20.03.2023 Views

HMP 78 Kat Roman Kostrzewski

New Issue (No. 78) of Heavy Metal Pages online magazine. 90 interviews and more than 230 reviews. 264 pages that will certainly satisfy any metalhead who loves heavy metal and its classic subgenres. Inside you will find many interesting facts and news in interviews with: Turbo, Kat & Roman Kostrzewski, Accept, Helstar, Agent Steel, Armored Saint, Crystal Viper, Axe Crazy, Necronomicon, Sodom, Darkness, Nervosa, Accuser, Angelus Apatrida, Voiviod, Quo Vadis, Ragehammer, Monastery, Okrutnik, Evangelist, Rascal, Spirit Adrift, Haunt, Wytch Hazel, Diamond Head, Iron Savior, Wizard, Niviane, Holy Mother, Vhaldemar, Konquest, Sylent Storm, Communic, Harlott, Eternal Champion, Megaton Sword, Coronary, Possessed Steel, Ashes Of Ares, Significant Point, Midnight Spell, Neuronspoiler, Byfist, Chalice, Pounder, Stallion, Chainbreaker, Michael Schenker Group, Fates Warning, Pyramaze, Wuthering Heights, Lords Of Black, Vincent and many, many more. Enjoy!

New Issue (No. 78) of Heavy Metal Pages online magazine. 90 interviews and more than 230 reviews. 264 pages that will certainly satisfy any metalhead who loves heavy metal and its classic subgenres. Inside you will find many interesting facts and news in interviews with: Turbo, Kat & Roman Kostrzewski, Accept, Helstar, Agent Steel, Armored Saint, Crystal Viper, Axe Crazy, Necronomicon, Sodom, Darkness, Nervosa, Accuser, Angelus Apatrida, Voiviod, Quo Vadis, Ragehammer, Monastery, Okrutnik, Evangelist, Rascal, Spirit Adrift, Haunt, Wytch Hazel, Diamond Head, Iron Savior, Wizard, Niviane, Holy Mother, Vhaldemar, Konquest, Sylent Storm, Communic, Harlott, Eternal Champion, Megaton Sword, Coronary, Possessed Steel, Ashes Of Ares, Significant Point, Midnight Spell, Neuronspoiler, Byfist, Chalice, Pounder, Stallion, Chainbreaker, Michael Schenker Group, Fates Warning, Pyramaze, Wuthering Heights, Lords Of Black, Vincent and many, many more. Enjoy!

SHOW MORE
SHOW LESS
  • No tags were found...

You also want an ePaper? Increase the reach of your titles

YUMPU automatically turns print PDFs into web optimized ePapers that Google loves.



2020 to rok kilku jubileuszy, w tym 40-lecie

działalności poznańskiego Turbo. Z tej okazji kapela

wypuściła kompilację zatytułowaną "Greatest

Hits", która na dwóch dyskach przypomniała

blisko dwie i pół godziny muzyki z całej historii

swojej działalności. Z tego też powodu na rozmowę

zaprosiliśmy lidera Turbo, Wojciecha Hoffmana,

a że nasz periodyk to kwartalnik, to rezultaty

tej konwersacji możecie przeczytać dopiero

teraz. Ta sama rocznica dotyczy również naszego

kolejnego weterana, katowickiego Kata. Obchodzona

była ona wydawnictwem "The Last Convoy".

Niemniej ta uroczystość nie dotyczy samego

Piotra Luczyka, ale także innych muzyków, którzy

współtworzyli tę legendę polskiego metalu. A

że formacja Kat & Roman Kostrzewski pod

koniec 2020 roku wypuściła swój oficjalny bootleg

"Live 2019", nie omieszkaliśmy porozmawiać z

samym Romanem. Tym oto sposobem moi drodzy

czytelnicy macie na samym początku niesamowite

i bardzo obszerne artykuły z udziałem

dwóch polskich legend.

Tak jak wspominałem, W bieżącym numerze

napotkacie na kilku zeszłorocznych jubilatów.

Chociażby kolejną polską formację, Quo Vadis,

która hucznie obchodzi 30-lecie swojego debiutu,

bowiem o jego reedycje zadbało chińskie Huangquan

Records oraz polska wytwórnia Old Temple

Records. Wspomniane wydania ukazały się

na nośnikach CD, natomiast o wytłoczenie winyli

zadbała kolejna firma, Underground Front

Records. Także pytań dla Tomka "Skayi" Skuzy

też nam nie brakowało.

Jak jesteśmy przy egzotycznym kierunku promocji

naszej polskiej sceny z lat 90., to warto

wspomnieć, że wymieniona przed chwilą wytwórnia

Huangquan wydala również płytę z naszego

thrasowego podziemia, a mianowicie "Świętą Inkwizycję",

Monastery. Oczywiście był to kolejny

impuls, aby przypomnieć wam tę raczej zapomnianą

formację.

Niemniej ostatnimi czasy nie zajmowaliśmy się

tylko wspomnieniami, tym bardziej, że bieżące

wydawnictwa - mimo pandemii - są nadzwyczaj

ekscytujące. Zaraz za głównymi "daniami" tego

numeru natkniecie się na wywiady z Accept, Helstar,

Agent Steel, czy Armorend Saint. Myślę,

że albumy "Too Mean to Die" (w zasadzie już

klasyk), "Clad in Black" (kompilacja, ale rozbudzająca

wyobraźnię i chęć na kolejne nowe produkcje

Helstar), "No Other Godz Before Me"

Intro

Spis tresci

(powrót Johna Cyriisa) i "Punching the Sky"

(album z końca października 2020 roku wart naszej

pamięci) do tej pory kręcą się w waszych odtwarzaczach

jak oszalałe.

Jak zawsze warte uwagi są również nowości z

thrashowego podwórka, a tych ostatnio nie brakowało.

Myślę, że nikt nie odpuści sobie rozmów

z przedstawicielami Necronomicon, Sodom,

Darkness, Accuser, a także Voivod, Angelus

Apatrida, Nervosa, MindWars, Harlott, Warpath,

Macbeth itd. A przecież to dopiero wstęp

do tego, co znalazło się w bieżącym numerze.

Numer 78. zaczyna się od polskich wiarusów

Turbo oraz Kat & Roman Kostrzewski ale to

nie jedyne nazwy z Polski, które przewijają się w

zebranych w nim wywiadach. W sumie jest ich

sporo, a zarazem prezentują bardzo różne odcienie

heavy metalowej sceny. I tak, mamy heavy/power

metalowy Crystal Viper, który promuje udany

nowy krążek "The Cult", black/thrash metalowy

Ragehammer z kolejną niesamowitą płytą "Into

Certain Death", epic/doom metalowe Evangelist

przypominające się wyśmienitą EPką "Ad Mortem

Festinamus", a także debiutujące heavy/

speed/black metalowe Okrütnik oraz power/

speed metalowe Rascal. Jest także heavy metalowy

Axe Crazy, który ostatnio na nowo wydał

wszystkie swoje płyty, tym razem pod szyldem

brazylijskiej wytworni Classic Metal Records.

Mało tego, ich ostatni album "Hexbreaker" dzięki

Metal Warrior Records opublikowany został również

na wielokolorowych "plackach", co ucieszy

tych najbardziej zakręconych kolekcjonerów. A na

zakończenie możecie poczytać sobie rozmowę z

kapelą Vincent, która dopiero co wydała krążek

"Space" ze znakomitym hard rockiem. Także nasza

rodzima scena tradycyjnego heavy metalu

ostatnio nnie pozwala się nudzić.

To jednak ciągle preludium do tego, co znajdziecie

w aktualnym numerze. Ilość kapel, ich różnorodność,

doświadczenie, potencjał, pochodzenie,

oddają wyjątkowy koloryt globalnej i aktualnej

sceny tradycyjnego heavy metalu. Każda z tych

grup może kogoś zachwycić i wręcz odwrotnie,

bardzo zniesmaczyć. Po prostu kwestia gustu, preferencji

i chwili poddania się emocjom. Także dość

trudno zachwalać jakiś konkretny zespół czy namawiać

po sięgnięcie po ich niedawno wydana płytę.

Dla jednych ekscytującym będzie sięgnięcie po

weteranów takich jak Diamond Head, Byfist czy

Velvet Viper, innym radość przyniesie wysłuchanie

młodszych, ale mocno już doświadczonych

Iron Savior czy Wizard. Zaś jeszcze inni będą

woleli młode pokolenie sięgające po tradycyjny

heavy metal w wersji oldschoolowej Neuronspoiler,

Hell Freezes Over, Significant Point czy

Sylent Storm, albo w odsłonie retro Freeways,

Dead Lord czy Wytch Hazel, ewentualnie w barwach

epickich; Eternal Champion, Megaton

Sword czy Possessed Steel, tudzież bardziej

doomowych Old Mother Hell, Legionem czy

Spirit Adrift. Niemniej ciągle będzie to wierzchołek

tego, co proponujemy w najnowszym numerze

naszego czasopisma.

Tym razem w magazynie prezentujemy bardzo

wielu przedstawicieli thrash metalu Mamy jeszcze

mało znane, ale ze sporym potencjałem Wreck-

Defy, Denied czy Injector oraz zupełnie nieznane,

o których za chwil parę - prawdopodobnie -

nikt nie będzie pamiętał, jak Typhus, Annexation

czy Devastation Inc.

Za każdym razem oddając nowy numer HMP

staramy się też ubarwić nasze propozycje. Tym

razem odnajdziecie kilka wywiadów przedstawicielami

kapel hard'n'heavy. O naszym rodzimym

Vincent już wspominaliśmy, a oprócz niego znajdziecie

także zapisy rozmów z kapelami takimi jak

Jaded Heart, Lords Of Black, Mean Streak, a

przede wszystkim wywiad z Michaelem Schenkerem

o jego nowym wcieleniu MSG. Nie zabrakło

również reprezentantów szeroko pojętego progresywnego

metalu. Tym razem będziecie mieli do

poczytania przede wszystkim rozmowę z Bobem

Jarzombkiem o Fates Warning i nie tylko, ale

także z Pyramaze, Wuthering Heights czy też

Vanish. Są także kapele bardziej melodyjne niż

inne grupy, chociażby epicki Arrayan Path i progresywny

metalowo/rockowy Dark Quarterer.

Także paleta różnorodności w bieżącym numerze

jest wielce kolorowa.

Jednak jak zawsze proszę o dokładne zapoznanie

się z treścią magazynu, bo we wstępie wymieniona

jest jedynie część formacji, którym poświęciliśmy

swoją uwagę. I jestem pewien, że spora część kapel

niewymienionych może okazać się dla Was drodzy

czytelnicy równie ważna, co te, o których już

wspomniałem. I jak zawszę mam nadzieję, że wraz

z naszymi nowymi materiałami spędzicie parę

miłych chwil w tym raczej nieciekawym czasie.

Michał Mazur

Cover foto: Bonzo

3 Intro

4 Turbo

14 Kat & Roman

Kostrzewski

22 Accept

24 Helstar

26 Agent Steel

30 Armored Saint

32 Crystal Viper

36 Axe Crazy

39 Necronomicon

42 Sodom

44 Darkness

46 Nervosa

48 Accuser

50 Angelus Apatrida

52 Quo Vadis

55 Ragehammer

58 Monastery

60 Okrutnik

62 Dread Sovereign

64 Evangelist

67 Legionem

68 Old Mother Hell

70 Spirit Adrift

71 Haunt

72 Wytch Hazel

74 The Riven

76 Dead Lord

78 Freeways

80 Nightstryke

82 Diamond Head

85 Warrior

86 Velvet Viper

88 Iron Mask

90 Iron Savior

92 Wizard

94 Niviane

96 Fireforce

98 Holy Mother

100 Vhaldemar

102 Rascal

104 Konquest

106 Sylent Storm

108 Voiviod

112 Communic

116 MindWars

118 Harlott

120 Warpath

122 Macbeth

124 Eternal Champion

125 Megaton Sword

126 Coronary

128 Possessed Steel

130 Time Rift

132 Significant Point

134 Ashes Of Ares

136 Midnight Spell

139 Road Wolf

140 Neuronspoiler

144 Byfist

146 Wreck-Defy

148 Denied

150 Injector

152 Garagedays

154 Chalice

156 Night Prowler

158 Black & Damned

160 Generation Steel

162 Hell Freezes Over

164 Anthenora

166 Pounder

168 Stallion

169 Bakken

170 Typhus

172 Chainbreaker

174 Annexation

175 Devastation Inc.

176 Reverber

178 Arrayan Path

180 Black Sun

182 Dark Quarterer

184 Pyramaze

186 Wuthering Heights

190 Vanish

192 Fates Warning

194 Jaded Heart

196 Lords Of Black

198 Mean Streak

200 Vincent

202 Michael Schenker

Group

204 SandBreaker

207 Zelazna Klasyka

208 Thrashback Records

210 Decibels` Storm

252 Old, Classic,

Forgotten...

3


40 lat minęło...

Wydaje się, że tak jakoś niedawno

kupowałem pierwszego

singla Turbo, a tu proszę,

poznańska formacja świętuje

jubileusz 40-lecia. W tym

czasie nagrała wiele płyt, w

tym nowatorskich czy kultowych,

nie tylko według rodzimych fanów, ale

też kolekcjonerów metalowych wydawnictw z całego

świata, zagrała też tysiące koncertów. I chociaż nie

zrobiła takiej kariery na Zachodzie jak choćby Vader czy Behemoth,

to już dla kilku pokoleń słuchaczy należy, wraz z TSA i Katem, do

tak zwanej wielkiej trójki polskiego metalu. Jubileusz Turbo uświetniło specjalną

kompilacją, ale lider grupy Wojciech Hoffmann, obszernie odpowiadając na 40 pytań

z okazji 40 lecia, zapowiada już kolejny album studyjny.

HMP: Rok 1980. Masz 25 lat i po kilku latach

grania w Heam zaczynasz przygodę z

kolejnym zespołem. Gdyby ktoś ci wtedy

powiedział, że potrwa ona 40 lat, jak byś

zareagował? Przecież nawet The Rolling

Stones, już wtedy uznawani za dinozaurów

rocka, istnieli raptem od 18 lat, a zespoły ze

stażem przekraczającym dekadę były w

rocku czymś nader rzadkim? (śmiech)

Wojciech Hoffmann: Mając 25 lat nawet

dekada wydaje się jakimś kosmosem. Czas za

młodu ciągnie się dużo wolniej niż teraz.

Chyba nawet nie myślałem o takim wymiarze.

Tak jak podkreśliłem dziesięć lat to cała

era, a co dopiero czterdziestolecie. Z drugiej

strony cieszę się bardzo, że udało mi się doczekać

takiego jubileuszu. I wiesz co... mam

ochotę na następne, może nawet pięćdziesięciolecie.

Wszystko zależy od tego Pana u góry,

który może przecież, nawet bez mojej

wiedzy, zaproponować mi pracę w swojej orkiestrze.

Mam jednak nadzieję, że nie stanie

się to szybko. Chociaż biorąc pod uwagę wydarzenia

z roku 2020 "wszystko się może zdarzyć",

jak śpiewała kiedyś Anita Lipnicka.

Wiara jednak czyni cuda, no to może się uda

(śmiech).

Ponoć dość długo wahałeś się czy dołączyć

do Turbo, początkowo funkcjonującego pod

nazwą Krater, ale jednak dalsza współpraca

z Henrykiem Tomczakiem wydała ci się

bardziej interesująca artystycznie niż ciepła

posadka w orkiestrze Zbigniewa Górnego?

Dokładnie tak. Nie chciałem, a raczej nie byłem

zainteresowany pracą w żadnym zespole.

Heniu po rozpadzie Heam zaproponował mi

współpracę w swoim nowym bandzie, który

miał w planach. A było to dokładnie 2 stycznia

1980 roku. Ja miałem, na zwołanym

przez Marka Bilińskiego zebraniu (jeden z

założycieli i klawiszowiec zespołu Heam), zakomunikować

kolegom, że odchodzę z zespołu.

Nie chciało mi się już czekać na "brak"

kolejnych imprez, na "brak" zapowiedzianej

kolejnej trasy po ZSRR. Zespół spadał na

dno. Wtedy sytuacja takich kapel jak my,

Foto: Ilona Matuszewska

czyli zespołów instrumentalnych i w dodatku

bez menago, nie była wesoła. Wprawdzie latem

roku 1979 odbyliśmy jeszcze trasę z Haliną

Frąckowiak i Staszkiem Wenglorzem,

znanym ze współpracy z zespołem Skaldowie

i z pięknej piosenki "Nie widzę ciebie w

swych marzeniach", ale czułem, że to koniec.

Zespołowi był potrzebny wokalista, a Halina

Frąckowiak, to była osobna sprawa. My potrzebowaliśmy

kogoś na stałe. Niestety wtedy

w Polsce nie było tylu wspaniałych głosów

co teraz i sprawa się skończyła. Pod koniec

roku 1979 nagrałem parę utworów z orkiestrą

Zbyszka Górnego i wymyśliłem sobie,

że dołączę do tej orkiestry. Byłaby to wtedy

ciepła i bardzo intratna posadka, bo orkiestra

święciła wtedy w Polsce swoje największe sukcesy.

Więc kiedy Heniu złożył mi tę propozycję,

nie miałem wcale ochoty jej przyjąć.

Sytuacja zmieniła się w lutym, podczas mojej

drugiej obecności na koncercie Rock Arena.

I wtedy zrozumiałem, że chyba jednak wolę

być jednym z czterech, niż jednym z czterdziestu.

I dołączyłem do Turbo. Tutaj muszę

sprostować, bo nazwę Krater przyjął zespół

Heam po pierwszej trasie po ZSRR. Chodziło

o to, że wyraz Heam kojarzył się towarzyszom

z Kraju Rad z angielską nazwą szynki -

ham, a wiadomo, że wtedy panował kryzys i

u nas, i u nich, i szynki nie było. Na zmianę

naciskał też Pagart, czyli taki pośrednik wysyłający

za haracz zespoły z Polski w świat.

Dostaliśmy nawet ultimatum, albo zmiana

nazwy, albo kopa w du... I zmieniliśmy, ale

kopa dostaliśmy, bo już do ZSRR nie pojechaliśmy.

Pierwszy koncert zagraliście w kwietniu

1980 roku, po kilku tygodniach intensywnych

prób. Mieliście już wtedy w repertuarze

większą liczbę autorskich numerów,

choćby "W środku tej ciszy" i "Byłem z tobą

tyle lat", które wkrótce zarejestrowaliście

we wrocławskim studio Polskiego Radia i

wydaliście na singlu Tonpressu?

Dokładnie nie pamiętam czy mieliśmy już

autorskie utwory przygotowane, ale coś mi

po głowie chodzi. Graliśmy chyba jakieś

utwory Marka Bilińskiego, "W roztańczeniu",

"Fabrykę keksów", "Samotnym żeglarzom".

Na pewno graliśmy pięć utworów zachodnich:

"Red House" Hendrixa, "All Right

Now" zespołu Free, "Suicide" Thin Lizzy i jakiś

utwór Queen. Pod koniec maja chyba, albo

w czerwcu pojechaliśmy do Wrocławia do

studia radiowego zrobić pierwsze nagrania.

Zarejestrowaliśmy pięć utworów, z których

dwa: "Byłem z tobą tyle lat" i "W środku tej

ciszy", wydrukowane z błędem, bo tytuł napisali

"W środku tej nocy", zostały wydane na

singlu przez Tonpress... Nagrania brzmią

ohydnie. Pamiętam, że dostawałem piany,

jak słyszałem ich jakość. Są beznadziejnie suche,

sztuczne, bez polotu, tak jakby kapela

nie umiała zupełnie grać. No koszmar, ale

cóż wtedy było tak, albo nagrywamy, albo na

drzewo. Nie było przecież studiów nagraniowych.

O prywatnych można było tylko pomarzyć,

a państwowe, znajdujące się zazwyczaj

przy rozgłośniach radiowych, zapewniały

słabą jakość techniczną z braku realizatorów

i sprzętu. Władza ludowa nie lubiła

zbytnio pewnej grupy artystów, zwłaszcza

tych co zbyt mocno szarpali struny. Tak więc

i tak mieliśmy szczęście, że załapaliśmy się

na singla, który wyszedł chyba po roku od

nagrania. Przesłuchując ostatnio te utwory

wpadłem na pomysł nagrać te z Sowulą i te

z Krystkiem zupełnie od nowa. Z nowymi

aranżami i zaprosić innych muzyków do nagrań

i innych wokalistów. Zrobić taki Tribute

to Turbo tylko z tymi utworami, bo szkoda

tych piosenek.

To również wtedy zaczęliście grać "Fabrykę

keksów" Zbigniewa Hołdysa, którą miałeś

już okazję wykonywać, gdy Heam towarzyszył

Halinie Frąckowiak podczas trasy w

Związku Radzieckim?

Wszystko wydarzyło się podczas naszych

4

TURBO


prób, czyli Heam w warszawskiej Stodole.

Pracowaliśmy tam nad repertuarem przez

dwa miesiące wakacji. Był to dla mnie cudowny

okres. Miałem wtedy dwadzieścia trzy

lata, grałem w zawodowym zespole i dołączyła

do nas jeszcze taka gwiazda, jaką była

przecież Halina Frąckowiak. Mieliśmy jechać

na trasę do ZSRR. Do kolebki komunizmu.

Trasa zapowiadała się imponująco bo

mieliśmy zagrać aż sześćdziesiąt sześć koncertów,

co potem stało się faktem. Podzieliliśmy

program na dwie części. Pierwsza to

nasz koncert z instrumentalnymi utworami

autorstwa Marka Bilińskiego, a druga to

piosenki z genialnej płyty Haliny i SBB, którą

napisał Józek Skrzek. Płyta nazywa się

"Geira". Cudowne aranże Józka, cudowna

gra SBB i cudowne śpiewanie Haliny. Halina

zawsze chciała śpiewać piosenki zabarwione

czarnymi wykonawcami spod znaku

Tamla Motown. Oczywiście akurat ta płyta

niewiele miała z tym wspólnego, chociażby

ze względu na muzykę, progresywny rock, ale

Halina wprowadzała swoimi umiejętnościami

i żonglowaniem głosem ten element znakomicie.

I chyba była pierwszą polską wokalistką,

która odważyła się śpiewać w ten bardzo

swobodny sposób. Oczywiście piosenki z

tej płyty nie stanowiły całości repertuaru.

Zbyszek Hołdys, przyjaciel Haliny zaproponował

wtedy właśnie piosenkę "Fabryka

keksów", którą Halina zaczęła śpiewać. Jeszcze

w repertuarze była piosenka z filmu

"Casablanca" i "Hotel California" zespołu

The Eagles. Po rozpadzie Heam i powstaniu

Turbo szukaliśmy repertuaru, więc pomyślałem,

że warto wziąć się za "Fabrykę keksów",

co zresztą uczyniłem. Zaaranżowałem

ją inaczej niż Marek. Dodałem rockowego

pazura i graliśmy ją na koncertach. Zespół

dzięki tej piosence stał się mocno popularny.

Utwór ten gościł na Liście Przebojów PR 1

Polskiego Radia i nawet osiągnął pierwszą

pozycję pomimo jego długości, bo trwa około

12 minut. Gramy z powodzeniem ten utwór

do dzisiaj.

W grudniu 1981 dołączył do was Grzegorz

Kupczyk, ale tuż po tym fakcie generał Jaruzelski

spłatał nam wszystkim ogromnego

psikusa, wprowadzając stan wojenny - nie

mogliście grać prób ani koncertów, jedynym

plusem tej sytuacji było chyba to, że miałeś

więcej czasu na komponowanie, już z myślą

o pierwszym albumie Turbo?

Miałem wpaść do klubu Nurt, gdzie odbywały

się próby jeszcze starego składu, dokładnie

13 grudnia 1981. Pojechałem więc rano i

portierka mi mówi, że właśnie Wojtek Anioła

był przed chwilką coś zabrać i powiedział,

że stan wojenny ogłosili. Zaśmiałem się tylko,

bo znałem Wojtka z jego dyskusyjnego

humoru. Jak się później jednak okazało to

była prawda. Dowiedziałem się o tym z komunikatów

radiowych, jadąc do rodzinnego

domu autobusem, bo mój ojciec był chory i

chciałem dodać mu otuchy. Wizyta dziecka

zawsze nastraja optymistycznie. I jadąc tym

Jelczem usłyszałem, że "dziś w nocy ukonstytuowała

się Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego"

w skrócie WRON-a. Wszystko zostało zamknięte.

Nasz klub, w którym mieliśmy rozpocząć

próby w nowym składzie, kina, teatry,

domy kultury. Tak więc mieliśmy przerwę

w próbach. Ja mieszkałem bez zameldowania

w wynajętym mieszkaniu w Poznaniu,

więc bałem się, że mnie pogonią pałami jak

sprawdzą zameldowanie i uciekałem do domu

już przed siedemnastą. Miałem w pokoju

swojego Marshalla i Gibsona SG i tak tworzyłem

zarys pierwszej płyty. Wyobraź sobie,

że mam jeszcze kasety z tymi moimi rybkami

muzycznymi, gdzie wyję wokale jak zarzynany

kojot. To są niebieskie kasety firmy Stilon

Gorzów i one chyba jeszcze działają.

Muszę szybko je zarchiwizować, bo minęło

jednak prawie czterdzieści lat i mogą zaraz

przestać działać.

Zanim doszło do nagrania LP "Dorosłe

dzieci" nastąpiła też zaskakująca zmiana na

stanowisku basisty, bowiem założyciela

Foto: Ilona Matuszewska

Turbo Henryka Tomczaka zastąpił zaledwie

16-letni Piotr Przybylski?

Piotra zobaczyłem na tym samym przeglądzie

w Domu Kultury Stomil, w który to

już na wiosnę mieliśmy pierwsze próby w nowym

składzie. Wystąpił z zespołem Equinox,

a Andrzej Łysow i Grzegorz z zespołem

Kredyt. Uczestnicząc w pracach jury zawsze

jak ktoś mi się podobał, przy nazwisku

dopisywałem np.: basista do Turbo, gitarzysta

do Turbo, itd. I wtedy tak właśnie zrobiłem.

Przy tych trzech nazwiskach zrobiłem

takie notatki. Piotr był wtedy dla mnie genialnym

dzieciakiem, który znakomicie wyglądał

na scenie i świetnie grał. Widziałem w

nim duży potencjał artystyczny. Teraz trzeba

było go w jakiś sposób przejąć od rodziców.

Szesnastoletni chłopak nie miał żadnych

szans na to, żeby zacząć grać zawodowo. Żaden

rozsądny rodzic nigdy by się na to nie

zgodził. Wiadomo muzycy rockowi to przecież

słynne hasło sex, drugs and rock and

roll. Kosztowało to nas wiele spotkań z rodzicami

Piotrka i przekonywanie ich, że Piotr

jest geniuszem gitary basowej i powinien

grać, a nie uczyć się w technikum samochodowym.

I to nam się udało. Obiecaliśmy rodzicom,

że będziemy uważać na morale Piotrka.

Dlatego spał ze mną w pokoju i ja roztaczałem

pieczę nad nim jak ojciec nad synem.

Na koncertach dziewczyny szalały na

jego widok, a na dodatek był zwierzęciem

scenicznym, więc histeria była ogromna. Niestety

po roku współpracy, system psychiczny

Piotrka mocno się rozchwiał i zmuszeni byliśmy

się z nim rozstać. Było nam bardzo

szkoda, ale pojawił się Bogusz, który był dokładnie

w tym samym wieku, czyli wtedy

miał siedemnaście lat. Bogusz również miał

branie ze względu na jego piękne, kręcone

blond włosy (śmiech).

W dobie internetu, Spotify i czego tam jeszcze

młodsi czytelnicy pewnie nie będą

mogli uwierzyć, że to dzięki nowemu basiście

dowiedzieliście się o istnieniu takiego

zespołu jak Iron Maiden. Kiedy już jednak

do tego doszło szybko okazało się, że nie

jesteście gorsi od Brytyjczyków, czego potwierdzeniem

jest choćby twój kapitalny

utwór "Szalony Ikar"?

Rzeczywiście trudno w to uwierzyć, ale tak

było. Przecież wtedy w Polsce niczego nie było,

chociaż to była już inna Polska niż chociażby

dziesięć, albo piętnaście lat wstecz. Jednak

dostęp do płyt, kaset był bardzo trudny.

Polskie wytwórnie wydawały przeważnie

polskich artystów i chwała im za to. Czasami

coś wypuścili z drugiej ligi światowego rocka.

Pozostawały nam komisy, ale ceny za płyty i

kasety, przekraczały nasze możliwości finansowe.

Były również pirackie firmy, które za

drobną opłatą przegrywały płyty i wtedy można

było poczuć się gościem. Do chwili kiedy

zobaczyłem Piotra i z nim porozmawiałem,

nie wiedziałem o istnieniu Iron Maiden. Kupiłem

pierwsze dwie kasety i oszalałem. To

było to co chciałem, żeby Turbo grało. Szaleńczy

metal z genialnym wokalem Paula Di'

Anno, a potem z Bruce Dickinsonem. Znakomite

melodie i rewelacyjne solówki Adriana

Smitha i Dave Murray'a, to wszystko

wywarło na mnie ogromny wpływ i inspirację.

Cała płyta "Dorosłe dzieci" to suma fascynacji

tym genialnym zespołem. Gdyby była

nagrana w Anglii to brzmiałaby pewnie rewelacyjnie

i lepiej by się jej słuchało. Ale Piotrek

Madziar - realizator płyty, robił co mógł

podczas nagrań. Wiadomo warunki techniczne

polskich studiów były powiedzmy sobie

bardzo średnie. Ta fascynacja Maidena-

TURBO 5


mi w zasadzie trwa do dzisiaj, ale już ostatnie

dokonania Maiden nie zachwycają mnie

tak, jak płyty z lat 80.

To jednak inny numer z "Dorosłych dzieci",

tytułowa ballada, stał się waszym najpopularniejszym

utworem - masz satysfakcję, że

skomponowałeś jeden z najbardziej rozpoznawalnych

utworów w historii polskiego

rocka, evergreen kojarzony przez praktycznie

wszystkich, nawet jeśli nie są fanami

Turbo czy metalu?

Ten utwór to takie troszkę nasze przekleństwo.

Ale jednak bardzo wspaniałe przekleństwo.

Tak sobie nieraz myślę, że wielu słuchaczy

zna nas tylko z tego utworu i to jest

bardzo przykre, bo wydaliśmy już około szesnastu

płyt, a ciągle puszczają tylko "Dorosłe

dzieci". Ja ten utwór bardzo lubię. I zawsze

jak gramy go na koncertach to włosy mi dęba

stają. Gramy go w zasadzie identycznie jak

na płycie, poza tym, że jest inny wokalista i

trzecią zwrotkę gramy mocniej. Publiczność

zawsze się domaga "Dorosłych dzieci". Nawet

jak graliśmy trasę z "Ostatnim wojownikiem",

to też musieliśmy grać "Dorosłe dzieci".

Ten utwór należy do najważniejszych

utworów lat osiemdziesiątych. Były jeszcze

cudowna "Autobiografia" Perfectu i "Przeżyj

to sam" Lombardu. Mam wielką satysfakcję

artystyczną, że to właśnie ja, do wspaniałego

tekstu Andrzeja Sobczaka, napisałem tę

piosenkę. Niestety satysfakcja artystyczna

nie idzie w parze z finansową, ale to Polska

właśnie. (śmiech)

Byliście wtedy wyjątkowo niepokorni: słynna

jest choćby ta historia ze zdjęciem Antoniego

Zdebiaka wykorzystanym na okładce

pierwszej płyty, gdzie można dopatrzyć się

symbolicznych wtedy liter V, w ułożeniu

perkusyjnych pałeczek czy twoich rąk, ale

cenzor jakoś niczego nie dostrzegł? (śmiech)

Niestety nigdy tak do końca nie byliśmy niepokorni

i dlatego dostaliśmy nieźle w dupę.

Trzeba było walczyć o swoją wizję zespołu, a

nie poddawać się jakimś wyimaginowanym

sukcesom. Jeśli chodzi o okładkę "Dorosłych

dzieci", to cały pomysł był autorstwa Antoniego

Zdebiaka, który podobno już nie żyje.

On opisał nam cały pomysł, jak to widzi i tak

zrobił. Nam się to bardzo spodobało. I to

Zdebiak był niepokorny, bo wymyślił sobie

samobójczą okładkę. Przecież musiał sobie

zdawać z tego sprawę, że to nie przejdzie. Te

litery V, które oznaczały Victorię. W latach

komuny w Polsce ten znak to symbol buntu

młodzieży i nie tylko młodzieży przeciwko

socjalizmowi... Na każdym koncercie był to

znak rozpoznawczy właśnie buntu przeciwko

komunie. Jakimś cudem ta okładka przeszła

i nie wiem do dziś dlaczego to przepuścili.

Przecież nie mieliśmy pseudonimów Bolek i

Lolek, albo inny Srolek, nie podpisywaliśmy

żadnych lojalek, ani zobowiązań w SB. A tak

na marginesie ktoś pod recenzją płyty "Piąty

żywioł" napisał, że wie dlaczego mogliśmy

grać metal, bo Hoffmann był pierdolonym

esbekiem i są na to papiery. Uśmiałem się

okrutnie. Nawet pomyślałem o procesie, ale

potem machnąłem na to ręką. Najgorzej wejść

w jakieś gówno, a potem wszystko śmierdzi,

a ja jestem estetą i nie lubię smrodu.

Foto: Ilona Matuszewska

Wracając do okładki: mówiłem wielokrotnie,

że mieliśmy za cenzorów albo debili, albo

ludzi mądrych i błyskotliwych. I jestem pewien,

obserwując ówczesny rynek muzyczny,

w którym zostały przepuszczone ewidentne

treści antysocjalistyczne, że jednak byli to

mądrzy ludzie. Takim dobrym przykładem

jest też okładka płyty zespołu Perfect

"UNU". Przecież to są litery rejestracji wojskowych

samochodów.

Nie da się jednak nie zauważyć, że również

mieliście swój okres błędów i wypaczeń,

dlatego w latach 80. i wczesnych 90. niemal

każda wasza płyta była utrzymana w innej

stylistyce - szukaliście swojego brzmienia i

stylu, chcąc przy tym być na bieżąco; czasem

pod wpływem złych doradców, widzących

w Turbo po pierwszej płycie materiał

na drugi Azyl P. czy Oddział Zamknięty?

Wynikało to z tego, że nasz ówczesny menago

Janusz Maślak przyjeżdżał z Warszawy i

mówił nam, że nikt nie jest zainteresowany

naszymi innymi utworami, tylko takimi jak

"Dorosłe dzieci". I takich utworów rozgłośnie

i redaktorzy od nas oczekiwali. Każdy ostrzejszy

kawałek z pierwszej płyty przepadał

z kretesem. Nie mogliśmy tego zrozumieć, bo

np. TSA rządziło niepodzielnie na Liście

Przebojów Trójki i każda inna kapela z

ostrzejszym graniem tak samo. Turbo nie!!!

Być może, że to osobowość naszego menago,

która była bardzo narzucająca swoje zdanie,

a zbyt mało układowa, spowodowała taki

obrót sprawy. Niewykluczone też jest, że nasza

muzyka była zbyt nowoczesna i szybka,

jak na rozgłośnie radiowe. Niestety ta sytuacja

trwa do dzisiaj. Nie uświadczysz naszych

nagrań z nowych płyt, czy chociażby z kultowej

"Kawalerii Szatana" w rozgłośniach

nazywanych rockowymi. I to jest dla nas bardzo

przykre i chyba niesprawiedliwe. Biorąc

pod uwagę nasze czterdziestolecie, ono też

nie wzbudziło właściwie żadnego zainteresowania

w publikatorach. I te ówczesne problemy

spowodowały, że odjechaliśmy w rejony,

do których nigdy nie powinniśmy zaglądać.

Staliśmy się zespołem prawie komercyjnym,

bo myśleliśmy, że teraz wszystkie rozgłośnie

rzucą się na nasze nowe piosenki np. "Kręci

się nasz film", "Nowe zero", "Titanic nr dwa",

"Zły pan; zły pies", "Jeszcze jeden papieros" i

kilkanaście innych piosenek. Ścięliśmy włosy,

ubraliśmy się w kolorowe szmatki i naiwni

myśleliśmy, że będziemy tak popularni

jak Lady Pank, czy OZ. No debile. Jak można

było coś takiego uczynić. Z całym szacunkiem

do wymienionych kapel, bo je

uwielbiam, ale my byliśmy przecież zespołem

metalowym, a zaczęliśmy kombinować,

(śmiech), ale skojarzenie. Tylko, że my chcieliśmy

grać bardzo koncerty, chcieliśmy zarabiać

pieniądze bo w końcu był to nasz zawód.

A z jednym utworem na liście nie było

szans na dużą ilość koncertów i kasy. I to była

główna przyczyna naszych błędów. Bo

praca musi mieć przecież jakiś sens, a wtedy

straciliśmy go z oczu.

Odrzucenie przez Polton materiału na drugi

album mogło być końcem Turbo, ale wróciliście

w nowym składzie i z płytą "Smak ciszy",

dedykowaną Iron Maiden, a do tego

przekornie utwór tytułowy, spory przecież

przebój, zamieściliście tylko fragmentarycznie

w charakterze intro - chcieliście pokazać,

że zrywacie z tymi, jak to mówiłeś

wcześniej, "strasznymi rzeczami"?

Nie przepadam za tym utworem w kontekście

Turbo. Natomiast uważam ten kawałek

za bardzo przebojowy, również z bardzo dobrym

tekstem, ale gdyby ten utwór zagrał np.

zespół Lombard to byłby murowany przebój,

chociaż widuję go bardzo często na kanale

Kino Polska Muzyka i nie można powiedzieć,

że nie jest on w naszym wykonaniu

przebojem. Gramy go często na imprezach,

gdzie trzeba przygotować troszkę lżejszy repertuar.

My nazywamy to program B. Po płycie

"Dorosłe dzieci" naturalną rzeczą było

powstanie drugiej płyty. Materiał początkowo

miał się składać z tych pierdół, które graliśmy

w międzyczasie. Ale, któregoś dnia, coś

we mnie pękło i pomyślałem, że odchodzę od

kapeli. Ta myśl jednak nie była tak silna, bo

postanowiłem zmienić skład. Zrobiłem zebranie,

to chyba było w Płocku i podziękowałem

pierwszy raz Andrzejowi i Grzegorzowi.

Na perkusji w zastępstwie za Aniołę,

bo ten wyjechał w celach zarobkowych do

6

TURBO


Finlandii grał Przemek Pahl, z którym grałem

również w Heam. Przemek był za miękkim

perkusistą i jemu też podziękowałem.

Bogusz ponieważ miał lat osiemnaście, to

gwarantował rozwój muzyczny i został. Wróciliśmy

do Poznania i zacząłem szukać nowych

muzyków. Z Krakowa pojawił się znakomity

perkusista o dziwnym nazwisku i

imieniu Alan Sors. Wszyscy myśleli, że to

Węgier albo Francuz, a to był kolo z Krakowa.

Grzegorz jednak nachodził mnie, że on

chce dalej śpiewać, więc się zgodziłem i wtedy

całe szczęście. Na gitarze pojawił się również

znakomity Krzysiek Szmigiero. Doskonały

technicznie gitarzysta. Jeździł wtedy

ciągle na koncerty ze swoją żoną, która stała

na scenie za nim, a on ciągle się odwracał,

grając bez przerwy solówki i wyznawał jej

miłość. Nie mogłem na to patrzeć, bo myślę

sobie, co to kurwa jest, zespół muzyczny czy

Urząd Stanu Cywilnego? I wkrótce nasze

drogi się rozeszły. Krzysiek zdążył jeszcze

nagrać z nami wersje radiowe "Jaki był ten

dzień", "Już nie z tobą", "Wariacki taniec" i

chyba coś jeszcze, ale nie pamiętam. Na

szczęście Andrzej nie miał do mnie żalu i

wrócił do zespołu. Zaczęliśmy od nowa robić

wymienione utwory i zaczęliśmy ostro pracować

w pomieszczeniach poznańskich ZPRów.

Materiał był gotowy i bardzo byłem zadowolony,

bo był mocno rockowy, bardziej

niż na pierwszej płycie. I od tego krążka postanowiłem

trzymać linię zespołu. Wiedziałem,

że następna płyta będzie miażdżąca.

Ostatnim instrumentalnym utworem "Narodziny

demona" zapowiedzieliśmy nadejście

"Kawalerii Szatana". Niestety nasza pierwsza

wytwórnia Polton, ani żadna inna nie

była zainteresowana naszą muzyką. Miałem

rzeczywiście dość i byłem bliski załamania.

Na szczęście bardzo nam przyjazny redaktor

Krzysztof Domaszczyński postanowił wydać

tę płytę w swoim Klubie Płytowym Razem

w niewielkim, pięciotysięcznym nakładzie.

Materiał wyszedł jeszcze na kasecie wydanej

przez firmę z Poznania Merimpex z

koszmarną okładką i powoli zaczęliśmy odzyskiwać

utraconą tożsamość.

Daliście też zdecydowany odpór adwersarzom

na trzecim albumie "Kawaleria Szatana",

zresztą już w 1985 roku chcieliście grać

zdecydowanie mocniej, co potwierdza

wspomniana kompozycja "Narodziny demona",

instrumentalny finał "Smaku ciszy"?

Trzecia płyta była naszym "być, albo nie być"

Słuchałem godzinami wszystkiego co wtedy

na świecie było dostępne w metalu. Wtedy

rządziła Metallica, Slayer, Kreator, Sodom

i inne, i ja tego wszystkiego słuchałem z wypiekami

na twarzy. To była inspiracja do

tworzenia "Kawalerii...". Pamiętam, siedziałem

wtedy z gitarą na krawędziach fotela w

swoim mieszkaniu na 15 piętrze i grałem cały

czas na gitarze, nagrywając fragmenty na

magnetofon kasetowy Grunding. Mój dwuletni

wówczas syn Bartek bawił się w piaskownicy,

a ja napierdalałem. Czułem, że tworzę

coś wielkiego. Roznosiła mnie energia i chęć

udowodnienia, że Turbo, że ja potrafię zrobić

taki materiał, że będzie ogień. Cała praca

nad materiałem na próbach z zespołem to

było istne szaleństwo, zabawa i wielka radość,

że udało się nam stworzyć chyba znakomity

materiał na płytę. Jeszcze wtedy nie

wiedzieliśmy, że ta stanie się za X lat jedną z

najważniejszych płyt metalowych w Polsce, a

być może w całych demoludach (kraje tzw.

obozu socjalistycznego).

Tak ognistego i zaawansowanego technicznie

thrashu nikt się wtedy po was nie spodziewał,

szczególnie tzw. branża, ale fani

przekonali się do was błyskawicznie, choćby

podczas pierwszych edycji festiwalu

Metalmania?

No i właśnie o to nam chodziło, żeby zaskoczyć,

zszokować wszystkich, że pomimo tego

syfu, który graliśmy przez chwilkę, czyli w

Foto: Piotr Mielcarek

okresie błędów i wypaczeń, że potrafimy zagrać

to co najbardziej kochaliśmy, czyli niczym

nieskrępowanego rocka, a raczej metal.

Zagraliśmy chyba Sylwestrowe Przeboje

Dwójki 1985 w Spodku w Katowicach i

wtedy poznaliśmy Tomka Dziubińskiego,

który opowiadał nam o festiwalu metalowym,

który chce zorganizować z Jackiem

Adamczykiem w następnym roku czyli w

1986, właśnie w Spodku i chciałby nas zaprosić

do wzięcia w nim udziału. Byliśmy

przeszczęśliwi, bo zdawaliśmy sobie sprawę,

że taki koncert dla tak wielkiej publiczności

pomoże nam w odzyskaniu pozycji zespołu

metalowego, albo nawet coś więcej. I to nam

się udało. Ja tego nie widziałem, ale jak weszliśmy

na scenę i zaczęliśmy odgrywać materiał

z "Kawalerii..." i częściowo najostrzejsze

utwory ze "Smaku ciszy", to ktoś wpadł

do kawiarenki Olimpijska w Spodku i krzyknął:

"chodźcie wszyscy na salę, bo tam się dzieją

rzeczy niebywałe, gra Turbo". A początek całej

sytuacji był taki, że jak zapowiedziano Turbo,

to prawie wszyscy redaktorzy wyszli do

knajpki, bo pomyśleli, a... Turbo, nie to

przecież jest słabiutkie. Ale tym koncertem

pokazaliśmy, że jesteśmy znakomitym bandem,

który będzie się mocno liczyć, oprócz

TSA i Kata. I tak się stało. Należymy do

tzw. trójcy metalu w Polsce.

Stąd pomysł wydania koncertowego albumu

"Alive", a do tego, dzięki dostrzeżeniu

waszej muzyki na Zachodzie, podpisaliście

też kontrakt z Noise Records, która wypuściła

wasz kolejny album studyjny "Last

Warrior"?

Bardzo dużo pomysłów miał Tomek Dziubiński.

To był chyba jedyny wtedy w Polsce

prawdziwy pasjonat metalu. To był szaleniec.

Na Zachodzie byłby milionerem, bo

miał wizje i znakomicie realizował swoje managerskie

zapędy. Wszystko miał poukładane.

Ponieważ miał paszport i znał dobrze

język angielski, to ja cały czas mu mówiłem,

żeby wziął ten paszport i jechał w Europę. I

Tomek tak robił, i stąd te kontrakty: najpierw

dla Kata, a później dla nas. Niestety

oprócz zalet miał też dość istotną wadę. Nie

chcę pisać o nim źle, bo prywatnie to był

człowiek urokliwy, zabawny i bardzo rodzinny.

Biznesowo już tak to nie wyglądało, ale

zrobił dla nas bardzo dużo i w jedną i w drugą

stronę i tą dobrą, i tą złą. Nagraliśmy płytę

"Alive" po wydaniu "Ostatniego wojownika".

To był zapis chyba następnej Metalmanii.

Koncert ten był publikowany prze

niemiecką stację RTL. Wszystko układało

się wręcz światowo. Mieliśmy kontrakt z

Noise, podpisany na aż pięć płyt. Nikt wtedy

nie miał takiego w Polsce. Określany był

jako kontrakt stulecia. Były gigantyczne plany,

koncertów po Europie z największymi

metalu. Niestety wszystko, któregoś dnia runęło.

Do dzisiaj nie wiemy co się stało. Tajemnicę

zerwania kontraktu zabrał ze sobą

do grobu Tomek.

Płyta sprzedała się nieźle, ale przebojem nie

była, a do tego wiodło wam się coraz gorzej

z racji fatalnej sytuacji w kraju, bo przecież

"Ostatni wojownik" początkowo ukazał się

tylko na kasecie, a na płycie dopiero w 1989

roku, z koncertami też było nie najlepiej?

Tutaj mnie zaskoczyłeś bo nie pamiętam, czy

TURBO 7


kaseta była pierwsza i kiedy wyszła płyta

winylowa. Być może tak było. Niestety koncertów

rzeczywiście było coraz mniej. I tutaj

wrócę do wątku, który już poruszałem. Zespołu

nie było nigdzie w mediach, bo byliśmy

zbyt agresywni. Tak więc ludzie mniej nas

rozpoznawali. Przyszło już następne pokolenie

i sytuacja w zespole była zła. Popyt na

metal został jakoś uśpiony. Koncerty przestały

się sprzedawać. Być może też płyta

"Ostatni wojownik" troszkę popsuła kawaleryjski

wizerunek zespołu mocnego, ostrego,

ale bardzo melodyjnego. "Wojownik..." to

troszkę inna bajka. Źle dobrany wokal. Byłem

niestety sprawcą takiego obrotu sprawy,

bo zaproponowałem Grześkowi, żeby w ten

sposób interpretował "Wojownika...". Teraz

myślę, że był to błąd. Myślę, że "Wojownik..."

byłby bardziej strawny, pomimo

swojego szaleńczego tempa, gdyby Grzesiek

śpiewał tutaj jak na "Kawalerii...". No cóż,

teraz to sobie mogę gdybać. Może wtedy

trzeba było o tym pomyśleć. Na szczęście

"Wojownik..." też po latach dobrze się broni

i grając całą jubileuszową trasę "Last Warriora"

stwierdziłem, że to dobra płyta. I na

całej trasie ludzie bardzo dobrze ją przyjmowali.

Byliście świadkami przemian politycznych i

ekonomicznych w Polsce oraz ciągłych

zmian na scenie muzycznej - to w sumie

ciekawe, że tyle sezonowych gwiazdek

odeszło po roku czy dwóch, a Turbo jednak

przetrwało, mimo kolejnych roszad personalnych?

To miłość do tego co się robi, do zespołu, do

koncertowania dla ludzi, to wszystko uskrzydla.

A najważniejsza chyba jest tutaj pasja. Ja

ją mam od dziecka i może dlatego walczyłem

o Turbo przez te lata. Nie zawsze się to udawało,

bo było dużo niepowodzeń, przeciwności

losu i czasami ogromnego pecha. My nie

kalkulowaliśmy, chociaż wielu nam to zarzuca.

My chcieliśmy iść ciągle do przodu. Ja

osobiście nie chciałem, żeby zespół stał w

miejscu i nagrywał identyczne płyty. Przyznam

po latach, że to był błąd, ale nie w tych

samych płytach, tylko w chęci zbytniego

unowocześniania muzyki. Po latach doszło

to do mnie, że gdyby np. Iron Maiden nagrali

taka płytę jak Metallica albo Slayer, to

ludzie by się od nich odwrócili i odwrotnie.

Ale byłem zbyt młody i zachłanny na wielkość

zespołu, którą daje właśnie rozwój poprzez

pokazanie się z każdej innej strony. Na

szczęście ten etap życia mam już za sobą i

teraz staram się być w miarę konsekwentny i

tworzyć piosenki w stylu Turbowym.

To, że wasz kolejny album "Epidemic" wydała

w roku 1990 włoska firma Metalmaster

był wtedy dla was szansą na odbicie się,

szersze zaistnienie poza rodzimym, kurczącym

się rynkiem?

Myślę, że nie. Metalmaster to chyba była jakaś

popierdółka, a nie konkretna wytwórnia.

Ogromną szansą było podpisanie przez nas

kontraktu z Noise Records. Kontrakt był

grubości około 1,5 cm i miał kilkadziesiąt

stron. Zapewne był pisany przez wytrawnych,

niemieckich prawników. Nigdy nie

zobaczyliśmy go od środka. Ja po kłótni z

Dziubą zobaczyłem jedynie stronę, na której

były podane kwoty za każdą wydaną płytę a

kontrakt mieliśmy podpisany na pięć płyt. I

były to rzeczywiście jak na tamte lata niebagatelne

sumy. Ale jak zwykle życie pisze swoje

scenariusze. Z "Ostatniego Wojownika"

dostałem z niemieckiego ZAiKSu czyli GE-

Foto: Dawid Stube

MY tylko 100 dolarów i wydałem na prezenty

po nagraniu płyty jakieś trzysta marek,

które pożyczył mi Dziuba. Nigdy więcej nie

zobaczyliśmy nawet jednej złotówki z kontraktu.

Kontrakt został rozwiązany, a całe

odszkodowanie wziął i tutaj możemy się tylko

domyślać kto, nazwisko i adres znane redakcji

(śmiech). I tak cała nasza domniemana

kariera pomimo wszystkich planów, trasy

z Kreatorem, koncertu, który mieliśmy zagrać

ze Slayerem w Hamburgu, legła w gruzach.

Mieliśmy bardzo dobre recenzje w zachodnich

czasopismach metalowych. Nawet

dostaliśmy gdzieś dziewięć na dziesięć możliwych

punktów. Porównywano nas wtedy

do startującej właśnie Sepultury i gdzie jest

teraz Sepa, jaką ma pozycję, a gdzie jesteśmy

my!? Być może sytuacja geopolityczna też

zaważyła na zerwaniu kontraktu przez firmę.

Przecież żadna firma nie wyłoży kasy na coś,

co nie jest dyspozycyjne, a w przypadku Turbo

nie byliśmy. Bo koncertu w Hamburgu

nie zagraliśmy ponieważ nie dostaliśmy wiz

niemieckich. Tak, wyobraźcie sobie młodzieży,

że kiedyś, żeby pojechać do Niemiec, jeszcze

Zachodnich, trzeba było mieć paszport

i wizę, a u nas szalała cały czas komuna i

dupa blada. Kariera poszła się...

Polska wersja tego albumu, wydana jako

"Epidemie", zebrała fatalne recenzje, sam

chyba też nie przepadasz za tym materiałem?

"Epidemie" to dość dziwaczna płyta. Techniczny,

a raczej progresywny metal. W sumie

to nawet nie wiem jak to nazwać. Bardzo nie

lubię tej płyty. Dobrze nagrana i zagrana.

Kompozycje ciekawe i niełatwe w odbiorze.

Zawsze powtarzałem, że "Epidemie" powinien

nagrać zespół Wilczy Pająk, a nie my.

Niestety odpuściłem troszkę po przyjściu

Litzy do kapeli. Zobaczyłem w nim giganta,

niezwykłego muzyka, takiego faceta wtedy

szukałem. Myślałem, że ten młody człowiek

da nam, a zwłaszcza mi, kopa i zaczniemy z

nową energią rozszarpywać zachodni rynek.

Nie udało się z "Wojownikiem...", to może

uda się teraz. Tak pomyślałem. Popełniłem

jednak błąd ustępując roli pisarza utworów

Robertowi. Robert był bardzo młody, ale

nie był tradycyjnym, tzw. metalem. Chciał

pokazać wszystko co umie i tak też się stało.

Utwory na "Epidemii" są poszarpane melodycznie

i rytmicznie. Brakuje riffów takich

jak mieliśmy na "Kawalerii..." i "Wojowniku...".

Do tego Grzesiek zaczął śpiewać prawie

kantyleną i to nie spodobało się krytykom

i naszej publiczności. Pamiętam Metalmanię

1989, jak poleciały na scenę pomidory

i jakieś napoje. Porażka. Czułem się załamany.

Wyglądało to wręcz groteskowo. To

był bardzo zły i chyba nieprzemyślany przeze

mnie ruch z oddaniem pałeczki Robertowi.

Doszliśmy do kolejnego muru, za którym

nic już nie było. Narastała frustracja po

kolejnych niepowodzeniach kontraktowych i

musiało coś się wydarzyć. Metalmaster nie

dał nam nic. Nie zapewnił żadnej trasy. Na

szczęście kontrakt był tylko na jedną płytę,

więc teraz odszkodowania nie było...

Co więc powiesz o waszym kolejnym albumie

"Dead End", wydanym przez Under

One Flag oraz o jego następcy "One Way",

nagranym już w zupełnie innym składzie?

Nie powinny ukazać się pod inną nazwą, bo

to jednak bardzo brutalne granie, bliskie

death metalowi?

Rzeczywiście po albumie "Epidemie" trzeba

było zawiesić działalność Turbo na jakiś

czas, żeby przemyśleć sprawy i wszystko poukładać,

nabrać dystansu do siebie i przygotować

nowy, klasyczny repertuar. Nie wiem

dlaczego tak się nie stało. Być może, ugruntowana

bądź co bądź, pozycja Turbo na rynku

kazała mi kontynuować dalszą działalność

kapeli już w zupełnie innym składzie. I

trwałem dalej w tym układzie, przygotowując

z Litzą nowy, zupełnie inny materiał, jak zauważyłeś

prawie deathmetalowy. Ja słuchałem

wtedy właśnie takiej rzeźnickiej muzyki,

która strasznie mi się podobała. I tutaj kolejny

młodzieńczy błąd, chociaż miałem wtedy

8

TURBO


już 35 lat. Sam heavy metal tracił na ważności

i nowe nurty i odmiany tej muzy

wchodziły na rynek muzyczny. Byłem tym

wszystkim zafascynowany i chciałem mieć

ten ostry, agresywny walec pod sobą. Uwielbiałem

taki sposób wyżycia się na scenie. Płyta

nam wyszła. Uważam ten materiał za bardzo

dobry. Wydaliśmy go w angielskiej dużej

wytwórni Under One Flag. Z tym, że Dziuba

już się wtedy tak wycwanił, że to on podpisał

właściwy kontrakt z wytwórnią, a my

podpisaliśmy zwykłe umowy, ale z nim. Mieliśmy

wydać trzy płyty. I tutaj znów roztoczone

były nad nami wielkie perspektywy i

wielkie nadzieje. Dostaliśmy znakomite recenzje

i mieliśmy wywiady w zachodnich czasopismach.

Mieliśmy również wyruszyć w

trasę po Europie na 46 koncertów we wszystkich

wielkich miastach. Trasa miała odbyć

się z amerykańskimi kapelami, chyba Metal

Church i bodajże Testament. I liczyliśmy

już kasę, zapożyczając się i znów dupa blada.

Na trasę nie pojechaliśmy, pomimo tego, że

widziałem cały spis i umowy. Miałem dość.

Popadliśmy w długi. Mnie się urodziła córka

i musiałem się zbuntować. Powiedziałem

wtedy Dziubie, że chcę więcej kasy, żebym

bez koncertów mógł przeżyć rok i przygotować

nowy materiał. Dziuba wtedy zbuntował

resztę chłopaków i powiedział, że następną

płytę nagrają już beze mnie. Nie miałem innego

wyjścia jak rozwiązać Turbo, które zagrało

jeszcze beze mnie trzy koncerty z Sepulturą.

Zablokowałem nazwę i skontaktowałem

się z wytwórnią. Przyjęli do wiadomości,

że Dziuba już nie reprezentuje interesów

Turbo i przystąpiłem do nagrania ostatniego

materiału "One Way". Zrobiłem całą muzykę.

Teksty napisał Radek Kaczmarek, który

miał grać na basie. Na perkusji połowę płyty

zagrał Tomek Goehs i drugą Sławek Bryłka.

Musiałem na płycie napisać, że na perkusji

zagrał XXX, bo chłopaki bali się, że Dziuba

się dowie i będzie siara. Żeby nagrać tę

płytę musiałem sprzedać samochód. Niestety

Dziuba miał dłuższe ręce i spowodował, że

wytwórnia nie przyjęła mojego nowego materiału.

Wydał ją Mariusz Kmiołek, który

pracował już wtedy z Vaderem.

Rozpad Turbo w roku 1992 był więc czymś

nieuniknionym, zresztą już wiosną poprzedniego

roku de facto odszedłeś z zespołu,

mając dość współpracy z ówczesnym wydawcą?

Wiesz, to jest tak. Masz jakieś plany, marzenia,

były przecież konkrety w postaci podpisanych

kontraktów. Ktoś roztacza przed

tobą wizje kariery na Zachodzie, a wtedy dla

nas to było coś takiego jakbyś Pana Boga za

nogi chwycił. Ciężko pracujesz, zaczynasz

liczyć jeszcze niezarobione pieniądze i nagle

wszystko to się rozpierdala. Lata ciężkiej pracy

idą w cholerę, a ty zostajesz z niesmakiem,

z obietnicami i w zasadzie z niczym. Nie da

się wtedy normalnie pracować. Po nagraniu

"Dead End" przeliczyłem swoje straty, bo w

końcu miałem już rodzinę i musiałem na nią

zarabiać. Zażądałem od Dziuby podwyższenia

honorarium za drugą płytę tak, żebym

mógł bez koncertów, które miały być w Europie,

przeżyć rok 1991. Chciałem średnią krajową

miesięczną pensję, ale przecież nie za

darmo, tylko za nagranie drugiej kontraktowej

płyty. Miałbym wtedy parę miesięcy na

przygotowanie nowego materiału. Oczywiście

Dziuba się wypiął i tutaj powstał konflikt,

o którym już wcześniej wspomniałem. I

tak zakończyła się moja współpraca z MMP.

Mieliście wzloty i upadki, borykaliście się z

różnymi problemami, ale zespół zanotował

przez tyle lat tylko jedną, krótką przerwę -

były to czasy tak niesprzyjające dla metalu,

że nie było innej opcji?

Trudno mi dziś tak jednoznacznie to określić,

z perspektywy czasu, w którym zespół

właściwie nie istniał. Nie mogliśmy się więc

zmierzyć z tamtą rzeczywistością lat dziewięćdziesiątych.

Jedno wiem, wtedy do Polski

weszły zachodnie korporacje muzyczne i

Foto: Romana Makówka

zaczęły dyktować warunki. Bardzo duże znaczenie

miał wtedy Andrzej Puczyński, który

założył bardzo prężnie działającą firmę Izabelin

Studio, gdzie zespoły nagrywały w

komfortowych warunkach i w znakomitej jakości

swoje płyty. Andrzej stał się takim drugim

MMP, tylko że pod jego skrzydłami

znajdowały się zespoły pop rockowe i tacy

wykonawcy solowi. Wtedy powstało bardzo

dużo nowych kapel. Powstał Hey, Mafia,

IRA, Golden Life i wiele innych świetnych

kapel. Tam pokazały się znakomite wokalistki,

Kasia Kowalska, Edyta Bartosiewicz i

inne. Działali znakomicie, bardzo profesjonalnie

i okazało się że jest ogromne zapotrzebowanie

na takie właśnie kapele i solistów.

Metal rzeczywiście był w odwrocie. My byliśmy

skłóceni z MMP, a nowa wytwórnia Mariusza

Kmiołka Carnage Records nie była

nami zainteresowana. Wprawdzie Mariusz

wydał nam "One Way", ale zajmował się już

wtedy Vaderem i myślę, że nie chciał konkurencji,

albo wyszedł z założenia, że najlepiej

skupić się na jednym zespole i doprowadzić

go do sukcesu, co też uczynił i Vader zaczął

liczyć się na światowych rynkach. Nam pozostało

wspominać stare czasy i ewentualnie

wznowienie działalności. Niestety nadal bez

menago. A bez takiego kogoś nie osiągnie się

niczego wielkiego. Mieliśmy zawsze pecha do

managerów, których w zasadzie nigdy nie

mieliśmy. Nasze zawieszenie było chyba dobrym

posunięciem, bo ludzie zaczęli być głodni

Turbo, co też potwierdziło się na Metalmanii

1999 roku. Okazało się, że ludzie nas

pamiętają i nas chcą. Śpiewano nam wtedy

sto lat i byliśmy szczęśliwi, że jednak jesteśmy

potrzebni fanom.

Już we wrześniu 1995 roku zagraliście powrotny

koncert i od tego czasu Turbo, mimo

licznych zmian składu, działa nieprzerwanie,

regularnie wydając kolejne płyty - to dla

ciebie coś więcej niż tylko kolejny zespół?

To nie jest mój kolejny zespół. Mogę powiedzieć,

że jest to najważniejszy dla mnie zespół

i chyba troszkę mój. Tutaj zrobiłem najwięcej,

nagrałem mnóstwo płyt, zagrałem

wiele koncertów. To takie moje Dorosłe

dziecko. Po tej, w sumie krótkiej, przerwie

spotkaliśmy się za sprawą naszego perkusisty

Tomka Goehsa na jakimś zebraniu w starym

składzie i zaczęliśmy sympatyczne rozmowy.

Wspominaliśmy dobre czasy i stwierdziliśmy,

że może jednak warto wrócić na

scenę, może nic nie jest stracone. W zasadzie

dogadaliśmy się co do powrotu Turbo, już

prawie zaczęliśmy się spotykać, ale Andrzej

Łysów postawił pewne warunki, których nie

mogliśmy spełnić. Ja tłumaczyłem kolegom,

że są inne czasy, że właściwie to nawet jest

już całkiem inna epoka. Były to lata odnowy

i wejścia kapitalizmu do Polski. Wszystko się

zmieniło. Niestety w dalszym ciągu w mediach

i wśród muzycznych decydentów nie

mieliśmy dobrej opinii, więc nie mogliśmy

żądać niczego. Musieliśmy odbudować naszą

pozycję od początku, a to nie było łatwe. Z

tych powodów Andrzej wycofał się z zespołu

i na jego miejsce przyszedł Marcin Białożyk,

z którym nagrałem już "One Way". Jeździłem

do Warszawy z materiałami, żeby

ktokolwiek wydał nam na CD nasze stare

płyty. Nikt nie był niestety zainteresowany.

Postanowiliśmy przygotować nowy materiał

na płytę. Nagraliśmy demo i ruszyłem na

podbój wytwórni. Pamiętam umówiłem się w

Pomatonie z pewnym gościem. Przyjechałem

na spotkanie i przywitał mnie jakiś małolat

i goguś w garniturze i wali do mnie takie

słowa: ma pan 30 sekund, żeby mnie przekonać,

że to właśnie ten materiał powinniśmy

TURBO 9


kupić. I dalej wali te kretynizmy. Bo wie pan,

my nie chcemy tutaj żadnych starych artystów.

My potrzebujemy zupełnie nowych twarzy,

żeby uformować artystę od początku. Ja

sobie wtedy pomyślałem: i orżnąć każdego

młodego, który będzie się cieszyć, że stoi na

scenie i zarabia kasę. Nie kontynuowałem

już rozmowy z tym kretynem, nawet nie dostał

kasety demo. I na odchodne pomyślałem:

"ch... ci w d..." i wyszedłem.

Prowadzisz statystyki koncertów zagranych

przez Turbo, potrafisz powiedzieć,

choćby w przybliżeniu, ile było ich przez te

wszystkie lata? Są wśród nich takie, które

chętnie wymazałbyś z pamięci, z różnych

względów?

Myślę, ze było ich około dwóch tysięcy. Na

początku, przez pierwsze dziesięć lat, zapisywałem

każdy koncert. Niestety potem przestałem

to robić i bardzo żałuję, ale chyba tych

koncertów było tyle, a może o pięćset mniej.

Niestety nie jestem w stanie teraz do tego

dojść. Oczywiście były koncerty dobre, bardzo

dobre, wręcz znakomite, ale były też koncerty

kiepskie z różnych powodów. Dzisiaj

nie pamięta się już tych złych, być może dlatego,

że było ich bardzo mało. Po tylu latach,

chociażby z sentymentu pamięta się te fantastyczne.

A za takie uważam wszystkie wielkie

koncerty na Metalmanii, Jarociny, trasa po

Czechach z zespołem Citron i trasa z Kreatorem.

W Czechach, a były to lata jeszcze

komuny i u nas i u nich, traktowano nas jak

gwiazdy z Zachodu. Znakomite hotele, hale,

w których graliśmy, stadiony. Świetne jedzenie,

znakomite piwo i alkohol. Tego w Polsce

nie mieliśmy. Tam były już autostrady, a u

nas gówniane drogi. No i dziewczyny, jędrne

z dużymi biustami i całkiem chętne do balang

i innych zadań (śmiech). Żyć, nie umierać.

Graliśmy na dużych scenach, ze światłami,

których w Polsce jeszcze nie było i z

nagłośnieniem na poziomie światowym. Tak

samo było z trasą z Kreatorem. Wspaniałe

przeżycia. Ale wracając do koncertów, które

chciałbym wymazać z pamięci to występ na

Metalmanii chyba 1989, kiedy graliśmy z

Litzą materiał z "Epidemii". Wspomniałem

już wcześniej, że warzywami nas obrzucano i

chyba nawet się nie dziwię (śmiech), a reszty

grzechów nie pamiętam.

Foto: Andrzej Szozda

Przeważały jednak bardzo udane, nierzadko

wspominane przez fanów do dziś, jak choćby

ten na Metalmanii w 1986 roku czy na

festiwalu w Jarocinie w roku następnym czy

na Metalmanii 1999 - któryś z nich uważasz

za szczególnie przełomowy, niezwykle

ważny dla zespołu?

Z tych wszystkich trzech wymienionych,

koncert na Metalmanii w 1986 roku był dla

nas przełomowy, bo wróciliśmy do panteonu

zespołów heavymetalowych w Polsce i to od

razu na szczyty. Po tej sztuce wszystko się

zmieniło. Zainteresował się nami sam szef

MMP, czyli Dziubiński. Weszliśmy do stajni

MMP, a wtedy to był dla nas zaszczyt, a

dla wielu kapel rzecz nie do osiągnięcia. Ten

koncert to możliwość późniejszego podpisania

kontraktu z Noise. Dalsze wypadki z rozwiązaniem

kontraktu w tym kontekście się

nie liczą. Najważniejszy był ten koncert. Następny

wspomniany w Jarocinie w 1987 był

wspaniały o tyle, że występujący przed nami

Czesław Niemen bardzo ładnie nas zapowiedział.

Weszliśmy na scenę w dymach, odpowiednio

ubrani, jak Judas Priest. Pióra

długie natapirowane, taka była moda i przypierdoliliśmy.

Nie braliśmy wtedy jeńców.

Koncert był zajebisty. Bisowaliśmy chyba siedem

razy. Ludzie skandowali Turbo, Turbo.

Szczęście niebywałe. Na takie koncerty warto

czekać, ale też warto się urodzić (śmiech).

Koncert już po powrocie w 1999 też był niewiarygodny

i stał się dla nas początkiem całkiem

nowej ery.

Wydaliście 11 albumów, chociaż kilka z nich

ukazało się w dwóch wersjach, więc w sumie

jest tych płyt więcej - czy jest wśród

nich taka, którą po latach uważasz za słabszą,

odstającą poziomem od innych wydawnictw

Turbo?

I tu się zdziwisz, bo w sumie takiej płyty nie

ma, jeśli chodzi o takie podejście do sprawy.

Ponieważ Turbo, w zasadzie każdą płytę nagrywało

różną od poprzedniej to nawet trudno

je do siebie porównywać i oceniać. Wydaje

mi się, że płyta "Epidemie" jest płytą,

która w przypadku Turbo nie powinna nigdy

powstać. Tak jak już wspomniałem to jest

materiał, który pasuje bardziej do zespołu

Wilczy Pająk niż do Turbo, to jest znakomicie

nagrany materiał, ale nie nasz. I teraz,

w mojej ocenie na podstawie drogi jaką przeszliśmy,

czyli od "Dorosłych dzieci" aż do

"One Way" wszystko ładnie się układa. Widać

rozwój artystyczny grupy, tak więc ja

bym to ustawił w literę V gdzie na dole są

właśnie "Dorosłe dzieci", a u góry "One

Way". Oczywiście płyta "Kawaleria Szatana"

to nasz krok milowy i najpopularniejsza,

a zarazem jedna z najważniejszych płyt lat

osiemdziesiątych, a może nawet dziewięćdziesiątych,

bo w tamtych latach chyba żadna

kapela metalowa nie wydała swojego

znaczącego albumu. Tak więc zdecydowanie

"Kawaleria..." wiedzie tutaj prym. Drugą

bardzo ważna płytą i moim zdaniem najlepszą,

jest "Strażnik światła". Może nie ma tej

młodzieńczej świeżości co "Kawaleria...", ale

jest bardzo spójna muzycznie i tekstowo.

Uwielbiam grać te kawałki na koncertach.

Płyta ukazuje zespół w znakomitej formie z

nowym wokalistą Tomkiem Struszczykiem.

Ostatnia jak dotąd płyta "Piąty żywioł", niestety

nie należy do moich ulubionych. Jest tu

parę światowych kawałków np. "This War

Machine" i teraz zadam ci pytanie, czy słyszałeś

kiedykolwiek ten kawałek w jakiejkolwiek

rozgłośni? A jest to bardzo melodyjny

utwór, nadający się do każdej rockowej stacji.

Jest jeszcze parę innych bardzo dobrych

utworów, ale nie ze wszystkich jestem zadowolony.

Uwielbiam też ostatnią płytę z

Grzegorzem. "Tożsamość" to również znakomita

i równa płyta. Będziemy częściej wracać

do tych utworów. Uważam też płytę

"Awatar" za kawał świetnej dobrze zagranej i

nagranej nowoczesnej formy metalu. Ludzie

często chcą na koncertach słyszeć utwory z

tej płyty. Ale najlepsza płyta oczywiście jest

przed nami (śmiech).

"Kawaleria..." to więc twój ulubiony album

Turbo, taki, który uważasz za wasze największe

osiągnięcie, do tego bardzo doceniony

przez fanów?

Chyba każdy twórca zakłada, ze najlepsze jego

dzieła powstaną w przyszłości. I tak coś

czuję, że w moim przypadku też tak jest. Ponieważ

znam w całości nowy, jeszcze nie nagrany

materiał właśnie tak to czuję, że ten

najlepszy album dopiero nagramy. Z drugiej

strony to każdy człowiek ma swoje kryteria

oceny i to co mnie się podoba, niekoniecznie

musi innemu. Tak to już jest. Ale nie możemy

spełniać do końca oczekiwań każdego bo

to przecież niemożliwe. Najważniejsze jest

to, żeby artysta był wiarygodny bez względu

na to, jaki rodzaj sztuki wykonuje. Dlatego

jak już wielokrotnie mówiłem, ja muszę być

tym pierwszym cenzorem i być może najważniejszym,

bo ja muszę być zadowolony.

Wtedy ten przekaz jest wiarygodny bo mnie

się to podoba, bo wzbudza we mnie emocje,

10

TURBO


które natychmiast przejmuje widz. I to jest

najważniejsze, wzajemne emocje widz, artysta.

Może jest tutaj troszkę filozofii, ale tak

to, przynajmniej dla mnie powinno wyglądać.

I jak już poprzednio wspomniałem to te

trzy wymienione płyty są dla mnie najważniejsze.

Ale jeszcze pokusiłbym się o inną

ocenę. Mianowicie: zawsze pierwsza płyta

dla zespołu jest najważniejsza, bo jest pierwsza.

Druga jest też bardzo ważna, albo jeszcze

ważniejsza, bo jeśli pierwsza osiągnie

sukces, to druga nie może być gorsza. A nie

jest to takie łatwe. Często zespoły nagrywają

znakomite płyty pierwsze, a druga jest średnia

i to nie wróży dobrze. Nam się udało, bo

"Smak ciszy" to bardzo dobra płyta, dla

mnie lepsza od debiutu. Płyta trzecia idzie

już z rozpędu i następne również. I jeśli zespół

ma cały czas coś do powiedzenia, to nie

spadają poniżej osiągniętego poziomu. Najlepszym

rozwiązaniem jest progres, żeby płyty

były z każdą lepsze i lepsze. Jeśli zespół

istnieje, tak jak my czterdzieści lat i potrafi

wydać taką płytę jak "Strażnik światła" albo

"Piąty żywioł" i wszyscy są zachwyceni, to

znakomita sprawa, bo to znaczy, że pomysły

się nie skończyły. I pytanie, czy po tylu świetnych

płytach można wydać jeszcze lepszą...

odpowiedź jest, że tak i my taką wydamy.

Na razie uczciliście 40-lecie wydaniem podwójnej

kompilacji "Greatest Hits". Turbo

ma już w dyskografii kilka tego typu wydawnictw,

począwszy od LP "1980-1990" aż

do boxu "Anthology 1980-2008", gdzie mamy

wiele rzadkich utworów, ale to wydawnictwo

nietypowe o tyle, że za dobór

utworów na nim odpowiadają fani zespołu?

W ten właśnie sposób chcieliśmy podziękować

naszym fanom. Chcieliśmy, żeby poczuli

się ważni w naszej historii bo przecież bez

nich zespół nie mógłby istnieć na dłuższą

metę, a zwłaszcza zespół zawodowy, jakim

oczywiście jesteśmy. Ogłosiliśmy konkurs na

Facebooku i dostaliśmy bardzo dużo propozycji.

Przed koncertem w Bydgoszczy, siedząc

w hotelu zrobiliśmy zebranie, policzyliśmy

wszystkie głosy i ułożyliśmy cały zestaw

utworów na obydwa krążki. To, że płyty będą

dwie wiedzieliśmy od początku. Zresztą

taka była nasza wola, bo przy takiej ilości

piosenek nie weszłyby na jedno CD. Założenie

było też takie, że jedna będzie bardziej

radiowa, z myślą i naiwnością trochę, że będą

te utwory prezentowane, a druga płyta miała

być z założenia mocna i bardzo rockowa. I na

ten krążek weszły utwory mocne, ostre i szybkie.

Pewnie cieszy cię fakt, że wśród tych 27

utworów nie przeważają wyłącznie te najstarsze

kompozycje, bo mamy tu przecież

solidny wybór ze "Strażnika światła", bo aż

pięć utworów, czy z "Piątego żywiołu"?

Myślę, że ten wybór pokazał nam kto głosował.

I chyba w większości byli to młodsi

fani. Na koncertach tych starych naszych fanów

jest coraz mniej. I to chyba zrozumiałe.

Jak ktoś ma już ponad pięćdziesiąt, albo

sześćdziesiąt lat, to często nie chce się już ruszyć

z domu, mając internet, Youtuba i wszystkie

te podręczne, nowe publikatory. Oczywiście

zdarzają się też wizyty starszych pań i

panów i to dla nas jest wzruszające bo często

opowiadają historie związane z poszczególnymi

utworami, np. że się akurat przy tym

całowali itp. "Strażnik światła" i "Piąty

żywioł" to już bardzo współczesne pokolenie

odbiorców i właśnie oni głosowali na te utwory.

Ale jest też sporo z "Kawalerii Szatana".

To przecież nasza kultowa i chyba najpopularniejsza

płyta.

W żadnym razie nie powinno być więc tak,

że zespół utożsamiany jest wyłącznie z wokalistą,

co widzimy choćby na przykładzie

Iron Maiden, mającego różne ery, od

Di'Anno do ponownego pojawienia się w

zespole Dickinsona, ale to wciąż jest ta sama

grupa?

Tutaj zapewne chcesz zahaczyć o sprawę

odejścia Grześka. Dla nas chwila jego abdykacji

była trudną sytuacją. Przyznam się

Foto: Turbo/MMP

szczerze, ze postanowiłem na zawsze zamknąć

temat nazwy Turbo. Nie miałem

ochoty tego ciągnąć. To, że dalej działamy

zawdzięczać możemy tylko Boguszowi, który

namawiał mnie do tego, żeby spróbować

znaleźć nowego wokalistę. Wtedy nie wyobrażałem

sobie innego gościa za sitkiem jak

Grzegorza. Zadawałem sobie pytanie jakby

wyglądało TSA bez Piekarczyka, albo Kat

bez Romka. To przecież absurd. Długo się

upierałem, bo tłumaczyłem Boguszowi, że

teraz młodzież ma w dupie takie zramolałe

zespoły jak my. Oni mają swoje spojrzenie na

muzykę i zapewne zupełnie inne niż my, stare

dziady. Byłem przekonany, że to się nie

uda. Ale któregoś dnia przemyślałem raz jeszcze

wszystko i postanowiłem się ugiąć.

Ogłosiliśmy konkurs na śpiewaka i wyobraź

sobie, że dostaliśmy aż piętnaście zgłoszeń,

co było dla mnie szokiem. Nawet do dzisiaj

mam próbki MP3 w kompie. Struszczyk był

ostatni jako zgłoszony. A polecił Tomka

Konrad Jeremus, świetny łódzki gitarzysta.

Tomek był jako pierwszy przesłuchiwany i

po pierwszej próbie, na którą Tomek przygotował

cały dwugodzinny repertuar, wiedzieliśmy

już, że trafiliśmy wspaniale. Chcieliśmy

tylko sprawdzić jak Tomka przyjmie publiczność.

Pojechaliśmy do Bielska-Białej i tam

wszystko się okazało. Publiczność nie zauważyła

zmiany wokalisty. To było wspaniałe,

bo publika szalała jak w latach osiemdziesiątych

i po tym koncercie przywitaliśmy Tomka

w zespole. Wymiana twarzy zespołu, którą

był bez wątpienia Grzesiek, to bardzo trudna

sprawa. Zazwyczaj zespoły rozpadają się

w takich przypadkach, bo publiczność jednak

przyzwyczaja się do wokalistów i pewnych

składów. Nam się to udało i gramy

dalej. Tomek jest już z nami 14 lat. Musimy

też pamiętać, że w Turbo było jeszcze dwóch

wokalistów. Pierwszy to Wojtek Sowula, a

drugi to nieżyjący Piotr Krystek. Tak więc

Tomek jest czwartym śpiewakiem i nie zamierzamy

nic już zmieniać w tej materii.|

Analiza listy utworów z "Greatest Hits"

skłania jednak do ciekawych wniosków:

cztery utwory z debiutu, aż sześć ze "Smaku

ciszy", pięć z trzeciej płyty zdają się bowiem

potwierdzać, że również wasi najmłodsi

fani najbardziej cenią ten klasyczny okres

Turbo?

Dla nas to kapitalna sprawa. Tzn, że nasza

muzyka jest wielopokoleniowa. Taka sytuacja

ciągnie się już od lat. Teraz już nie jesteśmy

zaskoczeni obecnością dzieciaków na

naszych koncertach. Bo przecież osiemnastolatkowie,

albo młodzież do trzydziestki, to

przecież dla nas dzieciaki. Na spotkaniach po

koncertach pytaliśmy się skąd znają Turbo

bo przecież urodzili się niejednokrotnie w

XXI wieku. Odpowiedź zawsze była taka, bo

rodzice mieli płyty i kasety, i my słuchaliśmy

tego, i nam się ta muzyka, i ten zespół bardzo

spodobał. Czyż nie jest to budujące, że na

takie stare kapele przychodzą tacy młodzi ludzie?

To znaczy, że klasyczna muzyka metalowa

żyje i ma się dobrze, i że jest na nią cały

czas popyt wśród młodych słuchaczy. A nam

dodaje to sił i ochoty, żeby grać dla nich coraz

lepszą muzykę. Wspaniale. (śmiech)

Zaskoczyło mnie za to, że z "Ostatniego

wojownika" mamy tu tylko kompozycję tytułową

- a gdzie strona B: "Seans z wampirem",

"Bogini chaosu" czy instrumental

"Koń trojański", albo "Miecz Beruda" czy

"Anioł zła"? A już z tych późniejszych

thrashowych, deathowych czy eksperymen-

TURBO 11


talnych albumów mamy albo nic, albo pojedyncze

utwory, w dodatku te mniej oczywiste,

bo choćby z "Awatara" tylko instrumentalny

"Lęk" - wygląda na to, że w ocenie

słuchaczy przełom lat 80. i 90. oraz początek

kolejnego wieku był to mniej istotny

okres w działalności Turbo?

Muszę sprostować, bo "Lęk" nie jest utworem

instrumentalnym. (fakt, coś mi się pomyliło,

chyba za długo nie słuchałem "Awatara", a

układając pytania nie miałem jeszcze "Greatest

Hits" - przyp. red.) Niestety Turbo wśród

nowych słuchaczy, nie jest kojarzone z takimi

utworami jak "Ostatni wojownik", "Miecz

Beruda" czy "Bogini chaosu". Oni w większości

znają debiut i "Kawalerię...". "Wojownik..."

to ciężki kaliber i wielbicieli tego

bardzo ciężkiego okresu dla Turbo jest chyba

mniej, niż tego balladowo-kawaleryjskiego.

"Kawaleria..." to jednak rozrywkowa płyta

(śmiech). I dlatego jest dużo z niej utworów.

Oczywiście wśród propozycji, te które wymieniłeś,

też się pojawiły, ale w głosach i ich

ilości przegrały z tymi utworami, które miały

najwięcej punktów. A założenie było takie,

że to nie my wybieramy, tylko fani. Jak ja

bym wybierał, to byłaby to najcięższa płyta

w historii Turbo, ale konkurs jest konkursem

i musi być gra fair. Dlatego nie ma tych piosenek.

Są tu utwory, których nie spodziewałeś się,

których wybór w jakimś stopniu cię zaskoczył,

ale też i ucieszył, na zasadzie: fajnie,

że ludzie wciąż cenią tę kompozycję?

Nie, nie byłem zaskoczony. Obserwuję reakcje

na koncertach. Widzę, jak fani reagują na

poszczególne piosenki i mniej więcej spodziewaliśmy

się takiego wyboru. Celuje w tym

Bogusz, który jest bardziej balladowo-hardrockowy,

a ja z kolei lubię przypierdol, taki

na maksa. I często się spieramy o repertuar,

ale nie ma krwi tylko jest zawsze kompromis.

Czasem mniejszy, czasem większy. Na płycie

"Piąty żywioł" był chyba z mojej strony troszkę

za duży, bo płyta moim zdaniem nie do

końca jest spójna. Ale przecież to już historia

zamknięta i nie ma co do tego wracać. Najważniejsze,

że słuchacze cenią sobie ten krążek,

na którym jest przecież też sporo znakomitych

utworów.

Aż dwa utwory instrumentalne na składance

tego typu to też ciekawostka, potwierdzająca

zarazem, że w Turbo zawsze grali

muzycy o dobrym warsztacie, więc takie

utwory też broniły się i do tego przetrwały

próbę czasu?

Mieliśmy taką "świecką" tradycję nagrywania

na każdej z płyt utworu instrumentalnego. I

tak sobie nawet pomyślałem, żeby przy okazji

nagrania nowego albumu, zebrać te wszystkie

utwory instrumentalne i wydać je jako

płytę bonusową, albo jako zupełnie odrębne

wydawnictwo. Przesłuchiwałem kiedyś te

wszystkie utwory i stwierdzam, że są znakomite.

Wszystkie bez wyjątku. I powinny być

udostępnione w osobnym zbiorze, bo warto

posłuchać. Niektóre są bardzo progresywne

no i jest przepiękna ballada "W sobie". Musimy

koniecznie to zrobić.

Celowo ułożyliście utwory po części tak,

bez pełnej chronologii, żeby stworzyć z nich

nieco inną całość, żeby było zaskoczenie,

możliwość spojrzenia na daną kompozycję z

innej perspektywy?

Z tego co widzę na okładce to zachowaliśmy

chronologię. Płyta tzw. radiowa zaczyna się

"Fabryką keksów", czyli utworem z drugiego

składu jeszcze z Piotrem Krystkiem. Utwór

Foto: Turbo

który nigdy nie ukazał się na oryginalnej płycie.

Pierwsza płyta kończy się "Epilogiem",

czyli utworem ze "Strażnika...", a po drodze

w kolejności są: "Dorosłe dzieci", "Pozorne

życie", "W sobie", to z płyty "Dorosłe dzieci",

"Coraz mniej" (czyli "Tylu nas") też nie

wyszło na regularnej płycie, potem "Smak

ciszy", "Cały czas uczą nas", "Jaki był ten

dzień" (wersje radiowe), "Wszystko będzie

OK", "Słowa pełne słów" z płyty "Smak ciszy",

"Lęk" z "Awatara", "Człowiek i Bóg" z

"Tożsamości" i dwa utwory ze "Strażnika...",

"Na skrzydłach nut" i wspomniany na

początku "Epilog". Tak więc jest pełna chronologia.

Tak samo jest z drugim krążkiem,

który zaczyna się "Szalonym Ikarem", a kończy

utworem z płyty "Piąty żywioł", czyli

"Może tylko płynie czas".

Paradoksalnie nigdy nie byliście zespołem

singlowym, bo pod tym względem wasza

dyskografia jest więcej niż skromna, ale wygląda

na to, że stawiając na albumy też można

dorobić się radiowych hitów i ponadczasowych

utworów?

To nie my decydowaliśmy o tym czy wydamy

singla, czy nie. To wytwórnia nie była zainteresowana

takim wydawnictwem. Czasami

działania MMP były dla nas niezrozumiałe.

Teraz też powtórzyła się sytuacja z tym wydawnictwem

taka, że po wyczerpaniu nakładu,

a ten szybko się rozszedł, płyty nigdzie

nie można było kupić. I to akurat kiedy był

okres przedświąteczny i kiedy można było

sprzedać dużo więcej płyt. Pisali do nas fani,

że nigdzie nie mogą kupić płyty. Trudno odgadnąć

politykę własnej firmy, której chyba

powinno zależeć na jak największej sprzedaży

swoich produktów. My nawet nie wiemy

ile rzeczywiście płyt zostało wytłoczonych.

Brak słów. Tak więc rozgłośnie jeśli już coś

puszczały, to z całych płyt. I być może tutaj

jest klucz dlaczego Turbo nie ma w mediach.

"Greatest Hits" pilotuje singiel "Na progu

życia", utwór oryginalnie wydany na płycie

"Strażnik światła" - tu też nie postawiliście

na sprawdzone rozwiązanie, to jest ponowne

sięgnięcie po "Dorosłe dzieci", to byłoby

zbyt oczywiste?

Podobno tak, chociaż ja tego singla jeszcze

nie widziałem. Mieliśmy nadzieję, że będą

puszczać ten utwór, z tej, bądź co bądź dla

nas i będę nieskromny, dla polskiej muzyki

rockowej, ważnej okazji . Niestety jak to w

Polsce, cisza totalna. Nawet rozgłośnie, które

nazywają się rockowymi, nie zaintonowały

tego singla, nie mówiąc o tym, że wyszła takowa

płyta. Słucham dzień w dzień pewnego

radia w Polsce i co... i nic. Nie jesteśmy zespołem

medialnym. Jeśli puszczają utwory

Turbo to tylko "Dorosłe dzieci", albo "Smak

ciszy". Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś puścił

"Jaki był ten dzień", albo "Tylu nas". Nie

wspomnę już o dwóch ostatnich płytach, które

mimo swojej rockowej mocy są bardzo melodyjne

i nadają się do radiowej prezentacji.

Nie mogę ciągle pojąć z jakiego klucza to

wszystko się dzieje. A wiadomo, zespołu,

którego nie ma w mediach to i nie ma na

koncertach, tzn. ludzie go nie znają i pozostaje

walka poprzez internet i kanał na You

Tube. Nie jest dla mnie zrozumiałe to, że np.

Republika lata po kilkanaście razy dziennie,

Lady Pank i inne również, a niektóre zespoły,

które nadal istnieją nie są prezentowane.

Czy słyszałeś kiedyś Behemotha, Kat, Vadera

czy Decapitated? To są światowe, topowe

polskie kapele, zupełnie pomijane w

polskich mediach, a te przecież powinny

szczycić się nimi, bo to wielka wartość polskiej

muzyki. Niestety od zawsze artysta zachodni,

nawet gdyby był z trzeciej ligi, ma

większe fory w naszych mediach, niż polski

artysta. To skandaliczne, jak się dba o naszych

twórców, a raczej jak się nie dba...

Jest to dla ciebie jako kompozytora nieco

frustrujące, że masz w dorobku setki najróżniejszych

utworów, nagranych nie tylko

z Turbo, a na radiową emisję mogą liczyć

raptem dwa-trzy ograne od wielu, wielu lat,

12

TURBO


tak jakby dla wielu osób, odpowiedzialnych

za ten stan rzeczy, zespół Turbo skończył

się w 1985 roku?

To kuriozalna sytuacja. W latach osiemdziesiątych

redaktorzy radiowi czekali na każde

polskie nagrania, na każdego wykonawcę. I z

dumą puszczali i chwalili się właśnie polskimi

artystami. Pamiętam, że Lista Przebojów

Programu Trzeciego, tego wspaniałego programu,

który został rozpieprzony przez dzisiejszą

władzę, była zdominowana polskimi

wykonawcami. Na tej liście również zadebiutowały

z powodzeniem "Dorosłe dzieci". To

był czas, kiedy polski artysta był doceniany

w mediach i przez publiczność, i to było

wspaniałe. Niestety, gdy do Polski weszły

wielkie koncerny płytowe wszystko zostało

rozwalone. Sprawa wygląda dość prosto. Wytwórnie

kupują czas antenowy i wypełniają

ten czas utworami swoich artystów, ale nie

polskich oczywiście bo dla nich ważniejsi są

ich artyści, czyli zachodni, bo to są koncerny

zachodnie. To są mechanizmy kampanii reklamowych,

gdzie na miesiąc wykupuje się

czas w najlepszej porze słuchalności. I taki

utwór, który został wpuszczony do tzw. playlisty,

chodzi co godzinę i staje się przebojem.

A jak jest przebojem, to wiadomo za tym idą

pieniądze z firm chroniących prawa autorskie,

a potem część tych pieniędzy wraca do

wytwórni i tak się to kręci. Dzisiaj niezależni

artyści nie mają żadnych szans, a polscy tym

bardziej. Powstało setki znakomitych polskich

zespołów, które przestały istnieć bo

nikt nie był zainteresowany ich promowaniem.

Takim przykładem jest zespół moich

dzieciaków Deleted, który nagrał genialną

płytę z kategorii rocka progresywnego i

przestał istnieć bo np. organizatorzy koncertów

nie chcieli nie tylko płacić za sam występ,

ale nawet nie chcieli pokrywać kosztów

transportu. Ja rozesłałem do kilku ważnych

rozgłośni tę płytę, że polecam, że świetna i co

i nic, dupa blada. Dzisiaj liczą się te pieprzone

programy, "Jak oni tańczą", "Jak oni srają",

itd. Jak nie trafisz do pewnego układu, możesz

zmienić natychmiast zawód, będziesz

mniej rozczarowany.

Taka sytuacja trwa niestety od lat, trudno

więc chyba mówić o jakimś przypadku czy

marginalnym niedopatrzeniu?

To jest sytuacja ogólnoświatowa, ale tamci

wykonawcy czerpią honoraria z całego świata,

bo te wytwórnie są obecne w każdym kraju

na naszym globie. Nasze polskie zespoły

istnieją tylko w Polsce. Koncerny nie puszczają

naszej muzyki na świecie, nawet

wtedy kiedy jakiś zespół ma kontrakt płytowy

z takim gigantem. Oni drążą nasz rynek

i zabierają nam kasę, a my zarabiamy jakieś

drobiazgi tylko w Polsce. To jakaś paranoja i

nie widzę rozwiązania tej sytuacji.

Foto: Turbo

Dobrze więc, że chociaż częściowo skończył

się ten dyktat medialnych monopolistów, a

dzięki internetowi słuchacze mają szansę

poznać bardzo różną muzykę - wydanie

przez Turbo takiej kompilacji może być dla

kogoś początkiem przygody z waszą muzyką,

zachętą do sięgnięcia po studyjne albumy?

Ja oczywiście bardzo się cieszę z wydania tej

płyty i z tego, że wszystko można zobaczyć w

Internecie. Rzeczywiście dla takiej niemedialnej

kapeli jak my to duża szansa dotarcia do

nowej publiczności i to jest wspaniałe, bo nie

musimy się prosić o prezentacje naszej twórczości

w publikatorach. Niestety Internet też

zabija muzykę, bo przez to, że ludożerka ma

wszystko w telefonie, to powoduje rozleniwienie

i brak chęci uczestnictwa w kontakcie

z żywym artystą. Oczywiście to nie jest regułą,

bo na zachodnie gigi walą tłumy. Natomiast

sprzedaż płyt jest porażająco niska.

Kiedyś czekaliśmy na wydanie każdej płyty z

wypiekami na twarzy. Chcieliśmy je mieć,

dotykać, a nawet wąchać. To był dla nas ołtarzyk.

Dzisiaj nie ma już takiego celebrowania

wydawania płyt. Dzisiaj są firmy streamingowe,

które za bezcen proponują ludziom np.

trzy miesiące słuchania za darmo, albo ostatnio

Tidal oferuje cztery miesiące muzyki za 4

zł. Większego skurwysyństwa nie widziałem.

To znaczy, że możesz za złotówkę słuchać do

woli muzyki, czyli tysięcy wykonawców, za

jedną złotówkę miesięcznie. To ja się pytam,

gdzie mają artyści zarabiać? Przecież to jest

złodziejstwo, ale nikt się nad tym nie zastanawia.

Żeby wydać płytę, trzeba często

rok, albo więcej nad materiałem ciężko pracować,

a potem wyceniają twoją pracę na setne

groszy. Tak samo jest teraz w pandemii.

Nikt nam nie płaci żadnych pieniędzy. Firmy

streamingowe nas okradają, żadnej tarczy od

państwa dla nas nie ma i niech sobie artyści

zdychają. Nie myślałem, że dożyję tak

kurewskich czasów. Moje "Dorosłe dzieci"

ktoś wystawił kiedyś na YouTube. Utwór

miał około 20 milionów odtworzeń. Ja nie

dostałem z tego złotówki, a ktoś, kto mi

ukradł utwór zarobił na tym sporą kasę.

Napisałem do YouTube, to mi odpisali, że

muszą sprawdzić, bo mają tysiące takich

informacji i cisza już przeszło dwa lata. A

sprawa jest prosta, powinni się zapytać czy

wystawca ma prawa autorskie do tego żeby

wystawić jakiś utwór. Natomiast jak w wakacje

wystawiałem swoje filmiki, to mi je po

blokowali, bo prawa autorskie, a to przecież

były moje prawa, bo grałem przykłady z moich

płyt. Coś tu nie gra i ktoś powinien z tym

zrobić porządek.

Jubileusz jubileuszem, kompilacja cieszy,

ale nie ma co ukrywać, że ostatnią płytę

studyjną "Piąty żywioł" wydaliście jesienią

2013 roku. Później była co prawda jej wersja

anglojęzyczna oraz wydawnictwo live "In

The Court of The Lizard", ale może szykujecie

dla fanów nowy album?

Nowy album oczywiście mamy już od dwóch

lat przygotowany. Tzn. jest on w moim komputerze.

Właściwie nie wiem dlaczego ta płyta

jeszcze nie wyszła. Może dlatego, że każdego

roku mieliśmy trasę z jakiegoś powodu.

A to z okazji wydania "Kawalerii...", potem

rocznica "Wojownika...", trasa trzydziestopięciolecia

i nie znalazł się termin, w którym

mogliśmy promować nowy materiał. Powinniśmy

nową płytę wydać w 2022 roku patrząc

na sytuację, w której świat się znalazł.

Bo przecież nasze czterdziestolecie musieliśmy

przenieść na rok 2021 i to jak to cholerstwo

się skończy i czy się skończy? Ale chyba

nie będziemy już czekać i w styczniu zaczynamy

pracę nad ograniem materiału i na

wiosnę wejdziemy do studia, a jesienią wydamy

nasz nowy i najlepszy album w historii

Turbo, czego w Nowym 2021 Rocku życzę

tobie, fanom i oczywiście sobie. Mam nadzieję

na szybkie spotkanie na koncertach. Już

się nie mogę doczekać.

Wojciech Chamryk

TURBO

13


Czysty przypadek

Kat to nazwa budząca spore emocje i

kontrowersje. Ostatnio nie tylko

wśród fanów naszej rodzimej sceny

metalowej, czy rozmaitych bigotów

ale także wśród muzyków, którzy

przed rozłamem wspólnie tworzyli

ten zespół. Jest to temat, którego w

rozmowie z Romanem Kostrzewskim,

twórcą większości tekstów Kata oraz

całej charakterystycznej otoczki tego

zespołu nie sposób uniknąć. Na

szczęście w rozmowie nie skupiliśmy

się tylko na tym, co było, gdyż obecnie

w obozie kapeli występującej pod

nazwą Kat & Roman Kostrzewski mimo pandemii, która spowodowała pewien

zastój naprawdę sporo się dzieje. Roman i koledzy wypuścili niedawno na światło

dzienne koncertowy krążek "Live 2019", którego kulisy powstania były dość nietypowe.

Więcej szczegółów dowiecie się z naszej rozmowy.

HMP: Witaj Roman. Cóż, przyszło nam

wszystkim funkcjonować w niezbyt przyjemnych

czasach. Powiedz mi proszę, jak ta

cała zwariowana sytuacja, która mamy

obecnie w kraju i na świecie wpłynęła na

morale Twoje i całego zespołu?

Roman Kostrzewski: Sytuacja faktycznie

jest bardzo trudna dlatego, że praktycznie

wszyscy przezywają różnego rodzaju niedogodności.

Muzycy są jedną z tych grup, która

została pozbawiona możliwości wykonywania

swej pracy w pełnym wymiarze, a konkretnie

mam tu na myśli granie koncertów. Te występy

właśnie często były podstawą naszego

bytu, który w tym momencie stał się zagrożony.

Generalnie odczuwamy te same problemy,

które odczuwają inne grupy zawodowe,

które zostały dotknięte obostrzeniami. Ostatnio

w mediach różnej maści pojawiły się budzące

sporo emocji w społeczeństwie wiadomości,

które tak naprawdę są wprowadzającymi

zamęt dezinformacjami. Mówi się o

tym, że rzekomo do kieszeni artystów popłynęły

potężne dotacje. Owszem, te dotacje były,

ale dla firm związanych z jakimś aspektem

działalności artystycznej. Głównie chodzi o

tych, którzy organizują różnego rodzaju eventy,

dbają o oświetlenie sceny, nagłośnienie

itp. Sami artyści w najlepszym przypadku

otrzymali kwoty wynoszące 2000 złotych z

groszami. I to ci, którzy nie osiągnęli w tym

roku tych najniższych dochodów. Ci zaś, którzy

osiągnęli dochód powyżej 2300 na żadną

pomoc od państwa nie mają szans. Są zatem

skazani na środki, które sami sobie wypracują.

Jak już mówiliśmy koncerty są zakazane,

więc zostają jedynie wpływy z praw autorskich,

ze sprzedaży płyt itp. A z tym bywa

naprawdę różnie. Są co prawda artyści, którzy

z tego tytułu osiągają naprawdę całkiem spore

dochody, jednakże jest to mniejszość. Mam

Foto: Bonzo

tu na myśli wykonawców, którzy stale goszczą

w radiu i w telewizji, jednak w przypadku

Kata nic takiego się nie dzieje. Skład naszego

zespołu jest stosunkowo młody, co w

tym wypadku może rodzić pewien problem,

gdyż moi przyjaciele z zespołu takich artystycznych

zdobyczy jeszcze nie osiągnęli.

Koncerty były bardzo mocną stroną Twojego

zespołu. Na pewno czujesz, że zabrano

Ci coś naprawdę istotnego.

Owszem. To duża strata nie tylko z ekonomicznego

punktu widzenia. Trudność w tym

wypadku dotyczy także innych kwestii. Otóż

każda osoba żyjąca na tym świecie ma prawo

dokonywać wyboru, co chce w życiu robić.

Czasami jednak nasze życie nie jest zbyt łaskawe

i okoliczności zmuszają nas często do

robienia nie tego, co rzeczywiście byśmy

chcieli, ale tego do czego różne czynniki zewnętrzne

nas zmuszają. Musisz wiedzieć, że

postawiliśmy wszystko na muzykę. Ja mam w

tej chwili 60 lat, ponad 40 lat pracy na scenie

oraz pracy w domu nad utworami, która to na

dobrą sprawę na chwilę obecną mi pozostała.

Jestem na etapie kończenia płyty solowej.

Pierwszy utwór z tego albumu będzie dostępny

już w pierwszych dniach stycznia. Płyta

powinna się ukazać w okolicach kwietnia. Na

kolejny album Kat & Roman Kostrzewski

trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Pomysły

kompozycji co prawda się pojawiają,

natomiast nie jestem w stanie w tej chwili

podjąć odpowiednich działań, które pchnęły

by ten proces dalej. Najwcześniejsza realna

data premiery płyty zespołowej to koniec roku

2021. Obecna sytuacja jest jaka jest jednak

nie łamiemy się bo rozumiemy, co się

dzieje dookoła jedna z wieloma sprawami się

nie zgadzamy. Nie jest nam na pewno po drodze

ze wszystkimi krokami rządu, z sianiem

dezinformacji, z dyskryminowaniem niektórych

branż. Warto tutaj zaznaczyć, że sensowność

niektórych obostrzeń jest kompletnie

niezrozumiała dla zwykłego człowieka.

My jako muzycy jesteśmy poniekąd zmuszeni

zrezygnować z części aspektów naszej pracy,

o których już zresztą wspomniałem.

Wspomniałeś o solowej płycie. Jakiej muzyki

możemy na niej oczekiwać?

Będzie to muzyka zdecydowanie odmienna

od tej, którą prezentujemy jako zespół. W

mojej solowej twórczości stykają się ze sobą

bardzo różne światy muzyczne. Sam nie jestem

w stanie jednoznacznie tego zaszufladkować

gatunkowo, gdyż znajdziemy tam na

przykład elementy folku, będą też elementy

typowo ambientowe, odnośników do metalu

też tam nie zabraknie. Będzie to świat muzyczny,

który dla wielu słuchaczy może być czymś

zupełnie nowym. W dzisiejszym świecie

mamy bardzo dużą ilość klonów. Płyty są do

siebie szalenie podobne. Gwarantuje zatem,

że ta płyta będzie czymś odmiennym od tego,

co fani Kata mogli dotychczas usłyszeć, ale

oczywiście nie będzie to muzyka, która będzie

odkrywała jakieś nieznane obszary muzyczne.

Piękno muzyki jako sztuki polega jednak

na tym, że tych dźwięków jest niewiele a

można z nich stworzyć naprawdę cuda i starać

się wytworzyć nową jakość. Nowe gatunki

tak na dobrą sprawę nie powstają. Wszystko

to, co dociera do naszych uszu to różnego rodzaju

syntezy. Z drugiej strony sam metal jest

bardzo szeroko definiowanym gatunkiem. Od

spraw czysto doomowych, gdzie niegdzie metal

spotyka się także z ambientem a kończąc

na brutalnym death metalu czy innej ekstremie.

Jest też taki nazwijmy to środek, który

ogólnie określamy heavy metalem. Niektórzy

też pewnie wliczą do tego środka thrash.

Niedawno światło dzienne ujrzała Wasza

płyta koncertowa "Live 2019". Jest to zapis

Waszego występu, który miał miejsce w

ramach trasy "Legendy Metalu", gdzie graliście

w towarzystwie zespołów Vader oraz

Acid Drinkers. Jak ogólnie wspominasz

tamtą trasę?

Były to naprawdę wspaniałe koncerty. Ta

inicjatywa była fantastyczna z wielu powodów.

Po pierwsze muzycy udzielający się w

różnych zespołach nie mają częstej możliwoś-

14

KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI


ci spotkań i zamienienia ze sobą chociażby

paru słów. Członkowie wszystkich kapel, które

grały na wspomnianej trasie od lat pozostają

ze sobą w dobrych relacjach. W przeszłości

spędziliśmy razem wiele niezapomnianych

chwil związanych z działalnością muzyczną,

ale nie tylko. Zaliczyliśmy mnóstwo fajnych

spotkań zarówno z Acidami, jak i z

Vaderem czy Quo Vadis. To, że artyści się

razem fajnie bawią to jest jeden aspekt całej

sprawy. Drugi, to wytworzenie fajnego klimatu

między wykonawcą a słuchaczem, danie

ludziom jakiejś radości. Ze sceny schodziły

takie emocje jak energia, przyjaźń, radość.

Publiczności się to naprawdę podobało. Ludzie

na te koncerty zjeżdżali się z różnych

miejsc kraju, jednak nie dało się odczuć żadnych

zgrzytów czy też animozji. Wszystko

się odbywało w bardzo przyjacielskiej atmosferze.

Oczywiście publiczność była skumulowana.

Wiesz, jak Acid Drinkers, Kat czy też

Vader gra swój osobny koncert, to nie jest w

stanie zgromadzić takiej liczby ludzi jak te

trzy zespoły grające razem. Jeżeli natomiast

mówimy o albumie "Live 2019", to jego nagrania

było dziełem czystego przypadku. W

zasadzie była to rejestracja robocza naszego

akustyka, który był jednocześnie organizatorem

całej tej imprezy i nosił się z zamiarem

zarejestrowania przy okazji następnej puli

koncertów pod tym szyldem jednego z naszych

występów. Planował rejestracje zarówno

obrazu, jak i dźwięku. Z wrocławskiego

koncertu uczynił sobie coś na kształt poligonu

doświadczalnego. Nie dokonał zatem

tych nagrań do końca w taki sposób, jak należało

to zrobić. Zazwyczaj jest to tak, że jeżeli

planuje się profesjonalne nagranie występu,

to na potrzeby rejestracji dźwięku wybiera

się miejsce, które jest w pełni odseparowane

od publiczności. Tam się ustawia stół

mikserski, który jest ustawiony specjalnie pod

dźwięk rejestrowany. Natomiast za dźwięk,

który leci ze sceny dla publiczności odpowiada

stół mikserski, który wszyscy widzą bo z

reguły jest on ustawiony naprzeciwko sceny.

Zatem są dwa zupełnie inne rodzaje przekazu

dźwiękowego. Rejestracja, która miała wówczas

miejsce ma charakter czysto bootlegowy.

Ta płyta jest właśnie poniekąd bootlegowa.

Można na niej usłyszeć wiele mankamentów i

zniekształceń. Z niektórymi trzeba było się

później zmagać, by w miarę wyczyścić pewne

ślady. Mówię "w miarę" bo całkowite wyczyszczenie

ich było niemożliwe. Udało nam się

jednak podjąć pewne realizatorskie działania

na tyle, by ostateczny efekt nadawał się do

słuchania. Można temu albumowi wiele zarzucić,

ale czuć tam energię grania koncertowego.

Płyty studyjne mają swoją wartość. Są

one nagrywane w specjalnych pomieszczeniach,

gdzie separuje się dźwięk itp. Tworzenie

takich płyt daje muzykom ogromną radość,

jednak sam proces nagrywania trwa co najmniej

kilka miesięcy. Produkcja koncertowa jest

natomiast czymś szczególnym. Wystarczy dobrze

zarejestrować występ, zgrać go i sprawa

załatwiona.

Dobrze, że dokładnie wyjaśniłeś okoliczności

powstania tej płyty. Jak zapewne wiesz w

sieci pojawiło się już kilka recenzji "Live

2019". Często pada tam określenie "bootleg"

jednakże ma ono charakter zarzutu.

Rozumiem te zarzuty. Być może ludzie oczekiwali

dobrze wyprodukowanej płyty koncertowej,

ale tak, jak już wspomniałem, dźwięk

Foto: Bonzo

na tej płycie jest efektem przypadku, a nie

działań obliczonych na prawidłową rejestrację.

Jednak z uwagi na to, że nie byliśmy w

stanie grać koncertów uznałem, że pomimo

poważnych dolegliwości, z którymi przyszło

mi zmagać dam radę jakoś to zlepić do kupy.

Ale tak jak wspomniałem wcześniej, nie wszystkie

wady takiej rejestracji dało się ukryć.

Żeby płyta fajnie zabrzmiała musi zostać

spełniony szereg istotnych kryteriów. Najważniejszym

z nich jest sposób położenia śladów.

Nie wystarcza samo to, że muzyk dobrze

zagra. Musi też być określona jakość wydobywania

dźwięków. Nie będę ukrywał, że

istotny tu jest także talent realizatorski. Osobiście

jestem pasjonatem realizacji dźwięku.

Brzmienie tej płyty mogę częściowo wziąć na

karb mojej niedojrzałości w tym temacie.

Wspomniałeś o swoim stanie zdrowia.

Część koncertów trasy "Legendy Metalu"

musiała zostać odwołana właśnie ze względu

na komplikacje z Twoim zdrowiem. Jak

się czujesz na dzień dzisiejszy?

Mój stan jest w miarę stabilny choć nie korzystam

z dobrodziejstw medycyny. W moim

przypadku oznaczałoby to, że już jestem w

zasadzie kaleką, gdyż wycięto by mi solidny

kawałek mojego ciała. Musiałbym się poddać

chemioterapii, więc w tych czasach epidemii

koronawirusa byłoby to tym bardziej ryzykowne.

Poszedłem trochę w inny deseń. Po

wycięciu guza postanowiłem zrobić wszystko,

by ponaprawiać swój organizm na tyle, na ile

jest to jeszcze możliwe. W związku z tym staram

się jeść rzeczy, które są mniej skażone

różnego rodzaju chemicznymi świństwami.

Staram się też nie przejmować wieloma aspektami

życia. Staram się też brać odpowiednią

dawkę suplementów, których zażywanie

odniosło skutek w niejednym przypadku.

Zresztą wszystkie suplementy, które biorę zostały

mi zaproponowane przez osoby, na które

zadziałały one bardzo pozytywnie. Zawierają

one określony zestaw minerałów, których

wielu ludzi nie dostarcza sobie w codziennej

diecie. Są tam też różne elementy odpowiedzialne

za odtruwanie całego organizmu. Suplementy

oraz zmiana sposobu żywienia to

takie technikalia do ogólnego polepszenia stanu

własnego organizmu. Musiałem jednak to

zrobić jak najszybciej i w jak najbardziej radykalny

sposób. W efekcie tego dzisiejszy Romek

Kostrzewski to człowiek bez brzucha

(śmiech). To obciążenie tego bebechu było

dość solidne. Natomiast mój obecny wygląd

fajnie spuentował akustyk jednej z metalowych

kapel oraz szef metalowego klubu w

Bielsku-Białej. Jak mnie zobaczył to powiedział

do mnie: "Wiesz co? Ta choroba Ci służy".

Serio? (śmiech)

Tak. Zatem jak widzisz sam dostrzegam pozytywne

zmiany. Żałuję tylko, że jedna z

podstawowych mądrości życiowych została

przeze mnie zaniedbana czego efektem jest

stan, w jakim znalazł się mój organizm. Staram

się jednak odwrócić te szkody na tyle, na

ile się jeszcze da.

Jeszcze przed chorobą miałem okazję kilka

razy widzieć Cię na żywo na scenie i za

każdym razem sprawiałeś wrażenie wulkanu

energii. Ciężko mi uwierzyć, że nie

dbałeś wtedy o formę.

Niestety, tak nie było. W moim przypadku

jest to wypadkowa kilku czynników. Już jako

dziecko byłem bardzo ruchliwy. W młodości

sporo biegałem. Nie wyczynowo, ale tak po

prostu z pasji. Ale przede wszystkim nie małą

rolę odgrywa tu stan ducha, który pozwala

być kimś w rodzaju szamana. Jeśli sięgniesz

do książek o życiu starożytnych szamanów,

to przeczytasz, że bardzo wiekowi ludzie byli

w stanie skakać przez ogromne płomienie. Na

co dzień sprawiali wrażenie, że chylą się ku

ziemi, natomiast wystarczył jeden moment

ekscytacji, pewnego stanu ducha, w którym

byli w stanie wykrzesać z siebie niesamowitą

ilość energii. Raczej to był ten stan, który

towarzyszył mi na scenie. Po prostu fajny

stan ducha, w którym człowiek jest w stanie

naprawdę celebrować daną chwilę. Poza tym

oczywiście doświadczenie sceniczne. Nie pomijałbym

tu faktu, że człowiek po latach na

scenie zdobywa jakieś arkana, które pozwalają

mu na koncercie nie wkładać aż tak wiele

wysiłku, a jednocześnie osiągać właściwe

skutki.

Pozostańmy jeszcze w tematyce koncertów.

KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI 15


Masz do dyspozycji repertuar, który nagrałeś

jeszcze ze starym składem Kata, masz

również do dyspozycji utwory z dwóch albumów

studyjnych, które nagrałeś pod szyldem

Kat & Roman Kostrzewski, więc jest

tego całkiem sporo. W jaki sposób tworzycie

koncertowy set?

Nie mamy żadnego konkretnego klucza.

Wręcz przeciwnie. Osobiście kocham wszystkie

utwory, które nagrałem, zatem dla mnie

to jest bez znaczenia, które z nich pojawią się

na koncercie. Może to za to być istotne dla

muzyków. Chociażby wytrzymałość fizyczna

perkusisty odgrywa tu istotną rolę. To może

mieć przeogromny wpływ na jego grę. Takie

czynniki jak najbardziej muszą być uwzględniane.

Na pewno uwzględniamy to, czy graliśmy

dane utwory w poprzednim sezonie.

Staramy się mieć kilka żelaznych punktów

naszego repertuaru, jak chyba każdy zespół,

który jest na scenie trochę dłużej. Czasami

zdarzało się nam słyszeć pytania w stylu "czemu

nie zagraliście tego albo tamtego". Powiem

szczerze, że pewien problem z tym mamy.

Tego problemu by nie było, gdybyśmy

mieli tylko dwie płyty. Wybieramy wtedy najlepsze

utwory i po prostu gramy. Natomiast

w naszej sytuacji musimy w tym względzie

dokonywać pewnych wyborów i iść na pewne

kompromisy. Problem się pojawia gdy na

światło dzienne wychodzi nowa płyta. Trzeba

wtedy zaprezentować kilka nowych numerów

a w związku z tym część tych starych musi z

repertuaru koncertowego wylecieć. Często są

to utwory, które publiczność zdążyła pokochać.

Staraliśmy się co roku nieco modyfikować

nasz set. Robiliśmy to po to, by dostarczać

każdego roku innych wrażeń.

Koncert, który trafił na płytę "Live 2019" był

częścią trasy promującej album "Popiór". Jednak

są tam tylko trzy kawałki z tego albumu.

Zdarzało nam się grać więcej utworów z

"Popióra". Wszystko zależy od tego, czy dany

koncert jest tylko nasz czy dzielimy scenę

z innymi kapelami. Jeżeli jesteśmy główną

gwiazdą, to wówczas gramy całe dwie godziny.

Jeżeli zaś gramy trasę typu "Legendy Metalu",

to czas występu każdego z zespołów

jest okrojony mniej więcej do godziny. Zatem

chcąc nie chcąc musimy wykreślić coś zarówno

z tej dawnej muzyki Kata, jak i nowych

utworów. Na trasie "Legendy Metalu",

na której "Live 2019" został zarejestrowany

graliśmy okrojoną wersję naszego setu.

Skoro już poruszyliśmy temat albumu "Popiór",

to od wydania tamtego krążka upłynęło

już mniej więcej półtora roku. Jak go

postrzegasz po tym okresie czasu? Jesteś z

niego zadowolony tak samo, jak miało to

miejsce zaraz po wydaniu, czy może dostrzegasz

pewne aspekty, które Twoim zdaniem

wymagałyby poprawy.

Artyści już tak mają, że patrząc na swoje dzieła

z perspektywy czasu zawsze znajdą coś, co

ich zdaniem wymagałoby poprawki. Natomiast

jestem tu daleki od wybrzydzania. Od

poprawiania mankamentów są następne produkcje.

Mając bogaty dorobek artystyczny

dostrzegam, że każdy z moich utworów oddawał

taki stan ducha, jaki miałem w momencie

jego tworzenia. Jeżeli artysta chce tworzyć,

to niekoniecznie musi oddać wszystko w

jednym utworze. Nawet lepiej jest nie skupiać

się na tym, by wszystko zostało zagrane

naraz, ale spróbować uczynić utwór charakterystycznym

i podejść do niego w nieco inny

sposób, niż do pozostałych utworów. Wówczas

pozbywamy się wrażenia, że było tam

coś niedoskonałego. Dany kawałek wymaga

odpowiedniego podejścia, w innym zaś można

zbudować całkowicie odmienny klimat i

odnaleźć się w nim na nowo.

Foto: Ilona Matuszewska

Album "Live 2019" podobnie jak "Popiór" wydaliście

własnym sumptem. Uważasz, że

taka formuła wydawnicza lepiej się sprawdza

w Waszym wypadku niż współpraca z

jakąkolwiek wytwórnią?

Powiem Ci, że w zasadzie w naszym wypadku

to była konieczność. Przez odbiorców muzyki

cały rynek muzyczny jest postrzegany nieco

inaczej niż ja go postrzegam. Dla typowego

fana najbardziej optymalnym rozwiązaniem

byłoby słuchanie najwspanialszej muzyki za

jak najmniejszą cenę, a często nawet za darmo.

Skoro pliki MP3 z danym albumem krążą

po sieci czasem nawet przed oficjalną premierą,

to ludzie nawet nie chcą płacić za płyty,

bo sobie wolą to ściągnąć. Natomiast

artysta, jeżeli chce oczywiście w pełni wykorzystać

swe możliwości to musi się stale zajmować

muzyką. A żeby się tym zajmować

stale, to musi z czegoś żyć. Jeżeli poza muzyką

będzie się zajmował czymś innym, to

nigdy nie wykorzysta pełni swoich możliwości.

W tym miejscu pojawia się ogromna rozbieżność

między tym, co oczekuje publiczność

a oczekiwaniami wykonawcy. Rynek

muzyczny z punktu widzenia wydawców nie

jest po to, żeby robić dobrze muzykom tylko

właśnie ma robić dobrze publiczności. A to

nie idzie w parze z interesem artystów. W naszym

kraju niestety wytworzyła się taka sytuacja,

że przy zmniejszonej ilości sprzedawanych

egzemplarzy funkcjonowanie dużych

wytwórni płytowych jest właściwie szkodliwe

dla artystów. Szczególnie dla takich artystów

jak ja. W tym momencie rynek określa cenę

płyty, a wytwórnie nie chcą przeskakiwać tej

nazwijmy to uśrednionej ceny. Dla artystów

zostaje raptem 5 złotych do podziału od każdego

sprzedanego egzemplarza. Jeżeli mielibyśmy

taką sytuację, w której publiczność nie

piraciłaby tylko rzeczywiście kupowała płyty

to wówczas przy takiej sprzedaży jaką mieliśmy

kiedyś, w czasach kiedy jeszcze nie było

zwyczaju piracenia czyli ok. 40-80 tysięcy w

ciągu roku, byłoby ok. Przy takiej ilości to 5

złotych dla zespołu było czymś absolutnie

wystarczającym. Ale nie w dzisiejszych czasach.

Uznaliśmy, że jeżeli będziemy wydawać

nasze albumy przez własną firmę, to możemy

wyznaczyć ich cenę biorąc pod uwagę koszty

prowadzenia działalności oraz fakt, że co

prawda egzemplarzy sprzeda się mniej, ale my

i tak zarobimy więcej oraz będziemy mieli

środki na promocję. I dokładnie tak to działa.

Po wydaniu "Popióra" była możliwość nagrania

dwóch teledysków. Co ciekawe, nie było

na to absolutnie żadnych szans, gdy byliśmy

w Mysticu czy innych firmach fonograficznych.

To był problem. Nagle się okazuje,

że się da. Płyta ma wyższą cenę, to fakt, ale

należy pamiętać, że przy okazji daliśmy słuchaczom

dodatkowe elementy w postaci

wspomnianych klipów. Więc do tej wartości

dodaliśmy coś. Sam zespół też trochę więcej

zarobił. Nie są to co prawda jakieś kosmiczne

sumy pieniędzy, ale zawsze to jest więcej.

Gdyby obecnie były możliwe koncerty, to pewnie

nasza firma wypuściłaby więcej tytułów.

Pojawiłaby się wówczas możliwość zejścia z

ceny poszczególnych płyt ze względu na obniżenie

kosztów. Tym sposobem doszlibyśmy

do pożądanego pułapu, czyli cena byłaby w

kwocie do przyjęcia przez publiczność, a i my

jako twórcy byśmy na tym zarabiali. Będąc w

wytwórni jest to niemożliwe. Dziś mamy czasy,

że złotą płytę dostaje się za chyba 10 tysięcy

sprzedanych egzemplarzy. W przypadku

muzyki poważnej jest to chyba jeszcze

mniej. Kiedyś złota płyta oznaczała miliony

sprzedanych egzemplarzy. Jak zatem widzisz

zmiany są ogromne, natomiast większość firm

fonograficznych kompletnie się do nich nie

dostosowała. Im się rachunek ciągle zgadza.

Ale artystom niestety nie.

Wspomniałeś o ściąganiu plików. Wiesz nawet

to już na tą chwilę odchodzi do lamusa,

gdyż mamy serwisy typu Spotify, gdzie można

słuchać pełnych albumów praktycznie

za darmo.

16 KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI


Spotify nie jest do końca za darmo, jednak

zarabia się tam grosze. Dlatego nas tam nie

ma. Jaki jest sens publikowania własnej muzyki,

gdy na dobrą sprawę nic się z tego nie

ma. Co innego, jeśli mówimy o pojedynczych

utworach promocyjnych. Wówczas zgoda.

Nawet jest to wskazane. Artysta chce wypromować

swoją muzykę, czy konkretny album

zatem wybiera jeden utwór i puszcza go za

darmo do sieci, ewentualnie zrobi do niego

jakiś klip, którego celem jest dotrzeć do jak

największej ilości osób. To ma jak najbardziej

sens, gdyż tego typu działanie ma przekonać

słuchacza do zakupu płyty. Kiedyś tą rolę

pełniły single. Optymalna sytuacja była taka,

że nawet one były sprzedawane i artyści na

nich zarabiali. To dopiero siła mediów spowodowała,

że artyści są coraz bardziej zubożali i

zmuszeni zarabiać w inny sposób. Wykonawcy

z jak ja to nazywam pierwszego obiegu,

to znaczy ci lansowani w mediach, a nawet

bardziej wytwórnie, które za nimi stoją mają

nawet konkretne życzenia. Często jest tak, że

to oni dyktują rozgłośni radiowej, co ta ma

puszczać. Jeszcze tak ponad 20 lat temu w

takiej rozgłośni jak RMF można było trafić

na kawałki metalowe. Dzisiaj tam nie ma nic,

co by było bliskie tej muzyce.

Jeszcze pociągnę temat kupowania płyt.

Mam paru znajomych, którzy słuchają sporo

muzyki, jednak nie kupują oni płyt z prozaicznego

powodu. Po prostu nie mają ich na

czym odtworzyć. Odchodzenie od fizycznych

nośników poniekąd jest wymuszone

przez postęp technologiczny. Nie jestem na

100% pewien, ale chyba już nie da się kupić

nowego laptopa z wejściem na CD. Co więcej

na rynku jest masa wież grających, które

mają bluetooth, wejście USB, slot na kartę

SD itp. Jednym słowem wszystko poza

płytą. I nie mam tu na myśli tylko chińszczyzny

z supermarketu.

Do osób, które z jakichś powodów odwróciły

się od fizycznych nośników też wyciągamy

rękę. Na naszym Bandcampie można zakupić

pliki w bardzo dobrej jakości dźwięku. Każdy

może je zakupić w cenie 12 dolarów.

Zapytam z czystej ciekawości. Jak te pliki

się sprzedają?

Szczerze mówiąc na razie słabo. Sprzedają się

głównie płyty CD. Ale do zmian, o których

wspomniałeś rynek na pewno też się w jakiś

Foto: Ilona Matuszewska

Foto: Kat & Roman Kostrzewski

sposób będzie coraz bardziej dostosowywał.

Jednak słuchacze nie pozbywają się nośników

fizycznych. Podobnie jak wiele osób nie pozbyło

się winyli i gramofonów w momencie

gdy pojawiły się kompakty. Myślę jednak, że

pomimo tego postępu technologicznego płyta

CD jeszcze długo pozostanie podstawowym

nośnikiem muzyki. Z drugiej strony jednak

ten postęp, o którym mówimy powoduje bardzo

niedobre zjawisko. Spójrzmy na przykład

na firmę Apple - producenta komputerów i

telefonów komórkowych. Mają oni także swój

serwis dystrybuujący muzykę. Po co zatem

mają oni mają zamieszczać port CD w swoich

komputerach? Niech artyści się starają, by ich

muzyka była sprzedawana przez platformę

Apple. Z ich punktu widzenia jest to rozwiązanie

optymalne. Z punktu widzenia wykonawcy

niekoniecznie.

Jakiś czas temu Wasz zespół opuścił długoletni

perkusista Kata Irek Loth. W jednym z

wywiadów stwierdziłeś, że jeżeli Wasza

działalność polegałaby tylko na graniu starych

numerów Kata na koncertach, to Irek

mógłby zostać, ale nie w przypadku, gdy

chcecie się skupić na tworzeniu nowych numerów.

Skąd takie w ogóle takie wnioski?

Tu wchodzi cały zespół zagadnień. Z jednej

strony z Irkiem był faktycznie problem jeśli

chodzi o tworzenie nowego materiału. Pozostali

muzycy często się skarżyli na jego podejście

do sprawy. Mówiąc krótko nie było z jego

strony oczekiwanych efektów. Gdybyśmy

chcieli grać tylko stary materiał, to nie byłoby

tu większego problemu. Przynajmniej jeśli

chodzi o kwestie muzyczne, bo Irek stwarzał

też pewne problemy w sferze pozamuzycznej.

Chodzi mi o kwestie związane z rolą menedżerską,

którą pełnił. Ktoś może powiedzieć

ok., przestał pełnić tą rolę ale grać może dalej.

Wtedy jednak nie moglibyśmy liczyć na nowości.

Ja jako artysta mam jednak przeogromną

potrzebę tworzenia nowych rzeczy. Naprawdę

daje mi to nieopisaną wewnętrzną radość.

Cieszy mnie też fakt, że istnieje spora

grupa ludzi, której się to podoba. To tak naprawdę

nadaje sens mojemu życiu. Jeżeli nie

miałbym tego, to musiałbym się cały czas

koncentrować na satysfakcji, którą już kiedyś

osiągnąłem. Ale nie tylko ja w zespole mam

takie podejście. Jacek Hiro jest naprawdę

ambitnym twórcą, który również nie chce stać

w miejscu. Żeby jednak się spełniać musimy

mieć do tego określonych partnerów. Jeżeli

jednak spotykamy się z ostracyzmem albo jawną

niechęcią, to psuje cały zapał. Taki przypadek

miał właśnie miejsce w naszym zespole.

Irek nie ułatwiał nam zadania pewnymi

swoimi działaniami pozamuzycznymi, które

były przez nas nie do przyjęcia. Daliśmy mu

pewną ofertę dalszej współpracy, ale przy założeniu

pewnych kryteriów jeśli chodzi o pracę

nad nowymi płytami. Tu jednak szale przeważyły

kwestie pozamuzyczne. Są to jednak

sprawy wewnętrzne zespołu, których na tą

chwilę nie chce wywlekać. Nie widzę mimo

wszystko powodu, dla którego miałbym dyskredytować

Irka. Myślę, że on też nie ma

powodu dyskredytowania zespołu. Chcieliśmy

jednak tworzyć dalej. Oczywiście są kapele,

której takiej potrzeby nie mają i przez

dekady jadą na starym materiale. Rozumiem,

że taka formuła też ma swoich odbiorców.

Natomiast patrząc na Kata, zespół, który w

swej historii przezwyciężył wiele trudów,

przeszedł masę rozłamów, stwierdziłem, że

musimy iść naprzód. Podjęliśmy próby naprawy

sytuacji z Irkiem, ale one nie przyniosły

rezultatów. Rozstanie zatem było koniecznością.

A propos dyskredytowania, zapewne znany

KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI 17


Ci jest facebookowy profil "Kat Historia".

Wbrew temu, co sugeruje nazwa o historii

Kata za wiele tam nie poczytamy, za to na

każdym kroku dyskredytuje się tam Twoją

osobę oraz rolę, jaką przez lata w tym zespole

odgrywałeś.

Ja na temat przeszłości Kata, zwłaszcza tego

trudnego momentu, w którym doszło do rozłamu

już napisałem na swojej stronie. Ja nie

mogę cały czas o tym trąbić. To jest już przeszłość.

Główny spór dotyczył tego, że Piotr

Luczyk wystąpił z propozycją, bym opuścił

ten zespół, a wcześniej wykluczył z niego

Irka. Dzisiaj nikt ze starego składu z nim nie

gra. Przyczyny takiego stanu rzeczy to jego

własne ambicje. Jeżeli jego celem było doprowadzenie

do sytuacji, że tylko on jako jedyny

będzie stanowił o Kacie, to swój cel osiągnął.

Powinien w tym momencie zająć się sobą a

nie zajmować się mną.

Nie mniej jednak Piotr cały czas wałkuje te

tematy. Nie było z jego strony woli rozstania

się w zgodzie? Po prostu niech każdy

robi swoje nie wchodząc sobie w drogę.

No, tak właśnie powinno być. Pamiętam jak

do mnie do domu przyszedł nasz ówczesny

manager z wieściami, że Piotrek chce pracować

z jakimś innym wokalistą. Zaproponowałem

wówczas wszystkim, żeby się rozstać w

zgodzie i z tej okazji zagrać parę pożegnalnych

koncertów. Taki miły gest, żeby się godnie

pożegnać zarówno ze sobą, jak i z publicznością.

Tak wyglądała moja propozycja. Reszta

zespołu jednak na te koncerty nie wyraziła

zgody. W związku z tym wraz z Irkiem

wpadłem na pomysł, żeby w to przedsięwzięcie

zaangażować młodych muzyków. To miały

być ostatnie koncerty, na których powiem

publiczności, że co prawda znikam, ale nie na

zawsze bo będę próbował robić coś solowo

itd. Po trzech czy czterech koncertach publiczność

zaczęła skandować "Nie ma Kata bez

Romana!". Po tym wszystkim wziąłem cały

nasz skład na rozmowę, czy są w stanie razem

ze mną pociągnąć tą historię dalej. Pociągnąć

ją z nazwą, która będzie się kojarzyła z Katem,

ale jednocześnie będzie pozwalała uniknąć

jakichś tam problemów prawnych.

Wszyscy przyjęli tą propozycje entuzjastycznie.

Tak właśnie wyglądał początek zespołu

Kat & Roman Kostrzewski. W zasadzie w

tym miejscu powinno się powiedzieć koniec

kropka. Piotr Luczyk powinien rozwijać

swoją działalność muzyczną, nawet pod nazwą

Kat i na niej się skupić. Co prawda mieliśmy

pewne roszczenia w kwestii nazwy zespołu,

ponieważ zarówno ja, jak i Irek mieliśmy

swój wkład w tę historię. Natomiast

wkład Piotrka w ostatnie albumy nagrane w

starym składzie był bardzo mały. Myśmy do

tego stopnia byli dla niego łaskawi, że w czasach,

mówię tu o drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych,

w których on bardzo dużo

nadużywał alkoholu i nie pracował, postanowiliśmy

go zgłosić do ZAIKSu jako współautora

wszystkich numerów na płytach "Róże

miłości najchętniej przyjmują się na grobach"

oraz "Szydercze zwierciadło". Dopisaliśmy

go do utworów, z napisaniem których

nie miał nic wspólnego. A dzisiaj on dyskredytuje

moją pracę i pracę pozostałych muzyków

tamtego składu, twierdząc, że to są jego

kawałki. Prawda jest taka, że na płytę "Róże

miłości…" skomponował tylko jeden utwór i

dwa kawałki na "Szydercze zwierciadło". To

wszystko. Myśmy się wobec niego zachowali

Foto: Bonzo

po koleżeńsku, natomiast jego wdzięczność

jest żenująca. Ta historia będzie się za nim

ciągnąć. Chyba, że schorzenie, z którym prawdopodobnie

się zmaga jest już tak głębokie,

że nie jest on w stanie realnie ocenić rzeczywistości.

Z całym szacunkiem dla Piotra, ale czytając

jego niektóre jego wypowiedzi, faktycznie

można odnieść wrażenie, że żyje on w jakimś

świecie równoległym…

Rzeczywistość jest taka, jak opisałem powyżej.

Tak to wygląda i nie wygląda to dobrze.

Publiczność też to dostrzega. Rolą artysty nie

jest wykłócanie się o to, co tam kiedyś było w

zespole tylko tworzenie. My jesteśmy rozliczani

z twórczości. Stworzyliśmy kawał pięknej

historii. Natomiast postawa Piotra jest

nie do przyjęcia dla wielu fanów starego Kata.

On sam siebie zdyskredytował.

Słyszałeś ostatnie dokonania zespołu Piotra,

który używa nazwy Kat?

Całych płyt nie, natomiast utwory promocyjne,

które pojawiły się na Youtube jak najbardziej

słyszałem.

Jak je oceniasz jako osoba, która współtworzyła

przez lata zespół Kat? Chodzi mi o

perspektywę czysto muzyczną bez brania

pod uwagę jakichkolwiek osobistych animozji.

(chwila ciszy)

Halo, jesteś?

Tak, jestem. Po prostu myślę jakich dobrać tu

słów, żeby były adekwatne (śmiech). Te ostatnie

jego utwory absolutnie w żaden sposób

nie nawiązują do całej muzycznej historii tej

kapeli. Stylistycznie nijak się to ma do muzyki

dawnego Kata. Nie dziwię się zatem słuchaczom,

że mogą się poczuć lekko skonfundowani,

że zespół o tej nazwie gra coś, czego

oni zupełnie się nie spodziewali. Kat zawsze

był kojarzony z konkretną estetyką. Piotr poprzez

swoją obecną twórczość próbuje redefiniować

ten zespół. Nie wiem, czy to ma

jakikolwiek sens. Nie wiem też jaki on widzi

w tym cel, gdyż jakościowo znacznie odbiega

to od chociażby takich albumów, jak "Róże

Miłości…", "Bastard" czy "Oddech Wymarłych

Światów". Pamiętam wywiad, który

udzielił telewizji Rzeczpospolita, w którym

bardzo deprecjonował dawne rzeczy. Stwierdził

tam, że teraz wreszcie gra taką muzykę,

jaką zawsze chciał grać. A ja się pytam, co mu

stało na drodze, by tworzyć taki materiał

wcześniej?

W sumie nawet jeżeli w Kacie by dawniej to

nie przeszło, to zawsze mógł sobie założyć

drugi zespół na boku i grać dokładnie taką

muzykę.

No właśnie. Właściwie mówiąc takie rzeczy

sam pokazuje jaki był jego realny wkład w

muzykę tego zespołu i jakie jego osoba miała

w nim znaczenie. Bo skoro przez lata grał nie

to, co chciał, ale jednak było to tworzone, to

sam definiuje swą rolę w procesie twórczym.

W przypadku "Róż…" czy "Szyderczego

zwierciadła", jego udział jak już wspomniałem

był naprawdę niewielki. Czyli można

tu wysnuć wniosek, że nie bardzo lubi starego

Kata, bo nie mógł się tam uzewnętrznić. Ale

chwila moment. Przecież te utwory, w których

miał spory twórczy udział jak np. "Słodki

krem" czy "Legenda wyśniona" naprawdę nijak

się mają do tego, co gra teraz. W tym miejscu

dajmy się wypowiedzieć fanom. Zauważyłem,

że większość z nich nie traktuje "Biało-Czarnej"

czy "Popióra" jako bezpośredniej kontynuacji

dyskografii Kata, natomiast widzą

tam masę wspólnych mianowników, słyszą

tam klimat starych płyt. Z drugiej strony nie

ma to aż tak wielkiego znaczenia. Ważne, że

ta muzyka się po prostu im podoba.

Na początku historii Kat miał pewne ambicje

podbicia zachodu. Mam tu na myśli

anglojęzyczny album "Metal & Hell", jednak

jak wszyscy dobrze wiemy niewiele z

tego wyszło. Czy porzucenie tej drogi było

Waszą decyzją, czy może zostaliście do tego

zmuszeni przez zewnętrzne okoliczności?

To była kwestia rozwoju. Otóż album "666"

czy jego anglojęzyczna wersja "Metal & Hell"

jedną nogą tkwiła jeszcze w starym metalu, a

drugą była już w nowym. To, co łączyło takie

zespoły, jak Metallica, Slayer, Kat i wiele

innych z tamtych czasów z muzyką lat siedemdziesiątych

i wczesnych osiemdziesiątych

18 KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI


były przesterowane gitary, odpowiednia dawka

poweru itp. Natomiast w dekadzie lat

siedemdziesiątych było za dużo ornamentyki,

sporo niepotrzebnych niuansów, które później

zaniknęły z powodu wpływów muzyki

punkowej. To właśnie te wpływy stały się dla

wielu ówczesnych kapel drogowskazem jak

można uczynić z tej muzyki większy konkret.

Część artystów oczywiście dalej zdecydowała

się naśladować granie w stylu Rainbow.

Wiesz o czym mówię, te solóweczki i inne

harmoniczne cudeńka itp. Wielu to pasowało,

natomiast ówczesna metalowa młodzież

rozwijała się przyswajając sobie zupełnie inne

elementy muzyki. W przypadku Kata jednym

z pierwszych utworów zawierających tą

nową składnie była "Wyrocznia", był to też

poniekąd utwór "Metal i Piekło", można też

tu jeszcze wspomnieć "Mordercę". Z drugiej

strony mamy na przykład "Diabelski Dom cz

III", który ma strukturę metalu lat siedemdziesiątych,

czyli nawiązujący do Judas

Priest czy Iron Maiden. W początkowym

etapie naszej twórczości opieraliśmy się na

takich kapelach jak Rainbow, Deep Purple,

Black Sabbath czy Led Zeppelin. Kto z metali

nie ceni tych kapel? To była wspaniała

muzyka, jednak w pewnym momencie wymagała

impregnacji innymi prądami. Nowy metal

powstał w wyniku pewnego dodatku. Co

takiego ten punk dodał metalowi? Na pewno

większy konkret, który spowodował odrzucenie

zbędnej ornamentyki. Zaznaczam tutaj,

że zbędną, bo nie każda ornamentyka jest

zła. Ale musi ona czemuś służyć, a nie być

celem samym w sobie. Jeżeli utwór jej wymaga,

to ok. Pamiętasz pierwsze nagrania Metalliki?

Jasne!

Album "Kill'em All" był prosty i konkretny.

Potem w ich muzyce pojawiła się znów ornamentyka.

Wystarczy posłuchać "Master Of

Puppets".

Wystarczy porównać "Kill'em All" nawet z

wydanym rok później "Ride The Lightning".

Te płyty brzmią jak nagrane przez dwie

różne kapele.

Dokładnie. Widzisz, oni się rozwijali. Zresztą

Metallica później jeszcze podjęła kilka takich

prób, aż w końcu zdali sobie sprawę, że nie

ma się co ścigać. Ta ciągła potrzeba rozwoju

często bywa zmorą artystów. Są jednak

Foto: Ilona Matuszewska

Foto: Ilona Matuszewska

wykonawcy, którzy już znaleźli swoją formułę

i nie czynią wielkich zmian w swojej muzyce.

Mam tu na myśli na przykład AC/DC czy

Ozzy'ego. I to też jest ok. Są jednak zespoły,

które stale podlegały zmianom. Jednym z

nich jest Kat.

Ten rozwój widać było bardzo wyraźnie.

Wiele osób za najlepszą płytę Kata uważa

"Oddech Wymarłych Światów". Był to album

dość bezkompromisowy zarówno od

strony muzycznej, jak i lirycznej. Jednak następny

krążek "Bastard" jest już dużo bardziej

zachowawczy. Była to przemyślana

zmiana czy po prostu wyszło to samo z siebie?

Po prostu szliśmy z duchem progresji. Na

przykład Krzysztof Oset, który grał wówczas

na basie był wielkim fanem takiego progresywnego

podejścia do metalu. Lubił bardziej

złożone formy rytmiczne. Uwielbiał na przykład

twórczość Voivod. Był bardzo niechętny

graniu w prosty sposób, próbował za to szukać

różnych, niekiedy dziwnych rozwiązań.

Miał zresztą w tej materii dobrego partnera,

bo pamiętam, że Irek wówczas też siedział w

tych klimatach. To naprawdę bardzo zdolny

perkusista, choć zdarzało mu się często osiadać

na laurach. Podczas pracy nad "Bastardem"

czy "Różami…" zespół współpracował

ze sobą niemalże na co dzień. Udało się nam

stworzyć zwarte i konkretne materiały. Na

"Bastardzie" trochę zaszwankowała realizacja

studyjna, więc brzmieniowo nie jest ona do

końca wyraźna. Na "Różach…" jest ona dużo

bardziej klarowna. Patrząc na wszystkie

wspomniane albumy zdecydowanie widać

progresję, która była syntezą gustów i

wpływów pięciu różnych osób. Ale nie byłoby

tego, gdyby nie głód wytwarzania nowej

jakości melodycznej i klimatycznej. Domeną

Kata nie była tylko zwykła napierdalanka, ale

także próba przemycenia różnych zmiennych

klimatycznych. Dawało to muzyce odpowiedni

charakter.

Producentem albumu "Róże miłości najchętniej

przyjmują się na grobach" był Jarek Pruszkowski.

Jest on osobą związaną głęboko

ze środowiskiem chrześcijańskim. Jak udało

Wam się przekonać go do współpracy?

To dość ciężka historia. W zasadzie Jarek był

metalowcem. Zanim zajął się naszą płytą pochwalił

nam się produkcją swojej własnej muzyki.

Był to materiał dość ciekawy, chociaż

może niezbyt innowacyjny. Z punktu brzmieniowego

było to jednak poprawne, zatem

uznaliśmy, że będzie to odpowiednia osoba.

Z początku wszystko szło gładko. Rodziła się

fajna muzyka o naprawdę fantastycznym brzmieniu.

Nadszedł w końcu moment, gdy zaczęliśmy

rejestrować moje wokale. Byliśmy

tylko we dwóch wtedy w studio. Chłopaki jeszcze

spali, bo były to poranne godziny, a oni

w dodatku poprzedniego wieczoru oblewali

zakończenie swojej pracy przy tym albumie.

Ja śpiewałem, czekałem na jakąkolwiek reakcję

Pruszkowskiego, a tu cisza. W końcu

po jakichś piętnastu minutach pytam "Jarek, co

tam się dzieje u Ciebie?". Patrzę zza szyby, a on

skulony. Wyszedłem rozeznać, o co właściwie

chodzi. On powiedział mi, że nie może dalej

nad tą płytą pracować. W tym momencie zaczął

rozwijać swój temat miłości do Boga, Jezusa,

Maryi itd. Przegadałem z nim chyba

dobre trzy godziny. Próbowałem skłonić go,

by dokończył to z nami. Było to bardzo trudne,

ale się udało. Jednak na drugi dzień już

nam się skarżył, że mu szklanki w kredensie

zaczęły dzwonić.

Pewnie tąpnięcia były (śmiech).

(śmiech) Też potem trochę żartowaliśmy z

KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI

19


jego zachowania ale sukcesem jest, że mimo

różnych przeszkód udało nam się tą płytę zrealizować.

W muzyce jest tak, że często to jak

myślimy, co czujemy ma istotne znaczenie

dla elementu twórczego. Nie powinniśmy być

cenzorami. Podobny problem narodził się

przy współpracy z Józefem Skrzekiem, który

jest praktykującym katolikiem. Tutaj również

pojawił się ten aspekt różnicy światopoglądowej,

ale ostatecznie argument o cenzorach

był na tyle przekonujący, że załatwił sprawę.

Dałem mu wzór występując na jego

wspaniałym evencie ku czci ludzi poległych w

czasach wojny. Był to między innymi hołd

dla jego wujka, który zginął z rąk nazistów.

Grałem tam rolę esesmana. Dał tą rolę mnie

wiedząc, że ja ludźmi o takich poglądach gardzę.

Wiedział jednak również, że to akurat

mnie granie tej roli wyjdzie najlepiej.

Czasami można było usłyszeć pogłoski, że

pozostali członkowie zespołu też nie do

końca akceptowali Twój przekaz tekstowy.

Bez przesady. Żaden z nich nie był świętoszkiem.

Pamiętam tylko jedną rozmowę na

ten temat, w której był rzeczywiście wyrażony

żal z tego powodu. Było to już po nagraniu

"Róż miłości…". Wracamy samochodem

z Warszawy do domu. Na zewnątrz nieprzyjemna

deszczowa pogoda. Wewnątrz jakaś taka

dziwna cisza. W końcu przerwał ją nieżyjący

już Jacek Regulski mówiąc "Wiesz co,

Romek. Spierdoliłeś nam płytę!". Później się okazało,

że nic nie zostało spierdolone, a płyta

została doceniona taka, jaka była. I to pomimo

ogromnej niechęci mediów. Pamiętam, że

Wojciech Mann puścił w swojej audycji tylko

dwa numery z tego albumu. Chciał oszczędzić

słuchaczom tej ostrej formuły tekstowej.

A szkoda. Ja już wtedy pisałem w tekstach o

zagrożeniach wynikających z wpływu zorganizowanej

religii na społeczeństwo. Czyli o

czymś, co dzisiaj każdy świadomy człowiek

dostrzega.

Wspomniałeś tutaj Jacka Regulskiego. Po

jego tragicznej śmierci na pewien moment

Kat właściwie zaprzestał działalności.

Tak. To był taki dość niemiły epizod. Pamiętam,

że po kilku dniach od złożenia Jacka do

grobu spotkaliśmy się wszyscy żeby ustalić, co

właściwie robimy dalej. Wówczas ja, Krzysiek

Oset i ówczesny manager Sławek Dziewulski

wychodziliśmy z założenia, że dalej

jest możliwość poprowadzenia tego zespołu.

Piotr zrezygnował. Stwierdził, że on nie chce

tego kontynuować. Powiedział, że jest w stanie

odstąpić nam swoje prawa za kwotę 100

000 złotych. W związku z tym zgodnie

stwierdziliśmy, że sobie odpuszczamy, że na

ten moment jedynym sensownym rozwiązaniem

będzie zawieszenie działalności. Może

za jakiś czas zmądrzejemy i wrócimy do tej

rozmowy. Daliśmy sobie rok, żeby ewentualnie

zweryfikować swoje stanowiska. Na tamtą

chwilę wraz z Krzyśkiem założyłem grupę

Alkatraz. Nazwa wzięła się od studia należącego

do Jacka. W ciągu roku płyta była gotowa.

Na jednym z koncertów na perkusji zagrał

z nami Irek i to było takie zarzewie

ewentualnej reaktywacji Kata. Nie do końca

taki obrót spraw wówczas do mnie przemawiał,

bo czułem, że ta formuła Alkatraz jest

naprawdę fajna. Potem stwierdziłem, że można

by prowadzić te dwa projekty równolegle.

Foto: Bonzo

Ale tak się nie stało. Valdi Moder, który

współtworzył Alkatraz wspomagał potem

Kata na koncertach. Tuż przed koncertem,

który mieliśmy grać przed Iron Maiden w

2003 roku, Piotr Luczyk zażądał usunięcia

Valdiego z koncertowego składu Kata.

Stwierdził, że nie będzie grał go z drugim gitarzystą.

Uznałem to za zubożenie brzmienia

zespołu. A już na pewno takich spraw nie

powinno się załatwiać w ten sposób. Wtedy

już dało się wyczuć, że Piotr ma swoją, odmienną

od reszty wizję zespołu i nasza współpraca

układała się coraz gorzej.

A parę lat wcześniej chciał Wam od tak

sprzedać prawa do nazwy.

Tak. Jego zachowanie już wtedy było bardzo

chimeryczne, chaotyczne i niespójne. Ja

ostrzegałem ówczesnego managera, że będą z

nim problemy. W Alkatraz nie było żadnych

jazd, wszystko szło tam w miarę gładko. Z

reaktywowanym Katem zawsze coś było nie

tak po drodze. Ta sytuacja zachęciła mnie do

pracy nad swą solową płytą. I tak powstała

"Woda".

W kilku wywiadach twierdziłeś, że Alkatraz

to już historia, która nie wróci. Miałeś

na myśli śmierć Valdiego Modera?

Tak. Muzyka na "Error", jedynym albumie,

który Alkatraz wydał powstała w ścisłej

współpracy miedzy mną, a Valdim. Pozostali

członkowie zrobili jedynie aranżacje. Płyta ta

jakiejś wielkiej furory na rynku nie zrobiła,

nie mniej jednak jej odbiór był w miarę przychylny.

Nasz manager zasugerował nam, by

odpuścić Alkatraz, a skupić się na działalności

Kata. Skończyło się tak, że Kat też się

ostatecznie rozłożył na łopatki.

Zarówno Kat, jak i Twoje nazwisko to marki,

które dawno wyszły poza metalowe środowisko.

Zdarza Ci się czasem udzielać

wywiadów mediom, które nie tylko nie są

związane z metalem, ale czasem nie są nawet

związane bezpośrednio z muzyką. Czy

do tego typu wywiadów podchodzisz inaczej,

niż do tych udzielanych mediom typowo

metalowym?

Podchodząc do jakiejkolwiek rozmowy medialnej

mam świadomość, że część słuchaczy

lub też czytelników może kompletnie nie

znać ani mnie, ani muzyki Kata. Mam też

świadomość, że dziennikarze pracujący w poza

metalowych mediach mogą zupełnie tej

muzyki nie rozumieć. Mogą czasem zadawać

pytania, na które odpowiedzi są oczywiste dla

każdego metalowca, natomiast nie są oczywiste

dla osób spoza środowiska. Nie stanowi to

dla mnie problemu. Artysta jest artystą, ale

przede wszystkim jest człowiekiem. Staram

się podchodzić do dziennikarzy w sposób

otwarty. Nie szufladkuje mediów. To raczej

media szufladkują mnie i z tej pozycji prowadzą

rozmowę. Chętnie rozmawiam o sprawach

nie związanych z muzyką. Każdy z nas

ma jakiś pogląd na to, co się wokół dzieje,

którym lubi się dzielić z innymi. Czasem

można też opuścić swoje ego i spojrzeć na

świat z pozycji ogółu. Myślę, że mógłbym się

odnaleźć w mediach poświęconych różnej tematyce.

Może poza czasopismami technicznymi,

bo na tym się akurat średnio znam

(śmiech). Najpiękniejszym aspektem w muzyce

metalowej są jej fani i odbiór tej muzyki

przez nich. Klimat panujący na koncertach to

coś pięknego. Tutaj zwolennicy tej kultury

przez wielkie "K" mogliby się oburzyć i zacząć

krzyczeć "jakie wy tam gracie koncerty?! To co

najwyżej są występy". Ale przecież każdy z nas

miał szansę bywać w teatrze, operze, filharmonii

czy innej tego typu placówce i wie, że

tam odbiór sztuki jest zupełnie inny. Tam

chodzi o zupełnie inne emocje. Każda forma

kultury ma swoją specyfikę. Ja się cieszę, że

jestem tam, gdzie jestem.

Bywasz czasem rozpoznawany na ulicach

czy częściej udaje Ci się anonimowo przemknąć

przez miasto?

Nawet w masce (śmiech). Chyba te charakterystyczne

włosy mnie zdradzają. Co prawda

jak już wspominałem z wagi dość poważnie

zszedłem, więc dla wielu to może być pewne

utrudnienie identyfikacyjne. Zdarza mi się, że

fani mówią mi, że gdzieś tam mnie na mieście

widzieli ale nie zaczepiali mnie na ulicy, żeby

zachować moje status quo i uszanować moją

prywatność.

Bartek Kuczak

20

KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI



Ostatni dinozaur

To już ponad czterdzieści lat… Ciekawe, czy grupka młodych chłopaków

z niemieckiego miasteczka Solingen zakładając zespół wiedział, że na stałe zapisze

się w historii heavy metalu. Pewnie nie. Jednak historia potoczyła się tak, że

w 2021 roku ta sama kapela (mimo, że w mocno zmienionym składzie) wydaje

swój szesnasty album studyjny. Właśnie o "Too Mean to Die" opowiedział nam jedyny

oryginalny członek grupy gitarzysta Wolf Hoffmann.

HMP: Cześć Wolf. Po pierwsze gratuluje

naprawdę dobrego albumu.

Wolf Hoffmann: Bardzo dziękuję i naprawdę

się cieszę, że Ci się spodobał. Wiesz, lubię

słyszeć takie opinie na temat swej twórczości.

Jak w ogóle wyglądał proces tworzenia

"Too Mean To Die"?

Właściwie bardzo standardowo. Jak zazwyczaj

zacząłem tworzyć szkielety poszczególnych

utworów a potem ubierać je w odpowiednie

melodie. Zajmuje mi to zazwyczaj parę

tygodni lub miesięcy. No dobra, częściej parę

miesięcy (śmiech). Za ten materiał zabrałem

się jeszcze w roku 2019. Z Andym Sneapem,

naszym producentem spotkałem się na

Zresztą z powodu różnych obostrzeń mało

kto miał taką możliwość. Bardzo nam to

utrudniło pracę z Andym. Wiele rzeczy musieliśmy

robić online.

Warto zaznaczyć, że "Too Mean To Die"

to pierwszy album Accept nagrany z trzema

gitarzystami w składzie. Mógłbyś zdradzić

skąd ten pomysł?

Pomysł grania z trzema gitarzystami zrodził

się nie tyle z potrzeby nagrania albumu, co

na potrzeby występów na żywo. Decyzja o

dołożeniu trzeciej gitary była poniekąd spontaniczna,

ponieważ odkryliśmy świetnego

muzyka, który idealnie pasował do Accept.

Mam tu oczywiście na myśli Philipa Shouse.

Gdy graliśmy razem trasę w roku 2019.

Martin to świetny basista. Cieszę się ponadto,

że jest Niemcem, bo musimy pamiętać, że

Accept to ciągle jednak niemiecki band.

Przystąpił on do zespołu, gdy nasz wieloletni

basista Peter Baltes opuścił grupę jakieś dwa

lata temu. Przyznam Ci się szczerze, że ten

fakt lekko mnie załamał, ale cóż. Trzeba iść

do przodu. Uważam, że Martin to odpowiedni

następca Petera. Co by jeszcze o nim

nie mówić, jest to wspaniały człowiek, wspaniały

przyjaciel i wspaniały muzyk z ciekawą

przeszłością oraz doświadczeniem. Ponadto

komponuje naprawdę dobre utwory. Nad

tym albumem pracowaliśmy wszyscy solidarnie,

a Martin miał w tym swoją rolę. Wiesz,

nie chciałem być gościem, który tworzy cały

materiał od "a" do "z". Zwłaszcza w momencie,

gdy nie gra już z nami Peter. Martin dostarczył

nam sporo naprawdę dobrych pomysłów.

Od szkieletów, po bardziej dopracowane

struktury. Brał też udział w pisaniu tekstów.

Sam stwierdziłeś, że nie chcesz być jedynym,

który w zespole odpowiada za tworzenie

utworów. Nie mniej jednak na obecną

chwilę jesteś jedynym członkiem Accept

który gra w nim praktycznie od początku.

Czy sprawia to, że to właśnie do Ciebie

należy decydujące słowo?

Tak, to prawda, że po odejściu Petera jestem

jedynym oryginalnym członkiem Accept. Co

prawda, nie był to mój wybór ani też nigdy

nie było to jakimś moim celem, do którego

dążyłem. Po prostu tak jakoś wyszło

(śmiech). Jestem takim ostatnim dinozaurem

w tym zespole (śmiech). Sprawia to, że niemal

z automatu wszyscy postrzegają mnie jako

lidera. Faktem jest, że tworzę sporą część

utworów. To, że jestem uważany za lidera nie

sprawia oczywiście, że w jakikolwiek nadużywam

tej pozycji (śmiech). Słucham zdania

innych i nie narzucam swojego. Rozumiem,

że poza mną w Accept jest jeszcze pięciu innych

gości, którzy mogą mieć swoje własne

wizje, swoje własne gusta i swoje własne

przekonania. Jak podkreślam po raz kolejny,

chcę by każdy miał swój wkład w naszą muzykę.

Tym razem odpuściłem i jak już mówiłem

wcześniej jest to bardziej album Philipa

niż mój.

początku roku 2020, by przedstawić mu cały

nasz materiał. Mieliśmy wówczas gotowych

chyba sześć lub siedem numerów. Nie przejmowaliśmy

się ty jednak zbytnio. Zaczęliśmy

pracę z tym co mamy i nie martwiliśmy się o

resztę. Jak to się mówi, reszta wyjdzie w praniu.

Wszystko szło swoim rytmem, a my zaczęliśmy

myśleć o letnich festiwalach. Powiem

szczerze, że byłem naprawdę podekscytowany

myślą, że będziemy mogli zaprezentować

na żywo jeden lub dwa nowe utwory

jeszcze przed premierą albumu. Z wiadomych

przyczyn jednak do tego nie doszło.

Dobrą stroną całej sytuacji było to, że zyskaliśmy

trochę nieplanowanego wcześniej czasu

i mogliśmy w spokoju skupić się na dokończeniu

albumu. Nie mogliśmy podróżować.

Foto: Accept

Szybko i perfekcyjnie opanował cały klasyczny

materiał Accept. Brał udział także w

koncercie, który zagraliśmy razem z orkiestrą

symfoniczną. Jest świetnym muzykiem i fantastycznym

kumplem. Chcieliśmy go koniecznie

w swoim zespole. Wiesz, trzecia gitara

stworzyła nam możliwości, których dotychczas

nie mieliśmy. Czemu zatem nie wykorzystać

tego na płycie? Oceniam tą zmianę

bardzo pozytywnie. Warto zauważyć jednak,

że ten krok nie zrobił w zespole jakieś wielkiej

rewolucji, był jednak dobrym zabiegiem

kosmetycznym.

Philip nie jest jedynym nowym członkiem

grupy. W Waszych szeregach pojawił się

również nowy basista Martin Motnik.

Zdecydowaliście się zatytułować płytę

"Too Mean to Die". Taki zresztą tytuł nosi

też drugi utwór na albumie. "Too Mean to

Die" jest określeniem mogącym być interpretowanym

na wiele rozmaitych sposobów.

Mógłbyś zdradzić, co tak właściwie

mieliście na myśli?

Jak zauważyłeś, to faktycznie jeden z utworów

nosi taki tytuł. Uznaliśmy, że to zdanie

brzmi na tyle świetnie oraz zapadająco w pamięć,

że spokojnie może posłużyć za tytuł

całego albumu. Ponadto można go odnieść

do tej całej sytuacji panującej obecnie na

świecie. Bo jakby nie patrzeć, nikt nie może

być pewny czy przetrwa tą pandemię cały i

zdrowy. Nikt nawet nie może być pewien czy

wyjdzie z tego żywy. Ale generalnie zdecydowało

to, że ten tytuł po prostu fajnie brzmi.

Nie należy go oczywiście traktować zbyt serio.

Album "Too Mean to Die" otwiera kawałek

zatytułowany "Zombie Apocalypse". Jak

się domyślam, ten utwór jest poniekąd opi-

22

ACCEPT


sem współczesnego społeczeństwa. A

zwłaszcza jego młodszej części.

Oj tak, trafiłeś w punkt. Ten tytuł podsunął

mi Mark. On też napisał do tego tekst. Bardzo

mi się podoba brzmienie tego kawałka.

Początkowo pojawiły się pomysły, by napisać

utwór o prawdziwych zombie. Wiesz, żywe

trupy i podobne sprawy (śmiech). Jednak nie

jest to tematyka, która tak do końca by pasowała

do Accept. W przeszłości żeśmy tych

tematów nie poruszali. Ale nie z drugiej strony

nie miałem nic przeciwko, aby użyć określenia

"zombie" w stosunku jako opisu ludzi

uzależnionych od telefonów komórkowych.

Ostatnio niestety to jest jakaś plaga. Sam

zapewne wielokrotnie idąc ulicą widziałeś ludzi

wgapionych w smartfony, którzy wyglądają

niczym zombie albo jakieś roboty zniewolone

przez nowoczesną technologię.

Interesującym utworem jest moim zdaniem

znany już z singla "The Undertaker". Również

może być on odczytany jako komentarz

do obecnej sytuacji panującej na świecie.

Taka interpretacja jest oczywiście możliwa.

Właściwie każdy sobie może do każdego tekstu

dorabiać taką interpretację, jaka mu akurat

pasuje. Tekst napisał Mark. Opowiada on

o ponurym gościu, który zajmuje się pogrzebami

i ma zawsze ręce pełne roboty. Żyje on

w mroku, nie ma żadnych przyjaciół ani bliskich

osób. Mimo, iż ta historia jest lekko przerażająca,

moim zdaniem wciąga (śmiech).

W przypadku tego utworu najpierw powstał

tekst, więc poniekąd był on wyznacznikiem

dla muzyki. Myślę, że jest ona idealnie dopasowana

i dokładnie oddaje ten przerażający

nastrój. Wspólnie z wydawcą zdecydowaliśmy,

że właśnie ten kawałek będzie pierwszym

singlem. Decydujący wpływ na to

miał fakt, że można do tej historii nagrać dobry

teledysk.

Już podczas pierwszego odsłuchu albumu

zwróciłem uwagę na kawałek "Overnight

Sensation". Słuchając go mam takie dziwne

wrażenie, że bardzo chcieliście wrócić do lat

osiemdziesiątych.

Wiesz, na dobrą sprawę nigdy żeśmy się od

tamtych czasów nie odcięli i ciągle w nich siedzimy.

Accept ma brzmieć jak Accept. Skoro

pierwsze albumy nagrywaliśmy na przełomie

lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych,

to elementy charakterystyczne dla ciężkiego

grania tamtego okresu zawsze w naszej twórczości

będą już obecne. W moim odczuciu

dobry nowy utwór Accept to taki, który z jednej

strony kojarzy się bezpośrednio z tamtym

okresem, z drugiej zaś słychać, że był nagrywany

współcześnie. Po prostu od razu słyszysz,

że nie mógł on być nagrany trzydzieści,

dwadzieścia, ani nawet dziesięć lat temu.

Album kończy się instrumentalnym numerem

"Samson and Dalila". Skąd w ogóle taki

pomysł?

Warto zaznaczyć, że jest to nasza interpretacja

pewnej klasycznej melodii. Wielokrotnie

wcześniej wplatałem fragmenty klasycznych

kompozycji w metalowe utwory i grałem

je używając całkowicie metalowych instrumentów.

Na początku zagrałem ten kawałek

na kilka różnych sposobów, a ostateczne

nagranie oparłem na wersji, która mi się

najbardziej podobała. Uznałem, że idealnie

pasuje na zakończenie "Too Mean To Die".

Właściwie mogłoby to

tez się znaleźć na moim

solowym albumie.

Pasowało by tam równie

dobrze. Ale z drugiej

strony takie outro

po dziesięciu hałaśliwych

metalowych kawałkach

też moim zdaniem

robi naprawdę

dobrą robotę.

Od dłuższego czasu

mieszkasz w USA.

Jak najpotężniejsze

mocarstwo świata radzi

sobie z covidem?

Wiesz, to zależy od

stanu. Prawdziwy

lockdown był chyba w

Nowym Jorku. Tam,

gdzie mieszkam niespecjalnie

to odczułem.

Myślę, że jest tu

pod tym względem lżej

niż w Europie. Pewnie

wynika to trochę z

różnic między Europejczykami

i Amerykanami.

W Niemczech

jak kazali ludziom pozostać

w domu, to zostawali.

Tutaj nomen

omen pod tym względem

była wolna Amerykanka

(śmiech).

Wszystko wskazuje

na to, że będziemy Foto: Accept

mieli kolejne lato bez

wielkich festiwali.

Tak. To bardzo smutne. Chociaż w tej kwestii

nic nie jest jeszcze na 100% pewne. Mam

jeszcze w sobie cień nadziei, że chociaż kilka

z nich się odbędzie. Cóż, nadzieja umiera

ostatnia.

Lemmy Killmister w pewnym momencie

znienawidził swój największy hit "Ace Of

Spades". Między innymi z tego powodu, że

chcąc nie chcąc musiał grać go na każdym

koncercie Motorhead. A jak to wygląda u

Ciebie? Powiedz mi proszę czy są jakieś

kawałki Accept, które Ci się przejadły, a

które niestety musisz ciągle grać na żywo?

Nie. Kocham wszystkie utwory Accept. Cieszę

się, że możemy je grać na żywo i cieszę

się, że ludzie ciągle je lubią i chcą ich słuchać

na naszych koncertach. Wiesz, na przykład

taki kawałek, jak "Princess Of The Dawn" nie

jest utworem technicznie trudnym, skomplikowanym

ani jakoś bardzo wymagającym, ale

zawsze mamy mnóstwo zabawy gdy go gramy.

Czy to na próbach, czy na koncertach.

Właściwie to często jest najlepsza część

show.

Jako zespół z bogatą dyskografią zapewne

przed każdą trasą zastanawiacie się, jak

ułożyć odpowiedni set koncertowy.

Mamy już w tym doświadczenie. Doskonale

wiemy, które kawałki dobrze działają na publiczność.

Mamy swoją nazwijmy to żelazną

część setu, jednak zawsze zostawiamy sobie

pole by go trochę odświeżyć. Oczywiście nie

zawsze zadowolisz każdego. Często ktoś ma

pretensje, że nie gramy już danego kawałka.

Ale cóż, nawet jako headliner mamy ograniczony

czas na scenie. "Too Mean To Die" to

piąty album nagrany z Markiem na wokalu,

więc na najbliższej trasie na pewno zagramy

sporo utworów z ostatnich pięciu płyt.

Jesteś miłośnikiem muzyki klasycznej. Jak

zachęciłbyś typowego metalowca do wejścia

w świat klasycznych kompozycji?

Szczerze, jeśli jakiś metalowiec sam nie czuje

potrzeby słuchania takiej muzyki, to ja nie

widzę też potrzeby ani powodu bym miał go

do niej zachęcać. Nie widzę swojej roli w pouczaniu

kogoś jakiej muzyki ma słuchać. To

trzeba poczuć samemu. Mnie przede wszystkim

przekonały piękne harmonie instrumentów.

Ale to moje odczucie i zdaję sobie sprawę,

że nie każdy musi je podzielać.

Bartek Kuczak

ACCEPT 23


HMP: Hej James.

James Rivera: Witaj! Jak się masz?

Powiem Ci, że całkiem dobrze. Cieszę się

przede wszystkim, że w końcu udało nam

się porozmawiać (James bardzo luźno podchodził

do umówionych godzin i przez to

wywiad był kilkukrotnie przekładany -

przyp. red). Powiedz mi proszę jak w ogóle

sobie radzisz z tym całym szaleństwem,

które ogarnęło nasz piękny świat?

Najogólniej mówiąc nie jest zbyt fajnie i chyba

każdy się ze mną zgodzi (śmiech). Jestem

trochę wkurzony, bo chciałem bardzo lecieć

do Europy, a tu dupa. Generalnie bardzo nie

Biznes to biznes

James Rivera z Helstar sprawia wrażenie gościa dość zakręconego. Bardzo

ciężko było się umówić na ten wywiad. W pewnym momencie nawet straciłem

nadzieje, że on się odbędzie, bo odniosłem wrażenie, że facet mnie po prostu zbywa.

Ale mniejsza z tym. Ekscentrykom nie takie rzeczy się wybacza. Skoro czytacie

teraz ten tekst, to znaczy, że do wywiadu w końcu doszło. Dowiecie się z niego

miedzy innymi jaki jest cel tak nietypowego wydawnictwa ja "Cald In Black" oraz

jak się układała współpraca ekipy Jamesa z Davide Ellefsonem.

"Cald In Black". Jest to wydawnictwo

powiedzmy sobie szczerze dość nietypowe.

Składa się ono z dwóch płyt. Pomówmy

najpierw o pierwszej z nich. Zawiera ona

trzy nowe utwory i trzy covery. Jaki był

ogólnie zamysł tego wydawnictwa?

(śmiech) Wiesz co? Chyba sobie nagram odpowiedź

na to pytanie i zacznę ją po prostu

odtwarzać bo dosłownie każdy je zadaje. Ale

ok. Cała ta historia przedstawia się następująco.

Otóż opublikowaliśmy singiel "Black

Wings Of Solitude". Zrobiliśmy de facto

coś, czego nie mamy w zwyczaju robić. Miało

to w pewnym sensie związek z naszym powrotem

pod skrzydła niemieckiej wytwórni

AFM. Po prostu mają taką, a nie inną politykę

wydawniczą i chcąc nie chcąc musieliśmy

się do niej dostosować. Patrząc na całą

tą sytuację i biorąc pod uwagę wszystkie

zaistniałe okoliczności, mieliśmy pełną świadomość,

że nowy pełny album z premierowym

materiałem ukaże się dopiero w przyszłym

roku. Na tą chwilę nie bardzo był sens

wydawania pełnego albumu chociażby z racji

braku możliwości zorganizowania promującej

go trasy. Wiesz, tak naprawdę to właśnie

te trasy są dziś kwintesencją muzykowania.

W tym wypadku przejęcie strategii, którą zaproponowała

nam wytwórnia było bardzo

adekwatne do okoliczności. Zatem wydaliśmy

wspomniany już wcześniej singiel. Mieliśmy

jednak pewien niedosyt, więc zrobiliśmy

EPkę. Nasz wspólny plan wyglądał następująco.

Wypuszczamy naprawdę świetny

singiel z kawałkiem, który naprawdę zwróci

uwagę. Uważam, że "Black Wings Of Solitude"

swoją rolę spełniło. Drugą stroną był

zaś cover Black Sabbath "After All (The

Dead)". Mieliśmy jeszcze w zanadrzu dwa

nowe kawałki, więc postanowiliśmy również

zaprezentować je naszym słuchaczom. Dołożyliśmy

jeszcze dwa rovery i w ten sposób

mieliśmy sześcioutworową EPkę. Na premierowy

materiał trzeba będzie poczekać prawdopodobnie

do września. Jednym z głównych

powodów, dla których wydaliśmy "Cald In

Black" było podtrzymanie zainteresowania

oraz danie jasnego sygnału, że Helstar ciągle

żyje. Nasz wydawca zaś przyczynił się do tego,

żeby uczynić ten album gratką dla kolekcjonerów

wydając go jako całkiem fajnie

wyglądający digipack oraz winyl.

lubie siedzieć bezczynnie w domu, a teraz

wyszło tak, że niestety musiałem. Bardzo

wiele naszych koncertów musiało być odwołanych.

To są takie standardowe problemy, z

którymi chyba wszystkie kapele muszą się

obecnie zmierzyć. Dobrze, że zaczął się już

rok 2021. Mam gorącą nadzieję, że sytuacja

trochę się unormuje. Mam nadzieję, że będą

w końcu duże festiwale typu Open Air

powrócą latem, choć wiele wskazuje, że nie

będzie to takie proste, jak jeszcze niedawno

mogłoby się wydawać. Zresztą co tu gdybać.

Przekonamy się, gdy przyjdzie czas.

Nagraliście nowy album zatytułowany

Foto: Max Petac

Wspomniałeś o coverze Black Sabbath. Na

EP natomiast trafił jeszcze utwór "Sinner" z

repertuaru Judas Priest oraz "Restless And

Wild" Accept. Nie będę pytał dlaczego wybraliście

akurat te kapele, gdyż to śledząc

Wasze poczynania wydaje mi się w miarę

oczywiste. Ale dlaczego z bogatego repertuaru

tych zespołów wybraliście akurat te kawałki?

Wiesz, faktycznie te zespoły od samego początku

wywarły wielki wpływ na twórczość

Helstar. Graliśmy ich utwory już wiele lat

temu. Jak zapewne wiesz, poza Helstar występuje

także w cover bandzie o nazwie

Sabbath Judas Sabbath. Właściwie poza

mną jego trzon stanowią członkowie obecnego

składu Helstar. Gramy covery tych kapel

na co dzień i mamy przy tym kupę zabawy.

Dlaczego akurat te kawałki postanowiliśmy

zamieścić na tym albumie? Sam nie wiem.

Tak jakoś wyszło (śmiech).

Kiedyś nagraliście także swoją wersję "Beyond

The Realms Of Death" Judas Priest.

Chyba jesteś entuzjastą ich twórczości z

lat siedemdziesiątych.

Owszem. Dla mnie Judas Priest to przede

wszystkim lata siedemdziesiąte.

Jednak znaczna większość preferuje ich albumy

z okresu lat osiemdziesiątych.

Ja akurat się do tej większości nie zaliczam

(śmiech). Właściwie to po "Screaming for

Vengeance" przestałem ich słuchać. Wróciłem

do tej kapeli dopiero, gdy ukazał się

"Painkiller". Zatem dla mnie okres lat osiem-

24

HELSTAR


dziesiątych w ich twórczości jest zupełnie

obcy.

A który ich album lubisz najbardziej?

Oczywiście "Sad Wings Of The Destiny".

Arcydzieło!

Zgadzam się. Wiele kapel decyduje się na

wydanie pełnych albumów wypełnionych

tylko coverami kapel, które ich inspirowały.

Rozważałeś coś takiego kiedyś w przypadku

Helstar?

Raczej nie zdecyduje się na cos takiego. Natomiast

nie mam nic przeciwko zamieszczaniu

na regularnych albumach pojedynczych

coverów. Na przykład na albumie "The Distant

Thunder" nagraliśmy własną wersję

"He's a Woman, She's a Man" Scorpionsów.

A teraz odwróćmy nieco sytuację. W wielu

kręgach Helstar jest postrzegany jako klasyczny

zespół. Słyszałeś jakieś covery Helstar

grane przez inne kapele?

W San Antonio mamy swój tribute band

(śmiech). Czy coś jeszcze… Nie potrafię sobie

za bardzo przypomnieć (śmiech).

Drugą płytę w zestawie "Cald In Black"

stanowi album "Vampiro" pierwotnie wydany

w 2016 przez należącą do Davida Ellefsona

wytwórni EMP Label Group. Dlaczego

właściwie zakończyliście Waszą współpracę?

David Ellefson z Megadeth to naprawdę

wielkie nazwisko w muzycznym świecie. Jednak

to, że jest on niewątpliwie świetnym

muzykiem niekoniecznie przekłada się na

dobre zarządzanie wytwórnią płytową. Właściwie

to delikatnie rzecz ujmując średnio się

tą wytwórnią interesował. Nie przeznaczał

też na nią jakiegoś wielkiego budżetu. Efekt

jest taki, że mimo potencjału jakie ma jego

nazwisko, dalej jest to bardzo mała firma. W

pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że

kontynuując tą współpracę zbyt wiele nie

osiągniemy. Po rozstaniu się z tą firmą przestałem

śledzić jej dalsze losy.

Foto: Max Petac

Czy mimo nieporozumień dalej utrzymujesz

kontakt z Davidem?

Jasne! To, że nam nie wyszła współpraca, nie

znaczy, że mamy się obrazić na śmierć i życie.

Biznes to biznes, a przyjaźń to przyjaźń.

Trzeba te dwie rzeczy zdecydowanie rozdzielić.

Cieszysz się, że trafiliście do Massacre Records,

która w tej chwili jest powiązana z

AFM?

Jasne! Oni wiedzą co robią. Mają konkretne

strategie promocyjne, które mieli już okazje

sprawdzić na przestrzeni lat. To jest właściwa

wytwórnia dla kapeli takiej jak Helstar.

Właściwie dlaczego zdecydowaliście się dodać

"Vampiro" jako drugą płytę w zestawie

"Cald In Black"?

Zrobiliśmy to dlatego, iż uważam "Vampiro"

za jeden z najlepszych albumów, jakie Helstar

kiedykolwiek nagrał. Niestety, jak już

wspomniałem z racji tego, że wytwórnia Davida

działała jak działała, album ten miał fatalną

promocję oraz dystrybucję. Wielu naszych

fanów w ogóle nie wiedziało o jego istnieniu.

Wyobrażasz to sobie? Chciałem zatem,

by każdy miał okazje tego posłuchać w

jakości CD.

Wiele osób dostrzega pewien związek

między "Vampiro" a Waszym czwartym

albumem, "Nosferatu", wydanym w 1989

roku. Nie chodzi mi tylko o to, że i jeden i

drugi to concept albumy. Czy chciałeś na

nowo rozpalić ducha i klimat "Nosferatu"

na "Vampiro" i przywrócić niektóre elementy,

które sprawiły, że "Nosferatu" stał się

tak ważnym punktem w dyskografii Helstar?

Zatytułowaliśmy album "Vampiro", wracając

do mojego ulubionego tematu wszechczasów.

To ja powiedziałem Larry'emu, że chcę stworzyć

kolejny concept album o Draculi i wampirów.

Spójrz, na dobrą sprawę my żeśmy

rozpoczęli ten trend w heavy metalu. Mam

nieodparte wrażenie, że nasze zasługi w tym

temacie są całkowicie pomijane. Mamy

czasy, gdy wampiryzm za sprawą takich tworów,

jak "Zmierzch" wszedł w mainstream.

Po prostu zrobiliśmy to z dużym wyprzedzeniem

i wtedy nawet chciałem nosić sztuczne

kły i być wnoszonym na scenę w trumnie, co

pozostali członkowie uważali za zbędną błazenadę.

W takim razie spójrz, co stało się

dziesięć lat później. Zespół Cradle of Filth

przejął całą otoczkę wampiryzmu. Inne kapele

zaczęły nagrywać concept albumy. Czytałem

wywiad z muzykiem pewnego zespołu,

który nagrał album o Draculi. Twierdził, że

zrobili to, ponieważ nikt inny nigdy tego

wcześniej nie zrobił. Ja na to: "Stary, robiliśmy

to, zanim się urodziłeś, więc nieważne". Zdecydowaliśmy,

że chcemy powrócić do tej tematyki,

aby wykorzystać jeden z naszych ulubionych

tematów, który w dodatku nie sprawia

nam problemu. Oczywiście muzycznie tak,

to musiało mieć duży sens. Musiał wrócić do

stylu Nosferatu, bardzo harmonijnego, mollowego,

mrocznego, gotyckiego brzmienia.

Tylko wtedy to miało sens.

Dzięki bardzo za wywiad

Nie ma za co. Cała przyjemność po mojej

stronie.

Bartek Kuczak

Foto: Helstar

HELSTAR 25


HMP: Rok temu obchodziliśmy 35-tą rocznicę

wydania Waszego debiutanckiego

albumu "Sceptics Apocalypse". Czy myślałeś

o wydaniu specjalnym tego albumu?

Johnny Cyriis: To zależy od wytwórni

Cherry Red. Ponadto chciałbym tu i teraz

stwierdzić, że jeśli Cherry Red zdecyduje się

wznowić "Skeptics Apocalypse", ufam, że

zapłacą mi należne z tego tytułu honorarium.

W przeciwieństwie do wszystkich wytwórni

płytowych, które przez ponad trzydzieści

trzy lata tłukły wznowienia tego albumu

nie płacąc mi ani centa.

Jak postrzegasz ten album po tych wszystkich

latach? Czy Twój odbiór dalej jest pozytywny?

Johnny Cyriis: Absolutnie nie. Zasmuca

mnie, że producenci albumu otumanili mnie

do tego stopnia, że pozwoliłem, by finalne

nagrania masterów zostały przesłane do

Combat Records z w zasadzie "suchymi"

ścieżkami wokalnymi tj. z niewielkimi lub zerowymi

efektami. Jedynym wydawnictwem

Agent Steel z bardziej suchym wokalem jest

(jak na ironię) EP-ka "Mad Locust Rising".

Rejs statkiem poetów

John Cyriis w poniższym wywiadzie sobie trochę pomarudził, trochę pofilozofował,

wyjaśnił czym się różni fejkowy Agent Steel od tego prawilnego oraz…

ogłosił się Bogiem. Nie polecam czytać na trzeźwo.

Kiedy założyłeś zespół myślałeś, że 37 lat

później niektórzy ludzie będą uważać Cię

za metalową legendę?

Johnny Cyriis: Czuję, że jedyną rzeczą, nad

którą bardzo ciężko pracuję, jest kontynuowanie

mojego kierunku artystycznego. "Legenda"

Hmmm? Naprawdę nie mogę pojąć,

co to może oznaczać. Zwłaszcza biorąc pod

uwagę fakt, że tak wielu muzyków i innych

osób z tej branży mnie zaskoczyło tak bardzo,

iż jestem przekonany, że drogę, którą

przebyłem można uznać za bogaty rejs statkiem

poetów i rzeźbiarzy podróżujących po

pełnym piratów morzu. Jeśli chodzi o moje

osobiste spostrzeżenia, była to również trochę

frustrująca podróż, ponieważ dopiero po

nagraniu albumu "No Other Godz Before

Me" mogłem w końcu "naprawdę" wdrożyć

swą prawdziwą wizję tego zespołu. Pomimo

tego, że na chwilę obecną jestem trochę zaawansowany

wiekowo, w czasach szkolnych i

ogólnie w odniesieniu do mojego miejsca w

Foto: Agent Steel

społeczeństwie, zawsze byłem facetem, który

starał się być jak najmniej zauważany. Nieważne,

czy to zajęcia na siłowni, czy fajna

impreza. Każda z tych sytuacji było poligonem

doświadczeń i miejscem, w którym mogłem

wchłonąć i zrozumieć motywy innych,

a później dzielić się tym z tymi, którzy kroczyli

obok mnie - doświadczeniem życia i

przyjemnością, która przychodzi ze zrozumieniem

motywacji innych. A potem zastosować

mądrość w dogadywaniu się z towarzyszami

dając innym przestrzeń i prawo.

Jednak pomimo pragnienia "bycia harmonijnym

uczestnikiem zgromadzenia" zawsze

czułem, że mam do powiedzenia coś innego

niż to, co wypluwa popularny tłum. Rzeczy,

które były w tamtym czasie i być może nadal

są tematami tabu, są właśnie tym, co mnie

szczególnie interesowało (od strony filozoficznej).

Kwestie odnoszące się do pytań, nad

którymi niewielu się zastanawia, szczególnie

tych dotyczących powodu, dla którego tu jesteśmy

na tym świecie, dlaczego tu jesteśmy

i jak długo? Takie trudne pytania są podstawą

lirycznej treści, którą wplotłem w

otwierający album "No Other Godz Before

Me" utwór zatytułowany "Crypts of Galactic

Damnation". Moja społeczna postawa i modus

operandi zawsze były nastawione kolektywnie,

co jest jednym z głównych powodów,

dla których wybrałem muzykę metalową jako

ścieżkę prowadzącą do wejścia na platformę,

dzięki której mógłbym zacząć (dosłownie)

wykrzykiwać mój polemiczny dyskurs. A teraz,

odpowiadając na Twoje pytanie… Nie jestem

zainteresowany byciem tzw. legendą ani

osiągnięciem jakiegokolwiek "legendarnego

statusu", który wiązałby się z moim osobistymi

lub muzycznymi dokonaniami. Wolałbym

być nazywany skurwielem, który dmucha

w gwizdek na wszystkie pozory życia na

Ziemi jako rzekomego "raju" według definicji

narzuconej przez ludzi odpowiedzialnych za

kłamstwa i niewolnictwo otaczające ich

uprzywilejowane przekonania, że pewna doktryna

religijna zmyliła tłumy żyjące na naszej

planecie. Gdybym mógł wykonać kilka

dodatkowych ruchów, chętnie bym przeszkodził

chciwym i aroganckich dupkom,

którzy obecnie dzierżą większą część bogactwa

tego świata i rozporządzają nim według

swojego "widzi mi się". Jak bym to zrobił?

Przez prowokowanie do manifestacji, sabatu

wolnomyślicieli, którzy zaczynają dostrzegać

marketingowe oszustwa i wykorzystywanie

słabych. Chcę pobudzić ludzi do zadawania

sobie pytań: "Czego naprawdę potrzebuję, w

przeciwieństwie do akceptacji korporacyjnej

propagandy, która często polega na zainwestowaniu

w to lub tamto… mimo, że tak naprawdę

tego nie potrzebuję?" Jeśli mogę sprowokować

myślenie i ruch u innych do postawienia

takich pytań, jak: "Dlaczego jestem

zmuszony wierzyć w to lub tamto, jako absolutną

prawdę objawioną? I dlaczego korporacja

i społeczeństwo tak bardzo starają się

wmówić mi, że inni będą mnie bardziej szanować

za to, czy tamto!". Jeśli ten i którykolwiek

z albumów Agent Steel sprowokuje ludzi

do zadawania takich pytań, spełnię swój

cel. Kontynuowanie mojego polemicznego i

niepoprawnego politycznie przesłania - poprzez

rzucanie go na platformy i sceny XXI

wieku poprzez nową erę mojego zespołu

Agent Steel - rozpoczęło się w wielkim stylu!

Nasiono zostało zasiane, sadzonka wykiełkowała,

a jej kwitnące żniwa wkrótce zostaną

rzucone na twarze społeczeństwa i planety

zwanej Ziemią! Pierwszy dyskurs jest kontynuowany

przez ten pierwszy album Agent

Steel w nowej epoce. "No Other Godz Before

Me".

Sporo tekstów Agent Steel mówi o teoriach

spiskowych. Powiedz mi, proszę, czy traktujesz

ten temat poważnie, czy może jest to

część Twojej koncepcji?

Johnny Cyriis: Miłośnikiem teorii spiskowych

był przede wszystkim Bruce Hall, który

śpiewał na trzech albumach fejkowego

26

AGENT STEEL


Agent Steel. Jedynym powodem, dla którego

nazywam te albumy "fałszywymi" albumami

Agenta Steel, jest po prostu fakt, że ten zespół

i trzy stworzone przez niego albumy w

rzeczywistości nie były prawdziwym i poprawnym

Agent Steel. Prawdziwy i poprawny

Agent Steel może się objawić tylko poprzez

włączenie moich muzycznych, konceptualnych

i lirycznych dzieł! Jednakże, pozwólcie,

że wyrażę się jasno rozwiewając w tym miejscu

pewne wątpliwości. Pomimo trzech fałszywych

albumów Agent Steel, które nie posiadają

prawdziwego i certyfikowanego oficjalnego

statusu Agent Steel zawierają kilka

świetnych utworów muzycznych z dużą ilością

oryginalności i wachlarzem świetnych wykonań

muzyków w tym kilka naprawdę fajnych

wokali w wykonaniu Halla. Dlatego,

moim najszczerszym zdaniem, gdyby skład,

który stworzył i wystąpił na trzech albumach

użył innej nazwy, jestem pewien, że trzy albumy,

które stworzyli, byłyby znacznie bardziej

docenione i uznane za płyty kultowe.

Ale znowu powtarzam, nie jako albumy

Agent Steel. Wróćmy do głównego tematu.

To on, Bruce Hall, człowiek-legenda na swój

własny sposób kontynuował Agent Steel poruszając

w swych tekstach wszelkiego rodzaju

"teorie" (prawdziwe lub fałszywe), które

zostały stworzone przez bardzo popularnego

w tym środowisku człowieka o nazwisku David

Ike. Jak powszechnie wiadomo, jest to

główny gracz w całym tym uniwersum teorii

spiskowych. Jednak zainteresowania mojej

osoby oscylują bardziej wokół faktów i hipotez

związanych ze sferą duchową i kosmiczną.

Nie jestem, by tak rzec entuzjastą różnych

teorii spiskowych. Jestem bardziej obserwatorem

faktów i to z nich głównie czerpię

inspiracje. Kiedy śpiewam o "mgle zacierającej

naszą podróż przez Czarny Las na

tym świecie, na którym nas położono, w naszej

podróży przez wszechświat". (fragment

utworu " Crypts of Galactic Damnation"). Pewne

kulty uprzedzają przebudzenie ziemskiej

obecnej "okaleczonej" kondycji ludzkiej,

przez wiarę w antropomorficznych Bogów i

Boginie. Jest to niestety kompletna bzdura,

która nawet jeśli jest rozumiana jako paradygmat,

może być tylko traktowana jako obraza

inteligencji tych, "którzy wiedzą lepiej!".

Paradygmat, który przedłuża antropomorfizm,

ma na celu promowanie i normalizację

Foto: Agent Steel

Foto: Agent Steel

służalczości. Gdy wszyscy kroczymy ścieżką

po czarnym lesie, gdy razem podróżujemy

przez ten świat, na której obecnie przebywamy,

planecie zwanej Ziemią, z pewnością

poruszamy się z prędkością żółwia. Moje liryczne

koncepcje nakreślają różne hipotezy i

przezabawne zjawisko opisujące wykazaną

głupotę przez przedstawicieli naszej rasy

ludzkiej, którzy rozwijają się na hollywoodzkim

"ghulizmie". Decydując się zaakceptować

kłamstwo, które implikuje, że istnieje

prawdziwa i faktyczna rzeczywistość, laboratoryjna

lub inna, albo jakakolwiek wiedza

wyjaśniająca dokładnie tajemnicę istnienia.

"Dokąd dokładnie idziemy, kiedy przechodzimy

z tej fizycznej postaci ludzkiej?". Ci, którzy

oddychają i żyją tu i teraz, są w gruncie

rzeczy więźniami tego, co rzekomo jest po

śmierci. Rzeczywistość tu na ziemi oparta

jest na faktach, a nie kłamstwach. Nikt nie

może teoretyzować, mówić, a co dopiero wiedzieć

z całą pewnością, czy udowodnić, że w

ogóle coś tam jest. Nie spotkałem jeszcze nikogo,

a mam na myśli każdego człowieka

spotkanego na swej drodze, kto może mi

udowodnić metodami sprawdzonymi laboratoryjnie

lub dowolnymi metodami "gdzie pójdziemy

w chwili, gdy nasze serca przestaną

bić w ciele fizycznym, które teraz posiadamy".

Jeśli ktoś miałby przyjąć, że jest jakaś

prawda w hipotezie tych, którzy twierdzą, że

mieli kontakt z istotami z wielowymiarowych

królestw egzystencji, należy zatem z

perspektywy czasu słusznie założyć, że nasze

doświadczenia są przedłużone przez tych,

którzy chodzą pośród nas. a którzy również

pochodzą z innego wymiaru. Oni również

mogą postrzegać nas jako istoty pozaziemskie,

a w rzeczywistości bardzo obce ich pojmowaniu

życia w takiej formie, w jakiej je

znają.

Pozostańmy jednak w tematyce tych teorii.

Czy uważasz, że to dobrze, iż coraz więcej

osób interesuje się tą tematyką. Czasem

niektórym z tego powodu nieźle odwala.

Wystarczy zajrzeć do Internetu.

Johnny Cyriis: Cóż, tak. Rodzaj ludzki w

końcu wznosi się na wyżyny i zaczyna lepiej

rozumieć, co dzieje się wokół nich. O ile

oczywiście ma wystarczająco siły, by kwestionować

ich autorytety oraz wiedzieć i troszczyć

się na tyle, by zgłębiać kto tak naprawdę

tym wszystkim kręci. Wydaje się oczywiste,

że żyjemy w czasach, w których mieszkańcy

tej planety zaczęli bardziej niż kiedykolwiek

stawiać zasadnicze pytanie: "Kto

na tym korzysta?". Oczywiście, w obliczu

przeludnienia nie ma już czasu na spokój i

zaufanie do własnych umiejętności oraz

chęci zajęcia pozytywnego stanowiska na

rzecz systemu, który po prostu nie gwarantuje

zapłaty za wykonane usługi. Tak więc, mówiąc

to, inspiracja została przekazana i zainspirowałem

się do wypowiedzenia tego słowa

na kosmicznym kongresie Metal Arts skierowanym

do tych, którzy czują, że może czegoś

brakować w zastanym porządku. Wystarczy,

by wzbudzić zainteresowanie i szacunek dla

prostych ludzi. Szacunek, którego sterujący

tym cyrkiem często nie mają. Dla mnie muzyka

metalowa jest przedłużeniem mojego

protestu. Ma na celu otworzyć oczy wszystkim,

którzy chcą jej słuchać i protestują przeciwko

tym, którzy przywłaszczyli bogactwo

świata w swoje ręce dzięki posiadanej wła-

AGENT STEEL

27


dzy. Osobiście sprzeciwiam się używaniu

mitologii i religii jako kampanii reklamowej

dla mojego protestu opartego na muzyce metalowej,

ponieważ uważam, że te quasi-artystyczne

elementy powinny być ściśle przekazywane

jako pochodzące z "ludzkiego

punktu widzenia" nie zaś z perspektywy metafizycznej.

To nie jest styl mój ani Agent

Steel.

Dwa lata temu Agent Steel wrócił do życia

po ośmiu latach przerwy. Powiedz mi proszę,

czy było dla ciebie coś zaskakującego

po powrocie?

Johnny Cyriis: Tak, jasne. Po kolei

1. Wiele młodych zespołów, które pojawiły

się na nowej scenie metalowej są tworzone

przez aroganckich dupków, zachowujących

się tak, jakby byli doświadczonymi weteranami,

którzy są na scenie od ponad czterdziestu

lat;

2. Większość przedstawicieli młodszej generacji

jest uzależniona od gier;

3. Cena gazu wzrosła prawie czterokrotnie;

4. Większość ludzi myśli, że są guru i wiedzą

wszystko, zwłaszcza ci związani z ruchem

New Age! Prawdę mówiąc, wszystkim im się

w dupach poprzewracało.

5. Większość kobiet nie jest już arogancka.

Zamiast tego są niedotykalskie i czują się elitarne.

6. Och - zapomniałem dodać jeszcze jednej

rzeczy: satanizm stał się głównym nurtem religijnym

i politycznym, a nie ideologią gromadzącą

wolnomyślicieli, jak pierwotnie zamierzano.

John, jak to jest ponownie być członkiem

Agent Steel?

Johnny Cyriis: (śmiech) Cóż, pozwól mi tylko

wyjaśnić. W lipcu 1983r. pojechałem do

centrum Los Angeles i wszedłem do tamtejszego

urzędu patentowego, aby dokonać

pierwszej rejestracji nazwy "Agent Steel" jako

fikcyjne nazwisko i nazwę podmiotu gospodarczego,

reprezentując w ten sposób mój

własny podmiot muzyczny. To ja byłem twarzą

tej formacji. O ile ktoś nie cofnął się w

czasie rok przed pierwszą rejestracją stworzonej

przeze mnie fikcyjnej nazwy i legalnie nie

zarejestrował jej w ten sam sposób, uprzejmie

proszę prasę na całym świecie o zaprzestanie

nazywania mnie jedynie "członkiem Agent

Steel". Czy Billa Gatesa też nazwiesz pracownikiem

firmy Microsoft?

Masz też nowe twarze w składzie. Jak ich

zwerbowałeś?

Johnny Cyriis: W tym momencie wszyscy są

winni, dopóki ich niewinność nie zostanie

udowodniona (śmiech). Będziemy musieli

sprawdzić, czy pojawili się oni jako efekt jakiejś

klątwy, czy jako efekt błogosławieństwa.

Tak czy inaczej, mam naładowany pistolet

i w każdej chwili mogę go użyć (śmiech).

Czuję się bardzo rozgrzeszony z przekazywanej

energii, ponieważ on i ja jesteśmy głównymi

autorami utworów, którzy opracowali

ten album. Muszę jednak dodać, że zewnętrzny

scenarzysta był również głównym uczestnikiem

procesu tworzenia utworów na ten

album. Muszę tu jeszcze wspomnieć o Galinie

(Maestro) Ivanovie. To absolutnie oszałamiający,

wszechstronnie utalentowany muzyk/inżynier

i koproducent tego albumu!

Kiedy zaczęliście tworzyć muzykę, którą

możemy usłyszeć na najnowszym albumie?

Kto odegrał główną rolę w tym procesie?

Johnny Cyriis: Po raz pierwszy skomponowałem

intro i outro w 1993 roku. Zainspirowałem

się do napisania tego utworu

Foto: Agent Steel

wkrótce po tym, jak spotkałem bardzo utalentowane

medium, któremu duża część tego

albumu jest poświęcona (mimo, że w koncepcje

liryczne zostały wplecione elementy

polityczne). Resztę może odpowiedzieć gitarzysta

Nikolay Atanasov…

Nikolay Atanasov: Świetne pytanie! Więc

to ja sam napisałem mniej więcej połowę

utworów z albumu. John jak sam powiedział

jest autorem intro i outro. Joe McGuigan z

Gama Bomb dostarczył dwa kawałki, ponieważ

był wówczas jeszcze basistą Agent Steel.

Te dwie kompozycje zostały nieco zmienione

przez nas, aby zrobić trochę miejsca dla naszego

innego gitarzysty Vina, aby mógł tam

wpleść swoje własne solówki. Jest też "Sonata

Cósmica" napisana w latach 80. przez Johna

i Richarda Batemanów. Oto główni autorzy

poszczególnych utworów. Muszę również

wspomnieć naszego byłego gitarzystę i przyjaciela,

Billa Simmonsa, który wraz z Joe

przyniósł pierwszą wersję demo utworu "The

Devil's Greatest Trick", a potem dodałem do

niej kilka rzeczy i stała się ona ostatecznie

tym, czym jest na płycie. Poza tym nasz

wspaniały przyjaciel i producent Galin Ivanov,

jest producentem ale także genialnym

gitarzystą i przyczynił się do powstania albumu,

a konkretnie kawałka "Veterans of Disaster",

a także zapewnił gitarzystom prowadzącym

kilka niesamowitych solówek oraz

był gościnnym basistą. Chcę podziękować

wszystkim tym świetnym gościom… John,

Galin, Joe, Vin i Bill, dzięki za możliwość

bycia razem z wami w tej podróży! Spoczywaj

w pokoju, Richard Bateman. Nigdy się

nie spotkaliśmy, ale z tego, co słyszałem, był

niesamowitym muzykiem i człowiekiem.

Wróćmy do pytania. Myślę, że najlepiej byłoby

odpowiedzieć na to na swój sposób.

Myśleliśmy, że po prostu stworzyliśmy świetną

płytę Agent Steel i ogólnie świetny album

metalowy. Ale nie mógł to być byle jaki

metal. Musiał to być Agent Steel. Innym ważnym

czynnikiem było to, że moim zdaniem

byliśmy odpowiednimi osobami, aby to zrobić.

Dla mnie osobiście muzyka, którą napisałem,

po prostu wylała się ze mnie i zadziałała.

Oczywiście musiało to brzmieć jak

Agent Steel, bo zespół ma swój styl, jednak

nie myślałem o skopiowaniu dwóch pierwszych

albumów i EPki. Dlatego nowy album

brzmi wyjątkowo i wyróżnia się sam w

sobie, a jednocześnie to ten sam styl, co dawniej.

Moim zdaniem tak właśnie robią mistrzowie

metalu, więc wyszło świetnie! Szczerze

mówiąc, myślę, że trochę trudno jest to

wyjaśnić dalej i mam nadzieję, że odpowiedziałem

na Twoje pytanie. Mogę tylko powiedzieć,

że jestem pewien, że spodoba się to

wszystkim starym fanom, a także przyciągnie

wielu nowych…

"No Other Godz Before Me" to poniekąd

cytat z Biblii. Dlaczego zdecydowałeś się

go użyć?

Johnny Cyriis: (śmiech) Nie, to cytat mojego

autorstwa. Wymyśliłem ten cytat na

długo przed tym, jak zrobili to wszyscy kumple

z reklamy, którzy napisali tę historię!

Głównym powodem, dla którego wybrałem

tą kwestię jako tytuł albumu jest to, że

doskonale oddaje mój powrót. W rzeczywistości

jest to - jeśli chodzi o Agent Steel -

oświadczenie stwierdzające, że wszystkie in-

28

AGENT STEEL


ne albumy pod nazwą i logiem

"Agent Steel" były zwykłymi

fejkami i głupimi próbami

zepsucia koncepcji (i

ostatecznie mojego dziedzictwa),

które wcześniej udało

mi się przekazać. Tytuł nowego

albumu jest prostym

przypomnieniem, że nie ma,

nie było i nie będzie "innych

Bogów przede mną" oraz, że

oryginalne koncepcje, które

filozoficznie poruszyły wiele

umysłów (na trzech klasycznych

wydawnictwach), zostały

wymyślone przeze

mnie! Podsumowując, tytuł

jest stwierdzeniem, które

można odnieść do nietradycyjnej

perspektywy nabytej

Foto: Agent Steel

świadomości. Stwierdzeniem,

które stawia jednostkę

na miejscu kierowcy i gdzie

nagle manewrowanie różnymi

drogami w celu osiągnięcia

osobistej wszechmocy

staje się środkiem do celu, a

nie jego odwrotnością. Im

bardziej indywidualna świadomość

przoduje w retrospekcji

do świadomości zbiorowej,

tym szybciej można

zobaczyć światło na końcu

tunelu, który jest platformą

startową oddaloną od ścieżki,

która, jak można by sądzić,

była przyjemna na

wcześniejszym etapie podróży.

Wtedy, gdy dana jednostka była po

prostu częścią stada. Innymi słowy, wszystko

we wszechświecie jest magiczne, więc najsilniejszy,

najbardziej zdeterminowany, najszczęśliwszy

mag wygrywa. Jest odpowiedź,

dlaczego wybrałem tytuł tego albumu, który

moim zdaniem jest bardzo adekwatny.

Mimo wszystko niektóre Wasze wcześniejsze

tytuły również w pewien sposób nawiązywały

do "Biblii". Pierwsze demo Agent

Steel nosiło tytuł "144000 Gone".

Johnny Cyriis: Niewiele wiem o Biblii. Nigdy

nie przeczytałem jej w całości. Wydaje

mi się, że wiele książek filozoficznych - zwłaszcza

w dawnych czasach - pisanych było w

formie polemiki, podczas gdy Biblia była napisana

odrobinę bardziej kolorowo niż inne

tego typu twory.

Okładka albumu jest bardzo minimalistyczna.

Johnny Cyriis: Okładka "No Other Godz

Before Me" to zdjęcie wykonane przez nieznanego

fotografa, który uchwycił szczególny

moment. Więcej na ten temat powiem w

przyszłości, być może w kolejnym wywiadzie

pozwolę sobie na pełne wyjaśnienie. Mogę

powiedzieć, że światła, które pojawiają się na

okładce albumu "No Other Godz Before

Me" nie są sztucznymi światłami, ani też nie

są zdjęciem zrobionym z nieba jak rzekome

światła UFO.

Johnny Cyriis: Ze względu na nowy szczep

Covid-19 podejrzewam, że letnie festiwale

niestety nie będą miały miejsca.

Czy Agent Steel miał okazję zagrać na żywo

w obecnym składzie?

Johnny Cyriis: Niestety, jeszcze nie, ale nie

możemy się doczekać, aby pokazać światu,

na czym polega nowa era Agent Steel. Jesteśmy

gotowi rozerwać pieprzony świat na

strzępy w 21, 22, 23 i 24... a poza tym tak

daleko w przyszłość, dopóki będziemy uważać,

że jest to nasz sprawiedliwy i odpowiedni

metal…!

Gdy będą dozwolone koncerty, zagracie na

żywo kilka piosenek z okresu jak to określasz

"fejkowego".

Johnny Cyriis: ak już wspomniałem ten

okres nie był prawdziwą erą Agent Steel. W

związku z tym, oczywiście, nie będzie absolutnie

żadnego (!) materiału z jakichkolwiek

albumów, na których użyto nazwy mojego

zespołu bez mojego autoryzowanego udziału.

Bartek Kuczak

All interview answers COPYRIGHT © by Johnny Cyriis 2021. All rights reserved.

Mieliście zagrać na Hellfest 26 czerwca

2021 jednak pewnie impreza się nie odbędzie.

AGENT STEEL 29


HMP: Witaj, właśnie wydaliście swój

ósmy studyjny album. Powiedz mi proszę,

jak go postrzegasz. Czy to po prostu ósmy

punkt w Waszej dyskografii, czy może wyjątkowe

wydawnictwo?

Joey Vera: Tak, jest dokładnie jak mówisz.

"Punching The Sky" to dokładnie ósmy album

w dyskografii Armored Saint. Moment

jego tworzenia przypadł na czas, gdy byliśmy

bardzo produktywni. Właściwie patrząc na

naszą twórczość od samego początku zapewne

dostrzeżesz, że z każdym albumem staraliśmy

się być lepszymi muzykami, staraliśmy

się też pisać coraz lepsze kawałki. Nie

staliśmy w miejscu. Jesteśmy bardzo zadowoleni

ze swojej drogi, która doprowadziła nas

do miejsca, w którym jesteśmy tu i teraz. Co

do drugiej części pytania, to myślę, że dla

mnie każdy jeden album, w którego powstaniu

brałem udział jest czymś wyjątkowym.

W każdy wkładaliśmy masę energii, czasu

oraz konkretnego działania. "Punching The

Sky" nie stanowi w tym przypadku kompletnie

żadnego wyjątku. Fajnie jest wrócić z nową

płytą po pięciu latach przerwy w nagrywaniu.

Powiedz proszę, jak wyglądał proces tworzenia.

Jakie były Twoje główne cele podczas

pisania utworów oraz główna wizja

tego materiału jako całości?

W sumie było to bardzo proste. Chcieliśmy

nagrać album, który brzmi świetnie oraz zawiera

ciekawe teksty. Nie dorabialiśmy temu

jakichś wielkich ideologii. Nie mamy w zwyczaju

tracenia cennego czasu na rozkminianiu

jakichś mało istotnych detali. Nie robimy

jakichś burz mózgów, na temat tego, co teraz

Bez zbędnych rozkmin

W momencie, gdy czytacie te słowa, od premiery nowego dziecka

Armored Saint już pewnie trochę minęło, nie mniej jednak z racji tego, zespół ten

w pewnych kręgach ma uznaną markę wielu chętnie przeczyta, co Joey Vera ma do

powiedzenia na temat albumu "Punching The Sky". Zresztą nie tylko jego.

zrobić, jaki krok będzie najbardziej optymalny

dla nas, czy iść w tym czy może w innym

kierunku. To kompletnie nie jest nasz styl

pracy. Naszą jedyną recepturą na dobrą muzykę

jest fakt, że musi ona wypływać prosto

z naszych serc. Innej drogi nie ma. Zamiast

dyskutować o muzyce wolimy ją po prostu

grać. Zamiast zastanawiać się, jaka będzie następna

płyta, wolimy tworzyć nowe utwory.

Oczywiście w tym wszystkim staramy się nie

popaść w pułapkę, do której takie podejście

może prowadzić. Mianowicie nie chcemy

stać w miejscu i czasem odświeżamy nasz

styl. Naszym głównym celem jest jednak

tworzenie dobrej muzyki.

Jednak mam wrażenie, że tym razem skupiliście

się bardziej na chwytliwych refrenach.

Możliwe, jednak nie wiem czy można powiedzieć,

że było to coś intencjonalnego. Jak już

powiedziałem, nie zmuszamy się do niczego.

Nawet do tego, by refreny były bardziej

Foto: Travis Shinn

chwytliwe niż poprzednio (śmiech). Zresztą

takie refreny zawsze były obecne w naszej

twórczości. Ten album pod tym względem w

moim odczuciu nie jest jakimś szczególnym

wyjątkiem.

Co to za dziwne dźwięki na początku

"Bubble" i "Do Wrong to None"?

(śmiech) Początek "Bubble" to specyficzna

kombinacja dźwięków, które sam zebrałem

do kupy. Sporo jest tam moich sztuczek,

których używam grając na gitarze, ale też

sporo programowania. Zaś początek utworu

"Do Wrong to None" to dźwięki, które nagrałem

moim Iphonem ładnych kilka lat temu.

Graliśmy na mniejszym festiwalu we Włoszech.

Odbywał się on na pustym polu zlokalizowanym

na całkowitym odludziu. Małe

nudne miasteczko typu jedna główna ulica,

parę domów, jeden sklep itp. Widok z mojego

pokoju hotelowego padał na las. W pewnym

momencie wyjrzałem przez okno i

usłyszałem te odgłosy. Do dziś nie mam pojęcia,

co za zwierze je wydaje, ale nigdy wcześniej

ani później czegoś takiego nie słyszałem.

Musiałem to nagrać. Przymierzałem się,

by użyć tego roboczo jako intro w trzech lub

czterech różnych utworach, ale ostatecznie

padło na "Do Wrong to None".

"Do Wrong To None" wydaje się być najbardziej

thrashowym utworem na tym albumie.

W dostajemy bardzo intrygujące zwolnienie.

To w dużej mierze pomysł naszego perkusisty

Gonza. Przynajmniej jeśli masz na myśli

ten charakterystyczny rytm. Wiesz, on jest

wielkim fanem Pantery. Tą partię będącą

zwolnieniem napisałem gdzieś jakieś dziesięć

lat temu, jednak jak dotąd nie została ona

wykorzystana w żadnym innym numerze. Na

pewien czas zapomniałem nawet o jej istnieniu.

Uważam, że do tego utworu ta przerwa

idealnie posuje i dodaje mu takiej fajnej wyrazistości.

Zrobiliśmy coś podobnego brdzo

dawno temu w utworze "Stricken By Fate" z

naszego pierwszego albumu "March of the

Saint"

W waszych materiałach promocyjnych dołączonych

do płyty pada dość intrygujące

zdanie. Otóż twierdzicie, że teraz jako zespół

macie wreszcie pełną swobodę tworzenia

takiej muzyki, jaką chcielibyście grać.

Czy to znaczy, że nie mieliście tej swobody

w przeszłości?

(śmiech) Może nie dosłownie. Cały sens tej

wypowiedzi odnosi się do tego, że na wcześniejszym

etapie naszej kariery, szczególnie

w latach osiemdziesiątych w okresie tworzenia

pierwszych trzech albumów byliśmy mocno

zainspirowane zespołami z nurtu NWO

BHM, czy hardrockiem w stylu wczesnego

Judas Priest albo wczesnego Scorpions.

Heavy metal był czymś świeżym w Ameryce.

Mówię tu o początku lat osiemdziesiątych.

Potem on u nas wyewoluował z jednej strony

w thrash, z drugiej w te wszystkie hair metalowe

bandy. W pewnym momencie pojawiło

się u nas uczucie, że my do tego wszystkiego

nie pasujemy. Ani do jednych, ani też do

drugich. Wiesz, jakieś tam elementy thrashu

w naszej twórczości obecne były, to na pewno

nie ulega wątpliwości, nie mniej jednak

był też tam obecny klimat amerykańskiego

hardrocka. Po prostu czuliśmy się nieco inni,

niż typowi przedstawiciele amerykańskiej

sceny metalowej. Próbowaliśmy się w tym

wszystkim odnaleźć, co czasem bywało powodem

małych kryzysów. W pewnym momencie

zdaliśmy sobie sprawę, że tak naprawdę

nie do końca robimy to, co byśmy rzeczywiście

chcieli. Gdzieś tak w 2009 roku,

gdy pracowaliśmy nad albumem "La Raza",

dopiero poczułem, że znaleźliśmy własne

miejsce, w którym czujemy się komfortowo i

nie musimy się martwić brakiem wolności.

Ten stan trwa do dziś! Oczywiście nie chcemy

tym samym umniejszać naszym dokonaniom

z przeszłości. Cały czas je cenimy i są

dla nas niezmiernie ważne.

30

ARMORED SAINRT


"Punching The Sky ". Czy ten tytuł ma jakieś

szczególne znaczenie?

Tytuł albumu jest sentencją, która pada w

utworze "Standing On The Shoulders Of

Giants". Po prostu uznaliśmy, że faktycznie

ten wers, czy raczej jego fragment mocno zapada

w pamięć i zwraca uwagę. To piosenka

o zwycięstwie i pokonywaniu własnych słabości.

Ona też pokazuje, że jesteśmy naprawdę

zadowoleni z miejsca, w którym jesteśmy

teraz oraz tego, że czujemy się naprawdę

wolni jako muzycy.

A co z liryczną stroną. Czy teksty mają jakieś

konkretne przesłanie?

Na pewno w przypadku "Punching The

Sky" nie można mówić o concept albumie.

W tym kierunku nigdy żeśmy nie szli. To nie

w naszym stylu. Raczej o tekstach więcej do

powiedzenia miałby John, gdyż to on jest ich

autorem i z tego co wiem czerpie inspiracje

ze swoich doświadczeń oraz codziennego życia.

Jest on zainteresowany polityką oraz bieżącymi

wydarzeniami. Śledzi wszelkie newsy.

Oczywiście nie jesteśmy zespołem politycznym,

ale czasem nawiązania do tej tematyki

się u nas pojawiają.

Granie koncertów jest teraz niemożliwe.

Masz jakieś alternatywne pomysły na promocję

albumu?

Tak. Robię to chociażby teraz udzielając tego

wywiadu (śmiech). Planujemy także grać

koncerty na streamie. Przypuszczamy, że

zniesienie ograniczeń w ciągu najbliższych

dwunastu miesięcy jest mało prawdopodobne,

więc trzeba sobie radzić mając w zanadrzu

dostępny wachlarz środków. Zatem

trzeba się teraz bardziej skupić na robieniu

teledysków, kontakcie z fanami i aktywności

w mediach społecznościowych.

Większość obecnych członków gra w zespole

od początku. Powiedz mi, proszę, co sprawia,

że ten skład jest tak silny?

Myślę, że można tu wspomnieć o kilku powodach.

Jednym z nich jest to, że dobrze się

znamy od dłuższego czasu i wiemy czego po

sobie możemy się spodziewać oraz czego od

siebie wzajemnie możemy oczekiwać. Razem

przeszliśmy długą drogę i ciągle jesteśmy

przyjaciółmi. Czujemy się jak rodzina. I tak

Foto: Travis Shinn

jak w rodzinie, czasem jest sielankowo, a czasem

pojawiają się ostre spory, ale ostatecznie

i tak wszyscy trzymają się razem. Tak też jest

z nami. Chociaż nie wiem czy to porównanie

jest najwłaściwsze… bo jednak prowadzić biznes

razem z członkiem Twojej rodziny, to

chyba najgorsza rzecz jaką możesz zrobić

(śmiech). Natomiast nie ulega wątpliwości,

że znaleźliśmy jakąś nić porozumienia między

sobą.

W całej swojej karierze grałeś z wieloma

różnymi zespołami. Powiedz mi proszę, czy

widzisz wiele różnic w stylu pracy w kapelach,

w których grasz lub w których grałeś

wcześniej.

Te różnice na pewno są. Każdy zespół robi

pewne rzeczy na swój indywidualny sposób i

uważam, że jeśli w konkretnym danym przypadku

to się sprawdza, to nie ma większego

sensu na siłę tego zmieniać i wprowadzać nowych

metod. Każdy przypadek jest tu unikatowy.

Jeżeli chodzi o Armored Saint to uważam,

że znaleźliśmy swoją drogę. Oczywiście

ewoluowała ona wraz z biegiem czasu.

Czy odczuwasz od czasu do czasu coś, co

można nazwać wypaleniem lub kryzysem

artystycznym? Jak sobie z tym radzisz?

Odpowiem dość przewrotnie. I tak i nie. Są

dni, w których autentycznie się zastanawiam

po jaką cholerę dalej się męczę i to robię. Ale

z drugiej strony bardzo kocham granie i

tworzenie muzyki, więc ciężko mi sobie bez

tego wyobrazić życie. Nawet jeżeli faktyczni

czasem wydaje się to ciężkie oraz pozbawione

większego sensu. Kocham tworzyć, grać,

występować na żywo oraz pracować w studio.

To jak część mojego DNA. Myślę, że jak ktoś

już raz w to wejdzie, to będzie to robił do

końca życia. Nie potrafię sobie wyobrazić

momentu, w którym sprzedaję wszystkie

swoje instrumenty i muzykowanie całkowicie

znika z mojego życia.

Dlaczego jako swój instrument wybrałeś

akurat bas?

Właściwie to zaczynałem od gry na gitarze.

Na tym instrumencie grałem w szkolnych zespołach,

gdy byłem nastolatkiem. W sumie

trwało to parę lat. Kiedy byłem w średniej

szkole, dowiedziałem się, że dwóch moich

kumpli postanowiło założyć zespół. Ci kumple

to John Bush i Gonzo Sandoval

(śmiech). Pomyślałem w sumie, czemu by ich

w tym nie wspomóc. W końcu trochę się znamy.

Mieli taki problem, że nie mieli basisty.

John był wokalistą, Gonzo grał na garach,

Phil Sandoval grał natomiast na gitarze, a

jego umiejętności w tej materii były znacznie

wyższe niż moje. Okazało się jednak, że

John posiada w domu gitarę basową wraz ze

wzmacniaczem, która jest gotowa do użycia.

Myślał o tym, by być jednocześnie basistą i

wokalistą, jak na przykład Geddy Lee, ale

nauka gry na instrumencie mu nie szła i w

pewnym momencie ją porzucił. Pewnego

dnia zaproponował mi, że skoro gram na gitarze,

to może łatwiej mi się będzie nauczyć

grać na basie. Pomyślałem, że czemu by nie

spróbować. Tak się zaczęło. Szybko pokochałem

ten instrument! Jednocześnie ciągle

potrafię grać na gitarze. Wszystkie swoje

utwory tworzę na niej i nigdy nie używam do

tego basu.

Dziękuję bardzo za wywiad!

Ja również! Trzymaj się!

Bartek Kuczak

Foto: Travis Shinn

ARMORED SAINT 31


Kreatywność i energia nas po prostu rozsadzają

Crystal Viper budził zawsze dosyć sprzeczne opinie. Z jednej strony to jeden

z pierwszych i chyba najważniejszy przedstawiciel nurtu Nowej Fali Tradycyjnego

Heavy Metalu w kraju nad Wisłą. Tak naprawdę to jedyni nasi rodacy

którzy mogą pochwalić się występami na deskach legendarnego Keep it True, czy

współpracą z takimi tuzami jak Harry Conklin, Stefan Kaufmann czy Mantas. Z

drugiej strony często płyną w ich stronę zarzuty o koniunkturalizm, czy - o zgrozo!

- "pozerstwo". Z czego to wynika? Cóż, stara biblijna mądrość, że nikt nie jest

prorokiem we własnym kraju zdaje się mieć tu swoje potwierdzenie. Malkontentom

polecam jednak sięgnąć po ostatnią płytę Żmijki. Jeśli nie słyszycie w niej

szczerości i radości z grania to chyba nie mamy o czym rozmawiać. Za to zdecydowanie

było o czym rozmawiać z Martą Gabriel. Wokalistka opowiedziała mi o

pracach nad "The Cult", fascynacji Kingiem Diamondem i kilku projektach pobocznych

które realizowała w minionym czasie. Między wierszami wyczytacie też z

pewnością, że zespół ma w zanadrzu jeszcze sporo do odkrycia…

HMP: Zacznijmy od jednego z najtrudniejszych

pytań dla metalowca - King Diamond

solowo czy z Mercyful Fate?

Marta Gabriel: Uwielbiam Mercyful Fate,

szczególnie dwie pierwsze płyty, ale jeśli muszę

dokonać takiego wyboru, to jednak King

Diamond solowo. Po prostu słucham go częściej,

również między innymi z tego względu,

że po prostu wydał więcej płyt. No i jednak

Pozostając jeszcze w klimacie Króla - muszę

Ci Marto pogratulować niesamowitej

ekwilibrystyki wokalnej! To wykonanie

miażdży, w dużej mierze dzięki Twojemu

głosowi. To chyba spore wyzwanie mierzyć

się z taką legendą?

Bardzo dziękuję za komplement. Tak, nagranie

tego utworu było sporym wyzwaniem.

Zazwyczaj nagranie coveru ogranicza się do

powtórzenia czyjejś linii wokalnej, gdzie nie

ma zbyt dużo miejsca na dodawanie czegoś

więcej od siebie. W przypadku "Welcome

Home" linia wokalna to jedno, ale przede

wszystkim musiałam się odpowiednio wpasować

w klimat utworu i w tekst. To było

prawie jak odegranie roli. Oryginalna wersja

jest bardzo teatralna, jest w niej bardzo dużo

emocji.

Jak wyglądała współpraca z Andym La

Rocque?

Przyjaźnimy się z Andy'm (zresztą miksował

jeden z naszych wczesnych albumów), i cały

czas jesteśmy w kontakcie. Kiedy już zdecydowaliśmy

się na "Welcome Home", stwierdziliśmy

że fajnie by było go zaprosić, bo

generalnie, no dlaczego nie? Wysłaliśmy

smsa z zapytaniem, i zgodził się praktycznie

od razu. Logistycznie nie było to jakoś specjalnie

trudne, oprócz bycia gitarzystą Kinga

Diamonda, Andy jest świetnym realizatorem,

i właścicielem Sonic Train Studios.

Wysłaliśmy mu wszystkie ślady, i jakiś czas

później odesłał ślad ze swoim solo.

32

jako osoba, jako wokalista, autor i kompozytor,

miał większy wpływ na to co robię z Crystal

Viper. Nasza pierwsza płyta, potem

"Crimen Excepta", "Possession" i "Queen

Of The Witches" - to albumy koncepcyjne,

które stylistycznie ocierają się momentami o

horror, więc tutaj też raczej można się dopatrywać

mniej lub bardziej świadomych inspiracji

Kingiem.

Wbrew pozorom nie pytam o to bez przyczyny.

Być może pamiętasz ankietę na oficjalnej

grupie fanów Crystal Viper gdzie

spytaliście ich o propozycję kolejnego coveru.

"Satan's Fall" Mercyfula zajął w niej

całkiem wysokie miejsce. "Welcome Home"

CRYSTAL VIPER

Foto: Crystal Viper

nie było tam wcale, a na "Trial by Fire" nie

zagłosował nikt. Czym się sugerujecie w

doborze coverów na kolejne płyty?

Jako takiej ankiety nie pamiętam, na pewno

nie miała więc żadnego oficjalnego charakteru,

ale często prosimy fanów o różne sugestie

czy o pomysły, i zawsze je bierzemy pod

uwagę. Przy wyborze coverów sugerujemy się

kilkoma rzeczami, przede wszystkim jak bardzo

lubimy dany zespół i dany utwór, czy

naszym zdaniem zabrzmi dobrze w naszym

wykonaniu, i czy pasuje do danego albumu

czy też singla. Wiesz, przede wszystkim nie

każdy heavymetalowy utwór zabrzmi dobrze

z kobiecym wokalem, do tego czasem konieczna

jest zmiana tonacji, a to też nie każdemu

utworowi wychodzi na dobre.

Spodobało mu się Wasze wykonanie "Welcome

Home"? A może dotarło ono i do

samego Kinga?

Chyba tak. Oczywiście można pomyśleć, że

to tylko kurtuazja z jego strony, ale bardzo

chwalił brzmienie i aranż, więc chyba mu się

naprawdę spodobało. Poza tym wydaje mi

się, że i dla niego mogło to być coś ciekawego.

Gra ten utwór od ponad 30 lat, i nagle

doszło do sytuacji gdzie zagrał w tym utworze

z innymi ludźmi, i mógł nagrać inne solo

niż to, które jest już znane. Nie pytałam czy

puszczał utwór Kingowi, ale biorąc pod uwagę,

że pracują obecnie nad nowym albumem,

to bardzo możliwe.

Skąd decyzja o osobnym bonusie na wersję

winylową?

Robimy tak od lat, od czasów trzeciej płyty.

Raczej nikt nie kupuje naszych płyt specjalnie

z myślą o tym jednym bonusie, ale wiemy,

że sporo osób kupuje i winyl i wersję CD.

Stwierdziliśmy kiedyś, że fajnie by było dać

im coś ekstra, i od tego czasu regularnie mamy

inny bonus track na winylu, i inny na

CD.

Jeśli idzie o strukturę nowego albumu jest

dosyć tradycyjnie - instrumentalne intro,

gościnny udział kultowego muzyka, cover

metalowego szlagieru… ale zabrakło mi


jednej charakterystycznej dla Was rzeczy,

tj. ballady. To chyba pierwsza taka płyta od

czasów "Crimen Excepta".

To w sumie ciekawe stwierdzenie, nie powiedziałabym,

że nagrywanie ballad to coś dla

nas charakterystycznego, ale może coś w tym

jest. Brak ballady na "The Cult" chyba potwierdza,

że tak naprawdę nie mamy żadnego

schematu jeśli chodzi o nagrywanie albumów,

idziemy na żywioł, robimy to co

uważamy za słuszne i to co naszym zdaniem

pasuje. Więc jak widzisz nie było tak, że

siedliśmy i powiedzieliśmy "no dobra, na płytach

Crystal Viper była zawsze ballada, to teraz

piszemy balladę".

"The Cult" to też pierwsza płyta Crystal

Viper na trzy gitary. Szczerze mówiąc

obawiałem się co z tym fantem zrobicie, bo

historia pokazuje że takie "wzmocnienie"

często wpływa na popadanie w egzaltacje i

kombinowanie na siłę. Na szczęście nie

ulegliście tej pokusie i wszystko brzmi bardzo

konkretnie, bez przerostu formy nad treścią.

Jak więc ta "drobna roszada" wpłynęła

na proces komponowania i pracę w studiu?

Nie było mowy o kombinowaniu, wiedzieliśmy

co chcemy zrobić i jaki efekt osiągnąć

jeśli chodzi o tą płytę. Stawialiśmy na emocje,

na żywioł, na szczerość przekazu, nie na

pokazywanie naszych umiejętności czy możliwości.

Powiedziałabym nawet, że w paru

momentach nagraliśmy jakieś partie gitary,

po czym stwierdzaliśmy - ok, za dużo, usuwamy

to. Fakt, że płytę oficjalnie nagrywało

trzech gitarzystów (a mniej oficjalnie czterech,

bo nasz perkusista Cederick też nagrał

kilka partii gitar) nie wpłynął jakoś specjalnie

na ten album, aczkolwiek dość istotny jest

tutaj udział Cedericka, który napisał cztery

utwory na ten album. Do tej pory prawie zawsze

sama pisałam cały materiał.

Swoją drogą - nie mogłaś długo wytrzymać

bez gitary prawda? (śmiech)

No nie mogłam, i nie mam zamiaru dłużej

tego ukrywać (śmiech). Fakt, że przestałam

grać na gitarze, był chyba moją najgorszą

decyzją jeśli chodzi o Crystal Viper. Osoby

z naszej poprzedniej wytwórni mocno sugerowały,

że powinnam przestać grać na

gitarze - żeby wyglądać na scenie bardziej

kobieco, żeby mieć lepszy kontakt z fanami,

żeby wyszły ładniejsze zdjęcia z koncertów i

tak dalej. W pewnym momencie zgodziłam

się na to, aczkolwiek po każdym koncercie

bez gitary miałam to dziwne uczucie, że coś

jest nie tak. Czułam się niekompletna, jakbym

nie dała z siebie wszystkiego. Wiesz, ja

jestem muzykiem heavymetalowym, rockowym,

chcę czuć tą energię i emocje na scenie,

dać z siebie wszystko, a nie tylko ładnie

wyglądać. Wiem, że wielu osobom bardziej

podobał się taki skład zespołu, ale ja nie

czułam się szczera w tym co robię. Dlatego

też znowu gram na gitarze, i nie mam zamiaru

przestawać! Z drugiej strony, cała sytuacja

ma jeden ogromny plus. Kiedy podjęliśmy

już decyzję o poszerzeniu składu, dołączył

do nas Eric. Trzy lata temu nasz Andy w

ostatniej chwili musiał odwołać swój udział

w trasie koncertowej po Hiszpanii i Portugalii,

ze względu na sytuację rodzinną, na dosłownie

jeden dzień przed wylotem. Zamiast

odwołać koncerty lub grać na jedną gitarę, po

prostu spakowaliśmy moje wiosło, i koncerty

odbyły się w miarę normalnie.

Tak sobie myślę, że musiało Wam się

naprawdę fajnie pracować nad tym albumem,

bo po pierwsze słychać w nim radość

z grania, a po drugie w ostatnim czasie

upubliczniliście sporo pobocznych ciekawostek

powstałych w tym czasie. Mam na

myśli 8-bitową wersję "The Last Axeman" i

sporo poważniejszą rzecz, czyli całą drugą

płytę z instrumentalnymi aranżacjami.

Opowiesz o pracach

zakulisowych nad

"The Cult" i pobocznych

owocach pracy?

Praca nad tą płytą

przebiegała trochę

inaczej, niż prace

przy poprzednich

płytach. Przede

wszystkim, został

trochę odświeżony

skład zespołu. Po

drugie, zrobiliśmy

płytę dokładnie

taką, jaką chcieliśmy.

Z poprzednim

alb

u m e m ,

"Tales Of Fire

And Ice", wygasł

nasz kontrakt

z AFM

Records.

Postanowiliśmy

więc nagrać nowy

album, dopiąć

wszystkie szczegóły

łącznie z

okładką, i dopiero

potem myśleć co

dalej. Tak więc

przez ten czas kiedy

pracowaliśmy nad

"The Cult", byliśmy

zespołem bez wytwórni,

totalnie

niezależnym. I

myślę, że to miało

spory wpływ

na to jak brzmi.

Zapowiedzieliśmy,

że wracamy

do korzeni

- chodziło

również o te

emocje które towarzyszyły

nam kiedy

Foto: Crystal Viper

pracowaliśmy nad pierwszym albumem,

kiedy wszystko było w jakiś sposób spontaniczne

i żywiołowe. A jeśli chodzi o poboczne

ciekawostki… Dopiero zaczynamy chwalić

się tym wszystkim co powstało przez ostatni

rok (śmiech). Tak, zrobiliśmy nowy album,

zrobiliśmy jego instrumentalną wersję, powstała

8-bitowa wersja "The Last Axeman",

ale to dopiero początek. Kreatywność i energia

nas po prostu rozsadzają, a fakt, że nie

możemy grać koncertów jeszcze bardziej nas

nakręca.

Nagraliście chyba jeden z najmocniejszych

albumów

w Waszej dyskografii.

Jakby w kontraście

do lżejszego

i melodyjniejszego

CRYSTAL VIPER 33


"Tales of Fire and Ice" jest tu sporo agresji i

praktycznie brak zwalniania tempa. Produkcja

też jest surowsza. Potrzebowaliście

czegoś cięższego czy tak po prostu wyszło?

I to i to. Nie zrozum mnie źle, uważam że

"Tales Of Fire And Ice" to dobry album i

absolutnie się go nie wstydzimy, ale faktycznie,

trochę ugięliśmy się pod sugestiami, że

może by tak zagrać trochę łagodniej i nowocześniej.

Styl Crystal Viper zawsze poruszał

się gdzieś w granicach klasycznego

heavy i power metalu, i można powiedzieć,

że "Tales Of Fire And Ice" był najbliżej tej

"melodyjnej" granicy. Poza tym wiedzieliśmy,

że to nasza ostatnia płyta dla AFM Records,

więc stwierdziliśmy, że zaryzykujemy, że zobaczymy

co się wydarzy. Co dość istotne,

większość utworów z "Tales..." powstała jako

materiał projektu Born Again (zespołu który

założyłam z członkami Stormwitch i Majesty),

czyli jakieś 10 lat temu, w okolicach

naszej płyty "Legends". Więc to absolutnie

nie są nowe utwory i próba wpisania się w

nowe trendy. Przy "The Cult" nastawienie

było zupełnie inne: robimy płytę taką jaką

chcemy nagrać, nie musimy nikogo słuchać

ani brać pod uwagę żadnych sugestii ze

strony wytwórni. Jesteśmy znowu niezależnym

zespołem heavymetalowym, i taką

płytę chcemy nagrać. Dopiero kiedy płyta

była całkowicie skończona, postanowiliśmy

rozpatrzyć oferty jakie złożyły nam wytwórnie.

Lovecraft to bardzo wdzięczny temat w

heavy metalu. Założeniem był album koncepcyjny

czy raczej luźny zbiór opowieści

wysnutych na jego literaturze, jak zrobiła to

Manilla Road na "Out Of The Abyss"?

Oryginalne opowieści Lovecrafta są w większości

dość krótkie, i publikowane w większych

zbiorach, dlatego też chcieliśmy przełożyć

klimat takiego właśnie zbioru opowiadań

na naszą nową płytę. Tak więc nie, nie

było założenia rozwlekania powiedzmy jednego

opowiadania na cały album, od początku

wiedziałam, że nasz nowy album ma

być jak książka z opowiadaniami. Jest ten

wspólny element, wspólny klimat, ale to nie

jest koncept album.

Foto: Crystal Viper

Spotkałem się gdzieś ze stwierdzeniem że

"The Cult" ma być powrotem do korzeni.

Nie mogę się w stu procentach zgodzić. Bo

o ile jest to z pewnością sięgnięcie do

głębokiej klasyki metalu, o tyle nie słyszę tu

powiewu "The Curse of Crystal Viper".

Mam wrażenie że Wasz debiut - dla mnie i

wielu fanów absolutnie kultowy - był pewną

rozbiegówką, a kolejne albumy rozwijają już

mniej surowy styl, zaprezentowany na

"Metal Nation" i "Legends".

Nie chodziło nam o to, że "The Cult" ma być

kopią pierwszego albumu, tylko o powrót do

tych samych emocji i inspiracji jakie towarzyszyły

nam przy pierwszym albumie, a

nawet przed nim. Wspomniałam już o tym,

że towarzyszyła nam ta sama spontaniczność,

czy wręcz niepewność co dalej. Ale

do tego wszystkiego doszły jeszcze te same, i

dużo wcześniejsze inspiracje. Obudziliśmy w

sobie te dzieciaki które z rumieńcami kupowały

płytę Iron Maiden z "potworem" na

okładce, które oglądały filmy z kaset VHS,

które grały w stare gry arcadowe, które czytały

tanie horrory Mastertona, czy klasyczne

komiksy pod kołdrą. Te dzieciaki cały

czas gdzieś w nas były, wiesz, nadal mamy

radochę z każdej kolejnej części Star Wars,

uwielbiamy Stranger Things i Cobra Kai,

gramy w stare gry na konsolach i czytamy

komiksy, ale nie oszukujmy się, szara rzeczywistość

mocno nas przytłoczyła. Przy "The

Cult" stwierdziliśmy: pieprzyć to, mamy

dość. Zróbmy coś fajnego. Zresztą z tego

samego powodu chcieliśmy żeby nowy album

ukazał się na kasecie magnetofonowej.

Po tych 13 latach jaki jest Twój obecny stosunek

do Waszej pierwszej płyty?

Nadal bardzo ją lubię i mam do niej spory

sentyment - w końcu to nasz pierwszy album.

Wszystko było zupełnie inne, dziwne i nieznane.

Z zespołu który nikogo nie interesuje,

czy wręcz irytuje "no bo jak to, grają klasyczny

niemodny już heavy metal?!", nagle staliśmy

się zespołem który jednak ktoś chce

wydać, i ktoś chce zaprosić na swój festiwal.

Gdybyś miała wskazać swój ulubiony

album Crystal Viper, który by to był?

Zdecydowanie "The Cult", wszystko jest

świeże, nowe, cały czas żyjemy tym co się

dzieje wokół niego. No i same utwory - nie

mogę się już doczekać, kiedy będziemy je

grać na żywo. Wiem, prawie każdy muzyk

wymieni najnowszy album jako swój ulubiony,

ale po prostu mamy do tego bardzo

emocjonalne podejście. Może za kilka lat

wybiorę inny album, dzisiaj będzie to na

pewno "The Cult".

W poprzedniej rozmowie z HMP powiedziałaś

że pomiędzy wydaniem "Queen of

the Witches" a "Tales of Fire and Ice"

wydarzyło się chyba więcej, niż w przeciągu

ostatnich 10 lat. Ciekaw jestem czy miniony

rok przebił ten okres?

Zdecydowanie. Co prawda zagraliśmy tylko

cztery koncerty - kiedy wróciliśmy w lutym

(2020) z naszej krótkiej trasy po Niemczech,

dosłownie kilka dni później rozpętało się

piekło, lockdown, zamknięte granice i to

wszystko. Zamiast siedzieć bezczynnie,

postanowiliśmy zrobić nowy album, który

powstał bardzo szybko. Z rozpędu zrobiliśmy

jeszcze kilka innych rzeczy, i nadal

dopinamy pewne szczegóły, no ale będziemy

się nimi chwalić za jakiś czas.

Chciałbym spytać o odejście Golema.

Wraz z Tobą i Andy'm tworzył on trzon

Crystal Viper od pierwszej płyty. Czy

możesz jakoś skomentować jego odejście

albo wyjawić powody? Pozostajecie w kontakcie

ze sobą?

O tym, że Golem odejdzie z Crystal Viper,

obie strony wiedziały już od dłuższego czasu,

i temat jakoś mniej lub bardziej delikatnie

pojawiał się od dość dawna. Nie było jakichś

spięć czy dramatów, czasem po prostu widać

i czuć, że coś jest nie tak jak powinno. Nie

chcę używać słowa "wypalenie", ale wydaje

mi się, że Golemowi już jakiś czas temu gra

w Crystal Viper przestała sprawiać radość.

W pewnym momencie doszło do rozmowy,

że chyba nie ma sensu dalej tego kontynuować,

i Golem poszedł swoją drogą, a my

swoją. Nagraliśmy razem siedem płyt i graliśmy

razem w piętnastu krajach, więc już zawsze

będzie częścią historii zespołu. Wiem,

że gra w zespole, który obraca się w zupełnie

innych rejonach muzycznych niż Crystal

Viper, i mam nadzieję, że sprawia mu to

radość.

Zmiana perkusisty nie wyszła Wam jednak

na złe. Cederick Forsberg jest nie mniej

utalentowany od poprzednika i sekcja rytmiczna

na "The Cult" wypada naprawdę

świetnie. Opowiedz o jego dołączeniu do

zespołu i o tym, jak układa się Wasza

współpraca.

To w sumie dość zabawna historia, bo znamy

się z Cederickiem od lat, swego czasu wystąpiłam

nawet gościnnie na albumie jego

zespołu Breitenhold. Kiedy już było wiadomo,

że Golem za moment odejdzie z Crystal

Viper, spytałam Karla z Follow The Cipher,

czy nie byłby zainteresowany dołączeniem

do nas - poznaliśmy się na europejskiej

trasie z Bloodbound, więc znaliśmy jego styl

gry, i wiedzieliśmy, że będzie do nas pasował

mentalnie. Jakoś w tym czasie urodziło mu

34

CRYSTAL VIPER


się dziecko i nie mógł do nas dołączyć, ale

spytał czemu nie pogadamy z jego kolegą,

Cederickiem, tym bardziej, że się znamy.

Przez te wszystkie lata nie wiedzieliśmy, że

Ced gra na perkusji! Gdybyśmy wiedzieli,

grałby pewnie w Crystal Viper dużo wcześniej.

Dosłownie 15 minut po rozmowie z

Karlem rozmawialiśmy przez telefon z

Cedem, i bookowaliśmy mu bilet na samolot.

Przyleciał, przegrał z nami materiał, i

zaraz potem pojechał z nami w trasę. Współpraca

z nim układa się doskonale, Ced jest

świetnym perkusistą i gitarzystą, i przede

wszystkim pisze świetne numery. Poza tym,

po drodze okazało się, że jest także realizatorem

dźwięku. Zrobił z Bartem (naszym

producentem) w ubiegłym roku dwa albumy

innych zespołów, i od słowa do słowa, w

końcu miksował i nasz nowy album, "The

Cult".

Co z przedsięwzięciem "Rock Out Sessions"?

Jak wspominasz sesje, które już się

odbyły?

Cały pomysł z #RockOutSessions jest tak

naprawdę wynikiem pandemii. Zadzwonił do

mnie Rafał Kossakowski, właściciel Kosa

Buena Studio - wiedział, że musieliśmy odwołać

z Crystal Viper wszystkie koncerty,

więc zaproponował, żebyśmy może zagrali u

niego w studio, i że zrobimy z tego materiał

video. W obecnej sytuacji nie do zrobienia:

muzycy Crystal Viper mieszkają w trzech

różnych krajach, i nie dość, że prawie nie ma

lotów, to jeszcze istnieje spore ryzyko, że po

przekroczeniu granicy będzie trzeba siedzieć

na kwarantannie… Zresztą z tego samego

powodu nie mamy póki co normalnego

teledysku do nowej płyty, ani nowych zdjęć.

Nie mogliśmy skorzystać z tej oferty, ale

stwierdziłam, że możemy tą ofertę przerzucić

Foto: Crystal Viper

na inne zespoły, które

przecież są w takiej

samej sytuacji jak my.

To dość ciekawe doświadczenie,

bo na

chwilę zapominam, że

sama jestem muzykiem

- stoję z drugiej

strony obiektywu i potem

montuję materiał

video.

Jesteś zadowolona z

efektów? Pomysł i

realizacja były godne

podziwu, jednak rozgłosu

troszkę zabrakło

- mimo całkiem

ciepłego przyjęcia ze

strony fanów. Czy

mieliście jakieś większe

oczekiwania?

Nie mieliśmy jako

takich oczekiwań, to

było dość spontaniczne

i szczere działanie

w myśl zasady

"zróbmy coś fajnego,

pomóżmy innym zespołom".

Czasy są jakie

są, ale siedzenie i

narzekanie nic nie

zmieni. Poza tym, cały

temat jest rozciągnięty

w czasie, wydanie tego

materiału jako sesji Foto: Crystal Viper

video to jedno, ale zespoły

od razu dostały od nas wszelkie prawa

do materiału, wszystkie mastery i tak dalej.

Mogą z nimi zrobić co chcą, np. wydać jako

mini album, lub jako bonusy do kolejnej

płyty. Wiem, że zespół

Shadow Warrior udostępnił

materiał audio na swoim

bandcampie, a Horrorscope

poprosili nas o "wycięcie" jednego

utworu z sesji, i

funkcjonuje on teraz jako

osobny teledysk do ich nowej

płyty. Poza tym, pomysłu

gratulowało nam sporo osób

z branży, no i bardzo pozytywnie

zaskoczył nas patronat

Stowarzyszenia ZAIKS.

To bardzo pomaga, wiesz, że

to co robisz ma sens.

Planujecie kolejne odcinki?

Zdradzisz kogo macie w

planach?

Tak, planujemy kolejne odcinki.

Po tym kiedy nagraliśmy

Shadow Warrior, Horrorscope

i Chainsaw, udało

nam się póki co zrealizować

jeszcze jeden odcinek z kolejnym

zespołem, obecnie

montujemy ten materiał. Nie

było łatwo, bo kolejne coraz

to nowsze i dziwniejsze obostrzenia

związane z pandemią

mocno komplikują nam

logistykę, ale daliśmy póki co

radę, nie łamiąc przy tym

prawa (śmiech). Myślę, że

sporo osób będzie bardzo pozytywnie zaskoczonych

jeśli chodzi o czwartą odsłonę

#RockOutSessions.

A jak wygląda sytuacja w obozie Moon

Chamber? Czy projekt zakładał w ogóle

koncertowanie i szerszą działalność czy ma

pozostać w charakterze "side projectu"?

Obawiam się, że Moon Chamber na zawsze

pozostanie jednorazowym projektem. Bardzo

miło wspominam nagranie "Lore Of The

Land", i wiem, że płyta cieszyła się dość sporą

popularnością, ale Rob praktycznie wykluczył

możliwość koncertowania. A biorąc

pod uwagę, że to on napisał cały ten materiał,

koncerty bez niego nie mają większego

sensu. Na ten moment cała moja uwaga skupia

się na Crystal Viper, i... no właśnie, już

za moment ogłosimy kilka fajnych rzeczy.

Ostatnie słowa do czytelników HMP?

Bardzo dziękuję za wsparcie, mam nadzieję,

że płyta "The Cult" sprawi Wam chociaż

odrobinę tej radości, którą nam sprawiło nagranie

jej!

Piotr Jakóbczyk

CRYSTAL VIPER 35


z byłych członków Axe Crazy się przyjaźnimy

i utrzymujemy kontakt, więc chyba aż

tak źle z nami nie jest (śmiech).

...Koncerty to podstawa...

Rok 2020 dla Axe Crazy miał być czasem promocji albumu "Hexbreaker".

Pandemia zdecydowanie popsuła te plany. Niemniej lędzińscy

muzycy nie przespali tego roku. Z dodatkowymi nagraniami Classic Metal

Records ponownie wydała ich wszystkie albumy, natomiast Metal Warrior

Records na wielokolorowych plackach wypuściła "Hexbreaker". Także

się działo. Poza tym kapela ma gotowy materiał na następną płytę, trzeba

ją jedynie dopieścić i nagrać. Jednak Axe Crazy nie zamierza czynić

pochopnych ruchów, czeka aż rynek wróci do pewnej normalności, bo jak

sami podkreślają koncerty to podstawa...

HMP: Istniejecie od 2010 roku, i jak wieść

gminna niesie na początku nie umieliście w

ogóle grać. Jednak coś mi się nie zgadza, bo

ponoć Axe Crazy to Wasz drugi zespół,

więc zakładając go musieliście mieć opanowaną

grę na instrumentach. Co to za kapela,

w której stawialiście swoje pierwsze

kroki?

Adik: Cześć!Tak, oczywiście chodzi o naszą

pierwszą kapelę Beast, którą założyliśmy

około roku 2002 i wtedy faktycznie dopiero,

(śmiech). Były to utwory raczej prymitywne

z racji tego, że ograniczały nas nasze umiejętności

ale z drugiej strony można by powiedzieć,

że graliśmy dosyć progresywny heavy,

z tym, że nie do końca świadomie (śmiech).

Od początku jesteście razem, na co niewątpliwie

ma wpływ Wasza braterska

więź. Niestety w zespole pozostałe stanowiska

dotykają rotacje. Czy to znak czasów,

gdzie granie w kapeli to drogie hobby i

W roku powstania nagraliście swoje demo.

Na początku Waszej popularności nie

chcieliście o nim mówić, wręcz wstydziliście

sie go. A tu bach! Na niedawnej reedycji

"Angry Machiners" odnajdziemy trzy

nagrania z tego demo. No to teraz wyjawcie

wszystkie sekrety o tym demo...

Adik: Co tu dużo mówić, wszystko słychać

(śmiech). Była to nasza pierwsza sesja nagraniowa,

która nie wyszła najlepiej, więc postanowiliśmy

nie wychodzić z tym do ludzi ale

potraktować to jako lekcję aby następnym

razem wszystko było jak trzeba. Teraz, gdy

mamy już kilka wydawnictw na koncie

stwierdziliśmy, że można te utwory dodać

jako bonusy - ciekawostki, tym bardziej, że

śpiewa tam nasz pierwszy wokalista Jacek i

są to jedyne nagrania, jakie z nim zarejestrowaliśmy

w profesjonalnym studiu.

Wychowaliście się w domu gdzie słuchało

się tradycyjny heavy metal, więc wybór, co

grać w kapeli był niejako naturalny. Jakie

płyty najbardziej wpłynęły na Wasze gusta

oraz na styl heavy metalu, który gracie w

Axe Crazy?

Adik: Tak, to rodzice poniekąd nakierowali

nas na rockowa muzykę, zwłaszcza tata, który

słuchał min. AC/DC, Kiss, Scorpions,

Slade, UFO czy TSA i opowiedział nam o

innych kapelach, których kasety i płyty kupowaliśmy

już później sami. Był to oczywiście

efekt śnieżnej kuli, która nadal zwiększa

swoją objętość. Jeśli chodzi o nasze gusta i

styl gry Axe Crazy to wydaje mi się, że musielibyśmy

wymienić naprawdę wiele albumów

i nie wiem czy taka długa lista ma tu i

teraz sens. Wiadomo - 80's heavy metal.

co uczyliśmy się grać na instrumentach, ale

chęć grania i tworzenia była tak duża, że mimo

marnych umiejętności graliśmy koncerty.

Robson: Patrząc na to z perspektywy czasu

nie był to dobry pomysł (śmiech) ale wtedy

wydawało nam się, że wszystko jest git.

Nie szła Wam gra na instrumentach, a jak

było z komponowaniem? Pamiętacie swoje

pierwsze kompozycje?

Adik: Oczywiście, że pamiętamy, z komponowaniem

było tak samo jak z graniem

36 AXE CRAZY

Foto: Axe Crazy

na dłuższą metę nie wszystkich na nie stać,

czy po prostu jesteście skurczybykami i nie

da się z Wami wytrzymać?

Robson: Pewnie i jedno i drugie (śmiech). A

tak na poważnie to proza życia doprowadziła

do pewnych zmian na przestrzeni lat. Czasami

ciężko połączyć obowiązki rodzinne,

prace i granie w zespole, tym bardziej jeżeli

nie ma z tego kasy.

Adik: Wiesz, wszystko jest fajne i proste gdy

jesteś sam, z chwilą gdy pojawia się rodzina

to kapela schodzi na dalszy plan. Z każdym

Wiele mówi się o Waszej fascynacji Stormwitch

ale zdecydowanie mniej o Waszym

uwielbieniu dla Kiss i muzyków związanych

z tym zespołem. Opowiedzcie o swojej

"kissmanii"...

Robson: No więc tak, jeżeli chodzi o mnie to

Kiss był jednym z kilku pierwszych zespołów

jakie poznałem i jest moim numerem jeden

od jakichś 20 lat, więc tak już pewnie

pozostanie. Spełnieniem marzeń byłoby wystąpić

jako support przed nimi w Łodzi lub

mieć jako gościa na płycie któregoś z muzyków

tej kapeli, ale obie te rzeczy są chyba

niestety nierealne.

O współpracy z Stefanem Kauffmanem, gitarzystą

Stormwitch, już wszyscy wiedzą.

Czy ta kooperacja ma jakąś kontynuację,

zostaliście przyjaciółmi czy też po nagraniu

gitar przez Stefana wymieniliście się tylko

kurtuazją i kontakt się urwał...

Robson: Kontakt się oczywiście nie urwał i

zostaliśmy przyjaciółmi, Stefan to bardzo

miły gość i mamy nadzieję, że jak już wszystko

wróci do normy to uda się nam kiedyś

wspólnie coś zagrać na jakimś koncercie.

Czy przy okazji nagrywania następnych albumów

będziecie zapraszać kolejnych ciekawych

gości? Można w ten sposób

wprowadzicie swoją "świecką tradycję"

zapraszania do nagrań znanych i utalen-


towanych muzyków...

Adik: Mamy taki plan żeby na kolejnej

płycie też pojawił się jakiś gość specjalny, są

już nawet jakieś wstępne pomysły, gdyby się

udało to byłoby wspaniale.

Do udanego posunięcia można zaliczyć

wystawienie "Hexbreaker" na kanale

NWOTHM Full Albums. Wydaje się, że

teraz większość kapel próbuje tak robić,

starając się w ten sposób podsycić zainteresowanie

kapelą i w następstwie wypuścić

samemu album albo zainteresować swoja

muzyka jakąś wytwórnie...

Adik: Czy nam się to podoba czy nie mamy

takie czasy, że internet rządzi światem i pozostaje

się tylko z tym pogodzić. Kanał

NWOTHM Full Albums naszego przyjaciela

Andersona Tiago robi niesamowitą

robotę! I faktycznie wrzucenie tam albumu w

pierwszej kolejności wydaje się być najlepszą

rzeczą, jaką kapela może zrobić na start z

nowym materiałem.

Z płyty na płytę jesteście coraz lepsi. Z

czego to wynika? Bardziej to kwestia podwyższania

indywidualnych umiejętności

czy lepszego zgrania całej formacji? Chyba

ważne jest też, że ciągle nagrywacie w tym

samym miejscu i z tymi samymi ludźmi.

Chyba jednak nie lubicie zbytnio niepotrzebnych

zmian?

Robson: Dzięki za miłe słowa! Pewnie jest to

wynikiem tego, że z płyty na płytę zwiększa

się nasz bagaż doświadczeń ale także i umiejętności

jak już wspomniałeś, nadal przecież

ćwiczymy, uczymy się nowych rzeczy itd.

Adik: Jak słusznie zauważyłeś wszystkie

nasze dotychczasowe albumy nagrywaliśmy

w częstochowskim MP Studio u Mariusza

Piętki, z którym zdążyliśmy się już dobrze

poznać i fajnie nam się razem współpracuje.

Foto: Axe Crazy

Foto: Axe Crazy

Mimo szumu wokół Axe Crazy oraz coraz

lepszych albumów nie macie stałego wsparcia

w postaci wytworni płytowej. Lepiej w

dzisiejszych czasach być samotnym strzelcem?

Adik: Z tymi wytwórniami to jest tak, że pod

dużą ciężko się dostać, a te mniejsze to wiadomo,

że nie zagwarantują większego i w

miarę stałego wsparcia. Samotni strzelcy mają

czysty zysk ze sprzedaży, a w razie czego

pretensje mają też sami do siebie (śmiech).

Bardzo ważnym elementem promocji kapeli

są koncerty. Jest to chyba temat jeszcze

trudniejszy niż wydawanie płyt?

Adik: Tak, koncerty są bardzo ważnym elementem

promocji, bez nich jest po prostu

lipa, jak wszyscy zdążyliśmy zauważyć w

ostatnim czasie. Ale tak jak mówisz jest to

ciężki temat. Koncerty klubowe mają małą

frekwencję, chyba, że gra się jako support

jakiejś dobrze znanej kapeli, a na fajny festiwal

za granicą trudno się wkręcić. Mamy jednak

nadzieję, że z czasem będzie coraz lepiej,

może po tej całej aferze z wirusem ludzie zaczną

bardziej doceniać prawdziwe koncerty...

Przez te wszystkie lata udało się Wam

zagrać kilka takich fajnych koncertów.

Chociażby w 2017 roku w Stodole z Manilla

Road. Wtedy wydawało się, że Manilla

zacznie odwiedzać Polskę regularnie...

Robson: Tak, to był super koncert mimo

problemów technicznych podczas naszego

występu wspominamy ten wieczór rewelacyjnie.

Możliwość poznania osobiście Marka

Sheltona i reszty Manilla Road było nie lada

zaszczytem! Później spotkaliśmy się ponownie

w Gliwicach i to był niestety ostatni

raz...

W 2018 roku zagraliście na niemieckim festiwalu

Trveheim. Jak oceniacie tę imprezę?

Zagrać na jednej scenie z Satan, Q5 czy

Witchfynde to też nie lada zaszczyt!

Robson: Te zagraniczne festiwale są po prostu

wspaniałe! A Trveheim jest jednym z najlepszych,

choć stosunkowo młodym festiwalem.

Trzeba przyznać, że Lennart Hammer

i ekipa odwalają kawał dobrej roboty.

Adik: Tak, dzielenie sceny z takimi legendami

to ogromny zaszczyt, to jak spełnienie

marzeń gdy np. na zapleczu Brian Ross częstuje

cię Jagermeisterem, a później pijesz sobie

piwko z kolesiami z Mindless Sinner, Q5,

Witchfynde czy Praying Mantis - w życiu

byśmy nie pomyśleli! Przecież to są Ci

wszyscy kolesie z tych kultowych płyt, w

które od lat się zasłuchiwaliśmy, a ich

plakaty do dzisiaj wiszą na naszych ścianach

(śmiech).

W listopadzie 2019 roku zagraliście u boku

legendy NWOBHM - Praying Mantis.

Krakowski " Zaścianek" zapełnił się niemal

w stu procentach. Jak wspominacie tamten

koncert?

Adik: Oczywiście wspominamy ten wieczór

wspaniale, była super atmosfera i publika

dopisała. To było nasze drugie spotkanie z

Praying Mantis - bardzo sympatyczni goście.

Poza tym graliśmy jako support razem z

naszymi przyjaciółmi z Roadhog, a z nimi

zawsze jest dobra zabawa!

Które zespoły z jakimi graliście wspólne

koncerty utkwiły w Waszej pamięci najbardziej?

Robson: Myślę, że na pewno Manilla Road

pozostanie w naszej pamięci na zawsze, ale

poza tym na pewno wspomniane już inne

legendy jak Satan, Q5, Witchfynde, Mindless

Sinner, Praying Mantis, Tysondog czy

Jag Panzer.

Adik: Ponadto zespoły z naszego pokolenia

jak Skull Fist, Evil Invaders, Skullwinx,

Striker i oczywiście zaprzyjaźnione kapele z

naszego podwórka czyli Roadhog, Crystal

Viper, Event Urizen, Aquilla, Shadow

Warrior, Divine Weep czy Headbanger.

AXE CRAZY 37


Pandemia uziemiła wszystkie zespoły.

Jakie nowe formy promocji muzyki i zespołów

pojawiły się przez ten czas, zauważyliście

coś szczególnego co zwróciło Waszą

uwagę?

Robson: Całą promocję przejął internet i

koncerty online, ale bądźmy szczerzy, to nie

jest nawet namiastka prawdziwego koncertu

i mamy nadzieję, że jak najszybciej ten chory

czas się skończy i powrócą prawdziwe koncerty

z publicznością.

Niedawno wytwórnia Classic Metal wydała

reedycje wszystkich waszych płyt. W

zasadzie jest to powód naszej rozmowy. Jak

doszło do współpracy z tą wytwórnią?

Robson: Jakiś czas temu pisałem do kilku

wytwórni czy byłyby zainteresowane wydaniem

"Hexbreakera" na winylu i tak doszło

do podpisania kontraktu z Metal Warrior

Records. Przy okazji odezwała się też wytwórnia

Classic Metal Records i okazało

się, że już od jakiegoś czasu chcieli nam

zaoferować wznowienia na CD naszych

wszystkich albumów, więc podpisaliśmy kontrakt

także z nimi.

Płyty są fajnie wydane. Każda z nich ma

bonusy. "Angry Machines" wspomniane

nagrania z demo (2010) oraz kawałki z koncertu

Heavy Metal Night (2015). "Hexbreaker"

ma teledyski do "Heavy Metal

Power Force" i "Ritual Of Steel/Fuel For

Life". Natomiast "Ride On The Night" ma

"babola"... Na okładce widnieje, że będziemy

się cieszyć z video z kawałkami nagranymi

na koncertach, festiwalu Trvenheim

i Muzyczna Meta, a za to mamy te

nagrania w wersji audio oraz teledysk do

"Halloween". Kto nie dopilnował?

Adik: No tak, jest błąd w wydaniu "Ride...",

niestety w tym przypadku nie wysłano nam

grafik do zatwierdzenia przed wydaniem płyt

i wyszło jak wyszło (śmiech). Ale ogólnie jesteśmy

bardzo zadowoleni z tych wydań.

Foto: Axe Crazy

Na wspomnianych płytach jest wiele

bonusów ale nie znalazłem na nich utworu

"Wheeled Warriors", przeróbkę głównego

tematu z kreskówki "Jayce And The Wheeled

Warriors", który nagraliście przy okazji

bodajże "Ride On The Night". Jest szansa,

ze kiedyś ten utwór wydacie oficjalnie?

Adik: Początkowo ten kawałek miał pojawić

się jako bonus na brazylijskim wznowieniu

"Ride..." ale ostatecznie do tego nie doszło,

bo wytwórnia obawiała się o prawa autorskie

i "Wheeled Warriors" pozostaje nadal naszym

nigdzie nie wydanym utworem. Sami

do końca nie wiemy jak to wygląda od strony

prawnej gdy chce się zamieścić cover na swojej

płycie, ale skoro cała masa zespołów mniej

lub bardziej znanych umieszcza covery na

swoich płytach, to chyba nie jest to taka

strasznie trudna sprawa.

Robson: Może sami coś w przyszłości wymyślimy,

np. jakąś składankę z okazji 10-lecia

kapeli i w końcu "Wheeled Warriors"

ukaże się na płycie (śmiech).

Macie jeszcze takie nagrania, które z jakichś

powodów nie ujrzały oficjalnie światła

dziennego?

Adik: Niestety nie mamy już niczego takiego,

jedynie jakieś nagrania live z koncertów,

ale ich jakość jest niestety słaba ponieważ nie

były zarejestrowane profesjonalnie.

Może te reedycje z Classic Metal wywołały

u was refleksje dotyczące Waszej

działalności. Który moment w karierze Axe

Crazy uważacie za najtrudniejszy?

Robson: Kilka takich momentów było.

Najtrudniejsze są oczywiście te dotyczące rotacji

w składzie i szukania nowych muzyków,

bo zawsze to duża zmiana w zespole. Najtrudniejszy

moment to chyba ostatnia zmiana

składu, czyli odejście Andrzeja i Michała.

Nie dość, że wspólnie graliśmy kilka lat, a

z Andrzejem od początku istnienia Axe Crazy,

a nawet wcześniej, to na dodatek znalezienie

wokalisty i perkusisty należą do najtrudniejszych.

Tylko gitarzystów jest pełno, z

resztą nie ma już tak łatwo (śmiech). Na

szczęście się udało!

Ostatnio wydaliście też "Hexbreaker" na

winylu dzięki wytwórni Metal Warrior. O

czym już wspomnieliście. Co ciekawe płyty,

które mieliście na Polskę szybko się rozeszły.

Czyżby zainteresowanie winylami

w Polsce znacznie wzrosło?

Adik: Tak, winyle rozeszły się praktycznie

od strzału, co nas bardzo cieszy i wydaje nam

się, że w ostatnich latach zainteresowanie

nimi na pewno wzrosło, ale winyl nigdy nie

będzie tak uniwersalny jak płyta CD, którą

odtworzyć można praktycznie wszędzie. Do

słuchania winyli trzeba już mieć odpowiedni

sprzęt, no i można słuchać tylko w domu,

więc podstawowym nośnikiem pozostanie

raczej CD.

Ogólnie bardzo dbacie o aby każdy wasz

album wyszedł na winylu. To jest tzw.

Wasze "oczko w głowie"?

Robson: Zgadza się, sami kolekcjonujemy

także winyle i jest to takie nasze zboczenie

żeby mieć też nasze płyty w tym formacie.

Na szczęście jakoś się to udaje ogarnąć

(śmiech). Co tu dużo mówić, winyl to winyl

i te wszystkie genialne okładki metalowych

klasyków prezentują się dużo lepiej w wielkim

formacie, a samo słuchanie winyla to też

inna bajka niż CD.

Cała afera z pandemią ma pewną zaletę.

Muzycy sie nudzą i piszą nowy materiał.

Na ile płyt już macie muzyki i kiedy Wasza

nowa płyta?

Adik: Tak, to niestety prawda. Mamy gotowy

materiał no nową płytę i ogrywamy go

obecnie na próbach. Co do nagrywania to

sami nie wiemy, może pod koniec roku lub

na początku kolejnego. Wydaje nam się, że

mija się z celem wydanie kolejnej płyty bez

możliwości promowania jej na koncertach.

Robson: Po wydaniu "Hexbreaker" zagraliśmy

może ze trzy koncerty i tyle, płyta się

ukazała i praktycznie przepadła. Brak koncertów,

to brak promocji i mniejsza sprzedaż

płyty. Wiadomo, że jest jakaś tam promocja

w internecie, ale to nie to samo, koncerty to

podstawa. Tak to niestety obecnie wygląda,

więc nie spieszymy się póki co z wydaniem

kolejnej.

Michał Mazur, Łukasz Sobala

38

AXE CRAZY


Chcemy tez dać coś fanom, od których czujemy cały czas wsparcie

Pierwotnie pytania miały dotyczyć głównie reedycji albumu "Invictus".

Jednak dość niedawno padła informacja z obozu niemieckiej grupy, że na 2021

rok przewidują premierę nowego krążka. Szybko musiałem zmienić treść pytań,

ale myślę, że mimo presji czasu, wywiad wypadł nieźle. Funkcję rzecznika wziął

na siebie szef Freddy i cierpliwie omówił najważniejsze kwestie ostatnich miesięcy.

Jego grupa ma w Polsce swoich fanów i pewnie znajdą oni tutaj wiele interesujących

odpowiedzi. Możliwe też, że zyska nowych, bowiem mimo upływu lat i

dość przykrych przeżyć lidera Necronomicon nadal potrafi pokazać pazury.

HMP: Witam serdecznie z ramienia Heavy

Metal Pages! Miło, że zechciałeś odpowiedzieć

na parę pytań, które przygotowałem

dla Necronomicon. Na początku chciałbym

zapytać, jak się czujesz w obecnej sytuacji

na świecie?

Volker "Freddy" Fredrich: Cześć! Chciałbym

najpierw podziękować za zainteresowanie

nowym albumem. Natomiast odpowiadając

na twoje pytanie… To był najgorszy rok

w moim życiu. W przeciągu dwóch dni moi

rodzice zmarli na Covid. Ja też się tym zaraziłem.

To paraliżuje cię na jakiś czas, poza

tym martwiłem się o nowy album. Na całe

szczęście nagraliśmy perkusję w grudniu

2019r. i po przetrawieniu tego co się stało i

przejściu szoku, który prawdopodobnie w

pełni nigdy nie odejdzie, w sierpniu mogliśmy

kontynuować nasze prace. Chcieliśmy

mieć ten album gotowy na kwiecień 2020r.,

jeszcze przed rozpoczęciem trasy po Europie.

Ale pandemia dotknęła nas tak samo, jak

innych. Chyba nie mieliśmy czegoś takiego

od czasów grypy hiszpanki. Przemysł muzyczny

i rozrywkowy kompletnie nie działa.

Walczymy o przetrwanie. Jest naprawdę ciężko.

Chciałbym jeszcze raz wydać "Screams". Jak

powszechnie wiadomo, wytwórnia wtedy nas

oszukała. Właściciel nagle zniknął za granicą

z całą kasą za pierwszą kwartę sprzedaży, a

my nie dostaliśmy nic. Nigdy więcej już o

nim nie usłyszałem. Album stał się pewnym

obiektem kultu, zwłaszcza w USA i często

jestem o niego pytany.

Słuchałem niedawno debiutu Necronomicon

a parę dni temu brałem na warsztat do

recenzji właśnie "Invictus". Muszę przyznać,

że przez tyle lat styl grupy nie zmienił

się znacząco. Czy masz jakiś specjalny

klucz, kod do długowieczności (śmiech)?

Pomimo, że to jest najprawdopodobniej mój

najlepszy album, z perspektywy pisania

utworów, chociaż zdaję sobie sprawę, że

każdy tak mówi kiedy wydaje płytę, to jego

sygnatura jest nie do pomylenia. I chciałbym,

żeby tak zostało. Mam nadzieję, że kiedyś

osiągnę pewien pułap w muzyce i w jej pisaniu,

w którym razem z fanami będzie sprawiał

nam czystą przyjemność. Dlatego powinno

się tworzyć muzykę z pasją i zaangażowaniem

i oczywiście z pewnym przekonaniem,

by nie wyjść na aroganta. Przemysł

muzyczny już sam w sobie jest brutalny i

bezlitosny. Więc jeszcze przyjemniej jest,

gdy ludziom się to podoba, to również honorowane.

Zawsze musieliśmy trochę walczyć

z "prorokami we własnym kraju". Nadal uważamy

się za niemiecki zespół thrashmetalowy,

choć z międzynarodowym składem. I

tak, w innych miejscach postrzegają nas

inaczej niż w naszym kraju. Dlaczego tak się

dzieje, po 35 latach wciąż pozostaje dla mnie

małą tajemnicą. Ale pogodziłem się z tym i

mogę z tym całkiem dobrze żyć. Zresztą

mam trochę nadziei dla młodzieży i pokolenia,

które właśnie teraz odkrywa dla siebie

metal.

Nie ma koncertów, kontaktu z fanami, więc

jest też trochę czasu na przeszukiwanie zespołowego

archiwum. Od kogo wyszedł pomysł

na wydanie reedycji "Invictus"?

Na ten pomysł wpadł Anatolij z Metal

Scrap Records i Total Metal Booking. Zapytał

mnie, czy mógłby wydać ten album

jeszcze raz. Byłem podekscytowany i to zrobiliśmy.

Zresztą, to jest jeden z najlepszych

albumów jakie kiedykolwiek napisałem. Kocham

"Invictus"!

Jeśli chodzi o wersję CD ukazała się ona ze

zmienioną okładką. Muszę przyznać, że od

razu zwracam uwagę na takie kwestie. Czy

był jakiś poważny kłopot w związku z czym

pierwotny projekt nie mógł ozdobić reedycji

"Invictus"?

W tamtym czasie mieliśmy kontrakt z Massacre

Records i mieli prawa do obwoluty.

Musieliśmy więc zaprojektować nową. W

tym samym czasie otworzyliśmy stronę internetową

i wtedy wpadliśmy na pomysł, żeby

użyć startową grafikę jako okładkę do "Invictus".

Muszę przyznać, że lubię ją bardziej

niż tą oryginalną…

Czy w perspektywie czasu można mieć

nadzieję na wznowienia dalszego katalogu

zespołu? Są już jakieś wstępne pomysły,

które tytuły mogłyby zostać temu poddane?

Foto: Necronomicon

Niedługo, bo w marcu 2021r., ma ukazać się

Wasz najnowszy album. Czyżby tytuł

"Final Chapter" miałby zwiastować, że

będzie on ostatnim w karierze Necronomicon

(śmiech)?

Szczerze mówiąc, w zeszłym roku myślałem

o rzuceniu tego wszystkiego. Jeszcze jedna

płyta i koniec… Po prostu nie mogłem już

dłużej się motywować. Zobaczymy, co przyniesie

nowy album. Mam nadzieję na bardzo

mocne poparcie wytwórni. Odwołana europejska

trasa zostanie nadrobiona, gdy tylko

sytuacja się poprawi, a wtedy się okaże. I tak

nie będę mógł całkowicie przestać, traktuję

się dość poważnie jako muzyk i za bardzo kocham

ten rodzaj muzyki. Niepewne, co przyniesie

nam 2021 rok. Dlatego nasze teksty

na nowym albumie są mroczniejsze niż zwykle.

Ponieważ często używam metafor w tekstach

i tym razem temat "śmierci" jest bardzo

mocno uwypuklony. To z pewnością także

pewna analiza wydarzeń ubiegłego roku.

Jestem po wstępnych odsłuchach materiału.

Dziękuję za udostępnienie! Muszę powiedzieć,

że brzmi on bardzo dobrze. Necronomicon

trzyma na nim swój styl, ale też słychać,

że numery dostały trochę przestrzeni.

Rzekłbym, że to godna reprezentacja niemieckiego

thrash metalu! Ciężko było napisać

nowe numery, żeby nie wpaść w

pułapkę stagnacji i ram gatunku?

Pisanie utworów w stu procentach zależy ode

mnie. Tworzę ramy dla poszczególnych kompozycji,

że tak powiem i każda ma wystarczająco

dużo swobody i przestrzeni w ramach

jej konstrukcji, więc pomysły w niej zawarte

mogą płynąć wraz z grą instrumentów. Tym

razem bardzo dobrze się stało, a dzięki dwóm

NECRONOMICON

39


gościom, dodatkowo brzmimy bardziej "międzynarodowo",

a także mocniej. Jestem z tego

dumny.

Zdradź albo popraw, czy dobrze rozumuję,

ale materiał opiera się na walce z siłami

nieczystymi? Ten "Final Chapter" czyli

ostatni rozdział, to ma być ostatnie rozprawienie

się z samym rogatym?

Jak wspomniałem wcześniej, lubię używać

metafor. Ten album to coś w rodzaju ponownej

oceny tego, co w zeszłym roku przydarzyło

mi się i co wydarzyło się na całym

świecie. Oczywiście jest też przetwarzany

temat "korony" lub przywódców takich jak

Putin, Trump i innych przestępców, którzy

bezlitośnie wykorzystują swoją władzę, a ludność

pozostawia w chaosie. Zasadniczo piszę

"dziecięce horrory" dla dorosłych i pakuję

je w historie.

To dobry moment, żeby zapytać, jak powstają

kompozycje Necronomicon. Jeśli to

nie tajemnica, może pokrótce powiesz w jaki

sposób wygląda praca nad czymś nowym?

Moje pomysły czerpię z filmów, z muzyki filmowej

albo z hitów lub seriali. Często wystarczy

mała melodia, a pomysł jest już w

mojej głowie. Na przykład kawałek "Selling

Foto: Necronomicon

Nightmares" pochodzi z serii "The Strain".

Byłem całkowicie oczarowany muzyką filmową,

więc absolutnie chciałem zrobić z niej

utwór. Czasami inspirują także kompozytorzy

z dziedziny muzyki klasycznej. Na przykład

Ludovico Einaudi jest jednym z takich

kompozytorów, który absolutnie mnie fascynuje.

Dlatego chcę uniknąć ciągłego porównywania

do innych zespołów i w ten sposób

brzmieć wyjątkowo. A przynajmniej tego

próbowałem (śmiech).

Właśnie też chciałbym zapytać czy czasem

spoglądasz wstecz z chęcią wykorzystania

jakichś patentów, może niewydanych pomysłów?

Pierwszy zespół, który założyłem, nazywał

się Total Rejection. To był zespół punkowy.

Zrobiliśmy wtedy taśmę demo, a następnie

wysłaliśmy ją do różnych komercyjnych wytwórni

punkowych. Co ciekawe, prawie

wszyscy odpowiedzieli nam, że muzyka jest

zbyt heavymetalowa i że powinniśmy poszukać

metalowej wytwórni. Jedna firma zaproponowała

nam zawarcie umowy, ale pod

warunkiem ponownego aranżowania kawałków

na bardziej punkowe, ale nie chciałem

tego... Nadal zastanawiam się, co by się z

nami stało, gdybyśmy wtedy zaakceptowali

tę propozycję.

Rozumiem, że każdy album jest na swój

sposób szczególny. Natomiast jeśli miałbyś

krótko określić, co wpływa na wyjątkowość

"Final Chapter"…?

Muzyczny talent Rika i Glena. Dzięki tym

dwóm facetom brzmimy "bardziej międzynarodowo",

a także mocniej. Rik ma bardzo

specyficzne brzmienie perkusji, a my nigdy

nie mieliśmy tego w Necronomicon. Glen

również się do tego przyczynił, swoim nieco

"zasmarkanym" sposobem gry solówek. Dodatkowo,

Achim Köhler, który po raz kolejny

wykonał miks i mastering, z powodu pandemi

miał sporo czasu na produkcję i to słychać.

Brzmienie jest potężne!

Skoro wirus pokrzyżował szyki większości

populacji na planecie i zmusił nas do siedzenia

w domu, to chciałem zapytać w jaki

sposób radzilłeś sobie, czy też radzisz z tą

nową dla nas wszystkich sytuacją?

Na początku wspomniałem, że to najstraszniejszy

rok, jaki kiedykolwiek przeżyłem.

Ale jakoś to musi iść dalej. Na szczęście miałem

duże wsparcie i mogłem znów w pełni

skupić się na muzyce i dokończyć album. To

było jak terapia i bardzo mi pomogło.

Może też więcej wolnego czasu będzie

sprzyjać, o czym mówiłem wcześniej, przygotowaniom

kolejnych reedycji. A jeśli

jeszcze pojawia się ten temat - byłbyś

skłonny nagrać płytę na nowo, kompletnie

na nowo, z zarejestrowanymi najważniejszymi

utworami dla Necronomicon?

Tak, Marco i ja rozmawialiśmy o tym pomyśle

kilka razy. Zawsze chciałem nagrać ponownie

pierwsze trzy albumy, ale nie w studiu,

a raczej w trakcie jam session lub w

starej stodole, a może garażu, żeby produkcja

była trochę bardziej punkowa i brudna.

Swoją drogą, chciałbym też rozpocząć projekt

punkowy. Z odpowiednimi muzykami

byłoby to pragnieniem od serca, a także sprawiłoby

mi wiele radości.

Kiedy już, miejmy nadzieję skończy się wirus

i wrócimy do normalności, albo przynajmniej

na tyle, żeby móc znów cieszyć się

muzyką na żywo, macie jakieś plany związane

z koncertami w miejscach, do których

jeszcze w karierze nie dotarliście?

W zeszłym roku nasza europejska trasa

została odwołana na trzy dni przed rozpoczęciem…

ale wszyscy promotorzy zapewnili

nasz management, że koncerty i trasa odbędą

się tak szybko, jak to będzie możliwe. Wielu

z nich nadal chce dołączyć do nadchodzącej

europejskiej trasy. Teraz z niecierpliwością

czekamy na szczepionkę i liczymy, że nastąpi

to szybko. Chcę znowu koncertować w Ameryce

Południowej. Argentyna, Brazylia i

Chile są w planach i jeśli wszystko pójdzie

dobrze, moglibyśmy również pojechać do Japonii

by promować tam nowy album.

40

Foto: Necronomicon

NECRONOMICON

Wracając do twórczości. Są jakieś numery,

które najbardziej lubisz i są one żelaznym

punktem każdej set listy?

(śmiech) Oczywiście odkąd napisałem te

wszystkie utwory lubię je bez wyjątku. Naturalnie

też jest jeden lub drugi, najbardziej

ulubiony. Na przykład "Purgatory", "I Am


The Violence", "Justice", "Walls of Pain" i "The

Unnamed" to jedne z moich ulubionych kawałków.

Ale jak wiesz, gusta są różne, więc

mam nadzieję, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Powiedziałem już, że jestem bardzo

dumny z tego albumu i pokładam teraz nadzieję

w sukces tej produkcji. Będą też dwa

teledyski do tego albumu, "Me Against You" i

"Walls of Pain". Będą to zarówno wideo, jak

i filmy z tekstem. Nie mieliśmy możliwości

nakręcić wideo z Rikiem i Glenem, więc też

musieliśmy coś tam wymyślić. Wynik będzie

całkiem niezły.

Dla przeciwwagi zapytam - czy powstał

albo powstały jakieś numery, które dziś

budzą w Tobie uczucie, takiego wiesz, twórczego

zażenowania? Że mogłyby być o wiele

lepsze lub też, że można by było wstrzymać

się z ich opublikowaniem?

Tak! Cały drugi album "Apocalyptic Nightmare"!

Zamiast w tamtym czasie pozostać

wiernym naszym ideałom i naszym zdolnościom

muzycznym oraz ponownie podążać

kierunkiem wytyczonym przez pierwszy

album, chcieliśmy za bardzo czegoś innego. I

nie mogliśmy tego zrealizować. Zarówno w

kwestii pisania utworów, jak ich żartobliwości.

Brzmi ostro, ale to wszystko. Dziś byłoby

łatwiej i dlatego pomysł ponownego wydania

pierwszych trzech albumów jest bardzo konkretny.

Sporo z naszych czytelników również,

mniej lub więcej, gra muzykę. Pewnie są

ciekawi odnośnie strony technicznej Necronomicon.

Czy możesz zdradzić jaki sprzęt

spełnia oczekiwania w studio i na żywo?

Brzmienie to kwestia gustu. Wielokrotnie

próbowaliśmy też odnaleźć siebie na nowo.

Osobiście uwielbiam stare, dobre brzmienie

Marshalla i gram tylko na gitarach Gibson.

Bez efektów, czysto i sucho. Na żywo jednak

wracam do Hughes and Kettner. Ten wzmacniacz

pasuje do każdej paczki i rozsadza

wszystko. To najlepsza alternatywa dla mojego

wzmacniacza Steavens, którego używam

do nagrań studyjnych.

Kończąc wywiad zapytam, może trochę

Foto: Necronomicon

schematycznie, jak wyobrażasz sobie Necronomicon

za 5 albo 10 lat?

Jak każdy muzyk, masz oczywiście nadzieję,

że nowy album odniesie prawdziwy sukces.

Jeśli spojrzę w głąb swojego muzycznego serca,

to z pewnością za 10 lat będziemy nadal

występować na scenie. Jesteśmy w najlepszym

wieku (śmiech). Ale rynek muzyczny

idzie szybko do przodu i jest bardzo brutalny.

Nie wiem… Dopóki mamy tak wiernych

fanów, szczególnie w Polsce, nie martwię się

o Necronomicon. Najważniejsze jest zdrowie,

a to jeszcze nigdy nie było tak zauważalne

jak w zeszłym roku. Zawsze patrz

przed siebie, a zobaczysz, że za 10 lat będziemy

nadal zasmarkanymi thrasherami.

Strzeż się bestii!

Proszę o jakieś dobre słowo dla czytelników

Heavy Metal Pages i fanów thrash metalu

w Polsce!

Dziękuję, to była przyjemność. Powiem

krótko i do rzeczy, bądźcie zdrowi i uważajcie

na siebie!

Dzięki serdeczne za odpowiedzi, życzę

wszystkiego dobrego i dużo zdrowia! Mam

nadzieję, do zobaczenia na koncertach!

Adam Widełka

Tłumaczenie: Szymon Paczkowski,

Sara Ławrynowicz


Chcemy tez dać coś fanom, od których

czujemy cały czas wsparcie

Czasy, kiedy zachwycałem się thrash

metalem mam już za sobą i ocenia

jakoś nie wracam specjalnie do tego

gatunku. W ogóle jakoś metalowe

klimaty mnie zaczęły męczyć na

dłuższą metę, ale nowego wydawnictwa

Sodom nie mogłem pominąć. Do

tego jak pojawia się okazja rozmowy z

Frankiem Blackfirem, to nie można przejść obok tego

obojętnie. Zapraszam do wywiadu z jednym z najciekawszych

niemieckich gitarzystów w metalu.

Frank Blackfire: Hej jak się masz?

HMP: Dobrze, dzięki że pytasz! A Ty jak

tam? Jak cała ta sytuacja pandemiczna wygląda

teraz w Niemczech?

Mam się też dobrze, a co do sytuacji z wirusem

to robi się coraz gorzej. Było chwilę spoko,

ale teraz chcą zamknąć restauracje i bary.

Jedzenie ma być tylko na dowóz. Chujnia

straszna.

Czyli szykuje wam się drugi lockdown, tak

jak przed nagraniem tego albumu?

Niestety chyba tak to wygląda.

To skoro już jesteśmy przy locdownie, to

może zapytam o ten pierwszy. Czy to przez

to, że wprowadzili go podczas nagrywania

albumu, całość brzmi tak agresywnie i pełna

wkurwu?

Dokładnie tak! Na pewno chcieliśmy nagrać

agresywną muzykę. Zawsze próbujemy najlepiej,

jak możemy nagrać najbrutalniejsze

dźwięki. Z tego co wiem jakoś na dniach wyjdzie

drugi singiel "Indoctrination", który chyba

najlepiej opisuje obecną sytuację. Zostanie

wypuszczony tak jak pierwszy w postaci

lyric video.

Zawsze mnie zastanawiało czemu zespoły

obecnie stawiają na lyric video, a nie na normalne

teledyski, takie jak pamiętam z

MTV.

Chcemy wrócić do tych starych czasów i

mieć taki sound jak w latach 80. Nawet jak

na jakiś albumach było bardziej nowoczesne

brzmienie czy jakieś melodie do Sodom dalej

jest brutalnym zespołem z potężnym brzmieniem

lat 80. A co do teledysków to wszystko

zależy od wytwórni.

Z tego co słyszałem ten album nagraliście

właśnie na starych piecach lampowych i to

na analogową taśmę.

Foto: Sodom

Akurat nagraliśmy to w formie cyfrowej nie

analogowej, ale miksowaliśmy to na takim

starym analogowym mikserze w studiu.

Chcemy strasznie cofnąć się w czasie podczas

nagrywania i oddać hołd starym czasom.

A jak oceniasz komponowanie nowych

utworów Sodom, kiedy pojawia się druga

gitara?

A szło nam bardzo łatwo i sprawnie. Każdy

miał jakiś swój materiał przygotowany, spotkaliśmy

się i tak poszło. Mam nadzieje, że

słuchacze, a zwłaszcza fani łatwo się zorientują

kto co wymyślił na tę płytę. Ja i Yorck

mamy swój styl i na tym albumie tworzą one

fajną mieszankę. Wszystko staje się bardziej

interesujące dzięki temu.

No właśnie Yorck jest tylko dwa lata młodszy

niż Sodom. Jak on się odnalazł w tym

zespole?

No tak, mógłby być moim albo Toma synem.

(śmiech) Dorastał słuchając thrashu i

jest bardzo zafascynowany starą szkołą. Do

tego wszystkiego ma ogromną wiedzę o metalu.

Jest strasznie szczęśliwy, że może być

częścią tego zespołu.

Miałem okazje oglądać jakieś nagrania z

waszych koncertów i widać na nich, że

macie z Yorckiem ogromną radochę z grania

na żywo.

Koncerty to zawsze zabawa. Granie na żywo

jest zajebiste i jest to najlepsza część bycia w

zespole. Fajnie jest też być w studiu i nagrywać,

ale dla mnie to właśnie koncerty są najlepsze.

Super jest stać na scenie i patrzeć na

tych wszystkich ludzi, do tego Yorck podziela

moje zdanie i widać, że mu się to podoba.

Wszyscy fajnie się bawią i są szczęśliwi i

chyba o to chodzi.

Po waszym pierwszym singlu Sodom &

Gomorrah, moja pierwsza myśl to było

Sodomy and Lust z pierwszego materiału

Sodom nagranego z Tobą. Jest to jakieś

mrugnięcie okiem do fanów?

Trochę tak. Chcieliśmy pokazać, że jestem z

powrotem. Mam wrażenie, że to słychać od

razu. Mój styl to mój styl i mam nadzieje, że

słychać go od razu. Bez względu czy są to te

pierwsze albumy Sodom nagrane jeszcze w

latach 80, czy Kreator, no i obecna płyta.

Moim celem jest nagranie dobrych, brutalnych

riffów.

No właśnie mówisz o brutalnych riffach, a

przecież jesteś ogromnym fanem klasycznego

rocka i bluesa. Skąd to zamiłowanie w

takim razie do rzeźnickich klimatów?

Wychowałem się na bluesie i rock n rollu.

Tak jak mój ojciec, który wprowadził mnie w

te klimaty. Pokazał mi kim był Little Richard

czy Chuck Berry. Potem zacząłem słuchać

hard rocka jak AC/DC. No i wtedy pojawił

się NWOBHM, no i wszedłem w to.

Wszystko, co było rockiem i metalem mnie

pasjonowało. Kilka lat później, kiedy dołączyłem

do Sodom, chciałem grać po prostu

ciężej i szybciej. Moje korzenie są w rock n

rollu i bluesie.

Teraz jest sporo czasu, bo nie można grac

koncertów. Myślałeś może o nagraniu czegoś

właśnie w takim stylu?

No mam, lubię jamować do takich bluesowych

instrumentalnych kawałków. Ballady,

42 SODOM


melodyjki. Dodatkowo jestem nauczycielem

gitary więc lubię takie style muzyczne. Lubię

praktycznie wszystko co ma w sobie gitarę.

Oczywiście bardziej mi podłodze, ze stylami

gdzie ta gitara jest na prbesetze, ale kocham

też takie zespoły jak Santana. Carlos gra

bardzo dużo instrumentalnej muzyki. Bardzo

lubię taką muzykę i czemu w sumie nie

nagrać czegoś takiego. To jest bardzo dobry

pomysł.

To może wrócimy do Sodom. Jakie to było

uczucie wrócić do zespołu?

No nie było mnie sporo w zespole. Nie ukrywam

było to dla mnie zaskoczenie, kiedy

Tom zadzwonił i zaproponował dołączenie.

Nie będę okłamywać fajnie jest wrócić. Zawsze

kiedy byliśmy na trasie i graliśmy była

między nami super atmosfera. Wszystko

idzie dobrze, więc jestem szczęśliwy ze swojego

powrotu.

upadek muru Berlińskiego? Zwłaszcza, że

miało to symbolizować zakończenie podziałów

i izolowania się dwóch stron, co niestety

teraz znowu jest bardzo obecne.

Pierwsze co pamiętam to ogromna radość i

wielki festiwal, który zagraliśmy w wschodnim

Belinie. To był wspaniały festiwal, gdzie

ludzie z obu stron się mieszali, a dla wielu ze

wschodniej części miasta to była pierwsza

okazja zobaczyć zachodnie zespoły. Było to

ogromne wydarzenie i wszyscy byli szczęśliwi,

że kraj znowu się połączył. To co się dzieje

obecnie w Polsce jest straszne, miałem

okazje słyszeć o tych protestach. To jest niewiarygodne

i przerażające. Straszne jest to co

się teraz dzieje wszędzie, w niektórych jest

W tej samej notce jest mowa o tym, że

"Friendly Fire" to utwór, który ma wyznaczyć

nową drogę Sodom.

Wiesz co nie wiem. Mamy kilka nagrań jeszcze

z tego albumu. I mamy teraz sporo czasu,

przez brak koncertów więc pewnie coś nagramy.

Widujemy się i mamy masę pomysłów i

chcemy coś razem tworzyć. Tom cały czas

pisze, więc zobaczymy co z tego wyjdzie.

Sodom to nie jedyny Twój zespół. Jak to się

stało, że zostałeś częścią Assassin?

Dołączyłem do nich w 2016 po tym jak

Michael "Micha" Hoffmann opuścił zespół.

Skontaktował się ze mną Joachim Kremer i

zapytał czy nie chce dołączyć. Więc czemu

nie. Mamy wiele frajdy kiedy razem gramy.

Nie pracowałem, ze dużo nad tym albumem.

Nagrałem tylko kilka śladów gitary. To reszta

chłopaków go skomponowała. Mój jedyny

A miałeś kontakt z Tomem, kiedy byłeś poza

zespołem? I czy śledziłeś płyty Sodom?

Oczywiście, że zawsze miałem z nim kontakt.

Nawet jak grałem z Kreatorem to widywaliśmy

się czasem na wspólnych koncertach.

Nigdy nie było tak, że zerwaliśmy z sobą

kontakt. Kiedy tworzył DVD, to dołączyłem

na scenie do nich. Zawsze śledziłem

też co tam nagrywa. Może nie słuchałem

wszystkiego bo nagrał tego bardzo dużo, ale

zawsze starałem się wiedzieć co tam u niego

słychać.

A byłbyś mi w stanie powiedzieć co się

zmieniło a co pozostało takie samo w Sodom?

Wiesz kiedy zaczynaliśmy ponownie w 2018

to była jak maszyna czasu do czasu kiedy z

nimi zaczynałem. Zresztą chciałem, wprowadzić

do setlisty właśnie te stare utwory. Do

tego powiem, że nasza obecna sala prób jest

50m od sali prób gdzie zaczynaliśmy. Tak

więc chyba nie za dużo się zmieniło. Mam

wrażenie, że czas się zapętlił. Jedno co się

mogło zmienić to, to że nabraliśmy doświadczenia

i że widzimy rzeczy inaczej bo się postarzeliśmy.

A jak obecnie wyglądają fani Sodom jak

gracie? Są to bardziej starzy metalowcy czy

jednak dużo młodzieży?

Na koncertach, jest mieszanka. Mieszają się

ci co lubią to stare oblicze zespołu z tymi co

wolą to nowsze z ostatniego okresu. Nie ma

jakieś specjalnej przewagi mam wrażenie. Są

pewnie też tacy co wolą Sodom z okresu kiedy

mnie nie było w nim. Każdy ma swój gust.

W każdym razie ludzie wydają się zadowoleni

z naszych koncertów i zawsze jest sporo

ludzi. Szaleją i nam się to podoba.

Wszyscy ciągle mieszkacie w tym samym

mieście? Jak bardzo jest to dla was ważne?

Tak mieszkamy w Essen, to moje rodzinne

miasto. Wszyscy mieszkamy w tym samy

miejscu, no może Tom kilka kilometrów dalej

ale nie jest to jakiś straszny dystans. Jest

dla nas bardzo ważne widywać się, grać i tworzyć

razem personalnie a nie przez internet.

Patrząc na obecną sytuacje na świecie, izolacja,

pandemia, oraz protesty kobiet w moim

kraju. Chciałbym zapytać jak pamiętasz

Foto: Sodom

gorzej. Ciężko zrozumieć co się teraz dzieje.

Zobaczymy co przeniesie przyszłość z tym

wszystkim.

Dziś na waszym profilu na facebooku pojawiła

się notka prawdopodobnie od Toma

odnośnie wszystkich utworów. W "Euthanasia"

mówicie właśnie o wolności decydowania

za siebie.

Oczywiście, że się z tym zgadzamy. To my

powinniśmy mieć swobodny wybór o decyzjach

odnośnie nas samych a nie rząd naszego

kraju. Mamy też prawo protestować przeciwko

tym rządom. Tutaj w Niemczech też są

protesty, a mam wrażenie ze z czasem zabierają

nam nasze prawa coraz bardziej. Mieliśmy

ostatnio wielki protest w Berlinie gdzie

było około 1,3 miliona ludzi, a zostali potraktowani

jak śmieci. Policja była brutalna.

Rząd zachowuje się jak by chciał zniszczyć te

protesty i zabrać ludzi ich prawo do nich.

Zjebane to jest.

W Polsce policja atakowała kobiety gazem

pieprzowym.

Przejebane.

większy wkład to solówki.

A co z karierą solową?

Coś tam sobie pogrywam, ale nie wiem co

dalej z tym. Najważniejszy jest Sodom. Jak

będę mieć czas to coś porobię z tym. Chyba

zrobię tak jak mówiłeś, nagram jakieś bluesowe

instrumentale. Może jednak zrobię coś

innego, zobaczymy.

Macie już plany na 2021 czy chcecie poczekać

na to jak to wszystko się rozwinie z wirusem?

Mamy już jakieś zaplanowane koncerty i festiwale.

Nikt nie wie czy to się odbędzie, bo

nikt nie wie jak ta sytuacja się rozwinie. Jak

coś to będzie przekładane na kolejny rok.

Nam nie pozostaje nic innego jak tylko czekać

cierpliwie i zobaczyć co się stanie. Może

zagramy jakiś koncert online. Jakoś trzeba

zabić ten czas. Chcemy też dać coś fanom, od

których czujemy cały czas wsparcie w tej trudnej

sytuacji.

Dzięki wielkie za rozmowę i mam nadzieje,

że zobaczymy się szybko. Zdrowia!

Dzięki wielkie. Zdrowia.

Kacper Hawryluk

SODOM 43


powinno dać siłę! Nawet jeśli przekleństwo

zmienia się w gniew!

...stosunkowo blisko obecnych wydarzeń.

Wydaje mi się, że jest to jedna z tych bardziej kojarzonych kapel na łamach

Heavy Metal Pages, o której można było przeczytać między innymi w poprzednich

numerach magazynu (62 oraz 70). Polecam do nich wrócić, jeśli jesteście

zainteresowani wcześniejszymi albumami kapeli. W poniższym wywiadzie

miałem przyjemność chwilę porozmawiać z perkusistą Lacky'm oraz wokalistą Lee

na temat najnowszej EPki "Over and Out", oraz o tym, jak im się wiedzie podczas

czasów pandemii.

utworów?

Andreas "Lacky" Lakaw: Na początku planowaliśmy

wspólny singiel wraz z zespołem, z

którym się przyjaźnimy. Niestety, pewne rzeczy

nie przychodzą tak łatwo, jakby można

było tego się spodziewać. Tak więc postanowiliśmy

zrobić EPkę, by wpasować się w przerwę

przed nowym LP i móc skoncentrować się

trochę bardziej na pracy nad DVD z historią

zespołu. To DVD powinno być przed Bożym

Narodzeniem. Utwory były raczej dziełem

przypadku, oczywiście mieliśmy ustalony

Zasadniczo to "The Autocrazy (Autocracy)

Club" wciąż jest aktualny, nie? Czy wciąż

zgadzacie się z tym utworem lub, czy zmieniliście

swoją opinię na temat osoby, o której

wspomnieliście w tekście? Pytam się w momencie,

w którym dzieją się wybory w USA.

Oliver "Lee" Weinberg: Nic się nie zmieniło

jeśli chodzi o nasze deklaracje! Wręcz przeciwnie,

uderzają mocniej niż wcześniej! Zawsze

kiedy zapowiadam "They Need a War" na naszych

koncertach, mówię "ma już 30 lat, ale

wciąż jest aktualny"! Smutne to, aczkolwiek

prawdziwe!

Powiedziałbyś, że "Dawn Of The Dumb"

jest logiczną kontynuacją "The Autocrazy…",

bądź raczej jego logicznym rozszerzeniem?

Andreas "Lacky" Lakaw: Jest to tekst napisany

przeze mnie dawno temu. Temat "Dawn..."

był dość długo na moim warsztacie i

prawdopodobnie zawsze pozostanie na czasie.

Tym razem byłem w stanie użyć go w nowym

utworze.

Czy "Dawn Of The Dumb" został dodatkowo

również zainspirowany przez Covid

19? Jak duży wpływ miała epidemie na wasze

teksty z EPki?

Andreas "Lacky" Lakaw: Nasze tematy są

zawsze stosunkowo blisko obecnych wydarzeń.

Nawet część tekstów z lat 80. jest bardziej

na czasie teraz, niż kiedykolwiek. Jakoś

wszystko w ludzkiej historii się powtarza, jednak

nikt nie potrzebuje tego koronawirusowego

szaleństwa po raz kolejny. Choć nie potrzeba

też innego syfu, o którym piszemy.

HMP: Cześć. Czy mógłbyś opowiedzieć, co

się zmieniło w waszym zespole od czasu kiedy

ostatni raz byliście na łamach naszego

magazynu, a było to w roku 2018 (wydawaliście

wtedy "First Class Violence")?

Andreas "Lacky" Lakaw: To wciąż wygląda,

jakby ten dzień był wczoraj. Ale wiele rzeczy

przez ten czas się wydarzyło, zagraliśmy parę

wspaniałych występów na festiwalach, naprawdę

dobrze wszystko szło... Jednak przyszedł

wirus i udaremnił nasze plany na prawie cały

rok. Na szczęście, wiele występów zostało tylko

przeniesionych. Jeśli tylko pozwolą nam

grać koncerty, to mamy nadzieję na parę następnych

wspaniałych koncertów.

Czy "First Class Violence" spełniło wasze

oczekiwania?

Andreas "Lacky" Lakaw: Jestem bardzo zadowolony

z tego albumu. Połączył on wiele...

jego brzmienie jest nowoczesne, jednak wciąż

jest lekko staro-szkolny oraz ekstremalnie autentyczny.

Nie ma przesadnej produkcji, jednak

wciąż daje kopa. Utwory wciąż są świetne,

a niektóre z nich doszły na stałe do naszej

setlisty.

W roku 2020 wydaliście EPkę pod tytułem

"Over and Out". Zawiera zarówno stare

utwory, jak "Armageddon" i "Faded Picture"

oraz nowe, jak tytułowy i "Every Time You

Curse Me". Zacznijmy od tych drugich: jak

długo zajęło wam napisanie nowych

Foto: Marcus Kösters

deadline, jednak ktokolwiek kto nas zna, wie,

że zwykle to tak nie działa.

Czy mógłbyś opisać proces nagrań i produkcji

na "Over and Out"? Czy Ben miał problem

z przystosowaniem się do waszego procesu

nagraniowego?

Andreas "Lacky" Lakaw: Nie było żadnych

problemów z Benem, znaliśmy się już wcześniej.

Lee już grał z Benem, w jego zespole,

Yuppie Club. I proces nagraniowy był względnie

luźny. Z Cornym jako producentem,

mieliśmy już dobre doświadczenia po "First

Class Violence". Nigdy się nie zmienia dobrze

działającego zespołu, nie?!

Co zainspirowało "Every Time You Curse

Me"?

Oliver "Lee" Weinberg: Ludzie, którzy są inni

lub myślą inaczej, prawie zawsze są głupio

wytykani bądź wręcz przeklinani! Jednak to

Czy "Over and Out" jest zainspirowany

przez konkretne wydarzenie, czy to jest

tylko wasz stosunek wyrażony w stronę

tych gnoi, którzy robią tak okropne rzeczy

jak gwałt?

Andreas "Lacky" Lakaw: Typowy tekst Lee.

Lubi wyrażać frustrację i złość. I nie jest to jakieś

specjalne wydarzenie! To się dzieje codziennie!

Wszędzie!

Czy widzieliście "25 lat niewinności: Sprawa

Tomka Komendy"? Wasz "Over and

Out" przypomniał mi o sprawie, kiedy polska

policja stworzyła fałszywe dowody oraz

torturowała niewinnego człowieka tylko po

to, by zamknąć sprawę gwałtu/morderstwa

w roku 2004. Był traktowany jak gwałciciel

przez skazanych i strażników do około 2018r.

Stąd moje zapytanie jest proste. Czy jest

jakiś sposób, by zadośćuczynić za to, co ludzie

mu zrobili (od obelg, przez bicie po

gwałt na nim)?

Andreas "Lacky" Lakaw: Nie słyszałem o

tym wspomnianym przez ciebie przypadku.

Zawsze istnieją błędy sądowe. Jednak w obecnym

świecie z tymi wszystkimi naukowymi

metodami i procesami śledczymi, wina powinna

być do określenia w sposób dokładny.

I wtedy sprawca czynu powinien zostać ukarany

z odpowiednią ostrością.

Co możemy zrobić, by zmniejszyć ilość

gwałtów oraz usprawnić proces poszukiwania

przestępców? Personalnie widzę trochę

problemów z ustalaniem sprawców owych

44

DARKNESS


czynów i zdrowiem psychicznym w Polsce.

Czy macie podobne problemy w Niemczech?

Andreas "Lacky" Lakaw: Myślę, że ten rodzaj

przestępstwa rozwija się w ten sam sposób

we wszystkich krajach. W pewnych miejscach

szybciej, w innych wolniej. Statystyki

przestępstw w Niemczech stoją na tym samym

poziomie, jednak proporcja przestępstw

z użyciem przemocy się zwiększa.

definiuje?

Andreas "Lacky" Lakaw: Jeśli już robimy ten

miks różnych kawałków jako wydanie, to wydaje

mi się, że można poeksperymentować.

"Faded Pictures" był jedynym utworem, na

który tekst napisał Olli. Ten utwór zawsze

był czymś wyjątkowym i w ten sposób oddaliśmy

hołd naszemu zmarłemu wokaliście. Na

"First Class Violence" zrobiliśmy wersję

Więc… myślę, że za dwa lata!

Co zrobilibyście, gdybyście wiedzieli, że

2020 będzie tak kurewsko zjebany? Czy pamiętacie

jakiś rok, który był do tego podobny

w światowym potoku gówna?

Andreas "Lacky" Lakaw: Nie widzieliśmy nic

takiego przedtem. Rok temu nikt by nie uwierzył,

że coś takiego mogłoby się zdarzyć.

Zgodziłbyś się, że niektóre bajki są całkiem

dziwne i straszne? Na przykład bajka o

Czerwonym Kapturku, gdzie wilk pożera

człowieka... Co o tym sądzisz?

Andreas "Lacky" Lakaw: To dobre pytanie.

Nie jestem tego pewien, jednak sądzę, że ludzie

w swoim rozwoju definitywnie potrzebują

szokujących wydarzeń. Dzieciom dość

wcześnie opowiada się te straszne historie, ale

to wyostrza ich zmysły. Jeśli ich rodzice są

gotowi wytłumaczyć im te historie, to nic nie

stoi na przeszkodzie prawidłowemu rozwoju.

Wszyscy dorośliśmy i jesteśmy przecież normalni

(śmiech).

Czy możesz opisać koncert w Japonii, na

którym został nagrany wasz utwór "Tinkerbell

Must Die"?

Andreas "Lacky" Lakaw: Cała podróż do Japonii

była wspaniałym doświadczeniem. Pojechaliśmy

tam, by zagrać dwa występy, jeden

jako główna atrakcja. To był dla nas zaszczyt.

Tak więc byliśmy w naprawdę dobrym humorze.

Koncerty były świetne i wraz z "Tinkerbell..."

zachowaliśmy to wspaniale wspomnienie.

Kto wie, czy będziemy mieli jakieś konkretne

nagranie "live", jednak teraz przynajmniej

mamy jeden świetny utwór koncertowy.

W połączeniu z "Over And Out" była to dobra

sposobność, aby zapoznać ludzi z tym, jak

prezentujemy się na żywo na scenie.

"Armageddon" jest jak powrót do przeszłości.

Czy on w ogóle był na waszym długograju

- bo z tego co wiem, to chyba nie? Co

sprawiło, że wybraliście ten utwór zamiast

innych, które mieliście na demach z lat 80.?

Andreas "Lacky" Lakaw: Utwór jest z naszej

pierwszej kasety demo i wciąż dobrze sprawdza

się na koncertach. Nawet kiedy gramy

koncert, po drugiej stronie świata, zawsze się

znajdzie fan, który będzie krzyczał "Armageddon"

(śmiech). Był śpiewany przez Olli'ego i

przeze mnie na demówkach, oraz Raya na

"Conclusion & Revival". Uznaliśmy, że dobrym

pomysłem byłoby mieć ten utwór nagrany

także z wokalami Lee. Oryginalni muzycy

czasów "Death Squad" w osobach Pierre

i Bruno pomogli nam w chórkach.

Czy na waszym następnym albumie zamierzacie

nagrać kolejne utwory z demówek z

lat 80.? Uchylisz rąbka tajemnicy, które to

mogą być?

Andreas "Lacky" Lakaw: Nigdy nie mów nigdy.

Już mamy obecnie jeden lub dwa utwory,

które zasługują na ponownie nagranie. Nasza

EPka "XXIX" miała już ponownie nagrany

"Burial At Sea" oraz "Death Squad", co pomogło

ludziom poznać naszego obecnego wokalistę

w starym repertuarze. Wyszło świetnie.

Jak ważnym dla was jest "Faded Picture"?

Czy zgodziłbyś się, że jest to coś, co was

Foto: Marcus Kösters

thrashową z Zeutanem. Jednak czasami trzeba

też usiąść i wziąć głęboki oddech, a ta nowa

wersja "Faded Pictures" jest do tego idealna.

Czy masz kontakt z członkami, którzy byli

w latach 80. w Darkness? Co mówili, kiedy

im powiedziałeś, że chcesz ponownie nagrać

stare kawałki z dyskografii Darkness?

Andreas "Lacky" Lakaw: Szczerze powiedziawszy

to o to, nie pytałem się nikogo

(śmiech). Jednak nie musiałem, Ray i Olli już

odeszli. Wciąż zostajemy w przyjaznym kontakcie

z Bruno, Pierre oraz Timo. Rok temu

świętowaliśmy 35-lecie zespołu z występem,

na który bilety zostały wyprzedane. Wtedy

na scenie wystąpili z nami wszyscy byli członkowie.

Graliśmy wiele starych utworów. Niewiarygodny

wieczór. Po koncercie tylko

szczęśliwe twarze. Wątpię, żeby jakikolwiek

były muzyk miał problem, z tym że nagrywamy

ponownie stare kawałki. Z obecnym

składem wciąż jesteśmy w stanie podtrzymywać

starego ducha.

Czy mógłbyś opisać jak przebiegały prace

nad "Every Time You Curse Me"?

Oliver "Lee" Weinberg: Nagrywanie teledysku

podczas Covid19 nie było łatwe. Problem

z lokacją, ekipami kamerzystów i pierdoloną

kwarantanną! Rezultat nie był stu procentach

tym, czego oczekiwaliśmy, ale czasami coś po

prostu nie działa. Jednak pod koniec, ważne

jest to, co zawsze przynosimy na żywo w teledyskach

takich jak "First Class Violence" oraz

"Tinkerbell Must Die"! I sądzę, że ten teledysk

też ma w sobie tę energię.

Kiedy mamy spodziewać się kolejnego długograja?

Oliver "Lee" Weinberg: Zaczniemy teraz!

Mam nadzieję, że ten będzie niczym splunięcie

i będziemy wkrótce żyć ponownie względnie

normalnie. I żeby kultura przeżyła to

wszystko, szczególnie jeśli chodzi o muzykę.

Życie bez sztuki i muzyki byłoby dla mnie

bezsensowne.

Czy 2021 będzie gorzej czy lepiej waszym

zdaniem?

Andreas "Lacky" Lakaw: Nie mogę się doczekać

na 2021. Wszystko musi dążyć ku lepszemu,

albo będzie nam ciężko żyć.

Oliver "Lee" Weinberg: Gorzej!

Dziękuje za wywiad i powodzenia!

Andreas "Lacky" Lakaw: Przyjemność po naszej

stronie. Zostańcie w zdrowiu i silni w

heavy metalu.

Oliver "Lee" Weinberg: Dziękuje za twoje

wsparcie, bracie. Miejmy nadzieję, że świat

metalu nie zmieni się tak bardzo przez następne

parę lat i wrócimy do tego, na czym skończyliśmy.

Thrash on!

Jacek Woźniak

IRON ANGEL 45


Nowa era

- Oto jesteśmy, gotowe do walki! - deklaruje Diva Satanica, czyli Rocío

Vázquez, nowa wokalistka Nervosy. Thrashowa wizytówka Brazylii przeżyła ostatnio

personalne trzęsienie ziemi. Fanom trudno było wyobrazić sobie zespół bez

wieloletniej frontmanki Fernandy Liry, ale liderka Prika Amaral nie dość, że szybko

skompletowała nowy skład, to do tego nagrał on bardzo udany album. "Perpetual

Chaos" prezentuje Nervosę w jeszcze brutalniejszej i ostrzejszej odsłonie, nie

tylko za sprawą growlingu Divy.

HMP: Niedawno doszło w szeregach Nervosy

do prawdziwego rozłamu - co takiego

się wydarzyło, że po tylu latach rozpadł się

trzon zespołu?

Diva Satanica: Nervosa to zespół, który od

dziesięciu lat koncertuje na całym świecie i

czasami po prostu musisz przezwyciężyć bardzo

złe sytuacje. Bycie w zespole jest jak

związek, czasami okazuje się, że masz inne

priorytety w swoim życiu i musisz iść dalej,

to wszystko.

"Naprawdę nie myślimy o tym, aby mieć

więcej muzyków w zespole" mówiła nam

Fernanda przed kilku laty i w pewnym sensie

miała rację, bo od strony muzycznej

Nervosa to wciąż trio, tyle, że z tobą jako

wokalistką - Prika celowo nie szukała śpiewającej

basistki, żeby uniknąć skojarzeń i

porównań?

Prika powiedziała nam, że szuka ludzi, którzy

byliby zaangażowani w ten projekt tak

samo jak ona, którzy mogliby poświęcić cały

swój czas temu zespołowi, być w nim na pełny

etat. Liczyła się też znajomość angielskiego

oraz dotychczasowego repertuaru Nervosy.

Zgłosiłam się na przesłuchanie i Prika

była zadowolona z mojego podejścia. Wiedziała,

że nie potrafię grać na basie, ale to nie

był dla niej duży problem, ponieważ miała

już na oku Mię.

Która z was pierwsza dołączyła do składu?

Do tego Mia Wallace to znana basistka, w

końcu nie każdy może współpracować z

Tomem Wariorem, ty też jesteś dość znana

w ojczystej Hiszpanii - to przypadek, że poza

perkusistką Eleni Nota skład zasiliły

rozpoznawalne osoby?

Prika wysłała nam wszystkim wiadomość z

pytaniem, czy chciałybyśmy uczestniczyć w

przesłuchaniu do jej zespołu. Wiedziała o

karierze Mii. Eleni odkryła dzięki profilowi

perkusistek na Instagramie. Mnie widziała,

jak gram na żywo z moim zespołem Bloodhunter

rok temu, otwieraliśmy wtedy hiszpańskie

koncerty Nervosy. Chciała znaleźć

muzyków, którzy byliby w stanie grać utwory

Nervosy i razem rozpocząć nową erę

zespołu.

Foto: Nervosa

Wydaje mi się więcej niż pewnym, że z kimś

takim jak wy w składzie Nervosa może

wejść na znacznie wyższy poziom, do tego

znacznie szybciej, niż Prika miałaby przyjąć

kogoś dopiero zaczynającego swą przygodę

z profesjonalnym graniem - to też pewnie

miała gdzieś z tyłu głowy, podejmując akurat

takie decyzje?

Taki zespół jak Nervosa nie daje zbyt wiele

czasu na zaczynanie wszystkiego od zera,

więc posiadanie odrobiny doświadczenia było

czymś, co warto było wziąć pod uwagę, ponieważ

to ułatwiło wiele spraw.

Od czasu debiutanckiego albumu "Victim

Of Yourself" Nervosa była traktowana

przez fanów jako metalowa wizytówka

Brazylii i przy każdej zmianie składu Prika

werbowała doń swoje rodaczki. Teraz mamy

diametralnie odmienną sytuację, bo jesteście

już zespołem międzynarodowym;

nasuwa się więc pytanie gdzie będzie mieścić

się baza zespołu? Napalm to firma europejska,

3/4 składu również mieszka na naszym

kontynencie - Prika przeprowadzi się

teraz do Europy, żeby funkcjonowanie zespołu

było łatwiejsze?

Prika zastanawiała się nad różnymi możliwościami.

W przyszłości byłoby nam łatwiej

podróżować i spotykać się, gdyby przeprowadziła

się do Europy, ale ze względu na okoliczności

musimy poczekać, aby zobaczyć, co

się stanie…

Wszystko musiało odbyć się dość szybko i

sprawnie, skoro już latem zaczęłyście nagrywanie

czwartego albumu?

To był jedyny sposób, aby pokazać fanom

Nervosy, jak brzmi nowy skład. Ponieważ

nie mogłyśmy grać koncertów, więc tak!

Chciałyśmy jak najszybciej nagrać nowy album.

Czy jego tytuł "Perpetual Chaos" można

odnieść nie tylko do tego, co dzieje się obecnie

na świecie, ale też do niedawnych zawirowań

wewnątrz zespołu?

Nie sądzę, jak powiedziałam wcześniej, to

normalna rzecz, która może przytrafić się

wielu innym zespołom, ponieważ nie jest łatwo

żyć razem przez tyle lat. "Perpetual

Chaos" dotyczy szerszej perspektywy, ludzkiego

zachowania i chaosu, który wywołaliśmy

jako istoty ludzkie na tej planecie, na Ziemi.

Mówię tu o wojnach, kapitalizmie, znęcaniu

się nad zwierzętami… oczywiście sama

pandemia również była sporym źródłem inspiracji.

Traktujecie tę płytę jako nowe otwarcie dla

zespołu, kolejny rozdział jego historii i zarazem

jasną deklarację, że wróciłyście jeszcze

silniejsze, a problemy nie mogły wam w tym

przeszkodzić?

Czujemy się silniejsze niż kiedykolwiek, ponieważ

od samego początku doświadczałyśmy

silnej więzi między sobą i to jest bardzo

ważne, aby móc razem pracować.

Ponownie pracowałyście z Martinem Furia,

ale nowością jest to, że również Prika była

producentem tej płyty?

Martin jest niesamowitym producentem i

bardzo dobrze wie, jak powinien brzmieć

46

NERVOSA


nasz zespół. Ma wyjątkowy talent do budowania

świetnej atmosfery oraz by ludzie czuli

się ze sobą komfortowo, więc łatwo z nim

współpracować. Praca z nim jest również interesująca,

ponieważ oprócz ostatecznych

aranżacji napisał nam wiele tekstów. Ma bardzo

fajne pomysły!

"Downfall Of Mankind" stała się tu chyba

dla was punktem wyjścia do kolejnych poszukiwań,

dlatego nowy materiał jest znacznie

brutalniejszy, ale przy tym bardziej

zaawansowany technicznie - z taką sekcją

można pozwolić sobie na więcej?

Wszystkie musiałyśmy wnieść swój wkład w

proces pisania, więc nasze osobiste doświadczenia

miały duży wpływ na ostateczny rezultat

oraz brzmienie płyty i to jest prawdopodobnie

przyczyna tej zmiany.

To w sumie wciąż rzadki obrazek, że metalowy

perkusista gra w studio z nut, a do

tego czynnie uczestniczy w dyskusjach nad

ewentualnymi zmianami swej partii - Eleni

ma za sobą edukację muzyczną, na czym

Nervosa tylko zyskuje?

Posiadanie perkusistki takiej jak Eleni to marzenie

każdego zespołu na świecie. Nie wszystkie

zespoły mają wykształconych muzyków,

ale na pewno jest to duży plus.

Raporty ze studia potwierdzają, że atmosfera

w zespole jest fantastyczna, co pewnie

przełożyło się na efekt końcowy waszej

pracy?

Pewnie! Gdybyśmy od początku nie czuły się

ze sobą dobrze, nie poszłoby tak łatwo. Czujemy

się razem bardzo szczęśliwe.

W "Rebel Soul" poza tobą mamy, zdaje się,

gościnnego wokalistę i duet - kogo zaprosiłyście

do tego utworu?

Jesteśmy szczęśliwe, że w tym utworze wokale

wykonał Erik A. Knutson z Flotsam &

Jetsam, który doskonale oddał buntowniczego

ducha sceny thrashmetalowej i rock'n'

rolla. Jesteśmy zaszczycone, że zgodził się na

tę współpracę!

Foto: Nervosa

Foto: Nervosa

W studio pracowałyście nad 15 utworami,

ale na CD i LP trafiło ostatecznie tylko 13.

Z dwóch pozostałych zrezygnowałyście,

czy trafią jako bonusy na którąś ze specjalnych

edycji "Perpetual Chaos"?

Wkrótce podamy więcej informacji na ten

temat, więc bądźcie czujni!

Trzeba przyznać, że Napalm dba o efektowne

wydania waszych płyt: tu nie dość,

że ukażą się dwie wersje CD, to do tego aż

trzy wydania winylowe, w tym jedno z bonusowym

singlem - w czasach cyfrowej dystrybucji

muzyki to wręcz konieczność, żeby

przyciągać uwagę tych fanów, którzy wciąż

kupują płyty w fizycznej postaci?

Jasne, jeśli zależy ci na zainteresowaniu fanów,

z pewnością przeczuwasz, czego chcą

lub czego oczekują od ciebie i jest to bardzo

ważna rzecz, ponieważ to oni decydują się na

zakup twojego towaru, lub nie.

Będzie też wersja kasetowa, tak jak w przypadku

"Downfall Of Mankind", czy też

akurat ten nośnik traktujecie tylko jako

ciekawostkę, adresowaną do największych

maniaków analogowego dźwięku?

Jesteśmy otwarte na wiele różnych pomysłów,

więc czemu nie?

Teledysk do "Guided By Evil", lyric video

do utworu tytułowego - w czasach koncertowej

posuchy trzeba promować nowe wydawnictwo

jak się da, wykorzystując możliwości

internetu?

Teledyski i filmy z tekstami to tylko niektóre

z niewielu rzeczy, które możemy zrobić w

czasie pandemii, więc wkrótce będziecie mieli

kolejny wideoklip!

Nervosa to zespół świetnie czujący się na

scenie, przy okazji każdej kolejnej płyty

grający bardzo dużo koncertów. "Perpetual

Chaos" jest waszym przełomowym albumem,

materiałem stworzonym do prezentacji

na żywo, a tu zonk, nie da się i nie wiadomo

ile ta sytuacja potrwa - trudno wysiedzieć

w domu, kiedy powinno się już szykować

do trasy?

To druzgocące. A nawet dużo bardziej dla

nowych muzyków zespołu, które nie mogą

się doczekać, aby pokazać starym fanom

Nervosy, na co ich stać na scenie! Ale zdrowie

jest teraz ważniejsze.

Zdążyłyście w ogóle zagrać koncert w tym

nowym składzie, czy też ta przyjemność

czeka was dopiero wtedy, kiedy koncertowe

życie wróci do normy, czyli ponoć latem

przyszłego roku?

Najlepszym scenariuszem dla nas jako

zespołu z nowym składem byłoby zagranie

kilku koncertów, ale niestety to zależy od

tego, ile będziemy musieli czekać, aż wrócimy

do normalnego życia…

Myślisz, że pandemia, paradoksalnie,

wzmocni muzyczny biznes, bo przetrwają

tylko te dobre, zdeterminowane zespoły,

gdy słabeusze szybko odpadną, rezygnując

z grania już przy pierwszych trudnościach?

Muzyczny biznes czasami wydaje się wrzodem

na dupie, ponieważ jako zespół musisz

stawić czoła wielu różnym trudnym sytuacjom.

Ale oto jesteśmy, gotowe do walki!

Wojciech Chamryk & Sara Ławrynowicz

NERVOSA 47


nam śpiewający gitarzysta Frank Thoms.

HMP: Nie jest to jakąś regułą, ale często

zdarza się, że zespoły tytułują debiutancka

płytę swoja nazwą. Wy jednak zrobiliście to

w przypadku dwunastego albumu.

Frank Thoms: Wszystkie utwory na tym albumie

to przekrój historii Accusera. Możesz

znaleźć elementy z lat osiemdziesiątych,

dziewięćdziesiątych oraz dzisiejszych. Powrócił

także nasz dawny członek, René. To

wystarczający powód, żeby album zatytuować

własną nazwą.

Jak sam przyznajesz, tworzenie muzyki dalej

jest dla Ciebie ekscytujacym procesem.

Czy jest to jednak ten sam rodzaj ekscytacji,

który towarzyszył Wam na bardzo

wczesnym etapie działalności?

Frank Thoms: Tak, zdecydowanie! Tworzenie

utworów jest dalej ekscytujące. Jesteś

dumny, gdy widzisz ostateczny rezultat. Tak

było na początku i tak samo postrzegamy to

dzisiaj. Kiedyś nasze kawałki były pisane w

sali prób, dziś mamy możliwość robić to w

domu. To duża różnica, ale od razu umożliwia

usłyszenie rezultatu.

Co jest najbardziej interesującą częścią tego

procesu?

Frank Thoms: Dla mnie bardzo interesujące

jest łączenie partii wszystkich instrumentów.

Jak perkusja współpracuje z gitarami i jak

używasz basu, aby brzmiał dobrze. Ten proces

to za każdym razem przejście od danego

fragmentu konkretnego utworu.

Drobne rzeczy

Accuser powrócił na scenę w

lekko odświeżonym składzie. To

odświeżenie to powrót starego i

zasłużonego kompana tej kapeli.

Mam tu na myśli dawnego gitarzystę

Rene Schutza. Jego powrót

zdecydowanie dodał tym niemieckim

thrasherom kopa. Więcej na

temat nowej płyty zatytułowanej

po prostu "Accuser" opowiedział

Masz jakieś rady dla młodych twórców odnośnie

pisania dobrych metalowych utworów?

Frank Thoms: Moja rada jest poniekąd

związana z moim gustem. Myślę, że ważne

jest, aby ściśle łączyć riff z perkusją. Wtedy

możesz usłyszeć, czy druga gitara gra coś innego,

czy też znajduje się tuż ponad innymi

instrumentami. Możesz wypróbować kilku

harmonii, ale jeśli jeden głos wystarczy, to

powinieneś trzymać się jednego głosu. Przerwy

powinny łączyć poszczególne części, ale

też ciekawie brzmieć. Jeśli utwór działa, ale

wydaje się być zbyt długi bez wokalu, to powinieneś

posłuchać utworu z wokalem. W

Foto: Tom Row

większości przypadków piosenka wydaje się

znacznie krótsza, a długość będzie pasować.

Wspomniałeś juź o powrocie do zespołu

Rene Schultza. Jak do tego doszło?

Frank Thoms: Nasz gitarzysta Dennis nie

był już w zespole, a my wciąż mieliśmy do

zagrania występ na jednym z festiwali. Zapytaliśmy

René, czy zagrałby ten jeden koncert

jako gościnny gitarzysta. Zgodził się.

Koncert był naprawdę dobry i było to wspaniałe

uczucie. Tego wieczoru, postanowiliśmy

kontynuować współpracę

Rene, jak sie czujesz ponownie grając ze

starymi ziomkami? Nie pozapominałeś riffów?

René Schütz: To naprawdę wspaniałe uczucie

znowu być częścią zespołu i tworzyć muzykę

z przyjaciółmi. Szybko wróciłem do starych

kawałków Nie grałem wcześniej nowego

materiału, ale po kilku próbach te opanowałem

też ten materiał.

Powiedz mi proszę, czy w czasie przerwy w

Waszej współpracy utrzymywaliście ze sobą

kontakt?

Frank Thoms: Mieliśmy mniej kontaktu,

ponieważ nasze muzyczne drogi się rozeszły.

Ale nasze rodzinne miasto jest małe, więc siłą

rzeczy wpadaliśmy na siebie tu i tam. René

jest także właścicielem miejscowego sklepu

muzycznego więc siłą rzeczy ciężko było się

od niego odciąć.

Uważacie, ze ten powrót wniósł w Waszą

muzykę jakiś powiew świeżości?

Frank Thoms: René wnosi wiele emocji, a

solówki gitarowe z ostatniego albumu odświeżają

każdy utwór. Dzięki temu album

był bardzo żywy.

Pogadajmy o tekstach. Od samego początku

byliście zespołem politycznie zaangażowanym.

Nie boicie się, że może to odstraszyć

niektóre osoby od Waszej twórczości?

Frank Thoms: Nie! Mamy opinie na wiele

tematów i chcielibyśmy wyrazić. Są ludzie,

którzy się z nami nie zgadzają, ale my zajmujemy

władne stanowisko. Interesujące jest

również podjęcie dyskusji z ludźmi, którzy

inaczej myślą o sprawach tego świata. Współczucie

dla postawy możemy uzyskać z różnych

powodów lub uważamy, że jest to dla

nas kompletny nonsens.

Utwór "Seven Lives" mówi o zasadach

koegzystencji różnych grup w społeczeństwie.

Czy w Waszej opinii wszystko w tej

kwestii jest tak, jak powinno?

Frank Thoms: Staramy się regulować nasze

życie społeczne za pomocą praw, ale nadal

istnieją niesprawiedliwości. Jeśli chodzi o decyzje

prawne, są ludzie, którzy są traktowani

w sposób uprzywilejowany ze względu na ich

wpływy i pieniądze. Jeżeli przestępstwo tego

wymaga, sprawcę należy traktować indywidualnie.

Sprawiedliwość powinna mieć dynamikę,

ale nie po to, by chronić uprzywilejowanych.

Również "Temple Of All" ma bardzo interesujący

tekst. Opowiada o świątyni jednoczącej

wszystkie religie razem. To Waszym

zdaniem realna koncepcja?

Frank Thoms: Jeśli zgromadzimy wszystkie

religie w jednym budynku, od razyu pojawi

się konflikt. Sytuacja ta rodzi pytanie, czy

możemy lepiej żyć bez religii.

Co zazwyczaj powstaje jako pierwsze?

Muzyka czy teksty? Oba te element są dla

Was tak samo ważne?

Frank Thoms: Najpierw piszemy muzykę, w

końcu wszyscy gramy na jakimś instrumencie.

Kiedy piszę zwrotkę lub refren, staram

się zostawić miejsce na wokale. To miejsce

jest wtedy szablonem dla długości tekstu.

Dla nas ważne jest, aby piosenka brzmiała

dobrze. Ale jest również dla nas ważne, aby

dobrze brzmiąca piosenka również miała

swój wyraz.

"Accuser" został wyprodukowany przez

Waszego długoletniego współpracownika

Martina Buchwaltera. Co sprawia, że ta

współpraca tak dobrze się Wam układa?

Frank Thoms: Pracujemy razem od wielu

lat. Martin jest naszym przyjacielem i

dokładnie wie, co jest dla nas dobre. Współ-

48

ACCUSER


praca układa się świetnie i słychać to w końcowych

wynikach. Z niecierpliwością czekamy

za każdym razem w studio i świetnie się

bawimy podczas nagrań. Doceniamy to

wszystko. Przyjaźń, skoncentrowana praca,

miło spędzony czas, dużo zabawy i doskonały

efekt!

Jakieś nadzieje na koncerty w 2021? Macie

jakieś alternatywne pomysły, gdyby wycofanie

obostrzeń nie wypaliło?

Frank Thoms: W tej chwili nie mamy pojęcia,

co będzie, a czego nie będzie w 2021 roku.

Jesteśmy teraz w drugim lockdownie i

usłyszałem dzisiaj w radiu, że prawdopodobnie

będziemy mieć z tym problem do lutego.

Moglibyśmy teraz coś zaplanować, ale musimy

się też spodziewać, że wszystkie plany zostaną

ponownie anulowane. Taką sytuację

mieliśmy już w 2020 roku.

Niewątpliwie ta pandemia dała w dupę

całej scenie. Ale może widzisz jakieś plusy

tego szaleństwa?

Frank Thoms: Ta sytuacja ma tylko wady.

Jedyną korzyścią, jaką teraz widzę, jest to, że

ludzie i fani są bardziej zainteresowani albumem

niż wcześniej. Być może jest to proces

uczenia się, który nie zostanie porzucony

nawet po zakończeniu pandemii. Mam nadzieję,

że w nadchodzącej normalności nadal

będziemy doceniać małe rzeczy.

Foto: Tom Row

Bycie muzykiem to fajna sprawa, ale ma też

mniej przyjemne aspekty. Miałeś kiedyś

ochotę rzucić to w cholerę?

Frank Thoms: Przez kilka lat mieliśmy przerwę

i wiemy, jak to jest żyć bez grania

muzyki. Dlatego nie wyobrażam sobie już życia

bez niej. Mimo że czasy są ciężkie, bardzo

się cieszę, że mogę grać i tworzyć.

Accuser to kapela z dosyć bogatym dorobkiem.

Czy jednak znajdują się w nim jakieś

utwory, z których nie jesteś w pełni zadowolony?

Frank Thoms: Nie zupełnie. Czasem tylko

wychwytuję drobne wady. W studiu jest taki

moment, kiedy decydujesz, czy dokończyć

nagrania, czy nie. Ale w pewnym momencie

musisz podjąć decyzję. Później chcesz coś

zmienić, a znacznie później nie chcesz przecież

zmieniać tych małych rzeczy. Więc w

sumie jest dobrze. Nie potrafię wskazać kawałka,

którego nie lubię.

Dzięki bardzo za wywiad

Frank Thoms: Dzięki za pytania i trzymajcie

się zdrowo!

Bartek Kuczak

Tłumaczenie: Szymon Paczkowski


HMP: Ile koncertów zdołaliście zagrać w

ubiegłym roku?

Guillermo Izquierdo: Cóż, przed pandemią

byliśmy w trasie po Europie, myślę, że zagraliśmy

w sumie około 15-20 koncertów, aż zostaliśmy

zmuszeni do jej odwołania i powrotu

do Hiszpanii. Podczas pandemii zagraliśmy w

lecie kilka streamingów, prawdziwy show z

dystansem społecznym w Barcelonie i kolejny

streaming w listopadzie... Najgorszy rok w całej

naszej historii!

Wygląda na to, że nowa płyta "Angelus

Apatrida", póki co, też nie doczeka się szybko

koncertowej promocji, więc nie zdołacie

Najgorszy rok i nowy początek

- To jest gniewna muzyka na nieprzyjazne czasy - deklaruje Guillermo

Izquierdo i trudno mu nie wierzyć, słuchając najnowszego albumu Angelus Apatrida.

Hiszpanie rzeczywiście mogą czuć się wkurzeni, bo pandemia przerwała im

koncertową trasę, a kiedy latem można było trochę pograć, odwoływano bez racjonalnych

powodów festiwale z ich udziałem. Efekt to jeden z najlepszych albumów

w dyskografii zespołu: rzeczywiście gniewny, mocarnie brzmiący i totalnie bezkompromisowy,

po prostu thrash w czystej postaci.

presji, z czego jesteśmy bardzo zadowoleni!

Eponimiczny tytuł ma podkreślać wyjątkowość

tej sytuacji, bo przecież to już wasz

siódmy album, praktycznie od początku

działacie w tym samym, niezmiennym składzie,

trudno tu więc mówić o jakimś nowym

rozdziale w istnieniu zespołu?

Tak, dokładnie! W ostatnim roku wiele się

wydarzyło, jak sam mówisz, i oczywiście pomyśleliśmy,

że to najlepsza wizytówka, jaką

mogliśmy mieć dla ludzi, którzy jeszcze nie

znają zespołu, lub dla tych, którzy chcieli bardziej

agresywnej i szybszej muzyki. W jakiś

sposób jest to jak punkt kontrolny w naszej

Granie przez lata w jednym składzie jest w

sumie trochę ryzykowne, bo można popaść w

rutynę, ale nie bez znaczenia jest tu również

fakt, że zespół stać na więcej, kiedy tworzący

go muzycy znają się doskonale, są świetnie

zgrani, wiedzą na co ich stać, tak jak jest

to właśnie w waszym przypadku?

Tak to właśnie wygląda. Pomimo popadania

w rutynę, wierzę, że to sprawia, iż za każdym

razem się doskonalimy. Jesteśmy bardzo krytyczni

wobec własnej muzyki i nie kończymy

utworu, dopóki nie uznamy, że jest to najlepsza

kompozycja, jaką kiedykolwiek napisaliśmy.

Nie wiem jak to jest w przypadku innych

zespołów, ale dla mnie to prawdziwy przywilej

dzielić ponad połowę mojego życia z tymi

kolesiami. Nie mógłbym sobie wyobrazić grania

w innym zespole niż Angelus Apatrida.

Tworząc nowy materiał macie wypracowane

jakieś patenty, dzięki którym poszczególne

utwory nie są do siebie zbyt podobne?

Zwracacie na to uwagę już na etapie komponowania,

czy raczej na etapie dopracowywania

i aranżowania poszczególnych kompozycji?

Dzięki temu, że jesteśmy ze sobą dwadzieścia

lat, znamy się bardzo dobrze i to sprawia, że

każdy utwór jest wyzwaniem. Lubimy komponować

sami w domu, a potem razem składać

wszystko w całość. Z każdym nowym albumem

zaskakujemy się nawzajem kompozycjami

i uwielbiamy dopracowywać wszystkie

piosenki tworzyć całość. Rezultat jest zawsze

bardzo zaskakujący.

Co dzieje się z ewentualnymi odrzutami?

Wykorzystujecie je w inny sposób, na przykład

umieszczając na krótszych wydawnictwach,

bo choćby "Martyrs Of Chicago" z

ubiegłorocznego singla nie ma przecież na

albumie?

"Martyrs Of Chicago" był tak naprawdę kawałkiem

z "Cabaret de la Guillotine" z 2018

roku, jednak niewydanym utworem był cover

Slayera "The Antichrist". To jest nasz pierwszy

raz, kiedy mamy odrzucone i niedokończone

utwory; oczywiście dokończymy i poprawimy

te dwa lub trzy kawałki, które nie

weszły na album i zrobimy coś w przyszłości!

Jesteście więc nie tylko muzykami, ale również

fanami, zdajecie sobie sprawę z faktu,

że kolekcjonerzy uwielbiają takie rarytasy i

czasem im je podsuwacie?

Tak, oczywiście. I to jest jeden z głównych

powodów, dla których robimy tego typu rzeczy.

poprawić tej statystyki. To z jednej strony

frustrująca sytuacja, kiedy ma się album

jakby idealnie stworzony do prezentowania

na żywo, ale z drugiej to nie było nic zaskakującego

- wiedzieliście jak wygląda sytuacja

i trzeba było przyjąć to wszystko na

klatę, skupić się na stworzeniu jak najlepszego

materiału?

Wiedzieliśmy, że pandemia nie skończy się

szybko, nawet w pierwszej części 2021 roku,

ale to przecież nasza praca na pełny etat, nie

możemy się zatrzymać i wierzymy, że od lutego

będzie coraz lepiej. Może nie będziemy

w stanie odbywać wielkich tras koncertowych,

ale jestem pewny, że zagramy kilka

koncertów przynajmniej w Hiszpanii w dużych

salach z dystansem społecznym, żeby

promować ten album do czasu, aż sytuacja się

poprawi. Mogliśmy skupić się na stworzeniu

najlepszych utworów i nagrywaniu ich bez

Foto: Fernando Morales

karierze, rodzaj nowego początku. Wiemy

też, że nazwa zespołu jest dość trudna do wymówienia

i zapamiętania dla wielu ludzi, więc

chcieliśmy sprawić, żeby było to podwójnie

trudne! Oczywiście możecie przeczytać międzynarodowy

symbol na okładce, więc będzie

łatwiej!

Nagrywaliście we wrześniu i w październiku,

to jest w momencie, kiedy pandemia

nieco zelżała, były widoki na pewien powrót

do normalności, odbywały się nawet małe

koncerty, ale zanim skończyliście miksy i

mastering było już wiadomo, że w trasę nie

ruszycie?

Niepewnych rzeczy było wiele. Wciąż są.

Wyobraź sobie, że kilka tygodni temu wszystko

wskazywało na to, że wraz z rozpoczęciem

szczepień będzie to początek końca pandemii,

ale nie, w tym tygodniu mamy do czynienia

w Hiszpanii z kolejnym rygorystycznym

lockdownem. Wszystko ma swoje wzloty i

upadki... miejmy nadzieję, że do końca lutego

wszystko będzie prezentowało się w lepszej

perspektywie.

Macie jakieś inne pomysły na skuteczne

promowanie nowej płyty, skoro koncerty,

póki co, odpadają?

Staramy się dotrzeć skuteczniej do naszych

fanów poprzez media społecznościowe, więc

śledźcie nas na Instagramie, Facebooku, Twitterze...

będziemy robić wiele różnych rzeczy,

aby promować nowy album i spędzać razem

wspaniałe chwile!

Wsparcie Century Media będzie tu chyba

50

ANGELUS APATRIDA


nie bez znaczenia, zresztą współpracujecie

już z nimi od ponad 10 lat, co też o czymś

świadczy?

Uwielbiamy rodzinę Century Media i jesteśmy

bardzo szczęśliwi i dumni, że pracujemy

z nimi od tak długiego czasu. A to jest dopiero

początek. Tak, już okazują nam wiele

wsparcia i bardzo pomagają zespołowi, bardzo

miło jest być z nimi.

"Angelus Apatrida" to wyłącznie najnowsze

utwory, stworzone pewnie w czasie lockdownu?

Jest kilka niedokończonych utworów z końca

2019 roku, więc tak, wszystko zostało w większości

skomponowane podczas ścisłego zamknięcia

i ukończone latem.

To prawda, że początkowo myśleliście o EPce,

ale wena wam dopisywała i skończyło się

na albumie?

Chcieliśmy nagrać EP-kę w kwietniu, ponieważ

dużo koncertowaliśmy i mamy mnóstwo

koncertów do odbycia w ciągu całego roku,

ale chcieliśmy wydać coś nowego przy okazji

naszej 20-stej rocznicy. Ale odkąd wszystkie

trasy zostały odwołane, kontynuowaliśmy

komponowanie, aż do momentu, kiedy mieliśmy

materiał na kolejny album.

Brzmicie jeszcze potężniej niż kiedyś - to

kwestia studyjnej produkcji, wykorzystania

nowych instrumentów czy może obniżenia

stroju gitar?

Muzycznie poszliśmy o pół kroku w tył w tuningu,

co sprawia, że wszystko jest trochę

"większe" i brzmi bardziej potężnie. Poza tym

pracowaliśmy z Zeussem (Hatebreed, Rob

Zombie, Overkill...) i jest on niezłym kozakiem,

sprawiającym, że albumy brzmią mocniej.

Również to, że muzyka i teksty były

pisane podczas tej pieprzonej pandemii,

sprawiło, że muzyka jest wyjątkowo mocna,

bardziej potężna, agresywna i brutalna. To

jest gniewna muzyka na nieprzyjazne czasy.

Czyli niejako wróciliście do czasów waszych

pierwszych fascynacji, bo przecież na

pierwszym albumie zamieściliście swoją

wersję "Dominion" Pantery?

Powiedziałbym, że wpływy hardcore i punka,

które zawsze mieliśmy, są teraz bardziej widoczne

niż kiedykolwiek. Oczywiście Pantera

to jeden z naszych ulubionych zespołów z

wielkim wpływem na nas, uwielbiamy ich

brzmienie i ich postawę, to było naturalne, że

ta surowa energia przyszła jednocześnie z tą

wielką mocą.

Zmieniło się również to, że praca w Portugalii

z Danielem Cardoso nie była możliwa,

więc sami wyprodukowaliście ten materiał z

pomocą Juanana Lópeza; dopiero na ostatnich

etapach miksem i masteringiem zajął

się wspomniany Christopher "Zeuss" Harris

- to też swoisty znak pandemii?

Nie, kochamy Zeussa i chcieliśmy zmian.

Daniel jest naszym dobrym przyjacielem i jesteśmy

bardzo wdzięczni za jego pracę i pomoc

przez te wszystkie lata; chcieliśmy jednak

zmiany, skupiając się na bardziej amerykańskim

brzmieniu. Skontaktowaliśmy się

więc z Zeussem i był bardzo szczęśliwy, mogąc

z nami pracować. Zrobilibyśmy to samo

bez pandemii.

Foto: Fernando Morales

Czy to nie ciekawy zbieg okoliczności, że

wasz poprzedni album "Cabaret de la Guillotine"

dotyczył zagłady monarchii francuskiej

w roku 1789, a tu proszę, na naszych

oczach niewyobrażalnym i też epokowym

przemianom podlega cały, współczesny

świat - myślisz, że ludzkość co jakiś czas

musi doświadczać takich przełomowych wydarzeń

jak epidemie, rewolucje czy wojny

światowe, mamy to zakodowane w naszym

genotypie, że w końcu musimy coś spieprzyć?

Tak, całkowicie... To wszystko jest o problemie

kapitalizmu i poszukiwaniu fortuny i

władzy przez elity. Ale my lubimy patrzeć na

to wszystko jak na część historii; nie jesteśmy

tu po to, by toczyć jakąkolwiek wojnę.

Wygląda na to, że pandemia znalazła odbicie

w waszych tekstach, zresztą wcześniej

też komentowaliście w nich różne aspekty

rzeczywistości czy ludzkiego życia?

Tak, nasze teksty są pełne krytyki systemu,

kwestii społecznych, walki o prawa człowieka,

itp. Pandemia ujawniła wiele ekstremizmów

w społeczeństwie, a także bolesnych

sytuacji z powodu infekcji. To wszystko jest

słyszalne w naszej muzyce, nie tylko w tekstach.

Czyli nie ma co szukać natchnienia na siłę,

życie samo podsuwa źródła inspiracji, a teraz

doświadczamy czegoś tak szczególnego,

że aż nie można o tym nie pisać?

W naszym przypadku tak było. Niestety

świat stanął do góry nogami, wszędzie dzieją

się szalone rzeczy, rzeczy, których 15 czy 20

lat temu nie mogliśmy sobie nawet wyobrazić,

bo brzmiałyby jak z hollywoodzkiego filmu,

a jednak się dzieją. To jest dziwnie wciągające,

tak naprawdę. Ale i niebezpieczne.

Myślisz, że pandemia może być tylko początkiem

niewyobrażalnych zmian i pogorszenia

się ogólnej sytuacji na świecie? To

niewesoła perspektywa, ale wszystko na to

wskazuje?

Nie sądzę. W ten czy inny sposób rzeczy wrócą

do "normalności", nie sądzę, żebyśmy przeżyli

wielkie zmiany w społeczeństwie, ale bardzo

ważne jest, żeby nie popaść w ekstremistyczny

populizm i nadal szanować prawa

człowieka; przynajmniej tyle możemy zrobić

dla naszego wzajemnego, dobrego samopoczucia.

Masz wśród tych dziesięciu utworów jakiś

ulubiony, który jest dla ciebie czymś więcej

niż tylko kolejnym numerem Angelus Apatrida?

Może to singlowy "Bleed The Crown",

dość reprezentatywny dla waszego stylu?

"Indoctrinate" jest jedną z moich ulubionych

kompozycji, razem z "The Age Of Disinformation"

czy "Disposable Liberty". "We Stand Alone"

również jest jednym z moich ulubionych,

refren będzie magiczny, kiedy zagramy to na

żywo!

Angelus Apatrida to zespół, który broni się

przede wszystkim bezkompromisową muzyką

i taką samą postawą - raczej trudno wyobrazić

sobie, że staniecie się z dnia na dzień

mainstreamowym zespołem, to byłaby zdrada

ideałów i zaprzeczenie tego, co wypracowaliście

przez lata?

Czym jest mainstream? Nie wydaje mi się, żeby

to mogło się zdarzyć, ponieważ nie gramy

mainstreamowej muzyki metalowej. Nie każdy

lubi thrash metal, chyba, że jesteś jednym

z tych wielkich zespołów. Czy powinniśmy

zmienić naszą muzykę? Już teraz tworzymy

dużo bardziej agresywną i brutalną muzykę,

którą uwielbiam. Naprawdę wątpię, że będziemy

tworzyć muzykę dla szerokiej publiczności.

Również wewnątrz heavy metalu nasza

muzyka jest w mniejszości, jestem po prostu

szczęśliwy z tego, jacy jesteśmy i z tej "sławy"

oraz uznania, które już mamy. Nie chcemy

wypasionych samochodów czy drogich

domów. Mnie wystarcza moja skromna pensja,

za którą opłacam mieszkanie, rachunki,

piwo i jedzenie. I możliwość koncertowania

tak często, jak to tylko możliwe!

Pandemia przyćmiła fakt, że obchodzicie w

tym roku jubileusz 20-lecia istnienia. Pewnie

chcieliście celebrować ten fakt na koncertach,

ale nic z tego - póki co musimy cieszyć

się więc waszą nową płytą i liczyć, że sytuacja

w końcu unormuje się?

Od teraz każdy koncert będzie świętem! Liczby

to tylko liczby, świętujmy życie i heavy

metal!

Wojciech Chamryk & Sara Ławrynowicz

ANGELUS APATRIDA

51


HMP: Cześć Skaya! Dzięki, że zechciałeś

poświęcić swój czas na rozprawienie się z

moimi pytaniami! Słuchaj, jak się miewasz?

Udało Ci się przywyknąć do sytuacji, która

nas otacza, czy raczej jesteś w totalnej

opozycji do tego, co się stało na świecie?

Skaya: Oczywiście przywykłem, bo nie mamy

innego wyjścia, ale pewnie jak wszyscy

Nasza muzyka łączyła

Dla jednych legenda, dla drugich popelina. Szczeciński Quo Vadis wciąż

ma swoich wiernych fanów, jak i przeciwników. Dyskusja rozgorzała na nowo w

momencie najświeższej reedycji debiutanckiego materiału przez chińską wytwórnię

Huangquan Records. Wydaje mi się, że to jednak dobrze - w końcu zespół

wyzwala jakieś emocje, a nie jest tylko chwilowym zachwytem albo, co najgorsze,

popada w całkowite zapomnienie. To ostatnie Quo Vadis nie grozi. W związku z

najnowszymi wydarzeniami szkoda by było nie zapytać Tomka "Skaya" Skuzę o

szczegóły. Naturalnie poruszyłem jeszcze sporo ciekawych kwestii. Warto poświęcić

chwilę, zwłaszcza, że basista i wokalista zespołu to przesympatyczny gawędziarz.

zadziałał u mnie stereotyp, że Chiny to prawie

półtora miliarda ludzi, więc nie wiadomo

jaki będzie nakład, ale potem jak już się dogadaliśmy,

że to grupa pasjonatów to już poszło

gładko. Wspominam taki zabawny epizod,

no bo już mamy podpisywać umowę, ale

ja się zastanowiłem, że pisze z jakimś "człowiekiem

widmo", więc poprosiłem go żeby

zeskanował swój ID (dowód osobisty)… No i

on zeskanował i mi przesłał a tam oczywiście

same "chińskie krzaczki" - no i wtedy pomyślałem

sobie - "no kurwa go sprawdziłem"

(śmiech).

Zadowolony jesteś z formy tego wydawnictwa?

Miałeś wpływ jak to ma wyglądać

czy dostałeś już gotowy projekt?

Tak jestem zadowolony - jedyny warunek

jaki postawiłem to było, że teksty mają być

przetłumaczone na chiński (śmiech).

Nasza rodzima wytwórnia Old Temple

Records również zdecydowała się na ponowne

wydanie debiutu Quo Vadis. Czym

różni się to wydanie od tego chińskiego?

Wersja chińska jest anglojęzyczna, a jako bonus

dołączona jest cała płyta w polskiej wersji,

natomiast w przypadku wydawnictwa

Old Temple jest odwrotnie, płyta jest po

polsku, a jako bonus jest wersja angielska.

A to nie wszystko, na trzydziesto lecie wydania

debiutu wydaliście też ten album ponownie

na winylu dzięki współpracy z Underground

Front Records. Pamiętasz ile zachodu

i kłopotów mieliście przy wydaniu

swojej pierwszej płyty?

Oj tak!!! To były inne czasy… wszystko robiliśmy

wtedy sami, zleciliśmy firmie Arston

tłoczenie płyt. Gdzieś na lewo za flaszkę i

koszty papieru zgodził się nam wydrukować

maszynista z Państwowych Zakładów Graficznych

(na co dzień drukujących gazety codzienne)

- nie było prywatnych drukarni!!!

Potem u Wojtka Słabickiego (nasz perkusista)

kleiliśmy okładki, gdzieś u mamy naszego

przyjaciela Czapli w pracy było ksero,

więc teksty szły na ksero, a potem to wszystko

razem, w plecaki i jeździliśmy po Polsce

do sklepów muzycznych i sprzedawaliśmy

płyty...

nie mogę się doczekać powrotu do normalności,

chce się iść na cokolwiek do kina, teatru,

opierdoliłbym coś na ciepło w restauracji,

wypił browar przy barze (śmiech)

Mimo wszystko, każdy z nas dostał, niejako

w gratisie, sporo wolnego czasu. Jedni

odczuwają to mniej, inni - tak jak między

innymi muzycy - o wiele bardziej. Powiedz,

czy ten okres jest dla Ciebie jakoś twórczy,

czy przez dysponowanie większą ilością

czasu… na przykład napisałeś już nową

płytę Quo Vadis? (śmiech)

Ja na szczęście mam trzy tematy muzyczne,

bo oprócz Quo Vadis, gram jeszcze w akustycznym

projekcie Pan Górski i SPółka i

reaktywujemy taki gotycki zespół Athanor.

Kończymy nagrywać płytę z Panem Górskim,

robimy materiał z Athanor i w zasadzie

mamy w wersji roboczej materiał na nową

płytę Quo Vadis… jak skończymy z płytą

akustyczną to ruszamy mocno z Quo Vadis.

Foto: Quo Vadis

Na pewno wrócimy jeszcze do współczesnego

okresu Twojej grupy, ale pretekstem

do tego wywiadu stała się, naturalnie, reedycja

debiutu. Chińska wytwórnia, Huangquan

Records, postanowiła zabrać się

za ten legendarny skądinąd materiał. Wojtek

z Monastery mówił, że w ich przypadku

dotarli do muzyki przez sieć. A z wami jak

było, w jaki sposób dostaliście się pod

skrzydła Chińczyków?

U nas oczywiście tak samo odezwał się Wu

Yahan i zaproponował wydanie naszej reedycji

pierwszej płyty… wiesz na początku

Muzyka Quo Vadis dziś brzmi dość specyficznie.

Czuć na niej znak czasów, w jakich

powstała. Wtedy, w latach 80. pod koniec w

wielu zespołach słychać było inspirację

tzw. Zachodem. Tomku, pamiętasz co wywarło

na ciebie tak wielki wpływ, że postanowiłeś

zacząć przygodę z muzyką metalową?

Taki pierwszy, pierwszy zespół to był Black

Sabbath i utwór "The Sign Of The Southern

Cross" z płyty "Mob Rules" - ja chodziłem

wtedy do 6 klasy szkoły podstawowej i to był

ten moment… Potem jak już zacząłem grać

to z jednej strony były amerykańskie tuzy jak

Slayer, Overkill, Exodus oraz fala niemieckich

zespołów jak Helloween, Destruction,

Kreator, Sodom.

Słuchając debiutu Quo Vadis siłą rzeczy,

oprócz agresywnej muzyki, pojawiają się

mocne teksty. Czy z perspektywy czasu

jesteś z wszystkich, hm, zadowolony? To

znaczy czy nadal reprezentujesz takie sta-

52

QUO VADIS


nowisko czy jednak po takim czasie spoglądasz

na pewne sprawy inaczej?

Teksty pisał Mariusz "Bączek" Bączkiewicz

czyli założyciel Quo Vadis, on był ode mnie

pięć lat starszy, jak ja miałem 17 lat a on 22

i to była przepaść. Teksty w dużej mierze

miały charakter polityczno-społeczny, a to

zawsze jednak powoduje, że nie są one zupełnie

uniwersalne, tylko są tu i teraz! Czasem

zdarza się napisać coś, co się nie starzeje i

takim ciągle aktualnym tekstem jest na przykład

utwór "Obojętność" z płyty "Politics" o

zabarwieniu wojennym.

Muzycznie Quo Vadis proponowało wtedy,

jeśli można tak zaszufladkować, death/

thrash metal. Ja jestem młody chłopak,

(śmiech) i dla mnie ciężko jej stanowić dla

status kultowej. Natomiast wielu ludzi z

tamtego okresu bardzo ciepło wspomina

właśnie ten materiał. Jak sądzisz, czym mogłeś,

zespół mógł, zaskarbić sobie sympatię

tylu ludzi, że po latach, nadal chętnie sięgają

po reedycję tego materiału?

Ponieważ byli młodzi i to im się kojarzy z

młodością. Ty za 30 lat będziesz ciepło

wspominał te zespoły, których słuchasz teraz

(śmiech), nawet jeżeli nie wszystkie są wybitne

(śmiech). Ja lubię Kreator i bardzo ciepło

wspominam ich płytę "Pleasure To Kill"

pomimo, że nagrali ileś dużo lepszych albumów

to ja z sentymentem słucham tej, bo kojarzy

mi się z młodością (śmiech). Natomiast

to była nasza taka najbardziej skomplikowana

technicznie płyta, nawet teraz po latach

jak bierzemy coś na warsztat z tej płyty

to się sami dziwimy, ależ komplikowaliśmy

wtedy (śmiech).

Czy przypominasz sobie jak przebiegała

tamta sesja? Są może w otchłani pamięci

jakieś "smaczki", którymi mógłbyś się podzielić?

Nagrywaliśmy na 8-śladowy magnetofon…

(ja pierdzielę, dzisiaj 8-sladów to ja na sam

wokal potrzebuję)… Pomijając, że była to

żmudna praca… To kojarzy mi się tekst

Wojtka, który był perfekcjonistą oraz kopalnią

nieoczywistych pomysłów i zagrywek

muzycznych. No i skończyliśmy nagrywać, a

realizator walczy z brzmieniem, jak wiemy,

Foto: Quo Vadis

ciężko było "ukręcić"

jakiś dobry dźwięk, bo

sprzęt był nie najwyższych

lotów zarówno

studyjny, jak i nasze

instrumenty… I realizator,

walczy, walczy…

my ciągle średnio

zadowoleni… i

wreszcie Wojtek mówi

do niego: "Słuchaj teraz

to cały czas jest Teatr

Telewizji a Ty zrób z tego

Film Fabularny" no i pamiętam,

że gość się

wkurwił, wyszedł,

trzasnął drzwiami i poszedł

się przewietrzyć

(śmiech).

Swego czasu Exodus,

na pewno jeszcze Sodom,

Destruction czy

Testament sięgali po

swoje stare numery i

nagrywali je na nowo.

Byłbyś w stanie zrealizować

coś takiego z

Quo Vadis? Jakie

masz podejście do takich

operacji - czy

uważasz, jak ja na

przykład, że nie jest to

w ogóle do niczego potrzebne,

czy wręcz

przeciwnie, darzysz

dużą aprobatą takie

akcje?

Czasami by mnie to

kusiło, ale tylko dlatego,

że posłuchałbym

jak brzmią te utwory

jak są dobrze nagrane

Foto: Quo Vadis

(śmiech), ale żeby je wydawać to chyba nie

jest potrzebne (śmiech).

Wracając na chwilę do warstwy lirycznej

tej płyty. Kilka tekstów, zwłaszcza w roku,

kiedy wyszła płyta, mogło budzić, delikatnie

mówiąc, kontrowersje. Miałeś jakieś poważne

problemy z uwagi na krytykowanie

wojska ("Monofobia"), poruszania zawsze

delikatnej dla władz sprawy Katynia

("NKWD") czy też stanowisko wobec

władz ("Czerwone prawo")?

Tak jak wspomniałem były teksty mocno

upolitycznione, a "MONofobia" (czyli lęk

przed MONem) to był bardzo ważny społecznie

utwór - dla Ciebie pewnie teraz spawa

abstrakcyjna, ale wtedy było tak, że młodzi

mężczyźni musieli odbywać przymusową

służbę wojskową dwa lata, obcinane włosy,

dramaty itp. My z pierwszego składu Quo

Vadis: Bączek, Słaby i Ja to z nas nikt nie

był w wojsku, bo wszyscy "świrowaliśmy", a

ja miałem dwóch starszych od siebie nauczycieli,

więc to jest historia na osobny wywiad

(śmiech). Ale wracając do Twojego pytania to

już wtedy była odwilż i nie spotkały nas jakieś

represje z tego tytułu...

Wśród tych wszystkich kawałków nagle

mamy przerywnik. Pojawia się wasza wersja

przeboju grupy Maanam "Kocham Cię

kochanie moje". Skąd w ogóle taki pomysł,

żeby sięgnąć akurat po twórczość Kory i

Jackowskiego?

To właśnie Wojtek Słabicki wpadł na ten

pomysł, że utwór jest tak fajny, że jakbyśmy

zrobili z niego thrashowy galop to mogłoby

być super… No i tak zrobiliśmy. Utwór się

przyjął i nawet w Rozgłośni Harcerskiej,

Tomasz Ryłko puszczał go codziennie o

6:00 rano jako pobudkę.

QUO VADIS 53


Później też zdarzyło się Wam nagrywać dość

nieoczywiste covery - m.in. Roya Orbisona,

Breakoutu, The Police, Jerzego Petersburskiego

czy Nirvany… Zastanawiam

się czy to było odzwierciedlenie Waszych

gustów czy z szelmowskim uśmiechem wciśnięcie

tego kija w mrowisko? Bo wiesz,

metal i tak dalej a tutaj nagle "Ta ostatnia

niedziela" czy "Pretty Woman"… I to już

nie chodzi o to, jak to jest zagrane, ale o sam

wybór. Mam nadzieję, że wiesz o co chcę

zapytać… (śmiech)

"Pretty Woman" to znowu robota Wojtka

(śmiech), a co do pozostałych to z każdym

coś się wiązało. Najciekawsza historia to ta z

numerem "Wielki ogień" Breakout… Byliśmy

z Bączkiem na koncercie szczecińskiego zespołu

After Blues, gdzie oni gościnnie występowali

z Mirą Kubasińską i wtedy po raz

pierwszy usłyszeliśmy ten numer. Wiesz, pomimo,

że to była bluesowa aranżacja, czysta

nieprzesterowana gitara to numer miał taką

siłę i ciężar, że postanowiliśmy go zrobić i

wtedy jeszcze wpadł pomysł… hmmm… A

jakby zaśpiewała sama Mira Kubasińska?

To byłoby coś! I tak się stało!!! (śmiech).

Tomku a jak z perspektywy czasu oceniasz

kolejne płyty Quo Vadis? Z którego materiału,

a jest ich trochę, jesteś dziś tak naprawdę

zadowolony i nie chciałbyś nic a nic

zmieniać?

(śmiech) Nie ma takich (śmiech) Na tym

polega właśnie tworzenie, że zawsze pozostaje

jakiś niedosyt, że zawsze coś można by poprawić…

Oczywiście to dopiero wychodzi po

jakimś czasie, bo każdy na etapie tworzenia

ma wrażenie, że tworzy absolutnie epokowe

dzieło, najlepsze w dotychczasowej twórczości,

a dopiero po jakimś czasie okazuje się, czy

przetrwa próbę czasu (śmiech)... Dla mnie

takim najbliższym ideałowi jest "Born To

Die". Muzycznie, produkcyjnie oraz brzmieniowo.

Teraz trochę schematycznie, ale co tam

(śmiech) - jakie hobby ma Skaya, kiedy nie

zajmuje się muzyką?

(śmiech) Ostatnio tworzę abstrakcyjne obrazy…

(śmiech) Nie używam słowa maluję, bo

nie używam pędzla tylko w odpowiedni sposób

wylewam farbę (śmiech).

Wiadomo, że brakuje koncertów i spotkań z

fanami. Sytuacja na świecie trwa dość długo

i każdy tęskni już do przeszłości. Wspominasz

sobie czasem jakieś szalone akcje z

tras? Masz w pamięci jakieś szczególne

anegdoty, śmieszne albo, chociażby takie

dość poważne?

Teraz to jestem tak spragniony naszych wyjazdów,

grania, wspólnych imprez, że wszystko

wydaje mi się atrakcyjne z naszej przeszłości

i przyszłości… Dużo mamy takich historyjek…

Teraz tak na szybko, to przypomniało

mi się, jak wracaliśmy z festiwalu w Węgorzewie.

Jechaliśmy dłuuugo i dłuuugo, piękna

pogoda, od czasu do czasu zatrzymywaliśmy

Foto: Quo Vadis

się, żeby dokupić browary… No i zatrzymaliśmy

się w jakiejś mieścinie małej, jeden

sklep a w nim był specyfik do picia (nigdzie

wcześniej ani później nie spotkałem się z

nim). Coś jak wzmocnione wino w półlitrowych

butelkach jak piwo… I kupiliśmy po

kilka… Patrzymy a na etykiecie hasło reklamowe:

"Trzeciego nikt nie dopił..." (śmiech) No

i nie dopiliśmy (śmiech) .

Chciałem zapytać też o skład z pierwszej

płyty. Masz kontakt z chłopakami, którzy

tworzyli z Tobą Quo Vadis przez dobrych

parę paręnaście lat? Sprawdziłem, że rozstania

były co jakiś czas. Najpierw odszedł

perkusista Wojtek, potem gitarzysta Mariusz

a jako ostatni, najpóźniej pożegnał się

z Tobą Jacek Gnieciecki… Różnice muzyczne

czy jakieś inne sprawy decydowały o

tym, że skład ulegał zmianom?

Tak mamy kontakt (śmiech) to bywało różnie,

były rozbieżności muzyczne, rozbieżności

co do kierunku działalności, rozbieżności

interpersonalne jak w życiu, ale najważniejsze,

że po latach kumplujemy się i nie

ma sytuacji, że się z kimś nie lubimy

(śmiech).

Wiem, z opowieści starszych metalowców,

że w latach 80. Szczecin był dość poważnym

bastionem muzycznym i nie tylko.

Ekipa, jaka wtedy jeździła na koncerty była

silna i bezwzględna. Zanim nie zacząłeś

grać, albo nawet później, już w etapie Quo

Vadis, należałeś do tych, którzy pytali o

składy i zabierali cenne fanty (śmiech) czy

raczej starałeś się być z boku?

Ja nie byłem w tym gronie, bo to było sprzeczne

z moim podejściem - dla mnie muzyka

jest wspólnym mianownikiem do właśnie

spotykania nowych ludzi i zawierania nowych

znajomości, a nie szukania różnic, krojenia

biletów i tak dalej. Zresztą ta zła sława

Szczecina też towarzyszyła Quo Vadis, bo

jak gdzieś przyjeżdżaliśmy to na początku

była nieufność… Na szczęście nasza muzyka

łączyła (śmiech).

Cóż taki urok tamtych czasów. Wtedy było

też chyba trochę bardziej jasne, kto do czego

należy i tak dalej… Wiesz, metalowiec to

był metalowiec, punk to punk a depesz to

depesz. Dziś mamy trochę wszystko i nic.

Jak Ty do tego podchodzisz, do tej ewolucji

muzyki, ubioru…?

Sam mam irokeza czyli już na starcie nieco

może się to kłócić z wizerunkiem metalowca

(śmiech) ale ja uważam, że każdy powinien

ubierać się jak lubi, jak mu wygodniej, jak mu

się podoba, słuchać co tylko zechce… Nie

słucham tylko metalu, tylko miewam jakieś

takie fale, że najdzie mnie coś i słucham np.:

melodyjnego punka spod znaku Offspring,

Bad Religion, Die Toten Hosen. Potem

przychodzi faza i słucham black metalu…

Teraz ostatnio odkryłem coś takiego jak epic

music i straciłem głowę… Słucham tylko tego.

Wybacz ale kolejne pytanie będzie również

trochę schematyczne (śmiech). Jak widzisz

siebie czy zespół w przyszłości, za jakieś 5

czy 10 lat?

Tak jak dzisiaj będziemy nagrywać płyty i

grać koncerty (śmiech) .

Pora kończyć. Tomku, dziękuję raz jeszcze

za poświęcony czas i jeśli masz ochotę, zostawiam

Cię z naszymi czytelnikami -

jakieś słowo od Ciebie dla maniacs, dla

fanów, dla kogokolwiek (śmiech).

Dziękuję również, pozdrawiam wszystkich,

życzę zdrowia !!! Jeżeli już ktoś zachoruje na

to gówno to niechaj przechodzi to lekko i do

zobaczenia na naszych koncertach !!!

Dzięki, życzę zdrowia i szybkiego powrotu

na scenę!

Adam Widełka

54

QUO VADIS


HMP: Cześć. Co zasadniczo sprawia, że

muzyka Ragehammer jest, jaka jest? Oczywiście

poza tytułowym wkurwem, sączącym

się z głośników słuchaczy Waszej kapeli.

Heretik Hellstörm: Witaj. Hmmm... Dość

ciekawie zadane pytanie na początek. Wydaje

mi się, że to jest kombinacja czterech różnych

sposobów odbierania muzyki i osobistych,

nierzadko drastycznie różnych preferencji.

Lubimy zarówno jedynkę Helloween,

jak i dyskografię Bestial Warlust, Fields of

the Nephilim, "Transilvanian Hunger"

(Darkthrone - przyp. red.), Agent Steel w

równym stopniu, co Nifelheim, więc wydaje

mi się, że brak lęku przed łączeniem pewnych

wpływów konstytuuje na dzień dzisiejszy

to, co materializuje się jako Ragehammer.

...ilu tylko się da

Najpierw była okładka przedstawiająca krwawiącego niedźwiedzia mierzącego

się z watahą ogarów na czerwono-siarczystym niebie. Następnie były charakterystyczne

marszowe werble, które wraz z sekcją gitarową powoli przechodziły

z melancholijnie brzmiących motywów do black/thrashu: tak się rozpoczyna album

"Into Certain Death", który niedawno został wydany przez Ragehammer za

pośrednictwem Pagan Records. Przy owej okazji pozwoliłem sobie zadać parę pytań

wokaliście zespołu, Heretikowi Hellstörmowi. Między innymi o najnowszy album:

technikalia, liryki, jak i o to, w jaki sposób pojmuje black metal oraz co charakteryzuje

byłą stolicę Polski.

Jeśli jest jakaś, to chyba pewna wyczuwalna

większa dojrzałość kompozycyjna. Numery

są bardziej zwarte, bardziej w punkt i bez

nadmiernych wycieczek w ślepe zaułki. Brzmienie

płyty też jest jakby pełniejsze i bardziej

wyważone względem jedynki. Poza tym

mam wrażenie, że mimo programowej agresji,

ogólny wydźwięk "Into Certain Death"

jest jednak nieco chłodniejszy, więcej w niej

pogardy, niż ślepej furii. Mogę jednak mówić

tylko z perspektywy swojej, jako twórcy.

Ostatnie słowo jeśli idzie o interpretacje i tak

zawsze będzie należeć do słuchacza, a ja nie

lubię narzucać interpretacji naszej muzyki.

Jak przebiegał proces tworzenia i nagrań na

ten album? Gdzie, jak, kiedy oraz z kim?

Cóż, jak zwykle u nas, nie spieszyliśmy się i

komponowaliśmy materiał w spokoju, między

koncertami, dając niektórym kawałkom

dojrzeć, po czym po koncercie na F.O.A.D.

Fest 2018 w Krakowie zawiesiliśmy działalność

koncertową, żeby przez cały 2019r. skupić

się na komponowaniu i dopieszczaniu

Minęły już ponad cztery lata, od kiedy wydaliście

za pośrednictwem Pagan Records

Wasz debiut, "The Hammer Doctrine". Co

możesz powiedzieć o tym albumie z perspektywy

czasu?

Że to chyba nie najgorszy album. Jest parę

mielizn i nie do końca przemyślanych rzeczy,

jednak lubię myśleć, że jak na debiutancki

pełnograj "The Hammer Doctrine" spełniło

swoje zadanie i nie najgorzej broni się do

dzisiaj. Gdybyśmy nagrywali ją teraz, to pewnie

pewne rzeczy zrobiłbym inaczej, jednak

jako migawka z czasów, kiedy ta płyta powstała,

wydaje mi się, że jest taka, jaka być powinna.

Jedna kwestia, która mnie nurtuje od samego

początku. Black metal jest pojęciem tematycznym

odnoszącym się do liryk, a nie

pojęciem aranżacyjnym. Czy tak mam to

rozumieć? Bo tak to odbieram, kiedy słyszę

np. "First Wave Black Metal", tak też interpretuję

liczne pośrednie i bezpośrednie nawiązania

do kapel takich jak Venom, Angel

Witch oraz Running Wild (a także "Scarlet

Slaughterer" Magnus i "Battle Cry" Omen,

choć możliwie niezamierzenie).

Dobrze kombinujesz. Dla mnie black metal

jest bardziej postawą, niż ścisłą szufladką gatunkową.

"First Wave Black Metal" był właśnie

próbą zwrócenia uwagi na nieco zapomnianą

Pierwszą Falę i jej rozpiętość stylistyczną,

gdzie było miejsce zarówno na liryczny

Angel Witch, rubaszno-punkowy Venom,

jak i mroczne Mercyful Fate i dość ekstremalnego,

jak na swoje czasy Kata. Reszta to

Foto: Ragehammer

tylko krytyka degrengolady gatunku, który

coraz bardziej zapędzał się w nijakość i przerost

formy nad treścią, który zaowocował koszmarkami

w typie Carach Angren. Horrendum

straszliwe, jakby rzekł Makłowicz Robert.

Z Omen bym się nie zapędzał, ale miejsce

dla Szkarłatnego Rzeźnika Magnus

owszem znalazło się w tym kawałku.

W ogóle co sądzisz o tym, że Running Wild

poszedł w tematykę historyczno-marynistyczną,

a nie został w tematyce satanistycznej?

Wydaje mi się, że to w sumie nic złego, bo

poskutkowało to kilkoma absolutnie wspaniałymi

albumami. Właściwie do "The Rivalry"

włącznie, uwielbiam ten zespół bardzo

mocno, jednak to dwie pierwsze płyty, gdzie

jeszcze byli Czarnymi Demonami, a nie

Lwami Morza są dla mnie najistotniejsze.

Jednak nie wyobrażam sobie świata bez "Blazon

Stone", czy "Pile of Skulls". Ciekawym

jednak, co by było, gdyby Kapitan Rolf pozostał

wierny Diabłu i czy w dzisiejszych

czasach nie odżegnywałby się od dziedzictwa

black metalu, jak to dumnie głosił w "Prisoners

of Our Time".

Jaka Twoim zdaniem jest cecha, która różni

Wasz debiut od najnowszego "Into Certain

Death"?

materiału. Praca nad komponowaniem to

rzecz diametralnie różna od ogrywania setu

na koncerty, więc woleliśmy się nie wybijać z

rytmu twórczego, tylko upewnić się, że tego,

co zamierzamy nagrać, jesteśmy pewni na

101%. Kiedy uznaliśmy, że to już i wszystkie

kawałki "siedzą" jak powinny, dogadaliśmy

termin z M. i zaszyliśmy się na szereg sesji w

No Solace Studio. Z Mikołajem współpraca

jest nie tylko kawałkiem uczciwej, ciężkiej

roboty, ale i dużą przyjemnością, więc rejestracja

i miksy przebiegały bardzo sprawnie,

bo obie strony wiedziały, jak ma wyglądać

efekt końcowy i po prostu podążały we

wspólnym kierunku. W międzyczasie dogadaliśmy

szczegóły kwestii wydawniczych z

Pagan Records, jednak tutaj plany nieco pokrzyżowała

pandemia Covid-19. Album pierwotnie

miał się ukazać w okolicach kwietnia,

jednak niepewna sytuacja rynku zmusiła nas

wraz z Tomkiem do przemyślenia sprawy i

przesunięcia premiery na wrzesień. Nie żałuję

tej decyzji jednak z obecnej perspektywy,

ponieważ był czas spokojnie przemyśleć

plan promocji i opracować scenariusze na

RAGEHAMMER 55


56

każdą ewentualność. Płyta szczęśliwie ukazała

się 18 września 2020 i mam nadzieję, że

jednak warto było czekać.

"We Are the Hammer" jest w pewnym sensie

także odpowiedzią skierowaną w stronę

niedowiarków, którzy nie uwierzyli w Wasz

sukces?

Raczej próbą określenia, gdzie Ragehammer

jest w roku 2020. Istniejemy już niemal dekadę,

to niewiele, ale dla nas to 1/3 życia,

jakby nie patrzeć. Mamy za sobą dwa nieźle

przyjęte materiały, sporo konkretnych koncertów,

mamy swoich fanów i właśnie wracamy

z drugim pełnym albumem, na którym

konsekwentnie trzymamy się tego, co założyliśmy

sobie na początku grania w tym zespole.

To chyba nie najgorzej, jak na sezonową

ciekawostkę, której los wróżono nam za każdym

razem, kiedy ukazywał się jakiś nasz

materiał, czy kiedy ruszaliśmy w trasę. To

jest też takie nasze fuck off do wszystkich

Wujków Dobra Rada, którzy jak zwykle

świetnie wiedzą co i jak powinniśmy grać.

Nie. To jest nasza muzyka, nasze zasady, jak

Ci się nie podoba marynarzu, tam jest szalupa,

wiesz co robić. I mam wrażenie, że nie

jest to nadal nasze ostatnie słowo...

Jakie państwo, które istnieje w obecnych

czasach, było najbardziej brutalne (wobec

wrogów i swoich obywateli) w historii ludzkości?

Czy mieliście na uwadze też jakieś

inne państwo niż Trzecia Rzesza, do której

pośrednie nawiązania można zauważyć w

części Waszych tekstów?

Ja wiem, czy my tak bardzo do hitlerowskich

Niemiec nawiązujemy? Owszem, pewne aspekty

estetyczne są podane w takiej formie,

w jakiej są, ale to raczej idzie o metaforę totalitaryzmu

jako takiego, w ujęciu XX-wiecznym.

Wracając jednak do pytania, wystarczy

popatrzeć na dzisiejszą Turcję, to jak

traktuje Kurdów i Ormian, w ogóle cały kocioł

na Wschodzie, dzisiejsza Rosja też mimo

wszystko nie jest kwiatem demokratycznych

cnót, w USA podziały społeczne są tak głębokie

w tym momencie, że na włosku wisi

wojna domowa, a dodajmy, że idzie o kraj,

gdzie tradycjami jest baseball, hamburger i

RAGEHAMMER

masakra w szkole. Żyjemy na kupie gówna i

żeby szukać brutalności i niehumanitarnego

podejścia do tzw. obywatela nie trzeba udawać

się w romantyzowaną przeszłość. Przecież

raptem w tym tygodniu policja z podjudzenia

partii rządzącej pałowała i traktowała

gazem protestujące kobiety. Wydaje mi się,

że jeśli tendencja się utrzyma, też możemy

mieć tutaj ciekawie.

Foto: Ragehammer

W sumie, jak duży wpływ na Wasz (przyjmijmy

tutaj aranżacyjną definicję) black

metal miała Druga Wojna Światowa? Czy

przeceniamy ten konflikt w kontekście tej

muzyki?

Druga, pierwsza, zasadniczo każda forma

zorganizowanej militarnej przemocy miała

tutaj jakiś wpływ. Druga jednak historycznie

była najbliżej współczesności i jako taka stanowi

najbardziej dobitny podajnik refleksji

na temat przemocy, jako czynnika kulturowego.

Także odpowiedź na Twoje pytanie

znajduje się gdzieś pośrodku. Natomiast daleki

byłbym od interpretacji naszej muzyki

wyłącznie przez pryzmat tego konfliktu.

Czy zgodziłbyś się ze stwierdzeniem, że jednak

czasy przed XX wiekiem mogły być

bardziej brutalne i ekstremalne niż się przyjmuje,

aczkolwiek być może w mniejszym

stopniu opisane, ze względu na niższy

postęp technologiczny?

Oczywiście, że bym się zgodził. W takim średniowieczu

zwykłe życie codzienne to była

walka z prawdziwego zdarzenia i średnia długość

życia (o ile przeżyłeś własny poród)

rzadko dociągała do czterdziestki. Postęp technologiczny

i cywilizacyjny sprawił, że

dzisiaj żyjemy z wszelkimi wygodami za relatywnie

niedużą cenę. Natomiast XX wiek

miał swoje odcienie ekstremy, nieznane

wcześniej w historii, jak chociażby Holodomor,

czy przemysłowa niemal machina

śmierci w obozach koncentracyjnych. Ludzkość

od swego zarania bardzo dużo uwagi

poświęca rzeczom, o których całe pokolenia

później mówi się ze zgrozą. Ciekawe, czy kiedy

dojdziemy w końcu do ściany w postaci

nuklearnej zagłady, potencjalne niedobitki

będą w stanie to przebić?

Skoro o tym zagadnieniu mowa, to nawiązując

do waszego innego utworu, "616 Terror

Korps". Czy zgadzasz się z teorią, że to

tak naprawdę 616 jest prawdziwą liczbą

szatana? W sensie jak bardzo prawdopodobne

jest, że to tak naprawdę był błąd przy

kopiowaniu?

Wydaje mi się to co najmniej prawdopodobne.

Tradycja zna wiele takich przypadków,

jak np. kwestia tego, czy rajskim drzewem

poznania była jabłoń (malus domestica), czy

szło o rozróżnienie dobra od zła (malum).

Biorąc jednak pod uwagę od jak substancjalnych

błędów tłumaczeniowo-merytorycznych

roi się w znanych przekładach pism

źródłowych, jak również kabalistyczną numerologię,

tutaj ciągle może iść o coś zupełnie

innego, niż po prostu "cyferki do oznaczania

Diabła". Myśmy jednak zdecydowali

się na tradycyjne ujęcie tematu po metalowemu,

zawierzając jednocześnie Papirusowi

115, jako że nawet w biblijnej stylistyce cenimy

oldskul (śmiech).

W tym samym utworze także w tekście

wspomnieliście o roku 1993, mówiąc, że

musicie przywrócić coś, co jest utracone.

Mniemam, że tutaj chodzi m.in. o podział

państwa przez religię, który został zaburzony

konkordatem zawartym w kwietniu,

czy mam tu rację?

Z mojej osobistej perspektywy 1993 to był

ważny rok. Wspomniany konkordat i przekształcenie

Polski w wycieraczkę Watykanu,

śmierć Euronymousa, zleszczenie się death

metalu, w mikroskali Polski posttransformacyjnej

chaos na pełnej i wkroczenie w czas

bylejakości... Jest wiele czynników, przez

które osobiście uważam, że 1993 był rokiem,

po którym już było tylko gorzej. Sam wtedy

byłem szczochem, jednak mam swoje prawo

do refleksji z perspektywy czasu i uważam, że

był to ze wszech miar rok graniczny i chujowy

na dodatek.

Pozwolę sobie jeszcze wejść na grunt stricte

wizualny. Co sądzisz o tym tekstowym

wideo, które sprawiło Wam do tego utworu

Pagan Records?

Sądzę, że wyszło bardzo dobrze, bo odpowiadałem

za zarys konceptualny i dogadywałem

wszystko z Heavision, które odpowiada za

realizację tego obrazka. Uważam, że złapało

zasadniczego ducha kawałka i sprawiło, że

parę osób poczuło się nieswojo.

Czy myśleliście o innym tytule dla "Dragon

City" np. "Krak's City"? W ogóle, co w

ostatnich latach w Krakowie jest najbardziej

charakterystyczną cechą tego miasta

Twoim zdaniem? Maczety, dwu-klubowy

podział piłkarski czy ironiczny smog buchający

z trzewi?

Nie myśleliśmy o innym tytule. Smok jest

symbolem Krakowa tak bardzo, jak precle,

maczety i tani mefedron, więc w wymiarze

symbolicznym jak znalazł. Co do cechy, która

jest najbardziej charakterystyczna dla życia

tutaj w ostatnich czasach, wymieniłbym

na pierwszym miejscu beznadzieję. Kolejne

kluby są zamykane, w centrum już właściwie

nie ma gdzie grać koncertów, jeśli tylko coś

zaczyna kulturalnie być ciekawe, natychmiast

przychodzą cwaniaczki z ratusza, popatrzą,

wycenią i pójdą sprzedać pod deweloperkę.

Życie kulturalne w tym mieście zdycha,


jak dziad na raka odbytu. Nawet kwestia

piłki nożnej nie ma się najlepiej, chociażby

burdel w Wiśle, czy brak spójnej wizji na

siebie Cracovii. Dobrze, że chociaż scena ma

się tutaj zupełnie nieźle ostatnimi czasy, czego

dowodzą ostatnie rzeczy Mgły, Medico

Peste, Terrordome, Rites of Daath, Over

the Voids czy Owls, Woods, Graves.

Jak duży wpływ ma na Was kultura hinduska,

manifestowana, chociażby w tekście

"Omega Red", za pośrednictwem między

innymi pojęć Kali-Yuga i Byk Dharmy?

Powiedziałbym, że raczej żaden, zważywszy,

że odwołałem się do niej w dwóch linijkach

na trzy pozycje w dyskografii, ale nie byłaby

to do końca prawda, bo jednak się tam

pojawiła. Zasadniczo staram się korzystać z

szerokiego spektrum wpływów, od mitologii i

symboliki różnorakiej, przez medycynę i

naukę, historię czy inne teksty kultury. Co

tylko akurat jest w stanie pomóc mi przekazać

w danym momencie myśl.

Najbardziej nieoczywista inspiracja liryczna,

jaką zawarliście na swoich albumach?

Wydaje mi się, że dzisiaj wskazałbym mieszankę

kortyzolu, testosteronu i adrenaliny,

jaka wydziela się w momencie wzmożonej

presji i strachu, która została główną osią tematyczną

"Fear Toxin" z "Into Certain

Death".

Czy planujecie ustanowić stosunkowo

oczywisty trend jednego polskiego utworu

w Waszej dyskografii?

Niczego nie planujemy. Robimy i patrzymy,

co będzie. Chciałbym kiedyś zaśpiewać jakiś

numer po niemiecku, bo lubię brzmienie tego

języka.

Foto: Ragehammer

Zauważyłem, że jednak jesteście na FB. W

sumie coś się zmieniło w Waszym podejściu,

które zostało przedstawione w wywiadzie

dla Metalurgii z 2017r.?

Długo się broniliśmy i do teraz nie jestem do

końca zwolennikiem tego czegoś, jednak obecnie

to jest niestety pewna podstawa w sprawnej

komunikacji na linii zespół-promotorzy

koncertowi, czy wytwórnia. Tak więc chcąc

nie chcąc musieliśmy jednak się zdecydować

na swojego Facebooka. Staramy się prowadzić

go bez tych wszystkich umizgów i wodotrysków

z dupy, odezw do maniax itp. badziewia,

natomiast sporym plusem jest możliwość

własnoręcznego kontrolowania informacji

o zespole pojawiających się gdzieś w

sieci i posiadanie własnego autoryzowanego

kanału komunikacyjnego w sieci. Ot, wymóg

czasów, w których żyjemy...

Jak bardzo syndrom natychmiastowej gratyfikacji

jest widoczne w muzyce black/

thrashowej? Czy uważasz, że jakoś znacząco

to wpływa na Was?

Nie wiem, jakiej odpowiedzi oczekujesz w

tym przypadku. Kwestie syndromu natychmiastowej

gratyfikacji przywoływałem jako

cywilizacyjną bolączkę czasów, w których

żyjemy. Czy ma to przełożenie na scenę

black metal/thrash? Nie wiem, bo coraz

mniej śledzę. Raczej chyba tylko w wymiarze

kolejnych wysypów dzielnych młodzianów w

katanach, którzy idą gromić pozerów, a po

wydaniu pierwszego materiału okazuje się, że

trzeba trochę się postarać i ciężej popracować,

więc stwierdzają "e, to już mi się nie chce"

i idą do piachu. Lepiej se posłuchać jedynki

Tormentora.

Czego nie zrobicie w 2021 roku? A także, co

zrobicie w 2021?

Jak tak dalej pójdzie, to w 2021 r. nie zagramy

żadnego koncertu. Ale poważnie myśląc,

wydaje mi się, że w 2021 nadal się nie rozpadniemy,

nie zmienimy stylu, w którym

gramy, nie będziemy skakać wyżej wała i nie

będziemy próbowali zostać pieszczoszkami

prasy i sceny. Ktoś musi być chujem. Natomiast

co zrobimy? Na pewno jakoś uczcimy

fakt 10. lat egzystencji Ragehammer...

Wasza okładka do najnowszego albumu

wygląda zajebiście. Mógłbyś powiedzieć

kilka słów o niej, o tym jak powstała i kto ją

stworzył?

Okładka jest dziełem mojej przyjaciółki i

znakomitej malarki, Devinez. Zawsze podobały

mi się poważne, malowane okładki w

stylu (wczesnego) Marschalla, czy Elirana

Kantora, podobała mi się surowa powaga

wynikająca z doboru kolorów i medium, a

potrzebowałem jakiejś metafory sytuacji, w

której mimo zdawałoby się z góry przesadzonego

wyniku starcia, skazany na porażkę

nie oddaje skóry bez walki. Idąc na pewną

śmierć, warto mieć pewność, że zabierze się

ze sobą tylu przeciwników, ilu tylko się da.

Stąd pomysł niedźwiedzia, zaszczutego

przez sforę głodnych krwi ogarów. Przekazałem

ten pomysł Devinez i po jakimś roku,

kiedy pokazała mi pierwsze efekty swojej

pracy, wypieprzyło mnie z butów. A trzeba

wiedzieć, że nie jest to osoba, która łatwo

daje się namówić na działania artystyczne,

które są podyktowane jakimikolwiek czynnikami

zewnętrznymi, które nie pokrywałyby

się w stu procentach z jej artystycznymi wizjami.

Uważam ten obraz za absolutnie

wspaniały i jestem dumny z faktu, że ozdabia

on front płyty Ragehammer.

Dzięki za wywiad. Powodzenia! Ostatnie

słowa należą do Ciebie...

Dzięki za pytania. Wspierajcie swoją lokalną

scenę, róbcie ziny, twórzcie muzykę, rysujcie

grafiki, nie oglądajcie się na modę i polityczną

propagandę z jakiejkolwiek strony.

Jacek Woźniak

Foto: Kuba Wierzchowski

RAGEHAMMER

57


Pytam, bo porządkując fakty, działa zespół

od 1987 roku. Dopiero w 1992 roku ukazało

się pierwsze demo, nazwane właśnie "Holy

Inqvisition". Wspominacie sobie czasem

ten okres grupy?

Właściwie w 1987 roku nie było jeszcze

Monastery tylko Zakon (trochę inny skład).

Ale wracając do pytania, to nie bardzo jest

jak wspólnie wspominać, bo członkowie zespołu

z czasów "Holy Inquisition" (oprócz

perkusisty - Małego), praktycznie nie utrzymują

ze sobą kontaktu. Jednak myślę, że każdy

z osobna fajnie wspomina tamte czasy.

Zajebiste klimaty

Kto by przypuszczał, że po długim czasie wyciągnie Monastery z niebytu

chińska wytwórnia. Jak to mówią - lepiej późno niż wcale. Zespół to jeden z tych

niszowych, ale z ciekawą przeszłością. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że

ich nagrania mogą jeszcze zainteresować. Właśnie o tych starych dziejach, ale i

zajęciach w czasie pandemii i o tym, jak udało się trwać z żoną w jednym zespole

opowiedział gitarzysta Wojtek "Poland" Cenajek. Krótko, zwięźle, ale co ważne,

treściwie.

HMP: Witam z ramienia Heavy Metal Pages.

Miło mi, że mogę zadać kilka pytań,

tym bardziej, że mimo zawieszenia, sporo

się ostatnio w Monastery działo. Zatem

nie mogę nie zapytać - jak czujecie się jako

światowy zespół?

Wojtek "Poland" Cenajek: Witam! Czujemy

się zajebiście! Paręset płyt na ponad miliardowy

kraj na pewno czyni z nas jednostkę

kultu! (śmiech)

Naturalnie moje pytanie dotyczyło tego

dość niezapowiedzianego wznowienia płyty

Idąc dalej to rok później pojawia się pierwszy

długogrający materiał - "God Save".

Przyznam, że krążek nie wywarł na mnie

jakiegoś piorunującego wrażenia, ale domyślam

się, że dla Was w tamtym okresie to

było nie lada wydarzenie. Jak oceniacie ten

materiał, sesję, ogólnie ten fragment działalności

z perspektywy ładnych dobrych kilkunastu

lat?

Myślę, że każdy kto gra w jakimś zespole

wkłada całego siebie w zespół, w komponowanie,

pisanie tekstów, nagrywanie itd. Nikt

nie planuje tego czy dana płyta będzie dobra,

lubiana czy zła. Z perspektywy czasu, na pewno

były to zajebiste klimaty.

Chciałbym zapytać o pewien dość specyficzny

utwór… Na pierwszym albumie

znalazła się "Zuzia". Powiem, że dla mnie

trochę niepotrzebny, rozbija jakoś "God

Save", a na "Świętej Inkwizycji" powraca

jak bumerang. Pamiętasz skąd się wzięła ta

laleczka, (śmiech)?

"Zuzia" powstała w trochę "przePORNOlonej"

głowie Kuby (ówczesny basista i wokalista).

Monastery zawsze miało jakiś humorystyczny

kawałek koncertowy "dla ludzi" na

rozluźnienie atmosfery (najpierw "Zuzia", potem

"Chryzantemy Złociste"). Utwory te zawsze

"rządziły" na koncertach i nawet nie słuchający

metalu znali te pastiszowe kawałki.

Acz, rzeczywiście tematycznie "Zuzia" pasuje

do materiału z płyty jak pięść do nosa

(śmiech). Pewnie dlatego nie umieściliśmy

"Chryzantem" na "Thrashing Pictures", ale

często graliśmy je na koncertach.

"Święta Inkwizycja" przez chińską wytwórnię

Huangquan Records. Może przybliżysz

trochę okoliczności, w jakich doszło do takiego

obrotu spraw?

Przypadkiem… Chłopaki z wytwórni Hangquan

Records wydali najpierw płytę innej

polskiej kapeli, tj. Quo Vadis, i "po nitce do

kłębka" natrafili na nasz materiał, znaleźli do

nas kontakt w internecie i napisali.

58 MONASTERY

Foto: Monastery

Zakładałeś kiedykolwiek, że taka sytuacja

może się dla Monastery zdarzyć? Że nie

tylko ta, ale jakaś europejska czy też światowa

wytwórnia w ogóle zainteresuje się

waszą twórczością?

Niestety, chińska reedycja "Świętej Inkwizycji"

nie wzięła się z naszej popularności,

tylko z tego, że Hangquan Records specjalizuje

się akurat w zespołach thrash metalowych

z lat 80-tych i 90-tych z całego świata.

Zaopatrzyli się w kasetę Monastery kupioną

gdzieś na e-Bayu, spodobało im się to co

usłyszeli i tak się zaczęło. Tym sposobem

staliśmy się posiadaczami wydanej w Chinach

płyty CD (nie CD-R). Płyta jest jeszcze

dostępna poprzez kontakt na stronie zespołu

na Facebook. Wcześniej mieliśmy kontakty z

wytwórniami z Europy, nawet niektóre (najczęściej

niemieckie) odpisywały na nasze listy

twierdząc, że nasz materiał jest obiecujący

czy interesujący, jednak jakoś nigdy im

nie pasowało żeby nas wydać. Albo pisali, że

już mają wypełniony plan na dwa lata albo

my mieliśmy przerwę…

W tym momencie chciałbym też poruszyć

temat tekstów Monastery. Nadal są dla

Was ważne, identyfikujecie się z tym, co

zostało zaśpiewane?

Oczywiście. Teksty są ważne i niestety, często

nadal aktualne. To smutne, że w pewnych

kwestiach nic się na lepsze nie zmienia.

W tym samym roku co "God Save" wyszła

też "Święta Inkwizycja". Albumy różne, nie

tylko w kwestii języka, w jakim zostały

zaśpiewane. Mimo, że wciąż był to thrash

metal, to zauważyłem, że materiał na "Inkwizycji"

sprawia lepsze wrażenie. Zgodzisz

się ze mną?

Przypomnij sobie moją odpowiedź na twoje

piąte pytanie (śmiech). Być może, ale ocena

nie należy do nas. To tak, jakbyś miał wybrać

które Twoje dziecko jest lepsze czy ważniejsze.

W 2005 roku w lekko zmienionym składzie

Monastery zrealizowało album "Thrashing

Pictures". Przyznaję, że dla mnie był najlepszy

z Waszych dokonań. Słychać, że to

zupełnie inne podejście do grania. Potrafisz

sobie przypomnieć tamtą sesję?

Bębny do "Thrashing Pictures" nagrywaliśmy

na szemranym zapleczu miejscowej dyskoteki(!).

Gitary, bas i wokale były nagrywane

w naszej sali prób w piwnicy naszego

domu. Z jednej strony komfort, bo u siebie,

ale z drugiej warunki dalekie od idealnych.


Na "Thrashing Pictures" śpiewa Ania

Volantzky. Czy to po ładnych, kobiecych

partiach na "Świętej Inkwizycji" zespół zdecydował

się, że kolejna płyta będzie w całości

wokalnie oddana żeńskiemu głosowi?

Tutaj problem rozwiązał się sam. Odszedł

Kuba i dla kapeli oczywistym rozwiązaniem

było obsadzenie wakatu Anią.

Jednak między "Świętą Inkwizycją" a

"Thrashing Pictures" minęło aż dwanaście

długich lat. Co działo się z Wami, jako muzykami

przez ten czas?

W tym okresie przez Monastery przewinęło

się sporo osób. Skład był niestabilny i siłą

rzeczy nie dało się nagrać płyty. Udało się

tylko zarejestrować materiał demo "The Evil

Has Landed" w 1996 roku oraz poprzedzające

"Thrashing Pictures" demo "Shattered

Faith" w 2003r. W międzyczasie chłopaki i

dziewczyny udzielali się w innych lokalnych

kapelach, a ja nagłaśniałem koncerty i nagrywałem

inne kapele (głównie metalowe) rozwijając

moje studio nagrań "Metal-Sound-

Studio", które działa do dzisiaj.

Po nagraniu ostatniej płyty zespół znów

wszedł w stan zawieszenia. Czy możemy

się spodziewać jakichkolwiek działań Monastery

w najbliższym czasie?

Niestety, raczej nie.

Sytuacja z wirusem nie daje możliwości

aktywnego, koncertowego życia. Każdy radzi

sobie jak może, by przetrwać ten trudny

czas. Jeśli mogę zapytać, jak Wam udało się

czy udaje znaleźć jakiś spokój i zajęcie w

tym okresie?

Ja robię różne rzeczy… Na przykład piekę

chleb, a ostatnio robię noże. Ania śpiewa w

rockowym FSW. Ja też jeszcze niedawno grałem

ale mnie wyjebali (!). Mały też gra w

FSW na garach. Ten zespół ma regularnie

próby i tak jak wiele kapel, z utęsknieniem

czeka na możliwość grania koncertów.

Trochę pół żartem, pół serio - Wojtku, a

może to zawieszenie Monastery spowodowane

jest tym, że ciężko jednak wytrzymać

z żoną w jednym zespole? (śmiech) Albo

Foto: Monastery

może było na odwrót… ?

Nie, raczej nigdy nam to nie przeszkadzało. I

nadal jesteśmy razem. Będąc w zespole, mieliśmy

raczej relacje takie jak ma się w zespole

czy w firmie, a nie w małżeństwie. Czyli każdy

miał swoją działkę do wykonania i starał

się jak najlepiej ją wykonać… Acz pewne

rzeczy się przenikały, sala prób - w domu, sala

ze sprzętem - w domu, nagrywalnia - też w

domu!

Wojtku, Ty z tego co udało mi się sprawdzić,

po "Thrashing Pictures" nie próżnowałeś

jako muzyk sesyjny. Nagrania z Wishmaster,

Bloodthirst czy Deathstorm… Nie

myślałeś wtedy, że jednak fajnie byłoby

reaktywować macierzysty zespół?

"Muzyk sesyjny" to może za dużo powiedziane.

"Chlapnąłem" tu i ówdzie parę solówek,

parę dźwięków… (śmiech). O reanimowaniu

Monastery myślałem często, niestety

sprawa rozbijała się zawsze o brak dobrze

wyszkolonej kadry. Takie czasy… Mało

komu chce się godzinami zasuwać wprawki.

Prościej jest pewnie uprawiać, mający moim

zdaniem, z muzyką niewiele wspólnego, rap

czy inne hip-hopy.

Sądzisz, że zainteresowanie ze strony

chińskiej wytwórni pomoże Monastery

dźwignąć się do aktywnej działalności?

Znaleźlibyście jeszcze trochę entuzjazmu,

żeby napisać nowy materiał i być może,

ruszyć z koncertami?

Ty chyba nie wiesz ile my mamy lat…

(śmiech!). Powtórzę się: nawet gdyby bardzo

się chciało, to nie ma z kim. W naszym pięknym

mieście, oprócz FSW rock band, orkiestry

dętej w domu kultury i prywatnej

szkółki Acoustic dla dzieci, nie słyszałem

żeby ktoś grał (mam na myśli zespoły).

Chciałbym zapytać o Wasze prywatne muzyczne

zapatrywania. Coś w ostatnim czasie

zwróciło Waszą uwagę czy może wciąż

podgrzewacie uczucie do starych albumów?

Słuchamy starych i nowych rzeczy, acz z tendencją

do "klasyki metalu". Jest dużo świetnych

nowych kapel, ale ich mnogość nie

pozwala dogłębnie ogarnąć tematu.

Chciałbym wrócić jeszcze do przeszłości.

W tych pierwszych latach funkcjonował zespół

pod nazwą Zakon. Zmieniliście jednak

na angielsko brzmiącą nazwę Monastery

czyli Klasztor. Nie chcieliście zostać przy

polskiej, która brzmi nieźle?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Przyłączyłem się

do kapeli już o nazwie Monastery. To pytanie

bardziej do Kuby i Burzy, którzy byli

założycielami Zakonu.

W związku ze zbliżającym się końcem

wywiadu poproszę o jakieś dobre słowa dla

czytelników Heavy Metal Pages.

W imieniu Monastery, życzę czytelnikom

HMP wyłącznie dobrej muzyki!

Dziękuję za poświęcony czas i życzę wytrwałości

i zdrowia. Pozdrawiam.

Dziękuję również i pozdrawiam thrashowo:

"thrash till death"!

Adam Widełka

Foto: Monastery

MONASTERY 59


HMP: Ze względów zawodowych jestem

dość dobrze zorientowany w różnych doniesieniach

medialnych, ale jakoś nie przypominam

sobie informacji, że w Kotlinie odkryto

ostatnio funkcjonujący wehikuł czasu.

Tymczasem zawartość waszej debiutanckiej

płyty potwierdza, że coś takiego jednak

musiało mieć miejsce, jednak umknęło

uwadze prasy? (śmiech)

Eryk Kula: To prawda. Muzycznie i emocjonalnie

żyjemy w latach 80. i 90. XX wieku.

Postanowiliśmy stworzyć muzykę, która

ukaże nasze wnętrze. Znajdują się tam muzyczne

inspiracje od Japonii, Europy po USA.

Gościnnie zagrał również nasz przyjaciel

Muzyka wnętrza

Okrütnik to młody zespół, hołdujący

tradycyjnemu metalowi w najbardziej

klasycznej postaci. Ich debiutancki

album "Legion antychrysta" to

kawał solidnego, a momentami nawet

porywającego grania, brzmiącego

niczym płyta z 1985 roku. Gitarzysta

Eryk Kula opowiada nam o kulisach powstania

tego materiału, fascynacji różnymi odmianami metalu i latami 80. jako

takimi, wykorzystanym w logo umlaucie oraz dlaczego nie lubi określenia pozer.

Tradycyjnego metalu z ósmej dekady minionego

wieku nikt jeszcze nie określa

mianem nurtu retro, tak jak w przypadku

zespołów inspirujących się muzyką hard czy

progresywną z lat 70. Nie da się jednak nie

zauważyć, że nie są to jakoś bardzo aktualne

dźwięki, niczego nowego nie da się tu

już wymyślić. Mimo to chcieliście grać jak

stary Kat, nie jak Odraza?

Brzmienie obecnego metalu wydaje nam się

bardzo sztuczne, oczywiście z wyjątkami.

Wiąże się to przede wszystkim z tym, jak w

latach 80. afirmowano życie. To było coś

więcej niż muzyka, towarzyszył temu bardzo

oryginalny klimat, styl i wolność. Rock 'n' roll

lat 80. i 90. uderza w ciebie to, jacy ci goście

byli świetni. Była na nas ogromna presja, w

Polsce chłopak z długimi włosami, albo w

ogóle ktoś, kto słucha innej muzyki niż popularna

jest w jakimś stopniu persona non

grata. Ksenofobia naszego społeczeństwa

względem innych subkultur, stylów jest

ogromna. Wobec ogromnej niechęci zostają

tylko najsilniejsi lub wyalienowani. Szkoda,

że ci którzy zostają zajmują się sprzeczaniem

się o to kto jest pozerem, a kto nie, co dodatkowo

odrzuca nowych słuchaczy. My wracamy

do lat 80., wtedy każdy był przede

wszystkim sobą.

Teraz metal też jest na przeciwnym biegunie

od mainstreamowych propozycji, ale kiedyś

chyba było łatwiej się przebić, bo mimo

braku internetu, narzędzia nad wyraz przydatnego

w promocji, zespołów było jednak

zdecydowanie mniej?

Trzeba rozróżnić tu pewne okresy. W Polsce

w latach 80. i 90. było bardzo mało źródeł

informacji na temat zachodniej muzyki,

środków finansowych na sprzęt. Definiowało

to poziom naszej kultury i muzyki. Oczy-wiście

łatwiej było się wtedy przebić, bo zespołów

trzymających jakikolwiek poziom

muzyczny było bardzo mało. W latach 2000

i minionej dekadzie wydaje nam się, że było

dużo trudniej, gdyż społeczeństwo w naszym

kraju było trochę inne, co za tym idzie bardziej

uprzedzone. Obecnie widzimy zmianę

poprzez naszych znajomych, często młodszych

od nas, że powstaje powoli dużo mniejsza,

ale jednak nowa grupa metalowców,

którzy mają w poważaniu uprzedzenia tej

poprzedniej generacji. Z tego powodu jest łatwiej,

jest mniej zawiści, więcej pozytywnych

emocji. Ten fakt bardzo cieszy.

Elias z Chile, więc jest mnogość inspiracji i

wpływów.

Czemu wybraliście akurat połowę lat 80.?

Nigdy nie korciło was, by zacząć grać na

przykład hard rocka jak wczesny Black Sabbath,

wrócić do korzeni gatunku?

Lata 80. są dla nas czymś bardzo ważnym,

głównie ze względu na zespoły, których zaczęliśmy

słuchać jako małe dzieciaki. Wszystkie

z nich, na przykład Megadeth, Turbo,

Iron Maiden (to akurat nie jest dobry przykład,

bo ten zespół powstał w połowie lat 70.

- przyp. red.) zaczęły karierę właśnie wtedy.

Mamy ogromny sentyment do lat 70. - nasz

gitarzysta bardzo lubi Styx, Teda Nugenta i

inne zespoły amerykańskiej sceny. Jesteśmy

też fanami tych brytyjskich, przede wszystkim

Black Sabbath i Led Zeppelin. Natomiast

to właśnie lata 80. były dla nas wzorem

i ten styl bycia najbardziej nam odpowiadał.

Foto: Okrütnik

jest sformułowaniem, które w obecnym czasie

zanika, oczywiście odnosząc się do stylu

życia muzyków z zespołów rockowych i metalowych.

Ludzie są pełni uprzedzeń, strachu,

to jeden z powodów dlaczego nastolatkowie

mają gdzieś tę muzykę, ona często nie oferuje

nic poza tym właśnie muzycznym przeżyciem,

a bardzo ważne było to poczucie przynależności

i po prostu bycie cool. My tym

żyjemy, kochamy to co robili goście pokroju

Mötley Crüe i tak dalej. To było prawdziwe.

Jesteście bardzo młodymi ludźmi - co

urzekło was w tej muzyce sprzed lat? Energia,

szczerość, bezkompromisowość, możliwość

wyrażenia siebie w takiej właśnie

formie?

Na pewno każdy z tych elementów był dla

nas bardzo ważny. Zaczynaliśmy słuchać tej

muzyki będąc w bardzo młodym wieku. Kiedy

oglądasz koncerty zespołów metalowych z

Stąd Okrütnik, nie zwyczajny Okrutnik,

nazwa z tym umlautem jest bardziej metalowa,

dobrze kojarząc się choćby z Motörhead,

Queensr?che czy Mötley Crüe?

W zasadzie to był zabieg czysto wizualny.

Metalowy umlaut faktycznie istnieje i bardzo

cieszy nas fakt bycia kolejnym zespołem z

tym elementem obok przez ciebie wymienionych.

Kiedyś było też prościej o tyle, że na płytowych

składankach pojawiały się również

metalowe numery, podobnie było na listach

przebojów czy tych radiowych, choćby

naszej Trójkowej. Teraz wszystko jest

sprofilowane, podporządkowane jakimś

algorytmom, więc de facto macie szansę

dotrzeć tylko do fanów takich dźwięków.

Uważacie to za plus czy minus, skoro pewnie

i tak gawiedź oddająca się pląsom

przy muzykopodobnych dźwiękach disco

polo uznałaby zawartość waszej debiutanckiej

płyty "Legion antychrysta" za zbyt

mocną, trudną i w dodatku obrazoburczą?

Nasza muzyka raczej nie trafiłaby na listy

przebojów, przynajmniej nie liczylibyśmy na

to. Bardzo pomagają platformy streamingowe,

gdzie faktycznie tworzy się coś swego

rodzaju składanek, w postaci playlist. Jest to

fakt, który bardzo nam pomaga w propagowaniu

naszej muzyki. Masz rację, że dla

wielu osób antychrześcijański mianownik naszej

muzyki budzi pewnego rodzaju negatywne

emocje, ale taki zawsze był metal i rock.

60

OKRUTNIK


Może nie trafiamy na listy przebojów w

mainstreamowym radio, ale większość popularnych

raperów też tam nie trafia. Tworzy

się niestety swoista polaryzacja na ludzi

słuchających topowych stacji radiowych z

reklamami i niezależnych. Każdy wybiera co

chce.

Znowu więc zabrzmię jak zgrzybiały staruszek,

powtarzający z uporem maniaka, że

kiedyś to dopiero było, ale to fakt, bo pamiętam

występ Kata na Krajowym Festiwalu

Piosenki Polskiej w Opolu, co teraz byłoby

nie do pomyślenia?

Znany nam jest ten koncert. Był to na polską

skalę fenomen podobny do gal MTV w USA,

gdzie grały metalowe zespoły. Niestety w

Polsce metal nie jest tak ważną częścią kultury,

jak chociażby w Niemczech. Wydaje

nam się, że w obecnej sytuacji żadna z telewizji

nie chce być na tyle radykalna, żeby

zapraszać na antenę muzyków sceny metalowej.

Doskonale znamy przykłady tego jak

obecnie Telewizja Publiczna traktuje artystów

puszczając hymny pokroju "Dorosłych

dzieci" zespołu Turbo bez ich zgody. Można

sparafrazować słynne powiedzenie: a kto by

jeszcze chciał grać dla TVP.

Od początku założyliście, że waszym głównym

celem będzie długogrający debiut, te

wcześniejsze, krótsze materiały miały poboczny-promocyjny

charakter, były zajawką

tej dużej płyty?

Nagrywanie EP i singla było dla nas naturalne,

chcieliśmy pokazać ludziom, że istniejemy.

Na pewno myśleliśmy o tym, że kiedyś

wydamy album, aczkolwiek przyszło to zdecydowanie

niespodziewanie. Pierwsze wersje

płyty były po prostu zbieraniem utworów,

graliśmy wtedy w innym składzie, który na

szczęście nie przetrwał, więc kawałki które

chcieliśmy nagrać dla naszej pamięci okazały

się naszą pierwszą płytą.

Pojawienie się na scenie u boku Turbo podczas

trasy "The Last Warrior Tour" i reakcje

publiczności utwierdziły was w przekonaniu,

że idziecie w dobrym kierunku?

W zasadzie trafiliśmy na idealny moment.

Trasa "The Last Warrior Tour" była swoistym

metalowym, koncertowym młotem.

Graliśmy u boku metalowego Hellhaim i

Turbo, które grało swój najcięższy materiał,

więc i publika była w stanie nas znosić

(śmiech). Zdecydowanie bez tego wielkiego

przeżycia nie byłoby nas w tym samym punkcie.

Zespołowi, który gra parę koncertów w

roku po okolicy łatwo się rozpaść i nie traktować

swojej muzyki poważnie. To czego

dokonaliśmy dzięki trasie z Turbo wzniosło

nas na kompletnie innym poziom. Z perspektywy

czasu, kiedy patrzymy na inne zespoły,

często powtarzające, że przecież nie da się

nic zrobić, jest dla nich tylko jedna odpowiedź:

trzeba próbować, grać i nie myśleć o

tym jak jest beznadziejnie. Trasa dla takiego

młodego zespołu jest wielkim ryzykiem.

Może to być początkiem końca, ale też początkiem

kariery. Na szczęście byliśmy na

tyle silni, że trwamy dalej i będziemy trwać.

Heavy, speed, wczesny black, do tego kilka

dość długich, nie bazujących wyłącznie na

łojeniu, kompozycji - w żadnym razie nie

Foto: Okrütnik

chcieliście się tu ograniczać, metal nie musi

być tożsamy z ograniczonymi horyzontami?

Bierzemy pod uwagę wiele różnych kierunków.

Obecnie elementem poważnie blokującym

młode zespoły są bardzo wąskie inspiracje.

Doskonale wiemy, jest dostęp do

wszelkich materiałów, można dotrzeć do każdego

zespołu nawet z małego brazylijskiego

miasta. Problemem jest to, że każdy chce

grać jak Metallica, Slayer, Iron Maiden,

wiele tych zespołów można wymienić. Sumując

je wszystkie widzimy jak bardzo

ograniczony jest to zasób stylów. Wszyscy w

naszym zespole są obecni w niszowej muzyce,

nie tylko metalowej. Prawdopodobnie

właśnie ten fakt przyczynia się do tego, że po

prostu podchodzimy do metalu z swego

rodzaju świeżością, ale też bardzo eksperymentalnym

brzmieniem. Ta równowaga jest

bardzo ważna.

Słuchając "Legionu antychrysta" jestem

więcej niż pewny, że zależało wam na surowym,

organicznym brzmieniu, jakże odmiennym

od obecnej, metalowej średniej -

triggery, nadmierna kompresja i inne bajery

bezpłciowego, cyfrowego soundu są dobre

dla pozerów?

Bardzo nie lubimy słowa pozer. Każda muzyka

ma swoich odbiorców, swoje charakterystyki

i styl. Jeżeli niczego nie udajesz, robisz

coś bo kochasz to dlaczego nazywają cię pozerem

(śmiech). Z naszej perspektywy to brzmienie,

które uzyskaliśmy nie jest pozbawione

nowoczesnych rozwiązań. Dobrym

przykładem jest to, że brzmienie gitar jest

nagrane bez użycia analogowych wzmacniaczy.

Nowinki technologiczne są bardzo pomocne,

trzeba tylko wybrać odpowiednią

drogę. W produkcji albumu nie skupialiśmy

się na żadnych poradnikach, to była kwestia

słuchu. Pod pewnym względem, kiedy

idziesz do studia musisz być świadomy charakterystycznego

brzmienia danego inżyniera.

Są trendy, które powodują że wielu artystów

kreuje bardzo powtarzalny dźwięk, czasami

warto zrobić coś samemu. Masz wtedy

gwarancje, że będziesz brzmiał bardzo oryginalnie.

Tadeusz Miciński czy Roman Kostrzewski

mogliby być dumni z waszych mrocznych,

nieoczywistych tekstów. Co ciekawe nie są

one wyłącznie "diabelskie", bo taki "Wrześniowe

popołudnie rzeźnika '52" traktuje o

Józefie Cyppku - temat seryjnych morderców

dla metalowego zespołu jest zawsze

ciekawy, zwłaszcza kiedy nie został wcześniej

wykorzystany?

Tekst do utworu numer 8 płyty to było dla

nas coś bardzo wyjątkowego. Na próbach tak

naprawdę nie zrozumieliśmy nawet jednego

słowa, kiedy nasz wokalista Michał to śpiewał.

Temat tekstów Okrütnika jest bardzo

szeroki, w pewnym sensie na tym opiera się

klimat naszego zespołu. Właśnie ten specyficzny

charakter mrocznych historii naszego

kraju, dziwnych opowieści to nasza tożsamość.

Niestety ze względu na pandemię nie

mieliśmy okazji grać "Wrześniowego popołudnia

rzeźnika '52" w Szczecinie, ale to na

pewno będzie bardzo ciekawe doświadczenie.

Pozdrawiamy wszystkich mieszkańców Niebuszewa.

Wydanie w ubiegłym roku balladowego

utworu "Portret trumienny, a na grobach

kwiaty" na singlu to przypadek, czy celowo

jako pierwszy udostępniliście lżejszy utwór,

żeby nie zrazić od razu wszystkich?

(śmiech)

Z perspektywy czasu postrzegamy to na pewno

jako jeden z błędów, aczkolwiek był to

w naszych oczach jeden z najlepszych

OKRUTNIK 61


utworów. Walczyliśmy wtedy niejako z

formą, którą chcielibyśmy tworzyć i efektem

tego była ta ballada. Z bieżącym doświadczeniem

nagralibyśmy inny kawałek, bardziej

metalowy, ale czasu nie da się cofnąć, a wielu

słuchaczom ballada się podoba. Zdecydowaliśmy

się nagrać ją jeszcze raz na album,

zagrać wolniej i dodać jej trochę więcej

mroku. Nagranie tego utworu utwierdziło

nas, że nie pasujemy do studyjnego brzmienia.

(śmiech)

Mamy rok 2020, znaczenie wytwórni płytowej

w tradycyjnej formie znacznie zmalało,

jednak wasz debiut ukazał się nakładem

Ossuary Records. Czym Mateusz

was skusił, propozycją wydania nie tylko

CD, ale też kasety?

Wytwórnia dała nam bardzo dużo. Przede

wszystkim to miejsce, które skupia wielu

wykonawców, co dodatkowo wpływa na promocję.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z naszego

miejsca w Ossuary Records. W planach

na początku było wydanie materiału

samodzielnie, ale nie pociągnęłoby to za sobą

tak dużej promocji i jakości w produkcie,

którym stał się album. Kaseta była naprawdę

fajnym pomysłem, który oczywiście był w

naszych głowach wcześniej, ale raczej nie

zdecydowalibyśmy się na to gdyby nie propozycja

Mateusza. Możliwe, że w niedalekiej

przyszłości pojawi się również winyl. Dla

osób, które nie słuchały naszego materiału na

kasecie mamy informacje, że różni on się

nieco od wersji CD i może wam dać trochę

głębsze wrażenia.

Fizyczne nośniki dźwięku mają jeszcze

jakiekolwiek znaczenie dla młodego pokolenia,

zbieracie płyty winylowe, kompakty i

kasety?

Nie tylko my, ale i ogromne grono naszych

rówieśników zbiera płyty. Dla starszego pokolenia

z jednej strony był to kult, ale nie da

się zniwelować faktu, że była to też jedyna

możliwość przechowywania i odczytywania

dźwięków. Obecnie bardzo popularne są platformy

streamingowe typu Spotify. Co ciekawe

większość osób, które kupują wersje

elektroniczne naszego wydawnictwa to nie są

młodzi ludzie. Oczywiście widzimy, że mimo

posiadania płyt, odsłuchujemy je również na

Spotify. Jest to na pewno bardzo wygodne,

zwłaszcza kiedy masz w zasobie rzadką płytę,

szkoda aby utknęła w komputerze czy w

radio.

Czyli kolekcjonowanie płyt jest to pasja

niezależna od wieku, a zalety streamingu

nie przysłaniają licznych walorów fizycznych

wydawnictw?

Przede wszystkim streaming nie daję tej satysfakcji,

którą daje ci przedmiot. Jest to na

pewno bardzo osobista percepcja, ale kupując

płytę masz coś więcej, booklet, z którego

można dowiedzieć się fajnych ciekawostek.

Tradycyjne nośniki są niejako kultem, ale też

przedmiotem tożsamości. Wielką zaletą

Foto: Okrütnik

streamingów jest możliwość rozszerzania

swoich muzycznych horyzontów, to coś co

uwielbiamy. Każde rozwiązanie ma swoje dobre

i złe strony.

Sytuacja jest jaka jest, o koncertach w najbliższym

czasie nie ma raczej mowy. Jak

zamierzacie więc promować "Legion antychrysta",

żeby usłyszało o tej płycie jak

najwięcej ludzi?

Nasze plany obejmują głównie promocję w

internecie. W tym aspekcie bardzo pomocne

jest wsparcie wytwórni. Mamy nadzieje, że

koncerty ruszą niedługo, ale prawdopodobnie

zanim ten fakt nastanie wydamy nowy

singiel. Czekamy na powrót do normalności,

będzie bardzo fajnie zagrać ten materiał dla

szerszej publiczności, która poznała nas dzięki

naszemu pierwszemu wydawnictwu. Dziękujemy

za wywiad.

Wojciech Chamryk

HMP: Hej, jak się masz? Jak ta cała pandemia

wygląda w Irlandii?

Alan "Nemtheanga" Averill: Cześć. Nie ciekawie,

najprawdopodobniej jesteśmy miastem/krajem

z najdłuższym czasem spędzonym

w najbardziej ekstremalnej formie lockdownu.

W tej chwili żyjemy w otwartym więzieniu,

taka jest prawda, i nie ma oznak żeby

to się szybko skończyło.

Jak spędzasz czas bez koncertów? Czy jesteś

bardziej kreatywny niż zazwyczaj?

Cóż, to nie tylko bez występów na żywo, ale

także agencji, celu, tożsamości, przygody.

Odebrano ci to, co kochasz najbardziej. Tutaj

znajduje się wielu muzyków i kreatywnych

ludzi. Nie, nie jestem tak kreatywny poza

moim podcastem, odmawiam pisania muzyki

online i przeprowadzania prób zdalnie… musimy

walczyć ze strukturami antyhumanistycznymi

na nas nałożonymi.

Tęsknisz za występem na żywo? Widziałem

Cię pod koniec 2019 roku z Primordial w

Polsce. To był wspaniały program i nigdy

nie podejrzewam, że świat o ostatnich koncertach

będzie tak proroczy.

Cóż, oczywiście… To jest krew, która płynie

przez scenę i naszą kreatywność, bez tego jest

to naprawdę skorupa doświadczenia, jeśli o

mnie chodzi. Mówiąc szczerze, nie ma powodu,

aby bez nich produkować więcej metalu.

Czy możemy powiedzieć, że mamy nowego

Dread Sovereign z powodu większej ilości

twojego wolnego czasu?

Nie, wcale, zrobiłem to przed obecną sytuacją,

w której się znajdujemy. Więc nie mają

ze sobą nic wspólnego. Zawsze mam energię

i skupiam się na kilku różnych rzeczach.

Jak tym razem wygląda proces pisania i nagrywania

z Dread Sovereign?

Napisaliśmy to razem w sali prób, old school,

potem razem nagraliśmy… na żywo. Żaden

wielki sekret.

Na tym albumie mówisz, że "Nature Is the

Devil's Church", co to znaczy i jak bardzo

natura cię inspiruje?

Dread Soverign to oczywiście nie fantazja,

ale trzeba zrozumieć, że nie jest to Primordial…

więc nie jest to dzieło mojego życia.

Jest to moja lekkomyślna strona diabła.

Utwory mają oczywiście pewien realizm, ale

celowo zostały napisane w języku okultystycznego

horroru i starego heavy metalu.

Ostatnio współpracujesz również z Nergalem

z Behemoth. Napisałeś utwór do jego

projektu blues/country. Jak wygląda ta

współpraca?

Pewnie. Rozmawialiśmy o tym dawno temu.

Przysłał mi piosenkę, napisałem tekst i zaaranżowałem

swoje partie, nagrałem je tutaj

w Dublinie. Piosenka jest świetna! Więc jestem

bardzo dumny z ostatecznej wersji.

Na ostatnim albumie mieliście cover Venom

tym razem postawiliście na Bathory.

Jakie zespoły chcesz coverować jako następny?

Kto wie. Zależy od tego, co jamujemy w sali

prób, a granie i jamowanie jest zabawne.

Przesłanie kawałka wydawało się również

fajnym sposobem na zakończenie albumu.

62

OKRUTNIK


Musimy walczyć ze skutkami antyhumanistycznymi na nas nałożonymi

Alan Averill to bardzo ciekawa i złożona osoba. Na codzień człowiek stojący

za mikrofonem w Primordial, sporadycznie wydający płyty z swoim projektem

Dread Sovereign. I to właśnie premiera albumu tego projektu była powodem

naszej wymiany maili. Alan w charakterystycznym dla siebie stylu enigmatycznie

opowiada o historii, pandemii oraz cyfryzacji rynku muzycznego.

Widziałem, że zacząłeś być naprawdę aktywny

w mediach społecznościowych, szczególnie

na YouTube.

No cóż, to jest niestety w tej chwili zło konieczne

na jakimś poziomie, lepiej dla mojego

zdrowia byłoby mieszkać w górach, gdzie

sadziłbym drzewa, ale oto jesteśmy.

Również widziałem, jak bierzesz udział w

rekonstrukcji historycznej. Mam rację, że

szczególnie lubisz I Wojnę Światową? W

jakich bitwach bierzesz udział?

Nie, to kadry z filmu Primordial "Exile

Among the Ruins", w którym gram brytyjskiego

żołnierza, który wraca z Pierwszej

Wojny Światowej i zostaje stracony przez

IRA.

Większość ludzi mówi o II Wojnie Światowej,

ale moim zdaniem ta pierwsza była

bardziej interesująca.

Tak, w pewnym sensie się zgadzam... wydaje

się bardziej fascynujące, jak to się zaczęło

i jakie narody/państwa wówczas istniały, których

notabene już nie ma.

Tworzycie kilka różnych kolorów winyli do

nowego albumu, widziałem też, że jesteś

kolekcjonerem winyli. Wolę też wymieniać

muzykę z tego źródła. Ale streaming jest

naprawdę wygodny. Myślisz, że pewnego

dnia będzie to jedyne źródło muzyki, a nie

płyty CD/winyle?

Cóż, wisi tam fizyczna kopia… więc dla tych,

którzy nadal tego chcą, będzie istnieć, ale dla

wielu nowych zespołów style muzyczne są

tylko cyfrowe.

Jaki plan ma Primordial na 2021?

W tej chwili naprawdę nie możemy nic zaplanować.

Nie możemy się spotkać, aby ćwiczyć

lub grać/planować występy na żywo.

Ostatnie pytanie, jak ten cały bałagan po

Brexicie wygląda w Twojej okolicy? Czy

uważasz, że artysta może mieć z tego

powodu problem z odtwarzaniem treści?

Cóż… to skomplikowane. Mamy oczywiście

granicę z Północą Irlandią, więc stwarza to

Foto: Piet Goethals

wiele problemów dla UE. To jest granica,

której nie można pilnować, są już problemy z

zamówieniem towaru z Wielkiej Brytanii.

Teraz martwmy się, czy artyści wrócą do grania,

a potem będę się martwić o tamto.

Dziękuję za poświęcony czas i pozdrawiam

z Polski.

Kacper Hawryluk


HMP: Laudetur Iesus Christus! Po pierwsze

gratuluję nowego albumu. Bardzo solidny

i równy materiał. W moim odtwarzaczu

gości często i na razie nie zanosi się

żeby to się zmieniło. Zastanawia mnie tylko,

dlaczego EP a nie longplay? Materiału

jest wystarczająco dużo i choć powstawał

w sporej rozpiętości czasowej brzmi zaskakująco

spójnie.

Evangelist: In saecula saeculorum. Dziękujemy

za komplementy. Rozważaliśmy różne

koncepcje tego wydawnictwa. Jedną skrajnością

był pomysł wydania wszystkich niealbumowych

piosenek, czyli dwóch niepublikowanych

numerów z sesji "In Partibus Infidelium",

naszej wersji "Freezing Moon" i tych

sześciu, które są ostatecznie w programie płyty.

Mielibyśmy wówczas godzinną kompilację,

podwójny album, ale trochę groch z kapustą.

Drugą skrajnością był pomysł wydania

trzech niepublikowanych numerów z sesji

"Deus Vult", plus nasza wersja "Mystification",

a dwie nowe piosenki jakiś czas później

w formie siedmiocalowej płyty winylowej, a

więc trochę "granie na czas". Spotykaliśmy

się pośrodku i tak naprawdę "Ad Mortem

Festinamus" to podwójna EPka, jedna to

Jesteśmy zwykłymi socjopatami

Polska nie może poszczycić się wieloma nazwami, które w godny sposób

reprezentowałyby nasz kraj w kategorii metalu epickiego, a już szczególnie epickiego

doomu. Z tego względu zawsze będę silnym orędownikiem pielęgnowania

kultu Evangelist. Ekipy po pierwsze świetnej jakościowo, po drugie docenianej na

zagranicznym poletku i po trzecie - niezwykle intrygującej. Panowie dbają o to by

ich wizerunek był spójny, zgodny z ideałami które im przyświecają, a do tego nie

są pozbawieni dystansu do siebie i tego co robią. Byłem więc niezwykle podekscytowany

mogąc odbyć poniższą rozmowę z muzykiem stanowiącym połowę składu

naszej doomowej załogi. Chcąc uszanować jego anonimowość nie ujawniam danych

osobowych (choć imię i tak raz wypłynęło w rozmowie). Przed Wami Evangelist!

numery z okresu "Deus Vult", druga to dwie

świeże piosenki i "Mystification". Dobrze

będzie to słychać na winylu, gdzie każda z

tych sesji będzie miała swoją stronę. Dla nas

album musi mieć jakiś leitmotif, jakąś myśl

przewodnią, koncepcję bazową, na której

opieramy całość i wszystkie piosenki powstają

z tym elementem z tyłu naszych głów.

"Ad Mortem Festinamus" to trochę pokazanie

się z mniej ortodoksyjnej, luźniejszej

strony, poza ramami albumowymi. Zresztą,

nigdy nie umieścilibyśmy coveru na albumie,

nawet jeśli to cover Manilli.

Jak wspomniałeś, trzy utwory na albumie

to nagrania jeszcze z sesji "Deus Vult".

Które z nich? I jakim kluczem zostały wyeliminowane

z płyty długogrającej?

"The Puritan", "Pale Lady of Mercy" i "Towards

the End". Tematycznie nie mieściły się

w koncepcji albumu, więc zostawiliśmy je na

później. Nie są to jakieś odrzuty, które były

za słabe na album, po prostu wykraczały poza

jego ramy. "The Puritan" to pierwszy numer,

z tych które powstały w trakcie pisania

na "Deus Vult", jeszcze z lata 2015, tymczasem

"Towards…" pojawił się jako ostatni.

Czas pandemii odbił się dosyć mocno na

całej branży artystycznej. Zastanawiam

się, w jaki sposób Covid dotyka zespołu,

który na żywo gra bardzo rzadko. Wiemy

oczywiście o potrójnie już odwołanym Helicon

Metal Festiwal na którym mieliście wystąpić.

Czy poza tym posypały się jakieś

plany w Evangelist?

Mieliśmy jeszcze kilka propozycji, ale tak się

złożyło, że w kwietniu urodziła mi się córeczka,

więc i tak większości z nich pewnie byśmy

odmówili. Zresztą, tylko dwie były sensowne

pod względem finansowym, więc nie

jest to jakaś wielka strata. Jedynym twardym

efektem tego wirusowego zamieszania było

opóźnienie w nagraniach nowych piosenek.

Czekaliśmy na właściwy moment, żeby Sadus

nagrał bas w studio, ale wciąż przekładaliśmy

termin i w końcu Kawaler Jacque nagrał

go sam, u siebie w domu. Nie chcieliśmy

już przedłużać, no bo jak można nagrywać i

miksować trzy piosenki przez prawie rok?

Pozostając w temacie pandemii - czy duży

wpływ na treść "Ad mortem festinamus"

miały wydarzenia minionego roku? Zaraza,

kataklizmy, niespokojne sytuacje polityczne,

postępujący zamęt wewnątrz Kościoła

Katolickiego - to wszystko coraz bardziej

przypomina biblijne wizje apokaliptyczne.

"Ad mortem festinamus, peccare desistamus"

to słowa które teraz jeszcze silniej

mrożą krew w żyłach. Pomysł na tytuł albumu

i teksty zrodziły się pod wpływem tego

wszystkiego, czy siedziały w Was już

wcześniej?

Absolutnie nie, te piosenki były napisane w

latach 2015-2019. Przypuszczam jednak, że

na kolejny album nie zabraknie nam tematów

w związku z tym, o czym piszesz. Chyba

wkraczamy w czasy ostatnie (nie ostateczne),

więc przed nami zejście do katakumb.

Więc jeszcze o inspiracjach tekstowych -

"Towards the End" robi niejako za numer

eponimiczny. Czy jest on bezpośrednio inspirowany

dziełem "Ad mortem festinamus",

czy raczej jest swobodną wariacją dotyczącą

tytułu?

Po 30 latach pauzy geopolitycznej świat wpada

w stare, sprawdzone, wojenne koleiny.

"Wojna peloponeska" Tukidydesa, stamtąd

pochodzi złota myśl, podsumowująca

mechanizm napędzający ten ziemski padół:

słuszność i prawo, jak świat światem, dotyczy

tylko równych sobie pod względem władzy i

potęgi, albowiem silni robią co mogą, a słabi

cierpią co muszą. Na naszych oczach mija

miraż świata opartego na wartościach, prawach

człowieka, demokracji i tym podobnych

sloganach dla naiwniaków. Technologia,

siła militarna i gospodarcza, dyplomacja

i inne prawdziwe lewary wracają na salony.

Niedługo zobaczymy wielkich bojowników o

prawa człowieka i demokrację, tłumaczących

gawiedzi z neofickim zapałem, że na przykład

Ci Chińczycy to jednak są super i bardzo

ich potrzebujemy, a Tybet i Ujgurzy, no

to "wicie rozumicie". Mercedesy w Chinach

muszą się sprzedawać!

Ciekawi mnie tekst "Puritan". To opowieść

o XVI-wiecznym, anglikańskim fanatyku,

czy może raczej rodzaj Waszego manifestu

jako "purytan" w potocznym tego słowa

64

EVANGELIST


znaczeniu?

Jest to nasz powrót do twórczości Howarda,

owym anglikańskim fanatykiem jest sam Solomon

Kane. Manifesty i inne gimnazjalne

egzaltacje są nam obce.

I słusznie. (śmiech) Inny liryk, który od razu

wzbudził moje zainteresowanie to "Pale

Lady of Mercy". Gdy zobaczyłem tytuł pomyślałem

"cholera, motywów chrześcijańskich

w metalu już trochę było, ale pieśni

maryjnej to chyba jeszcze nie!". Po przeczytaniu

tekstu staje się jasne że "Blada Pani

Miłosierdzia" to personifikacja śmierci, ale

niektóre wersety pasowałyby nawet pod

Matkę Boską. Intencjonalnie?

Nie pamiętam, ale jest to całkiem możliwe.

Zawsze staram się upchnąć kilka warstw w

tekstach, i nie jesteś pierwszy, który tak to

odczytuje. Królowa jest tylko jedna. Salve

Regina!

Przy "Deus Vult" jako jedną z głównych

inspiracji wymienialiście Manowar. Wg

mnie na "Ad mortem..." jest go zdecydowanie

mniej. Wydaje się jakby znów pierwsze

skrzypce zaczął odgrywać doom w

stylu Candlemass, Scald czy Solitude

Aeturnus. Czego słuchaliście najwięcej w

ostatnim czasie i co miało na Was kluczowy

wpływ?

Tak jak wspomniałem, połowa piosenek z

EPki była napisana w tym samym czasie co

numery z "Deus Vult", więc słuchaliśmy z

pewnością tego samego. Na pewno stary Manowar

to podstawa naszej muzycznej egzystencji,

ale tak poza tym nie słucham na co

dzień zbyt wiele doom metalu. To są celebracje

"od święta", kiedy mam czas dać się wciągnąć

muzyce. Musiałbym zerknąć, jakie płyty

leżą u mnie w samochodzie, bo w domu

nie mam czasu na słuchanie w spokoju ze

względu na dzieci. I tak patrząc: oba albumy

Lunar Shadow (moi ulubieńcy z tej młodej

fali), stary Gatekeeper (EPka i Vigilance

Sessions), chyba z pięć albumów The Cure,

jedynka Reverend Bizarre, dwójka i trójka

Atlantean Kodex, dwójka i trójka Manowar,

wszystkie albumy Sabbs z Dio, trójka

Fields of the Nephilim, dwójka The Sisters

of Mercy, jedyny dotychczas album Painthing,

Chyba tyle.

Mimo oczywistego podążania szlakiem

obranym na "Deus Vult", widzę tu chyba

najwięcej podobieństw do "Doominicanes".

Jest w tej płycie sporo takiego "wielkopostnego",

pokutnego nastroju. Taki był cel?

Nie było to naszą intencją. Osobiście uważam

"Doominicanes" za coś wyjątkowego w

naszej dyskografii. Wszystko niesamowicie

się zazębiło, piosenki, aranże, brzmienie,

sprzęt w studio, sam proces nagrywania, prace

Xaaya, pojawienie się Lukasa z Doomentią.

To był w ogóle wyjątkowo dobry czas

dla doom metalu. Pisali do nas ludzie z Rock

Hard, że wszyscy w redakcji świrują na

punkcie tego albumu, i czy możemy jeszcze

wydłużyć wywiad o dodatkowe pytania.

Kumpel, który od lat mieszka i pracuje w

Niemczech, pisze w SMSie, że właśnie jest w

Media Markt i widzi nasz album na półce.

Dziwne rzeczy się wtedy działy. Wystarczyło

kilka lat wymuszonej przerwy, wracamy z

trójką, a doom metal jest w zupełnie innym

miejscu. Ale to dobrze, to jest potrzebne do

oczyszczenia i pokory. Wszystko marność.

Sic transit gloria mundi.

Chciałbym zapytać jeszcze o cover Manilli

Road. Opowiedzcie o historii jego powstania.

Dlaczego akurat "Mystification"? Skąd

pomysł na akustyczną aranżację?

Szczerze mówiąc po pierwszym odsłuchu

miałem mieszane odczucia - klimat w który

poszliście nie był typowym dla Manilli

majestatem, a jednak udało się w te dźwięki

zakląć pewien nastrój. Pamiętam, że pierwsza

wersja instrumentalna na jedną gitarę,

nagrana na video z laptopa, pojawiła się w

czasie nagrywania "Doominicanes", w 2012

roku. Nie pamiętam z kolei, skąd w ogóle był

pomysł na akustyczną wersję, parę lat

minęło, ale chyba z jakiegoś koncertowego

video Manilli z youtube'a. W każdym razie

"Mystification" to mój ulubiony album, a

tekst, którego bohaterem jest Poe, świetnie

pasował na takie ciche postmortem dla

Sheltona.

Jeszcze o Manilli. Opowiedzcie o swoim

doświadczeniu z tym zespołem. Jaki miała

wpływ na Waszą twórczość? Który ich

okres jest dla Was najważniejszy?

Manillę poznałem gdzieś w okolicach

"Spiral Castle", chyba był to 2003 rok, nigdy

nie widziałem zespołu na żywo, jedynie

w tamtym początkowym czasie wymieniłem

parę maili z Markiem. Przez pewien czas był

to dla mnie zespół numer jeden, bardzo mi

imponowała ta bezwstydna epickość i duch

DIY. No i Randy, rzecz jasna. Najczęściej

wracam do środkowych albumów, pewnie jak

większość. Mam też taką anegdotę, a mianowicie

w 2003, lub 2004, graliśmy razem na

festiwalu z Michałem, drugą połową Evangelist,

każdy z nas ze swoją ówczesną kapelą.

Pamiętam jak dziś, jak stałem pod sceną podczas

koncertu i Michał z kolegami nagle pojechali

speedową wersję "Necropolis". Chyba

nikt nie miał pojęcia, że to obcy numer, i

prawdopodobnie było to pierwsze wykonanie

jakiejkolwiek Manilli na polskiej ziemi.

Każdy z Waszych albumów jest otwierany

"mówionym" intrem. Udało mi się rozszyfrować

pochodzenie tylko tego z "In Patribus

Infidelium", zaczerpniętego z "Conana

Barbarzyńcy". Skąd pochodzą pozostałe?

Nie ma tak łatwo, szukajcie a znajdziecie.

Na pewno poszukam, będzie to z pewnością

ubogacające doświadczenie. Jak zwykle

świetnym dopełnieniem albumu jest grafika.

Kto za nią odpowiada?

Obrazek, podobnie jak w przypadku "Deus

Vult", przygotował Diego Spezzoni. Zostawiliśmy

mu większą swobodę, niż przy poprzedniej

okładce, gdzie prowadziliśmy swego

rodzaju "nadzór ciągły". Daliśmy mu tytuł,

piosenki, i po kilku miesiącach totalnej

ciszy wrócił z gotową pracą. Postąpił trochę

w naszym stylu. Nie podobało nam się takie

podejście (śmiech).

Trafiła kosa na kamień (śmiech). Kolejny

tytuł po łacinie, kolejne otwarcie albumu

mówionym intrem, charakterystyczna oprawa

graficzna. Budujecie wizerunek Evangelist

bardzo skrupulatnie i szczegółowo.

Czy to wszystko zamierzone zabiegi czy

tak po prostu wychodziło? Do kompletu

brakuje maskotki zespołu, która przewijałaby

się na wszystkich okładkach (śmiech).

Tak, te dwa pierwsze elementy raczej pozostaną

stałe, ale nie obiecuję. Co do maskotki,

to nie wiem, czy to jest dobry pomysł, Michał

akurat uważa, że tak. Generalnie, jeśli

idzie o wizerunek, to po prostu mamy kilka

zasad i staramy się ich trzymać, nie jest to

jakaś wielka strategia, knuta w kanciapie o

5:00 rano przy wódzie.

Co jest pierwsze - muzyka czy przesłanie?

Nie deklarujecie się jako zespół stricte

chrześcijański, ale zestawiając Waszą

nazwę i teksty, przekaz jest jasny.

Pierwsza jest muzyka, ale nie wiem, czy przekaz

jest jasny. Przy okazji "Deus Vult" mieliśmy

chyba dwie niemieckojęzyczne recenzje,

gdzie jacyś debile odprawiali egzorcymy nad

Trumpem i rozprawiali o amerykańskiej, plemiennej,

polityce wewnętrznej. I to były całkiem

spore i szanowane periodyki muzyczne.

To taka dygresja w ramach "jasności przekazu".

Wiem, że jako katolik-metalowiec czasem

można się w tym środowisku poczuć trochę

wyobcowanym. Niewielu jest fanów łomotu

podzielających katolicki punkt widzenia,

jeszcze mniej będących wierzącymi, a co

dopiero ortodoksyjnymi tradsami. Wy odnaleźliście

dla siebie i urządziliście pe-ną

niszę, ale przecież nie było tak od razu. Macie

w swoim CV współpracę z kilkoma zespołami,

obracacie się w środowisku fanów.

Jak odnajdujecie się w tym światku?

Nie odnajdujemy się. To, że z kimś tam zagraliśmy

koncerty niczego nie oznacza. W

sumie nie wiem, dlaczego większość ludzkości

myśli, że bycie z kimś na jednym plakacie

i zagranie koncertu na jednej scenie, to coś w

rodzaju intymnej randki. Robimy swoje i nie

próbujemy się wkręcać w jakąś "scenę", czy

"wspólnotę" itd. Jest kilka osób, którym ufamy

i mamy z nimi w miarę regularny kontakt,

ale to wszystko. Jesteśmy zwykłymi socjopatami.

Świetna wizytówka! Z doświadczenia

wiem, że chcąc zachować pewną ortodoksję

religijną, a zarazem poświęcać się swojej

pasji trzeba iść na pewne ustępstwa, żeby

nie powiedzieć kompromisy. Jak to jest w

Waszym przypadku? Za przykład niech posłuży

choćby granie koncertów w czasie

Wielkiego Postu (w którym miał odbyć się

Helicon Metal Festival III), czy wydanie

EVANGELIST

65


spita z antyreligijną Capilla Ardiente. Do

tego z perspektywy fana - poznając klasykę

metalu, czy kupując płyty, obcuje się z estetyką

nierzadko bolesną dla człowieka religijnego.

Jaki macie do tego stosunek? Czy nie

jest to trochę dawanie Panu Bogu świeczki

a diabłu ogarka?

No popatrz, nawet nie zorientowałem się z

tym Heliconem, marny ze mnie grzesznik.

Split z Capillą (nie wiem, czy antyreligijną,

nie zagłębiałem się w teksty) z kolei był pomysłem

Lukasa z Doomentii. Pierwotnie

chcieliśmy dać naszą wersję "Freezing Moon"

jako bonus do wydania dwójki na CD. Lukas

namawiał nas na ten split z takim zaangażowaniem,

że w końcu się zgodziliśmy. Zapytaliśmy

kilku kapel, które byłyby dla nas interesujące,

czy nie mają jakiś zapasów niewydanych

piosenek, żeby się dołączyć, ale nie

było chętnych. Felipe z Procession i Capilli

świrował na punkcie tego kawałka, a że Procession,

w przeciwieństwie do Capilli, nie

miało w tamtym czasie żadnego numeru i

możliwości nagrań, to padło na Capillę. Zresztą

Felipe był z nami w kontakcie od pierwszych

tygodni naszego wyjścia na świat, pamiętam,

że wymieniliśmy się naszymi debiutami

zaraz po premierze. Niezły z niego herbatnik,

swoją drogą. Jeśli kiedykolwiek odrodzi

się Sabbath z Dio, to on pewnie będzie

na wokalu. Co do metalowej estetyki w perspektywie

religijności… Na pewno z wiekiem

człowiek się radykalizuje i pewne rzeczy już

nie uchodzą płazem. Parę lat temu wzruszałem

ramionami, albo nie zwracało to zbytnio

mojej uwagi. W tamtym czasie Procession i

Capilla to były dla mnie po prostu świetne

doom metalowe załogi z fajnymi ludźmi, a

teraz są to świetne doom metalowe załogi z

fajnymi ludźmi, którzy błądzą w istotnych

aspektach życia. Cały ten metalowy diabolizm,

"hajl szmatan", odwrócone krzyże i tego

typu rzeczy... ja wiem, że to trochę "tradycja"

gatunku, ale ja bym się trzymał z daleka. Nawet

King Diamond o tym śpiewał w "Dangerous

Meeting" (śmiech).

Jeszcze co do splitu z Capillą - dobór coverów

był powiedzmy, w miarę neutralny

światopoglądowo jeśli idzie o teksty, ale nie

mieliście nic przeciwko grafikom które

znalazły się na odwrocie koperty? Szata

graficzna zdaje się odgrywać dla Was

istotną rolę, a tutaj jej wydźwięk był jednoznaczny.

Musiałem sobie odświeżyć te obrazki i rozumiem,

że chodzi Ci o ten kolaż elementów

loga Mayhem z tym koziołkiem z płyt Angel

Witch. Całą oprawę graficzną wziął na siebie

Claudio, mózg Capilli, więc nie wtrącaliśmy

się. Dla mnie wydźwięk był dokładnie taki

jak pisałem wcześniej: okładka to kolaż okładek

albumów, z których pochodziły oryginały

coverów, a ten obrazek z tyłu to kolaż

charakterystyczny elementów graficznych

obu oryginalnych kapel. Nie powiem, pamiętam,

że brwi mi się lekko uniosły, ale machnąłem

ręką. Teraz pewnie bym z Claudiem

pogadał o zmianie. Chociaż, może nie, teraz

po prostu wydalibyśmy to sami.

Michał odpowiada za wokale, Paweł za

bębny - to wiemy. Jak dzielicie się pozostałymi

obowiązkami? Gitary, teksty, komponowanie?

No masz, teraz wszyscy będą sobie robili jaja

i mówili do mnie "Paweł"... Generalnie

Michał przynosi zdecydowaną większość

muzyki, a ja większość tekstów, ale to kwestia

płynna, np. "Anubis" to całkowicie numer

Michała. W studio było różnie, w zależności

od sesji. Na "In Partibus…" Michał nagrał

wszystkie wokale i gitary, ja bębny, a taki jeden

kolega z Ziemi Żelaza pomógł nam i nagrał

nam bas. Na "Doominicanes" było tak

samo, jedynie w "Militis…" dograłem trochę

chórków i wokali w tle. Sesja "Deus…" już

była bardziej skomplikowana pod tym względem,

tradycyjnie Michał nagrał gitary i wokale,

ja bębny i chórki, a bas i gitary akustyczne

nagrał nasz gitarzysta koncertowy i nadworny

nagrywacz, Kawaler Jacque, podobnie

jak dwie solówki - do "Pale Lady…" i do

"Eremitus". Ostatnia sesja, czyli te trzy najnowsze

kawałki były nagrywane nieco eksperymentalnie,

a mianowicie Michał skupił się

tylko na wokalach i zagrał solo do "Anubisa",

ja skupiłem się tylko na bębnach, a wszystkie

instrumenty strunowe zostawiliśmy Kawalerowi

(wcześniej pisałem jak było z basem),

byliśmy ciekawi jak taka zmiana wpłynie na

brzmienie. Stylowo jest to bliższe temu, jak

brzmimy na żywo.

Czy Evangelist od początku do końca

zakłada swoje istnienie jako tworu 2-

osobowego, wspieranego na żywo przez

muzyków sesyjnych, czy to kwestia waszej

"wybredności" w doborze współpracowników?

Dopuszczacie możliwość poszerzenia

składu na stałe? Wątpię żeby nie było

chętnych do grania w Evangelist…

He, zdziwiłbyś się. Straciliśmy mniej więcej

rok czasu na samym początku, próbując znaleźć

wokalistę i basistę, ale poszliśmy po rozum

do głowy i jakoś udało mi się namówić

Michała na śpiewanie. Forma duumviratu,

raczej zostanie na stałe, nie jesteśmy aż tak

aktywni, żeby formować stały, pełny skład,

grać regularnie próby itd. Powiem szczerze,

że ostatni raz solidnie pograłem na Dutch

Doom Days, czyli kilkanaście miesięcy temu,

tacy to z nas muzycy. Czy są chętni do grania

z nami teraz? Nie sądzę, ale nie mam

zamiaru się przekonywać i wystawiać ogłoszeń.

Straszni z nas nudziarze, zawiedlibyśmy

wszystkich chętnych.

Czy po uspokojeniu sytuacji z pandemią

macie zamiar rozpocząć regularne koncertowanie,

czy powinniśmy się już przyzwyczaić

do faktu że Evangelist to zespół który

będzie dane zobaczyć najbardziej zagorzałym

wybrańcom, raz na kilka długich lat?

Kto się jeszcze nie przyzwyczaił, temu już

nic nie pomoże. Tak jak wspominałem, nie

gramy "za piwo", za "zobaczy się" i generalnie

poniżej kosztów. Ten etap przerabialiśmy ze

swoimi starymi kapelami kilkanaście lat temu.

Nasz czas jest cenny i nie będziemy go

marnować na takie eskapady, a to, że mieszkamy

teraz w różnych miastach, półtorej

godziny samochodem od siebie, nie ułatwia

sprawy. Piosenki na czwarty album czekają

na ogrywanie i to jest na teraz nasz priorytet.

Dzięki za rozmowę. Ostatnie słowa do czytelników?

Nic mi nie przychodzi do głowy. Nauczcie

się modlić na różańcu.

Piotr Jakóbczyk

Foto: Evangelist

66

EVANGELIST


HMP: Pierwszą płytę "Ipse Venena Bibas"

stworzyliście bardzo szybko, bo ukazała się

raptem rok po założeniu zespołu. Nad "Sator

Omnia Noctem" pracowaliście już znacznie

dłużej, pewnie choćby dlatego, że nie

chcieliście obniżyć lotów po udanym debiucie?

Legionem: Komponowanie utworów, ich

aranżacja i nagrywanie zajęło trochę czasu.

Kiedy nagraliśmy "Sator Omnia Noctem",

postanowiliśmy odłożyć te kompozycje na

kilka miesięcy, by potem znów je przesłuchać

tak obiektywnie, jak tylko mogliśmy.

Na tym etapie pojawia się już presja czy

niekoniecznie, nawet jeśli na horyzoncie pojawia

się już opcja współpracy z wytwórnią

i chciałoby się zaoferować jej jeszcze lepszy

materiał?

Nie, nie mieliśmy żadnej umowy przed skończeniem

tego albumu. Komponujemy i gramy

dla siebie i dla tych, którzy są odpowiednio

wrażliwi, by zrozumieć naszą sztukę.

Znalezienie wytwórni jest priorytetem drugorzędnym.

Dlaczego Metal On Metal Records? Czujecie,

że pasujecie do profilu tej wytwórni, a

pasja właścicieli przekłada się na jej funkcjonowanie?

Metal On Metal jest dobrą wytwórnią i do

niej pasujemy, a relacje międzyludzkie też są

dla nas bardzo ważne.

To był kluczowy moment w krótkiej historii

waszego zespołu?

Krótka czy długa, czas jest relatywną jednostką

miary. Mamy wiele wspomnień, ukrytych

w mroku nocy.

Nowych utworów musieliście mieć więcej

niż potrzeba na płytę, skoro wcześniej wyszedł

split "One In Desolation Four In Malediction"

z trzema waszymi, premierowymi

kompozycjami?

Skomponowaliśmy te utwory specjalnie na

ten split. Skład też jest nieco inny, bo mamy

nowego basistę, Cerberusa. Szukaliśmy odpowiedniego

brzmienia dla tego materiału,

stworzonego w innym czasie z innymi ludźmi,

więc jeśli odsłuchasz i album, i split, zauważysz

to.

Bez idoli i wylewności

"Czas jest relatywną jednostką miary"; "Krótko czy długo, czas to relatywna

jednostka miary" to, zdaje się, ulubione slogany muzyków włoskiego Legionem.

Szkoda, że nie rozwinęli niektórych wątków, bo nieźle grają occult hard

rocka i doom metal, ale w sumie nieco bardziej zainteresowało ich tylko pytanie

o włoski, kultowy zespół PFM...

Hard rock, proto metal, occult/doom - jak

zwał tak zwał, etykietki nie są najważniejsze,

ale jedno jest pewne: nowoczesne

dźwięki was nie interesują, Legionem zdecydowanie

tkwi pod względem muzycznym

w przeszłości, cofając się w poszukiwaniu

źródeł inspiracji nawet do przełomu lat 60. i

70.?

"zdecydowanie tkwi pod względem muzycznym

w przeszłości", niekoniecznie... (akurat

tak się składa, że znam wasze płyty -

przyp. red.) Gramy włoski dark sound, a w

naszej wizji tego brzmienia (pomyśl o pracach

Violet Theater i Antonius Rex) jest mało,

ale za to cennego eksperymentalnego

komponentu, coś pomiędzy awangardą, a ariergardą

oraz naszym mrokiem. Lubimy też

black.

Warto tu zauważyć, że włoska scena progresywna

i hard'n'heavy wydała od końca

lat 60. mnóstwo świetnych zespołów - ich

jedynym problemem było to, że w większości

nie zdołały się przebić; Premiata Forneria

Marconi byli tu jednym z nielicznych wyjątków,

a to i tak dzięki temu, że zdołali

zainteresować swą muzyką członków Emerson,

Lake & Palmer?

Istnieje autobiografia napisana przez Franza

di Cioccio, perkusistę Premiata Forneria

Marconi. W "Due volte nella vita" opisuje

on doświadczenia jego zespołu za granicą i

wyjaśnia sytuację włoskich zespołów. Polecam

tę książkę, jest naprawdę interesująca.

Premiata Forneria Marconi mieli spore

umiejętności, ale też siłę woli, by wyłamać się

ze swoich muzycznych i, co najważniejsze,

terytorialnych granic. Jak już wspomniałeś,

"zwykle nie udawało im się odnieść sukcesu

międzynarodowego", ale prawda jest taka, że

większość z ich w ogóle nie próbowała. Dla

niektórych niszowy rynek muzyczny może

być klaustrofobiczny, ale dla innych może

być wręcz komfortowy. A Włochy mają

wspaniałą architektoniczną niszę. Premiata

Forneria Marconi mieli okazję zagrać przed

zespołami, które odniosły światowy sukces.

Dwukrotnie otwierali koncerty Deep Purple

w 1971 roku w Rzymie i w Bolonii, a swój

melotron kupili od keyboardzisty

Genesis po koncercie

w Szwajcarii we wczesnych

latach 70. Tak jak można tu

zauważyć, kluczem są interakcje

z innymi zespołami i

chęć przekraczania granic.

Jest jakiś zespół, krajowy czy

zagraniczny, któremu chcielibyście

dorównać, którego płyty

są dla was niedoścignionym

wzorem?

Nie. "Występy piosenkarzy i aktorów

sprawiają, że rzygam. Szczam

na twoich bohaterów." (tłum. z włoskiego)

- Nerorgasmo

(Na Black Sabbath, Pagan Altar

czy Death SS też? - przyp.

red.). Druga płyta, drugi tytuł w

języku łacińskim - mają jakieś dodatkowe

znaczenie, czy po prostu chcieliście

być oryginalni, jakoś się wyróżnić?

Jest dokładnie tak, jak powiedziałeś. Nasz

pierwszy album ma tytuł po łacinie i tak jest

z drugim. Jesteśmy Włochami, umiemy używać

łaciny, więc to robimy.

Ale z tym "AEAJATMOAAMVMSG-

STGJEZ" to już zaszaleliście - jakoś trudno

sobie wyobrazić jak mógłby być zapowiadany

na koncertach - a teraz numer o

tytule, którego nawet my nie jesteśmy w

stanie wymówić? (śmiech)

Nie zapowiadamy utworów na naszych koncertach.

Jeśli występujesz na koncercie, jesteś

na scenie, to graj, a nie gadaj.

Jak widać ta zasada obowiązuje u was również

w wywiadach... Teksty są dla was

równie ważne jak muzyka, nie należycie do

zespołów śpiewających o niczym i każda

kompozycja to musi być zwarta całość,

lirycznie i muzycznie?

Każde słowo to pewna historia. Wspólną cechą

jest rozczarowanie teraźniejszością, która

nie należy do nas.

"Sator Omnia Noctem" to wasza kolejna,

krótka płyta, trwająca w granicach 35 minut.

Jak dotąd nie doczekaliście się winylowych

wydań waszych albumów, bo to

pierwsze, co przychodzi w takiej sytuacji na

myśl, ale chyba nie bez powodu przygotowujecie

tak zwarte albumy: mniej często

znaczy więcej, a wypełniaczy nikt nie lubi?

Krótko czy długo, czas to relatywna jednostka

miary.

Co planujecie obecnie? Z koncertów raczej

nic nie będzie, może więc w tak zwanym

międzyczasie sprokurujecie jakiś kolejny,

krótszy materiał albo zaczniecie tworzyć

utwory na trzeci album, żeby nie siedzieć

bezczynnie i stopniowo podsycać zainteresowanie

Legionem?

"Krótszy materiał"? Hmm, to jest bardzo interesujące.

Dzięki za tę nieświadomą sugestię!

Wojciech Chamryk, Szyman Paczkowski,

Sara Ławrynowicz

LEGIONEM 67


Nie było też czasem tak, że mogliście wrócić

do grania klasycznego heavy/hard rocka

dopiero teraz, po nabraniu przez lata odpowiedniego

doświadczenia, dojściu do wniosku,

że w prostocie siła, kiedy za młodu,

niezależnie od stylistyki, chce się zwykle

tworzyć rzeczy jak najbardziej efektowne i

rozbudowane?

Nie mogę tego wykluczać na poziomie podświadomości.

Ale nadal sprowadza się to do

tego, że po prostu kochamy ten styl muzyki i

chcieliśmy tak brzmieć.

HMP: Przez wiele lat graliście różne, mniej

lub bardziej ekstremalne, odmiany metalu -

co sprawiło, że w końcu zwróciliście się do

jego najbardziej klasycznej, wręcz archetypowej,

formy?

Bernd Wener: Wszyscy wywodzimy się z

całkiem różnych zespołów, przed powstaniem

Old Mother Hell przez lata graliśmy

różne odmiany metalu. Wydaje mi się, że

Old Mother Hell jest jego kwintesencją, najbardziej

podstawową formą, którą kocha każdy

z nas. Nie mieliśmy planu, żeby napisać

taką muzykę, po prostu zrobiliśmy to, co

uwielbialiśmy.

Nie znaczy to jednak, że przez te wszystkie

Czysty przypadek

Old Mother Hell z powodzeniem wskrzeszają formułę metalowego tria,

grając przy tym archetypowego heavy rocka/doom metal, dźwięki z przełomu lat

70. i 80. ubiegłego wieku. Ich drugi album "Lord Of Demise" ponownie

potwierdza, że są tradycjonalistami, chociaż wokalista i zarazem gitarzysta Bernd

Wener zastrzega, że jeśli tylko blackmetalowy fragment będzie pasować do ich

utworu, to na pewno zeń skorzystają.

ponownie śpiewać i grać na gitarze, p