Wojsko i Technika Historia 5/2019 promo

zespolbadanianalizmilitarnych

ZBiAM

www.zbiam.pl

Bzura 1939

5/2019

Wrzesień-Październik

cena 18,50 zł (VAT 5%)

INDEX 407739

ISSN 2450-2480

W NUMERZE:

Wczesne wersje

Junkers Ju 87

Bombowiec nurkujący Ju 87

stał się symbolem niemieckiego

Blitzkriegu w pierwszych latach

drugiej wojny światowej, chociaż

nie był ani najnowocześniejszym,

ani najliczniejszym…

Trzy dni wojny

ORP Gryf

Wobec olbrzymiej przewagi floty

niemieckiej i sowieckiej na Bałtyku

nie mogło być mowy o tym,

żeby ORP Gryf mógł stawiać miny

gdziekolwiek indziej niż na wodach

Zatoki Gdańskiej…

ISSN 2450-2480 Index 407739


1

Bombowiec nurkujący Ju 87

stał się symbolem niemieckiego

Blitzkriegu w pierwszych latach

drugiej wojny światowej, chociaż

nie był ani najnowocześniejszym,

ani najliczniejszym…

Wobec olbrzymiej przewagi floty

niemieckiej i sowieckiej na Bałtyku

nie mogło być mowy o tym,

żeby ORP Gryf mógł stawiać miny

gdziekolwiek indziej niż na wodach

Zatoki Gdańskiej…

Vol. V, nr 5 (25)

Wrzesień-Październik 2019; Nr 5

www.zbiam.pl

Bzura 1939

5/2019

Wrzesień-Październik

cena 18,50 zł (VAT 5%)

INDEX 407739

ISSN 2450-2480

5/2019

W NUMERZE:

Wczesne wersje

Junkers Ju 87

Trzy dni wojny

ORP Gryf

ISSN 2450-2480 Index 407739

Na okładce: Bitwa nad Bzurą 1939 r.

Rys. Arkadiusz Wróbel

INDEX 407739

ISSN 2450-2480

Nakład: 14,5 tys. egz.

Redaktor naczelny

Jerzy Gruszczyński

jerzy.gruszczynski@zbiam.pl

Redakcja techniczna

Dorota Berdychowska

dorota.berdychowska@zbiam.pl

Korekta

Stanisław Kutnik

Współpracownicy

Władimir Bieszanow, Michał Fiszer,

Tomasz Grotnik, Andrzej Kiński,

Leszek Molendowski, Marek J. Murawski,

Tymoteusz Pawłowski, Tomasz Szlagor

Wydawca

Zespół Badań i Analiz Militarnych Sp. z o.o.

Ul. Anieli Krzywoń 2/155

01-391 Warszawa

office@zbiam.pl

Biuro

Ul. Bagatela 10/19

00-585 Warszawa

Dział reklamy i marketingu

Andrzej Ulanowski

andrzej.ulanowski@zbiam.pl

Dystrybucja i prenumerata

office@zbiam.pl

Reklamacje

office@zbiam.pl

Prenumerata

realizowana przez Ruch S.A:

Zamówienia na prenumeratę w wersji

papierowej i na e-wydania można składać

bezpośrednio na stronie

www.prenumerata.ruch.com.pl

Ewentualne pytania prosimy kierować

na adres e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

lub kontaktując się z Telefonicznym

Biurem Obsługi Klienta pod numerem:

801 800 803 lub 22 717 59 59

– czynne w godzinach 7.00–18.00.

Koszt połączenia wg taryfy operatora.

Copyright by ZBiAM 2019

All Rights Reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone

Przedruk, kopiowanie oraz powielanie na inne

rodzaje mediów bez pisemnej zgody Wydawcy

jest zabronione. Materiałów niezamówionych,

nie zwracamy. Redakcja zastrzega sobie prawo

dokonywania skrótów w tekstach, zmian tytułów

i doboru ilustracji w materiałach niezamówionych.

Opinie zawarte w artykułach są wyłącznie

opiniami sygnowanych autorów. Redakcja nie ponosi

odpowiedzialności za treść zamieszczonych

ogłoszeń i reklam. Więcej informacji znajdziesz

na naszej nowej stronie:

www.zbiam.pl

spis treści

HISTORIA

Tymoteusz Pawłowski

Sytuacja strategiczna Europy w latach 30. XX wieku 4

LOTNICTWO

Jerzy Liwiński

Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej w Polsce 16

BROŃ PANCERNA

Jędrzej Korbal

Czołgi rozpoznawcze TK – eksport 28

BITWY I KAMPANIE

Michał Fiszer, Jerzy Gruszczyński

Bitwa nad Bzurą. Zwycięstwo nie tylko na polu walki 42

MONOGRAFIA LOTNICZA

Marek J. Murawski

Junkers Ju 87: wczesne wersje produkcyjne (1) 60

WOJNA NA MORZU

Mariusz Borowiak

Trzy dni wojny ORP Gryf 78

ARTYLERIA

Waldemar Nadolny

Bateria Canet i jej zapomniany dowódca 90

www.facebook.com/wojskoitechnikahistoria

3


Tymoteusz Pawłowski

Wojna domowa w Hiszpanii, Somosierra 1936 r.: milicjanci republikańscy poddają się frankistom.

Sytuacja strategiczna Europy

w latach 30. XX wieku

Pierwsza wojna światowa nie skończyła

się bynajmniej 11 listopada

1918 r. Tego dnia podpisano jedynie

zawieszenie broni z Niemcami.

Na prawdziwy koniec wojny trzeba

było jeszcze poczekać. Stan wojny

z Niemcami zakończono 28 czerwca

1919 r. traktatem wersalskim. Wojna

z innymi państwami centralnymi

trwała dopóki nie podpisały one

indywidualnych traktatów pokojowych.

10 września 1919 r. podpisano

z Austrią pokój w Saint-Germain-en-

-Laye, 27 listopada 1919 r. – z Bułgarią

w Neuilly-sur-Seine, 4 czerwca 1920 r.

– z Węgrami w Trianon, 10 sierpnia

1920 r. – z Turcją w Sèvres.

Ograniczenie zbrojeń morskich było jedynie

efektem ubocznym zawartego tam porozumienia

pokojowego: Brytyjczycy zrywali

swój długoletni sojusz z Japończykami,

a Amerykanie – w których sojusz ten był wymierzony

– nie musieli budować dodatkowej

floty koniecznej do obrony Pacyfiku przed

Japończykami i Atlantyku przed Brytyjczykami.

Traktat waszyngtoński był olbrzymim

sukcesem Stanów Zjednoczonych: ich flota

zrównała się z brytyjską, Japończycy zostali

osamotnieni, a Francuzi musieli pogodzić się,

że na morzu stanowią mocarstwo drugiej kategorii.

Zadowoleni byli również Włosi, którzy

oficjalnie stali się – przynajmniej na morzu

– równi Francji.

W 1919 r. brytyjski ekonomista John Maynard

Keynes opublikował pracę pt. „Ekonomiczne

skutki pokoju”. Książka ta była dziełem

czysto propagandowym wymierzonym

we francuską politykę osłabiania Niemiec

– czemu sprzeciwiali się po cichu Brytyjczycy.

Dziś wiadomo, że ustalenia Keynesa były

błędne, ale w 1919 r. zyskała niezasłużoną

sławę książki proroczej, wykazującej rzekomo,

że Niemcy nie będą w stanie spłacić

olbrzymich reparacji wojennych, co może

doprowadzić do kolejnej wojny. Tezy Keynesa

do dziś są przytaczane dla udowodnienia,

że za wybuch II wojny światowej tak naprawdę

odpowiadają „wstrętne kapitalistyczne

świnie” z Zachodu. Pogląd taki wygodny jest

Przedstawiciele mocarstw kończą konferencję rozbrojeniową w Wersalu, tłumacząc się „zwykłym

ludziom”: Zawiedliśmy, nie jesteśmy w stanie kontrolować naszych morderczych skłonności... Dziś już

zapomniana konferencja miała duże znaczenie w polityce lat 30. XX wieku.

4

Traktaty pokojowe nie zakończyły jednak

wojen. Przede wszystkim nie rozwiązywały

wszystkich problemów pomiędzy

zainteresowanymi stronami. Konflikty więc

nadal trwały, czego najlepszym przykładem

jest spór pomiędzy niemieckojęzycznymi

obywatelami Czechosłowacji i rządem w Pradze.

Po drugie, nie wszystkie ustalenia spotkały

się z akceptacją. Konflikty więc nadal

trwały – najlepszym przykładem jest brak

zgody Turków na traktat w Sèvres i długa

wojna zakończona porozumieniem w Lozannie.

Wreszcie porozumienia pokojowe objęły

tylko część uniwersum. Konflikty więc nadal

trwały – m.in. na terenie dawnego Imperium

Rosyjskiego i na Dalekim Wschodzie.

Część konfliktów na Dalekim Wschodzie

próbowano rozwiązać dyplomatycznie. Taka

była geneza traktatu waszyngtońskiego

ograniczającego wyścig zbrojeń na morzu.


Jerzy Liwiński

Lotnisko Mokotowskie. Przekazanie 123 samolotów, ufundowanych przez społeczeństwo,

za pośrednictwem Komitetu Żwirki i Wigury LOPP; 26 września 1937 r.

Liga Obrony Powietrznej

i Przeciwgazowej w Polsce

16

W okresie międzywojennym, a ściślej od 4 sierpnia 1923 r. do początku września

1939 r., działała w Polsce Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej (LOPP), nosząca

przez pierwsze trzy lata nazwę Ligi Obrony Powietrznej Państwa. Pod względem

liczby członków, zakresu działania i osiągnięć była największą organizacją społeczną

w Polsce. Zajmowała się rozwojem polskiego lotnictwa cywilnego we wszystkich

jego dziedzinach oraz przygotowaniem ludności cywilnej do obrony przeciwlotniczo-gazowej.

Jako instytucja opierała swoje działanie na składkach obywateli i była

związana z państwowymi władzami administracyjnymi i wojskowymi.

W

czasie pierwszej wojny światowej

zostały użyte dwa nowe rodzaje

broni: lotnictwo i gazy bojowe.

Ich pojawienie zrewolucjonizowało sposób

prowadzenia działań zbrojnych. Lotnictwo

wobec początkowo słabego rozwoju broni

przeciwlotniczej, mogło bezkarnie wykonywać

naloty na dalekie zaplecza wroga

i atakować skupiska żołnierzy oraz ludności

cywilnej. Natomiast broń chemiczna, przed

Zawody Samolotów Turystycznych Challenge 1934. Pilot Stanisław Płonczyński w samolocie RWD-9

podczas przelotu nad bramką; sierpień 1934 r.

którą można było się częściowo bronić przy

użyciu masek przeciwgazowych, powodowała

oparzenia i śmiercionośne zatrucia.

Ponadto, wzrost zasięgu samolotów i ich

udźwigu stworzył warunki napadu chemicznego

nie tylko na wojska walczące na linii

frontu, ale także na obiekty położone w głębi

terytorium przeciwnika.

Wnioski wypływające z udziału lotnictwa

i broni chemicznej oraz ich powojenny

rozwój wskazywały na potrzebę zorganizowania

obrony przed ich skutkami.

Rozbudowa lotnictwa bojowego była domeną

władz wojskowych, ale akcja popularyzacyjna

i opracowanie zasad samoobrony

stawało się obowiązkiem społeczeństwa

i należało je powierzyć władzom cywilnym.

Jednak ze względu na uwarunkowania finansowe

nie można było w pełni realizować

dużych inwestycji zarówno w rozwój

lotnictwa jak i obronę przeciwchemiczną,

a także przygotowanie ludności do przeciwdziałania

jego skutkom.

Społeczeństwo polskie widziało ten problem,

na równi z dowódcami wojskowymi

i władzami państwowymi. Wynikiem starań

ludności została powołana we wrześniu

1922 r. organizacja o nazwie Obywatelski

Komitet Obrony Przeciwgazowej (OKOP),

a jednym z założycieli był prof. Ignacy Mościcki,

późniejszy prezydent RP. Dwa lata później

Komitet przekształcił się w Towarzystwo

Obrony Przeciwgazowej (TOP).

Myśl utworzenia organizacji działającej

na rzecz lotnictwa zrodziła się w Aeroklubie

RP na początku 1922 r. Koncepcja jej

funkcjonowania powstała w grupie działaczy,

a nazwę jako Liga Obrony Powietrznej


Jędrzej Korbal

Czołgi rozpoznawcze TK – eksport

Pierwsza dekada funkcjonowania odrodzonej

Rzeczypospolitej minęła na niepozbawionych

dramatyzmu próbach

ujednolicenia i wzmocnienia wyniszczonego

zaborami i kilkoma latami

wojen kraju. Odtworzony z niemałym

trudem państwowy przemysł zbrojeniowy,

choć młody i niedoświadczony,

nie wyrzekł się ambicji i systematycznie

dążył nie tylko do produkcyjnego

zaspokojenia potrzeb Wojska Polskiego,

ale również starał się wykorzystać

eksportowe okazje.

Dźwinę. Jeśli wierzyć odręcznym notatkom

na dokumentach transakcja została jednak

szybko zablokowana, m.in. w skutek starań

płk. Kossakowskiego, jako mogąca zagrozić

umowie z angielską spółką Vickers-Armstrong

(dalej: Vickers), wobec której ww. oficer

miał szereg własnych oczekiwań.

Tak jednoznaczne działanie łączącego

obowiązki szefa DepZaopInż. oraz DowBr-

28

Opracowane w kraju, u progu lat 30.

XX wieku, udoskonalone warianty angielskich

niewielkich pojazdów gąsienicowych

pomysłu Carden-Loyda miały się stać

jednym z handlowych atutów w walce o zbrojeniowe

kontrakty, tak w Europie jak i poza

jej granicami. Choć TK-3, a zwłaszcza TKS, był

wolny od szeregu wad swojego zagranicznego

pierwowzoru i deklasował go osiągami, to polskie

starania o eksport tych maszym natrafiły

na szereg barier, którym przeciwstawić musiało

się młode państwo, a które starannie wykorzystywała

zbrojeniowa konkurencja od lat dobrze

uplasowana na zagranicznych rynkach.

Tankietkowa kazuistyka

Spływające zarówno od państw europejskich

jak i znacznie bardziej egzotycznych dla polskiego

handlu bronią podmiotów zagranicznych

zapytania dotyczące możliwości zakupu

krajowych tankietek wytworzyły problem

natury prawnej. Mianowicie w 1931 r., krótko

po tym kiedy reprezentujący armię łotewską

płk Grossbard zapoznawał się z pierwszymi

egzemplarzami polskich tankietek, pojawiła

się możliwość sprzedaży pojazdów TK nad

Poglądowe zdjęcie czołgu rozpoznawczego TKS w pierwotnej, tzw. japońskie wersji malowania.

Fotografia stanowiła złącznik do oferty dla Szwecji.

Panc. płk. Kossakowskiego wsparła najpewniej

interwencja angielskiego attaché wojskowego,

który zgłosił się z prośbą o wyjaśnienie

pogłosek na temat zamierzonego

rzekomo eksportu czołgów do Rygi. Już

po opadnięciu pierwszych emocji związanych

z pewną beztroską, jeśli chodzi o traktowanie

zapisów umowy wiążącej Rzeczpospolitą

z Vickersem, strona polska kwestię

eksportu tankietek dla północnego sąsiada

ujmowała w sposób bardziej zrównoważony.

Nie bez racji i z widoczną rezerwą uznawano,

że niedoszły kontrahent jest bardziej zainteresowany

nabyciem licencji i samodzielnym

wytwarzaniem maszyn u siebie w kraju, niż

poważniejszymi zakupami nad Wisłą.

Nie mniej jednak wątek łotewski będzie

jeszcze aktualny przynajmniej do 1933 r., kiedy

to w ostatniej chwili odwołany zostanie

pokaz polskich czołgów wracających z udanej

wizyty handlowej w Estonii, o której dalej.

Było to wydarzenie niespodziewane i odebrane

zdecydowanie negatywnie, zwłaszcza,

że w trakcie przejazdu do Rygi polski eszelon

witali jeszcze wyżsi oficerowie łotewscy. Spekulując

na temat powodów nagłej zmiany

decyzji wskazywano na działalność niechętnych

zbliżeniu Rzeczpospolitej z państwami

bałtyckimi Sowietów. Ostatnie wzmianki

na temat łotewskiego kierunku handlowego

pojawiają się jeszcze w dokumentach datowanych

na 1934 r., przy czym mają one już

charakter zdawkowy.

Z pozoru niewinna akcja handlowa u północnego

sąsiada Rzeczpospolitej wywołała


Michał Fiszer, Jerzy Gruszczyński

42

Bitwa nad Bzurą.

Zwycięstwo nie tylko na polu walki

Bitwa nad Bzurą jest powszechnie kojarzona z największą operacją zaczepną

Wojska Polskiego w kampanii polskiej 1939 r. W istocie jednak miała ona

o wiele dalej idące konsekwencje. Po pierwsze, powstrzymała niepowstrzymany

niemiecki marsz na Warszawę, umożliwiając wycofanie się wielu naszym

jednostkom za Wisłę, po drugie zaś, dała czas, dzięki któremu polski rząd

i wielu żołnierzy Wojska Polskiego zdołało się ewakuować do Rumunii oraz

na Węgry, skąd wkrótce dotarli oni na zachód.

Jeden z najzdolniejszych niemieckich

dowódców z okresu drugiej wojny światowej

feldmarszałek Erich von Manstein

w swoich wspomnieniach „Stracone zwycięstwa”

napisał: Jest trudno zorientować się

w zamiarze polskiego planu operacyjnego,

gdyby nie żywione pragnienie „osłonięcia

wszystkiego”, czy być może bardziej właściwsze

określenie, nie oddawania niczego dobrowolnie.

Życzenie, któremu ulega słabszy,

prowadzi z reguły do klęski. (…) Może tak być,

że polski plan poza życzeniem „nie oddawania

niczego za darmo” w ogóle nie posiadał żadnej

jasnej myśli, lecz przedstawiał sobą kompromis

między koniecznością przejścia do obrony

w obliczu przeważającego przeciwnika

a wcześniejszymi ambicjami ofensywnymi.

(…) Rozmieszczenie polskich wojsk w 1939 r.

usiłujących obronić wszystko, włącznie z rejonem

„korytarza” i wysuniętą Wielkopolską,

wobec wcześniej ukształtowanych możliwości

oskrzydlających Niemiec i ich przewagi, mogło

doprowadzić tylko do klęski Polski.

Zwróćmy uwagę, że feldmarszałek Erich

von Manstein wskazuje szczególnie dwie

armie: Armię „Pomorze” gen. dyw. Władysława

Bortnowskiego oraz Armię „Poznań”

gen. dyw. Tadeusza Kutrzeby jako te, których

rozmieszczenie było najmniej sensowne.

Od razu na samym początku ulokowano

je w rejonach, gdzie mogły najszybciej zostać

okrążone i odcięte, w dodatku tam, gdzie

Niemcy nie zamierzali nacierać, bo i po co?

Patrząc na mapę łatwo można ocenić,

skąd Niemcy wyprowadzą główne natarcia,

bo wyprowadzili je tam, gdzie były najdogodniejsze

do tego warunki. Główne uderzenie

– z Dolnego Śląska przez Radomsko,

Piotrków Trybunalski, Mszczonów w kierunku

Warszawy, prowadziło wzdłuż otwartych

terenów równinnych i tzw. szosy piotrkowskiej,

która wówczas była utwardzoną drogą

bitą nadającą się do ruchu kołowego. Równolegle

biegła linia tzw. kolei warszawsko-

-wiedeńskiej, ułatwiająca zaopatrywanie

wojsk. Na drodze niemieckich wojsk nie było

tu większych przeszkód wodnych do pokonania,

poza Wartą w jej górnym biegu.

Główną siłą uderzeniową na tym kierunku

była najsilniejsza 10. Armia (dowódca: gen.

artylerii Walter von Reichenau), składająca

się z pięciu korpusów, w tym trzech zmotoryzowanych.

Najsilniejszy, XIV Korpus Zmotoryzowany

(gen. piechoty Gustav von Wietersheim)

miał 4. DPanc, 13. DZmot i 29. DZmot.

Ówczesne niemieckie dywizje zmotoryzowane,

poza transportem kołowym dla całego

składu dywizji, niczym się nie różniły od zwykłych

dywizji piechoty. Nieco słabszy był

7. Dywizjon Artylerii Przeciwlotniczej, w czasie kampanii polskiej 1939 r. wchodzący w skład Armii

„Poznań”, w czasie przedwojennej defilady przed Zamkiem w Poznaniu.


Pododdział przeciwpancerny brygady kawalerii w marszu. Jeśli polska kawaleria we wrześniu 1939 r. walczyła z niemieckimi czołgami, to właśnie tymi

doskonałymi armatami Bofors kal. 37 mm (wytwarzanymi u nas na podstawie szwedzkiej licencji), a nie szabelkami…

46

w Wielkopolsce, Armia „Poznań” w zasadzie

nie była atakowana przez nieprzyjaciela.

Wycofanie Armii „Poznań”

i Armii „Pomorze”

Armia „Pomorze” prowadziła ciężkie walki

północną i środkową częścią swojego ugrupowania,

tracąc bezpowrotnie 9. DP i kilka

mniejszych pododdziałów. Odwrót pozostałej

części Armii „Pomorze” zaczął się 4 września

1939 r., głównie przejściem przez Bydgoszcz

na południowy wschód, w kierunku

Włocławka. 4. Armia z Prus Zachodnich podjęła

natarcie w kierunku Warszawy po obu

stronach Wisły, na prawo (na południe)

od 3. Armii, która nacierała na Armię „Modlin”

od północy, kierując się w rejon na wschód

od Warszawy. Odwrót Armii „Pomorze” był

prowadzony w miarę zorganizowany sposób,

choć niektóre jednostki były na granicy całkowitego

rozbicia, jak na przykład Pomorska

Brygada Kawalerii.

Fatalny był natomiast stan taborów (zaopatrzenia)

jednostek armii. Niekończące

się kolumny transportowe, złożone często

ze zwykłych cywilnych wozów konnych zarekwirowanych

rolnikom, utrudniały wycofanie

się oddziałów bojowych. Zresztą nastąpiło

w nich spore obniżenie dyscypliny.

Pojawiło się wielu maruderów oderwanych

od macierzystych jednostek, było też sporo

przypadków dezercji, szczególnie w jednostkach

mobilizowanych na wschodzie, gdzie

w ich składzie pojawiło się sporo rekrutów

9. Pułk Ułanów Małopolskich. Jednostka należała do Podolskiej Brygady Kawalerii z Armii „Poznań”,

która walczyła w rejonie Wartkowic i pod Poddębicami w pierwszej fazie Bitwy nad Bzurą.

niepolskiej narodowości. Wielu z maruderów

nadużywało alkoholu i dopuszczało się

różnych ekscesów.

W końcu gen. dyw. Bortnowski musiał

utworzyć specjalne pododdziały zaporowe,

których zadaniem było zbieranie maruderów

i wcielanie ich do jednostek w celu uzupełnienia

strat oraz powstrzymania dalszego

spadku morale. W swoim rozkazie generał

napisał: stwierdziłem nieopisaną dezorganizację

i wielką ilość zbłąkanych, której nikt

nie przeciwdziała, jakby to był naturalny

i konieczny objaw wojny.

Już 5 września wieczorem do sztabu Armii

„Pomorze” w fortach na toruńskim Pogórzu

(dzielnica po południowej stronie Wisły, tam

gdzie znajduje się dworzec kolejowy Toruń

Główny, forty są jeszcze bardziej na południe)

przybył gen. dyw. Tadeusz Kutrzeba,

by uzgodnić kwestię utrzymania kontaktu

skrzydłami armii w czasie wycofania Armii

„Pomorze”. Obie armie otrzymały bowiem

rozkaz Naczelnego Dowództwa WP wspólnego

wycofania się w kierunku Warszawy.

6 września nad ranem 4. DP przeszła

przez mosty w Toruniu, na lewy brzeg Wisły.

16. DP natomiast ruszyła dalej na południowy

wschód prawym brzegiem rzeki. Tego

dnia prowadzono też odtwarzanie mocno

przetrzebionej 27. DP, włączając do niej maruderów

z różnych jednostek. W 24. Pułku

Piechoty z trzech osłabionych batalionów

odtworzono dwa, jako trzeci batalion włączono

w skład pułku batalion ON „Starogard”.

23. pp udało się odtworzyć w miarę

w całości, ale jako trzeci pułk do dywizji włączono

zbiorczy oddział pod dowództwem


Marek J. Murawski

1

Junkers Ju 87:

wczesne wersje produkcyjne

60

Bombowiec nurkujący Junkers Ju 87

(Sturzkampfflugzeug, Stuka) stał się

w obiegowej opinii symbolem niemieckiego

Blitzkriegu w pierwszych latach

II wojny światowej, chociaż nie był ani

najnowocześniejszym, ani najliczniejszym

samolotem, w który były wyposażone

jednostki Luftwaffe.

Podczas I wojny światowej samoloty

bombowe dokonywały zrzutu bomb

z lotu poziomego. Prymitywne celowniki

nie pozwalały na dokładny zrzut ładunku

bojowego, rozrzut bomb był bardzo duży,

a trafienie, szczególnie w niewielki obiekt

punktowy, możliwe było wyłącznie w drodze

przypadku. Tymczasem dowództwa jednostek

lądowych obu stron konfliktu domagały

się skutecznego, bezpośredniego wsparcia

na polu walki ze strony własnego lotnictwa.

Wraz z udoskonalaniem konstrukcji lotniczych

stwierdzono, że skuteczną taktyką

może stać się zrzucanie pojedynczych bomb

dużego kalibru w locie nurkowym, co znacznie

ułatwiało celowanie i podnosiło precyzję

ataku. Pierwsze próby, przeprowadzone

w 1917 r. przez Brytyjczyków, nie przyniosły

jednak zadowalających rezultatów. Bombę

dużego kalibru podwieszoną pod kadłubem

należało zwolnić dokładnie w momencie

poderwania samolotu w górę podczas wyprowadzania

maszyny z nurkowania. Jeżeli

nie nastąpiło to we właściwym momencie,

zwolniona z zaczepów bomba uderzała w łopaty

śmigła. Po zakończeniu I wojny światowej

testy bombardowania z lotu nurkowego

kontynuowano w Stanach Zjednoczonych.

Pierwsze bombardowanie z wykorzystaniem

nowego sposobu w warunkach bojowych

miało miejsce w lutym 1919 r. na Haiti. W tym

czasie na wyspie oddziały amerykańskiej piechoty

morskiej zwalczały powstanie tzw. Kokosową

Rebelię.

W latach 20. XX wieku firmy Curtiss i Boeing

wprowadziły do uzbrojenia marynarki

wojennej Stanów Zjednoczonych pierwsze

samoloty zdolne do wykonywania ataków

bombowych z lotu nurkowego. W grudniu

1927 r. stacjonujące na pokładzie lotniskowca

Saratoga dywizjony VF-1B i VB-2B otrzymały

samoloty typu F2B-1. Maszyny należące

do VB-2B, w drodze powrotnej z manewrów

morskich w rejonie Hawajów do San Diego,

przeprowadziły ćwiczenia z bombardowaniem

z lotu nurkowego dużych jednostek nawodnych.

Ich wynik był obiecujący. Okazało

się, że przy użyciu nowego sposobu trafienie

pancernika czy krążownika ciężkiego było

możliwe nawet przez 30% zrzuconych bomb,

podczas gdy skuteczność bombardowania

z lotu poziomego nie przekraczała 12%. Należy

w tym miejscu dodać, że bombardowano,

stare zakotwiczone okręty, które nie mogły

manewrować, ani wykonywać uników.

W Niemczech, które w tym czasie nie posiadały

lotnictwa wojskowego, ponieważ

zabraniały im tego postanowienia traktatu

wersalskiego, już od 1922 r. rozpoczęto tajne

przygotowania do szybkiego reaktywowania

przemysłu lotniczego. 16 lutego 1922 r.

Rzesza Niemiecka i ZSRR zawarły traktat

w Rapallo. Dokładnie rok później rozpoczęły

Drewniana makieta bombowca nurkującego Junkers Ju 87 wyposażona w podwójny statecznik pionowy.


Junkers Ju 87 A-1, 52+L25 z 5./St.G 165.

Junkers Ju 87 A-1 należący do 4./St.G 165 stacjonującej w Nürnberg (Norymberga) w1938 r.

Ernst Udet, który podczas pobytu w Stanach

Zjednoczonych miał okazję oglądać możliwości

amerykańskich bombowców nurkujących.

Najnowszą amerykańską konstrukcją

był Curtiss F11C-2, którego Udet chciał kupić

dla siebie. Jednak cena samolotu, wynosząca

14 tys. dolarów (około 60 tys. RM), była dla

niego zbyt wysoka. W tym czasie Hermann

Göring, który w 1933 r. objął stanowisko

Komisarza Rzeszy do Spraw Lotnictwa, starał

się za wszelką cenę przyciągnąć Udeta

do współpracy. Udet, który był z natury indywidualistą

i niespokojnym duchem, nie miał

jednak ochoty ponownie wstąpić do wojska,

lecz marzył o posiadaniu amerykańskiego samolotu,

który mógłby wykorzystywać do popisów

akrobacji lotniczej. Göring wykorzystał

jego słabość i zaproponował mu środki

na zakup dwóch samolotów Curtiss w zamian

za wstąpienie do odrodzonych niemieckich

sił powietrznych.

Udet, po długim wahaniu, przyjął propozycję

i rozpoczął pracę w Reichsluftfahrtministerium

(RLM). 27 września 1933 r. w zakładach

Curtiss w Buffalo dokonał zakupu

dwóch egzemplarzy F11C-2 napędzanych

silnikami Wright SR-1820-F2 Cyclone o mocy

712 KM, które umożliwiały osiągnięcie prędkości

325 km/h na wysokości 1000 m. Obie

maszyny zapakowane starannie w skrzynie

dostarczone zostały do Niemiec na pokładzie

pasażerskiego liniowca Europa.

W grudniu 1933 r. obydwa samoloty noszące

oznaczenia D-3165 i D-3166 (zmienione

później na D-IRIS i D-ISIS) przewiezione zostały

do lotniczego ośrodka doświadczalnego

w Rechlinie, gdzie Udet osobiście zademonstrował

możliwości bombardowania

z lotu nurkowego.

Tymczasem 12 października 1933 r.,

po rozpoczęciu produkcji samolotów Heinkel

He 50, utworzono pierwszą jednostkę

bombowców nurkujących Fliegergruppe

Schwerin. Samoloty He 50 dysponowały jednak

zbyt słabymi osiągami, aby przekonać

do siebie personel latający oraz decydentów

z Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy.

Głównymi oponentami okazali się Wolfram

Freiherr von Richthofen, kierownik sekcji

rozwoju wydziału technicznego RLM oraz

sekretarz stanu w Ministerstwie Lotnictwa

Rzeszy – Erhard Milch. Richthofen twierdził,

że w przypadku silnej obrony przeciwlotniczej

w rejonie celu każde nurkowanie poniżej

2000 m będzie samobójczym przedsięwzięciem.

Podczas jednej z dyskusji powiedział:

Lot nurkowy poniżej 2000 m jest całkowitym

nonsensem. Biorąc pod uwagę wysoki poziom

rozwoju niemieckiej artylerii przeciwlotniczej

każda maszyna, która odważy się na zejście tak

nisko padnie jej ofiarą. 3

Bombowiec nurkujący, aby trafić w cel,

musi zwolnić prędkość nurkowania za pomocą

hamulców lotu nurkowego, nie mogąc

przy tym wykonywać uników, co spowoduje,

że będzie dla artylerzystów łatwym celem.

Poza tym, powolny bombowiec nurkujący,

taki jak He 50 będzie bez trudności przechwytywany

i niszczony przez myśliwce

przeciwnika. Erhard Milch wskazywał na występowanie

zbyt dużych przeciążeń podczas

wyprowadzania samolotu z lotu nurkowego,

personel latający będzie w stanie wytrzymać

tego typu przeciążenia dopiero po długotrwałym,

kosztownym treningu.

Pomimo podnoszonych wątpliwości

w planie rozbudowy niemieckiego lotnictwa

wojskowego z 1933 r., zwanego Sofort-Programm

(program natychmiastowy), ujęto

również potrzebę posiadania bombowców

nurkujących. W związku z powyższym ogłoszono

konkurs na następcę samolotu He 50.

Miał to być lekki, jednomiejscowy bombowiec

nurkujący o zdolności przenoszenia

200 kg bomb i właściwościach lotnych porównywalnych

z ówczesnymi myśliwcami,

co uniezależniało go od posiadania własnego

uzbrojenia obronnego. W drugim etapie

konkursu zamierzano wyłonić dwumiejscowy

bombowiec nurkujący z dostateczną

obroną tylnej strefy przez strzelca pokładowego,

zdolny przenosić ładunek bomb o masie,

co najmniej 250 kg.

Do pierwszego etapu konkursu stanęły

samoloty Fieseler Fi 98 i Henschel Hs 123.

Maszyna firmy Fieseler była dwupłatem

o mieszanej konstrukcji, uzbrojonym w dwa

karabiny maszynowe MG 17 kal. 7,92 mm

oraz cztery bomby o wagomiarze po 50 kg

każda. Prędkość maksymalna samolotu

wynosiła 295 km/h, ale zasięg zaledwie

470 km. Prototyp oblatany został wiosną

1935 r. Właściwości samolotu były wprawdzie

nieco lepsze niż w przypadku He 50, ale

nie zadowoliły komisji.

Henschel przedstawił dwupłat o konstrukcji

mieszanej, uzbrojony analogicznie

jak jego konkurent. Prędkość prototypu dochodziła

do 342 km/h, a zasięg do 860 km.

Prostsza konstrukcja, mniejszy jednostkowy

koszt produkcji oraz doskonałe właściwości

w locie zadecydowały o wyborze Hs 123,

który stał się pierwszym lekkim bombowcem

nurkującym Luftwaffe, a następnie pierwszym

niemieckim samolotem szturmowym

(Schlachtflugzeug), który odnosił znaczące

sukcesy, szczególnie na froncie wschodnim.

Powstanie samolotu Junkers Ju 87

Na początku 1934 r., jeszcze utajniony, sztab

generalny lotnictwa wojskowego opracował

założenia dla samolotu Schwerer Stuka (ciężki

bombowiec nurkujący), które przekazał

do Wydziału Technicznego RLM. W kwietniu

założenia te zostały przedstawionym niemieckim

firmom lotniczym.

Zakłady Junkers w Dessau, dzięki wcześniejszym

pracom inż. Pohlmanna nad samolotami

A 48/ K 47, posiadały niezbędne

doświadczenie w budowie podobnej maszyny,

co pozwoliło na szybkie rozpoczęcie

63


WOJNA NA MORZU

Mariusz Borowiak

Trzy dni wojny ORP Gryf

78

Ze względu na sytuację polityczno-

-militarną, w jakiej znalazła się Polska

w okresie przed wrześniem 1939 r.,

wobec olbrzymiej przewagi flot

niemieckiej i sowieckiej, nie mogło

być mowy o tym, żeby ORP Gryf mógł

stawiać miny gdziekolwiek indziej niż

na wodach Zatoki Gdańskiej, na której

odległości liczyło się raczej w dziesiątkach

mil, a nie w setkach. Stąd niewysoka

prędkość największego okrętu

bojowego Marynarki Wojennej II RP

nie była najważniejszym czynnikiem.

W

przededniu wojny, między 20:00

a 24:00, z Dowództwa Floty – w porozumieniu

z dowództwem Armii

„Pomorze” – na stawiacz min ORP Gryf

(d-ca kmdr ppor. Stefan Kwiatkowski)

i na inne okręty nawodne oraz podwodne

cumujące w basenie Portu Wojennego

na Oksywiu dotarła depesza, że 1 września

1939 r. o 5:00 nad portem przelecą trzy wodnosamoloty

w drodze do Szwecji, do których

nie należy strzelać, gdyż będą to polskie

samoloty. Już po wojnie okazało się,

że PMW została wprowadzona w błąd – sygnał

został prawdopodobnie sfabrykowany

przez niemiecki wywiad.

W chwili, gdy Luftwaffe bombardowała

Gdynię, na wysokości około 150-200 m pojawiły

się wodnosamoloty. Poranna mgła

utrudniała rozpoznanie sylwetek maszyn,

które początkowo zidentyfikowano jako

swoje. Wkrótce samoloty przeleciały nad

basenem i magazynami portowymi. Załoga

Gryfa w tym czasie czyniła przygotowania

do zbiórki. Marynarze, którzy zebrali się

na rufie okrętu w oczekiwaniu na poranną

modlitwę i wciągnięcie bandery na flagsztok

z przygrywką trąbki mar. Jana Krasowskiego,

usłyszeli ryk silników lotniczych. Była 5:30.

Dopiero gdy samoloty zbliżyły się do elewatora

zbożowego (stamtąd padły pierwsze

strzały), polscy marynarze skonstatowali,

że to są samoloty niemieckie. Do rozpoznawczych

wodnosamolotów Heinkel He 59 otworzyły

niemal jednocześnie ogień wszystkie

okręty stojące w basenie i na redzie.

Na stawiaczu min najszybciej zareagował

por. mar. Tadeusz Męczyński, I oficer artylerii,

który zdążył tylko krzyknąć: To są samoloty

niemieckie, a potem dodał: Alarm przeciwlotniczy!

Na odgłos karabinów maszynowych

Hotchkiss kal. 13,2 mm również obsługa artylerii

przeciwlotniczej Gryfa odpowiedziała

serią strzałów. Jednak po krótkiej wymianie

ognia, działa Bofors plot. kal. 40 mm musiały

przerwać ostrzeliwanie, gdyż w tej sytuacji

zostałby trafiony Dworzec Morski. Na okręcie

ogłoszono alarm bojowy.

Komandor Kwiatkowski wysłał kpt. mar.

Adama Jagielskiego do gmachu Dowództwa

Floty na Oksywiu po dalsze rozkazy. Po powrocie

I oficer sygnałowy poinformował

dowódcę, że okręt ma natychmiast wyjść

z portu wojennego i wziąć kurs na Jastarnię,

gdzie na wysokości Jamy Kuźnickiej na Zatoce

Puckiej cumowały trzy eks lichtugi, które

jako pływające magazyny – krypy minowe

KM 1, KM 2 i KM 3 – zostały przebudowane

w Stoczni Modlińskiej i Stoczni Gdyńskiej

w 1930 r. Trzeba było z nich pobrać, jako

uzupełnienie głównego uzbrojenia Gryfa,

miny morskie kontaktowo-kotwiczne wz. 08

i wz. 08M (zmodernizowane). Okręt mógł ich

pomieścić docelowo 511. Stawiacz min był

gotowy do wyjścia z portu. Gdy znalazł się

na redzie portu oksywskiego, przez głośniki

okrętowe popłynął sygnał z Warszawy – spiker

Polskiego Radia poinformował o napaści

Niemiec na Polskę. Następnie popłynął przez

głośniki krótki meldunek na temat agresji

naszego zachodniego sąsiada, który ogłosił

osobiście Kwiatkowski.

Samo opuszczenie Oksywia odbyło się

w niecodziennej sytuacji. Kwiatkowski, nie

czekając na pomoc holowników, sprawnie

i szybko wyprowadził okręt w morze (dotychczas

Gryf korzystał z pomocy holowników

przy wejściu i wyjściu z portu). Jeszcze

przed wydaniem śniadania ponad 100-metrowej

długości jednostka doszła do Zatoki

Puckiej, a stamtąd do Jastarni. Trzy krypy

minowe były zakotwiczone na południowy

wschód od Jamy Kuźnickiej. Samo dojście

do wyznaczonego miejsca było za płytkie dla

tak dużej jednostki, jaką był Gryf. Obawiano

się, że okręt może wejść na mieliznę. W rejonie,

gdzie stały krypy, do dna piaszczystej

łachy było zaledwie kilka metrów.

Stawiacz min idąc małą prędkością, znalazł

się przy barkach około 9:00. Cała operacja

załadunku 90 min zakończyła się około

13:00 i była przeprowadzona bardzo sprawnie

– brak było większej fali i przeciwdziałania

ze strony Niemców. Cały ten śmiercionośny

ładunek – razem 278 min – umieszczono

na dwóch międzypokładach.


ORP Gryf na doku pływającym o nośności 5000 t; maj 1939 r.

żebym wziął ludzi i z komory pobrał amunicję

do karabinów maszynowych Hotchkiss

kal. 13,2 mm. Z ludźmi z wolnej wachty maszynowej

poszedłem po amunicję 2 .

Od początku tej bitwy przewaga ilościowa

i ogniowa była po stronie niemieckiej.

Na 10 okrętach polskich znajdowało się

tylko 6 armat plot. kal. 40 mm, z tego dwie

na Wichrze i cztery na Gryfie 3 . Artyleria głównego

kalibru na niszczycielu i stawiaczu min

nie była przystosowana do prowadzenia walki

z samolotami. Ponadto okręty dysponowały

11 nkm kal. 13,2 mm, przy czym po cztery

karabiny miały Gryf i Wicher, a po jednym

trałowce Czajka, Czapla i Żuraw. Trałowce

i kanonierki dysponowały jeszcze 20 ckm,

ale tą bronią o niewielkim zasięgu ognia mogły

się co najwyżej bronić, trudniej zaś było

im osłaniać większe okręty, chyba że manewrowały

w ich pobliżu i ostrzeliwały samoloty

na wysokości do 2000 m. Łącznie wszystkie

okręty uzbrojone były w 6 armat i 31 karabinów

maszynowych. Junkersy dysponowały

96-99 karabinami maszynowymi.

Samoloty nadlatywały eskadrami, pikując

na okręty. Każdy Ju 87B mógł zabrać kilka

bomb o łącznej masie do 600 kg. Niektóre zabierały

jedną 500 kg na wyrzutniku pod kadłubem

i dwie 50-kilogramowe na zamkach

pod skrzydłami. Łącznie wszystkie samoloty

– jak łatwo obliczyć – miały co najmniej

100 bomb o masie do 20 t, a najprawdopodobniej

160-165 mniejszych bomb o łącznej

masie 15 t. Jedna bomba ćwierćtonowa wystarczyła

do zniszczenia trałowca lub kanonierki,

a w wypadku trafienia w Wichra lub

Gryfa wybuch jej mógł również spowodować

tak znaczne uszkodzenia, że okręt utraciłby

zdolność lub nawet zatonął.

Okręty, zgodnie z obowiązującymi wówczas

regulaminami walki, rozeszły się i manewrowały

samodzielnie, starając się wyjść

spod ostrzału broni pokładowej samolotów

bądź uchylać się manewrami od trafienia

bomb. Nalot, mimo że przeprowadzony

energicznie i śmiało, nie przyniósł Niemcom

spodziewanych efektów. Brak było

bezpośrednich trafień. Bombowce atakowały

pojedynczo lub parami. Piloci co jakiś

czas zmieniali tylko taktykę. Dalsze dramatyczne

chwile relacjonuje ppor. mar.

Zbigniew Jagusiewicz:

Olbrzymi wytrysk wody wzniósł się tuż

za burtą. Za chwilę byłem mokry od stóp

do głów. Pomyślałem: - Ta bomba była niebezpiecznie

blisko, jakieś 10 do 15 m od burty.

Ten prysznic przypomniał mi jeden z moich

obowiązków w alarmie przeciwlotniczym.

Ponieważ sprzęt obrony przeciwlotniczej był

bardzo skąpy, wielu ludzi nie miało czynnego

przydziału i stawali się widzami. Zauważyłem

grupę marynarzy na rufie, więc skierowałem

się w ich kierunku, aby wepchnąć ich pod pokład.

Biegnąc tam nagle poczułem, że biegnę

jak pod górę, i rzeczywiście rufa zaczęła unosić

się gwałtownie. Przeleciało mi przez myśl:

– „Trafili”. Lecimy w powietrze. Z wielką ulgą

zobaczyłem olbrzymi wytrysk, wznoszący się

tuż za rufą, i jednocześnie rufa zaczęła opadać.

A więc jeszcze nie lecimy w powietrze

– pomyślałem. Po przegnaniu widzów pod

pokład przez chwilę rozglądałem się dookoła

WOJNA NA MORZU

i z przyjemnością doliczyłem się wszystkich naszych

okrętów, ale równocześnie zauważyłem,

że Gryf zatacza koła. Do tej pory d-ca okrętu

zmieniał kurs bardzo ostro w czasie każdego

ataku. Domyśliłem się, że bomba za rufą musiała

uszkodzić maszynę sterową i ster jest zacięty

w położeniu na burtę. Pobiegłem w kierunku

ORP Gryf – widok od strony rufy. Wielka gala banderowa z okazji święta Konstytucji 3 maja; Gdynia 1938 r.

pomostu. W pół drogi zobaczyłem dwóch sanitariuszy

[jednym z nich był bsm. Bronisław

Jaskuła – M.B.] z noszami, wspinających się

na pomost. Na skrzydle pomostu zauważyłem

jednego z sygnalistów, siedzącego w kącie

z rozwalonym brzuchem. Jeden oficer widząc

moje pytające spojrzenie, rzucił – „Dowódca

okrętu poważnie ranny, nieprzytomny. Właśnie

zabierają go do izby chorych”. Skonfundowany

tą wiadomością zszedłem z pomostu. Idąc

wzdłuż nadbudówek zauważyłem szereg dziur

od odłamków bomb i pocisków stukasów 4 .

Na mostku, w bliskiej odległości od kmdr.

Kwiatkowskiego, ranny został także mat sygnalista

Piotr Karpowicz. Trzymając dłońmi

wnętrzności, ostatnim wysiłkiem wypowiedział

słowa: Koledzy pomścijcie mnie. Zmarł,

w wyniku odniesionych ran, 3 września

w szpitalu w Babich Dołach. Rannych było

jeszcze kilkunastu członków załogi. Lekko

ranny mar. Piotr Wojtowicz tak wspomina

po latach: Stałem przy sterze na pomoście

bojowym. W tym momencie nastąpił na nasz

okręt zmasowany nalot lotniczy. Pierwsza

bomba, która na nas leciała, upadła w bliskiej

odległości od prawej burty, dokładnie na wysokości

pomostu. Dowódca zdążył jeszcze wydać

rozkaz: „Ster w prawo 20, oba motory cała naprzód!”.

Natychmiast telegraf został ustawiony

na oba cała naprzód. Przełożyłem ster prawo

20. Po wybuchu bomby dowódca upadł nie

podnosząc się już [ranny w pierś i nogę – M.B.].

Również sygnalista przy telegrafie został wyrzucony

na prawą burtę pomostu bojowego

ze wszystkimi wnętrznościami na zewnątrz.

Ja zostałem ranny w lewą nogę, ale na szczęście

niegroźnie. Natychmiast na odmianę przekładałem

ster na lewo 20, zgodnie jak to się

przerabiało podczas ćwiczeń przeciwlotniczych.

Zauważyłem, że ster przestał działać.

81


Waldemar Nadolny

Bateria Canet

Armata nr 1 baterii po zakończeniu walk.

i jej zapomniany dowódca

90

Przypadająca w bieżącym roku

80. rocznica wybuchu II wojny światowej

jest dobrą okazją, aby przypomnieć

historię pierwszej baterii

artylerii nadbrzeżnej II RP. Przez cały

okres powojenny literatura przedmiotu

traktowała tę jednostkę trochę

„po macoszemu” na pierwszy plan

wysuwając dokonania 31. baterii

im. H. Laskowskiego w Helu. Okres ten

nie był również zbyt szczęśliwy dla

dowódcy tej baterii kpt. Antoniego Ratajczyka,

którego postać w większości

opracowań była przemilczana.

Tak się złożyło, że w dotychczasowych

opracowaniach tematu autorzy opierali

się wyłącznie na relacjach spisywanych

po zakończeniu wojny, nie sięgając

do materiałów archiwalnych. Co jest dziwne,

biorąc pod uwagę, że ze względu m.in.

na funkcje, jakie wówczas sprawowali, mieli

na pewno ułatwiony dostęp do zachowanych

dokumentów.

Opublikowanie kilka lat temu nieznanej

dotąd relacji chor. mar. Stanisława Brychcego

pozwoliło uzupełnić stan wiedzy na temat

baterii, lecz jej autor w żaden sposób

nie wskazuje, że pełnił funkcję dowódcy,

jak do tej pory przedstawiano w literaturze.

Nie ujmując dokonaniom chorążego

(tak przez cały okres międzywojenny,

jak i we wrześniu 1939 r.) należy „przywrócić

historii” postać kpt. A. Ratajczyka, dowódcy

XIII baterii artylerii nadbrzeżnej, potocznie

zwanej baterią Canet.

Zanim powstała bateria

Po rozwiązaniu Pułku Artylerii Nadbrzeżnej

polskie wybrzeże na kilka lat zostało pozbawione

jakiejkolwiek stałej obrony tak od strony

morza jak i lądu. Powoli budowana flota

nie mogła zapewnić skutecznej obrony przyszłej

bazy, jaką zaplanowano w Gdyni Oksywiu.

Do początku lat 30. XX wieku opracowano

wiele projektów wzmocnienia obrony,

jednak zawsze na przeszkodzie ich realizacji

stawał brak środków na ich sfinansowanie.

Opracowany w 1928 r. plan obrony wybrzeża

(w porozumieniu z Oddziałem III Sztabu

Głównego) przewidywał trzy etapy realizacji

(rozłożone na lata 1929-1930), przy

czym zakończenie pierwszego zapewniało

częściową obronę na wypadek wojny z Rosją

1 . Koniec drugiego etapu zapewniał całkowitą

obronę w przypadku konfliktu z Rosją,

natomiast koniec trzeciego miał zapewnić

możliwość obrony przez okres dwóch miesięcy

w przypadku konfliktu prowadzonego

jednocześnie z Rosją i Niemcami.

W pierwszym etapie plan ten zakładał

ustawienie baterii (właściwie półbaterii)

dział kal. 100 mm w rejonie Gdyni. Jej powstanie

było o tyle ułatwione, że Kierownictwo

Marynarki Wojennej (KMW) posiadało

już konieczne do jej wyposażenia

działa, które kilka lat wcześniej zdemontowano

z pokładów kanonierek.

Armaty te (zakupione w ramach kredytu

„francuskiego” za 210 000 fr) dotarły do Polski

w styczniu 1925 r. na pokładzie okrętu transportowego

ORP Warta. Wraz z nimi zakupiono

1500 pocisków spiżowych (45 000 fr),

1500 pocisków stalowych wz. 05 z zapalnikami

(225 000 fr) i 3000 łusek z ładunkami

miotającymi (303 000 fr) 2 . Dodatkowo kupiono

1500 naboi szkolnych (kal. 20 mm) do luf

wkładkowych, drewniane makiety pocisków,

przekrój zamka, aparat do sprawdzania linii

wizowania i cztery komplety przyrządów

do badania stopnia zużycia lufy.

Po krótkim okresie użytkowania na kanonierkach

obie armaty zdemontowano

i przekazano do magazynów w Modlinie.

Chcąc je wykorzystać opracowano projekt

zamontowania ich na holowanych krypach

artyleryjskich. Projekt ten z niewiadomych

przyczyn nie zyskał uznania i w dezyderatach

KMW na rok budżetowy 1929/30 pojawia się

propozycja ich ustawienia na lorach kolejowych.

Co ciekawe, same lory KMW planowało

wynająć od kolei, ponieważ jak uzasadniano

ich zakup byłby zbyt kosztowny. W projekcie

budżetu koszt wynajęcia lor określono

na 2 zł za dobę. Całkowity koszt ustawienia

dział wraz z wynajmem miał się zamknąć

kwotą 188 000,00 zł 3 .

Niestety, wnioskowanych środków nie

przyznano, dlatego też na kolejny rok budżetowy

(1930/31) znowu pojawia się pozycja

ustawienia dział kal. 100 mm, tym razem

na stałych stanowiskach w okolicach Oksywia.

Zastanawiająca jest bardzo niska kwota,

jaką preliminowano na ten cel tj. 4000,00 zł

plus 25 000,00 zł na zakup 3-metrowego

dalmierza dla planowanej baterii. Możliwe,

że kwota ta miała zapewnić rozpoczęcie

prac przy przyszłej baterii, ponieważ w projekcie

budżetu na rok 1931/32 przewidziano

kwotę 120 000,00 zł na dokończenie

rozpoczętej inwestycji.

Szczupłość zachowanej dokumentacji archiwalnej

nie pozwala na ustalenie konkretnej

More magazines by this user
Similar magazines