być może jest to jakaś forma autoterapii
okraszonej mniej lub bardziej
trafnymi metaforami. Nie za bardzo
podoba mi się ton prezentowany
w tej niezbyt grubej pozycji. Momentami
opiera się on na zasadzie: każdy
miał rodziców, ktoś wam musiał
podcierać tyłek, jakoś tam żyliście.
A przecież największą istotą literatury
i wszelkich świadectw życia
stworzonego na potrzeby literackie
jest po prostu to, że pokazują osobny,
inny wycinek świata. Znajdziemy tutaj
trochę eksperymentów formalnych,
ale przede wszystkim dużo efekciarstwa
i niepotrzebnego, taniego
ekshibicjonizmu. To swoisty wstęp
do świata osobliwości, podczas gdy
chcemy odchodzić od stygmatyzacji,
szerzyć psychoedukację, mówić na
poważnie o kryzysie psychicznym,
a nie go ośmieszać. W którą stronę
w takim razie idziemy?
Czy to rewolucja? Nie – to raczej powolne
zmiany, ale idące w dobrym
kierunku, o czym zresztą pisze Anna
Kiedrzynek. W ostatnim czasie ponownie
ukazała się proza Olgi Hund
(Psy ras drobnych) traktująca o kryzysie
psychicznym. I to bardzo dobrze,
bo miałem wrażenie, że ta niewielka,
ale jednak mocna pozycja
została trochę zapomniana. Dyskusja
trwa, im więcej głów, osobnych
zdań, tym lepiej, każdy argument
musi wybrzmieć.
Nie brakuje jednak kwestii spornych.
W jakim stopniu rodzina ma uczestniczyć
w leczeniu osoby cierpiącej
na zaburzenia psychiczne? Czy ma
mieć wgląd do dokumentacji? Czy
może ustalać leczenie z lekarzem,
i to jeszcze bez obecności osoby,
o której mowa? O tym też wspomina
Kiedrzynek. To ważne pytania,
wkraczające już na teren moralności/etyki.
Chodzi przecież o to, aby
człowiek w kryzysie psychicznym
odzyskał wolność, miał poczucie stanowienia,
sprawczość, a nie zatracał
się bezwolnie w chorobie. I być może
jesteśmy właśnie takimi terrorystami,
Siostry i Bracia w doświadczeniu,
my w kryzysie psychicznym, szczególnie
w środowiskach dysfunkcyjnych,
gdzie granice nie są przestrzegane.
Dla niektórych zamachem jest to,
gdy człowiek po kryzysie, chce odzyskać
godność, podnosi się, przestaje
dawać się kontrolować. Na ile stajemy
się niebezpieczni dla otoczenia,
gdy wychodzimy nieco ponad normę?
Otoczenie często tego nie rozumie,
bo samo oswoiło ograniczenia
i uznało je za coś zwyczajnego. Jestem
terrorystą, bo mam świadomość
tych ograniczeń i próbuję wyrwać
się z okowów „normalności”.
A wy? [RK]
ROBERT KNAPIK
D
HOCKNEY
w Serpentine Gallery
Dzieła jednego z najwybitniejszych współczesnych
artystów, Davida Hockneya, można zobaczyć
w londyńskiej Serpentine Gallery. Wystawa zatytułowana
A Year in Normandie and Some Other Thoughts
about Painting to w mojej opinii zaproszenie do
świadomego patrzenia na otaczającą nas rzeczywistość.
David Hockney od dekad konsekwentnie pozostaje
wierny jednej idei: malarstwo to nie tylko odtwarzanie
rzeczywistości, lecz także sposób jej intensywniejszego
doświadczania. W londyńskiej odsłonie jego malarstwa
ta myśl nadal wybrzmiewa. Artysta chce przykuć naszą
uwagę zupełnie czymś innym niż dramatyczne wiadomości
czy sensacyjne komunikaty, tak jak robią to współczesne
media. Zamiast spektakularnych tematów proponuje
zwyczajność: spokojny krajobraz i zmieniające się pory
roku. W naszych realiach brzmi to jak akt sprzeciwu przeciwko
nadmiarowi bodźców płynących do nas z ekranów.
Centralnym punktem wystawy jest zaprezentowany po
raz pierwszy monumentalny fryz A Year in Normandie.
Hockney zainspirował się średniowiecznym arcydziełem,
tkaniną z Bayeux. Przejął z niej pomysł, by przedstawić
swoją narrację w formie długiego, panoramicznego
pasa. Zamiast historycznej kroniki stworzył wizualny zapis
roku: od zimy, przez wiosnę i lato, aż po jesień. Dlaczego
wybrał akurat taki temat swojego dzieła? Złożyło
się na to kilka czynników. Obserwuję i poznaję twórczość
Hockneya od wielu lat i nie jest dla mnie zaskoczeniem,
że fascynuje się on otaczającą go naturą. Przeprowadzka
do Normandii również musiała spowodować, że artysta
pokaże nam tamtejszą przyrodę. Istotnym kontekstem
powstania tych prac był także czas pandemii COVID-19.
Same obrazy składające się na A Year in Normandie zostały
namalowane głównie w 2020 roku, w bardzo krótkim,
intensywnym okresie pracy. Mobilność była ograniczona,
a „zatrzymanie” świata pogłębiło artystyczną
koncentrację Hockneya. Zresztą, nie tylko jego. Wiele
książek, badań i pomysłów ma swoją genezę właśnie
w tamtym czasie. Zamiast szukać nowych tematów, twórcy
zanurzali się w jednym miejscu i jednym motywie.
Hockney realizował swoje prace częściowo przy użyciu
technologii cyfrowych (m.in. iPada), a następnie przenosił
je na duże formaty, tworząc monumentalny fryz
o długości kilkudziesięciu metrów. W efekcie wystawa
nie jest przypadkowym zbiorem prac lub obrazów
z różnych okresów twórczości, lecz spójnym projektem.
To zapis osobistego doświadczenia izolacji z 2020 roku
oraz konsekwentnie rozwijanej przez Hockneya idei, że
najprostsze elementy rzeczywistości – czyli w tym przypadku
światło, drzewa, trawa i pory roku w najbliższym
otoczeniu jego domu i pracowni w Normandii – mogą
stać się źródłem sztuki o niezwykłej sile oddziaływania.
Nieprzypadkowe zdaje się też umieszczenie wystawy akurat
w tej galerii sztuki. Po wyjściu na zewnątrz z budynku
w świetle dziennym wzrok naturalnie biegnie do przestrzeni
Kensington Gardens. To, co obejrzałam na płótnach,
znajduje swoje odbicie tuż za ścianą galerii. Granica
między sztuką a rzeczywistością zaczyna się zacierać
i chyba o takie wrażenie chodziło twórcom wystawy.
Podczas oglądania zastanowiło mnie jeszcze jedno. Na
środku umiejscowiono pojedyncze obrazy Hockneya. To
zapewne była część należąca do wystawy Some Other
Thoughts about Painting. Przedstawiały ten sam stół
nakryty obrusem w kratkę, a na nim inny obraz. W niektórych
rozpoznałam charakterystyczny styl malarski
Marka Rothko i Gerharda Richtera. Nie wiem, czy taki
był zamysł, ale w mojej imaginacji powstała wizja malarza
odizolowanego przez pandemię w pracowni w Normandii,
który z samotności zaprasza do stołu innych artystów,
by zjeść z nimi wspólny posiłek. Skoro Hockney
proponuje wielopłaszczyznowe spojrzenie, w którym
czas i przestrzeń się przenikają, tworząc wizualny zapis
doświadczenia, to jego współpraca z innymi artystami
mogła być jak najbardziej możliwa. Z takim odczuciem
opuściłam mury galerii. [RW]
RÓŻA WIGELAND
Wystawę można oglądać w dniach 12.03 – 23.08.2026
w Serpentine Gallery, Kensington Gardens, Londyn.
POST SCRIPTUM
94
r o z m a w i a A G N I E S Z K A H E R M A N
Dom dla poetów z całego świata
PICCOLO Museo della Poesia
Jak narodził się pomysł stworzenia
Piccolo Museo della Poesia – czy był
to efekt jednego konkretnego impulsu,
czy raczej dłuższego procesu
rozwijania koncepcji?
95
POST SCRIPTUM
Małe Muzeum Poezji jest owocem
prawdziwej pasji Massima Silvottiego –
poety, pisarza, filozofa, twórcy performansów.
W bardzo krótkim czasie,
dzięki udziałowi w aukcjach i specjalistycznym
zakupom Massimo zbudował
imponującą kolekcję muzealną
– która w kolejnych latach miała się
znacznie powiększyć – i niemal natychmiast
wynajął mieszkanie na
parterze w historycznym centrum
Piacenzy. Tak, w maju 2014 roku rozpoczęliśmy
naszą fantastyczną przygodę.
Wszystko to zostało osiągnięte
dzięki determinacji, wytrwałości
i ogromnym poświęceniom. Muzeum,
którym dziś kieruje razem ze
mną (dołączyłam niemal od razu),
istnieje dzięki zaangażowaniu wolontariuszy
– wszyscy nimi jesteśmy.
Kto pierwszy wpadł na pomysł stworzenia
muzeum poezji w tak intymnej
i nietypowej formie?
Jak już wspomniałam, twórcą Piccolo
Museo della Poesia był Massimo
Silvotti. W swojej pierwszej odsłonie,
aż do 2020 roku, mieściło się
w mieszkaniu w historycznym centrum
Piacenzy. Dopiero później, gdy
właściciel przestał chcieć je nam wynajmować
i w desperacji zaczęliśmy
prosić o pomoc – mobilizując włoskich
poetów do marszów we Florencji
i Rawennie, miejscach narodzin
i śmierci Dantego Alighieri, najwybitniejszego
poety i ojca języka włoskiego
– wydarzyło się coś niezwykłego.
Biskup miasta użyczył nam pięknego
zdekonsekrowanego Kościoła San
Cristoforo z XVII wieku, ozdobionego
freskami wielkich mistrzów, takich
jak Ferdinando Galli Bibbiena –
prawdziwego klejnotu historii sztuki.
Nie mogliśmy w to uwierzyć!
Dlaczego wybraliście dawny kościół
jako przestrzeń muzealną – co to
miejsce wnosi do doświadczenia
poezji?
Aby go wyposażyć, musieliśmy stworzyć
precyzyjny projekt zgodny z rygorystycznymi
wymogami konserwatorskimi
– wszystko musiało być transparentne,
szklane, nowoczesne i eleganckie,
aby nie zasłaniać wspaniałych fresków.
Fundacje i banki pomogły nam
pokryć te koszty. Tchnęliśmy tu nowe
życie i przywróciliśmy widoczność
miejscu niezwykłemu, które przez
wiele lat pozostawało zamknięte.
Każdy odwiedzający wychodził oczarowany.
Uważam, że muzeum w pełni
oddało sakralność słowa, szanując
jego źródła. Przy wejściu znajdowała
się ogromna instalacja niemieckiej artystki
Antje Stehn – w rodzaju wielkiej
sukni ślubnej symbolizującej nasze
„małżeństwo” z poezją.
Jak wyglądały początki projektu – czy
łatwo było znaleźć wsparcie instytucjonalne,
finansowe lub artystyczne?
Kiedy przenieśliśmy się tam w 2020
roku, w samym środku pandemii
COVID otworzyliśmy sekcję międzynarodową,
której jestem dumną dyrektorką.
Pandemia paradoksalnie
sprzyjała nawiązywaniu kontaktów
między poetami – był to pod tym
względem bardzo płodny okres. Już
po pierwszym otwarciu muzeum
w 2014 roku uzyskaliśmy uznanie
Ministerstwa Kultury jako iinstytucja
unikatowa: najpierw jako jedyne
muzeum poezji we Włoszech,
a następnie w Europie. Od 2020 roku
SABRINA DE CANIO,
współdyrektorka generalna
oraz dyrektorka sekcji międzynarodowej
Piccolo Museo
della Poesia, zajmuje się rozwojem
współpracy międzynarodowej
i organizacją wydarzeń poetyckich.
Współtworzy program
artystyczny, prowadzi festiwale
i spotkania z poetami z różnych
krajów. Jest także poetką i autorką
tekstów prezentowanych
w ramach działalności muzeum.
jesteśmy uznawani za jedyne muzeum
poezji na świecie, z potwierdzeniami
i nagrodami od wybitnych
poetów ze wszystkich kontynentów.
Banki i fundacje zapewniały finansowanie
naszych projektów, a patronat
instytucjonalny przychodził naturalnie.
Od 2020 roku wyróżnia nas także
rozpoczęcie ważnych współprac
z uznanymi współczesnymi artystami
– jak Marco Nereo Rotelli czy
Omar Galliani – oraz z poetami zagranicznymi.
Niestety, po zmianie
kierownictwa u naszych sponsorów
umowa użyczenia nie została przedłużona
i w 2025 roku musieliśmy
opuścić naszą wspaniałą siedzibę,
stając przed niepewną przyszłością.
Jakie były największe wyzwania
związane z przekształceniem dawnej
przestrzeni sakralnej w muzeum?
Po długich zmaganiach i przechowywaniu
cennej kolekcji w pudełkach
w naszych domach, we wrześniu
2025 roku otworzyliśmy nową siedzibę
– w kolejnym zdekonsekrowanym
obiekcie sakralnym z XVIII wie-
POST SCRIPTUM
96
Muzeum Poezji Piccolo
(Piccolo Museo della Poesia)
Muzeum Małej Poezji to
prywatna instytucja działająca
w celach publicznych
od 2014 roku, stanowi
wyjątkowe i unikatowe
miejsce – jest bowiem
pierwszym muzeum poezji
w Europie. W odróżnieniu
od licznych „domów
poezji”, które funkcjonują
jako przestrzenie poświęcone
promocji sztuki
poetyckiej, ta instytucja
przyjmuje wyraźnie muzealny
charakter. Przez
lata muzeum mieściło się
w dawnym, zdekonsekrowanym
Kościele San Cristoforo
w historycznym
centrum Piacenzy.
Zwiedzanie daje możliwość
prześledzenia historii
i ewolucji poezji, szczególnie
włoskiej poezji XX
wieku, reprezentowanej
przez takie nazwiska jak
Ungaretti, Montale, Saba
czy Caproni, z uwzględnieniem
także wcześniejszych
okresów – od Dantego
i Leopardiego, przez Goethego
i Baudelaire’a, aż
po twórczość współczesną.
Piccolo Museo della Poesia
nie jest zamkniętą
przestrzenią, lecz żywym
miejscem otwartym na
różne formy sztuki i literatury.
Znajdują się tu kolekcje
książek, antologii
oraz szczególnie cennych
czasopism literackich,
a także oryginalne listy,
płyty, obrazy i rzeźby, które
czynią to miejsce jedynym
w swoim rodzaju.
97
POST SCRIPTUM
ku na wsi pod Piacenzą, w oratorium
w Zamberto. To niewielkie, choć
cenne miejsce może pomieścić tylko
część zbiorów, a ponieważ znajduje
się poza miastem, wśród pól Niziny
Padańskiej, bez ogrzewania i łazienki,
staliśmy się niejako muzeum wędrownym
– organizujemy wydarzenia,
spotkania autorskie i wystawy
w innych przestrzeniach. Planujemy
też wydarzenia plenerowe przy oratorium,
gdy pozwala na to pogoda.
Największym wyzwaniem pozostaje
znalezienie miejsca zdolnego pomieścić
całą kolekcję – obejmującą rzadkie
książki, niepublikowane teksty,
listy, dzieła sztuki i wiele więcej. Idealnie
byłoby mieć przestrzeń dla setek
osób. W San Cristoforo często mówiliśmy,
że nasze muzeum chce być
domem dla poetów z całego świata –
i wielu z nich gościło u nas. Niestety,
finansowanie również nagle się urwało
i mamy nadzieję na nowy etap, który
pozwoli choć pokryć bieżące koszty.
Czy wizja muzeum od początku była
taka sama, czy ewoluowała z czasem?
Wizja muzeum się nie zmieniła – została
szczegółowo opisana w Manifeście
Poetyckim i prezentowana na
uniwersytetach. Muzeum powstało
z misją, nie tylko zachowawczą. Pokazywanie
poezji w muzeum jest prowokujące
– czyż nie umieszczamy tam
tego, co uważamy za najcenniejsze?
Prawdziwa misja jest jednak inna:
przywrócić poezję ulicom i placom. Poezja
może wydawać się bezużyteczna,
ale jest niezbędna – nadaje sens życiu,
jak przyjaźń i miłość. Nie ukrywamy,
że jesteśmy idealistami i chcemy choć
trochę zmienić świat na lepsze.
Postrzegamy poezję jako ramę łączącą
wszystkie języki sztuki. Dlatego
muzeum promuje dialog między różnymi
dziedzinami i gości je wszystkie
podczas swoich wydarzeń. Najważniejszą
zmianą było umiędzynarodowienie
działalności – ogromne wyzwanie,
potwierdzone wydarzeniami
z udziałem setek, a czasem nawet
dwóch tysięcy poetów. Wydarzenia
te przyczyniły się do stworzenia międzynarodowej
sieci poetów podejmujących
aktualne tematy: wojnę,
pokój, dyskryminację czy przemoc.
Z czasem stworzyliśmy także unikatowe
wydarzenie we Włoszech – BIPA –
Włoskie Biennale Poezji wśród Sztuk.
Struktura organizacyjna również
się zmieniała – do zarządu dołączali
nowi członkowie, odświeżaliśmy
role i powołaliśmy nowego dyrektora
Komitetu Naukowego. Tworzą go
wybitni specjaliści: poeci, krytycy,
naukowcy, tłumacze i wydawcy.
Jaka jest Twoja rola w muzeum i jak
wygląda Twoja codzienna praca?
Do 2024 roku większość obowiązków
spoczywała głównie na mnie i Massimie
– podejmowaliśmy decyzje, organizowaliśmy
wydarzenia i przygotowywaliśmy
projekty. Teraz dążymy
do większej równowagi. Zajmuję się
głównie wydarzeniami międzynarodowymi
– organizuję dwa festiwale
rocznie: „Woman Scream” w marcu
oraz „Palabra en el Mundo” w maju,
promujące prawa kobiet, pokój i braterstwo
między narodami.
Prezentuję autorów, kuratoruję wydarzenia,
współpracuję z artystami
i uczelniami, reprezentuję muzeum
oraz uczestniczę w festiwalach (niedawno
wróciłam z Bułgarii). Piszę
komunikaty prasowe, przygotowuję
projekty i tworzę własną poezję.
Choć jestem wolontariuszką, mam
bardzo mało wolnego czasu. Dodatkowo
przewodniczę jury nowej
Międzynarodowej Nagrody Poetyckiej
im. Luigii Uttini, matki Giuseppe
Verdiego – co jeszcze bardziej ogranicza
mój czas.
Które projekty lub wydarzenia wspominasz
najlepiej i dlaczego?
Jestem związana ze wszystkimi, ale
wymienię kilka: „Let’s Contagiamoci
di Poesia” (2020) – globalne czytanie
w czasie lockdownu; „Rucksack”
(2020); „Cento Poeti per Cento Canti”
(2021), czyli czytanie całej Boskiej
komedii w wielu językach; „La soglia”
(2022) o pokoju; „Hair in the Wind”
(2023) – dedykowane irańskim kobietom;
czy ogromne wydarzenie
„DisarmArti” (2025) z udziałem 98
artystów.
Szczególne znaczenie mają dla mnie
festiwale „Woman Scream” i „Palabra
en el Mundo”, promujące kulturę
pokoju poprzez poezję.
Za największe osiągnięcie uważam
wytrwałość w realizacji wspólnych ideałów
mimo trudności oraz zdobycie
autorytetu mimo braku finansowania.
Kto najczęściej odwiedza muzeum?
Choć poezja jest niszowa, odwiedziła
nas naprawdę ogromna liczba ludzi –
ciekawscy, poeci, artyści z kraju i zagranicy,
studenci i różne organizacje.
A kiedy Ty nas odwiedzisz?
Pewnie już wkrótce zobaczę Twoje
królestwo i kto wie, może uda się
w Polsce zaszczepić podobny pomysł.
Serdecznie dziękuję za rozmowę. Cieszę
się, że mogłam Cię poznać. [AH]
AGNIESZKA HERMAN
Zdjęcia muzeum ze strony internetowej
www.museopoesia.it
POST SCRIPTUM
98
***
nie suszę ciała
on lubi gdy mam mokre
z wilgotnych piersi spływa struga naszych słów
księżyc odbija się w oczach niemiłości
przywierasz do warg
ALEKSANDRA MIKLAS
***
osiemdziesiąty trzeci rok
masz trzydzieści parę lat
szklanka z duralexu
w popielniczce dogasa żar entego papierosa
zazwyczaj nie palisz, ale lepsze to niż...
przez okno wpada blask wiosennego słońca
smuga światła rozświetla wyblakłą kopertę
całkiem poszarpaną – wyraz niecierpliwości
wskazówki zegara, wybiła piąta
ciche tykanie...
nie wiesz, czy odlicza spadające łzy, czy bicie serca
przymykasz oczy, niech spłyną, rozmarzą kilka słów
w myślach odliczasz przyspieszone bicie serca
raz...
dwa...
trzy...
nieco spokojne, miarowe
zagłusza twój rozdzierający szloch
***
noc...
noc październikowa
o parapet uderzają ciężkie krople deszczu
nie ma gwiazd
zbyt chłodno
z zakurzonego kąta wpatrują się z uwagą kocie oczy
dawno nie sprzątałaś
na drewnianej podłodze strzępki listu
płaczące „Kochana A”
nie chciałaś czytać
wiedzeć co napisał
księżycowy blask otula twoje ciało
jeszcze drżące – smak rozczarowania
zwinięta w kłębek szlochasz
pod sercem nosząc waszą J
99
POST SCRIPTUM
Ilustracja: Renata Cygan
POST SCRIPTUM
100
HANKA i ANKA,
czyli
STO LAT
BEZ ZMARSZCZKI
NA PIĘCIOLINII
Młoda, piękna, utalentowana. Hanka i jej Miłość
ci wszystko wybaczy…
Sto lat później – młoda, piękna, utalentowana.
Anka i jej Miłość ci wszystko wybaczy. Cały długi wiek nie
powywracał emocji. U widzów pod powiekami taki sam
mokry tłok.
Spotykam się przy herbacie z Anną Marią Adamiak, zafascynowana
jej wielką fascynacją: Hanką Ordonówną – tancerką,
aktorką, piosenkarką, autorką wierszy i piosenek.
Artystką, ale przede wszystkim kobietą-człowiekiem, jej
wrażliwością ogromną, emocjami, które przenikały przez
skórę widzów najgłębiej, jak można. I przenikają nadal.
Za sprawą mojej rozmówczyni.
Grasz program, w zasadzie monodram „Szczęście raz
się uśmiecha” i zabierasz widzów w jakże odległy
świat – nie takie wyznania, inne rymy, inne brzmienia,
inną modę. Mogłabyś w wielu klimatach realizować się
jako śpiewaczka operowa, operetkowa, musicalowa,
pieśniarka, kameralistka – mogłabym jeszcze wymieniać,
wymieniać. A tu niemodne raczej międzywojnie…
Ależ ja się realizuję w innych klimatach, dużo koncertuję
w kraju, za granicą, śpiewam nawet po japońsku, chińsku,
koreańsku czy węgiersku. Scena to moja miłość. Ale Hanka
Ordonówna i okres dwudziestolecia międzywojennego to
moja pasja. Ona była kobietą o wielu twarzach, to nie tylko
artystka, gwiazda, lecz także żona, kochanka z wielką siłą
i słabościami. Patriotka – nosiła żałobę „po Warszawie”,
zesłana m.in. do tuczarni świń, tęskniła bardzo za Polską,
opiekowała się „tułaczymi dziećmi”, które uratowała.
101
POST SCRIPTUM
Archiwa na jej temat nie pękają w szwach, a Ty masz
tyle „wykopalisk”. Niektóre tylko szepnęłaś mi na ucho.
Tak, mam. Ja wierzę, że to Hanka stawia mi na drodze
osoby, które wiele do mojej pasji wnoszą. Choćby panią
prof. Jadwigę Pietraszkiewicz, nieżyjącą już, niestety, która
poznała Hankę w Wilnie w 1940 roku – mam oryginalne
nagranie relacji ze spotkania. Sporo informacji uzyskałam
od Anny Mieszkowskiej, pisarki, historyka teatru,
dokumentalistki. Dzielę się nimi na scenie, grając monodram.
Dlatego nie mogę ci ich zdradzić, zachowuję je dla
programu, w którym przekazuję te informacje w sposób
szczególny.
Wybaczam, rozumiem. Ale o programie możemy głośniej…
Ja nie gram Hanki. Ja o niej opowiadam i jestem wtedy
Anną Marią Adamiak. Na scenie jest jej ślubne zdjęcie
z hr. Tyszkiewiczem, stare walizki, na wieszaku wisi
płaszcz, parasolka, coś na głowę. Kiedy sięgam po wzruszające
listy miłosne, które napisała (nie zdradzę tu do kogo,
jako listy, „których być może nigdy nie będziesz czytać”),
wiersze czy śpiewam – wtedy na chwil parę przybliżam
także wizualnie postać, na scenie zakładam perły, maluję
się, biorę boa czy wachlarz. Kiedy wracam do opowieści –
a nie tylko o Hance mówię, ale też o ludziach, kabaretach,
klimacie dwudziestolecia międzywojennego –
znów jestem Anką.
Zdjęcie sceny. Na wieszaku płaszcz wojskowy. Skomentujesz?
Program trwa do dwóch i pół godziny, ma dwie części. Zawsze
kończę piosenkami żołnierskimi, do których Hanka
napisała i słowa, i muzykę. Udało jej się nagrać dwie, ja
dotarłam do wszystkich siedmiu i wszystkie śpiewam. Od
czasu ich powstania, od 70 lat nikt ich nie śpiewał. Zdradzę,
że niektóre oparte są na tańcu narodowym. Omijała
w ten sposób cenzurę, która kujawiaka czy krakowiaka
nie kojarzyła. Nagrałam je z zachowaniem wszystkiego
tak, jak było nagrywane w czasach Ordonki – niezmieniona
została żadna nuta, harmonia. Całość nagrana jest
na żywo, bez poprawek studyjnych. Ona te piosenki śpiewała
w płaszczu strzelców podhalańskich. Udało mi się
go zdobyć, mam taki, w nim je śpiewam.
Wiersze HANKI ORDONÓWNY:
Strzeżcie się przyjaciół, którzy wam donoszą
ufajcie wrogom, którzy milczą.
W wrogiem milczeniu jest więcej szlachetności,
niż w przyjacielskich donosach.
Żałosna siadłam w progu duszy mojej,
Szczęście daleko odeszło odemnie,
Łzy spływają z rozwartych oczu moich.
Milczę – bom w boleści swej zaniemówiła.
W programie znajdziemy i perły, i „perełki” z życia
Hanki Ordonówny. Zrobiłaś reprint jej tomiku wierszy
z 1929 roku. Wywalczyłaś tablicę upamiętniającą artystkę
– Twój zamysł, tekst. 25 lat szukałaś pierwszej
piosenki Szkoda słów, którą wykonała w wieku 15 lat
i została zmiażdżona przez krytykę. Dotarłaś i śpiewasz
ją w programie. Czy już można wnioskować, że obraz, jaki
namalowałaś żmudną pracą, czeka już tylko na ramy?
Ależ nie. Będę nadal szukać, wiem, że muszę do wielu
archiwów jeszcze dotrzeć w kraju i poza nim. Ciągle mam
niedosyt. I wielkie plany, ale zapeszyć nie chcę.
Spełnienia, Aniu. A jeśli ktoś może wesprzeć dodatkową
wiedzą, pamiątkami admiratorkę Hanki
Ordonówny – kontakt będzie na pewno cenny. [WDS]
WANDA DUSIA STAŃCZAK
Oryginalna pisownia i skład
POST SCRIPTUM
102
MILCZENIE
Idę przez siebie jak przez pustą świątynię,
a echo moich kroków modli się o istnienie.
EWANGELIA CISZY
SŁAWOMIR LĘGA
Ból zapala we mnie czarne światło,
które widzi więcej niż oczy
i nie pozwala zasnąć.
Oddycham cieniem.
Czekam.
W gardle rośnie kamień niewypowiedzianych imion,
a cisza ostrzy się o moje serce.
Uśmiecham się do ludzi jak do obcych snów,
noc we mnie otwiera kolejne drzwi,
Bóg milczy ciężarem.
Pękam w środku jak zamarznięta woda,
i uczę się istnieć w odłamkach,
które pamiętają światło.
SZCZELINA CISZY
Wyłączam wiadomości,
wojna dalej oddycha w powietrzu.
Lęk
siada przy stole
jak trzeci człowiek.
Patrzę w dłonie,
jeszcze ciepłe od życia.
Jeśli koniec świata
ma przyjść,
niech najpierw
nauczy się
miłosierdzia.
Nie piszę, żeby się podobać.
Piszę, żeby pękało szkło.
Widzę, jak poezja chodzi w garniturze
po salonach wzajemnej adoracji.
Każdy klaszcze każdemu,
a słowo leży pod stołem
jak pies, którego nikt nie karmi prawdą.
Mówią: wspólnota poetów.
Ja widzę targ.
Na stołach leżą metafory
jak martwe ryby na lodzie.
Błyszczą jeszcze łuską języka,
ale w środku już nie ma rzeki.
Jestem człowiekiem,
który przyszedł zgasić światło.
Bo wiersz, który nie ryzykuje prawdy,
jest tylko dekoracją strachu.
A poeta, który boi się ciszy,
jest tylko aktorem w kostiumie wrażliwości.
Dlatego mówię to głośno.
Poezja nie potrzebuje więcej poetów.
Potrzebuje jednego człowieka,
który odważy się powiedzieć.
Że król metafor jest nagi,
że sumienie sprzedano za oklaski,
że słowo umiera tam,
gdzie wszyscy się ze sobą zgadzają.
Niech więc mój wiersz będzie kamieniem.
Niech pęknie kilka luster.
Bo jeśli poezja ma jeszcze duszę,
to nie mieszka w pochwałach.
Tylko w ranach,
których nikt nie chce dotknąć.
103
foto: Renata Cygan
LEGOWISKO
Wszedłem w twoją duszę
jak w tramwaj numer osiem.
Nikt nie skasował biletu,
więc zostałem.
Wyrwałem kilka kłączy,
żeby było czym palić.
Rozgrzałem się tobą
i powiedziałem sobie:
„Dobrze, stary – teraz się nie wyśpisz”.
Położyłem się między nerki a sumienie.
Lekko mnie kłuło,
ale co tam – znam gorsze łóżka.
Taplałem się w twojej wilgoci:
trochę śmiesznie, trochę bosko.
Życie ma dziwny smak,
jakby święty przeżuł miętówkę
i ją wypluł.
Chciałem być latarką,
co świeci tylko w nocy,
ale wyszedłem jak zwykle
na gościa z zapałką w ustach,
co nie wie, czy ją zapalić, czy połknąć.
I może kiedyś
ktoś znajdzie nas
w rowie pod jakąś ulicą
i powie:
„Patrz –
ci to się naprawdę kochali.
Albo przynajmniej
nie bali się błota”.
POST SCRIPTUM
104
Przystanek wiecznej mżawki
lech brywczyŃski
Tomasz szedł w stronę domu z rękami w kieszeniach
kurtki. Był już zmęczony długim spacerem,
ale szedł dość szybko, jakby chciał uciec od świata,
od swoich myśli albo od obu naraz. Zrobiło mu się zimno,
bo wieczorna mżawka wciskała się drobnymi kroplami
we wszystkie pory skóry jego twarzy. Tak bardzo miał już
tego dość, że ukrył się na pustym przystanku tramwajowym,
obok którego przechodził.
Usiadł, przetarł rękawem zmoczoną twarz. Uliczna latarnia
rzucała blade światło na mokry asfalt i na idącą
w stronę przystanku kobiecą postać.
„Kogo diabli niosą? Mam nadzieję, że ona nie będzie
czekała na tramwaj” – pomyślał, bo chciał pobyć tu sam
i zastanowić się nad sprawami, które miał do załatwienia
w najbliższych dniach.
Postanowił nie zwracać na nią uwagi i zatopić się w swoich
myślach. Przymknął oczy, ale już po chwili musiał je
otworzyć, bo usłyszał tuż obok aksamitny kobiecy głos.
– Witam pana, profesorze! Jak się pan miewa?
Stała przed nim elegancka kobieta w długim płaszczu.
Miała na oko ze czterdzieści lat, ale urodą mogłaby zawstydzić
niejedną kobietę o dziesięć lat młodszą, kasztanowe
włosy (zapewne farbowane, co mogło maskować
pierwsze oznaki siwizny), gładką, promienną cerę, wyraziste
brwi ułożone w efektowne łuki, zgrabny nos i skore
do uśmiechu policzki. Jej szaroniebieskie oczy emanowały
pewnością siebie – tak patrzą na świat ludzie, którzy
wiele już widzieli i niczemu się nie dziwią. Całości dopełniały
wysokie, arystokratyczne kości policzkowe.
W prawej dłoni trzymała zamkniętą parasolkę w biało-
-czerwone pasy. Z parasolki ciurkiem kapała woda, więc
kobieta odłożyła ją na dalsze siedzenie, a potem bezceremonialnie
usiadła obok Tomasza.
– Pani mnie zna? – zapytał z niepokojem, nieco się odsuwając.
– Powiedziałabym raczej, że to pan się mną interesuje.
I to od lat.
– Absurd! Nigdy wcześniej pani nie widziałem.
– Tak ci się tylko wydaje, profesorku. Wszystko o tobie
wiem... Poza tym cię lubię, możesz mi mówić na ty. –
Uśmiechnęła się pojednawczo. – Ostatnio zaciekawił
mnie twój esej. Ten niedokończony: Czy Polska jeszcze
wierzy w siebie?
– Skąd możesz go znać? Mało komu go pokazywałem.
Jestem odpowiedzialnym autorem, oddaję teksty do
publikacji dopiero wtedy, kiedy są gotowe, po gruntownym
doszlifowaniu i korekcie.
– Jak to skąd? Przecież to o mnie.
– Nie rozumiem.
– Nie musisz. Daj zapalić. Wiem, że zawsze masz przy sobie
papierosy.
– Od lat próbuję rzucić, ale mi się nie udaje. Na razie tylko
trochę ograniczam – powiedział tonem usprawiedliwienia.
105
POST SCRIPTUM
Wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę papierosów i zapalniczkę.
Oboje zapalili.
– Ten tekst wyraźnie ci nie idzie. Nie umiesz połączyć faktów
i wyciągnąć wniosków. Niektóre wydarzenia przeceniasz,
a inne ignorujesz – powiedziała kobieta, zaciągając
się głęboko.
– Jakie masz kwalifikacje, żeby to ocenić? Mam spory dorobek
naukowy, wiele książek… A ty?
– Ja przeżyłam to wszystko, o czym piszesz. To chyba coś więcej.
– Przeżyłaś? Co to za brednie? Przecież piszę o Polsce,
o mojej tysiącletniej ojczyźnie. Co ty możesz mieć z tym
wspólnego? – zaprotestował.
– Mam, i to wiele! – oświadczyła z przekonaniem.
– Tak twierdzisz? A ile możesz mieć lat? Wyglądasz najwyżej
na trzydzieści.
– Dzięki! Dawno nikt mi nie zafundował tak wspaniałego
komplementu – powiedziała, uśmiechając się szeroko. –
Filutek z ciebie, nie ma co. I podrywacz. Od tej strony cię
nie znałam.
– Bo mnie w ogóle nie znasz! Ty tylko uroiłaś sobie, że
jesteś stara jak świat... Że masz tyle lat co Polska.
– Bo mam. Bo jestem nią. „A to Polska właśnie”… Znasz
ten cytat? To dotknij mnie tutaj – poleciła, rozchylając nagle
płaszcz i wskazując na swoje serce.
Chwyciła dłoń Tomasza, usiłując naprowadzić ją na serce.
Zaskoczony mężczyzna niezdarnie próbował uwolnić się
z jej uchwytu, ale jedynym tego efektem było to, że jego
dłoń spoczęła na piersi kobiety.
– Erotoman! Tylko jedno ci w głowie, zbereźniku jeden! –
zawołała z oburzeniem, ale w jej oczach zapłonęły wesołe
ogniki. – Zabieraj łapę!
Odepchnęła z impetem jego rękę, a potem owinęła się
szczelnie płaszczem.
– Ja bardzo przepraszam, nie chciałem. To nie moja
wina – bełkotał speszony Tomasz.
– A czyja? Może moja?
– Oczywiście! Też jesteś częściowo winna.
– Intencje miałam dobre, chciałam naprowadzić twoje
myślenie na dobre tory, a naprowadziłam na co innego.
Ale niech tam, w końcu nic się nie stało. – Skinęła aprobująco
głową, a potem wyciągnęła do niego rękę. – Mów
mi Pola.
– Miło mi. Tomasz – odpowiedział, ściskając jej dłoń. –
Pola? Od jakiego imienia to jest zdrobnienie?
– Jeszcze nie rozumiesz? Polonia.
– Chyba Apolonia?
foto: Bo Jaroszek
– Wiem lepiej od ciebie, jak mam na imię, prawda?
– Niby tak. Ale do tej pory tylko o jednej Poli słyszałem.
Miała na imię Apolonia... Apolonia Chałupiec.
– Też słyszałam. Pola Negri, wielka aktorka. Była też
druga aktorka, Pola Raksa.
– I ty jesteś aktorką, ale nie potrzebujesz filmu ani teatru.
Po prostu udajesz kogoś, kim nie jesteś.
– Życie to teatr, prawda? To spektakl, w którym gramy.
– Nawet jeżeli tak, to warto czasem zdjąć maskę i pokazać
prawdę. Nagą prawdę.
– A nie mówiłam ci, Tomku, że jesteś erotomanem?
Ciągle robisz jakieś sprośne aluzje. – Zaśmiała się.
Tomasz próbował zachować powagę, ale nie zdołał i też
się uśmiechnął.
– Ciekawie się z tobą gada, Pola. Ale nie możesz ciągle
POST SCRIPTUM
106
zmyślać, żyć w urojonym świecie. Potrzebna ci jest jakaś
kotwica sensu.
– Jestem doskonale zakotwiczona. W historii, w dziejach
Polski. O mnie walczyli, za mnie ginęli bohaterowie...
Dobrze znasz ich imiona, jesteś przecież wybitnym
historykiem.
Mężczyzna pokręcił z niedowierzaniem głową.
– Kobieto, naprawdę ci odwaliło! Leczysz się psychiatrycznie?
– Jeżeli komuś z nas odwaliło, to chyba tobie. Kto mnie
przed chwilą obmacywał? Nie, nie leczę się!
– A szkoda, powinnaś. Jak się naprawdę nazywasz?
Kobieta odwróciła się od niego, potem wrzuciła niedopalonego
papierosa do najbliższej kałuży. Siedziała nieruchomo
z obrażoną miną.
– Czy możesz mi pokazać jakiś dokument potwierdzający
tożsamość? – nalegał Tomasz.
– Chcesz mnie wylegitymować? Jesteś policjantem? Tajniakiem?
– zachichotała. – A może to ma być taka erotyczna
zabawa? Jak scenka z pornosa?
– Puknij się w głowę! Podobno wszystko o mnie wiesz,
więc nie gadaj bzdur.
– Nie gadam bzdur. Wiem, co mówię.
– To jest tylko moja uprzejma prośba, której nie musisz
spełnić. Jeżeli jednak mam się naprawdę przekonać, jak
się nazywasz, muszę zobaczyć twój dowód.
Kobieta przesunęła się nieco na ławce, by spojrzeć Tomaszowi
prosto w oczy. Jej wzrok był teraz przenikliwy jak
ostrze noża.
– Dowód? Co to takiego? – wycedziła z ironią. – Masz na
myśli kawałek plastiku z hologramem i zdjęciem?
– Coś w tym stylu – przytaknął.
– A może lepiej obejrzyj blizny na mojej skórze, te same,
które nosi naród? Mogę ci pokazać! Z tyłu, na plecach
został ślad po 1795 roku, kiedy zaborcy podzieli mnie jak
urodzinowy tort.
Nie wytrzymał i roześmiał się na cały głos.
– Wariatka! I niby to ja jestem erotomanem? Z tą ręką
wtedy to też była twoja sprawka, sama ją nakierowałaś.
– Cham! – obruszyła się kobieta.
Tomasz zgasił papierosa o krawędź ławki, potem wrzucił
peta do tej samej kałuży co Pola. Poczuł, że jest w tej
kobiecie jakaś magnetyczna siła, a jej brednie brzmią niczym
poezja. Kiczowata, ale pełna naiwnego uroku.
– Twoja propozycja jest nader śmiała, a jednocześnie bardzo
dla mnie zaszczytna. Tym bardziej że jesteś piękną
kobietą.
– Znowu komplement? Widzę, że się uparłeś, żeby mnie
zaciągnąć do łóżka.
– Skoro mam obejrzeć wszystkie blizny na twojej skórze,
to chyba nie ma lepszego miejsca.
– Nie bądź taki pewny siebie. To była propozycja badawcza,
a nie seksualna. W końcu jesteś naukowcem.
– Można połączyć przyjemne z pożytecznym – ironizował.
– Wiesz, zazwyczaj moje prace badawcze są monotonne
i nużące, potrzebowałbym jakiejś odmiany.
– To idź do biblioteki zrobić kwerendę.
– Robię to aż nazbyt często. Nie przypominaj mi o moich
codziennych, nudnych zajęciach.
Oboje siedzieli przez kilka minut w milczeniu, nie patrząc
na siebie. W końcu Tomasz przerwał milczenie i powiedział
cicho:
– Kiedy wreszcie przestanie padać? Mam już dość tej
mżawki.
– Ja też – potwierdziła kobieta. – Przy takiej pogodzie
człowiek czuje się samotny.
– To prawda.
Pola spojrzała kątem oka na Tomasza, a potem otworzyła
torebkę i wyciągnęła z niej pożółkłą ze starości kartkę,
złożoną na czworo. Rozwinęła ją i podała Tomaszowi.
– Co to jest? Nie wygląda na dowód osobisty – zażartował.
Kiedy jednak przyjrzał się kartce, od razu spoważniał. – To
jakaś stara mapa? Ciekawe, czy jest autentyczna…
– Na pewno.
– Słuchaj, Pola, czy jak ci tam… Kim ty właściwie jesteś?
Artystką, performerką?
– Nic z tych rzeczy. Mogę cię zapewnić, że moje codzienne
obowiązki są równie nudne, jak twoje.
– W każdym razie masz jakąś obsesję na punkcie historii.
Ja też ją kocham, ale nie udaję, że jestem Henrykiem
Brodatym.
– Jak przestaniesz się golić, to może i będziesz wyglądał
jak on.
– Są na tej mapie nawet odręczne notatki, zdaje się, że po
łacinie. Niesamowite! – emocjonował się Tomasz. – Dobrze
by było zbadać ten dokument. Skąd to masz?
– Rodzinna pamiątka. Przyniosłam, bo miałam nadzieję,
że ci się przyda.
107
POST SCRIPTUM
– A może ukradłaś z jakiegoś muzeum?
– Nie obrażaj mnie. Lepiej podziękuj.
– Dziękuję, i to bardzo – odpowiedział, skłaniając uprzejmie
głowę. – Naprawdę wzięłaś ją z domu, żeby mi dać?
Ale skąd właściwie wiedziałaś, że mnie spotkasz?
Kobieta uśmiechnęła się niepewnie.
– Swoje wiem… Co wtorek tędy przechodzisz o tej samej
godzinie. Mieszkam niedaleko i nieraz widzę cię z okna.
Zaskoczony Tomasz spojrzał na Polę szeroko otwartymi
oczami.
– Śledzisz mnie?
– Nie. Przecież za tobą nie chodzę. To ty przechodzisz co
tydzień pod moim oknem.
– Niech pomyślę… Widywałaś mnie z okna, zainteresowałaś
się, kim jestem, a kiedy ustaliłaś moją tożsamość…
Jak ją ustaliłaś? – dopytywał się rozgniewany.
– Wyglądasz na gryzipiórka, to znaczy naukowca. Wystarczyło
wejść na stronę internetową naszego uniwersytetu
i przejrzeć zdjęcia wykładowców – tłumaczyła się kobieta,
a jej głos był coraz bardziej niepewny i coraz cichszy.
– Wyszedłeś na fotce lepiej niż inni profesorowie, zresztą
jesteś od większości z nich trochę młodszy.
Tomasz aż zatrząsł się z oburzenia.
– To przecież jakaś inwigilacja, nękanie. Skandal!
– Jakie nękanie? Przecież o mnie nie wiedziałeś. I niczego
od ciebie nie chciałam.
– Uważasz, że tak można? Że to w porządku? – pytał, składając
mapę. – Zabieraj tę mapę, nie chcę jej od ciebie.
Kobieta wzięła dokument i schowała go do torebki.
Oboje znów siedzieli przez kilka minut w milczeniu, nie
patrząc na siebie. Tym razem ciszę przerwała Pola.
– Kiedy wreszcie przestanie padać? Mam już dość tej
mżawki – powiedziała cicho.
– Ja też – przytaknął Tomasz. – Przy takiej pogodzie człowiek
czuje się samotny.
– I to jak.
Pola wstała i wyprostowała się dumnie.
– To ja już pójdę. Dziękuję za miłe towarzystwo i przepraszam
za „nękanie”. To się więcej nie powtórzy.
– Ja też przepraszam, za bardzo się uniosłem. To nie
w moim stylu, zazwyczaj jestem oszczędny w słowach
i wypowiadam się w sposób bardziej wyważony.
– Wiem, jesteś filozofem historii, historiozofem. Ale nawet
filozofowie mają swoje emocje.
– Są jednak tacy, którzy nie mają tego typu problemów
– przytaknął, wstając. – Kiedy byłem w pubie, tamtejsi
pijacy byli w stanie odpowiedzieć mi na wszystkie pytania,
także te nierozwiązywalne, egzystencjalne. Nawet jeśli
nie mieli żadnej wiedzy na temat, o który ich pytałem.
– Są takie sprawy, których rozumem nie ogarniesz, bez
wódki nie razbieriosz.
– Otóż to! Najwyraźniej oni próbowali tej właśnie metody.
– Po co tam poszedłeś? – zdziwiła się Pola i sięgnęła po
parasolkę, z której wciąż kapała woda.
– Nie tylko ty miewasz szalone pomysły. Przebywając
ciągle w środowisku naukowym, można dostać kręćka.
Chciałem odmiany. Dopiero w pubie doceniłem walory
uczelnianego środowiska. Stwierdziłem, że moje
miejsce jest wśród nudnych nerdów i moli książkowych
z uniwerku.
– Dobrze jest mieć takie poczucie przynależności. Ja nawet
tego nie mam, biuro rachunkowe to nie uniwerek.
To ja już teraz…
W oddali rozległ się dźwięk nadjeżdżającego tramwaju.
Oboje spojrzeli na siebie, niepewni, co mają dalej robić.
– To może… – zaczął Tomasz.
– Co?
– Może jednak… porozmawiamy o tym moim eseju.
– Czemu nie?
– U mnie w domu. Ale najpierw pojedziemy na kawę na
Stare Miasto. Ja stawiam.
– Skoro tak, to zgoda – szepnęła Pola, a parasolka wypadła
jej z dłoni. – To może ja ci teraz powiem, jak się
naprawdę nazywam?
– Po co? Nie ma pośpiechu – odpowiedział, podając jej
parasolkę. – Dla mnie jesteś Pola z biało-czerwoną parasolką.
I tak już zostanie.
Świat wokół wydał się Tomaszowi nagle inny – mokry asfalt
lśnił niczym zwierciadło, a Pola wyglądała jak dama
dworu z obrazu Matejki. Zdał sobie sprawę, że nie pamięta
już o tych ważnych sprawach, o których miał zamiar
myśleć, gdy siedział samotnie na przystanku. Poczuł
za to, że jego esej właśnie zaczął pisać się sam.
Tramwaj zatrzymał się z piskiem. Nawet nie zauważył, kiedy
kobieta chwyciła go pod ramię. Drzwi pojazdu otworzyły
się niczym brama do innego świata. Weszli do środka.
Tramwaj ruszył i uniósł ich w deszczową szarość miasta.
[LB]
LECH BRYWCZYŃSKI
POST SCRIPTUM
108
Konstanty Ildefons Gałczyński
POETA
ZIELONEJ
GĘSI
i
ZACZAROWANEJ
DOROŻKI
W
historii polskiej literatury Konstanty Ildefons Gałczyński
zajmuje miejsce osobne. Wymyka się prostym
klasyfikacjom, ponieważ jego twórczość nieustannie
balansuje pomiędzy wzniosłością a ironią, liryzmem a groteską,
melancholią a absurdalnym humorem. Był poetą, który nie
ufał jednoznacznościom. Świat widział jako przestrzeń paradoksu
– zarazem piękną i tragiczną, poważną i komiczną. Być może
właśnie dlatego jego poezja pozostaje tak żywa również dziś,
w epoce przesytu słowem i nieufności wobec patosu.
Gałczyński debiutował w okresie międzywojennym, czasie
niezwykle intensywnych przemian artystycznych i intelektualnych.
Dwudziestolecie międzywojenne było epoką eksperymentu:
ścierały się wówczas awangarda, klasycyzm, futuryzm i poezja
społeczna. Na tle tych sporów Gałczyński jawił się jako twórca
osobny – nie tyle zainteresowany budowaniem programu literackiego,
ile kreowaniem własnego imaginarium. Nie fascynowała
go chłodna dyscyplina awangardy ani moralizatorski ton
poezji obywatelskiej. Zamiast tego wybierał ironię, metaforę
i poetycką grę.
109
POST SCRIPTUM
foto: domena publiczna
Jego utwory sprawiają wrażenie lekkich, chwilami wręcz kabaretowych,
lecz pod powierzchnią humoru kryje się niezwykle
precyzyjna refleksja nad kondycją człowieka XX wieku. Gałczyński
doskonale rozumiał, że nowoczesność przyniosła kryzys dawnych
wartości, a rzeczywistość po wielkiej wojnie utraciła swoją
stabilność. Odpowiadał na to nie patosem, lecz absurdem.
Śmiech stawał się u niego sposobem obrony przed chaosem
świata. Groteska nie była jedynie zabawną formą, ale świadomą
strategią artystyczną.
Najpełniej tę filozofię widać w Teatrzyku Zielona Gęś, który
do dziś pozostaje jednym z najbardziej oryginalnych zjawisk
w polskiej kulturze literackiej. Pozornie były to krótkie, humorystyczne
miniatury publikowane w „Przekroju”. W rzeczywistości
jednak Gałczyński stworzył przestrzeń literackiego absurdu,
w której logika codzienności zostaje zawieszona. Bohaterowie
jego scenek funkcjonują w świecie rządzonym przez irracjonalność,
a humor staje się narzędziem demaskowania sztuczności
społecznych konwenansów. Można odczytywać Zieloną Gęś jako
polski wariant europejskiej tradycji groteski, bliskiej choćby twórczości
Alfreda Jarry’ego czy późniejszemu teatrowi absurdu.
A jednak redukowanie Gałczyńskiego wyłącznie
do poety humoru byłoby uproszczeniem.
W jego twórczości równie
ważny pozostaje nurt liryczny, oparty na
niezwykłej muzyczności języka i subtelnej
emocjonalności. Poezja miłosna Gałczyńskiego
– szczególnie utwory poświęcone
ukochanej żonie Natalii – wyrasta z tradycji
romantycznej, lecz pozbawiona jest
egzaltacji. Miłość staje się tutaj próbą odnalezienia
harmonii w świecie naznaczonym
historycznym niepokojem.
Nie sposób również pominąć doświadczenia
wojny, które głęboko wpłynęło
na poetę. Pobyt w niemieckim obozie
jenieckim uświadomił mu kruchość ludzkiego
życia i ograniczenia kultury wobec
przemocy historii. Wiersze wojenne Gałczyńskiego
nie operują monumentalnym
heroizmem. Ich siła tkwi raczej w tonie
cichego tragizmu i refleksji nad losem
jednostki uwikłanej w katastrofę XX wieku.
Pieśń o żołnierzach z Westerplatte
pozostaje jednym z najważniejszych przykładów
poezji patriotycznej, która unika
retorycznego nadmiaru i opiera się na
prostocie obrazu.
Gdy wieje wiatr historii,
ludziom
jak pięknym ptakom
rosną skrzydła
Istotnym elementem jego twórczości była
również fascynacja muzyką. Wiersze Gałczyńskiego
często przypominają kompozycje
muzyczne – pełne rytmu, refrenów
i melodyjności. Poeta traktował język nie
tylko jako narzędzie znaczenia, ale także
jako materię dźwięku. Dzięki temu jego
utwory zachowują wyjątkową płynność
i łatwo zapadają w pamięć.
Gałczyński pozostaje poetą trudnym do
jednoznacznego odczytania właśnie dlatego,
że świadomie unikał jednoznaczności.
Łączył wysoką kulturę z kabaretową
lekkością, erudycję z humorem, lirykę
z groteską. W jego twórczości śmiech
nigdy nie pozostaje jedynie śmiechem,
a melancholia nigdy nie jest całkowicie
pozbawiona ironii. Był poetą, który rozumiał,
że nowoczesny człowiek nie potrafi
już mówić wyłącznie językiem patosu – potrzebuje
również dystansu, gry i autoironii.
Dlatego twórczość Konstantego Ildefonsa
Gałczyńskiego pozostaje aktualna także
współcześnie. W epoce niepewności
i kulturowego przesytu jego poezja przypomina,
że literatura może jednocześnie
zachwycać formą, prowokować intelektualnie
i ocalać wrażliwość. Gałczyński nie
proponował gotowych odpowiedzi. Tworzył
raczej poetycki świat, w którym człowiek
– mimo chaosu historii i absurdów
rzeczywistości – nadal może odnaleźć
piękno, ironię i chwilę metafizycznego zachwytu.
[PS]
Zaczarowana dorożka
Allegro
Zapytajcie Artura,
daję słowo: nie kłamię,
ale było jak ulał
sześć słów w tym telegramie:
ZACZAROWANA DOROŻKA
ZACZAROWANY DOROŻKARZ
ZACZAROWANY KOŃ.
Cóż, według Ben Alego,
czarnomistrza Krakowa,
„to nie jest nic takiego
dorożkę zaczarować,
dosyć fiakrowi w oczy
błysnąć specjalną broszką
i jużeś zauroczył
dorożkarza z dorożką,
ale koń — nie”. Więc dzwonię:
– Serwus, to pan Ben Ali?
Czy to możliwe z koniem?
– Nie, pana nabujali.
Zadrżałem. Druga w nocy.
Pocztylion stał jak pika.
I urosły mi włosy
do samego świecznika:
foto: domena publiczna
ZACZAROWANA DOROŻKA?
ZACZAROWANY DOROŻKARZ?
ZACZAROWANY KOŃ?
Niedobrze. Serce. Głowa.
W dodatku przez firankę:
srebrne dachy Krakowa
jak „secundum Joannem”,
niżej gwiazdy i liście
takie duże i małe.
A może rzeczywiście
zgodziłem, zapomniałem?
Może chciałem za miasto?
Człowiek pragnie podróży.
Dryndziarz czekał i zasnął,
sen mu wąsy wydłużył
i go zaczarowali
wiatr i noc, i Ben Ali?
ZACZAROWANA DOROŻKA
ZACZAROWANY DOROŻKARZ
ZACZAROWANY KOŃ.
110
POST SCRIPTUM
BALLADA O TRĄBIĄCYM POECIE
Mówią, że była panienka,
co miała na imię Ina.
Gdy chciała powiedzieć: „kocham”,
mówiła: „kokaina”.
Miała niebieską wstążkę
i niebieskiego kota.
Kot wąchał kokainę,
a Ina wąchała kota.
A był jeszcze jeden poeta,
co chodził na koturnach;
jak się urżnął, to zwykle mówił:
– Moja muza jest górna i chmurna.
Panienka ma oczy zielone,
jak najzieleńsza trawa.
Poeta cierpi na nerki
i nosi czarny krawat.
Kochał poeta panienkę,
panienkę imieniem Ina;
mówił: – Powiedz mi: „kocham”,
a ona: – Kokaina.
Wieszcz mówił: – Jako łódź złota,
ciągniona przez gołębie,
jesteś. – A potem w nocy
długo trąbił alembik.
KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI
ELEGIA
Coraz bardziej wszystko mnie boli
już mi szkodzi nawet i ser;
siedmioma szpadami melancholii
przebity jestem jak Apollinaire.
Głowa od rana puchnie jak bania,
cóż za pożytek z takich bań?
Kiedyś… wciąż… panie. A dziś się słaniam
na nogach nocą, proszę pań.
Bo spać nie mogę. Ha! Ktoś stuka
kościstym palcem do mych drwi.
Już wiem, Poznaję: to kostucha:
– W taniec – powiada – pójdź, K.I.
No, cóż, przyjmuję jej ofertę,
choć tak w piżamie to faux-pas.
I już mnie ciągnie ta dama przez wertep,
gdzie deszcz i noc, i wiatr, i mgła.
Gdzieś pod latarnią w wietrzną zamieć
kostucha nagle w płacz i krzyk:
– Skąd ma pan siedem dziur w piżamie?
Wygląda pan jak siódemka pik.
– Właśnie – powiadam – to mnie boli,
moja kochana, czyli ma chère:
Siedmioma szpadami melancholii
przebiłem się jak Apollinaire.
I raz, a było wieczorem,
rzekł pisarz: – Nie bądź westalką,
a zresztą do twarzy ci będzie
na czarnym katafalku.
I zabił poeta panienkę
w zachodu amarantach,
i zabił ogromnym nożem
na tle obrazu Rembrandta.
Krajały niebo pioruny,
jak okrwawione noże.
Poeta uciął głowę
i wbił na długi rożen;
i smażył głowę panienki,
i zrobił twarz goryla.
Och, to było straszne!
Coś, niby nekrofilia.
(Kondukty kotów niebieskich
szły w średniowieczny tan.
A potem był świt bolesny
koloru b l e u m o u r a n t ).
„Cyrulik Warszawski” 1930 nr 2
111
POST SCRIPTUM
KOŃ W TEATRZE
1948
Na próbę generalną satyrycznego programu
przez pomyłkę do konia zaproszenie wysłano,
że mamy zaszczyt et cet., że bardzo dobre miejsce.
Koń przyjechał, ale się spóźnił, żeby zrobić tzw. wejście.
Woźni nie chcieli go wpuścić, aliści rzecze woźny do woźnego:
– Szkoda łez, ja uważam, że lepiej go wpuścić, kolego,
niby ta grzywa i rżenie, a może to nie jest byle kto?
Na oko koń, a w gruncie rzeczy może to jaki dyrektor;
życie jest pełne pozorów, na pozór czasem koń czy zając,
człowiek nie wpuści, a potem nieprzyjemności wynikają.
I tu schylili głowy. Koń się znalazł w teatrze
i przeszedł przed pierwszym rzędem na znak, że on czynnie i także.
Przez cały czas przedstawienia stał głową do widowni obrócony,
tam coś śpiewali, a on stał (z kopytem na poręczy) i tylko rozdzielał ukłony
bezbłędnie, stosownie do osoby, raz serdeczne, raz nikłe,
jakby powiedział Lukrecjusz: suum cuique.
W antrakcie kilku redaktorów poprosiło go o poemat (ew. pt. „Indonezja”),
ponieważ koń opanował w mig wyrażenie „koncepcja”
i siał nim na wszystkie strony, czasami dodając „aspekt”,
ihahahaha koncepcja, ihahahaha aspekt.
Ktoś go sfotografował, ktoś go nakręcił, dla kina,
albowiem, co tu gadać, koń to rzecz sensacyjna.
A w finale programu na scenie była namalowana trawa.
Koń skoczył. I trawę zjadł. I dostał największe brawa.
1953
LIST JEŃCA
PIEŚŃ O ŻOŁNIERZACH
Z WESTERPLATTE
Kiedy się wypełniły dni
i przyszło zginąć latem,
prosto do nieba czwórkami szli
żołnierze z Westarplatte.
(A lato było piękne tego roku).
I tak śpiewali: Ach, to nic,
że tak bolały rany,
bo jakże słodko teraz iść
na te niebiańskie polany.
(A na ziemi tego roku było tyle wrzosu na bukiety.)
W Gdańsku staliśmy tak jak mur,
gwiżdżąc na szwabską armatę,
teraz wznosimy się wśród chmur,
żołnierze z Westerplatte.
Kochanie moje, kochanie,
dobranoc, już jesteś senna –
i widzę Twój cień na ścianie
i noc jest taka wiosenna.
Jedyna moja na świecie,
jakże wysławię Twe imię?
Ty jesteś mi wodą w lecie
i rękawicą w zimie.
Tyś szczęście moje wiosenne,
zimowe, latowe, jesienne –
lecz powiedz mi na dobranoc,
wyszeptaj przez usta senne:
za cóż taka zapłata,
ten raj przy Tobie tak błogi?…
Ty jesteś światłem świata
i pieśnią mojej drogi.
Stalag Altengrabow, 19.III.1942
I ci, co dobry mają wzrok
i słuch, słyszeli pono,
jak dudnił w chmurach równy krok
Morskiego Batalionu.
I śpiew słyszano taki: – By
słoneczny czas wyzyskać,
będziemy grzać się w ciepłe dni
na rajskich wrzosowiskach.
Lecz gdy wiatr zimny będzie dął
i smutek krążył światem,
w środek Warszawy spłyniemy w dół,
żołnierze z Westerplatte.
1939
POKOCHAŁEM CIEBIE
Pokochałem ciebie w noc błękitną,
w noc grającą, w noc bezkresną.
Jak od lamp, od serc było widno,
gdyś westchnęła, kiedym westchnął.
Pokochałem ciebie i boso,
i w koronie, i o świcie, i nocą.
Jeśli tedy kiedyś mi powiesz:
Po coś, miły, mnie tak bardzo pokochał?
Powiem: Spytaj się wiatru w dąbrowie,
czemu nagle upadnie z wysoka
i obleci całą dąbrowę,
szuka, szuka: gdzie jagody głogowe.
1945
WE ŚNIE
PYŁEM KSIĘŻYCOWYM
Pyłem księżycowym być na twoich stopach,
wiatrem przy twej wstążce, mlekiem w twoim kubku,
papierosem w ustach, ścieżką pośród chabrów,
ławką gdzie spoczywasz, książką, którą czytasz.
Przeszyć cię jak nitka, otoczyć jak przestwór,
być porami roku dla twych drogich oczu
i ogniem w koninku, i dachem, co chroni
przed deszczem.
1946
We śnie jesteś moja i pierwsza,
we śnie jestem pierwszy dla ciebie.
Rozmawiamy o kwiatach i wierszach,
psach na ziemi i ptakach na niebie.
We śnie w lasach są jasne polany,
spokój złoty i niesłychany,
pocałunki zielone jak paproć.
Albo jesteś egipska królowa,
jak miód słodka i mądra jak sowa,
a ja jestem dla ciebie jak światło.
1946
POST SCRIPTUM
112
Należne miejsce
Czytałem wielokroć Wierszariusz słowiański (2020)
– trzeba solidnie zgłębić materię. Miałem zaszczyt
napisać kilka słów krytycznych o tym tomie w recenzji
Bóstwa pierwotnych Słowian drukowanej szeroko po
polskich pismach literackich, która chyba dobrze wychwyciła
poetycką wizję z zamysłem Najwyższego w tchnieniu
twórczym Izabeli Zubko. Ale i czułem podskórnie, że temat
bogów Słowian, przepowiedni, demonów, bestii, widziadeł
i mitów ma nietknięte pokłady. Jakby odłożone na „lepszy
czas”… Przecież to odmęty Niemna, Nidy i Białej. (Kolor włosów
Dziewanny kąpiącej się w czas wezbrań. Strażniczki dzikiej
przyrody, pełnej miłości do fauny i flory). I w przyszłości
będzie przez poetkę kontynuowany. Wszak Izabela Zubko
jest arystokratką myśli, arystokratką tematów własnych,
niepowtarzalnych, uduchowionych, sięgających korzeni
praprzodków plemienia. Czuje, że potrzebna jest wzniosłość.
Bariera na miałkość, na karłowatość, na pospolitość,
na kicz. Osiąga/zdobywa to nie przez jałowy opór, prostackie
odrzucenie, schlebianie możnym. Tylko przez wypełnianie
myśli – świadkiem/natrętem, ogromny domowy księgozbiór
– istotnymi problemami, rozważaniami, refleksją nad
losem człowieka, jego bytem i początkiem drogi, na rozstajach
której zawsze grasowali bogowie pierwsi. Perun –
kontrolujący siły natury, takie jak burze, ulewy, błyskawice.
(W świadomości utrwalony z toporem, młotem lub piorunem).
Kierujący zbłąkanych pod rozłożyste święte konary
dębu, do kryjówki, na spoczynek, przeczekanie, przybycie
„gońca nadziei” co siedlisko/gród obroni. Jest dokąd wracać?
Za skałą czai się Weles (Wołos), podziemny bóg magii,
przysiąg i chaosu, odwieczny wróg Peruna. Walka dobra ze
złem? Czy bardziej równowaga? Tu rady zaciągnąć trzeba
u Strzyboga – boga wiatrów rozdzielającego bogactwa.
Przypuszczam, że z tym bogiem poetka przegadała niejedną
noc, stukając się częstokroć kielichem domowego wina.
Jego słowa w piórze Izy wyssały kałamarz atramentu. Taki
z dawnej drewnianej skośnej szkolnej ławki, gdzie blat i siedzisko
było jednością. A pośrodku, w otworze szklany kałamarz
nadawał powagi i dostojeństwa. Kto pamięta takie
ławki, kałamarze i stalówki z obsadką, wie, że w skrzypie
drewna ukryty jest Leszy, pan lasów i jego zwierząt. (Ukazywał
się jako nienaturalnie blady mężczyzna o złym spojrzeniu.
Wzrost jego zależał od wysokości drzewostanu).
Pochylmy się chwilę nad drogą Izabeli Zubko do Brunarowego
Edenu. Bo stamtąd „zaczyn, spojrzenie i uchwyt chwili
w wierszu poezją bóstw i bestii słowiańskich znaczony”.
Dzieciństwo zaś – Dęblin awiacją i patrzeniem w Niebo
kreślony… patykiem na piachu, węglem na murze, pierwociną
w sztambuchu. Już wtedy ciążyła ku mowie wiązanej?
Potem stolica – żona i matka. I tęsknota za siedliskiem pośród
wzgórz i pól rozległych, falujących zbożem. Gdzie wiatr,
113
POST SCRIPTUM
mimo że już nie jest bogiem, zwiastuje dzień słoneczny, ulewę,
wichurę zrywającą dachy. I popłoch skrzydlatych. A wokół
– z jednego pnia – wielokulturowa społeczność: polska,
łemkowska, bojkowska, słowacka, ukraińska i bogowie, których
poetka poznała „dreszczem” w czas rozpalania chlebowego
pieca… Stał okurzony latami, głodny żaru i umieszonego
ciasta, rzucanego do komory okrągłą drewnianą
łopatą na długim sztylu posypaną mąką kamiennych żaren
z głównej izby… Zakaszlała gardziel dymem, luft sklepiony
duchem Świętowita. Po zwycięstwach i żniwie urodzaju zasnął
czujnie w kominie, odłożony do lamusa… Komuż potrzebni
starzy, wysłużeni bogowie?
Wtem cichy śpiew zasłyszał Świętowit, jakby z izby dochodzący.
Poetka nuciła łemkowską melodię od stuleci przekazywaną.
„Matki córkom” – pomyślał, co go Mokosz woła,
sypiąc kłosy zbóż na ogień… Dosiadłszy białego konia machnął
rogiem obfitości i pognał – jak posłaniec na larum – budzić
innych bogów. Bo wieszczka w kolejnych lirykach do
posługi wzywa! Wy śpicie…! A bestie…?
W każdej hierarchii społecznej „urzędnik” lęka się utraty
stanowiska, przywilejów, pozycji, szacunku – dotyczyło
to również bogów wszystkich kultur – stąd taka nerwowa
reakcja Świętowita. Może wystraszył się pogwizdu w kominie,
stukotu chodaków z kory – Piecucha. Może Popieluch
w marze sennej zakrzyknął „moja moc / upomni się o ciebie.
/ Nie znam litości. / (…) /w zakamarkach podwórka,
/ cierpliwie czekam / na tych, którzy ośmielają się / chodzić
po zmroku. / Rzucam się na nich, / palcami przypominającymi
obcęgi / zaciskam im szyje… / Silni chwytają mnie,
/ zamienionego w demoniczną starowinkę, / i ciskają o ziemię.
/ Wtem zamieniam się w pył, / znikam, / jakbym nigdy
nie istniał”. Wystraszył się bóg… a co dopiero zwykli ludzie,
którym Bieda była siostrą głuchą? „Nie usłyszę, jak piszczysz
/ w garnku podgrzewanym / na palenisku. / (…) / z dala od
twojego / nieśmiertelnego spojrzenia”. Chowaniec „obiecywał”:
„przyniosę dobro / wyszabrowane od złych ludzi”.
W Puszczy Sandomierskiej mocą ducha leśnego „cisza
osiada / na igłach choin. // Ich czubki straszą ludzi / którzy,
słysząc (…) gwizd, / tracą orientację / i błądzą po lesie”.
Jeziornice „Wiosennym śpiewem / wabi(ą) mężczyzn,
/ wplątując ich w sieci // wiecznego snu”. Stukacz „z kluczem
do tajemnic szuflad i szaf” budzi „trzeszczeniem kredensu,
/ stukaniem w okno, / chodzeniem psotnym krokiem
/ po jęczących deskach”. Jest „częścią nieprzespanych
nocy”. Zostawia „z myślami, / nie przynosząc odpoczynku”.
Zaraza „oddychasz mną, / gdy powietrze staje się gęste
/ a tchnienie płytkie i ciężkie. / (…) / Nie wygonisz mnie lekarstwem.
// Jestem zawsze w drodze”.
Katarzyna Brus-Sawczuk, Anna Maruszeczko i Renata Cygan
POST SCRIPTUM na Targach
Kilka z tych bestii dopadło i mnie: Duch leśny – kiedy chodziłem
w wigilię po jodłę. Gnieciuch – po literackich nasiadach.
Płaczka – ale tylko przy córce. Bieda – dzięki pracy i zaradności
żony jakoś mnie omija. Wolę, jak grasuje po sąsiadach.
Czytelnik znajdzie własną bestię w książce. Trzeba byty nadprzyrodzone
szanować. Są częścią wczesnej, naszej mitologicznej
spuścizny, weszły do kanonu, mimo że chrystianizacja
Polski (966?) zaczęła utożsamiać je przede wszystkim
ze złem, wszelkie bowiem uwikłanie w materię uważano za
złe. Z upływem wieków – ekspansja katolicyzmu – bogów
słowiańskich zdegradowano do poziomu demonów. Strasząc
nimi i ogniem piekielnym lud w czas nawracania na
łono Kościoła batem i mieczem.
Demony słowiańskie to konstrukcja składowa, o cechach na
wpół ludzkich i na wpół boskich. Zajmują pozycję pośrednią
między bogami a ludźmi (między sferą materialną, a sferą
boską, czysto duchową – sięgają astralności). Groźne, ale
i dobrotliwe. Szkodzą człowiekowi jedynie w słusznym gniewie
(np. Skarbnik). Lubią pełnić funkcję duchów opiekuńczych;
pomagają przy zdobyciu bogactwa i władzy, ale też
utraty zdrowia, częstokroć życia. Pełnią funkcje strażników
terytorium (ostępów leśnych, gościńców, szybów kopalnianych,
akwenów i rzek). Bywają wszędzie jako stali lokatorzy
i nieproszeni goście. Przed demonami mają podobno chronić:
amulety, zaklęcia, ofiary błagalne, czasem wystarczy
zdrowy rozsądek… I dystans wobec siebie.
Katarzyna Brus-Sawczuk i Renata Cygan
Głęboki ukłon dla Izabeli Zubko, za przywrócenie demonom/bestiom
słowiańskim należytego miejsca w polskiej
literaturze. Zwłaszcza w tak trudnym gatunku jak poezja.
W krótkiej, zwięzłej formie każdy z bohaterów „prezentuje”
czytelnikowi swą sylwetkę i pole działania, często zwracając
się przy tym do autorki. Taki zabieg uwypukla kunszt
warsztatowy poetki z Brunar. Izabela Zubko w zamyśleniu
twórczym na równi potraktowała fantazję, fakty, głos ducha
strażnika jej domu ukrytego pod stragarzem oraz pogwar
Nieba i błysk świetlików znad Białej. [JS]
JERZY STASIEWICZ
Izabela Zubko, Wierszariusz słowiański – gawędy ciąg dalszy…,
Brunary 2026, s.110.
Rafal Podraza i Renata Cygan
POST SCRIPTUM
114
WIELKIE GRATULACJE!!!
Nasz redakcyjny kolega, sekretarz
redakcji „Post Scriptum” Jacek
Jaszczyk, laureatem prestiżowej
Nagrody Grudziądzkiego Flisaka
115
POST SCRIPTUM
Jacek Jaszczyk został uhonorowany prestiżową
Nagrodą Grudziądzkiego Flisaka,
przyznawaną przez Prezydenta Miasta
Grudziądza Macieja Glamowskiego. Wyróżnienie
to jest przyznawane osobom, instytucjom
i firmom, które poprzez swoją działalność przyczyniają
się do budowania pozytywnego wizerunku
miasta w kraju i za granicą oraz wspierają
jego rozwój i promocję.
Uroczysta Gala odbyła się 17 czerwca 2026
roku w Centrum Kultury Teatr w Grudziądzu,
w przeddzień 735. rocznicy nadania Grudziądzowi
praw miejskich, co nadało wydarzeniu
szczególny i symboliczny charakter. Galę poprzedził
koncert Wiktora Waligóry.
Wierzę, że kultura i tradycja wciąż mają siłę łączenia
ludzi, niezależnie od miejsca, w którym żyją. Nagroda,
którą otrzymałem w moim rodzinnym Grudziądzu, jest dla
mnie niezwykle ważna i traktuję ją jako duże wyróżnienie
oraz motywację do dalszej pracy. Jestem naprawdę
dumny, że mogę reprezentować moje miasto także poza
granicami Polski. To dla mnie ważne, że mogę dokładać
swoją cegiełkę do budowania więzi z Polakami na całym
świecie i promować Grudziądz w jak najlepszy sposób.
Jacek Jaszczyk – nagrody i nominacje:
• Laureat prestiżowego konkursu „Wybitny Polak” w Irlandii Fundacji Polskiego Godła Promocyjne
go „Teraz Polska” w kategorii Osobowość – Dublin, 2019.
• Laureat XX Światowego Dnia Poezji ustanowionego przez UNESCO (World Day Poetry UNESCO
2020 Award) za oryginalną twórczość poetycką, uhonorowany również Błękitnym Pucharem
w Srebrze – Warszawa, 2020.
• Uhonorowany Medalem im. Barbary Jurkowskiej za wkład w organizację i promocję literatury
polskiej na forum międzynarodowym. Wyróżnienie przyznano podczas XV Festiwalu Poezji
Słowiańskiej – Warszawa, 2022.
• Uhonorowany wyróżnieniem w światowym konkursie „Osobowość Polonijna Roku im. Edyty
Felsztyńskiej” za działalność polonijną i propagowanie Polski poza granicami kraju – Hanower, 2024.
• Uhonorowany wyróżnieniem w światowym konkursie „Osobowość Roku Polonii Świata 2025”
za promowanie polskiej kultury, tradycji i wartości poza granicami kraju – Warszawa, 2025.
• Uhonorowany medalem w kategorii Działalność Kulturalna w światowym konkursie „Polak Roku
we Włoszech i na Świecie” za promowanie polskiej kultury, tradycji i wartości poza granicami
kraju – Neapol, 2025.
• Dwukrotnie nominowany w latach 2019 i 2020 przez kapituły redakcji „Gazety Pomorskiej”,
„Expressu Bydgoskiego” i „Nowości Dziennika Toruńskiego” do tytułu Osobowość Roku w kategorii
Kultura.
• Laureat Nagrody Grudziądzkiego Flisaka za działalność kulturalną, społeczną oraz promocję
Grudziądza w kraju i poza jego granicami – Grudziądz, 2026.
Nagroda Grudziądzkiego Flisaka jest inicjatywą
mającą na celu docenienie osób aktywnie
wspierających rozwój Grudziądza oraz promujących
jego dziedzictwo kulturowe i społeczne.
Statuetkę zaprojektowała Paulina Kaczor-
-Paczkowska, a nagrodę ustanowił Prezydent
Grudziądza Maciej Glamowski. Wyróżnienie to
nawiązuje do historycznych tradycji flisackich
związanych z Wisłą i jest jedną z najważniejszych
lokalnych nagród w Grudziądzu.
W gronie tegorocznych laureatów jest Jacek
Jaszczyk – Grudziądzanin mieszkający w Dublinie,
dobrze znany dublińskiej Polonii oraz
środowiskom polonijnym. Jacek Jaszczyk jest
poetą, animatorem kultury, dziennikarzem,
honorowym korespondentem TVP Polonia
oraz sekretarzem redakcji kwartalnika „Post
Scriptum”. W swojej bogatej działalności literackiej
pełnił także funkcję redaktora naczelnego
czasopisma „Poezja Dzisiaj” – współorganizował
międzynarodowe festiwale poetyckie
oraz projekty literackie integrujące twórców
z Polski i zagranicy. Autor nagradzanych tekstów
rockowego zespołu Animozje, wyróżnianych
podczas ogólnopolskich festiwali i przeglądów
muzycznych. Jest twórcą i współtwórcą
wielu inicjatyw społecznych, kulturalnych
i medialnych, m.in. inicjatorem pierwszego
polskiego głosu na antenach irlandzkich stacji
radiowych, współtwórcą i założycielem polskiego
radia dla Polonii w Irlandii oraz internetowej
telewizji. Od dwóch dekad aktywnie
działa na rzecz kultury, literatury i integracji
Polonii, buduje trwałe mosty między rodakami
mieszkającymi za granicą a krajem i jednocześnie
niezmiennie podkreśla swoje silne przywiązanie
do rodzinnego Grudziądza. Za swoją
działalność był wielokrotnie nagradzany i wyróżniany
na arenie międzynarodowej. Dzięki
wieloletniej pracy i zaangażowaniu działalność
Jacka Jaszczyka stała się rozpoznawalna nie tylko
w środowiskach polonijnych w Irlandii, lecz
także poza jej granicami. Jego konsekwentna
praca oraz promocja polskiej kultury na arenie
międzynarodowej zostały docenione również
w rodzinnym Grudziądzu. [PS]
POST SCRIPTUM
116
W duchu
Strzeleckiego
Rozmowy-spotkania z ludźmi.
Czasem z no name, czasem
z rozpoznawalnymi, czasem
z ekspertami. Zawsze z takimi,
którym zależy. Dzielimy się
wiedzą i opowieściami o przełomach
w życiu, w przekonaniu,
że „opowiadanie historii
to nasz ludzki sposób radzenia
sobie z rzeczywistością",
a kryzys to szansa.
LINK DO PODCASTU:
https://open.spotify.com/show/3RjoeghoM8ZSU9RiAX2cmA
DO
POETÓW ,
ARTYSTÓW ,
A N N A M A R U S Z E C Z K O
MUZYKÓW
Dziennikarka, freelancerka z wyboru. Kolekcjonerka poruszających
historii i budujących rozmów. Lubi mówić
i słuchać. Wierzy, że „opowiadanie historii to nasz ludzki
sposób radzenia sobie z rzeczywistością”. Entuzjastka
wielokulturowości i przyrody. Autorka kanału na IG
pn. Między Bugiem a prawdą.
Interesuje mnie metamorfoza, człowiek w zmianie.
Moi bohaterowie to ludzie poszukujący i zaangażowani.
Walczą, stawiając granice, postępując w zgodzie
z sobą, dzieląc się. Czasem wygrywają bitwy ze światem
zewnętrznym, jednak podkreślają, że najtrudniej wygrać
z samym sobą. Opowiadają o wzlotach i upadkach na
drodze do życiowego i zawodowego spełnienia. W tle
często ważne zjawiska i trendy społeczne, energia kobiet,
praktyki rozwojowe, etyczny biznes, fair travel i in.
117
POST SCRIPTUM
Moi bohaterowie to ludzie
poszukujący
i zaangażowani.
Walczą, stawiając granice, postępując w zgodzie z sobą,
dzieląc się.
Wygrywają bitwy
ze światem zewnętrznym,
ale podkreślają, że najtrudniej
wygrać z samym sobą.
Opowiadają o wzlotach i upadkach
na drodze do życiowego
spełnienia.
Inspirują
REKLAMA
Profesjonalna
korekta tekstów
ALEKSANDRA KRASIŃSKA
Redakcja i korekta
kontakt@krasinska.eu
Piszesz książkę, e-book, pracę naukową, a może artykuły
na blog albo stronę internetową? Ciągle się wahasz,
gdzie postawić przecinek, i martwisz się, że w tekście są
błędy, których nie widzisz? Skontaktuj się z naszymi korektorkami
– z nimi Twój tekst będzie lepszy.
Ukończyłam bibliotekoznawstwo na Uniwersytecie Łódzkim i jestem absolwentką licznych
kursów oraz szkoleń dla redaktorów i korektorów. Na co dzień współpracuję z wydawnictwami,
a także poprawiam teksty użytkowe dla szkół wyższych. Chętnie pomogę
przy tekstach zarówno krótszych, jak i dłuższych.
MAŁGORZATA NOWAK
malgorzata.nowak122@gmail.com
Jestem literaturoznawczynią związaną obecnie z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza
w Poznaniu. Najchętniej redaguję teksty naukowe, beletrystykę i eseje. Proces
redakcyjny znam również od strony autora, dlatego zawsze dokładam starań, by tekst,
stając się coraz lepszy, pozostawał w pełni Twój.
DOMINIKA PALUCH
Było słowo
dominika.paluch@interia.pl
Absolwentka Akademii korekty tekstu Ewy Popielarz. Licencjatka polonistyki-komparatystyki,
magistrantka językoznawstwa ogólnego i licencjantka filologii klasycznej.
Zakochana w słowach, czujna strażniczka przecinków.
ANITA ŻELAZOWSKA
anitazelazowska@wp.pl
Anglistka i lektorka języka angielskiego. Ukończyła studia podyplomowe z edytorstwa
tekstów literackich i użytkowych na Uniwersytecie Łódzkim. Zajmuje się korektą i redakcją
tekstów jako wolontariuszka, by wspierać autorów oraz doskonalić własne umiejętności
językowe w zakresie polszczyzny.
Zapraszamy do kontaktu
p a r t n e r z y m e d i a l n i :
POST SCRIPTUM 118
FUNDACJA „POST SCRIPTUM”
Oprócz dzielenia się z czytelnikami aktualnościami w dziedzinie sztuki oraz literatury pragniemy wspierać młode talenty.
W tym celu stworzyliśmy Fundację Wspierania Kultury „Post Scriptum”.
Darowizny dla fundacji będą służyły szeroko pojętej promocji młodych artystów zarówno na łamach kwartalnika,
jak i w formie pomocy w organizacji wystaw, warsztatów czy wydawaniu książek.
Jeśli chcesz przekazać datek na działalność naszej fundacji, możesz zrobić to za pośrednictwem strony internetowej:
www.postscriptumfundacja.com
lub wpłacić darowiznę bezpośrednio na konto fundacji:
75114020040000310281956333
Dane kontaktowe:
FUNDACJA WSPIERANIA KULTURY „POST SCRIPTUM”
05-092 Łomianki ul. STANISŁAWA STASZICA 14/5
119
POST SCRIPTUM
KRS 0000908539 NIP 1182225810
e-mail: biuro@postscriptumfundacja.com